Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. [Autorski storytelling] Ropa i krew

[Autorski storytelling] Ropa i krew

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
ropa i krewstorytellingautorski
12 Posty 4 Uczestników 139 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SWATS Niedostępny
    SWATS Niedostępny
    SWAT
    napisał ostatnio edytowany przez SWAT
    #1

    - Po pierwsze to huj z czarnymi. Po drugie kim jesteś? Odezwał się Fruwacz wyrywając się przed szereg jak to ostatnio miał w zwyczaju.
    - Tak to sami na nich polujemy. Jak oddasz mi broń i powiesz gdzie są byłbym wdzięczny.

    Szelest parsknęła krótko, bez rozbawienia. — „Oddaj mi broń”… Młody, ty nawet nie wiesz, gdzie jesteś — mruknęła chłodno. — Nawet nie znam Twojego imienia. Najpierw odpowiecie na pytania, potem zobaczymy. Odwróciła się bokiem, poprawiając pasek z nożem i wtedy Fruwacz to zauważył. Na jej zakrzywionym ostrzu była świeża, ciemna, krew. I druga rzecz: Szelest wcale nie patrzyła na nich jak na podejrzanych. Jej uwaga wędrowała co chwilę do strażnika przy drzwiach, jakby to jego reakcja ją interesowała. W głowie Fruwacza pojawiła się myśl: „Ona nie szuka szpiega w nas. Ona szuka go wśród swoich.”

    - Ja jestem Fruwacz. Wół, Liora, Noa. - przedstawił po kolei ekipę. - Jesteśmy... byliśmy nomadami dopóki czarni nas nie rozjebali.

    — Ja jestem Aga, zwana Szelest. Kobieta skinęła głową, jakby wreszcie usłyszała coś sensownego. — Ale… Nomadzi powiadasz. — powtórzyła cicho. — No to przynajmniej wiemy, dlaczego jeszcze żyjecie. Ruszyła wzdłuż ściany, niby bez celu, ale Fruwacz widział: kątem oka cały czas pilnowała strażnika przy drzwiach. — Czarni was rozjebali… — mruknęła, jakby rozważała tę informację. — To akurat nie nowość. Oni rozjebują wszystkich. Nagle zatrzymała się i spojrzała Fruwaczowi prosto w oczy. — Ale nomadów nie bierze się na szpiegów. — dodała ostrzej. — Wy nie działacie po cichu. Wy działacie z potrzeby zemsty. - jej spojrzenie jeszcze raz, szybkie jak błysk, prześlizgnęło się po strażniku przy drzwiach, po tym który wyglądał na najmniej pewnego. — I to właśnie mnie interesuje. Zemsta. — Szelest wyprostowała się. — Jeśli naprawdę ją macie w sercu, to może… Może jesteście tu z właściwego powodu.

    Liora, która do tej pory stała pod ścianą jak cień: napięta, czujna, gotowa uciekać lub gryźć w końcu uniosła głowę. Jej spojrzenie nie było wyzywające. Było… zmęczone. Ale ostre jak drut kolczasty. — Szelest, tak? — zapytała cicho, nie kłócąc się o ton. — My nie jesteśmy szpiegami. Szpieg by nawet nie powiedział „Czarna Dywizja”. Szpieg by mówił „Ci”, „Oni”, „Oddział”, żeby nie przyciągać uwagi. - zrobiła krok do przodu, powoli, żeby nikt nie pomyślał, że zamierza skoczyć komuś do gardła. — A ja mam więcej powodów, żeby tych skurwysynów nienawidzić niż ktokolwiek tutaj. — dodała twardo. — Gdybyśmy byli ich ludźmi, to byśmy nie przyjechali rozwalonym volvo, tylko konwojem. I nie pozwoliliby mnie wywlec za włosy, jak jakiś worek ziemniaków. Na chwilę zerknęła na strażnika, tego, którego Fruwacz obserwował. Jej głos był już spokojny. — Pytaj, co chcesz. Ale nie zadawaj pytań, na które sama znasz odpowiedź. Nie mamy powodu tu kłamać. Jeśli chcieliśmy komuś zrobić krzywdę, to Dywizji, nie wam. Potem spojrzała na Fruwacza, tylko na sekundę, jakby dodawała mu otuchy, choć sama nie wyglądała na kogoś, kto ma jej wiele. Aga wskazała dłonią na Woła i Noa. — Wy. Mówcie. Co dokładnie Czarna Dywizja wam zrobiła?

    Noa śmiał się w duchu z własnego szaleństwa. Przyłączył się do grypy szukając rodziny, a znalazł żądnych zemsty fruwaczów, furiatów. Słuchając Fruwaczai Liory zaczynał rozumieć ich miętę do siebie. Wydął usta zastanawiając się czy jest jeszcze szansa na ranczo i dzieci, czy tam wnuki. Byle było komu zbudować dom, zasiać zboże, doglądać dzieci, dzieci, którym można by to przekazać, wraz z całą mądrością o życiu w pokoju.

    - Szpiegami? A co mielibyśmy szpiegować? Te wasze jaskinie? A jako relację o uzbrojeniu informacja o kolczatce i tym twoim koziku Szelest? Daj spokój. - odruchowo sięgnął po rewolwer, ale go tam nie było - jak widzisz młody i młoda nie są szpiegami bo tak twierdzą i ja im wierzę. Wół się na szpiega nie nadaje. Zostaję tylko ja i w sumie to st zastanawiam czy sobie mógłbym zaufać. No ale czegoś nie rozumiem, po nas ściągać do kryjówki, jak was nie zauważyliśmy? W sumie to możemy tobie, wam, ufać na tyle na ile wy nam.
    Rozejrzał się po pomieszczeniu.
    - Wiesz Aga, marzy mi się farma i rodzina i może ci dwoje - wskazalna Liorę i Fruwacza - zrobią sobie dzieci. Moglibyśmy pomóc je wychować. - uśmiechnął się - rozmarzyłem się. A ty pchasz te młode płodne pacholęta w paszczę lwa podsycając ich autodestrukcyjne ambicje. Nie wolałabyś farmy? - zaryzykował na koniec.

    Aga patrzyła na Noa jeszcze chwilę, jakby próbowała znaleźć w jego słowach haczyk. Ale zamiast tego coś jej w twarzy drgnęło. Nie uśmiech. Raczej coś w rodzaju niemal niewidocznego rozluźnienia. — Dobra, Kowboju… — westchnęła. — Masz rację. Gdybyście byli szpiegami, to byś teraz nie pieprzył o farmie i wnukach.
    Przesunęła ręką po włosach, jakby zrzucała z siebie napięcie.
    — I powiem ci jedno — dodała ciszej. — Gdyby świat wyglądał inaczej, farma może by miała sens. Nawet mi by się przydało miejsce, gdzie nikt nie strzela po nocach. Na moment jej spojrzenie złagodniało, bez kpiny. — Więc dobra. Odkładam nóż. Nie jesteście szpiegami. — powiedziała stanowczo. — Jesteście potłuczonymi ludźmi, którzy wpakowali się w kłopoty… Tak jak wszyscy tutaj. Odwróciła się od Noa, wskazując głową na drzwi.
    — Ale zanim będziecie sadzić zboże i robić dzieci… - zrobiła wymowną pauzę. - …musimy się dowiedzieć, kto z moich ludzi pracuje dla Dywizji. Jej głos stwardniał, wracając do chłodnego tonu zwiadowczyni. — No dobra. Wół. Twoja kolej. Powiedz, co Czarna Dywizja zrobiła tobie.

    - Mnie? - zapytał wielkolud - Mnie nic. Znaczy nic… No dużo. Jest trochę zgraj na pustkowiach. Sami wiecie. Ale większość… albo posrańcy. Albo fanatycy. Albo kanibale. Ciężko na dobrych ludzi trafić. A mnie się udało. Znalazłem Grupę Grahama. Tę o której Fruwacz mówił. Także… co mi zrobili? Moc dobrych ludzi rozdupili jakby do jakiego drobiu walili. Tak o. Ino chłopak się ostał ze stu ludzi z okładem - wskazał na Fruwacz. O Elsie nie wspomniał. A po co to tej szeletstce było wiedzieć o niej. - Także no. Tak. Wkurwili mnie.
    Aga zmrużyła oczy, nasłuchując słów Woła. — Sto osób… to nie jest ich zwykły styl. — powiedziała cicho. — Dywizja lubi straszyć, palić, zabierać ludzi jako niewolników. Rzadko kiedy marnują tyle energii na rozwałkę całej grupy nomadów. Przeszła dwa kroki w przód. — Ale w jednym twoja historia trzyma się kupy. — dodała, unosząc wzrok. — Jak Dywizja coś rozwali przez pomyłkę, to i tak zabierze, co się da i tyle ile się da. Nie odpuszcza. Nie zawraca. Dobija każdego, kto jeszcze oddycha. - zerknęła na Woła, tym razem spokojniej. - I tak, tego typu masakra… mogłaby się wydarzyć, jeśli wpadliście im pod lufy przypadkiem. Bo oni nie sprawdzają, kogo zabijają. Zabijają, a dopiero potem patrzą, co im wpadło w ręce. Znów spojrzała kątem oka na strażnika przy drzwiach. — Czyli wasza wersja ma sens. Może nie brzmi jak bohaterstwo, ale brzmi jak… Prawda.

    Gdy Aga kończyła mówić, Fruwacz kątem oka zauważył, że strażnik przy drzwiach, ten nerwowy, sięga dyskretnie pod połę kurtki. Nie po broń, lecz wciska mały metalowy przycisk na czymś przypiętym na piersi, pod kurtką. Coś jak mały rejestrator głosu, polowy dyktafon albo urządzenie transmisyjne. Noa również to zauważył.

    Drzwi otworzyły się nagle szerzej. Do środka wszedł mężczyzna, którego ciężko byłoby nie zauważyć, nawet gdyby próbował. Szerokie ramiona. Gruba blizna przecinająca kark i znikająca pod kołnierzem. Twarz poorana jak stary kamień. Oczy ciemne, zmęczone ale trzeźwe, ostre. Wojownik, który już dawno stracił złudzenia, ale nie siłę. Jeden rzut oka wystarczył. Najpierw spojrzał na was. Potem na Agę. Strażnika, tego nerwowego, który w tej chwili zastygł jak dziecko przyłapane na kradzieży, zignorował. Bran nie podniósł głosu.
    Bran wszedł głębiej i przyciągnął sobie drewniany stołek. Postawił go tak, jakby miał zamiar zostać na chwilę albo na godzinę. Spojrzał po was jeszcze raz, dłużej. — Nazywają mnie Bran. — powiedział. — Wojownik Odbity. Jeden z tych, co tu rządzą, choć nie lubię tego słowa. Kątem oka zerknął na Agę, jakby domagał się krótkiego raportu, ale nie przerywał. — Słyszałem już kawałek waszej gadki. — odezwał się znowu, tym razem bez emocji. — Nomadzi. Skrzywdzeni przez Dywizję. I nie kłamiecie, o to co słyszę. Jego spojrzenie przesunęło się po was, oceniająco, profesjonalnie. — Dobrze. — mruknął. — To teraz ja mam tylko jedno pytanie. Podparł łokcie na kolanach, pochylił się lekko do przodu. — Chcecie przeżyć… czy chcecie ich zabić?
    Aga uniosła brwi, jakby sama chciała usłyszeć odpowiedź. Bran czekał na odpowiedź.
    - Zabić. - odpowiedział Fruwacz choć w sumie sam już nie wiedział czego chce.
    - Dlaczego wybierać? - Wół uśmiechnął się szeroko błyskając swoim imponującym uzębieniem w dość nieprzyjemnie, drapieżny sposób.
    Liora spojrzała na Woła, na ten jego szeroki, groźny uśmiech.
    — Dla mnie nie ma sprzeczności. Najpierw przeżyć. Potem zabić. W takiej kolejności najlepiej się działa.
    - Jak zabiłaś to znaczy, że przeżyłaś. Po za tym co to za filozofowanie ? Możemy przejść do rzeczy ? - wtrącił się ponownie krnąbrny mały gnojek. Początek dal jako swoją wstawkę do wypowiedzi towarzyszy. Szybko jednak starając się na harde spojrzenie zwrócił się do nowo przybyłego ważniaka.
    - Dla mnie proszę wersję bez zgonu. Szczególnie mojego. - rozproszył Noa - Słuchamy w czym rzecz?

    Aga odwróciła się powoli w stronę Fruwacza. Uśmiech, który pojawił się na jej twarzy, był krótki i nijaki – bez ciepła, bez kpiny. Taki, jaki człowiek zostawia na twarzy, kiedy widział już za wiele. — A ty właśnie powiedziałeś wszystko, co trzeba było usłyszeć. Chcesz działać. To dobrze. Bo tu nie ma terapii. Są decyzje.
    Bran chrząknął cicho i wstał ze stołka. Jego ruch był ciężki, powolny… ale niezdrowo precyzyjny. Jak u kogoś, kto przez lata nauczył się oszczędzać każdy gest. — No to do rzeczy. — powiedział nisko. — Wolny Jar nie walczy z Czarną Dywizją otwarcie. Bo nie jesteśmy idiotami. A oni mają stare czołgi, wozy opancerzone. Czasami uda nam się jakiś załatwić, ale czołg to inna liga. - przeszedł kilka kroków i stanął przy stole. — Ale je obchodzimy. Polujemy na ich konwoje. Kradniemy paliwo. Znikamy, zanim się zorientują.
    — I dlatego jeszcze żyjemy. — wtrąciła Szelest. Bran skinął głową. Spojrzał na Noę. — I mówisz, że wolisz wersję „bez twojego zgonu”? - kącik jego ust drgnął minimalnie. — To dobra wersja. Mi się też podoba. — Więc tak jest sprawa. — powiedziała Szelest. — Albo zostajecie tu tylko na noc i rano ruszacie w swoją piękną, samobójczą vendettę… Zapadła krótka pauza. — …albo gracie z nami. Po naszemu. Jej wzrok znów przeciął twarz Fruwacza. — My wam damy informacje. Trasy. Ludzi, którzy wiedzą gdzie iść, żeby nie zginąć. — A wy nam dacie coś, czego my mamy za mało. — dodał Bran. — Świeżą krew, świeżą wściekłość… i powód, żeby pójść dalej niż zwykle. Cisza. — Więc teraz pytanie jest inne. — powiedziała Aga. - Nie „czy chcecie zabić”, tylko „czy chcecie to zrobić mądrze”. Bran spojrzał kolejno na Fruwacza, Woła i Noę. — Bo jeśli nie… - urwał zdanie. — …to i tak zginiecie. Tylko szybciej.

    - Może być wolniej. Byle ich dojebać- odpowiedział Fruwacz. Czuł, że tym razem mieli farta.

    Aga prychnęła lekko, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że dla was to wszystko wygląda jak koszmarny sen wewnątrz jaskini.
    — Dobra. Zanim zaczniemy mówić o zabijaniu Dywizji… — zaczęła, rozchmurzając się nieco. — …musiicie wiedzieć, gdzie, do cholery, jesteście.
    — To jest Wolny Jar. – dodał Bran. Aga podjęła temat.
    — Dawno temu było tu stare centrum wydobywcze. Kopalnia, skład, tunele techniczne. Miejsce, którego nikt nie chciał, bo teren zapadł się po uderzeniu jakiejś bomby. Reszta świata o tym zapomniała. — A my nie. — dodał Bran, po czym podszedł do okna, wskazał palcem na mroczne sklepienie nad wami. Gigantyczny łuk skalny, poprzecinany pomostami i linami.
    — Jar ma wejście wielkości mysiej dziury. Nie dojedziesz do niego autem czy tym bardziej czołgiem, kilka ścieżek przez górski masyw jest pilnowane i naszpikowane pułapkami, i strażnikami. A wyjścia nie zna nikt poza nami. To dlatego żyjemy. Dywizja poluje na wszystko, wiemy o tym że nas też szuka, ale żaden jej oddział nie zaszedł za daleko. Teren jest trudny nawet jak się go zna. Aga uśmiechnęła się tym swoim cienkim, nieprzyjemnym uśmiechem.
    - Tutaj trafiają ludzie, którzy mają dwa wspólne mianowniki. Pierwszy to Czarna Dywizja, Srebrne Włócznie albo inni popaprańcy którzy chcieli ich zabić. Drugi to fakt że Ci ludzie nie zamierzali dać się zabić. Bran kiwnął głową, jakby potwierdzał każdy punkt.
    — Nie jesteśmy wioską. Nie jesteśmy armią. Nie jesteśmy sektą. Wolny Jar to… — uniósł dłoń, szukając słowa. — …schron. Nóż schowany w ciemności. Aga dodała: — Tu nie ma wodza. Jest nasza czwórka: ja, Bran, Hanka, Stary Ivan i Ojciec Ewald. My tylko pilnujemy, żeby nikt nie wbił noża w plecy całemu Jarowi. Bran oparł dłonie na stole.
    — Dlatego chcemy wiedzieć, kogo tu wpuściliśmy i dlatego wy chcecie wiedzieć, czy warto z nami zostać. Cisza. Krople ze sklepienia kapały w ciemności jak odliczanie. Ciszę przerwała Aga.
    - Póki nikt nas nie sprzeda.

    Zdawał sobie sprawę Noa, że dostają propozycję nie do odrzucenia, gotowy był nawet się do niej przychylić, przychylić za odpowiednią cenę. I dobrze bo potrzebowali nie tylko ekwipunku, co i wiedzy na drogę. W końcu na drogę się pisał nie na vendettę. Co za tym szło przewracał oczami na słowa Fruwacza, bo co do tej pory było zabawne zaczynało brzmieć jak bredzenie. Nie zamierzał się Cohen dać zabić za gówniarskie fochy.
    - To w czym rzecz? Mamy coś dla was sprawdzić? Chciałbym coś w zamian. Mapy. Może macie jakiś starszy zapis elektroniczny. Wiem, że nie wszystko działa, ale jakieś mapy digitalne sprzed lat można dalej czytać. Myślę, że po wzajemnych przysługach chcielibyśmy odjechać. Szukać domu nad jeziorem - uśmiechnął się.

    Aga słuchała Noa bez przerywania. Bez uśmiechu. Bez przewracania oczami. Kiedy skończył, przez chwilę w jaskini było słychać tylko kapanie wody. — W końcu ktoś tu mówi jak człowiek. — powiedziała spokojnie. — I tak, chcecie coś w zamian, my też czegoś chcemy. Normalna wymiana.
    Bran skrzyżował ramiona, ale nie zaprzeczył. — Mamy mapy — dodała Aga. — Częściowe. Stare wojskowe zapisy, skany terenu sprzed wojny, trasy, które nie istnieją na papierze. Nie wszystko działa, nie wszystko jest kompletne. Ale dla ludzi, którzy chcą jechać dalej, a nie zginąć po drodze, powinny wystarczyć. - zrobiła krok bliżej stołu. - Ale nie dostaje się ich za dobre chęci.
    — Na południowym wylocie z masywu jest stary punkt obserwacyjny - Bran wszedł jej w słowo, niskim, rzeczowym tonem - Przedwojenny. Kiedyś nasz. Od tygodnia cisza. Za cicho. — Nie wiemy, czy Dywizja go znalazła, Srebrni, ludzie grubasa czy jacyś bandyci — dodała Aga. Spojrzała Noa prosto w oczy. — Idziecie. Sprawdzacie. Wracacie z informacją. Nic więcej, nie szturmujecie. Oczy i uszy. Bran skinął głową. — Jeśli wrócicie… dostaniecie mapy. Cyfrowe i papierowe. Trasy omijające Dywizję, Włócznie i kilka miejsc, które lepiej znać, zanim się na nie wpadnie. Pójdzie z wami przewodnik, Corley, zna okoliczne tereny lepiej niż ktokolwiek inny.
    Aga dodała cicho: — Mamy tutaj mały problem z zaufaniem, mamy w swoich szeregach kreta albo kilku... Ale wy jesteście tutaj nowi, jeszcze nie przekupieni. Nie jesteście stąd. Dlatego jestem w stanie wam zaufać. A może się czegoś dowiecie przy okazji? Odpocznijcie, przespacerujcie się po Jarze, pogadajcie z ludźmi. Wasze rzeczy są w magazynie, na posterunku przy głównym wejściu, a auto bezpieczne, ukryte w starym blaszaku niedaleko miejsca, w którym was złapaliśmy. Nie jesteśmy złodziejami.

    - Dooobra - odezwał się w końcu także Wół, który dotychczas był niemal niemym widzem całego spotkania. Widzem dość jednak uważnym, by ocenić jaskiniowców. Byli niegroźni. Mimo napaści widać po nich było, że nie mają w sobie dość… zepsucia. By zżerać, zabijać, czy porywać przypadkowych nieznajomych. Mieli propozycję. Zdecydowanie niewołową - Pogwarzyliśmy, postroszyliśmy piórka, ale chyba już pora zejść na ziemię. Mamy na pieńku z czarnuchami. To prawda. Nie będę żałował jak jakiś mi w łapy wpadnie i wycisnę z niego ostatni oddech aż mu oczka jak z tubki wypłyną. Taaa… To będzie frajda, bo to sucze syny są. Ale chyba Wam w główkach od tej jaskini pociemniało jeśli myślicie, że pójdziemy do bazy Czarnych. Młody jest odważny, ale ma ostatnio nasrane we łbie i prędzej sam mu kulasy połamię niż pozwolę mu tam iść. A Noa sprytny, ale nie Noa, za mapy też się tam nie będziemy pchać. Na chuj ci mapy kowboju? Także, życzymy wam dobrze bo znać, żeście w porządku ludki. Ale odpoczniemy i odjedziemy w swoją stronę.

    Bran wysłuchał Woła do końca, nie przerywając ani słowem. Nie drgnął, gdy padły groźby, nie skrzywił się przy przekleństwach. Dopiero kiedy Wół skończył, Bran powoli skinął głową, jakby właśnie usłyszał coś, co wreszcie miało sens.
    — I bardzo dobrze — powiedział nisko. — Bo nikt was nie wysyła do bazy Czarnych. Gdybyśmy chcieli tam kogoś pchać, nie pchalibyśmy czterech przybłęd z Pustkowi. Aga prychnęła cicho, tym razem bez kpiny.
    — Spokojnie, wielki. — spojrzała na Woła uważnie. — Punkt obserwacyjny to nie baza. To samotna buda na skałach, stara wieża, kawał betonu i antena, która powinna nadawać. Jeśli ktoś tam jest… to mały oddział. Albo trupy. - zrobiła krok w bok, opierając się plecami o ścianę. — I nie sprzedajemy wam map, żebyście się pchali pod lufy. — dodała. — Sprzedajemy je, żebyście wiedzieli, gdzie nie jechać. Gdzie są trasy Dywizji. Gdzie Włócznie kręcą się za często. Gdzie pustkowie zjada ludzi szybciej niż kule.
    Bran spojrzał na Fruwacza, potem na Noa, wreszcie znów na Woła. — Odpoczniecie. — powiedział spokojnie. — Rano możecie ruszyć w swoją stronę. Bez żalu. Bez pościgu. - zawiesił głos na chwilę. — Ale jeśli zmienicie zdanie… Punkt będzie tam, gdzie jest. I nadal będzie czekał. Zapadła cisza. Tym razem nie napięta. Raczej ciężka od wyboru. — Decyzja jest wasza — zakończył Bran. — I żadna z nich nie czyni z was tchórzy. I po raz pierwszy od początku rozmowy nikt na was nie patrzył jak na podejrzanych. Tylko jak na ludzi, którzy muszą zdecydować, w którą stronę pójdą dalej.

    - Ba! - Wół ostentacyjnie złapał się pod boki - Pewnie, że nie czyni! Jesteśmy nomadami. - dumnie i dobitnie podkreślił to ostatnie słowo - Pustkowia nasz dom. Szlak naszą drogą. Nie wojenki jednych z drugimi. A tatko zawsze mówił co szlak przyniesie to przyniesie. Także pięknie dziękujemy ale nie skorzystamy.

    - Jak nie chcesz to czemuś nic wcześniej nie gadał. - syknął cicho Fruwacz do towarzysza, ale nic więcej nie dodawał.

    Aga uniosła brew i spojrzała na Woła z czymś na kształt… Rozbawienia. Suchego, ostrożnego, które pojawia się u ludzi, którzy widzieli już zbyt wielu. — Nomadzi… — powtórzyła cicho. — Zawsze dumni. Do momentu, aż droga zaczyna ich zjadać. Bran nie wyglądał na urażonego. Przeciwnie, wyglądał na kogoś, kto rozumie. Oparł się ciężarem o stół, skrzyżował ramiona. — I to jest uczciwa odpowiedź. — powiedział spokojnie. — Wolny Jar nie łapie ludzi w kajdany, żeby ich tu trzymać. Jak chcecie jechać, to pojedziecie. Aga zerknęła na Fruwacza, który syknął coś do Woła. Na krótką chwilę jej czoło się zmarszczyło, jakby próbowała wyłapać informacje. — Ale nie udawajmy, że to tylko „wojenki jednych z drugimi”. — dodała. — Dywizja nie pyta, czy jesteś nomadą, rolnikiem czy poetą. Pyta tylko, co z ciebie można wycisnąć. A jak nic, okazujesz się tylko niepotrzebnym konkurentem do surowców. Umierasz. Zrobiła krok w stronę drzwi i otworzyła je, dając znak strażnikowi. — Odpoczniecie dziś w Jarze. — powiedziała już rzeczowo. — Zjecie, prześpicie się. Rano ktoś odprowadzi was do auta. Dostaniecie wodę i tyle jedzenia, ile da się bezpiecznie dać obcym. Bran skinął głową na potwierdzenie. — I jeszcze jedno. — dodał, patrząc głównie na Woła. — Szlak zawsze coś przynosi. Czasem okazję. Czasem rachunek. Zawiesił głos. — Jak ten rachunek was dogoni… Wolny Jar raczej będzie jeszcze tu, gdzie jest. Aga zatrzymała się w drzwiach i rzuciła przez ramię, już ciszej: — A ty, młody — spojrzała na Fruwacza. — Złość to paliwo. Ale jak będziesz jechał tylko na nim, to daleko nie zajedziesz. Pomyśl o tym, zanim droga znowu coś „przyniesie”. Drzwi zamknęły się za nimi ciężko. Zostaliście sami w drewnianej chacie, z ciszą, która nie była już groźna… Tylko pełna niedopowiedzianych konsekwencji.

    Wielkolud odwrócił się plecami do drzwi, za którymi zniknęła Rada Czwórki, czy Piątki i cicho, choć jeśli ktoś z ich gospodarzy podsłuchiwał, to z pewnością usłyszał, odpowiedział na słuszne pytanie Fruwacza. Zerkał też co i rusz na Noa i Liorę, by i oni zrozumieli o co mu chodzi:
    - Abo widzisz młody. Inna rzecz jak my sami gdzie jakiego czarnucha, czy dwóch po drodze zdybiemy, zaciukamy i w drogę. A inna jak się nami inni wyręczają i nas posyłają. Ot dobre sobie, na mały oddział. Wół jest za stary, żeby na takie plewy się dać wciągać. Raz w to wleziesz i już nie wyleziesz. Tylko będziesz dzień w dzień, jako ci tutaj, smutnie klepał zemstę między sraczką a padaczką, zamiast spierdalać skąd cię nie chcą. Wół już to widział i wie. A ci tutaj… jak tam mały oddział w tym punkcie, to sobie sami spokojnie poradzą. Rączki mają, giwery też niczego se.

    Noa tymczasem wyłożył się wygodnie rozciągając nogi. Źałował, że nie ściągnął od razu butów, bo nie chciało mu się już ruszać.
    Każdy miał tam swoje racje i swoje emocje. Za najważniejsze uznał właśnie nie ulegać emocjom.
    - Ummrrr! - chrząknąl - odpocznijmy. Nie musimy podejmować decyzji zaraz. Poda ktoś ten dzbanek z wodą - podniósł się na łokciach.
    Miał Cohen swoje lata i nauczył się nie trwonić energii kiedy nie było to konieczne. Nasunął na twarz kapelusz, żeby spokojnie przemyśleć propozycję jaskiniowców.

    Nieśpiesznie podchodząc do dzbanka, Wół złapał go, powąchał zawartość i uśmiechnął się stwierdziwszy, że nie zalatuje ani benzyną, ani stęchlizną, ani chlorem, po czym upił solidnie. - Mieszkanie w jaskini ma też jednak dobre strony! - Stwierdził po czym podał dzbanek Noa. - Choć mogliby też coś do żarcia dać... - Siadł po przeciwnej stronie pod ścianą. Przez chwilę rozważał wyciągnięcie harmonijki, ale zrezygnował. Położył się i po chwili zachrapał.

    Jak sobie poszli Fruwacz podszedł do Liory.
    - Kojarzysz tą bandę?

    Dziewczyna odezwała się cicho, kiedy zostali sami. — W Zakonie mówili o tym miejscu. Nigdy głośno. Spojrzała przez okno na kamienne sklepienie. — Mówili, że są miejsca, których nie da się spalić. Że jeśli ktoś tam znika… to dlatego, że nigdy nie powinien był szukać. Zawahała się. — I że jeśli spotkasz Szelest… to już raczej kwestia czasu, aż przyjdzie po Ciebie kostucha.

    Skonfudowany Fruwacz skwitował to krótkim.
    - Aha. - po czym poszedł zwinąć się w kącie i trochę przespać.

    - Osobiście uważam że to stek bzdur... - dodała po chwili. - Były plotki o podziemnym obozowisku, którego Dywizja nie potrafi znaleźć. Gdyby to co mówiono w Clearapple o Szelest, byłoby prawdą, już byśmy byli martwi. Zakon powie Ci wszystko, byś tylko był ich.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SWATS Niedostępny
      SWATS Niedostępny
      SWAT
      napisał ostatnio edytowany przez
      #2

      Noc w Wolnym Jarze minęła inaczej, niż na szlaku. Nie było wycia wiatru myszkującego po karoserii. Nie było niepokoju, ciemność była głębsza, dłonie nie musiały zaciskać się na broni. Głęboka, kamienna cisza wypełniała Wolny Jar. Jaskinia oddychała własnym rytmem.
      Woda kapała ze sklepień w stałym, miarowym tempie, jak zegar, który nie spieszy się nigdzie, bo stoi tu od pokoleń. Czasem gdzieś dalej słychać było stłumione kroki, skrzypnięcie zawiasów, cichy szept. Ludzie Wolnego Jaru poruszali się jak goście we własnym domu. Bez pośpiechu, bez hałasu.

      Wół zasnął pierwszy. Twardo i głęboko. Noa drzemał dłużej, budząc się co jakiś czas, by znów zasunąć kapelusz na oczy i odpłynąć w myśli o jeziorach, farmach i miejscach, które jeszcze nie istnieją. Fruwacz spał płytko. Złość nie puszcza łatwo. Ale i ona tej nocy nie krzyczała tylko tliła się cicho. Liora długo nie spała. Siedziała oparta o ścianę, wsłuchując się w Jar. W końcu jednak i ją zmogło zmęczenie.

      Poranek przyszedł bez słońca. Zamiast świtu był ruch. Przed namiotami i chatami, zatrzeszczały ogniska, zapłonęły pochodnie i obudziło się kilka agregatów prądotwórczych. Jar budził się powoli, jak organizm, który nie zna pojęcia „rano”, tylko zmianę rytmu. Lampy naftowe przygasały w jednych miejscach, zapalały się w innych. Ktoś inny rozpalił palnik pod dużym metalowym zbiornikiem z wodą. Zapach wilgoci zmieszał się z czymś przyjemnym, aromatem zupy, kaszy i smażonego mięsa. Gdy wyszliście z drewnianej chaty, Wolny Jar odsłonił się w pełni.

      Ogromna, naturalna jaskinia rozciągała się w głąb skały jak odwrócone miasto, by przejść w wysoki, przedwojenny, żelbetowy korytarz. Pomosty z desek i metalu biegły wzdłuż ścian i nad zbierającą się wodą, łączone linowymi mostami i prowizorycznymi schodami. Głębiej znajdowały się warsztaty: kowadła, stoły, skrzynie z narzędziami. Wyżej miejsca do spania: hamaki, wnęki zasłonięte płachtami, drewniane chatki.

      Ludzie byli wszędzie. Nie uzbrojeni po zęby. Nie skuleni. Zajęci życiem, pracą. Dziecko niosło wiadro z wodą, pilnowane przez starszą kobietę. Dwóch młodych ostrzyło noże, śmiejąc się z czegoś, co dla was było tylko szeptem. Starszy mężczyzna siedział na skrzynce i liczył coś na palcach, mamrocząc pod nosem. Nikt na was nie patrzył długo. Jesteście tu gośćmi, nie sensacją.

      Z góry, z jednego z pomostów, ktoś rzucił w waszą stronę skórzany worek. W środku chleb, suszone mięso, butelki z wodą.
      — Na drogę albo na śniadanie — padło z góry. — Jak wolicie.
      Gdzieś dalej zobaczyliście Agę. Rozmawiała z kimś półgłosem, gestami wskazując mapę narysowaną kredą na skale. Bran stał przy barierce jednego z pomostów, obserwując Jar jak dowódca, który nie musi wydawać rozkazów, bo wszystko już działa.

      I kiedy staliście tam z jedzeniem w dłoniach, po raz pierwszy od dawna pojawiła się myśl, której nikt nie wypowiedział głośno:
      Gdybyśmy zostali… świat by się nie zawalił. Ale droga, jak zawsze, czekała.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • MarrrtM Online
        MarrrtM Online
        Marrrt
        napisał ostatnio edytowany przez
        #3

        Sen. Sen jest dobry. Bezpieczny sen jest luksusem, który trzeba doceniać. Tatko zawsze to Wołowi powtarzał. Na pustkowiach sen nigdy nie jest tak całkiem bezpieczny. I to była prawda. Spać można zawsze nawet na stojąco. A zdarzyło się raz Wołowi nawet spać w marszu! Ale takie bezpieczny, przyjemniasty sen... oooo kurwa. To się nie często zdarzało. Ostatnio w Clear Apple na piętrze Jabłka. Fajnie było. Nawet jeśli Srebrni szybko miłe wrażenia w chuj posłali. Ale tutaj? Pobudka... pachnie gotowaną zupą i smażonym mięsem. Gwar głosów, z których żaden się nie naprzykrza...

        Wół miał tak zwane przemyślenia. Nie zmienił co prawda wczorajszego zdania. Nadal mu się nie podobała myśl, że można dzień w dzień ukrywać się w jaskini i albo jojczeć na Czarnych, albo na Srebrnych. Nie lubił jojczeć. Jeszcze nikt brzucha jojczeniem nie napełnił. Spania nie zabezpieczył. Ani humoru nie poprawił. A takie wczoraj na Wole wisielcze wrażenie zrobiła ta Szeptucha i jej kumpel. Ale może to była tylko ich aura, a Jar wcale taki nie był?

        Jakiś smyk przebiegł koło Woła goniąc za wykopaną zbyt daleko piłką. Fajny chłopaczek. Radosny. Nie taki jak jego Fruwacz. J e g o F r u w a c z. Dziwne. Fruwacz wcale nie był jego. Miał swoich "tatków". Ponuraków z ubocza Grupy, ale zawsze. Szlag ich co prawda trafił, ale tak to bywa. Wołowego tatka też szlag trafił. Dlaczego więc w wołowej głowie taka dziwna myśl się pojawiła, że Fruwacz w jakikolwiek sposób miałby być j e g o? Ten chłopak co to zajeża się jak pancernik ilekroć się do niego odezwać. Spojrzał na odbiegającego z piłką chłopaczka, a potem na Fruwacza. Czego było trzeba, żeby z tego bidoka wyciągnąć jeszcze żywego człowieka, który nie żyłby tylko degrengoladą serwowaną przez Szeptuchę? Zmarszczył brwi. A potem uśmiechnął się choć nie do końca z przekonaniem.
        - Nie jest tak źle jak na początku... - stwierdził nawiązując do tego jak ich pojmano, zamknięto i roztoczono wizję śmierci w walce z Czarnymi - Może byśmy się rozejrzeli po tym ich Jarze nim odejdziemy?

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        1
        • NanatarN Niedostępny
          NanatarN Niedostępny
          Nanatar
          napisał ostatnio edytowany przez Nanatar
          #4

          Dobrze się Noa wyspał, leżało mu się dobrze, wstawać nie chciało. Poranna krzątanina choć zupełnie różna od wszystkiego co znał, wydawała mu się muzyką bezpieczeństwa. Zdrowej równowagi. Ale to nie był Dom nad jeziorem, nie ostatni przystanek. Za sucho, za blisko bandytów. Noa miał plan jechać na północ, gdzie zasobów jest dość, a większość ludzi odstrasza surowy klimat i brak osad do łupienia.
          Westchnął przeciągle, kiedy pomyślał, że jednak wolałby jeszcze dołączyć to rodziny żonę. Czy nie był zbyt zachłanny? Miał wszak już tak wiele: Woła, Fruwacza, Liorę. Dwa rewolwery, wyliczał w myślach.

          Poruszenie wielkiego kompana, wyrwały Cohena z półsnu i sprowadziły umysł na powrót do aktualnych spraw. Próbował sobie przypomnieć, co mówiła wczoraj Aga, coś o krecie, świtało, dzwoniło, ale nie wiedział w którym resorze. Przypomniał sobie o zwiadzie i o podjętej i dobrze przespanej decyzji. Oko uchylił na słowa Woła.

          -Nooo. - przytaknął - moglibyśmy się rozejrzeć. Skoro miła pani tak zapraszała, to odmawiać niegrzecznie. Podniósł się wpół i usiadł na posłaniu przecierając zaspane oczy. Długą ręką sięgnął po dzbanek z wodą i osuszył niemal do dna. Resztką przemył twarz i kark. Żałował, że nie zostało na nogi, no ale może później.

          -To gdzie dają tę pyszną zupę, którą tak czuć? Wydaje mi się, że wyczuwam kumin. - zaczął powoli wstawać i zakładać ubranie. W końcu jakby sobie coś przypomniał.
          -Słuchajcie, podjąłem decyzję, że pójdę zbadać ten ich punkt obserwacyjny. Mapy są nam potrzebne, a ci ludzie poprosili o pomoc. Uważam, że jeśli ktoś prosi o pomoc to należy jej udzielić w miarę swoich możliwości. Może to naiwne, ale każdemu należy się jedna szansa. Nie proszę nikogo, by mi towarzyszył, choć nie ukrywam, że bystre oczy w tylnej straży by się przydały. - uśmiechnął się szelmowsko - Ale dajcie mi teraz tę zupę! - zagrał teatralnie potwora łapiącego Liorę.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • KetharianK Ketharian przeniósł ten temat z Rozgrywka dnia
          • LynxL Niedostępny
            LynxL Niedostępny
            Lynx
            napisał(a) ostatnio edytowany przez
            #5

            Fruwacz siedział oparty plecami o chłodną skałę, z karabinem opartym o kolano, choć dobrze wiedział, że w Wolnym Jarze nikt nie spróbuje im poderżnąć gardeł o świcie. I właśnie to go uwierało.
            Bezpiecznie.
            Za bezpiecznie.
            Jar oddychał spokojem, któremu nie ufał. To sprawiło, że sen był płytki i rwany obrazami.
            Gaspar.
            Krew.
            Wilczy pysk.
            Strzał.
            Otworzył oczy, gdy Jar już żył. Zobaczył dzieciaka z piłką. Zobaczył kobiety niosące wodę. Mężczyzn, którzy nie trzymali dłoni blisko spustu. I coś mu się w środku skręciło. Nie z zazdrości. Z nieufności.
            Posłuchał się równie budzących się towarzyszy.
            -Jar jest miły- dodał na koniec ich wypowiedzi.
            Spojrzał na Woła, potem na Noa, na Liorę. Na ludzi, którzy jeszcze nie nauczyli się, że spokój to rzecz tymczasowa.
            -Możemy tu posiedzieć. Dzień, dwa. Zjeść zupę. Pozachwycać się, że dzieci się śmieją, oraz nikt do nas nie mierzy z broni. – zakończył wzruszeniem ramion.
            – Ale jeśli chcemy tu zostać w spokoju… albo żeby oni tu zostali w spokoju… to i tak Czarnych trzeba się pozbyć.
            Nie podnosił głosu. Nie musiał.
            – Czarna Dywizja nie zostawia takich miejsc w spokoju, a już i tak kręcą się blisko. Możemy się rozejrzeć. Nie zmieni to jednak faktu, że jak chcecie tu zostać to musimy najpierw zapracować na szacunek miejscowych.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SWATS Niedostępny
              SWATS Niedostępny
              SWAT
              napisał(a) ostatnio edytowany przez SWAT
              #6

              Fruwacz zorientował się dopiero po tym jak przetarł zaspane oczy i się przeciągnął, że jego „karabin”, który jeszcze chwilę temu trzymał instynktownie przy kolanie był tylko kijem od szczotki. Ot, kawałek drewna, który wziął odruchowo, bo ręce szukały broni. Prawdziwej broni nikt wam jeszcze nie oddał. I wy też po nią jeszcze nie poszliście.

              Prowadzeni zapachem zupy trafiliście do prowizorycznej stołówki, szerokiej wnęki jaskini, gdzie wzdłuż ścian stały długie, zbite z desek stoły. Nad nimi wisiały lampy naftowe i kilka prowizorycznych żarówek, zasilanych z czegoś, co wyraźnie miało lepsze dni.

              Za wielkim, osmalonym kotłem krzątała się staruszka o twarzy pooranej zmarszczkami jak wyschnięta ziemia. Uśmiechała się do każdego, jakby widziała w nim kogoś dawno niewidzianego. Nabierała zupę chochlą z wprawą kogoś, kto robi to od lat.

              — Proszę, kochani, jedzcie, póki ciepłe — powiedziała, nalewając wam solidne porcje. — Dziś dobra. Z kóz górskich. Nasi chłopcy wczoraj jedną upolowali. No i grzyby jaskiniowe, takie białe, miękkie… Nie bójcie się, jak się je dobrze wygotuje, to nawet nie zabijają. — mrugnęła porozumiewawczo.

              Zupa pachniała tłusto i sycąco. Po raz pierwszy od dawna czymś więcej niż sucharami i konserwą. Przy sąsiednim stole kilku ludzi rozmawiało półgłosem, ale w jaskini dźwięk niósł się mimowolnie.

              — Mówię ci, znowu ktoś nie wrócił z korytarza D-14…
              — A nie mówiłem? Czort wie, jakie tam licho siedzi.
              — Dawno ten tunel powinni podsadzić. Po co nam taka dziura w ziemi?
              — Popiół mówił, żeby jeszcze poczekać… Ale ile można czekać?

              Stołówka

              Gdzieś dalej, bliżej jednej ze ścian, zbierała się grupka ludzi. Rozstawiali prowizoryczne ławy, ktoś rozwieszał kawałek płótna z jakimś prostym symbolem. Ojciec Ewald, zwany Popiołem, stał z boku, rozmawiając cicho z kilkoma osobami. Poranna msza miała się zacząć niedługo, bez dzwonów, bez patosu. Po prostu ciszą.

              Z drugiej strony jaskini słychać było zupełnie inny dźwięk: metal o metal, warkot i głośne przekleństwa. Hanka „Ember” wraz z kilkoma technikami klęczała przy starym generatorze diesla. Silnik był rozbebeszony, ręce mieli czarne od smaru.

              — Ja pierdolę, kto to tak składał?! — wydarła się Hanka. — To nie jest filtr, to jest prowokacja!
              — Działał wczoraj…
              — Wczoraj to ja byłam młodsza! Podaj klucz, ten większy!

              Jar był bezpieczny. Ale nie dlatego, że pozwalano tu chodzić z giwerą. Liora usiadła obok Noa z miską zupy w dłoniach. Zjadła kilka łyżek w ciszy, po czym spojrzała na niego bokiem.

              — Hej… — odezwała się cicho. — Jakbyś jednak szedł sprawdzić ten punkt obserwacyjny. To idę z tobą. - wzruszyła ramionami. — Nie widzi mi się siedzenie całe życie pod skalnym sufitem. Nawet jeśli tu jest… Spokojnie.

              Przed wami był dzień. Jar niczego nie wymagał. Droga jeszcze milczała.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              2
              • NanatarN Niedostępny
                NanatarN Niedostępny
                Nanatar
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #7

                Całe to błogie ciepło, zakopcenie całe, uśmiech kobiety, wszystko go to rozleniwiło, poddawał się temu chętnie, rozpływał się, słuchał leniwie, jak plotek w rodzinie. Na słowa Liory, spokojnie, jak przystało na różnicę wieku nabrał trzy łyżki zupy i rozkoszował się ciepłą strawą. Strawą robioną z sercem. To było podwójne zaspokojenie, głodu brzucha i ducha. Wreszcie odwrócił się do już zniecierpliwionej młodej kobiety, uśmiechnął spod zarostu.
                -Idziesz z tyłu nie chojrakujesz. Bardzo mi miło. Jedz, nie wiadomo kiedy znów trafi się nam taki serwis.

                Znów z lubością smakował prostą nalewkę. Poszedł nawet po dokładkę i podziękował kobiecie nazywając ją matką. Noa był kiepskim kucharzem i ludzi posiadających tę sztukę bardzo poważał. Kiedyś pewien mocodawca powiedział mu, że kulinaria wyznaczają pozycję człowieka w świecie, czynią go oświeconym, lub barbarzyńcą. Cohen miał wrażenie, że sprawa nie jest tak prosta i jednoznaczna, niemniej lubił dobrze zjeść. Podobnie jak Wól, ten również przyszedł po dokładkę.

                Wrócili z drugą porcją, kiedy Liora kończyła posiłek.
                -Proszę znajdź Agę i przekaż jej, że proszę by znalazła dla mnie chwilę - poprosił Liorę testując jej lojalność i determinację. Jednocześnie pozwalając odegrać w zwiadzie już konkretną rolę. Oznaczało to przyjęcie do paczki zwiadowczej i pewną konfidencję.
                -To co? Pogadamy z nimi. - rzucił do Fruwacza i Woła. - Sprawdził byś Fruwacz może ten filtr, to ci głupie myśli ze łba wybije, a Wól zapewne rozkocha w sobie miejscową karczmarkę. - rzucił spojrzeniem na starszą kobietę przy kuchni. Roześmiał się, choć żart nie był jakiś przedni, to przynajmniej był. Tak budowało się relacje, tak szukał rodziny. - wybaczycie.

                Podszedł z niedojedzoną zupą do grupy rozprawiającej o tajemniczych korytarzach.
                -A D14, raczej nie licho.
                -Co?
                -Nie ma stworzenia i zjawiska licho. Jestem Noa, Pokażcie gdzie ten korytarz. I dawajcie te straszne historie.

                Miał nadzieję Cohen, że sobie naniesie na topografię korytarze D14, kiedy już wyjdzie z kompleksu i spojrzy na niego z góry.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                2
                • SWATS Niedostępny
                  SWATS Niedostępny
                  SWAT
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #8

                  Przy stoliku siedziało trzech mężczyzn.
                  Jeden starszy, siwy, wychudzony, twarz miał pooraną zmarszczkami jak ściana jaskini. Ręce grube, spracowane, palce powykręcane od lat pracy z kilofem. Drugi był młodszy, na oko dwudziestokilkuletni, nerwowy, nie potrafił usiedzieć spokojnie. Brud pod paznokciami, oczy podkrążone od niewyspania. Trzeci był chudym mechanikiem w okularach z porysowanymi szkłami, z palcami poplamionymi kredą i smarem.

                  Zapadła chwila ciszy. Młodszy prychnął nerwowo.
                  — Ty tak serio?
                  — To oni. Ci złapani przy trasie — rzucił mechanik.
                  Starszy odstawił miskę. Powoli. Jakby zastanawiał się, czy w ogóle warto zaczynać.
                  — Serio było wtedy, kiedy pierwszy raz ktoś nie wrócił — powiedział w końcu. — Potem było już tylko… głupio.
                  — Głupio? — zapytał strażnik Jaru ze stolika obok, który podłapał temat.
                  — Bo nikt tam nie ginął jak w bajkach — wtrącił młodszy. — Żadnych krzyków. Żadnej krwi. Wchodzili i… nie wychodzili.
                  Starszy skinął głową.
                  — D-14 to stary korytarz techniczny. Przedwojenny. Głęboki. Suchy. Bez zawałów. Idealny do roboty. — Prychnął gorzko. — Za idealny.
                  — Co znaczy „za idealny”? — dopytał strażnik spokojnie.
                  — Że idziesz i masz wrażenie, że wszystko się zgadza. — Starszy potarł dłonie. — Kroki się liczą. Echo wraca. Lampy świecą. Tylko… po jakimś czasie przestajesz wiedzieć, czy idziesz do przodu, czy w kółko. A powrotu nie ma.
                  Młodszy przełknął ślinę.
                  — Mój brat tam poszedł. Zostawił kilof przy ścianie. Jakby uznał, że już mu niepotrzebny. — wyszeptał. — Znaleźliśmy go trzy dni później. Siedział pod ścianą. Jeszcze żywy. Uśmiechnięty. Nie chciał wracać. Zabraliśmy go siłą. Dzień później podciął sobie żyły.
                  Strażnik nie drgnął.
                  — A Bran? — zapytał po chwili. — On tam był.
                  Starszy spojrzał na niego uważnie.
                  — Był. I wrócił tylko dlatego, że zrobił coś, czego normalny człowiek by nie zrobił.
                  — Co? — padło pytanie od drugiej strony stołu, od mechanika.
                  Starszy zawahał się, po czym odpowiedział:
                  — Zrobił sobie krzywdę. Poważną. Żeby poczuć, że jeszcze jest sobą. — westchnął. — Powiedział potem, że korytarz go „zapraszał”. Nie groził. Nie straszył. Po prostu obiecywał spokój.
                  Młodszy dodał cicho:
                  — Dlatego nikt tam już nie chodzi. Bo to nie miejsce, które zabija. To miejsce, które mówi: zostań. I ludzie zostają. Umierają z głodu, z pragnienia albo z wycieńczenia, błądząc w kółko.
                  Mechanik odstawił miskę.
                  — Musisz wiedzieć… — zwrócił się do Noa, przecierając brudnym od smaru palcem okulary. — Wolny Jar to system jaskiń krasowych, szczelin i podziemnych cieków wodnych, połączony z państwowym kompleksem wydobywczo-technicznym. Ale… — zawahał się. — Pierwsi, którzy zaczęli eksplorować ten system, znajdowali dużo rządowej i wojskowej dokumentacji. Co może znaczyć, że było tu coś jeszcze. Ta rozległa komora, którą widzicie… to zaledwie ułamek całego kompleksu.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  1
                  • MarrrtM Online
                    MarrrtM Online
                    Marrrt
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                    #9

                    Wół

                    - Jabłko tym słodsze im bardziej pomarszczone co Noa? - odpalił Wół, po czym mrugnął do kowboja i zarechotał jak kozioł, z którego zrobiona była polewka.
                    Zjadłszy jednak swoją porcję z apetytem i smakiem, wstał, przeciągnął się głośno głaszcząc się po brzuchu i podszedł do kucharki.
                    - Nooo mamciu… to naprawdę świetna zupa. Koziołek, grzybki… Ale to nie wszystko. Znam się ja na dobrym jedzonku i tutaj znać, że w kociołku nie byle jaka chochelka ważyła. Powiedzcie… jak dajecie radę dla takiej masy luda żarełka narobić?

                    Staruszka uniosła wzrok znad kotła, zmrużyła oczy i przez chwilę mierzyła Woła spojrzeniem, jakby ważyła, czy mówić prawdę, czy wersję „dla obcych”. W końcu parsknęła cicho.
                    - A bo widzisz, synku… - zaczęła, opierając chochlę o krawędź kotła. - Tu się nie gotuje na zapas marzeń, tylko na zapas rozsądku.
                    Nachyliła się bliżej, jakby zdradzała sekret, choć mówiła dość głośno, by usłyszeli i inni. - Kozy z gór dają mięso, mleko i skóry. Grzyby rosną same, jak się wie gdzie patrzeć. Woda jest, tylko trzeba ją pilnować, żeby nie zgniła. A jak czegoś braknie…- wzruszyła ramionami - …to się gotuje rzadziej, ale mądrzej.
                    Uśmiechnęła się krzywo.
                    - Nikt tu nie je do syta codziennie. Ale nikt też nie głoduje. Jedni polują, drudzy zbierają, trzeci pilnują, żeby nikt nie brał więcej, niż mu trzeba. - stuknęła chochlą w kocioł. - A ja pilnuję, żeby z tego wszystkiego wyszło coś, co da się nazwać zupą.
                    Spojrzała Wołowi prosto w oczy.
                    - Wolny Jar żyje, bo każdy dokłada do garnka. Nawet jak wrzuca tylko ciszę i nie robi kłopotów. Po czym nalała kolejną porcję komuś z kolejki i mruknęła już bardziej do siebie:
                    - A jak ktoś przestaje dokładać… to Jar to czuje. I długo tu nie zostaje.

                    - Taaaa… trochę już się tego nasłuchałem - odparł Wół z niesmakiem. Nie umiał nic na to poradzić, ale nieswój się czuł z tym pełnym ponurych i poważnych… - Jar to, Jar tamto, Jar sramto… No wiem… Cenicie swój domek. I ja to szanuję. Ale… no ciężko by mi było tu z wami. Ale może by się wam jaka pomoc zdała nim stąd odejdziemy? Mój kowbojski druh, o ten tam, się coś interesuje jakimiś korytarzami. A młodego ciągnie do jakiejś strażnicy Czarnych. Cholera wie co z tego wszystkiego wyjdzie. Ale pewnie zanim stąd wyjedziemy to może uda mi się coś dla was ogarnąć z powierzchni?

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    1
                    • SWATS Niedostępny
                      SWATS Niedostępny
                      SWAT
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #10

                      Staruszka westchnęła cicho, bez urazy. Bardziej jak ktoś, kto słyszał już podobne słowa wiele razy. Zamieszała spokojnie w garnku.
                      — I dobrze, że ciężko by ci było — odpowiedziała spokojnie. — Jak komu tu za lekko, to znaczy, że jeszcze nie rozumie, czym Jar jest naprawdę.

                      Otarła dłonie o fartuch i spojrzała Wołowi prosto w twarz. Bez patosu. Bez tej „jarowej” gadki, której tak nie lubił.
                      — My nie chcemy, żeby wszyscy tu zostawali. Jar nie jest klatką ani przystankiem dla każdego. Jedni tu dochodzą do siebie, inni nabierają sił i jadą dalej. I to jest w porządku. - nachyliła się trochę bliżej.
                      — A pomoc… — uśmiechnęła się lekko. — Pomoc zawsze się przyda. Ale nie taka z wielkich słów. Tylko prosta. — podała mu stos misek. — To naczynia same się nie umyją.

                      Nie przerywając rozmowy, nalała kolejną miskę potrawy ubrudzonemu od smaru technikowi.
                      — Jak wrócicie cali, to też jest pomoc. Bo wtedy inni widzą, że da się tu wpaść, odpocząć i nie umrzeć. Ostatnio mieliśmy kilku uciekinierów z Brzasku. — urwała na chwilę, widząc Twoje spojrzenie i westchnęła.
                      — Osada rolnicza, parę dni drogi stąd. Pola na powierzchni, szklarnie z resztek szkła i plastiku. To oni karmią Fort Karmazyn. Nie koniecznie chcą, ale kiedy masz przystawiony pistolet do głowy nie wiele masz do gadania. Będziesz miał chwilę, to pomódl się za nich żeby przetrwali kolejną zimę.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • LynxL Niedostępny
                        LynxL Niedostępny
                        Lynx
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #11

                        Fruwacz jadł powoli, mechanicznie, jak ktoś, kto bardziej pilnuje otoczenia niż miski. Kiedy Liora zadeklarowała wsparcie, uniósł na nią wzrok tylko na chwilę, ale kiwnął głową z wyraźnym, cichym uznaniem.
                        *-Zapamiętam-*mruknął krótko.
                        ~Dobrze mieć kogoś, kto popilnuje pleców.~ dopowiedział w myślach.
                        Nie dodawał jednak nic więcej. Nie był od wielkich słów.
                        Po posiłku nie szukał rozmów. Ruszył ni sam ni za towarzyszami, niby bez celu, z rękami wsuniętymi w kieszenie kurtki. Spacerował wolno, chłonąc Jar jak zwiadowca, który jeszcze nie dostał rozkazu, ale już układa plan w głowie.
                        Minął parę miejscówek podsłuchując mieszkańców i zbierając informację . Zauważył, że paleniska są rozstawione tak, by dym naturalnie ciągnęło ku szczelinom pod sklepieniem, a wszystko wydaje się być rozstawione całkiem zmyślnie ogarnięte. Ktoś wiedział, co robi.
                        Zatrzymał się na moment, rozglądając się. Wartownicy zmieniali się bez zbędnych gestów. Jeden schodził, drugi już był na miejscu. Dyscyplina bez krzyków. Zanotował to w pamięci.
                        Zlokalizował chyba nawet zbrojownię. Zerknął tylko przelotnie w jej kierunku tęsknie wspominając ciężar broni. Widział jednak od razu, że lepiej nie ryzykować.
                        Idąc, słuchał też swoich ludzi.
                        Gdzieś z tyłu niósł się tubalny głos Woła i stuk naczyń najwyraźniej wielkolud faktycznie został zaprzęgnięty do roboty. Fruwacz parsknął pod nosem.
                        ~ On zawsze jakby był u siebie.~ dodał w myślach. Trochę jednak zazdroszczące łatwości w nawiązywaniu kontaktów.
                        Z drugiej strony słyszał Noę, który rozmawiał o korytarzu D-14. Słowa o zagubieniu, o ludziach, którzy nie chcieli wracać, utkwiły mu w głowie jak drzazga. Zanotował nazwę. Korytarze. Możliwe zagrożenie. Możliwa droga ku wolności. Albo pułapka.
                        Krążył jeszcze chwilę, obserwując układ pomostów, liny transportowe, miejsca gdzie woda ściekała do zbiorników. Liczył odległości, kąty ostrzału, potencjalne drogi ucieczki
                        W końcu oparł się o jedną ze skał krzyżując ramiona.
                        Czekał.
                        Na pozwolenie.
                        Na misję.
                        Na moment, w którym znów będzie mógł ruszyć tropem Czarnej Dywizji.
                        I tylko, niemal bezgłośnie, mruczał coś pod nosem. Niezadowolony z swej bezsilności.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        1
                        • NanatarN Niedostępny
                          NanatarN Niedostępny
                          Nanatar
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #12

                          Wiedział Noa tyle o zachowaniach socjalnych, że warto dać się ludziom wygadać ile chcą, ale za język nikt nie lubi być ciągniętym. Usłyszał zresztą dość by się sprawą zainteresować. Bo dawne rządowe obiekty i ich tajne projekty kusiły możliwościami, kusiły wiedzą i artefaktami.

                          Podziękował, rację przyznał, strach odegrał i udał się na poszukiwania Agi. Uwagę zwrócił mężczyzna, który w niewielkiej kawernie ozdobionej celowo obiektami sakralnymi, tłumaczył coś grupce młodzieży. Osobiście znalazłby im lepsze zajęcie niż wysłuchiwanie kazań moralnych, ale ani był u siebie, ani dobrze znał zwyczaje Jaru. Totez przystanął tylko i podsłuchał, co raz się oglądając, czy gdzieś nie zobaczy Liory, czy tez samej Agi.

                          Skoro się z pomocą zdeklarował, zadania podjął, pragnął, by jak najszybciej już się do owego zabrać.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          2
                          Odpowiedz
                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                          • Najpierw najstarsze
                          • Najpierw najnowsze
                          • Najwięcej głosów


                          • Zaloguj się

                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                          Powered by NodeBB Contributors
                          • Pierwszy post
                            Ostatni post
                          0
                          • Kategorie
                          • Ostatnie
                          • Tagi
                          • Popularne
                          • Świat
                          • Użytkownicy
                          • Grupy