Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
Stille Nacht
-
Krew skapywała z brody młodego Rohrbacha malując na ziemi odcisk jego zwierzęcej zbrodni... niczym znacząc ziemię Świętą Pieczęcią zamykająca go za wrotami Piekieł.
Deotheri powoli skierował spojrzenie na Zygfryda chwiejącego się na nogach zdających się być martwym mięsem bez mięśni. Nie wykonał żadnego ruchu w jego stronę ni nie skrzywił żadnego cala twarzy. Wyciągnął dłoń w bok w oczekiwaniu na włożenia czegoś w nią.
- Nie planowałem tego tak. - odezwał się von der Recke przyszpilając spojrzeniem Zygfryda - Wiem, że jesteś głodny.Ruch po boku młodego rycerza pozwolił mu ujrzeć kątem wzroku jednego z rycerzy jaki wiernie towarzyszył dowódcy. Uklękł przed mężczyzną unosząc nad głowę prostą drewnianą miskę, w której jeszcze tego ranka jedli owsiankę wokół ogniska.
- Wybacz te urągające warunki. - odezwał się Deotheri przyjmując miskę, z której dobywał się taki nęcący zapach....
Miska została przysunięta do Zygfryda, który wręcz siebie nie mógł powstrzymać przed rzuceniem się by dobrać do jej karmazynowej, ciepłej zawartości.Chłeptał ją niczym wygłodniały pies. Czuł taką przyjemność rozchodzącą się po jego ciele... Krzyki, jęki i błagania braci broni nie docierały uszu Rohrbacha zbyt skupionego na tym i teraz. Nie pamiętał czy wyrwał miskę z rąk dowódcy, czy on mu ją podał. Nie obchodziło go, że teraz liże drewno miski w poszukiwaniu resztek krwi...
Obok niego upadła pchnięta na ziemię Svajone, jakiej suknię plamiła brudna od krwi błotnista ziemia. Głód lekko zdążył ustąpić, ale...
- Jest twoja.
Usłyszał słowa dowódcy przyglądającego się scenie. Svajone zakwiliła, gdy zobaczyła wzrok Zygfryda. Wzrok bestii. Zaczęła czołgać się po ziemi byle odsunąć. Drżała na całym ciele wyciągając dłonie w obronnym geście.
A Deotheri patrzył na tle odgłosów śmierci.
-

Zygfryd nie miał czasu by przemyśleć słowa Deotheriego na temat "urągających warunków". Wciąć przenikał go głód, jakiego nigdy nie czuł i niczym zwierzę, a nie rycerz ze szlachetnego przecież rodu, wychłeptał cudowną ciecz z miski, a czerwone niczym ognie piekieł krople spływały po jego twarzy. Na szczęście nie mógł teraz sam zobaczyć swojego splugawionego oblicza.
A potem Svajone została rzucona do jego stóp niczym zdobyczna branka. Którą właściwie była...chociaż czy ta tajemnicza poganka nie próbowała go ostrzec? Wraz z zaspokajaniem głodu w jego głowie pojawił się natłok myśli, ale nie był w stanie jeszcze tego zrozumieć, czym się właściwie stał?
Ale na widok czołgającej się niewiasty głód powrócił i odmieniony Rohrbach doskoczył do niej, przyszpilając do ziemi ciężarem ciała. Coś krzyczało do niego żeby zaspokił pragnienie zupełnie i wbił się w jej szyję. To go przeraziło.....przecież przybył tutaj by nawracać pogan, dając im światło Prawdziwej Wiary.
Nie! - wydał z siebie okrzyk i wytężył całą swoję wolę by puścić Svajone.
- Nie chce jej krzywdzić, zabierz ją ode mnie! - zawył do rycerza służącemu Deotheriemu.
-
W pierwszej reakcji rycerz służący Deotheriemu odwrócił głowę w stronę dowódcy nim choćby drgnął, wyraźnie oczekując wpierw od niego rozkazu. Zdesperowany Zygfryd czuł jakby jaka bestia chciała wyrwać się z jego piersi i rozszarpać bezbronną Svajone, jaka zakrywała oczy oczekując śmierci.
Nie trwało długo nim rycerz nie pochwycił poganki za ramiona i nie odsunął ją dalej od wygłodniałego Zygfryda. Gdyby młody mężczyzna nie był ciągłe w oszalałym stanie mógłby zastanowić się dłużej czemu nagle kobieta uspokoiła się, gdy napotkała wzrok Deotheriego, jednak sam zapach wszechobecnej krwi kamratów buzował coś w nim, czego opanować nie mógł.- Pożyw się więc na nich. - Deotheri gestem dłoni wskazał na leżące na ziemi ciała niektórych Kawalerów Mieczowych i ponownie zwrócił się rozmawiać z rycerzami na swoich usługach.
-
"Pożyw się więc na nich". Skołowany Zygfryd nie mógł zrozumieć dlaczego przywódca Kawalerów Mieczowych, rycerzy służących Bożej sprawie, wydał taką plugawę komendę.... jak przez zalewającą go zewsząd czerwoną mgłę przypomniał sobie słowa Svajone: "Mogiły które chodzą nocami...." Czy Deotheri był jakimś demonem, który właśnie uczynił go podobnym sobie? Nie mógł jednak myśleć jasno, ten potworny głód uderzył go ponownie niczym rozrywający na strzępy huragan. Wciaż nie chcąc odebrać życia Svajone, skoczył ku jednemu ze swoich ciężko rannych braci, który chyba i tak dogorywał, tłumiąc uczucie palącego wstydu. Musiał zaspokoić głód żeby móc zrozumieć co się stało...nie spocznie póki Deotheri mu tego nie wyjaśni! Musiał mu odzielić odpowiedzi.
-
Nie mógł też zrozumieć dlaczego niczym zdziczały pies wgryza się w ciało jednego ze wciąż żyjących Kawalerów Mieczowych jakby było ono jedynie darmowym posiłkiem z ciała bezbronnego człowieka. Nie mógł zrozumieć czemu krew jest taka słodka na jego języku, a jej ciepło tak pożądane. Widział gasnące życie w oczach człowieka, z jakim służył, jaki był mu bratem...
I nie był nawet pewien czy czuje tak wielki wstyd jaki czuć powinien.
Czy naprawdę czuł jakikolwiek...
W jakimś osłupieniu patrzył na swoje dłonie, na krew jaka brudziła karmazynem zieleń i ściółkę leśną. Nie rozumiał co się stało i jednocześnie rozumiał doskonale kto był przyczyną krwi upuszczonej z bladego już ciała zmarłego towarzysza broni. Nawet nie mógł sobie przypomnieć jego imienia!
Chciał krzyczeć, chciał błagać Boga o przebaczenie... jednak jednocześnie...
Nie chciał.Bo wszechobecna krew była nagrodą za wszystko.
Był taki pełny.
Zadowolony.Tylko te oczy...
- Jesteś już gotowy, młody panie? - zapytał go jeden z rycerzy służący Deotheriemu.
To zastygłe spojrzenie kompana jakiego dobił ten nienaturalny głód...
- Musimy odejść nim świt będzie zbyt blisko. - w słowach przybocznego Deotheriego była jakaś skrywana obawa... Czy bardziej ponaglenie.
Pełne poczucia zdrady.
-
Próbował zrozumieć...... teraz kiedy już zaspokoił już to potępieńcze pragnienie. Lecz twarz zmarłego kompana wypełniła jego świat, wraz z poczuciem spełnienia, które przyniosła krew. Czym on był i co się stalo z jego nieśmiertelną duszą?
Syknął gniewnie na przybocznego Deotheriego, odsłaniając kły.
- Odejść gdzie?! I kim ty jesteś?Nie miał zamiaru podążąc za Deotherim jeśli nie pozna jakiś odpowiedzi. Dlaczego miałby ufać jemu i jego sługom, po tym co się stało? Czy byli oni lepsi od tych pogańskich demonów, które wymordowały właśnie jego braci?
-
Człowiek jakiego poznał jedynie jako przybocznego Deotheriego nie cofnął się czy nie drgnął w przestrachu na złość Zygfryda, a jednak zachowywał jakąś uległą postawę wobec młodszego rycerza.
- Skryć się. - wyjaśnił spokojnym głosem - Przed słońcem, młody panie. Powrócić do obozu. - spojrzał w stronę dowódcy wciąż zajętego rozmową nim ponownie odezwał się do Zygfryda, zginając przed nim kark - Nie moje miejsce tłumaczyć tych zawiłości. Jestem jedynie sługą mojego pana i nie roszczę sobie możliwości wejścia w buty Twego nauczyciela. -
- Przed słońcem?! Czyli ono nam zagraża? - Zygfryda ogarnęła zgroza gdy zaczęły do niego docierać implikacje tego co własnie usłyszał, szczególnie że mógł już próbować myśleć o czymś innym niż o tym wszechorganiającym uczuciu głodu.... i nie były to myśli mogące przynieść jakikolwiek spokój. Czy miał teraz uciekać przed światłem dnia jak te pogańskie upiory z którymi się starli?
W złości odepchnał przybocznego Deotheriego i rozejrzał się za jego Panem. Chciał też sprawdzić co się stało ze Svajone.
-
Zygfryd odepchnął przybocznego z nieoczekiwaną łatwością, jakby ten nic nie ważył i nie stawiał oporu. Mógłby nad tym dumać dłużej, gdyby nieoczekiwana sytuacja w jakiej się znalazł nie zajmowała tak jego umysłu. Szybko też wypatrzył Svajone stojącą posłusznie nieopodal Deotheriego , jaki tłumaczył coś swoim podkomendnym.
Zwróciła się na Zygfryda jej przyglądającego i wtedy Rohrbach zobaczył, że w wejrzeniu poganki kryje się czysty strach, jaki widzialny nie był w samych ruchach ciała zamrożonych jak w kamieniu; krył się głęboko w spojrzeniu oczu.
-
Zygrfyd czuł gniew i obrzydzenie do tego w co się przemienił, do tego co właśnie zrobił, wysysając resztkę życia z tego, którego nazywał bratem z zakonu. Zakonu, gdzie miał udowodnić swą wartość jako rycerz w bożej sprawie, nie stać się jakimś potworem. A ponieważ rozumiał że cokolwiek się z nim stało, uczynił mu to Deotheri to skierował sie więc prosto ku niemu. W pierwszym odruchu chciał nawet rzucić mu się do gardła ale coś, jakby głos w środku, go przed tym powstrzymał. Nie znał tego głosu.
- Co mi uczyniłeś?! Nie prosiłem cię o to! - syknął znad odsłoniętych kłów.
-
Deotheri gestem ręki odprawił swojego rozmówcę by stanąć oko w oko z Zygfrydem.
- Dziecię. - odezwał się spokojnym głosem - To wszystko stało się zbyt szybko i nieoczekiwanie. Nie planowałem tego tak. Na pewno nie teraz. - z tonu mężczyzny dało się wyłapać podźwięk prawdziwego żalu na sytuację - Ale innego sposobu nie było. Albo teraz, albo nigdy.
Zirytowanemu Zygfrydowi głos Detheriego wydał się w pewnym sensie przyjemny i taki... troskliwy? Ojcowski prawie. Mimo złości nie potrafił w sobie wytworzyć furii na dowódcę. Irytacja była nawet ciężka do utrzymania.
- Wszystko ci wytłumaczę, nie pozostaniesz bez wiedzy o tym co się stało i jak teraz będzie wyglądać twoje istnienie. Rozumiem, że jesteś skołowany. Rozumiem, że masz wiele pytań, ale muszą one poczekać do jutrzejszej nocy w obozie.Zygfryd zobaczył, że wciąż żywi przyboczni Deotheriego zbierają się do powrotu.
- Nadciąga świt, Zygfrydzie. -
Zygfryd słuchał kojącego głosu Deotheriego w milczeniu. Nie rozumiał....gdzie się podział czerwony gniew który przed chwilą odczuwał?
W końcu skinął głową lekko i niepewnie, bezradny niczym zagubione dziecko, już nie dumny rycerz zakonny
- Dobrze...wracajmy więc do obozu. Czy ponieśliśmy tutaj klęskę? - spojrzał się dookoła po zmasakrowanych ciałach.
Zastanawial się jakie znaczenie miał teraz wynik tego starcia. Czy była ta walka sług bożych z pogańskim pomiotem, czy coś jeszcze, biorąc pod uwagę czym on się stał i kim mógł być Deotheri? Ale jego przywódca miał rację, musieli wracać... -
- Próbowaliśmy ugryźć za dużo niż powinniśmy. - w głosie Deotheriego była ukryta irytacja lecz na siebie samego - Nie zobaczyłem w porę ostrzeżeń, nie zrozumiałem... Bitwa nie tyle co została przegrana, co ponieśliśmy straty lecz udało się zapobiec całkowitej klęsce.
Słowa dowódcy mogły brzmieć dziwnie, jako że wokół leżeli martwi towarzysze broni, a przyboczni Deotheriego by być pewnymi przebijali każdemu leżącemu gardło.
- Czy zależy ci na tej pogance? - odezwał się do Zygfryda - Czy widzisz dla niej zastosowanie w przyszłości?
-
Zygfryd rozejrzał się dookoła zamglonym spojrzeniem, słowa Deotheriego były dla niego kojące ale to co się działo dookoła nie miało sensu.
-Svajone? - rozejrzał się za nią. Nie, nie zasłużyła na śmierć, wiele wycierpiała a przecież próbowała mu pomóc.
-Próbowała ostrzec mnie przed zasadzką choć ma wszelkie powody by nienawidzić nasz Zakon.. myślę że możemy się od niej czegoś więcej dowiedzieć. I jakbyśmy chcieli rozmawiać z miejscowymi to przyda się nam ktoś kto zna ich język i zwyczaje...-z jego ust powoli wylewały się słowa kiedy zwrócił spojrzenie z powrotem ku Deotheriemu. -
Deotheri skinął powoli głową i odwrócił się w stronę wciąż zamrożonej strachem Svajone, która nie próbowała nawet wykonać najmniejszego ruchu z miejsca, w jakim została pozostawiona.
- Podążasz za nami, trzymaj się blisko Zygfryda. Jemu życie zawdzięczasz.Następnie uniósł głos i władczo wydał rozkaz odejścia z powrotem do obozu.
Zygfryd zobaczył jak poganka zbliżyła się do niego mimo strachu malującego się na twarzy. Szeptała pod nosem jakąś modlitwę, pewnie do któregoś ze swoich bożków, a gdy znalazła się po boku młodego Rohrbacha usłyszał on wypowiedziane szeptem przeprosiny skierowane w jego stronę...