Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
Kultyści - Lato 2519
-

Marcus Schleiffer
Wizyta u Nadji
-
Brakowało mi Ciebie. - powiedział ciepło podczas uścisku, który odwzajemnił z radosną ochotą. Jakby nie było, była rozkoszną istotką, którą… nie miał zamiaru dzielić się z Kultem. Była zbyt blisko jego spraw, by podejmować jakiekolwiek ryzyko z jej ujawnieniem. Poza tym, nie lubił się dzielić swoimi zabawkami.
-
Papierkowa robota. - odpowiedział śmiejąc się, gdy zasiadali do stołu i pokręcił z rezygnacją głową, by się do niej uśmiechnąć - Dzisiaj, całkiem niedawno zresztą. Tam? Miejsce z którego cieszę się, że uciekłem, ale widać chyba chcą mnie ściągnąć… ich niedoczekanie! Nawet nie wiesz jak mi ciężko tam był nie mając Ciebie u boku.
-
To miło z twojej strony. - Nadia zaśmiała się rezolutnie i miała wesołe iskierki w oczach. W końcu rozlała jeszcze wino do zwykłych, glinianych kubków i usiadła przy stole. - U nas też dużo roboty. Odkąd wyjechałeś nie wzięli nikogo na twoje miejsce więc robota ta sama a ludzi mniej. No ale skoro wróciłeś to może nawet i lepiej. Łatwiej ci będzie wrócić na dawne stanowisko. Jutro jest dzień świątynny to nie, ale pojutrze to możesz pokazać się w ratuszu. Pewnie byś musiał porozmawiać z Hermanem czy by cię przyjął z powrotem. Ale pewnie tak, kto by nie chciał mieć u siebie takiego fachowca jak ty. No ja na pewno bym się ucieszyła jakbyś wrócił i byśmy znów mogli pracować razem. To za szczęśliwe powroty! - Gospodyni wydawała się cała w skowronkach. I pewnie miała rację, jakby chciał wrócić do pracy w ratuszu, to musiałby pewnie rozmawiać z Hermanem Schusterem. Widać dalej był na swoim stanowisku. Ale na razie to Nadia wzniosła toast za to spotkanie.
-
Za powroty. Za dobre dziś i lepsze jutro. - powiedział ciepło unosząc kielich
-
Nie mniej, połowa moich umiejętności to Twoja zasługa. Nie mogę się doczekać… powrotu.
-
Oh, skromny jesteś Marcus. Ale cieszę się, że wróciłeś. Jak tam dziewuszki w stolicy? Smakowały ci? Nie mów, że nie próbowałeś. I tak bym nie uwierzyła. - Popatrzyła na niego z wesołymi iskierkami w oczach i widać było, że ma dobry humor.
-
Mwoah… - mruknął z niechęcią ekonom - …mają swoje uroki, ale mówię ci kochana… małą psiu-wdziu w głowie. Myślą, że jak większa mieścina to… - pokręcił ze zrezygnowaniem głową - …gdzie prawda jest taka, że my wszyscy nie ważne skąd i jakiej wiary, czy stanu… tacy sami. Tylko… ludzie z naszymi urokami i słabościami…
Marcus przyjrzał jej się bacznie i z wielkim zainteresowaniem. -
A u Ciebie, Nadio, promyczku? Jakiś gieroy?
- Oj tam, zaraz tam jakiś gieroj! Było paru co smalił do mnie cholewki ale nie byłam nimi na poważnie zainteresowana. I sam rozumiesz, że porządna dziewczyna z ratusza to musi dbać o reputację. - Brunetka zaśmiała się wesoło i machnęła dłonią. Wydawała się być rozbawiona i zadowolona z odpowiedzi swojego gościa o kobietach z jakimi miał do czynienia podczas pobytu w odległej stolicy Imperium. - Ja słyszałam, że te kobiety z wielkich miast a ze stolicy to już w ogóle, to są strasznie zmanierowane i przemądrzałe. Nawet zwykłe kelnerki z tawern. O. A słyszałeś, że niedawno przyjechała do nas Odette von Treskow? Słowik Północy? Tydzień temu śpiewała psalmy na porannej mszy. Ależ ona ma głos! I jest taka młoda. Myślałam, że jest starsza. Widziałam ją przez chwilę z bliska jak mijała mnie gdy wychodziła ze świątyni. Ciekawe czy jutro też będzie śpiewać. - Podzieliła się z nim plotkami o sławnej artystce. Marcus też o niej słyszał ale nigdy nie był na jej występach ani jej nie spotkał.
-
Słowik u nas? - delikatnie się zdziwił po czym dodał - Artyści tak mają, że kochają publikę, więc są całkiem niezłe szanse. Zobaczymy.
Marcus uniósł nieznacznie pytającą brew. -
To o której mam Ciebie odebrać na mszę?
-
No a jednak przyjechała do nas. Trochę się zdziwiłam bo przecież to taka sławna diwa a my nawet prawdziwego teatru nie mamy. Znaczy szlachta od wiosny, przebudowuje starą tawernę na teatr i nawet nieźle im to idzie. Oczko w głowie tych bogatych co chcą nieco ekskluzywnej rozrywki a nie ciągle jeździć do Saltburga albo płynąć do Marienburga. Sama Kamila van Zee, wiesz, córka kapitana portu, to ona za tym stoi. I podobno to na jej zaproszenie lady von Treskow do nas przyjechała. Ale też trafiła na tą żałobę po księżnej-matce więc wszystko jest odwołane. Ta premiera teatru też. Bo właśnie ona miała przyjechać uczcić to otwarcie teatru u nas. - Nadia rozgadała się o tych teatralnych sprawach i widać było, że ją bardzo interesują. To jednak była prawda, teatry to była domena wielkich miast i takie średnie i nędzne jak Neus Emskrank, raczej nie mogło sobie na nie pozwolić. A co dopiero na wizytę tak znakomitej śpiewaczki jak lady Odette von Treskow.
-
I przyjdziesz po mnie? To miłe z twojej strony. - Gospodyni posłała mu pogodny uśmiech. - Z pacierz się idzie no to gdzieś o pół dzwonu trzeba by wyjść aby się nie spóźnić na mszę. - Po tym okazaniu radości zastanowiła się nad praktyczną stroną tej propozycji. Pół dzwonu wydawało się rozsądnym czasem aby od niej, dotrzeć na poranną mszę w świątyni Mananna.
-
Oczywiście. - odpowiedział jej ciepło i pogodnie - Nie wyobrażam sobie mszy bez Ciebie u mego boku…
-
No to zapraszam na jutro. Nie spóźnij się bo sama pójdę. Nie chcę aby mnie ludzie palcami wytykali na tą co się na msze spóźnia. - Uśmiechnęła się do niego ciepło i wyglądało na to, że są umówieni na jutrzejszy poranek.
-
Brzmi to trochę tak jakbyś chciała bym przyszedł przed czasem… - powiedział łagodnie z szerokim uśmiechem.
-
No tak. Przecież mówię ci, że nie chcę się spóźnić. - Brwi Nadii powędrowały do góry jakby niezbyt rozumiała do czego zmierza Marcus.
Na co mężczyzna się delikatnie uśmiechnął.
-
Oczywiście. Z czystej zawodowej ciekawości. Jak wyglądają sprawy w Ratuszu i Neues?
-
No urwanie głowy nawet tak na co dzień. A teraz przez ten turniej jest jeszcze gorzej. Bo jak wyjechałeś to mowiłam ci, nie wzięli nikogo na twoje miejsce. Więc robota została ta sama a ludzi mniej. A pewnie pamiętasz, że wszelkie festyny w mieście to przechodzą przez ratusz chociaż częściowo. Ten co miał być parę tygodni temu miał być duży. Aby promować miasto, ściągnąć gości z prowincji ale też z Marienburga i Erengradu. Bo no cóż, nic się nie zmieniło i w porównaniu do nich, dalej jesteśmy zwykłą dziurą gdzie statki zawiajją na chwilę aby uzupełnić zapasy i może sprzedać albo kupić drobną część swoich towarów ale płyną dalej albo na wschód albo na zachód. No i ten turniej miał być taki duży i wspaniały aby to chociaż trochę zmienić. Ściągnąć inwestorów. Nawet ten teatr to Kamila von Zee z resztą szlachty założyła to też miał mieć swoją premierę. I ta lady Odette von Treskow przyjechała. Chociaż już jak była żałoba. No ale jednak. A tu no widzisz, Morr pokrzyżował te wszystkie plany. Teraz mamy żałobę i wszystko jest w zawieszeniu. Część gości co przyjechała na ten turniej już wyjechała. Część gości nadal u naszej szlachty, czasem po karczmach. Tłuszcza co przyjechała razem z nimi to tak różnie ale też liczą, że ten turniej w końcu jednak będzie jak się żałoba skończy. Po cichu liczymy, że będzie trwała miesiąc no to jeszcze z tydzień albo dwa. Trudno powiedzieć. To kuria z Saltzburga musiałaby ogłosić. - Dziewczyna wysypała się ze swoimi przemyśleniami na temat pracy w ratuszu i brzmiało jak urwanie głowy. Zwłaszcza był duży kontrast między oczekiwaniami jakie zapewne nie tylko ona miała co do turnieju a żałobą z powodu śmierci starej księżnej. To jednak było tradycją jako okazanie czci i szacunku znamienitym osobą. A matka księcia-elektora to nie był byle kto. Więc i żałoba po niej musiała odcisnąć piętno na prowincji.
-
Jestem ekonomem Nadio. Choć szanuję tradycję, to jednak patrzę przede wszystkim na rachunek zysków i strat… a strat mamy teraz zdecydowanie za dużo... - Marcus pomasował się po skroni - …ale nic stracone. Muszę tylko porozmawiać dłużej z Herr Schusterem, ale tu będę potrzebować Twojej pomocy. Potrzebne mi pełne zestawienie kosztów tego turnieju, listy gości z rozbiciem na tych co zostali i u kogo się zatrzymali, oraz tych co wybyli, ich pochodzenia i statusu… na cito, ale tym zajmiemy się pierwszego dnia pracy. Jutro dzień świątynny… - uśmiechnął się delikatnie - odpocznijmy i nabierzmy sił przed nawałem roboty.
-
Ale ja nie wiem czy jest takie zestawienie. My na pewno takiego nie robiliśmy. Nie wiem czy ktoś ma pełną listę gości spoza miasta. Normalnie zgłaszaliby się rycerze i uczestnicy turnieju. No ale jak go odwołali to nikt takiego nie robił. Ratusz odpowiada za zbudowanie toru i zorganizowanie oprawy. Pewnie jakieś przyjęcie by było. Ale teraz wszystko zawisło w próżni. Goście jak pewnie wiesz, nie przyjechali sami tylko ze swoją świtą, do tego masa kuglarzy, ladacznic i handlarzy. Jak na każdy festyn. Ale oni wszyscy siedzą po kwaterach u rodzin i przyjaciół jak kto ma, jak nie to tam gdzie się u szlachty zaczepi a jak nie to po karczmach i tawernach. A te wszystkie kupce i ladacznice to pewnie gdzie się da. Nie wiem czy ktokolwiek wie ilu ich dokładnie zjechało do miasta. Nigdy zresztą tego nie rejestrujemy. - Nadia wydawała się być nieco zdziwiona prośbą Marcusa. I wyjaśniła dokładniej jak to zwykle bywa w organizacji takich festynów. I jak znów ta żałoba ucięła tą rutynę przez co tym razem nie było jak zwykle.
-
Hmm… - mruknął Schleiffer i pomasował skroń - …czyli pod górkę. No cóż, będę musiał wykazać się kreatywnością. - spojrzał na młodą kobietę pogodnie - Wygląda na to, że jesteśmy trochę z tyłu, ale to nic czego nie da się naprawić.
Skład celny, spotkanie z Hansem Adolfem Zimmer
Marcus nienawidził deszczu. Nie trawił go, ni w jotę, a teraz przemieszczał się w nim w stronę portu, a dokładniej, do składu celnego. Hans był… pracoholikiem? Nie, nie… to było złe słowo… był… obrotny? Tak, o wiele lepsze! Marcus natomiast był jak ten pająk. Lubił pająki. Jaka szkoda, że większość ludzi nie rozumiała ich piękna i przydatności. Jednak ludzkie pająki, takie jak on… cóż, był oddany Wężowi, ale Tkacz też był mu bliski.
Lało. Jak on nienawidził deszczu… teraz jednak pośród strug dostrzegł znajome schody prowadzące do biura na górnej kondygnacji. Znał cel i właśnie tam niosły go nogi.
Jak otworzył drzwi, ujrzał Zimmera jak stoi przy swoim biurku i rozmawia z jakimś mężczyzną w kwiecie wieku. Dojrzał gościa i posłał mu szczery uśmiech oraz pozdrowienie głową ale na razie chciał dokończyć sprawę z klientem. Tak na słuch, to chyba chodziło o jakieś detale opłaty za skład towarów. Klient w końcu pożegnał się i wyszedł, mijając Marcusa. Obrzucił go przelotnym spojrzeniem i tyle. Gdy zostali sami Hans uśmiechnął się szczerze do swojego gościa.
-
A kogóż to widzą moje chciwe oczy? Któż to do nas wrócił? No witaj Marcusie, witaj. Kiedy przyjechałeś do miasta? No i na czym dasz mi zarobić tym razem? - Podszedł i jowialnie potrząsnął jego prawicą. Widać było, że cieszy się na jego widok, nawet jeśli parodiował ton bezdusznego chciwca.
-
Całkowicie niedawno i moja pierwsza myśl była zobaczyć tego drania, który zdaje się zawsze mieć coś co mnie zainteresuje. - odpowiedział w ton z uśmiechem Schleiffer - Na południu mają burdel, mówię ci, Hans. Dobrze być z powrotem na spokojnych rubieżach.
-
W końcu stolica! Stolica największego burdelu w tym kraju! To nic dziwnego, że się tam kotłuje! - Gospodarz zaśmiał się rubasznie i gestem zaprosił gościa aby usiadł na krześle. Sam podszedł do szafki i zaczął czegoś w niej szukać. - Ale trzeba znać swoje możliwości i ograniczenia. Może tam w Altdorfie mają największy i najdroższy tort a my tutaj tylko małe podpłomyki. Ale mamy je w garści, na swoim podwórku. - Okazało się, że wyjął butelkę wina i dwa kielichy. Od razu widać było, że lepiej mu się powodzi, niż młodej, drobnej urzędniczce z ratusza. Postawił naczynia na blacie biurka i odkorkował butelkę.
-
A jak u ciebie? Wracasz do ratusza? Czy masz inne plany? - Zagaił kolegę gdy rozlewał wino do obu kubków.
-
Raczej na prawie pewno tak. Nie mniej, rozmowa z Schusterem mnie czeka. Z tego co się przelotnie zainteresowałem jeszcze nie znalazł mojego zastępcy, więc wiesz… - Marcus się zaśmiał - …nie mogę się doczekać powrotu. Widzisz, mam plany na przyszłość z tym miejscem…
-
…ale! Dość o mnie. Opowiadaj łotrze co u Ciebie i w ogóle. Stare nudy? - zapytał z promiennym uśmiechem.
- O, masz plany związane z tym miejscem? Ambicji ci widzę nie zabrakło w tej stolicy. A jakie to plany jeśli można wiedzieć? - Gospodarz usiadł na swoim miejscu i wzniósł swój kielich aby wznieść toast z gościem. Po czym upił pierwszy łyk.
- A u mnie stara bieda i jeszcze doszła nowa. Pewnie słyszałeś, że parę tygodni temu zmarła nasza ukochana księżna-matka? - Uniósł brwi ale pytał raczej dla formalności. O tym fakcie Marcus słyszał jeszcze zanim wrócił do miasta. Bo matka elektora jednej z prowincji była zbyt ważną osobą aby jej śmierć przeszła bez echa. - No to zmarła. Więc teraz mamy żałobę. A zmarła tuż przed turniejem jaki miał się u nas odbyć. Wiele znamienitych gości przyjechało na turniej a gdy ona zmarła to ogłoszono żałobę. I turniej odwołano. A ja nakupiłem wina, tileańskiego, estalijskiego, bretońskiego, kislevskich miodów. Bo wiadomo, że tacy znamienici gości to co kiesy mają pękate a i w gardła nie będą lać byle berbeluchy. No i dalej piją ale nie tak jak by mogli gdyby turniej się odbył. Więc inwestycja na razie na siebie nie zarobiła. Liczę, że w końcu ta żałoba się skończy i zrobią ten turniej i wreszcie interes ruszy z miejsca. Teraz zalega mi w magazynie i pożytku z tego nie ma. A opchnąć nie mogę bo liczę, że lada chwila się ta żałoba skończy. - Wyjaśnił swoje rozczarowanie nieplanowanym przestojem w interesie.-
Przyjdzie czas, będzie rada. - powiedział łagodnie choć z lekką goryczą Schleiffer - Faktycznie z tym turniejem się rozdupczyło… Widać Morr ma… “wytrawne” poczucie humoru. Mówię Ci, problemy z tego tylko będą. Znudzona szlachta to nieobliczalna szlachta…
Podrapał się po podbródku w namyśle. -
Dużo masz tych kislevskich miodów?
-
Morr nie zwraca uwagi na żywych póki nie przestąpią bram jeg ogrodów. - Kupiec rzucił znaną sentencją na temat kruczego boga. Zadumał się chwilę zanim odpowiedział na pytanie gościa. - Sporo Marcus, sporo. Cały stos beczek. Mówię ci, że brałem miarę na turniej a nie żałobę. - Westchnął gdy szybki zysk na jaki liczył, zawisł obecnie na sznurku przynajmniej oddalając się w czasie.
-
Same beczki? - zapytał ze zdziwieniem Marcus - Żadnych butelek czy gąsiorków? Przyznam, zadziwiasz mnie.
-
Jestem hurtownikiem Marcus. Nie bawię się w detal. Jak ktoś ode mnie kupi te beczki to niech sobie serwuje je do dzbanów albo butelek. Ale ja się w to nie bawię. - Uśmiechnął się z tonem wyższości nad drobnymi ciułaczami co musieli handlować pojedynczym butelkami.
-
Oj, Hans… - Ekonom uśmiechnął się szeroko - Wiem, że wybitnie się znasz na swojej robocie. Jest jednak taka sztuczka w moim świecie ekonomii… która jest silnie powiązana z kultem Hendricha, a skoro oni ją uskuteczniają? Powiedz mi, gdybyś był niezdecydowanym klientem i chciał kupić wino, czy kupowałbyś w ciemno? Parę butelek czy gąsiorków warto mieć, by poczęstować klienta, snuć historię i sprzedać towar. Warto też dać butelkę innego trunku w prezencie mówiąc, że ma się więcej. Spróbuje i zapewne przyjdzie, a nawet jak nie przyjdzie? To będzie się czuł zobowiązany, bo dostał coś za darmo. Zresztą, najpewniej to wiesz… Tędy się dziwię.
-
Ciekawa strategia. Może i tak zacznę robić. Ale tym razem miał być pewnik. Tawerny i wielmoże mieli zamawiać u mnie beczkami. Przecież brałem same pewniaki, te co najlepiej schodzą. I by schodziły! Na pniu! Sam wiesz co się dzieje podczas festynów czy turniejów! Każdy chce sobie odbić dzień powszedni i zabawić się na zapas aby wytrzymać do następnego festynu. A tu taki klops z tą żałobą. Wszystkie plany mi pokrzyżowała. Sprzedaję teraz ułamek tego co bym mógł gdyby tej żałoby nie było. Pewnie bym już drugą turę zamawiał i tylko liczył monety w sakwie. - Kupiec westchnął rozżalony na takie niespodziewane przyblokowanie interesu. Widać było, że czeka na ten turniej jak roślina na deszcz w środku lata.
-
Zobaczę co da radę ruszyć w Ratuszu. - powiedział łagodnie - Tu będę potrzebował jednak luźny spis beczek, gatunków, litrażu i roczników… oraz ile sobie liczysz. Nie mniej, słowa “do negocjacji” potrafią ruszyć machinę handlu.
-
O? Naprawdę? - Hans uniósł brwi do góry jakby trochę się zdziwił tą propozycją. I trawił ją przez chwilę w sobie. Po czym uśmiechnął się promiennie. - Cieszę się, że wróciłeś Marcus. Może rzeczywiście ktoś, coś w ty ratuszu ruszy. Jakby się dało załatwić licencję na dostawę wina do ratusza na te biesiady to byłoby cudownie. Wiesz przecież, że też nie byłbyś stratny na takim interesie. - Posłał gościowi życzliwy uśmiech i od razu potrafił dostrzec okazję do załatwienia dodatkowego dochodu. Gdyby udało mu się zostać dostawcą na oficjalne bale i przyjęcia organizowane przez ratusz na ten turniej, to miałby pewny rynek zbytu dla swoich zalegających beczek. - Teraz nie mam tej gotowej listy a nie chcę cię zanudzać pisaniną. Zostaw jednak adres pod jakim można cię złapać to ci podeślę tą listę. - Zaproponował od siebie jak mogą to załatwić.
-
Miodowa 11a, na południe od Placu Targowego w Dzielnicy Centralnej. Ten co ostatnio, ale jakby coś miało się zmienić dam Tobie znać. - odpowiedział Marcus
-
Dobra poślę tam później kogoś. Jakby ci się udało to załatwić to byłoby świetnie. No! To wypijmy za to! I za spotkanie! - Kupiec uśmiechnął się i wzniósł swój kielich do toastu ze swoim gościem.
-
Zdrowie i ku pomyślności!
Karczma “Kwarta”
Po spotkaniu z jednym ze swoich bliższych znajomych. Jakkolwiek by to słowo nie brzmiało dziwnie, na co przewrócił oczami skrytymi pod ciężkim kapturem impregnowanej, ciasno tkanej, wełny, z uśmiechem witał znajomy szyld miejsca upajania stróżów prawa. Nogi go niosły z nową werwą. Powrócił… i miał zamiar osiągnąć więcej niż kiedykolwiek wcześniej.
Chwycił za uchwyt i rozchylił drzwi wchodząc do środka. Knut… powinien być po swojej zmianie, a jak nie? To zawsze miał coś na każdą okazję. Teraz jednak rozglądał się za zasłużonym stróżem prawa. Wszak miał ochotę się napić…
Jeszcze zanim pchnął mokre od deszczu drzwi “Kwarty” to słyszał gwar głosów dobiegajace ze środka. A gdy to zrobił to tylko oczy potwierdziły to co uszy słyszały. Wnętrze było zatłoczone. Trafił na porę gdy dzienne zmiana już skończyła służbę więc teraz przychodzili coś zjeść, wypić i pogadać. Było gwarno i tłoczno. Kelnerki uwijały się nosząc tace z półmiskami i kuflami a wracając do kuchni z pustymi. Marcus musiał uważnie rozglądać się po stołach aby znaleźć swojego znajomego. W końcu zastał go siedział z kilkoma kamratami przy stole pod ścianą. Jedli, pili i rozmawiali o czymś. Jeszcze nikt z nich go chyba nie zauważył.
Cień szelmowskiego uśmiechu przemknął mu przez facjatę, by zniknąć jak tylko się pojawił pod pogodnym. Nie było co się śpieszyć. Tym bardziej, że… miał też interes do… i ruszył do lady. Zasięgnąć języka i napić się trochę piwa. Nigdy nie było wiadomo, a teraz ciekawiło go kto tam pilnował wodopoju.
Gdy Marcus przysiadł do szynkwasu i zamówił napitek to dostał dość średniej jakości trunek. No ale “Kwarta” może nie była najgorszą karczmą w mieście jednak strażnicy, najemnicy czy żołnierze to raczej nie mieli zbyt wyrafinowanych gardeł i żołądków. Kelnerka jaka pracowała po drugiej stronie drewnianej lady, chętnie mu powiedziała to i owo. Zwłaszcza jak zobaczyła sowity napiwek to posłała gościowi szczery uśmiech. I zdradziła mu parę szczegółów o kilku widocznych wewnątrz klientach.
Ten stary, z futrzaną czapką w kislevickim stylu, rzeczywiście był z Kisleva. Przyjechał ze swoim panem na turniej. Niestety z powodu żałoby po księżnej-matce, ten został odwołany. I teraz ten kislevski majordom, szukał jakichś rozrywek dla swojego pana. Może jakieś polowanie, pojedynek, walki gladiatorów czy cokolwiek co by mogło zainteresować jego znudznego pana.
A ten młodzik, w zwykłej przeszywalnicy i z toporem u boku w dość obleśny ale sugestywny sposób opowiadał, że spotkał na plaży za miastem dziwne stworzenia jakie czasem nazywano trytonimi przyrodzeniami. Bo właśnie tak wyglądały. I podobno mogły dogodzić każdej kobiecie. No i młody wojak był tym tak zachwycony jakby liczył, że któraś się skusi aby pójść tam razem z nim i spróbować. Kelnerka nie wróżyła mu sukcesu z powodu jego grubiańskości.
No i był jeszcze ten młody, tam pod ścianą. Wyglądał na przygnębionego i zmartwionego. Nic dziwnego. Pożyczył geldy od człowieka jakiemu lepiej nie podpadać a zbliżał się termin spłaty. A po minie widać było, że raczej nie patrzy na tą perspektywę swobodnie.Ekonom nie miał żadnego zainteresowania zadłużonym, który powinien wiedzieć lepiej. Co innego Kislevita, oraz ten młodzik. W jednym widział zysk, w drugim ciekawostkę wartą sprawdzenia.
- Hm. - mruknął w zadumie i zwrócił się łagodnie do kelnerki - Tej historii jeszcze nie słyszałem. Trytoni? Wszyscy wiedzą, że nie istnieją, ale nawet bujda ma swój urok. Może się uśmieję. Dziękuję, Słońce i jakbyś mogła polej jedno dla bajarza. Wszyscy wiemy, że opowieść najlepiej idzie jak oleum zaszumi w głowie.
Karczma, spotkanie z młodzikiem
Kiedy piwo zostało nalane, Marcus udał się do młodzika i kładąc piwo przed nim usiadł na wolnym miejscu.
-
Ponoć opowiadasz ciekawe historie. - powiedział z uśmiechem po czym napił się swojego.
-
Trytonów nie ma ale cycate syreny to pewnie są co? - Kelnerka uśmiechnęła się do niego ironicznie. Nie był pewny czy to tylko jej riposta czy też ma inne zdanie na ten temat. Jednak nalała piwa do drugiego kufla i podała mu na blat szynkwasu. Jak je zabrał to miał czym zacząć rozmowę z młodym, krzepkim nieznajomym. Ten siedział na ławie przy jednym ze stołów. Kilka miejsc było wolnych a przy drugim krańcu stołu siedziało trzech innych mężczyzn. Ale chyba raczej byli osobno od tego młodzika. On zaś spojrzał najpierw na podsunięte piwo, potem podniósł głowę na tego kto je dzierżył.
-
To nie są historię, tylko mówię co widziałem na plaży. - Odparł nieco zaczepnie jakby miał już dość ciągłych przytyków na ten temat. Jednak widok pełnego kufla sprawił, że pohamował wybuch złości. Popatrzył ponad nim na gościa który usiadł na przeciwko.
-
Nie jestem tu by kpić. - powiedział pogodnie Marcus - Po prostu ciekawi mnie Twoja wersja wydarzeń, a ja lubię wysłuchać ciekawej opowieści. Szczególnie w szczegółach. Przyznasz, że jest dość nietypowa.
-
Jak moja wersja wydarzeń? A znasz inną? - Młodzian zmrużył oczy jakby coś mu się nie zgadzało. I rozejrzał się po wnętrzu karczmy jakby się zastanawiał od kogo jegomość z naprzeciwka mógł coś usłyszeć na ten temat. - Zresztą, mniejsza z tym. - Machnął dłonią, odwracając się z powrotem do rozmówcy. - Żadna tajemnica. Po prostu szedłem rano plażą i znalazłem tam buławę trytona. Tak na to mówią. Wygląda jak przyrodzenie męża. Dlatego mówią buława. I trytona bo to na brzegu morza się czasem znajduje. Podobno jak jakis tryton wkurzy syrenę to ona mu odgryza tą buławę i ja wyrzuca. Dlatego potem się znajduje je na brzegu. Takie małżeńskie kłótnie wodniaków. No i podobno jak u nas jakaś ladacznica jest wyposzczona to może sobie użyć tej buławy wiesz jak. No i podobno to jak któraś spróbuje to sobie to chwali. W końcu syreny i trytony to podobno wspaniali kochankowie. Jak elfy albo bardziej. Tak słyszałem, żadnej syreny nie spotkałem ale jeśli są takie urodziwe jak te na galionach i freskach to chętnie bym jakąś spotkał. - Mężczyzna opowiadał szybko i w miarę jak mówił nieco się rozluźnił. Pod koniec nawet się nieco uśmiechnął.
Schleiffer uśmiechnął się do młodzieńca.
-
Marcus Schleiffer, jakbyś znalazł taką buławę to mi przynieś. Jeśli będzie autentyczna i w dobrym stanie to może znajdę kogoś zainteresowanego kupnem. Tylko ładnie zapakuj.
-
Herman. - Przedstawił się kiwając mu głową. Dopił piwo ze swojego kufla i sięgnął po to pełne jakie przed chwilą postawił mu rozmówca. - Nie, nie, tak to nie. - Pokręcił głową na znak, że inaczej widzi sprawę. - Ja ci powiedziałem gdzie leżą te buławy. Jak chcesz to możesz pójść i je sobie obejrzeć i nawet zebrać. Całkiem za darmo. Ale jak chcesz abym ja tam wrócił i je dla ciebie zebrał no to musisz mi dać jeszcze na dwa kufle. - Przedstawił Marcusowi kontrofertę.
Marcus uśmiechnął się delikatnie węsząc nieścisłość w opowieści.
- Nie mniej, dziękuję za ciekawą historię. - powiedział pogodnie wstając - Jakbyś zmienił zdanie, popytaj o mnie.
Karczma, spotkanie z Kislevitą
Po zamknięciu sprawy z Hermanem, Ekonom skierował swoje kroki w stronę Kislevczyka.
-
Przyjechał waść na turniej? - zagaił przyjaźnie - Chwilowo nici, ale trochę się obawiam co szlachta wymyśli z nudów, co nie?
-
Ano na turniej, na turniej. A tu taki klops dobrodzieju. - Kislevczy podniosł głowę aby zobaczyć kto do niego podszedł. I chociaż dość płynnie mówił w reikspiel to z wyraźnym, wschodnim akcentem. - Miał być turniej, mój pan spakował majdan i tu przypłynął, tak się cieszył, że weźmie w nim udział a tu klops dobrodzieju. Klops na całą prowincję. Morr wezwał do siebie waszą księżną i my, maluczcy nic z tym nie możemy zrobić. No i żałoba teraz. I turniej odwołano. A my tu utknęlim już kolejny tydzień bo niby na nowy miesiąc może go przywrócą. A to już tylko kilka dni zostało. - Kislevita był całkiem dobrze ubrany, choć na modłę swojego kraju, jaki wyraźne różnił się od zachodniego sąsiada. I wydawał się być pogodzony z losem ale bynajmniej nie ucieszony. Jemu też żałoba pokrzyżowała plany związane z turniejem. Dał gestem znak aby gość dosiadł się do niego jeśli ma ochotę.
-
Nic nie jest stracone, choć obecna sytuacja jest… problematyczna. - powiedział łagodnie Ekonom siadając - Przeciąga się to niemiłosiernie. Powiedz mi, dobry człowieku, jak Twój Pan radzi sobie z tym wszystkim?
-
Ah mój pan, baron Fiodor Ursunow, źle znosi bezczynność. A jak źle coś znosi to ma zły humor. A jak ma zły humor to da się to odczuć. Przyjechał na turniej, pojedynki, bale, polowania, koncerty. A tu bogowie na prowincję śmierć zesłali i teraz wszędzie żałoba. Wszystko zabronione. Nawet ta piękna diwa o cudownym głosie przyjechała i mój baron jest nią zachwycony. No ale i tak ani ona koncertu dać nie może ani na żadnym balu się nie pokaże. I mój baron zły jest z tego powodu. Tedy rzecze mi abym poszukał mu jakiejś rozrywki. Bo znudzon okropnie. Tedy ja myślał, żeby jakieś polowanie mu zorganizować, przeca to można powiedzieć, że w las, na przejażdzkę się jedzie. A, że w lesie różne poczwary siedzą to i trzeba jakiś łuk, oszczep czy rohatynę zabrać. No albo jakieś walki czy pojedynki. Tylko ja też z nim przyjechałem, pierwszy raz jestem w tym mieście i mało kogo tu znam. Pytam tego, tamtego, ale wszyscy się boją aby żałoby nie naruszyć i klerowi nie podpaść, władzom i ludziom też. - Kislevita wyżalił się co mu leży na sercu. A jego wschodni akcent jeszcze bardziej dał się znać. Żałoba oczywiście była nakazem, jaki publicznie było bardzo nierozsądne łamać. Oznaczałoby brak szacunku dla zmarłej księżnej i rodziny elektora. Oraz tradycji i praw boskich. Co mogło się źle skończyć dla śmiałka jaki by sobie to wszystko lekceważył. Nic dziwnego, że mało kto kwapił się aby się angażować w tak ryzykowne przedsięwzięcie.
-
Mówisz całkiem niezłym Reikspielem. - zauważył, czy może pochwalił człowieka z północnego wschodu,
-
Jego Miłość, Herr Ursunow… Baron? Znaczy się, że posiadający ziemię? - zapytał z ciekawością - Czym zajmują się jego włości?
-
A dziękuję, miałem nauczyciela reikspiel z Imperium. Z Wolfenburga. Jestem Nikolaj Zacharenko. - Przedstawił siebie i skinął głową swojemu gościowy. - Oczywiście, że nasz baron posiada ziemię. Jest właścicielem kilku wiosek i dwóch młynów. Jednego wodnego i drugiego wiatrowego. No i przyjechał tu na turniej… Właściwie to statkiem z Erengradu żeśmy przypłynęli. A tu taki klops jak mówię. No i szukam teraz kogoś kto by mi pomógł zorganizować jakąś rozrywkę godną mojego pana. - Powiedział strapionym głosem.
-
Żałoba jest dość problematyczna dla nas wszystkich. Wielce niefortunna. W innych okolicznościach… - powiedział z żalem Marcus i ściszył głos - …nic nie obiecuję.
Kislevski majordom otworzył szerzej oczy. I aż pochylił się nad stołem.
-
Mógłbyś coś herr poradzić na te rozrywki dla mojego pana? - zapytał z nadzieją wypisaną na twarzy.
-
Nic nie obiecuję. - odpowiedział cicho Ekonom wstają.
-
Poczekaj proszę. Jeśli się coś dowiesz, to przyślij prosze wiadomość do Herr Cornelisa von Munka. Mój pan gości u niego. Kogo by mieli zapowiedzieć? - Kislevita zareagował całkiem przytomnie, chcąc złapać jakiś kontakt z rozmówcą.
-
Marcus Schleiffer. - odpowiedział z lekkim uśmiechem Ekonom. - Jak Was zowią?
-
Boris. Boris Zacharenko. Majordomus barona Fiodora Ursunowa. - Przedstawił się z lekkim ukłonem.
Marcus skinął głową mężczyźnie w uznaniu.
- Do zobaczenia, Herr Boris. To przyjemność móc was poznać.
Karczma, spotkanie z Knutem Sigurdsson
Bogatszy o wiedzę i z dalszymi planami na przyszłość, Marcus skierował swoje kroki w stronę swojego starego druha, Knuta. Nie minęło wiele czasu od przybycia Schleiffera do “Kwarty”, więc przewidywał, że nadal siedział ze swoimi znajomkami ze Straży. W tym gwarze i tłoku musiał najpierw na nowo go znaleźć…
Z pewnym niepokojem, Marcus zauważył, że chyba zasiedział się w tych rozmowach dłużej niż się spodziewał. Bo jak podszedł w okolice stołu gdzie wcześniej siedział Knut, to go tam nie zauważył. Rozglądał się czy gdzieś indziej go nie widać no i dostrzegł. Wojak wracał od wychodka i dojrzał starego znajomego.
-
Kogóż ja widzę? Któż to wrócił do miasta? - Uśmiechnął się szeroko i podszedł do Marcusa. Uściskał mu prawicę i z zaciekawieniem obrzucił jego sylwetkę z góry na dół. - Kiedy wróciłeś? Tak przejazdem czy na dłużej? - zapytał gdy już się przywitali.
-
Niedawno, jeszcze nie zdążyłem się rozgościć. - odpowiedział z szerokim uśmiechem Uczony - Pierwsza myśl? Zobaczyć co u mojego starego przyjaciela. Tak to na dłużej, mam nadzieję na stałe, choć nadal mam zobowiązania i jestem “na list”, gdyby mnie potrzebowali. Choć moja papierkologia się zgadza… - zaśmiał się cicho - …to musieliby się naprawdę postarać szukając kruczków prawnych by ściągnąć mnie na dłużej.
Marcus rozejrzał się wokoło i westchnął lekko. -
Nawet nie wiesz jak mi brakowało Neues… ale dość o mnie. Co u Ciebie?
-
A stara bieda, dobrze, że nie nowa. Przenieśli mnie na Południową Bramę. No to jak mam tam dyżur to się nie nudzę. Mówili, że czasowo, bo kolega nam wypadł z obiegu no ale wiesz jak jest. Na razie już z kwartał trwa to “tymczasowo”. No i niewesoło. Z miesiąc temu ktoś napadł i okradł świątynię Mananna. Ale się zakotłowało! Nikogo nie znaleźli. Dziwne. Liczyliśmy, że trefny towar gdzieś wypłynie w mieście ale albo go skitrali albo jakoś wynieśli z miasta. Mogli załadować na statek to teraz te fanty są już gdziekolwiek na Morzu Szponow albo i dalej. Ale wciąż ich szukamy. No i ten przeklęty turniej. Pół biedy ci możni. Ale ta cała hołota zjechała się na turniej. Jakby było normalnie to by się odbył i by znów pojechali gdzie indziej. A tak to siedzą i mają za wiele czasu wolnego. Bo wszyscy liczą, że jednak się odbędzie jak się żałoba skończy. - Westchnął na koniec gdy skończył opowiadać to co najważniejsze się u niego działo odkąd się ostatni raz widzieli.
-
Okradli świątynię Mannana? - brwi Ekonoma powędrowały do góry w zdziwieniu i pokręcił, aż głową - Bezbożnicy. Prędzej czy później ich dorwiemy, ale dziwne, że nie ma podejrzanych…
Widocznie zmarszczył brwi zastanawiając się nad tym faktem, by wzruszyć ramionami. -
No cóż, klops z tym turniejem, nie ma co, ale co zrobić? Zmarło się i wszyscy pokutujemy. Gdyby to był jeden z nas… czy ktokolwiek by się przejął? Na pewno nie ci na górze. - zauważył Marcus - Na południu to co zawsze co roku. Wiosna, więc ceny wszystkiego poszły w górę. Szczególnie żywności i broni, bo to sezon na wojaczki… Eh, mówię ci, nie rozumiem tego skakania sobie do gardeł wielmożów i cieszę się, że znów tu jestem. Z dala to problemów.
-
To prawda. Nam się wydaje, że jesteśmy tacy ważni i wyjątkowi. A potem Morr wzywa do siebie i okazuje się, że świat robi kolejny krok i kolejny. Ale już bez nas. - Knut nieco smętnie pokiwał głową i zamyślił się na chwilę nad tą kruchością ludzkiego żywota. - A tych bezbożników szukamy. Raczej to jakaś przyjezdna ekipa. Bo swoich to, żeśmy nieźle przetrzepali. Sam rozumiesz, presja od samej góry. Taki wstyd na całą prowincję. Zwłaszcza, że to tylu gości spoza miasta mamy bo sie zjechali na ten turniej. No więc władze i świeckie, i kościelne, szmergla dostały aby złapać tych heretyków. No ale na razie nic. Na moje oko to wiedzieli na co się piszą i zwiali z miasta razem z fantami jeszcze tej samej nocy albo tuż po. - Pokiwał głową jakby dzielił się z kolegą swoimi przemyśleniami na ten temat. - Dobra, nie stójmy tak. Chodź, usiądźmy i pogadajmy jak cywilizowani ludzie. - Pokazał na stół przy jakim wcześniej go widział Marcus. Nadal tam siedziało trzech innych zbrojnych.
Kiedy znaleźli się przy stole Marcus powiedział krótkie.
-
Uszanowanie Panowie.
-
To mój kolega Marcus. Właśnie wrócił do miasta, dawno go nie było. A to jest Ernst, Bolko i Rupert. - Przedstawił ich sobie a oni krótko się z nim przywitali. Wyróżniał się ubiorem, oni mieli na sobie zwykłe kaftany lub przeszywalnice. Ale po chwili rozmowa wróciła na poprzednie tory. - No to jak mówiłem, trochę starej biedy a trochę nowej. - Knut nawiązał do tego co rozmawiali przed chwilą.
-
Czasami mam wrażenie, że nowe to nic innego jak przebrane stare. Ten sam, a często i gorszy, ból głowy w nowej odsłonie. - powiedział lekko zmęczonym głosem Ekonom.
-
To prawda, to prawda. - Knut zadumał się. Zaczął nalewać z gąsiora wina dla Marcusa po czym przesunął kubek w jego stronę. - No to za jutrzejszy ból głowy na mszy! - Zaśmiał się rubasznie i wzniósł toast. Jego kompanów to rozbawiło i też dołączyli ze swoimi kuflami.
Mieszkanie Marcus
Nie miał większych planów. Wizyta na południu zmieniła go... i wiedział, czuł to całym sobą. Było już ciemno kiedy zapalał świecę zegarową, by mieć pewność porannej pobudki. Następnie herbata z ziółek na kolorowe i wyraziste sny. Tak, jutrzejszy dzień był kluczowy pod wieloma względami i miał plany co do niego. Noc natomiast zamierzał odespać. Nie to co kiedyś. Jeśli jednak miałby się obudzić to miał księgi do sprawdzenia, ale jutro? Msza i Wyżnik. Co dalej? Był otwarty na los.
-
-
Angestag; zmierzch; kurhan Gonsara
Krótki posiłek przy gnisku przydał się. Nawet jeśli gęsta polewka nie zabiła całkowicie głodu w żłądkach to pozwoliła go stłumić aby stał się drobną irytacją na krawędzi świadomości. W grupie humory dopisywały. Łącznie udało im się pochwycić aż czwórkę jeńców z czego Hanna wydawała się tak oczarowana wężową milady, że wydawała się być gotowym materiałem na jej służkę oraz na nosicielkę jaj Oster. Na razie zachowywała się jakby była całkiem w niej zakochana i nie zwracała większej uwagi na to co się dookoła dzieje.
- Poczekasz tu na mnie Hanno? Mam parę spraw do załatwienia. Ale wrócę do ciebie i znów będziemy razem. Burgund dotrzyma ci towarzystwa. - Milady mówiła aksamitnym głosem od jakiego nawet jak się stało obok to stawały włoski na karku i miało się kosmate skojarzenia. Zaś na chłopkę z rybackiej wioski działało to jeszcze bardziej.
- Dobrze milady, poczekam tu na ciebie. - Zgodziła się bez słowa sprzeciwu a ta wynagrodziła ją podając jej dłoń do pocałowania. Rybaczka zrobiła to bez słowa a na rudowłosą łotrzycę ledwo spojrzała. Ta wzruszyła ramionami.
- Dobra, zostanę z nią. I tak nie chcę wracać w te przeklęte lochy. - Wydawała się nawet ucieszona takim podziałem ról. Już wcześniej widać było, że źle znosi ten pobyt w podziemiach gdzie trupia woda sięgała po kolana albo po uda.Większość grupy jednak po raz kolejny ruszyła na przełaj przez mokradła. Potrzebowali z pacierza albo dwóch aby je przbyć i stanąć na suchszej ziemi na jakiej wznosił się kurhan. Tu trzeba było rozpalić małe ognisko a od niego odpalić pochodnie. Przy ich świetle przejść nieregularnym, wijącym się korytarzem w dol. Gdzie zimnej wody było coraz więcej. Aż dotarli do komory grobowej. Sceneria się za bardzo nie zmieniła. Trupy dalej stały w pobliżu sarkofagu, jakby blokując intruzom drogę do środka. Ale nie atakowały przybyszów.
Egon skinął głową. Idąc wcześniej przez mroczny, chlupoczący wodą korytarz, mógł tylko zgadywać, co wkrótce mogła przynieść ze sobą przyszłość. Wkroczywszy do wielkiej komnaty grobowej Gonsara, rzekł do swych towarzyszy:
– Rune i Silny, chodźcie ze mną. Lady Soria, wszakże i twa pomoc i doświadczenie będą pomocne. Zbliż się proszę, milady, do grobowca, jako że twą krew Gonsar rozpoznał już raz. Będziesz niby pieczęć, którą rozpozna czarownik.
Tu rzekł do Silnego i Rune:
– Weźcie drabów w ręce i podążajcie za mną. Kiedy dojdziemy do sarkofagu, rzeknę jeno słowo albo dwa do trupiego maga, bo teraz już wiem, że nas słyszy, choć jest martwy. Na mój znak gracko łby odrąbiecie, a kiedy jucha tryśnie, trzymajcie i lejcie prosto do grobu. Jasne? No… To ruszajmy.
Wziął jednego z oczarowanych jeńców pod rękę, niby żelazne kleszcze, w drugiej dłoni mając pochodnie i rzekł:
– Gonsarze! – zawołał w ciemnościach. – Słudzy Sióstr raz jeszcze przychodzą i składają dary!
Po czym skinął głową na resztę i ruszył przed siebie tak, jak wcześniej.
- Nie trzeba odrąbywać im glów. Wystarczy pderżnąć im gardła i przytrzymać aby krew ściekała do ust Gonsara. No chyba, że bardzo chcecie odrbąć im głowy. - Milady zwrociła się do wojowników jacy jej twarzysyzli w tym podziemnym swiecie. Silny wzruszył ramionami na znak, że mu to obojętne. I po chwili, prąc przez zimną, zgniłą wodę, ruszyli w kierunku sarkofagu. Szkielety i truchła goblinów, wciąż stały na miejscu. Lekko chybotały się jak trzciny na wietrze. Ale przepuściły ich. Po paru chwilach, cała grupka była już przy kamiennym sarkofagu. Odruchowo zajrzeli do środka ale nic się nie zmieniło. Trup wciąż tam leżał. Okryty skórą cienką jak pergamin, co była napięta na starych kościach. Wydawało się, że nic się nie zmieniło.
- Co teraz? - Astrid zapytała z mieszanina obawy i zaciekawienia wypisanną na twarzy. Soria uniosła palec do góry, jakby prosiła o uwagę. Po czym przyłożyła swoją dłoń do czoła czarnoksiężnika. Przymknęła oczy i przez chwilę tak stała nieruchomo. W końcu otworzyła je i popatrzyła na leżące truchło.
- Coś wyczułam ale za słabo aby coś zrozumieć. W każdym razie nadal tu jest. - Zrobiła palcem ruch dookoła komnaty. - Chłopcy dajcie tu tego pierwszego. Przystawcie mu szyję na dół, tak aby krew spływała do ust czarownika. I przytrzymajcie go tak aż przestanie lecieć coś rozsądnego. - Milady poleciła trzem wojownikom co teraz powinni zrobić.
- Jak chcecie mu odrąbać łeb to rąbcie. Ale jak chcecie poderżnąć gardło to ja to mogę zrobić. - Raisa wyjęła swój zardzewiały nóż jaki jednak wyglądał na ostry.Egon skinął głową na Raisę i złapał się na tym, że zapewne niejeden raz pracowała jak akuszerka i przecinała pępowiny, jak każda wiedźma. A i pewnie też wprawna była w robieniu nożem. Noże - sądził Egon - nie były bronią godną wojownika, takiego jak on, toteż postanowił roboty dokonać Raisie.
Wziął jeńca w odpowiednią pozycję. Szyję oczarowanego nadstawił nad usta trupa i rzekł:
– Dalej Raiso – ponaglił. – Rozpocznijmy!
- Już syneczki, już. - Wiedźma zakolebała się i swoim niezdarnym, kaczym chodem obeszła sarkofag aby znaleźć się przy głowie nekromanty. Dała znać aby Egon przytrzymał jeńca w odpowiedniej pozycji. A wtedy bez ceregieli przejechała mu nożem po gardle. Krew od razu chlusnęła w rozciętych tętnic a więzień szarpnął się jakby w godzinie śmierci przełamał urok syreny. Widać było jak wodzi przytomnym nagle spojrzeniem i próbuje się wyrwać. Miał ścisk tonącego i chociaż Egon był od niego masywniejszy i silniejszy to ten rzucał mu się w objęciach jak wyrzucona na brzeg ryba. Lars złapał go z drugiej strony a Astrid przepchnęła się obok wiedźmy aby pomóc mu z drugiej. We trójkę dali radę utrzymać słabnące ciało. Chociaż świeża krew splamiła piersi, ubrania, szyję trupa raz wnętrze podłogi i ścianek sarkofagu. Więzień w końcu znieruchomiał. Krew coraz słabiej pulsowała z rozciętej szyi. Zrobiło się jakby ciszej i zrobiła się atmosfera oczekiwania. Przerwał ją beznamiętny głos starej wiedźmy.
- Dobra już. Już więcej z niego nie wycieknie. - Machnęła dłonią dając znać, że już wystarczy tej krwawej uczty. Zmarszczyła oczy i przyglądała się trupowi błyszczącemu od krwawych zacieków. Soria znów położyła dłoń na jego czole. Widać było jak płynna czerwień zostaje na jej alabastrowej skórze. Przymknęła oczy i jakby wsłuchiwała się w coś.
- Tak. Pomogło. Budzi się. Jest wyraźniejszy. Dajcie następnego. - Oznajmiła im gdy mówiła z jeszcze zamkniętymi oczami. A gdy je otworzyła zrobiła zachęcający ruch dłonią aby podać następną ofiarę.– Dawaj tam następnego, brat – Egon dał znak Rune, żeby ten podał mu swojego jeńca. – Łatwo pójdzie… Te-he-he – Egon zaśmiał się gardłowo, jako że widok płynącej krwi dodał mu animuszu.
Dwójka jeńców nie miała szans stawić sensownego oporu. Co prawda syreni urok nie był idealy gdy doszło do szarpaniny, do obecności trupów, tych stojących i tego w kamiennej skrzyni, to zwykle następowało przebudzenie. Jednak już było za późno. Trzymani mocno przez Egona, Larsa, Silnego czy Rune, byli skazani na porażkę. Raisa bez większych ceregieli podrzynała im gardła swoim zakrzywionym, zardzewiałym nozem. Z rozcietych gardeł chlustała krew i spływała w dół. Większa część do pradawnych ust nekromanty. Ale umierającymi ciałami nie było tak łatwo sterować więc gorąca jucha tryskała wszędzie dookoła. Na twarz nekromanty, szyję, piersi ściany sarkofagu a na dnie tworzyły się coraz większe, czerwone kałuże. Gdy ostatni z jeńców padł bez życia na schody, grupka kultystów zebrała się wokół pradawnego grobu. W chłodnym powietrzu, para unosiła się z rozlanej posoki.
- I co teraz? - Astrid zapytała podnosząc głowę znad otwartego sarkofagu.
- Musimy poczekać aż krew zacznie dzialać. - Stara wiedźma zachowywała spokój.
- A długo to będziemy tak czekać? - Silny posłął jej pytające spojrzenie. Ona jednak tylko wzruszyła ramionami.
- Nabiera mocy. Ta krew nadaje mu mocy. Budzi się. Ale powoli. - Po chwili wiedźma dodała coś jeszcze.
- Jego duchowa forma od dawna jest poza ciałem. Teraz musi wrócić i związać się ze swoją fizyczną formą. - Soria też dołożyła swoje zdanie.
Czekali jeszcze trochę na jakąś reakcję. Rune z Silnym odeszli na skraj wody i zaczęli rozmawiać. Raisa usiadła w kucki u stóp sarkofagu i zaczęła medytować. Napięcie zdążyło opaść i ludzie starali się jakoś zabić czas tym czekaniem. Lars podszedł do Egona.
- Widziałeś jak oczarowała tą trójkę z wioski? To by nam mogło ułatwić te łowy jakby zgodziła się pójść z nami. I statek jeszcze by się przydał. Ta czarnowłosa Bretonka z robakami mówiła, że coś tam ma jakieś znajomości w porcie bo jej mąż jest kapitanem. To można by z nią o tym pogadać czy nie dałoby się czegoś zorganizować. No i jeszcze załoga, bo we dwóch czy trzech to łodzią możemy wiosłować a nie statkiem. - Widać norsmeński korsarz, wrócił myślami do przyszłych łowów o jakich rozmawiali wcześniej.– Jeśli tylko Lady Soria miałaby czas i chęci uczestniczyć w takich wyprawach – Egon zgodził się z Larsem. – Tego bym pewien nie był. Rzecz obgadać trzeba będzie, jak się wyrobimy z tym tutaj…
- Hej zobaczcie! - Okrzyk Astrid postawił wszystkich na nogi. Blondwłosa córka jarla pokazywała na wnętrze sarkofagu. Gdy się zebrali, dostrzegli pewną zmianę. Na ciemnoszarej skórze trupa pojawiły się czarne żyłki. I jak się chwilę na nie popatrzyło to widać było jak rosły. Jak jakieś podskórne korzenie albo dziwny układ krwionośny wypełniony czarną krwią.
- Krew napełniła go mocą. Budzi się Ciało od tylu mileniów martwe, znów wraca do żywych.. - Stara wiedźma dalej siedziała w kucki u stóp kamiennej skrzyni.
- Chyba skóra zmieniła mu kolor. Albo t tylko światło teraz inaczej pada. - Rune zauważył inny detal. Chociaż inni też nie byli pewni czy słusznie czy nie. W pewnym momencie kściste ramię uniosło się do góry. Co zaskoczyło wszystkich. Drgnęli, jękneli albo wstrzymali oddech. Wreszcie widać było jakiś namacalny dowód, że ta przelana krew przyniosła jakiś efekt. Po chwili martwy od mileniów trup poruszył czaszką. Z jego ust wydobył się syk podobny do uchodzącego przez cienką dziurę powietrza. Z jego ciała zaczął parować ciemny dym. A ono samo zaczęło wykonywać nieskoordynowane ruchy, jakby dostało jakiś konwulsji. Dym przy samym sarkofagu gęstniał, słychać było jak kościste członki objają się o wnętrze kamiennej skrzyni.
- Spojrzał na mnie! - Krzyknął w zdenerwowaniu Lars. I zaczął się cofać do tyłu. Egon nie był pewien o co chodziło. Coraz mniej widział a instynkt podpowiadał aby uciekać od tego nadnaturalnego niebezpieczeństwa. Czuł jak pod ubraniem skóra na plecach pokrywa mu się gorącym potem. Tak samo jak dłonie. Wszyscy zaczęli coś krzyczeć i mówić jednocześnie. Dopytywali się co się dzieje albo cofali się od wnętrza sarkofagu, jakie wydawało się być epicentrum teg chaosu. Dymiło już na całego, jak wulkan. Po komnacie rozszedł się ten czarny dym. Najpierw bił w górę ale jak trafiał na sufit to się tam rozpstrzestrzeniał wzdłuż niego. Część jednak opadała na dół przez co pomieszczenie robiło się coraz bardziej zadymione. Ludzie cofali się i kaszleli, machali przed twarzami dłońmi aby choć na chwilę oczyścić grobowe powietrze.
- Zobaczcie! Rusza się! - Chyba Silny, lub jakiś inny mężczyzna krzyknął. Przez kaszel trudno było poznać. Pokazywał w stronę sarkofagu. A tam wydawało się, że w słupie czarnego dymu chyba stoi jakaś postać.
- Mam dość, spadam stąd! - Lars odwrocił się i zacząl przepychać się między stojącymi martwiakami w kierunku wyjścia. Nie tylko on. Bjorn i Rune też mieli taki zamiar ale jakby zawahali się czy da się bezpiecznie przejść pomiędzy martwymi strażnikami grobu. Zog uniósł w dłoniach łuk ale stanął na krawędzi wody. Jak na broń zasięgową to był ledwo kilka kroków czy od tego co było w sarkofagu czy tych stojących w wodzie trupów. Egon też wycofał się na krawędź wody. Czuł jak zimna wlewa mu się do i tak mokrych butów.
- Na razie chyba stoi w miejscu. - Silny przełknął ślinę ale stał bliżej sarkofagu. Choć minę miał niepewną.
- Spokojnie. Jego fizyczna forma jest jeszcze bardzo słaba. Powrót kosztował go wiele mocy i wysiłku. - Raisa wstała i z dwóch kroków wpatrywała się w coś co stało wewnątrz słupa czarnego dymu. I starała się uspokoić kolegów.
- Będzie o czym pisać sagę. - Astrid próbowała się uśmiechnąć ale minę miała niewyraźną.
- Raisa ma rację. Nasz sojusznik jeszcze jest słaby. Na długo mu ta krew nie wystarczy. Wie, że jesteśmy przyjaciółmi i nie zamierza nam zrobić krzywdy. Dlatego jego sługi nas nie atakują. - Ze środka dobiegł ich aksamitny głos syreniej kusicielki. Nawet w tak nietypowej sytuacji brzmiał słodko i kojąco. Jako jedyna została przy samym sarkofagu. I teraz swobodnie, z taneczną gracją podeszła od wezgłowia do bocznej ściany. Wsadziła dłoń w dym a ta w nim zniknęła.– Prawdę rzecze Lady Soria – Egon skinął głową, który, choć zaniepokojony obecnością nieumarłych, na logikę wiedział, że nieumarły mag byłby idiotą, jeśli zaatakowałby tych, którzy byli jego dobroczyńcami.
Choć… Któż tam wiedział w rzeczywistości. On i Soria powołali się na Cztery Siostry i żywe trupy nie atakowały ich, co informowało ich o zamiarach czarownika. Teraz jednak, skoro zaszli tak daleko i zarżnęli trzech wieśniaków, nie mogli zrezygnować.
Egon zwrócił się do swych towarzyszy, bacznie obserwując nieumarłych, czy jakimś dziwnym sposobem nie postanowią nagle zaatakować:
– Potrzeba więcej krwi – rzekł, nagle rozmyślając. – Trzech drabów wystarczyło, aby sprowadzić Gonsara raz jeszcze tutaj, trzech lub sześciu jeszcze będzie potrzeba, aby przywrócić jego formę do żywych. Mus nam wybrać się raz jeszcze do jakiegoś sioła, aby złowić kolejnych.
I dodał:
– Czarownik zapewne będzie potrzebował krwi, żeby w ogóle przeżyć – zauważył wojownik. – Być może będzie i tak, że będzie wymagał ciągłej dostawy świeżej krwi.
Widząc, że ani martwi strażnicy, ani sylwetka zarysowana w słupie czarnego dymu nie zachowuje się agresywnie, pomogło to opanować sytuację. Tak samo jak uspakajające słowa Raisy, Sorii i Egona. Grupka zatrzymała się i znów zaczęli obserwować co się będzie działo. A na razie widać było jak pod sufitem kłębi się czarny dym. Powoli opadał na dół ale przez to nie był już tak gęsty. Z sarfagu też już prawie nie leciał, przez co sylwetka nekromanty była teraz lepiej widoczna. Dalej wyglądał mniej więcej tak jak przed chwilą, gdy leżał w sarkofagu, tyle, że teraz stał o własnych siłach. Jak szkielet obciągnięty napiętą, ciemnoszarym pergaminem. Chociaż tam i tu, widać było te dziwne, czarne żyłki pod skórą. Wydawały się pulsować. Najspokojniej zachowywała się syrenia milady. Stała tuż obok kamiennej skrzyni i trzymała dłoń na nagim czole ożywionego krwią trupa. Oczy miała przymknięte jakby zapadła w jakiś letarg na stojąco.
- Pewnie tak. Pewnie będzie potrzebował nowej krwi. Ta co mu daliśmy teraz, starczyła aby wrócił do swojego ciała. Ale jest jeszcze bardzo słaby. - Raisa pokiwała głową, patrząc na gladiatora jakby miała podobne do niego wnioski.
- To on jest jak jakiś wampir? - Astrid popatrzyła na nich oboje z nieco niepewną miną.
- Nie. Raczej nie. Wampry są potężniejsze. Ale nie tylko one używają krwi w swich rytuałach. Krew jest bardzo popularnym składnikiem wielu czarów i rytuałów. To symbol życia, dzieczictwa, pokoleń, rodu, trwania, wierności, zemsty. - Wiedźmie spodobał się temat jaki był pokrewny jej profesji i całkiem chętnie go pociągnęła.
- No ale co teraz? Będzie tak stał? - Silny też już zdążył się oswoić z sytuacją. I wskazał na trupa jaki wciąż zachowywał się dość niemrawo. Wtedy wężowa milady odezwała się swoim kuszącym, aksamitnym głosem.
- Gonsar Półtorej oki dziękuję nam za ożywienie. Od dawna czekał na taką okazję. Cieszy się, że też jesteśmy sługami Czterech Sióstr tak jak on. Obiecuję, że jak wróci mu moc to znów będzie im służył. - Brzmiało jakby tłumaczyła słowa pradawnego czarownika. Zebrani popatrzyli po sobie a wtedy ku pewnemu zaskoczeniu, nekromanta uniósł swoją ledwo obcięgniętą skórą dłoń jakby ich pozdrawiał. Wywołało to pewne poruszenie ale tym razem już zdążyli się oswoić na tyle, że nie reagowali tak gwałtownie jak przed chwilą gdy zaczął wracać do życia.
- Tak, krew go ożywia. Będzie potrzebował jej więcej. Ale to prymitywny sposób. Tam czeka na niego tron. - Syrena pokazała w ciemność. Tam już światła pochodni nie sięgały. Ale ci co byli tu wcześniej, wiedzieli, że tam było to zamurowane wejście. - Tron przywróci mu moc. Ustabilizuje jego żywot. Ale ze świeżą krwią będzie to szybsze i łatwiejsze. - Syrena nieco zamilkła jakby toczyła mentalny dialog z nekromantą jakiego inni nie mogli usłyszeć. Nagle uśmiechnęła się półgębkiem. - Gonsar mówi, że chciałby wam podziękować. Mozecie tu podejść i go dotknąć tak jak ja. Wtedy może uda wam się nawiązać rozmowę. Może nie jest to dobre słowo. Jak nie jesteście wprawni w magii i takich rytuałach to pewnie będą to obrazy. - Otworzyła oczy i popatrzyła na zebranych przy sarkofagu. Potem puściła czerep nekromanty ale wyłamała mu jeden z zębów. Znów oparła się tyłem o krawędź sarkofagu i po norsmeńsku zwróciła się o coś do Astrid i Bjorna. Oboje mieli zdziwione miny ale skald podeszła do milady a ta jej wyrwała jeden z blond włosów. Córka jarla na chwilę się skrzywiła ale z zaciekawieniem obserwowała co robi syrena. Bjorn zaś wyszedł z wody i zaczął szukać czegoś w swojej torbie.
- Ja tam nie mam ochoty go dotykać. - Silny uniósł dłonie do góry na znak, że bliższa znajomość z nekromantą wcale nie jest mu potrzebna.Egon, w przeciwieństwie do Silnego, czuł, że musi jakoś porozumieć się z czarownikiem, niezależnie od tego, czy to, czego się dowie, będzie niespójnym ciągiem wizji, które trup wleje mu w jego umysł. Zamierzał go dotknąć.
Idąc bliżej do trupa, który zrobił na Egonie spore wrażenie sam o własnych siłach wstając. Rzadko się widziało takie rzeczy.
– Rzeczesz, Lady Soria, że za ścianą jest jego tron – zaczął Egon. – Gonsarze, jak się dostać za ścianę? Czy nie lepiej by było, byśmy Gonsara od razu posadzili na jego tronie? Jeśli iście ma moc, to poza krwią będzie jeszcze jednym źródłem odzyskania jego sił.
- Tak, trzeba go posadzić na tym tronie. Jeśli gdzieś tam jest, to trzeba będzie go przenieść. - Soria przyjęła od Bjorna jakiś mały drobiazg. I wydawała się być skupiona na składaniu tych drobnych elementów w całość.
- Ale tam nic nie ma. Znaczy co było w wazach i garncach to już żeśmy wzięli za pierwszym razem. No i jest zamurowane wejście. Poprzednio nie mieliśmy go jak rozwalić a i nie byliśmy pewni czy warto. - Astrid wskazała w ciemność, w tą samą co przed chwilą milady. Ona zaś wzruszyła ramionami.
- No to trzeba będzie rozwalić tą ścianę. On potrzebuje tego tronu. Inaczej będzie potrzeba bardzo wielu trupów aby go utrzymać na chodzie. - Syrena kończyła majstrować przy swoim drobiazgu.– Narzędzia się znajdą, mamy wszystko – rzekł Egon.
Tu gladiator pochylił się nad swą sakwą podróżną i sprawdził, czy wszystko było na miejscu - ano, było. Upewniwszy się, że rzeczywiście tak jest, potrząsnął narzędziami.
– Silny, Rune, Lars. Będę was potrzebował. Jeśli potrzeba się przebić, to zrobi się… ale będziemy mieli nieco roboty.
Egon przez pewien czas zastanawiał się (choć czasu na to nie miał), jakie dalekosiężne zmiany przyniesie przebudzenie czarownika i jego nieumarłej hordy. Jeśli miał w istocie możliwość ożywiania martwego ciała tak samo, jak udało mu się z jego obrońcami wokół i samym sobą, to - być może - czy mogli zbudować wielką armię, która z czasem przyniesie im zwycięstwo?
Grupka mężczyzn zebrała się przy pozornie ślepej ścianie. Astrid weszła do trupiej wody razem z nimi aby przyświecać im pochodnią. Oni zaś wyjęli z tobołów te narzędzia jakie wczoraj Egon i Lars kupili właśnie w tym celu. Z bliska zamurowane przejście było całkiem dobrze widoczne. Lars na próbę postukał i pogładził ścianę jakby sprawdzał jej wytrzymałość.
- Uderzajcie od góry. Aby woda się nie przelała przez dziurę. - Norsmen poradził im gdy cofnął się aby się przymierzyć do tej roboty.
- Nie wiadomo, może po tamtej stronie też jest woda. - Silny zauważył a inni pokiwali głowami.
- Jak jej nie rozwalimy to nie będziemy wiedzieć. - Rune wzruszył ramionami. I po chwili zaczęli pracę. Puste ściany komnaty grobowej tworzyły echo każdego uderzenia. Szło się rozgrzać od tej ciężkiej, fizycznej pracy. Ale widać był efekty. Stare kamienie poddawały się nowoczesnej stali, wspartej przez solidne mięśnie. Miejsca było na dwóch robotników na raz. Ale jak się często zmieniali to pozwalało utrzymać raźne tempo prac. Do zimnej, zgniłej wody spadały skalne odłamki. Tworzyło to małe fale jakie rozchodziły się w głąb komnaty. Szybko też wszyscy zaczęli kaszleć od pyłu jaki wzbijał się przy każdym uderzeniu. Najpierw wykuli wnękę. Ta powiększyła się do dziury. Z początku małej jak na tyle aby głowę wsadzić do środka. Jednak nawet jak poświecili pochodnią to widać było kawałek stopniowo zakręcającego korytarza. Ale wody tam było niewiele. To dodało animuszu kolegom Egona i kuli dalej. Aż zrobiła się na tyle duża dziura, że sięgała do pasa. Dało się już przejść do środka. Znów poświecili ale widoki na ten łukowaty korytarz się nie zmieniły.
- Jak ktoś chętny to się nie krępujcie. - Silny zaśmiał się, pokazując gestem wybity otwór. Sam otarł pot z łysej czaszki. Wszyscy byli nieźle rozgrzani po tej pracy.– Zanim tam wejdziemy, trza się spytać Gonsara, czy czasem w środku nie ma jakiej pułapki albo czegoś – rzekł Egon. – Lady Sorio, czy mogłabyś zapytać się go o to?
Pułapki - wzmiankował bowiem Egon - stanowiły niemalże nieodłączną część kurhanów i starych grobowców i ich obawiał się najbardziej, jako że nie raz było tak, że szlachta tudzież kapłani, którzy kazali chować swe ciała w grobach, chcieli także je zabezpieczyć odpowiednio przed rabusiami grobów.
I dodał do reszty:
– Ja i Silny albo Rune poszlibyśmy na przedzie, Burgund, Raisa i Zog mogliby być w środku imprezy, zaś Rune zabezpieczałby tyły, jeśli coś poszłoby źle.
Wolał zostawić Lady Sorię razem z trupem - Egon planował. Jeśli bowiem rzecz była jakąś zasadzką albo krotochwilą nieumarłego maga (Egon wszak zachował czujność), syrena dałaby odpór i mogłaby ich odpowiednio ostrzec.
- Nie no gdzie syneczku? Tak wysoko? Gdzie ja ci przelezę przez ten murek. - Raisa pkręciła głową na znak, że dziura jest dla jej starczego ciała zbyt wysoko aby przez nią przeszła. Co wywołało śmiechy u niektórych ale na tym się skończyło. Syrenia milady zaś odbiła się swoim zgrabnym kuperkiem od zewnętrznej ściany sarkofagu i podeszła do stojącego trupa. Położyła mu dłoń na czole i tak przez chwilę trzymała. Nie było widać aby ze sobą rozmawiali. Ale wszyscy czekali na wynik.
- Nie wie co tu jest. Jego słudzy go tu pochowali gdy był już martwy. Wyczuwa tron w pobliżu bo jest z nim związany. Jest w pobliżu więc chyba nie powinny tam być jakieś wielkie katakumby. A jego duch inaczej postrzega rzeczywistość niż my swoimi oczami. - Syrena przekazała im słowa nekromanty. - Nie wyczuwam tam takich trupów jak te tutaj. - Dodała po chwili jakby nasłuchiwania albo węszenia.
- Może Bjorn niech pójdzie z tobą? Jak tam będzie coś do wywęszenia to on to wywęszy najprędzej. - Lars wskazał na norsmeńskiego tropiciela.Egon skinął głową.
– Skoro tak – rzekł w stronę Raisy
Wydawało mu się dziwnym, że czarownik nie pamiętał, czy w pobliżu są jakieś pułapki - jednak Egon założył, że było to najbardziej naturalne.
– Pójdziemy ja, Bjorn, Zog i Silny – rzekł Egon, który postanowił się zdać na siłę dwóch wojów i zwiadowcy, przypuszczając, że jeśli przyjdzie do bitki, lepiej było mieć w towarzystwie toporników. – Pójdziemy jako przepatrywacze. Za nami pójdzie Astrid, Rune i Lars jako drugi oddział. My będziemy przepatrywać i rozpoznawać, a pozostali będą w odwodzie. Lady Soria i Raisa zostaną przy czarowniku. Musimy znaleźć ten tron…
Po kolei przechodzili przez świeżo wybitą dziurę. Najpierw pierwsza para, potem kolejna. Światło pochodni oświetlało teren tylko na kilka kroków dookoła. Później zaczynał się półmrok jaki stopniowo przechodził w jednolitą czerń. Wody prawie nie było. Ot kałuże pod nogami, na kamienniach jakie wykładały posadzkę. Przeszli przez ten pierwszy korytarz i po zakręcie okazał się dość krótki. W świetle pochodni ukazała się większa przestrzeń. Ale znacznie mniejsza niż komnata z sarkofagiem. Tu po jedną ze ścian był tron. Wyglądał solidnie i majestatycznie. Ale z powodu licznych ozdobień czaszkami i kośćmi to także dość groźnie. Rozmiarem przypominał masywny fotel. Choć bez miękkich obić więc nie wyglądał na zbyt wygodny. Za siedziskiem było widać jakieś dziwne żłobienia, jak małe rynny. Po chwili zebrali się tu całą czwórką i z ciekawością oglądali ten mebel. Była też zamknięta skrzynia. Zakurzona i nie ruszana pewnie od wieków. I regał z jakimiś przedmiotami. Niektóre to chyba były rulony pergaminu ale w większości już dawno zgniły i rozpadły się w pył. Całość pomieszczenia wyglądała jak jakiś magazynek na rzeczy dla uczonego, maga w jakim ktoś w pośpiechu wrzucił co się dało albo latami tylko dokładał kolejne graty.
Egon zmrużył nieco oczy. Całe pomieszczenie wyglądało na prastare i cudem chyba tylko uchowało się przed rabusiami grobów, a w każdym razie, na takie wyglądało. Jakimś cudem pułapek nie było… “Dobra nasza”, pomyślał Egon. Jeśli to nie był tron, który wyczuwał w komorze grobowej czarownik, to Egon nie wiedział, co to było.
Przez chwilę błysnęło mu w myśli, by splądrować ten pokój, ale zmitygował się przed tym. Teraz, kiedy Gonsar przebudził się, z pewnością będzie uważał ów pokój za swój… No i prawda - większość tego była po prostu stara i zmurszała, by reprezentować jakąś wartość.
– To wszystko, zdaje się – rzekł Egon. – Trzeba będzie go tutaj przenieść, czarownik jest zbyt słaby, by pójść o własnych nogach. Wróćmy do komnaty sarkofagu.
Wydawało się, że Norsmeni mają naturalną pokusę do myszkowania. I to nieważne czy morski łupieżca, barbarzyński tropiciel czy córka jarla. Z początku zainteresował ich trupi tron bo w całym pomieszczeniu wydawał się najokazalszym znaleziskiem. Jednak gdy juz go obejrzeli to zaczęli zaglądać w różne zakamarki. Pechowo dla nich nie było tu tak oczywistych fantów jak te co parę dni temu znaleźli w komorze grobowej. Co prawda Lars znalazł jakiś miecz ale był przeżarty przez rdzę tak bardzo, że wyglądał jak złom. Bjorn oglądał te same zgniłe zwoje co Egon ale widząc, że niewiele z nich zostało to szybko się znudził. Astrid znalazła wyprawione skóry. Widać było na nich jakieś znaki i chyba używano ich jak pergaminów. Ale skóra tak pociemniała, że były ledwo widoczne. Jednak skald rozpoznała jeden z glifów jaki ten którym oznaczano Cztery Siostry. W końcu więc jak już nie było za bardzo ani co do oglądania ani rabowania to wrócili do komnaty grobowej. Tam zaś sytuacja za bardzo się nie zmieniła. Wężowa milady opierała się przy Gnosarze o kamienny sarkofag i rozmawiała z Raisą. Obie wydawały się fizycznie skrajnie różne. Jasna, smukła, gibka młodość tuż obok szarej, przygarbionej, pomarszczonej starości. Obie jednak przerwały rozmowę aby zobaczyć z czym wraca ekipa zwiadowców. Jak się okazało, że znaleźli tron to obie się ucieszyły.
- Świetnie wam poszło. Teraz już powinno pójść z górki. A tu mam coś jeśli jest ktoś chętny i odważny. - Syrena pokazała im ten mały przedmiot jaki widocznie zdążyła skończyć jak byli w sąsiednim magazynie. Wyglądał jak ząb dyndający na blond nitce przymocowanej do haczyka na ryby.
- Co to? - Astrid zainteresowała się i podeszła bliżej aby się przyjrzeć.
- To kolczyk zrobiony wedle instrukcji Gonsara. Można go zaczepić w ucho albo gdzie tam chcecie. - Wężowłosa wyjaśniła całkiem chętnie. - To pozwoli komuś na nawiązanie więzi z czarownikiem. Zapewne jako obrazy, może jakiś szept. Trudno powiedzieć. Oczywiście najsilniej będzie działał w jego pobliżu ale gdzieś dalej też by mógł. - Dodała jeszcze czym jest ten improwizowany kolczyk.
- Mi tam to wcale nie jest potrzebne. - Silny ponownie zgłosił swoją niechęć do bliższego obcowania z nekromantą. Właściwie tylko Raisa i Astrid wyglądały jakby mogły być zainteresowane ale jeszcze patrzyły co inni powiedzą.
- To co? Trzeba go teraz tam przenieść i posadzić na krzesełku? - Lars wskazał kciukiem w stronę przejścia gdzie niedawno wybili otwór.
– Niechaj rzeknie Raisa i Astrid. Jeśli chcą, oddam im pierwszeństwo. Ale jeśli nikt nie chce, to sam ten kolec w ucho sobie wbiję – oświadczył Egon, który czuł, że relacja z trupim czarownikiem była ważna, choć z drugiej strony sądził, że inni, bardziej wprawni w magii mogli to lepiej spożytkować.I zwrócił się do Larsa:
– Ktoś będzie go musiał ponieść – rzekł Egon. – Pewnie niezbyt ciężki, ale leżał stulecia w grobie. Ja mogę go tam przenieść… Jeśli jeno Gonsar się zgodzi. Moglibyśmy spróbować też zaimprowizować nosze i władować go na nie, może pójdzie trochę lepiej – podzielił się pomysłem.
- Syneczku, jak chcesz ten kolczyk to go weź. - Starucha uśmiechnęła się swoimi wąskimi, brzydkimi wargami do brodatego mocarza. Skald popatrzyła na nią, na niego i widać było, że się zastanawia nad tym dłużej. W końcu wzruszyła ramionami i odpuściła temat. Więc milady przekazała kolczyk gladiatorowi. Zostało im przenieść ożywionego trupa do sąsiedniej komnaty.
- A on się nie rozpadnie? W końcu to stare truchło, starsze niż Raisa! - Lars zapytał bo czarownik chociaż stał o własnych siłach to jednak wyglądał dość cherlawo. No i te czarne żyłki wciąż pulsowały mu tuż pod skórą.
- Może zróbmy te nosze bo faktycznie może się cherlak rozsypać. - Silny pewnie doszedł do podobnych wniosków i poparł pomysł Egona. Po paru chwilach majstrowania związali dwa płaszcze a milady bez większych trudności, złapała za boki nekromanty i ostrożnie przeniosła go do wnętrza tego improwizowanego nosidła. Wtedy Egon i Lars mogli go ponieść do dziury. Ty trzeba było się trochę nagimnastykować ale Silny i Rune im pomogli. Złapali płaszcze aby najpierw jeden mógł przejść do wewnętrznego korytarza a potem drugi. I tak wrócili do komnaty tronowej. Tu trzeba było ostrożnie przenieść tego zetlałego trupa na ten dziwny tron.
- Właściwe kości na właściwym miejscu he he! - Lars zaśmiał się gdy cofnęli się i mogli podziwiać swoje dzieło.
– Dobra jest – Egon pokiwał głową i potarł brodę na znak dobrze wykonanej roboty. – Ta jego armia trupów będzie go chronić, przynajmniej już nie ma niebezpieczeństwa, że zostanie wykradziony albo coś mu się stanie… Chodźmy z powrotem do komnaty grobowej, aby tam deliberować.Później zwrócił się raz jeszcze do towarzyszy:
– Musimy znowu zapolować, dziś lub wkrótce. Czarownikowi potrzeba więcej krwi. Trzej zaledwie sprowadzili go do tego świata, trzech więcej zapewne go wzmocni. Ale pewien jestem, że być może i tak, że co jakiś czas będzie potrzebował świeżej dostawy. Lady Soria, czy pomożesz nam i teraz? Lub też czy wolisz, abyśmy znowu się wyprawili na rejzę myśliwską?
I rzekł jeszcze do Raisy:
– Wepniesz mi ów ząb w ucho? – zapytał z ponurym uśmiechem. – Wprawniejsza jesteś.
- A to kiedy chcesz iść na tą rejzę? Tutaj to ciężko określić ale na zewnątrz pewnie jest koniec dnia albo już zmierzcha. Dziś już nic nie załatwimy. Po nocy nie ma sensu łazić po lesie. A jutro mieliśmy wracać do miasta. I tak jak ruszymy z rana to pewnie przed obiadem tam nie zdążymy. - Silny popatrzył na Egona i wypowiedział mu swoje szacunki co do tych wycieczek po brańców. W podziemiach rzeczywiście trudno było określić jaka jest pora doby i pogoda na zewnątrz ale na oko to mięśniak mógł mieć rację. Gdy wchodzili do grobowca to było już popołudnie. I letni dzień, chociaż długi, pewnie już się kończył. Do najbliższego rybackiego sioła, ta skąd wróciła syrenia milady, było kilka pacierzy marszu. I to w dzień. Do tej Schweinewald skąd pochwycili młodego świniopasa, ze dwa razy dalej.
- Nie wiadomo ile on na tych trzech wytrzyma. A te worki krwi to byśmy mogli zgarnąć gdy byśmy wybrali się po tych niewolników dla Munira i dziewki dla robaków. To i jemu można by coś w nich przydzielić. - Lars podrapał się po brodzie i podsunął podobne rozwiązanie. Popatrzył i na ponętną milady i na starą wiedźmę, jakby od nich oczekiwał jakiejś opinii o tych sprawach związanych z mroczną magią.
- On nie jest żywy. Więc z głodu nie umrze. Najwyżej zapadnie w letarg. Nawet wtedy pewnie będzie mógł się komunikować za pomocą snów i wizji, tak jak to robił do tej pory. Tylko trzeba będzie być wtedy tutaj. - Wiedźma podeszła do wężowłosej i przejęła od niej kolczyk.
- No ale jak tylko będzie leżał i spał to na niewiele nam się przyda. A ten tron coś pomoże? - Astrid machnęła dłonią w stronę wejścia prowadzącego do korytarza jaki łączył ten magazynek z komorą grobową.
- Zapewne tak. Tron powinien pomóc mu napełnić się mocą. A ta przywróci mu pełną sprawność. Ale ze świeżą, ludzką krwią będzie to szybciej. Po to ma te rowki tam na zapleczu tego tronu. Tyle zrozumiałam z jego wizji. Ale ile to potrwa to nie wiem. - Milady odezwała się swoim aksamitnym głosem wskazując swoimi zadbanymi, smukłymi palcami na tył dziwnego fotela jaki przed chwilą oglądali.
- A jak to potrwa dziesięć lat? Albo sto? - Córka jarla skrzywiła się na myśl o tak długim czekaniu na jakieś wymierne efekty jego działań.
- To i tak by mógł porozumiewać się z nami za pomocą wizji. Ale widzieliście, że jak spożył tych trzech to sam wstał. To pewnie był duży wysiłek dla niego, wrócić do własnego ciała po tylu mileniach. Więc teraz powinno być to szybciej niż dziesięć czy sto lat. Nie wiadomo jak ten jego tron działa. - Starucha swoim kolebiącym się krokiem podeszła do gladiatora. Trzymała w dłoniach kolczyk o jaki poprosił.
- No cóż, jeśli świeża krew przyśpiesza powrót do życia naszego martwego sojusznika to jutro z rana mogę udać się na zatokę. I spróbuję złowić paru rybaków. To chyba by było najszybciej. Ale wtedy nie wróciłabym z wami do miasta. - Milady popatrzyła po zebranych jak przyjmują jej propozycję. Zaś Raisa dała znak Egonowi aby się pochylił. Bez tego trudno jej było sięgnąć do jego ucha.Egon pochylił się dla Raisy, żeby ta zaczęła swą robotę i rzekł w te słowa:
– Wystarczyło trzech chłopa, żeby powstał z martwych – rzekł gladiator. – To niedużo. Trzech albo może sześciu wystarczy, żeby raz jeszcze pokrył się ciałem na nowo, ani chybi. A nawet jeśli, cóż to za rzecz? Nawet, jeśli byśmy musieli całe sioło skąpać we krwi, to warto będzie, bowiem będzie znał wiele rzeczy… Wiele rzeczy, które zostało zapomnianych.
– Prawdę prawisz, Lars. Jak zorganizujemy więcej karków, które juchą tryskać będą, tym prędzej powróci do siebie. Wszak moglibyśmy zrobić rejzę z Gezacktem, żeby nałapać więcej łyczków - część z nich damy jako ofarię dla Gonsara, część sprzedamy Munirowi, część zaś pójdzie na Oster, ale i pamiętać musimy, by też Gezacktowi nieco opchnąc i jego imprezie.
Tu zwrócił się do Lady Sorii:
– Jeśli to nie frasunek dla ciebie, Lady, w takim razie pójdź na łowy. Jesteś w nich najlepsza z nas wszystkich.
Egon planował zatem powrócić do miasta i czym prędzej wyruszyć na imprezę łapania niewolników z Larsem i Gezacktem - kto wie, może przy okazji tej wyprawy ruszą także do miejsca, gdzie słyszeli, że statki są opuszczone? Jeśli mogliby znaleźć jakiś korab i przysposobić go i przy okazji znaleźć świeże mięso dla czarownika, to byłoby kolejne zwycięstwo.
-

Otto i Odette (ostatnia noc)
- Cieszę się, że nie zanudzamy cię milady - odparł mnich - Impresario? Obawiam się, że nie mam powołania do teatru i jego okolic, habit służy mi dobrze, nawet jeżeli siły, którym oddaje cześć są bardziej zainteresowane jak często bywam między twymi udami. - mnich się uśmiechnął trochę błogo - Nie poganiam do wizyty moja pani, natomiast obiecałem autorowi twojej zabawki, że postaram się zorganizować wasze spotkanie. O ile nie jest wielkim wielbicielem sztuk, na pewno będzie wielbił twe wdzięki, nawet jeżeli sam nie jest zbyt wyględny.
|=- Oh! Czyli są siły które interesują się tym co lub kogo mam między moimi udami? - Szlachcianka uniosła brwi i uśmiechnęła się filuternie jakby ją rozbawiła ta uwaga. - Czyli są zainteresowane mną. To mi schlebia. - Skinęła głową, jakby brała tą wiadomość za dobrą monetę. - A ten zdolny rzemieślnik no jestem go ciekawa. Myślę, że powinien zrobić więcej takich zabawek. A ty nie bądź taki skromny bracie Otto. Widzę, że masz talent do serwowania interesujących przygód i romansów. Myślę, że ktoś taki tutaj albo nawet w Saltburgu, byłby bardzo użyteczny no a ja potrafię się odwdzięczyć użytecznym ludziom. No i sam rozumiesz, wkrótce przybędą moje koleżanki więc w pewnym sensie byłabym dla nich gospodynią i nie wypadałoby aby nudziły się w tej gościnie. - Miodowłosa milady, mówiła pewnym siebie i wesołym głosem. Nagość i upodlony stan w jakim obecnie była, wcale jej w tym nie przeszkadzały a nawet zdawała się być w świetnym i łaskawym humorze.
- Nie mam kontroli nad leśnymi stadami, więc nie mogę obiecać, że przygotuję coś takiego na przyjęcie twych znajomych. - odparł mnich z odrobiną smutku - I mimo młodego wieku raczej sam nie zadowolę większej ilości pięknych kobiet, nie żebym nie chciał spróbować. Oczywiście, jeżeli byłbym w stanie oderwać się od ciebie, Pani. Postaram się coś oczywiście wymyślić, jeżeli taka twa zachcianka.
- Oh byłoby cudownie! - Artystka ucieszyła się na jego zgodę. - I może być z tymi leśnymi dzikusami ale nie ograniczajmy się! Przecież te sprawy teatru to damy radę załatwić z Kamilą czy Pirorą, te wszystkie przyjęcia u pięknych i bogatych także. Ale takie rozrywki - mówiła swobodnie i wesołym tonem, wskazała na nagie ciała gdzie pewnie z połowa należała do kopytnych. Już raczej było po głównej części spotkania i większość zapadła w leniwy letarg, rozmawiali ze sobą cichymi głosami. Jeszcze tylko Genda uderzała biodrami w wypięte pośladki którejś z dziewcząt. Obie stały pod drzewem. - No takie rozrywki sprawiają, że krew szybciej krąży w żyłach a życie pikanterii. Wspaniałe urozmaicenie. Oczywiście Otto moje drzwi też są dla ciebie zawsze otwarte. Zwłaszcza jakbyś mi umiał zorganizować tak ekscytujące doznania i przygdy. - Pieszczotliwie przesunęła palcem po piersi jego habitu, dając znać, że nie jest wykluczony z takich zabaw, zwłaszcza jakby udał mu się zaspokoić nietuzinkowe potrzeby wielkiej diwy.
- Żyję aby służyć, a sprawianie radości nimfom o twej urodzie to najwspanialsza nagroda. - dłoń mnicha mimowolnie przesunęła się po biodrze divy - Masz na coś konkretnie apetyt, pani? Bo na razie musiałbym sięgnąć pamięcią do tomów napisanych przez bardzo… frywolnych autorów, aby znaleźć inspirację.
- Oh, Otto, ty pochlebco! - Aktorka o miodowych włosach zaśmiała się i pacnęła mnicha dłonią. Obecnie te włosy wciąż miała zmierzwione i przetykane kawałkami liści, grudek ziemi, źdźbłami trawy i lepkimi zaciekami ale nadal potrafiła rozmawiać i zachowywać się jak wielka dama. Nie uciekła też przed dotykiem dłoni rozmówcy na swoim biodrze. Jego pytanie jednak wywołało u niej chwilę zastanowienia.
- Frywolni autorzy brzmią interesująco. Nie mam nic przeciwko abys czerpał z nich inspirację. - Zachęciła go ciepłym uśmiechem aby nie ograniczał swojej wiedzy i fantazji co do szukania rozrywek dla niej. - No cóż, przystojnych kochanków i piękne kochanki to mam tego na pęczki wszędzie gdzie się pokażę. To jest wspaniałe i uwielbiam tą adorację ale jednak brakuje temu wyjątkowości. A wyjątkowość jest naprawdę interesująca i wyróżnia cię z tłumu. Nawet wspaniale ubranego i wyperfumowanego. Jak z tymi pieszczoszkami. W życiu nie miałam nic tak ohydnego w ustach ani w sobie! Oh to było rewelacyjne Otto, dziękuję, że mi podarowałeś to doznanie. I tak jak mówiła Fabi, czuję je teraz w sobie i nigdy wcześniej nie przeżyłam czegoś takiego. - Szlachcianka wydawała się wręcz rozczulona na myśl o zabawie i zapładnianiu czerwiami. Jakby to było całkowicie nowe doświadczenie jakiego wybijało się ponad tle jej bogatego w romanse życia. Aż czule pogłaskała dłonią policzek mnicha.
- Właśnie o coś takiego mi chodzi mój drogi Otto. Coś wyjątkowego czego nie można zaznać na salonach. Choćby te zabawy z dzikusami. Aż się nie mogę doczekać następnych. Mam koleżankę co myślę jej też by się mogło to spodobać. I inną która jest we mnie beznadziejnie zakochana więc myślę, że nie będzie mi trudno ją namówić na takie zabawy. Inna wiem, że bardzo kocha zwierzęta jeśli wiesz co mam na myśli. Zresztą Otto sam pomyśl. Co w tych wszystkich szeptanych opowieściach ta wyuzdana i hedonistyczna szlachta robi gdy pospólstwo, kler i władza ich nie widzi? - Lekkim tonem wymieniała różne przygody jakie by interesowały ją lub jej koleżanki. Na koniec zadała mnichowi pytanie i chwilę dała mu na przemyślenie. - Właśnie to bym chciała robić. Sam powiedz, w jakiej roli i z kim byś mnie widział w swoich fantazjach gdybyś wiedział, że będę im posłuszna? - Zapytała obdarzając go życzliwym uśmiechem i bystrym spojrzeniem.
Mnich przyjrzał się divie i uśmiechnął się. Rozwiązał pas swego habitu i ustawił się za kobietą. Przesłonił oczy kobiety pasem i wyszeptał jej do ucha.
- Aby pomóc w wizualizacji… - następnie uniósł jej ręce, aby oplotła je wokół jego głowy - A więc, proszę sobie wyobrazić pani… ty, naga, w pomieszczeniu otwartym na ulicę, jedynie cienka zasłona między tobą a tłumem pospolitych ludzi. Twe ręce związane, twe usta zakneblowane, oczy zasłonięte… - mnich delikatnie się schylił i uniósł kobietę, rozkładając jej nogi - a twe uda otwarte i gotowe na każdego, kto przekroczy próg. Strażnik, żebrak, szlachcic, kapłan… ty nie będziesz wiedziała kto, oni też nie. Jedynie będą mówili pewnie jaka dobra z ciebie ladacznica do chędożenia. Może zostawimy im kawałek węgla, aby mogli napisać na twym ciele co o nim myślą… Jak ci się widzi taka scena?
- Oh Otto ależ to by była ekscytująca przygoda! Właśnie kogoś takiego potrzebuję na impresario od rozrywki! - Diwa dała sobie zawiązać oczy i poddała się zabiegom mnicha. Słuchała jego wizji z zainteresowaniem a gdy skończył roześmiała się szczerze i nagrodziła go pogłaskaniem swoją delikatną dłonią po policzku. Po czym westchnęła z żalem. - No ale ta piękna wizja raczej się nie spełni. Jestem zbyt rozpoznawalna. Wybuchł by taki skandal, że nawet moja reputacja nie dałaby rady tego zatuszonwać a pewnie by żądali mojej głowy. Niestety. Są i cienie tej sławy, w pewnych obszarach naszego życia łatwiej jest być kimś nierozpoznawalnym z tłumu. Mniej ekscytujące ale łatwiejsze. - Mimo, że pomysł bardzo jej przypadł do gustu to jednak zdawała sobie sprawę, że jej rozpoznawalność działa przeciwko niej w jego realizacji.
- Jak rozpoznawalna jesteś pani, jeżeli nie byłoby widać twej twarzy? Jestem pewny, że mamy jakiś worek, czy bardziej gustowną metodę, aby osłonić twe rysy. I postawi się kogoś, aby pilnował, żeby nikt nie zajrzał. - mnich ciągle nie opuścił kobiety, jedynie delikatnie nią kołysał na boki dla rozrywki divy - Są też oczywiście inne metody, aby zrobić z ciebie publiczną dziurę do spożytkowania.
- Worek? No tak, to jest jakieś rozwiązanie. - Naga szlachcianka pokiwała głową na znak, że dostrzega walory takiego rozwiżania. - Ale co ze zbiegowiskiem? Pewnie by się rozeszło po mieście, że cały tłum chędożył jakąś ladacznicę. - Milady raczej dostrzegała ryzyko takiej przygody i się go obawiała. Ale sam pomysł nadal wydawał jej się ekscytujący. - I masz jeszcze jakieś pomysły jakbym mogła się publicznie udzielić temu miastu? No to mój drogi impresario nie trzymaj mnie w niepewności tylko zdradź mi jak. - Roześmiała się zalotnie dając znać, że podoba jej się taki scenariusz jaki jednooki mnich przed nią malował.
- Podążając za tym pomysłem? Sztuczna ściana, że jedynie twe dolne części wystają z jednej strony, a górne są po drugiej. Co do tłumu… czyż to też nie ekscytujące? Ty pewnie będzie już zmęczona po piątym, czy szóstym kochanku, a tu jeszcze siedmiu chce cię wypełnić swym nasieniem. Każda dziura wypełniona po brzegi. - mnich się uśmiechnął - I głos tłumu oceniający cię. Zastanawiam się, czy poczułabyś w końcu nutkę wstydu ze względu na ich słowa.
- Sztuczna ściana? I ja w niej bezwolnie utknięta do dyspozycji swawolnej tłuszczy? - Brwi nad opaską milady powędrowały do góry, gdy próbowała sobie wyobrazić taką scenę. W końcu odwróciła się frontem do mnicha i pieszczotliwie objęła jego szyję raminami. - Bardzo frywolny pomysł mój mnichu. Podoba mi się. Nie sądzę aby taka tłuszcza wywołała we mnie rumieniec wstydu ale kto wie, kto wie? Takiej przygody jeszcze nie miałam. Ale jeśli uważasz, że to by było dobre dla przedstawienia i naszego samopoczucia oczywiście mogę wstyd odegrać. - Mówiła kusicielskim tonem jakby rozmawiali o schadzce kochanków. - Podoba mi sie twoja śmiałść i wyobraźnia Otto. Właśnie kogoś takiego potrzebuję na impresario rozrywek. Oczywiście gdybym ci mogła jakoś w tym pomóc albo to się wiązało z jakimis kosztami to się tym nie przejmuj, zrobię co mogę aby ci pomóc zrealizować te wspaniałe, odważne projekty. Teraz nie brałam do lasu większej sakiewki ale jeśli byś potrzebował to dziś zapraszam cię do Kamili. Będzie Benita i zasiejemy ją znowu. No a przy okazji oczywiście zabawimy się z nią. Jeśli nie miałbyś innych planów to zapraszam. A jak masz to zrozumiem. - Smukła, naga kobieta o rozczochranych, miodowych włosach mówiła cicho i zalotnie jak do swojego kochanka. Lekko bujała się na bok jakby oboje byli w jakimś delikatnym tańcu.
Dłonie mnicha powędrowały do pośladków kobiety, podążał za jej tańcem w uśmiechu.
- Musiałbym znaleźć miejsce, aby wynająć. Nie w slumsach oczywiście, chcę ci dać różnorodność. Jeżeli mogę jeszcze połechtać twą wyobraźnię. Wróć do wizji z tobą wiszącą z sufitu. I nie jesteś tam sama. Twoje koleżanki z Saltzburga dzielą twoją dolę i nie tylko słyszysz komentarze na twój temat, ale i dźwięki jak one są wykorzystywane.
Otto poczuł pod dłońmi, dwie gładkie i jędrne półkule. Ciepłe i nieco mokre od niedawnych ablucji. Zaś po tym ruchu, szlachcianka przylgnęła do niego jeszcze bardziej. Gdy usłyszała jego kolejny pomysł roześmiała się perliście.- Bardzo apetyczna wizja godna mojego impresario. - rzekła do niego tym samym zalotnym tonem co przed chwilą. - I myślę, że chociaż część moich koleżanek będzie miała ochotę przeżywać te przygodny razem z nami. Powiem ci, w zaufaniu Otto, że w tej artystycznej bohemie to wiele uwielbianych postaci to straszne rozpustnice. - Uśmiechnęła się na koniec jakby ta autoironia bardzo ją bawiła.
- Ma sens. - uznał mnich - Ciało zawsze szuka ekscytacji. - jedna dłoń powędrowała między półkule kuperka divy - A tak znamienite postaci jak ty, często pewnie doznają tego co plebs uważa za rzadkość.
- Zapewne tak. Ale plebs niezbyt mnie interesuje. Chyba, że jako widownia ale rzadko gram dla gawiedzi. No albo w takiej roli jaką planujesz mój impresario. Wtedy rzeczywiście mogą być przydatni. Z tą ich nieokrzesaną chucią. - Odparła z tonem wyższości jaką często okazywali błękitnokrwiści niższym warstwom społecznym. Na jej twarzy znów pojawił się frywolny uśmieszek. Może na wspomnienie planu dostarczenia jej rozrywki jaką właśnie uknuli. A może na dotyk męskiej dłoni jaka tam na dole, poczynała sobie coraz śmielej. A tam miała całkiem gładkie i przyjemne w dotyku okolice do zwiedzania.
- Jest też myśl co do sztucznej ściany. Jeżeli wszystkie w niej "utknięcie", będziesz mogła widzieć reakcje swoich koleżanek na bycie chędożenie w takiej sytuacji. - palce mnich przesunęły się po wrażliwszych punktach ciała kobiety - Słuchałabyś jak opisują rozmiar, widziałabyś jak szarpią nią spazmy przyjemności. - mnich się uśmiechnął - Lub jeżeli chcesz, możesz usiąść po drugiej stronie ściany i po prostu obserwować ich reakcje.
- Ależ Otto, ja jestem artystką. Śpiewaczką, diwą, aktorką. Ja występuję na scenie dla publiczności aby wzbudzać ich żądze i podnietę. Ja jestem od tego aby mnie kochać, wielbić, zazdrościć i nienawidzić. Gdzie się pojawiam tam wszyscy odwracają głowy ku mnie. Nie jestem jedną z wielu jaka siedzi w tłumie i podziwia widowisko. Chcę czuć, przeżywać i być widowiskiem. - Miodowłosa artystka, wciąż nie zdjęła sobie pasa przesłaniającego jej oczy. Przez co nieco za wysko unosiła głowę gdy mówiła co było typowe dla osób mających kłopoty z widzeniem. Ale wciąż była świadoma otoczenia. Aby ułatwić mnichowi pieszczoty między swoimi gładkimi, jędrnymi udami, postawiła nagą stopę na klapie wozu. Teraz męska dłoń miała tam o wiele swobodniejszy dostęp.
- Ale oczywiście, jeśli mój impresario zorganizuje taką przygodę z tą sztuczną ścianą także dla moich koleżanek to oczywiście będę współpracować. Może być całkiem interesująco jeśli nie będę tam sama. Ale pamiętaj, że to ja jestem diwą i to ja mam grać główną rolę. - Sięgnęła dłonią do tyłu aby złapać go za potylicę i nakierować jego usta do swoich.
Mnich celowo zatrzymał się tuż przed pocałunkiem, diva mogła poczuć jego ciepły oddech na swych ustach, był tak blisko.
- Po prostu myślę jak dodać ci pikanterii… - jego głos zniżył się do szeptu - To pomyśl o tym w ten sposób, pokaz siły wobec koleżanek. One, uwięzione w ścianie, wykorzystywane niczym niewolnice, ty po drugiej stronie, przyglądająca się niczym prawowita władczyni ich losu, pieszczona przez niewielki harem?
Naga aktorka lekko rozchyliła swoje ponętne usta, jakby gotowa przyjąć pocałunek partnera. A gdy ten w ostatniej chwili się zatrzymał poruszyła nozdrzami i brwiami jakby pobudziła ją ta niedokończona pieszczota. Wysłuchała go i uśmiechnęła się.
- No nie jest to nieprzyjemna wizja. Właściwie nawet mi się podoba. Niektórym moim koleżankom zapewne bardzo by się przydała taka przygoda w ścianie a innym nawet spodobała. Chociaż jeszcze nie wiem które i kiedy do nas przyjadą. Zapewne poprzedzą się listem. Jeszcze żadnego nie dostałam ale pewnie mój dopiero co dotarł do Saltburga. - Diwa po chwili namysłu nawet wydawała się być skłonna poddać się pomysłowi mnicha. - No dobrze mój drogi impresario od rozrywki. Widzę, że masz całkiem ciekawą wizję na tą przygodę ze mną i moimi koleżankami. Jestem gotowa ci zaufać i dać okazję się wykazać. Więc jak już te moje koleżanki tu przyjadą to postaram się je namówić na tą wspólną, brudną przygodę. A co miałbyś do zaoferowania mnie zanim przyjadą? Bo najprędzej spodziewam ich się za parę dni. - Widać było, że artystka lubi takie niecne przygody i stanowią dla niej ekscytującą rozrywkę.
Mnich delikatnie musnął usta aktorki swoimi, najwyraźniej zaczynała mu się podobać rola kusiciela.
- No cóż, moje zaproszenie do hospicjum zakładało trochę niegrzecznych igraszek z autorem zabawki. Jeżeli jednak chcesz czegoś konkretnego… - palce Otto znalazły wrażliwy punkt na łonie Odette i zaczęły wywierać napięcie na niego - … To tylko zapytam jak dużą chcesz widownię?
- O, to by mogła być nie tylko wizyta charytatywna w waszym hospicjum ale też i coś dla przyjemności grzesznego ciała? - Diwa zamruczała z zadwoleniem. Tylko nie było pewne czy na ten pomysł, pocałunek czy pieszczoty palców między swoimi udami. - No to by było interesujące. I to jeszcze z widownią? No, no Otto… Nie spodziewałam się, że macie takie ciekawe to hospicjum. - Wyglądała na zadowoloną na taki przebieg wypadków i rozmowy.
- Jest ktoś do rozważenia… ale nie ryzykowałbym jeszcze. Miałem na myśli na czas oczekiwania twych koleżanek - kolejne muśnięcie trafiło na delikatną szyję kobiety, mimowolnie mnich przylgnął divę mocniej do swojego ciała, tak że byli piersią w pierś i Odette mogła wyczuć przyspieszony puls mnicha - Słyszałem twój piękny głos wielokrotnie, ale zastanawiałem się nad twoimi talentami tańca.
- Taniec? Bez muzyki? - Ponad opaską brwi aktorki uniosły się i na twarzy widać było, że to nie jest coś co jej w pełni podpasowało. - No ale dobrze, może w twych ramionach, mój drogi impresario, nie okażę się taką straszną pokraką. - Zrobiła dobrą minę do tych improwizowanych warunków. Ale jak ruszyli to okazała się zdolną tancerką. Widocznie te liczne bale w jakich brała udział, jednak się przydawały w takich warunkach. Właściwie to całkiem zgrabnie pomagała nadrabiać partnerowi jego prostą sztukę tańca, dodając im gracji i finezji. - Czyli ta widownia to nie u was w hospicjum? - Wróciła do tego o czym rozmawiali przed chwilą. - No cóż, ja lubię występować przed widownią. Nie jestem wstydliwa. Zwłaszcza jak uda mi się nawiązać z nią więź to bywa bardzo interesująco i podniecająco. Miałbyś taką widownię dla mnie? - Obracała się w jego ramionach i to odpływała to wracała do nich. I to pomimo, że wciąż miała zasłonięte oczy. Jej głos nic nie stracił ze swojej pobudzającej kusicielskości.
- Nie będzie łatwo jeżeli idzie o przedstawienie, które ja mam na myśli, zważając na twą sławę. - mnich podniósł kobietę, pozwalając jej nogom owinąć się wokół jego pasa, wtedy w końcu zwieńczył ich taniec namiętnym pocałunkiem - Taniec, z muzyką oczywiście, powolną i sensualną. Ty w pełni ubrana, z maską na twarzy, aby cię nie rozpoznali. Powoli rozbierająca się przed widownią. Wiwaty i uwielbienia, lub cisza kiedy nie mogą oderwać oczu od twego coraz bardziej nagiego ciała. Ty w pełnej kontroli nad tym co i kiedy im pokazać.
- O. Taki rozbierany taniec? - Wypielęgnowane brwi szlachcianki znów powędrowały do góry, ale tym razem w grymasie zainteresowania i aprobaty. - Brzmi ciekawie mój impresario. Coraz bardziej podobają mi się twoje pomysły. Trzeba by dobrać zaufaną orkiestrę. No chociaż ze dwie, trzy osoby. Może być od biedy nawet jedna z fletem albo skrzypcami. Lutnia albo harfa też by mogły być. I maska musiałaby być pełna. Bo przecież wszyscy mnie tu znają. To miałbyś taką widownię mój drogi Otto? I dyskretne miejsce na taki spektakl? - Dała mu znać, że taki pomysł zdobył jej uznanie.
- Widownię znajdę bez problemu. Jeżeli nie przeszkadza ci coś… mniej wyrafinowanego. Wystarczy dać cynk w kilku karczmach. - pocałunki mnicha zniżyły się do obojczyka kobiety - Zapytam Pirory, czy mogłaby polecić jakiś grajków, załatwię ochronę, aby nikt nie sądził, że może dotknąć a nie patrzeć. Miejsce… zacznę szukać przy najbliższej okazji. Widzę, że podoba się pomysł?
- Coś mniej wyrafinowanego? - Teraz szlachcianka zacisnęła usta jakby smakowała ten pomysł. I uśmiechnęła się z zadowoleniem. - Oh, naturalnie, że mi nie przeszkadza mój drogi Otto. To mogłoby być bardzo ożywcze doświadczenie. Bo na bale i koncerty to sama mogę sobie zorganizować wejście a i tak mnie wszędzie zapraszają. No ale taka przygodna w jakiejś karczmie brzmi całkiem ekscytująco. Ufam, że zorganizujesz to jak trzeba. Gdybyś potrzebował w tym jakiejś pomocy to koniecznie daj mi znać. - Diwa położyła dłonie na jego ramionach i przez chwilę mogłaby popatrzeć mu w oczy, gdyby opaska na jej oczach jej w tym nie przeszkadzała. A i tak zalotnie cmoknęła go w policzek.
Mnich delikatnie postawił kobietę na ziemi i delikatnie zsunął pas z jej oczu.
- I jak wyobraźnia wpływa na twe żądze, pani? Mam nadzieję, że taka małe doświadczenie dało ci odrobinę rozrywki.
- Tak Otto, dziękuję, bardzo wpływa. Dobrze się bawiłam. - Chociaż była całkiem naga, to dygnęła przed nim z kurtuazją jakby oboje byli błękitnokrwistą parą na eleganckim balu. - To kiedy byś miał dla mnie jakieś wieści o ekscytujących przygodach? Jutro pewnie przed południem nie wrócę do miasta. A po południu mam spotkanie z Benitą u Pirory. Tam chyba najprędzej mógłbyś mnie złapać. - Zagaiła chcąc się już umówić na kolejne spotkanie.
- Więc się zjawię, mój piękny Słowiku. - ucałował dłoń kobiety - Jutro rozpocznę poszukiwania miejsca… chyba nawet wiem jak ubić dwie sprawy na raz. - mnich się uśmiechnął i spojrzał na kobietę ponownie, podziwiając piękno jej ciała. Diva mogła zobaczyć głód w pojedynczym oku kultysty, ale najwyraźniej kontrolował się jeszcze - Od Pirory też będę mógł wziąć maskę dla ciebie.
- No to cudownie. To jesteśmy umówieni na jutro u Pirory. No i na zasiewanie Benity tymi ohydnymi przyjemniaczkami. - Miodowa aktorka uśmiechnęła się i klasnęła w dłonie z zadowoleniem, że tak gładko udało im się umówić następne spotkanie.
Otto w hospicjum
- Staram się pomagać hospicjum i naszym pacjentom. - odparł prawie szczerze mnich - Podejrzewam, że pan Grubson niedługo będzie chciał nas odwiedzić i rozpocząć proces. Postaram się trzymać pieczę na sprawie do tego czasu.
- Grubson? To ten kupiec co dostarcza kostiumy do teatru? - Przeor trochę się zdziwił jak usłyszał to nazwisko ale jednak przyzwoicie je kojarzył. - No cóż, niech przyjdzie. Może też nas czymś wesprze. - Ostatecznie uznał, że i taka wizyta może być korzystna dla przybytku miłosierdzia jakie prowadził.
- Ah, Lady Odette von Treskow nas odwiedzi na dniach. - mnich pstryknął palcami jakby sobie o czymś przypomniał - Nie wiem czy osobiście nas wesprze, ale mówiła, że więcej dam z Saltzburg'a niedługo odwiedzi miasto. Więc wiedza o naszej skromnej lecznicy trochę się rozszerzy.
- Rozmawiałeś z lady von Treskow?! - Na twarzy ojca przeora pojawiło się zdumienie. Aż się zapowietrzył i potrzebował chwili czasu na ochłoniecie. - I ona nas wkrótce odwiedzi?! Oh! To cudownie! Cudownie Otto! Świetna robota! Oh… To trzeba teraz wszystko wyszorować. Aby ta wspaniała dobrodziejka co ma tak cudowny głos, nie pomyślała sobie, że to jakaś ponura nora. - Po pierwszym wybuchu radości, stary mnich zreflektował się, że tak sławna persona zasługuje na specjalne przyjęcie. I trzeba przygotować hospicjum na jej godne przyjęcie.
- Tylko też nie za bardzo. Sakwy nie otwierają się na widok dobrobytu. - przypomniał mnich.
- Jakiego dobrobytu, Otto? - Przeor przekrzywił głowę i popatrzył na młodszego mnicha z politowaniem. - Sam zobacz, że mamy tu gołe ściany. Ale te pajęczyny trzeba będzie omieść, podłogi wyszorować. Na zacieki i dziury w dachu już się nic nie zrobi a może naszym dobrodziejkom bardziej serce zmięknie jak zobaczą w jakich warunkach musimy dbać o naszych pacjentów. - Wskazał na tą niezbyt wesołą okolicę. Hospicjum utrzymywało się głównie z datków więc nigdy się tu nie przelewało i zawsze balansowało na krawędzi biedy.
- Po prostu ostrzegam. Ekscytacja może zwyciężyć nad umiarem. - mnich się uśmiechnął - Mam przekazać nowiny reszcie braci?
- Nie trzeba Otto. Świetnie się spisałeś. Ja im przekażę podczas obiadu. No i będę ich musiał pogonić do roboty skoro mamy mieć tak zacnego gościa. - Przeor dał znak, że tym już młody mnich nie musi się kłopotać i on bierze to na siebie. Dodatkowe prace sprzątające nigdy nie były przyjemne dla tych co je wykonywali więc nie witano ich radośnie. Tym razem jednak na osłodę mieli to, że sam Słowik Północy obiecała zawitać w ich skromne progi.
- Na pewno się ucieszą. Więc są jakieś zadania dla mnie do tego czasu, czy mam wracać do swoich zwykłych obowiązków?
- Możesz zerknąć na Grega. Widzę, że masz na niego dobry wpływ i nić porozumienia. Poza tym po posiłku, pomóż w kuchni. No chyba, że masz jakieś polecenia od naszych dobrodziejek? No to wtedy nie można im kazać czekać. Dawno nikt tak hojnie nie wsparł naszego przybytku tak jak one ostatnio. A zobacz, podłe ludzie mawia, że te piękne i bogate damy to mają tylko pstro w głowie i są próżne. A tu jak można źle człowieka po pierwszym wrażeniu ocenić. - Przeor pokiwał w zadumie głową ale wydawało się, że jest gotów wdrożyć jednookiego do jego rutynowych obowiązków w hospicjum. I zadumał się nad tym kontrastem między bogatymi, pięknymi szlachciankami a ich dobrocią jaką ostatnio okazywały ich przybytkowi.
- W sumie mam kilka spraw od nich, ale odwiedzę Georga. Pewnie biedak znowu chce mi o czymś opowiadać. - mnich pokłonił się przed przełożonym i ruszył do hospicjum w poszukiwaniu pacjenta.Z Georgem
- Pracujemy nad tym George, uwierz mi. - mnich uśmiechnął się do mężczyzny - Nie tylko ty ją widziałeś, więc zaczniemy jej szukać w mieście na dniach. Szczególnie, że jest zagrożona. Jeżeli ją odnajdziemy postaram się, aby ciebie odwiedziła. Albo tu albo jak w końcu Tobias cię przygarnie.
- Oczywiście, że tak. - Mężczyzna w średnim wieku o twarzy od razu zdradzającej ułomność umysłową, skinął głową jakby był co najmniej wykładowcą w Akademii. - Ale to zależy w której książce. Nici są różne i czasem udawało nam się ją odnaleźć i nakłonić do współpracy a czasem nie. Tam gdy uda to jest zwykle lepiej bo ona jest mądra i wiele wie. Rozumie książki a książki chcą z nią obcować. - Pacjent wyjaśnił tonem jakby tłumaczył dziecku coś co jest dla niego oczywiste.
Mnich się zastanowił chwilę nad słowami pacjenta. Rozumiał oczywiście sens jego paplaniny. Tkacz Losu ponoć widzi wszelkie możliwe decyzje, przyszłość nie jest pewna dopóki nie stanie się przeszłością. Ciekawiło Otto natomiast, jak dużo księgi wyjawiły George'owi.
- Księgi nie wyjawiły ci może lokacji, w których się udaje? Nawet jeżeli ty ich nie rozpoznajesz, pomogłoby to w poszukiwaniach.
- Ksiąg nie interesują takie detale. Księgi chcą aby ona mogła się z nimi spotkać. Mówią, że jest już w mieście i ich szuka. Na dłoni ma srebrny pierścień z oczami. Tych oczu używała do rozmów z książkami. Będzie szukać książek bo nie wie, że tych prawdziwych nie ma w mieście albo wie ale nie wie gdzie dokładnie. - Pacjent pokazał na swoja dłoń gdzie owa tajemnicza kobieta miałaby mieć ów pierścień jaki opisywał. I kiwał przy tym głową, jak chłopiec jaki z przejęciem opowiada rodzicom jak wpadł w pokrzywy.
- Ale to już jest coś. - odparł Otto - Dobrze, rozsieję wici i sam zacznę poszukiwania. Postaram się doprowadzić do waszego spotkania.
- Dobrze. Ona zawsze umiała się dostoswać i zmieniać wygląd. Więc nie tak łatwo ją odnaleźć. Ale nawet ci kopytni co ich wasz mag spotkał to zwrócili na nią uwagę. Przecież ta blondyna mu o tym mówiła ale on zazwyczaj bywał taki nieuważny. - Pacjent pokiwał mądrze głową i przez chwilę wydawał się całkiem podobny do Tobiasa jaki zwykle z wyższością człowieka wykształconego patrzył na większość kolegów a zwłaszcza koleżanki z kultu.
- Blondyna…? - mnich pokręcił głową - Mniej ważne. Dobrze, postaram się… i jesteś pewny, że już była u kopytnych?
Tym razem pacjent aż złożył ramiona na krzyż, jakby to Otto był uczniem w jego klasie. I to takim co właśnie palnął coś niezbyt mądrego. Patrzył tak przez chwilę po czym odezwał się strofującym tonem. - Tak, ta blondyna. Co przystała do plemienia zwierzoludzi i teraz jest ich samicą. I wie gdzie ich znaleźć i chce się z nimi chędożyć tak samo jak te nasze dobrodziejki co tu bywały. I jak wasz mag ją spotkał i ich też i ją zabrał ze sobą do siebie. Tą drugą to różnie bo czasem ją zabierał, czasem zabijał a czasem zostawiał ją w tej karczmie. - Greg pokręcił glową jakby musiał przypomnieć Otto tekst jaki już tyle razy wcześniej omawiali na lekcjach. Chociaż jednooki słyszał go od niego po raz pierwszy.
- Niestety George, ja jestem więźniem teraźniejszości i nie przeprowadziłem z tobą jeszcze tej rozmowy, chociaż rozumiem twoje zmęczenie moją niewiedzą. Więc Joachim znalazł, albo znajdzie towarzyszkę. Dobrze dla niego. - mnich się zastanowił chwilę - Zakładam, że imię to też rzecz mało warta uwagi dla ksiąg?
- Tak, wasz mnich znalazł tą ludzką samicę zwierzoludzi. Innych niż ci z którymi się już związaliście. A imię tej mądrej kobiety nie ma znaczenia. Przecież tylu ich używała. Tak samo jak wyglądu. Po książkach ją poznacie. Będzie szukała książek i wiedzy. I po tym srebrnym pierścieniu z oczami. Umie używać mocy i wiedzy ale to większość z was nie widzi. - Greg pokiwał głową i jakby jeszcze starał się przeszukać pamięć co by mógł przydatnego rzucić o tej nieznajomej.
- Wasz mnich…? W sensie ja? - Otto zastanawiał się czy ktoś inny z rodziny mógłby pasować do tego opisu - Blondynka od zwierzoludzi… - jednooki starał sobie przypomnieć wszystkie znane mu blondynki.
- No mag a nie mnich. - Pacjent sapnął jakby niechętny temu, że Otto przyłapał go na pomyłce. Więc szybko zaczął drugi temat. - Tak, blondynka od zwierzoludzi. Przecież wasz mag i ladacznice przypłynęły z nią do miasta. Ta druga to nie wiem czy jest z nimi. Ładna ta blondynka chociaż z lasu. Ladacznice oczywiście od razu zaczynały się z nią chędożyć gdy tylko miały okazję. Bo jest ładna. Ta druga była ładna ale jak poczuła dotyk bogów to już niekoniecznie. Ktoś by musiał lubić z odmieńcami aby się podobała. - Pacjent rozwinął ten temat skoro mnich o niego zapytał.
- Hm… no cóż zapytam. Nie zaszkodzi. Mówiłeś, że uczona zmienia wygląd, ale pierścień pozostaje?
- Tak, pierścień zostaje. Po pierścieniu ją poznacie. I po książkach. Będzie ich szukać. - Greg potwierdził domysły mnicha i na koniec skinął głową.
- No to mamy punkt zaczepienia. Srebrny pierścień z oczami. Poinformuje rodzinę i sam zacznę szukać.Otto u Teofano
- Cieszy mnie twa radość, Teofano. I jestem pewny, że twoje maleństwa również cieszą się z tak kochającej mamy. - spojrzał odrobinkę lubieżnie na dziewczynę - Nie uchodzi mi prosić co mi chodzi obecnie po głowie, szczególnie, że jestem w gościach, ale może kiedyś. - jego głos zbliżył się do cichego mruczenia - Co do Margo… - westchnął - Tego się obawiałem, twoja radość nie jest uniwersalna. Większość Imperium jej nie podziela i Margo po prostu boi się, co o niej inni pomyślą. Nie mogę jej od tak wysłać do naszych wspólnych znajomych, nie śmiałbym się im tak narzucać. Porozmawiam z nią i spróbuję ustalić jakieś spotkanie, może z służkami lady Fabienne, to moje pacjentki, jestem pewny, że Marissa ją przekona… do otwartości na pomysł takiego figlowania.
- No właśnie! Ty mnie rozumiesz! I zaszczyt jaki nas spotyka jak możemy zostać muszymi matkami! - Młoda cukiernik aż oczy rozbłysły a na twarzy pojawił się promienny uśmiech. Jakby wspólnie z mnichem, dzielili tą samą tajną wiarę. Matczynym gestem położyła dłoń na swoim brzuchu i pogłaskała go czule. Na razie wciąż był płaski i na pierwszy rzut oka, nie widać było jej błogosławionego stanu. - Ale Margo tego nie rozumie. Idiotka. - Popatrzyła na drzwi do swojej sypialni z pewnym smutkiem i rozczarowaniem. Widać było, że oczekiwała, że jej pokojówka po ostatnich przygodach ze szlachetnymi damami i w hospicjum, okaże się bardziej do niej podobna. - Ze służkami milady być może. Chociaż to nadal służki a nie milady, sam rozumiesz, że to nie to samo. Nie ma tego splendoru. A obcować z lady Odette, Fabienne czy Pirorą to takie przyjemne. Ale może i masz rację, sama już nie wiem co mam robić z tą niewdzięcznicą. - Westchnęła na myśl o postawie swojej pokojówki. Ta jednak już wracała bo słychać było jej szybkie kroki. Weszła do środku i postawiła tacę z trunkami dla jej pani i gościa. Gospodyni zerknęła na mnicha jakby była gotowa mu oddać pałeczkę rozmowy z Margo.
- Najlepiej pozwolić jej pozostać w przyjemnościach, które sama wybierze i poczekać aż ciekawość i głód nowości weźmie górę. - odparł mnich nim Margo wróciła - Na razie przegońmy jej lęki, nawet jeżeli w domu będziesz musiała przez jakiś czas być sama w matkowaniu. Ale uczep się tej radosnej myśli; więcej dzieci dla ciebie. - mnich zerknął na Margo kiedy ta weszła z trunkami - Więc, Margarethe, usiądź proszę… - jednooki wydawał się rozważać coś - Moje kolana są pewnie milsze od krzesła, ale nie narzucam się. - Otto uśmiechnął się ciepło do służki.
- Z tymi szlachciankami pewnie byłoby łatwiej, dlatego myślałam aby poprosić o spotkanie z nimi. - Teofano pokiwała swoją kasztanową głową ale jej pokojówka już weszła to zamilkła. Rudawa służąca zas postawiła tacę na stole i odwróciła się do nich. Gdy mnich się do niej odezwał, najpierw spojrzała na swoją panią.
- No śmiało Margo, chyba nie odmówisz tak miłemu zaproszeniu? - Wskazała mu na kolana mnicha, dając pokojówce przyzwolenie na takie zachowanie. Ta lekko uśmiechnęła się do niej i jeszcze szerzej do mnicha po czym podeszła do niego i usiadła mu bokiem na jego kolanach. Młoda córka znanych cukierników zaś siedziała na krześle obok i na razie obserwowała co się teraz stanie.
- Teofano mówi mi, że masz ciągle wątpliwości co do daru, którego doświdczyłyście. Zrozumiałe, nie jest coś codziennego. - głosnicha był łagodny, opiekuńczy - Jeżeli masz jakieś pytania, albo lęki, nie krępuj się. Postaram się wszystko wyjaśnić.
- No… - Pokojówka d razu zerknęła na swoją panią jakby nie była pewna jak się powinna zachować. Teofano Lebkuchen w pierwszej chwili zacisnęła swoje ładne usta w wąską linię jak zwykle gdy ktoś ją zirytował. Po chwili jednak jakby się namyśliła i uśmiechnęła się trochę.
- Mów śmiało Margo. Przecież wiesz, że i ja przyjęłam ten cudowny dar i nawet te piękne, wspaniałe szlachcianki z jakimi miałyśmy przyjemność. Wszystkie będziemy mieć zaszczyt zostać muszymi matkami. Będziesz jedną z nas. - Tym razem cukiernik przyjęła ton podobnie łagodny jak Otto. Wstała ze swojego miejsca i podeszła do tacy jaką ruda zostawiła na stole. Nalała do kubka i podeszła do nich oboje wręczając go pokojówce. Nawet kucnęła przy ich kolanach jakby nie chciała dominować nad nimi i zachęcić do przyjaznej rozmowy. Teraz oni oboje mogli patrzeć na nią z góry.
- No tak, ja rozumiem. Z tymi szlachciankami bardzo mi się podobało. - Margo lekko uśmiechnęła się i przyjęła kubek. Widać było, że czuła się znobilityowana tym, że mogła pokładać się z tak znamienitymi damami. - Ale… Ale to naprawdę mamy tam w sobie robaki? - Pokojówka w koncu odważyła się zadać pytanie. Jej pani posłała jej ciepły uśmiech i pokiwała twierdząco głową. - Ale… To dobrze? Przecież… To robaki. I ja je czuję. Czuję jak się tam ruszają w środku. Dzisiaj to chyba najbardziej. Kotłują się tam na całego. - Ruda służąca popatrzyła niepewnie i na mnicha i na swoją panią czy aby na pewno jest wszystko w porządku. W koncu zwykle jak ktoś miał w sobie robaki to uznawano, że jest chory i, że to obrzydliwe.
Mnich kiwnął głową.
- Spokojnie Margareth. Tak to są robaki, ale nie lękaj się. Nie są groźne, nie są oznaką choroby, ich obecność nie zrobi ci krzywdy. - delikatnie położył dłoń na łonie dziewczyny - Pomyśl o nich jak o fasolkach. Potrzebują jedynie twojego ciepła i wilgoci, aby urosnąć na duże i dorodne. Wtedy po prostu z ciebie wyjdą. Jedna po drugiej, albo wszystkie na raz. - uśmiechnął się - I uwierz mi, doznanie jest przyjemne. Byłem świadkiem takiego "porodu", kiedy ty i Teofano byłyście z lady Fabienne. Kobietą telepało jakby była rażona piorunem.
- Ale szczęściara. - Cukiernik spojrzała z zazdrością na mnicha jak ten wspomniał o robaczym porodzie jakiego był świadkiem. - Ja już nie mogę doczekać się swojego. Oczywiście od razu jestem gotowa przyjąć kolejny dar aby spełnić swój macierzyński obowiązek. - Zapewniła gorliwie. Zachowywała się jak neofitka jakiejś wiary lub gorliwa służbistka. Wydawała się być calkowicie poświęcona swjemu muszemu macieerzyństwu. - A z tymi fasolkami to Otto dobrze powiedział. Nie czujesz Margo jakie to przyjemne? Mieć je tam w sobie? Ja czuję to przyjemność cały czas. I pamiętasz co ta bretońska milady mówiła? Ona też sobie bardzo chwaliła tą ciążę. Ty tego nie czujesz? - Teraz przeniosła spojrzenie na swoją pokojówkę ale starała się do niej mowić łagodnie.
- No tak czuję. To… Nawet przyjemne. - Rudowłosa aby czymś zająć spojrzenie i ręce, upiła z kubka wina. I nawet się uśmiechnęła. - Czuję jak się ruszają. Tam w środku. No i… Dziś tak bardziej niż wczoraj. I czuję, że robię się tam mokra. I one tam się tak wiercą mocno. - Starała się opisać im swoje odczucia. Teofano zmarszczyła brwi jakby starała się zrozumieć o co jej chodzi ale spojrzała na mnicha co ten na to powie.
- Powiedz mi Margarethe. Czy sądzisz, że przyjemność byłaby większa… gdyby ich było więcej? Bo nie słyszę w twych słowach lęku, czy obrzydzenia. Tylko ciekawość i drobny niedosyt. - ucałował delikatnie szyję dziewczyny - I jeżeli mam rację, to jest to dobry znak.
- Więcej? No ale jak? Przecież jak więcej to bym chyba pękła. - Margo poruszyła się niespokojnie na kolanach mnicha. Jednak uśmiechnęła się lekko gdy pocałował jej szyję. Teo wciąż kucała przy ich kolanach i starała się być miła.
- Oczywiście, że jak więcej to lepiej. Słyszałaś co mówiła lady Fabienne? Ona co chwila przyjmuje w siebie ten dar i ciągle ma ochotę na więcej. A przecież to szlachcianka i wielka pani. - Cukiernik mówiła łagodnym tonem i zaczęła podwijać suknię pokojówki. Gdy pokazało się jej kolano to je pocałowała.
- No to może… Sama nie wiem… No tak, milady mówiła, że je lubi i jak się w niej ruszają. Może tak? Myślicie, że powinnam ich przyjąć więcej? Trochę się boję. A co jeśli się wyda? Co ludzie powiedzą? Że to ta co ma robaki. - Pokojówka wydawała się bić z myślami o konsekwencjach społecznych i dorobienia parszywej gęby. Zapewne tak by było gdyby się wydało i to w łagodnym wariancie gdyby uznać te robaki za jakieś standardowe pasożyty ze złego jedzenia czy brudnej wody. Lebkuchen pocałowała jej kolano raz jeszcze i dłonią zaczęła powoli przesuwać po jej udzie jakby chciała przekierować jej uwagę na przyjemniejsze sprawy.
- Uwierz mi to nie był pierwszy raz lady Fabienne, a ona ma opiekunkę, która odpowiada przed jej mężem. Jeżeli pod tak bacznym okiem jej się udało ukryć swoje maluszki, ty nie masz się czego lękać. - widząc działania Teofano, mnich uniósł dłoń do biustu Margareth, delikatnie masując wzgórki dziewczyny - Nie jest to coś co wymuszamy. Jeżeli ciągle nie jesteś pewna, to poczekaj aż ten okres przejdzie przez wszystkie etapy. Jeżeli zdecydujesz, że nie chcesz więcej, nie poruszymy tematu znowu. Jeżeli jednak bedziesz chciała… no cóż, najwyraźniej tam to nie jedyne miejsce gdzie maluszki lubią gniazdować.
- We mnie mogą gniazdować. Ja je przyjmę bardzo chętnie. - Teo mruknęła z gorliwym zainteresowanim. Podniosła głowę aby psłać im obojgu wesoły uśmiech. Jej wola byca muszą matką zdawała się nie słabnąć ani na chwilę. Na razie jednak subtelnie podwijała spódnice swjej służącej więc widać było coraz więcej jej jędrnych ud. Ale skumulowany materiał przesłaniał mnichowi widok na ich zwieńczeie. Widać było, że nauka nie poszła w las i cukiernik starała się naśladować w tych zabawach z pokojówką wielkie damy z jakimi ostatnio miały do czynienia.
- No tak, lady Fabienne mówiła, że przyjęła je w siebie wiele razy. A w ogóle po niej nie widać. Nawet jak jest bez ubrania. - Margo pokiwała głową i wydawało się, że zaczyna ulegać pieszczotom mnicha na swojej górze i swojej pani na dole. Jednooki zaś mógł czuć przyjemność z oglądania i dotykania tych jej górnych jędrności.
- To mam poczekać? Aż… Wyjdą ze mnie? Tak? - Pokojówka popatrzyła na mnicha pytająco czy właściwie zrozumiała jego słowa.
- Ty naprawdę jesteś mokra. - Z dołu doszedł ich zdziwiony głos Lebkuchen. Właśnie dotarła do bielizny służącej. I jak wyjęła stamtąd palce to pokazała mnichowi, że łączy je lekpa, przezroczysta nitka.
- No mówiłam wam. To tak niedawno. Jak się tak wiercą w środku. Bardziej niż rano albo wczoraj. - Rudowłosa powiedziała nieco speszonym głosem.
- Tak będzie najlepiej. Mówiłem prawdę, że nie zagrażają twojemu zdrowiu. Nie ryzykowałbym nim dla własnej uciechy. Po prostu, zostańmy przy tym co jest i później zobaczysz, czy chciałabyś znowu… - Otto zerknął na dłoń Teofano - No, no… ktoś karmi swe maleństwa obficie. Jak sądzisz Teofano, dasz radę nie utonąć?
- No może nie mam tak sprawnych ust jak lady Fabienne. Ale spróbuję. - Młoda cukiernik i podniosła głowę i uśmiechnęła się do nich obojga. Po czym oboje zobaczyli jak rozchyla uda pokojówki i przystawia do nich twarz. Dało się słyszeć jak jej usta i język tam pracują. I jak podniecenie o każdego z nich rośnie. Margo oddychała coraz szybciej i ściągnęła z siebie górę sukni aby uwolnić swój dekolt. Teraz mnich miał do niego swobodny dostęp. Zabawa zaczynała się rozkręcać gdy niespodziewanie młoda cukiernik zamarła. Właśnie miała palce w mokrych trzewiach swojej pokojówki.
- Tam się coś rusza! - Podniosła głowę aby popatrzeć zdumionym wzrokiem na nich.
- No mówiłam wam, że się ruszają. Bardziej niż wczoraj albo rano. - Wyjęczała pokojówka.
- Otto one chyba wychodzą. - Cukiernik wydawała się trochę przestraszona a trochę zaintrygowana. Wciąż miała na sobie rumieńce przyjemności jaką właśnie przeżywali i przyspieszony oddech.
Mnich gwizdnął.
- No, no… nie spodziewałem się tak szybkiego dorastania. Teofano, pobiegnij proszę po wiadro, nie ma co aby wylądowały na podłodze. - mnich trzymał spokojnie Margareth - Spokojnie moja droga, nic złego się nie dzieje.
Lebkuchen pokiwała głową i wybiegła z pokoju. Mnich na chwilę został sam z blond rudzielcem. Ta siedziała mu na kolanach z zadartą na górze i dole spódnicą. Oddychała coraz szybciej przez co sprawiała wrażenie, że przeżywa jakąś podnietę. Tylko spojrzenie miała rozkojarzone i nieco zaniepokjone.
- To ja… Rodzę? Ale… Ale jak? To niemożliwe… Przecież wieczór w teatrze dopiero co był. - Bełkotała patrząc na niego nierozumiejącym wzrokiem. Oczywiście gdyby porownywać do zwykłej ludzkiej ciąży to jej zdumienie było jak najbardziej na miejscu. Ale czerwie rozwijały się swoim tempem i nosicielka nawet nie była w prawdziwej ciąży więc takie porównania były nie na miejscu. Pokojówka wsadziła sobie dłoń pod bieliznę i po chwili wyjęła. Jej palce sklejał śluz podobny do tego jaki oblepiał czerwie. - Czuję je. Jak się ruszają. Chyba rodzę. - Margo wydawała się być nieco spanikowana tym nienaturalnym zjawiskiem jakie właśnie przeżywała. W międzyczasie Tofano przybiegła z dużą miską.
- Nie znalazłam wiadra ale mam to! - krzyknęła od progu ale zatrzymała się przed parą siedzącą na krześle. Widać bylo, że cukiernik niezbyt wie co teraz powinna zrobić. - Ona rodzi? Te cudowne maleństwa? - Brunetka popatrzyła pytająco na Otto jakby wierzyła, że będzie wiedział co dalej robić.
- Całkiem możliwe, daj to co znalazłaś pod nią. - mnich trzymał delikatnie Margo - Spokojnie Margareth, te maluszki rosną własnym tempem, nic złego się nie dzieje. Po prostu mogą już być gotowe do wyjścia. - mnich delikatnie sięgnął pod spódnicę dziewczyny zsuwając jej bieliznę - Teraz spokojnie… oddychaj. Chcesz, abyśmy uprzejmnili ci proces? Nie będzie bolesny jak prawdziwy poród, więc w niczym nie przeszkodzi.
- Ale… Ale jak to… - Pokojówka oddychała coraz szybciej. Widać było jak pod zwykłą spódnicą, jej brzuch porusza się coraz szybciej. Jakby cała sytuacja działa się dla niej zbyt szybko. Jej pani, posłusznie postawiła miskę między jej nogi. A mnich zaczął ściągać pokojówce bieliznę. Już widział jej nagie łono i jak cienki materiał zsunął się na górną część ud, gdy rudzielec spanikowała. - One wychodzą! - Zawołala i zerwała się na równe nogi. Teofano złapała ją w ramiona i przytrzymała.
- Margo! Uspokoj się! Musisz urodzić. Teraz już tego nie da się przerwać. Usiądź. Połóż się. - Ciemnowłosa najpierw krzyknęła na służkę. Ostro co zwróciło jej uwagę. Wtedy złagodniała i pociągnęła pokojówkę aby usiadła na skraju jej łóżka. Ta zrobiła to i po chwili oparła się łokciami o nie. Jej pani dokończyła ściąganie jej majtek i z powrotem przysunęła miskę między jej nogi. Wrócili mniej więcej do tego co mieli przed chwilą.
- Co teraz Otto? - Młoda cukiernik znów spojrzała na mnicha. Ten pierwszy raz brał udział w przyjmowaniu robaczego porodu. Ale jak widział te rozchylone uda Margo i jej nagie łono to przypominało to scenę ze snu jaki tyle razy śnił. Teraz wiedział, że śniły mu się Fabienne i Odette. Ale leżały podobnie jak teraz młoda pokojówka. I we śnie, przy wtórze jęków rozkoszy, obie szlachcianki rodziły czerwie. Wychodziły z nich same. No ale to był sen a teraz na wyciągnięcie ręki miał rozchylone uda Margo i podekscytowane spojrzenie Teofano.
- Teraz czekamy. Powinny wyjść same, trzeba jedynie uspokoić Margereth aby biedaczka się tak nie męczyła. - mnich ujął policzek - Spokojnie Margo. - ucałował kobietę delikatnie - Opisz co czujesz. Nie bój się, nie grozi ci krzywda, a z tego co wiem nawet ból. Opisz jedynie co czujesz. Boli, swędzi… czy jest jednak trochę przyjemnie?
- No… Ruszają się… Wychodzą… - Widać było jak pokojówka jest nieco zdezorietnowana. Ale po pocałunku mnicha lekko się uśmiechnęła. - I… No tak… Trochę jakby… Łaskocze. I przyjemne. I trochę… Tak jak wtedy jak się z zacnymi damami zabawiałyśmy… Oh! - Mówiła coraz bardziej spazmatycznie. Załapała mnicha za rękę. A Teofano usiadła z drugiej strony. Z przejęciem obserwowała to twarz swojej pokojówki to jej łono. Gdy ta sapnęła głośniej i wytzeszczyła oczy na jej uda trysnęła ciecz. Okazała się lepka i przezroczysta jak śluż jakim oblepione były czerwie. Cukiernik nachyliła się aby lepiej widzieć. A rudzielec znów sapnęła trochę głośniej.
- Jest! Wychodzi! - Cukiernik krzyknęła entuzjastycznie i spojrzała na nich oboje. Chociaż i Otto widział jak czerw pokazał się między udami kobiety. Po chwili z plaśnięciem wpadł do miski. Margo odetchnęła z ulgą. Ale to nie był koniec. Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilkukrotnie. Za każdym razem udawało jej się wypchnąć robaka na zewnątrz. A cukiernik zeszła na podłogę i przejmowała je aby nie spadały tylko je wkładała do miski. Wiły się w pojemniku zostawiając w nim kleisty śluz jaki łączył je z udami i łonem co je wydały na świat. Było ich chyba przynajmniej z pół tuzina. Teofano była zachwycona. Złapała jednego z nich i pokazała dwójce na łóżku. - Oh zobaczcie jakie śliczne maleństwo! - Uśmiechnęła się do nich promiennie.
Mnich pogłaskał policzek Margaret i ucałował ją ponownie.
- Gratulacje, mam nadzieję, że nie było to nieprzyjemne? - pozwolił kobiecie leżeć i oswoić z tym co się właśnie stało i zerknął na nowy miot z uśmiechem - Cudowne, powinnaś być dumna Margereth.
- To już? - Pokojówka leżała na plecach w poprzek łóżka swojej pani. Wzrok miała rozleniwiony, dłońmi wodziła po pustym już brzuchu. Na twarzy błąkał jej się błogi uśmieszek. - Tak, było… Całkiem miłe. - Chyba w tej chwili miała trudności z ubraniem swoich myśli w słowa. Wyglądała jak kochanka tuż po szczytowym momencie przyjemności w figlach. Teofano za to była przytomna, pobudzona i podekscytowana.
- Oh to było takie piękne! Ja też tak będę miała? Nie mogę się doczekać! Jej, Margo, jak ci zazdroszczę, że już w pełni zostałaś muszą matką! - Młoda cukiernik nachyliła się nad leżącą pokojówką i nagrodziła ją pocałunkiem w usta. Co ta chętnie przyjęła. I wymamrotała coś niezrozumiale ale z zadowoleniem. Wtedy brunetka podniosła się i objęła mnicha za szyję. Jego też namiętnie pocałowała. - Ja też tak chcę. Jak najwięcej i najczęściej. Nie mogę się doczekać! - Oznajmiła mu szepcząc prosto w twarz. Wydawała się już przeżywać swój przyszły poród jakby teraz gdy była jego świadkiem, jeszcze bardziej się niecierpliwiła.
Mnich odwzajemnił pocałunek i wciągnął cukiernik na swoje kolana.
- Cierpliwości, nie można przyspieszyć tego, jeszcze maleństwom coś by się stało, ale oczywiście jak tylko wydasz swój pierwszy miot z chęcią zasieję cię na nowo. - przybliżył się, aby wyszeptać Teofano do uszka - Jeżeli to cię zainteresuje, każdy otwór jest dobry dla maleństw, jeżeli chcesz poczuć ich więcej.
- Oczywiście, że tak! Jestem gotowa je przyjąć z każdej strony i dowolną ilość! A musimy czekać? Nie mógłbyś mnie zasiać ponownie? No albo któraś z milady jeśli to by było łatwiej i szybciej. No i Margo też. Zobacz, że teraz jak urodziła to jest pusta. - Teofano bardzo chętnie weszła mu na kolana i czule objęła jak kochanka. Też szeptała mu i patrzyła z gorliwym oddaniem muszemu macierzyństwu. Spojrzała w bok na leżącą tuż obok pokojówkę. Margo miała nieco rozchełstany wygląd. Podwinięta spódnica pokazywała nagie uda i łono a na górze jej biust. Teraz jakby zapadała w słodki letarg jak po spełnieniu po figlach. - Ah. A co zrobimy z maleństwami? - Młoda cukiernik spojrzała w dół na miskę pełną czerwi. To były te małe, wielkości może długości dłoni dorosłego mężczyzny. Za to szybciej dojrzewały w łonie nosicielek i przez to gdzieś po pół tygodniu już następował ich poród.
- Nie zabrałem ze sobą dziś jajek. Co do Margo… pozwólmy jej zdecydować, na razie jest rozkojarzona. Poczekajmy, aż zobaczy twój poród może? - dłonie mnicha zaczęły delikatnie wędrować po ciele cukiernik - Zabiore maluchy, mamy ich rodzeństwo w specjalnym miejscu dla nich. Wiem, że pewnie chciałbyś, aby zostały, ale o ile ciążę mogliśmy ukryć, no duże bzyczące muchy przykują uwagę… i ktoś mógłby zrobić im krzywdę.
- Oh no tak. Musimy je chronić. - Kobieta o kasztanowych włosach popatrzyła na pełzającą zawartość misy i zgodziła się. Choć z wyraźnym żalem. - Nie mogę się doczekać aż wydam na świat moje maleństwa. - Westchnęła kładąc dłoń na własnym brzuchu. Ten na razie nie zdradzał, że jest tam coś więcej niż ostatni posiłek. - Lady Fabienne tak pięknie o tym opowiadała. I to, że już tyle razy przyjęła ten cudowny dar w siebie. Też bym tak chciała. - Pokiwała głową jakby była całkowicie oddana tej sprawie a zachęta ze strony bretońskiej milady tylko ją w tym utwierdzała. - Szkoda, że nie masz przy sobie tych jaj? To na kiedy się umówimy? Mogę przyjść do was do hospicjum jeśli chcesz. I zabrać Margo. Albo do lady Pirory. Wiem gdzie to jest. - Popatrzyła gorliwie na mnicha jakby chciała jak najszybciej się umówić na kolejne zapłodnienie. - A Margo to poczekaj, zaraz zobaczymy. - Uśmiechnęła się i schyliła do miski. Wzięła jednego z czerwi i wyprostowała się. Spojrzała pytająco na jednookiego jakby sprawdzając czy popiera ten pomysł aby podać robaka nosicielce.
Mnich kiwnął głową i podążył za Teofano, ale nie mieszał się w jej plan. Usiadł jedynie obok Margo, kładąc delikatnie jej głowę na udzie, delikatnie gładząc jej czoło i czekając na ruch Teofano.
Widząc zachętę, cukiernik położyła czerwia między piersiami swojej pokojówki. I z ciekawością wymalowaną na twarzy czekała co się stanie. Rudoblond dziewczyna w pierwszej chwili jakby nic nie poczuła. W kolejnej sięgnęła tam dłonią. I przez chwilę głaskała czerwia a ten żywo sprawdzał jędrne otoczenie w jakim się znalazł. Dopiero jak lepkość oblepiła palce pokojówki ta otworzyła oczy jakby się zorientowała w tym. Popatrzyła z pewnym zdziwieniem na swoją dłoń po czym podniosła głowę na swoje robacze dziecię.
- To twój. Ale ci zazdroszczę Margo. Ja sama to już nie mogę się doczekać swoich. - Teofano nie wytrzymała aby się nie odezwać. I delikatnie pogłaskała czerwia jaki zostawiał lepki ślad na piesiach jej służącej.
- To moje? - Do byłej garbarki jakby zaczynało docierać w jakiej była sytuacji. Przyglądała się robakowi z bliskiej perspektywy.
- Tak. W misie jest ich więcej. To one dostarczyły ci ostatnio tyle przyjemności. - Cukiernik pokiwała głową i pokazała gestem poza krawędź łóżka. Pokojówka patrzyła na tego pulsującego robaka jakby nie mogła oderwać od niego wzrok.
- No i chciałabyś jeszcze raz? - Brunetka w końcu zadała pytanie jakby się nie mogła doczekać odpowiedzi. Służka podniosła głowę na nią. A potem na mnicha. Wyglądała jakby nie była pewna jakiej odpowiedzi od niej oczekują.
- Nie lękaj się i powiedz co naprawdę myślisz. Jeżeli nie chcesz nie powinniśmy cię zmuszać. Nie ma nic smutniejszego od matki, która nie może kochać swego potomstwa. - zerknął na Teofano, miał nadzieję, że oddanie dziewczyny własnym chęciom nie przesłoni jej rozsądku.
- No… To było… Całkiem miłe… - Leżąca na plecach pokojówka dotknęła swojego brzucha. Lekko się w końcu uśmiechnęła jakby na świeże wspomnienie własnego porodu. Słysząc to, cukiernik rozpromieniła się.
- Jesteś bardzo zdolna Margo. Wydałaś piękny i silny miot. Jesteś dobrą muszą matką. No i do tego sama widzisz jakie to przyjemne. Az nie mogę się doczekać kiedy do ciebie dołączę. A tu sama zobacz. To maleństwo dopiero co miałaś w sobie. - Brunetka pochwaliła swoją służkę jakby odczuwała z nią teraz więź jako nosicielka czerwi. Jednego z nich zademonstrowała pokojówce. Ta spojrzała na niego.
- To moje? - Trochę jakby zdziwiła się, że coś tak odmiennego od człowieka, mogło właśnie w niej być przez ostatnie kilka dni. Ostrożnie uniosła dłoń i dotknęła śliskiej larwy. Od razu jej palec połączyła z nią nitka śluzu. Robak zareagował żywszymi ruchami, jakby sprawdzał co go dotyka. Pokojówkę to jakby rozbawiło bo zaśmiała się cicho. I pogłaskała go delikatnie.
- Twoje moja droga, twoje. - mnich się uśmiechnął - Maleństwo zrodzone z twego ciepła i miłości. - Otto ucałował czoło służki - Czy chciałabyś stworzyć kolejne?
- No chyba tak. Ten poród i jak się ruszały w środku to było całkiem miłe. - Blond rudzielec uśmiechnęła się i powoli skinęła głową. Teofano zaśmiała się i nagrodziła ją całusem w usta.
- Tak! Będziemy spełniać nasze posłannictwo i zapełniać świat kolejnymi miotami! - Zawołała radośnie i z gorliwością w oczach. - Bardzo apetyczna wizja godna mojego impresario. - rzekła do niego tym samym zalotnym tonem co przed chwilą. - I myślę, że chociaż część moich koleżanek będzie miała ochotę przeżywać te przygodny razem z nami. Powiem ci, w zaufaniu Otto, że w tej artystycznej bohemie to wiele uwielbianych postaci to straszne rozpustnice. - Uśmiechnęła się na koniec jakby ta autoironia bardzo ją bawiła.
-

Angestag; popołudnie; Otto i apteka SigismundusaMnich zabrał nowy miot do apteki Sigismundusa, było to jedyne miejsce gdzie mógł je bezpiecznie przechować. Po drodze kupił trochę jedzenia dla opiekunki domu aptekarza.
- Witaj ponownie, Dorno. - uściskał mutantkę na przywitanie - Przyniosłem prowiant, oraz mam nowe maleństwa do hodowli. Jedna z najnowszych matek wydała miot w dwa dni po zasianiu.
- Wejdź Otto. - Mutantka otworzyła mu ostrożnie jak zawsze. Była w kapturze a jego cień przysłaniał jej twarz. Dopiero jak zostali sami w kuchni to go zdjęła i ukazały się jej kolczaste włosy i ziemista cera. Ucieszyła się zarówno z wiadomości, jedzenia jak i nowego miotu. Z ciekawością zajrzała do worka w jakim kłębiło się życie. - Dobrze, zaniose je na dół, do reszty. - Pdniosła głowę i lekko uśmiechnęła się do niego. Mówiła przyciszonym głosem. Dała mu znak aby poszedł za nią. - Raisa jeszcze nie wróciła z tego grobowca. To jestem tu sama z tymi dziewczynami z wioski. Staram się im nie pokazywać. Ale to trochę trudne i dziwne jak się mieszka w tym samym domu. Zwykle Raisa z nimi gadała. Byłoby łatwiej jakby któraś ze szlachcianek je wzięła na służbę. Był tu Egon z Larsem. Kupili nam klatki na te nowe muchy. Bo już nam brakowało. I zasiali je razem z Raisą. Ale już wydały swój miot. - Mówiła cicho gdy przeszli przez parter na zaplecze apteki. Tam zeszli na dół do piwnicy. Do ostatniego pomieszczenia gdzie była hodowla. Tu mutantka otworzyła lewą celę i weszła do środka. Zaczęła przygotowywać jedną ze skrzynek wyłożoną słomą aby tam przenieść nowy miot. Zaś w innych skrzynkach widać było inne czerwie w różnych etapach robienia kokonów lub już same kokony. A pod długą ścianą regały z klatkami na kury i króliki w jakich siedziały dorosłe muchy. Te małe były trochę dłuższe niż ludzka głowa. Te większe mniej więcej jak z pół ludzkiego korpusu.
Mnich delikatnie pogłaskał jedną z larw i spojrzał na Dornę.
- Potrzebujesz pomocy? - rozejrzał się po pomieszczeniu - I czy mogłabyś mnie zaopatrzyć w kolejne dawki? Zapowiada się, że będę dalej zapładniał kolejne matki.
- Może mógłbyś się im pokazać? Ja staram się jak najmniej. One chyba nie wiedzą jaka naprawdę jestem. Ale dziwą się czemu po domu chodzę w kapturze. Coś podejrzewają. Dlatego Raisa jak jest to z nimi gada. Mam nadzieję, że szybko wróci. One siedzą na piętrze. - Poprosiła kolegę aby się choć na chwilę rozmówił z trzema rybaczkami z piętra. - Jak je zabierali z tej wioski to im Astrid i reszta obiecali, że bogata pani weźmie je na służbę i będzie im lepiej niż tam na wsi. Więc one teraz czekają i pytają kiedy ta pani je weźmie do siebie na tą służbę. - Westchnęła jakby teraz pretekst pod jaki pozwolił grupie Norsmenów dość gładko zabrać te trzy wieśniaczki do miasta, teraz odbijał się rykoszetem.
- Dobrze, chodź. One już sobie tutaj poradzą. Teraz zaczną robić kokon. Ale to im dzień czy dwa zajmuje zanim skończą. - Uśmiechneła się na widok pół tuzina małych czerwi jakie wysypała z worka jaki Otto dostał od Teofano. Wyglądała niczym dumny hodowca. Podniosła wzrok i skinęła aby kolega poszedł za nią. Zaprowadziła go do prawej celi. Tu były misy z jajami jakie przyniesiono z jaskini Oster. - Chcesz same jaja czy napełnić ci strzykwy? - Zapytała odwracając się ku niemu. Pokazała gestem na stos pustych, glinianych strzywk które można było teraz napełnić jajami.
- Same jaja wystarczą, mam własne narzędzie. - odparł z uśmiechem mnich, spojrzał w kierunku piętra, gdzie znajdują się kobiety ze wsi - Chcesz, abym im powiedział jakąś bajkę na temat tego czemu się zakrywasz? Coś, żeby cię nie męczyły?
- Możesz. Ja nie wiem co powiedzieć. Najlepiej by był jakby któraś ze szlachcianek je zabrała do siebie. Chociaż jedną czy dwie. To byśmy tu znów zostały we dwie z Raisą. - Mutantka może i miała już przyjemne doświadczenia na zabawach u Pirory z resztą kultystów ale poza tym nadal obawiała się reszty ludzi. Całkiem rozsądne zresztą bo w przeciwieństwie do jej kamratki z jaskini to jej skaza od razu rzucała się w oczach. A Lilly jak była w długiej spódnicy to mogła uchodzić za młodą i ładną mieszczkę. Na Dorna usiadła na niskim, trójnożnym stołku i zaczęła nakładać kolejne porcje jaj do woreczka.
- A dla kogo to? I która to wydała ten miot? - Zagaiła na przyjemniejszy temat. Wydawała się zaciekawiona dla jakich nosicielek pakuje te jaja.
- Nie wiem czy ją spotkałaś. Margereth, służka lokalnych cukierników. Zasiałem ją… dwa.. trzy dni temu i już wydała miot. Jest zainteresowany kolejnym więc będę kontynuował. Do tego Lady Odette zaprosiła mnie na spotkanie z znajomą, którą zechce zasiać, więc i tam się udam.- mnich się uśmiechnął - Coraz więcej mamy chętnych matek. Niedługo pewnie trzeba będzie pomyśleć o nowym miejscu na przechowywanie ich.
- No u nas jeszcze trochę jest. Można sąsiednią celę przerobić na żłobek dla tych maleństw. A na wszelki wypadek Sigismundus zabrał ze sobą Loszkę i część hodowli. Zresztą zanim odjechał to mówił, że jak któraś by była chętna na zasianie to nie jest to żaden problem. Tylko trzeba pilnować aby ciężarnego brzucha nie było widać. Bo to by mogło ją zdradzić. A poza tym to sama da się zasiać, sama donosi, sama urodzi i przyniesie ten miot. Tak jak Laura z zamtuza. Już chyba ze dwa czy trzy od niej tu mamy. Gorzej jakby jakaś nie chciała to trzeba by ją gdzieś przetrzymać aż urodzi. Chociaż takie miejsce gdzie by można trzymać te nosicielki by się przydało. Można by je wtedy zasiewać do pełna bez obaw, że ktoś zobaczy ich ciężarny brzuch. A tej Margaret to nie znam. Pewnie jakaś nowa. Lady Odette to tak bo była u Pirory po mszy tydzień temu jak ja też byłam. Co się bawiłyśmy w te panny młode. Pamiętasz? - Dorna chętnie się rozgadała gdy ładowała kolejne porcje jaj do woreczka. Chociaż głównie powtarzała to co usłyszała od aptekarza zanim te wyjechał z miasta.
- Pamiętam, pamiętam. Sam przecież prowadziłem procesję. Margereth spotkałem przez jej córkę cukierników, Teofano. Dziewczyna się nakręciła na bycie "muszą matką" i wciągnęła Margereth do tego. - mnich westchnął - Czasem wydaję się to zbyt łatwe… - mnich schował pakunki z jajami - Dziękuję ci kochana, na pewno znajdę dla nich ciepłe domki. Masz może jakieś prośby co do mnie?
- To tej Teofano też nie znam. - Mutantka pokiwała swoją kolczastą głową i lekko się uśmiechnęła. - Ale jeśli chce rodzić te maleństwa to dobrze. Gdybyś jeszcze potrzebował tych jaj to przyjdź. Jak widzisz jeszcze trochę ich jest. Niektóre muchy są już dorosłe to chyba same powinny móc produkować nowe jaja ale nie wiem jak. Sigismundus tak mówił zanim wyjechał. Że jak już dorsoną to nie będzie się trzeba martwić czy nam jaj zabraknie bo te dorosłe bedą produkować nowe. Ostatnio był u nas Egon z tym swoim kolegą z Norsci. Obaj sa tacy duzi. No i też zabrali trochę jaj na zasiew. Mam nadzieję, że im się powiedzie. I tobie też. A na razie dziękuję Otto ale chyba mam co mi potrzeba skoro to jedzenie nam kupiłeś. Oby Raisa szybko wróciła. Jak tu jest to jakoś z nią raźniej. - Szaroskóra uśmiechnęła się na koniec ale wydawała się być dobrej myśli.
- Dobrze. To porozmawiam z twoimi towarzyszkami, nie wiem czy uda mi się załatwić dla nich zatrudnienie, ale może sprawię, że dadzą ci spokój. - mnich ruszył na górę w poszukiwaniu nowych współlokatorek Dorny.
Mutantka ucieszyła się i zaprowadziła do na schody prowadzące na górne piętro. Pokazała mu które drzwi ale wolała nie pokazywać się nowym koleżankom na oczy. Gdy mnich tam wszedł zastał trzy młode kobiety zajęte łuskaniem jakiegoś ziarna. Wszystkie spojrzały na niego aby sprawdzić kto przyszedł. Spódnice miały proste chociaż czyste. Wyglądały na wieśniaczki albo mieszczki jakim się nie przelewa. I każda miała włosy w innym kolorze. Blondynka, ruda i czarna. Chyba je zaskoczył bo nie bardzo wiedziały co powiedzieć. Wymamrotały tylko krótkie “pochwalony ojcze” skoro zobaczyły osobę w mnisim habicie.
- Witajcie moje drogie, jestem Otto i jestem tu za pośrednictwem szlachetnych dam tego miasta. - mnich uśmiechnął się do kobiet - Rozumiem, że poszukujecie zatrudnienia, aby im usługiwać?
- Jesteś od szlachcianek ojcze? Oj tak, my byśmy bardzo chciały pójść do nich na służbę. W wiosce nam mówili, że będziemy mieć lepiej tu w mieście, że jedzenie będzie i spanie. I robota łatwiejsza niż przy sieciach. I my myślały, że może tej blond panience będziemy służyć no ale jej tu nie ma ostatnio. Ale my dalej byśmy chciały pójść na służbę do jakiejś milady. - Odezwała się blondynka i mówiła szybko. Pozostałe dwie też gorliwie kiwały głowami na znak, że zgadzają się z jej słowami. Porzuciły swoje zajęcie i podeszły do niego patrząc na mnicha z nadzieją.
- Rozumiem. Cóż, oczywiście przedstawię wasze chęci lady Von Mannlieb i von Dyke. Być może lady Von Treskov również by szukała pomocnic, ale ona nie zostanie w mieście na zawsze. - mnich się uśmiechnął - Więc, jakie talenty oferujecie?
Trzy wieśniaczki ożywiły się gdy potwierdził, że ma znajomości wśród bogatych dam w mieście. Chociaż nazwiska chyba nie zrobiły na nich wrażena. Całkiem możliwe, że jeśli pochodziły z którejś podmiejskich wsi, to nie były im znane.
- My możemy ciężko pracować! Pracowite jesteśmy! W kuchni możemy robić i sprzątać. I przy zwierzętach. No i ryby oprawiać, wędzić, suszyć. Łodzią pływać i sieci rzucać też. Przeca my rybaczki jesteśmy. No i chrustu w lesie nazbierać czy grzybów. Przeca u nas las to się zaraz za ogrodzeniem zaczyna. - Mówiły na przemian i szybko. Jakby chciały przekonać jak są pracowite. Brzmiało to na zestaw umiejętności typowych dla ludzi ze wsi z dodatkiem rybackiego rzemiosła. Chociaż jak na wieśniaczki to były jeszcze całkiem młode, jędrne i proste.
Otto się zastanowił.
- Nie są to do końca użyteczne talenty w mieście… nawet portowym. - przyjrzał się dokładnie kobietom - Ale… jesteście młode i urodziwe… czasem to wystarczy. Szlachta często organizuje przyjęcia dla swoich. Służba musi im oczywiście usługiwać, przynosić jedzenie, trunki. Oznacza to jednak… bycie otoczonym przez przez mężczyzn, często pod wpływem alkoholu, jeżeli rozumiecie. Nie lękacie się takiej możliwości?
- No… - Teraz widać było, że trzy młode rybaczki speszyły się. Zapewne trafił ich tym pytaniem w czuły punkt. Jak się nie było lubiącą swawole hedonistką jak Burgund czy Łasica to takie mroczniejsze strony usługiwania młodych kelnerek na balach szlachty mogły się jawić mało atrakcyjnie a nawet jako zagrożenie. Więc chociaż ucieszyły się jak pochwalił ich urodę i młodość to teraz wyglądały na zmieszane. - A to gdzieś w kuchni by się nie dało? Albo w stajni? - Zapytała jedna z nich cichym, nieśmiałym głosem.
- Zapytam oczywiście. Po prostu chce wiedzieć jak was najlepiej im przedstawić. - mnich się zastanowił znowu - Jeżeli by się nie udało z szlachetnymi damami, czy miałybyście coś przeciwko pracy w lokalnym hospicjum? Zawsze potrzebna nam pomoc. Będę oczywiście się starał z szlachetnymi paniami.
Trzy młode rybaczki pokiwały głowami jakby im ulżyło, że nie zostaną rzucone na żer pijanych, rozwydrzonych szlachciców. I szybko się zastanowiły nad pytaniami mnicha. - Tak, możemy pracować w hospicjum. Ale wolałybyśmy u jakiejś bogatej i dobrej milady. - Wyrzekły w końcu po tej krótkiej chwili zastanowienia.
- Oczywiście. I postaram się to załatwić. - mnich pokiwał głową - Jest jeszcze jedna sprawa. Wasza współlokatorka z dołu, Drona. Rozumiem, że martwi was jej zwyczaj chodzenia w kapturze… prosiłbym, abyście pozostawiły ją w spokoju, biedaczka się nacierpiała w życiu… choroba w młodości naznaczyła jej twarz i wstydzi się ją pokazywać. Proszę, znajdźcie litość w sercu i pozwólcie jej żyć w spokoju.
- Ah Dorna… No tak… Ona jest jakaś dziwna. - Trzy młode wieśniaczki zwierzyły się mnichowi ze swoich podejrzeń co do zakapturzonej lokatorki. I przez chwilę patrzyły na siebie jakby się zastanawiały. - No ale jak ma coś z twarzą to przykra sprawa. Biedaczka. Ale to nie jest zaraźliwe? - Wydawały się zgodne aby uszanować prośbę sługi bożego. Jednak wspomnienie o chorobie wywołało nutkę niepokoju. Co było zrozumiałe jak choroby były codziennością a raz na pokolenie trafiał się większy pomór.
- Nie, nie. Choroba została wyleczona, ale szkody pozostały. Nie będę was męczył opisami. Oboje będziemy naprawdę wdzięczni jeżeli dacie jej być w swojej nie codzienności. - mnich się uśmiechnął - Dobrze, zatem wiem co przekazać moim benefaktorkom. Postaram się do was wrócić z dobrą nowiną.*
Załatwiwszy sprawę w aptece Otto udał się do teatru Pirory. Zapukał do tylnego wyjście czekając na wpuszczenie.
Trochę to trwało. Jakiś służący mu otworzył i zapytał czego chce. Potem poprosił aby poczekać i pewnie poszedł przekazać wiadomość. Mnich zaś czekał w kuchni. Jej akurat nie zmieniano bo wciąż była przydatna. I jakaś pulchna kucharka z młodą pomocnicą się tam krzątały. Pozdrowiły go skinieniem głowy i dobrym słowem ale nie angażowały się w rozmowę. Po paru chwilach wrócił sługa i poprosił aby mnich poszedł za nim. Gdy przechodzili przez izbę główną widać i słychać było próbę chóru. Otto rozpoznał psalm pochwalny na cześć morskiego boga. Sługa poprowadził go na zaplecze. Do tej samej komnaty gdzie parę dni temu spotkał pierwszy raz Benitę i dwójkę znajomych szlachcianek. Gdy dziś sługa zapukał w drzwi, dało się słuszeć krótkie, zdecydowane kobiece “Proszę!”. I gdy otworzył drzwi, wpuszczając mnicha do środka ten znów zobaczył tą samą trójkę. Lady Odette, Fabienne i Benitę. Sługa zamknął drzwi, zostawiając ich samych. Zaś miodowłosa milady podjęła rolę gospodyni.- Oh brat Otto. Jak miło, że nas zaszczyciłeś swoją obecnością. - Powitała go szarmancko jakby był conajmniej szlachciem lub chociaż renomowanym spowiednikiem szlachty. A nie zwykłym, ubogim mnichem z hospicjum. Fabienne też posłała mu ciepły uśmiech ale pozwalała grać rolę swjej koleżance.
- Pamiętasz naszą drogą Benitę? Dziś nas odwiedziła i pragnęłaby wziąć kilka lekcji śpiewu u mnie. Właśnie o tym rozmawiamy. - Artystka przedstawiła zapewne oficjalny powód dla którego błękitnokrwista małżonka jednego ze szlachciców, dzisiaj jest u niej na prywatnej wizycie w garderobie. Ta pokiwała głową, potwierdzając niemo słowa diwy.
Mnich się skłonił.
- Witam nimfy tego cudnego miasta. - Otto spróbował od prostego komplementu - Lady Benito jestem pewny, że twój głos jest zdolny do akompaniamentu lady Odette. Piękno twego ciała jest przecie manifestacją piękna twojej duszy.
- Dziękuję bracie Otto. To bardzo miłe z twojej strony. - Tutejsza szlachcianka wydawała się być przyjemnie zaskoczona takim komplementem z ust mnicha. Dwie jej koleżanki co już miały z nim do czynienia może mniej ale też się uśmiechnęły z aprobatą.
- Właśnie miałam sprawdzić gardło Benity. - Odette odwróciła się do rozmówczyni jakby wracając do tego w czym przerwało im przybycie mnicha. - Jak wiadomo, siła głosu płynie z silnego, zdrowego gardła. Zaczyna się od przepony, płuc a kończy na ustach. Więc najpierw trzeba sprawdzić usta. - Aktorka tłumaczyła jakby zdradzała im jakieś tajniki śpiewu. Brunetka pokiwała głową całkowicie zafascynowana tą prywatną lekcją. Fabienne posłała mnichowi porozumiewawczy uśmieszek. W aktorka zaczęła wodzić palcem po ustach drugiej szlachcianki. Właściwie wyglądało to jak na początkowe pieszczoty ale otoczka wielkiej diwy i lekcji muzyki zrobiła swoje. Benita wydawała się być całkowicie pod urokiem Słowika Północy. - Dobrze, to teraz sprawdźmy nieco głębiej. Posmakujmy tego gardła. - Oznajmiła pewnym siebie głosem i zbliżyła usta do ust swojej wielbicielki. Dość szybko zaczęło to przypominać coraz bardziej namiętny pocałunek. Jak skończyły Benita patrzyła na nią z przejęciem. Zaś aktorka miała minę jakby smakowała na jęzuku talent drugiej kobiety.
- I co? - Benita nie wytrzymała aby nie zapytać.
- Sama nie wiem. Wynik nie jest niejednoznaczny. Fabi, może ty spróbujesz? Wy Berończycy macie naturalny talent muzczyny. - Poprosiła koleżankę a von Manlieb podeszła do Benity i zaczęła ustami testować usta tamtej drugiej. Zaś lady Odette zyskała okazję aby podejść do mnicha.
- Miło, że przyszedłeś moj impresario. Mam nadzieję, że nie zapomniałeś o czym rozmawialiśmy w nocy? Oh i masz może ochotę spróbować naszej słodkiej Benity? Sam widzisz jaka jest zaangażowana. - Powiedziała do niego cicho pozwalając sobie na poufały ton i uśmiech póki obie koleżanki były sobą zajęte.
Mnich poklepał się po boku i lady Odette mogła rozpoznać znajomy kształt zabawki do zasiewu.
- Jestem przygotowany do tej posługi, o najpiękniejsza ze słowików. - zapewnił Otto, spojrzał na poczynania Fabienne - Jesteś przekonana, że nie będzie miała nic przeciwko. Obcowanie z klechą może nie przystoić zamężnej damie, przynajmniej bardziej niż obcowanie z kobietami.
- O, przyniosłeś tą zabawczkę? Jak miło. Powiem ci, że uwielbiam jej używać. Zresztą w snach też mi się śniło, że będę zapładniać inne kobiety nie ludzkim życiem. Tymi strzykwami też można się trochę pobawić no ale to nie daje mi takiej frajdy jak ta zabawczeka. Nie mógłbyś zorganizować drugiej mój impresario? Sam widzisz, że chętnych dziewcząt do zabawy jest całkiem sporo. A jak jeszcze moje koleżanki z Saltzburga przyjadą to będzie jeszcze więcej. - Milady stanęła obok mnicha aby swobodnie obserwować rozwój zabawy u dwóch koleżanek. A te zdołały się już nieźle rozgrzać. Fabienne umiejętnie była tą prowadzącą jaka już obejmowała nową kochankę a ta jakby zapominając całkiem o swoim mężu, oddawała jej się z takim samym zaangażowaniem.
- No rzeczywiście to mężatka. Właściwie to obie. - Odette pokiwała swoją miodowłosą głową gdy się chwilę napatrzyła na harce obu błękitnokrwistych mężatek. - No ale zobaczymy. Sama jestem ciekawa. - Spojrzała na niego przez chwilę po czym nieco uniosła brodę zanim podniosła głos. - Dobrze, myślę, że wystarczy moje drogie. Jak myślisz Fabi? Czy Beni ma talent oralny? - Zapytała znów wracając do tego mentorskiego tonu. Czarnowłosa Bretonka oderwała się od brunetki i posłała jej ciepły uśmiech i mokre spojrzenie.
- Tak, moim skromnym zdaniem, Beni ma bardzo mocne i utalentowane usta. I wspaniale wrażliwy język. To daje bardzo duży potencjał. - Wyraziła się o talencie koleżanki bardzo pozytywnie. A ta odwzajemniła jej się pełnym wdzięczności uśmiechem.
- Też miałam takie wrażenie. No ale skoro odwiedził nas sługa boży to może jeszcze jego zapytajmy o zdanie. Więc Beni, jakbyś mogła tutaj pozwolić. - Szlachcianka wskazała wzorkiem na stojącego obok niej mnicha. Tym raze jednak Benita się zawahała.
- No ale… Przecież to mężczyzna. - Wyjąkała z pewnym zażenowaniem.
- Oczywiście, że tak Beni. Nie da się tego ukryć. Ale przecież wiesz, że świątynne chóry mają wielowiekową tradycję i mnisi od razu potrafią odkryć czy ktoś ma talent w gardle i ustach czy nie. Prawda ojcze? - Odette starała się uspokoić wątpliwości koleżanki ale jeszcze zapytała mnicha o zdanie.
Mnich się się uśmiechnął i spokojnie podszedł do Benity, głaszcząc jej policzek.
- To jedynie sprawdzenie twojego talentu do śpiewu pani, nic w tym złego. Do tego, jestem przecież sługą bogów. To nie to samo co jakiś zwykły mężczyzna co go spotkasz na mieście. - zbliżył swoje usta do warg szlachcianki, ale zatrzymując się tuż przed, pozwalając jej zdecydować, czy chce oddać się temu uczuciu.
Benita powoli pokiwała głową na jego słowa. I nie cofnęła się gdy się do niej zbliżył. Ale też jeszcze jakby wahała się czy powinna to zrobić. - Ale to dotyczy każdej mężatki? A czy to nie grzech? - Wydawało się, że wcześniejsze zabawy ją pobudziły i rozochociły na tyle, że miała już ochotę na więcej. Jednak też nie mogła tak w jednej chwili zapomnieć o całej moralności w jakiej ją wychowano i w jakiej na co dzień żyła.
- Przecież brat Otto to sługa boży. Cokolwiek tu nagrzeszymy to da nam rozgrzeszenie. Jak chcesz to brat Otto sprawdzi mój talent do mocnego gardła i zwinnych ust. - Fabienne co stała na trzecią, tuż obok nich, włączyła się do rozmowy. Benita spojrzała na nią i pokiwała ochoczo głową. Jakby była skłonna zdać się na bardziej doświadczoną mężatkę. Bladolica więc uśmiechnęła się do niej, do mnicha obrzuciła go z bliska kuszącym spojrzeniem. - Bracie Otto. Czy mógłbyś sprawdzić moje usta? - Zapytała filuternie.
Mnich ujął kobietę delikatnie i złączył ich usta, początkowo pocałunek był pieszczotliwie delikatny, ale zaczął rosnąć w głodzie i intensywności im dłużej trwał. Dłonie mnicha zaczęły powoli wędrować po ciele szlachcianki. W końcu mnich przerwał pocałunek, patrząc na Fabienne z uwielbieniem.
- Słodsze niczym miód, moja pani. A twe gardło wydaje się wytrenowane… zapewne ćwiczysz je intensywnie. - mnich Otto uśmiechnął się łobuzersko - Chętnie sprawdzę jak wygląda twój trening.
- Ja zawsze chętnie służę słudze bożemu. - Fabienne dygnęła grzecznie przed swoim kochankiem. Gdyby nie to, że właśnie się całowali to można by ten gest uznać za zgodny z dworską etykietą. Zaś z bliska widać było, że jednookiemu udało się przyjemnie rozbudzić swoją kochankę. Zresztą nie tylko ją. Benita stała z ich jednego bocznego profilu a Odette z drugiego. Też wyglądały jakby miały ochotę wskoczyć w tych zabawach na wyższy poziom. - Chyba Beni teraz nie masz już żadnych wątpliwości? - von Mannlieb zwróciła się ty samym zalotnym tonem do jeszcze wahającej się koleżanki. Ta zaśmiała się krótko i trochę nerwowo.
- No nie, teraz już nie. - I obie przesunęły się ze sobą tak aby teraz to brunetka mogła zająć miejsce czarnowłosej.
- Może za chwilę Fabi zademonstrujesz nam jak używać ust i gardła aby podziękować słudze bożemu za jego czas i dobroć? - Diwa wymownie wksazała gdzieś na przód habitu mnicha i miała rozbawioną minę.
- Oczywiście Oddie. Jestem tu aby służyć. - Bretonka odezwała się z fałszywą pokorą od jakiej włoski stawały na karku. Zwłaszcza jak się znało jej uległe preferencje w łożnicy. Zaś w tym czasie Benita zdążyła zbliżyć swoje usta do ust mnicha gotowa się z nimi zapoznać już bez wahania.
Tym razem bez wahania Otto rozpoczął pocałunek. Podobnie jak z Fabienne, na początku pieszczotliwie muskając usta kobiety. Z czasem pogłębiając pocałunek, łącząc języki pary w tańcu. Mimowolnie dłoń mnich przesunęła po piersi szlachcianki, a druga przysunęła ją bliżej, tak że jedyne co dzieliło ich ciała to ubrania, które mieli na sobie. W jednooki przerwał pocałunek, aby złapać powietrze i spojrzał na reakcję szlachcianki zanim podał swój werdykt co do jej talentu.
W pocałunkach, Benita wydawała się być całkiem śmiała. Gdy już przezwyciężyła swoje pierwotne opory moralności. Usta miała chętne i przyjemnie miękkie, język gościnny i skory do pieszczot. A gdy skończyli to na twarzy widać było podniecenie. Miała ochotę na coś więcej. Zaś dwie sąsiadki też wyglądały na ustatysfakcjonowane tym widowiskiem.
- A teraz Beni, czas odetchnąć pełną piersią. Aby głos mógł w pełni wybrzmieć. - Odette szepnęła zalotnie swojej wielbicielce do ucha i wyszła na jej tyły. I tam zaczęła rozwiązywać jej gorset. A nawet przez suknię Otto czuł jej kobiece walory które niczym nie ustępowały jego bretońskiej kochance. Ta zresztą podeszła do niego i odwróciła się tyłem.
- Mógłbyś bracie Otto? - Zapytała zalotnym tonem pozwalając aby rozwiązał jej suknię.
- I co myślisz o talentach Beni bracie Otto? - Odette spojrzała na niego zza pleców rozbieranej szlachcianki.
- Zgodzę się z waszą oceną. - uśmiechnął się mnich, pomagając w rozwiązaniu sukni - Ma potencjał, ale trzeba pomóc mu zakwitnąć. Musi ćwiczyć te ustka, język i gardziołko. Będziecie musiały jej pokazać jakie ćwiczenia powinna wykonywać.
Gdy to mnich powiedział, zarobił od młodej szlachicanki taki sam wdzięczny uśmiech jak przed chwilą jej bretońska koleżanka. A po paru chwilach obie zostały w samych pończochach i bieliźnie, odsłaniając swoje młode biusty i jędrne, zadbane ciała. Jeszcze tylko diwa pozostała w sukni. Odsunęła się aby stanąć obok mnicha i też pooglądać te piękne widoki.
- Jak myślisz mój drogi impresario? Od czego teraz powinniśmy zacząć to szkolenie Benity? Jestem pewna, że Fabi będzie nam służyć wszelką możliwą pomocą. - Zapytała go jakby byli parą belfrów przygtwujących się do egzaminu młodej studentki.
- Oczywiście, że bardzo chętnie będę służyć. - Fabienne posłała im krzywy uśmieszek, wiedząc, że ich dwójka może rozpoznać to drugie, kosmate dno jej wypowiedzi. Benita zaś stała obok niej i z ekscytacji przygryzała wargę co teraz będzie.
- Może niech Lady Fabienne zaprezentuje jak trzeba na razie ćwiczyć usta i język? - mnich zerknął na Bretonkę wyciągając do niej zapraszająco rękę.
- Bardzo dobry pomysł mój drogi. Fabi, czy możemy cię prosić o małą prezentację? - Odette uśmiechnęła się z aprobatą na taki pomysł. I po flirciarsku zwróciła się do swojej kochanki ubranej w czerń jaka tak kontrastowała z jej porcelanowo białym ciałem. Bretonka uśmiechnęła się do nich oboje i bez wahania podeszła w objęcia mnicha. Znów zaczęła się z nim namiętnie całować. Teraz jej prawie nagie ciało dało się czuć dużo pełniej. A ona po chwili przerwała te zabawy. Popatrzyła na niego z krzywym uśmieszkiem po czym bez słowa uklękła przed nim i zaczęła podnosić mu habit.
- Beni stamtąd wiele nie zobaczysz. Podejdź bliżej. To jest właśnie bretońska miłość. Na pewno przyda ci się w życiu. Nawet nie wiesz ile razy mnie to się przydało. - Diwa zachęciła brunetkę aby podeszła do nich bliżej. Ta z fascynacją w oczach obserwowała poczynania drugiej mężatki podczas karesów z mężczyzną. A widząc, że to ją zaabsorbowało miodowłosa poklepała torbę mnicha gdzie trzymał zabawkę Niklasa dając znać, że czas ją wyjąć.
Mnich wyjął zabawkę od Niklasa, starając się nie przeszkadzać Fabienne w jej prezentacji. Napełnił przerząd jajami Oster po czym wręczył ją Odette.
- Jestem pewny, że wiesz co z tym zrobić moja pani.
- Oj chyba coś jeszcze pamiętam. - Wynagrodziła go pocałunkiem w usta ale sama odsunęła się trochę w bok aby móc sobie założyć ten przyrząd. - Fabi, nie bądź taka chciwa. Zobacz jak narobiłaś apetytu Beni. Daj jej też się pobawić i wykazać. - Diwa udała storfujący ton ale widać było, że świetnie się bawi tą sytuacją tak samo jak pozostała trójka. Słysząc to klęcząca Bretonka ostatni raz oderwała się od przyrodzenia kochanka i zadarła głowę aby posłać mu przyjemny uśmiech. Ale trochę się odsunęła aby druga mężatka mogła teraz zająć jej miejsce. Gdy uklękła von Mannlieb pocałowała ją w usta.
- To przekazuję ci pałeczkę Beni. - Zaćwierkała do niej radośnie. Benita też wyglądała na podnieconą. I całkiem wprawnie zajęła miejsce koleżanki. Otto widział z góry jak pracuja jej usta i język. A na dole czuł to na swojej męskości. Fabienne zaś wstała i pomogła zapiąć zabaweczkę do bioder aktorki. I odpiąć dół jej sukni aby nie przeszkadzał w zabawach. Potrzebowały na to paru chwil gdy Benita była zajęta dogadzaniem mnichowi.
Mnich pogłaskał policzek szlachcianki, która obecnie oddawała cześć jego berłu,
- Bardzo dobrze… teraz… może zobaczyć jak wytrwałe jest twoje gardło…
- I jak wytrwałe? - Odette zapytała z ciekawością. Fabienne właśnie skończyła zapinanie drewnanego przyrodzenia i teraz aktorka mogła wrócić do zabawy. Podeszła do klęczącej koleżanki i złapała ją za biodra każąc jej ustawić się na czworakach. Benita chętnie uległa tym prośbom i odwróciła się na chwilę do tyłu aby sprawdzić co tam się dzieje.
- Beni ważą się twoje losy jako osobistej uczennicy naszego Słowika Północy. - Fabienne nachyliła się nad brunetką jakby jej przypomniała dlaczego się tu spotkały.
- Ano tak. - Brunetka pokiwała głową i wróciła do pieszczot na przyrodzeniu mnicha. Ten widział, że usta i brodę ma już mokre od tych prac. A teraz jeszcze cicho jęknęła gdy z drugiej strony zabaweczka przymcowana do bioder diwy weszła w nią po raz pierwszy. Po chwili jednak złapali wspólny rytm i zabawa rozkręciła się na dobre.
- Ślicznie razem wyglądacie. - Fabienne wydawała się rozczulona tym widokiem. Oparła się o blat stołu i stanęła ramię w ramię obok mnicha. Oboje teraz mieli podobny widok na obie kochanki.
Mnich obrócił głowę w kierunku Bretonki i ucałował ją. Jednocześnie ujął dłonią głowę Benity i wepchnął całą długość swego berła do jej ust. Szlachcianka zaczęła się chwilę dławić więc Otto wycofał się odrobinę.
- Spróbuj rozluźnić gardło moja pani. - po czym ponownie naparł na twarz szlachcianki.
Z okolicy własnych bioder, do uszu jednookiego doszły dławiące się odgłosy jakie wydawały usta i gardło Benity. A sam widział jak Odette zdążyła wejść z jej drugiej strony do zabawy. Widział jak podskakuje biust diwy w rytm uderzeń jej bioder o wypięte pośladki drugiej szlachcianki. A Fabienne stała obok niego, głaszcząc go po ramieniu, piersi albo całując gdy obserwowała tą wspólną zabawę.
Figle w garderobie Słowika Północy, rozgorzały na dobre. Gospodyni z lubością używała drewnianej zabawki Niklasa na gościnnych trzewiach swojej wielbicielki. Ta chętnie się temu oddawała jednocześnie pozwalając aby jej usta czy biust sprawiały przyjemność mnichowi. Gdy miodowłosa milady próżniła zabaweczkę na chwilę odstępowała od zabawy a Fabienne napełniała jajami tą drewnianą tubę. I po chwili znów wracały do figlów. Otto miał kłopot skupić się na tym ile dawek Benita w siebie przyjęła ale pewnie z kilka. W końcu gdy wszyscy byli przyjemnie zmęczeni, zdyszani i zadowoleni był moment aby odpocząć i przygotować się na wyjście stąd na świat zewnętrzny. Szlachcianki zaczynały szukać swojej bielizny, sukni, zapinać gorsety. Humory wciąż jednak miały szampańskie.
- To jak Beni, podobają ci się te nasze prywatne lekcje śpiewu? Byłabyś nimi zainteresowana? - Lady Odette postawiła stopę na stołku i poprawiając jedwabną pończochę spojrzała wesoło na swoją wielbicielkę. Starała się wrócić do tego mentorskiego tonu z początku rozmowy gdy Otto tutaj przyszedł.
- Oh tak, było cudownie! Jak bym milady mnie przyjęła na te lekcję byłabym bardzo szczęśliwa. - Brunetka odparła bez wahania, posyłając jej rozmarzone spojrzenie. Fabienne stała za nią i wiązała jej gorset.
- No chyba da się to załatwić. A ty bracie Otto? Mój impresario? Czy znalazłbyś czas i ochotę aby do nas dołączyć w takich spotkaniach? Sam widzisz, że przydałaby nam się osoba duchowa aby dać nam rozgrzeszenie po tych niecnotach. - Diwa zwróciła się teraz do mnicha i popatrzyła na niego z flirciarskim uśmiechem.
- Żyję aby służyć. - odparł mnich - A pomoc przy sztukach wielkich to największe powołanie jakiemu ktoś mógłby się oddać. - ucałował dłoń divy - Mam jedynie nadzieję, że się wam nie znudzę. Jeden klecha dla tak cudownych kobiet… aż smutno, że marnujecie swoje żądze na mnie.
- Oh skromny jesteś mój impresario. Myślę, że żadna z koleżanek nie powinna narzekać na twoją wizytę i będzie z utęsknieniem czekać kolejnych. - Aktorka z przyjemnym uśmiechem obserwowała jak mnich ucałował jej dłoń i z aprobatą przyjęła jego komplementy. Zdążyła już założyć bieliznę i pończochy ale wciąż była w stanie negliżu. Popatrzyła na swoje dwie koleżanki.
- No my z bratem Otto to się już znamy całkiem dobrze od jakiegoś czasu. I cieszę się, że bogowie splotli ze sobą nasze ścieżki. No i przecież to on obdarował nas tym szczęściem i mnóstwem innych doznań. - Fabienne odeszła od pleców Benity gdy skonczyła sznurować jej gorset. Podeszła do jednookiego i pocałowała go w policzek. A przy tym macierzynskim ruchem dotknęła swojego nagiego brzucha. Od dobrych paru dni całkiem przyjemnie mówiła o doznaniach jakie dostarcza jej ta robacza pseudociąża i pamietała kto ją zasiał po raz pierwszy.
- No ja też bardzo chętnie się spotkam z bratem Otto. No i z wami wszystkimi. Nie mogę się już doczekać kolejnej lekcji muzyki. Będę musiała powiedzieć mężowi, że zaczynam ale chyba powinien się zgodzić. - Młoda mężatka też wyglądała na zadowoloną. Patrzyła trochę roztargnionym wzrokiem bo szukała swojej sukni. W końcu schyliła się aby ją podnieść i zaczęła zakładać.
- To kiedy następny raz? Może jutro po mszy? Pirora zapraszała nas wszystkich. - Diwa uśmiechnęła się i popatrzyła na zebranych z ciepłym uśmiechem.
- Ja bardzo chętnie. Strasznie przypadły mi do gustu te psalmy po mszy co u siebie organizuje. - Fabienne od razu zgłosiła swoją zgodę. Więc aktorka spojrzała na drugą szlachciankę.
- Jutro po mszy? Oj bardzo bym chciała. Ale już jesteśmy umówieni na wizytę u znajomych. Nie mogę się doczekać aż zobaczą miny jak im powiem, że milady zgodziła się udzielać mi prywatnych lekcji śpiewu! - Brunetka wydawała się chętna na ponowne spotkanie już jutro ale widać już wcześniej była umówiona z mężem na inne spotkanie.
- No to może pojutrze się spotkamy. A ty bracie Otto? Kiedy zaszczycisz nas swoją obecnością? - Aktorka zwróciła się teraz do jedynego mężczyzny w garderobie.
Mnich objął aktorkę, jego dłoń na sekundę powędrowała do jej brzucha, gdy usta obdarowywały szyję pocałunkami, patrzył jednak na Benitę, obecując jej ponowne pieszczoty. Odsunął się w końcu od Divy, gładząc delikatnie jej policzek.
- Dla was moje piękne? Zjawię się jak tylko wezwiecie.
- W takim razie zapraszam cię mój drogi Otto jutro po mszy. A z naszą słodką Benią najwyżej umówimy się na kolejne dni. Zaprosiłam też naszą wspólną znajomą co ostatnio z takim zaangażowaniem bawiła się z nami w teatrze po występie. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza? Z tego co pamiętam całkiem dobrześmy się razem dgadywali. - Miodowłosa dała się mu cmoknąć w policzek i szczebiotała z zadowoleniem o planach na najbliższą przyszłość.
- Teofano? Tak opowiadała mi o swojej wizycie, oczywiście chętnie i ją nauczę śpiewu. - mnich skłonił się kobietom - Życzę miłego wieczoru, najpiękniejsze.
Otto opuścił tatr i ruszył w kierunku domu. Postanowił po prostu odpocząć przed jutrzejszymi wydarzeniami. Jutro oczywiście msza no i nie mógł odmówić sobie kolejnych przyjemnych chwil z Slaaneshytkami. Później… no cóż, ma kilka planów. Najpierw odwiedzi karczmę Silnego, obiecał Odette przygodę.
-

Angestag; popołudnie; Otto i apteka SigismundusaMnich zabrał nowy miot do apteki Sigismundusa, było to jedyne miejsce gdzie mógł je bezpiecznie przechować. Po drodze kupił trochę jedzenia dla opiekunki domu aptekarza.
- Witaj ponownie, Dorno. - uściskał mutantkę na przywitanie - Przyniosłem prowiant, oraz mam nowe maleństwa do hodowli. Jedna z najnowszych matek wydała miot w dwa dni po zasianiu.
- Wejdź Otto. - Mutantka otworzyła mu ostrożnie jak zawsze. Była w kapturze a jego cień przysłaniał jej twarz. Dopiero jak zostali sami w kuchni to go zdjęła i ukazały się jej kolczaste włosy i ziemista cera. Ucieszyła się zarówno z wiadomości, jedzenia jak i nowego miotu. Z ciekawością zajrzała do worka w jakim kłębiło się życie. - Dobrze, zaniose je na dół, do reszty. - Pdniosła głowę i lekko uśmiechnęła się do niego. Mówiła przyciszonym głosem. Dała mu znak aby poszedł za nią. - Raisa jeszcze nie wróciła z tego grobowca. To jestem tu sama z tymi dziewczynami z wioski. Staram się im nie pokazywać. Ale to trochę trudne i dziwne jak się mieszka w tym samym domu. Zwykle Raisa z nimi gadała. Byłoby łatwiej jakby któraś ze szlachcianek je wzięła na służbę. Był tu Egon z Larsem. Kupili nam klatki na te nowe muchy. Bo już nam brakowało. I zasiali je razem z Raisą. Ale już wydały swój miot. - Mówiła cicho gdy przeszli przez parter na zaplecze apteki. Tam zeszli na dół do piwnicy. Do ostatniego pomieszczenia gdzie była hodowla. Tu mutantka otworzyła lewą celę i weszła do środka. Zaczęła przygotowywać jedną ze skrzynek wyłożoną słomą aby tam przenieść nowy miot. Zaś w innych skrzynkach widać było inne czerwie w różnych etapach robienia kokonów lub już same kokony. A pod długą ścianą regały z klatkami na kury i króliki w jakich siedziały dorosłe muchy. Te małe były trochę dłuższe niż ludzka głowa. Te większe mniej więcej jak z pół ludzkiego korpusu.
Mnich delikatnie pogłaskał jedną z larw i spojrzał na Dornę.
- Potrzebujesz pomocy? - rozejrzał się po pomieszczeniu - I czy mogłabyś mnie zaopatrzyć w kolejne dawki? Zapowiada się, że będę dalej zapładniał kolejne matki.
- Może mógłbyś się im pokazać? Ja staram się jak najmniej. One chyba nie wiedzą jaka naprawdę jestem. Ale dziwą się czemu po domu chodzę w kapturze. Coś podejrzewają. Dlatego Raisa jak jest to z nimi gada. Mam nadzieję, że szybko wróci. One siedzą na piętrze. - Poprosiła kolegę aby się choć na chwilę rozmówił z trzema rybaczkami z piętra. - Jak je zabierali z tej wioski to im Astrid i reszta obiecali, że bogata pani weźmie je na służbę i będzie im lepiej niż tam na wsi. Więc one teraz czekają i pytają kiedy ta pani je weźmie do siebie na tą służbę. - Westchnęła jakby teraz pretekst pod jaki pozwolił grupie Norsmenów dość gładko zabrać te trzy wieśniaczki do miasta, teraz odbijał się rykoszetem.
- Dobrze, chodź. One już sobie tutaj poradzą. Teraz zaczną robić kokon. Ale to im dzień czy dwa zajmuje zanim skończą. - Uśmiechneła się na widok pół tuzina małych czerwi jakie wysypała z worka jaki Otto dostał od Teofano. Wyglądała niczym dumny hodowca. Podniosła wzrok i skinęła aby kolega poszedł za nią. Zaprowadziła go do prawej celi. Tu były misy z jajami jakie przyniesiono z jaskini Oster. - Chcesz same jaja czy napełnić ci strzykwy? - Zapytała odwracając się ku niemu. Pokazała gestem na stos pustych, glinianych strzywk które można było teraz napełnić jajami.
- Same jaja wystarczą, mam własne narzędzie. - odparł z uśmiechem mnich, spojrzał w kierunku piętra, gdzie znajdują się kobiety ze wsi - Chcesz, abym im powiedział jakąś bajkę na temat tego czemu się zakrywasz? Coś, żeby cię nie męczyły?
- Możesz. Ja nie wiem co powiedzieć. Najlepiej by był jakby któraś ze szlachcianek je zabrała do siebie. Chociaż jedną czy dwie. To byśmy tu znów zostały we dwie z Raisą. - Mutantka może i miała już przyjemne doświadczenia na zabawach u Pirory z resztą kultystów ale poza tym nadal obawiała się reszty ludzi. Całkiem rozsądne zresztą bo w przeciwieństwie do jej kamratki z jaskini to jej skaza od razu rzucała się w oczach. A Lilly jak była w długiej spódnicy to mogła uchodzić za młodą i ładną mieszczkę. Na Dorna usiadła na niskim, trójnożnym stołku i zaczęła nakładać kolejne porcje jaj do woreczka.
- A dla kogo to? I która to wydała ten miot? - Zagaiła na przyjemniejszy temat. Wydawała się zaciekawiona dla jakich nosicielek pakuje te jaja.
- Nie wiem czy ją spotkałaś. Margereth, służka lokalnych cukierników. Zasiałem ją… dwa.. trzy dni temu i już wydała miot. Jest zainteresowany kolejnym więc będę kontynuował. Do tego Lady Odette zaprosiła mnie na spotkanie z znajomą, którą zechce zasiać, więc i tam się udam.- mnich się uśmiechnął - Coraz więcej mamy chętnych matek. Niedługo pewnie trzeba będzie pomyśleć o nowym miejscu na przechowywanie ich.
- No u nas jeszcze trochę jest. Można sąsiednią celę przerobić na żłobek dla tych maleństw. A na wszelki wypadek Sigismundus zabrał ze sobą Loszkę i część hodowli. Zresztą zanim odjechał to mówił, że jak któraś by była chętna na zasianie to nie jest to żaden problem. Tylko trzeba pilnować aby ciężarnego brzucha nie było widać. Bo to by mogło ją zdradzić. A poza tym to sama da się zasiać, sama donosi, sama urodzi i przyniesie ten miot. Tak jak Laura z zamtuza. Już chyba ze dwa czy trzy od niej tu mamy. Gorzej jakby jakaś nie chciała to trzeba by ją gdzieś przetrzymać aż urodzi. Chociaż takie miejsce gdzie by można trzymać te nosicielki by się przydało. Można by je wtedy zasiewać do pełna bez obaw, że ktoś zobaczy ich ciężarny brzuch. A tej Margaret to nie znam. Pewnie jakaś nowa. Lady Odette to tak bo była u Pirory po mszy tydzień temu jak ja też byłam. Co się bawiłyśmy w te panny młode. Pamiętasz? - Dorna chętnie się rozgadała gdy ładowała kolejne porcje jaj do woreczka. Chociaż głównie powtarzała to co usłyszała od aptekarza zanim te wyjechał z miasta.
- Pamiętam, pamiętam. Sam przecież prowadziłem procesję. Margereth spotkałem przez jej córkę cukierników, Teofano. Dziewczyna się nakręciła na bycie "muszą matką" i wciągnęła Margereth do tego. - mnich westchnął - Czasem wydaję się to zbyt łatwe… - mnich schował pakunki z jajami - Dziękuję ci kochana, na pewno znajdę dla nich ciepłe domki. Masz może jakieś prośby co do mnie?
- To tej Teofano też nie znam. - Mutantka pokiwała swoją kolczastą głową i lekko się uśmiechnęła. - Ale jeśli chce rodzić te maleństwa to dobrze. Gdybyś jeszcze potrzebował tych jaj to przyjdź. Jak widzisz jeszcze trochę ich jest. Niektóre muchy są już dorosłe to chyba same powinny móc produkować nowe jaja ale nie wiem jak. Sigismundus tak mówił zanim wyjechał. Że jak już dorsoną to nie będzie się trzeba martwić czy nam jaj zabraknie bo te dorosłe bedą produkować nowe. Ostatnio był u nas Egon z tym swoim kolegą z Norsci. Obaj sa tacy duzi. No i też zabrali trochę jaj na zasiew. Mam nadzieję, że im się powiedzie. I tobie też. A na razie dziękuję Otto ale chyba mam co mi potrzeba skoro to jedzenie nam kupiłeś. Oby Raisa szybko wróciła. Jak tu jest to jakoś z nią raźniej. - Szaroskóra uśmiechnęła się na koniec ale wydawała się być dobrej myśli.
- Dobrze. To porozmawiam z twoimi towarzyszkami, nie wiem czy uda mi się załatwić dla nich zatrudnienie, ale może sprawię, że dadzą ci spokój. - mnich ruszył na górę w poszukiwaniu nowych współlokatorek Dorny.
Mutantka ucieszyła się i zaprowadziła do na schody prowadzące na górne piętro. Pokazała mu które drzwi ale wolała nie pokazywać się nowym koleżankom na oczy. Gdy mnich tam wszedł zastał trzy młode kobiety zajęte łuskaniem jakiegoś ziarna. Wszystkie spojrzały na niego aby sprawdzić kto przyszedł. Spódnice miały proste chociaż czyste. Wyglądały na wieśniaczki albo mieszczki jakim się nie przelewa. I każda miała włosy w innym kolorze. Blondynka, ruda i czarna. Chyba je zaskoczył bo nie bardzo wiedziały co powiedzieć. Wymamrotały tylko krótkie “pochwalony ojcze” skoro zobaczyły osobę w mnisim habicie.
- Witajcie moje drogie, jestem Otto i jestem tu za pośrednictwem szlachetnych dam tego miasta. - mnich uśmiechnął się do kobiet - Rozumiem, że poszukujecie zatrudnienia, aby im usługiwać?
- Jesteś od szlachcianek ojcze? Oj tak, my byśmy bardzo chciały pójść do nich na służbę. W wiosce nam mówili, że będziemy mieć lepiej tu w mieście, że jedzenie będzie i spanie. I robota łatwiejsza niż przy sieciach. I my myślały, że może tej blond panience będziemy służyć no ale jej tu nie ma ostatnio. Ale my dalej byśmy chciały pójść na służbę do jakiejś milady. - Odezwała się blondynka i mówiła szybko. Pozostałe dwie też gorliwie kiwały głowami na znak, że zgadzają się z jej słowami. Porzuciły swoje zajęcie i podeszły do niego patrząc na mnicha z nadzieją.
- Rozumiem. Cóż, oczywiście przedstawię wasze chęci lady Von Mannlieb i von Dyke. Być może lady Von Treskov również by szukała pomocnic, ale ona nie zostanie w mieście na zawsze. - mnich się uśmiechnął - Więc, jakie talenty oferujecie?
Trzy wieśniaczki ożywiły się gdy potwierdził, że ma znajomości wśród bogatych dam w mieście. Chociaż nazwiska chyba nie zrobiły na nich wrażena. Całkiem możliwe, że jeśli pochodziły z którejś podmiejskich wsi, to nie były im znane.
- My możemy ciężko pracować! Pracowite jesteśmy! W kuchni możemy robić i sprzątać. I przy zwierzętach. No i ryby oprawiać, wędzić, suszyć. Łodzią pływać i sieci rzucać też. Przeca my rybaczki jesteśmy. No i chrustu w lesie nazbierać czy grzybów. Przeca u nas las to się zaraz za ogrodzeniem zaczyna. - Mówiły na przemian i szybko. Jakby chciały przekonać jak są pracowite. Brzmiało to na zestaw umiejętności typowych dla ludzi ze wsi z dodatkiem rybackiego rzemiosła. Chociaż jak na wieśniaczki to były jeszcze całkiem młode, jędrne i proste.
Otto się zastanowił.
- Nie są to do końca użyteczne talenty w mieście… nawet portowym. - przyjrzał się dokładnie kobietom - Ale… jesteście młode i urodziwe… czasem to wystarczy. Szlachta często organizuje przyjęcia dla swoich. Służba musi im oczywiście usługiwać, przynosić jedzenie, trunki. Oznacza to jednak… bycie otoczonym przez przez mężczyzn, często pod wpływem alkoholu, jeżeli rozumiecie. Nie lękacie się takiej możliwości?
- No… - Teraz widać było, że trzy młode rybaczki speszyły się. Zapewne trafił ich tym pytaniem w czuły punkt. Jak się nie było lubiącą swawole hedonistką jak Burgund czy Łasica to takie mroczniejsze strony usługiwania młodych kelnerek na balach szlachty mogły się jawić mało atrakcyjnie a nawet jako zagrożenie. Więc chociaż ucieszyły się jak pochwalił ich urodę i młodość to teraz wyglądały na zmieszane. - A to gdzieś w kuchni by się nie dało? Albo w stajni? - Zapytała jedna z nich cichym, nieśmiałym głosem.
- Zapytam oczywiście. Po prostu chce wiedzieć jak was najlepiej im przedstawić. - mnich się zastanowił znowu - Jeżeli by się nie udało z szlachetnymi damami, czy miałybyście coś przeciwko pracy w lokalnym hospicjum? Zawsze potrzebna nam pomoc. Będę oczywiście się starał z szlachetnymi paniami.
Trzy młode rybaczki pokiwały głowami jakby im ulżyło, że nie zostaną rzucone na żer pijanych, rozwydrzonych szlachciców. I szybko się zastanowiły nad pytaniami mnicha. - Tak, możemy pracować w hospicjum. Ale wolałybyśmy u jakiejś bogatej i dobrej milady. - Wyrzekły w końcu po tej krótkiej chwili zastanowienia.
- Oczywiście. I postaram się to załatwić. - mnich pokiwał głową - Jest jeszcze jedna sprawa. Wasza współlokatorka z dołu, Drona. Rozumiem, że martwi was jej zwyczaj chodzenia w kapturze… prosiłbym, abyście pozostawiły ją w spokoju, biedaczka się nacierpiała w życiu… choroba w młodości naznaczyła jej twarz i wstydzi się ją pokazywać. Proszę, znajdźcie litość w sercu i pozwólcie jej żyć w spokoju.
- Ah Dorna… No tak… Ona jest jakaś dziwna. - Trzy młode wieśniaczki zwierzyły się mnichowi ze swoich podejrzeń co do zakapturzonej lokatorki. I przez chwilę patrzyły na siebie jakby się zastanawiały. - No ale jak ma coś z twarzą to przykra sprawa. Biedaczka. Ale to nie jest zaraźliwe? - Wydawały się zgodne aby uszanować prośbę sługi bożego. Jednak wspomnienie o chorobie wywołało nutkę niepokoju. Co było zrozumiałe jak choroby były codziennością a raz na pokolenie trafiał się większy pomór.
- Nie, nie. Choroba została wyleczona, ale szkody pozostały. Nie będę was męczył opisami. Oboje będziemy naprawdę wdzięczni jeżeli dacie jej być w swojej nie codzienności. - mnich się uśmiechnął - Dobrze, zatem wiem co przekazać moim benefaktorkom. Postaram się do was wrócić z dobrą nowiną.*
Załatwiwszy sprawę w aptece Otto udał się do teatru Pirory. Zapukał do tylnego wyjście czekając na wpuszczenie.
Trochę to trwało. Jakiś służący mu otworzył i zapytał czego chce. Potem poprosił aby poczekać i pewnie poszedł przekazać wiadomość. Mnich zaś czekał w kuchni. Jej akurat nie zmieniano bo wciąż była przydatna. I jakaś pulchna kucharka z młodą pomocnicą się tam krzątały. Pozdrowiły go skinieniem głowy i dobrym słowem ale nie angażowały się w rozmowę. Po paru chwilach wrócił sługa i poprosił aby mnich poszedł za nim. Gdy przechodzili przez izbę główną widać i słychać było próbę chóru. Otto rozpoznał psalm pochwalny na cześć morskiego boga. Sługa poprowadził go na zaplecze. Do tej samej komnaty gdzie parę dni temu spotkał pierwszy raz Benitę i dwójkę znajomych szlachcianek. Gdy dziś sługa zapukał w drzwi, dało się słuszeć krótkie, zdecydowane kobiece “Proszę!”. I gdy otworzył drzwi, wpuszczając mnicha do środka ten znów zobaczył tą samą trójkę. Lady Odette, Fabienne i Benitę. Sługa zamknął drzwi, zostawiając ich samych. Zaś miodowłosa milady podjęła rolę gospodyni.- Oh brat Otto. Jak miło, że nas zaszczyciłeś swoją obecnością. - Powitała go szarmancko jakby był conajmniej szlachciem lub chociaż renomowanym spowiednikiem szlachty. A nie zwykłym, ubogim mnichem z hospicjum. Fabienne też posłała mu ciepły uśmiech ale pozwalała grać rolę swjej koleżance.
- Pamiętasz naszą drogą Benitę? Dziś nas odwiedziła i pragnęłaby wziąć kilka lekcji śpiewu u mnie. Właśnie o tym rozmawiamy. - Artystka przedstawiła zapewne oficjalny powód dla którego błękitnokrwista małżonka jednego ze szlachciców, dzisiaj jest u niej na prywatnej wizycie w garderobie. Ta pokiwała głową, potwierdzając niemo słowa diwy.
Mnich się skłonił.
- Witam nimfy tego cudnego miasta. - Otto spróbował od prostego komplementu - Lady Benito jestem pewny, że twój głos jest zdolny do akompaniamentu lady Odette. Piękno twego ciała jest przecie manifestacją piękna twojej duszy.
- Dziękuję bracie Otto. To bardzo miłe z twojej strony. - Tutejsza szlachcianka wydawała się być przyjemnie zaskoczona takim komplementem z ust mnicha. Dwie jej koleżanki co już miały z nim do czynienia może mniej ale też się uśmiechnęły z aprobatą.
- Właśnie miałam sprawdzić gardło Benity. - Odette odwróciła się do rozmówczyni jakby wracając do tego w czym przerwało im przybycie mnicha. - Jak wiadomo, siła głosu płynie z silnego, zdrowego gardła. Zaczyna się od przepony, płuc a kończy na ustach. Więc najpierw trzeba sprawdzić usta. - Aktorka tłumaczyła jakby zdradzała im jakieś tajniki śpiewu. Brunetka pokiwała głową całkowicie zafascynowana tą prywatną lekcją. Fabienne posłała mnichowi porozumiewawczy uśmieszek. W aktorka zaczęła wodzić palcem po ustach drugiej szlachcianki. Właściwie wyglądało to jak na początkowe pieszczoty ale otoczka wielkiej diwy i lekcji muzyki zrobiła swoje. Benita wydawała się być całkowicie pod urokiem Słowika Północy. - Dobrze, to teraz sprawdźmy nieco głębiej. Posmakujmy tego gardła. - Oznajmiła pewnym siebie głosem i zbliżyła usta do ust swojej wielbicielki. Dość szybko zaczęło to przypominać coraz bardziej namiętny pocałunek. Jak skończyły Benita patrzyła na nią z przejęciem. Zaś aktorka miała minę jakby smakowała na jęzuku talent drugiej kobiety.
- I co? - Benita nie wytrzymała aby nie zapytać.
- Sama nie wiem. Wynik nie jest niejednoznaczny. Fabi, może ty spróbujesz? Wy Berończycy macie naturalny talent muzczyny. - Poprosiła koleżankę a von Manlieb podeszła do Benity i zaczęła ustami testować usta tamtej drugiej. Zaś lady Odette zyskała okazję aby podejść do mnicha.
- Miło, że przyszedłeś moj impresario. Mam nadzieję, że nie zapomniałeś o czym rozmawialiśmy w nocy? Oh i masz może ochotę spróbować naszej słodkiej Benity? Sam widzisz jaka jest zaangażowana. - Powiedziała do niego cicho pozwalając sobie na poufały ton i uśmiech póki obie koleżanki były sobą zajęte.
Mnich poklepał się po boku i lady Odette mogła rozpoznać znajomy kształt zabawki do zasiewu.
- Jestem przygotowany do tej posługi, o najpiękniejsza ze słowików. - zapewnił Otto, spojrzał na poczynania Fabienne - Jesteś przekonana, że nie będzie miała nic przeciwko. Obcowanie z klechą może nie przystoić zamężnej damie, przynajmniej bardziej niż obcowanie z kobietami.
- O, przyniosłeś tą zabawczkę? Jak miło. Powiem ci, że uwielbiam jej używać. Zresztą w snach też mi się śniło, że będę zapładniać inne kobiety nie ludzkim życiem. Tymi strzykwami też można się trochę pobawić no ale to nie daje mi takiej frajdy jak ta zabawczeka. Nie mógłbyś zorganizować drugiej mój impresario? Sam widzisz, że chętnych dziewcząt do zabawy jest całkiem sporo. A jak jeszcze moje koleżanki z Saltzburga przyjadą to będzie jeszcze więcej. - Milady stanęła obok mnicha aby swobodnie obserwować rozwój zabawy u dwóch koleżanek. A te zdołały się już nieźle rozgrzać. Fabienne umiejętnie była tą prowadzącą jaka już obejmowała nową kochankę a ta jakby zapominając całkiem o swoim mężu, oddawała jej się z takim samym zaangażowaniem.
- No rzeczywiście to mężatka. Właściwie to obie. - Odette pokiwała swoją miodowłosą głową gdy się chwilę napatrzyła na harce obu błękitnokrwistych mężatek. - No ale zobaczymy. Sama jestem ciekawa. - Spojrzała na niego przez chwilę po czym nieco uniosła brodę zanim podniosła głos. - Dobrze, myślę, że wystarczy moje drogie. Jak myślisz Fabi? Czy Beni ma talent oralny? - Zapytała znów wracając do tego mentorskiego tonu. Czarnowłosa Bretonka oderwała się od brunetki i posłała jej ciepły uśmiech i mokre spojrzenie.
- Tak, moim skromnym zdaniem, Beni ma bardzo mocne i utalentowane usta. I wspaniale wrażliwy język. To daje bardzo duży potencjał. - Wyraziła się o talencie koleżanki bardzo pozytywnie. A ta odwzajemniła jej się pełnym wdzięczności uśmiechem.
- Też miałam takie wrażenie. No ale skoro odwiedził nas sługa boży to może jeszcze jego zapytajmy o zdanie. Więc Beni, jakbyś mogła tutaj pozwolić. - Szlachcianka wskazała wzorkiem na stojącego obok niej mnicha. Tym raze jednak Benita się zawahała.
- No ale… Przecież to mężczyzna. - Wyjąkała z pewnym zażenowaniem.
- Oczywiście, że tak Beni. Nie da się tego ukryć. Ale przecież wiesz, że świątynne chóry mają wielowiekową tradycję i mnisi od razu potrafią odkryć czy ktoś ma talent w gardle i ustach czy nie. Prawda ojcze? - Odette starała się uspokoić wątpliwości koleżanki ale jeszcze zapytała mnicha o zdanie.
Mnich się się uśmiechnął i spokojnie podszedł do Benity, głaszcząc jej policzek.
- To jedynie sprawdzenie twojego talentu do śpiewu pani, nic w tym złego. Do tego, jestem przecież sługą bogów. To nie to samo co jakiś zwykły mężczyzna co go spotkasz na mieście. - zbliżył swoje usta do warg szlachcianki, ale zatrzymując się tuż przed, pozwalając jej zdecydować, czy chce oddać się temu uczuciu.
Benita powoli pokiwała głową na jego słowa. I nie cofnęła się gdy się do niej zbliżył. Ale też jeszcze jakby wahała się czy powinna to zrobić. - Ale to dotyczy każdej mężatki? A czy to nie grzech? - Wydawało się, że wcześniejsze zabawy ją pobudziły i rozochociły na tyle, że miała już ochotę na więcej. Jednak też nie mogła tak w jednej chwili zapomnieć o całej moralności w jakiej ją wychowano i w jakiej na co dzień żyła.
- Przecież brat Otto to sługa boży. Cokolwiek tu nagrzeszymy to da nam rozgrzeszenie. Jak chcesz to brat Otto sprawdzi mój talent do mocnego gardła i zwinnych ust. - Fabienne co stała na trzecią, tuż obok nich, włączyła się do rozmowy. Benita spojrzała na nią i pokiwała ochoczo głową. Jakby była skłonna zdać się na bardziej doświadczoną mężatkę. Bladolica więc uśmiechnęła się do niej, do mnicha obrzuciła go z bliska kuszącym spojrzeniem. - Bracie Otto. Czy mógłbyś sprawdzić moje usta? - Zapytała filuternie.
Mnich ujął kobietę delikatnie i złączył ich usta, początkowo pocałunek był pieszczotliwie delikatny, ale zaczął rosnąć w głodzie i intensywności im dłużej trwał. Dłonie mnicha zaczęły powoli wędrować po ciele szlachcianki. W końcu mnich przerwał pocałunek, patrząc na Fabienne z uwielbieniem.
- Słodsze niczym miód, moja pani. A twe gardło wydaje się wytrenowane… zapewne ćwiczysz je intensywnie. - mnich Otto uśmiechnął się łobuzersko - Chętnie sprawdzę jak wygląda twój trening.
- Ja zawsze chętnie służę słudze bożemu. - Fabienne dygnęła grzecznie przed swoim kochankiem. Gdyby nie to, że właśnie się całowali to można by ten gest uznać za zgodny z dworską etykietą. Zaś z bliska widać było, że jednookiemu udało się przyjemnie rozbudzić swoją kochankę. Zresztą nie tylko ją. Benita stała z ich jednego bocznego profilu a Odette z drugiego. Też wyglądały jakby miały ochotę wskoczyć w tych zabawach na wyższy poziom. - Chyba Beni teraz nie masz już żadnych wątpliwości? - von Mannlieb zwróciła się ty samym zalotnym tonem do jeszcze wahającej się koleżanki. Ta zaśmiała się krótko i trochę nerwowo.
- No nie, teraz już nie. - I obie przesunęły się ze sobą tak aby teraz to brunetka mogła zająć miejsce czarnowłosej.
- Może za chwilę Fabi zademonstrujesz nam jak używać ust i gardła aby podziękować słudze bożemu za jego czas i dobroć? - Diwa wymownie wksazała gdzieś na przód habitu mnicha i miała rozbawioną minę.
- Oczywiście Oddie. Jestem tu aby służyć. - Bretonka odezwała się z fałszywą pokorą od jakiej włoski stawały na karku. Zwłaszcza jak się znało jej uległe preferencje w łożnicy. Zaś w tym czasie Benita zdążyła zbliżyć swoje usta do ust mnicha gotowa się z nimi zapoznać już bez wahania.
Tym razem bez wahania Otto rozpoczął pocałunek. Podobnie jak z Fabienne, na początku pieszczotliwie muskając usta kobiety. Z czasem pogłębiając pocałunek, łącząc języki pary w tańcu. Mimowolnie dłoń mnich przesunęła po piersi szlachcianki, a druga przysunęła ją bliżej, tak że jedyne co dzieliło ich ciała to ubrania, które mieli na sobie. W jednooki przerwał pocałunek, aby złapać powietrze i spojrzał na reakcję szlachcianki zanim podał swój werdykt co do jej talentu.
W pocałunkach, Benita wydawała się być całkiem śmiała. Gdy już przezwyciężyła swoje pierwotne opory moralności. Usta miała chętne i przyjemnie miękkie, język gościnny i skory do pieszczot. A gdy skończyli to na twarzy widać było podniecenie. Miała ochotę na coś więcej. Zaś dwie sąsiadki też wyglądały na ustatysfakcjonowane tym widowiskiem.
- A teraz Beni, czas odetchnąć pełną piersią. Aby głos mógł w pełni wybrzmieć. - Odette szepnęła zalotnie swojej wielbicielce do ucha i wyszła na jej tyły. I tam zaczęła rozwiązywać jej gorset. A nawet przez suknię Otto czuł jej kobiece walory które niczym nie ustępowały jego bretońskiej kochance. Ta zresztą podeszła do niego i odwróciła się tyłem.
- Mógłbyś bracie Otto? - Zapytała zalotnym tonem pozwalając aby rozwiązał jej suknię.
- I co myślisz o talentach Beni bracie Otto? - Odette spojrzała na niego zza pleców rozbieranej szlachcianki.
- Zgodzę się z waszą oceną. - uśmiechnął się mnich, pomagając w rozwiązaniu sukni - Ma potencjał, ale trzeba pomóc mu zakwitnąć. Musi ćwiczyć te ustka, język i gardziołko. Będziecie musiały jej pokazać jakie ćwiczenia powinna wykonywać.
Gdy to mnich powiedział, zarobił od młodej szlachicanki taki sam wdzięczny uśmiech jak przed chwilą jej bretońska koleżanka. A po paru chwilach obie zostały w samych pończochach i bieliźnie, odsłaniając swoje młode biusty i jędrne, zadbane ciała. Jeszcze tylko diwa pozostała w sukni. Odsunęła się aby stanąć obok mnicha i też pooglądać te piękne widoki.
- Jak myślisz mój drogi impresario? Od czego teraz powinniśmy zacząć to szkolenie Benity? Jestem pewna, że Fabi będzie nam służyć wszelką możliwą pomocą. - Zapytała go jakby byli parą belfrów przygtwujących się do egzaminu młodej studentki.
- Oczywiście, że bardzo chętnie będę służyć. - Fabienne posłała im krzywy uśmieszek, wiedząc, że ich dwójka może rozpoznać to drugie, kosmate dno jej wypowiedzi. Benita zaś stała obok niej i z ekscytacji przygryzała wargę co teraz będzie.
- Może niech Lady Fabienne zaprezentuje jak trzeba na razie ćwiczyć usta i język? - mnich zerknął na Bretonkę wyciągając do niej zapraszająco rękę.
- Bardzo dobry pomysł mój drogi. Fabi, czy możemy cię prosić o małą prezentację? - Odette uśmiechnęła się z aprobatą na taki pomysł. I po flirciarsku zwróciła się do swojej kochanki ubranej w czerń jaka tak kontrastowała z jej porcelanowo białym ciałem. Bretonka uśmiechnęła się do nich oboje i bez wahania podeszła w objęcia mnicha. Znów zaczęła się z nim namiętnie całować. Teraz jej prawie nagie ciało dało się czuć dużo pełniej. A ona po chwili przerwała te zabawy. Popatrzyła na niego z krzywym uśmieszkiem po czym bez słowa uklękła przed nim i zaczęła podnosić mu habit.
- Beni stamtąd wiele nie zobaczysz. Podejdź bliżej. To jest właśnie bretońska miłość. Na pewno przyda ci się w życiu. Nawet nie wiesz ile razy mnie to się przydało. - Diwa zachęciła brunetkę aby podeszła do nich bliżej. Ta z fascynacją w oczach obserwowała poczynania drugiej mężatki podczas karesów z mężczyzną. A widząc, że to ją zaabsorbowało miodowłosa poklepała torbę mnicha gdzie trzymał zabawkę Niklasa dając znać, że czas ją wyjąć.
Mnich wyjął zabawkę od Niklasa, starając się nie przeszkadzać Fabienne w jej prezentacji. Napełnił przerząd jajami Oster po czym wręczył ją Odette.
- Jestem pewny, że wiesz co z tym zrobić moja pani.
- Oj chyba coś jeszcze pamiętam. - Wynagrodziła go pocałunkiem w usta ale sama odsunęła się trochę w bok aby móc sobie założyć ten przyrząd. - Fabi, nie bądź taka chciwa. Zobacz jak narobiłaś apetytu Beni. Daj jej też się pobawić i wykazać. - Diwa udała storfujący ton ale widać było, że świetnie się bawi tą sytuacją tak samo jak pozostała trójka. Słysząc to klęcząca Bretonka ostatni raz oderwała się od przyrodzenia kochanka i zadarła głowę aby posłać mu przyjemny uśmiech. Ale trochę się odsunęła aby druga mężatka mogła teraz zająć jej miejsce. Gdy uklękła von Mannlieb pocałowała ją w usta.
- To przekazuję ci pałeczkę Beni. - Zaćwierkała do niej radośnie. Benita też wyglądała na podnieconą. I całkiem wprawnie zajęła miejsce koleżanki. Otto widział z góry jak pracuja jej usta i język. A na dole czuł to na swojej męskości. Fabienne zaś wstała i pomogła zapiąć zabaweczkę do bioder aktorki. I odpiąć dół jej sukni aby nie przeszkadzał w zabawach. Potrzebowały na to paru chwil gdy Benita była zajęta dogadzaniem mnichowi.
Mnich pogłaskał policzek szlachcianki, która obecnie oddawała cześć jego berłu,
- Bardzo dobrze… teraz… może zobaczyć jak wytrwałe jest twoje gardło…
- I jak wytrwałe? - Odette zapytała z ciekawością. Fabienne właśnie skończyła zapinanie drewnanego przyrodzenia i teraz aktorka mogła wrócić do zabawy. Podeszła do klęczącej koleżanki i złapała ją za biodra każąc jej ustawić się na czworakach. Benita chętnie uległa tym prośbom i odwróciła się na chwilę do tyłu aby sprawdzić co tam się dzieje.
- Beni ważą się twoje losy jako osobistej uczennicy naszego Słowika Północy. - Fabienne nachyliła się nad brunetką jakby jej przypomniała dlaczego się tu spotkały.
- Ano tak. - Brunetka pokiwała głową i wróciła do pieszczot na przyrodzeniu mnicha. Ten widział, że usta i brodę ma już mokre od tych prac. A teraz jeszcze cicho jęknęła gdy z drugiej strony zabaweczka przymcowana do bioder diwy weszła w nią po raz pierwszy. Po chwili jednak złapali wspólny rytm i zabawa rozkręciła się na dobre.
- Ślicznie razem wyglądacie. - Fabienne wydawała się rozczulona tym widokiem. Oparła się o blat stołu i stanęła ramię w ramię obok mnicha. Oboje teraz mieli podobny widok na obie kochanki.
Mnich obrócił głowę w kierunku Bretonki i ucałował ją. Jednocześnie ujął dłonią głowę Benity i wepchnął całą długość swego berła do jej ust. Szlachcianka zaczęła się chwilę dławić więc Otto wycofał się odrobinę.
- Spróbuj rozluźnić gardło moja pani. - po czym ponownie naparł na twarz szlachcianki.
Z okolicy własnych bioder, do uszu jednookiego doszły dławiące się odgłosy jakie wydawały usta i gardło Benity. A sam widział jak Odette zdążyła wejść z jej drugiej strony do zabawy. Widział jak podskakuje biust diwy w rytm uderzeń jej bioder o wypięte pośladki drugiej szlachcianki. A Fabienne stała obok niego, głaszcząc go po ramieniu, piersi albo całując gdy obserwowała tą wspólną zabawę.
Figle w garderobie Słowika Północy, rozgorzały na dobre. Gospodyni z lubością używała drewnianej zabawki Niklasa na gościnnych trzewiach swojej wielbicielki. Ta chętnie się temu oddawała jednocześnie pozwalając aby jej usta czy biust sprawiały przyjemność mnichowi. Gdy miodowłosa milady próżniła zabaweczkę na chwilę odstępowała od zabawy a Fabienne napełniała jajami tą drewnianą tubę. I po chwili znów wracały do figlów. Otto miał kłopot skupić się na tym ile dawek Benita w siebie przyjęła ale pewnie z kilka. W końcu gdy wszyscy byli przyjemnie zmęczeni, zdyszani i zadowoleni był moment aby odpocząć i przygotować się na wyjście stąd na świat zewnętrzny. Szlachcianki zaczynały szukać swojej bielizny, sukni, zapinać gorsety. Humory wciąż jednak miały szampańskie.
- To jak Beni, podobają ci się te nasze prywatne lekcje śpiewu? Byłabyś nimi zainteresowana? - Lady Odette postawiła stopę na stołku i poprawiając jedwabną pończochę spojrzała wesoło na swoją wielbicielkę. Starała się wrócić do tego mentorskiego tonu z początku rozmowy gdy Otto tutaj przyszedł.
- Oh tak, było cudownie! Jak bym milady mnie przyjęła na te lekcję byłabym bardzo szczęśliwa. - Brunetka odparła bez wahania, posyłając jej rozmarzone spojrzenie. Fabienne stała za nią i wiązała jej gorset.
- No chyba da się to załatwić. A ty bracie Otto? Mój impresario? Czy znalazłbyś czas i ochotę aby do nas dołączyć w takich spotkaniach? Sam widzisz, że przydałaby nam się osoba duchowa aby dać nam rozgrzeszenie po tych niecnotach. - Diwa zwróciła się teraz do mnicha i popatrzyła na niego z flirciarskim uśmiechem.
- Żyję aby służyć. - odparł mnich - A pomoc przy sztukach wielkich to największe powołanie jakiemu ktoś mógłby się oddać. - ucałował dłoń divy - Mam jedynie nadzieję, że się wam nie znudzę. Jeden klecha dla tak cudownych kobiet… aż smutno, że marnujecie swoje żądze na mnie.
- Oh skromny jesteś mój impresario. Myślę, że żadna z koleżanek nie powinna narzekać na twoją wizytę i będzie z utęsknieniem czekać kolejnych. - Aktorka z przyjemnym uśmiechem obserwowała jak mnich ucałował jej dłoń i z aprobatą przyjęła jego komplementy. Zdążyła już założyć bieliznę i pończochy ale wciąż była w stanie negliżu. Popatrzyła na swoje dwie koleżanki.
- No my z bratem Otto to się już znamy całkiem dobrze od jakiegoś czasu. I cieszę się, że bogowie splotli ze sobą nasze ścieżki. No i przecież to on obdarował nas tym szczęściem i mnóstwem innych doznań. - Fabienne odeszła od pleców Benity gdy skonczyła sznurować jej gorset. Podeszła do jednookiego i pocałowała go w policzek. A przy tym macierzynskim ruchem dotknęła swojego nagiego brzucha. Od dobrych paru dni całkiem przyjemnie mówiła o doznaniach jakie dostarcza jej ta robacza pseudociąża i pamietała kto ją zasiał po raz pierwszy.
- No ja też bardzo chętnie się spotkam z bratem Otto. No i z wami wszystkimi. Nie mogę się już doczekać kolejnej lekcji muzyki. Będę musiała powiedzieć mężowi, że zaczynam ale chyba powinien się zgodzić. - Młoda mężatka też wyglądała na zadowoloną. Patrzyła trochę roztargnionym wzrokiem bo szukała swojej sukni. W końcu schyliła się aby ją podnieść i zaczęła zakładać.
- To kiedy następny raz? Może jutro po mszy? Pirora zapraszała nas wszystkich. - Diwa uśmiechnęła się i popatrzyła na zebranych z ciepłym uśmiechem.
- Ja bardzo chętnie. Strasznie przypadły mi do gustu te psalmy po mszy co u siebie organizuje. - Fabienne od razu zgłosiła swoją zgodę. Więc aktorka spojrzała na drugą szlachciankę.
- Jutro po mszy? Oj bardzo bym chciała. Ale już jesteśmy umówieni na wizytę u znajomych. Nie mogę się doczekać aż zobaczą miny jak im powiem, że milady zgodziła się udzielać mi prywatnych lekcji śpiewu! - Brunetka wydawała się chętna na ponowne spotkanie już jutro ale widać już wcześniej była umówiona z mężem na inne spotkanie.
- No to może pojutrze się spotkamy. A ty bracie Otto? Kiedy zaszczycisz nas swoją obecnością? - Aktorka zwróciła się teraz do jedynego mężczyzny w garderobie.
Mnich objął aktorkę, jego dłoń na sekundę powędrowała do jej brzucha, gdy usta obdarowywały szyję pocałunkami, patrzył jednak na Benitę, obecując jej ponowne pieszczoty. Odsunął się w końcu od Divy, gładząc delikatnie jej policzek.
- Dla was moje piękne? Zjawię się jak tylko wezwiecie.
- W takim razie zapraszam cię mój drogi Otto jutro po mszy. A z naszą słodką Benią najwyżej umówimy się na kolejne dni. Zaprosiłam też naszą wspólną znajomą co ostatnio z takim zaangażowaniem bawiła się z nami w teatrze po występie. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza? Z tego co pamiętam całkiem dobrześmy się razem dgadywali. - Miodowłosa dała się mu cmoknąć w policzek i szczebiotała z zadowoleniem o planach na najbliższą przyszłość.
- Teofano? Tak opowiadała mi o swojej wizycie, oczywiście chętnie i ją nauczę śpiewu. - mnich skłonił się kobietom - Życzę miłego wieczoru, najpiękniejsze.
Otto opuścił tatr i ruszył w kierunku domu. Postanowił po prostu odpocząć przed jutrzejszymi wydarzeniami. Jutro oczywiście msza no i nie mógł odmówić sobie kolejnych przyjemnych chwil z Slaaneshytkami. Później… no cóż, ma kilka planów. Najpierw odwiedzi karczmę Silnego, obiecał Odette przygodę.
Tura 73 - 2519.07.27; fst; ranek
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
Czas: 2519.07.27; Festag; ranek
Warunki: półmrok, chłodno, msza ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; sła.wiatr; ziąb (0)Msza w świątyni Mananna (Heinrich, Marcus, Otto)
Ludowa mądrość mówiła, że kim by się nie było i co nie robiło przez cały tydzień, to i tak się wszyscy spotykają w Festag na mszy. To wydawało się dość trafne powiedzenie gdy się patrzyło na pełne ławki w największej i najpopularniejszej świątyni w mieście. Tu, nad brzegem smaganego wichrami Morza Szponów, była to oczywiście świątynia boskiego patrona mórz i oceanów. Wszelkie inne świątynie w Neus Emskrank były mniejsze i skromniejsze. Niecały wiek temu, miasto wybudowano jako wielki, imperialny projekt otwarcia wielkiego portu morskiego. Jako alternatywy dla Marienburga na zachodzie i Erengradu na wschodzie. Ale wyszedł z tego wielki skandal i niewiele więcej. Obecnie port co prawda funkcjonował ale był ledwo zauważalnym okruchem w porównaniu do tych dwóch wielkich portów na przeciwległych krańcach burzliwego morza. Większość budynków od dekad stała pusta stąd miasto był anomalią do zatłoczonych miast w innych rejonach świata. Tutaj, żartowano, że w mieście jest więcej domów niż mieszkańców. A wielu z nich, co tydzień spotykało się w Festag w największej świątyni. To był dzień świątynny, wolny od codziennego znoju, aby śmiertelnicy mogli w pełni oddać cześć bogom i odpocząć przed kolejnym tygodniem pracy. Był to cotygodniowy mały festyn gdy nawet ubodzy mieszczanie wyciągali z szaf odświętne ubrania aby tak przed ludźmi jak i bogami, pokazać się z jak najlepszej strony.
Msza w świątyni jak w soczewce ogniskowała hierarchię społeczną. W pierwszych rzędach siedziała elita tego miasta. Najznaczniejsze rody szlacheckie jak von Zee czy van Hansen, rektor Akademii Morskiej oraz ci najznaczniejsi z rady miejskiej, gildii czy kleru. Obecnie było też kilkoro znaczniejszych gości przybyłych na turniej. Za nimi ta mniej znacząca szlachta, ważniejsi kupcy, sławniejsi kapitanowie statków, szlachetnie urodzeni profesorowie szkoły morskiej, bogatsi kupcy. Tutaj dało się dostrzec lady Fabienne von Manlieb czy Benitę von Hohenfels z mężem. Nieco za nimi była Pirora van Dyke która była na tyle nowa w mieście, że chociaż zdołała zaistniec w błękitnokrwistym towarzystwie to jednak bez bogatej rodziny i tradycji z tych okolic, trudno jej było się przebić do przednich ławek. Jeszcze rząd czy dwa za nią pokornie siedział Hubert Gruber ze swoją grubą małżonka i gromadka pulchnych dzieci. A niedaleko także Tobias, Marcus z Nadią, Heinrich i Joachim albo rodzina Lebkuchenów. Nawet Adrienne z archiwum ratusza. Stała razem ze swoimi rodzicami. Bez nazwisk rodowych, koneksji wśród śmietanki towarzyskiej, włości ziemskich i majątków drogę do wyżyn społecznych mieli mocno utrudnioną. Przynajmniej jeśli patrzeć na to oficjalnie, z pryzmatu świątynnych ławek. To co łączyło ich z co niektórymi przedstawicielami śmietanki towarzyskiej miasta towarzysko czy sekretnie, to nawet nie powinno było ujrzeć światła dziennego, zwłaszcza w świątyni i pod okiem wścibskich kapłanów. Jeszcze za nimi była szara masa zwykłych urzędników, rzemieślników, rybaków, dokerów, nawet paru chłopów z okolicznych wiosek co zdążyli przybyć na poranną mszę. Kto wie, może nawet już wieczorem koczowali pod bramami miasta albo w izbie zbiorowej jakiejś karczmy. Gdzieś wśród nich był Otto. Jako ubogi mnich z dobroczynnego hospicjum bezczelnością z jego strony byłoby przepychać się do przednich ławek gdzie zasiadali godniejsi od niego.
Msza wymagała godności i powagi. Jednak zanim na dobre się zaczęła dały się słyszeć szepty i pytania. “A dzisiaj też będzie?”, “A jeszcze jest w mieście?”, “A nie wyjechała?”. Widać było, że występ Słowika Północy z zeszłego tygodnia, powszechnie zapadł w pamięć. I przełamywał tą codzienna rutynę. Nie co dzień miasto miało okazję gościć tak znamienitą osobę. A jeśli już to o ile nie było to związane z festynem czy turniejem gdzie tłuszcza miejska mogła ujrzeć kogoś takiego na własne oczy, to takie znakomitości gościły w zbyt wysokich i wyperfumowanych progach aby jakiś rzemieślnik czy robotnik mógł w ogóle o niej wiedzieć. Tym razem było inaczej bo lady Odette von Treskow, zwana Słowikiem Północy, tydzień temu dała wspaniały popis swoich sławnych możliwości jako diwa i pieśniarka. Całe miasto mogło ją oglądać i słuchać chociaż na chwilę. I wszystkich urzekła swoim głosem i urodą. Więc i dzisiaj przed mszą ludzie zastnawiali się czy też tak uświetni mszę. Wydawało się, że nawet młoda morrytka, tajemnicza, bladolica matka Somnium, wywołuje już mniejsze emocje niż sławna diwa.
Ta nie zawiodła oczekiwań widowni. Wyszła z zakrystii gdy przyszła pora psalmów i zaśpiewała “Ave Manann”. Głos miała potężny i czysty jak górski kryształ. Zdawało się, że ściany świątyni zostały stworzone aby rezonansować i wzmacniać taki właśnie głos. Nawet chór śpiewał wyraźnie lepiej niż ostatnio. Widać było, że ten tydzień pracy jaki diwa włożyła w jego trening przyniósł efekty albo stała się dla nich żywą inspiracją. Wierni mieli łzy wzruszenia w oczach, kiwali głowami dawali z siebie co się dało aby śpiewać razem za swoją liderką. Nawet surowy zwykle ojciec Absalon, wydawał się złagodnieć na twarzy gdy młoda śpiewaczka o miodowych włosach skończyła swoją pieśń. A aktorka nawet strojem dopasowała się do mszy. Miała na sobie prostą suknię w morskich kolorach i jedyną ozdobą wydawała się być srebrna brosza i kolczyki ale była zbyt daleko aby zobaczyć więcej detali.
- Dawno nie słyszałem tak pięknego wykonania tej pieśni. - Ponury kapłan morskiego boga podziękował milady za ten występ. I musiał odchrząknąć aby zebrać się w sobie i prowadzić właściwą część mszy. Uczył o tym jak jego boski patron potrafi się gniewać a już na pewno gdy wierni pozwalają aby obrabować jego świątynię. Bo przecież te wszystkie precjoza są nie dla uciechy kapłanów ale są poświęcone bogu, na utrzymanie świątyni, wierni, wspomaganie sierot po rybakach i marynarzach. Więc ci zbrodniarze i świętokradcy co ośmielili się podnieść rękę na świątynie zapłacą za to po stukroć i nie będą mogli liczyć na litość Absalona skoro okradają jego boskiego patrona i jego wiernych.
- Wysłałem list do Salzenmunda i Marienburga. Skoro mamy tak niespokojne czasy, że nawet świątynie bogobojnych ludzi nie są bezpieczne. To poprosiłem o pomoc. I radujcie się bracia i siostry! Nasi bracia w wierze nie zostawili nas samych! I obiecali nas wspomóc w tej godzinie próby! Wielka Świątynia Mananna w Marienburgu obiecała przysłać do nas swoich strażników aby wesprzeć nasze zbrojne ramię! A władze w naszej stolicy śledczych jacy pomogą schwytać sprawców! - Obwieścił wiernym radosne nowiny. I w większości przywitano to z radością. Mało rozsądnym było okazywanie braki entuzjazmu do ścigania i karania świętokradców. Ale zerkano w kierunku władz ratusza jacy do tej pory odpowiadali za śledztwo. Właściwie słowa kapłana oznaczały ograniczone zaufanie jakie do nich miał. Lub działał pod wpływem gniewu i emocji. W przypadku brata Absalona znanego ze swojego radykalizmy i trudnego charakteru, obie możliwości wydawały się być równie prawdopodobne. Zresztą nie wykluczały się wzajemnie. Później surowy kapłan ustąpił miejsca swojej młodszej, bladolicej koleżance. Matka Somnium zajęła jego miejsce. Wydawała się młoda, krucha i delikatna. Jak wiotka trzcina, zwłaszcza jak była blisko muskularnego, ogorzałego od morskiej soli i wiatru kapłana morskiego boga. Bardziej szło uwierzyć, że jest dopiero akolitką niż pełnoprawną kapłanką. Ale jednak otaczał ją nimb mistycyzmu jaki sprawiał, ze trudno ją było zignorować.- Ostatnio spada na nasze miasto ciąg ciosów. Nasi boscy patroni poddają nas próbie. My, morryci, bez względu na wszystko, dalej zapewniamy posługę i przeprowadzamy wszystkich do bram Morra. Ale nasz Kruczy Pan, jest także patronem snów. A ostatnio wiele naszych sióstr i braci skarży się na dziwne sny. Przyznam, że są one niepokojące. A jest ich zbyt wiele aby uznać je za przypadek czy wariactwo jednej albo paru osób. Choćby baron Wirsberg. Tydzień temu w sennym widzie na gwałt wyjechał z miasta w las i do tej pory go nie odnaleziono. Nie wszystkie przypadki są tak spektakularne ale świadczą, że mrok zbliża się do naszego miasta. Z każdą nocą jest trochę bliżej. Widziałam to jak cztery chmury co się zbliżają z czterech stron świata. Każda trochę inna ale wszystkie są dla nas zagrożeniem. To co wszyscy widzimy co się dzieje w świątyniach, na ulicach, w mieście to tylko objaw tego zagrożenie. Musimy być czujni i pokładać wiarę w dobrych bogach i kapłanach. Ostatniej nocy miałam sen. O tym, że w trzewiach ziemi, przebudziło się coś pradawnego. I nie jest to przyjaciel dobrych ludzi. Uważajcie na siebie moi bracia i siostry, bądźcie czujni na objawy zepsucia i zgnilizny. A jeśli coś takiego dojrzycie nie czekajcie! Zawiadomcie mnie lub brata Absolona. Straż miejską. Kogokolwiek. Pamiętajcie, że bierność jest współudziałem. - Bladolica kapłanka mówiła z troską i obawą. Ale jednak jej głos potrafił być czysty i mocny. Jej słowa poruszyły wiernych. Zerkali po sobie, niektórzy kiwali głowami lub mieli zamyślony wyraz twarzy. A ona w tym czasie odeszła od mównicy. A ojciec Absalon znów zabrał głos i dokończył mszę. Wszystkich zastanowiło, że wspomniał, że za dwa tygodnie obchodzą święto Pierwszego Kamienia. Czyli tradycyjną datę rozpoczęcia budowy miasta. Co roku był festyn z tej okazji. Czyżby to oznaczało, że w tym roku też? Czy żałoba po księżnej-matce okaże się silniejsza? Kapłan tego już nie powiedział więc oba domysły wydawały się być równie prawdopodobne. Miały swoich zwolenników i przeciwników. Wiadomo było, że żałobę ogłosiły władze prowincji więc lokalne nie mogły jej samoistnie odwołać. Ale kto wie? Może wystarają się o dyspensę? A może wiedzą już kiedy się skończy?
---
Po mszy jak zwykle wierni wylegli na dziedziniec świątynny. To była tradycyjna okazja aby się spotkać, porozmawiać z członkami dalszej rodziny czy kimś kogo się nie widziało przez cały tydzień. Wymienić się pozdrowieniami i plotkami co się u kogo działo od ostatniego spotkania czy umówić się na coś. Można było tez kupić święte obrazki, wisiorki i inne odpusty. Ale też zobaczyć z bliska diwę co tak pięknie śpiewała. Oczywiście jak ktoś miał tyle samozaparcia aby się przepchać przez tłum. Wiele osób bowiem chciało chocaż przez chwilę zobaczyć ją z kilku kroków. Ona zaś wcale nie śpieszyła się do bramy. Śmiało rozmawiała z różnymi osobistościami tego miasta lub ich zacnymi gośćmi co przyjechali na turniej. Blisko niej trzymała się Kamila van Zee, dorodna córka kapitana portu o nietypowo ciemnej karnacji wskazującej na domieszkę krwi z dalekich, egzotycznych krain. To nie było dziwne bo jej ojciec. Gert von Zee, za młody był śmiałym kapitanem który pływał w bardzo dalekie rejsy. I z nich przywiózł młodą, atrakcyjną żonę o nietypowej w Imperium karnacji. Chociaż podobno zmarła ona dawno temu jednak urodą jej córka ją miała bardzo przypominać. Obecnie zaś lady Kamila milcząco pławiła się w swoim sukcesie. Bo von Treskow wcale nie ukrywała, że przyjechała tu z Salzenmundu specjalnie na jej zaproszenie. I właśnie rodzina van Zee udzieliła jej gościny na czas pobytu.
Obecnie widać było jak jakiś szlachcic stara się zaprosić sławną diwę do siebie, inny pochwalił się, że miał okazję podziwiać ją w salzenmunskiej operze, jakaś milady, że była na jej koncercie w marienburskim Grosses Theater. Wydawało sie, że czy tutejsi czy zagraniczni możni są wielbicielami talentu, wdzięku i urody młodej śpiewaczki. A opinia skandalistki wdającej się w liczne romanse wcale im nie przeszkadza.|-Heinrich i plotki-|
Gdy wczoraj Heinrich wrócił od Tobiasa, dał znać swoim podwładnym, że jest łaskaw posłuchać ich plotek. Kurta zastał jeszcze wczoraj. Mężczyzna wydawał się w pierwszej chwili zdziwiony prośbą swojego pana. Ale w końcu zaczął coś mówić. Większość z tych jego opowieści wydawała się błacha i nie związana ani ze snami od Sióstr ani sprawami kultu. Ktoś tam się pobił z kimś w karczmie, inny z powodów długów się powiesił, tam jakiś inny sprał i wyrzucił na bruk niewierną żonę. Inny gadał, że wie od znajomego rybaka, że na nabrzeżu widział jakieś dziwne stwory. Takie ani to ludzie ani potwory. Trochę jak żaboludzie albo kraboludzie. Tu trochę się opowieść rozjeżdżała z jakim morskim gatunkiem miała to być domieszka ale coś takiego groźnego, ohydnego i morskiego na dwóch nogach. Ot, codzienna rutyna w mieście. Ale w “Kwarcie” pojawiła się nowa najemniczka i łowczyni nagród. Ładna. I spoza miasta bo nikt jej nie zna. Znajomi Kurta zastanawiali się po co tu przyjechała. Niby pyta o jakieś zlecenia ale żadnego nie bierze. Więc dumają, że albo jeszcze ją sakiewka za gardło nie ciśnie albo czeka na jakieś konkretne zlecenie. No i smukła, gładka i w ogóle dziewczyna - malina. I twarda babka, podobno jak jeden z wojaków złapał ją za tyłek to tak mu dała w pysk, że aż na podłogę poleciał. Za to bardzo miła jest dla kelnerek. I to się ostatnio przebiło z codziennej rutyny.
Ilse przyszła dziś rano aby pomóc panu wyszykować się na mszę no i śniadanie zrobić aby na głodnego nie szedł. Jej wcale za język nie trzeba było ciągnąć. Jak tylko zorientowała się, że tym razem pan chce jej słuchać to gdy kroiła, parzyła, podawała do stołu albo wyjmowała ubranie z szafy to gadała jak najęta. Większości też były to głupstwa. Ot sklep gdzie zwykle kupowała mydło na pranie zbankrutował więc biadoliła jakie to trudne czasy i gdzie ona teraz będzie kupować to mydło na pranie. Chyba przesadzała bo przecież był to codzienny produkt jaki można było kupić na każdym rogu. Kolega z jakim wychowywała się na ulicy dostał się na pomocnika piekarza. To dobrze, dobrze. Przecież to dobra i pewna praca bo chleba wszyscy potrzebują. Syn innej zamustrował się na statek. Wiadomo, trudno w tym mieście o dobry zarobek dla zwykłych ludzi a marynarz dawał szansę na taki. Ale to przecież taki niebezpieczny zawód. Szkoda chłopaka, nie wiadomo czy w ogóle wróci z tego morza. A największy dziw to było jak sprzątała u tej milady z banku. Znaczy nie była szlachcianką ale miały taką różnicę w bogactwie i statusie, że Ilse w praktyce i tak traktowała ją jakby była. No więc jak u niej sprzątała sypialnię to niechcący przewróciła pudło pod łóżkiem. No i tam były rzeczy dla uprzyjemniania samotności kobietom. Ilse aż się zarumieniła gdy o tym wspomniała i dodała od razu, że ona sama nie używa nic tak sprośnego. No ale jeden przedmiot przykuł jej uwagę bo wyglądał jak jakiś czerw albo robak. Taki brązowy i nie ruszał się. Ale Ilse bała się go dotknąć więc tylko szybko kapciem wturlała to wszystko z powrotem do pudła i odłożyła na miejsce. I ma nadzieję, że pani nie pozna się, że jej tam zaglądała. Trochę się obawiała, że jednak tak ale to będzie u niej ponownie dopiero po Festag.|-Heinrich i Pirora-|
Heinrich gdy pokuśtykał na zewnątrz znalazł się na dziedzińcu świątynnym. Też zdarzyło mu się dojrzeć przez ten tłum ramion i głów, teatralną diwę. Już lepiej ją widział na mszy gdy tak pięknie śpiewała spod morskiego ołtarza. A najlepiej jak przez moment minęła go gdy wychodziła z kościoła. Wtedy dzieliło ich tylko kilka kroków. Dzisiaj jak była czysta, w skromnej ale eleganckiej sukni prezentowała się godnie i dumnie. Perła w koronie dam jakie dziś przyszły na mszę w swoich drogich sukniach. Trudno było uwierzyć, że to ta sama kobieta z którą były łowca czarownic rozmawiał przy Zachodnich Kamieniach dwie noce temu. Wtedy była całkiem naga i splugawiona lepkimi, brudnymi śladami orgii z wszetecznymi zwierzoludźmi. A widział ją wówczas z bliższej odleści niż teraz. Konstrast wydawał się być oszałamiający. Teraz w świetle dnia, w rześkim, morskim powietrzu, można by myśleć, że to dwie, całkiem różne osoby.
- A tu jesteś Heinrichu. Bałam się, że cię nie złapię w tym tłumie. - Z zamyślenia wyrwał go młody, kobiecy głos. Jak się odwrócił dojrzał Pirorę. Ucieszyła się gdy go znalazła. I nie traciła czasu. - Jeśli byś miał ochotę to jesteś zaproszony do mnie na psalmy żałobne. Niekoniecznie w aktywnej formie, samo uczestnictwo też będzie mile widziane. - Uśmiechnęła się delikatnie dając znać, że go zaprasza ale nie zmusza. Zapewne pamiętała, że podobnie jak ona, podczas zabaw przy Zachodnich Kamieniach, wolał oszczędzić sobie bezpośrednich zabaw. - No i lady Soria z nami rozmawiała o tobie i Petrze von Schneider. Przed odjazdem poprosiła nas abyśmy pomogły wam się spotkać. Zaprosiłam Petrę do mnie i zgodziła się przyjść. Dlatego dziś nie będę mogła uczestniczyć w psalmach w pełni. Jeśli byś miał ochotę się z nią spotkać to zapraszam. Jeśli nie to powiedz kiedy ci pasuje i postaram się ją umówić ale niczego nie obiecuję. - Mówiła szybko i przyciszonym głosem. A i tak starała się nie wypowiadać zbyt kompromitujących szczegółów. Zapewne spieszyła się aby jako gospodyni owych psotnych psalmów, wrócić do domu jako pierwsza.|-Heinrich i garncarka-|
- Pochwalony sąsiedzie. - Wydawało się, że dopiero co Pirora odeszła mieszając się z tłumem a znów usłyszał kobiecy głos. Tym razem okazało się, że to ta garncarka z naprzeciwka. Dziś miała na sobie lepszą, choć wciąż dość prostą suknię. I bez plam gliny na niej na rękach. Bez śladów glinianych czerwi jakie sunęły po niej w jego śnie. Tylko uśmiech miała ten sam. Psotny i krnąbrny. Widząc, że ją zauważył odezwała się ponownie.
- Wczoraj umówiliśmy się na dzisiaj z tym odbiorem misy. Ale oboje zapomnieliśmy, że dziś jest Festag. Więc wszystko jest zamknięte, mój warsztat też. - Przypomniała mu ich rozmowę z wczorajszego poranka. - W każdym razie zrobiłam ci tą misę sąsiedzie. Wsadziłam do pieca i wypaliłam. Dziś powinna już być gotowa. Jak chcesz to jutro możesz po nią przyjść. Bo dziś to mam zamknięte. Nikogo nie będzie w warsztacie. No chyba, żebyś sąsiedzie zadzwonił. No to bym mogła zejść i ci dać. Bo co te robaki będą stać takie nieużywane nie? - Patrzyła na niego leniwym wzrokiem. I oczywiście miała rację. Zapomnieli, że dziś Festag i nawet jak zdążyła wczoraj zrobić tą misę to dziś nie wypadało jej otwierać warsztatu. Ale widocznie była skłonna przymknąć oko jeśli by akurat on tam dzisiaj przyszedł. Jeśli mieszkała gdzieś nad warsztatem to faktycznie mogła dość szybko zejść i mu otworzyć.|-Marcus, Nadia i Herman-|
Gdy przyszedł z samego rana po Nadię to ta była już prawie gotowa do wyjścia. Ucieszyła się, że przyszedł. Objęła go i cmoknęła w policzek na przywitanie. Jeszcze kilka ostatnich poprawek, płaszcz i mogli wychodzić. Na mszę się nie spóźnili ale i tak było gęsto. Co prawda ta największa świątynia w Neus Emskrank, mogłaby być ledwo przedsionkiem do tych najwspanialszych w Altdorfie no ale pewnie całe to miasto mogłoby się zmieścić w jednej z dzielnic imperialnej stolicy a mieszkańcy pewnie w jednym jej kwartale.
W świątyni odkrył, że wiele się nie zmieniło. I chociaż ubrał się godnie jak należy to dalej było to zbyt skromnie aby przeć do przednich ławek. Zajął gdzieś miejsce po środku. Nadia i tak promieniowała z dumy bo jako skromna urzędniczka z ratusza zwykle siadała dobre parę rzędów z tyłu. Dla niej to i tak był symboliczny awans społeczny w przeliczeniu na ten ławkowy prestiż.
Później zaczęła się msza. Miał okazję ujrzeć ową Słowik Północy. Co prawda bez detali ale dało się dostrzec, że ma ładną, smukłą sylwetkę i porusza się z płynnością tancerki. Zresztą widział, że wzbudza ona powszechne zainteresowanie. Nadia też dyskretnie wychyliła głowę aby ją lepiej zobaczyć. Zaś śpiew diwy był oszałamiający. Zapewne nawet w altdorfskiej operze czy na deskach tamtego teatru też by się odnalazła. Ale nieco bliżej tą ją widział tylko przez chwilę, gdy już po mszy, wychodziła głową nawą w kierunku wyjścia. Wtedy dojrzał jej młodą, regularną twarz, pełny biust i zgrabną kibić. Jakby mimochodem zarejestrował, że obok niej szła Kamila van Zee oraz jej ojciec. Ale szybko przeszła obok i jakby stanowiła czoło procesji. Dopiero jak ich minęła, ludzie z ławek wychodzili i też szli w kierunku wyjścia.
Oprócz tego dostrzegł na mszy parę znajomych twarzy. Nawet dyskretnie go pozdrowili skinieniem głowy czy spojrzeniem. Zwykle wydawało mu się, że dostrzega zdziwienie na ich twarzach. W końcu bez ostrzeżenia wrócił do miasta po prawie roku nieobecności. Knuta czy Hansa też dostrzegł ale zajmowali zbyt odległe miejsca aby porozmawiać. Zresztą msza nie była od tego. Można było liczyć, że po niej będzie okazja zamienić z kimś ze dwa słowa chociaż.- O, zobacz, jest Herman. - Gdy wyszli po mszy na dziedziniec świątynny wmieszali się w barwny, rozgadany tłum. Nie było sensu się przepychać na siłę. Zresztą ludziom na pewnym poziomie nawet nie wypadało. Wydawało się, że to diwa o miodowych włosach, w naturalny sposób kumuluje na sobie uwagę wiernych. Trudno było się tam dopchać przez tą ciżbę. Niektóre dzieciaki stawały na skrzynkach i beczkach aby zobaczyć coś ponad głowami dorosłych. Nadia też się zastanawiała na głos czy aby nie udało im się tam podejść i chociaż rzucić okiem na sławną aktorkę. Ale w pewnym momencie pociągnęła za rękę Marcusa aby wskazać mu na jakiegoś mężczyznę. Miał na sobie wielki, granatowy beret z jeszcze większym i piękniejszym pawim piórem. Widać było, że wielmoża choć pewnie nie szlachcic. I był z jakąś podobnie mu wystrojoną kobietą, pewnie żoną. Dopiero jak się odwrócił nieco bocznym profilem, ekonom poznał, że to Herman Schuster. Miał zamiar odwiedzić go jutro w ratuszu. Ale spotkali się już dzisiaj. W tym tłumie to zaraz Schusterowie mogli wpaść na niego a równie dobrze tłum mógł ich rozdzielić, że się już dziś nie spotkają.
Wczoraj pod wieczór Hans faktycznie przysłał mu listę swoich winnych towarów. Było tego sporo. Jakby naprawdę zrobił zakupy na obsługę znaczących gości turnieju. Najwięcej różnych bretońskich i averlandzkich win. Ale też sporadycznie mocniejsza bretońska brandy, reiklandzkie nalewki, ostlandzka miodówka i kislevskie miody. Nic dziwnego, że tak się wściekał na żałobę. Bez festynu pewnie też w końcu sprzeda tak interesujący towar ale nie będzie miał tak szybkiego i dużego zysku jak podczas festynu.
|-Marcus, Nadia i Łasica-|
- Oh, przepraszam! - Jakaś dziewka potknęła się i wpadła na nich oboje. Odruchowo on i Nadia złapali ją aby nie upadła do końca. Zresztą wtedy groziłoby im, że całą trójką przewrócili się na brudne, kocie łby dziedzińca. A tak, to udało im się uniknąć tej małej katastrofy. Gdy we trójkę się wyprostowali dziewczyna na chwilę obdarzyła ich ciepłym, życzliwym uśmiechem wdzięczności. - Dziękuję państwu. Niech wam bogowie w lędźwiach i brzuchach wynagrodzą. - Powiedziała do nich życzliwie i odeszła w tłum.
- Chyba wzięła nas za parę. - Nadia uśmiechnęła się nieco zakłopotana. Powiedzonko było znane i życzliwe, choć dość frywolne i raczej niskich lotów. Zwykle tak matrony i ciotki mówiły do młodszego pokolenia gdy im dobrze życzyły na przyszłość. Na salonach raczej nie należało się go spodziewać. Marcus jednak w ostatniej chwili rozpoznał w tej dziewczynie Łasicę. Nic dziwnego. Przecież łotrzyca była zawodową oszustką jaka potrafiła się wcielać w różne role. Teraz była ubrana jak skromna mieszczka, w grzecznym, białym czepku na głowie. Nie zdążył już zapobiec zanim odeszła. Ale po chwili zorientował się, że pewnie nie przypadkiem na niego wpadła. Bo teraz szła równolegle do nich parę rzędów ludzi między nimi. Celowo aby ją zauważył. I posyłała mu bezczelny, ironiczny uśmieszek jaki już bardziej pasował do dziewczyny z ferajny niż ten biały czepek i suknia córki rzemieślnika czy sprzedawcy. Gdy się złapali spojrzeniami skinęła głową w bok. Czyli chciała gdzieś pogadać ale bez zbędnych świadków spoza ich spiskowej rodziny.|-Otto i Teofano-|
Mnich zdążył już wyjść ze świątyni. Wmieszał się w ten barwny, rozkrzyczany tłum na zewnątrz. Widział zbiegwisko jakie w naturalny sposób zrobiło się wokół miodwłosej diwy no ale wczoraj mu obiecała, że dziś będzie na psalmach żałobnych u Pirory. Więc za parę pacierzy pewnie i tak się tam spotkają.
Co jakiś czas spotykał znajome twarze. Nawet jeśli publicznie nie wypadało się im przyznawać do jakiejś znajomości. Obok niego przeszła Adrienne z rodzicami. Oczywiście pracownica archiwum ratusza nie poznała go. Przecież gdy widział ją ostatni raz to było parę dni temu, na zapleczu teatru, gdy jako pokazowa niewolnica Huberta i Oksany, składała na czworakach hołd lady Sorii i innym szlachciankom. A on osobiście władował w jej trzewia jedną strzykwę jaj Oster. Jeśli jeszcze nie urodziła miotu to pewnie wciąż je miała w sobie. Chociaż brzuch miała płaski jak wtedy w teatrze. Jednak po jednej dawce to nie było takie dziwne. Na razie razem z rodzicami przeszli obok ubogiego, jednookiego mnicha pewnie nawet nie wiedząc o jego istnieniu.
Drugą muszą matkę spotkał zaraz potem. Benita von Hohenfels szła pod ramię ze swoim mężem. Wyglądała tak jak elegancka, młoda, kochająca żona szlachcica powinna. Prawie na siebie wpadli i dlatego się zauważyli. Brunetka z jaką Otto wczoraj figlował razem z Odette i Fabienne w garderobie diwy zauważyła go w ostatniej chwili. I posłała mu krótki, dyskretny uśmieszek. Na więcej przy swoim mężu się nie odważyła. Po chwili minęli się i państwo von Hohenfels poszli dalej.
Dopiero trzecia musza matka jaką spotkał, bez wahania podeszła do niego i skinęła głową w oznace szacunku. - Pochwalony ojcze. - Teofano przywitała się z nim jakby był jej ulubionym spowiednikiem. Też szła z rodzicami ale ci właśnie rozmawiali z kimś kto chyba Teo tak bardzo nie interesował. Dlatego wypatrzyła jednookiego mnicha. Odeszła od nich aby podejść do niego. Miała na sobie tunikę w morskim kolorze jakie nosili członkowie chóru. Możliwe, że w nim była ale mnich stał zbyt daleko aby podczas mszy ją rozróżnić wśród podobnie ubranych postaci stojących obok siebie. - Z Margo wszystko w porządku. Jest gotowa na jeszcze. Ale rodzice jej potrzebują na dzisiaj. Mnie lady Pirora zaprosiła dziś do siebie. Jak tylko wykręcę się rodzicom to tam przyjdę. - Młoda cukiernik mówiła szybko i cicho aby nikt ich nie podsłuchał. Ale widać było, że jest bardzo podekscytowana tym zaproszeniem od szlachcianek jakie prawie na pewno miało się skończyć karesami z tymi szlachciankami. Zerknęla szybko za siebie aby sprawdzić czy rodzice już jej nie wołają ale widać jeszcze byli zajęci rozmową ze znajomymi.|-Otto i Elke-|
Już powoli wychodził w stronę bramy. Gdy usłyszał kobiecy, nieco onieśmielony głos obok siebie. - Pochwalony ojcze. - Gdy się odwrócił zobaczył młodą, szczupłą blondynkę w odświętnym, czystym stroju niezbyt bogatej mieszczki. Nic dziwnego. Elke pochodziła z podmiejskiej wsi więc po chłopce nie należało oczekiwać bogactwa. Ale była zaskakująco rumiana, miała ładny uśmiech, zdrową cerę i trzymała się jeszcze prosto. Widać ciężkie, chłopskie życie jeszcze nie zdążyło przygnieść ją do ziemi. Ostatni raz widzieli się parę dni temu, w dzień targowy. Teraz wydawało się to wieki temu. Wtedy Elke poszła z nim i bliżej się poznali na piętrze opuszczonej kamienicy. A jeszcze dała do zrozumienia, że bardzo kocha swoje kozy a zwłaszcza kozły. Może dlatego teraz tak patrzyła nieśmiało na niego, niepewna czy ją rozpozna albo czy w ogóle będzie chciał rozpoznać. Wtedy była chętna pójść na służbę do jakiejś bogatej pani a on obiecał jej, że się rozejrzyj.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; okolice kurhanu Gonsara Trzyokiego; skraj lasu i mokradeł, obóz
Czas: 2519.07.27; Festag; ranek
Warunki: półmrok, chłodno, msza ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; sła.wiatr; ziąb (0)|-Egon i obozowicze-|
- Ale mi w baniaku dzwoni. - Lars mruczał sennie gdy zmęczonym gestem przykładał dłoń do czoła.
- To od tej mgły i wilgoci. Za blisko tego bagna się rozbiliśmy. - Astrid też wyglądała na markotną. No rzecziwście. Jak wyszli z podziemi to już zmierzchało. Jak przeszli przez ten pas mokradeł jaki oddzielał pagórek od skraju lasu to już panował półmrok. Gałęzi na ognisko szukali już prawie po ciemku. Więc gdzie tu mowić aby jeszcze iść gdzieś w las byle dalej od podmokłego terenu. No to jeszcze przy tak ostrej nocy nic dziwnego, że ten nocleg pod chmurką dał im w kość. Chociaż przynajmniej jak wrócili to czekała ich pewna niespodzianka.
- No co? Jak milady poszła to chyba urok przestał działać i się zaczęła szarpać. Chciała zwiać. No ale dałam radę. - Burgund zareagowała obronnym tonem jeszcze zanim ktoś ją o coś zapytał. Ale Hannach siedząca na ziemi, z nadgarskami przywiązanymi do drzewa wywołała zdziwione, rozbawione i kpiące spojrzenia.
- Wypuśćcie mnie! Nic nikomu nie powiem! - Zajęczała przestraszona rybaczka. Wierzgnęła nogami ale nic jej to nie dało. Dziewczyna z ferajny związała ją solidnie. Rzeczywiście wyglądała teraz na trzeźwą i przestraszoną. Jakby wreszcie zdała sobie sprawę z powagi swojej sytuacji. Ale długo to nie trwało.
- Oh doprawdy Hannah? To już nie masz ochoty mi służyć? - Syrena wysunęła się do przodu i przemówiła swoim lepkim, powabnym głosem jaki pobudzał nawet gdy nic niezwykłego nie robiła ani nie mówiła. Od razu przykuła uwagę przywiązanej wieśniaczki. Ta zadarła głowę i wpatrywała się w nią jakby zastanawiała się czy ją zna. - Tylko nie krzyczcie i nie wykonujcie gwałtownych ruchów. - Milady odwróciła się przez ramię i rzuciła cicho do grupy. Ci pokiwali głowami ale z ciekawością obserwowali co będzie dalej. Ona zaś znów zwróciła się do rybaczki. Podeszła jeszcze o dwa kroki ku niej. - Nie poznajesz mnie Hannah? Swojej milady? Nie pamiętasz o czym rozmawiałyśmy? Jak wezmę cię do miasta na służbę i będziesz mi służyć? Mówiłaś mi, że bardzo tego pragniesz. I pragniesz mi służyć. - Dalej mówiła spokojnym, aksamitnym głosem. I trudno było zgadnąć czy pierwszy raz czy naprawdę o tym wcześniej rozmawiały.
- Milady! Oh tak! Tak, moja milady! Tak, pragnę ci służyć! Chcę być z tobą! Proszę weź mnie ze sobą! - Hannah nagle wykrzyknęła, jakby wiatr zdmuchnął mgłę niepamieci z jej umysłu. I w oczach było widać gorliwość do tej służby. Syrena zaśmiała się z lekkim poczuciem triumfu i zadowolenia.
- Rozwiąż ją. Teraz Hannah już jest z nami. - Poleciła łotrzycy o miedzianych włosach. Ta bez słowa podeszła do pnia i zaczęła rozwiązywać sznur. Po chwili młoda wieśniaczka już była wolna. Odruchowo rozcierała czerwone nadgarski ale też jeszcze na kolanach podeszła do stojącej szlachcianki o grubych, granatowych warkoczach i objęła ją.
- Tak bardzo tęskniłam. Tak się cieszę, że milady już wróciła. - Mamrotała jakby świata poza nią nie widziała. Ona zaś delikatnie głaskała ją po głowie jak jakaś kapłanka albo matka witająca córę marnotrawną.
- Pomożesz nam poszukać drewna na ognisko? - Lekko uniosła jej brodę aby z góry spojrzeć swojej nowej służce prosto w oczy. A rybaczka gorliwie pokiwała głową na znak zgody. I rzeczywiście już później nie sprawiała więcej kłopotów. Chodziła z resztą po drewno, chociaż niby miała szansę się urwać w ciemnościach lasu. Jednak wracała do obozu z kolejnymi kawałkami znalezionego drewna. Przy rozpalonym ognisku ugotowali spóźnioną kolację. A jak za towarzyszki miało się Sorię, Burgund, Astrid i zaślepioną urokiem milady Hannah to wieczór zrobił się nawet przyjemny. Ale dogasający ogień nie był w stanie odpędzić wilgotnego zimna ciągnącego od bagien. Więc rano mało komu wstawało się lekko. Chyba tylko wężowa milady wydawała się być świeża, wypoczęta i tryskająca pozytywna energią. Zupełnie jak poprzedniego poranka przy Zachodnich Kamieniach. Egonowi też się tak lekko nie wstawało ale jak już zaczął się ruszać to stopniowo ostatnia noc zaczęła opuszczać zesztywniałe ciało. Ale było coś jeszcze. Jak dotknął ucha gdzie wczoraj Raisa wbiła mu improwizowany kolczyk to wyczuł drobną opuchliznę. I zaschniętą krew jaka kruszyła się na pył pod dotykiem palców. Coś mu się śniło.Ten obraz już widział wcześniej. Jak w komorze sarkofagu wybuchł ten czarny dym i wszystkich zamroczyło na jakiś czas. Parę dni temu, gdy byli tu pierwszy raz. Coś jakby obły kamień ofiarny. I inne, stojące pionowo dookoła. W tym jeden pochylony, jakby zamierzał upaść ale jednak nie upadł. Podobnie to wyglądało przy Zachodnich Kamieniach. Tylko nie było tego stołu ofiarnego na środku. Ale sam widział jak ledwo poprzedniej nocy do tego skośnego kamienia przywiązano lady Odette i Fabienne aby mogły służyć im wszystkim i jeszcze zwierzoludziom jak już przybyli.
Teraz jednak na tym kamieniu ofiarnym leżała młoda, naga kobieta. Miała na ciele wymalowane glify. Krwią albo farbą. Rozpoznał tylko schematyczną Gwiazdę Chaosu między obojczykami. Po zewnętrznej stronie uda kobieta miała dziwną plamę, jak bezkształtne znamię. Coś takiego widział już we wcześniejszej wizji. Ale wtedy kobieta była w zaawansowanej ciąży, jakby miała rodzić. A ta była płaska. Zresztą nie pamiętał twarzy tamtej więc nie był pewny czy teraz to ta sama co wtedy czy jakaś inna. I pojawiło się coś nowego. Jakby czyjś chrapliwy oddech. Zobaczył blade, zaniedbane dłonie o za długich paznokciach tak jakby był ich właścicielem. Rękawy długie, i ozdobione jakimiś znakami. I jakby pojawił się nowy obraz.
Młoda kobieta, chyba ta sama co na ołtarzu. Sama w lesie. Na skraju lasu. W oddali widać było kawałek, zwykłej zaniedbanej chaty. Jakby stamtąd uciekała. Ale ścigający ją mężczyźni dogonili ją. Śmiali się gdy zdzierali z niej suknię i sukmanę. Widział jak kobieta w rozpaczy zaciska palce na ściółce. Jak gdy jest już sama zanosi swoją płaczliwą skargę do bogów. Jak bogowie milczą. A ona w desperacji obiecuje zemstę na swoich oprawcach. Chociaż została sama na świecie i nie ma szans ich pokonać orężem.
Następna scena. Ta sama kobieta. W biednej, brudnej sukmanie. Ale z zaciętym wyrazem twarzy. Stoi w chacie czarownika. Chce zemsty. Ale nie ma nic do zaoferowania. Żadnej zapłaty. Prócz siebie. Więc oferuje siebie.
Więc leży teraz nago, na kamieniu ofiarnym. Czarownik obiecał jej, że zna sposób. Sama wyda na świat swoją zemstę. Jej dzieci spadną na jej oprawców i pokonają ich. To zajmie trochę czasu zanim urosną i nabiorą sił. Ale bez obaw, to się stanie jeszcze przed nastaniem zimy. Więc czeka. W świetle ogniska i dymu kadzidełek, do śpiewu i mamrotania czarownika. wewnątrz tych prastarych, mistycznych kamieni. Czeka na ojca swojej zemsty. I w końcu się pojawia. Zapowiada go owadzie bzyczenie. To tu to tam. Czasem ucicha jakby przysiadł gdzieś i obserwował. A w końcu widzę jakiś cień. Coś co spaceruje po jednym z pionowych kamieni. Wreszcie wlatuje w obręb światła. Tłusta, włochata mucha wielkości średniego psa. Kobieta panikuje. Nie spodziewała się tego. Krzyczy i chce się zerwać z kamienia. Suche, dłonie czarownika są całkiem mocne. Zresztą podał jej wcześniej zioła uspokajające więc może to ona nie jest w pełni sił. Mówi do niej. Przypomina o zemście. O wstydzie, o straconym mężu, dzieciach, ciąży, rodzinie, domu. Wszystkim co miała. Jest sama. Nikt jej nie zna. Nie należy do żadnego plemienia. Nikt nie zadrze dla kobiety z lasu z sąsiednim plemieniem. Tylko ona sama może wywrzeć na nich zemstę. To przekonuje kobietę. Kładzie się z powrotem na kamieniu. Po chwili wahania rozchyla uda. I przyjmuje swojego kochanka.
Czarownik się cieszy. Okazała się być dobrą matką. Wydała wiele solidnych miotów. I osiągnęła swoją zemstę. Widział jak stado much wielkości latającego psa atakuje jakąś wioskę. Jak wlatują do domów, powalają mężczyzn i kobiety. Czasem któryś insekt oberwał od siekiery czy włóczni ale są w locie, szybkie, mniejsze od człowieka i nie tak łatwe do trafienia. Gdzieś na skraju lasu stoi ich matka. Uśmiecha się mściwie gdy słyszy płacz, ból i strach dobiegające z wioski. Ma ciężarny brzuch, wkrótce pewnie znów wyda na świat kolejny miot. Albo kolejnego mutanta czy zwierzoludzia. To już mniejsza z tym. Zawarła pakt z Siostrami w zamian za zemstę. Stąd ma to znamię widocznie na udzie przez szczelinę spódnicy. Ona i jej córki aż do sto dwudziestego trzeciego pokolenia.Coś takiego mu się śniło tej nocy. Te muchy ze snu, wyglądały podobne jak te które widział w klatkach co u Raisa w aptece pokazywała. Może te ze snu były trochę większe ale tego nie był pewien. Ogólnie to wyglądały podobnie. No i z tego co mówił Starszy to właśnie tak chcieli użyć tych much tylko teraz, na tych ważniakach z miasta. Tak jak przed mileniami ta pierwsza matka much z pomocą czarownika, użyła ich na wiosce swoich wrogów.
- Dobra. Nic tam nie wybuchło, nie idzie na nas armia trupów. Więc chyba możemy odchodzić z czystymi sumieniami. - Głos kolegi wyrwał Egona z zadumy. Lars patrzył w stronę kurhanu. Od wczoraj nic się tam nie zmieniło. Śniadanie już zjedli. To mogli się zbierać do drogi.
- A co ty taki zamyślony z rana? - Astrid posłała gladiatorowi nieco kpiący ale też zaciekawiony uśmieszek.
- Mam dość tych cholernych lasów bagien. Wracajmy do cywilizacji. - Silny sarknął i splunał na trawę. Energicznie pakował swój koc i derkę aby się szykować do drogi.
- Eh, ominie nas zabawa u Pirory po mszy. Nie ma szans abyśmy zdążyli. Ciekawe czy Łasica poszła wieczorem do lady Froyi. Miała iść. - Burgund też się pakowała i widać było, że dziewczynę z ferajny ciągnie do miasta tak samo jak jej łysego kolegę. W tym chociaż byli zgodni.---
|-Brzeg morza-|
Przeszli lasem z kilka pacierzy aż dało się wyczuć zwiekszoną wilgoć w powietrzu. Potem prześwity między drzewami oznaczające koniec lasu. A w końcu wyszli na piaszczystą plaze z widokiem na odległe, klify po zachodniej stronie zatoki. Byli trochę na południe od osady Hannah i kilka dzwonów marszu od miasta. Faktycznie szykowało się, że najprędzej będą tam na obiad. Tego jednak spodziewali się już wczoraj. Mniej więcej też pół dnia im wczoraj zeszło na dotarciu z miasta do kurhanu.
- Dobrze moi przyjaciele. Tu musimy się rozstać. - Syrenia milady, z gracją elfki, odwróciła się ku nim i na chwilę obrzuciła każdego swoim tajemniczym spojrzeniem. W połączeniu z jej aksamitnym głosem i lekkim uśmieszkiem brzmiało to obiecująco kusząco. - Ja sobie teraz zażyję nieco kąpieli w morzu. I poszukam kolegów dla naszego znajomego ze wzgórza. Więc dziś w mieście raczej się mnie nie spodziewajcie. Jutro już prędzej. - Stała na tle zielonkawych, morskich fal czarując uśmiechem i spojrzeniem.
- A to milady odchodzi? - Hannah chociaż pewnie rozpoznawała domowe okolice, w ogóle nie zdradzała zainteresowania powrotem do rodzinnej wioski. Za to jakby właśnie do niej dotarło, że nadchodzi chwila rozstania z ukochaną panią. Ta spojrzała do niej i wezwała ją gestem do siebie. Wieśniaczka bez wahania wykonała polecenie.
- Tak Hannah. Muszę załatwić pewne sprawy. Ale wrócę. Spotkamy się w mieście. I znów będziemy razem i będziesz mogła mi służyć. - Wyglądało to jakby kapłanka przemawiała do swojej wiernej wyznawczyni. Pogłaskała ją po policzku pieszczotliwym gestem jak obietnica tego co zazna po ponownym spotkaniu.
- No dobrze milady. Będę czekać. - Młoda rybaczka odparła pokornie ale z zauważalnym bólem i tęsknotą w głosie.
- Bardzo dobrze Hannah. Nie smuć się, przecież nie zostawiam cię samej tylko z przyjaciółmi. Zadbają o ciebie i dadzą opiekę, schronienie póki ja nie wrócę. Postaraj się nie sprawiać kłopotów dobrze? - Syrena mówiła łagodnym tonem jakby chciała przekonać nową służkę do współpracy z resztą grupy.
- Dobrze milady. - Hannah pokiwała głową i w nagrodę jej pani, dała jej dłoń do pocałowania. Służka z radością ją pocałowała. I cofnęła się z powrotem do grupy. Burgund objęła ją ramieniem i bez ceregieli zajrzała w jej niezbyt obfity dekolt.
- Nie bój się Hannnah, zajmiemy się tobą. Ja się tobą bardzo chętnie zajmę. - Obiecała jej choć to zabrzmiało mocno dwuznacznie. Jak mieli załatwioną tą sprawę to jeszcze milady popatrzyła czy mają coś jeszcze do omówienia zanim zniknie w morskich odmętach. -
Egon potrząsnął głową, próbując strzepnąć z siebie wizje i sny, o których zamierzał myśleć później. Gonsar został ustawiony na swym tronie, zaś Soria wkrótce miała iść na polowanie, aby napoić krwią nieumarłego czarownika. Teraz zaś… Cóż, pozostało wracać do Neues Emskrank - trzeba było oporządzić się i czym prędzej rozpocząć wyprawę łupieżczą.
– Zabawa nie zabawa, robota jest – odparł Burgund. – Ruszajmy czym prędzej!
I, zjadłszy suszone mięso i popiwszy wodą, przygotował się do podróży do miasta.
Festag; południe; ulice Neus Emskrank
Pogoda sprzyjała spacerom. Nad głowami mieli pogodny, słoneczny błękit. Gdy po rozstaniu z lady Sorią ruszyli plażą na południe, w kierunku miasta, widzieli je już z daleka. Najpierw jako poziomą kreskę na wybrzeżu, później poziome przecinki wież w murach obronnych. Wreszcie wystające ponad nimi wieże i dachy świątyn. No i coraz wyraźniej słychać było regularne bicie dzwonów. Pojedyncze co pół godziny albo coraz ich większą ilość przy pełnej. Przy dwunastym dzwonie byli już blisko murów miasta. Przy trzynastym widzieli już Zachodnią Bramę. I wkrótce bez przeszkód przechodzili obok znudzonych strażników. Przy tej bramie zazwyczaj ruch był niewielki bo trakt prowadził na południowe obrzeża słonych bagien zwanych Teufelsump. Właśnie na nich wedle Ungarda i Gnaka miało grasować plemię gorów posłuszne jakiemuś szamanowi. A dalej trakt wiódł na wybrzeże i niewielkie miasta i porty. Był więc o wiele mniej uczęszczany niż ten wiodący na południe, do stolicy prowincji. Teraz jednak znaleźli się już na ulicach Neus Emskrank.
- I dobrze. Bo te chmury tak się zbierają, że chyba zaraz padać będzie. - Burgund nie ukrywała satysfakcji, że sie wyrobili z powrotem. W międzyczasie bowiem niebo zasnuło się ciemnymi chmurami jakie zwiastowały deszcz. O ile w ostatnim momencie wiatr ich nie zwieje gdzieś dalej.
- Ja już za stara jestem na takie wycieczki. Nogi mnie bolą, będe musiała sobie okłady porobić jak wrócę. - Raisa gderała jak to stare kobiety potrafią. Głównie ze względu na nią, musieli poruszać się niezbyt szybko.
- Dobra to miło było. Ale my wracamy do siebie. - Silny widząc, że wrócili, skinął swoją łysą głową w bok. On z Rune, urzędowali w południowych dzielnicach miasta więc chcieli już odbijać w swoją stronę.
- Ja to będę szła do “Mewy”. Chociaż do Pirory mam po drodze. Może do niej zajdę. A wy gdzie idziecie? I co z Hannah? Kto ją bierze? - Łotrzyca odezwała się jakie ma plany. “Wesoła mewa” była ulubioną tawerną jej i Łasicy. Tam je było najpewniej szukać. Nic dziwnego, że chciała zaczepić się właśnie tam. Ale tawerna była przy samej rzece więc faktycznie mogła tam dojść przez Plac Targowy a Pirora mieszkała niedaleko niego. Jednak rudzielec wskazała na wieśniaczkę jaka wciąż szła razem z nimi.
- Ja to wracam do Pirory. I tak u niej mam wszystkie swoje rzeczy. - Astrid wzruszyła ramionami bo odkąd z resztą grupy z Norsci, przybyła do miasta to zatrzymali się właśnie u młodej Averlandki z kultu.Egon przystanął i oparł się o mur jednej z kamiennic. Zatem rzecz z Gonsarem została pchnięta do przodu. Grupa spełniła swe zadanie, toteż każdy mógł odejść w swoją stronę, poza… Cóż, poza Larsem oczywiście, z którym ostatnimi czasy łączyło go sporo sprawunków.
– Zanim się wszyscy rozejdziemy w swe strony, dobrze by było popasać i rozmówić się, co dalej – rzekł wojownik. – Może być w Wesołej Mewie albo i u Pirory, wszak wszystko to jedno. Rzecz trzeba omówić z łapaniem drabów na nasze interesa. To co, obgadamy w Wesołej Mewie? – zapytał.
Pozostali popatrzyli na niego i po sobie. Od razu widać było, że łotrzyca ładnie uśmiechnęła się do gladiatora za to, że wybrał jej ulubioną tawernę. Silny dokładnie odwrotnie. Uniósł brwi do góry jakby dawał znać, że wolałby jakąkolwiek inną knajpę niż tą gdzie grasowała jego główna konkurentka o fioletowych włosach.
- W “Mewie” mają bardzo ładne kelnerki, dobre wino, piwo a nie drogie i zawsze jest sporo chętnych ladacznic i dziewek do zabawy. - Burgund w lot wyczuła okazję i starała się wesprzeć propozycję kolegi.
- No chodź. Zjadłbym coś. Głodny jestem po takim cienkim śniadaniu. - Rune klepnął w ramię łysego oprycha aby przełamać jego bierny opór.
- Też zgłodniałem. A jak tam jest wino i chętne dziewki to brzmi w sam raz. - Lars skinął głową, że też podoba mu się taki wybór.
- Jak jest dużo dobrego wina i chętnych dziewek to i muzyka by się przydała. A ja jeszcze nie byłam w tej tawernie. - Astrid wydawała się chętna na takie poznawanie nowego dla siebie miasta.
- Dobra, niech będzie. - Widząc taką komitywę Silny ustąpił. Ruszyli więc przed siebie, w stronę centrum miasta. Przeszli parę ulic gdy usłyszeli, ostry, męski głos.
- Hej! Hej wy! - Zaczęli się rozglądać aż dostrzegli karocę pasująca do kogoś możnego. Z kozła machał na nich stangret aby zwrócić na siebie ich uwagę.
- To do nas? - Silny zmarszczył brwi w grymasie podejrzliwości. Widać było jak drzwi się otworzyły i pokazała się w nich jakaś czarnowłosa milady.
- A! To lady Fabienne! - Burgund rozpoznała ją mimo odległości. I szybko ruszyła w stronę karocy. Astrid wzruszyła ramionami i poszła za nią. Reszta jeszcze rozglądała się po sobie jakby niepewni czy też tam podejść czy lepiej zostać i poczekać.Egon uniósł brwi. Niewiele przestawał z Fabienne, ale jeśli z daleka już witała ich, znaczyło, że mogła mieć jakiś konkretny interes. Może taki, który można było spożytkować dla jego własnego interesu? Cóż, takiej okazji przepuścić nie mógł. Mógł chociaż zobaczyć, w czym rzecz.
Rzucił okiem na pozostałych i gestem dał znać, że idzie. Ruszył za Burgund.
- Idź, idź syneczku. Ona jest bardzo dobra dla dziedzictwa naszej kochanej Oster. Zobacz co ta dobra kobieta potrzebuje. Szkoda, że inne nie przyjęły tego daru z taką godnością jak ona. - Starucha ożywiła się jakby z pewnym opóźnieniem zorientowała się o kogo chodzi. A może już jej stare oczy nie dowidziały na taką odległość.
- Ja zostaję. Nie ma co tłoku robić. - Silny dał znać, że poczeka na miejscu. Rune skinął głową, że zostanie razem z nimi.– Popasajcie w Mewie albo u Pirory, wedle gustu – machnął ręką i wreszcie wkroczył do środka karocy. Drewno jęknęło pod naporem umięśnionego ciała wojownika, zaś on sam usadowił się na swym miejscu.
W końcu więc tylko Egon dołączył do dwóch koleżanek jakie podeszły do karety. Zastał je jak witały się z bladolicą Bretonką.
- O witaj Egonie. Dobrze wyglądasz. Widzę, że ten pogodny dzień ci służy. - Siedziała na kanapie powozu ale przez otwarte drzwi mogli rozmawiać. - Zresztą nie róbmy zbiegowiska. Wchodźcie do środka. - Dała znak gestem i zachęciła uśmiechem. Rzeczywiście ich trójka niezbyt pasowała na szlacheckie salony i mogło się wydać dziwne co mają za sprawy z kimś w takiej karocy. Burgund bez wahania wskoczyła do środka a po niej weszła blond córka jarla. Rudzielec usiadła obok szlachcianki a Norsmenka naprzeciwko niej ale i tak zostało jeszcze sporo miejsca dla gladiatora.
– Witaj, milady – Egon skłonił się, chcąc tym razem uczynić zadość tradycjom. – Wszakże nie tak dobrze, jak ty. Miło cię widzieć… Jakież interesa sprowadzają ciebie do nas? – Egon zapytał, preferując od razu przejść do konkretów.
- Właściwie to żadne. Zauważyłam was przez okno jak szliście ulicą. Właśnie wracam od Pirory. - Szlachcianka wyjaśniła swobodnym, wesołym tonem. Wskazała na okno przy jakim siedziała skąd pewnie przed chwilą ich dostrzegła.
- A to już zabawy u niej się skończyły? - Burgund zapytała o to co ją od rana interesowało. Czarnowłosa spojrzała na nią i skinęła głową.
- No o tej porze to już czas na obiad. - Starała się złagodzić to, że obie koleżanki minęła rozrywka jaką tak lubiły.
- Właśnie szliśmy do tawerny aby coś zjeść. Może milady by poszła z nami? - Łotrzyca przyznała jakie mieli zamiary.
- Oh bardzo chętnie. Dziękuję za zaproszenie. Ale chyba rozumiecie, że mężatce nie wypada chodzić bez męża po portowych tawernach. - Teraz bladolica westchnęła jakby ją miała ominąć ciekawa zabawa. Ale sięgnęła do pasa i wyjęła sakiewkę. - Ale może chociaż wypijcie coś za moje i wasze zdrowie. Naprawdę chętnie bym z wami poszła ale no nie wiem jakby to miało wygladać. - Mówiła otwierając sakiewkę.
- A ty Egonie, dalej szukasz tego statku i załogi? - Spojrzała przelotnie na siedzącego naprzeciwko gladiatora.
– Zaiste, prawda to – przyznał Egon, który poza Larsem nie miał w zasadzie nikogo, kto znałby się chociaż trochę na korsarstwie. – Choć plotki do mnie dotarły, że ponoć kawałek od miasta napaście były jakieś, które sprawiły, że korabie zostały splądrowane.– Splądrowane korabie nadal pływają, co nie? – rzekł Egon. – A nawet jeśli chociażby jedna z tych kryp, które tam pływają byłaby sprawna chociaż w połowie, to jakimś sumptem być może udałoby nam się ją podreperować i wypuścić się na głębsze wody… Na pożytek naszej grupy, rozumieć się ma. Mmm… Czyżbyś miała jakieś wieści o okrętach na zbyciu, milady?
- Ja się co nieco znam na żeglowaniu. - Oświadczyła bladolica szlachcianka. Czym wyraźnie zaskoczyła swoje koleżanki. Dama w eleganckiej sukni raczej kojarzyła się ze szlacheckimi salonami niż pokładem statku. - Pochodzę z Brionne. To miasto portowe przy granicy z Estalią. Chodziłam do szkoły morskiej. Podobnej jaką macie tutaj. Znam podstawy nawigacji i jak działa statek. - Wyjaśniła skromnie. Po czym wysypała z sakiewki garść monet i wręczyła je siedzącej obok niej Burgund.
- O to wystarczy na obiad i ze trzy kolejki. - Łotrzyca ucieszyła się gdy szybko przeliczyła sumę. - Jak tylko będzie okazja milady to w podziękowaniu bardzo chętnie zamknę cię w dybach i wysmagam batem. - Obiecała jej z uroczym uśmiechem. Bretonka roześmiała się wdzięcznie.
- Będę na to czekać z utęsknieniem moja droga! - Widocznie ją rozbawiła ta uwaga ale w końcu była znana ze swoich uległych upodobań. - A wracając do tych statków. - Wciąż w dobrym humorze spojrzała na gladiatora. - Tak, coś słyszałam o tych zaginionych statkach na rzece. To w górę rzeki, gdzieś w połowie drogi między nami a Saltemund. Podobno znajdują je puste ze śladami walki i krwi na pokładzie ale żadnych trupów. Jak znajdą te łodzie to je odholowują albo w górę rzeki do Saltenmund albo do nas. Więc jak chcecie jakąś przejąć to musielibyście mieć fart trafić na jakąś tuż po napadzie i móc ją obsadzić. Zapewne też musielibyście zmienić jej nazwę. To trefny towar bo po rzece łodzie i barki zwykle pływają po stałej trasie więc je znają. Dobrze by było ją od razu sprzedać i kupić coś legalnego albo wypłynąć w morze. - Okazało się, że Bretonka jest całkiem dobrze zorientowana w żeglarskich realiach regionu.
- Ale pamiętacie tą Adrienne z ratusza? Ta co Hubert i Oksana nam prezentowali w kuchni teatru po występie? - Milady popatrzyła na całą trójkę. A koleżanki pokiwały głowami, że tak. - Ona pracuje w archiwum, ma dostęp do różnych dokumentów. Ja słyszałam o statku jaki poszedł w zastaw za długi. Wiem, że taki jest ale nie znam szczegółów. Myślę, że ona mogłaby je znaleźć. Wtedy taki statek moglibyście kupić legalnie po dobrej cenie. - Podpowiedziała im jakie znalazła rozwiązanie dla poszukiwań łajby do morskich wypraw.Egon pamiętał Adrienne - tą samą Adrienne, która w uległy sposób oddawała się nie tak dawno temu mistrzowi ceremonii Huberta. Jeśli wtedy tak łatwo mogli ją brać, to Egon był pozytywnie zaskoczony - “Zdaje się, że przydatność dziewki nie kończy się na jej zadku” - pomyślał.
– Poszedł w zastaw za długi, ale jeśli pewnie wykupić statek tak czy inaczej będzie kosztował sporo żeliwa – zauważył gladiator, który dotychczas największy dług, który widział, to tab w spelunie w Salkalten. – Mmm… Dwa wyjścia widzę. Albo jakoś zdobyć dokument pod zastaw, jakoś dotrzeć do wierzyciela, albo… Mmm… Po prostu sprzedać zdobyczny statek i kupić ten zastawiony – rzekł Egon, który ważył pomysły, jak do rzeczy podejść. – Co rzekniesz?
- Rzeknę, że jest wiele zmiennych jakich w tej chwili nie znamy więc trudno coś wyrokwac. - Szlachcianka odparła z lekkim, przyjaznym uśmiechem. - Nie wiem po ile jest ten statek z zastawu. To zapewne Adrienne mogłaby sprawdzić w rejestrze. Jeśli macie kłopot udać się do niej do ratusza to mogę się tym zająć. Nie dzisiaj oczywiscie bo dziś ratusz zamknięty. - Bladolica zaoferowała swoją pomoc w kontakcie z pracownicą ratusza. - A z kolei jeśli by udało wam się zdobyć jakąś łódź na rzece to nie wiadomo jaką i w jakim będzie stanie. A więc za ile dałoby się ją tu sprzedać. - Rozłożyła dłonie w geście bezradności. - Ale ogólnie to myślę, że gra może być warta świeczki. Statek nawet sprzedawany po taniości to może być tani dla kogoś kto już ma swój statek albo kilka. A jak się zaczyna od zera to faktycznie taki tani może nie być. Wtedy może wam się przydać ta sumka za ten statek z rzeki. O ile go zdobędziecie. No i musicie mieć z pół tuzina, tuzin marynarzy do jego obsługi. Zależy jaki duży będzie. Jeszcze z tym zastawionym statkiem to zależy kto jest właścicielem. Jak ktoś stąd to być może go znam. - Lady Fabienne przedstawiła im jak ocenia sprawę nawet jeśli było w niej tyle niewiadomych.
– Brzmi dobrze, podoba mi się – brodaty wojownik pokiwał swoją kudłatą czupryną. – Jeśli tedy możesz nas wesprzeć, Lady Odette, niechaj tak będzie… Jeśli możesz, sprawdzisz on statek w ratuszu z Adrienne? Jeśli byśmy odpowiednio się zakręcili… Ha, wiele jest dróg, żeby rzecz pozyskać.Egon odwrócił na moment oblicze. Trzeba było zapamiętać i tą rzecz z Odette - wróci do tego, kiedy będą już z powrotem z wyprawy.
– Dzięki ci zatem, milady. Na mnie wszak droga czeka, mus mi do Wesołej Mewy, gdzie moi kompanioni na mnie czekają…
- No dobrze Egonie więc po Festag, postaram się odwiedzić naszą słodką Adrienne. - Bladolica szlachcianka skinęła głową i uśmiechnęła się do niego ciepło. - A jak macie plany na tawernę to już was nie zatrzymuję. Aż wam zazdroszczę. - Dała znak, że nie będzie ich dłużej trzymać i koleżanki skinęły głowami aby gladiator wstał i wyszedł pierwszy.
- A my jesteśmy umówione na dyby i pejcz. - Burgund żartobliwym tonem rzuciła do wciąż siedzącej szlachcianki.
- Oh koniecznie. Nie mogę się doczekać. - Bladolica odpowiedziała w podobnym stylu. Co rozbawiło całą trójkę bo się roześmiały.– Bywaj zatem, milady! – Egon skłonił się lekko.
Egon wyszedł zatem z wnętrza karocy i wciągnął powietrze w płuca, rad, że wydostał się z ciasnego i ciemnego pomieszczenia. Gladiator wolał zawsze rozległą przestrzeń, a przynajmniej ulice Neues Emskrank i nie w smak były mu dworskie zwyczaje, na których i tak niewiele się działo. Ale statek… Jeśli tylko szlachcianka z Brionne mogłaby dostarczyć ciekawych wieści, można było zorganizować coś… No. Ale to potem.
Egon miarowym krokiem ruszył do Wesołej Mewy. Sprawy czekały.
Festag; południe; tawerna “Wesoła mewa”
Egon i kurhanowa ekipa
Burgund raźno poprowadziła ich w stronę narożnika miasta wepchniętego między zielonkawe wody zatoki a błękitne rzeki Salt. Dotarli do tawerny a zgiełk ze środka zapowiadał, że nie nie straszy pustkami. Gdy weszli do środka okazało się to prawdą. Łotrzyca o miedzianych włosach czuła się jak u siebie i śmiało podeszła do szynkwasu witając się z biuściastą blondynką. Widać było, że się bardzo dobrze znają. I po krótkiej rozmowie partnerka Łasicy odwróciła się do swojej grupki i dała znać aby poszli za nią. Usiedli przy solidnym, prostym drewnianym stole jaki nosił ślady intensywnego użytkowania ale nadal trzymał się nieźle. To była ta sama tawerna w jakiej się spotkali w ostatni dzień przed napadem na świątynie Mananna. Wtedy jeszcze była z nimi Merga Złotooka i lady Soria. Po chwili podeszła do nich zgrabna kelnerka aby przyjąć zamówienie. A gdy poszła mieli wreszcie okazję aby sobie swobodnie pogadać. W tej barwnej mozaice gości dominowali marynarze, dokerzy, typy spod ciemnej gwiazdy i ladacznice. Nic dziwnego, że Burgund z Łasicą czuły się tu tak swobodnie.
Byli tu już i oto powrócili znowu, liczniejsi i silniejsi, zaś Merga została odratowana i była bezpieczna w Norsce. Choć sporo roboty zostało do zrobienia, Egon czuł jakiś rodzaj przyjemności, że pomimo zmienności losu, niektóre rzeczy były takie same: ława, micha pełna żarcia i piwo.
– Ejże, karczmareczko, dajże mi no tu kwartę piwa – sypnąwszy grosiwem, wojownik usadowił się na ławie z pozostałymi swymi kompanami.
Odczekał nieco, a czas zabijał, wpatrując się w plotkującą gawiedź, swój wzrok zawieszając tu i tam na poszczególnych gościach tego przybytku, dłużej zaś wpatrywał się na uwijające się, usługujące dziewki.
Kiedy piwo wreszcie przybyło, pociągnął solidnie i rzekł te słowa:
– Soria rzecz z czarownikiem oporządzi. Tedy nie musimy, przynajmniej na razie, zdobywać krwi dla żywego trupa. Ale będzie potrzebował jej więcej, może i więcej, żeby się przynajmniej utrzymać. Całkiem musimy go wybudzić, żeby przybrał cielesną formę, ani chybi, niejeden sekret zna…
– Dwie rzeczy mnie interesują teraz – ciągnął. – Ale po kolei. Pierwsza rzecz… Trza nam się zgadać z Gezacktem i wyruszyć czym prędzej na wyprawę. Rejza będzie miała dwa cele: najpierw wypuścimy się w stronę Salzenmund i zbadamy, czy przypadkiem jeden z korabiów tam na rzece nie był został… Mus nam to sprawdzić. I po drodze nałapać jakich łyczków, ale solidnie, bo widzicie… Otóż widzicie, za utarg za nich trzeba będzie opłacić Gezackta, część z nich pójdzie na żer dla czarownika, baby pójdą na Oster, a czwarta część dla Munira lub też broń dla Gnaka.
Egon zamilkł. Rzeczy komplikowały się, ale cóz podołać? Ów niewolniczy interes miał opłacić wiele spraw, które zaczęli.
Co prawda ta ładna i zgrabna blond koleżanka Burgund została za szykwasem ale inne kelnerki też były niczego sobie. Zwłaszcza gorsety ładnie podkreślały szczupłość sylwetki uwypuklając też biust. Dziewczyny uwijały się między stołami roznoszac jadło, napitek alb zgraniając puste kufle i naczynia. Były też dwie czy trzy ladacznice jeszcze nie zagospodarowane co wodziły wzrokiem i uśmiechem za potencjalnymi klientami. Egon też się złapał z parę razy na zachęcające spojrzenie i uśmiech. Ale zapewne musiałby do nich podejść aby się rozmówić. Na razie jednak było o czym gadać przy stole.
- No z tym Gezacktem to chyba powinno być prosto. Mówił, gdzie się zatrzymali to można tam uderzyć jakby było potrzeba. Pewnie lepiej prędzej niż później zanim sami złapią jakąś inną robotę ale pewnie będą chcieli zabawić jakiś czas w mieście. Wcześniej wyglądał na skorego na tą rejzę to jak mu się nie odmieni to powinno być dobrze. - Lars zaczął od swojego zdania na temat herszta bandy zbirów z jakim ostatnio współpracowali.
- A lady Soria na pewno sobie poradzi z łapaniem tych głupich wieśniakow. Widzieliście jak oczarowała tamtych z wioski? Zresztą Hannah też. - Burgund zdawała się podzielać wiarę gladiatora w możliwości wężowej syreny co do zdobycia brańców. Nawet jak miała się tym zajmować sama.
- No tak, przydaliby się ci brańcy. Bo tak jak Egon mówi, trochę się po nich kolejka zrobiła. A mamy już i tak ruszać za miasto to można by i wybadać co z tą rzeką i statkami. W ogóle daleko to jest od drogi ta rzeka? - Morski łupieżca pokiwał głową i popatrzył po tutejszych gdy pytał o lokalne warunki.
- Droga do Salzenmundu prowadzi mniej więcej w górę rzeki Salt. Ale niekoniecznie tak blisko aby z niej rzekę było widać. Czasem tak a czasem nie. Zależy na jakim odcinku. - Silny odpowiedział mu po chwili zastanowienia.
- Tylko trochę nie wiadomo na jakim odcinku są te napady. Jak część łodzi co znajdą sprowadzają do nas a część do stolicy to pewnie gdzieś pośrodku. Albo napadają na nie na różnych odcinkach, raz bliżej nas, raz bliżej Salzenmunda. Drogą do stolicy to jakieś trzy, cztery dni marszu albo wozem. Konno to z połowę tego. - Burgund dopowiedziała swoje przypuszczenia i szacunki.
- W lecie, w ładną pogodę. Albo zimą jak ma się sanie. Jak jest słota to dłużej zajmuje. A najłatwiej to rzeką dopłynąć do stolicy. Bo he he he mniejsza szansa, że cię ktoś napadnie, jakieś orki, zwierzoludzie albo banici. - Łysy mięśniak dorzucił coś od siebie a myśl o napadach nawet go rozbawiła. W końcu sam się tym często zajmował osobiście chociaż raczej tu w mieście.
- No to dla nas nawet lepiej jak to nie jest tuż za rogiem miasta. Powinno być łatwiej zwiać po napadzie a im trudniej kogoś powiadomić. Ale najłatwiej by było popłynąć tam łajbą. - Lars uznał te wskazówki za dobrą monetę i popatrzył na Egona i resztę co oni na to.
– A co jeśli – zapytał Egon – zatrudnimy się jako najmusy do ochrony łodzi? Kupcy będą płacić dobry grosz za obstawę i jeśli będziemy mieć trochę szczęścia, to zaatakują nas… Zarżniemy tych, co napadają, możnemu wbijemy nóż w plecy, a sami wypłyniemy statkiem na Morze Szponów. Zarobimy nieco grosiwa, zyskamy statek i kto wie, może uda nam się jakoś paktować z tymi drabami, jeśli paru zostawimy żywych…? To byłoby całkiem niezłe.Ciągnął jeszcze:
– Moglibyśmy zbójeckie rejzy zmieszać z tymi z polowaniem na korabie. Jeden rejs byśmy zarobili i czekali na dogodną okazję, a po tym, kiedy byśmy żeliwo wzięli, to byśmy wypuszczali się nałapać łyczków. I tak aż do czasu, kiedy naprawdę draby zaatakują statek. Wtedy odparlibyśmy atak, wzięli paru w jasyr, w międzyczasie, kiedy tamci niemalże odparci by byli, byśmy dobili obrońców statku i samój się wypuścili…
Tu przystanął i zastanowił się:
– Jedyna wada tego fortelu jest taka, że musielibyśmy zostawić żeglarzy, czyli świadków, przy życiu. Albo zostawić tamtym, żeby ich dobili. Albo mieć swoich gdzieś w zanadrzu. Ja się na pływaniu nie znam ni diabeł – Egon skrzywił się, nagle dostrzegając w swym planie wady. – A mogłoby być tak, że wcale tak łatwo i szybko nie zaatakują… Moglibyśmy całe miesiące zmitrężyć. Więc jak by ataku nie było, to byśmy musieli sprawy wziąć w swoje ręce.
Brwi uniosły się do góry a niektóre głowy pokiwały z uznaniem po tych słowach brodacza. Zebrani przy stole popatrzyli po sobie nawzajem. - No tak, jakby się zabrać na taką łajbę co płynie w górę rzeki to by nam szukanie własnej odpadło. - Lars wydawał się dostrzegać zalety takiego rozwiązania. - A tu da się zamustrować na taką łajbę? - Norsmen swoje spojrzenie skierował na Burgund i Silnego. Z ich grupy to oni byli tubylcami więc powinni mieć najlepsze rozeznanie w lokalnych warunkach. Łotrzyca i zbir popatrzyli na siebie przez chwilę.
- Tak, pewnie tak. Wystarczy popytać. Prędzej czy później, powinien znaleźć się ktoś kto będzie chętny wziąć najemników jako eskortę. Zwłaszcza jak te napady takie częste. - Burgund pokiwała głową na znak, że wróży sukces takiej inicjatywie. Tym większy im większą skalę by miała.
- Ale Salt to nie jest wielka rzeka. Więc barki czy krypy co po niej pływają, niekoniecznie nadaja się na pełne morze. - Silny dopowiedział inny detal. Norsmen machnął na to swoją sękatą ręką.
- To się będziemy martwić jak ją będziemy już mieć. Najwyżej ją się sprzeda i będzie jakaś sumka na większą łajbę. A jak mniejsza to nawet lepiej. Mniejsza załoga potrzebna do jej obsługi. Pewnie pół tuzina osób, może tuzin wystarczy aby ją obsłużyć. U nas to ja mogę to robić, Bjorn i Astrid. Zog ty chyba też? Od biedy jakby do wioseł trzeba to każdy kto ma trochę krzepy w ramionach się nada. Ster czy żagle to już trochę inna robota ale to nasza trójka by dała radę. - Morski łupieżca wydawał się być dobrej myśli i przynajmniej Norsmenów był gotów zaliczyć do doświadczonych żeglarzy. Ci kiwali głowami i wyglądało jakby mogli wystarczyć chociaż na szkieletową załogę jednostki. Czy aby napewno to jednak zależało jak duża łajba by się trafiła.
- No jak na jakąś bitkę to ja bym się pisał. Nudno trochę ostatnio. Odkąd na początku tygodnia z Otto i Anniką spraliśmy po gębach takich jednych łapserdaków co myśleli, że są cwani i twardzi to niewiele się dzieje. W sumie może ją zabrać? Otto chyba w nią wierzy, że ma jakieś wizje od naszej patronki czy co tam. Dla mnie to ona nieco za chuda jest. Jak taki chudziak może mieć siłę w łapach aby solidnie grzmotnąć? No ale Otto w nią chyba wierzy. No to może i ją można by zabrać. Tylko z tą Bretonką trzeba by gadać bo to jej milady. - Silny nawet był skłonny dołączyć do takiej wycieczki. Wydawał się być spragniony mocniejszych wrażeń. Choć raczej jako wojownik niż marynarz. Po chwili zastanowienia Rune też pokiwał głową, że widzi sprawę podobnie.
- I jak już będziemy mieć tą łajbę to sobie popłyniemy nią gdzie chcemy. To i jak trafi się okazja to się nałapie po wioskach czy traktach kogo się da. - Lars ucieszył się, że imperialni koledzy znów byli chętni wesprzeć ich inicjatywę.
- No tak. Wszystko ładnie. Ale jak chcecie płynąć w górę rzeki i to może i na nas napadną. Jak tak skutecznie wyrzynali te załogi do tej pory to chyba letko z nimi nie będzie. Co innego zająć pustą łajbę a co innego bić się z jakimiś piratami czy kto to tam napada te łodzie. - Burgund zgłosiła pewne zastrzeżenie co do takiego planu.
- No i na wszelki wypadek przydałoby się jeszcze ze dwóch, trzech, czterech co zna się na żeglowaniu. Gdyby nam się coś stało. - Astrid dodała swoją uwagę.Egon pokiwał głową. Wydawało się, że plan byłby do zrobienia. Jakoś.
– Ja, Lars, Bjorn, Astrid, Zog… Hmm… – Egon liczył na palcach członków wyprawy. – Silny, Rune, Annika. Ośmiu do obsadzenia. Moglibyśmy dodać Raisę, aby użyczyła nam swej magii, ale przy korabiu nie pomoże, a może i w ogóle zły pomysł. Lepiej, żeby została u Sigismundusa i może uwarzyła nam jaki humor albo fluid, który byśmy mogli wykorzystać… Zatem… Ośmiu. Mógłbym dać znać i Starszemu, może wynajdzie jeszcze kogoś…? Sam nie wiem kogo by mógł nam dać – Egon myślał. – Gezackta?
Egon zastanowił się.
– Gezackt miał zostać włączony w wyprawę łupieżczą. Jego luda raczej przy żegludze nie pomogą, ale on i paru ludzi mogliby się włączyć w rzecz – skonstatował wojownik. – Co rzekniecie, kompanioni? Jeśli będzie to nasza pierwsza wyprawa łupieżcza, to Gezackt zagwarantuje, że wszystko pójdzie dobrze, a z czasem wspomoże nam w łapaniu i dostanie swoją dolę.
Egon zmilkł nagle, bowiem zorientował się, że ten żywy towar miał pokryć wiele wydatków: niewolników dla Gnaka (tudzież przehandlowanie ich na broń i pancerze dla zwierzoludzi), branki na zasiew Oster, pokarm dla czarownika, opłacanie Gezackta i wreszcie, na sam koniec, handlowanie z Munirem. Szczęściem, Munir zawijał do Neues Emskrank znacznie później, toteż do tego czasu rzecz może nabierze rozpędu.
Sprawy trupiego czarownika i opanowania głazu, gdzie grasowały bestigory, zostawił na później. Chciał czym prędzej napoić głaz krwią dla Boga Czaszek, ale nie mógł za rzecz zabrać się teraz.
– Co rzekniecie? – zapytał. – Tedy bym zaszedł do Anniki i Gezackta.
- Raisy nie trza brać. Stara już jest, ledwo o własnych nogach z tego kurhanu wróciła. - Astrid pokręciła głową na znak, że niezbyt podoba jej się pomysł zabierania na taką ryzykowną wyprawę starej wiedźmy.
- Oj ja jeszcze na grobie niejednego młodego światło będę palić. - Stara odcięła się jej od razu ale po chwili zwróciła się już spokojniej do pozostałych. - Ale to prawda. Ja muszę w tej aptece wszystkiego przypilnować syneczki. Beze mnie tylko Dorna została. Dobra dziewczyna ale za słaby ma pomyślunek aby wszystkim się zająć jakby mnie dłużej tam nie było. Jak wam trzeba jakiś mikstur syneczki to powiedzcie to wam narobię. Ale ja to raczej tutaj zostanę. - Raisa choć z innych powodów niż myślała córka jarla, ale wolała pozostać na miejscu. Uśmiechała się łagodnie do Larsa i Egona jakby byli jej ulubionymi wnuczkami.
- No tak, widzę, że z pół tuzina nas się uzbiera. Nawet więcej. Z czego z połowa zna się na łajbach. No to jakąś niedużą moglibyśmy dać radę pożeglować. Reszta to najwyzej do wioseł by była przydatna. - Lars pokiwał głową jakby tak wstępnie udało im się zebrać obiecujący skład wśród zaufanych ochotników. - U Gezackta żeglarzy raczej nie ma. Ale to banda bez sumienia. Jak nie wiemy kto lub co napada na te łajby to lepiej by było ich mieć przy sobie niż nie mieć. Może to nie tacy przedni wojownicy jak my, ale są. W grobowcu się przydali a to z martwiakami się ścieraliśmy. No i już wcześniej zgodził się w jarzma brać kogo popadnie to byśmy mieli go do tego pod ręką. - Podsumował to tak, jakby uważał takie połączenie za dobry pomysł.
- No to fajnie. Ale jak ich jest z tuzin, nas tutaj też trochę to wychodzi prawie dwudziestu chłopa lekką ręką. - Burgund zauważyła a Lars po krótkim przeliczeniu w pamięci, potwierdził to ruchem głowy. - No to nie lada łajba musiałaby być aby brać ze dwie dziesiątki na eskortę. Nie wiem czy taką znajdziecie. Zwykle eskorta to paru ludzi, może pół tuzina czy dziesiątka albo tuzin jak większa. A wy chcecie zamustrować prawie dwa, trzy razy tyle. - Zauważyła, że mogą być problemy z zatrudnieniem tak dużej grupy. - Może się udałoby złapać jakiś kontrakt łączony na dwie łajby co będą razem płynąć dla bezpieczeństwa. Albo wziąć tylko część. Albo zamustrować się jako pasażerowie do Salzenmundu. - Łotrzyca podpowiedziała im parę sugestii jakie mogłyby im pomóc.
– Gezackt nie musi iść w pełnym składzie – zgodził się Egon. – Jeśli pójdzie on i ze dwóch jego ludzi to mielibyśmy akurat luda do tego interesu. Myślę, że trudno by było przejąć dwie łodzie na raz… Byłoby zbyt niebezpieczne, nie wiadomo by było, co mogłoby się zdarzyć – rzekł wojownik, który spodziewał się, że abordaż nawet jednej łajby będzie prezentował ze sobą spore ryzyko.Egon pokiwał głową.
– Dobra, to postanowione. Kto chce iść ze mną do Anniki i Gezackta? Lars, chcesz? – zapytał korsarza, z którym dotychczas załatwiał wszystkie sprawy. – Ustawimy rzecz czym prędzej, abyśmy mogli wyruszyć jak najszybciej… Pogadamy z Anniką i Gezacktem, a później odwiedzimy targ albo port. Zawsze tam będą kręcić się ludzie, co chcą przewieźć towary. Tam ustawimy, że chcemy ich eskortować - nie za drogo, ale też i nie za darmo, żeby niczego nie podejrzewali. Kompani, kręćcie się tutaj albo w Trzech Gwoździach, żebym was odnalazł.
- No tak, dwie łajby, płynące tego samego dnia, w tym samym kierunku i szukajace ochroniarzy albo marynarzy na tą podróż to by pewnie trudniej było niż na jedną. - Silny pokiwał swoją łysą głową na znak, że zgadza się z podsumowaniem kolegi.
- No to Gezackt nam zostawił tą knajpę gdzie miał buszować ze swoimi ludźmi. To najwyżej tam zajdziemy. A tą Annikę to gdzie znajdziemy? Która to jest? - Lars też raczej się skupiał na praktycznym sfinalizowaniu tego o czym rozmawiali podczas tego obiadu.
- Była z nami w lesie na pikniku. Taka ładna i czarna. Ale raczej została przy wozie, nie widziałam aby się włączyła do zabawy. Siedziała tam z Otto i Pirorą. - Burgund starała się przypomnieć Norsmenowi o kogo chodzi. Ten powoli uniósł i opuścił głowę jakby coś kojarzył z orgii przy Zachodnich Kamieniach ale chyba niekoniecznie tą kobietę jaka była w jej trakcie na uboczu.
- No ale to może nie być tak łatwo ją spotkać teraz. - Łotrzyca przykuła uwagę morskiego łupieżcy.
- Dlaczego? - Pytał lekkim zaciekawieniem.
- Ona jest służką lady Fabienne. Tą co spotkaliśmy w powozie jak tu szliśmy. - Rudowłosa chętnie zaczęła wyjaśniać i widać było, że czarnowłosą szlachciankę z charakterystycznym, bretońskim akcentem wszyscy kojarzą bez problemu. - No to ona by się musiała zgodzić aby nam wypożyczyć Annikę na kilka dni. Chyba powinna się zgodzić, zwykle Fabi idzie nam na rękę. No ale jednak to tak jak jesteśmy w rodzinnym gronie. A oficjalnie to ona jest szlachcianka i mężatka więc nie wypada jej przyjmować jakichś morskich łobuzów. - Dziewczyna z ferajny spojrzała wymownie na Egona i Larsa. Wyglądali raczej na wojowników od topora niż na bywalców szlacheckich salonów.
- No to jak się mamy z nią skontaktować? - Lars skinął głową choć nie tryskał radością na tą komplikację.
- Mogę pójść z wami. Marissa i Fabi mnie znają. No i mogę powiedzieć, że mam wiadomość od Pirory czy coś. I jak się spotkam z milady to powiem jej o co chodzi i albo się jakoś z wami spotka albo da mi odpowiedź. - Burgund popatrzyła pytająco na kolegów czy im pasuje takie rozwiązanie. Przy swojej dość zwyczajnej sukni, pasowała wyglądem to pokojówki czy innej służki, jaką jedna szlachcianka mogła wysłać z wiadomością do drugiej.Egon założył ręce, pokiwał głową wreszcie. Jasna sprawa była, że Annika byłaby mile widziana jako ta, do której szeptał jego własny patron, jednak jeśli miałoby się okazać, że opętana dziewka nie pójdzie, zamierzał dobrać ludzi z bandy Gezackta.
– Dobra, chodźmy – zgodził się Egon.
Rzeczy były, mniej więcej, zaplanowane. Egon jednak, próbując na podobieństwo swego mrocznego boga przewidywać ruchy i planować, niby na wojnie, począł myśleć także i o innych aspektach: kiedy bowiem drużyna bojowa zostanie skompletowana i w istocie uda im się zostać łże-najemnikami do ochrony korabiu, było coś jeszcze… Mianowicie, gdzież ten przeklęty okręt będa przechowywać i w jaki sposób na dłuższą metę będą maskować siebie i statek w taki sposób, żeby rozpoznanie go na wodach Morza Szponów nie było takie łatwe?
Niemniej, poniechał rozmyślania. Zamierzał pozwolić Burgund rzecz oporządzić z Anniką.
Festag; popoludnie; rezydencja von Mannliebów
Egon, Lars i Burgund
Łotrzyca o miedzianych włosach okazała się dobrą przewodniczką. Zapewne znała miasto najlepiej z ich trójki. Poszli przy nabrzeżu, do północnej dzielnicy gdzie zwykle mieszkali ci możni i znaczący. Martwiła się jak wytłumaczyć swoją brudną suknię. Nie wzięła drugiej na zmianę a jeszcze nie zdążyła się przebrać po powrocie do miasta. O ile w “Mewie” jeszcze na to za bardzo nikt nie zwracał uwagi to w rezycencji szlacheckiej już mogło bardziej się rzucac w oczy. Jej dwaj towarzysze byli podobnie uwaleni błotem od parokrotnych przemarszów przez mokradło jakie oddzielało las od kurhanu oraz brodzenia w trupiej wodzie wewnątrz grobowca. Ale podobnie na ten moment niewiele mogli z tym zrobić. W końcu Burgund uznała, że pójdzie i spróbuje poprosić milady o spotkanie licząc, że ta ją rozpozna i mimo wyglądu przyjmie. Z tym postanowieniem pożegnała się z dwoma towarzyszami. I widzieli jak śmiało podchodzi do solidnej bramy. Tam chwilę rozmawiala ale strażnik ją wpuścił do środka. Potem jeszcze ją widać było jak wchodzi po schodach rezydencji i znika w głównym wejściu.
- No to jak ją ta Bretonka pozna to chyba wpuści. Ciekawe czy nas wpuści. W lesie wydawała się całkiem he he gościnna. - Lars pogłaskał się po brodzie. Ale zostało im czekanie. W tej drogiej dzielnicy parę przechodniów czy stangretów posłało im podejrzliwe spojrzenia jakby dziwił ich widok dwóch zbrojnych. Nie na tyle aby jednak zatrzymac się i wypytywać o coś. Czekali tak z pacierz, może półtorej nim zobaczyli jak łotrzyca schodzi po schodach a potem wychodzi przez bramę. Szła ku nim tak samo pewnie jak przedtem gdy ich tu zostawiała. Szybko podeszła do czekających kolegów.
- Dobra, powiedziałem milady o co chodzi. Trochę się wzdraga aby wypuścić Annikę. Ona ma te sny co parę dni po jakich wpada w amok i pędzi przed siebie no i milady się tym martwi. Ale w końcu zgodziła się z wami spotkać. Tylko musimy wejść od tyłu. Jakby co to Pirora was przysłała aby zabrać jeden kufer do siebie. Potem Fabi zrobi scenę, że się rozmyśli i was odeśle. Ale musimy udawać bo poza Anniką i Marissą to reszta służby jest na usługach jej męża. Więc się nie możemy z nią tutaj za bardzo spoufalać. - Łotrzyca wyjaśniła im zasady tego wynegocjowanego spotkania. I widać było, że i jej, i gospodyni, bardzo zależy na pozorach.– Bah, cholerne zwyczaje szlacheckie – Egon fuknął sam do siebie. – Ale Annika dobrze by było, żeby poszła z nami… Rozmówiłbym się z nią o tych jej snach, jeno na moment trzeba będzie czatować, a kto wie, może i wiązać ją na czas, kiedy zapadnie do snu.
– Mmm… Pirora nas przysłała, żeby wziąć kufer do siebie… I scenę zrobi. No dobra, niech będzie i tak. Jak to zrobi robotę, to może być.
I dał gestem znak, że mogą iść dalej.
- Cóż to byłaby za rezydencja szlachecka jakby każdy z ulicy mógł ot tak sobie wejść. - Burgund rozbawiła uwaga brodacza ale wydawała się być zadowolona, że zgodził się zachować pozory. Kontrolnie spojrzała jeszcze na Norsmena a ten skinął głową, że nie ma sprawy. Więc poprowadziła ich wzdłuż solidnego ogrodzenia i starannie przystrzyżonego żywopłotu jakie zapewniały domownikom ochronę i prywatność.
Egon, Lars, Burgund i Fabienne
Łotrzyca okrążyła kwartał aby dostać się na alejkę jaka prowadziła na tyły kamienic i rezydencji szlachetnie urodzonych. Bez wahania podprowadziła swoich kolegów do jednej z furt. Tam zadzwoniła i czekali tam chwilę. Przyszedł jakiś służący w liberii i przyjrzał im się zza prętów furty badawczo.
- My od milady van Dyke. Po kufer. Jesteśmy umówieni. - Burgund wyjaśniła bez zwłoki, łagodnym, uprzejmym tonem. Odźwierny skinął głową ale dwóm jej towarzyszom poświęcił dłuższe spojrzenie niż jej. I wyglądał jakby najchętniej pozostawił ich za furtą. Jednak wyjął klucz i otworzył ją.
- Proszę za mną. - Odezwał się z oschłą godnością. Łotrzyca machnęła do kolegów i posłała im uśmiech, że dobrze idzie po czym ruszyła za przewodnikiem. Jej koledzy także. Przeszli przez niewielki podjazd i tyły ogrodu. Nawet ta robocza część rezydencji von Mannliebów była bez porównania bardziej zadbana niż zabagnione podwórze apteki Sigsmundusa. Służący poprowadził ich do korytarza między kuchnią a jakimiś innymi pomieszczeniami i poprosił tak samo oschle jak przy bramie, aby poczekali chwilę. Po czym ruszył w głąb korytarza i szybko zniknął im z oczu. Nie byli jednak sami, bo dał sie słyszeć ruch i głosy, głównie kobiece. Widać praca tu trwała. W pewnym momencie ujrzeli gibką, kobiecą postać jaka przyszła korytarzem.
- Witajcie, nasza milady cieszy się, że lady Pirora tak szybko was przysłała po te kufer. Proszę za ną. - To była kasztanowłosa Marissa. Podobnie jak Annika, wcześniej była pacjentką hospicjum. Ale podobnie jak jej milady, poświęciła się oddawaniu czci Soren. Razem z nią w pełni się udzielała podczas zabaw na nocnym pikniku przy Zachodnich Kamieniach. Teraz jednak też zachowywała pozory aby nie zdradzić domownikom, że cokolwiek ją łączy z gośćmi. Zgrabnie odwróciła się i ruszyła przodem aby ich zaprowadzić do głównej gospodyni rezydencji. I Lars i Burgund całkiem chętnie wpatrywali się w jej gibkie wdzięki, widoczne zwłaszcza jak wchodziła po schodach na piętro. Przeszli przez korytarz i pokojówka otworzyła kolejne drzwi ale tym razem stanęła zaraz za nimi, aby wpuścic trójkę gości do środka. Wtedy zamknęła za nimi drzwi i została w środku. Oni zaś ujrzeli czekającą na nich lady Fabienne.
- Witajcie. Cieszę się, że moja droga przyjaciółka Pirora, tak szybko kogoś przysłała po ten ufer. - Bretonka mówiła z wyczuwalnym akcentem swojej ojczyzny jaki często był uważany za atrakcyjny, romantyczny i poetycki. Więc podobno na salonach niektórzy próbowali go naśladować nawet jeśli wcale nie mieli nic wspólnego z tą ojczyzną win i winorośli. Ale o dziwo, wskazała im swoim zadbanym paznokciem, na solidnie wyglądający kufer stojący na podłodze pod ścianą. - Ale teraz jak tak myślę, to zaczynam sie wahać. Może postępuje zbyt pochopnie? I powinnam to jeszcze przemyśleć? - mówiła jakby naprawdę ją naszły jakieś wątpliwości. Chociaż jej goście nie mieli pojęcia co jest w kufrze. - Oh może porozmawiamy o tym przy winie. Usiądźcie proszę. - Wskazała im na mały ale ozdobny stolik i cztery krzesła. Sama też usiadła a Marissa zaczęła rozlewać wino z butelk do smukłych, szklanych kieliszków.
- Wybaczcie ale to konieczne. Tutaj ściany mają uszy. Naprawdę cieszę się, że was widzę. Dwa razy tego samego dnia? Szkoda, że was u Pirory nie było Mielibyśmy okazję się lepiej poznać. - Szlachcianka widocznie uznała, że już wystarczy tego odgrywania bo uśmiechnęła się do gości ciepło ale mówiła dość cicho. - Więc podobno sprowadza was moja Annika? To prawda? - zapytała patrząc po kolei na każdego z trójki gości.
– Witaj raz jeszcze, milady – Egon skłonił się, chcąc dopełnić rytuału, który zdawał się być ważny dla szlachcianki. – Iście, prawda to. Jako żeśmy rzekli już, szukamy korabiu, żeby posłużył naszej sprawie… I tedy żeśmy uradzili, że może wypuścimy się samój po korab na rzece – Egon rzekł, nie do końca pewien, czy w istocie potrzeba było wtajemniczać milady w intymne szczegóły planu, tym bardziej, że ponoć ściany miały uszy w tym dworze. – Ale obstawy potrzeba, mężnych i walecznych. A że i Annika mogłaby się nam później przydać po wypełnieniu tej misji, tedy żeśmy po nią przyszli.Była to prawda. Choć Egon dowiedział się o istnieniu głazu wśród bestigorów, wojownik nie mógł nie przestać zadawać sobie pytania - czy Annika, którą raz opęta duch Pana Krwi, rzeczywiście pobiegnie w tamtą stronę? Lub też, inaczej, pobiegnie w jeszcze jakieś inne miejsce i być może tam będą mieli już jakieś wskazówki? Egon musiał koniecznie wypytać Annikę co do snów na osobności, ale to w swoim czasie.
– Annika przyda nam się na wyprawie – dodał jeszcze, wyczekując reakcji szlachcianki.
- Ah, te znikające na rzece korabie… No tak, Fanriel coś mówiła jak byliśmy w teatrze. Ktoś napada na załogi zdaje się. - Zadbane brwi szlachcianki powędrowały do góry i nieco zmrużyła oczy. Wyglądało na to, że też doszły ją jakieś plotki na ten temat ale bez większych detali. Opuściła głowę i przez chwilę jej smukłe palce bawiły się kielichem wina jakby pomagało jej to zebrać myśli. - Ale moja Annika wam potrzebna? Jak raz Otto ją zabrał to wróciła ledwo żywa. Tak ją pobili. A wy jak chcecie płynąć korabiem to pewnie chcecie wypłynąć za miasto. I to pewnie na więcej niż jeden dzień. - Podniosła głowę patrząc na Egona jakby potrzebowała więcej szczegółów aby podjąć decyzję.
– Prawda to – rzekł Egon, który nie widział powodu, żeby łgać. – Zbieramy drużynę, co działać w sprawie będzie… I walka być może. Ale jeśli chcesz, będę sam ją osłaniał, żeby nie zebrała po głowie.I dodał:
– Po prawdzie to i interesują mnie sny Anniki – tu pogładził brodę, nagle kalkulujący, kiedy sprawy zeszły na ten temat. – Bowiem żeśmy odkryli, że niedaleko jest głaz ku czci Norry… Wiedzieć musiałbym, czy jest tak, że ona do niego biegnie. A jeśli i tak, to jakieś sny ma… No. Jeśli na wyprawę nie chcesz mi jej dać, to daj mi chociaż z nią pogadać na ten temat.
- Walka będzie? Oh… Ale przecież ona jest taka delikatna. - Szlachcianka aż przykryła usta swoją szczupłą dłonią i wyglądała na tak przejętą jak kwoka gdacząca nad bezpieczeństwem swoich kurcząt. Wydawała się być zaniepokojona wizją, że udział w takiej eskapadzie mógłby narazić czarnowłosą pokojówkę.
- Z całym szacunkiem milady. Ale jeśli ona jest wybrańcem Norry czy kimś takim to jej przeznaczeniem jest walka. I jeśli przemawia przez nią wola jednej z Sióstr to kim my jesteśmy aby się jej sprzeciwiać? - Tym razem Lars postanowił się wtrącić i wesprzeć kamrata w tej prośbie. Gospodyni spojrzała teraz na niego i przygryzła wargę jakby biła się z myślami.
- No tak, Annika ma te dziwne sny. Potem się zrywa i pędzi na oślep w jakimś amoku. Mówi, że śni jej się jakiś wielki, dziwny głaz w lesie. I, że ten głaz ją wzywa. - Bretonka pokiwała głową na znak, że też ma jakąś orientację co do nietypowych snów swojej służącej. I niepokojącego efektu jaki w niej wywołują. Biła się przez chwilę z myślami po czym podniosła głowę i spojrzała na drugą z byłych pacjentek hospicjum.
- Marisso idź proszę zbacz jak się czuje Annika. I jeśli się czuje na siłach to poproś ją tutaj. - Wydawała polecenie pokojówce a ta pokiwała głową i wyszła z salonu.
- No nie chcę stawać na drodze ani naszym bogom ani ich pomazańcom. Ale ona tyle przeszła i jest taka delikatna. - Wciaż wydawała się być zmartwiona niebezpieczeństwem jakie mogło sprowadzić na czarnowłosą taka wyprawa. Czekali tak parę chwil, rozmawiając o drobiazgach i popijając całkiem dobre wino jakiego nie serwowano w zwykłej tawernie. Gdy drzwi otworzyły się i do środka weszły obie służki milady.
- Anniko, nie wiem czy się znacie. Ale to jest Egon i Lars. Bo z Burgund to się znasz przecież. - Czarnowłosa szlachcianka przedstawiła ich sobie. Co prawda spotkali sie już podczas nocy przy Zachodnich Kamieniach ale wówczas raczej się mijali. Pokojówka bez wahania popatrzyła na obu mężczyzn. Łotrzycy lekko skinęła głową w pozdrowieniu jakby faktycznie już się choć trochę znały. Teraz widząc Annikę z bliska i w świetle dnia, można było zrozumieć wątpliwości Silnego jakie co do niej żywił. Nie wyglądała na wojowniczkę. Nie była rosła ani masywna. Nawet Norma to Axe wydawała się być solidniej zbudowana od niej. Ale może to przez kolczugę i dwa topory jakie na sobie zwykle nosiła. A nie zwykłą suknię mieszczki jak pokojówka milady.
- Egon i Lars planują na parę dni wyruszyć łodzią w górę rzeki. Być może będzie tam walka i inne niebezpieczeństwa. No i pytają czy byś chciała wyruszyć razem z nimi. - Milady przedstawiła służącej dlaczego ją wezwała. Ta wysłuchała jej uważnie po czym znów spojrzała na obu mężczyzn.
- Naprawdę? Macie dla mnie topór? - Zapytała jakby teraz od nich chciała usłyszeć na co się właściwie zanosi. Ale nie wyglądała na zlęknioną, raczej na zaciekawioną.
– Broń dostaniesz, pancerz też – rzekł Egon, ukazując za połami swego płaszcza swój ulubiony gudendag, którym rad grzmocił czerepy pospólstwa. – Jeśli topora ci trza, zdaje mi się, że Silny ma jakiś na zbyciu, albo i jeśli byś chciała, to sam ci go kupię na targu, jak wolisz. I pancerz się znajdzie.Egon, wyjaśniwszy rzecz, przeszedł do sedna:
– Zbiera się wyprawa na korab – stwierdził. – Każde ramię, co umie walczyć, pomocne będzie, a jeśli będziesz potrzebowała, na tyłach ciebie zostawię. Będzie jeszcze Gezackt i paru, których znasz. A i o twe sny chciałem wypytać, rozumiesz… W lesie żeśmy o głazie usłyszeli ku czci Wielkiego Ogara. Obudzenie tego, który tam śpi jest dla mnie najważniejsze. On jest tym, z którego idzie cała ma siła… Tedy twoja rola jest podwójna: pomóc przy korabiu, a przy okazji zobaczymy, ile wiesz o głazie.
- Wcale nie chcę być na tyłach. Nie boję się. - Czarnowłosa od razu się zacietrzewiła na myśl, że miałaby zostać z tyłu.
- Nikt tego nie sugerował Anniko. Chociaż ja to bym wolała abyś się nie pakowała w jakieś niebezpieczne sytuację. - Szlachcianka westchnęła jakby naprawdę obawiała się o los czarnowłosej pokojówki.
- Tak jak Egon mówił, jakąś broń się znajdzie jeśli potrzeba. A nam przydałby się ktoś pewny, kogo możemy zabrać w podróż na parę dni. Już mamy paru ochotników, w większości ludzie których dobrze znacie. No ale taka dziarska dziewoja też by nam się przydała. Od nas Astrid też bedzie płynąć więc nie byłabyś jedyną kobietą w załodze. - Lars też dorzucił swoje trzy pensy aby zachęcić i pokojówkę i jej panią, na wyrażenie zgody na tą rzeczną wycieczkę w głąb lądu.
- Głaz w lesie to mi się śnił. Wzywa mnie. Ale statki to nie. - Czarnowłosa służka podrapała się po głowie jakby priorytetem było dla niej odnalezienie owego głazu Norry i trochę nie była pewna jak do tego przypasować taką rzeczną wycieczkę.
- Jeśli czujesz zew Krwawego Ogara lub Siostry jaka mu się poświęciła to polowanie i zabijanie na pewno ich ucieszy. - Norsmen starał się dodać coś jeszcze. - No a i pewnie z łupami byśmy wrócili to jeszcze by zysk był z tego. A i milady byśmy mogli wtedy wynagrodzić za taki pomocny gest. Prawda Egon? - Zwrócił sie do kamrata jakby liczył, że zgoda szlachcianki mogłaby przesądzić sprawę. Popatrzył na niego zachęcająco aby też coś dorzucił aby przekonać bladolicą Bretonkę.Egon skinął głową na słowa korsarza.
– Z interesu dochód będzie, a jakże – zgodził się Egon, który z tyłu głowy miał pomysły, jak zagospodarować okręt. – Mi też zależy na tym, żeby odnaleźć głaz – tu już zwrócił się do Anniki, po czym ciągnął: – Ale widzisz, w tym rzecz, że głaz Krwawego Boga jest strzeżony przez bestigory. I cała sprawa nie tylko na tym wisi, żeby on obelisk odnaleźć, ale też trzeba będzie się poradzić Sorii, czarownika, a wreszcie trzeba będzie zrobić zbrojną rejzę, żeby go odbić. Rozumiesz? Nie tak łatwo będzie go odzyskać, Anniko. Musimy podejść do rzeczy odpowiednio, aby nie zawieść tego, którego zwą Krwawym Ogarem. Trza nam najpierw zdobyć grosz, a potem tym groszem opłacić armię, która zdobędzie obelisk.
Egon miał nadzieję, że wyraził się w miarę jasno. Nie był to żaden wybieg albo łgarstwo - sam bowiem sądził, że jeśli w grę wchodziły bestigory, to odzyskanie głazu będzie trudne i zrobi się przez walną bitwę, do niej zaś będą potrzebowali najemników, zbroje i miecze, a także wsparcie Gnaka. Rzeczy nie mogli w żaden sposób pokpić, podchodząc do niej nazbyt wcześnie.
Oczywiście, sprawa larw Oster i produkcji much także zależała od tego wszystkiego. “Ano, oby tych niewolniczych łapserdaków popłynął cały strumień, bo wszyscy ich chcą”.
- No tak, był jakiś rogacz przy tym kamieniu. Pewnie obecny strażnik. Walczyłam z nim. - Annika z powagą przyjęła słowa gladiatora. I pokiwała głową do tego co pewnie widziała w swoich snach. W końcu jakby otrząsnęła się i wzruszyła ramionami. - Dobra, mogę z wami płynąć. Może złapiemy jakąś brankę dla mojej milady? - Czarnowłosa w koncu zgodziła się wziąć udział w wyprawie. Chociaż nie było pewne czy w pełni rozumie na co się pisze. Nawet uśmiechnęła się nieco i spojrzała na siedzącą obok szlachciankę.
- Oh, Anniko, to było takie miłe. - Bretonka rozpromieniła się jakby ta ostatnia myśl pokojówki, złapała ją za serce.
- Fabi to by pewnie sama chętnie została taką branką. - Burgund zachihotała złośliwie pijąc do łóżkowych preferencji gospodyni. Ta roześmiała się rozbawiona jeszcze bardziej i pokiwała głową.
- Bardzo chętnie. No ale niestety nie teraz i nie tutaj. - Obdarzyła ich trójkę ciepłym spojrzeniem jednak zrobiła wymowny gest dłonią dookoła przypominając, że nawet ona nie może się tu czuć całkiem swobodnie.
- Kto wie, kto wie. Może się jakieś branki znajdą na tej wyprawie. Astrid przecież od początku zamierza wrócić do nas, z dorodną świtą dookoła siebie więc już się za nią rozgląda. - Lars był też zadowolony tak z humoru nowych koleżanek jak i zgody dwóch głównych zainteresowanych aby klucz Norry, popłynęła razem z nimi.
– Bardzo dobrze – Egon skinął głową, wyraźnie rad, że sprawy się tak potoczyły. – Dobra… Szkoda dnia, a musimy jeszcze zorganizować wyprawę – rzekł. – Annika, chcesz iść z nami od razu, czy chcesz się zebrać? Nasi kamraci są w Wesołej Owcy… Będziemy na ciebie czekać.Uznawszy, że sprawa jest załatwiona, Egon rzucał spojrzenia to na Annikę, to na milady, chcąc rozpocząć kolejny etap - czyli pójścia do Gezackta.
- A to kiedy chcecie ruszać na tą wyprawę? - Czarnowłosa gospodyni zapytała patrząc na nich obu na przemian. Lars wymienił się spojrzeniami z kolegą. Tak naprawdę to terminu nie mieli. Dopiero mieli w planie rozejrzeć się za jakąś łajbą płynącą w górę rzeki co by mogli się na nią zamustrować.Egon na to wzruszył ramionami.
– Najpierw trza mi wiedzieć, ilu luda pójdzie – rzekł. – Nie ma siły, trza najpierw drużynę mieć, zanim się pomyśli. Z Gezacktem jeszcze chciałem gadać…
I tu urwał. Szlachcianka miała rację, jeśli nie było kupca, to i nie było też krypy, której można było bronić albo zrabować.
– Słusznie gadasz – rzekł wojownik. – Chciał żem najpierw ludzi mieć, ale jeszcze będziemy gadać z kupcami. Tedy Annika może zostać tutaj, póki co, dopóki do niej nie przyjdziemy. Ale raczej myślę, że długo nie zajmie.
- No cóż, jeśli Annika chce z wami płynąć a wy chcecie ją zabrać, to nie będę was rozdzielać. - Bretonka westchnęła ale widać było, że ta zgoda ciąży na jej spokoju ducha. - Dziś jest Festag to i tak wszystko pozamykane. Ale jeśli już Annika ma płynąć z wami to kupcie jej jakis pancerz. Ja wam dam geldy ale w ogóle się na tym nie znam. - Podniosła głowę i popatrzyła na obu wojowników co w tej grupce w walce, mieli największe doświadczenie.
- Ja znam parę sklepów. To mogę was zaprowadzić. Ale to by się Annika przydała aby wziąć wymiar. No i najprędzej jutro bo dziś to i tak wszystko będzie pozamykane. - Burgund wtrąciła się ze swoją znajomością miasta z poziomu ulicy.
- Jak byłam z Otto to już w jednym sklepie brali ze mnie miarę. Tylko nie wiem czy już zrobili ten pancerz dla mnie. - Annika zabrała głos i pomysł o jakim mówiła nieco zaskoczył wszystkich.
- No cóż to jakby był gotowy to by było świetnie. To by nam ułatwiło sprawę. - Lars pokiwał głową, zadowolony z takiego obrotu sytuacji.
– Dobra, musimy jeszcze pójść do Gezackta, bo musi wiedzieć, że szykuje się interes – rzekł Egon.I zwrócił się do Bretonki:
– Milady, tedy czas na nas – skłonił się nisko. – Anniko, jeśli chcesz, możesz pójśc z nami, acz pancerz i miecz dopiero sprawimy jutro, kiedy kramy zostaną otwarte. Trza nam jeszcze zgadać się z Gezacktem… Jutro zaś dopniemy wszystkiego do końca. Nie wierzę, że w porcie nie będzie ani jednego, co by nie gadał o tym, że obstawy nie chce… No. Ale to później. Idziemy w takim razie.