Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
[Horror] Gruzy przeszłości
-

Paulina Kwiatkowska
Paulina nie ruszyła od razu z resztą. Zatrzymała się jeszcze na moment na podjeździe, jakby samym staniem chciała pokazać temu całemu Hochtalbergowi, że nie robi na niej żadnego wrażenia. Mercedes błyszczał w słońcu jak wypucowany bucior, kierowca wyglądał jak ktoś, kto uśmiecha się wyłącznie na pogrzebach, a stary Niemiec pewnie dalej darł mordę gdzieś w środku. Wszystko to razem było tak ostentacyjnie nadęte, że aż śmieszne.
Słuchała jednym uchem rozmowy Wrony z Bałuckim, niby od niechcenia, ale wyłapywała to, co najważniejsze. Fundacja spod Frankfurtu. Gruby szmal. Zamek dalej należy do gminy. Czyli ten pruski pajac nie był żadnym właścicielem, tylko panoszył się po cudzym, bo miał pieniądze i widocznie lubił, kiedy ludzie kulą przy nim uszy.
To akurat bardzo jej się nie spodobało.Kątem oka zerknęła na Krzyśka. Jeszcze przed chwilą wyglądał tak, jakby miał ochotę zrobić coś widowiskowo głupiego, a teraz już tylko patrzył w stronę ścian zamku z tym swoim podejrzanie zadowolonym uśmieszkiem. Dobrze. Taki uśmiech zwykle oznaczał kłopoty, a kłopoty bywały interesujące.
– No to ustalone – rzuciła cicho, przesuwając spojrzeniem po nim i po Alicji. – Skoro już nas stąd tak ładnie wyprosili, to głupio byłoby nie wrócić.
Nie mówiła głośno. Wystarczająco cicho, żeby nie doleciało do żadnego nauczyciela, ale wystarczająco wyraźnie, żeby nie było wątpliwości, że nie żartuje.Alicja odpowiedziała wymijająco, po swojemu. Krótkie „nie mówię nie” wystarczyło Paulinie w zupełności. To nawet lepiej. Ludzie, którzy od razu rzucali się z entuzjastycznym „jasne!”, często potem pierwsi pękali. Ostrożność była nudna, ale przynajmniej bardziej wiarygodna.
– Widzimy się wieczorem – rzuciła jeszcze za nią, kiedy tamta się odłączyła.Mimochodem obejrzała się jeszcze raz na zamek.
Za dnia wyglądał jak każda inna stara ruina z zadęciem. Kamień, obdrapane ściany, trochę historii, trochę kurzu, trochę dorosłych, którzy udają, że wszystko mają pod kontrolą. Ale nocą… nocą to mogło być już zupełnie inne miejsce.
I właśnie to podobało jej się najbardziej.Z zamyśleń wyrwało ją szturchnięcie Kaśki.
– Hallo, mówię do Ciebie – Kasia uniosła brew wyczekująco, a na twarzy malował się zadziorny uśmieszek, którego pochodzenia Paulina jeszcze nie rozumiała.
– No co?
– Nie słyszałaś?
– Co?
Kasia westchnęła z niedowierzaniem, Magda zaś przebierała nogami jak zniecierpliwiona i ten jej charakter osoby wiecznie na szybkości, wygrał
– Ten Adam będzie w ciuchach z krepiny na dysko!
–Co?! – powtórzyła Paulina zupełnie nieświadomie, choć w zupełnie innej tonacji, wyrażającej jednocześnie niedowierzanie i zażenowanie
– Tragedia – skomentowała Asia, której najdalej było do oceniania innych.
– Wkręcacie mnie? – Paulina musiała się upewnić.
– A wyglądam? – Kasia odpowiedziała pytaniem na pytanie. Była przy tym poważna i podobnie zażenowana, co reszta. Wtedy Paulina zrozumiała. Nie żartowały.
– Biorę aparat. – zadeklarowała Paulina automatycznie, a powaga, która utrzymywała się wśród dziewczyn, była jak gęsta chmura
– Koniecznie! – skwitowała Kasia, potem rzuciła porozumiewawcze spojrzenie na Asią i Magdę – To dołącz do nas później, idziemy do Aśki ciuchy przymierzać. Weź te fajne spódniczki, co ci ojciec przywiózł, wiesz, te jeansowe i aparat.
– Jasne, do zobaczenia!Grupa zaczynała się rozłazić we wszystkie strony jak rozsypane koraliki. Jedni gnali od razu do domu, inni zostawali na papierosowe niedobitki rozmów, jeszcze inni kręcili się po placu, jakby liczyli, że zaraz wydarzy się coś jeszcze. Paulina poprawiła pasek torby na ramieniu i ruszyła przed siebie. Powoli, bez pośpiechu.
W domu Asi - rewia mody
Popołudnie u Asi zaczęło się niewinnie, ale szybko zamieniło się w mały modowy chaos. Jej pokój wyglądał jak laboratorium stylu – łóżko zasypane ubraniami, na krześle kilka toreb z rzeczami, a na podłodze porozrzucane paski i biżuteria. W powietrzu unosił się zapach perfum i lakieru do włosów. Asia ze względu na o wiele lepszą sytuację materialną i możliwości, miała ciuchy o jakich każda mogła pomarzyć. Jej ojciec często przywoził modowe nowości z Niemiec czy Francji.
Asia pierwsza otworzyła szafę i teatralnym gestem powiedziała, że dziś każda musi znaleźć coś „idealnego”. Magda natychmiast zaczęła przeglądać wieszaki, wyciągając kolejne koszule i przykładając je do siebie przed lustrem. Co chwilę odwracała się do dziewczyn z pytaniem, czy wygląda w tym dobrze, choć zanim zdążyły odpowiedzieć, już miała w ręku coś następnego.Paulina siedziała na łóżku z nogami podwiniętymi pod siebie i oglądała spinki oraz paski, które Asia wysypała z małego pudełka. Co chwilę wybuchała śmiechem, kiedy Kasia wychodziła zza drzwi po kolejnej przymiarce. Kasia traktowała całą zabawę jak pokaz mody – stawała na środku pokoju, robiła poważną minę modelki, a potem obracała się, żeby zaprezentować spódnicę albo kurtkę.
W pewnym momencie Magda znalazła czerwoną koszulę w kratę i od razu ją założyła na biały top. Paulina stwierdziła, że wygląda w niej jak bohaterka jakiegoś serialu dla młodzieży. Kasia dorzuciła skórzaną kurtkę i zaczęła przekonywać, że każda dziewczyna powinna mieć jedną „rockową” rzecz w szafie. Asia tylko kręciła głową i próbowała uporządkować stertę ubrań, która z każdą minutą rosła.
Najwięcej śmiechu było przy przymierzaniu spódnic. Paulina przymierzyła jedną z nich i zaczęła udawać, że idzie po wybiegu, podczas gdy Magda klaskała jak publiczność. Kasia komentowała wszystko z przesadną powagą, jak uznany krytyk modowy.
Paulina wciągnęła kolejną spódnicę i stanęła na środku pokoju jak na wybiegu.
– Proszę państwa – oznajmiła poważnym tonem – kolekcja jesień–zima.
Magda natychmiast zaczęła klaskać.
– Dziesięć punktów za dramatyzm.
– Siedem – poprawiła Kasia z kamienną twarzą. – Chód trochę za mało drapieżny.
Paulina zatrzymała się przed lustrem i spojrzała na nie z udawaną obrazą.
– A ty co, komisja sędziowska?
– Ktoś musi pilnować poziomu – odparła Kasia, opierając się o szafę.
Magda w tym czasie poprawiała kołnierz swojej kraciastej koszuli.
– A ja uważam, że wyglądasz dobrze. Tylko...
Zawahała się.
Paulina zmrużyła oczy.
– Tylko co?
Magda wskazała na spódnicę.
– Tylko jak usiądziesz, to chyba wszyscy zobaczą twoją bieliznę.
Asia parsknęła śmiechem.
– No to idealnie na dyskotekę.
Paulina prychnęła, ale uśmiech sama cisnął jej się na twarz.
– W takim razie Magda idzie pierwsza na parkiet. Będzie test praktyczny.
– Nie ma mowy – Magda natychmiast podniosła ręce w obronnym geście. – Ja spodnie zakładam, nie ryzykuję
Kasia spojrzała na nie obie z udawaną powagą.
– Dziewczyny, skupcie się. Najważniejsze pytanie brzmi: czy Adam naprawdę przyjdzie w tej krepinie.Na moment zapadła cisza.
Potem wszystkie wybuchnęły śmiechem.
Niedługo przed planowaną imprezą, we cztery stanęły przed lustrem obok siebie, porównując stroje i poprawiając włosy. Pokój wyglądał jak po małym modowym tornado, ale żadnej z nich to nie przeszkadzało – najważniejsze było to, że bawiły się razem i śmiały się z każdego kolejnego pomysłu na nowy strój.Dyskoteka Miami

Przyszły razem, jak przystało na paczkę przyjaciółek. Po pierwsze dlatego, że razem bawiły się najlepiej, a po drugie – było to po prostu bezpieczniejsze. Spóźniły się w klasycznym stylu. Takie pięć minut, akurat tyle, żeby wejść jak gwiazdy i na chwilę olśnić zgromadzonych.
Paulina, będąc w swoim żywiole, szybko odnalazła wzrokiem Alicję i podeszła do niej razem ze swoją ekipą. To była najlepsza okazja, żeby je sobie przedstawić.
– Dziewczyny, to jest Alicja, mówiłam wam – zaczęła Paulina.
Kasia, Magda i Asia przedstawiły się po kolei, rzucając kilka miłych komentarzy o stylówce Alicji i jej torebce. Magda jednak, jak zaczarowana, palnęła nagle:
– Ładne włosy.
Spotkało się to z niemal palącym spojrzeniem jej koleżanek. Ale Magda już taka była – czasem potrafiła powiedzieć coś kompletnie z kosmosu.
– Czekamy na Adama i robimy zdjęcia, potem robimy odbitki i obklejamy nimi korytarze szkoły – dodała Paulina, wskazując na aparat fotograficzny, który miała już przygotowany. Teraz pozostawało tylko doczekać się pojawienia Chlebowskiego.W międzyczasie wzrokiem namierzyły Krzyśka. Paulina postanowiła podejść także do niego, żeby przedstawić mu swoją paczkę.
– Ej, to ty miałeś mieć ten różowy garniak? Wystawiłeś kumpla? – zauważyła Kasia, lustrując Komedę od stóp do głów.
Jej usta szybko wygięły się w cwany uśmiech.
– Ty jaja sobie z niego robiłeś? Haha, o nie wierzę… no to będzie hit!
Królowa imprezy klasnęła raz w dłonie i potarła ręce. Jej krótki śmiech wyraźnie odbił się w gwarze sali. Była rozbawiona i – co ciekawsze – widać było, że Krzysztof tym numerem naprawdę jej zaimponował. -

|-Adam Chlebowski-|
Adam ucieszył się jak głupi do sera że ma nowego kumpla który się nie gniewa że coś tam palną o koszuli czy innym nadruku uścisnął mocno podaną rękę zupełnie nie podejrzewając żadnych niecnych zamiarów...
Potem podszedł drugi chłopak z lizakiem i spytał się kto wraca na Błonia *- Ty, Mikołaj tak ? Chyba coś tak cię wzwali na liście obecności ? Ja chyba jednak spróbuje obejrzeć sobie ten zamek nie po to tyle szło się z buta żeby mnie szwabskie nasienie miało przeganiać - Dodał szeptem wyciągnął z plecaka małą drewnianą ciupagę rzeźbioną w kwiatki i zakręcił nią młynka - Może nawet coś nawet Niemcowi zajumam ? Nie wiem coś mi się należy za tą podróż - Oznajmił i po trochu chcąc zrobić wrażenie na innych ruszył szukać wejścia od tyłu żeby móc się wspiąć po siatce i obejrzeć ruinę.
-

Krzysztof Komeda
Mikołaj wycelował palcem w tłum jak prezenter teleturnieju.
– Wraca kto na Błonia?
– Ja mieszkam na Błoniach – odpowiedział Krzysiek. – Ale muszę jeszcze wrócić po rower pod szkołę. I mam parę spraw po drodze, więc sam se podreptam.
Skłamał. Skłamał i nie skłamał, bo mieszkał na Błoniach, ale nie miał żadnych spraw do załatwienia, po za jedną. Przebrać się z powrotem w normalne ciuchy zanim wróci do domu. W oczach kogoś takiego jak Pogorzelski mogłoby to wyglądać żałośnie. Mikołaj wyglądał na gościa, który chodzi własnymi drogami i ma gdzieś, co myślą inni. Wkładał co chciał i mówił co chciał. Ile Krzysiek by dał, żeby rzucić do matki przy kolacji: „Mamo, od jutra idę do szkoły w katanie. A obrazek komunijny wylatuje. Wieszam tam teraz plakat Ozziego”. Helena Komeda pewnie by zemdlała, a po przebudzeniu zadzwoniła oczywiście gdzie? Tak. Do ojca charyzmatyka wyspecjalizowanego w egzorcyzmach i modlitwach o uzdrowienie duszy.
Wrócił pod szkołę bocznymi uliczkami, żeby nie natknąć się na Maciejakową i Bednarską. Rower stał tam, gdzie go zostawił. Krzysiek zarzucił nogę przez ramę i usiadł na siodełku. Ból od razu przypomniał mu o tatuażu, ale zacisnął zęby i ruszył. Raz, dwa, ała. Raz, dwa, ała.
Za garażami zatrzymał się w tym samym miejscu co rano. Zrzucił katanę i dżinsy z łańcuchem a potem koszulkę z czaszką, którą Marek przywiózł z konwentu “Kryształów Czasów” w Choroszczy. Na końcu zsunął trampki. Przebrał się z powrotem w białą koszulę, spodnie w kant i lakierki. Wylinka w drugą stronę. Ciuchy metalowca poszły na dno plecaka, zwinięte w kulkę, bo nie było czasu na składanie. Krzysiek spojrzał na siebie w lusterku roweru i zobaczył to, co zawsze widział. Grzecznego chłopca.
Clark Kent wraca do domu.
Matka czekała w kuchni a obiad już stał na stole. Rosół z niedzieli, jak zawsze w poniedziałek. Krzysiek wszedł do przedpokoju i nie zdążył zdjąć butów, kiedy Helena się odwróciła.
– Krzysiu, a gdzieś ty się tak pomiął?
Spojrzał w dół. Koszula, która od rana leżała w plecaku wyglądała tak, jakby przeżuł ją pies i wypluł z powrotem.
– A, to nic. Byliśmy na wycieczce, na zamku, chodziliśmy po rusztowaniach i w ogóle.
Helena pokręciła głową, ale nie drążyła. Krzysiek poszedł do pokoju, rzucił plecak w kąt i wrócił do kuchni. Matka postawiła talerz z rosołem na podkładce i usiadła naprzeciwko.
– No to mów. Jak nowa szkoła? Jak klasa?
– Spoko, klasa jest fajna. Mam już nawet dwie nowe koleżanki. Alicję i Paulinę.
Powiedział to bez zastanowienia i od razu pożałował. Oczy matki zmrużyły się o milimetr.
– A jak mają na nazwisko?
– Nie znam jeszcze dobrze wszystkich nazwisk. Dopiero co je poznałem
– Mhm.
To „mhm" zabrzmiało złowieszczo. Oznaczało, że matka zapamiętała imiona i przy najbliższej okazji, gdy dowie się już jak mają na nazwisko przepyta Bednarską, co to za jedne.
Helena odłożyła łyżkę, wyprostowała plecy i złożyła ręce na stole. Oho. Krzysiek wiedział to go oznacza.
– Krzysiu, ja ci nie bronię ci mieć koleżanek. Ale musisz wiedzieć, że dzisiejsze dziewczyny to nie to co kiedyś. Teraz tylko dyskoteki im w głowie, malowanie, krótkie spódniczki. One ciągną dobrych chłopców na zatracenie. Namawiają do palenia, albo…
– Czego?
– Jeszcze gorszych rzeczy. Ty się jeszcze na tych sprawach nie znasz, ale wierz starej matce na słowo. Pamiętasz Łukaszka Piętę? Taki grzeczny był, też ministrant i co? Poznał jedną taką w sanatorium w Rabce, przestał służyć do mszy i zaczął się włóczyć po dyskotekach. Teraz matka go szuka go po nocach w knajpach.
Krzysiek jednym uchem wpuszczał, drugim wypuszczał. Historię Łukasza Pięty słyszał przynajmniej piętnaście razy.
– Jasne. Będę uważał – powiedział, wsadzając makaron do ust, żeby nie musieć mówić więcej. A potem, gdy Helena nabrała powietrza do kolejnego kazania, zmienił temat. Gładko i bez zająknięcia, jak nóż w masło.
– Mamo, zapomniałem powiedzieć. Ksiądz Roman robi dzisiaj imprezę urodzinową na plebanii po popołudniowej mszy i zaprosił wszystkich ministrantów. Mogę iść?
Helena zmarszczyła czoło.
– Urodzinową? Proboszcz Roman ma urodziny w marcu.
Krzysiek poczuł, jak makaron staje mu w gardle. Idiota. Mógł pomyśleć dwie sekundy dłużej. Oczywiście, że ksiądz proboszcz ma urodziny w marcu.
– A może to nie urodziny – odpowiedział spokojnie, chociaż spokój kosztował go więcej niż tatuaż. – Może imieniny? Albo jakieś inne święto, Kuba mi mówił na apelu i pewnie źle powtórzył. W każdym razie ksiądz zaprasza.
Krzysiek nie odważył się spojrzeć na matkę, gapił się więc w talerz. Trwało to ze trzy sekundy, ale wydawało się ciągnąć wieczność. W końcu Helena Komeda wydała wyrok.
– No, jak proboszcz zaprasza, to idź Krzysiu, idź. Nikomu bym swego dziecka nie oddała w opiekę, ale księdzu? Czego tu się bać? Nawet nie wypada odmówić.
Krzysiek pokiwał głową i włożył do ust kolejną łyżkę makaronu, żeby ukryć ulgę. Kłamstwo przeszło, matka chwyciła przynętę.
Po obiedzie zamknął się w pokoju. Stanął przed szafą i otworzył ją na oścież. Nie było w niej wiele ciuchów. T-shirty, trzy białe koszule, jedna jasnoniebieska, spodnie do szkoły, spodnie odświętne i na co dzień. Do tego sweter wydziergany na drutach.
Krzysiek wiedział, że nie może przesadzić. Wychodzi z domu do księdza, więc musi wyglądać tak, jakby szedł do księdza. Żadnych dżinsów i łańcuchów, żadnych katan. Ale musi jakoś przeżyć też dyskotekę. Z półki nad wieszakiem wyciągnął jasnoniebieską koszulę. ciemne spodnie i adidasy firmy Kubota które matka mu kupiła w wakacje u Rumunów na targu. Wtedy sobie przypomniał kuzyna Staszka z Opola, który twierdził, że w sportowych butach nie wpuszczają do klubów. Sięgnął więc po stare, ale jeszcze nie tak starte zamszowe mokasyny.
Koszulę włożył w spodnie i podciągnął je pod sam pępek, tak jak widział kiedyś u starszych chłopaków na dożynkowym festynie w Wólce Wodzisławskiej, dokąd pojechał z księdzem poświęcić nowy wóz strażacki. Tamci wyglądali dobrze. Przynajmniej tak mu się wydawało.
Spojrzał w lustro. Nie wyglądał już jak metalowiec, ale też nie ministrant. Nie mógł określić kim jest bo nigdy nie słyszał określenia wiejski wichurant.
Wyszedł z domu o wpół do piątej. Helena stała w drzwiach i wcisnęła mu do ręki banknot.
– Pięćdziesiąt złotych. Kup po drodze czekoladki dla księdza Romana. Z Wedla albo Wawelu, byle nie te ruskie z bazaru. Nie wypada iść z pustymi rękami.
– Jasne, dzięki mamo.
Schował banknot do kieszeni i szczęśliwy ruszył w stronę kościoła. Za pięćdziesiąt złotych mógł się już poszalkeć w klubie. Kupić przy barze w Miami pepsi albo kaskadę.
Msza popołudniowa była krótka i nudna. Krzysiek służył na autopilocie. Szukał wzrokiem siostry Faustyny, ale jej nie było ani w zakrystii, ani w ławkach, ani w ogóle. Dzień bez niej był jak rosół matki bez makaronu i to ten poniedziałkowy. Niby to samo, ale czegoś brakuje.
Po mszy wyszedł z kościoła i przez kolejnych kilka kwadransów kręcił się po bezczynnie rynku. Do Miami wszedł kwadrans po ósmej.
Pierwsze co zobaczył, to że jest chujowo ubrany. Znaczy nie chujowo w sensie, że brzydko, tylko chujowo w sensie, że inaczej niż wszyscy. Chłopaki mieli na sobie luźne koszulki, dżinsy, trampki albo adidasy. Dziewczyny krótkie spódniczki i bluzki, od których matka Krzyśka dostałaby zawału na miejscu. A on stał w drzwiach w jasnoniebieskiej koszuli zapiętej pod szyję, ze spodniami podciągniętymi pod pępek i w mokasynach. Nie miał marynarki z krepiny, ale i tak czuł się jak pajac.
Wykonał szybkie trzy ruchy. Wyciągnął koszulę ze spodni, rozpiął dwa górne guziki a potem zmierzwił włosy palcami. Stanął pod ścianą i rozglądał się po sali.

Muzyka grała, wokalista śpiewał w refrenie bajabongo je je je, ale to nie były zupełnie jego klimaty. Światła migały, ludzie tańczyli, gadali, pili piwo. Krzysiek szukał wzrokiem Chlebowskiego, ale ten jeszcze się nie zjawił. Kogo jak kogo, ale jego na pewno by zauważył.
A może jednak nie przyjdzie? Może może się rozmyślił, może w ostatniej chwili zrozumiał, że krepina to zjebany pomysł godny ucznia szkoły specjalnej a nie pierwszej klasy liceum?
Przez sekundę Krzysiek poczuł coś na kształt litości. A co jeśli on naprawdę jest upośledzony a on go wystawił na pośmiewisko? Szybko jednak uznał, że to niemożliwe. Przecież nikt by nie przyjął dauna do liceum. Po za tym Chlebowskiem przyda się zimny prysznic. Może po tym wszystkim przestanie zaczepiać obcych ludzi i proponować im udział we wspólnym upokorzeniu się przed całą szkołą.
Przystępował znudzony z nogi na nogę, gdy nagle podeszła Paulina.
Krzysiek otworzył usta i zapomniał je zamknąć. Stała przed nim dziewczyna, którą ledwo poznawał. Kręcone włosy, umalowana, w ciuchach, które nie miały nic wspólnego z tym co nosiła rano w szkole. Za nią stały trzy inne koleżanki, równie wystrojone i umalowane. I do tego Alicja z nogami do samej szyi. Matko boska. Krzysiek poczuł gorąco na policzkach. W całym swoim szesnastoletnim życiu nie stał tak blisko tylu ładnych dziewczyn naraz. Siostry Faustyny nie liczył, bo ta chodziła w habicie po kostki i Krzysiek mógł najwyżej zgadywać co jest pod spodem. A tutaj nie trzeba było zgadywać. Tutaj wszystko było na wierzchu.
W głowie odezwał się głos matki. „Dzisiejsze dziewczyny to nie to co kiedyś. Teraz tylko dyskoteki im w głowie, malowanie, krótkie spódniczki. One ciągną dobrych chłopców na zatracenie."
Krzysiek zepchnął głos matki tam, gdzie trzymał różaniec, na samo dno kieszeni.
– Ej, to ty miałeś mieć ten różowy garniak? Wystawiłeś kumpla?
Gdy Paulina się roześmiała, Krzyśkowi zrobiło się ciepło, bo nie śmiała się z niego, tylko z numeru jaki wykręcił stukniętemu Adasiowi. To była miła odmiana.
– To nie moja wina – wyjaśnił Krzysiek gdy Paulina przestała się chichrać. – Ten przygłup sam mi się wystawił pod kosę. I nie jest moim kumplem. Nie kumplowałbym się z typem, który nosi w plecaku ciupagę.
Spojrzał na zegarek, dochodziła dwudziesta. Posłał Paulinie uśmiech, którego nie powstydziłby się sam władca piekieł. Zobaczył, że dziewczyna trzyma w ręku aparat fotograficzny.
– Szykuj się. Zaraz zacznie się widowisko.
-

Mikołaj Pogorzelski
Zamek Falkenstein. Godz. 12:15
– Ty, Mikołaj tak? – Adam pytał neandertalską modłą. Przed prześmiewczym podjęciem jaskiniowego dialektu uchroniła wyciągnięta z plecaka ciupaga. Pogorzelski z czujnością zmrużył oczy i odsunął o krok, biorąc dystans od młynka.
– Mikołaj – potwierdził, wcale nie za nisko, nie tak wyraźnie i nadmiernie powoli.
Typ sprawiał wrażenie uśpionego odpaleńca. Zapobiegawczo wolał nie widnieć na czarnej liście. Jaki kraj, taka szkolna masakra.
– Ja mieszkam na Błoniach – Krzysiek rzucił faktem wszak już całkiem znanym. – Ale muszę jeszcze wrócić po rower pod szkołę. I mam parę spraw po drodze, więc sam se podreptam.
– Dreptaj szybko, zanim go Rumuny na złom pokroją.
Rzec do trve człeka mainsteamowe „nara" byłoby nietaktem.
– Tymczasem.
Dyskoteka "Miami". Godz. 19:40
Mikołaj przedostał się do pulsujących energią trzewi Miami w wyniku szczególnej koincydencji. Podmiejskiej konspiracji między ludźmi o poznaczonych strupami wargach i przekrzywionych nosach. Wymieniali porozumiewawcze spojrzenia, a druga zasada ich klubu brzmiała zupełnie tak samo jak pierwsza. Bramkarz zza okularów przeciwsłonecznych przyglądał się ukrytej pod rozpuszczonymi włosami opuchliźnie na łuku brwiowym stojącego przed nim nastolatka. Pogorzelski wpatrywał się w schowane za przyciemnionym szkłem żółto-fioletowe limo. Pomimo sportowej torby, wielokieszeniowych bojówek i szwejowskiego obuwia, ochroniarz przesunął się na bok i wyciągniętą dłonią zaprosił do środka.
Siedział zanurzony w miękkiej kanapie. Przed nim stała szklanica wody. Już nie mineralnej, tą opróżnił haustem. Teraz po taniości uzupełniona orzeźwiającą kranowianką ze źródła w WuCecie. Torbę zostawił w pomieszczeniu Securitas. Nic za darmo. Musiał pójść na współpracę i wtapiając się w tłum, wyłapywać szlaki przemytu alkoholu. Widział już prezerwatywę napełnioną wódą, ukrytą w spodniach. Przelewaną w kiblu do butelki. Próbę wciągnięcia Bolsa przez kiblowy lufcik. Kibel był kluczowy.
Kula disco mieniła się refleksami. Muzyka dudniła w płucach monosylabowym tekstem. Dziewczyny w wygodnych strojach śmigały po parkiecie. Strój tym mniej krępujący im mniej materiału. Wyginały się z naturalną lekkością, uprzyjemniając relaks pod neonową palemką. Próbujący nadążyć chłopacy w większości wzbudzali zażenowanie. Pinokio przybity do krzyża miałby więcej gracji. W pobliżu wejścia klubu, 1B knuła w reprezentacyjnym gronie, walcząc o wysokie miejsce na liście psychola.
-
Zamek Falkenstein. Południe
Adam ignorując wszystkich zniknął w chaszczach okalających ten plac budowy. Od frontu z pewnością nie wejdzie, za dużo ludzi i w ogóle. Skupiony na swoim celu nie widział, jak Krzysztof, Mikołaj i ich kumple obserwują jego zachowanie. Po chwili zniknął im z oczu. Szedł wzdłuż parkanu z desek, aż dotarł na tyły. Tu nikt nie był w stanie go zobaczyć. Parkan był trudny do sforsowania, ale z tyłu wykonano go, jak to się mówi, na odpierdol. Konkretnie to wykorzystano drzewo jako słup, przybijając do niego biegnące poziomo deski. Pionowa deska już się nie zmieściła, zostawiając sporo miejsca, żeby spokojnie wspiąć się i przekroczyć parkan. Bez strachu przeskoczył, ale spodnie zaczepiły o deskę i Adam, za przeproszeniem, zwalił się na ryj. Na szczęście na podartych spodniach (ojciec go zabije) i pobrudzeniu ciuchów się skończyło.
Ale się nie poddawał. Parł przed siebie (gdyby ktoś by to obserwował z góry, to mógłby powiedzieć, że parł do przodu jak cysterna bez hamulców*.
Od tyłu cała roślinność przy budynkach była wykarczowana. Podejście było trudne. Jednocześnie było widać, co się dzieje w tym skrzydle, z którego przegonił ich ten Niemiaszek. I Adam widział. Widział tego Niemca stojącego tam, gdzie oni stali, z zamkniętymi oczami i rozpostartymi rękami.Próbował zbliżyć się jeszcze bliżej (do sterty cegieł pod budynkiem), ale jak na złość przeoczył jeden z pieńków po wykarczowanych drzewach, ponownie upadając musiał zwrócić na siebie uwagę Niemca:
-WER IST DA?!Klub "Miami", wieczór.
Pełna sala przedstawiała cały przekrój uczniów z Sokołowa. Młodsi, starsi, wyciągnięci na miasto "zagubieni", doświadczone imprezowiczki oraz standardowe grupy, która zamieniły toalety w palarnie. ochrona miała inne rzeczy do roboty niż przejmować się taką pierdołą. Dwóch na wejściu, kolejny kręcił się na sali, czwarty stał obstawiając wyjście ewakuacyjne. Muzyka zagłuszała skrzypiący parkiet, reflektory i dyskotekowa kula maskowały to, że "Miami" był w przeszłości barem "Turysta", który odmalowano, wstawiono błyszczące, chromowane meble i sztuczne palmy. Teraz była zabawa w zachodnim stylu, żadnych domówek, wszyscy do baru! Impreza dla nieletnich, nawet jak ktoś miał już dowód, to barman tego dnia nie sprzedawał alkoholu. Tu elegancją była prawdziwa Coca-Cola z lodem i plasterkiem cytryny zatkniętym na szklance. Ci ze szmalem mogli pozwolić sobie na kolorowe drinki ze słomką i papierową parasolką. Też bez alkoholu. Ci starsi i doświadczeni po prostu przed wejściem obalali flaszkę na spółę, a moc procentów rozwijała się na parkiecie.
Grupa licealistów z 1B zaraz przy wejściu na salę robiła za drugą bramkę.
Czekaliście. Adama nadal nie było. Zaczęliście się denerwować. Przez korytarz od wejścia na salę wchodziły kolejne dzieciaki i nastolatki. Dziewczyny z podstawówki, około szóstej klasy, z pierwszym chyba w życiu makijażem (brokat na policzkach!), chłopcy w podobnym wieku, fryzura na jeża, nijakie ciuchy, ci to będą podpierać ściany.My nie byliśmy tacy, prawda?
Krzysztof poczuł trącenie w ramię. Na tle tych, którzy właśnie go minęli, nie wyglądał źle. Mogło być gorzej. To Magda (Magda? Chyba, nie był pewny co do imienia) zagadała go, wykorzystując moment, kiedy didżej puścił "trochę" spokojniejszy kawałek. Albo taki, który musiał się dopiero rozpędzić.
- Krzysztof, prawda? Adam chyba nas wystawił.Alicja jednym uchem przysłuchiwała się tej rozmowie, obecnie skupiona na tym, kto stał przed bramkarzami. I ci mieli z nim problem, ewidentnie nie chcieli go wpuścić. Alicja go kojarzyła z widzenia, niestety. To był jeden z kumpli jej brata, podobno ćpun. A teraz stał tu, kompletnie nawalony. Skoro on tam jest, to pewnie i braciszek zaraz się pojawi.
\ -Nie no, on psuje nam cała imprezę! - Kasia powiedziała do Pauliny, a raczej krzyczała, żeby Paulina była w stanie cokolwiek usłyszeć. - No Adam! No gdzie on jest?! Zaraz chyba wracam na parkiet! - Kasię ewidentnie bawiło obśmianie Adama, ale jej głównym celem była zabawa, cały czas pląsała w rytm muzyki.
Pojawił się Mikołaj, Kasi zaświeciły się oczy.
- Czeeeeść! - Oraz po chwili, gdy (jak to Kasia) zbliżyła się do Mikołaja - Fuj! Śmierdzisz!Boks to nie przelewki.
EDYCJA (zapomniałem przypisu):
- przeć (iść) do przodu jak cysterna bez hamulców - nawiązanie do "Felixa, Neta i Niki oraz Trzeciej kuzynki"
-

Alicja Filipowicz
- Fajna koszula - odparła Alicja Magdzie, całkiem szczerze i bez żadnej złośliwości. Bo blondynka z gangu Nowakowej faktycznie miała na sobie spoko koszulę. Właściwie wszystkie cztery miały na sobie bardzo cool i modne ciuchy, świetne fryzury i w ogóle wyglądały jak wyjęte z młodzieżowego czasopisma. Alicja przyjęła komplementy dziewczyn z lekkim zaskoczeniem, ale musiała przyznać, że było to miłe uczucie.
- Na Chlebowskiego? Po co chcecie obklejać szkołę jego zdjęciami? - spytała, przyglądając się aparatowi w rękach Pauliny.
Alicja szybko została wprowadzona przez dziewczyny w ich niecny plan, a przede wszystkim w jego powód. Jakoś wcześniej jej uwadze umknęło, że Adam planował obkleić się bibułą i przyjść w takim stroju na szkolną imprezę. Przeszło jej przez myśl, że to całkiem odważne z jego strony. Bo w końcu ten wieczór miał przesądzić o tym, jak przez resztę lat spędzonych w liceum każde z nich będzie postrzegane - to przecież była oczywista oczywistość dla każdego normalnego nastolatka!
Cóż, jasnym jednak było, że świat Kasi Nowak nie należał do odważnych. Należał do tych, którzy idą z głównym nurtem, nie pod prąd. Każdego, kto się wybijał, należało w tym świecie wyszydzać, wyśmiewać i - ogólnie rzecz ujmując - redukować do zera.
Alicja nie była pewna, czy chciała należeć do takiego świata. Nie była też pewna, czy Paulina Kwiatkowska pasowała do niego tak bardzo, jak sprawiała pozory.- Fajna koszula - powiedziała do Krzyśka, którego przybycie wyrwało ją z zamyślenia.
Nie było to do końca to, co chciała powiedzieć, ale było pierwszym, co przyszło jej do głowy. Zdecydowanie nie chciała robić nawyku z komplementowania koszul innych.Krzysiek zaprezentował im swoje trzecie “ja”. W koszuli, eleganckich spodniach i zamszowych mokasynach wyglądał zdecydowanie poważniej i mniej buntowniczo niż w dżinsowym bezrękawniku obszytym naszywkami. Ile jeszcze takich wizerunków miał w zanadrzu? Alicja była zaintrygowana. Sama nie potrafiła jeszcze odpowiedzieć sobie na pytanie, która wersja bardziej przypadła jej do gustu (wykluczając tę kościelną, oczywiście).
Uwaga Alicji przeniosła się w stronę wejścia. Zmarszczyła brwi, przyglądając się sytuacji przy bramkarzach. Z początku miała nadzieję, że się pomyliła, że to był ktoś inny. Jednak im dłużej przyglądała się chłopakowi, z którym bramkarze mieli niemały kłopot, tym bardziej przekonywała się, że jej wzrok wcale się nie pogorszył.
Skrzywiła się na samą myśl, że Jarek - jej starszy brat - mógł być gdzieś nieopodal, skoro jego kumpel właśnie próbował dostać się na imprezę.
Ten wieczór faktycznie był sądnym wieczorem. Jak się pokazali, tak mieli zostać zapamiętani na resztę liceum. Alicja zdecydowanie wolałaby pokazać się w marynarce z różowej bibuły, niż otrzymać etykietkę lokalnej patologii. A tak na pewno by się stało, gdyby skojarzono ją z jej bratem. Na sto procent. Szczególnie jeśli doszłoby do jakiejś rozróby z jego udziałem.
- Olać Chlebowskiego, pewnie cykor go obleciał - powiedziała w pewnym momencie, wciąż przyglądając się wejściu.
Chciała zniknąć, póki nie dostrzegła swojego brata. Tylko gdzie i jak? Nie mogła wyjść z klubu - dopiero co przyszła, impreza ledwo się zaczęła, źle by to wyglądało. Mogła uciec do toalety, ale wtedy straciłaby kontrolę nad tym, czy Jarek wejdzie do klubu z kumplem, czy powstrzymają ich bramkarze. Nie będzie w stanie ocenić, gdzie jest i jak skutecznie się przed nim ukryć.
Wtedy spojrzała na „fajną koszulę” Komedy i w jej głowie urodził się plan. Ryzykowny - głównie ze względu na to, co pomyślą inni.
Sorry, Magda… pomyślała Alicja, zanim wkroczyła między dwójkę rozmawiających i chwyciła Krzyśka za rękę.
- Chodź, zatańczymy. - To nie było pytanie. To było stwierdzenie. W niebieskich oczach Alicji natomiast malowała się wyraźna, niemal błagalna prośba, żeby Krzysiek nie protestował. W tle przyśpiewywała Anna Maria Jopek.
-

Mikołaj Pogorzelski
– Czeeeeść! – Kasia przeciągała jak syrena przejeżdżającej karetki. – Fuj! Śmierdzisz!
Wzięła go z zaskoczenia. Nie wychwycił co mówi. Po pierwsze Majka Jeżowska z głośników, po drugie dzwoniło mu w uszach. Coś „chuj”. Coś „śmierdziel”. Odsunął się od napalonej zbereźnicy.
– Co? A… – Uniósł koszulkę, niuchnął kontrolnie. – Giorgio Ormianin Aqua Profundo… być pod natrysk. Zimna, czerwona woda. Mydło spaść i bać się schylić.
Tryb jaskiniowy nie obciążał umysłu. Pociągnął łyka ze szklanicy. Dobra do nawilżenia i świetna na okład. Czujnik rozróby zamigotał zachęcająco, wskazując miejsce przy wejściu. Jak mógłby przegapić doroczne deptanie patusa.
– Bejbi noł hart me, noł hart mi, noł mor – ruszył w stronę rozwijającej się zadymy, tanecznie kołysząc biodrami przy każdym kroku. – Kiedy masz dwadzieścia lat i teraz matka krzyczy „rzuć picie”!
Zdarł łacha z chlora. Umościł się przy przedsionku. Z ciekawością obserwował rozwój sytuacji.
-

Krzysztof KomedaMagda trąciła go w ramię. Krzysiek zerknął na nią. Na tle szóstoklasistów z brokatem na policzkach, którzy właśnie przeszli obok, mógł się pocieszać, że nie wyglądał najgorzej. Mógł mieć na sobie marynarkę z krepiny gdyby urodził się z zaburzeniami i uznał, że pomysł Chlebowskiego to najlepsza rzecz jaka mogła mu się przydarzyć.
– Krzysztof, prawda? Adam chyba nas wystawił.
Krzysiek rozejrzał się po sali, a potem znów spojrzał na zegarek. Było już po dwudziestej.
– Ostatni raz widziałem go jak pobiegł na zamek. – odpowiedział – Nie wiem po co. Może chciał temu Niemcowi przypierdolić ciupagą jak Janosik Murgrabii i zgarnęła go policja.
– Serio?
Wzruszył ramionami.
– Mnie już nic nie zdziwi. Albo jest niepoczytalny albo ma jakieś upośledzenie, tylko po nim nie widać dopóki się nie odezwie.
Didżej zmienił kawałek na coś wolniejszego. Wokół nich pary zaczęły zbliżać się do siebie. Magda nie odeszła. Stała i kręciła włosem na palcu.
– Podoba ci się tutaj?
– Jest okej.
– A muzyka? Fajna, nie?
– Ujdzie.
– A tańczyć lubisz?
Krzysiek otworzył usta, żeby odpowiedzieć, kiedy poczuł czyjś dotyk na nadgarstku. Alicja.
– Chodź, zatańczymy.
Krzysiek przez sekundę zapomniał jak się mówi. Koleżanka, którą poznał dziś rano w klasie, właśnie łapała go za rękę i ciągnęła na parkiet. O kobietach wiedział tyle, ile pokazywał mu na przerwach Bochenek na rozkładówkach “Twojego Weekendu”, ale nawet on rozumiał, że to faceci proszą dziewczyny do tańca. O ile umieją tańczyć. A on nie umiał. Dlatego otworzył usta by zaprotestować.
– Ale ja nie…
Alicja nie puściła jego ręki. Krzysiek spojrzał jej w oczy i zobaczył coś co dobrze znał. Zrozumiał, że „nie umiem tańczyć" nie jest odpowiedzią, której potrzebuje.
– No dobra.
Najwyżej się zbłaźnię, dokończył w myślach.
Ruszyli na parkiet.
Z głośników poleciały flety. Krzysiek przeklął w duchu, bo znał ten dźwięk aż za dobrze i od razu przypomniał sobie zakonnice grające na drewnianych fujarkach podczas spotkań oazowych i pielgrzymek. Nie mówiąc już o tym radiu z Torunia, którego na okrągło słuchała jego matka. Nawet na dyskotece Kościół nie chciał mu odpuścić i wyciągał szpony po jego czarną duszę.
Zacisnął zęby i skupił się na Alicji. Bo to było jedyne sensowne zajęcie w tej chwili. Problem polegał na tym, że Alicja miała nogi opięte w ciemne rajstopy i Krzysiek starał się na nie nie patrzeć. Starał się patrzeć wszędzie indziej, ale nogi wciąż były na skraju pola widzenia i Komeda przegrywał tę walkę.
Położył ręce na jej bokach, wysoko, z dziesięć centymetrów nad biodrami. Bezpieczna strefa. Teraz modlił się, by dłonie mu się nie spociły.
Alicja położyła mu dłonie na ramionach. Stali w bezpiecznej odległości, ale Krzysiek czuł jej zapach, zupełnie niepodobny do kadzidła i wody kolońskiej Brutal, której używał ksiądz Roman. To był pierwszy raz, kiedy tańczył z dziewczyną i przez moment zakręciło mu się w głowie. Spanikował, bo pomyślał że zaraz zemdleje albo jeszcze gorzej i jego szesnastoletnie, napakowane hormonami ciało wyśle sygnał, którego nie da się schować ani wytłumaczyć.
Potrzebował czegoś, co zgasi mu głowę. Szybko.
Wyobraził sobie Beatę Kozidrak za trzydzieści lat, na kacu, wijącą się lubieżnie po scenie w skórzanym gorsecie, odsłaniającym żylaki i rozstępy. I osiemdziesięcioletnią Marylę Rodowicz w scenicznym stroju, którego pozazdrościłby jej sam Chlebowski, śpiewającą “Małgośkę” podczas Sylwestra na rynku w Sokołowie.
Przeszło mu.
Teraz muzyka. Jak do tego tańczyć? Krzysiek próbował się kołysać, ale ciało nie współpracowało. Flety ciągnęły w jedną stronę, gitary w drugą, a on stał pośrodku jak ministrant który w Wielki Piątek przyszedł na mszę do synagogi.
– Jak po Annie Marii Jopek puszczą Grzegorza Turnaua, mogę umierać – skwitował z kwaśnym uśmiechem. – Najlepsza dyskoteka w moim życiu. Pierwsza i ostatnia.
Gdy wszedł refren o Joszko, Krzysiek pożałował, że tak jak Adam nie ma ciupagi, by odtańczyć hołubca. Albo zasadzić porządnego gonga didżejowi, który pomylił dyskotekę z wieczorkiem poetyckim Wisławy Szymborskiej.
W końcu, z desperacji, zaczął nucić w głowie coś zupełnie innego. Gene Simmons w pełnym makijażu, wywalony jęzor, skórzane ciuchy i ogniste race na scenie.
I was made for lovin' you, baby, you were made for lovin' me..
Cztery czwarte. Prosty rytm. Bum, bum, bum, bum. Ciało samo zaczęło reagować. Stopy znalazły swój takt, ramiona się rozluźniły. Nie miało to nic wspólnego z tym, co grało z głośników, ale Krzysiek tańczył. Niezdarnie, z lekkim opóźnieniem, z rękami wciąż taktycznie wysoko nad biodrami Alicji.
Ale tańczył.
-

Adam Chlebowski
Zamek Falkenstein. Południe(Wielka wpadka i próba wielkiej ucieczki)
Adam wpadł jak śliwka w kompot albo raczej jak gówno do przerębla! Może spodnie dałby radę zaszyć nicią albo obrzucić na tej walizkowej maszynie łucznik elektrycznej na pedał? Może jak spróbuje wmówić Ojcu że teraz taka moda to dostanie mniejszy wpierdol ? Ale teraz nie miał się co o to martwić bo wywalił się na ryja i jak nie zdąży uciec to go Niemiec złapię wezwą Ojca albo Brata i z planów wieczornej wizyty w dyskotece chuj będzie bo pewnie skończy tak samo jak śp. Matka tej Romskiej dziewczyny z ich klasy co stawia kabałę.
Na pytanie Niemca (co to jest ? Chlebowski nie był pewien bo wolał się uczyć angielskiego niż szwabskiego) odpowiedział scenką ze starego filmu który widział kiedyś w ramach spotkań "dyskusyjnego klubu filmowego" w Domu Kultury:
"- Grzegorz Brzęczyszczykiewicz, Chrząszczyżewoszyce powiat Łękołody."
Następnie rzucił się do ucieczki!
Na razie nie będę opiswał przygotowań bo zależy czy go złapią czy nie xD
-

Paulina Kwiatkowska
Paulina odprowadziła ich wzrokiem z lekkim uniesieniem brwi. To nie wyglądało jak spontaniczny zryw romantyzmu. Raczej jak szybka ewakuacja.
Jeszcze przez moment patrzyła za nimi, po czym przeniosła wzrok w stronę wejścia. Skoro Alicja tak nagle zapragnęła tańczyć właśnie teraz, musiała mieć powód. A Paulina nie wierzyła w przypadki.
Zamieszanie. Burda. Mikołaj czający się przy wejściu jak krab, jakby chciał zająć pierwsze miejsce na trybunach i mieć najlepszy widok na ewentualną awanturę.
Do głowy przyszło jej jedno pytanie – przed czym, albo kim, uciekała Alicja? Szczerze wątpiła, żeby była aż tak wrażliwa, żeby nie móc na to patrzeć.Przeniosła spojrzenie na Magdę.
– Szybko poszło – rzuciła cicho.Na moment zawiesiła wzrok na parkiecie, gdzie Alicja już ciągnęła Krzyśka między pary.
– Jeszcze chwila i byś go zaprosiła sama.Magda odruchowo poprawiła włosy, uciekając na sekundę spojrzeniem w bok.
– Nie zdążyłam – przyznała cicho, z lekkim, trochę zawstydzonym uśmiechem.Paulina zerknęła na nią kątem oka.
– No to następnym razem szybciej. – Kącik jej ust uniósł się lekko – Bo ktoś ci go znowu sprzątnie sprzed nosa.Magda tylko lekko się uśmiechnęła i wzruszyła ramionami, jakby nic się nie stało. Może rzeczywiście nie zwróciła większej uwagi na zamieszanie przy wejściu. Po jej minie było jednak widać, że coś sobie układa w głowie.
W tym czasie Paulina przesuwała wzrokiem po sali, wyłapując znajome twarze. W końcu dostrzegła Sosnowskiego na parkiecie. Wiedziała, że Magdę to ucieszy.
– Asia, bar czy parkiet?
– Bar. I jakiś stolik – odpowiedziała bez wahania.Paulina uśmiechnęła się lekko i podała jej aparat oraz torebkę.
– Na stówę cykor go obleciał – rzuciła Kasia, wracając do tematu Chlebowskiego. – Bez sensu, nie będziemy tu tak stać. Asia, ogarnij nam coś do picia i bądź czujna.
– A my idziemy na parkiet! – dodała Paulina z nagłym przypływem energii.
Dziewczyny jakby się obudziły.
– Wyczaiłam Arka. Wbijamy – trąciła łokciem Magdę. Jej humor wyraźnie się poprawił.
Ruszyły w tany.

Parkiet szybko wciągnął je w swój rytm. Muzyka była może średnia, ale wystarczyło kilka taktów, żeby dziewczyny złapały tempo i zaczęły się śmiać, kręcić i zapominać o wszystkim poza chwilą.
Paulina odruchowo rozejrzała się wokół – bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby – i niemal od razu wyłapała znajomą sylwetkę.
Alicja i Krzysiek tańczyli niedaleko. A raczej… próbowali.
Krzysiek trzymał ręce zdecydowanie zbyt wysoko, jakby ktoś mu wcześniej dokładnie wyznaczył bezpieczną strefę, której pod żadnym pozorem nie wolno przekroczyć. Sztywny, trochę zagubiony, wyraźnie walczył z własnym ciałem, które nie bardzo wiedziało, co zrobić z muzyką.
Paulina uniosła lekko brew, obserwując to przez chwilę.
– Patrz na niego – rzuciła półgłosem do Magdy, kiwając lekko głową w tamtą stronę. – Jakby go ktoś na egzamin z tańca wysłał.Magda zerknęła dyskretnie i parsknęła cicho śmiechem. Być może potrzebowała tego, aby nie czuć się źle przez to, że został jej "podebrany".
– No… trochę.
Paulina przeniosła wzrok na Alicję.
Ona z kolei wyglądała, jakby dokładnie wiedziała, co robi. Spokojniejsza, pewniejsza, jakby prowadziła tę sytuację bardziej, niż powinna.
Kącik ust Pauliny drgnął. Alicja od początku wydawała jej się osobą, która prędzej dotrzyma towarzystwa Asi przy stoliku, niż dołączy na parkiet.
– Albo bardzo chce zatańczyć… – mruknęła pod nosem do samej siebie – …albo bardzo nie chce być gdzie indziej.Na moment jeszcze zatrzymała na nich spojrzenie, jakby próbowała coś dopasować do siebie, po czym wzruszyła ramionami i wróciła do dziewczyn.
– Dobra, koniec podglądania.Uśmiechnęła się lekko, łapiąc rytm muzyki.
– Tańczymy, zanim ktoś znowu zrobi tu przedstawienie. -
Zamek Falkenstein; koło południa
Adam Chlebowski
- No dobra młody - jeden z pracowników z Pracowni Konserwacji Zabytków dał mu lekkiego klemensa w kark. - Wkurzyłeś szefa, ciesz się że tylko tylko. Następnym razem nawet nie próbuj, wpadniesz do dziury i sobie kark złamiesz. A teraz spieprzaj! - pchnął Adama w kierunku drogi.
Kierowca przy mercedesie nadal stał nieporuszony całą sytuacją.
Adam Chlebowski przez stres miał chyba dziurę w pamięci, bo ostatnie kilka lub kilkanaście minut pamiętał jak przez mgłę, albo jego mózg nie chciał się pogodzić z tym co się zdarzyło i salwował się niepamięcią. Może i dobrze.
Próbował sobie przypomnieć, ten szkop go usłyszał, potem on sam krzyczał, próbował uciekać, potem chyba ten szkop go dogonił (ten dziadek? jak to w ogóle możliwe? Może znowu się przewróciłem?) i przytrzymał, uścisk miał pancerny. A potem co? Coś mu świtało, że potem Niemiec zawołał tę tłumaczkę, ta chyba tego pracownika, prowadzili go na zewnątrz i...
- Co tak stoisz jak krowa na miedzy? Do widzenia. - ten konserwator był chyba nawet rozbawiony całą sytuacją.
Reszta uczniów już sobie poszła, podobnie jak nauczyciel. Do domu miał dosłownie rzut beretem.
-

Adam Chlebowski
Problemy z pamięcią
~Co, do cholery ?! Ten szwabski Doctor Mengele musiał mi wstrzyknąć jakieś narkotyki! Tyłek i przód mnie nie bolą więc mnie nie wykorzystali~ pomyślał sobie Adam, i pokręcił głową jak pies, który wyszedł z jeziora, wciąż czuł się pogubiony. Ruszył do domu teraz jak o tym pomyślał, to krepina przecież się podrze przy najdrobniejszym ruchu! Ważne że nie wezwali Ojca nawet jak mu coś wstrzyknęli do krwiobiegu, tak jak mówili na godzinie wychowawczej kiedyś tam to najwyżej będzie bardziej taneczny w klubie.
Planował wziąć szybki prysznic po szkolę (przy okazji sprawdzając czy nie zostały mu jakieś ślady po niemieckich igłach! Serio jakaś dziwna sytuacja z tym Niemcem! Eksperymenty na ludziach czy co ?! ) w głowie zaczął mu świtać już nowy pomysł na kostium...
Plany na wieczór
Miał zamiar szybko pobiec do łazienki ściągnąć spodnie i schować je do plecaka żeby nikt nie dojrzał przerwania dopóki nie da rady przeszyć i spróbować naprawić... Pamiętał że starszy brat miał z tyłu szafy czarny garnitur na który od lat już był za duży przez złą dietę i brzuch piwny. Młodszy Chlebowski planował wziąć spodnie i marynarkę ze sobą na tyły Domu Kultury miał też czerwone skarpety z bazaru które nie mogły być prane w pralce bo wszystko farbowały... Adam planował wziąć ciuchy i wyprać je w jakieś misce na tyłach Domu Kultury licząc że zabarwi za duże ubrania po starszym bracie na różowo! Potem będzie to musiał wszystko wysuszyć swoją suszarką do włosów, same włosy planował przylizać żelem i założyć okulary które również chciał podebrać bratu...
Dzień zaczął się kijowo ale była szansa go jeszcze uratować pod warunkiem że uda mu się wykraść z domu bez niepoznaki nawet jeżeli przez przygotowania miałby się nieco spóźnić na samą dyskotekę to oczami wyobraźni już widział swoje WIELKIE WEJŚCIE...
-
Adam Chlebowski
Po powrocie do domu szybko przystąpił do realizacji swojego wymyślonego po drodze planu. Pod prysznicem, ze strachem, obejrzał i obmacał siebie w poszukiwaniu śladów po zastrzykach. Nic nie znalazł, a szukaj przecież gruntownie, ranek i siniaków niewiadomego pochodzenia.
Pozyskanie garnituru też poszło sprawnie, garniak był tylko trochę przykurzony. Z garniturem i suszarką do włosów w plecaku bez problemu wszedł do domu kultury, nie zwrócono na niego uwagi (albo raczej nie zwrócił większej uwagi niż zwykle, był tam częstym gościem i znano go z widzenia - skoro jak dotąd nic nie ukradł, to można było mu zaufać).
Samo pomieszczenie na tyłach domu kultury nadal lekko pachniało zawilgoceniem, przez tę całą powódź. Ale wiedział, gdzie jest kran i gdzie znajdzie miskę lub inny pojemnik. Dorzucił TE skarpety.
Poszło nie tak. Stanowczo poszło nie tak. Garnitur, po wysuszeniu, nie był już czarny. Ale chyba nawet i daltonista nie powie, że był różowy. Był na pewno bardziej czarny niż różowy. Sam musiał to przyznać, bo kolor był daleki od różowego.
Zafarbowany garnitur był ciemno-buro-buraczkowy, tego ostatniego najmniej. Po prostu paskudny. Adam popełnił ten błąd, że próbował ufarbować czarny garnitur. Te skarpety skutecznie farbowały jasne ubrania.
-

Adam Chlebowski
Adam wziął się za farbowanie podśpiewując sobie "If You're Anxious for to Shine" autorstwa GIlbert & Sullivan's z 19 wiecznej operetki komediowej"Patience"... Miał szczęście że Pani Kowalska pracowała kiedyś w USA i podzieliła się biblioteką swoimi zbiorami płyt winylowych z różnych oper i operetek.
Było wśród nich wiele pięknych utworów które kochał, niestety nie miał dość dobrego głosu żeby próbować śpiewania, ale wciąż kochał te słowa które mimo stuleci nie straciły prawie w ogóle na aktualności! A krytyka zakłamania bardzo pasowała mu do tego co obecnie robił (tak był w pełni świadom ironii i własnej hipokryzji!)Projekt nie wyszedł tak jak to sobie wyobrażał.... Mina mu zrzedła, przez chwilę miał ochotę rzucić to wszystko w diabły bo i tak już był spóźniony a lepiej było być uznanym za tchórza niż przez całe liceum być znanym jako "Pan Buraczek".
//- Nie prawdziwy artysta nigdy się nie poddaje! Kreatywność i pomysłowość potrafi uratować każdą sytuacje - Powiedział do spurchlałych, zagrzybionych ścian starając się dodać sobie animuszu.Pamiętał że niedawno próbował pomóc zamalować te ściany żeby pozbyć się zacieków po powodzi (nie wyszło zacieki i grzyb wylazły zza farby a na razie nie było kasy na specjalną anty grzybną) ale wydawało mu się że gdzieś tu zostało trochę starej zielonej farby?
Gdyby zrobił na tym o dwa numery za duże garniaku zielone ciapki może wyglądałby na tyle zabawnie żeby zamiast być obśmianym stać się częścią żartu i komediantem ? Był gotowy spróbować " kto nie ryzykuje ten nie pije szampana" jak to mawiają ruskie!
Mechanika:
Rzut na maker bo robimy garnitura poprawki... Wyszło 6! Bo tech mam 2 w KP ale przez stan, z poprzedniej porażki rzucam jedną kostką i wyskoczyło 6 to chyba sukces ? link do rzutu -
Dyskoteka w klubie "Miami"
Impreza rozkręcała się na wielu płaszczyznach. Po kilku minutach "swojskiej muzyki" didżej ruszył w mocniejsze klubowe nuty, puszczając muzykę elektroniczną, o wiele żwawsze.
Na parkiecie Paulina z Arkiem i Alicja z Krzysztofem dobrze się bawili. Gdyby nie tłum i ciągłe popychania można było zobaczyć, że Arek z Pauliną bawią się ze swobodą, naturalnie. Krzysztof z Alicją tworzyli sztywniejszy, ustatkowany duet, gdzie to Krzysztof był kotwicą bez swobody ruchów. Alicja zbytnio nie zauważała tego, będąc spiętą pojawieniem się jednego z kumpli brata, którego obecność była z automatu zaprzeczeniem dobrej zabawy.
Kasia chyba była zła, że kontakt z Mikołajem był nieudany (i to z jego winy!), ale podążyła za nim, stojąc w tłumie, kiedy ten siedząc naprzeciw wejścia coś krzyczał. Zaintrygowana patrzyła jak ochrona blokuje przejście jakiemuś dresiarzowi.
Adam zwracał uwagę. Nawet w słabym świetle ulicznych latarni widać było te jaśniejsze punkty pokrywające garnitur. Kompozycja zielonych punktów wyszła dobrze, nawet dobrze, groszki nie wyglądały jak pacnięte byle jak.
Intrygowały.
Grupka kompletnie nieznanych ludzi wskazała na niego palcem, krztusząc się papierosowym dymem. Adam nawet ich nie zauważył, na spokojnie wspinając się na piętro do klubu. Nie było dużej kolejki, tylko grupa dresów stojąca trochę z boku dopalająca ostatniego szluga. Wszedł do klubu, słyszalna już na zewnątrz muzyka stała się głośniejsza i stanął przed bramkarzami kłócącymi się z kolejnym dresem.
Mikołaj też zauważył Adama. Z teatralnym żalem stwierdził, że Chlebowski nie miał na sobie różowego garnituru. Jego strój to był za to buro-buraczkowy w duże zielone grochy. To samo widziała Kasia pochylająca się za oparciem sofy.
- O ja cię... - i pobiegła w głąb sali.Po chwili Kasia i Asia jednocześnie przerwały dobrze rozwijające się znajomości.
- Jest Adam! - wykrzyczały do Pauliny, Arka, Alicji i Krzysztofa.Sytuacja na wejściu się zagęściła. Dresy dopaliły i wbiły się na salę.
- O kurwa, patrzcie na tego pajaca, he, hehe!- jeden z nich trącił Adama w ramię. -

Adam Chlebowski
Celem Adama tego wieczoru było przybranie roli klasowego klowna, wiedział że wyglądał idiotycznie ale w tym, przerysowaniu kryła się sekretna broń! Jeżeli sam tworzysz żart śmiech przestaje być ostrzem a staje się walutą!
//- Zajebiste co nie ? Ściągnąłem od rudej krowy w kropki bordo hahah - Odpowiedział chłopakowi który trącił go w ramię, puścił oko dając znać że nie mówi poważnie i zaczął "tańczyć Jacksona" w rytm muzyki która wypływała na zewnątrz.
Z oryginalnego konceptu krepinowego Miami Vice został jedynie powiązany sznurkami karton pod spodem marynarki przez co Chlebowski wyglądał na komicznie przypakowanego długie włosy przylizał toną żelu do włosów.Wiedział że kostium wyszedł mu świetnie, teraz potrzebował tylko wczuć się w rolę. Zamiast brać na bary ubranie się w najlepszy ciuch i bycie najfajniejszym ogierem w stajni czyż nie lepiej wymyślić własną niszę gdzie nie ma konkurencji ?
-

Mikołaj Pogorzelski
Mikołaj obserwował grand entrance Adama i zabiegi chłopców po chemioterapii w bazarowych dresach. Trzy paski Abidosa zmarszyły się kreszem, gdy zwracającą uwagę lepą, troskliwie upewniali się, czy aby nie ma żadnego problemu. Odpowiedź wyszła poza schemat, bo stali tak z rozdziawionymi paszczami i zwiechą wymazaną na ryjach. Co puste łby były w stanie wydalić, ściekało z kącików ust i spływało strużkami po brodach.
Odwrócił się, sprawdzając czy Kasia wciąż za nim stoi wytrwale jak Jason Voorhees. Raz jedziesz potem. Potem się trzyma blisko. Nie czaił awangardy. Zniknęła w tłumie w reporterskiej pogoni za sensacją. Otwarcie. Oto nadszedł moment, by porzucić normików ich interesowaniom i po angielsku wyparować. Wszystkie oczy wbite w człowieka-biedronę i mało kogo obchodził zupełny nikt, przemykający wzdłuż ścian.
– Nara, wariaty – szepnął pod nosem, opuszczając oddział zamknięty.
Już na zewnątrz, z torbą przewieszoną przez ramię, odetchnął mieszaniną mgły i chłodnego powietrza. Wolnym krokiem oddalał od przygaszonych dźwięków Miami. Sycił nocą. Noc była bliska. Noc, Sen i siostra jego, Śmierć. Najlepsza rodzina.
Wytężył słuch, zbliżając się do brudnej plamy na mapie Sokołowa. Siedliszcza wszy, hivu i wąchaczy kleju. Z torby wyciągnął kastet, przełożył do kieszeni. Zimno metalowych obręczy opinających palce przynosiło komfort. Uspokajający dotyk ochronnego talizmanu. Naprężył mięśnie, gotowy by w razie potrzeby odcisnąć runę zaklęcia na kaprawej mordzie zniekształconej FAS, gdyby która się przypadkiem nawinęła. Trzymał się ciemności, czujny. Jak zawsze, gdy tędy przechodził. Odkąd pamiętał.
Furtka w ogrodzeniu zgrzytnęła zawiasami. Pchnął mocno by zatrzasnąć zamek. Chodził ciężko. Metaliczne uderzenie rozeszło się hałasem, wywołując wilka z lasu. Ogar wyjrzał spod schodów zaspanym wzrokiem. Polski Gończy, piękny, dumny, najmądrzejszy i najleniwszy ze wszystkich psów. Chłopak przyklęknął przy pupilu, tarmosząc wielkiego pluszaka, nazywając go „Ziewaczem” i „Kochanym Nieogarem”.
Kilka kroków, przekręcony klucz i był na ganku.
– Cześć, już jestem – krzyknął przez przedpokój w boazerii, w stronę zapalonych w głębi świateł. Mama wyszła z kuchni z krzyżówką w ręce.
– Czesc, dziecnko – przegryzała jabłko, z zawodową ciekawością przyglądając się opuchliźnie nad okiem. – Wypisze cie z mordowni, zobaczysz.
Groziła za każdym razem.
– Wezme Ogara na spacer – Mikołaj nie chciał kończyć dnia.
– Jak zdołasz go wyciągnąć – najpierw delikatnie uniosła mu włosy, potem dźgnęła palcem w śliwę.
– Mamo – syknął.
– Jak biją, nie przeszkadza – odgryzła kęs Antonówki. – Ne krecie sie byt ugo. Przyotuje ompres.
-

Paulina Kwiatkowska
Paulina nawet nie próbowała się już przedzierać przez tłum, kiedy Kasia z Asią praktycznie wykrzyczały im to do uszu. Wystarczyło jedno słowo.
Adam.
Automatycznie uniosła głowę, jakby dało się go zobaczyć ponad ludźmi. Nie dało się. Ale hałas przy wejściu mówił wystarczająco dużo. Zwolniła ruchy, jakby taniec nagle przestał mieć znaczenie. Tanczenym ruchem przesuwała się bliżej Kasi, żeby nie zniknęła jej zaraz w tłumie.
Paulina odwróciła się lekko w stronę wejścia, wspinając się na palce, próbując złapać cokolwiek ponad głowami ludzi. Światła migały, ktoś ją szturchnął barkiem, ktoś inny zahaczył łokciem.
— Kurwa, serio… — mruknęła pod nosem, bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Zatrzymała się na moment. Nie ruszyła od razu. Zamiast tego spojrzała jeszcze raz na Kasię, jakby oceniała, czy ta już leci w tamtą stronę, czy jeszcze ogarnia sytuację. Zawahała się, obserwując gesty i mimikę przy wejściu.
Już po sekundzie wiedziała, że coś jest nie tak. To nie było zwykłe „o, ktoś przyszedł”. To było to napięcie, które czuć zanim jeszcze zobaczysz problem.
— Idziemy zobaczyć co się odwala czy udajemy, że nas to nie dotyczy? — rzuciła ciszej, ale z tym charakterystycznym półuśmiechem, który mówił, że decyzja i tak już w niej zapadła. Jeszcze raz zerknęła w stronę wejścia. Tłum się tam dziwnie zagęszczał. Albo jej się tak wydawało.
Super. , przemknęła myśl niezadowolenia. Nie lubiła agresji, napięcia, spięcia… Takiej niewygodnej atmosfery.
Paulina zauważyła to szybciej niż powinna. Nie konkrety. Raczej to uczucie, że coś za chwilę pójdzie nie tak.
Zatrzymała się na moment, jakby tylko na sekundę wypadła z rytmu muzyki, po czym ruszyła w stronę drzwi, przeciskając się przez ludzi spokojnie, bez nerwów, jakby wciąż była w rytmie tańca. Dopiero bliżej zwolniła.
W końcu udało jej się zobaczyć.
Adam. Nie miał różowej marynarki, ale dalej uśmiechał się jak półgłówek.
Kilku typów obok. A on chyba myślał, że warto się do nich odezwać. Czemu?
Westchnęła cicho, ale już bez irytacji.
Podeszła do niego od boku, jakby wpadła na niego przypadkiem. Starała się być jak najbardziej urocza, a wiedziała, że zwykle jej to wychodzi.— O, jesteś — rzuciła lekko, jakby właśnie go szukała. — Zniknąłeś nam.
Uśmiechnęła się krótko, naturalnie, nawet nie patrząc dłużej na resztę. Jakby ich tam w ogóle nie było.
— Chodź, bo zaraz nam zajmą miejsce. — dodała, trochę ciszej, ale swobodnie, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Być może jeśli dresy załapią, że nie jest sam, dadzą sobie spokój, w końcu ciężej walczyć z grupą, czyż nie? Pomachała też Arkowi, który z niedaleka patrzył w jej stronę nie rozumiejąc, co właściwie robi.
Paulina już się nie odwracała, zakładając, że skumał i pójdzie za nią.
Na sekundę tylko zerknęła jeszcze w jego stronę, łapiąc z nim kontakt wzrokowy, wystarczający, żeby było jasne, że to nie jest prośba, tylko rozwiązanie.
Ruszyła z powrotem w tłum.
. Postanowiła, że później mu wygarnie, jakim jest pajacem. Tak na wszelki wypadek, nim zdąży pomyśleć, że spodobała jej się jego stylówa błazna. -

Alicja Filipowicz
Krzysiek starał się bardziej, niż wymagała tego sytuacja. I gdyby Alicja zabrała go na parkiet tylko dlatego, że naprawdę chciała z nim zatańczyć, pewnie bardziej doceniłaby jego starania - nawet jeśli były trochę nieporadne i niezręczne.
Dla Alicji jednak ten taniec był przede wszystkim pretekstem. Sposobem, by odsunąć się od wejścia, a jednocześnie mieć je cały czas na oku. Kontrolować, kto wchodzi.
I tylko na moment, naprawdę krótką chwilę, oderwała spojrzenie. Jej niebieskie oczy skrzyżowały się ze spojrzeniem Komedy.
Uśmiechnęła się lekko. Trochę niezręcznie, trochę z uprzejmości, a trochę po to, by dodać mu otuchy. Jakby chciała powiedzieć: dzięki, wiszę ci przysługę.Ale to wszystko. Nie mogła pozwolić sobie na więcej. Na dłuższą wymianę spojrzeń, na rozmowę, na rozproszenie.
Jej uwaga natychmiast wróciła w stronę wejścia, przy którym zaczynała gęstnieć atmosfera. Zbierała się tam grupka lokalnych dresów i...- Jest Adam! - Głos Kaśki i Aśki rozdarł przestrzeń niczym alarm przeciwbombowy.
Alicja momentalnie zmieniła cel swojej uwagi, wychylając się zza Krzyśka, z którym wciąż tkwiła w tym niezręcznym, pozbawionym rytmu tańcu.- O… wow… - wyburknęła tylko.
Odsunęła się od Krzyśka, pozwalając, by sam mógł zobaczyć, co się dzieje. Obecność typów pokroju jej własnego brata nigdy nie zwiastowała niczego dobrego. Dresiarze podjudzeni wyglądem i zachowaniem Adama - to był przepis na rozróbę.
Alicja jednak niespecjalnie przejęta była losem Chlebowskiego. Wciąż wypatrywała tylko jednego. Jak złego znaku. Jak czegoś, co może pojawić się w każdej chwili i wszystko spierdolić.- Muszę spadać - powiedziała do Krzyśka.
Nie widziała nigdzie swojego brata. To mógł być jedyny moment, żeby się ulotnić.
- Dzięki za… no wiesz. Nie było źle. - Znowu się uśmiechnęła. Ale trochę inaczej niż wcześniej. - Pożegnaj resztę. Widzimy się w szkole.
I zaczęła przeciskać się w stronę wyjścia, ukrywając twarz pod burzą blond włosów.
-

Krzysztof Komeda– Muszę spadać. Dzięki za… no wiesz. Nie było źle. Pożegnaj resztę. Widzimy się w szkole.
Alicja uśmiechnęła się do niego, ale to nie był uśmiech dziewczyny, która dobrze się bawi. Krzysiek znał takie uśmiechy, bo sam je produkował hurtowo przy matce.
– Do jutra – opowiedział.
Alicja odwróciła się i zaczęła przeciskać w stronę wyjścia, chowając twarz pod włosami. Patrzył za nią i próbował zrozumieć, co się właśnie stało. Czyżby aż tak chujowo tańczył? Na razie nie miało to jednak znaczenia, bo ktoś w końcu wypatrzył Chlebowskiego a przecież to dla niego tu przyszedł. By na własne oczy zobaczyć to upokorzenie, jakie sobie za chwilę zafunduje Adaś. Komeda zszedł z parkietu cofając się pod ścianę. Wychylił się zza głów ludzi. Przy wejściu faktycznie stał on. Ale nie miał na sobie różowej marynarki z krępiny. Założył garnitur pokryty ciapkami, włosy przylizał na żel. Krzysiek nie znał się na modzie, ale nawet on musiał przyznać, że przy Chlebowskim wygląda jak ten stary dziad, który co niedziele wystaje przed kościołem zbierając na protezę.
Powoli docierała do niego prosta, szczera i brutalna prawda.
Chlebowski zrobił z niego durnia.
Nie było żadnej krepiny, żadnego Miami Vice, żadnego Crocketta i Tubbsa.
Cała ta gadka, cały ten jego słowotok, pierdolenie po próżnicy to było przedstawienie, które miało uśpić czujność Komedy. Wmówić mu, że ma do czynienia ze skończonym kretynem. Chlebowski zadbał nawet o rekwizyty. Przyniósł ciupagę, z którą pobiegł do zamku a Krzysiek połknął to jak rosół matki. Łyżka za łyżką, bez zastanowienia.
To nie idiota, pomyślał To geniusz.
Ale dlaczego on? Dlaczego Krzysiek? Znali się od kilku godzin, nigdy się wcześniej nie spotkali. Chlebowski nie miał żadnego powodu, żeby go wkręcać. Chyba że miał. Może chodziło o Kościół, o jego wiarę, o to że Krzysiek pół życia spędził przed ołtarzem? Może Chlebowski był świadkiem Jehowy, albo Żydem? Albo nawet satanistą, który obrał go za swój cel. Krzysiek słyszał różne plotki, nie tylko od matki i Bednarskiej. Marek wspominał kiedyś, że jakieś lesbijki organizują nocami czarne msze w Sokołowie. Może w mieście istniała też druga komórka czcicieli diabła złożona z samych pederastów? Komeda już niczego nie był pewien oprócz tego, że znalazł się na celowniku szkolnego prześladowcy. Współczuł "Carrie" a niedługo sam dołączy do klubu przegrywów.
Tymczasem pod wejściem zrobiło się zamieszanie. Krzysiek stanął na palcach i wtedy zobaczył jak Chlebowskiego otacza banda dresiarzy, którym chyba nie spodobała się jego stylówka.
On tańczy. Nie ucieka. On tańczy.
Mózg Komedy zrobił fikołka, potem obrót i salto w tył. Chwilę temu był przekonany, że Chlebowski to makiaweliczny złodupiec, który go ograł jak dzieciaka. Teraz patrzył jak ten sam złodupiec próbuje naśladować Micheala Jacksona i zaciekle bije się o nagrodę Darwina z ruskim spod Nowosybirska, który wyciągnął zawleczkę granata. Rusek myślał, że dopóki nim nie rzuci granat nie wybuchnie mu w łapie. Ich sytuacja wyglądała podobnie i koniec też mógł mieć identyczne zakończenie. Mimo to Krzysiek nie ruszył się z miejsca. Nie zamierzał się wtrącać, ale obserwował na wypadek gdyby jednak zaczęła się zadyma.
