Nie ma co przedłużać niepotrzebnie. Rekrutacja nie wypaliła i wątpię by jeden dzień coś zmienił. Postanowiłem zamknąć rekrutację i wrzucić do archiwum.
Abishai
Posty
-
Rekrutacja do sesji Pathfindera 1ed. -
Rekrutacja do sesji Pathfindera 1ed.Z uwagi na zwiększone zainteresowanie przy końcówce rekrutacji, postanowiłem przedłużyć ją do 6 IX
-
Rekrutacja do sesji Pathfindera 1ed.Tak. GG żyje i dycha jeszcze, a ja jestem zbyt uparty i zbyt leniwy by przerzucać się na inne komunikatory XD
-
Rekrutacja do sesji Pathfindera 1ed.Solówki stoją bo gracze sporadycznie odpisują. Na ich brak aktywności nic poradzić mogę. Zresztą z Tyą to już mam tak od lat. Bo tak długo jej prowadzę tą solówkę :). Jeżeli chodzi o mnie, staram się odpisywać regularnie, a jeśli nie mogę to zawsze informuję zawczasu. Półorki i inni zielonoskórzy odpadają z powodu fabuły sesji. W tamtych okolicach po prostu nie są za bardzo lubiani ze zrozumiałych powodów.
-
Rekrutacja do sesji Pathfindera 1ed.Tajemnica Burzowych Rogów
Przygoda którą będę rozgrywał nie jest moją kreacją. Wziąłem jedną z oficjalnych kampanii D&D i dodałem parę własnych dodatków tu i tam włącznie z początkiem, który jest moim całkowitą inicjatywą. Kampania składa się z pięciu rozdziałów podczas których drużyna ma dojść z lewelu 6 do 12 tego. Niemniej zamierzam to rozgrywać rozdziałami, więc przypuszczam że w pierwszym rozdziale postacie awansują o 2 lub 3 poziomy. Nie zamierzam informować jaka jest nazwa oryginalnej kampanii. Jedni się domyślą, inni nie będą zawracać sobie tym sprawy. Kampania jest militarna, ale sam pierwszy rozdział nie bardzo.
Przygoda rozpoczyna od prostej misji eskortowej. Naprędce zwerbowna drużyna ma zaprowadzić Rizzelę Sundvearen, gnomią alchemiczkę i wędrowną handlarkę do Drellin’s Ferry, miasteczka położonego w granicznych górach Cormyru. A dokładnie mieściny leżącej u podstawy Burzowych Rogów. Powód dla którego wybiera się w tamtym kierunku jest prosty. Rizzie… jak o sobie Rizzela, wyrusza tam z powodu spadku. Wujek jej wygnany z jej klanu umarł tam niedawno i zostawił spadek. A ona, jako najbliższa krewna… najbliższa pod względem odległości, postanowiła zaopiekować się tym spadkiem. Rzecz w tym, że nie ma odwagi tam jechać sama, więc wynajęła paru najemników… czyli was.
Umowa jest prosta. Osiemset sztuk złota do podziału pomiędzy członków drużyny Czterysta w monetach, reszta w eliksirach magicznych. Do tego 10% zniżki na zakupy u Rizzie. W zamian za to drużyna ma dopilnować by Rizzie bezpiecznie dotarła do Drellin’s Ferry i bezpiecznie stamtąd wróciła.
Tyle o początku, a teraz coś o samej Rizzie.
Rizzela jest jasnowłosą gnomką i doświadczoną wędrowną handlarką.
Bardzo radosna i gadatliwa podróżuje cygańskim wozem zaprzężonym w powolnego muła, który zawiera cały jej dobytek i jest jednocześnie jej domem, magazynem i laboratorium. Rizzie handluje głównie drobnymi przedmiotami alchemicznymi, rzadziej sprzedaje eliksiry. Głównie dlatego, że mało kogo stać na taki wydatek. Poza tym posiada zawsze mały zapas prochu dymnego i potrafi wyrabiać kule do broni palnej. Sama jednak pistoletu nie posiada, jak i nie potrafi takiej broni stworzyć. Jej pomocnikiem jest duży złowieszczy lis o imieniu Pimpuś. Z innych ciekawostek, jest wyśmienitą kucharką i wie że inne rasy niespecjalnie gustują w gnomiej kuchni. Posiada też dziwny dozownik eliksirów w kształcie muszli ślimaka, wykonany z opalizującego metalu nieznanego pochodzenia.
Mechanicznie gra będzie w systemie Pathfinfera jedynki. Tu macie link do srd. Z ras kanonicznych niedostępny będzie półork, z ras niekanonicznych… cóż... Na pewno dopuszczę aasimara, ale tieflinga już trzeba by dogadać. Pozostałych Featured Races już w zasadzie nie dopuszczam.
Podobnie z klasami, jeśli nie pasują do kampanii to nie przyjmę. Więc samuraja i ninję nie przyjmę.Punkty do wydania na atrybuty 25
Startowy poziom postaci 6, ilość złota 16,000 gp
traits 2 + 1 w zamian za drawbackCo do karty postaci. To standard. Dwie wymagam. Mechaniczną i fabularną. Nie będę wam określał jak długa ma być fabularna. Wystarczy jednak że opisywać będzie wygląd i samą postać wystarczająco dobrze, bym wiedział kim gracie. Karty… najchętniej jako linki do doca, ale jestem otwarty na inne opcje. Awatary zgodne z wymaganiami forum.
Panteon oczywiście Faeruński, na pytania będę zwykle odpowiadał wieczorem.
Czas na przesyłanie do końca miesiąca.Podsumowanie
- System: Pathfinder 1 ed.
- Ilość graczy: 4-6, osiem w wyjątkowych przypadkach.
- Kryteria przyjęcia graczy: karty postaci fabularne
- Platforma: forum
- Częstotliwość odpisów: 5-7 dni dla graczy/ 2-3 dni dla MG
- Dokumenty Google: tak
- Użycie AI: w przypadku grafik jest z pewnością dozwolone. To tylko obrazki do sesji, a nie dzieła sztuki w galerii

- Przewidywana długość sesji: ciężko mi ocenić,
- Termin zakończenia rekrutacji: 1 września
-
Sezon 2.2Koszmary były… wyjątkowo realistyczne. A może nie były koszmarami? Kobieta z jej wspomnień atakował ją, raniła, torturowała cały dzień w jej snach. Pobudka więc była długo oczekiwaną ulgą. Trudno było powiedzieć, czy wiedza jaką Ann zdobyła jej pomogła. Na pewno uczyniła jej koszmary bardziej realistycznymi.
Jak się okazało, William znów obudził się przed nią. I czekał na nią w kuchni, czytając tomik poezji nowoczesnej z wyraźną odrazą. Na widok wchodzącej Ann wyrzucił go do kosza mówiąc.
- Zupełnie nie wiem co ludzie widzą w tym gównie. Ciężko to nazwać poezją.- stwierdził z uśmiechem. Po czym dodał. - Mam nadzieję, że uzyskałaś to co chciałaś od maga. Lukrecja mówiła że zrobiliście niezły w burdel w pokoju. Nie pytałem o jakiego rodzaju… burdel. Zakładam, że przyjemnego rodzaju.
Nie mógł być dalej od prawdy, nawet gdyby chciał. Po czym zaczął mówić. - Tak czy siak, pewnie cię zainteresuje informacja, że draugri przestały być naszym problemem. Zderzyły się z siłami Tremere i Malkavianów i… cóż… część zginęła. Reszta uciekła na teren Nowego Jorku. Nie są więc naszym problemem, na razie.
Splótł dłonie wyjaśniając. - Co innego ten Toreador z Albany, którego uratowaliśmy. Nazywa się obecnie Jorgen Christian, twierdzi że urodził się w XVII wieku w Norwegii i naprawdę ma na imię Jorgen. Prawdziwe nazwisko… niewymawialne. Niestety nie bardzo mamy jak potwierdzić jego tożsamość. Zna nazwiska członków Camarilli w Albany, ale to nie czyni bardziej wiarygodnym. Wedle tego co powiedział, Albany padło. Sabat przy obojętności miejscowej enklawy Anarchów, zabił księcia i zmiótł jego świtę. Książę Nowego Jorku pociąga właśnie za sznurki, by potwierdzić tę kwestię. A sam Jorgen… ma trafić pod opiekę i obserwację Stillwater. I jeszcze jedna sprawa… twierdzi, że Sabat wysłał w nasze rejony agenta, Tzimisce specjalizującego w sztuce kształtowania ciała i tworzenia vozhdów. Brzmi znajomo? -
[WOD/MAG] Magowie na Dzikim ZachodziePo rozmowie ze JhnW i długich przemyślaniach, postanowiłem zamknąć tą sesję. Nie ma co udawać, po prostu nie wypaliło. Może następnym razem się uda ;), kto wie.

-
[WOD/MAG] Magowie na Dzikim ZachodziePost wrzucony a w nim pierwszy z kawałków związanych z listami gończymi. Pozostałe fragmenty pojawią się z czasem na docu, wraz z rozwojem sytuacji. Na razie inicjatywa jest po stronie waszych postaci. To jak zagospodarujecie wieczór i poranek i... jak oraz kiedy zjawicie się przed biurem szeryfa, zależy od was.
-
[WOD/MAG] Magowie na Dzikim ZachodziePóźnym wieczorem była kolacja na której drużyna zebrana przez Lożę poznała pozostałych magów żyjących w tym miejscu. I podczas której zrozumieli czemu to Horace ich witał. Werner Schwarz, John Smithson i Philip Morris sprawiali wrażenie… “trojaczków”. Ubierali się podobnie do Horace’a, acz byli młodsi od niego i ich zarost na twarzach był sporadyczny. A co najważniejsze… byli nieśmiali i odzywali się cicho gdy byli bezpośrednio pytani. Zdecydowanie lepiej czuli się we własnym towarzystwie omawiając z rudobrodym seniorem techniczne zagadnienia. Ich żargon mieszał technikę z ezoteryką i z pewnością miejscowa Fundacja miała bardzo ambitne plany… jednak detale wymagały specyficznego sposoby myślenia i odpowiedniego wykształcenia.
Nic więc dziwnego, że "trojaczki" wolały zostawić zabawianie gości Horace’owi. I oddalili się zaraz po kolacji. Bynajmniej nie do swoich pokoi, ale do zajezdni stojącej obok budynku hotelu.
Pracowali tam do północy. Może nawet dłużej. I wrócili wczesnym rankiem do swoich pokoi. Poza samym Horace’m który wpierw odwiedził pokój ich, obecnie nieprzytomnego, mistrza.
Rankiem całe miasto żyło tylko jednym wydarzeniem. Corocznym spędem bydła. Nic dziwnego że ludzi było w Forth Worth więcej niż zazwyczaj. Ten głośny tłum gromadził się przede wszystkim wzdłuż głównej ulicy przez którą miało być przepędzone bydło.
Porządku i bezpieczeństwa pilnowali nie tylko zastępcy szeryfa, ale i użyczeni na tą okazję szeregowi kawalerzyści.
Nic dziwnego, że interesująca magów atrakcja, nie przyciągała zbytniej uwagi miejscowych.
Pojawiali się zamiast tego inni. Głównie kowboje różnego rodzaju. Jedni gustownie ubrani, inni zdecydowanie niezbyt dbający o ubiór czy zarost. Ich twarze miały jednak wspólny mianownik. Skóra ogorzała od słońca i liczne zmarszczki świadczyły o częstym przebywaniu na świeżym powietrzu.
Póki co było jeszcze wcześnie, za wcześnie na “występ” szeryfa, toteż łowcy wymieniali się historiami i przechwałkami na temat tego kogo złapali i w jakich okolicznościach.Uważny słuchacz szybko zauważyłby, że ci bardziej sławni bandyci zostali wielokrotnie złapani bądź zabici przez kilku łowców. Zapewne więc nie wszystkie opowieści były prawdziwe. Lub… niektórzy z zabitych bandytów byli nieumarłymi.
Rozmowy te na moment zamilkły gdy zjawili się nieoczekiwani przybysze. Trójka Indian z plemienia Dakota, znanego też jak Siuks. Dość nieoczekiwany widok zważywszy, że ich tereny łowieckie nie leżały w Teksasie. Co więcej nie wyglądali na wojowników. A raczej na młodych szamanów. Wszyscy trzej, co z pewnością nie było czymś zwyczajnym.
Trójka Indian trzymała się na uboczu, dobrze wiedząc, że nie powinno ich tu być. -
[Pathfinder 1e, 18+] Popielny DwórGnom przetasował talię kart ignorując śpiącą obok piękność. Znał zagrożenia związane z jej bliskością i ignorował pokusy. Bądź co bądź nie interesował się nawiązywaniem trwałych realcji z innymi. Szaleństwo i misja które go prowadziły przez całe dorosłe życie nie pozostawiały miejsca na takie sentymentalne drobnostki.
Poza tym…
… wyciągnięta karta przedstawiała rycerza w złotej zbroi. Paladyn. Oznaczała mężne stawanie przeciw przeciwnościom. Oznaczała też upór w trzymaniu się kursu. Bajarz jednak nie widział żadnych przeciwności, żadnych skał na swoim kursie. Zamierzał oznajmić co prawda kapłanowi swoje zamiary, ale nie potrzebował jego zgody i nie dbał o nią. Wszak nie był częścią jego kleru i nie był mu podległy. A co więcej nie był mu potrzebny. Do rozbudowy świątyni byli potrzebni rzemieślnicy, do rozbudowy kultu wyznawcy… Baltizar nie był żadnym z nich. I mając nawyk nie rzucania się w oczy władzom, nie był również użyteczny w intrygach Viktorach związanych z miejscowymi szychami. Póki co miał wolną rękę i zamierzał z tego korzystać.
A teraz… przyglądał się karcie z nutką irytacji w spojrzeniu. Paladyn oznaczał też uparciucha. A gnom ostatnio poznał wiele upartych osób. Ba… “sypiał” z jedną z nich. Ciężko więc było ocenić, którą z nich oznaczała ta karta.
Kapłan i “Bard”
Wychodząc z pokoju kapłan natknął się na zbliżającego się do niego gnoma wraz z jego “ptasim” pomocnikiem.
- Witam jego ekscelencję o tak wczesnej porze. Chciałbym pogratulować założenia świątyni. Bardzo… widowiskowe to było. A i oznajmić, że opuszczam miasto na kilka nocy. Bądź co bądź zadanie, póki co, wykonane. Nie będę też z pewnością pilnie potrzebny. - Bajarz zaczął mówić po ukłonieniu się. - Teraz bowiem sprawy wymagają kaznodziei bardziej niż mówcy. A i nie ma dla mnie miejsca pośród szlachetnie urodzonych, toteż tam nie będę żadną pomocą.
- Witaj, Baltizarze. Powinienem wiedzieć czym będziesz się zajmował? Czy to prywatna wycieczka?
- W zasadzie prywatna…- potwierdził gnom lekko potakując głową.- Zajmę się… tę no… jak to zwą… eeech… uczonym grzebaniem w ziemi w poszukiwaniu zapomnianych ruin. - zaśmiał się głośno. - Nic szczególnie intratnego. Pogrzebię w poszukiwaniu ruin osady gnomów. Spodziewam się dziur w ziemi i pajęczyn zamiast skarbów. Mój lud nie słynie z gruzowisk atrakcyjnych dla awanturników.
- Hmmm… rozumiem - kiwnął Viktor głową - Powiesz gdzie precyzyjnie i ile spodziewasz się być nieobecny? Chciałbym mieć opcję ruszenia ci na pomoc, w razie niespodziewanych problemów.
- Kilka dni najwyżej. - wzruszył ramionami gnom wyciągając z plecaka mapę.- To niedaleko od miasta. Bardziej wycieczka na rozruszanie kości i zabicie nudy, niż prawdziwa wyprawa. I zabieram ze sobą najemników, więc nie musisz się martwić o moje bezpieczeństwo, tym bardziej że dla twojej misji moja egzystencja nie ma znaczenia.
Rozłożył mapę i pośród kilkunastu czerwonych kropek wskazał tę najbliższą miastu.- O tu się udaję.
Viktor przyjrzał się i kiwnął głową.
- Nawet jeśli teraz nie jesteś mi konieczny, to w przyszłości możesz okazać się kluczowy, albo – zwyczajnie – wygodny. Jeśli byś pozwolił to zadośćuczynił bym mojej paranoi i dał ci awaryjną możliwość wezwania pomocy. Odpowiada ci to?
- Znajdę sposób by cię powiadomić.- odparł gnom składając mapę i dodał ponuro. - Jeśliby mi się coś stało, to… całe miasto jest pewnie zagrożone. Bo wszak… komu by zależało na wystawienie sił wystarczających by zagrozić doświadczonej grupie awanturników i… córce naszego gospodarza. Bo i ona się może wybrać. A skoro już o paranoi mówimy…-
Podrapał po karku.- Nie wiem czy ci twoja kochanka wspominała, ale… przywódczyni os w tym mieście groziła tobie… w zasadzie ostrzegała, byś uważał by nie wchodzić im w drogę. Nie wiem ile może tak naprawdę. Jej przybytek jest po prostu grotą lubieżników. Niemniej może mieć ukryte żądła. I ze wszystkich świątyń w mieście, na nią miej największe baczenie.- po czym uśmiechnął się.- Niemniej wspomniała też, że ogólnie nowy kult w mieście jej nie przeszkadza, dopóki trzyma się swojego poletka.
- Hmmm… to jest… zaskakująco pożyteczna informacja. Tak to właśnie ujęła? “Niech nie wchodzi mi w drogę, to nie będzie problemów”?
- Bardziej dyplomatycznie i aluzyjnie, ale… - zadumał się gnom. - … taki był ukryty sens jej słów. Typowe dla os zachowanie.
Po czym machnął ręką. - Nie przejmowałbym się tym na razie. Do jej świątyni biedacy nie przychodzą, a ci są tobie wasza ekscelencjo najbardziej potrzebni. Oddani fanatyczni i lojalni. Nie mający nic do stracenia, a wiele do zyskania. W końcu obaj wiemy, że bardziej cię interesuje brylowanie wśród szlachty, więc im szybciej uda się zyskać paru akolitów spośród nich, którzy zajmą się świątynią za nas, tym lepiej.
- Pamiętaj, Baltizarze, że nie założyłem piwnicznej sekty a i doktryny obu wiar się nakładają miejscami… Konflikt interesów na pewno będzie miał miejsce, prędzej czy później. Ale ten punkt już jest na mojej liście.
- Wątpię by kult prawników miał jakieś punkty zapalne z kultem mściwych lubieżników, ale… teologia nigdy mnie nie fascynowała. - wzruszył ramionami gnom.
- Odwet, Baltizarze. Ale oszczędzę ci niuansów. Cóż, to chyba wyczerpuje aktualny temat. Mamy coś jeszcze do omówienia?
- Nic. - machnął ręką Bajarz. - Nawet sprawa tej osy to marginalna kwestia. Wątpię, by wypłynęła przy obecnej naszej sytuacji. Nie jesteśmy jeszcze ani znaczący ani groźni dla nikogo.
- Mam o nas nieco wyższe mniemanie, ale rozumiem argument. No to dziękuję ci, Baltizarze, za tę rozmowę i za uprzedzenie. Widzimy się za kilka dni.
Gnom skłonił się w odpowiedzi.
Rozmowa z przyszłym “teściem”
Załatwiwszy najpilniejsze sprawy, Baltizar ruszył przez karczmę w poszukiwaniu jej właściciela. Musiał rozmówić z Otto w imieniu jego córki. Nawet jeśli ta cała sytuacja, wprawiała go w niesmak, to coś był winny przyjaciółce. Co poradzić, że jakimś cudem stał się aktorem, we własnej komedyi.
Karczmarz przeglądał jakąś książkę kiedy podszedł do niego gnom. Otto zerknął na gościa i uśmiechnął się.
- Witaj, Baltizarze. W czym mogę pomóc?
- Wybieram się w podróż. Niezbyt daleko. Dwa dni od miasta. Piwonia chciałaby się wybrać ze mną. Toteż przychodzę w niej imieniu.- gnoma kusiło dodać coś o czystych intencjach i ochroniarzach w roli przyzwoitek, ale powstrzymał się od tego żartu.
Otto wciągnął ostro powietrze na tą prośbę. Odłożył książkę na bok i spojrzał na gnoma.
- Baltizarze… nie jestem pewny czy wiesz o co mnie pytasz. Nie wiesz czym ryzykuje wypuszczając ją z moich oczu. Opowieść o moim królestwie jest stara, więc pewnie nie jest ci znana. Czy wiesz ile potomstwa posiadałem? Nie… oczywiście, że nie możesz wiedzieć. Siedmiu synów, pięć córek, trójka potomstwa dla których nie miałbyś nazwy. Pozostały mi cztery córki. Rozumiesz mnie? Cztery… straciłem pozostałe odkąd zaginęła moja żona… czy jesteś sobie w stanie wyobrazić co będę musiał jej powiedzieć kiedy się znowu spotkamy? Że pierwszym uczuciem jakim ją obdaruje po tysiącleciach rozłąki będzie cierpienie?
Gnom przez chwilę milczał. Po czym rzekł powoli.- Rozumiem też, że wybywam ledwie parę mil od miasta. Rzut kamieniem od niego. Że wyruszam z doświadczoną i liczną ochroną, która już sprawdziła się podczas poprzedniej misji. A i tak pewnie twoja córka jest potężniejsza od nich i ode mnie razem wziętych. Nie wiem, jakie istoty mogłyby zagrozić jej życiu tak blisko Evercrest, ale wątpię by były to wilki czy niedźwiedzie, któryś się nawet nie spodziewam zobaczyć.
- Możesz ubierać to w logikę i prawdy świata jak tylko chcesz, ale prosisz ojca, który stracił dużo, aby zaryzykował więcej. - Otto odetchnął - Masz oczywiście rację, jest bardzo niewiele rzeczy w promieniu setek mil, które by jej zagroziło. Pozwól, że dam ci jednak ostrzeżenie. Tak na motywację, abyś zapewnił jej bezpieczeństwo. Jakiekolwiek cierpienie twoja dusza znosi od tej istoty spoza kreacji. Cokolwiek Azazel i jego podobni poczynają ze swymi ofiarami. Będziesz tego łaknął jeżeli coś jej stanie. Rozumiemy się?
- Zawsze możesz odmówić. - odparł Bajarz spokojnie. - Ostatecznie nie mogę ciebie zmusić do niczego. I przyjmę twoją decyzję, jakakolwiek będzie.
Podrapał się po brodzie. - Dziwi mnie tylko, że zaryzykowałeś jej egzystencją wysyłając ją po swoją córkę… w misji zapewnie znacznie niebezpieczniejszej, niż biwak na świeżym powietrzu dwa dni od domu. A boisz się, że coś może jej się stać u przedmurzy miasta.
- Wysłałem ją do domeny Desny. Pani Szczęścia to bliska znajoma i wiedziałem, że nic Piwonii nie grozi. - odparł Otto - Nie odmówię, bo wiem, że to nie twoja prośba tylko jej. A wyrodnym ojcem nie będę. Chcę tylko, żebyśmy się rozumieli, że jesteś odpowiedzialny za jej bezpieczeństwo.
- Oczywiście. I dlatego mam grupkę sprawdzonych ochroniarzy. I jeśli kogoś ze swoich podwładnych dorzucisz, nie będę się sprzeciwiał dodatkowej pomocy.- zgodził się z nim gnom.- Co prawda, sama wyprawa jest tylko bardziej przygotowaniem pod przyszłe ekspedycje i nie planuję niczego szalonego, to niemniej wszystko mam zaplanowane także pod kątem bezpieczeństwa.
- Możesz zabrać Brandelena z wami. Maluchowi przyda się trochę ruchu. - odparł Otto - Reszta Dworu jest mi potrzebna.
- Dobrze… przekażę twoje słowa Piwonii, chyba że wolisz osobiście uszczęśliwić córkę?- zapytał na koniec Bajarz.
- Ty jej przekaż, będzie szczęśliwsza. - karczmarz się uśmiechnął - Tylko teraz.. proszę uważaj na nią. Nie zdzierżę kolejnej straty.
- Oczywiście.- odparł gnom, skłonił się i wyszedł kierując się z powrotem do sypialni.
Rozmowa z “kochanką”.
W sypialni gnoma Piwonia przeglądała się w lustrze. Miast swojego typowego odzienia miała na sobie podróżną szatę maga, chociaż mniej ograniczającą jej ruch. Jej skóra była również trochę bardziej zielona niż pamiętał.
- Hmmm… czyli już wiesz?- zapytał retorycznie Baltizar składając dziwny odcień na karb innych częstych dla niego, przywidzeń.
- Znam tatę, ale i tak chętnie usłyszę werdykt. - blondynka spojrzała na gnoma z uśmiechem i obróciła się kilka razy - I jak wyglądam?
- Poważnie… i uroczo zarazem. - przyznał gnom oceniając jej szatę. - Do twarzy ci w tym stroju. A co do werdyktu, to… będziesz musiała powiadomić Brandelena że idzie z nami i ma pilnować twoje ślicznej pupci.
- Oh? Zabieramy szkraba ze sobą? Świetnie, przyda mu się zapoznać ze śmiertelnikami. Na razie ma dość typowo… fey podejście do nich.
- Mhmm…i dam znać ochronie żeby traktowali cię jak damę. - dodał Bajarz. - Aczkolwiek bliźniacy… są deczko… jakby to… sama wiesz. Troszkę nieokrzesani i rubaszni. I bardzo romantyczni.
- Ci dwaj z krwią smoków w sobie? Są uroczy na swój sposób. I bez przesady z tą "damą". Jestem zwykłą poszukiwaczką przygód. - pokazała mu psotnie język.
- Nie. Jesteś gościem na mojej wyprawie. Więc będziesz traktowana z właściwą rewerencją. Poza tym… - podrapał się po brodzie.- … nie szukamy przygód, tylko ruin wioski gnomów. Spodziewam się na wpół zasypanych norek, resztek mebli, może jakichś tekstów… na pewno nie zagrożeń. Właściwie to będzie nudno.
- Ty tam będziesz, więc nie będzie aż tak nudno. - dziewczyna się uśmiechnęła - No ale dobrze… tylko nie rób ze mnie jakiejś bezbronnej pannicy.
- Wolałbym żebyś była bezbronna i wszyscy ci nadskakiwali.- westchnął Baltizar dywagując głośno. - Bo cię tu wszyscy znają i jeśli byś pokazała coś więcej to… mielibyśmy świadków i plotka o magicznej córce Otta dotarłaby do miasta lotem jaskółki. I zaczęłyby się pytania… ten wścibski mag co tu przychodzi regularnie węszyć, zamiast zajmować prawdziwymi problemami, znów zacząłby szukać prawdy o tobie i twojej rodzinie.
- A co sądzisz, żeby zrobili z tą wiedzą? - dziewczyna się uśmiechnęła- Dobrze, dobrze. Będę nudna i grzeczna. - zieleń z jej skóry zniknęła.
- Nawet nie wiesz jakie głupstwa mogą zrobić przekonani o słuszności swoich przekonań dobrzy bohaterowie. - westchnął gnom i uśmiechnął ciepło. - Napaść może by i nie mogli, ale namieszać nam… bardzo. Poza tym, naprawdę nie sądzę byś miała okazję się tam wykazać. Co nas tam może napaść, wilki? Niedźwiedź?
- Nawet to było trochę ekscytujące… ale dobrze, pozwolę abyś mnie bronił przed misiem.
- Jestem pewien, że na swojej samotnej wyprawie miałaś więcej ekscytacji niż ja na wyprawie, którą opisałem w moim niedawnym dziele. - odparł Baltizar drapiąc się po brodzie. Potarł czoło dodając. - Iii… hmm… jeśli wyprawa będzie nudna i nic ważnego nie będzie mnie trzymało w mieście, to zorganizuję sobie wyprawę do mojej wieży i też zabiorę cię ze sobą. I tam… coś intrygującego wymyślę dla ciebie. Co ty na to?
- Stoi. - dziewczyna się uśmiechnęła ciepło - To kiedy ruszamy?
- Dziś. Jak tylko… zbiorą się moi najemnicy.- odparł Bajarz.- Nie wiem ile czasu będą potrzebowali na przygotowania. Ale zważywszy, że ruszamy jeno rzut kamieniem od miasta, to nie powinni potrzebować zbyt wiele czasu.
Kiwnęła głową i ucałowała gnoma w czoło.
- Spakuję malca… i zabiorę coś palnego dla niego do jedzenia.
Gnom tylko skinął w odpowiedzi.
Negocjacje przed wyprawą.
Baltizar oczywiście wynajął tych samych bohaterów co ostatnio. W końcu po co zmieniać to co działało. Zapłacił im tą samą standardową stawkę w siedzibie gildii i teraz czekał na ich przybycie, co by wyjaśnić im naturę misji. Ostatecznie w gildii zostawił jedynie enigmatyczną informację na temat eskorty podczas wyprawy.
Dlatego teraz szykował się na wyjaśnienie szczegółów i sytuacji, którą to obecność Piwonii pewnie skomplikuje. Bądź co bądź dziewczyna potrafiła rozpraszać uwagę płci przeciwnej samą swoją obecnością.
Dwóch wojowników północy pochłaniało właśnie kolejny kawał mięsa kiedy zobaczyli gnoma. Skinęli mu głową, ale nie oderwali się od posiłu. Elfi mag i ludzki alchemik skłonili się swemu pracodawcy delikatnie.
- Dobrego dnia, panie Harpeness. Więc dokąd się wybieramy?
- Tak. W sumie niedaleko. - gnom sięgnął do plecaka i wyjął z niego mapę. Wskazał jeden z wielu czerwonych punktów na mapie. Ten najbliższy miasta.- O tu.
Inarion zerknął na mapę i kiwnął głową.
- Faktycznie. Jakieś powiązania z tym nowym kościołem, czy prywatna sprawa?
- Kościołem? A nie… - machnął ręką Baltizar.- To całkowicie prywatna sprawa. Wręcz “rodzinna”. Każda kropka na mapie w teorii jest opuszczoną osadą gnomów. Ruszamy do najbliższej, by sprawdzić, czy rzeczywiście są tam jakieś pozostałości po moim ludzie. Trochę kopania może, na pewno trochę obozowania. Taka relaksująca wycieczka. Nie przewiduję niczego groźniejszego niż zabłąkany niedźwiedź.
Barbarzyńcy westchnęli.
- Szkoda. Ciągle szukamy odpowiedniego daru dla tej pięknej pani, co z nami podróżowała.
Ofun poklepał wojowników północy po plecach.
- Łatwe pieniądze chłopcy. Więc kiedy ruszamy?
- Dziś jak tylko będziecie gotowi. Pięknej pani… jakiej pięknej… aaaa… mówicie o Kaylie?- zapytał gnom drapiąc się po pobródku. - No w sumie jest śliczna zapewne. Nie mnie oceniać urodę dużych kobiet. Nie ta rasa co ja… nie ten rozmiar.-
Machnął ręką. - A co do pięknych pań. Tym razem nie ruszam sam. Córka mojego gospodarza, wyrusza z nami na tą wycieczkę. Zapewne o niej słyszeliście… ma Piwonia na imię i ponoć jak reszta córek Otto jest dobrze znana w mieście. Jako że nasza wyprawa będzie właściwie spacerkiem przez las, zdecydowałem się ją zabrać ze sobą. I jako że jej ojciec jest bardzo bardzo BARDZO opiekuńczy… jej bezpieczeństwo na tej wyprawie to priorytet. Nie ma jej spaść włos z głowy. I trzeba ją traktować z szacunkiem. Inaczej, Otto zrobi mi z tyłko jesień czasów starożytnych, a potem… nie zadowoli się moją zgubą.
Wszyscy pokiwali głowami.
- Znamy panienkę Piwonię. - odparł Inarion - Jakiś powód, że z nami idzie, czy po prostu po znajomości?
- Nudzi się tutaj troszeczkę. A wyprawa jest w zasadzie wycieczką. Połazimy po dziczy. Trochę pokopiemy. Może znajdziemy jakieś skorupy garnków, albo inne pozostałości ekscytujące uczonych. Gnomy słyną z wyrobu biżuterii, ale nie słyną z jej gromadzenia. To domena krasnoludów bardziej. - wyjaśnił Baltizar.
- Tych drugich sporo tutaj. - zauważyła elf - Załadujemy wóz i chyba możemy ruszać.
- No to ruszamy po obiedzie? Z pełnymi brzuchami i pozytywnym nastawieniem… powinniśmy pod wieczór dotrzeć tu. - wskazał palcem gnom. - Wedle mojej mapy jest tam wioska w której możemy zatrzymać się na noc, nim rankiem ruszymy dalej do celu.
Plan został omówiony, cel wyznaczony. Pozostało więc słowa przekuć w czyn i wyruszyć w podróż. Wyprawa pewnie będzie nudna i pozbawiona niespodzianek. Ale Bajarz zawsze cenił nudę i przewidywalność. Niespodzianki ze strony fatum, wedle niego, były zdecydowanie zbyt często przeceniane. Takie historie lepiej się opowiada niż przeżywa. -
Sezon 2.2Kolejna noc. Kolejna pobudka w piwnicy domu Willa. Ann czuła ekscytację. Wszak tyle miało się dziś stać. Miał się zjawić Raze z jej nowym nauczycielem. Wampir który leżał u Garry’ego powinien już dojść do siebie. A przynajmniej być już w stanie odpowiedzieć na pytania. No i jeszcze randka z magiem po północy. Magyiczna randka na której odkryje prawdę o sobie. Ann była tego pewna, mimo wczorajszych prób Vincenta utemperowania jej entuzjazmu. Na razie należało wstać i się przygotować na tę noc i zadecydować na co poświęci się czas. Bowiem na wszystko nocy nie starczy.

Wiliam oczywiście i już wstał i w kuchni bazgrał coś na serwetce. Zapewne jakiś kolejny wiersz. Ann niejasno kojarzyła, że coś tam od czasu do czasu przebąkiwał o wydaniu kolejnego tomiku wierszy. Detal który łatwo potrafił umknąć, bo Toreador na szczęście nie chwalił się kolejnymi poezjami. Ale kto wie co będzie w przyszłości?
Oby nie wieczorki literackie. Telefon w kieszeni caitiffki zadrżał.Wyciągnęła go na wierzch.
SMS od Raze’a.
“Przyjeżdżamy. Przygotuj się.”
Gangrel zjawił się piętnaście minut później. Jego samochód podjechał powoli. Wampir wysiadł pierwszy. Nowy mentor Ann, chwilę później. Opatulony ciężką czarną kurtką mężczyzna był niski i nieco krępy. Ostre rysy twarzy, wątły zarost i przypominające szparki oczy.

Jun Chen czuł się jednak niewątpliwie nieswojo w obcym środowisku będąc wszak daleko od znajomych ulic miasta. Tu nic nie było znajomego. Ściana lasu pośród której kryły się zagrożenia takie jak wilki i niedźwiedzie. I potwory znacznie gorsze od nich, ale tego wiedzieć nie musiał. Obaj mężczyźni ruszyli ku chatce, która mogła się kojarzyć mężczyźnie z horrorami ala “Dom w głębi lasu” i rzeczywiście skrywała w swych pokojach nadnaturalnych drapieżników.
-
Starbase ECHO-1Na Elpis szalały burze. Ich parametry mierzone przez czujniki stacji nie przekraczały pierwszego poziomu alarmowego. Oznaczało to, że osada ludzka przetrwałaby te burze bez trudu w standardowo zbudowanej osadzie. Żadne dodatkowe wymagania związane z budową takiej nie byłyby potrzebne. Także i lot w tych warunkach był możliwy i w miarę bezpieczny. Tak przynajmniej twierdziła Elena. Janos był bardziej sceptyczny. Przyznawał że lot był możliwy, ale bezpieczny… w tej chwili nie. Bez rozbudowanych struktur na powierzchni planety wspierających pilota, wedle Ciarki, tak lot był daleki od bezpiecznego.
Niemniej dla Mikhaila ważniejsza była inna informacja która została dotarła do ECHO-1 dwie doby później. Sygnał informujący, że statek z zapasami przyleci do nich. Statek przewożący jego nowy kombinezon. Niestety, przylecieć miał dopiero za trzy tygodnie. Czy mieli tyle czekać przed kolejną wyprawą do wraku?
Zdecydowanie nie. Tym bardziej, że bez dostępu do planety inżynier i tak nie miał zbyt wiele do roboty.
Korytarz wentylacyjny we wraku.
Wrota się zamknęły za nim. Znowu tu był. To już była jego trzecia wizyta w tym miejscu.
- Nie będę ci mówił jak się zachować. To już rutyna dla ciebie.- w kombinezonie słyszał głos Janosa. - Naprawiliśmy kombinezon, ale wiadomo… naprawiony nie jest tak pewny jak nowy. Jego szczelność wynosi jakieś 98-99%. Nie powinno być problemu, ale… nie ryzykuj. Nie mamy powodu się spieszyć. Wycofaj się, jeśli zauważysz zagrożenie. Na naszej stacji nie ma broni służącej do walki z silnie opancerzonymi zagrożeniami, a szkoda marnować granaty na takie cele. Poza tym…- Janos westchnął.- … jeśli źle ocenisz odległość, systemy kombinezonu mogą wysiąść, a i być może część twoich wszczepów. Granat jest ostatecznością. Najlepiej będzie jeśli nie będziesz miał potrzeby go używać. Uważaj na siebie. Wiesz dobrze, że tam na dole będziesz zdany tylko na siebie.Na siebie i swój sprzęt. Na taran, granat i broń. Oby to wystarczyło. Póki co korytarz się skończył się znajomym rozwidleniem. Czas było podjąć decyzję.
-
Sezon 2.1Powrót do domu był pospieszny, bo musieli zdążyć przed świtem. Potem Ann udała się do piwnicy i ułożyła w swoim legowisku, by znów dać się pochłonąć koszmarom.
Nieprzyjemnym i przerażającym ale w znajomy sposób. I nie zepsuły jej nastroju po pobudce kolejnej nocy. Williama już nie było w jego legowisku i sądząc po odgłosach dochodzących z góry już się obudził. I przebywał w kuchni. Z radia leciała muzyka, a sam Toreador pakował do lodówki worki z krwią.- Śpioch z ciebie.- rzekł na powitanie. - Clyde zdążył już przywieźć nam nowe zapasy.-
Dodał jeszcze wkładając ostatnie woreczki. - Zakładam, że dobrze się wczoraj bawiłaś? Ja też planuję bawić się dobrze.-
Potarł podbródek. - Dzisiaj w nocy nadadzą “Przeminęło z wiatrem”. To mój ulubiony film. A Clark… och… Clark. Mój ulubiony aktor. Szkoda że już nie żyje. Był to bardzo sympatyczny i bardzo charyzmatyczny mężczyzna.-
Spojrzał na Ann. - Może chciałabyś obejrzeć ze… A fakt, nie możesz.-
Zamknął lodówkę. - Masz zadanie zlecone przez Księcia. Wczoraj Larry wywołał awanturę w Róży i pobił innego Kainitę przy okazji demolując bar oraz cóż… naginając zasady Maskarady. Obecnie siedzi w areszcie. Trzeba go stamtąd odebrać i zawieźć do jego warsztatu, gdzie ma przebywać aż do odwołania. Ma areszt domowy, a tej nocy ty masz dopilnować, by wypełnił to polecenie Księcia.- -
Sezon 2.1Koszmary były upiorne. I znajome. Pobudka z nich była szybka i mało wstrząsająca. Myśli Ann przestały zajmowały koszmary. Miracella zadzwoniła z nowinkami. Wspomniała że właśnie ktoś nowy zjawił się w hotelu Lucien S. Beauregard. Pojawienie się tego Toreadora w mieście było samo w sobie ciekawostką. To że jednocześnie nadal była tu Rose, budziło nadzieję na ciekawe spotkanie między nimi.
Coś czego warto było być świadkiem.
Ann dobrze wiedziała że Rose i Lucien się znają. Dobrze też znała reputację Toreadora, nawet jego Primogen wypowiadała się o nim niepochlebnie.
Krótko mówiąc, Lucien był złym chłopcem.
Był też chłopcem światowym. Dlaczego więc zamierzał się zjawić w Stillwater? Co takiego kryła ostatnio ta mieścina, że ściągała znaczące postacie z Dużego Jabłka? Cóż… Ann mogła się tego dowiedzieć jadąc do Róży.
A to nie była jedyna niespodzianka. Ktoś jeszcze był w domu poza Williamem i ghulem Ann. Ktoś słuchający Mozarta w pokoju gościnnym. Ktoś znajomy. Jej znajomy mag Vincent . Siedział tyłem drzwi skupiony na kartach leżących przed nim. Właściwie na jednej z nich. Był zamyślony, zasępiony wręcz. Chyba jej jeszcze nie zauwa…
- Jak drzemka? Wyspałaś się? Oby. Bo myślałem o randce. Co ty na to?- a jednak zauważył bez spoglądania za siebie. Nadal bowiem jego wzrok przykuwały karty. A właściwie tylko jedna z nich. Całkowicie odmienna od reszty i nie pasująca do talii.
Karta nie służąca do gry. Raczej rycina przypominająca ilustrację z renesansowej książki. Rycerz na koniu podążający do zamku .
- Znasz jakieś dobre restauracje w Nowym Jorku? Bo tam się wybieramy. Znasz może… znasz na pewno jakichś miejscowych magów? Bo mam do nich interes i potrzebuję przewodniczki. - mówił żartobliwie ale twarz miał poważną. A Ann zrozumiała się że za randką kryje się interes. No tak, tego można było spodziewać się po Vincencie. Nie był typem romantyka. Nie był też nigdy tak bardzo… zaniepokojony?
Cokolwiek kryło się za tą kartą, wyraźnie wytrąciło go z równowagi.
-
Sezon 2.1Kolejna noc nie zapowiadała się tak ekscytująco. Tym bardziej, że tym razem przyszło jej pracować w sklepiku na stacji benzynowej Larry’ego. Ann za życia miała swoje wyobrażenia na temat wampirzej egzystencji. Siedzenie za ladą i zabijanie czasu słuchaniem radia do nich nie należało. Nocny drapieżnik sprzedający łakocie i alkohol w prowincjonalnym sklepiku? Nie spodziewała się takiej sytuacji w swoim nowym “nieżyciu”.
Wczorajszej nocy walczyła i polowała. Teraz… najpierw był jakiś redneck płacący za paliwo i narzekający na jego cenę. Obecnie cycata grubaska z dużym dekoltem, uważająca się za bardziej atrakcyjną niż była w rzeczywistości, robiła duże zakupy i wykłócała się o drobnostki. Ann wręcz kusiło by batoniki Marsa wepchnąć jej w gardło i patrzeć jak się krztusi i dusi. Ale nie mogła. Larry by tego nie popierał, a szeryf potępił. Prawa Maskarady należało uszanować. Nawet jeśli Bestia w jej krwi domagała się bolesnego zgonu tego pyskatego babsztyla.
No i… byli świadkowie. Jakiś brodacz przypominający kanadyjskiego drwala ustawił się w kolejce za babsztylem. A po nim znudzona prawniczka, której skończyły się papierosy.
Gdy wreszcie odprawiła całą tą gromadkę mogła wreszcie odsapnąć.
Tyle czasu spędzonego na duperelkach godnych śmiertelników. Nie powinna mieć ghuli służących do takich trywialnych zadań? Do zarabianie pieniędzy na jej wygodne życie?
Miała jednego. I okazywał się niespecjalnie użyteczny jeśli chodzi o kwestie finansowe. Bądź co bądź nim go spętała swoją krwią, był “niebieskim ptakiem”. I uzależnienie od niej nie uczyniło go bardziej pracowitą osobą.Te jej rozmyślania przerwał dźwięk telefonu. Ann sięgnęła po niego i zerknęła. Miracella dzwoniła.
- Hej. Myślałam, że chciałabyś wiedzieć, że twoja znajoma właśnie zjawiła się w Róży. Lukrecja nie wie czemu i bardzo to ją męczy.- rzekła na wstępie tłumiąc śmiech.- Moja pani nie lubi takich sytuacji.-
Ann… długo nie odpowiadała, więc Miracella zapytała. - Hej… jesteś tam?-
- Jestem.- mruknęła Ann wpatrując się niepozorną karteczkę leżącą na blacie obok kasy. Kto ją tu zostawił? Kiedy?
Niby nic niezwykłego. Ot kilka liczb, kilka liter.
Koordynaty. Współrzędne geograficzne.
Ann uważnie patrzyła w karteczkę, z jakąś niechęcią ogarniając też sprawę z Miracellą.- Ta? A która znajoma? Mam ich trochę. - mruknęła.
- No wiesz… ta z naszej wyprawy do miasta. Ja, ty i Clyde?- odparła młoda Ventrue.
- A co w sumie robi? - zapytała kręcąc bączka pojedynczym cukierkiem na ladzie - Po prostu tam jest i z tego powodu Lukrecja ma stres?
- Pupilka szeryfa przyjechała do miasta i Lukrecja nie wie czemu. Powiedz mi czemu Lukrecja nie miałaby powodu do stresu?- spytała retorycznie Miracella.- Myślałam, że może przyjechała do ciebie? Może jakoś się zgadałyście na spotkanie? Obecnie relaksuje się w loży. Zamówiła pokój na dwie noce.
- Nie jestem jej przyjaciółką, po prostu się znamy. - stwierdziła bezklanowa, jednocześnie próbując sprawdzić na komórce gdzie są te koordynaty - Nie podejmowałaś z nią rozmowy?
- No.. nie mogę teraz. Stoję przy barze.- przypomniała jej Miracella, podczas gdy Ann spoglądając we własną komórkę namierzyła obszar na google maps. Był to teren należący do miejscowej kopalni i Google nie miał zdjęć tego miejsca.
- Jakiś ghul powinien robić robotę, nie ty... - westchnęła ciężko, chowając do torby kartkę - Przyjadę.
- Eeem… jestem prawą ręką Lukrecji. Gdybym zrzuciła swoje zadanie na kogoś innego, uznałaby że nie doceniam zaufania jakim mnie obdarza. - wyjaśniła Miracella.
- To tylko bar w pipidowce... - westchnęła - Nie wiem co sobie roi Lukrecja, ale na pewno zdjęcie na ghula zadań nalewacza drinków nie powinno być ciosem w jej ego.
- To coś… więcej. Barmanka nadzoruje sytuację na sali. Pilnuje nie tylko drinków, ale i klienteli. Zarządza resztą ghuli. - wyjaśniła Miracella. - W Róży barmanka ma nie tylko obowiązki, ale i władzę.
- Władzę? W Stillwater? Chyba naprawdę do minimum zmniejszyła swoje wymagania…
- Nie ma za wielu Kainitów w Stillwater. Teraz może rządzić jednym Ventrue.- odparła żartobliwie Miracella.
W Róży było kilkanaście osób. Paru miejscowych, paru przejezdnych. Była ta prawniczka którą Ann obsłużyła. Ćmiła papierosy przy barze i zerkała na komórkę, zapewne czatując. Teczkę z dokumentami ustawiła obok siebie. Był też Clyde i najwyraźniej zerkał w jej kierunku. Problem w tym, że postawa owej kobiety i spojrzenie przypominało Ann Lukrecję i Nadię. A te potrafiły usadzić Clyde’a wzrokiem. I tej kobiecie też się to udawało.
Eeeech… Clyde jako Brujah był porażką. Pasowałby bardziej do bezklanowców kręcących się po ulicach Nowego Yorku. Z uwagi na liczną populację śmiertelników byli oni “tolerowani” tak długo jak nie zwracali na siebie uwagi. Bydła było wystarczająco w jednej z najliczniejszych metropolii świata. Musieli tylko nie wchodzić na tereny Gangreli i unikać łapanek Brujah i… jeśli mieli szczęście (tak jak Ann) znajdowali jakieś protektora. Jeśli mieli szczęście (tak jak nie Ann) to protektor okazywał się członkiem klanu Toreador lub Ventrue.
Clyde miał dużo szczęścia. W Nowym Yorku nie dożyłby roku, nawet będąc klanowcem. Brujah pod rządami Grozy nie tolerował mięczaków w swoich szeregach.O dziwo… była też i Nadia, skryta w kącie i zajęta gapieniem się laptopa i popijaniem Krwawej Mary. Co też wyciągnęło Tremere z jej jaskini? Musiało to być coś poważnego.
Nadia przecież unikała opuszczania podziemi swojej biblioteki. I skoro przybyła z laptopem, to znaczy że została niechętnie oderwana od pracy. Pytanie tylko przez kogo i z jakiego powodu.No i w końcu były tu też, Miracella za barem i Rose Wilmowsky przy stoliku. Przyboczna Markusa nie promieniowała autorytetem. Strój typowy dla turystki, flanelowa koszula i jeansy, również podkreślały, że Rose jest poza swoją strefą komfortu. Zerkała co chwilę na smartfona i rozglądała się niepewnie. Zachowywała się jakby była na randce w ciemno i potencjalny partner się spóźniał. A może partnerka? W sumie to Ann nie znała preferencji łóżkowych Rose. A zgon dodatkowo tłumił skutecznie libido. Czasami dość szybko, czasami dłużej… jak u Clyde’a. Niemniej Rose nie wyglądała na świeżo przemienioną Kainitkę, była niewątpliwie starsza od Ann.
-
Sezon 2.1Pobudka w nowym miejscu z nową osobą. Miracella była śliczniutka. Kusiła swoim negliżem okrytym koronką. Gdyby Ann była facetem, albo… gdyby przynajmniej była żywa, to mogłaby uznać za wyjątkową szczęśliwą osóbkę. Ale serce Ann już nie biło. I mogła jedynie okiem artysty ocenić piękno leżące w jej łóżku. Po czym rozejrzeć się dookoła i przypomnieć sobie gdzie była i dlaczego. Zaczynała się nowa noc na którą w zasadzie nie miała żadnych konkretnych planów.
Okazało się jednak, że ktoś inny takie plany miał. I to wobec niej.
Larry siedział się przy barze, w skórzanej kurtce i z papierową torbą leżącą na barze obok niego. Na widok Ann uśmiechnął się szeroko. Ale nie był to szczególnie przyjazny uśmiech. Bardziej podstępny?
Gestem zaprosił caitifkę do siebie. A gdy była bliżej, rzekł.- Mamy sprawę do omówienia. W końcu jesteś mi coś winna za rozwalenie bryki, nieprawdaż?
Ann stanęła obok wampira i skrzyżowała dłonie na piersi z niezadowolonym wyrazem twarzy.- Ja niczego nie rozwaliłam. Ja uciekałam od tego co rozwaliło. - zaprotestowała.
- Pozwoliłaś zniszczyć moje autko. Jesteś mi coś winna. Nie martw się, spodoba ci się spłata długu. Mam nawet dla ciebie prezent.- podniósł i podał jej papierową torbę.Dziewczyna spojrzała niepewnie na Larry'ego.
- Bo płakałeś przez te zniszczenia. - spojrzała na trzymaną torbę - Spodoba... z w twoich ust brzmi to... Niepokojąco. - powoli uchyliła torbę by zajrzeć do środka.
- Marudzisz.- skomentował Brujah, podczas gdy Ann zajrzała do środka torby i zobaczyła… ciuchy. Jeansowe i skórzane. Jakąś koszulę obcisłą z flaneli, jakieś “podarte” tu i tam jeansowe spodnie. Skórzaną obcisłą kurtkę jakby z reklamy piwa dla mężczyzn. Szalik. Sama torba była zbyt ciężka jak na same ciuchy. A Ann dostrzegła nawet kozaki na wysokim obcasie. Ogólnie ubrania jak z męskiej fantazji o dziewczynie harleyowca.
- Mam nadzieję, że będą pasować. Masz wyglądać jak naiwna zdzira która leci na motocyklistów. I która cyckami odciąga uwagę od tego co ma ukryte za plecami. - wyjaśnił Larry.
- Dzięki, że uznałeś, iż pasuję do roli... - stwierdziła z przekąsem - Aż przypominasz mi innego dupka z radością poniżającego mnie... - westchnęła wspominając ubranie pokojówki - Mam nadzieję, że to ma więcej na celu poza poniżaniem?
- Ma ci ułatwić przemycenie pistoletu, byś mogła pierwsza strzelić, ot co. - wzruszył ramionami Brujah.- Rzecz w tym, że jakiś czas temu nawiązałem interesy z Wenezuelczykami. Zwą się anakondas, albo żakarakas albo… jakaś tam wężowa nazwa. Zaczepili się w Nowym Jorku i rozkręcają narkotyczny biznes, bo mają dobrych dostawców i tanich. Zakładam że dzięki wtykom w skorumpowanej policji. Bowiem tamten kraj się wali na pysk. Póki co działają samodzielnie i uniknęli wchłonięcia przez Kolumbijczyków. Póki co…- wzruszył ramionami po chwili kontynuując wypowiedź. - A więc ci nowi chłopcy na dzielni zamówili u mnie broń, dostarczyłem. Zapłacili i zamówili znów i… przy drugiej dostawie zaczęli narzekać na jakość towaru i marudzić. Dziś po północy mam się z nimi spotkać i z tego co mówią moje wtyki w mieście, chcą mnie przykładnie ukarać, by pokazać że są twardzi i nie warto lecieć z nimi w kulki. I wybrali mnie na tą pokazówkę. Duuuży błąd.- uśmiechnął się złowieszczo Larry.- Skoro szykują na mnie pułapkę, to ja w nią wpadnę i wybiję ich prawie co do nogi. Niemniej skoro to pułapka, to potrzebuję kogoś kogo nie będą podejrzewać, że umie strzelać i będzie miał z czego. Pamiętaj, że to są śmiertelnicy nieświadomi istnienia Kainitów, a ja muszę zostawić jednego przy życiu… żeby wrócił do swoich szefów i powiedział im, że ugryźli więcej niż byli w stanie przełknąć.
- Mając ciebie to będzie trudne zostawić jednego przy życiu... - westchnęła.
- Poradzę sobie.- machnął ręką Brujah.- Trudniej będzie udawać że mogą zrobić mi krzywdę. Pistolety, karabinki AK czy Uzi. Trzeba się naprawdę postarać żeby mogły nas zranić. Broń małokalibrowa nie bywa problemem. O ile nie mają śrutówek lub czegoś z większym kopem, możesz nawet nie zauważyć gdy cię postrzelą.
- Wystarczy by tylko ten jeden nic nie widział. Reszta i tak zdechnie. - wzruszyła ramionami.
- Za dużo… komplikowania. Lepiej po prostu udawać “śmiertelników”. - machnął ręką Brujah.
- Niech ci będzie... - burknęła zirytowana.
- Jak chcesz się upewnić, że wybrany przez ciebie ludzik nie zobaczy niczego podejrzanego podczas, gdy na pozostałych się wyżyjemy. No powiedz. Oświeć mnie.- odparł prowokująco Larry.
- Pójdzie za cizią Larry'ego na ruchanko, a zamiast niego zobaczy gwiazdy i będzie spał. - przewróciła oczami.
- To nie tego rodzaju spotkanie. Nie będzie okazji na skok w bok.- wzruszył ramionami Larry.
- Jesteś nudny, jak Ventrue, szok. Wielki Larry Dukes trzęsie portkami przed zasadami! - drażniła się z nim.
- Te zasady niestety nie mogą być złamane.- wzruszył ramionami Dukes.- Dziś je złamiesz, jutro będziesz martwa. Może zabije cię nasz szeryf, może twój Toreador, może zabójca z Nowego Jorku. Niemniej ktoś cię zabije. I mnie też… i nie da nawet szansy na walkę. Łapy Księcia sięgają zaskakująco daleko, ale szeryf jego jest zaskakująco dobrze poinformowany. Widziałem już takich łamaczy zasad w moim klanie… i ich głowy odcięte od tułowia.Spojrzał na Ann uśmiechając się. - Poza tym… rzeź śmiertelników bywa nudna bez ograniczeń. Gdzie tu wyzwanie?
- Myślałam, że chociaż ty rozumiesz. - mruknęła - Śmiertelni są słabi. My jesteśmy silni. To z zasady daje nam prawa nad nimi. - wypowiedziała grobowo.
- Oj tam. - machnął ręką Larry.- Wątpię by Latynosi pojęli sugestię za pierwszym razem. Pewnie przyślą grupę odwetową, a tych…- uśmiechnął się złowieszczo. -... cóż, nie zamierzam ostrzegać ich dwa razy, więc kolejną grupkę można wybić w całości i bez zabawy w przedstawienie.
- No dobra... - burknęła trochę jak dziecko, któremu odmówiono czekolady przed obiadem.
- Ok… no to skocz do pokoju, przebierz się… a i jeszcze to…- dodał sięgając do kieszeni i wyciągając paczkę gum. - Głupie siksy żują gumę, umiesz robić balony?
- Kiedyś umiałam.
- To sobie będziesz miała okazję przypomnieć sobie. Czekam w aucie.- dodał Larry z uśmiechem wstając od baru.
Brujah czekał na nią w starym vanie, zupełnie “przypadkowo” łatanym tu i ówdzie grubymi stalowymi płytami. Wyglądał jak gruchot, ale… jakoś te łaty przyspawane zostały w kluczowych miejscach osłaniając silnik i bak paliwa.
W vanie był i on i jego dwaj podwładni siedzący z tyłu. Uzbrojeni w sztucery myśliwskie z wojskowymi lunetami. I milczący, jak zawsze zresztą.- Nieźle wyglądasz. - skomentował jej wygląd Larry.- Znalazłaś prezent na dnie.
Ann skinęła głową. Znalazła. Pod ciuchami i butami był prezent, duży pistolet z wygrawerowaną czaszką na rękojeści.
- Schowaj go dobrze i użyj gdy przyjdzie czas. Gdy zagwiżdżę. Strzelając trzymaj obiema dłońmi. Mocno kopie, co może cię zaskoczyć zanim się przyzwyczaisz. - wyjaśnił Larry ruszając. Uśmiechnął się. - To Latynosi z prymitywnego kraju. Nie doceniają kobiet, więc nie powinni się spodziewać, że potrafisz walczyć. Da ci to przewagę… przez pierwsze pięć minut. Potem zaczną strzelać…-
Jechali dalej, a Larry mówił.- … Wenezuelczycy na szczęście dostali ode mnie uzi i inną małokalibrowe zabawki. Bolesne dla śmiertelników, ale niegroźne dla nas…-
Powoli dojeżdżali na miejsce, gdy Larry kończył swój wykład.- …Takie laski jak ty widzieli oni w telewizji. Nie mają pojęcia o prawdziwych harleyowcach więc graj na stereotypach. Głupia lalka żująca gumę, która niemal wiesza się na swoich facecie i dumnie prezentuje cycki. Skup ich wzrok na nich, a nie zauważą pistoletu którego w nich wycelujesz.-
Zatrzymał się przed złomowiskiem i Luc z Bobem wysiedli by udać się poprzez śnie w kierunku ogrodzenia.
A Larry uruchomił silnik dodając z uśmiechem. - Przedstawienie czas zacząć.-
Cmentarzysko samochodów na pustkowiu.
https://imgbb.com/
Tym było tutejsze złomowisko. Całą przestrzeń dookoła wypełniały wraki aut pochodzące z ostatniego pięćdziesięciolecia. Nikt tego nie pilnował, nikt chyba nie musiał. Wszystko co było coś warte z tego złomu, już dawno zabrano.
Było tu cicho i upiornie. Było tu złowieszczo.
Idealne miejsce na “randkę” z Wenezuelskimi gangsterami. Czekali na nich w środku złomowiska. Trzy chevrolety w tym jedno camaro. Sześć osób. Mocno opatuleni z uwagi na panujące zimno i pewnie deczko wkurzeni. Ann nie mogła dojrzeć za wiele z powodu ich puchowych kurtek. Dostrzegała jedynie śniadą karnację, krótkie wąsiki bródki oraz fragmenty tatuaży na twarzach… głównie napisów.- Ok… zabawę czas zacząć. - Larry rzekł ze złowieszczym uśmiechem.
-
Sezon 2.1Powrót do Stillwater był nieco kłopotliwy. Wszak wracała we wraku, z porozbijaną przednią szybą, pełnym wgnieceń i z dziurą w dachu. Autko pożyczone od Larry’ego powracało do niego w stanie niezbyt idealnym. I jazda nim nie była przyjemna, nawet jeśli nie odczuwało się zimna wywołanego dodatkową “wentylacją”.
Niemniej po dość długiej drodze wampirzyca w końcu dotarła do celu. Do siedziby Williama. Powitały ją oczywiście psy jego, obwąchując podejrzliwie jej auto. Toreador wyszedł z domostwa by ją powitać i pierwsze co padło z jego ust to.- Coś ty zrobiła z autem Larry’ego? Nic ci nie jest?
Ann westchnęła teatralnie wychodząc z auta.
- No wiesz? Auto traktujesz jako ważniejszy niż moje zdrowie? - zakryła serce dłonią jakby to ją ubodło - Zawiodłam się na tobie…
- Gdyby coś tobie się stało, La Bella by mnie poinformowała zawczasu. - przypomniał jej Blake. - Inną sprawą jest reakcja Larry’ego na ten widok. Bywa wybuchowy.
- Zostałam wplątana w sprawy magów. Porwano mnie i zmuszono do uratowania tyłka jednego z nich, walcząc z dziwnie silnymi przeciwnikami. Larry zrozumie jak to była walka. - odparła.
- Oby…- westchnął Toreador.- Ale i tak będzie zły. Nie miał okazji do rozbijania głów ostatnio.
- Jasne, jasne... Może poproszę Joshuę, aby ze mną pojechał.
- Ja też mogę.- odparł William otwierając drzwi do domu. - Ale to raczej Larry przyjedzie tu.
- Och. Dziś go się zaprosi? - Ann weszła do domu.
- A chcesz dziś?- zapytał Toreador i znów spytając zamykając za nimi.- Jak ci się podobało przyjątko?
- Dziś byłoby najlepiej. Lepiej szybko oderwać plaster niż męczyć się z nim dłużej. - machnęła ręką - A przyjątko było... Za wysokie progi dla mnie. Ale już wiem, że twój Klan ma problem z wysłaniem kogoś do nas na polowanie.
- Doprawdy? Ostatnie pokolenia Toreadorów nie nadają się na łowców?- zdziwił się William i uśmiechnął krzywo.- Staram się udawać zaskoczonego tymi wieściami.
- Czyli sądzisz, że Elena nie wyśle zupełnie nikogo?
- I w ten sposób wystawi na pośmiewisko swój klan? Wątpię.- wzruszył ramionami Kainita.- W ostateczności… Elena potrafi zabijać wampiry.
- Chyba nie sądzisz, że Primogenka sama pójdzie? - zdziwiła się Ann.
- Nie. Nie sądzę.- przyznał Blake i spytał.- Na kolejne przyjęcie też planujesz się udać?
- Może tak, może nie... Zobaczę co się będzie działo. Może prędzej mnie Larry zabije? - parsknęła.
- Może…- przyznał ze śmiechem William i zapytał, gdy doszli do salonu. - Chcesz się napić?
- Kogo masz? - zapytała rozglądając się po salonie.
- Lodówkę w kuchni. - Toreador nie zmienił swoich nawyków.
- Nie wiesz co tracisz. - pokręciła głową - Zawsze byłeś taki prawiczek?
- Oczywiście że… upuszczanie krwi jest praktyką znaną od czasów średniowiecza, ale nie było popularne nawet wtedy wśród wampirów. Przez wiele lat żywiłem się… jak ty… - wyjaśnił William. - Znam pokusę i czuję ją każdej nocy, ale szlachetność rozwija się poprzez opanowanie swoich popędów, a nie uleganiu im.
- Świątobliwy się zrobiłeś na stare. - westchnęła.
- Dla nas są tylko dwie drogi. Ta którą podążam ja i… cóż… koniec drugiej drogi omal nie zabił Larry’ego i ciebie. - wyjaśnił melancholijnie Toreador.
- Co? - zdziwiła się nie rozumiejąc - Jakie drogi?
- Nie jestem… odpowiednią osobą by to tłumaczyć. Tym bardziej, że… nieważne.- Kainita usiadł w fotelu.- Ostatecznym twoim celem… celem każdego z nas jest uwolnienie od niższych instynktów… od Bestii w nas. Nazywamy ten stan Golkondą.Ann patrzyła zdziwiona.
- Ale... Nie widziałam innego, który by jak ty nie chciał jeść z ludzi. Czyli chyba nie każdy ma to za ostateczny cel.
- Większość… -westchnął Toreador.- … jest skupiona na tym co na zewnątrz, na potędze jaką daje krew, na ambicjach, na wspinaniu się po drabinie społecznej. Ale ja jestem stary, bardzo stary i miałem czas przemyśleć. Zresztą… Joshua też rzadko pije bezpośrednio z ludzi.
- Jesteście naprawdę dziwni... Tyle cierpienia i nic w zamian? Nawet Joshua? Sabat chyba tak nie robi.
- Dlatego, że nie jesteśmy Sabatem. I nie chodzi o cierpienie, tylko o wstrzemięźliwość i hartowanie ducha, ale… najmłodsze pokolenia są na to zbyt miękkie. Zwłaszcza Toreadory.- odparł ironicznie William.
- Mówię o cierpieniu Przemiany i istnienia jako wampir. Dlaczego odmawiać sobie po wszystkim co się przeszło? Szczególnie, że dajemy ludziom przyjemność wcale ich nie musząc krzywdzić. - Ann nie zgadzała się z podejściem Williama - Żywienie się ciepłą, żywą krwią daje poczucie bycia żywym samemu. - dodała z lekkim rozmarzeniem - Zapełnia pustkę w istnieniu.
- Jestem stary Ann. Picie krwi z żywej osoby nie czyni mnie już “żywym”. Wspomnienia całkiem wyblakły. - wzruszył ramionami Blake.
- To skąd czujesz radość?
- Z poezji, jej czytania i pisania. Z pięknych… widoków.- odparł z uśmiechem William.- Mam szczęście być częścią bardzo uduchowionego klanu.
- Ja czuję radość... Z krwi. Ludzi czy nawet naszej. W tym są uczucia.
- Jesteś młoda, to typowe.- odparł wymijająco William.- Nie mierz jednak innych swoją miarą, zwłaszcza starszych Kainitów. Długie życie i akumulacja doświadczeń zmienia nas… oddala od człowieczeństwa. W tym też tkwi zagrożenie, a Bestia w nas tylko czeka na chwilę nieuwagi.
- Wątpię by Książę tak istniał.
- Nie daj się zwieść pozorom. Sybaryci i hedoniści nie mają długich żywotów. Uleganie namiętnościom kończy się wieczną śmiercią. Może i Książę nie żywi się krwią z woreczków, ale też nie traktuje swoich posiłków jako okazji do zażycia szczęścia. Jedzenie jest tylko jedzeniem.- wzruszył ramionami Wiliiam. - Poza tym nie jestem tu po to by narzucać ci punktu widzenia… nie spodziewaj się jednak tego, że będę twój podzielał.
- Nie spodziewam się. Tylko tak szczerze dziwię się.
- A nosferatu infopir cię nie dziwił ? - zaśmiał się William i dodał. - Pójdę zadzwonić do Larry’ego. Powiadomię go, że może wracać po swój wozik. I że nie jest on w idealnym stanie.
- I żeby wziął coś na uspokojenie?
- Coś w tym stylu…- odparł ze śmiechem Toreador. Zadzwonił i rozmawiał chwilę cicho. Po czym zakończył rozmowę z wyraźnie zakłopotaną miną.
- Larry… jest w Róży… Jest na spotkaniu z Joshuą i Garrym. W ważnej sprawie o której nie zostałem poinformowany. - rzekł nieco grobowym tonem.
- Co? - zdziwiła się -Nie wiedziałam, że to w ogóle możliwe. Co odwala Joshua?
- Nie wiem… zobaczymy. - odparł William.- Może nic, może… cóż… zobaczymy.Westchnął. - Ostatecznie to on jest księciem. Jedziesz ze mną?
- Przecież chyba nie sądzisz, że bym cię zostawiła. - odparła chwytając go za ramię.

Do siedziby Lukrecji przyjechali się autem Williama. Po wejściu przy barze zauważyli Nadię pijącą “trunek” i rozmawiającą z “mów mi Jackie”, różowowłosą Kainitką, która od czasu do czasu grała w klubie Lukrecji. Rozmowa wydawał się je zajmować na tyle, że nie zauważyli wkraczającej pary.
Blake zresztą nie tracił czasu na kurtuazję, tylko od razu udał się na zaplecze hotelu. Ann pozostało zrobić to samo. Zaczynała zresztą doskonale orientować się w labiryncie korytarzy który wypełniał ten hotel. Zadziwiające jak skomplikowany był jego plan… z pozoru niepotrzebnie, acz może w ten sposób Lukrecja chciała utrudnić życie potencjalnemu zabójcy?
Wkrótce dotarli do pokoju z którego słychać było odgłosy rozmowy. I głosy zarówno Garry’ego jak i Joshui.- To jak sądzisz? Jakie są jego plany? Jakie kroki podejmie?- pytał Książę.
- To ciężka sprawa. Sam rozumiesz… nie siedzę w jego głowie.- przyznał Gangrel.
- Ale znasz go najlepiej z nas.- westchnął Smith. A wtedy William wkroczył do środka, z caitifką tuż za plecami.
- Przeszkadzam w czymś?- zapytał kurtuazyjnie Blake rozglądając się po pomieszczeniu. A następnie przyglądając się Joshui, Garry’emu i wyraźnie znudzonemu Larry’emu.
- Ależ skąd, ani trochę.- odparł Joshua zaskoczony widokiem Toreadora i Ann.
- Coś się stało?- zapytał książę Stillwater. -
Sezon 2.1Ghule Larry’ego przywieźli auto dla Ann na lawecie. Nie była to klasyczna limuzyna, ale niewątpliwie luksusowe auto. I bladoróżowe. Różowy cadillac. Autko dla Barbie. Larry miał poczucie humoru.-|
A William miał opatrunki. A to już było niepokojące. Zazwyczaj bowiem ciało wampira goiło wszystkie rany jakie Kainita zaznał poprzedniej nocy. Zazwyczaj.
Tym razem na bladym ciele William widoczny był solidny opatrunek, lekko czerwony w okolicy rany.- Nie martw się. Rana jest mniejsza niż wczoraj.- pocieszał ją Toreador. I może miał rację. Ale nadal była i Blake z niej krwawił.
Niemniej Ann nie mogła zająć się tą sprawą w tej chwili. Miała samochód, miała zaproszenie, miała kieckę. Nie mogła przegapić okazji. Nie mogła też tracić czasu. Noc nie trwa wiecznie.

Impreza odbywała się w galerii sztuki należącej do La Belli. W części w której to Primogenka prezentowała swoje ulubione dzieła swoim podwładnym. Bo Ann szybko zorientowała się że na tym przyjęciu są przede wszystkim wysoko postawieni Toreadorzy i może Ventrue. Na szczęście Raze też tu był, jak zwykle w roli ochroniarza. Był jedną z niewielu twarzy które tu znała, gdy przechodziła przez to targowisko próżności. Byli tu piękni mężczyźni i zjawiskowe kobiety. Creme de la creme nowojorskiego klanu Toreador. Ann wśród tej obfitości smakołyków, dość szybko wypatrzyła najbardziej z nich obiecujący… nie tylko delikatnością urody przypominał Williama, ale i też jego strój świadczył o nieco większej fantazji.-|
Kiedy już skończyła się wpatrywać w niego jak w obrazek, ku swojemu zaskoczeniu, zauważyła że na przyjęciu jest jeden z braci Giovanni. Ten który nie zginął w Stillwater, albo jego kolejny “krewny”. Bo przecież mogło być ich więcej niż dwóch. Co ów przedstawiciel tego klanu robił na tym przyjęciu?
Nie miała okazji o tym pomyśleć, bo nagle zjawiła się Elena Belle Dubois ubrana w klasyczną małą czarną i naszyjnik z pereł.- Ach tu jesteś moja droga. William nie skorzystał z okazji by się zjawić?- rzekła ciepło na powitanie i dodała cierpiętniczo. - Szkoda. Wojownicy są zawsze w cenie, nawet ci emerytowani.-
Przesunęła ręką po zgromadzonych osobach w galerii.
- Oto elita klanu Toreador w Nowym Jorku. Zbieranina… mięczaków. Niestety wielu starszych z mojego klanu gryzie już glebę. Ci których tu widzisz są słabi. Świetni w pogaduszkach, w prezencji i olśniewaniu. Ale na widok napastników będą uciekali jak banda dziewic na widok golasa.-
Westchnęła znów ciężko. - Nie udało mi się odbudować potęgi militarnej, za bardzo polegałam na rudej.-
|-Wskazała palcem jednego z wampirów.- Spójrz na niego. Baltazar Cocteau od pół roku knuje i spiskuje… od pół roku planuje intrygę przeciw jednemu z moich doradców. I co z tego? Ostatecznie my jesteśmy drapieżnikami, a nasze spiski to nie gra w szachy. Na końcu trzeba będzie rzucić się do gardła przeciwnika. Myślisz że Baltazar ma dość jaj by wyrwać zębami tchawicę innego wampira ? Nie sądzę.- pokręciła głową .- Te tutaj… są zbyt cywilizowane… draugi ich zjedzą. A ja nie mam zbyt wielu wojowników, a ci których mam… nie są godni zaufania, a skoro już mówimy o niegodnych zau…- przerwała i zwróciła się głośno do podchodzącego do nich znajomego Ann Kainity.-|
- Lucien, jak miło cię widzieć.- rzekła na powitanie.- Ann… poznaj Luciena S. Beauregarda, mojego dobrego przyjaciela i… wielce użytecznego wampira, jak zwykł o sobie mówić.- -
Sezon 2.1Koszmary były codziennością, gdy zamykała swoje oczy. Koszmary były czymś do czego przywykła, gdy przebywała w swoim… leżu. Były jednak też dobrze jej znajome jeśli chodzi o temat. Powtarzalne i rutynowe.
Nie ten.https://www.youtube.com/watch?v=uYnCPLTSaps
Zanurzona cała w wodzie… unosząca się jak utopiony trup. I tak samo bezwładna. Nie mogła się ruszyć, nie mogła powiedzieć. Próbowała, krzyczała nawet, ale woda wypełniająca jej płuca tłumiła wszelkie dźwięki. Nie wiedziała jak głęboko jest. Nie widziała powierzchni, tylko ciemność. Może była noc, a może na tę głębokość światło już nie docierało.
Słyszała dźwięki, ni to mowę, ni to muzykę. Coś mówiły jej, coś ważnego… gdyby rozumiała ten “język”. Była jednak pewna, że coś… coś się… zbliżało.
Istota była gigantyczna… Ann nie była nawet w stanie dostrzec całej jej sylwetki.
|-Wielka pseudo-ryba z mackami i łapami zbliżyła się do niej. Trzymała coś w jednej macek… “mówiła” tą dziwną melodią, wskazywała na grawerowany kamień? Obelisk? Totem?-|
Ale przecież Ann nie wiedziała o chodzi? A nawet gdyby wiedziała, to nie potrafiła odpowiedzieć.
A potwór wydawał się coraz bardziej poirytowany? Jej brakiem reakcji? Potrząsał energicznie kawałkiem rzeźbionego kamienia, aż w końcu w nagłym ruchu… “zaatakował”. Choć właściwym określeniem byłoby: Połknął Ann jak małą frytkę!
Teraz naprawdę znalazła się w czarnej mrocznej czeluści, w której zginie!
Obudziła się nagle… ale i później niż powinna. William już się obudził dwie godziny temu, a i Joshua też się obudził i zdążył nawet przyjechać. Rozmawiał z Toreadorem o tym co się wydarzyło w Nowym Jorku. Mina księcia była kwaśna.
- Więc to jego plan. Grupki konkurujących ze sobą łowców, którzy oficjalnie będą współpracować.- podsumował na koniec. - Ryzykowny.-
- Mimo wszystko to nie sfora Sabatu. Nie planują jego obalenia, tylko polują na jedzenie. Są sprytniejsze niż zwykli Kainici opanowani przez Bestię, ale to nadal tylko drapieżniki.- rzekł William popijając “winko”. - Uznał, że szeryf za bardzo by się wzmocnił realizując swój plan, więc użył Primogenów przeciw niemu. Jestem pewien że odpowiednie ploteczki trafiły do odpowiednich uszu przed całym zebraniem.-
- Żeby tylko ta “polityka” nie zagroziła całym łowom.- stwierdził Joshua i potarł czoło.- Znaleźliśmy trupy w lesie… wyssane do cna i z poodrywanymi głowami. Profesor i studenci z Nowego Jorku którzy zrobili sobie nielegalne nocowanko. Amatorzy gwiazd… sądząc z porozrzucanych teleskopów. -
- Papa Roach proponował wypuszczenie Barabasa.- wtrącił cicho Toreador, wywołując odrazę na obliczu Joshui.- Chyba się nie zgodzili?-Zaśmiał się Toreador.- Nie… trzeba przyznać że Papa Roach potrafi im napędzić stracha.-
- Wysłannicy Księcia wrócili do Nowego Jorku, ale Piękna wspomniała, że jeszcze tu wrócą… w ramach współpracy.- westchnął Joshua.
- Węszyła za Ravnoską?- zapytał Toreador.
- Nadia twierdzi że nie. Że ona i jej Gangrel zachowywali się grzecznie w mojej domenie.- odparł książę.
- Coś jeszcze nowego?- zapytał William.
- Nadia się cieszy z nowych map kopalni. Lukrecja zaczyna się nudzić… Larry narzekać… wszystko po staremu. - ocenił książę.
- Nadal penetrujecie szyby?- zapytał Blake.
- Dla zabicia czasu bardziej niż w nadziei na sukces. - potwierdził Joshua. - Poza tym Larry potrzebuje zajęcia, by… nie wpadać na głupie pomysły.-
- Takie jak szukanie pomsty na draugach?- zapytał retorycznie William.
- Tak… i to pewnie w pojedynkę.- Joshua zaśmiał się i obaj Kainici zauważyli wchodzącą do kuchni Ann.
- Dobrze się baw…- nagle komórka szeryfa zadzwoniła, ten odebrał. - Słucha… hallo… przerwało połączenie.-Westchnął i rzekł do obojga.- Skorzystam z twojego telefonu William, zaraz wracam.-
-
Sezon 2.1William podszedł do Ann i odciągnął ją od jej rozmówcy. Nudnego acz przystojnego ghula… być może kolejnej przekąski tej nocy.
- Już czas na nas.- szepnął do jej ucha. Rzeczywiście chyba nadszedł już czas. Primogeni tak jakby się ulotnili z przyjęcia, zapewne do jednego z dyskretnych pokoi konferencyjnych. Bowiem sama impreza była zasłoną dymną dla samego spotkania.
Toreador ruszył przodem doskonale wiedząc gdzie idzie. Zapewne było to dla niego coś rutynowego. Tym razem zagłębili się bardziej w labirynt korytarzy wieżowca, klucząc pomiędzy nimi. William wydawał się wiedzieć gdzie idzie, niemniej Ann straciła poczucie kierunku. Była jednak pewna, że zdecydowanie się oddalili od przyjęcia. Nie słyszała już ani muzyki, ani rozmów gości.
Za to zaczęła zauważać dużo mężczyzn i kobiet stojących parami z lustrzankami na obliczach i w garniturach.
Toreador dotarł do drzwi nie wyróżniających się spośród innych. Tych jednak pilnowała Rose.
Wampirzyca skinęła głową i oboje weszli do środka.
Pomieszczenie było ciemne. Był duży podłużny stół ozdobiony kilkoma świecznikami. Świece znajdujące się na nich z trudem rozpraszały panujący w pomieszczeniu mrok. Okna były szczelnie zasłonięte, a poza stołem i krzesłami nie było tu nic więcej. Z tego pokoju można było wyjść dwoma drzwiami. Zapewne te drugie były przeznaczone dla Księcia, bo tymi przez które Ann z Williamem weszła, weszła trójka nosferatów. Blade, łyse, paskudne… i ubrane jak zakonnicy. I bardzo do siebie podobne. Wnieśli dużą walizkę i zaczęli rozkładać sprzęt. W walizce był bowiem laptop z modemem i innym sprzętem kojarzącym się z filmami szpiegowskimi. Który to trójka Kainitów zaczęła rozkładać przy jednym z miejsc siedzących.
Oprócz nich były tu już primogenki klanu Toreador i klanu Ventrue.
Bella wylewnie przywitała się wylewnie z Williamem. Rudowłosa Ventrue była zdecydowanie mniej entuzjastyczna i chyba niespecjalnie lubiła Toreadora.
Ann skryła się w cieniach opierając o ścianę i dobrze wiedząc, że osoba tak pośledniego statusu jak ona. Było to właściwe podejście do sytuacji z jej strony. Bo gdy zjawił się Groza z dwoma pomagierami, ci postąpili podobnie jak ona. Stanęli pod ścianą i również nie wtrącali się w rozmowy. Podobnie jak dwójka gangreli eskortujących swojego Primogena. Mało rozmownego w przeciwieństwie do samego Grozy który wdał się w towarzyską rozmowę z Williamem próbując wybadać jego nastawienie do sprawy i zasięgnąć języka w sprawie Stillwater i… wyprowadzić Toreadora insynuacjami dotyczącymi ich wspólnej przeszłości. Niestety niezrozumiałymi dla Ann. Blake się jednak nie dawał sprowokować, co tylko drażniło Brujaha. Zwłaszcza Toreador gdy mimochodem wspomniał o Larrym, Pawlukow niemal zazgrzytał zębami.- Słychać mnie? Słychać?- z komputera odezwał się nieco zniekształcony, nieco mechaniczny głos. A na monitorze pojawił się świecący na zielono… awatar.

Widok ten Hartley skomentowała sarkastycznie. - A niby to Roacha mamy za wariata.-
- Należy iść z duchem czasu. Telekonferencje to przyszłość moja droga. - odparł z niezrażonym tym słynny Haerz, primogen Nosferatu.
- Czubek. - mruknęła ruda wampirzyca.
- Staruszka.- odrzekł żartobliwie Haerz, podczas gdy do zebrania dołączył kolejny Primogen, tym razem Tremere. Rozejrzał się w sytuacji i usiadł na przeciwko laptopa.Dalsze rozmowy Primogenów nie trwały długo, bowiem zjawił się on… słynny Papa Roach.
|-Wkroczył powoli i dostojnie swoją osobą przyciągając uwagę i zachwyt. Wysoki, ciemnowłosy, ubrany na czarno… trochę jak mnich .-|
Całe towarzystwo mogło narzekać i kpić z primogena Malkavian, gdy go nie było w pobliżu. Ale nie w jego obecności. Papa Roach przytłaczał wszystkich swoją charyzmą zapewne wzmocnioną jakoś nadnaturalnie. Papa Roach swoją obecność budził szacunek, a u słabszych wampirów takich jak Ann miłość i lojalność. Wpatrywała się w Primogena Lunatyków jak w obrazek.
Wejście Księcia przerwało rozmowy. Jak każdy władca nie wszedł tymi samymi drzwiami co “plebs”. Tylko tymi drugimi. Władcy oczywiście towarzyszył zaufany doradca. W tę rolę wcielił się podążający za Księciem Falconi.
Obaj zajęli swoje miejsca. Książę u szczytu stołu, szeryf obok niego. Primogeni skończyli pogaduszki i zasiedli na swoich miejsca. Nawet Papa Roach. Książę wzbudzał posłuch nawet pośród Malkavian.- Wszyscy wiecie czemu się dziś zbieramy. Nasz sojusznik z domeny obok Nowego Jorku poinformował nas o stadzie draugów idących w kierunku naszego miasta. To tylko kwestia czasu nim tu dotrą.-
Odpowiedzią na jego słowa było milczenie.
- Mieliście czas na przygotowanie własnych propozycji rozwiązania tego problemu.- rzekł Książę, gdy cisza się przedłużała.
- Czy naprawdę musimy robić z tego taki problem?- odezwał się w końcu Groza.- Opętani przez Bestię Kainici są jak wściekłe zwierzęta. Rzucają się bezmyślnie do ataku.-
- To samo się mówi o twoich podwładnych.- wtrącił ironicznie Primogen Gangreli.
- Nie jego klan się tym zajmie. Swój znajdzie swego.- warknął gniewnie Pawlukow.Jeden gest Księcia uciszył obu.
- Coś konstruktywnego?- zapytał Książę.
- To co nakazuje Tradycja. Krwawe Łowy.- wtrącił Primogen Tremere.- Jest nas wielu, ich grupka.-
- Są sprytniejsi niż przeciętni przedstawiciele ich rodzaju. Kainici z których powstali byli doświadczonymi łowcami. Pamiętają co nieco z dawnego życia. - przypomniał Szeryf.
- Nawet jeśli coś pamiętają, to czasy się zmieniły… a oni są nadal tylko pochłoniętymi przez Bestię drapieżnikami. Mamy technologię, jesteśmy zorganizowani, mamy przewagę liczebną… mamy magię krwi. Co oni mogą? - odparł pogardliwie Augusto.
- Ogłoszenie Krwawych Łowów to poważna sprawa.- przyznał szeryf.- I może wywołać zamieszanie wśród jednych, a panikę wśród drugich.-
- Nie mówiąc o tym, że utrzymanie tego w tajemnicy przed śmiertelnymi będzie naprawdę ciężkie. Z tego powodu że w Nowym Jorku jest nas sporo.- wtrąciła Cynthia.- Osobiście podoba mi się sam pomysł, ale powinniśmy pomyśleć nad mniejszą skalą ich. Powiedzmy… dziesiątka wybrańców z każdego klanu?-
- Coś takiego byłbym zaproponował.- rzekł Szeryf.- Grupę łowców złożonych z creme de la creme klanów Nowego Jorku.-
- Zapewne pod twoim przywództwem szeryfie? - odparła kwaśno rudowłosa.- Nie dość ci wyciągać podstępem naszym podwładnych, teraz chcesz otwarcie zrobić sobie prywatną armię?-
- Tymczasowo.- bronił się Falconi.
- Znamy tą “tymczasowość”, dobrze znamy. - wtrącił Haerz uśmiechając się sardonicznie poprzez awatar.
- Tak jak twoją chęć do współpracy. Odkąd zaszyłeś się w leżu… klan Nosferatu okazuje się być mało pomocny. A w tej sprawie chyba powinien.- dodała Bella mimochodem.- W końcu to twoi współbracia.-
- Nie ma na to twardych dowodów. - odparł zimno Primogen Nosferatu. - Prawda wysłanniku Stillwater.-
- Są poszlaki.- przyznał wymijająco William. - Wszystko układa się w logiczną całość jeśli przyjmiemy, że…-
- Poszlaki to nie twarde dowody. Zresztą.- odparł Haerz.- Nie wiem czego wy od nas chcecie. Większość dokumentów z tamtego okresu zaginęła podczas tej tragedii. Chciałbym przypomnieć, że w tamtych czasach Nowy Jork nie był bezpiecznym miastem dla mojego klanu.-
- Mogę wypuścić Barabasa. Nudzi mu się.- zaproponował dotąd milczący Papa Roach.I te słowa zmroziły wszystkich. Nagle nastała cisza.
- To nie będzie konieczne. Nie sięgajmy po tak drastyczne środki.- stwierdził w końcu Augusto, a pozostali Primogeni poparli go skinieniem głowy. Nikt z nich nie chciał Barabasa na wolności.
- Ostatni Karaluch mówi, że nadchodzi czas jego uwolnienia. Jeden ze znaków końca czasu. Nie można go trzymać w nieskończoność. - odparł łagodnym głosem Papa Roach wpatrujac się w sufity, a wszyscy wpatrywali się Primogena klanu Malkavian jak w obrazek.
- Z pewnością nadchodzi… ale jeszcze nie teraz… dobrze?- w końcu odezwał się Książę. Papa Roach zastygł w bezruchu przez chwilę, gdy rozważał te słowa. Po czym rzekł. - Dobrze.-
- Wracając do tematu. - odchrząknął Szeryf.- Draugi okazały się trudne do zlokalizowania. -Skinął głową ku Williamowi. Ten wstał i rzekł. - Dysponują Obfuscate, umieją poruszać się leśnym terenie i znają okolicę. Nie udało się nam odkryć ich dziennej kryjówki, przypuszczamy że chowają się w ja…-
- Chwila, chwila, chwila. Nie mogą używać Obfuscate, to wymaga pewnej samokontroli.- wtrącił zdziwiony Haerz.
- Jak wspomniano wcześniej…- zauważył łaskawie Książę.- Nie mamy do czynienia ze zwykłymi szaleńcami żądnymi krwi. Tylko dość inteligentnymi i potężnymi drapieżnikami.-
- Ale to nie muszą być draugi. Przecież nie tak dawno na waszym terenie działał Tzimisce.- kontynuował Nosfeatu. - Może to jakaś intryga Sabatu?-
- Ów Tzimisce miał na pieńku z Giovanni i nie był zainteresowany ani Stillwater, ani Nowym Jorkiem. - wyjaśnił Blake.
- A przynajmniej tak twierdził. Williamie dobrze byś uczynił nie biorąc słów Sabatnika za dobrą monetę. - odparł pobłażliwym tonem Nosferatu.
- A co z ostatnimi morderstwami ghuli ? Czy to może być ich wina?- zapytała La Bella zmieniając temat.
- Dowody temu przeczą. Bo choć rzeczywiście znajdujemy ich pozbawionych krwi, to także iz poważnymi ubytkami ciała. Te draugi są mimo wszystko wampirami. Mogą rozszarpać ciało by zabić ofiarę, ale jej nie zjedzą. Nie. To co się dzieje w Nowym Jorku jest robotą jakiegoś psychopatycznego kanibala. - odparł szeryf.
- Którego jeszcze nie udało wam się znaleźć. To przede wszystkim ghule mojego klanu giną.- wtrąciła Toreadorka.- Czy już nie czas poszerzyć krąg zainteresowań o śmiertelników. Być może policja poradzi sobie lepiej bez otoczki tajemnicy.-
- W innej sytuacji mógłbym się z tobą zgodzić moja droga.- odparł uprzejmie Falconi. - Niemniej zginęło parę starych ghuli. A jak wiadomo człowiek długo pojony vitae staje się potężniejszy od zwykłego śmiertelnika. Ten kto go zabił… Na razie podejrzewamy że chodzi tu o ghula, który utracił pana i w ten sposób zaspokaja głód. Raczej nikt z Camarilli, może jakiś podrzutek Sabatu, może… sierota po Anarchu. Niestety nie dysponujemy żadną bazą danych ghuli nie powiązanych z Camarillą.-
- Strix nie współpracuje w tej sprawie?- zdziwiała się Primogenka Toreadorów.
- Anarchy są luźną organizacją. Nie prowadzą kartotek. - wzruszył ramionami szeryf.
- Zeszliście z temat.- wtrącił spokojnie Książę, a następnie rzekł.- Wracając do kwestii nieproszonych gości. Czas podjąć decyzję, propozycję Szeryfa już znacie. Kto jest za nią?
- Książę Stillwater.- rzekł William, a Papa Roach dodał.- I Ostateczny Karaluch też sobie tego życzy.I nikt inny. Ani Gangrele, ani Brujah… ani Nosferatu. Ani nawet Toreadorzy czy Ventrue. Żaden inny Primogen nie poparł tego pomysłu.
- Więc chcecie Krwawych Łowów? - zapytał Książę przymrużając oczy.
- Tak.- odparł Pawlukow entuzjastycznie.
- Nie.- odparł równie głośno Lucius i dodał. - Krwawe Łowy są chaotyczne i nie sprawdzą się w tej sytuacji. W tym się zgadzam. Ale oddanie kolejnych ludzi w lepkie łapki Marcusa nie są rozwiązaniem na które się zgodzę. Nawet jeśli to ma być “tymczasowe”... bo może się okazać wiecznym.-Tremere skinął głową.- Przyznaję ci rację Lucius, oba rozwiązania nie są idealne.-
- Co więc?- zapytała Cynthia.
- Zrobicie tak jak zaproponuję.- odparł Książę.- Sami stworzycie grupki łowców. Każdy klan, od pięciu do dziesięciu. Będą waszą kontrolą, będą polować niezależnie od pozostałych grup, ale… ich działania będą konsultowane i koordynowane z Marcusem. Co byście sobie nawzajem nie wchodzili w parę. Potraktujmy to jako… hmm… turniej. Ktoś przeciw?-Nikt się nie sprzeciwił.
- To może zmieńmy nieco temat. Co z innymi grupkami interesów? Co z Anarchami i Giovanni? - zapytała Bella.
- Choć chciałbym obie grupki pozostawić w słodkiej niewiedzy, to niestety interes miasta i naszej organizacji wymaga poinformowania ich. - westchnął Książę. - Markus się tym zajmie.-Wstał i dodał. - Na tym kończymy to zebranie. Przyjęcie potrwa do rana, jeśli ktoś z was jest nim zainteresowany.-