Choroba mnie rozłożyła. Dziś nie jestem w stanie odpisać w docu. 
Abishai
Posty
-
[WOD/MAG] Magowie na Dzikim Zachodzie -
Starbase ECHO-1Czas mijał, postępy powoli się pojawiały.
Posunęli się dość daleko w badaniach. Zamówiony został nowy skafander który miał ułatwić przyszłą penetrację statku. Niestety ów towar miał przylecieć wraz z następnym transportem zapasów. Więc Mikhail musiał na niego poczekać. Zresztą czekanie ostatnio stało się częstym gościem u niego. Choć rana, wedle oceny inżyniera (oraz Eleny i Janosa), była niegroźna to Hojo uziemiła Pietroszenko na stacji do czasu jej zagojenia. I powiadomiła o tym SAMa wykorzystując swoje uprawnienia do zablokowania mężczyźnie korzystania ze środków transportu i skafandrów.
Cóż, Sharp miał rację mówiąc, że Irene traktuje swoją robotę bardzo poważnie. Zdecydowanie za poważnie jak na gust inżyniera i paru innych osób na stacji. Z drugiej strony lepiej mieć kompetentną lekarkę na stacji, nawet jeśli jest ona zbyt oddana swojemu powołaniu. Niż medyka traktującego swoją robotę jako jako dodatkową okazję do zarobku.
Tak więc Mikhail siedział na stacji czekając na koniec rekonwalescencji. Badanie wraku zostało zawieszone. A Elena z Janosem i Viką skupili się na planecie często tam wyruszając w związku ze swoimi badaniami i w związku zabezpieczeniem miejsca budowy bazy. Spieszyli się z powodu tego co prognozował SAM. Drastycznej zmiany pogody. Nadchodził bowiem czas monsunów na Elpis. Trwających nieustających przez kilka tygodni deszczy i silnych wiatrów. Na planecie, wedle informacji przekazanych przez SAMa, rzadko zdarzały się huragany i trąby powietrzne. Niemniej kilkutygodniowe okresy nieustających deszczy zdarzały się co kilka… kilkanaście miesięcy.
Niemniej Mikhail nie musiał się tym martwić. Jego zajęcia obejmowały tylko obowiązki na stacji. No i rozgryzienie owego “zamka” o którym wspomniała Yaris. Co prawda kobieta zasugerowała sposób rozwiązania problemu, jednakże nawet nie była pewna co do skuteczności owej metody. -
[Wampir] Martwe Wody: Sezon 2Koszmary… znajome uczucie zamknięciu w trumnie. Pogrzebania żywcem.
Koszmary nawiedziły ją tego dnia z wyjątkową intensywnością. Dlatego chwilę po pobudce była zdezorientowana. I nie wiedziała gdzie się znajduje. Pokój bowiem był obcy… zaniedbana klitka przypominające nowojorskie nory dla narkomanów. Odrapane ściany, pokryte kilimami wyszywanymi w hipisowskie i buddyjskie znaki. Stare łóżko, skrzypiące i niewygodne. Koce na łóżku. Goły tyłek. Chrapanie. Okno zabite deskami i uszczelnione by nie wpuszczać światła. Zapach tanich kadzideł maskujący nutki marihuany, tytoniu i uryny.
Jeż śpiący w najciemniejszym kącie. Stary brudny dywan na podłodze… Goły… tyłek.
Klepnęła odruchowo. Poruszył się… bo należał do żywej osoby. Wczorajszego posiłku, chyba…
No tak. Ann została w melinie Garry’ego na noc. Dlaczego? Wspomnienia z wczorajszej nocy powoli wracały. Wczoraj starła się z Sabatem. Cóż, bardziej to Larry i szeryf się starli, a ona głównie kibicowała i złomowała auto. Fajna zabawa.
Ann przeciągnęła się przypominając, że wczoraj Larry przyniósł tu Kainitę. Co prawda Garry oceniał, że “Nowy” dojdzie do siebie w dwie noce to przecież mógł się mylić. Może już czuł się lepie…
Komórka się odezwała. SMS.Hej. Musimy pogadać. Odezwij się jak najszybciej. Raze. -
[Wampir] Martwe Wody: Sezon 2Zima zaczęła się od przymrozków i zniszczenia pobliskiej enklawy Anarchistów. Ann nie znała żadnego z nich. Po prawdzie nie wiedziała nic o sąsiednich społecznościach Kainitów, poza nowojorską oczywiście. Enklawa została zaatakowana przez draugri, wampiry których umysły zostały przejęte przez Bestię. Stwory te, jak się okazało, powstały z dawnej społeczności potężnych Nosferatu, która została zniszczona podczas wypadku w kopalni. Szczegółów tej tragedii Ann nie znała, za to dowiedziała się na własnej skórze jak niebezpieczne potrafią być te kreatury. I jak ich pojawienie wywołało poruszenie zarówno wśród społeczności Stillwater jak i w samym Nowym Jorku. Na tyle poważne to były wieści, że zaowocowały spotkaniem Primogenów i Księcia na zebraniu. Nawet jeśli ono było teoretycznie nieformalne. Ann miała zaszczyt uczestniczyć w tym zebraniu i poznać oblicza tych którzy władają Nowym Jorkiem. A przynajmniej tych, którym się wydaje że nim władają. Gdzieś poza wampirami czaiły się inne siły. Tajemnicza Technokracja, wedle znajomych magów, władająca miastem i światem… organizacja o której tylko słyszała dotąd i choć miała krótką okazję zapoznać się z jej siepaczami, to nie odczuwała ich mrocznego cienia na swoich plecach. W przeciwieństwie do Loży, której macki przenikały wampirze klany. W przeciwieństwie do Loży dla której to upadek Cyrila był jedynie nieudanym eksperymentem.
I co więcej, Ann zyskała okazję by im się odpłacić pięknym za nadobne. Bo czymże innym było okradzenie siedziby ich poprzedniego mistrza tuż pod ich nosami?
Ostatnią zagadką która objawiła się tej zimy był Pentex. Fundusz inwestycyjny stojący za kopalnią z którą to wojowały miejscowe wilkołaki. Organizacja bardzo potężna i równie bardzo tajemnicza. I bardzo groźna. Przy jej, ponoć szalonych, planach wszelkie konflikty jakie toczyły wokół Stillwater i w Nowym Jorku wydawały się… trywialne. I pomyśleć że Pentex był tylko organizacją zwykłych śmiertelników skupionych wokół szalonego kultu.
Powrót do domu był pospieszny, bo musieli zdążyć przed świtem. Potem Ann udała się do piwnicy i ułożyła w swoim legowisku, by znów dać się pochłonąć koszmarom.
Nieprzyjemnym i przerażającym ale w znajomy sposób. I nie zepsuły jej nastroju po pobudce kolejnej nocy. Williama już nie było w jego legowisku i sądząc po odgłosach dochodzących z góry już się obudził. I przebywał w kuchni. Z radia leciała muzyka, a sam Toreador pakował do lodówki worki z krwią.
-Śpioch z ciebie.- rzekł na powitanie. - Clyde zdążył już przywieźć nam nowe zapasy.-
Dodał jeszcze wkładając ostatnie woreczki. - Zakładam, że dobrze się wczoraj bawiłaś? Ja też planuję bawić się dobrze.-
Potarł podbródek. - Dzisiaj w nocy nadadzą “Przeminęło z wiatrem”. To mój ulubiony film. A Clark… och… Clark. Mój ulubiony aktor. Szkoda że już nie żyje. Był to bardzo sympatyczny i bardzo charyzmatyczny mężczyzna.-
Spojrzał na Ann. - Może chciałabyś obejrzeć ze… A fakt, nie możesz.-
Zamknął lodówkę. - Masz zadanie zlecone przez Księcia. Wczoraj Larry wywołał awanturę w Róży i pobił innego Kainitę przy okazji demolując bar oraz cóż… naginając zasady Maskarady. Obecnie siedzi w areszcie. Trzeba go stamtąd odebrać i zawieźć do jego warsztatu, gdzie ma przebywać aż do odwołania. Ma areszt domowy, a tej nocy ty masz dopilnować, by wypełnił to polecenie Księcia.- -
[WOD/MAG] Magowie na Dzikim ZachodzieScenki dla BG wrzucone na doca. Walka ćwiczebna rozpoczęta. Have fun :).
-
[WOD/MAG] Magowie na Dzikim ZachodziePost wrzucony, miłej lektury. Jutro dogadamy tu lub w docu szczegóły. Głównie to, gdzie akurat dany BG znajdował się i co robił, podczas rozpoczęcia napadu.
I tak, tak... mało oryginalne. Napad na pociąg. Ale co to za western bez napadu na pociąg
? -
[WOD/MAG] Magowie na Dzikim ZachodzieKrążące wokół pociągu zmory i duchy były problemem. Szczególnie w takiej liczbie. Nawet jeśli nie próbowały się przedrzeć przez dość cienką Rękawicę. Nawet jeśli nie były agresywne… przynajmniej w tej chwili, nadal były kłopotem. Magowie nie mieli permanentnego rozwiązania tego problemu. Nie odkryli przyczyny takiego nagromadzenia duchów. Same byty nie wiedziały co przyciąga ich do tego pociągu.
Niemniej czwórka agentów wysłana przez lożę zabrała się za tymczasowe rozwiązania mające wzmocnić Rękawicę i zabezpieczyć Śpiących przed ich wpływem. Każde z nich na miarę swoich możliwości. Wymagało to jednak czuwania w wydzielonych częściach pociągu.
A kryzys nie następował. Co prawda do czasu wyznaczonego przez wróżby było jeszcze kilka godzin, ale…zmory, a tym bardziej inne duchy nie przejawiały ochoty testowania siły nowych barier. A choć oddaliły się nieco od pociągu to nadal otaczały go niby ruchliwy kokon.
Nadchodziła godzina w której miał nastąpić szczyt tej podróży. Niemniej sytuacja wokół pociągu się nie zmieniła. “Kokon” trochę urósł, gdyż nowe duchy zostały przyciągnięte do pociągu, ale agresja istot zza Rękawicy nie wzrosła. Takoż i nie próbowały przebić się przez nią. Ogólnie zachowywały się jak ćmy latające wokół świecy. Nie próbowały dotknąć ognia, ale były zafascynowane światłem by uciec.
Nikt z jadących pociągiem nie zwrócił uwagi na nowy detal który pojawił się w polu widzenia pasażerów pociągu.

No bo co dziwnego jest w trójce kowboi jadących przez prerię? To w końcu już Dziki Zachód. Kraina hodowców bydła. Bardziej było to, że prowadzili ze sobą, siedem osiodłanych luzaków. I zobaczywszy pociąg zaczęli pędzić w jego kierunku prowadząc za sobą luzaki.
11:56
11:57
11:58
11:59
12:00Huk broni w pociągu. Krzyki mężczyzn.Piski kobiet.
-To jest napad! Ręce w górę. Nie udawajcie bohaterów!- krzyki rozległy się w całym pociągu. Sześciu mężczyzn uzbrojonych w rewolwery i z bandami zakrywającymi twarz wstało ze swoich miejsc i zaczęło terroryzować bronią pasażerów. Po dwóch na każdą część pociągów. Ci w środkowej części, zaczęli zbierać “datki” od pasażerów. Ci w przedniej części ruszyli na podbój lokomotywy. Ostatnia dwójka na cel wybrała sobie wagon towarowy. Ten w którym z pewnością ukryty był prawdziwy cel tego napadu na pociąg. -
[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór
Baltizar "Bajarz" HarpanessWychodząc z Popielnego Dworu gnom odetchnął z ulgą. Sprawy swoje załatwił. Niech “nowy” męczy się z kapłanem i jego kochanicą. On zaś miał w planach zobaczenie miejsca przyszłej debaty, a potem… musiał znaleźć krasnoludzkich badaczy i podpytać ich o postępy w ich badaniach. A może i nawet wywiedzieć się o położeniach gnomich osad. No… znaleźć sposób, by bardziej włączyć się w ich badania.
Droga na wiec poprowadziła Baltizara poza tereny miejskie. Na niewielkiej polanie otoczonej zagajnikiem rozłożono namioty i stoły. Gnom widział służbę zbierającą jedzenie i trunki. Zauważył też kilka znanych twarzy lokalnego kapłaństwa.
Bajarz rozejrzał się oceniając położenie stołu i wyszukując dla siebie wygodne miejsca z których mógłby podziwiać debatę i całkiem “przypadkowo” zbliżał się do miejsca w którym zebrało się kapłaństwo. A nuż uda się podsłuchać coś ciekawego z ich rozmów. Szczególnie interesowało go w jakich relacjach są służki osy i służki ptaszyny. Wszak w teorii uprawiały to samo poletko, jedne piórkiem a drugie pejczem.
Rozmowy między kapłankami przebiegały pokojowo. Dopinały spraw logistycznych kiedy zauważyły gnoma.
-Mistrz Harepness. Miło cię widzieć, cieszymy się, że dołączysz do dzisiejszego spotkania.
-Moja obecność będzie raczej symboliczna. Będę widzem mogącym podziwiać wymianę poglądów mądrzejszych od siebie. - stwierdził skromnie Bajarz kłaniając się głęboko.
Kapłanka Calistrei się zaśmiała.
-Z tego co słyszałam, mości gnomie, to ty rozpocząłeś całe to zamieszanie. Nie odejmuj sobie zaszczytów.
Kapłanka Shaelyn pokiwała głową.
-Słusznie. Gdyby nie twoje nowiny o wysychających terenach pewnie ciągle bylibyśmy pogrążeni w niewiedzy.
-Ktoś by w końcu przybył z nowiną. Takich problemów nie da się ignorować w nieskończoność. - przyznał Baltizar i dodał żartem.- Zwłaszcza gdy skutki tej suszy dopadły mnie osobiście, gdy napadnięto na okręt którym podróżowałem.-
-Zaczęłyśmy słyszeć o napadach Boggartów. - przyznała Seralyth - Paskudztwa robą się coraz odważniejsze.
-Niestety możemy jedynie poradzić lady Blackfyre zwiększyć patrole, ale straż miejska nie jest przygotowana na walkę z potworami. - dokończyła.
-Boggarty nie robią się odważniejsze. Tylko bardziej zdesperowane. - wtrącił gnom i wzruszając ramionami. - Straciły dom więc szukają nowych terenów łowieckich. Pewnie się cofną z powrotem na bagna, gdy będą miały gdzie się cofnąć.-
-Można mieć nadzieję. - pokiwały głową - Trochę zajmie zanim cały wiec się zacznie, możemy w czymś pomóc do tego czasu?
-Ach… zbytek łaski. Ja tu tylko się rozglądam, szukając sobie miejsca w którym mógłbym przycupnąć wieczorem.- odparł z uśmiechem gnom.
-Tamten namiot. - Erato z światyni Shelyn wskazała jeden z szerszych - Ma jedzenie i napitek, jeżeli chcesz umilić sobie czas. Wydaję mi się, że Dari też tam jest.
-Szkoda więc, że jestem po śniadaniu. Niestety w to małe ciałko można wcisnąć tylko ograniczoną liczbę przysmaków.- zażartował Bajarz i skłonił się.- Pozwolicie jednak że się oddalę, by obejrzeć ów namiot.-
Na miejscu gnom faktycznie zastał pokaźną ilość jedzenia i trochę żałował, że nie jest głodny. Zauważył szybko młodą, elfią kapłankę Shelyn która skubała kurczaka czytając jakąś książkę.
-Więęęc… jak oceniasz moją historyjkę? Tą przygotowaną dla ciebie? Przyznaję, że niewiele mogłem uczynić w tej kwestii mając tak mało informacji.- zapytał na wstępie gnom.
Elfka podskoczyła i zaśmiała się, delikatnie uderzając gnoma własnym tomem po głowie.
-Bogowie, przestraszyłeś mnie. - przytuliła gnoma na przywitanie - Bardzo mi się podobała. Twoja władza na prozą jest imponująca.
-Miałem trochę czasu na naukę i dużo opowieści na których mogłem się wzorować. Rzadko jednak sam tworzę fikcję. Wolę opowiadać historie które zasłyszałem. Tym bardziej, że…- zamyślił się gnom drapiąc po karku.- … wiele z nich jest lokalnymi legendami. Zostaną z czasem zapomniane zapewne i nikt o nich nie usłyszy w szerokim świecie. No chyba, że ktoś taki jak ja, zapozna się z nimi i poniesie je w świat szeroki.-
-Prawdziwy bard. - westchnęła elfka - Słyszałam, że jesteś po części odpowiedzialny za to zgromadzenie. Brawo, dawno nie widziałam tylko myślicieli na raz i to z tylu różnych dziedzin. Mamy magów, kapłanów, szamanów i druidów. Nawet kilku bardziej świeckich mędrców.
-Żaden bard. Bardowie śpiewają, grają na instrumentach… zaciągają córki karczmarzy na siano w stajni. Ja nie czynię żadnych z tych rzeczy. - zażartował gnom.
-Plotki krążą o tobie i Piwonii. - zauważyła Dari.
-Cóż… żadnej stajni nie było. Nie lubię jak źdźbła kłują mnie w zadek. Poza tym…- Baltizar machnął ręką.- Ja jestem gnomem, a ona jest wysoka. I traktuje mnie jak swojego egzotycznego zwierzaczka. Więc nic, poza tuleniem mnie jak ulubionej maskotki, się nie wydarzyło. A jakież to plotki krążą?-
-Że wzdycha przy oknie kiedy ciebie nie ma. Że Otto planuje zawiesić twoją głowę nad kominkiem za splugawienie jego córki. Że dzieli się tobą z Lilią. - elfka wyliczała na palcach - Że spodziewacie się bliźniaków. I, moja ulubiona, że jesteś rosłym człowiekiem, którego zaklęła do rozmiarów gnoma, abyś był… bardziej strategicznie umiejscowiony.
-Nie wiem gdzie oni widzą tą ciążę. Piwonia jest cały czas smukła.- westchnął gnom i dodał. - Piwonia jest moją przyjaciółką. A ja jej… egzotyczną nowinką. Bo gnomów w tym mieście jak na lekarstwo.-
Skierował czubek kostura ku twarzy młodej kapłanki.- A i ty zacznij uważać. Kto wie jakie plotki opowiedzą o nas.-
-Och, oby. Może wtedy w końcu ktoś mnie zauważy. - Dari pokręciła głową - Zazdrość. Nie ma chłopa, który by widział te dwie o odrazy nie luzował spodni. Pomysł, że… ich słowa nie moje, "pół człowieka" taką dziewczynę zdobył? Tóż to potwarz na ich "honorze".-
Gnom przyjrzał się dziewczynie uważnie oceniając atuty jej urody.
Jak przystało na przedstawicielkę elfiej rasy Dari była urodziwą niewiastą. Jej rysy były ostre, ale nie srogie. Włosy ładnie ułożone, delikatny makijaż. Jak każdy elf jej oczy miały niewiele białka, całość wypełniała ciemno niebieska tęczówka i źrenica. Nie posiadała biustu pokroju Lilii, ale nie była też niedożywionym dzieckiem. Na pewno cieszyłaby się zainteresowaniem nie jednego mężczyzny.
-Co? - uniosła brew widząc jak gnom ją lustruje.
-Wiesz… myślę że twoim problemem nie są niedostatki urody. A otoczenie. Erato jest jak garniec miodu, przyciąga uwagę wszystkich “muszek” w swoim otoczeniu.- zaczął wyjaśniać Baltizar. - Więc nie daje twojej urodzie zabłysnąć. Gdybyś… pojawiła się w innych zakątkach miasta, sama też musiałabyś mieć packę do odpędzenia namolnych zalotników. -
Elfka pokręciłą oczami.
-Nie jestem zdesperowana. Bez urazy dla tutejszych, ale większość mieszczuchów tutaj… to chłopi, którzy przyszli za pieniądzem i to widać. Chyba mam prawo trochę wybrzydzać.
-Oczywiście, że masz prawo.- odparł gnom skłaniając się przed nią.- O piękna niewiasto masz prawo chować się za murami biblioteki i rzucać tomami w niechcianych zalotników. Nie masz jednak prawa uważać się za brzydszą od Piwonii i Lilii. Jesteś równie śliczna jak one.-
Elfka dramatycznie powachlowała się ręką.
-Uważaj, jeszcze tak mną zakręcisz, że dam im powody do siania plotek. - Dari się uśmiechnęła - Nie chcę się wciskać w cudze prywatne sprawy… ale jesteś pewny, że Piwonia uważa cię jedynie za "ciekawostkę"? Albo inaczej, jesteś pewny, że ci to odpowiada? Czuję odrobinę bólu w twoich słowach.
Gnom podrapał się po brodzie w zamyśleniu. - Plotki które sprawią, że Otto przestanie szukać miejsca na moją głowę, zawsze są mi miłe.-
Zaśmiał się cicho. - Z tego co wiem o Piwonii i jej rodzinie. I ich sytuacji. Cóż… żaden romans między nami możliwy nie jest.-
-Ich sytuacji? - elfka przekrzywiła głowę - Zresztą nieważne, to duża dziewczyna. Na pewno może sama podejmować decyzje. Nie chciałbyś spróbować?
-Rzecz w tym, że jest możliwość… opcja bardziej, że Otto z rodziną się wyprowadzą z tej okolicy, a ja… - wzruszył ramionami Bajarz.- A ja właśnie kupiłem sobie wieżę. Pełną książek w nienajlepszym stanie. I pewnie zorganizuję ich przekazanie twojej świątyni.-
-Och… szkoda. Dwór jest częścią miasta już tak długo, niemal od zawsze. No ale pewności nie ma… - elka się zastanowiła - Wieżę? Gdzie?
-W Willow Creek.- odparł Bajarz.- Tam gdzie księgi drukują.-
-Och, świetne miejsce dla bajarza, jeżeli masz zamiar iść w publikowanie swoich opowieści. - uznała elfka - Opuszczona wieża pełna ksiąg… po magu? Czy jakaś mroczniejsza historia?
-Hmmm… dość mroczniejsza. Jej były właściciel stworzył drukarnię w tej osadzie i zniknął w tajemniczych okolicznościach. - wyjaśnił gnom drapiąc się po brodzie.
-"Tajemniczych" na ogół znaczy krwawych i bolesnych. - westchnęła elfka - Nie jesteś w zagrożeniu z tego powodu?
-Tajemniczych w znaczeniu… w zasadzie nikt nic nie wie.- wzruszył ramionami Bajarz. - Właściciel wieży zaginął bez wieści. Może się zadłużył u niewłaściwych osób i przybyli oni odebrać dług? -
-Och… trochę nudne. No ale cieszę się, że znalazłeś coś dla siebie w naszym skromnym końcu świata. Masz jakieś plany co do tej wieży?
-Jeszcze nie. Ale myślę nad tym. A co ty byś z nią zrobiła?- zapytał gnom ciekawy jej opinii.
Elfka zastanowiła się.
-Nigdy nie myślałam o wieży… ale pewnie wypełniłabym ostatnie piętro moimi ulubionymi księgami, każdą kondygnację przeznaczyła na inne rodzaj sztuki. Na samym dole byłoby miejsce gdzie "żyję", sypialnia, kuchnia, mój pokój do tworzenia. - uśmiechnęła się kiedy obraz zaczął się malować w jej wyobraźni - I zapraszałabym ludzi, aby mogli podziwiać moją kolekcję.
-To ciekawy pomysł.- przyznał gnom drapiąc się po brodzie. - Wieża jednak jest dość zaniedbana. Będzie wymagała sporo roboty i funduszy-
A następnie zapytał.- A o jakiej kolekcji mówisz?-
-Nooo… mam kilka książek. Nie mam dużego domu czy wieży, aby zacząć bawić się w magnata sztuki… ale bym chciała…
-Interesujące.- zamyślił się gnom i dodał ze śmiechem.- Twoja kolekcja i tak jest liczniejsza niż moja.-
-Ale ty tworzysz… w sensie ja też, ale dla świątyni. Nie mam czegoś co jest moje… - elfka trochę posmutniała, ale potrząsnęła głowa, aby rozgonić myśli - Mam czas, aby ją zwiększyć.
-Bardzo rzadko…- wyjaśnił gnom.- Moją rolą nie jest wymyślać nowe historie, a roznosić zasłyszane opowieści po krainach które odwiedzam.-
-Mógłbyś poszerzyć swój zasięg przenosząc je na pergamin. - zauważyła elfka.
-Jestem Bajarzem… cenię kontakt z widownią. Są lepsi ode mnie w pisaniu na kartach ksiąg.- rzekł wesoło Baltizar.
-Rozumiem. No cóż, może to będzie projekt dla mnie. Będę spisywać twoje opowieści.
Pożegnali się kilka minut później i gnom wyruszył z powrotem do miasta by wytropić krasnoludy zainteresowane archeologią. I dowiedzieć się o postępach ich badań.
Gnom w końcu dotarł do krasnoludzkiej części miasta. Zwiększona ilość kuźni i kamieniarzy sugerowała to przynajmniej. Szybko znalazł główną bazę klanu Helmhammer, spory budynek gildii miał na sobie znak runiczny klanu. Nie było strażników przed wejściem do gildii.
Baltizar ruszył więc ze swoimi ochroniarzami do drzwi i uprzejmie zapukał kosturem w drzwi, przed wejściem do środka.
Drzwi otworzyły się i wyjrzał przez nie łysiejący krasnolud, jego broda zaczynała pokazyć pierwsze siwe włosy. Zerknął na Baltizara i jego orszak.
-Słucham?
-Baltizar Harpaness…- przedstawił się gnom. - Przyszedłem… cóż, w sprawie poszukiwanych krasnoludzkich ruin.-
Krasnolud westchnął.
-Wyniesiemy się z miasta jak tylko je odnajdziemy i oczyścimy ze ścierwa. Wszelkie zażalenia rozumiemy i przykro nam z powodu niedogodności związanych z naszą obecnością w mieście. - przemowa krasnoluda wydawała się wytrenowana - Czy w czymś jeszcze mogę pomóc?
-Cóż… nie przyszedłem się żalić. W zasadzie to jestem bardzo zainteresowany tą sprawą. Bo może być powiązana z ruinami po moim ludzie. I byłem ciekaw… jaka jest obecnie sytuacja w tej kwestii i czy może mógłbym jakoś pomóc? - wyjaśnił Bajarz i zapytał. - Oczyścić… z czego?-
-Gobliny, trolle, orki… jakiekolwiek tałatajstwo się tam zagnieździło odkąd zostaliśmy stamtąd wykurzeni. - krasnolud zerknął na bajarza - Faktycznie kilka waszych osad i miast było w okolicy naszej głównej twierdzy. - odźwierny wpuścił gnoma do środka -Więc czego chce pan dokładnie się dowiedzieć?
-Wszystkiego… w tym jak mogę pomóc w tej działalności. Jestem wielce zainteresowany historią mojego ludu dotyczącą tej okolicy. A jak zapewne wiadomo… historia gnomów bywa często powiązana z krasnoludami.- rzekł entuzjastycznie Baltizar. wchodząc.
-Mamy kilka ksiąg o poczynaniach gnomów z czasów naszej bytności tu… - zadumał się krasnolud prowadząc Baltizara - Z tego co pamiętam pomagały nam z wyrobami jubilerskimi, a ich sztuka innowacji była mile widziana na dworze naszego ówczesnego króla… - krasnolud i gnom dotarli do niewielkiej biblioteki - Wydaje mi się, że osady zaczęły pustoszeć bez powodu na kilka miesięcy przed… czymkolwiek co zmusiło nas do opuszczenia tych terenów.
-Hmm…- zamyślił się gnom.- Jednym słowem nie macie pojęcia co tak naprawdę zmusiło je i was do exodusu? Żadnych źródeł pisanych, żadnych legend czy bajań na ten temat nie ma.
Spojrzał na krasnoluda pytając się. - To może oznaczać tylko jedno. Tabu. Cokolwiek się stało wtedy, sama rozmowa o tym wydarzeniu wydawała się być wtedy przestępstwem. Co mogłoby tak przerazić potężny i dumny lud krasnoludzki?-
Krasnolud westchnął.
-I to jest tragedia. Nic nie wiemy o tym co dokładnie się stało. Obecni Helmhammer są potomkami tych członków klanu, którzy nie żyli w głównej twierdzy. Dalsze placówki i mieściny. Główny klan dosłownie zniknął, a ci którzy zostali wysłani nie odważyli się mówić co widzieli. Przynajmniej takie są oficjalne doniesienia.
-Jeśli to nie tajemnica… to czy mogę poznać ówczesne położenia dawnych placów i mieścin? - zapytał się gnom wyjmując mapę z plecaka.- Przypuszczam, że główna twierdza była centrum… słońcem z którego promieniowała cywilizacja w postaci kolejnych siedzib.-
-Powiedziałbym bardziej rzeką, od której się robiły odnogi, ale twoja analogia jest ładniejsza. - krasnolud wyciągnął jedną staro wyglądającą mapę - Główna twierdza znajduje się gdzieś tu… - krasnolud wskazał na główne pasmo górskie na wschód od Evercrest.
-Mhmm…- gnom zaznaczył odpowiednie miejsce na swojej mapie.- I tam prowadzicie już poszukiwania? Czy jest już tam jakiś obóz, do którego mógłbym zajrzeć z pomocą?-
Krasnolud wskazał miejsce u podnóża gór na południe od miasta.
-Tam jest nasza główna ekspedycja, nie wiem co prawda czy chłopaki przyjmą pomoc kogoś z zewnątrz. Wiesz, sprawy klanu. - odźwierny się uśmiechnął i wskazał kilka punktów na mapie - Tu znajdowały się dawne wioski gnomów, wzdłuż naszych starych szlaków kupieckich. Kilka z nich było podziemnych z niewielkimi strażnicami na powierzchni, aby zaznaczyć gdzie się znajdują.
Gnom nanosząc punkty na swojej mapie mruknął.- Nooo… nie zamierzam się zjawić z pustymi rękami. Niemniej jeśli znajdę coś wartego waszej uwagi podczas moich badań historii mego ludu, to z przyjemnością podzielę się informacjami.-
Potarł podbródek.- A co do tych ksiąg o mojej rasie, to mogę je pożyczyć, czy choćby przejrzeć na miejscu i spisać interesujące kwestie do mojego notatnika?-
Krasnolud wziął trzy tomiki.
-To wszystko co mamy, kopie oczywiście, oryginały trzymamy w głównej bibliotece. Proszę o oddanie kiedy z nimi skończysz. I z miłą chęcią przyjmiemy wszelkie informacje, odbudowa naszego królestwa tutaj będzie wymagała też odbudowy gnomich mieścin.
-Jestem wielce…- oznajmił szczerze Baltizar.- …zobowiązany. Dziękuję za przekazanie tak cennych źródeł wiedzy.-
-Obyś miał z nich więcej pożytku niż my. To raporty zebrane z dzienników.. z braku lepszego słowa, burmistrzów tych mieścin. Zauważyliśmy kilka powtarzających się wzorców, ale nic konkretnego.
-Oby…- odparł z uśmiechem gnom przyglądając się zdobyczy.- Postaram się oddać jak najszybciej.
Zapakował dokumenty i swoją mapę.
-W takim razie… nie będę już więcej przeszkadzał w obowiązkach. Mam lekturę do przeczytania. - rzekł na pożegnanie.
Krasnolud kiwnął głową i zaczął odprowadzać gościa z powrotem do wyjścia.
-Radzę uważać, co kolwiek się przytrafiło naszym przodkom, nie mogło być dobre.
-Mam doświadczenie w takich… sprawach. - odparł uprzejmie Baltizar nie wdając się jednak w szczegóły
Dzień powoli zbliżał się do popołudniowych godzin kiedy Viktor dotarł na miejsce wiecu.
Wszystko wydawało się już przygotowane, namioty na odpoczynek i spożycie posiłku były gotowe. Biblioteczki i stoły do badań porozstawiane, aby goście mogli korzystać kiedy będą potrzebowali.
I duża widownia ustawiona w półokręgu przed niewielką sceną.
Wszystko gotowe na przyjęcie mądrych głów z Evercrest i okolic.
Pięty uderzyły o ziemię.. Viktor wyprostował się i wziął głęboki wdech chłonąc atmosferę. Na ten moment zupełnie ignorując to lekkie chrupnięcie w kolanie. Klimat jarmarczny rozczulał go, nawet jeśli już po drobnym przyjrzeniu widać było różnice. Odwrócił się i podziękował woźnicy nim ruszył między lokalną inteligencję, wyciągając zza pazuchy mały bukłak z dosłownie kilkoma łykami wina w sobie. Zmówił krótką inkantację posilając się magią niewidzialnego Fisusia i upił dwa z nich. Poczuł przyjemne mrowienie rozchodzące się po ciele. Czas było dowiedzieć się o co – z tą całą suszą – chodzi.
Chodząc między zgromadzonymi Viktor mógł zauważyć oczywiście formujące się obozy; magów, kleryków, druidów i świeckich mędrców, które na razie trzymały się swojego grona i pewnie obgadywały pozostałych.
Kręcił się, niezobowiązująco między grupami, korzystając z kamuflażu wiecznego ruchu i ludzi przychodzących i odchodzących… długi czas nic nie mówił, tylko słuchał zbierając wiedzę…
Wszystkie grupy zgadzały się, że susza nie jest z przyczyn naturalnych, ale nikt się nie zgadzał co do przyczyn. Magowie podejrzewali jakieś arkanistyczne machlojki, kapłaństwo podejrzewało gniew bogów, Druidzi i Szamani mówili, że ilość miast i wsi burzyła naturalny ład świata i to jest konsekwencja.Baltizar wraz ze swoją dwójką zwierzaków przemierzył szybko plac wiecu rozglądając się na boki. Szybko dotarł do miejsca, które wypatrzył rano. Beczki stojącej przy jednym z namiotów. Wdrapał się na nią i mając z niej doskonały widok na sam plac usiadł wygodnie z notatnikiem w dłoni i piórem. Liczył bowiem, że ktoś z rozmówców powie coś interesującego. Szansa na to była niewielka… ale zawsze była.
-Mistrzu Harpeness! - głos adwokata dotarł uszu gnoma - Cieszę się, że was znalazłem.
-Nie widzę powodu…- zastanowił się gnom kartkując notatnik. - To wszak nie ja jestem gwiazdą tego zbiegowiska. Dzisiejsze atrakcje wkrótce zjawią się na placu przed nami.-
-Wiem, wiem… zdaję sobie sprawę. Jednak to ty to… hmmm… zapoczątkowałeś. Znalazłbyś kilka do kilkunastu minut aby mi wyłożyć swoją wiedzę o tej suszy? Ostatnio obaj nie mieliśmy wiele czasu, a chciałbym poznać pełniejszy kontekst.
-Hmmm… Susza… jest wtedy, gdy na jakimś obszarze jest bardzo sucho. Nie ma roślinności i ziemia jest spękana… zupełnie bez wody.- zaczął wyjaśniać gnom beznamiętnie, przerywając jedynie co chwilę, by spojrzeć… gdzieś w dal. Jakby coś zauważył, coś co było inspiracją dla kolejnych wypowiadanych “sentencji”.- Ostatnio takie obszary zaczęły się pojawiać tam gdzie wody jest… powinno być bardzo dużo… na bagnach. I to powoduje że potwory tam żyjące szukają nowych siedlisk bliżej miasta. Na tych suchych obszarach są też dziwne narośle. Ot, to wszystko.-
Viktor kiwał głową, niezrażony.
-To wszystkie twoje obserwacje? Nie masz jakichś teorii z czego to może wynikać? Nie zorganizowałeś tego, bo zauważyłeś, że jakieś specyficzne bagno podeschło.
-Nie jestem tu od teorii… tylko od spisywania opowieści. Jeśli wasza ekscelencja chce błysnąć tutaj jakimś pomysłem, to sugeruję wpaść na niego samemu. Ja jestem wędrownym Bajarzem. Gdzie mi się tam równać z mądrymi głowami.- odparł gnom i potarł podstawę nosa odpowiadając ironicznie.- Nie żadne bagno podeschło, tylko…. obszar bagna wysechł całkowicie bez powodu. Ziemia aż popękała. I z tego co wiem takich obszarów jest całkiem sporo w okolicy. Jeśli wasza eminencja uważa, że to żaden istotny problem, radzę zabrać się za leczenie krótkowzroczności. To wada którą lepiej usunąć nim zasiądzie się na tronie. Bywa śmiertelna, gdy jest się już u władzy.-
Spojrzał przed siebie. - Jeśli tylko siebie ma się na widoku… łatwo stracić prawdziwy cel z oczu. Proponuję więc przyglądać się widowisku, słuchać i uczyć się nie tylko z ich słów, ale i postaw… reakcji. Czasami najlepsza pozycja to ta u podstawy świecznika, a nie na nim.-
-Właśnie dlatego jestem tu. Nie na świeczniku, ale naprzeciw ciebie. Nie mówić, a słuchać. Wierzę, że obaj cenimy ciebie znacznie więcej niż jako samego kronikarza i interesują mnie twoje obserwacje oraz przemyślenia. Jakbyś mógł odrobinę zwiększyć ich objętość kosztem morałów… byłbym wdzięczny. Szybciej wtedy wrócimy do wdzięczniejszych zajęć.
Gnom przyglądał się mężczyźnie przez chwilę niczym rzekł. - Moje obserwacje, przemyślenia. Otóż… są one proste. Nie wiem czy nasz nowy nabytek wspomniał ci o opinii twojego Pana o nas. Zacytuję więc jego cytat. Ehmm…- zaczął mówić zachowując intonację głosu Paimona. -“Ta trójka idiotów, którą wysłałem bawi się w Politykę, przez duże P, zamiast to po co ich wysłałem.” Moje przemyślenie więc jest takie. Zakup budynek, zrób w nim świątynię, zbierz garstkę wyznawców. Żarliwców przekuj w akolitów, a potem w kapłanów… a wtedy, będziesz miał wolną rękę. Twoi podwładni zajmą się tym, co ciebie nie interesuje. Kaptowaniem kolejnych owieczek do kultu. Codziennymi modlitwami, rytami… całym tym religijnym zgiełkiem.-
Wzruszył ramionami.- A ja wreszcie pozbędę się stosu broszurek z mojej komnaty, które przygotowałem na okres tuż przed otwarciem świątyni .
Viktor westchnął przeciągle, ale westchnienie to na końcu przerodziło się w głęboki, dudniący chichot.
-Zachowaj swoje spóźnione rady… Zadałem ci pytanie o suszę. Dałeś mi banały, gdy obaj wiemy, że masz obserwacje wykraczające ponad to co widać gołym okiem. Jesteś w stanie odpowiedzieć na pytanie? Czy odmawiasz podzielenia się wiedzą?
-Jego ekscelencja nie potrzebuje wiedzy. Potrzebuje skupienia się na celu zamiast kolejnych rozpraszaczy uwagi. A to…- wskazał przed siebie Baltizar. - Nie poświęciłem temu ani dnia rozmyślań. Nie zajmowałem się suszą ponad to, co uczyniłem. Zorganizowałem wiec, na którym mądrzy ludzie poprzerzucają się teoriami z których nic nie wyniknie. Bo nic wyniknąć teraz nie może. Za to zgromadzona widownia zorientuje się że Evercrest ma problem. I będzie oczekiwała od władzy, by ta ten problem rozwiązała. A władza zrobi to, co władza potrafi robić najlepiej. Zrzuci ten problem na kogoś innego. I ten ktoś, zapewne najmądrzejsza tutaj głowa, zorganizuje wyprawę badawczą by odkryć przyczynę suszy… i wtedy, jak ci tak bardzo na tym zależy, możesz podczepić się pod wyprawę jako zatroskany obywatel i zbadać dogłębnie tę tajemnicę. A na razie… weź skrzydełko kurczaka i posil się obserwując widowisko. Albo dołącz się do przerzucenia teoriami. Jak wolisz.-
Viktor westchnął w niezadowoleniu, a jego spojrzenie skierowało się już na sam wiec.
-Zostaw, Baltizarze, moje priorytety mnie do oceny. Tak jak ja nie doradzam tobie co masz robić na swoich wycieczkach. Obu nam braknie perspektywy, aby się wymądrzać na temat drugiego. Dziękuję ci za twój czas. Bywaj.
-Dobrej zabawy życzę wasza ekscelencjo.- rzekł kurtuazyjnie gnom na pożegnanie. -
[WOD/MAG] Magowie na Dzikim ZachodzieW ramach aktualizacji sytuacji. Choroba mnie rozłożyła, więc dziś posta nie będzie.

Postaram się jednak wrzucić posta na początku tygodnia. -
Starbase ECHO-1Minęły miesiące na stacji ECHO-1. Ekipa zdążyła się już zadomowić i przejść przez bóle porodowe które ukształtowały jej skład i role jakie poszczególni członkowie pełnili w bazie. Ekipa zdołała się już zadomowić i przyzwyczaić do klaustrofobicznej natury swojego domu.
Badania też posuwały się do przodu. Elena mapowała prądy morskie i sporządziła mapy akwenów a Vika katalogowała miejscowe formy życia zapisując ich kody “genetyczne” w bazie danych. Mikhail zaś starał się zlokalizować i wycenić miejscowe złoża na podstawie próbek gleby. Były to wielce powierzchowne badania planety, ale i konieczne. W zasadzie od takich działań zaczynano zawsze eksplorację planety. Od ogółu przechodzono do szczegółów. Niestety to, że były konieczne, nie czyniło tych czynności ekscytującymi.
Niemniej ekscytacji załoga stacji miała pod dostatkiem. Nie dość że jeden duży statek rozbił się na jej powierzchni, to jeszcze odkryli kolejny wrak na jednym z księżyców planety.
Mieli więc co robić.
Szczelina. Długa na pięć metrów, szeroka w najszerszym miejscu na 2,5 metra. Przecinała miejsce które Elena z Janosem oczyściła ogniem. Był to problem dla Eleny. Nie można było budować nowej bazy czy też nawet anteny komunikacyjnej na dziurze prowadzącej w głąb skały.
Elena z Janosem mieli więc nowy problem konstrukcyjny do rozwiązania. Bez oceny jak głęboka jest szczelina nie można było zabrać się za jej zatykanie. Oznaczało to, że Mikhail miał zadanie do wykonania. Ocena tej sytuacji wymagała wszak jego ekspertyzy.
I dlatego prędzej czy później, będzie musiał tam polecieć i na miejscu rozwiązać tej problem. Może i mało go obchodziła sama placówka, to jednak ulepszenie systemu komunikacyjnego na Elpis było w jego interesie. Uczyniłoby jego wyprawy na powierzchnię planety deczko bezpieczniejszymi.
Stacja ECHO-1, Pokład 2, Lab/MedLab
Janos z dumą zaprezentował swoje rozwiązanie problemu Mikhaila. Przyrząd wyglądający jak nieporęczny pistolet lub doskórny dozownik leków.

Tyle że duży i ciężki. Bardzo niewygodny w dłoni.
-To poręczny taran ciśnieniowy. Przykładasz go do przeszkody i naciskasz spust. I przeszkoda powinna być usunięta. Na pewno poradzi sobie z kratkami wentylacyjnymi. I standardowymi drzwiami. Na grodzie awaryjne… cóż… tego nie sforsujesz ani tym, ani ręcznymi palnikami. Jeśli tam dalej są grodzie, to niestety nic na to nie poradzimy. Są zaprojektowane, by wytrzymać eksplozje mogące zniszczyć pomieszczenie.- wyjaśniał Janos, podczas gdy Mikhail przyglądał się nowej zabawce. - Ładunków w nim jest na cztery strzały i… nie używaj tego jako broni. Po pierwsze jest nieskuteczny w tej roli, a po drugie możesz zwichnąć sobie nadgarstek.-
-A i nie był testowany. Nie jest też zbudowany, tylko wydrukowany. I choć wybraliśmy najprostszy darmowy schemat, to jest szansa że wydruk z replikatora zepsuje się po którymś strzale. Dokładność wydruku jest poniżej wymaganego minimum.- dodał Benjamin. -
[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór
Baltizar "Bajarz" HarpanessPobudka była dla gnoma niepokojąca. Brak Piwonii przy nim sprawił, że poczuł się nieswój. Zniknięcie Piwonii było zmianą w dotychczasowym rytuale dnia. Gnom nie wiedział co ta zmiana oznacza, ale…
… karta którą wyciągnął dodatkowo wzmogła niepokój.Łomot.

Wbrew nazwie, karta nie pokazywała bójki tylko ręce nieumarłych wynurzające się z ziemi by napaść na nieszczęsnego śmiertelnika. Prawdopodobnie hienę cmentarną.
Łomot był złowieszczą kartą. Zapowiadał napaść ze wszystkich stron lub załamanie nerwowe. Łomot oznaczał upadek fizyczny lub mentalny spowodowany nieustannymi atakami… jedyną “osłodą” było odkrycie jakiejś dotąd niezauważonej prawdy.
Gnom zbladł niczym ściana…nie potrafiąc, nie mając pojęcia nawet co o tym myśleć. Dzień wszak zapowiadał się nudno. Nawet, sensacja wieczoru, wiec nie miał być niczym więcej niż cyrkiem z przekrzykującymi się uczonymi w roli klaunów.
Choć do wieczora było całkiem sporo czasu, to gnom postanowił zajrzeć na miejsce zebrania tuż po śniadaniu. Wpierw jednak zamierz byał sprawdzić czy u Piwonii wszystko w porządku. Nie dlatego, że były między nimi jakieś uczucia. Baltizar wątpił by był jeszcze w stanie wykrzesać w sobie jakieś silne emocje. Niemniej przywiązał się do blondynki jak do swoich ochroniarzy. Więc podczas jedzenia porannej polewki popijanej cienkim piwem rozglądał się po sali w poszukiwaniu sylwetki Piwonii.
Dziewczyny jednak nigdzie nie było. Zauważył Lilię, która biegała między gośćmi, nawet Otto opuścił swoje normalne miejsce i pomagał córce.
Gnom po posiłku podszedł do Lilii powoli i przyglądał się przez chwilę, aż nadarzyła się okazja zapytać.
-Czy mogę ci na chwilię poprzeszkadzać rozmową?-
Dziewczyna zerknęła chwilę na gnoma.
-Jasne, o co chodzi?
-O Piwonię. Czy u niej wszystko… w porządku?- zapytał Baltizar.
-Mam nadzieję, tata ją wysłał… gdzieś. Jeżeli chcesz szczegółów to zapytaj jego. - twarz dziewczyny przyjęła przepraszającą minę - Wybacz, tajemnice rodzinne.
Gnom pokręcił głową w zaprzeczeniu.- Nie wpycham nosa tam gdzie nie mam interesu. Szanuję sekrety innych. Jeśli będę jej potrzebny… niech da znać. I niech uważa na siebie. Tajemnice rodzinne bywają… zabójcze.-
Dziewczyna spojrzała chwilę, zastanawiając się czym może się podzielić.
-Poszła po naszą młodszą siostrę… i nie ma jej na Golarionie.
Gnom skinął ze zrozumieniem. - Będę się o nią martwił.
Rozejrzał się dookoła.- No i już nie będę przeszkadzał w obowiązkach.-
Lilia kiwnęła głową i wróciła do obowiązków. Po kilku chwilach ktoś przysiadł się do gnoma.
-Mistrz Harpeness?
-Mistrz to deczko przesada. - odparł skromnie gnom zerkając w kierunku rozmówcy.
Do gnoma przysiadł się niebieskoskóry, złotooki mężczyzna, ubrany w złoto granatowe szaty.
-Paimon Aslin, mamy… wspólnego znajomego. - uścisnął z uśmiechem rękę Baltizara.
-Doprawdy? A kim jest ów wspólny znajomy?- zapytał beznamiętnie gnom.
Aasimar zerknął na piekielnego ogara leżącego pod stołem.
-Ktoś z bardziej ciepłego miejsca. Nie jestem pewny, czy wymawianie jego imienia jest odpowiednie przy cywilach.
-Cóóóż… obawiam się, że jego ekscelencja pod którym obecnie pracuję, nie ceni dyskrecji. Chyba wszystkie świątynie w okolicy wiedzą co się tu kroi.- odparł sarkastycznie gnom.
-Świątynie, tak. Podejrzewam, że Kozioł dał wszystkim listę swoich zamiarów. Ale zwykły chłop pańszczyźniany?
-Nie mnie wnikać w rozgrywki między bogami.- wzruszył ramionami Baltizar. - Na razie ta cała sprawa się ślimaczy, bo jego ekscelencja najwyraźniej pochodzi z tych okolic i… - machnął ręką.- Nie wiem co właściwie planuje uczynić. Nie raczył mnie wtajemniczyć, a ja nie jestem na tyle zaciekawiony, by to zbadać.
Spojrzał na aasimara. - Wspólny znajomy pewnie cię wtajemniczył, w moją niepochlebną opinię o bóstwach i samej naturze boskości?-
-Szczerze… nie. - Paimon się zastanowił -Powiedział, i pozwolisz, że zacytuję, ta trójka idiotów, którą wysłałem bawi się w Politykę, przez duże P, zamiast to po co ich wysłałem. W skrócie uważa, że się trochę guzdrzecie, więc wezwał małe wsparcie. Nie sprecyzował co mam robić więc… jak wygląda Polityka, przez duże P?
-Bogowie, żebym to ja wiedział.- zaśmiał się gnom. - Będziesz musiał jego ekscelencję o to zapytać. Z tego co ja wiem… do trzymania przestępcy w piwnicy… w jakimś celu.- wzruszył ramionami Baltizar. - Przy okazji Kozioł zapomniał wspomnieć o długu jaki tu zaciągnął, a jaki, jak się okazało, my mamy spłacić w jego imieniu. Miło by było wiedzieć o tym wprzódy. Więc… moje zadanie póki co, to przygotowanie się do spłacenia tego długu, bo nie wiem jak nasz wspólny znajomy ale ja nie chcę zrobić sobie wroga z naszego gospodarza.- machnął ręką.- Po prawdzie jego ekscelencja uwielbia robić politykę, przyciągać ku sobie uwagę i budować swoją prezencję… zapomniał tylko o tym, że ostatecznie jest kapłanem. Nie pamiętam, żeby urządził jakąkolwiek uroczystość religijną, czy wygłosił choćby kazanie. My tu potrzebujemy proroka, kaznodzieję… kogoś kto obudzi żar w sercach mieszkańców. A póki co na czele jednoosobowego kultu stoi prawnik i polityk. -
Gnom potarł kark.- Więc jakbyś znał jakichś paru żarliwych akolitów, byłoby miło ich rozesłać po mieście. Sam bym się tym zajął, ale nie mam odpowiedniej prezencji, a i… nie jestem i nie będę klechą. Nie pokładam wiary w żadnym z bogów, wliczając Kozła.-
Paimon się zaśmiał.
-Akolitów Kozła? Bogowie, ostatni kult, który próbował go wyznawać został wyrżnięty. Jakiś elfi bohater zrobił sobię na tym renomę. Nie, nie… dlatego tym razem on robi wszystko legitnie i otwarcie. Przynajmniej wobec bogów. Co do twojej opinii wobec Trzeciego Pióra Isger. Któż lepiej reprezentowałby boga adwokatów, niż adwokat?
-Znaczy to że nie był to kult… tylko sekta. Podporządkowana pod interesy kapłana przewodzącego kultystom i służąca głównie jego interesom.- skinął głową gnom pocierając podbródek.- Jest to różnica. Problem w tym, że obecnie ten legitny kult nie różni się niczym od tego wyrżniętego. Może z wyjątkiem tego, że tamten miał sukces z werbowaniem wyznawców.-
-No… nie. Był to kult wyznający doktrynę Kozła. Znaleźli jakąś jego księgę. Sęk w tym, że Az… Kozioł ma na pieńku z kilkoma bóstwami, które notorycznie, że tak ujmę, podcinały mu skrzydła, kiedy próbował to robić metodą Pierwszego.
-Jednym słowem… to nie kultyści zawiedli, ino okoliczności nie sprzyjały sukcesowi?- zapytał retorycznie gnom i wzruszył ramionami. - Cóż… tu na razie sytuacja jest taka, że jego ekscelencji zależy chyba tylko na przekabaceniu jednej osoby. Kapłanki innego kultu. Jeśli to nie kopnie nas w dupę na końcu, to znaczy że Abadar skapciał na stare lata.-
-Jeszcze budynku nie postawił, a już kradnie wyznawców? - aasimar gwidznął - Albo brak mu skrupułów, albo rozumu. Chwali się.
-Kapłankę… to coś więcej niż byle wyznawca. - odparł gnom wzdychajac. - Brak skrupułów może i da się pochwalić. Ale brak rozumu… jest niepokojący. Tyle w każdym razie wiem, jeśli chcesz więcej polityki przez P to będziesz musiał przepytać jego ekscelencję. Teraz… moja kolej.- wskazał palcem na aasimara.- Co więc zamierzasz zrobić z tym wszystkim Paimonie? Bo jeśli tylko wysłać raport do naszego znajomego, to szkoda było fatygować się tutaj.-
-Ma moje niestety, mam dług wobec Kozła… albo inaczej, moja pra-pra-bardzopra-babka miała u niego dług i mnie przychodzi go spłacić. - aasimar skrzywił się kwaśno -Więc, jestem tu, aby pomóc wam zrobić co chcecie lub musicie, aby tą religię tu zacząć.
-No to muszę cię rozczarować. Moje spojrzenie na organizowanie religii od podstaw zdecydowanie się rozmija z wizją jego ekscelencji. A jego… “geniusz” przerasta moją wyobraźnię, więc nie mam pojęcia co właściwie on planuje zrobić. Siedzę od kilku dni na stercie propagandowych ulotek i czekam aż w końcu powstanie świątynia. - stwierdził sarkastycznie Bajarz.- Na początek radzę ci się rozgościć, bo spędzisz tu dużo czasu. Niemniej zdradź może jaki to rodzaj pomocy możesz zaoferować.-
-Brzmi jak brak komunikacji. - zauważył aasimar - Prawa ręka nie wie co robi lewa. Macie cel, każdy dąży do niego na własny sposób, bez nadzoru, bez kierunku. - planokrwisty pokręcił głową - Nie dobrze, nie dobrze… Organizacyjny chaos, brak struktury, ego. - Paimon westchnął - Porozmawiam z Goodmann'em. Tak być nie może. Na jego miejscu zrobił bym z ciebie propagandzistę, pomagał wybrać cele, widownię, jakie słowa wybrać, jakie opowieści przekazać. - aasimar wzruszył ramionami - Mniej więcej to mogę zaoferować.
-Kilka spraw wymaga więc wyjaśnienia. Po pierwsze nie ma tu chaosu, bo nie ma organizacji. Kult póki co jest jednoosobowy. Nie wydaje mi się, by nawet osobista ochroniarz jego ekscelencji chciała czcić nowe bóstwo. Ja natomiast jest osobą poza kultem, a i umowa moja… jest specyficzna. I mnie niespecjalnie może zmusić do czegokolwiek.- uśmiechnął się ironicznie gnom i potarł czoło.- Poza tym… przypuszczam, że wspólny znajomy nie przysłał cię tutaj z drobiażdżkiem o który prosiłem? Bo w tej postaci nie mogę się bawić w kaznodzieję. Muszę mieć trwałe i solidne przebranie na takie momenty.-
-Nic nie mówił. Przykro mi. Mogę jednak też coś załatwić, moja rodzina ma kontakty. Potrzebujesz przebrania w sensie peruka, sztuczny nos i szminka? Czy bardziej różdżka z zaklęciem?
-Cóż dłużej trwającego niż mój czar.- przyznał gnom drapiąc się podbródku.- Mogę przez chwilę zmienić postać, lecz mój czas w takiej formie jest dość ograniczony. Przebranie odpada. Jestem gnomem, a w Evercrest to dość rzadka rasa.-
-Aż dziwne. - zamyślił się aasimar - Słyszałeś, że w pobliskich ziemiach granica między Pierwszym Światem, a naszym jest cienka? Twoich pobratymców powinno być na pęczki. Co do zaklęcia… za dwa dni uda mi się skombinować różdżkę z magią polimorfii. Powinna spełnić twe zapotrzebowania.
-To lepsze niż nic.- przyznał gnom i rozejrzał się mówiąc.- Tak, orientuję się mniej więcej czemu tak jest. I jak wspomniałem, zachowuj się grzecznie w tej karczmie. -
Po czym wstał pytając.- Too… teraz chciałbyś zapewne odwiedzić jego ekscelencję? Wskażę ci drogę do jego pokoju. Może go tam nawet zastaniemy.-

Przez drzwi Dworu przeszła Kaylie, wyglądając… definitywnie wczorajszo. Oczy delikatnie czerwone i przymrużone. Zdołała zauważyć Baltizara rozmawiającego z kimś kogo nie znała.
Głośniejsze rozmowy w Dworze powodowały skrzywienie bólu, gdy głowa nim odpowiadała. Kobieta położyła dłoń na czole i powoli ruszyła w kierunku gnoma, ale miast do niego zagadać skradła szklankę z wodą stojącą na stoliku przy nim by wypić zawartość bez pytania. Zignorowała obecność Aasimara, jedynie przelotnie na niego spojrzawszy.
-Piwonia nie będzie zazdrosna z nowej zabawki? - mruknęła do Baltizara.
-Czuję, że właśnie zostałem obrażony, ale nie rozumiem kontekstu. - Paimon przedstawiał odrobinę wyolbrzymioną urazę.
-Najwyraźniej posiadasz tylko śliczną buźkę, nic poza. - burknęła.
-A teraz jednocześnie pochlebiony i obrażony… rekord.
-To jest Paimon. Wsparcie przysłane jego ekscelencji w celu… przyspieszenia realizacji jego świętej misji.- stwierdził oficjalnie gnom przedstawiając Aasimara.- Ktoś na górze, albo na dole ocenił, że się strasznie ślimaczymy z tym zadaniem.
Kaylie spojrzała z pogardą na Aasimara.
-Czyżby? - parsknęła - Nasz malowany diabeł nie może się zabawki doczekać? - wykonała gest jakby ocierała łzę - Przykre. Powiedz mu, że ma się nie wpieprzać i czekać jak grzeczna koza. - zirytowanie było słyszalne w tonie skacowanej galtianki.
Gnom spojrzał znacząco na aasimara jakby mówił “widzisz z kim ja muszę pracować?”.
-Ty musisz być… jak on to ujął. Naiwnym dzieckiem okoliczności z Galt, o którym mówił. Paimon Aslin, najemnik, mniejszy szlachcic, daaaleki krewny Kozła. - sięgnął po dłoń kobiety w celu ucałowania jej, Kaylie zezwoliła na gest, chociaż na jej twarzy malował się brak zaufania do nowo przybyłego.
-I jeszcze się rozmnożył? - skrzywiła się z obrzydzeniem.
Aasimar się zaśmiał.
-W życiu. Jestem prawie pewny, że on nawet nie rozumie mechaniki skąd się biorą nowi śmiertelnicy.
-Tak czy siak, brałbym pod uwagę pochodzenie naszego pracodawcy. Anielska cierpliwość jest niezgodna z jego naturą. A głowę kościoła… zawsze można wymienić na inną.- wtrącił uprzejmie Baltizar.
-Ha! - Paimon się zaśmiał ponownie - Och… jak mało o nim wiecie. Cierpliwości jeszcze ma, gdybyście stąpali po cienkim lodzie nie przysłałby mnie. Tak czy inaczej, nie mamy kim zastąpić Goodmanna. Jedyna istota na tyle obeznana z jego religią jest po drugiej stronie Cheliax i nie ma zamiaru się stamtąd ruszać. Więc, trzeba pchnąć Viktorka w rzyć.
Kaylie westchnęła z głośną irytacją.
-Nie mam sił na to całe tańczenie wokół Azazela. Nie wiem co ten gnom ci nagadał i serio nie mam ochoty się wplątywać w jego wyobrażenia szaleńca.
-Zrozumiałe, wyglądasz jakbyś próbowała zapomnieć ostatnie… życie. - Paimon pokiwał głową - Może pani pójdzie przespać tego kaca i spróbujemy jeszcze raz z przywitaniami? Jestem pewny, że kiedy przestaniesz słyszeć dzwony będziesz naprawdę przyjemną osobą do rozmowy.
-Odszukajmy jego ekscelencję i cóż… wtedy sobie porozmawiacie o tańcu i cierpliwości i innych… kwestiach.- zaproponował gnom. - Niektórzy tu mają sprawy do załatwienia.
-Niech mi wyleczy tego kaca... - mruknęła - I o jakich sprawach mówisz?
-O sprawach na przyszłość. - machnął ręką gnom.- Nasz pracodawca narobił długów i nam przyjdzie je spłacić. Pracuję nad tym, żeby wtedy karty w naszej dłoni były mocne.
-I dziwi cię to? Naprawdę? On spłaca nami, bo może. Było o tym myśleć nim mu duszy nie oddałeś. - zasłoniła oczy, gdy światło dnia wpadło przez okno - Ooooottooo! Wyłącz to słońce, no!
-W zasadzie to mu duszy nie oddałem…- odparł cicho gnom i wzruszył ramionami.- Ale to inna kwestia. Generalnie nie masz się czym martwić. Sprawa jest szlachetna, jest też samobójcza, ale to detal.-
Karczmarz nawet nie spojrzał w kierunku Galtianki, jednym ruchem ręki sprawił, że wszystkie firany zasłoniły okna wewnątrz karczmy. Aasimar przyjrzał się uważnie karczmarzowi.
-To jest pewnie ta "istota o którą mam nie pytać i być wobec kulturalny"?
-Jeżeli wiesz co dla ciebie dobre. - Otto burknął przechodząc szybko obok Azazelitów.
-Nie strasz nam towarzysza broni…- skarcił go żartobliwie gnom i rzekł do Paimona.- On i jego córki są bardzo sympatyczni. Wystarczy nie być zbyt wścibskim.-
Kaylie tylko cicho mruknęła podziękowania do Otto i skinęła głową.
-Och… bycie wścibskim to jedna z moich bardziej urokliwych cech, postaram się ją powstrzymać. Więc, idziemy na poszukiwania pierwszego i przez długi czas jedynego arcykapłana Kozła? -
[WOD/MAG] Magowie na Dzikim ZachodzieWitam graczy. Tutaj można zaczepiać MG we wszystkich sprawach związanych z sesją. I czytać ich oficjalne ogłoszenia na temat sesji.

-
[Storytelling 18 +] Siedem oczu demonaPlany. Tych Maruiken miała wiele. Niemniej odległe były od zamiarów z którymi wiele dni temu przybyła na ziemie Hachisuka. Wtedy była łowczynią szukającą zarobku w oczach obserwujących ją osób i kunoichi próbującą wyrwać swoją siostrę z łap potencjalnie wrogiego klanu w oczach wtajemniczonych. Teraz… teraz miotała się jak ryba złapana w sieć rybaka. Wraz z każdą zdobytą informacją dowiadywała się nie tylko o skomplikowanej sytuacji klanu, ale też i jej własnych powiązaniach z tymi ziemiami. O przeznaczeniu swoim o którym nie miała pojęcia. Wchodziła w sojusze tak egzotyczne, że wątpiła by pozostałe siostrzyczki uwierzyły w jej opowieści o tej misji. O ile… jeszcze je kiedyś zobaczy. Obecnie, wątpliwość i niepewność były jej siostrzyczkami. A nieufność matką. A potwory które jako łowczyni powinna zwalczać stały się jej podporą w tych trudnych czasach.
Niemniej Mateczka nauczyła ją by korzystać z każdych dostępnych narzędzi. Leiko nie sądziła jednak że skorzysta z tych nauk knując przeciw własnym siostrzyczkom.W ramach przygotowań do swoich knowań udała się z Kano na zakupy. Łowczyni łatwo było polubić tego mężczyznę. Był powściągliwy w słowach i nie zadawał pytań. Prowadził Mizuki tam gdzie miała kaprys się udać i wiedział gdzie szukać tego co chciała kupić. I jeśli nawet zaskoczyło go jej pytanie o farbę do włosów, to nie pozwolił sobie na komentarz. Z pomocą ronina Mizuki załatwiła swoje zakupy szybko i bez problemów. Tym bardziej, że obecność tego ochroniarza skutecznie odstraszała uliczników, a i sprawiała że handlarze nie próbowali wykorzystać naiwności dziewczęcia na swoją korzyść.
Z zakupionymi przez siebie przedmiotami Maruiken ostrożnie zbliżała się do papierowych drzwi do pokoju kochanka. Musiała być ostrożna, musiała być cicha, musiała być szybko. Co prawda Kogucik chwycił przynętę i przy kolacji zdarzało mu się wspomnieć słodką Kofumi, to jednak nie powinien się zorientować, że Leiko wróciła do gospody. A łatwo mogła na niego wpaść. Obecnie młodzian z trudem usiedział w miejscu podczas kolacji. I mógł wpaść na pomysł, by odwiedzić Mizuki, by dowiedzieć się coś więcej o nowej przyjaciółce. Musiała się więc spieszyć. Na szczęście ronin obiecał swojej kochance medytować w swoim pokoju w oczekiwaniu na nią.
W jednej dłoni trzymając dwie tykwy służące za butelki, a w drugiej zgrabnie balansując włożonymi jedna w drugą miskami, w których zebrała rzeczy niezbędne jej do przemalowania tygrysa na biało, Leiko przystanęła cicho przed jego pokojem. Rozejrzała się po korytarzu pogrążonym w wieczornych ciemnościach. Nie dostrzegła żadnych ciekawskich oczu, których właścicielowi mogłoby się wydać podejrzanym, że Mizuki nachodzi ronina. Tego już nie mogłaby wytłumaczyć byle sprawunkami dla Sakusei…
W gospodzie panowała taka cisza, że wydawało jej się, iż nawet najlżejsze zapukanie w shōji odbije się echem po korytarzu. A to było ostatnie, czego teraz chciała. Dlatego zamiast uprzejmie zapowiedzieć swoje wejście, po prostu wsunęła palce w krawędź drzwi i rozsunęła je powoli, niemal bezgłośnie. Jednocześnie zrzuciła z twarzy swoją niewinną maskę i wślizgnęła się do środka już jako Tsuki no Musume.
Ronin rzeczywiście medytował, czekając na nią. Otworzył oczy, gdy weszła i uśmiechnął się.
- Przemknęłaś niezauważona przez całą gospodę. Podziwiam twój talent.
Ciepły uśmiech przemknął również przez usta łowczyni.
- Może nawet któregoś razu zakradnę się do twojego pokoju, kiedy jeszcze będziesz spokojnie spał. Dopiero wtedy ośmielę się pomyśleć, że moim talentem choć odrobinę zbliżyłam się do twojego - stwierdziła cichym, ale wyraźnie żartobliwym tonem głosu. Po tych słowach zrobiła kilka miękkich kroków w głąb pokoju i pochyliła się, by ostrożnie odstawić na tatami miski oraz tykwy.
- Jestem pewien że w wielu talentach mnie przewyższasz.- rzekł żartobliwie Kojiro, zsuwając swoje kimono z ramion i odsłaniając swoje ciało do pasa, by dać możliwość wykazać się jej.
Kiedy Leiko już usiadła na tatami, zaczęła rozkładać przed sobą przyniesione przedmioty. Jedną miskę przyciągnęła bliżej i wzięła do rąk bambusowy pojemniczek. Uchylone wieczko odsłoniło biały proszek, który przesypała do naczynia.
W pewnym momencie uniosła spojrzenie na ronina. Najpierw przesunęła wzrokiem po jego nagim torsie, a dopiero potem skupiła się na długich włosach spływających po plecach i ramionach. Nic nie powiedziała, ale sięgnęła po drugi pojemniczek i bez wahania dosypała więcej proszku do miski. Następnie kobieta odkorkowała jedną tykwę i przechyliła ją.
- Jak poszły twoje poszukiwania przebrania dla Tatsu? Owocne? - zapytała, przyglądając się, jak mleczna ciecz powoli miesza się z oshiroi. - *Będzie bardzo ekscentryczny?
- Nie aż tak…- odparł z uśmiechem Kojiro przymykając oczy.- *… wzorowałem się na Kirisu jeśli chodzi o zachowanie, ale… strój… nie potrafiłbym się ubrać tak ubrać. Niemniej będzie jednooki z opaską z jedwabiu i może malunkami na obliczu wzorowanym na kabuki? Może.
- Czyżby… moja prośba o pomoc okazywała się nieco bardziej wymagająca niż wcześniej sądziłeś, mój drogi tygrysie? - Wprawdzie Maruiken droczyła się z nim wesoło, to przez cały czas jej oczy uważniej obserwowały maź, którą powoli rozrabiała pędzlem w misce. Oshiroi potrafiła przygotować bez większego trudu, o odpowiedniej konsystencji do malowania skóry. Ale włosy…? Tu już nie była taka pewna.
W końcu przysunęła się bliżej do mężczyzny. Pochwyciła w dłoń jeden z kosmyków jego włosów i ostrożnie nałożyła na niego odrobinę białej pasty, przy okazji brudząc nią własne palce.
- Obawiam się, że… trochę tak. - zaśmiał się cicho ronin.- Okazałem się nie dość śmiały w doborze strojów.-
“Nie dość krzykliwy”... znaczyły jego słowa. Kogucik ubierał się bowiem tak, by przyciągać uwagę. Nie miał ani taktu, ani subtelności.
- Być może trochę za mocno skupiasz się na krzykliwym stroju swojego łowcy, Kojiro-san - stwierdziła Leiko mruknięciem. Przez moment obracała kosmyk między palcami, uważnie śledząc, jak oshiroi rozkłada się na włosach, czy nie spływa, czy rzeczywiście może spełnić zadanie farby. - *W końcu najważniejsze jest, żeby nikt nie rozpoznał w tobie młodego lorda Sasaki, a to uzyskamy białymi włosami i przepaską. Samo kimono już nie powinno być takie ważne. Przecież nie chcemy, żebyś zbyt mocno przyciągał na siebie uwagę, ne? To już byłoby… kłopotliwe dla moich planów.
- Chcesz powiedzieć, że zdołasz ukryć swoją urodę? To będzie dopiero trudne zadanie - odparł z uśmiechem ronin, sięgając palcami po kosmyk czarnych włosów łowczyni i bawiąc się nim, gdy ona przyglądała się swojemu dziełu.
- Będę musiała, ne? Inaczej ktoś mógłby mnie rozpoznać - powiedziała łowczyni, a na jej ustach pojawił się uśmiech podszyty rozbawieniem. - Oczywiście idealnie będzie, jeśli będziemy mogli po prostu przyczaić się w uliczce i nikt nie będzie się nami interesował…
Zadowolona z efektu, jaki oshiroi pozostawiło na kosmyku mężczyzny, tym razem wzięła w dłoń większe pasmo jego włosów. Zanurzyła płaski pędzel w białej mieszance, po czym już z większą pewnością zaczęła przemalowywać swojego tygrysa starannymi pociągnięciami.
Gdy była tym zajęta palce mężczyzny powędrowały z pasemka jej ciemnych włosów na policzek. Nie robił niczego szczególnego. Ot, muskał opuszkami jej policzek i szyję. Pieścił delikatnie, niemal czule. Ot, zwykły dotyk palców. Przypominający jej jak przyjemnie niebezpieczny jest jej tygrys. Jak trudno będzie skupić się na misji, gdy zręczność w uwodzeniu Kojiro złączy się z bezczelną śmiałością Kirisu w “postaci” Tatsu.
To była przyjemna cisza. Nie jedna z tych niezręcznych, krępujących, kiedy żadna ze stron nie ma już nic do powiedzenia. Ta była szczególna, naturalna i intymna, utkana w przestrzeni między kochankami, którzy czują się przy sobie bezpiecznie i swobodnie. Bo czasem nawet knowania musiały ustąpić miejsca takiemu najbardziej zwyczajnemu… spokojowi.
Od czasu do czasu, pomiędzy kolejnymi pociągnięciami pędzla, Leiko pozwała się sobie skusić i przesuwała spojrzenie na twarz mężczyzny. Przyglądała mu się wtedy z figlarną podejrzliwością. Wszak dobrze wiedziała, że był przebiegły i wystarczyła chwila jej nieuwagi, żeby zaskoczył ją bezwstydnym, lecz rozkosznym dotykiem swych dłoni.
Biel zakrywała coraz więcej naturalnej barwy włosów ronina, kiedy łowczyni w końcu zdecydowała się przerwać ich wspólne milczenie.
- Zawsze nosiłeś tak długie włosy? Czy może jako młody lord wolałeś krótszą i wygodniejszą czuprynę? - dopytywała ze szczerym zainteresowaniem.
- Iye. Gdy byłem jeszcze uczniem, to głowę miałem wygoloną jak mnich - zaśmiał się cicho Sasaki, nie przerywając pieszczot palców na jej szyi. - Mój nauczyciel twierdził, że po to, bym się skupił na nauce. Ja sądzę, że po prostu był złośliwy. Gdy skończyłem nauki, zacząłem zapuszczać włosy, przysięgając sobie, że nigdy ich nie zetnę. Złamałem tę przysięgę, bo jednak należało je przycinać od czasu do czasu. Niemniej pozostały już takie długie.
- Jak zatem dobrze, że znaleźliśmy sposób na przemalowanie twoich włosów. Inaczej zostałoby nam tylko ścięcie tej twojej zachwycającej grzywy… - zagroziła Leiko z łagodnym uśmiechem.
Na moment przerwała swoje zajęcie i przechyliła głowę ku roninowi, żeby wtulić się w dotyk jego dłoni. Uroczy obrazek. Gdyby tylko nie jej oczy, w których zamigotały psotne iskierki, kiedy wypowiadała kolejne słowa - A tej z pewnością nie oddałbyś bez walki, ne?
Zaśmiała się prawie bezgłośnie. Potem zaś obróciła się i sięgnęła ku przyniesionym przez siebie przedmiotom, żeby wyciągnąć spomiędzy nich grzebień.
- Z pewnością…- potwierdził mężczyzna, obserwując jej działania. - … mogłabyś stracić odzienie w tej walce.
- Kojiro-san… Naprawdę wystarczy zaledwie moje nagie ciało, abyś złamał przysięgę? - zapytała łowczyni poważnym tonem, choć zdradzał ją delikatny uśmiech igrający na wargach.
Tego jednak ronin nie miał okazji zobaczyć, bowiem przesunęła się, żeby tym razem znaleźć się tuż za jego plecami. Tam, z pomocą grzebienia zaczęła rozczesywać i rozdzielać jego włosy na pasma, żeby ułatwić sobie ich malowanie i nie pominąć nawet kosmyka.
- Oczywiście że nie…- oburzył się teatralnie ronin, acz potem dodał poddając się pieszczocie palców Leiko. - aczkolwiek twoja naga postać byłaby… dobrym początkiem negocjacji, ne?
Maruiken pokręciła lekko głową, rozbawiona jego bezczelnością.
- Zadziwiające, że przy całej swojej przebiegłości żaden z doradców daimyo nie pomyślał, aby wysłać za tobą w pogoń jakąś wyjątkowo zachwycającą kunoichi… - zastanawiała się, kontynuując swoje zajęcie, dzięki któremu włosy ronina stawały się coraz bardziej białe, tak samo zresztą jak i jej dłonie. - *A może wysłali? Tylko biedna nie miała żadnych szans z twoim urokiem?
- Tak się rzeczywiście stało… mniej więcej. - nie widziała jego twarzy, ale ton głosu był bardziej melancholijny niż radosny.
Łowczyni uniosła brwi w reakcji na jego enigmatyczne słowa. Ale czy naprawdę była na tyle ciekawa tej historii, aby słuchać o kolejnej kobiecie, która miała okazję zakosztować talentów jej kochanka…? Niekoniecznie.
- To dość niesprawiedliwe, mój tygrysie… - zamruczała i jednocześnie płynnym ruchem sięgnęła do skroni Kojiro, zagarniając tamtejsze kosmyki ku sobie. Po drodze palcami musnęła jego uszy, niby to przypadkiem, jednak subtelna pieszczota tego gestu zdradzała, że Leiko bardzo dobrze wiedziała co robi. - Jak dotąd za mną klan posyłał jedynie mężczyzn, którym z natury najbliżej było do demonów. Gdzie jest mój urokliwy shinobi?
- Klan nie ma własnych shinobi. Musi płacić najemnym za ich usługi. - wyjaśnił ronin w zamyśleniu, a następnie dodał.- I mylisz wrogów, moja droga. To nie klan wysyła swych łowców za tobą, tylko mnisi. Jestem pewien, że choć Dasate-sama wie o polowaniu na twoją śliczną główkę, to on sam nie wydaje rozkazów. A mnisi zapewne cenią bardziej lojalność niż talent, skoro posyłają za tobą tych, których wierności są pewni. Swoje kreatury.
- Gomen nasai, ale linia między rozkazami klanu a samych mnichów jest w moich oczach tak cienka, że nieraz się zaciera. Przecież spotkałam daimyo i nie sprawiał wrażenia ani głuchego, ani ślepego, ani szalonego, zatem nie ma powodu, aby nie wiedział o tym, co się dzieje na jego ziemiach, ne? - Pierwszy raz od dłuższego czasu, właściwie odkąd wróciła do pokoju ronina, iskierki w złocistych oczach Leiko zostały zastąpione przez ponury cień. - Ale to by oznaczało, że wiedział również o planach mnichów wobec jego żony. Jakiż mężczyzna pozwoliłby na coś takiego…?
- Nie ten którego znałem przed wojną. To pewne.- przyznał ponuro ronin.- Przyznaję, że nie pojmuję przyczyn wielu decyzji daimyo i jego ignorowania działań mnichów. Zachowują się jakby tereny klanu należały do nich.
- Pamiętam, że opowiadałeś mi o tym, jak to z jego młodszym bratem sialiście… postrach - to słowo sprawiło, że jedna brew łowczyni drgnęła delikatnie ku górze, tak samo zresztą jak i jeden z kącików jej warg - wśród kobiecych serc w Miyaushiro. Ale czy wtedy też dobrze znałeś daimyo? Dawno temu, w spokojniejszych czasach przed mnichami i wojną?
- Był podobny do swojego brata.- Kojiro zanurzył się we wspomnieniach, podczas gdy Leiko farbowała jego włosy.- Tylko nieco poważniejszy. I coraz bardziej przytłoczony kolejnymi obowiązkami. A potem małżeństwem.
- Nie mam wątpliwości, że rola daimyo nie jest łatwa i nie polega tylko na korzystaniu z wygód zamku. Ale… naprawdę również małżeństwo było dla niego trudne? - zdziwiła się nieco Leiko, zajęta ostrożnym rozczesywaniem pasma włosów ronina. Zęby grzebienia pomagały jej przeciągnąć biel na te kosmyki, którym udało się umknąć jej spojrzeniu podczas malowania. - Wprawdzie tylko raz spotkałam jego żonę, jednak nie sprawiała wrażenia kobiety ani okrutnej, ani odpychającej…
- Małżeństwa bywają trudne, gdy są powiązane z polityką.- odparł z uśmiechem ronin.- Sama żona nie była kłopotem. Zresztą miałaś okazję przekonać się jaka jest z natury. Natomiast cały protokół dworski, rozliczne spotkania, rozmowy z teściami. Polityczne rozgrywki… to zajmuje dużo czasu i wymaga dużo powagi. Jest… różnica pomiędzy byciem tylko mężem łagodnej i miłej żony, a bycie głową rodu. Olbrzymia i przytłaczająca czasem różnica.
- Hai. Wyobrażam sobie, że samo bycie głową rodu potrafi być trudne, a co dopiero głową całego klanu jak Hachisuka. A przecież na pewno wielu mu zazdrości takiej pozycji… - stwierdziła kobieta z westchnieniem, które Kojiro mógł uznać za jej reakcję na te słowa. A jednak było spowodowane czasochłonnością jej zajęcia, na które właściwie sama siebie skazała.Ze szmerem kimona podniosła się z tatami, po czym nadal uzbrojona w pędzel, zaczęła niespiesznie obchodzić mężczyznę, przyglądając się jego włosom z każdej strony, niczym artystka oceniająca swe dzieło.
- Wiesz, tygrysie… gdyby wszystko inaczej się ułożyło, to sam w końcu zostałbyś panem swego rodu. Twoją katanę pokryłaby gruba warstwa kurzu, bo większość czasu pochłonęłyby ci intrygi, obowiązki i dworskie układy. I oczywiście nawet nie miałbyś wiele do powiedzenia w kwestii żony. Po prostu zostałaby ci podsunięta ta najbardziej odpowiednia, ne? - figlarnym szeptem snuła przed nim taką wizję. Zatrzymała się, bo dostrzegła kilka ciemnych smug wydobywających się pomiędzy bielą jego włosów. Starannie je zamalowała, kontynuując - Byłeś gotów na takie życie?
- Nie bardzo - odparł z uśmiechem Sasaki.- Starałem się więc wykorzystać każdą chwilę jaka była mi dana przez Kami.
- Ciekawe, jak wielu daimyo mogłoby ci pozazdrościć tej tygrysiej wolności… choć może niekoniecznie tego malowania włosów - zamruczała łowczyni, wsuwając palce we włosy swojego kochanka. Pieszczotliwie przeczesała nimi białe pasma, od ich nasady po same końce, i tym ruchem rozdzielała je na kosmyki, aby grzywa Tatsu nie przypominała posklejanych strąków. - Najlepiej byłoby, gdybyś je związał i upiął wysoko, żeby nie ubrudziły ci całych pleców i ramion. Albo przynajmniej załóż białe kimono, żeby oshiroi nie było na nim tak widoczne, dobrze?
- Obawiam się że tradycyjnie ułożona fryzura nie pasuje do burzliwej natury Tatsu.- zażartował ronin i zadecydował. - Włosy więc będą luźno opadać na ramiona.
- Jesteś bardzo oddany swej wizji łowcy, ne? - bardziej stwierdziła niż zapytała łowczyni i pędzlem jeszcze raz musnęła kilka ciemnych kosmyków, które zbyt wyraźnie wymykały się spod bieli.Potem wykonała kilka miękkich kroków, aż stanęła tuż przed roninem. Pochyliła się ku niemu i ujęła go dłonią za podbródek, żeby ruchem na pograniczu czułości i stanowczości skierować jego twarz to w lewo, to w prawo. W milczeniu, kusząc go swoją bliskością, oceniała efekty swojej pracy. Czy rzeczywiście był to na tyle dobry pomysł, aby Kojiro mógł zaryzykować wyjście poza tej progi gospody?
- Mmm… czy w takim razie Tatsu-san maluje też swoje brwi na biało? - szepnęła Leiko, teraz skupiając spojrzenie na jego oczach i ich okolicach. Próbowała sobie wyobrazić, jak będzie wyglądał w przepasce. Czy rozpoznałaby go? Czy rozpoznałby go któryś z dawnych towarzyszy lub któraś z kochanek?
- Wątpię… Tatsu jest za leniwy na to - odparł z uśmiechem ronin, cierpliwie znosząc działania łowczyni.
- Hai. To skończyłam, Możesz zobaczyć - powiedziała krótko kobieta.
Wyprostowała się, a następnie odsunęła od niego i przysiadła tym razem kawałek dalej, przy swoich rzeczach. Wyciągnęła spomiędzy nich niewielkie lusterko wykonane z wypolerowanego brązu, po czym podsunęła je roninowi, żeby mógł obejrzeć jej dzieło. Sama w tym czasie zajęła się wyciąganiem korka z drugiej tykwy i po chwili już wlewała wodę do drugiej, pustej miski. Wtedy zagarnęła wysoko rękawy kimona, odsłaniając gładkie przedramiona, i zaczęła obmywać dłonie pobielone od oshiroi.
- Wygląda dobrze.- ocenił mężczyzna przyglądając się swojej twarzy i uśmiechnął się pytając.- A jak tobie się podoba? Wszak Tatsu musi używać swojej urody i bezczelnej elokwencji by kraść niewieście serduszka.
- Niewieście serduszka…? - powtórzyła Leiko powoli, szczególną uwagę poświęcając temu, że jej tygrys mówił o więcej niż jednym "serduszku". Zerknęła na niego spod wachlarzy swych rzęs, a kiedy znów się odezwała, to w jej głosie brzmiała zarówno żartobliwa nuta, jak i ta odrobinę podejrzliwa wobec jego zamiarów - Czyżbym niemądrze wypuszczała na miasto straszliwego drapieżnika, przed którym żadna kobieta nie zdoła uciec?
- To możliwe… Tatsu jest…- zamyślił się ronin.- Nie jest mną. Jest jak Kirisu… a ten nie przepuszcza żadnej, ne?-
Kogucik nie jest też tak pociągający jak Kojiro. Czyżby rzeczywiście wypuszczała na miasto bestię, łączącą bezczelność Kogucika z kuszącą naturą Tygrysa?
Nie pojawił się na twarzy Leiko grymas spowodowany jego słowami, nawet brwi nie drgnęły w wyrazie niezadowolenia. A jednak… coś się zmieniło. Jej spojrzenie zatrzymało się na nim dłużej, ale tym razem było inne niż zwykle, kiedy spoglądała na swego tygrysa. Cięższe, kalkulujące, jak gdyby pierwszy raz widziała go w takim świetle. Ale czy naprawdę powinna się dziwić? Przecież poznała już trochę jego naturę,więc wiedziała, że jest wielbicielem kobiecych ciał, a nie tylko jej jednego.- Skoro Kirisu-kun jest dla ciebie tak dużą inspiracją, to powinieneś również pamiętać o jednej z jego najważniejszych cech - oznajmiła łowczyni, opuszczając z powrotem wzrok na miskę, w której teraz starała się domyć wnętrza swych dłoni. - Kiedy jestem obok niego, to poświęca mi uwagę całym sobą. I wtedy nie jest zainteresowany innymi niewieścimi serduszkami. Czy Tatsu też będzie potrafił być tak oddany, czy jednak będę musiała sama czuwać w uliczkach?
- Myślę, że taka śliczna i sprytna geisha owinie sobie Tatsu wokół małego paluszka, ne? Przecież Tatsu nie jest zbyt bystry. I łatwo go wodzić za nos, ne? - stwierdził żartobliwie mężczyzna, wodząc palcami po policzku pochylonej nad miską kobiety.
- Oczywiście, jeśli będzie sprawiał wrażenie… użytecznego - skwitowała Leiko z zaczepną nutą, obracając dłonie i przyglądając im się z każdej strony. Zaowocowało to tym, że znów zanurzyła je w już mlecznobiałej wodzie, aby zmyć z nich ostatnie ślady oshiroi.
- Ostatniej nocy jedna z kunoichi późno wróciła do posiadłości, w której spotykają się z Umarim. Liczę na to, że i dzisiaj na nią trafimy. Pomyślałam, że najlepszą porą będzie spotkanie przy bramie do Świata Wierzb i Kwiatów, krótko przed północą. - Podniosła głowę, a z nią także i dłonie, które zaczęła wycierać w czystą ściereczkę. - Czy Tatsu-san zdąży się przygotować?
- Tak. Myśle że będę gotów.- rzekł z uśmiechem ronin i spoważniał.- Musisz… musimy uważać. Umari dba o swoją skórę. Nigdy nie jest sam. Zawsze ktoś czai się gotowy pozbyć się każdego zagrożenia dla jego życia.
- Wątpię, abyśmy mieli go spotkać o tak późnej porze. Widziałam go tam w ciągu dnia, a zatem nie potrzebuje on zasłony nocnych ciemności, żeby spotykać się z tymi kunoichi. Zapewne nie jest to żaden sekret - powiedziała kobieta ze spokojem, bynajmniej jednak nie ignorując ostrzeżeń swojego tygrysa. Sama przecież miała różne obawy i niepokojące ją pytania. - Ale… czy to nie jest dość osobliwe, że ktoś taki jak doradca samego daimyo zadaje sobie trud przychodzenia na te wizyty? Czy ktoś tak ważny nie powinien wzywać innych do siebie?
- Cóż… wiesz dobrze jaka natura jest tego zakątka miasta.- przypomniał jej ronin z uśmiechem. Po czym dodał ponuro.- A Umari ma ponoć bardzo ekscentryczne gusta, których nie da się łatwo zaspokoić. Nawet będąc doradcą daimyo.
- Zdecydowanie wolę, aby się okazało, że jest to miejsce jego schadzek i po prostu ulubił sobie igranie z ogniem kunoichi. To byłoby lepsze niż kolejny mroczny rytuał w podziemiach… albo jakieś gniazdo, w którym mnisi hodują te swoje bestie… - powiedziała Leiko, jednak w jej głosie pobrzmiewała sugestia, że wcale nie pokładała wiele nadziei w tak banalne wytłumaczenie spotkań doradcy z jej siostrzyczkami. Podkreśliła to cichym westchnieniem, kiedy porządkowała przyniesione przez siebie przedmioty.
- Wydaje mi się, że wiesz coś więcej o tym spotkaniu, ne?- zapytał Kojiro, przyglądając się łowczyni w zamyśleniu.
- Jeśli wszystko dzisiaj pójdzie po mojej myśli, to oboje dowiemy się więcej o tajemnicach ukrytych za murami tamtej posiadłości, mój drogi tygrysie - oznajmiła kobieta wymijająco i zamiast dopowiedzieć cokolwiek więcej, wyciągnęła do niego rękę i krańcem wilgotnej ściereczki delikatnie starła białą smużkę z jego skroni. Uśmiechnęła się przy tym miękko, tym bardziej urokliwie starając się zwrócić jego myśli ku przyjemniejszym ścieżkom. Potem poprawiła rękawy swego kimona i z wdziękiem podniosła się z tatami.Wkrótce nowe wcielenie Leiko przemierzało ulice Shimody. Jej krok był trochę nerwowy, bo przebranie które przygotowała nie było tak idealne jak maska Mizuki. Nie mogła wszak użyć swoich mocy, by zmienić twarz. Kojiro mógłby coś podejrzewać, gdyby jej przebranie było zbyt idealne. Nie był to jednak problem. Mateczka wyszkoliła ją bardzo dobrze. Nadnaturalne sztuczki choć użyteczne nie były jedyną opcją w jej arsenale.
Tatsu czekał przy bramie, tak jak się umówili. Białe włosy, przepaska, jaskrawe kimono. Czekał cierpliwie nie przypominając postawą Kojiro.

I niestety… przyciągał uwagę. Co prawda nie samurajów klanu czy ninja… acz równie wścibskich i niestrudzonych osób. Uwagę dwójki bogato ubranych, młodych i atrakcyjnych japonek w wieku Mizuki. I pewnych swojego czaru. Osaczyły jej ronina i subtelnie prezentując swoje wdzięki wykorzystywały wszystkie sztuczki uwodzenia znane łowczyni. Hamując uśmieszek ronin starał się “odpierać” ich figlarne zaczepki nie wychodząc z roli Tatsu. Bronił się dzielnie, ale osaczony przez te uparte i pewne swojej urody “wilczyce” wiedział że przegrana jest kwestią czasu.
-
[WOD/MAG] Magowie na Dzikim ZachodzieLoża… najpotężniejsza Fundacja w Nowym Jorku, nie miała zbyt wielu agentów na zachód od Mississippi. A teraz takich potrzebowała, by złapać interesującą ich osobę. Paco “Intocable” Pacheco,meksykański bandyta działający na pograniczu obu krajów. Tajemnicą był powód dla którego się loża nim interesowała. Sekretem dla czwórki magów których loża zatrudniła. Ich przywódcą został mianowany Elias "Duke" Crowley. Pod swoją pieczą miał mnicha o imieniu David Storm a przydomku Stalowy Smok, Milenę Hagendahl z Europy, oraz lekarza Matthew Rylanda. Cała ta czwórka została wysłana na Zachód w celu złapania mężczyzny żywcem. Ich pierwszym przystankiem miał być Forth Worth w Teksasie w którym mogli uzyskać najświeższe informacje na temat ich celu.
Dotrzeć tam mieli tradycyjnie. Loża opłaciła dla nich podróż koleją. Pociągiem wyruszyli wieczorem, przy okazji na stacji napotykając wilkołaka z którym Milena nawiązała kontakt.
Dalsza podróż okazała się być… przyziemna i nudna. Nic więc dziwnego, że dopiero po pewnym czasie zorientowali się, że ich środkiem podróży było coś nie tak. Z jakiegoś powodu pociąg przyciągał do siebie duchy i zmory. Ich rosnąca liczba powoli zaczęła zagrażać śpiącym, mimo że nawet zmory tłoczące się wokół wagonów nie przejawiały agresji i nie próbowały przebić Rękawicy.
Coś należało więc z tym zrobić. A czas tykał… bowiem powoli zbliżali się do momentu, który Milena wywróżyła jeszcze w Nowym Jorku. -
[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór


Karczmarz podszedł do stołu, spokojnie siadając na wolnym krześle.
- Więc, zacznijmy od początku. Jestem Otto, Popielny Dwór to mój dom, mój przybytek, moje królestwo. Azazel dobił ze mną targu: zapewnię wam miejsce do odpoczynku i planowania, w zamian wy zrobicie coś dla mnie. Jeszcze nie jesteście na to gotowi, więc na razie nie ma co o tym rozmawiać. - spojrzał w sufit zastanawiając się nad czymś - W przybytku na stałe są jeszcze cztery osoby. Otis, mój brat, jest kucharzem i łowczym. Jeżeli, któreś z was ma ochotę wyruszyć na małą eskapadę w las, to zapraszam do niego. Piwonia i Lilia, moje dwie córki, obsługują gości. Ostatni to Juri, jest alchemikiem, głównie można go spotkać w piwnicy, lub za Dworem w jego zielniku.
Khal jeszcze nim gospodarz zakończył wypowiedź wrócił wspomnieniami do odprowadzanych jego wzrokiem kroków jednej z dziewek karczemnych. Piwonia, czy Lilia… Oto było pytanie… Strzyknął śliną porzucając (bez przekonania) plany pod pretekstem “nie stania gdzie się je”.
- Bądź pozdrowion, Otto. I również ty Baltizarze - przywitał się Khal w swoim, nie do końca poważnym zwyczaju - Mówcie mi Viktor. Viktor Goodman. Khal Frey nie powinien sprawić kłopotów, ale to imię które może zbyt szybko odkryć pewne karty.
- Otto, wytłumacz mi proszę… Z jednej strony układu jest wikt i opierunek. Plus sala konferencyjna. Z drugiej przysługa której cała nasza trójka razem jeszcze nie jest gotowa wykonać… Kilkadziesiąt do kilkuset sztuk złota rocznie do… - wskazał gestem dłoni całą ich trójkę… piątkę licząc zwierzaki Baltizara.
- Nie zrozum mnie źle, jeśli udało ci się wynegocjować TAKIE warunki to z miejsca oddam ci pokłon i zakrzyknę “ucz mnie mistrzu” - zaśmiał się Frey - ale bardziej prawdopodobne jest, że coś jeszcze jesteś winny… pytanie brzmi czy bezpośrednio jemu i nas to już nie dotyczy, czy jednak jest to coś o czym powinniśmy wiedzieć. - Urok Khala był niezawodny. Uśmiech nieprzerwanie serdeczny, ale nie nachalny. Powiedzieć, że w głosie i postawie nie było krztyny zarzutu to niedopowiedzenie.
Karczmarz westchnął.
- Ty jesteś od niego, tak? Brzmisz jakbyś miał mnie okraść, a potem próbował wmówić, że zrobiłeś to legalnie, a moje narzekanie jest wbrew prawu. - stwierdził spokojnie Otto - Pozwól więc, że nakreślę ci sytuację jasno i wyraźnie. To Ja robię Azazelowi przysługę, nie na odwrót.
- W porządku - Khal wzruszył ledwo zauważalnie ramionami - ale ja pytam “dlaczego”. Bo to co nam przedstawiłeś jest wybitnie jednostronne. Na twoją korzyść. Czegoś nie rozumiem. Coś mi umyka. Może sytuacja w Evercrest z jakiegoś powodu sprawia, że wynajęcie czy kupienie sobie domu jest niemożliwe i jesteś jedyną opcją aby mieć jakąkolwiek bezpieczną siedzibę. Chciałbym to wtedy wiedzieć.
- Ponieważ. - odparł karczmarz kręcąc oczami - Nie mam obowiązku spowiadać ci się, z mojej umowy z Kozłem Ofiarnym. Chcesz wiedzieć więcej, zapytaj jego. Moje obowiązki nie ograniczają się tylko do załatwienia wam darmowego noclegu i żarcia, ale to jest jedyne co musicie wiedzieć. Jak chcesz możesz spadać i oddawać kilka srebrniaków dziennie w jednej z innych karczm. Mnie to nie boli, a i tak będziecie musieli dla mnie wykonać to zadanie. Inaczej moja umowa z Azazelem będzie zerwana, a tego naprawdę nie chcecie.
- To jest odpowiedź. I to całkiem pełna. Dziękuję - odpowiedział Khal z wciąż tym samym, pogodnym uśmiechem jakby ta próba sił socjalnych spływała po nim niezauważona, ale co w głowie planował to jego.
- W porządku wiara… chyba czas się sobie przedstawić abyśmy wiedzieli z kim pracujemy i czego możemy po sobie nawzajem oczekiwać. Jestem Viktor Goodmann. W Cheliax dosyć znany w wielu kręgach. Jestem adwokatem i to piekielnie dobrym adwokatem - zaśmiał się pod nosem z prymitywu i oczywistości swego żartu - W terminologii poszukiwaczy przygód myślcie o mnie jako o twarzy, ale dysponuję też magią objawioną i potrafię się bronić, choć stronię od zbędnej walki. Wierzę, że dzięki mnie znacznie łatwiej będzie nam skapitalizować osiągnięcia na płaszczyźnie socjalnej.
- Więęęęc… ty będziesz przywódcą kultu.- stwierdził beznamiętnie gnom wyjmując w końcu z plecaka kartkę papieru, pióro i przygotowując atrament.- Jestem Baltizar, jestem Bajarzem i… rozwiązuję problemy, prowadzę badania, zapewniam wsparcie. A i jestem fałszerzem. Także. Nie przepadam walczyć osobiście, co zresztą zrozumiałe… skoro zwykła drobna blondynka może mnie obezwładnić podnosząc do góry.-
Gnom przez chwilę zamarł nasłuchując. Po czym zwrócił się do karczmarza. - Naprawdę, żadnych gnomów przez kilkanaście lat? Tego bym się prędzej spodziewał w Cheliax, niż tu…-
Po czym nie czekając na odpowiedź Otto kontynuował wypowiedź przygotowując atrament.- Co do walki, z pewnością da się tu nająć jakieś mięśnie do bojów, zwłaszcza na pierwszej linii. Nikt nie powiedział, że to my osobiście musimy ratować księżniczki… wystarczy że w imieniu… no… nowego boga, pod symbolem nowego boga.-
Po czym zaczął pisać.- Więc potrzebna jest doktryna nowego kultu. Choć nie od zaraz. Potrzebny jest symbol, jak najszybciej… by pod nim robić szlachetne czyny. Przygotowywać katastrof chyba nie potrzeba. To Rzeczne Królestwa. Można o nich powiedzieć wiele, ale nie to że są spokojne…- pisząc Baltizar ziewnął szeroko.- Co dalej. Potrzebna świątynia… z odpowiednich wystrojem. Potrzebne są święta, rytuały i cały ten ryt sakralny. Część z tego Azazel sam musi dostarczyć. Resztę trzeba wymyślić. Może z jakimiś ckliwymi legendami, w zależności od dziedziny w jaką wejdziemy. Patron spraw beznadziejnych, rybaków, bajarzy? Coś się wymyśli… - gnom machnął ręką pisząc. - Co jeszcze… trzeba by się zapoznać z konkurencją nim w ogóle zajmiesz się krzewieniem nowego kultu. Tak na razie to nie ma co religijnego biznesu rozpoczynać. Wystarczy znak, odrobina tajemnicy i głośne czyny robione pod tym znakiem. Na początek.-
Podrapał się piórem po brodzie. - Co jeszcze… Chyba tyle. A i hełm. Ale to inna sprawa. Na razie świątynia.-Znów spojrzał na karczmarza. - Po ile tu budynki chodzą? Albo… piwnice?
Odkąd tylko weszli do pomieszczenia i usiedli przy pentagramie Kaylie wyglądała na spiętą. Pocierała jedną z dłoni palcami drugiej jakby w próbie uspokojenia się. Wyraźnie nie czuła się komfortowo w tej sytuacji, ale brak komfortu dopiero miał nadejść. Wydawała się lekko skulić na pojawiający się obraz Azazela, jakby tak naprawdę nie chciała być w tym miejscu i mowa ciała to wyrażała, a brak możliwości nie był dla niej komfortowy. Spokój jaki odczuwała w rozmowie z Khalem wyraźnie wyparował wraz z pojawieniem się diabła. Unikała nawiązania kontaktu wzrokowego z Azazelem zupełnie jakby ten sam w sobie miał palić piekielnym ogniem.
Gdy obraz diabła zniknął można było dostrzec jak powoli uspokaja się ciężki oddech kobiety siłą panującej nad pokazywaniem tego dyskomfortu. Nie była przyzwyczajona do walki z odruchami ciała w interakcjach socjalnych, temu w tym momencie łatwo było ją odczytać. Skuliła głowę patrząc na swoje dłonie, z których jedna nosiła ślady silnie wciskanych paznokci aż do kilku kropel krwi, jakie postarała się ukryć pod stołem.
Spojrzała na Khala, gdy ten mówił o magii objawionej, ale stłumiła w sobie słowa pozwalając gnomowi dokończyć swój potok myśli.Kaylie zobaczyła na swojej dłoni dłoń Viktora na swojej gdy na chwilę Baltizar ściągnął na siebie uwagę gospodarza i sam był zajęty spisywaniem notatek. Był to czysto platoniczny gest i było to czuć. Jego wyraz twarzy mówił “wszystko będzie w porządku, nie martw się”, może nawet odrobina “masz tu przyjaciela”. Na moment zacisnął dłoń mocniej i ją wycofał nim ktokolwiek by to zauważył. Nie chciał by ktoś tu myślał, że Kaylie potrzebuje jakiegokolwiek wsparcia.
Arkanistka spojrzała z zaskoczeniem na Khala, jak jego dłoń dotknęła jej. Wybiło ją to z przybitego stanu, jako że było zupełnie nieoczekiwane.
- Myślę, że warto będzie zacząć od odrobiny własnego PR’u - odpowiedział Baltizarowi Viktor - Dopiero z czasem, powoli odsłonić, że naszym benefaktorem jest Piekielny Lord. Aby jak ktoś się przestraszy tego faktu przyjaciel go uspokajał “ale przecież to ci bohaterowie co ratują kotki z drzew i smoki z wież! To przecież ci wybudowali sierociniec dla niechcianych dzieci! Oni nie są źli, więc ten Azazel też nie może być!”... tak, wiem. Naciągane, a przede wszystkim uproszczone ale osiągalne. Mamy tydzień na pierwszy raport. To nie starczy nawet na znalezienie jednej z najlepszych opcji nieruchomości, ale możemy zacząć się rozglądać. Ja mam ze sobą odpowiednią dokumentację i będę zakładał kancelarię. Normalnie funkcjonalną, choć drogą… aby mieć klientów, ale nie za dużo. Jeśli byście się widzieli to jest opcja byście oficjalnie byli w niej pracownikami.
Gnom wzruszył ramionami mówiąc beznamiętnie. - Wszystko jedno. -
Machnął ręką.- Nie. Nie interesuje mnie prawo czy logika. Nie potrzebuję pracy. To tak… ja jutro przyjrzę się miejscowej religijnej konkurencji i ofercie jaką reprezentuje. Sprawdzę możliwość najmu awanturników. Wy… przygotujcie symbol do wyszycia na płaszczach.-
Przeciągnął się i poprawił wbity w drewno podłogi kostur, zerknął na leżące w przeciwległych kątach “zwierzaczki”. A następnie spojrzał kolejny ciemny kąt wypatrując kogoś i czegoś.
Mruknął coś pod nosem co brzmiało jak “A tam ciicho byyć”.
Spojrzał na karczmarza dodając.
- Jeśli w nocy… słychać będzie z mego pokoju krzyki, to nic niepokojącego. Często mam koszmary.
- Muszę ostrzec przed jedną sprawą dotyczącą mnie. - nagle odezwała się kobieta - Azazel nazwał mnie moim prawdziwym imieniem, którego już od lat nie używam. Nazywajcie mnie Kaylie Sunfall, aby moja przeszłość nie ugryzła. Jestem Avruil Myamtharsar - elficki akcent przebrzmiał w mianie - i możliwie ciągle są osoby, które by mnie poszukiwały, a przyznanie się, że jesteśmy w komitywie może źle wpływać na wasze postrzeganie.
- Wszystko jedno… - stwierdził beznamiętnie gnom wykazując brak zainteresowania tą kwestią.
- W porządku - klasnął w dłonie Vitkor - Baltizar jutro zbada religie w Evercrest. Ja się rozejrzę jak wygląda sprawa status iuridicus w Evercrest. Poza tym popytam, podowiaduję się wszystkiego i niczego. Musimy poznać plotki i nastroje w okolicy jeśli mamy trafić w sedno z naszym celem. Sprawdzę czy może mają jedną z tych śmiesznych gildii bohaterów - głos się śmiał Viktorowi gdy wymawiał nazwę tych instytucji - Poza tym rozeznam się w zwyczajach legislacyjnych. Chcemy być po dobrej stronie prawa. W tym czasie Kayli… - zrobił najkrótszą pauzę aby dać dziewczynie możliwość samodzielnego odpowiedzenia jak widzi swoją rolę w najbliższych kilkudziesięciu godzinach…
- Zakręcę się wokół najemniczej braci, by wybadać co im w Evercrest pieniądz daje, a także spróbuję nastroje ogarnąć.
- Otto - zwrócił się Viktor do gospodarza - Dajesz nam wikt i opierunek, jesteśmy bardzo wdzięczni oczywiście, ale mamy dostęp do tego pomieszczenia? I jakieś zasady które chciałbyś abyśmy przestrzegali ponad to co możemy się sami domyślić? Nie wiem… Otis nienawidzi jak mu się wchodzi do kuchni niezaproszonym? Nie można zapalać świec w oknach po północy bo mroczne fey się zlatują?
- Fae nie zbliżają się do miasta. - odparł karczmarz - Dostęp do tego pomieszczenia macie, ale nie przyzywajcie swojego właściciela bez mojej zgody. Jeżeli jakieś drzwi są zamknięte to mają takie zostać, pukajcie do laboratorium Juriego. Jeżeli złapie któreś z was z łapami na moich córkach, nie odzyskacie ich.
Zajęty porządkowaniem bałaganu na stole Baltizar zdawał się nie zwracać większej uwagi na zakamuflowane groźby karczmarza co do jego pociech. Bo wszak jeśli ktoś tu mógł zostać przyłapany, to właśnie jego dziewuszka z łapami na gnomie. I nie wiedzieć czemu nie została za to ukrarana. Wzruszył ramionami i ruszył do wyjścia, gestem dłoni przywołując swoich ochroniarzy. "Pies" ruszył pierwszy, karciana sowa przemknęła tuż za nim stapiając się czasami z otoczeniem.
Baltizar był zmęczony podróżą i miał plany… wiele planów, nie wszystkie wyraził słowami. -
[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór
Skrobanie po balach… szepty… spojrzenia w szczelinach.
Otaczały go gdy wodził spojrzeniem po kolejnych literach. Rzeczne Królestwa… jedno wielkie siedlisko bezprawia i anarchii.
Gnom nie wiedział czego tam diabeł szukał. Ale zainwestował sporo swoich koneksji, skoro zaciągnął dług u Mammona.
Skrobanie… szepty… podpowiedzi.
Gnom zerknął na pobliską ścianę i warknął. - A taaam cicho być. Muszę pomyśleć.-
Niewiele to dało.
Baltizar znów spojrzał na list. Przeczytał każde słowo. Uśmiechnął się cierpko na widok “priorytetu”. Oczywistym dla gnoma, że diabeł swoje plany uważa za najważniejsze, ale… póki nie dopełniła się umowa między nimi, Baltizar nie czuł się aż tak zobowiązany do słuchania diabła. Niemniej wątpił by jego priorytety i priorytety czarta miały się ze sobą zderzyć. Obecnie jego badania nie powinny zająć mu tyle czasu, by nie wykonać zadania które zleci mu Azazel.Baltizar sięgnął po butelkę i sprawdził jej zawartość. Cudownego płynu było niewiele i gnom nie wiedział na ile go starczy. No cóż… dobrze było, póki trwało. Gnom zakorkował butelkę. I przymknął oczy. Baltizar Harpaness zwany też Bajarzem był szczupłym wysokim gnomem, o lekko przylizanych czarnych włosach i lekko siwiejącej szpiczastej bródce. Jego niebieskie oczy wydawały się wodniste, a cała postać wydawała się… jakaś… niewłaściwa. Nieco zaznajomieni z naturą tej rasy mogliby zrzucić to na klątwę Blednięcia trapiącą czasami członków tej rasy. Ale gnomy i prawdziwi znawcy wiedzieli że to nie to. Niemniej Baltizar był mniej barwny niż typowy gnom.
Skrobanie… szepty… chichoty. Macki, szpony, zęby i pazury wijące się tuż po powierzchnią.
Nigdy nie dają spokoju.Gnom otworzył oczy i spojrzał w kąt.
- Etrigan. Wyruszamy.-
Coś poruszyło się. Coś zaszeleściło dziesiątkami piór.

Unikanie traktów i przedzieranie się przez puszczę w innych obszarach Golarionu mogło być nienajlepszym pomysłem. Ale nie tu… Rzeczne Królestwa były równie niebezpieczne na trakcie, co w leśnej głuszy. A gnom nie musiał się szczególnie obawiać miejscowej fauny. Ta zwykle unikała zarówno Etrigana jak i Jogmetha. Zwierzęta wyczuwały nadnaturalny charakter tych stworzeń i schodziły im z drogi.
Nie czyniły to podróży bez bagniste bezdroża i leśne ostępy bardziej wygodnymi.Co najwyżej nieco bezpieczniejszymi dla niego.
Podróż trwała kilka dni i nocy. I z pewnością była nieco męcząca. Niemniej Batlizar nawykły był do trudów i w końcu pod wieczór dotarł do murów Evercrest.
Oświetlał sobie drogę latarnią znajdującą się na końcu zdobionego kostura i udało mu się przekonać strażników, by wpuścili go do miasta, mimo że ciemność zapadała. Bo przecież mały gnom jadący na dużym psie nie mógł być zagrożeniem dla miasta, nieprawdaż? Dobrze że przeciętny strażnik nie odróżni piekielnego ogara od dużego psa. Zwłaszcza gdy gnom, zrobił makijaż by ukryć jego piekielne cechy.
Etrigan przemknął się przez mury samotnie. Bądź co bądź, jego natura i talent do skradania się czyniły to zadanie drobnostką dla niego.
Przez uliczki miasta cała trójka podążała już razem. Dla bezpieczeństwa i by nie przyciągać uwagi gnom wolał trzymać się w cieniu. Narażał się tu na napaść, ale cóż… mógł liczyć na swoją charyzmę, jak i… na swoich ochroniarzy. Jednego latającego, drugiego ziejącego ogniem.
Zresztą sam widok Etrigana w pełnej krasie, pojawiającego się wprost za plecami pechowego rzezimieszka… wystarczał by ten postanowił nagle zmienić robotę i zapałać nagłą miłością do biegania.W końcu gnom, dotarł do celu. Do karczmy. Otworzył drzwi wszedł w towarzystwie dużego “psa” łypiącego podejrzliwie na każdego dwunoga w przybytku i obciążonego pakunkami.
W cieniu gnoma podążało “ptaszysko” wielkości tłustego borsuka. Stworzenie o kształcie sowy z sowim, a może bardziej… kocim łbem. Trudno było to stwierdzić, sylwetka była niewyraźna i lekko cienista, a do tego cały stwór był zbudowany z kart do gry. Kart które poruszały się co chwilę zamieniając miejscami ze sobą… i dodatkowo rozmazując sylwetkę. Pomiędzy szponami stwora błądziły nieduże płomyki.