Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. [Horror] Gruzy przeszłości

[Horror] Gruzy przeszłości

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
horrorwłasnystranger thingsnastolatkowie
22 Posty 8 Uczestników 547 Wyświetlenia 2 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • billieB Niedostępny
    billieB Niedostępny
    billie
    napisał(a) ostatnio edytowany przez billie
    #3

    text alternatywny

    Ariadna Mirga

    Ariadna zatrzasnęła szafę i przejrzała się we wbudowanym lustrze. Mocno podkreśliła oczy ciemną kreską i rozblendowanym cieniem. Jej spojrzenie stało się ciężkie, chłodne i przykuwało uwagę. Nie cieszyła się z tego powodu, ale również nie miała za bardzo innego wyjścia. Bez makijażu jej rysy wydawały się takie delikatne, dziecięce. Wyglądała na ofiarę. Na kogoś, kogo można wyśmiać lub wykorzystać. Valentino cieszył się wzrostem, mięśniami i wielkimi pięściami. Ona miała mascarę. Była zarówno jej tarczą jak i orężem.
    – Skarbie, czy nie jesteś podekscytowana? – zapytała ciocia Helena, przynosząc jeszcze ciepłą, wyprasowaną, białą koszulę.
    – Dziękuję ciociu, odłóż ją proszę na komodę – odparła Ariadna. – Czy Val jest już gotowy?
    Poprawiła usta szminką w skromniejszym, matowym odcieniu. Tak jak od samego początku planowała. Wpierw postraszyła ciotkę dziwkową czerwienią, a potem zgodziły się na kompromis, który tak naprawdę stanowił docelową preferencję dziewczyny.
    – Brat czeka już na ciebie na dole – odparła starsza pani. – Jesteś pewna, że chcecie iść pieszo? To żaden problem, odpalić auto – dodała, choć tak naprawdę prawie w ogóle z niego nie korzystała. Biały fiat był zawsze czysty i błyszczący, ale nie jeździła nim nawet na myjnię.
    – Jak wyglądam? – Ariadna znowu zignorowała pytanie ciotki i zadała własne.
    Zobaczyła zmarszczkę formującą się na czole staruszki. Nie podobała jej się na pewno fryzura dziewczyny. Brązowe, lekko falujące włosy, potargane w stylowej niedbałości. Nie wybrałaby również czerwonej, kraciastej spódnicy, a tym bardziej przepasującego ją czarnego paska z nitami. Nie lubiła czarnych rajstop, a także całego tego „cygańskiego złota” – kolczyków, łańcuszka i bransoletki. Wiedziała jednak, że Ariadna w szafie miała dużo gorsze pozycje.
    – Pięknie, słonko – ciężko westchnęła. – Jak zawsze.


    Ariadna nie cieszyła się z powodu rozpoczęcia roku szkolnego. Ostatnie dwa miesiące były spokojne. Otaczała się ludźmi, z którymi czuła się komfortowo. Wychodziła z domu wtedy, kiedy chciała. Szła tam, gdzie miała na to ochotę. Pierwszy września opadł na nią ciężko niczym łańcuchy. Zaciągnęły ją do tego okropnego skrawka Sokołowa. Spojrzała na gmach, w którym przyjdzie spędzić jej kolejne cztery lata życia. Lokalne liceum przypominało trochę dżunglę, a trochę więzienie. Brzydki, eklektyczny potworek, złożony z kilku niepasujących do siebie budynków. Świetnie to odzwierciedlało zawartość placówki. Spoglądała na szeregi mrówek, posłusznie zmierzających ku atrium. Poszczególne indywidua niemające z sobą wiele wspólnego. Niechętnie łączące się w grupki, żeby przetrwać. Ona również musiała uczestniczyć w tym całym cyrku. Jeśli nie możesz ich pokonać, to do nich dołącz.
    – Powinniśmy się rozdzielić – powiedziała do brata. – Za bardzo przyciągamy uwagę, gdy jesteśmy razem.
    Valentino lekko przegryzł wargę.
    – Widziałem przed wejściem vana. Trzeba spodziewać się jakiejś transmisji lokalnej telewizji... a w każdym razie po prostu dziennikarzy – mruknął.
    – Myślisz? – odparła. – Nie sądzę, żeby chciało im się fatygować na rozpoczęcie roku szkolnego.
    – Może wyremontowali salę albo otwarli nowe skrzydło. Albo będzie wśród gości ktoś ważny, jakiś poseł, wojewoda, znany absolwent.
    – Albo ktoś medialny. Jak my – odparła.
    – Nie, bez przesady – rzekł Valentino. – Powinniśmy dziękować Bogu za powódź tysiąclecia. Już nikt o nas nie pamięta.
    Niby tak, ale kiedy rozdzielili się, jakieś dziesięć minut potem, faktycznie podeszła do niej kobieta. Zapytała ją, czy jest Ariadną Mirgą.
    – Często nas mylą – pokręciła głową. – Ale ja jestem Aishe Mirge, Ariadna stoi o tam – wskazała sylwetkę oddalonej od nich Romki.
    – Dziękuję, przepraszam – odparła nieznajoma, a Ariadna prawie poczuła wyrzuty sumienia.

    text alternatywny

    Wydawało się, że przemowa dyrektorki nigdy się nie skończy. Okazało się, że liceum w Sokołowie Śląskim nie przypominało amerykańskich szkół. Uczniowie nie mieli powszechnie przypisanych szafek. Przynajmniej nie wszyscy. Otóż istniała grupka wybrańców. Pani dyrektor wspomniała, że ufundowano kilka obdrapanych (nie tak to określiła) skrytek dla laureatów zeszłorocznych konkursów oraz osób na stypendiach sportowych. Obdarzono nawet pierwszoroczniaków, którzy do tej pory nie mieli jeszcze nic wspólnego z tym liceum.
    Ariadna o tym wszystkim bardzo dobrze wiedziała. Mniejszymi rzeczami chwaliły się dumne matki w salonie urody rodziców Iwony. Podobno skrytki były już nawet podpisane.

    Dziewczyna cały czas stała przy wyjściu i w pewnym momencie cichutko rozwarła drzwi i wymknęła się na korytarz. Spojrzała na zegarek. Nie wiedziała, kiedy dokładnie apel się skończy, ale miała nadzieję, że będzie trwał jeszcze chwilę. O ustalonej godzinie spotkała się na korytarzu przy szafkach, o których wspominała dyrektorka. Zza załomu korytarza wyszła Iwona.
    – Przyniosłaś? – zapytała Ariadna.
    – Oczywiście – odparła przyjaciółka, związując gumką niebieskie włosy.
    Minęli ich Agnieszka i Rafałek.
    – Idziemy na czaty – powiedzieli, zajmując strategiczne miejsca po przeciwnych stronach korytarza.

    Ariadna odnalazła szafkę, do której przylepiono tymczasową kartkę z ręcznym napisem „Katarzyna S”. Nie była jeszcze zamknięta kłódką. Szkoła nie była aż tak bogata, by dodatkowo fundować finalistom kłódki. Mieli przynieść własne. I również z tego powodu pani Stobiecka żaliła się w salonie urody.
    – Pokaż – mruknęła Ari.
    Iwona otworzyła torbę i wnet uśmiech wyrósł na twarzy obu dziewczyn. Zaczęły ozdabiać wnętrze szafki laureatki. Ulubienicy nauczycieli, ale jednocześnie niepopularnej kujonki, która ciągle w podstawówce prosiła o zadawanie prac domowych. Jednak nie z tego powodu Ariadna postanowiła sprawić psikusa dziewczynie. Tak właściwie to bardziej mściła się na jej matce, pani Stobieckiej, która cały miesiąc temu poszła do niej na wróżby. Kiedy przyszło do płacenia, zaśmiała jej się w twarz i wyszła. Od tego czasu kłamliwie wypierała się kontaktów z Ariadną, a ona po prostu nie mogła na to pozwolić. Nawet nie chodziło o pieniądze. To była kwestia szacunku.

    Do szafki Kasi Stobieckiej trafił mech, potłuczone znicze, upiorne dziecięce lalki, kasztanowe ludziki z przerażającymi minkami. W piwnicy Agnieszki znalazły się dwa martwe szczury. Sama Ariadna od tygodnia hodowała na mielonce grzyba. Rozsmarowana po szafce przypominała nieco mózg. Natomiast Rafałek zakosił z garażu ojca resztkę czerwonej farby.
    „ODDAJ KASĘ SZMATO”, napisała Mirga. Kasia raczej nie zrozumie, ale jej matka już tak.
    – Dobra robota kochani – zaklaskała, oceniając pozytywnie efekty wspólnej pracy. – Spadamy stąd.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    6
    • Arthur FleckA Niedostępny
      Arthur FleckA Niedostępny
      Arthur Fleck
      napisał(a) ostatnio edytowany przez
      #4

      Krzysiek Komeda 100.jpg

      Krzysztof Komeda

      – Oto za chwilę przystąpię do Ołtarza Bożego, do Boga, który rozwesela młodość moją...

      Słowa modlitwy odbijały się od starych, drewnianych szaf w zakrystii. Krzysiek recytował formułkę automatu, ale myślami był przy swojej dupie. Dosłownie.

      Prawy pośladek płonął. Jakby ktoś przykładał do niego rozgrzane żelazko. Albo darł skórę pasami.

      – Do świętej służby Bożej chcę przystąpić pobożnie, godnie i w skupieniu... – mamrotał dalej, wpatrując się w plecy proboszcza.

      Gówno, a nie skupienie.

      Wczorajszy wieczór w piwnicy Marka wrócił nagłym flashem. Zapach taniego spirytusu, brzęczenie maszynki zrobionej z silniczka od walkmana. Marek miał ciężką rękę i brudne paznokcie. Tusz był chyba z długopisu. Nieważne. Ważne, że teraz, pod warstwą gazy i plastra, skóra na tyłku pulsowała własnym życiem.

      Wybrał pośladek, bo pośladek był bezpieczny. Matka tam nie zaglądała. Jeszcze. Kontrolowała wszystko inne. Plecak. Szuflady. Kieszenie. Czasem stała pod drzwiami łazienki i pytała, co tak długo robi. Ale tyłek był jego. Jedyne terytorium wolne od okupacji.

      Poczuł szarpnięcie. Siostra Faustyna. Dwadzieścia trzy lata, twarz jak anioł i oczy, w których Krzysiek tonął za każdym razem, gdy miał odwagę w nie spojrzeć. Habit ukrywał jej figurę, ale nie potrafił ukryć wszystkiego. Poprawiała mu komżę. Gdyby wiedziała, że kilkanaście centymetrów od jej świętych palców, pod warstwą materiału, kryje się koślawy smok ziejący ogniem, pewnie padłaby trupem na miejscu. Albo polała go wodą święconą, aż by skwierczało.

      Zaraz, pomyślał. A jeśli się zakazi?

      Marek mówił, żeby przemywać spirytusem. Krzysiek przemył raz, wieczorem i omal nie odgryzł sobie języka z bólu. Potem skulił się na łóżku i leżał na brzuchu, bo na plecach nie dało rady, na boku też nie bardzo, i myślał o tym, jaki jest głupi.

      Przez głowę przelatywały mu wizje z najgorszych horrorów. Zakażenie. Gorączka. Szpital. Matka przy łóżku. Skąd ten tatuaż, Krzysiu? A potem telefon do ojca charyzmatyka i egzorcyzmy, bo w jej świecie tatuaż mógł oznaczać tylko jedno. Szatan w końcu opętał jej syna.

      Albo gorzej.

      Zacznie krwawić. Teraz, podczas mszy. Czerwona plama rozleje się na spodniach. Ktoś zauważy. Ktoś powie. Ktoś się zaśmieje. Do końca liceum będzie tym gościem, który dostał męskiej miesiączki na mszy na rozpoczęcie roku. Jezu.

      Modlitwa się skończyła, ministranci ruszyli do wyjścia. Szedł przedostatni, tuż za Kubą z ósmej klasy.

      Msza rozpoczynająca nowy rok szkolny była torturą. Krzysiek wstawał, siadał, klęczał. Za każdym razem, gdy jego pośladek dotykał ławki, zaciskał zęby tak mocno, że bolała go szczęka. Pocił się ze strachu, że zaraz coś tam pęknie.

      Godzinę później stał już przy swoim rowerze za kościołem. Stary Romet po kuzynie z Opola, rama pomalowana farbą antykorozyjną, błotniki wygięte po licznych wywrotkach. Krzysiek zarzucił plecak na ramiona i wsiadł na siodełko. Zapomniał. Siodełko wbiło się dokładnie w to miejsce. Przez ułamek sekundy świat zrobił się biały.

      – O kurrr...! – syknął.

      – Powodzenia w nowej szkole, Krzysiu! – Głos siostry Faustyny dobiegł od strony wejścia do zakrystii. Stała w progu, uśmiechnięta, machając mu ręką. Niewinna. Nieświadoma. Krzysiek zacisnął zęby tak mocno, że aż zazgrzytało. Wymusił grymas, który miał być uśmiechem.

      – Dziękuję, siostro! – wychrypiał. Odepchnął się. Ból pulsował w rytm obrotów korby. Raz, dwa, ała. Raz, dwa, ała.

      Dwie przecznice dalej, za garażami, zatrzymał się gwałtownie. Rzucił rower w krzaki. Koniec teatru. Biała koszula, spodnie w kant, lakierki, wszystko wylądowało zwinięte w kulkę na dnie plecaka. Czas na wylinkę.

      Thunderstruck

      Wyciągnął dżinsy. Wytarte, ze zwisającym łańcuchem przy szlufce. Wciągnął je ostrożnie, sycząc przy zapinaniu guzika. Bolało, ale to był dobry ból. Potem koszulka. Czarna bawełna, prezent od Marka, który przywiózł z jakiegoś konwentu. Na piersi wielkie logo: „KRYSZTAŁY CZASU". Wzór przedstawiał czaszkę oplecioną jakimiś mackami. Nikt w szkole nie będzie wiedział, o co chodzi. No i dobrze. Na to narzucił katanę. Dżinsową, bez rękawów, obszytą naszywkami. Na plecach wielki Eddie, maskotka Iron Maiden, szczerząca zęby z okładki „Killers". Eddie patrzył na świat tak, jak Krzysiek chciał na niego czasem patrzeć. Z góry i z pogardą.

      Spojrzał w lusterko roweru i przeczesał włosy palcami. Zburzył idealny przedziałek, który rano wyczesała mu matka. Kosmyki opadły na czoło. Lepiej. Dużo lepiej.

      Krzysiek Komeda Metal.png

      „Najważniejsze to zrobić dobre wejście, młody" – słowa Marka dźwięczały mu w uszach. „Wjeżdżasz jak cipa i jesteś cipą już do matury. Wjeżdżasz jak Ozzy a na twój widok małolatki robią się tak mokre, że znów trzeba będzie układać worki z piaskiem". Marek mówił też, żeby przypierdolić pierwszemu lepszemu cwaniakowi ze starszej klasy. Krzysiek spojrzał na swoje dłonie. Na swoje palce, które potrafiły przewracać strony mszału, ale nigdy nie zacisnęły się w pięść na czyjejś twarzy.

      Nie, bicie odpadało. Dziewczyny też. Bo nie o wielkie wejście tu chodziło. Chodziło o to, by wreszcie przestać się dusić.

      To stało się rok temu, kiedy Marek wcisnął mu do ręki zdartą kasetę Master of Reality. Kiedy włożył ją do walkmana, poczuł się tak, jakby ktoś nagle wyciągnął go za włosy z głębokiej, mętnej wody. Pierwszy haust powietrza. Pierwszy raz, kiedy zrozumiał, że przez piętnaście lat żył w cudzym ciele. Ta bawełna i dżins, które teraz naciągał na grzbiet, nie były przebraniem. Były krzykiem. Chciał, żeby każdy szew, każda naszywka i każda nitka wrzeszczały światu w twarz o jego bezgranicznej, fanatycznej miłości do dźwięków, które go pochłonęły.

      W głowie, jak zacinająca się płyta, kołatały mu słowa z Escape Metalliki. Hetfield wyrykiwał tam to, czego Krzysiek nie miał odwagi powiedzieć matce przy niedzielnym rosole: „Life is for my own to live my own way”. Życie jest po to, by żyć po swojemu. Bez pytań. Bez tłumaczeń. Podstawówka była jak czyściec. Przetrwał go. Zamknął ten etap dwa miesiące temu, odbierając świadectwo z paskiem. Teraz zaczynał się nowy level. I nie zamierzał już udawać.

      W domu, przy matce i proboszczu, wciąż mógł być Clarkiem Kentem. Mógł nosić te wykrochmalone koszule, lakierki i spodnie w kant podciągnięte pod sam pępek. Ale gdy tylko przekraczał próg ganku, gdy tylko zamykały się za nim drzwi plebanii, chciał zrywać z siebie ten cywilny łach, zakładać pelerynę z dżinsu i latać. Latać tam, gdzie zabierali go bogowie. Black Sabbath. Iron Maiden. Type O Negative. KAT.

      Dojechał pod szkołę. Nowy budynek „tysiąclatki" przyklejony do starego ceglanego gmachu wyglądał jak nowotwór. Przypiął rower, poprawił katanę. Piekący tyłek przypominał mu o każdym kroku, nadając jego chodowi specyficzny, nieco sztywny, ale groźny rytm. Wyglądał, jakby szedł wyzwać kogoś na pojedynek rewolwerowców, a nie, jakby po prostu bał się, że gacie przykleją mu się do rany.

      Tłum na korytarzu. Chaos. Gdzie są te cholerne listy? Przeciskał się między ludźmi. Eddie na plecach szczerzył się do nich wszystkich. Żadnych list na tablicy ogłoszeń. Tylko plakat o kółku szachowym i zbiórce makulatury.

      – Sala gimnastyczna – rzucił ktoś obok.

      Krzysiek wziął głęboki oddech. Ruszył w stronę sali. Szkoła średnia. Czysta karta. Tutaj był Krzysztofem. Metalem. Gościem z czaszką na klacie i tatuażem smoka na dupie.

      – O kurwa, Poganin, a tobie co się stało?

      Głos dobiegł zza pleców, głośny i bezczelny. Krzysiek odwrócił się, czując jak Eddie na jego plecach marszczy czoło razem z nim. Piotrek Bochenek. Stał z rękami w kieszeniach szerokich spodni, szczerząc się jak głupi do sera.

      Krzysiek wystawił dłoń. Plask. Piątka była soczysta, twarda, męska.

      Poganin. W pokręconej logice Piotrka Bochenka znaczyło dokładnie to samo, co "Pobożniś". Piotrek miał swój własny, odwrócony słownik. Klasowy geniusz i kujon, który wygrywał olimpiady, został przez niego ochrzczony Corkym Thatcherem, na cześć upośledzonego chłopaka z serialu "Dzień za dniem". Najgrubszy gość w podstawówce, któremu sadło wylewało się znad paska, był dla Piotrka Szkieletorem. A Krzysiek? Krzysiek, który pół życia spędził klęcząc przed ołtarzem, musiał zostać Poganinem.

      – Ale się gościu wystroiłeś – Bochenek omiótł wzrokiem dżinsową katanę i czaszkę z mackami na piersi. – Wybierasz się do Jarocina, czy będziesz się teraz bujał z cyganami?

      Krzysiek poczuł ukłucie irytacji, ale zaraz potem przypływ nowej, dziwnej pewności siebie.

      – Ja to ja, ale popatrz na siebie – odpowiedział, poprawiając kołnierz katany. – Lekarzom udało się w końcu wyleczyć twoje wodogłowie.

      Piotrek zarechotał. Sprzedał Krzyśkowi kuksańca w ramię.

      – Chodź, bo się spóźnimy na kazanie.

      Weszli na salę gimnastyczną. Uderzyła ich ściana dusznego powietrza. Tłum falował. Piotrek natychmiast włączył radar. Trącił Krzyśka łokciem w żebra, wskazując brodą na grupkę dziewczyn stojących przy drabinkach.

      – Obczaj tą w czerwonym – szepnął, a w jego głosie słychać było głód. – Ale jej cycki wywaliło przez wakacje.

      Krzysiek mruknął coś niewyraźnie. Skupił się na tym, by stanąć tak, aby nikt nie wpadł na jego tyłek. Ból pod plastrem był stałą przypominajką: żyjesz, czujesz, jesteś idiotą. Przecisnęli się na sam koniec sali, pod ścianę, gdzie gromadziły się wyrzutki i spóźnialscy. Stanęli. Krzysiek oparł się o zimną ścianę (ostrożnie, lewym bokiem) i rozejrzał się po trzodzie.

      I wtedy ją zobaczył.

      Justyna Krawczyk. Stała dwa metry dalej, sama jak palec, oddzielona od reszty niewidzialnym kordonem sanitarnym. "Carrie". Ksywka pasowała do niej idealnie. Zawsze w tych samych, workowatych ciuchach, z włosami, które zasłaniały połowę twarzy. Osiem lat chodzili razem do klasy, a Krzysiek nie wiedział o niej nic, poza tym, że potrafiła milczeć głośniej niż inni krzyczeli.

      Zrobił krok w jej stronę. Instynkt stadny kazał mu ją zignorować, ale że resztki ministranckiego sumienia, nakazało otworzyć usta.

      – Cześć, Justyna – rzucił.

      Cisza. Dziewczyna nawet nie drgnęła. Wzrok miała wbity w parkiet. Jej ramiona były lekko skurczone, jakby spodziewała się uderzenia. Krzysiek poczuł się głupio. Cofnął się o krok, wracając do Piotrka.

      – Dalej jest tak samo pojebana – mruknął Bochenek, nie odrywając wzroku od dziewczyny w czerwonym. – Mówię ci, Poganin. Ona kiedyś przyniesie do szkoły kałacha. Albo pozabija nas wszystkich na studniówce.

      Krzysiek spojrzał jeszcze raz na Justynę. Stała nieruchomo, jak posąg wyrzeźbiony z lęku. Chciał jej użyczyć trochę swojego cienia, schować ją za plecami Eddiego, ale współczucie to luksus, na który w pierwszym dniu szkoły nie było go stać.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      8
      • CaiC Niedostępny
        CaiC Niedostępny
        Cai
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #5

        left aligned paragraph

        Mikołaj Pogorzelski

        Zajmowali ławkę na skwerze przed budynkiem liceum. On z wyrzuconymi nogami. Z piętą buta wspartą o czubek drugiego, bujając nim do muzyki rozbrzmiewającej spod gąbek słuchawek. Zsunięty, z głową odchyloną poza krawędź oparcia, wpatrywał się w korony drzew, zupełnie niezainteresowany pierwszorocznym poruszeniem wokół. Czuł ciężar jej ciała zogniskowany w łokciu wbitym w bark. Z dawką bólu i dyskomfortu. W pozostałym obszarze dotyk niósł ciepło i przyjemną miękkość. Coś za coś.

        – Chciało ci się? – odchylił od ucha źródło hałasu, wciąż zdziwiony fatygą.

        – Insomnia – no tak nie trzeba wstawać, jeżeli wpierw się nie położysz.

        centered paragraph

        Mózg nadał czerwony alert. Przy ławce naprzeciw mignął welurowy płaszczyk Klaudii, elegancko dopasowany do botków na niewysokim podbiciu. Zamarł, wtapiając się w deski, smog i mgłę. Bliskość paraliżowała dawką niezręczności. Może, jako berbecie przemierzali chodniki wózek w wózek i próbowali dopasowywać różnokształtne klocki w wycięte otwory, gdy matki, psiapsiółki z medycznego, plotkowały przy kawie i ciastkach. „Jaka śliczna para”. „O, mój przyszły zięć”… co gorsza kiedyś naprawdę się w Klaudii bujał, platoniczną miłością pięciolatka. Ślad echa rezonował. Może była ułożona i uporządkowana. Świadoma czego chce i do czego dąży. Wszystkim co zagubił. Obiekt grupy kontrolnej wskazujący jak bardzo odstał od próby. Przypomnieniem, zazdrością, zespołem, któremu kibicował. Zbyt dużą ilością naraz.

        Wrotkara wykazała niewątpliwą brawurę. W końcu gdy padnie i sobie ryj rozwali, zszywać ją będzie nie kto inny jak rodzice Klaudii, ich znajomi, w przyszłości, ona sama.

        – Dlaczego niebieski? – zahaczył o wspomnienie przywołane obecnością elementu. Deptak przemierzyły gwiazdy kroniki kryminalnej. Wasyl i jego siostra spod znaku wróżby za piątaka. Medialne ofiary rodzinnej tragedii. Typ wyrośnięty, jakby hurtem pożerał kolegom kanapki, potem kiblował z cztery lata. Zniknęli wewnątrz budynku.

        – Podoba mi się w kolorze – po dłuższej chwili odpowiedź przeniknęła agresywne tło Enthrone Darkness Triumphant, kasety której taśmę od miesiąca w zapętleniu zdzierały rolki.

        – Chyba udręka – załączył daltonizm. – Stara kadra ją zje i wypluje. Nie słyszałaś o Józefiaku? Uczył moją matkę, a może i ojca założyciela króla Kołodzieja. Kolczyka w uchu nie zdzierży, a…

        – Słyszałam – otrzymał kolejną. Wpatrywał się badawczo w oczy schowane pod cieniem rzęs, by powrócić do kontemplacji symfonii brutalnych riffów. Plany Ofelii krążyły po stratosferze. Nawet nie próbował sięgać. Próba charakteru, jak i prztyczek za krzywą akcje w Bolkowie. Wszystko podchodziło.

        – Dowie się kto ukradł znicze z grobu żony, a stosy rozświetlą błękit.

        Kradzieży w Sokołowie nie był świadomy, dopóki kościelny nie wyskoczył zza krzaków, gdy skracał drogę przez cmentarz, goniąc i oskarżając o całe zło tego świata. Wpasowywał się w profil – satanistyczne symbole, mszalna absencja, no i historia z „płaczącą” Maryjką. Tym razem Mikołaj nie wiedział za kogo zbierał cięgi, dopóki modus operandi nie powtórzył się w Bolkowie. No i wyszło, kto zacz. Uczestnicy Castle oswajali mieszkańców na pierwszym festiwalu po przeprowadzce z Grodźca, Ariadna popełniała karygodne faux pa, stawiając pod znakiem zapytania kolejne edycje. Zupełnie nie śmieszne w porównaniu z rzeźbą, przed którą stara Komeda leżała krzyżem, pielgrzymki się zjeżdżały, a proboszcz pakował walizki do Watykanu. Podejrzenie anemii i groźba szpitala to rachunek, który z przyjemnością zapłacił.

        Kościelne dzwony rozbiły się echem po Starym Mieście, oznajmiając najwyższą porę. Spłoszone stada gołębi wzbite z trzepotem, poszukiwały schronienia ponad dachami kamienic. Strząsnął z siebie ramie, napotykając obruszenie podobne kotu wyproszonemu z kolan. Rozpiął plecak. Odszukał w przegrodach starannie złożoną koszulę z kołnierzem. Narzucona na plecy śnieżna biel zakontrastowała z czernią wełnianego golfa.

        – Hmm? – przyciągnął pytającą ciekawość.

        – Tysiącletnia tradycja Pogorzelskich – wyjaśnił, wsuwając ramiona w rękawy, dopinając mankiety. – Wojenny kamuflaż.

        Związał włosy. Ciągiem niezgrabnych zabiegów przywołał zęby błyskające w nieznacznym uśmiechu. Z powodu wstydliwego zgryzu, stłoczenia górnych trójek, wypchniętych i odstających, jak dotąd nigdy nie ujrzał go w pełni. Sepleniący butelkowy, gdyby w dwóch słowach miał opisać głos, którego mu szczędziła, darując siłowanie z kakofonią dźwięków. Jakby dmuchać w szyjkę szkła. Podobał mu się.

        Palce lakierowanych paznokci pomogły wyrównać rząd zapięć przesuniętych o guzik. Oddech przybliżony do policzka niósł nadzieję pocałunku z życzeniami powodzenia. Zamiast, poczuł kąśnięcie. Dostał w co się wgapiał. Obowiązek rozerwał spojrzenia. Wprawił w ruch zawieszoną chwilę. Ociągał się. Pchnęła go w stronę wejścia.

        Kursy zwiększające szanse powodzenia egzaminów wstępnych prowadzili profesorowie z liceum. Owocowały. Nie podążał za gwarem tłumu. Kroki stawiane w korytarzach wyrażały pewność osoby wiedzącej, gdzie i po co idzie. Zaznajomionej z rozkładem budynku. Stanął przed salą gimnastyczną. Wziął głęboki oddech i wraz silniejszym uderzeniem serca, dudniącym w płucach jak bęben odliczający los straceńca, przekroczył próg. Rozpoczął nowy rozdział.

        Przeszedł na lewo i do końca, jak belfer przykazał. Szukając swego miejsca dostrzegł Daniela kitrającego się na tyłach grupy.

        – Piękna, galowa kurtka – zagaił wyciągając rękę do kolegi z podwóra.

        – C’nie? – ujrzał minę króla zdobywcy. – W życiu nie zostawie samiuteńkiej w szatni.

        Przyjrzał się uważniej. Zmężniał i zmienił zabawki na profesjonalne. Bieganiny po bramach z patykami udającymi karabiny. Wyścigi kapsli po torach wygrzebanych w ziemi. Gra w grzyba zaostrzonym kawałkiem pręta. Wykopaliska dinozaurów. Próba wbicia się w kadr filmu. Beztroskie dzieciństwo mające lepszy pomysł na pogrzebanego psa i geodetę z tyczką. Stamtąd wywodził się Daniel.

        – W kominach robisz, że tak poczerniałeś? – Skorupski bez trudu przeniknął ghillie Mikołaja, niczym Jankes miesiącami wypatrujący żołnierzy Vietkongu.

        – Brudu nie widać. Wyszczupla. Powinieneś spróbować – odpowiedział z zaczepnością granatu obronnego za cel biorąc wałek wyglądający jak Helmut z okopu sponad paska opinającego kolegę.

        Wysondował salę. Powitalnie uniósł dłoń w stronę Pauliny, siory Michała. Michał lubił gitarowe brzmienie i jeździł na koncerty. Szło się podczepić i uspokoić rodziców, że pozostaje pod opieką dorosłego, bezcenny człowiek. Jeszcze Krzycha kojarzył z sesji u Kozy, choć nigdy nie grali w jednej ekipie. Podobno ministrant, chyba nawet ulubieniec koleżanek babci, co to tak zawsze ładnie przy ołtarzu klęczy i ręce do modlitwy składa, jak aniołek z obrazka. Coś aniołek ryzykował strąceniem, igrając z okultyzmem i magią fantastycznych światów. Mikołaj zamiast słuchać ględzenia dyrektor, znalazł dzięki niemu lepsze zajęcie. Z uniesionym podbródkiem i zmrużonymi oczami odcyfrowywał kvlt trve logosy, którymi blondas poobszywał kamizelkę.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        7
        • multikonciaraM Niedostępny
          multikonciaraM Niedostępny
          multikonciara
          napisał(a) ostatnio edytowany przez multikonciara
          #6

          text alternatywny

          Edyta Szulc

          Edyta opuszczała kościół z miną godną kamiennego posągu i głową ułożoną dokładnie tak, jak ułożyła jej włosy pedantyczna matka — gładko zaczesane, elegancko spięte, bez choćby jednego odstającego kosmyka. Jakby każdy włos także miał do spełnienia swój obowiązek. Była ubrana zgodnie z konwencjonalnym, konserwatywnym szykiem: prosta szara spódnica do kolan, biała koszula zapięta pod szyję, cienki sweter w chłodnym kolorze, buty starannie wypastowane, ciemna torebka zawieszona równo na jednym ramieniu. Odpowiadało jej, że matka wybierała materiały tak, by nie prowokowały uwagi ciała — szwy, guziki i kołnierze musiały pozostawać neutralne, jak poprawnie skonfigurowany interfejs użytkownika.

          Niemniej to, co z zewnątrz prezentowało się jak modelowy konformizm, było w znacznej mierze maską narzuconą przez surowy instruktaż — zimną regułą, dzięki której miała utrzymywać nienaganny porządek. Rodzice traktowali estetykę jak protokół: schludność wyznaczała jedną z granic, w których wolno jej było oddychać. Nawet ktoś taki jak ona odczuwał to jak permanentny stan asfiksji, do którego niestety z czasem zaczęła się przyzwyczajać.

          Bo kiedy ktoś wystarczająco długo żyje w ciasnej klatce, z braku perspektyw może zacząć się w niej urządzać. Jej ułatwiał to chłodny temperament oraz umiłowanie reguł i uporządkowanych struktur. Jednak zgodnie z matematycznymi aksjomatami — mimo że każdy kwadrat jest prostokątem, nie każdy prostokąt musi być kwadratem — porządek porządkowi nierówny. Ten rodzicielski miał charakter nadzorczy, absolutystyczny i przesycony stadnymi odruchami, które Edytę głęboko brzydziły. Przez nadmierne psychiczne tarcie i ciśnienie na jej wyidealizowanej, wymuszonej formie zaczęły pojawiać się pierwsze drobne rysy i pęknięcia. Dochodziło do niej, że nadmierny ład tak naprawdę nie dawał jej szczęścia, tylko redukował straty. Był strategią, nie wartością.

          Zapach kościelnego kadzidła osiadł w jej gardle nazbyt długo, jakby powietrze miało wyjątkową lepkość. Ulgę poczuła dopiero w drodze do samochodu ojca, kiedy znalazła się na zewnątrz i dystans do ludzi dało się zmierzyć w metrach, a nie w dotyku. Idąc, Edyta nie myślała zanadto o zakończonej religijnej szopce. Pokazowa religijność społeczeństwa — w zestawieniu z codziennymi zachowaniami tak wyraźnie przesycona hipokryzją — odpychała ją. Zasady, których nikt nie traktował literalnie, a mimo to oczekiwano, że sama będzie je respektować bez pytania. Było to równie niespójne co sam przekaz płynący ze świętych ksiąg, które po analitycznej lekturze uznała w dużej mierze za niedorzeczne, zaś doklejoną do nich historyczną tradycję odbierała jako narzędzie kontroli. A mechanizmów tejże nie trzeba było jej zanadto tłumaczyć, bo dzięki rodzicom doświadczała ich od kilkunastu lat na własnej skórze, przez co nie miała najmniejszego problemu z rozpoznawaniem wzorca.

          Myślała więc o wakacjach i o tym, jak niewiele z nich zachowało się w pamięci poza paroma sekretnymi spotkaniami z partnerem, czasem spędzonym przy komputerze i książkach, czy zardzewiałymi kadrami telewizyjnych relacji. Powódź — kajaki na ulicach wielkich miast, obrazy z telewizji — docierała do Sokołowa raczej jako informacja niż wydarzenie. Zresztą, do niej zdarzenia zawsze docierały z opóźnieniem; sens przychodził szybciej niż uczucie, które musiało najpierw znaleźć bezpieczne miejsce. Niedawna powódź istniała dla niej jako suchy wpis w notatniku: przyczyna → skutek → ryzyko powtórzenia.

          Wypolerowane Volvo ojca warknęło na podjeździe niczym drapieżne zwierzę podkreślające swą dominację — chrom błysnął w porannym świetle. W samochodzie Edyta trzymała się przesadnie prosto, jakby auto było kolejnym urządzeniem wymagającym opanowania. Podczas jazdy nie odzywała się, jedynie biernie i beznamiętnie słuchała. Każda wypowiedź miała dla niej wagę energetyczną. Słuchać było taniej niż odpowiadać. Wpatrzona w przestrzeń za szybą, zapisywała w pamięci każdy ton i każdą wartość — nie dlatego, że wierzyła w mądrość przekazywanych przez rodziców rad, lecz dlatego, że dane należało gromadzić. Jej matka i ojciec, zachłyśnięci narracją społecznego awansu po transformacji, ekonomicznymi kazaniami Wilczka i Balcerowicza, drogim Volvo i rozmowami o inwestycjach, budowali świat zewnętrzny według własnych wzorców. Edyta korzystała z ich zabezpieczeń, ale wiążące się z nimi oczekiwania paliły ją jak drobne zwarcie w obwodzie: wymagania pozbawione najmniejszego przyzwolenia na słabość czy wzruszenie. Paradoksalnie to właśnie tej zgody brakowało jej najbardziej.

          Edyta — w epoce, kiedy świat cyfrowy dopiero zaczynał wspinać się po drabinie codzienności — nosiła w sobie tajemnicę skrojoną na miarę: Optimusa 486 z modemem 28.8 kbps. Dla innych było to drogie hobby; dla niej — instrument kontroli. Przy komputerze istniał porządek, reguły i przewidywalność: algorytm, który nie kłamał i nie oceniał. Maszyna nie wymagała interpretacji intencji. Reagowała dokładnie na to, co zostało wprowadzone — i to było uczciwe.

          Pomyślała przez chwilę o domu. Rodzice w towarzystwie z dumą przywoływali jej nagrody z naukowych konkursów i olimpiad, Edyta zawsze czuła z tego powodu mieszankę zmęczenia i cichej satysfakcji. Trofea stanowiły dokumentację, dowody, że system działał, lecz nie niosły ze sobą żadnej czułości. To, czego jej brakowało najbardziej, nie miało jednostki miary i nie dawało się zapisać na dyskietce — choć często łudziła się, że wystarczy jeszcze jeden certyfikat, by zasłużyć na coś więcej niż zwykłą aprobatę.

          W oknie jadącego auta przewijały się obrazy ludzi — znanych i nieznanych. Nielicznych uczniów, z którymi dzieliła konkursy i drobne triumfy. Myślała o nich bez większego sentymentu, z zawodową niemal obojętnością: imiona jako etykiety, zachowania jako klasy w programie. Jedynie jej Krzysztof nie poddawał się tej matrycy. Rejestrował się jako anomalia, coś zdolnego zaburzyć system. W jego obecności musiała wykonywać więcej obliczeń naraz. System działał, ale szybciej się nagrzewał. A jednak był w nim element zależności, błędnie opisany w umysłowych notatkach jako „potrzeba”. Potrzeba, której nie umiała nazwać bez ryzyka. Element zależności — słowo niebezpieczne, bo odsłaniające możliwość odrzucenia.

          Za szybą pojawiały się reklamy rodzącego się kapitalizmu: sklepy, szyldy, zielone plamy ogródków działkowych, mokre po powodzi łąki i trawniki wciąż ocienione wilgocią. Miasto pachniało papierosami, tanim paliwem i deszczem; z parasolowych budek telefonicznych dobiegały pojedyncze głosy, a w oddali migała czerwona kopułka dworca PKP. Telefony stacjonarne czyniły rozmowy mniej natychmiastowymi — komunikację trzeba było planować i ustalać z wyprzedzeniem. Dawało to Edycie osobliwy komfort: możliwość zaprogramowania spotkania, przewidzenia opóźnienia, zbudowania harmonogramu, w którym nikt nie pojawia się bez ostrzeżenia. Spontaniczność spotkań czy rozmów ją męczyła. Planowanie było w jej mniemaniu formą uprzejmości.

          Zanim wysiedli, dziewczyna wyjęła z torebki walkmana z kasetą zawierającą jeden z ulubionych albumów. Nie włączyła go. Schowała urządzenie tam, gdzie zawsze — w wewnętrznej kieszonce blisko serca, choć serca otwarcie raczej nie okazywała. Muzyka pełniła dla niej ważną funkcję testera: pozwalała zmierzyć, ile czułości potrafi wydobyć i unieść jej bagaż porządku. Czuć bez konieczności reagowania — a to była rzadka forma bezpieczeństwa.

          Wysiadła z samochodu, poprawiła spódnicę, sprawdziła ukryte notatki z planem dnia i wzięła oddech — precyzyjny, odmierzony, jak przed rozpoczęciem operacji. Zawsze zaczynała od ustawienia parametrów bazowych. Dopiero potem mogła wejść w środowisko. Spojrzała raz na starą część szkoły, raz na dobudówkę, po czym ruszyła w stronę wejścia krokiem łączącym samokontrolę z cichą determinacją: Trzeba zdebugować świat. Zaczynając od siebie.

          ***

          Edyta weszła do łącznika i przystanęła na chwilę, jakby przełączała kolejny znany sobie tryb: próg między światem zewnętrznym a szkołą był dla niej granicą kontekstu. Tam — dom: twarde zasady, listy oczekiwań. Tu — obcy ludzie, instytucja rządząca się własnymi regułami, błędami i lukami do rozpoznania. Już wcześniej odnotowała ceglaną fasadę od ulicy Dworcowej, dalej łącznik, „tysiąclatkę” — otynkowany blok klas — oraz salę gimnastyczną po lewej, w której ustawiono stoły dla nauczycieli niczym panel sterowania. Ta potransformacyjna hybryda architektury działała na jej zmysły: zimne mury, echo rozmów i kroków, zapach świeżej farby, a także nuta stęchłej wilgoci — wspomnienie po powodzi, zapisane w ciężkości powietrza.

          Dla Edyty szkoła była interfejsem. Wejście — procedura. Apel — protokół. Ocena — wynik. Inni przeżywali początek roku jako podniosły rytuał pierwszych ławek, nowych zeszytów i strojów galowych. Dla niej to była mapa zależności i możliwych ścieżek, także takich, które prowadziły ku ucieczce. Myślała o olimpiadach, o nagrodach poukładanych w jej pokoju jak pliki, o Optimusie 486 czekającym w kącie — symbolu świata leżącego poza prowincjonalnym Sokołowem. Cele miały u niej postać planu: programować, rozwiązywać zadania, zdobywać kolejne punkty dostępu do świata, który przestawał być tylko małym miasteczkiem.

          text alternatywny

          W korytarzu w pobliżu sali gimnastycznej rozlegały się rozmowy, śmiechy i papierowe szelesty. Nauczyciele przy stołach w środku okazałego pomieszczenia stali się kolejnym źródłem danych: dyrektorka w kwiecistej sukni, nauczycielka w ciemnoszarej garsonce — mimika, gesty, zajmowanie przestrzeni sygnalizowały hierarchię i to, kto trzyma serwer.

          Edyta obserwowała ludzi z precyzją neurochirurga i dystansem socjobiologa, ale nie było w tym chłodu bez uczuć — raczej intensywne, skoncentrowane czytanie sygnałów. Rejestrowała drobne oznaki rodzącego się życia szkolnego: dziewczyny wymieniające krótkie uśmiechy, komentarze o jutrzejszych lekcjach, kogoś zaciągającego się papierosem przy krańcu dziedzińca. Nie szukała natychmiastowych sympatii; mierzyła reakcje, analizowała wzorce zachowań i ich powtarzalność. Jej dobry kolega Michał Nowak — niepozorny, uporządkowany „matematycznie” — był dla niej jasnym punktem na radarze, stabilnym procesem, zawsze gotowym do konsultacji przed testem. Rozpoznała też inne twarze z podstawówki, spostrzegła również osoby z większych konkursów naukowych — potencjalne węzły do wymiany zasobów intelektualnych — a także lokalne anomalie, jak dotąd nieznana jej romska artystka Aishe Mirge, czy „punkty chłodne” jak dwaj szkolni łobuzi — Maciej Chaber i Michał Mazur, klasyczne wyjątki w systemie moralnym, które należało ominąć albo zawczasu zmapować ich schematy na wypadek ewentualnej konfrontacji.

          Jednak etykiety, które im nadawała, nie wyczerpywały rzeczywistości; były jedynie wygodnymi punktami orientacyjnymi w chaotycznym morzu informacji, bardzo przydatnymi w ocenie sytuacji dla kogoś takiego jak ona.

          Myśli Edyty na ogół oscylowały między dwoma biegunami: „Jak to działa?” i „Jak mogę to przekształcić, żeby działało po mojemu?”. Edukacja miała dla niej funkcję instrumentalną — środek, nie cel. Lubiła logikę, rywalizację i klarowność olimpiad, nienawidziła rozmów o niczym, pustych gestów i instytucjonalnej hipokryzji. Umiała przybrać fasadę pobożności w kościele czy na lekcjach religii, bo pozór ułatwiał funkcjonowanie w systemie. Jednocześnie głęboko pod planami tliło się nieuporządkowane pragnienie: żeby ktoś dostrzegł ją nie tylko jako wynik, ale jako człowieka z własnym wnętrzem.

          Kiedy porządkowano listy uczniów, nowe twarze jawiły się jej jako pola do przeszukania. Nauczyciele rzucili krótkie instrukcje: kto gdzie powinien stać, jak ustawić rzędy, kto powinien stanąć na końcu. Edyta ustawiła się w miejscu przeznaczonym dla pierwszoklasistów i obserwowała tłum z boku. Wszystko układało się w jej głowie jak logiczna tablica. Czuła mechaniczny spokój — miała już przygotowane mentalne scenariusze na szczególne przypadki. Nie oczekiwała od nowych kolegów i koleżanek serdeczności tak bardzo, jak pragmatycznych sojuszy, ale to nie znaczyło, że brakowało jej wrażliwości — po prostu jej sposób przeżywania świata był inny.

          Głos dyrektorki, wyraźnie podniesiony i lekko piskliwy, odcinał się od zgiełku i wymuszał ciszę. Jej przemowa sunęła jak przelewające się pakiety danych — trzeba je było przyjmować uważnie, bo część ginęła w hałasie. Szulc stała i słuchała beznamiętnie, gdy nagle poczuła czyjeś spojrzenie — to Michał skinął w jej kierunku, na co odpowiedziała minimalnym ruchem.

          W takich chwilach, jak procedura rozpoczęcia roku szkolnego, Edyta mogła odnosić wrażenie, że stanowi jedynie fragment większego programu. Ale pod tą sekwencją kryło się coś kruchego i niełatwego do policzenia: własny, niemy apel, by ktoś ujrzał w niej coś więcej.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          6
          • BrilchanB Niedostępny
            BrilchanB Niedostępny
            Brilchan
            napisał(a) ostatnio edytowany przez Brilchan
            #7

            adam-chlebowski-100-x-100-pixeli.jpg-

            Adam Chlebowski-||

            Adam wstał o 4 nad ranem do szkoły nie miał tak daleko, mógłby podjechać PKS-em ale wolał się przespacerować choć był półprzytomny wczesne wyjście do szkoły miało tą zaletę że uniknął docinków i humorów Ojca i Brata którzy spali jeszcze głębokim pijackim snem. Chłopak założył na siebie białą wykrochalomaloną na sztorc koszulę którą wczoraj przygotowała mu Mama, białe dzinsy i trampki na białej podeszwie które teoretycznie powinny być w worku na buty aby zostać założone dopiero jak dojdzie do budy, ale nie chciał dostać od starego bury lepiej, było nie prosić go o zbyt, dużo obuwia bo mogłoby się to źle skończyć.... Po prostu porządnie je wytrze na wycieraczce przed wejściem.

            Chłopak jeszcze raz sprawdził w lustrze włosy i poprawił koński ogon z którego uciekł niesforny kosmyk. Włosy wyglądały na przetłuszczone, ale problem z nimi był taki że nigdy nie był pewien czy już je trzeba umyć czy jeszcze parę dni wytrzymają. Zapuścił swoje czarne kudły przez wakacje i była to jedna z niewielu drobnych oznak buntu na którą sobie pozwolił względem Ojca, pierwsza klasa liceum była szansą na wypróbowanie czegoś nowego i stworzenie siebie na nowo nawet jeżeli większość dzieciaków znał z podstawówki czy przedszkola to wciąż przetasowanie pomiędzy klasami dawało szanse na nowy początek...

            Sam zrobił sobie śniadanie: 4 grzanki obtoczone w jajku z plastrami szynki, pomidor i czarna herbata z 6 łyżeczkami cukru była dla niego dobrym początkiem dnia. Na drugie śniadanie wziął kanapki z masłem i zielonym ogórkiem oraz litr takiej samej herbaty przelanej do butelki po soku. Był zadowolony że odciążył Mamę a samodzielne przygotowanie żarcia miało ten plus że nie miał ataków refluksów czy niestrawności ze strachu że ciężka ojcowska ręka wyląduję na jego twarzy bo "za dużo żre i chodzi do szkoły zamiast pójść do roboty jak ja w jego wieku" lepiej dla wszystkich będzie jak zniknie z chaty nim Patriarcha się obudzi a wróci pod wieczór modląc się w duchu aby już zasnął niczym stary niedźwiedź z dziecięcej piosenki.

            ***

            Chlebowski czekał przed szkołą w swojej ulubionej skórzanej kurtce która według słów Arka wyglądała "zajebiście" co Kaśka potwierdziła mówiąc że dodaje mu "Tajemniczości". Podpierał ścianę czytając "Bravo", choć udawał sam przed sobą że czyta je ironicznie żeby śmiać się z głupoty rówieśników foto story o problemach nastolatków czy artykuły na temat dojrzewania które było tematem zakazanym w domu rodzinnym powodowały u niego wypieki na twarzy. OCZYWIŚCIE nigdy nie pozwoliłby żeby ktoś zobaczył go z tą głupią gazetą dla naiwnych dzieciaków schował ją w czasopismo o grach "Click" choć nie miał komputera lubił czytać o grach "CD-Action" było za drogie żeby je kupować ale przeglądał je w bibliotece co dawało mu tematy do rozmów z innymi dzieciakami nawet jeżeli nie był szczególnie rozkochany w grach.

            Po przeczytaniu odda obie gazety jako darowizny do biblioteki, Mamuś czasami w sekrecie wciskała mu parę złotych na przyjemności ale wolał nie zbierać prasy w domu bo Ojciec znów wpadnie w szał że "wyrzuca jego ciężko zarobione pieniądze w błoto" tak jak kiedyś... Nie było to przyjemne wspomnienie a gazety zawsze będą pod opieką Pani Grażyny gdyby chciał do nich wrócić. Może Ojciec pozwoliłby mu zawiesić jakieś plakat nad łóżkiem gdyby skłamał że to prezent od Kaśki ?

            Adam ustawił się w pierwszym rzędzie dopóki Pani Dyrektor nie zaczęła ukradł jeszcze kilka sekund z czytania z "Ostatniego Życzenia " Sapkowskiego które czekało w wiernym plecaku "Kostce". Ponieważ czytał szybko zawsze miał przy sobie co najmniej dwie gazety i książkę bycie zajętym pomagało nie myśleć o złych rzeczach. Miał nadzieje że stojąc gdzie stoi ze swoim tyczkowatym ciałem zapadnie Gogom w pamięć dzięki czemu dostanie się do drużyny piłkarskiej, pamiętał jakieś plotki o chłopaku który podobno ma dojścia w kiosku i pozwala oglądać na przerwach "Twój Weekend" Adam za "Bravo" dostałby manto ale za pisemka erotyczne Ojciec by go chyba zabił... Myśl z czarnego humoru przerodziła się w dreszcze na plecach gdy w tłumię mignęła mu Ariadna do której pomachał na powitanie.

            Podobne machnięcie posłał do Krzyśka którego kojarzy jako ministranta, wizyty w kościele były kolejnym drobnym buntem wobec starego komucha i jedną z wielu wymówek, aby jak najmniej czasu spędzać w dusznej atmosferze domu rodzinnego. Innych dzieciaków nie kojarzył jakoś mocno ale miał nadzieje że znajdzie dużo nowych kolegów i koleżanek.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            4
            • NamiN Niedostępny
              NamiN Niedostępny
              Nami
              napisał(a) ostatnio edytowany przez Nami
              #8

              text alternatywny
              Paulina Kwiatkowska

              Szatynka tego poranka nie dała szans natrętnemu budzikowi. Nim ten zdążył wydać swój pierwszy, irytujący i przeszywający uszy dźwięk, nastolatka z precyzyjnym wyczuciem czasu od razu go znokautowała.

              Paulina siedziała na łóżku po turecku już od jakichś trzech, może pięciu, minut i wpatrywała się we wskazówki zegara. Tego poranka była zamyślona, gdyż wszystko to, co zdążyła poznać i do czego się już przyzwyczaiła, po części musiało ustąpić nowemu. Kiedy już niemal była pewna, że jej natłok myśli na temat własnego zachowania zelżał, pojawiła się wręcz nadzieja, że być może ten natłok dobiegnie końca — wstąpić miała w nowy świat. Inni ludzie, środowisko, szkoła, klasa, znajomi. Co teraz jest na topie? Czy jej ulubione spinki nie wzbudzą śmiechu? A nawet jeśli, to czy uda jej się zachować dobrą minę i być może nawet sprawi, że nie będą taką wiochą i ustali nowy trend? Tylko pytanie czy serio są wiochą? Nie wiedziała też, jak ubierze się Kasia i Magda, choć rozmawiały o tym jeszcze nie tak dawno, to nie była pewna, a przecież nie mogła wypaść źle. W wyobraźni widziała już krytyczne spojrzenie Kaśki, usta wykrzywione w grymasie zniesmaczenia i naśladującą jej mimikę Magdę.

              Rozczochrane, długie włochy zatańczyły nagle wokół głowy, która została brutalnie wstrząśnięta na boki. Niemal w tym samym momencie delikatne dłonie dziewczyny, z dłuższymi, zadbanymi paznokciami, uderzyły niemocno parokrotnie w skronie, jakby chciały chwycić kudły w swe szpony i wytarmosić brutalnie za to, że pod ich puchem śmiały w ogóle pojawić się takie myśli i to w takiej ilości!
              Paulina ryknęła gardłowo i zacisnęła powieki, chowając tym samym błękitne oczy za ich zasłoną. Wzięła parę głębszych wdechów, a rytuał zakończyła mocnym i głośnym wydechem. Później pozostało jej jedynie zerwać się z łóżka i złożyć pościel, uprzednio chowając też swoją różową, bawełnianą piżamę.

              text alternatywny

              – Ty dobrze się tam czujesz? – usłyszała głos Michała dochodzący z korytarza, który wyjątkowo zaseplenił. Musiał mieć otwarte drzwi łazienki, ażeby słyszeć w ogóle festiwal warczenia Pauliny.
              – Ano – odkrzyknęła zamykając kufer łóżka – Nie wchodź! – dodała głośniej, podchodząc do szafy, aby wyjąć ubrania.
              – Nawet nie chcę – parsknął jeszcze bardziej niezrozumiale niż poprzednio. Z dużym prawdopodobieństwem mył zęby, stąd ta bełkotliwa mowa.

              Paulina wyjęła z szafy czarną sukienkę, białą koszulę zapinaną na guziczki oraz cienkie, lekko połyskujące cieliste rajstopy z lycrą, które były totalnym must have! Nie zapomniała też o całkiem nowych, czarnym półbutach z zaokrąglonym noskiem, niskim obcasikiem oraz paskiem przechodzącym przez środek stopy w stylu Mary Jane. Biżuteria i delikatny makijaż miały dopełnić obrazu, czyniąc z niej grzeczną i schludną uczennicę, ponieważ tak właśnie wypadało ubierać się na rozpoczęcie roku.

              Gdy zeszła na parter, w kuchni już krzątała się mama, ojca w domu nie było, pewnie miał telefon i musiał znowu gdzieś wyjechać poza Sokołów, do klienta. Michał też niedługo miał wyjść do pracy, więc jedynie rzucili sobie przelotne spojrzenie i kiwnęli głową, nim za chłopakiem cichutko zamknęły się drzwi.

              – Zdenerwowana? – zapytała Anna Kwiatkowska swojej córki, na której przez moment zawiesiła zmęczony wzrok.
              – Może trochę – odparła nastolatka siadając przy stole z lekkim uśmiechem na twarzy. Wzrok jej mamy wciąż był w nią wbity.
              – Ale ty jesteś piękna – rzuciła rodzicielka podchodząc do Pauliny i odgarniając jej włosy za ucho, jednocześnie drugą ręką odkładając na stół talerz z lekkim śniadaniem.

              Szatynka jedynie uśmiechnęła się subtelnie nie odpowiadając. Rozpoczęła jedzenie, gdy za moment na stole pojawiła się zaparzona w szklance herbata z torebki.

              – Dobrze się ubrałaś. Niektórym dziewczynom w głowach się poprzewracało, jak patrzyłam przez okno to aż się za głowę złapałam – Anna nie mogła wytrzymać, weszła w ton rodzicielsko-nauczycielski
              – Oj mamo.
              – No już nie ojaj mi tu tylko jedz i się zbieraj! Sama idziesz?
              – Nie, z Kasią i Magdą.
              – A Asia?
              – Tata ją podwiezie
              – No tak, nowobogaccy pokazać się muszą

              Paulina tylko pokręciła głową, nie chciało jej się już wdawać w dyskusję. Nie lubiła tego, jak jej matka potrafiła oceniać ludzi, sama wręcz bała się, że ktoś mógłby ją też tak oceniać. To był jej największy koszmar, dlatego musiała się wpasować. Wstała od stołu, gdy zakończyła śniadanie, jej matka również wstała, jak na hejnał.

              – Yy, ten, no, może notes weź jakiś i długopis! – zasugerowała dość rozkazującym tonem.
              – No, dobra, wezmę – odparła nastolatka na odczepne – To cześć! – pożegnała się z mamą i udała się na rozpoczęcie roku szkolnego.

              text alternatywny

              Gdzieś w połowie drogi do szkoły spotkała Kasię i Magdę. Widząc dziewczyny z daleka już zaczęło robić jej się gorąco, pomachała im, a te odmachały, zaczęły iść w swoim kierunku nawzajem, aby przyspieszyć nieuchronne spotkanie. Pierwsze co przytuliły się na przywitanie, mimo iż dosłownie widziały się parę dni temu.

              – O boże, Paulinka! Ale klasa! - powiedziała Kasia z uśmiechem i szczerością, co sprawiło, że Paulina poczuła ulgę. Najbardziej się bała, że się ośmieszy. Teraz mogła być z siebie dumna, że zostawiła spinki w domu i użyła tylko nie rzucających się w oczy wsuwek.
              – No no, ale kiecka– zawtórowała Magda, zarzucając blond włosami i żując gumę jak krowa na polu. – Gdzie kupiłaś? U Matyldy?– zapytała chyba tylko z grzeczności.
              – Tata mi przywiózł jak był poza Sokołowem, nie wiem gdzie– odpowiedziała, mimo iż nie widziała w tym sensu, co też Kasia wyczuła i szybko się wtrąciła
              – Jezu, Magda, się królowa mody znalazła, chodź już do tej budy, trzeba obczaić z jakimi lamusami przyjdzie nam spędzić kolejne lata, a może coś ciekawego się znajdzie– Kasia ruszyła niespiesznie, Magda zarechotała myśląc już o przystojnych chłopakach, a Paulina jedynie uśmiechnęła się pod nosem. Póki co zdawało się, że dzień, mimo fatalnej okazji, będzie całkiem wesoły.

              Paulina miała długie, karbowane włosy, w kolorze ciepłego brązu sięgające poza linie barków. Jej niebieskie oczy wyrażały spokój, a sam wyraz twarzy sprawiał, że ludzie czuli się przy niej bezpieczni i nie oceniani. Roztaczała wokół siebie aurę miłej, koleżeńskiej atmosfery, dlatego też wiele osób nie bało się do niej odezwać, nawet jeśli czuli się w szkole totalnie odmienni i niepasujący. Była też drobnej postury, mierzyła około sto sześćdziesiąt centymetrów, ważyła pewnie nie więcej jak pięćdziesiąt kilogramów, co było widoczne po jej lekkiej, dziewczęcej figurze. Określenie Pauliny jako “miłej dla oka” byłoby idealnym i bardzo pasującym, choć dla wielu mogła być po prostu typowa z tych ładniejszych, nie robiła wielkiego wrażenia, nie sprawiała, że pół szkoły za nią biegało. Paulina po prostu mogła się bardziej podobać, ale nie wzbudzała wielkiego zachwytu, gdyż nie posiadała w sobie tej magii magnetyzmu. Emanowała spokojem i czymś miłym, a nie czymś kuszącym.

              Kiedy rozpoczął się apel, od razu szepnęła do dziewczyn
              – Ta w sukience to dyrektorka, Michał mi opowiadał, ponoć niezłe numery wywijał i nie raz na dywaniku u niej wylądował– pochwaliła się koleżankom, choć jej brat nic takiego jej nie mówił. Te od razu podekscytowały się.
              – No nie gadaj!– Kasia rzuciła ciekawskie spojrzenie na kobietę. Niedługo po tym Paula zauważyła znajomą twarz, a potem ten chłopak jej pomachał. Odmachała mu jakby ukradkiem i posłała słaby uśmiech. Od razu niemal dostała została spacyfikowana przez Kaśkę szturchnięciem
              – Komu ty machasz?– zapytała natarczywie, co wzbudziło zaciekawienie Magdy. Blondynka niemal błyskawicznie namierzyła ciacho, któremu właśnie Paulina pomachała.
              – Ty, kto to jest?! - Magda wyraźnie była podjarana, więc też podniosła rękę, aby pomachać Pogorzelskiemu, mimo iż go nie znała. Jej ręka szybciutko poszybowała w górę, z entuzjazmem i słodkością uroczego dzieciaka.
              – Kolega mojego brata– odpowiedziała, wzbudzając jeszcze większe zainteresowanie dziewczyn. Mikołaj musiał poczuć jak bardzo jest przez nie lustrowany.

              Dalej pozostało już słuchać mało oryginalnego przemówienia, albo nawet nie słuchać i się całkowicie odciąć. Dziewczyny oczywiście obserwowały wszystko i wszystkich, komentując co rusz nową osobę, a trzeba przyznać, że było ich sporo. Sporo emocji i wzburzenia wznieciła Romka, którą Paulina kojarzyła z wizyt w garażu swojego brata, nazywała się Ariadna. Nastolatka całkiem nieświadomie zaszkodziła jej, zdradzając Kasi i reszcie jak ta ma na imię i że “zna jej brata”
              – A to wywłoka!– rzuciła Kaśka – No kojarzyłam ją skądś– dodała. Paulinie wydawało się, że jej koleżanka udaje, jakoby tak słabo znała Romkę, bowiem jeszcze jakoś pół roku temu, strasznie się wkurzała widząc ją na mieście z pewnym przystojnym facetem; tylko wtedy nie wiedziała, że to po prostu brat Ariadny, a nie jakiś podrywacz.
              – Ty patrz, wymyka się! - Magda musiała być szpiegiem numer jeden, żeby zaplusować
              – Suka– Kasia ewidentnie się oburzyła. Paulina i Asia posłały sobie jedynie spojrzenie i westchnęły jak dwie zsynchronizowane maszyny. Katarzyna jednak nie mogła odpuścić, sprężystym krokiem, kręcąc biodrami jak gwiazda, ruszyła w stronę wyjścia. Zaskoczeniem dla dziewczyn było, gdy tam się zatrzymała, zupełnie jakby nagle włączyła jakieś trybiki i zaczęła analizować. Przyjaciółki były wpatrzone w nią z ogromną ciekawością, a cały wywód dyrektorki pozostał jakimś głuchym szumem bez znaczenia. Kasia w końcu jednak odwróciła się, rozejrzała na boki i podeszła do kogoś z kadry nauczycielskiej po czym dumna wróciła do swojej paczki, jak paw kręcąc tym, co miała najlepszego, z triumfalnym uśmiechem i miną zwycięzcy.
              – No to już ma lipę, frajerka – skwitowała jak królowa, uznając, że teraz to już na pewno będzie dobry dzień.

              🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              5
              • JohnyTRSJ Niedostępny
                JohnyTRSJ Niedostępny
                JohnyTRS
                napisał(a) ostatnio edytowany przez JohnyTRS
                #9

                MG-Awatar100.jpg
                Szarzyzna


                Krzysztof

                Kątem oka obserwował jeszcze Justynę. Ta, dosłownie ignorowana przez wszystkich poza Komedą i Bochenkiem, wcisnęła się w szerszą lukę za drabinkami i próbowała wtopić się w ścianę.

                Na wspomnienie o szafkach dla wybranych Piotrek się zaśmiał pod nosem:
                - Stawiam piątaka że do świąt ktoś spróbuje je podpalić.
                - Ty?
                - Co ty, chcę mieć szansę zachowania piątaka. Wchodzisz, poganin?

                Paulina i spółka

                Kasia z uśmieszkiem wróciła do grupy. Bez problemu udawała, że ona nigdy nigdzie się nie ruszała.
                - To co, idziesz dzisiaj na dyskotekę? W "Miami" robię imprezę na rozpoczęcie roku. Hmm?
                Paulina obserwowała nauczyciela. Ten, jak na swój wiek, szybko zniknął w korytarzu. Królowa Kasia tymczasem, będąc w świetnym humorze, zostawiła przyjaciółki i powoli przeciskała się przez tłum.

                Ariadna i jej "klub"
                Wspomniane przez dyrektorkę szafki (świeżo odmalowane, ale na pewno nie była to pierwsze odmalowanie tych szafek, pewnie pochodziły z jakiegoś zamkniętego zakładu pracy) stały prowizorycznie w korytarzyku przy sali gimnastycznej, tam gdzie były szatnie (zamknięte na klucz, Rafałek i Agnieszka to sprawdzili). Szafki pewnie zostaną przeniesione w inne miejsce, bo sala gimnastyczna była dosłownie na końcu szkoły.

                To był moment. Ariadna zaklaskała (Agnieszka i Rafałek już przestali nerwowo rozglądać się na około) i w tym momencie pojawił się nauczyciel. Iwona zdążyła jeszcze zatrzasnąć szafkę, co tym bardziej zogniskowała uwagę nauczyciela. Starszy pan, okulary w grubych oprawkach, marynarka (ale nie pełen garnitur).
                - Ty, ty i ty (wskazał na Ariadnę, Agnieszkę i Rafała), pod ścianę. Ty - wskazał na Iwonę - otwórz tę szafkę. Natychmiast.

                Nauczyciel nie krzyczał. Jego głos po prostu eliminował opór. Iwona, spuszczając głowę, otworzyła szafkę. Woń zapachów, w tym świeżej czerwonej farby olejnej, wydostała sie na zewnątrz. Byłoby lepiej, gdyby nauczyciel w tym momencie się wydarł, rzucił kimś o podłogę.
                - Zamknij. I nie próbujcie nawet udawać, że ta puszka farby nie jest wasza. Na salę, już.
                - Ale...
                - Wracać na salę.

                Nie dyskutowaliście. Gdy tylko minęliście drzwi kazał wam stanąć pod ścianą przy wejściu. I sam stanął obok.
                - A teraz grzecznie czekacie do końca apelu. A jutro meldujecie się w szkole razem z rodzicami.

                Cała scena wejścia i wyjścia została oczywiście zauważona przez wystarczająco dużą liczbę uczniów, żeby przez tylne rzędy niosły się szepty, co chwila ktoś wychylał głowę, a gdy tylko właśnie ten nauczyciel rzucił spojrzeniem przez długość sali, gwałtownie odwracali głowy i udawali że o niczym nie wiedzą.

                Nauczyciel na pewno nie był przyjaznym misiem, którego można by było owinąć wokół palca. Oj nie.

                Edyta Szulc

                Stała i słuchała monologu pani dyrektor, tej bezsensownie kwiecistej mowy. Nowa szkoła, ale treść jak zawsze taka sama. Jedynym zainteresowaniem jakie przejawiała było to, kto ich będzie uczył informatykę. Edyta wiedziała, że w Sokołowie był tylko jeden nauczyciel tego przedmiotu, pan Łukasz, który nauczał tej dziedziny we wszystkich szkołach w mieście. Już dawno stwierdził, że Edyty program nauczanie niczego nie nauczy czego by ona nie umiała, przez co nudziła się na lekcji. Szóstka na koniec roku nie była żadnym wyzwaniem. Edyta nie widziała pana Łukasza wśród nauczycieli, ale niczego to nie dowodziło, ponieważ mógł być na rozpoczęciu roku w każdej innej szkole w Sokołowie.

                -...idziesz dzisiaj na dyskotekę? W "Miami" robię imprezę na rozpoczęcie roku. Hmm? - dobiegło do jej uszu. Na pewno nie było to skierowane do niej.

                Adam Chlebowski

                Zaraz obok niego Arek i Kasia (Stobiecka) gadali o tym, że w końcu otworzyli dom kultury i da się nareszcie iść do kina (Kasia się wypierała, bo to liceum i na pewno od początku będzie dużo zadane).
                - Ej Adam - Arek sprzedał koledze sójkę w ramię - Będziesz w Miami? Dziś wieczorem będzie dyskoteka, rozruszamy się.

                Adam wiedział, że jego ojciec klnie na właściciela tego klubu, tego "jebanego solidarucha", bo ten nie okazał mu wystarczające szacunku. I że ten od "Miami" ma zbyt mocne plecy, żeby Chlebowski mógł mu naprawdę zaszkodzić.

                Mikołaj

                Poczuł że ktoś się do niego przykleja. Nie kojarzył jej imienia, ale to była "psiapsi" Pauliny, siostry Michała. Dziewczyna wyszczerzyła ząbki, koszula opinała biust.
                - Cześć, Kasia jestem. Idziesz na dyskotekę? Dzisiaj w "Miami"?

                Alicja

                Odcięcie się od świata nie wyszło do końca tak, jak by chciała. W momencie wchodzenia na salę na chwilę zdjęła słuchawki i dopiero w tłumie ponownie je założyła, dodatkowo ukrywając pałąk w rozpuszczonych włosach. Ale to nie na wiele się zdało, trudno zniknąć kiedy jest się co chwila popychanych, ktoś się obok głośno wita albo... próbuje podrywać.
                Kojarzyła Mikołaja jako tako z podstawówki, podobnie jak Kasię i resztę tej głośnej paczki, na każdej szkolnej imprezie bawiącej się najgłośniej i najlepiej ze wszystkich. I teraz Kasia ordynarnie kleiła się do Mikołaja.
                - Cześć, Kasia jestem. Idziesz na dyskotekę? Dzisiaj w "Miami"?
                Mikołaj nie wyglądał na kogoś, kto mocno zainteresuje się Kasią, ale kto wie?

                Wszyscy

                Szum przechodzący przez ostatnie rzędy dotarł do nowych uczniów.
                - O ja cię... Co za ciołki...
                - ... ej Łysy, nawet ty czegoś takiego nie odpierdoliłeś,...
                - Kurwa... podpaść Józefiakowi na rozpoczęciu... mają przesrane...
                - ... do końca roku, na bank...
                - Kojarzysz ich?
                - Nie, to chyba nowi.
                - ... o kurwa, no to on in już nigdy im nie popuści...

                Nowi uczniowie stojący w tłumie obejrzeli się. Obok nauczyciela, który był TYM Józefiakiem (Paulina i Mikołaj wiedzieli o kogo chodzi), stała czwórka uczniów, trzy dziewczyny i jeden chłopak wyglądający tak, jakby zaraz miał się rozpłakać.

                Ariadna mogła się jedynie domyślać, że tym nauczycielem może być Józefiak. Słyszała o nim od brata.

                Ciężkie pióro, ograniczona fantazja, blokada twórcza, niemoc tfurcza, masa nierozwiniętych pomysłów. Długie posty praktycznie niemożliwe.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                5
                • billieB Niedostępny
                  billieB Niedostępny
                  billie
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez billie
                  #10

                  text alternatywny

                  Ariadna Mirga

                  Ariadna w pierwszej chwili faktycznie się przestraszyła. Nawet nie tego, że zostali przyłapani. Nie obchodziły ją również ewentualne konsekwencje ich działań. Zwyczajnie pojawienie się Józefiaka nie było częścią jej planu. Dlaczego belfer postanowił udać się na nagły patrol w środku apelu? Jaka niespodzianka. To przecież nie miało sensu. Wzdrygnęła się, a potem zamarła w bezruchu, spoglądając bez słowa na mężczyznę.

                  Valentino był rok starszy i przez ostatnie sześć miesięcy chodził do tego liceum, więc znał kadrę nauczycielską. Opowiadał jej co nieco o różnych pedagogach. Których się wystrzegać. Którzy byli mili i pomocni. U których można było sobie pozwolić na więcej. Z którymi lepiej nie zaczynać. Bez wątpienia Józefiak należał do tej mniej przyjaznej części grona.

                  Mimo to... był po prostu kolejnym starszym panem. Niemodnie ubranym i prawie ślepym... nikim. Jak mogła bać się go, skoro całe dzieciństwo wychowywała się z prawdziwie niebezpiecznym człowiekiem? Józefiak nie dorastał jej ojcu nawet do pięt. Ile rzeczy widziała, ile słyszała, jak bardzo musiała się dostosowywać, skradać, szeptać, żeby tylko przeżyć... Ariadna i Valentino może nie byli często bici, nie tak często jak ich matka, ale to wcale nie oznaczało łatwego dzieciństwa. Dziewczyna nie przeraziła się srogą miną nauczyciela. W końcu co najgorszego mógłby jej zrobić?

                  Może wydawała się stoicka, ale adrenalina i tak zaczęła krążyć w jej żyłach. Kiedy ostatni raz tak się czuła? Ponad pół roku temu… Wtedy… Tamtego dnia… Wtedy gdy… znajdowała się z bratem daleko od domu, przynajmniej według oficjalnych akt policyjnych. Wiele osób załamałoby się po tamtym dniu. Nie mogłoby znieść jakiegokolwiek chaosu, nieporządku, konfrontacji. Ariadna miała odwrotnie. Zahartowało ją to. Jak mogła bać się jakiegoś cholernego Józefiaka? Stary dureń, choć wielokrotnie starszy, nie przeżył choć w połowie tego co ona. Co więcej, dziewczyna widziała ostatnio w telewizji artykuł o pensji nauczycieli. Wiedziała stąd, że już teraz zarabiała więcej od niego (przynajmniej w lepsze miesiące). Nie wartościowała ludzi po tym ile zarabiali, ale z drugiej strony czy to nie było żałosne? Wielki, groźny samiec alfa, głowa rodziny kontra mała dziewczynka świeżo po podstawówce. Kto wygrałby to ekonomiczne starcie? Na kogo postawiono by pieniądze? Ha, pieniądze. Doprawdy okropne, że musiała słuchać się takiego nieudacznika.

                  Na początku zamierzała do wszystkiego przyznać się. Wyrobić sobie odpowiednią opinię już pierwszego dnia szkoły. Krążyły za nią plotki o satanizmie, a szafka wyglądała jak element nieświętego rytuału. To wszystko do siebie pasowało. Tyle że… zazwyczaj grono pedagogiczne nie było w jej wybryki zbyt mocno zamieszane. Ariadna nie bała się o swoją przyszłość, wiedziała, że zawsze sobie poradzi. Nie chciała jednak zaszkodzić towarzyszom. Nie powinni mieć problemów w aktach tylko dlatego, bo się z nią zadają. Wierzyli w nią i podążali za nią, ale nie po to, żeby skończyć na dnie. A to znaczyło, że Ariadnę czekał cały dzień kłamania i manipulowania. Cudownie.

                  Szli w stronę auli. Spojrzała na Iwonę. Przyjaciółka robiła dobrą minę do złej gry, ale delikatnie przegryzała wargę. To znaczyło, że bardzo się stresowała. Niebieskowłosa dziewczyna zerknęła w jej stronę. Ariadna wymownie spojrzała na torbę w jej dłoni i dała jej znak, by ją po drodze upuściła. Była dowodem łączącym ich ze sprawą i trzeba było go wyeliminować. Nie mogła trafić w ręce Józefiaka.
                  Następnie Ariadna spojrzała na Agnieszkę. Zdawała się w innym świecie, jeszcze bardziej osamotniona. Niewidzialne bariery, które zazwyczaj ją otaczały, znacząco się pogłębiły. Ale z dwojga złego wyciszenie koleżanki odpowiadało Ariadnie. Bo alternatywą była panika... a Rafałek... sobie nie radził. Tak bardzo bał się Józefiaka? A może… jej? Miał pozostać na czatach i chyba nie do końca ją w porę ostrzegł. Agnieszka zresztą tak samo. Ariadna nie była zadowolona z tego obrotu wydarzeń, ale musiała nadal polegać na Rafałku. Uśmiechnęła się do niego i skinęła mu głową. Lekko, przelotnie chwyciła go za rękę. Dodała mu otuchy. W dziewczyny wierzyła, ale chłopak mógł pęknąć, a tego nie chciała.

                  – Panie profesorze – powiedziała, zanim weszli do sali. – Porozmawiamy na ten temat później, wiem. Ale proszę pozwolić mi skorzystać z toalety, tylko na chwilę.
                  Józefiak już miał spiorunować ją wzrokiem, lecz wtedy Ariadna podniosła do góry rękę, na której została kropelka czerwonej farby. Musiała odprysnąć, kiedy malowała napis. W pierwszej chwili wyglądała jak krew. Mogłaby łatwo zetrzeć rekwizyt, więc w razie czego nie stanowił dowodu.
                  – Kobiece sprawy – wyjaśniła, niby wstydliwie.
                  Miała nadzieję, że stary pedagog zachowa się jak każdy typowy mężczyzna i od razu ją wypuści. Zanim zacznie zadawać pytania, skąd ta niby krew miałaby w ogóle pojawić się na jej ręce.

                  Ariadna chciała znaleźć się w toalecie. Nie było to absolutnie konieczne, ale bardzo by jej pomogło. Liczyła na łut szczęścia – że ktoś wyszedł w trakcie przedłużającego się apelu, aby opróżnić pęcherz. Potrzebowała kogokolwiek. Mogła z tą osobą zwyczajnie porozmawiać, lub (co łatwiejsze) przekupić ją pieniędzmi. Trzymała w torebce kilka stów, ale pewnie wystarczyłoby zwykłe dziesięć złotych. Jeśli jest w to wplątany Józefiak, to może dwadzieścia, nie więcej niż pięćdziesiąt. Chciała zapłacić za usunięcie torby Iwony z obciążającymi dowodami, a potem poświadczenie, że już wcześniej ktoś ze starszej klasy majstrował przy szafce Kasi Kujonki. Ariadna, Iwona, Agnieszka i Rafałek po prostu natknęli się na dokończone dzieło. Przecież tak właściwie nie zostali złapani na gorącym uczynku, czyż nie?

                  Gdyby jednak nie udało się, to i tak nie mieli problemu. Ostatecznie poświadczy o tym sama Kasia Stobiecka.
                  „Oddaj kasę szmato? Taki był tam napis? Nie, to nie mogła być Ariadna, panie profesorze. Przecież nie pożyczałam od niej żadnych pieniędzy. Ani od niej, ani od nikogo z jej grupy. Nie jestem jej nic winna. To nie ma sensu. Dlaczego miałaby to napisać?”
                  Pani Stobiecka przyzna rację córce. Inaczej katoliczka musiałaby wyznać, że poszła na wróżby do "małej czarciej Cyganeczki” i w dodatku nie zapłaciła jej za usługi. Nigdy się tak nie upokorzy.
                  Dlatego też Ariadna pozwoliła sobie na ten plan. Nie ma motywu, nie ma przestępcy. Jeśli Józefiak będzie za mocno naciskał, to będzie to wyglądało po prostu na prześladowanie romskiej uczennicy. Dziewczyna de facto nie potrzebowała znaleźć nikogo w tej łazience, ale na pewno pomogłoby to jej domknąć luźne wątki.


                  Jakiś czas później, już w sali gimnastycznej, przysłuchiwała się otaczającym ją szeptom. Jakie to było żałosne. Pozwoliła sobie zaatakować szafkę Kasi, bo kujonka nie była super popularna i oprócz jej małej artystycznej paczki, pewnie nikomu nie byłoby jej szkoda. Ariadna nie chciała popełnić politycznej pomyłki, tykając niewłaściwego ucznia, ale młoda Stobiecka wydawała się bezpiecznym wyborem. Nie spodziewała się jednak, że okoliczna chołota będzie reagowała w taki sposób na psikus sam w sobie. W Katowicach uczniowi byliby podekscytowani takim wybrykiem, nie oburzaliby się na trochę chaosu. Widać Sokołów dobrze chował swoje owieczki. Malutkie trybiki. Tak, jak teraz obawiali się Józefiaka, tak samo za kilka lat będą kulić się przed jakimś kierownikiem magazynu, czy gdzie tam trafią do pracy. Żałosne. Produkowani fabrycznie niewolnicy bez żadnych perspektyw, nie potrafiący spojrzeć do przodu na więcej niż kilka lat spędzonych w liceum.

                  Ariadna nie cieszyła się z tych wszystkich rzeczy, które przeżyła w dzieciństwie. Ale jeśli to one otworzyły jej umysł, nadały jej człowieczeństwo, poczucie odrębności i sprawczości... to może w tym całym cierpieniu jednak był jakiś sens... prawda?

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  5
                  • CaiC Niedostępny
                    CaiC Niedostępny
                    Cai
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Cai
                    #11

                    left aligned paragraph

                    Mikołaj Pogorzelski

                    Mikołaj mierzył grupę rozstrzelańców, bez zaskoczenia składem pod ścianą. W oczach odbijał obraz szkody całkowitej, największy dla niebieskiej. Basistki widywał. Panna z elektrykiem jawiła się mityczną istotą skali jednorożca. Wpływ chodzącej katastrofy stawił ją w epicentrum. W wielkim iksie poligonu, nad którym wyrósł grzyb. Znowu, widać pragnienie ostrego łojenia inicjowało do klubu lesbij masosado.

                    Queen B. zatoczyła pętle, kołysząc odwłokiem. Brzęczała słodko nad uchem, kusząc lepkim miodem i krągłym obwodem.

                    – Dziadowska prekognicja. Ryzykowne akcje w sekstylu Wenus do Marsa? Pfff bieda – wydał tarociarze negatyw, farmazonem inspirowanym horoskopami z Wróżki, ezoterycznego miesięcznika ze stosu fryzjera.

                    Przeniósł spojrzenie, z powolną uwagą odwzajemniając otrzymaną lustrację. Przeczesał palcami grzywę, zupełnym przypadkiem uwydatniając bic zgiętej ręki. Rękaw koszuli przyciaśniał. Nie tylko on.
                    – Wolałbym, by kto inny zarżnął mnie na parkiecie, ale dzisiaj będzie to Rouba.

                    Miał wrażenie, że Kasi niezdrowo spodobała się nazwa tranzytu planet, aż do rumieńca.
                    – A ty? Jakie masz supermoce? – zapytał, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom, widząc podekscytowanie okolicznych uczniów, którzy również chcieliby się dowiedzieć, jaką ze Spicetek lubi najbardziej?

                    text alternatywny

                    Sala klubu sportowego Gwardia Sokołów. Godz. 17:00

                    Krzywo ciosane schody opadające w podpiwniczenie. Biurko recepcji zza którego wyglądały zdjęcia z turniejów. Wąski korytarz. Na prawo szatnia i kantorek skrywający wygodny fotel, telewizor Sanyo i przeszkloną gablotę z trofeami. Z lewej, drzwi toalety i łazienki, kiedyś w białych kaflach, dzisiaj kremowych, z kratą odpływową na środku podłogi zbierającą popłuczyny. Rząd umywalek i prysznice przesłonięte zasłonami z ceraty. Z deszczownic obrośniętych kamieniem woda leciała w każdą możliwą stronę, za zimna lub za gorąca. W głębi przejścia, miejscami odrapane z farby znajdowały się wrota do halki.

                    Zajęcia rozpoczynała rozgrzewka. Biegali w koło, plaskając bosymi stopami o powycierane materace, wdychając niemiły zapaszek, którym pomieszczenie przesiąkło do cegły. Czuć było ducha poprzedniej epoki tak w wystroju, stanie sprzętu jak i samym trenerze. Mieczysław Rouba, niepozorny, lekko przygarbiony facet z wąsem, koło pięćdziesiątki. Ręką równie ciężką jak drętwe poczucie humoru, prawie sięgnął po mistrzostwo Europy. Miał ambicje wystrzelić podopiecznych podobnie wysoko. Pot, krew i rzyg z wycieńczenia znaczyły drogę pięściarskich juniorów. Ból zakwaszonych mięśni i stłuczonej żuchwy szedł zaraz obok.

                    Mikołaj opadł na krzesło wymacując palcami, czy aby chrząstka nosa przetrwała. Koło niego zdychali towarzysze niedoli, wyrżnięci jak szmaty. Jedyny moment, gdy odzywała się zazdrość z łysej glacy, którą wystarczyłoby włożyć pod kran i mieć spokój. Przekrój. Paru skinów, dresik, zwyklaki, turyści, którzy wpadali na zajęcia czy dwa, po czym znikali w niebycie. Mocne w gębie cwaniaki, szybko wyjaśniane i sprowadzane do parteru. Nie musieli się lubić. Zwłaszcza, że dla niektórych wyżyną dowcipu była poduszka kolegi z internatu napchana śmierdzącymi skarpetami. Pięści lądujące na ryjach budziły we wzajemnie obijanych łbach cichy, nigdy nie wypowiedziany, ale respekt. Przed rozejściem Rouba odpalił jeszcze kasetę VHS z nagraniem walki z czerwca. Poprzewijał, pośnieżył. Pauzując, omawiał manewry i taktyki. Dużo nie było. W trzeciej rundzie Tyson odgryzł Holyfieldowi ucho.

                    text alternatywny

                    Dyskoteka „Miami”. Godz. 19:30

                    Przechodził obok, przemierzając szarzyznę. Zatrzymał się przyciągnięty płynącym z okien różnobarwnym światłem rozmytym przez mgłę. Dudnieniem stłumionej muzyki. Nietypowy punkt wrześniowo-wieczornego krajobrazu miasta, które niczym staruszek w ciszy i spokoju chciałoby już położyć się spać. Na ramieniu niósł torbę z brudami, rękawicami i hełmem. Nawet nie wiedział czy go wpuszczą. Wykończony, jutro do budy, tylko pragnienie suszyło, a bidon ział pustką. Chęć relaksu pod palmą przeważyła, choćby na godzinę.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    4
                    • Arthur FleckA Niedostępny
                      Arthur FleckA Niedostępny
                      Arthur Fleck
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #12

                      Krzysiek Komeda 100.jpg

                      Krzysztof Komeda

                      – Wchodzisz, Poganin?

                      – Wchodzę. Ale nie o piątaka.

                      – Co, za bogaty jesteś?

                      – Za biedny. – Krzysiek poprawił łańcuch przy szlufce. Piątak to były dwie paczki dużych Chio Chipsów, albo dwie butelki Coca Coli. Tydzień zbierania butelek. – Gramy na wyzwanie.

                      Bochenek uniósł brew.

                      – Słucham.

                      – Jeśli ja wygram, przez tydzień jesteś moim lokajem. Nosisz mi plecak. Stoisz w kolejce po drożdżówki. Mówisz „tak, jaśnie panie" na każde moje skinienie.

                      Piotrek parsknął śmiechem.

                      – A jak ty przegrasz?

                      – To ty wymyślasz.

                      Błąd.

                      Krzysiek zrozumiał to w momencie gdy zauważył błysk w oczach kolegi, ale było już za późno by się wycofać. Bochenek potrafił wymyślać naprawdę pojebane rzeczy. Kiedyś namówił dzieciaka z 6C by wsadził język w gniazdko. Drugi zjadł żywego ślimaka a potem rzygał przez dwa dni.

                      – Falkenstein – powiedział Piotrek.

                      – Co?

                      – Zamek. Spędzasz tam noc. Całą. Od zmierzchu do świtu.

                      Krzysiek poczuł, jak coś zimnego przebiega mu po kręgosłupie. Zamek Falkenstein. Ruina pełna szczurów i legend. Miejscówka dla pijaczków, wagarowiczów i samobójców. Podobno ktoś się tam powiesił w zeszłym roku. Albo dwa lata temu. Albo dziesięć. Historia zmieniała się w zależności od tego, kto ją opowiadał.

                      – Wchodzę – usłyszał swój własny głos.

                      Piotrek wyciągnął rękę. Uścisnęli dłonie.

                      – Nie ma odwrotu, Poganin.

                      – Wiem.

                      Krzysiek rozejrzał się po sali, żeby nie patrzeć na triumfujący uśmieszek Bochenka. I wtedy go zobaczył.

                      Chłopak stał kilka metrów dalej. Mikołaj. Tak chyba miał na imię. Jeden z graczy Marka. Krzysiek widywał go czasem przez płot, gdy chłopak przychodził na sobotnie sesje do Kozy. „Mikołaj idzie do tego samego liceum co ty", powiedział wczoraj Marek, pochylony nad jego tyłkiem z buzującą maszynką. „Trzymaj się go. Zawsze warto się trzymać tych najbardziej prawilnych".

                      Krzysiek zrobił krok w stronę chłopaka by się przywitać. Ale ktoś go ubiegł. Dziewczyna w obcisłej bluzce, z uśmiechem szerokim jak autostrada. Podeszła do Mikołaja i powiedziała coś, czego Krzysiek nie dosłyszał. Coś o „Miami". O dyskotece. Komeda wycofał się dyskretnie. Nie chciał wcinać się i psuć chłopakowi momentu.

                      Stał i udawał, że bardziej interesuje go kazanie dyrektorki, kiedy drzwi sali nagle otworzyły się z trzaskiem. Nauczyciel wszedł pierwszy. Za nim czwórka uczniów. Trzy dziewczyny i jeden chłopak, który wyglądał tak, jakby zaraz miał się posikać.

                      Szept przebiegł przez salę jak fala.

                      „O kurwa..."

                      „...podpaść Józefiakowi na rozpoczęciu..."

                      „...mają przesrane do końca roku..."

                      Józefiak. Krzysiek poczuł, jak świeży tatuaż pulsuję pod plastrem. Jakby chciał mu o czymś przypomnieć.

                      „Józefiak to najgorszy skurwiel w całej szkole". Głos Marka odbijał się echem w pamięci. „Schodzisz mu z drogi. Nie patrzysz w oczy. Odzywasz się tylko jak cię o coś zapyta. Rozumiesz, młody? Tylko wtedy. Wierz, mi nie chcesz skończyć z nim w jednej kozie po lekcjach”.

                      Wczoraj Krzysiek słuchał jednym uchem. Był zbyt zajęty zaciskaniem zębów i przeklinaniem dnia, w którym zgodził się na ten tatuaż. Ale teraz, patrząc na nauczyciela, który prowadził czwórkę uczniów pod ścianę jak skazańców na rozstrzelanie, wiedział, że Marek nie przesadzał.

                      – Widzisz tę z ciemnymi włosami? – Piotrek trącił go łokciem.

                      Krzysiek spojrzał, przytaknął.

                      – To ta cyganka – kontynuował Bochenek. – Ta, której stary zarąbał matkę siekierą. Pewnie próbowała coś zajumać z pokoju nauczycielskiego.

                      Krzysiek przyjrzał się jej uważniej. Słyszał o tym rodzeństwie. Cały Sokołów słyszał. Historia krążyła po miasteczku jak wirus. Ojciec zabił matkę, dzieci trafiły do dziadków albo wujków, albo kogoś. Szczegóły zmieniały się w zależności od źródła. Ale dziewczyna nie wyglądała jak cyganka. Była blada, jakby miała ciężką anemię albo nawet białaczkę. Albo po prostu siedziała za długo w piwnicy bez słońca.

                      Komeda patrzył na nią i miał dziwne wrażenie, że nie do końca jest poczytalna.

                      Ale czemu się dziwić?

                      Gdyby to jemu ojciec zabił matkę już dawno siedziałby w Bolesławcu zawinięty w kaftan. Krzysiek jej współczuł, ale tylko trochę. Całe życie nasłuchał się od matki o miejscowych Romach i nie miał o nich zbyt dobrego zdania.

                      “Jak będziesz niegrzeczny, porwą cię Cyganie" - powtarzała mu gdy był mały. Ale to był dopiero wstęp. Krzysiek dowiedział się później, że każdy złoty ząb u Cygana to dusza ukradzionego chrześcijańskiego dziecka, zaklęta w metal, żeby mieć szczęście w kartach. Że jak Cygan dotknie twojego banknotu, to ten banknot w nocy sam wyjdzie z portfela i wróci do taboru. Że Cyganie mają we włosach wszy, wielkości chrabąszczy, tresowane od pokoleń do wchodzenia w zamki i otwierania drzwi od środka.

                      Chłopak podejrzewał, że przynajmniej część tych historii to bzdury. Ale miał też inne wspomnienie. Prawdziwe.

                      Dzień Wszystkich Świętych, rok temu. Cmentarz pełen zniczy i ludzi wystrojonych w swoje najlepsze płaszcze i futra z norek. I tabor przy jednej z alei. Cyganie urządzili sobie libację na grobach bliskich. Ksiądz proboszcz wysłał jego i kilku starszych ministrantów by uspokoili towarzystwo. Krzysiek poszedł, bo i jaki miał wybór? Dostał kopniaka w dupę a na dokładkę jeszcze ktoś nasmarkał mu na buta. Wracali do proboszcza ze spuszczonymi głowami, a cyganie za ich plecami ryczeli ze śmiechu.

                      Józefiak ustawił czwórkę pod ścianą i stanął obok nich jak strażnik w obozie. Apel trwał dalej, ale chyba nikt już nie słuchał dyrektorki.

                      Kto szuka kłopotów, ten je znajdzie. - pomyślał Krzysiek. - I zarobi kopa w dupę.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      7
                      • NamiN Niedostępny
                        NamiN Niedostępny
                        Nami
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #13

                        text alternatywny
                        Paulina Kwiatkowska

                        Dziewczynie zrobiło się żal Romki dosyć szybko, mimo iż ta zdawała się nie przejmować całym zamieszaniem. Paulina jednak nieświadomie zawiesiła na niej wzrok na dłużej, zamyśliła się. Przez moment wyobrażała sobie, co inni by pomyśleli, gdyby się z nią zadawała i momentalnie zrobiło jej się gorąco. Nie byłaby pewnie ani trochę lubiana, nikogo by nie interesowało “jaka jest” tylko “z kim się kumpluje”. Nawet jeśli miałaby do zaoferowania prawdziwą wersję siebie, nikogo by ona nie obchodziła. Być może też z tego powodu pytanie Kasi nie brzmiało dla niej jak pytanie, a stwierdzenie, tym bardziej, że ta zaraz odeszła werbować innych. Szybko błyszczała, co imponowało Paulinie, nie wiedziała jaka powinna być, aby ludzie też ją lubili tak po prostu - Kasia po prostu miała w sobie “coś”. Nie była pusta, nie była durna czy bez pasji, była bardzo pewna siebie, towarzyska, moze czasami przesadzała i szukała kozła, na którym mogłaby się wybić; zupełnie jak na wuefie. Jednakże… Była dobrą dziewczyną… Po części. Przynajmniej dla paczki, przyjaciółka.

                        – Asia, idziesz? – Paula zagaiła do koleżanki, która nie zawsze miała takie same możliwości, jak reszta dziewczyn. Rodzice byli od niej bardziej wymagający
                        – Raczej będę mogła – uśmiechnęła się lekko. Paulina odwzajemniła uśmiech, kiwnęła głową i znowu zawiesiła wzrok na Adrianie. Choć szepty wśród uczniów nieco zelżały, wciąż słyszała wokół siebie jakieś szepty i opowieści na temat nauczyciela, rzucane mimochodem. Były to raczej plotki, wymysły, podkoloryzowane opowieści grozy. Czuło się jednak ciarki na plecach i tę ulgę, że nie jest się na miejscu winowajców.

                        – Do łazienki muszę, myślisz, że będę mogła wyjść? – Asia skrzywiła się lekko patrząc na Józefiaka
                        – Emm… No chyba tak, to tylko apel? Nawet nie sprawdzają obecności

                        Asia kiwnęła głową, że zrozumiała. Grzecznym krokiem, z rękami trzymanymi z przodu i splecionymi palcami, odeszła w stronę drzwi. Paulina zdała sobie sprawę, że została sama. Kasia bajerowała Mikołaja, Magda poszła zawieszać się na Arku Sosnowskim

                        – Ta to ma radar, nie wiem jak go znalazła – Szatynka mruknęła sama do siebie otwierając szeroko oczy. Przecisnęła się dyskretnie w ich stronę tylko po to, aby się przywitać, rzucić krótkie “cześć, Miami?”.

                        – Będzie! – Magda odpowiedziała za niego, ten zdawał się z tego cieszyć. Paula wzruszyła ramionami, może nawet się lekko zaśmiała. Stwierdziła, że dyskretnie przeciśnie się pod drabinki, skoro jej paczka i tak się rozeszła po całej sali, nie było już sensu stać jak kołek, trzeba było działać, pokazać się, zdobyć lepsze znajomości, niż zdawkowe kiwnięcie głową, bo “no kiedyś widziałam tę gębę i znam imię”. Chciała być lubiana jak Kasia, której nikt nie odmawiał, a nawet jeśli, to ona mówiła z uśmiechem “będziesz żałował!”. Paula odpowiedziałaby “no ok…”.

                        – Siema, Buła – oparła się o drabinki tuż obok Piotrka Bochenka. Trochę głupek, ale przynajmniej zabawny, nie był nudziarzem, choć czasami wprawiał w stan zażenowania,
                        – Idziecie dziś na imprezę w Miami? – zagaiła też do kolegi Piotrka, aby nie było niezręcznie. – Krzysiek, c’nie? – choć kojarzyła blondyna, nie mogła być do końca pewna, nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek wymieniła z nim choć słowo – Paulina jestem.

                        Po krótkiej wymianie zdań z chłopakami, odetchnęła cicho. Nie chciała już się ruszać ze swojego miejsca, tym bardziej, że jej dziewczyny wciąż były zajęte sobą, Kaśka werbowała co fajniejsze osoby, zaś Magda włączyła tryb predatora. Paula posłuchała trochę apelu, raczej z braku lepszych zajęć niż z ciekawości, po czym zupełnie niechcący jej wzrok spotkał się ze stojącą obok blondynką, która przypominała jej kogoś, aczkolwiek nie była pewna, kogo?
                        – Cześć! - powiedziała i machnęła ręką, gdyż Alicja Filipowicz na uszach miała słuchawki, więc pewnie nawet nie usłyszała, a raczej wyczytała z ruchu warg, że ktoś w ogóle coś się do niej odezwał – Nie byłaś może w to lato u Arka na domówce? Paulina jestem – wyciągnęła przyjaźnie rękę na powitanie, a jeśli dziewczyna jej nie zignorowała, to wspomniała jej o Miami i zaprosiła do spędzenia czasu w gronie jej i swoich przyjaciółek. W innym przypadku, cóż… Musiała udać, że “nie było akcji”.

                        🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

                        Arthur FleckA 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        4
                        • Pan ElfP Online
                          Pan ElfP Online
                          Pan Elf
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Pan Elf
                          #14

                          text alternatywny

                          Alicja Filipowicz

                          Akurat skończyła się kaseta, gdy do stojącego nieopodal Pogorzelskiego podeszła Kaśka Nowak, wdzięcząc się niesamowicie. Zresztą on nie pozostawał jej dłużny, napinając się jak na wystawie. Alicja parsknęła krótko i przewróciła oczami, stając się mimowolnym świadkiem wymiany zdań pomiędzy tą dwójką. Odwróciła się szybko, dla niepoznaki przeczesując plecak w poszukiwaniu nowej kasety. Nieszczególnie dbała o to, czy ktokolwiek zorientował się, że to ona wydała z siebie drwiące parsknięcie; ważne było tylko, by nikt nie potraktował tego jako zaproszenia do rozmowy.
                          Zanim nowa kaseta znalazła się w walkmanie, zdążyła jeszcze usłyszeć to i owo, co skwitowała jedynie gestem udawanego zadławienia. Gdy tylko muzyka znów popłynęła w słuchawkach, odcinając ją - choćby częściowo - od świata, usunęła się w stronę drabinek, licząc na większy spokój.

                          Oparła się plecami o szczeble i jeszcze raz wyszukała wzrokiem Mikołaja i Kaśkę. Coś w tej scenie nie chciało się ułożyć w jej głowie. Z pozoru żadne z nich nie wyglądało, jakby miało się interesować tym drugim. Jasne - Mikołaj był na swój sposób przystojny. Kaśka również była na swój sposób ładna. Oboje jednak pochodzili z różnych światów, tak odległych, że praktycznie nie powinni się nawet stykać.
                          A jednak stali tam razem. Zbyt blisko. Zbyt naturalnie.
                          Może to właśnie wystarczało. A może to tylko pozory. Alicja nie potrafiła tego nazwać, ale poczuła znajome, nieprzyjemne ukłucie gdzieś pod żebrami - coś, co na razie spychała na karb zmęczenia albo zwykłej irytacji.

                          Przyglądała się im jeszcze chwilę, gdy nagle walkman przestał grać. Piosenka urwała się w połowie tak gwałtownie, jakby ktoś przeciął taśmę nożem. W słuchawkach zapadła cisza - gęsta i nienaturalna, pozwalająca całemu światu wdzierać się do środka bez zaproszenia. Dziewczyna desperacko wciskała przyciski “play” i “rewind”, ale bez skutku. Padły baterie.
                          Przewróciła oczami tak mocno, że aż poczuła napięcie w karku, i ciężko oparła się o drabinki. Bez muzyki wszystko wydawało się zbyt wyraźne. Zbyt bliskie. Wtedy szkolna rzeczywistość przypomniała o sobie.

                          - Kurwa… Podpaść Józefiakowi na rozpoczęciu. Mają przesrane.

                          Słowa te dotarły do jej uszu, a jej oczom ukazała się grupka czterech nastolatków stojących obok starszego mężczyzny o nietęgiej minie. Alicja przechyliła głowę, przyglądając się scenie - zresztą nie ona jedyna. Przez moment zastanawiała się, co takiego lokalna grupa lesbijek z cyganką na czele mogła nawyrabiać, by podpaść szkolnej legendzie wśród grona pedagogicznego, lecz równie szybko straciła zainteresowanie.
                          To nie była jej sprawa. Nikt, na kim jej zależało, nie był w to uwikłany. Jeśli wierzyć opowieściom, pewnie próbowali odprawić jakiś chory satanistyczny rytuał albo przynajmniej coś ukraść. Na pewno nie zaczęli liceum od dobrego wrażenia.

                          Odwracając wzrok od zbiegowiska, napotkała machającą do niej ciemnowłosą dziewczynę o promiennym uśmiechu. Alicja zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc, czemu ta macha zamiast się odezwać, by dopiero po chwili uświadomić sobie, że wciąż ma na uszach słuchawki - mimo że nie grała w nich muzyka. Zsunęła je i posłała Paulinie nieco wymuszony uśmiech.

                          - Alicja - odparła, odwzajemniając gest; tym razem już mniej sztywno, wyciągając rękę w jej stronę.

                          - Masz na myśli Arka Sosnowskiego, przyszłą gwiazdę piłki nożnej? - zapytała z lekką ironią w głosie, po czym uśmiechnęła się kącikiem ust. - Tak, można tak powiedzieć. Przez moment… wciągnięta mimowolnie przez kumpla.

                          Zdziwiła się, jak łatwo przyszło jej rozmawiać z Pauliną. Dziewczyna wydawała się całkiem sympatyczna, mimo że należała do paczki Kaśki Nowak. Jeśli Kaśka i Mikołaj byli z dwóch różnych światów, to Alicja miała wrażenie, że ona - w porównaniu z Nowak - funkcjonuje w zupełnie innym wymiarze. Tym bardziej zaskakiwało ją, że rozmowa z Pauliną szła tak gładko, a jej nieoczekiwanym finałem było zaproszenie do „Miami”, by spędzić czas z resztą paczki Queen Bee.

                          - Jasne, brzmi jak lepsza alternatywa niż siedzenie w domu - odparła, zanim zdążyła się zastanowić, w co i gdzie właściwie się pcha.
                          I zanim zdążyła ugryźć się w język.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          6
                          • BrilchanB Niedostępny
                            BrilchanB Niedostępny
                            Brilchan
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez Brilchan
                            #15

                            adam-chlebowski-100-x-100-pixeli.jpg-

                            Adam Chlebowski

                            O wycieczce do klubu "Miami"

                            W pierwszym odruchu Adam chciał odmówić... Ale to przecież był dzień nowych początków! Miał ochotę zrobić coś fajnego i zagrać Ojcu na nosie a wymówka żeby spędzić więcej czasu z ukochanymi przyjaciółmi i szansa zawarcia nowych znajomości tylko dodawało całej sprawie słodyczy: *- Super pomysł! A co powiecie jakbyśmy poszli w strojach inspirowanych tym serialem "Miami Vice" ? Trochę kolorowej krepiny, taśmy klejącej i kartonu i będą policyjne marynarki jak ta lala!

                            |-Reakcja na aferę z Ariadną-|

                            Chlebowskiemu zrobiło się żal Romki, że na dzień dobry podpadła jakiemuś ostremu "Gogowi" A przynajmniej, tak wynikałoby z urywek uczniowskich plotek które wyłapywał jednym uchem.... Chociaż może to ona sobie zaplanowała ? Zrobić coś ostrego na dzień dobry żeby ludzie przestali myśleć o niej jako "diabelskie nasienie Ojca Mordercy" skupiając się na "Mirga ta wariatka co ma kosę z najostrzejszym nauczycielem "? Niespełniony młody aktorzyna w Adamie był pod wrażeniem prawdziwie Stanisławowskiego oddania mistyce charakteru komedii del arte którą jego zdaniem dziewczyna sobie wybrała...

                            Co było oczywiście stekiem bzdur i projekcji dzieciaka który zazdrościł innym buntu na który sam był zbyt tchórzliwy coś go ciągnęło do Ariadny niczym do otchłani czarnej dziury lub mrocznego światła antymaterii czarnej gwiazdy. Nie było to jakieś szczeniackie zadłużenie raczej, fascynacja tym, jak bardzo ich patologie rodzinne są podobne odkąd usłyszał o tej tragedii zaczął częściej fantazjować jak jego życie byłoby lepsze gdyby nie było w nim Ojca i starszego brata wyklinając własne tchórzostwo.

                            Pokręcił głową jak pies który wyskoczył z wody chcąc pozbyć się czarnych myśli niczym dymu ze źle rozpalonego ogniska. Chcąc chwycić się jakiegokolwiek rozpraszacza zaczął przyglądać się ubraniom innych nastolatków ~Kryształy Czasu? Te katolickie kapele rockowe mają coraz dziwniejsze nazwy... Będę się musiał Krzyśka spytać po apelu ~ - Postanowił w myślach.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            5
                            • JohnyTRSJ Niedostępny
                              JohnyTRSJ Niedostępny
                              JohnyTRS
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez JohnyTRS
                              #16

                              MG-Awatar100.jpg
                              Szarzyzna


                              Józefiak się nie uśmiechał, w sumie równie dobrze mógłby robić za grabarza. I jednocześnie był starym belfrem, za którym stały dziesiątki lat doświadczenia w zawodzie. Co bardziej naiwni pewnie by gadali, że on ma tam w głowie taki radar i rentgen, co wykrywa i prześwietla każdego ucznia na wylot i od razu demaskuje wszystkie szachrajstwa.

                              Nie. Józefiak był tym rodzajem nauczyciela, który na uczniowskich wykrętach, kłamstwach i psikusach zjadł zęby.

                              No żesz ty cholero! - mogła klnąc w głowie Ariadna, gdy Józefiak w drodze na salę gimnastyczną (nie było daleko, ot, w sumie zaraz za róg) naprawdę uważał, żeby iść z tyłu. Próba spowodowania żeby nauczyciel ich wyprzedził (Ariadna zwolniła, a Iwona szybko dostosowała się do jej kroku) nie wyszła:
                              - Wracać na salę - wypowiedziane beznamiętnym głosem.

                              Iwona nadal ściskała torbę. Mogła się domyślać, że jej niebieskie włosy działają na nauczyciela jak płachta na byka.

                              Przy Józefiaku wszystko szło nie tak. Spróbowała z drugiej strony, wskazując na kroplę na palcu. Tu już stary Józefiak się zawahał. Niespodziewanie na pomoc przyszła jej obca dziewczyna:
                              - Proszę pana, gdzie tu są toalety.
                              Józefiak skapitulował
                              - Ale się pospieszcie - powiedział i wskazał na najbliższą szatnię. Po chwili trzymanym w dłoni kluczem (z dużym, drewnianym brelokiem) otworzył ze drzwi (co chwila obserwując Ariadnę). Wycofał się na korytarz przy wejściu na salę gimnastyczna. Stał w takim miejscu, że jednocześnie obserwował co się dzieje w korytarzyku przy szatniach (tam też stały te szafki) oraz wejście na salę gimnastyczną (przez otwarte drzwi dobiegał głos pani dyrektor).
                              - I myć ręce!

                              Ta druga dziewczyna widocznie nie miała żadnych lewych interesów tylko od razu zamknęła się w kabinie.

                              ***

                              Apel dobiegł końca, pani dyrektor życzyła wszystkim miłego i dobrego roku szkolnego, potem zadzwoniła dużym, ręcznym dzwonkiem zaczynając nowy rok szkolny. Rozległy się brawa, nauczyciele zabrali uczniów do swoich klas, pierwsze klasy miały jeszcze zostać na sali. Została też jedna ze starszych klas, oglądająca się na Józefiaka, stojącego przy wejściu na salę z czwórką pechowych uczniów.
                              - 3A, poczekajcie na boisku, zaraz do was przyjdę.
                              Oprócz pani dyrektor i Józefiaka na sali był jeszcze nauczyciel i nauczycielka, oboje mniej więcej w wieku waszych rodziców (nie dotyczy mamy Poganina). Gdy tylko 3A wyszła z sali, Józefiak poprowadził pechową czwórkę (ponownie idąc za nimi) do reszty zgromadzonych.
                              - Pani Doroto, mamy pierwszy przypadek wandalizmu w tym roku. Przyłapałem tych tu na niszczeniu szafek. Zechce pani to zobaczyć.
                              Wśród uczniów rozszedł się szmer. Uśmiechniętej pani dyrektor zszedł z twarzy uśmiech. Józefiak przepuścił ją przodem, pani dyrektor szła bardziej nerwowo. Zniknęli z pola widzenia na minutę, może dłużej. Gdy wrócili, pani dyrektor z trudem hamowała swoją wściekłość:
                              - Milczycie niepytani. I tak jak pan Józefiak wam powiedział, przychodzicie jutro rano do szkoły z rodzicami. Albo innym opiekunem prawnym - aż drżała - ósma rano. Pod sekretariatem.

                              Dalej poszło już szybciej. Wśród obecnych pierwszoklasistów sprawdzono obecność, wy byliście w klasie 1B (co wiedzieliście już wcześniej). Waszym wychowawcą był pan Henryk, pani Ania miała pod sobą klasę 1A. Przy odczytaniu listy wyszło na jaw, że przyłapana czwórka jest z waszej klasy.

                              ***

                              Pan Henryk prowadził klasę przez szkołę (nie było możliwości żeby się wymknąć, Józefiak poprosił nauczyciela mieć całą czwórkę na widoku). Najpierw korytarzem do starego budynku, gdzie mieścił się pokój nauczycielski, sekretariat, gabinet pani dyrektor, biblioteka, potem łącznikiem do nowego budynku, do piwnicy, gdzie były szatnie, boksy wygrodzone metalowymi siatkami z której odłaziła zielonkawa farba. Korytarzem przez piwnicę poszliście na drugi koniec, mijając zamknięte pomieszczenia. Żadne z nich nie wyglądało na salę lekcyjną. Nie było tam tę żadnych toalet.
                              W ten sposób nauczyciel Wrona zrobił wam rundę przez szkołę. Na parterze (oprócz sal lekcyjnych) znajdowała się też stołówka ze sklepikiem. Obecnie wszystko było zamknięte. Na korytarzach było pusto. Toalety były tutaj na każdym piętrze.

                              Paulina i Ariadna wiedziały , że za budynkiem od strony drugiej klatki schodowej, jest nieoficjalna "palarnia". O tej wychowawca oczywiście nie wspomniał.

                              Sala klasy 1B znajdowała się na pierwszym piętrze, mniej więcej w połowie korytarza. Mimo uchylonych okien nosy zaatakował smród świeżej farby olejnej. Pomieszczenie było świeżo po remoncie, olejna lamperia w kolorze piaskowym aż biła po oczach (wyżej ściany i sufit były po prostu białe). Okna wychodziły na boczną, wyłożoną trylinką, uliczkę. Szkolne boisko było po drugiej stronie budynku, niewidoczne z tej klasy.

                              Zajęliście miejsca (Krzysztof od razu rzucił się na sam koniec, pod ścianę, żeby nie było widać, że siedzi na skraju krzesła, kilku znanych z podstawówki kujonów zagnieździło się z przodu, paczka Adama trzymał się razem, podobnie jak paczka Pauliny, Kasia co chwila rzucała spojrzenia Mikołajowi). Ławki i krzesła nie były nowe, ale odnowione, metalowe stelaże pociągnięto czarną farbą (blaty i inne elementy ze sklejki i paździerza były tylko wyczyszczone). Co bardziej ciekawscy szybko sprawdzili, że pod blatami nie ma żadnych gum do żucia.

                              Zaczęło się kolejne, tym razem na szczęście krótkie przemówienie. Wasz wychowawca, pan Henryk Wrona, był nauczycielem historii oraz geografii, przy czym w tym roku szkolnym ni będzie waszym nauczycielem tego przedmiotu. Potem omówił standardowe rzeczy: Najpóźniej na początku przyszłego tygodnia przeprowadzi się wybór na przewodniczącego, zastępcy przewodniczącego oraz skarbnika klasy. Omówił szkolne wycieczki (będą dwie, jedna jednodniowa do Jeleniej Góry do teatru pod koniec miesiąca, oraz druga, dłuższa, pod koniec tego roku szkolnego). Potem przedstawił plan lekcji - odsłonił skrzydła tablicy, ukazując wyrysowaną tabelką z planem lekcji oraz wypisanymi godzinami. Było tego więcej niż w podstawówce, ale mogło być gorzej. Pierwsza lekcja zaczynała się o 8 rano, kończyli najpóźniej o 15:30. Poniedziałek i wtorek był pełen program, w środę zaczynali dopiero od drugiej godziny lekcyjnej, w środę mieli najkrócej, tylko 5 godzin lekcyjnych, a w piątek mieli o jedną lekcję krócej.

                              Nauczyciel poczekał, aż wszyscy przepiszą plan lekcji. Po kilku minutach (Pan Wrona nie poganiał) spytał, czy wszyscy przepisali, kilka niewyraźnych pomruków i kiwnięć głową wystarczyło mu a potwierdzenie. Wstał zza biurka, stanął na środku klasy.

                              - Teraz powinien wam powiedzieć, że na dzisiaj to już wszystko i jesteście wolni -uśmiechnął się, nawet całkiem sympatycznie. - Ale mam dla was niespodziankę. Jak pewnie już wiecie, na zamku prowadzone się prace remontowe. Dzięki uprzejmości ekipy z Pracowni Konserwacji Zabytków zorganizowałem dla was małą wycieczką po zamku. Klasa, wstajemy, ustawiamy się w pary i marsz na zamek! - był w dobrym humorze, pomijając sprawę Ariadny i jej paczki.

                              Aha, temu nauczycielowi się jeszcze chciało.

                              Ciężkie pióro, ograniczona fantazja, blokada twórcza, niemoc tfurcza, masa nierozwiniętych pomysłów. Długie posty praktycznie niemożliwe.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              6
                              • CaiC Niedostępny
                                CaiC Niedostępny
                                Cai
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez Cai
                                #17

                                left aligned paragraph

                                Mikołaj Pogorzelski

                                Mikołaj przemknął na koniec sali, z gracją ducha omijając niezdecydowane zawalidrogi. Zmaterializował się na krześle w ostatniej ławce. Przekornie w linii za Kasią. Teraz by na niego spoglądać, musiała nadwyrężać kark kątem co najmniej stu dwudziestu. Daniel przebijał się na tyły metodą Bismarcka po Cieśninie Duńskiej, blokując ster i całą na przód. Brał przeszkody na pancerz w wyścigu o najbardziej atrakcyjne miejsce. Przycumował rzutem na taśmę o włos przed przedstawicielami brytolskiej floty - HMS Mazurem i Chabrem, ciężkimi krążownikami typu cunt. Usiadł podekscytowany jak tajniak na misji.

                                – Stary, zadro – wyszeptał z cieniem żalu, że żadna smukła kanonierka nie wzięła go za cel. Nie wiedział co mówi.

                                – Czy ona, w wyobraźni ma nas przed ołtarzem? – Pogorzelski drapał się po szyi. Próbował rozgryźć niepokojącą fiksację na punkcie swojej osoby. Rozsupłać święty węzeł małżeński.

                                – Będę świadkiem – Daniel potwierdził najgorsze, klepiąc go po plecach. – Wygrałeś Randkę w Ciemno, łóżko wodne i wyjazd do Ciechocinka. Się prężyło, jak czyściciel basenu z scheisse deutsche video…

                                – A to nie taka konwencja była? – na okazaniu Mikołaj odgrywał niewiniątko. Rozbawienie tłumił ból szerszych manewrów żuchwą. Prawie zszedł od ostatniego treningu, prawie. – Stary, trochę, a Felicja wbije mi siekierę w potylice. Przedziałek pięcioma kilo żelaznej głowicy.

                                – Felicja kto? Taa, cały harem dla siebie – dostał na dokładkę kubłem zazdrości wymieszanej z wyrzutem w polewie z podziwu i niedowierzania. Potem radę drzemiącego w Danielu husarza-tradycjonalisty, świadomego i pogodzonego, że koła dziejów nie zatrzymasz.

                                – Bądź Polakiem. Jedź na dwa fronty. Oczekuj rozbiorów.

                                Napompowali mu ego jak zeppelin gazem, to i prawie odleciał. Przełożył rękę za oparcie krzesła. Bujnął się z nonszalancką niedbałością. Korzystał, roztaczając aurę szefa, któremu Bochenek w ofierze złożyłby całą kolekcję „Twojego Weekendu” byleby tylko dostać się na nauki.

                                Przemalował plan lekcji na kraciastą kartkę. Na okładce Michael Jordan wbijał piłkę w obręcz. Zbezcześcił czysty, pachnący drukiem i nowością zeszyt pismem lekarskim, odziedziczonym po mamusi. Na dokładkę rozmazał grubszą kropę tuszu z długopisu, zostawiając smugę przy „jenzyk polski”. Błąd był celowy.

                                Z końca sali obserwował, samemu pozostając trudnym do uchwycenia. Tak jak lubił. Ukradkiem przyglądał się nowym kolegom, klasie, wychowawcy. Teraz z głową zwróconą w stronę szyby śledził krajobraz za oknem. Spokój kontemplacji przerwał żar ognia odczuwalny na karku. Oczy Daniela płonęły na informację o wycieczce.

                                – Szwab co się po zamku kręci, to stary SS-man, wiara – szturchał, zwracając uwagę. Nie potrafił powstrzymać języka przed zdradzeniem stuprocentowej teorii – Złoto z zawalonych...

                                – Ale nie uprzedzajmy faktów – Mikołaj zdarł łacha stylizując głos na Wołoszańskiego. – Te, a słyszałeś o Ahnenerbe?

                                Dorzucił węgla do pieca. Interesował się Drugą na tyle, by wiedzieć gdzie nacisnąć w moment taki oto jak ten. Z kamienną twarzą podkręcał atmosferę.

                                – W Sudetach prowadzili badania. Z rozkazu Himmlera – dodał dla powagi. – Z odtajnionych akt wynika, że w Falkenstein mieli kwaterę.

                                Daniel złapał haczyk, rozdziawiając japę jak Teresa Orlowski. Okazja, by nadziać go bujdami o innych wymiarach, mocach psionicznych i Cthulhu z kosmosu. Patrzeć jak w bezwstydnym spektaklu pochłania wszystko, została przerwana poleceniem Wrony by dobierać się w pary.

                                – Trzymaj się mnie, prośba – Mikołaj wydusił desperacko, widząc co kolega zamierza.

                                – Żonka czeka – odpowiedź nie znała litości. Skorupski wyszczerzył się, pchnął go w niebezpiecznym kierunku Kasi. Sam oddalił. Pokrążył jak Messerschmitt i zachęcony brakiem konkurencji, ustawił koło Justyny.

                                – Siema – zza zgiełku dobiegła próba dziwnej bajery. – Daniel jestem. Nie mówisz wiele? Nic nie szkodzi. Mogę mówić za nas dwoje. Chcesz posłuchać o armatohaubicy Goździk? Ona też zazwyczaj milczy, ale jak już się odezwie…

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                5
                                • NamiN Niedostępny
                                  NamiN Niedostępny
                                  Nami
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez Nami
                                  #18

                                  text alternatywny
                                  Paulina Kwiatkowska

                                  Smród farby olejnej uderzył w nos tak, jakby szkoła próbowała udawać nową, ale nie umiała ukryć, że ma pod spodem stare kości. Mimo tej chwilowej niechęci i zmarszczenia nosa, dziewczyny musiały zająć najlepsze dla siebie miejsca, wiadomo, rząd ławek na wprost biurka - martwy punkt obserwacyjny dla nauczyciela.

                                  Gadając ze sobą i trzymając się razem, przecisnęły się dość zgrabnie, niestety czołgista-Daniel miał szersze barki i moc wozu pancernego, przetorował drogę do sukcesu nie tylko sobie, ale i Mikołajowi. Dziewczyny jak na znak skrzywiły się jednocześnie, każda tak samo, ale nie poddały się w walce. Usiadły tak, jak było to zaplanowane, w swoich standardowych parach.
                                  Bardziej z tyłu siedziała Kasia z Asią, musiało tak być, ponieważ Kaśka potrzebowała mieć przy sobie najbardziej ogarniętą osobę, aby móc ściągać, przepisywać i ogólnie wiedzieć wszystko, co potrzebne do dobrych ocen, za cenę małego wysiłku. Paulina siedziała z Magdą, która po prostu była zabawna, choć niezbyt rozgarnięta, za to nauczyciele łatwiej jej wybaczali. Kwiatkowska za to była... cóż, przeciętna. Niezbyt głośna, mająca całkiem dobre oceny, ale bez rewelacji, całkiem miła. Mimo iż bardziej przyjaźniła się z Kasią, to lubiła siedzieć obok Magdy; blondynka zawsze miała mnóstwo kolorowych długopisów i ładnych rzeczy, które od niej pożyczała, prowadziła też starannie zeszyty, jakby piękne spisywanie notatek miało przynieść jej sukcesy i wyniki. Niestety też często gubiła się w myślach, była roztargniona, a to prowadziło do zabawnych sytuacji, no a Paulinę było łatwo rozbawić. W ich paczce zawsze wszystko fajnie się kręciło i spinało.

                                  Paulina przepisała plan lekcji starannie, równo, jakby równe linie mogły uspokoić myśli. Oczywiście wzięła różne kolory cienkopisów od koleżanki, zupełnie tak naturalnie, jakby narzędzia do pisania należały też do niej.
                                  – Co jest w piątek? – Kasia szepnęła do swojej towarzyszki z ławki, na co ta podsunęła swój notes bliżej jej twarzy, dając przepisać. Widać, że właśnie o to Kaśce chodziło, bo wygodniej było tak, niż podnosić ciągle głowę i wbijać wzrok w tablicę.

                                  Gdzieś z tyłu Krzysztof prawie chował się pod własnym krzesłem, a przy tablicy pan Wrona mówił z zapałem, którego Paulina nie umiała jeszcze sklasyfikować: czy to entuzjazm, czy niebezpieczny zapał. W końcu padła propozycja, którą aż chciało się odrzucić - niestety była tą z serii "nie do odrzucenia"

                                  “W pary. Marsz na zamek.”

                                  I wtedy sala nie była już salą. Zrobiła się mapą: kto do kogo podejdzie, kogo ominie, kogo udaje, że nie widzi.

                                  Paulina odruchowo poszukała wzrokiem Alicji. Blondynka siedziała trochę jak ktoś, kto już się zgodził, a teraz próbuje znaleźć w głowie instrukcję obsługi własnego “tak”.

                                  Z tyłu sali coś zaszurało. Daniel już wstawał, energiczny jakby ogłosili ewakuację, a obok niego Mikołaj wyglądał na dziwnie spiętego jak na kogoś, kto przed chwilą robił z siebie króla ostatniej ławki.

                                  Kaśka przekręciła się już na krześle. Jak sowa. Jak radar. Jak ktoś, kto nie zamierza oddać pola.

                                  – O, proszę. Jednak los ma gust. Chodź, Pogorzelski. – Kasia uśmiechnęła się, kiedy Mikołaj niemal na nią wpadł, popchnięty przez kolegę. Zaklepała go jak miejsce przy oknie, jak coś, co po prostu do niej należy — albo przynajmniej tak wygląda, jeśli patrzeć z zewnątrz.
                                  W głowie Kaśki nie istniał chłopak, który nie chciałby z nią rozmawiać. I nie chodziło nawet o podryw. Po prostu: ludzie chcieli ją znać.

                                  Paulina wzrokiem przemierzała salę, analizowała, wyciągała wnioski. To była czysta strategia — musiała działać sprawnie i domyślić się, czego chce lub nie chce Kaśka. Magda i Asia były elastyczne, one zawsze jakoś się odnajdywały. Paulina nie chciała blokować Kasi, więc zostawiła jej wolną rękę; ustawi się z nią tylko wtedy, jeśli Kaśka nie będzie miała nikogo lepszego na oku.

                                  – Planujesz mi zwiać? – zagaiła do Alicji, półżartem. Pary nie były tak sztywne jak w przedszkolu — wystarczyło wyglądać sensownie przy wyjściu, reszta miała się ułożyć w marszu.

                                  🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  4
                                  • Pan ElfP Online
                                    Pan ElfP Online
                                    Pan Elf
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Pan Elf
                                    #19

                                    text alternatywny

                                    Alicja Filipowicz

                                    Alicja próbowała pogodzić się ze swoją decyzją o pójściu na wieczorną imprezę. Może to wcale nie był taki zły pomysł. Wspólna impreza to przecież najlepszy sposób, by poznać i zintegrować się z nowymi znajomymi z klasy. Poza tym, gdyby nie poszła, z pewnością dostałaby łatkę wyrzutka, a wbrew pozorom wcale jej na tym nie zależało. Może to najwyższy czas wyjść ze swojej bezpiecznej skorupy i na nowo otworzyć się na rówieśników? Przecież nie może całe życie kręcić się tylko wokół Marcina. Kochała tę przyjaźń - była jej stałym punktem, czymś pewnym. Ale gdzieś głęboko czuła głód czegoś więcej. Większej paczki. Głębszych rozmów. Ludzi, z którymi nie kończy się na „siema” rzuconym w biegu między dzwonkami.

                                    Jej przemyślenia zostały przerwane, gdy stanęli przed klasą na pierwszym piętrze. Całą wycieczkę po szkole Alicja spędziła pogrążona we własnych myślach, niezbyt zwracając uwagę na otoczenie. Pod klasą pewnie dalej by odpłynęła, gdyby nie to, że ktoś w nią wpadł, a chwilę później ktoś bezczelnie nadepnął jej na stopę.

                                    - Serio? - syknęła pod nosem.

                                    Zaraz się rzucą jak wygłodniałe hieny na ostatnie ławki.

                                    Patrzyła na nich z mieszanką pogardy i gotowości bojowej. W głowie odpalił jej się refren: Baby, I’m ready to go. I była. Gotowa. Gotowa wbić się w ten chaos łokciami, przepchnąć, zawalczyć. Nie miała zamiaru skończyć w pierwszym rzędzie jak jakiś świętoszek do odpowiadania przy tablicy.

                                    Jej celem była przedostatnia ławka - idealna, by nie zwracać nadmiernej uwagi nauczycieli, a jednocześnie mieć swobodę rozmowy z ostatnim rzędem lub partnerem obok.

                                    Gotowi, do startu…

                                    Drzwi się otworzyły, a grupa dzieciaków wlała się do sali jak fala brudnej wody po oberwaniu chmury. Ostatni rząd zniknął w trzy sekundy.

                                    - Szlag - przemknęło jej przez głowę, gdy zobaczyła, że przedostatnia pod oknem też już zajęta.

                                    Zlokalizowała drugą - pod ścianą. Bez zawahania ruszyła sprintem. Plecak poleciał pierwszy, z hukiem lądując na krześle. Sekundę później siedziała już na miejscu, bokiem do tablicy, oparta o ścianę jak królowa własnego, wywalczonego terytorium.

                                    Spojrzała na blondyna siedzącego w ławce za nią. Uśmiechnęła się cwaniacko i kiwnęła głową. Nie była pewna, jak ma na imię, ale kojarzyła go. Jeśli dobrze pamiętała, był ministrantem - choć nie dałaby sobie za to ręki uciąć. W kościele ostatni raz była, gdy żegnała mamę. Wspomnienie było na tyle bolesne, że starała się do niego nie wracać - choć ono i tak powracało, najczęściej w postaci koszmarów.

                                    - Elo, Alicja jestem - rzuciła i wyciągnęła do niego rękę. On miał na imię Krzysiek, jak się później dowiedziała.

                                    Liczyła, że się zakolegują. Że między nimi kliknie. W końcu miał być jej towarzyszem przez najbliższe lata - kimś, do kogo będzie się odwracać w trakcie lekcji, komu podkradnie gumkę do mazania albo pośle głupią minę, by rozładować napięcie podczas poważnych wykładów.

                                    Niespodzianką okazało się to, co nastąpiło po sprawdzeniu obecności i przepisaniu planu lekcji. Do tej pory pierwszy września kończył się szybko - po szkolnej uroczystości rozchodzili się do domów i dzień wciąż należał do nich. Tym razem było inaczej. Wychowawca zarządził pierwszą wspólną wycieczkę.

                                    Niektórzy przyjęli to z entuzjazmem - głównie klasowe kujony. Inni, jak Alicja, z wyraźnym grymasem. Miała inne plany. Umówiła się z Marcinem, że po rozpoczęciu spotkają się przed jego technikum, a potem pojadą gdzieś w trasę - on na desce, ona na wrotkach. Może mieli dołączyć jego kumple.

                                    Westchnęła ciężko, zarzucając plecak na jedno ramię. Wrotki w środku ciążyły, przypominając o planach, które właśnie się rozsypywały. Miała tylko nadzieję, że Marcin nie będzie miał jej tego za złe. Zawsze dotrzymywała słowa. Bolało ją, że tym razem mogło być inaczej - i że nie miała na to wpływu.

                                    Z rozgoryczenia wyrwał ją głos Pauliny. Dziewczyna o burzy brązowych włosów odezwała się, gdy wszyscy dobierali się w pary.

                                    - Szczerze? Mam ochotę zwiać. Tak ogólnie - przyznała Alicja, wzruszając ramionami. - Nie spodziewałam się wycieczki. Miałam już plany. Do dupy, no ale co zrobić.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    4
                                    • NamiN Nami

                                      text alternatywny
                                      Paulina Kwiatkowska

                                      Dziewczynie zrobiło się żal Romki dosyć szybko, mimo iż ta zdawała się nie przejmować całym zamieszaniem. Paulina jednak nieświadomie zawiesiła na niej wzrok na dłużej, zamyśliła się. Przez moment wyobrażała sobie, co inni by pomyśleli, gdyby się z nią zadawała i momentalnie zrobiło jej się gorąco. Nie byłaby pewnie ani trochę lubiana, nikogo by nie interesowało “jaka jest” tylko “z kim się kumpluje”. Nawet jeśli miałaby do zaoferowania prawdziwą wersję siebie, nikogo by ona nie obchodziła. Być może też z tego powodu pytanie Kasi nie brzmiało dla niej jak pytanie, a stwierdzenie, tym bardziej, że ta zaraz odeszła werbować innych. Szybko błyszczała, co imponowało Paulinie, nie wiedziała jaka powinna być, aby ludzie też ją lubili tak po prostu - Kasia po prostu miała w sobie “coś”. Nie była pusta, nie była durna czy bez pasji, była bardzo pewna siebie, towarzyska, moze czasami przesadzała i szukała kozła, na którym mogłaby się wybić; zupełnie jak na wuefie. Jednakże… Była dobrą dziewczyną… Po części. Przynajmniej dla paczki, przyjaciółka.

                                      – Asia, idziesz? – Paula zagaiła do koleżanki, która nie zawsze miała takie same możliwości, jak reszta dziewczyn. Rodzice byli od niej bardziej wymagający
                                      – Raczej będę mogła – uśmiechnęła się lekko. Paulina odwzajemniła uśmiech, kiwnęła głową i znowu zawiesiła wzrok na Adrianie. Choć szepty wśród uczniów nieco zelżały, wciąż słyszała wokół siebie jakieś szepty i opowieści na temat nauczyciela, rzucane mimochodem. Były to raczej plotki, wymysły, podkoloryzowane opowieści grozy. Czuło się jednak ciarki na plecach i tę ulgę, że nie jest się na miejscu winowajców.

                                      – Do łazienki muszę, myślisz, że będę mogła wyjść? – Asia skrzywiła się lekko patrząc na Józefiaka
                                      – Emm… No chyba tak, to tylko apel? Nawet nie sprawdzają obecności

                                      Asia kiwnęła głową, że zrozumiała. Grzecznym krokiem, z rękami trzymanymi z przodu i splecionymi palcami, odeszła w stronę drzwi. Paulina zdała sobie sprawę, że została sama. Kasia bajerowała Mikołaja, Magda poszła zawieszać się na Arku Sosnowskim

                                      – Ta to ma radar, nie wiem jak go znalazła – Szatynka mruknęła sama do siebie otwierając szeroko oczy. Przecisnęła się dyskretnie w ich stronę tylko po to, aby się przywitać, rzucić krótkie “cześć, Miami?”.

                                      – Będzie! – Magda odpowiedziała za niego, ten zdawał się z tego cieszyć. Paula wzruszyła ramionami, może nawet się lekko zaśmiała. Stwierdziła, że dyskretnie przeciśnie się pod drabinki, skoro jej paczka i tak się rozeszła po całej sali, nie było już sensu stać jak kołek, trzeba było działać, pokazać się, zdobyć lepsze znajomości, niż zdawkowe kiwnięcie głową, bo “no kiedyś widziałam tę gębę i znam imię”. Chciała być lubiana jak Kasia, której nikt nie odmawiał, a nawet jeśli, to ona mówiła z uśmiechem “będziesz żałował!”. Paula odpowiedziałaby “no ok…”.

                                      – Siema, Buła – oparła się o drabinki tuż obok Piotrka Bochenka. Trochę głupek, ale przynajmniej zabawny, nie był nudziarzem, choć czasami wprawiał w stan zażenowania,
                                      – Idziecie dziś na imprezę w Miami? – zagaiła też do kolegi Piotrka, aby nie było niezręcznie. – Krzysiek, c’nie? – choć kojarzyła blondyna, nie mogła być do końca pewna, nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek wymieniła z nim choć słowo – Paulina jestem.

                                      Po krótkiej wymianie zdań z chłopakami, odetchnęła cicho. Nie chciała już się ruszać ze swojego miejsca, tym bardziej, że jej dziewczyny wciąż były zajęte sobą, Kaśka werbowała co fajniejsze osoby, zaś Magda włączyła tryb predatora. Paula posłuchała trochę apelu, raczej z braku lepszych zajęć niż z ciekawości, po czym zupełnie niechcący jej wzrok spotkał się ze stojącą obok blondynką, która przypominała jej kogoś, aczkolwiek nie była pewna, kogo?
                                      – Cześć! - powiedziała i machnęła ręką, gdyż Alicja Filipowicz na uszach miała słuchawki, więc pewnie nawet nie usłyszała, a raczej wyczytała z ruchu warg, że ktoś w ogóle coś się do niej odezwał – Nie byłaś może w to lato u Arka na domówce? Paulina jestem – wyciągnęła przyjaźnie rękę na powitanie, a jeśli dziewczyna jej nie zignorowała, to wspomniała jej o Miami i zaprosiła do spędzenia czasu w gronie jej i swoich przyjaciółek. W innym przypadku, cóż… Musiała udać, że “nie było akcji”.

                                      Arthur FleckA Niedostępny
                                      Arthur FleckA Niedostępny
                                      Arthur Fleck
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #20

                                      Krzysiek Komeda 100.jpg

                                      Krzysztof Komeda

                                      @Nami napisał w [Horror] Gruzy przeszłości:

                                      – Siema, Buła – oparła się o drabinki tuż obok Piotrka Bochenka. Trochę głupek, ale przynajmniej zabawny, nie był nudziarzem, choć czasami wprawiał w stan zażenowania,
                                      – Idziecie dziś na imprezę w Miami? – zagaiła też do kolegi Piotrka, aby nie było niezręcznie. – Krzysiek, c’nie? – choć kojarzyła blondyna, nie mogła być do końca pewna, nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek wymieniła z nim choć słowo – Paulina jestem.

                                      Miami.

                                      Słowo zawisło w powietrzu jak obietnica grzechu. Jedyna dyskoteka, na jakiej był Krzysiek to andrzejkowa zabawa, którą ksiądz proboszcz organizował dla ministrantów w salce katechetycznej. Matka prędzej by go podpaliła na stosie, niż puściła do Miami. Ale nie mógł powiedzieć tego głośno. Nie przy koleżance Piotrka.

                                      Wbił wzrok w czubki swoich butów i mruknął.

                                      – Jeszcze nie wiem. Zobaczymy.

                                      – Po prostu powiedz Pauli, że się boisz mamusi – parsknął Bochenek.

                                      Szlag.

                                      Krew uderzyła Krzyśkowi do twarzy. Uszy zapłonęły żywym ogniem. Prosto w podbrzusze. Przy dziewczynie. Bochenek wiedział, gdzie uderzyć.

                                      – Nie boję się – skłamał.

                                      – To przyjdziesz?

                                      Komeda miał teraz dwa wyjścia. Albo wyjść na frajera albo na samobójcę. Wybrał to drugie.

                                      – Jasne, że przyjdę – rzucił twardo.

                                      Bochenek uśmiechnął się, a Krzysiek poczuł, jak oblewa go zimny pot. Był martwy. Matka nie pójdzie spać szybciej niż po powtórce “Doktor Quinn” o dwudziestej drugiej. Będzie musiał ją uśpić albo uciec przez okno. Jezu, w co on się wpakował.

                                      @Brilchan napisał w [Horror] Gruzy przeszłości:

                                      Pokręcił głową jak pies który wyskoczył z wody chcąc pozbyć się czarnych myśli niczym dymu ze źle rozpalonego ogniska. Chcąc chwycić się jakiegokolwiek rozpraszacza zaczął przyglądać się ubraniom innych nastolatków ~Kryształy Czasu? Te katolickie kapele rockowe mają coraz dziwniejsze nazwy... Będę się musiał Krzyśka spytać po apelu ~ - Postanowił w myślach.

                                      Apel się skończył. Nareszcie.

                                      Krzysiek przeciskał się do wyjścia, gdy drogę zajechał mu jakiś chłopak. Adam Chlebowski. Wskazał na jego koszulkę i zadał pytanie, którego Komeda nie zrozumiał. Coś o katolickich kapelach.

                                      Zmrużył oczy. Czy to podpucha? Czy ten typ właśnie robił sobie z niego jaja? Ministranci byli łatwym celem. Wystarczyło założyć komżę, żeby w oczach kolegów stracić jajca. Kiedy inni jarali szlugi za garażami i macali dziewczyny na dyskotekach, oni machali dymiącą puszką z kadzidłem dla uciechy starych bab.

                                      Przez głowę przeleciały mu słowa Marka. „A pierwszemu lepszemu cwaniakowi ze starszej klasy od razu przypierdol na dzień dobry, bez pytania".

                                      Zacisnął dłoń na łańcuchu spodni. Spojrzał raz jeszcze na Adama. Chłopak wyglądał na niegroźnego poczciwca a nie cwaniaka. No i nie chodził do starszej klasy. Nie pasował do wzorca Marka. Krzysiek wypuścił powietrze z płuc, rozluźnił ramiona. Przykleił uśmiech do twarzy i odpowiedział zdaniem, który za trzy lata wykorzysta scenarzysta Mikołaj Korzyński i reżyser Olaf Lubaszenko.
                                      – Historii tej koszulki i tak byś nie zrozumiał.
                                      Co było prawdą, bo Chlebowski nie grał w erpegi w piwnicy u Marka ani nie kupował merchu na konwentach.

                                      TERAZ

                                      Krzysiek siedział na samym końcu klasy, w pozycji, którą dopiero za kilka lat osoby brzydzące się publicznych toalet nazwą „na Małysza". Pośladki unosiły się centymetr nad krzesłem, ciężar ciała spoczywał na udach i podeszwach butów. Wyglądał jak ktoś, kto zaraz wyskoczy z ławki i pobiegnie w szkolnych zawodach sportowych. Albo jak ktoś, kto ma smoka wytatuowanego na tyłku i każdy kontakt z twardą powierzchnią przypomina mu o tym fakcie.

                                      Wrona omawiał plan lekcji a Krzysiek przepisywał, jednym uchem łowiąc coś o środzie i drugiej godzinie lekcyjnej.

                                      – Elo, Alicja jestem.

                                      Dziewczyna z ławki przed nim odwróciła się i wyciągnęła rękę. Krzysiek uścisnął jej dłoń.

                                      – Krzysiek. Miło poznać.

                                      Alicja kiwnęła głową i odwróciła się z powrotem. Krótko, konkretnie, bez pierdół. Krzysiek od razu poczuł, że ta dziewczyna jest okej.

                                      Gorzej z Bochenkiem.

                                      Ten zdrajca. Ten Judasz w za szerokich spodniach. Krzysiek wywalczył ostatnią ławkę pod ścianą. Strategiczny punkt, twierdza nie do zdobycia. Dwa miejsca, jedno dla niego, drugie dla Bochenka. Tak było umówione. Tak było ustalone odwiecznie, od czwartej klasy podstawówki, kiedy to Krzysiek osłaniał Piotrka przy ściąganiu z matmy, a Piotrek odwdzięczał się komentarzami, które sprawiały, że nawet najnudniejsza lekcja stawała się znośna.

                                      A Bochenek? Bochenek usiadł z przodu. Z dziewczynami. Cztery ławki dalej, na pozycji idealnej do bajerowania, a beznadziejnej do ściągania. Krzysiek widział jego plecy i łokcie rozłożone na blacie, jakby szykował się do podrywu stulecia.

                                      Drań.

                                      Krzysiek wyrwał kartkę z zeszytu. Ostrożnie, żeby Wrona nie usłyszał. Ołówkiem, szybkimi kreskami, narysował bochenek chleba. Podłużny, z kreseczkami na skorupce. Fajny mu wyszedł. Krzysiek nie był takim złym rysownikiem. Potem przyjrzał się swojemu dziełu i domalował w miejscu „przylepki" męską żołądź.

                                      Rebus. Komunikat jasny i czytelny nawet dla kogoś z inteligencją Piotrka.

                                      Złożył kartkę na osiem części. Poczekał. Wrona odwrócił się do tablicy, plecami do klasy. Teraz.

                                      Krzysiek pstrycznął karteczkę kciukiem i palcem wskazującym. Papierowy pocisk wystartował z ostatniej ławki jak rakieta ziemia-powietrze.

                                      Karteczka przeleciała nad głową Bochenka.

                                      O kurwa.

                                      Obniżyła lot i trafiła w tył głowy jakiejś dziewczyny w pierwszej ławce. Edyta Szulc. Tak chyba miała na imię. Odbiła się od jej włosów i spadła za krzesło.

                                      Krzysiek przesunął się w bok, chowając za plecami Alicji. Karteczka leżała gdzieś za krzesłem Edyty, na podłodze, ze starannie narysowanym bochenkiem chleba przypominającego fiuta i Krzysiek mógł tylko się modlić, żeby nikt jej nie podniósł.

                                      Wrona dyktował dalej i gdy wydawało się że to koniec powiedział.

                                      – ...mam dla was niespodziankę.

                                      Krzysiek wrócił na ziemię. Niespodzianka? Od nauczyciela? W pierwszym dniu szkoły? To nie mogło być nic dobrego.
                                      I nie było.

                                      Wychowawca chciał ich zabrać na zamek. Komeda poczuł, jak powietrze ulatuje z niego jak z przebitej dętki.

                                      Pierwszy września to był zawsze ostatni dzień wakacji w praktyce. Msza, apel, przywitanie z wychowawcą, godzina w szkole, do widzenia, do jutra, nara. A potem do domu po mrożonki z zamrażalnika, przykładane na bolący tyłek, bo akurat w tym roku tyłek tego potrzebował. Potem do Marka, posłuchać nowych kaset, pogadać o albumach. Dzisiaj, nie jutro, nie za tydzień. Dzisiaj.

                                      A Wrona im każe łazić po ruinach. Za jakie grzechy?

                                      – Klasa, wstajemy, ustawiamy się w pary i marsz na zamek.

                                      Alicja podeszła Pauliny. Krzysiek wyłapał strzęp zdania.

                                      – ...mam ochotę zwiać...

                                      Podniósł się z ławki i podszedł bliżej.

                                      – Ej Alicja. Jak tylko zaczniemy zwiedzać zamek urywam się na chatę - zaczął cicho – Wchodzisz w to? Tylko musimy znaleźć kogoś, kto nas będzie krył. Żeby Wrona nie połapał się od razu, że nas nie ma.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      4
                                      • multikonciaraM Niedostępny
                                        multikonciaraM Niedostępny
                                        multikonciara
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez multikonciara
                                        #21

                                        EdytaSzulc
                                        Edyta Szulc

                                        Edyta stała w sali gimnastycznej, słuchając przemówienia pani dyrektor i filtrując je w głowie jak zestaw pakietów danych. Ostateczny werdykt: kwieciste w formie, banalne w przekazie. Nowa szkoła, a treść ta sama co zawsze. Zarejestrowała to z chłodem: spodziewała się wszystkiego i niczego, więc nic jej nie zdziwiło.

                                        Jedyną rzeczą, która ją naprawdę interesowała, było to, kto będzie uczył ich informatyki. W Sokołowie Śląskim do tej pory był tylko jeden nauczyciel tej dziedziny — pan Łukasz — i myśl o powrocie do jego lekcji wpisała się w jej plan niczym przewidywalny commit w repozytorium. Szóstka na koniec roku nie stanowiła wyzwania; ciekawiło ją raczej, czy w ogóle będzie sprzęt, czas i przestrzeń do prawdziwej pracy. Znała zależności: jedno miasto, jedno stanowisko, jedno ogniwo sieci. Gdy w tłumie padło jego imię, potraktowała to jak potwierdzenie hipotezy — jeśli pan Łukasz miał się pojawić, zapewne znów niczym jej nie zaskoczy. Żałowała, że szkoły na całej linii zawodziły w kwestii rozwoju uczniowskich zainteresowań i predyspozycji.

                                        Kiedy ktoś obok zadał pytanie zachęcającym tonem: „...idziesz dzisiaj na dyskotekę? W »Miami« robię imprezę na rozpoczęcie roku”; dla niej był to po prostu sygnał funkcji społecznej. Słowa odbiły się echem, nieskierowane, a mimo to dotarły. Nie odrzucała zabawy z natury — ale często wymagała ona reguł, których nie miała ochoty poznawać. Myśl o tłumie i improwizowanych zasadach interakcji społecznych wywoływała u niej napięcie: obawę, że odmienne zainteresowania, nieumiejętność „czytania” niuansów oraz odruchy poza przewidywalnymi skryptami uczynią z niej obiekt kpin. Unikała dyskotek nie z prostego braku chęci, lecz jako strategii ochrony przed niezrozumieniem; zwyczajnie kalkulowała ryzyko i potencjalne korzyści.

                                        Apel dobiegł końca; dyrektor życzyła uczniom powodzenia, zadzwoniła ręcznym dzwonkiem i oficjalnie rozpoczęła rok szkolny. Edyta poczuła przesuwnik kontekstu: z sali gimnastycznej do infrastruktury szkoły, gdzie każdy nauczyciel pełnił określoną funkcję w systemie. Michał wciąż był na jej radarze — jego wcześniejsze skinienie działało jak bezpiecznik: ktoś, z kim można odpalić test w sytuacjach krytycznych. Reszta jak na razie rozmijała się z oczekiwaniami jej systemu.

                                        Na chwilę w cieniu myśli pojawił się jej Krzysztof — intruz w logach uwagi: niepasujący fragment danych, który jednak wpływał na procesy. Postanowiła nie interpretować tego fragmentu. Miała plan: zbierać informacje, zapisywać, klasyfikować. I zamierzała się go trzymać. Emocje — jeśli się pojawią — miały być zarejestrowane jako wyjątki, nie jako reguły.

                                        Gdy nauczyciele zaczęli prowadzić klasy — odczytywanie list, przypisania, szmer — przyjęła rolę obserwatorki. Zanim trafiła do sali wychowawczej, jej świat skurczył się do zadania: zachować neutralność, nadal kolekcjonować dane, nie dać się przepalić impulsowi. Nie była tam po to, by ulec nastrojom tłumu wynikającym z infantylnego chuligańskiego wybryku.

                                        ***

                                        W klasie 1B unosił się zapach świeżej farby i zimnej lamperii; wnętrze wyglądało przewidywalnie: ławki, stare stelaże, tablica z planem lekcji odsłonięta jak specyfikacja projektu. Wychowawcą był pan Henryk Wrona; niczym przewodnik po systemie omawiał standardowe sprawy: wybory przewodniczącego, wycieczki, plan lekcji. Edyta z precyzją przepisywała godziny, katalogowała kolizje, przewidywała terminy sprawdzianów — wszystko jak dobrze opisany algorytm. Jednocześnie obserwowała klasowe klastry, notowała, kto z kim się zespala, kto prowokuje, gdzie pojawiały się centra uwagi i punkty napięć. Kiedy Wrona mówił o wycieczce na miejscowy zamek, w ławkach rozległy się szepty i śmiechy.

                                        I wtedy spadła papierowa karteczka, złożona na osiem. Nie przewidziała tego rzutu — była zajęta przekazem wychowawcy, a nie antycypowaniem tak nagłych gestów. Wiadomość uderzyła ją we włosy, odbiła się z ledwie słyszalnym stukiem i wylądowała za krzesłem. Jej pierwsza reakcja była natychmiastowa, lecz chłodna: zdziwienie i krótkie rozczarowanie poziomem zachowania rówieśników. Inni zapewne skrępowaliby się albo zirytowali i zareagowali natychmiast spojrzeniem lub słowem; ona wykonała procedurę — zabezpieczyła wzrokiem przestrzeń, odnotowała, kto się śmiał, kto odwrócił wzrok. Rozpoczęła rekonstrukcję trajektorii zdarzenia: czyje przygięcie tu, parsknięcie tam, gdzie ukradkowe przesunięcie sylwetki, twarz unikająca kontaktu wzrokowego. Zebrane elementy składały się w obraz osoby umiejącej być teatralnie anonimową; dla niej jednak niewystarczająco, połączenie danych z miejscem uderzenia pozwoliło przewidzieć trajektorię papierowego pocisku i wskazać źródło impulsu.

                                        W wyniku incydentu w klasie zapanowało skryte zamieszanie: padło stłumione przekleństwo, ciała poruszyły się niespokojnie, rzucono po sobie nerwowe spojrzenia — panika interpretacyjna: czy podniesie, co to oznacza, kto to słał, czy będzie konflikt? Szulc nie poruszyła się od razu. Pozostała przy analizie: zapisała w pamięci personalia — Krzysztof Komeda — i włączyła procedurę „kryzys społeczny: zasób minimalnej interwencji”. Kiedy nauczyciel patrzył w inną stronę, schyliła się po papier — czuła się niezręcznie, jakby sama była uczestniczką wygłupu. Wstyd jednak szybko stracił impet, bo gdy rozłożyła sytuację na elementy, zawstydzenie nie miało już pola działania; stało się obiektem do rozpracowania. Tak działały jej algorytmy: emocje przetwarzała, nie tłumiła. To dawało jej zwycięstwo — nie pozę, lecz narzędzie.

                                        Spojrzała na rysunek: karykaturalny bochenek w fallicznym kształcie, infantylna próba upokorzenia. Pojawiło się sardoniczne podsumowanie: „Typowe męskie hierarchie, wszystko zorientowane wokół penisa” — bardziej politowanie niż obraza. Starannie złożyła i odłożyła dowód chłopięcej głupoty na podłogę, po czym lekko odsunęła go stopą, by uniknąć afiliacji. Strategicznym brakiem reakcji obniżyła wartość gestu sprawcy; nie doceniła żartu, a adresat pozostał bez zasugerowanego komunikatu.

                                        Lekcja toczyła się dalej; Wrona kontynuował opowieść o wycieczce. Ona odłożyła incydent do katalogu: nie osobisty afront, lecz wzorzec — kolejny element hierarchii społecznej do zmapowania. Zapisała w myśli podsumowanie: „papier — próba poniżenia — prewencja eskalacji” — i wróciła do planu lekcji, bo zadania czekały, a dane same się nie przeanalizują.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        4
                                        • Pan ElfP Online
                                          Pan ElfP Online
                                          Pan Elf
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Pan Elf
                                          #22

                                          text alternatywny text alternatywny text alternatywny

                                          Alicja Filipowicz, Krzysztof Komeda, Paulina Kwiatkowska

                                          Alicja poprawiła plecak i wyciągnęła przygniecione paskiem włosy, kiedy obok niej i Pauliny wyrósł Krzysiek z miną człowieka, który właśnie wpadł na pomysł genialny albo kompletnie głupi.
                                          Zwianie z wycieczki i odzyskanie ostatniego dnia wolności dla siebie? Brzmiało jak coś, o czym jeszcze chwilę temu tylko marzyła. Czasami wystarczyło wypowiedzieć swoje życzenia na głos, by los sam podsunął sposób ich szybkiego spełnienia.
                                          Serce zabiło jej odrobinę szybciej.

                                          - No jasne, że wchodzę. Jak nóż w masło, czy coś - odparła entuzjastycznie, ale konspiracyjnym szeptem, tak by nie usłyszał tego nikt poza Komedą i Kwiatkowską.

                                          A skoro już o tej ostatniej mowa, to Alicja od razu spojrzała na nią wymownie, gdy Krzysiek zasugerował, że będą potrzebowali kogoś, kto będzie ich krył “w razie W”.

                                          Uniesiona brew. Półuśmiech. Ciche: no dalej.

                                          - To co, zgodzisz się? - zapytała prosząco Paulinę, ale w jej oczach czaiło się wyzwanie. - Ktoś musi nas uratować, jakby się wydało.

                                          Czy właśnie w tej małej konspirze tworzyło się klasowe trio? Może. A może to tylko jednorazowy zryw głupoty pierwszego września. Odpowiedź wciąż nie była oczywista.

                                          Piłeczka była po stronie Kwiatkowskiej.

                                          Krzysiek spojrzał na Paulinę. Nie chciał narzucać na nikogo presji. Oglądał z matką co czwartek "997" i wiedział, że krycie sprawy to też przestępstwo.

                                          - Bez spiny. Nie musisz się zgadzać, jak nie chcesz - powiedział konspiracyjnym szeptem. Po chwili do głowy wpadła mu myśl, której na początku nie brał pod uwagę.
                                          - A może wolałabyś prysnąć z nami?

                                          Paulina przyglądała im się przez chwilę, jakby naprawdę rozważała wszystkie za i przeciw. W rzeczywistości decyzja zapadła już wcześniej, tylko lubiła moment, w którym inni zaczynali się niecierpliwić.

                                          Uniosła lekko brew.
                                          - Zwiać? - powtórzyła cicho. - Serio?

                                          Na jej ustach pojawił się krótki, rozbawiony uśmiech.
                                          - Macie rozmach.

                                          Spojrzała jeszcze raz na Alicję, potem na Krzyśka.
                                          - Dobra. - Wzruszyła lekko ramionami. - Kryję was.

                                          Powiedziała to spokojnie, jakby chodziło o pożyczenie długopisu.
                                          - Ale ja nigdzie nie idę. Ktoś musi tu zostać i ogarniać sytuację. Poza tym… - zawahała się na moment, jakby dopiero teraz przyszło jej to do głowy. - Lepiej najpierw poznać takie miejsce. - W głowie miała włam na zamek z Kaśką i kilkoma fajnymi osobami. - Nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać. - Na jej buzi wymalował się słodki półuśmiech. Wyglądała niewinnie, biorąc pod uwagę, jakie plany rysowały się w jej głowie. - Zwiedzanie to też inwestycja.

                                          Oparła się o szkolną ławkę i spojrzała na nich z lekką wyższością.

                                          - Jak coś pójdzie nie tak, mówicie, że byliście ze mną cały czas. I że odłączyliście się na chwilę, bo Krzysiek zbladł jeszcze bardziej, niż to możliwe.

                                          Alicja w milczeniu skinęła głową, ale błysk w jej oku zdradzał, że była zadowolona z ubitego targu. Spojrzała jeszcze tylko na Krzyśka, by mieć pewność, że i jemu ten plan pasował.

                                          - Mi to pasuje - odpowiedział krótko Komeda. – Dzięki Paulina. Mam u ciebie dług.

                                          text alternatywny

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          4
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy