Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
Arthur FleckA

Arthur Fleck

@Arthur Fleck
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
167
Tematy
0
Udostępnień
0
Grupy
1
Obserwujący
1
Obserwowani
1

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Krzysiek Komeda 100.jpg

    Krzysztof Komeda

    – Oto za chwilę przystąpię do Ołtarza Bożego, do Boga, który rozwesela młodość moją...

    Słowa modlitwy odbijały się od starych, drewnianych szaf w zakrystii. Krzysiek recytował formułkę automatu, ale myślami był przy swojej dupie. Dosłownie.

    Prawy pośladek płonął. Jakby ktoś przykładał do niego rozgrzane żelazko. Albo darł skórę pasami.

    – Do świętej służby Bożej chcę przystąpić pobożnie, godnie i w skupieniu... – mamrotał dalej, wpatrując się w plecy proboszcza.

    Gówno, a nie skupienie.

    Wczorajszy wieczór w piwnicy Marka wrócił nagłym flashem. Zapach taniego spirytusu, brzęczenie maszynki zrobionej z silniczka od walkmana. Marek miał ciężką rękę i brudne paznokcie. Tusz był chyba z długopisu. Nieważne. Ważne, że teraz, pod warstwą gazy i plastra, skóra na tyłku pulsowała własnym życiem.

    Wybrał pośladek, bo pośladek był bezpieczny. Matka tam nie zaglądała. Jeszcze. Kontrolowała wszystko inne. Plecak. Szuflady. Kieszenie. Czasem stała pod drzwiami łazienki i pytała, co tak długo robi. Ale tyłek był jego. Jedyne terytorium wolne od okupacji.

    Poczuł szarpnięcie. Siostra Faustyna. Dwadzieścia trzy lata, twarz jak anioł i oczy, w których Krzysiek tonął za każdym razem, gdy miał odwagę w nie spojrzeć. Habit ukrywał jej figurę, ale nie potrafił ukryć wszystkiego. Poprawiała mu komżę. Gdyby wiedziała, że kilkanaście centymetrów od jej świętych palców, pod warstwą materiału, kryje się koślawy smok ziejący ogniem, pewnie padłaby trupem na miejscu. Albo polała go wodą święconą, aż by skwierczało.

    Zaraz, pomyślał. A jeśli się zakazi?

    Marek mówił, żeby przemywać spirytusem. Krzysiek przemył raz, wieczorem i omal nie odgryzł sobie języka z bólu. Potem skulił się na łóżku i leżał na brzuchu, bo na plecach nie dało rady, na boku też nie bardzo, i myślał o tym, jaki jest głupi.

    Przez głowę przelatywały mu wizje z najgorszych horrorów. Zakażenie. Gorączka. Szpital. Matka przy łóżku. Skąd ten tatuaż, Krzysiu? A potem telefon do ojca charyzmatyka i egzorcyzmy, bo w jej świecie tatuaż mógł oznaczać tylko jedno. Szatan w końcu opętał jej syna.

    Albo gorzej.

    Zacznie krwawić. Teraz, podczas mszy. Czerwona plama rozleje się na spodniach. Ktoś zauważy. Ktoś powie. Ktoś się zaśmieje. Do końca liceum będzie tym gościem, który dostał męskiej miesiączki na mszy na rozpoczęcie roku. Jezu.

    Modlitwa się skończyła, ministranci ruszyli do wyjścia. Szedł przedostatni, tuż za Kubą z ósmej klasy.

    Msza rozpoczynająca nowy rok szkolny była torturą. Krzysiek wstawał, siadał, klęczał. Za każdym razem, gdy jego pośladek dotykał ławki, zaciskał zęby tak mocno, że bolała go szczęka. Pocił się ze strachu, że zaraz coś tam pęknie.

    Godzinę później stał już przy swoim rowerze za kościołem. Stary Romet po kuzynie z Opola, rama pomalowana farbą antykorozyjną, błotniki wygięte po licznych wywrotkach. Krzysiek zarzucił plecak na ramiona i wsiadł na siodełko. Zapomniał. Siodełko wbiło się dokładnie w to miejsce. Przez ułamek sekundy świat zrobił się biały.

    – O kurrr...! – syknął.

    – Powodzenia w nowej szkole, Krzysiu! – Głos siostry Faustyny dobiegł od strony wejścia do zakrystii. Stała w progu, uśmiechnięta, machając mu ręką. Niewinna. Nieświadoma. Krzysiek zacisnął zęby tak mocno, że aż zazgrzytało. Wymusił grymas, który miał być uśmiechem.

    – Dziękuję, siostro! – wychrypiał. Odepchnął się. Ból pulsował w rytm obrotów korby. Raz, dwa, ała. Raz, dwa, ała.

    Dwie przecznice dalej, za garażami, zatrzymał się gwałtownie. Rzucił rower w krzaki. Koniec teatru. Biała koszula, spodnie w kant, lakierki, wszystko wylądowało zwinięte w kulkę na dnie plecaka. Czas na wylinkę.

    Thunderstruck

    Wyciągnął dżinsy. Wytarte, ze zwisającym łańcuchem przy szlufce. Wciągnął je ostrożnie, sycząc przy zapinaniu guzika. Bolało, ale to był dobry ból. Potem koszulka. Czarna bawełna, prezent od Marka, który przywiózł z jakiegoś konwentu. Na piersi wielkie logo: „KRYSZTAŁY CZASU". Wzór przedstawiał czaszkę oplecioną jakimiś mackami. Nikt w szkole nie będzie wiedział, o co chodzi. No i dobrze. Na to narzucił katanę. Dżinsową, bez rękawów, obszytą naszywkami. Na plecach wielki Eddie, maskotka Iron Maiden, szczerząca zęby z okładki „Killers". Eddie patrzył na świat tak, jak Krzysiek chciał na niego czasem patrzeć. Z góry i z pogardą.

    Spojrzał w lusterko roweru i przeczesał włosy palcami. Zburzył idealny przedziałek, który rano wyczesała mu matka. Kosmyki opadły na czoło. Lepiej. Dużo lepiej.

    Krzysiek Komeda Metal.png

    „Najważniejsze to zrobić dobre wejście, młody" – słowa Marka dźwięczały mu w uszach. „Wjeżdżasz jak cipa i jesteś cipą już do matury. Wjeżdżasz jak Ozzy a na twój widok małolatki robią się tak mokre, że znów trzeba będzie układać worki z piaskiem". Marek mówił też, żeby przypierdolić pierwszemu lepszemu cwaniakowi ze starszej klasy. Krzysiek spojrzał na swoje dłonie. Na swoje palce, które potrafiły przewracać strony mszału, ale nigdy nie zacisnęły się w pięść na czyjejś twarzy.

    Nie, bicie odpadało. Dziewczyny też. Bo nie o wielkie wejście tu chodziło. Chodziło o to, by wreszcie przestać się dusić.

    To stało się rok temu, kiedy Marek wcisnął mu do ręki zdartą kasetę Master of Reality. Kiedy włożył ją do walkmana, poczuł się tak, jakby ktoś nagle wyciągnął go za włosy z głębokiej, mętnej wody. Pierwszy haust powietrza. Pierwszy raz, kiedy zrozumiał, że przez piętnaście lat żył w cudzym ciele. Ta bawełna i dżins, które teraz naciągał na grzbiet, nie były przebraniem. Były krzykiem. Chciał, żeby każdy szew, każda naszywka i każda nitka wrzeszczały światu w twarz o jego bezgranicznej, fanatycznej miłości do dźwięków, które go pochłonęły.

    W głowie, jak zacinająca się płyta, kołatały mu słowa z Escape Metalliki. Hetfield wyrykiwał tam to, czego Krzysiek nie miał odwagi powiedzieć matce przy niedzielnym rosole: „Life is for my own to live my own way”. Życie jest po to, by żyć po swojemu. Bez pytań. Bez tłumaczeń. Podstawówka była jak czyściec. Przetrwał go. Zamknął ten etap dwa miesiące temu, odbierając świadectwo z paskiem. Teraz zaczynał się nowy level. I nie zamierzał już udawać.

    W domu, przy matce i proboszczu, wciąż mógł być Clarkiem Kentem. Mógł nosić te wykrochmalone koszule, lakierki i spodnie w kant podciągnięte pod sam pępek. Ale gdy tylko przekraczał próg ganku, gdy tylko zamykały się za nim drzwi plebanii, chciał zrywać z siebie ten cywilny łach, zakładać pelerynę z dżinsu i latać. Latać tam, gdzie zabierali go bogowie. Black Sabbath. Iron Maiden. Type O Negative. KAT.

    Dojechał pod szkołę. Nowy budynek „tysiąclatki" przyklejony do starego ceglanego gmachu wyglądał jak nowotwór. Przypiął rower, poprawił katanę. Piekący tyłek przypominał mu o każdym kroku, nadając jego chodowi specyficzny, nieco sztywny, ale groźny rytm. Wyglądał, jakby szedł wyzwać kogoś na pojedynek rewolwerowców, a nie, jakby po prostu bał się, że gacie przykleją mu się do rany.

    Tłum na korytarzu. Chaos. Gdzie są te cholerne listy? Przeciskał się między ludźmi. Eddie na plecach szczerzył się do nich wszystkich. Żadnych list na tablicy ogłoszeń. Tylko plakat o kółku szachowym i zbiórce makulatury.

    – Sala gimnastyczna – rzucił ktoś obok.

    Krzysiek wziął głęboki oddech. Ruszył w stronę sali. Szkoła średnia. Czysta karta. Tutaj był Krzysztofem. Metalem. Gościem z czaszką na klacie i tatuażem smoka na dupie.

    – O kurwa, Poganin, a tobie co się stało?

    Głos dobiegł zza pleców, głośny i bezczelny. Krzysiek odwrócił się, czując jak Eddie na jego plecach marszczy czoło razem z nim. Piotrek Bochenek. Stał z rękami w kieszeniach szerokich spodni, szczerząc się jak głupi do sera.

    Krzysiek wystawił dłoń. Plask. Piątka była soczysta, twarda, męska.

    Poganin. W pokręconej logice Piotrka Bochenka znaczyło dokładnie to samo, co "Pobożniś". Piotrek miał swój własny, odwrócony słownik. Klasowy geniusz i kujon, który wygrywał olimpiady, został przez niego ochrzczony Corkym Thatcherem, na cześć upośledzonego chłopaka z serialu "Dzień za dniem". Najgrubszy gość w podstawówce, któremu sadło wylewało się znad paska, był dla Piotrka Szkieletorem. A Krzysiek? Krzysiek, który pół życia spędził klęcząc przed ołtarzem, musiał zostać Poganinem.

    – Ale się gościu wystroiłeś – Bochenek omiótł wzrokiem dżinsową katanę i czaszkę z mackami na piersi. – Wybierasz się do Jarocina, czy będziesz się teraz bujał z cyganami?

    Krzysiek poczuł ukłucie irytacji, ale zaraz potem przypływ nowej, dziwnej pewności siebie.

    – Ja to ja, ale popatrz na siebie – odpowiedział, poprawiając kołnierz katany. – Lekarzom udało się w końcu wyleczyć twoje wodogłowie.

    Piotrek zarechotał. Sprzedał Krzyśkowi kuksańca w ramię.

    – Chodź, bo się spóźnimy na kazanie.

    Weszli na salę gimnastyczną. Uderzyła ich ściana dusznego powietrza. Tłum falował. Piotrek natychmiast włączył radar. Trącił Krzyśka łokciem w żebra, wskazując brodą na grupkę dziewczyn stojących przy drabinkach.

    – Obczaj tą w czerwonym – szepnął, a w jego głosie słychać było głód. – Ale jej cycki wywaliło przez wakacje.

    Krzysiek mruknął coś niewyraźnie. Skupił się na tym, by stanąć tak, aby nikt nie wpadł na jego tyłek. Ból pod plastrem był stałą przypominajką: żyjesz, czujesz, jesteś idiotą. Przecisnęli się na sam koniec sali, pod ścianę, gdzie gromadziły się wyrzutki i spóźnialscy. Stanęli. Krzysiek oparł się o zimną ścianę (ostrożnie, lewym bokiem) i rozejrzał się po trzodzie.

    I wtedy ją zobaczył.

    Justyna Krawczyk. Stała dwa metry dalej, sama jak palec, oddzielona od reszty niewidzialnym kordonem sanitarnym. "Carrie". Ksywka pasowała do niej idealnie. Zawsze w tych samych, workowatych ciuchach, z włosami, które zasłaniały połowę twarzy. Osiem lat chodzili razem do klasy, a Krzysiek nie wiedział o niej nic, poza tym, że potrafiła milczeć głośniej niż inni krzyczeli.

    Zrobił krok w jej stronę. Instynkt stadny kazał mu ją zignorować, ale że resztki ministranckiego sumienia, nakazało otworzyć usta.

    – Cześć, Justyna – rzucił.

    Cisza. Dziewczyna nawet nie drgnęła. Wzrok miała wbity w parkiet. Jej ramiona były lekko skurczone, jakby spodziewała się uderzenia. Krzysiek poczuł się głupio. Cofnął się o krok, wracając do Piotrka.

    – Dalej jest tak samo pojebana – mruknął Bochenek, nie odrywając wzroku od dziewczyny w czerwonym. – Mówię ci, Poganin. Ona kiedyś przyniesie do szkoły kałacha. Albo pozabija nas wszystkich na studniówce.

    Krzysiek spojrzał jeszcze raz na Justynę. Stała nieruchomo, jak posąg wyrzeźbiony z lęku. Chciał jej użyczyć trochę swojego cienia, schować ją za plecami Eddiego, ale współczucie to luksus, na który w pierwszym dniu szkoły nie było go stać.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • Krzyk Pustki
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Delilah le Fey

    Zawahała się.

    Dopóki Hannigan wciąż był kapitanem statku, a Purcell jego więźniem nie miała prawa tak po prostu uwolnić żołnierza. To byłoby jawne przestępstwo. Najmniejszy błąd z jej strony, jeden fałszywy krok, a ten drań z uśmiechem na ustach wepchnie ją do pustej komory tuż obok Purcella.

    Cofnęła dłoń do dźwigni jak oparzona a na skroni pojawiły pierwsze krople potu. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się we własne palce, jakby należały do kogoś obcego. Nie rozumiała co się z nią dzieje. Prawie zniszczyła swoją pozycję pod wpływem durnego impulsu. Lata szkoleń właśnie przegrały z frustracją wywołaną przez brudny kombajn i jego dowódcę.

    Zrobiła krok w tył, odsuwając się od rzędu zamrażarek. Spojrzała na śpiącego żołnierza ten ostatni raz. Zostawi go tu, przynajmniej na razie. Zamierzała opuścić spalnię i ruszyć głównym korytarzem w kierunku dziobu. Mostek i systemy komunikacyjne musiały poczekać jeszcze kilkanaście minut. Najpierw postanowiła zejść do hangaru i obejrzeć szczątki kapsuły ewakuacyjnej z bliska.

    I właśnie wtedy usłyszała głos pilota...

    Rozgrywka

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Krzysiek Komeda 100.jpg

    Krzysztof Komeda

    – Wchodzisz, Poganin?

    – Wchodzę. Ale nie o piątaka.

    – Co, za bogaty jesteś?

    – Za biedny. – Krzysiek poprawił łańcuch przy szlufce. Piątak to były dwie paczki dużych Chio Chipsów, albo dwie butelki Coca Coli. Tydzień zbierania butelek. – Gramy na wyzwanie.

    Bochenek uniósł brew.

    – Słucham.

    – Jeśli ja wygram, przez tydzień jesteś moim lokajem. Nosisz mi plecak. Stoisz w kolejce po drożdżówki. Mówisz „tak, jaśnie panie" na każde moje skinienie.

    Piotrek parsknął śmiechem.

    – A jak ty przegrasz?

    – To ty wymyślasz.

    Błąd.

    Krzysiek zrozumiał to w momencie gdy zauważył błysk w oczach kolegi, ale było już za późno by się wycofać. Bochenek potrafił wymyślać naprawdę pojebane rzeczy. Kiedyś namówił dzieciaka z 6C by wsadził język w gniazdko. Drugi zjadł żywego ślimaka a potem rzygał przez dwa dni.

    – Falkenstein – powiedział Piotrek.

    – Co?

    – Zamek. Spędzasz tam noc. Całą. Od zmierzchu do świtu.

    Krzysiek poczuł, jak coś zimnego przebiega mu po kręgosłupie. Zamek Falkenstein. Ruina pełna szczurów i legend. Miejscówka dla pijaczków, wagarowiczów i samobójców. Podobno ktoś się tam powiesił w zeszłym roku. Albo dwa lata temu. Albo dziesięć. Historia zmieniała się w zależności od tego, kto ją opowiadał.

    – Wchodzę – usłyszał swój własny głos.

    Piotrek wyciągnął rękę. Uścisnęli dłonie.

    – Nie ma odwrotu, Poganin.

    – Wiem.

    Krzysiek rozejrzał się po sali, żeby nie patrzeć na triumfujący uśmieszek Bochenka. I wtedy go zobaczył.

    Chłopak stał kilka metrów dalej. Mikołaj. Tak chyba miał na imię. Jeden z graczy Marka. Krzysiek widywał go czasem przez płot, gdy chłopak przychodził na sobotnie sesje do Kozy. „Mikołaj idzie do tego samego liceum co ty", powiedział wczoraj Marek, pochylony nad jego tyłkiem z buzującą maszynką. „Trzymaj się go. Zawsze warto się trzymać tych najbardziej prawilnych".

    Krzysiek zrobił krok w stronę chłopaka by się przywitać. Ale ktoś go ubiegł. Dziewczyna w obcisłej bluzce, z uśmiechem szerokim jak autostrada. Podeszła do Mikołaja i powiedziała coś, czego Krzysiek nie dosłyszał. Coś o „Miami". O dyskotece. Komeda wycofał się dyskretnie. Nie chciał wcinać się i psuć chłopakowi momentu.

    Stał i udawał, że bardziej interesuje go kazanie dyrektorki, kiedy drzwi sali nagle otworzyły się z trzaskiem. Nauczyciel wszedł pierwszy. Za nim czwórka uczniów. Trzy dziewczyny i jeden chłopak, który wyglądał tak, jakby zaraz miał się posikać.

    Szept przebiegł przez salę jak fala.

    „O kurwa..."

    „...podpaść Józefiakowi na rozpoczęciu..."

    „...mają przesrane do końca roku..."

    Józefiak. Krzysiek poczuł, jak świeży tatuaż pulsuję pod plastrem. Jakby chciał mu o czymś przypomnieć.

    „Józefiak to najgorszy skurwiel w całej szkole". Głos Marka odbijał się echem w pamięci. „Schodzisz mu z drogi. Nie patrzysz w oczy. Odzywasz się tylko jak cię o coś zapyta. Rozumiesz, młody? Tylko wtedy. Wierz, mi nie chcesz skończyć z nim w jednej kozie po lekcjach”.

    Wczoraj Krzysiek słuchał jednym uchem. Był zbyt zajęty zaciskaniem zębów i przeklinaniem dnia, w którym zgodził się na ten tatuaż. Ale teraz, patrząc na nauczyciela, który prowadził czwórkę uczniów pod ścianę jak skazańców na rozstrzelanie, wiedział, że Marek nie przesadzał.

    – Widzisz tę z ciemnymi włosami? – Piotrek trącił go łokciem.

    Krzysiek spojrzał, przytaknął.

    – To ta cyganka – kontynuował Bochenek. – Ta, której stary zarąbał matkę siekierą. Pewnie próbowała coś zajumać z pokoju nauczycielskiego.

    Krzysiek przyjrzał się jej uważniej. Słyszał o tym rodzeństwie. Cały Sokołów słyszał. Historia krążyła po miasteczku jak wirus. Ojciec zabił matkę, dzieci trafiły do dziadków albo wujków, albo kogoś. Szczegóły zmieniały się w zależności od źródła. Ale dziewczyna nie wyglądała jak cyganka. Była blada, jakby miała ciężką anemię albo nawet białaczkę. Albo po prostu siedziała za długo w piwnicy bez słońca.

    Komeda patrzył na nią i miał dziwne wrażenie, że nie do końca jest poczytalna.

    Ale czemu się dziwić?

    Gdyby to jemu ojciec zabił matkę już dawno siedziałby w Bolesławcu zawinięty w kaftan. Krzysiek jej współczuł, ale tylko trochę. Całe życie nasłuchał się od matki o miejscowych Romach i nie miał o nich zbyt dobrego zdania.

    “Jak będziesz niegrzeczny, porwą cię Cyganie" - powtarzała mu gdy był mały. Ale to był dopiero wstęp. Krzysiek dowiedział się później, że każdy złoty ząb u Cygana to dusza ukradzionego chrześcijańskiego dziecka, zaklęta w metal, żeby mieć szczęście w kartach. Że jak Cygan dotknie twojego banknotu, to ten banknot w nocy sam wyjdzie z portfela i wróci do taboru. Że Cyganie mają we włosach wszy, wielkości chrabąszczy, tresowane od pokoleń do wchodzenia w zamki i otwierania drzwi od środka.

    Chłopak podejrzewał, że przynajmniej część tych historii to bzdury. Ale miał też inne wspomnienie. Prawdziwe.

    Dzień Wszystkich Świętych, rok temu. Cmentarz pełen zniczy i ludzi wystrojonych w swoje najlepsze płaszcze i futra z norek. I tabor przy jednej z alei. Cyganie urządzili sobie libację na grobach bliskich. Ksiądz proboszcz wysłał jego i kilku starszych ministrantów by uspokoili towarzystwo. Krzysiek poszedł, bo i jaki miał wybór? Dostał kopniaka w dupę a na dokładkę jeszcze ktoś nasmarkał mu na buta. Wracali do proboszcza ze spuszczonymi głowami, a cyganie za ich plecami ryczeli ze śmiechu.

    Józefiak ustawił czwórkę pod ścianą i stanął obok nich jak strażnik w obozie. Apel trwał dalej, ale chyba nikt już nie słuchał dyrektorki.

    Kto szuka kłopotów, ten je znajdzie. - pomyślał Krzysiek. - I zarobi kopa w dupę.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • Krzyk Pustki
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Delilah le Fey

    Delilah nie wiedziała, co uratowało jej życie. Zwykłe szczęście? Program Ubermensch i wieloletnie, mordercze treningi, którym była poddawana od dziecka? A może pula genowa, darwinistyczna teoria selekcji naturalnej, w której słabe jednostki giną marną śmiercią a silne przekazują dalej swoje DNA? Jej ojciec, anonimowy dawca, który sprzedał Lasalle swoje nasienie mógł być wyczynowym sportowcem, może nawet olimpijczykiem. Drogim, wyselekcjonowanym materiałem genetycznym, który właśnie w stu procentach się zwrócił.

    Z jednej chwili pancerne drzwi opadały, by ich zmiażdżyć, a w następnej sekundzie oboje znajdowali się już po bezpiecznej stronie korytarza. Zdała sobie sprawę, że wciąż kurczowo trzyma chłopaka za materiał jego kombinezonu. Powoli rozluźniła chwyt i cofnęła dłonie. Spojrzała na niego, a potem z jej gardła wyrwał się głośny śmiech, który poniósł się echem po statku. Przed chwilą omal nie zginęła a teraz nigdy nie czuła się bardziej żywa. Krew szumiała jej w uszach, piersi unosiły gwałtownie, serce biło głośno pompując w krwiobieg potężną dawkę surowej adrenaliny.

    Przestała się śmiać dopiero, kiedy usłyszała, to jedno słowo.

    Dziękuję.

    William siedział oparty o ścianę i patrzył na nią a do niej w końcu to dotarło. Uratowała go. Nie tylko samą siebie, lecz drugiego człowieka. Cokolwiek ten dzieciak planował, skradając się za nią korytarzem straciło nagle znaczenie w zderzeniu z tym jednym słowem i wdzięcznością wypisaną w jego oczach. Próbowała wykrzesać z siebie chociaż odrobinę jadu, patrzeć na niego jak na uciążliwy wrzód, na bezwartościowego pionka na planszy.

    Nic z tego.

    Otarła wierzchem dłoni usta.

    — Biorąc pod uwagę, że wymieniliśmy się przed chwilą naszymi drobnoustrojami, przeżyliśmy wspólną traumę i jesteśmy w podobnym wieku możesz mi chyba mówić po imieniu?

    Zrobiła krok do przodu. Spojrzała na niego z góry, jak miała w zwyczaju patrzeć na ludzi. Tym razem nie było w tym ani pogardy ani lekceważenia.

    — Wycieczka na mostek to dobry pomysł. Chętnie się dowiem, dlaczego pilot próbował nas zgilotynować. — Wyciągnęła do niego dłoń. — A ty Williamie Biscuit po drodze ładnie mi wytłumaczysz, dlaczego skradałeś się za mną i jakie to nikczemne intencje mi przypisujesz.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Delilah le Fey

    To musiły być jakieś zakłócenia, to wcale nie brzmiało jak syki drapieżnika. Delilah przeniosła wzrok na stojącego obok chłopaka szukając potwierdzenia. Szybko zrozumiała, że William usłyszał dokładnie to samo. Przeraźliwy syk a wcześniej nerwowa wymiana zdań między załogą. Na pokładzie wraku działo się coś bardzo niedobrego. Agentka próbowała zignornować impertynecki ton Nadii Volkov. Była chowana w laborotoryjnych warunkach by pozbyć się ludzkich słabostek, ale urodziła się z chromosomem XX. Rywalizację z innymi samicami wpisano w jej DNA. Już układała w myślach groźby wymierzone w nawigatorkę, jednak satysfakcja z poniżenia rywalki nie miała sensu, skoro ich własny statek za chwilę mógł podzielić los martwego wraku. Zdusiła w sobie ten pierwotny impuls i brutalnie odcięła ego pozwalając by stery przejęła żelazna logika.
    Wcisnęła przycisk interkomu przy grodzi.

    — Nadia, słuchaj mnie bardzo uważnie — przemówiła bezpośrednio do nawigatorki ignorując O'Collana. — Zróbmy szybki rachunek zysków i strat. Twój kapitan miał do dyspozycji syntetyka i kamerę, a mimo to zamiast wysłać maszynę na zwiad, jak kiedyś na Ziemi robili to policyjni saperzy zaryzykował życie własnych ludzi i zabrał na pokład większość załogi. Wiedział doskonale o zagrożeniu. Na pokładzie Bleinerta doszło do katastrofy i nie miał cienia dowodu, że prócz Purcella przeżył tam ktokolwiek inny. Tej decyzji nie da się obronić. To albo skrajna niekompetencja albo celowe działanie na szkodę Kelland Mining w imię swoich własnych szemranych interesów. Nie grożę ci, ale uświadamiam twarde fakty. Jako niezależny obserwator muszę złożyć raport. I tylko od ciebie zależy czy zostaniesz w sprawie świadkiem czy współoskarżoną. Wiesz co firmy robią z dłużnikami, którzy niszczą ich własność i sprzęt, wiesz w jaki sposób muszą odpracować dług, w jakich miejscach kończą całe rodziny zadłużonych.

    Odczekała chwilę, by Volkov mogła sobie wyobrazić własne dzieci czyszczące radioaktywne filtry w koloniach na peryferiach układu, gdzie nikt nie dożywa czterdziestki.

    — Pilot odpowie razem z Hanniganem — kontynuowała. — Zgodził się na dokowanie w obszarze zagrożenia choć to on odpowiada za statek i do niego należy ostateczna decyzja w takich kwestiach. Co więcej O'Collan zrzucił na mnie i na pasażera pancerną gródź bez ostrzeżenia. To usiłowanie podwójnego zabójstwa. Wszyscy słyszeli, jak rzucał mi dwuznaczne komplementy. Być może naprawdę wierzył, że chcę uwolnić więźnia, ale przestało mieć to znaczenie w chwili gdy zobaczył mnie z Williamem. Sama wiesz do jakich czynów może prowadzić urażona męska duma. Zastanów się czy ktoś taki powinien teraz dowodzić statkiem. Czy za jego szerokim uśmiechem nie kryje się coś więcej.

    Znów zamilkła na moment, pozwalając by Nadia sama złożyła fakty.

    — Jesteś najniższa stopniem, nikt cię nie pytał o zdanie, kapitan i reszta cię ignorowali. Ale teraz ich władza się skończyła i wszystko leży w twoich rękach. Tak, jestem korporacyjną suką i masz prawo mieć o mnie najgorsze zdanie, ale nie możesz mi odmówić kompetencji. Chcę tylko pomóc posprzątać ten bałagan i bezpiecznie dolecieć do Borodino. Nie pozwól by ci mężczyźni zrzucili na ciebie odpowiedzialność za ich własne błędy. Jeśli otworzysz śluzę, przysięgam, że tego nie pożałujesz.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Delilah Le Fey

    Przegrała.

    Zrozumiała to zanim skończyła swój monolog. Jej głos załamał się, zmienił brzmienie choć tylko ona to słyszała. Znała zasady retoryki, wiedziała jak kluczowa jest modulacja głosu, że słowa to tylko szkielet i nie jest ważne co się mówi tylko jak się mówi. A jednak w kluczowym momencie struny głosowe ją zdradziły. Aksamitny, spokojny ton zniknął, wkradły się emocje. Być może za bardzo uwierzyła w to, że chce pomóc Nadii Volkov. A może po raz pierwszy w życiu w jej umysł wkradł się pierwotny, niewykorzeniony treningami strach.

    Delilah le Fey bała się wielu rzeczy. Jako dziesięciolatka bała się, że nie dostanie żetonu do automatu z przekąskami i pójdzie spać głodna bo przyłapano ją na niewiedzy. Jako dorosła kobieta bała się że straci kontrolę nad sytuacją i popełni błąd, który narazi firmę na straty. W jej sennych koszmarach dyrektor generalna Edina Lassare patrzyła na nią zza swojego biurka jak na jak na pomyłkę i bezwartościowy aktyw.

    Aktyw.

    Tym właśnie była agentka dlatego nigdy nie obawiała się o własne życie. Służyła większej sprawie niż ona sama. Skąd zatem się wziął ten lęk? Czy miał związek z tym co usłyszała w interkomie? Czy to te drapieżne syki i krzyki załogi doprowadziły jej głos do nerwowego drżenia? Nie potrafiła tego wyjaśnić. Pod skórą czuła jednak pulsujący dygot a na skórze kropelki potu, których zapach drogich perfum nie mógł zamaskować.

    Spojrzała na Williama, próbując odczytać jego myśli. Czy też się bał? Czy był rozczarowany jej niemocą? Chyba wolała tego nie wiedzieć. Jej twarz pozostała maską z lodu.

    — Nie ma co liczyć, że wejdziemy na mostek — odparła z absolutną pewnością. — I żeby była jasność. Wszystko co przed chwilą powiedziałam, to prawda. Od kiedy w ładowni rozległy się strzały działam na statku jako Niezależny Obserwator Zewnętrzny. O ile Hannigan pozwoli mi dożyć końca podróży, zamierzam złożyć raport. Wiem już wystarczająco wiele, ale wciąż za mało by zrozumieć dlaczego ryzykował życiem całej załogi i zniszczeniem statku. Purcell to jedyny ocalały więc kogo poszedł tam szukać? Czy może raczej czego? Tego muszę się dowiedzieć Williamie.

    Gdy mówiła, głos znów miała pewny, ale czuła, że coś jest nie tak. Uniosła dłoń na wysokość oczu. Przez chwilę przyglądała się smukłym palcom. Dłoń pozostawała nieruchoma. Ani jednego widocznego drżenia, czy niekontrolowanego skurczu. Lakier paznokci lśnił idealnym blaskiem w świetle lamp awaryjnych. Lecz głęboko w tkankach czuła napięcie. Strach był chorobą, a ona nie mogła pozwolić, by zainfekował jej głowę. Żeby wykonać kolejny ruch, musiała odzyskać absolutną trzeźwość umysłu. Mogła użyć stymulantów, ale mogła też znieczulić się w znacznie bardziej prymitywny sposób.

    Znów przeniosła wzrok na chłopaka.

    Biscuit żaden sposób nie przypominał mężczyzn z programu Übermensch, z którymi się wychowywała. Nie miał w sobie szlachetnego blasku, jego ciało nie wyglądało jak renesansowa rzeźba, bliżej było mu do kundla niż dobermana. Ale kosmos nie odcisnął na nim jeszcze swojego piętna. Nie był tak odpychający jak Hannigan, Holt czy O’Collan ani tym bardziej odrażający jak Crowe czy Kalashikov. Był świeży, czysty i na swój sposób znośny dla oka.

    — Stanie tutaj i czekanie aż pilotowi wyrosną gonady mija się z celem. Znam lepsze miejsca na spędzenia czasu.

    Wskazała głową korytarz prowadzący z powrotem w głąb kombajnu.

    — W mojej kajucie nikt nie będzie nam przeszkadzał. Oczy załogi tam nie sięgają. Tylko ja decyduję kto wchodzi. Tam oczyścimy głowy i zastanowimy się co dalej. Chyba, że masz inną propozycję.

    Rozgrywka

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Krzysiek Komeda 100.jpg
    Krzysztof Komeda

    Chlebowski gadał, gadał i gadał.

    Krzysiek stał i słuchał, bo nie za bardzo miał inne wyjście. Wciąż nie wiedział, o co chodzi. Typ przepraszał go za coś, ale słowa leciały tak gęsto, że trudno było wyłowić sens. Nadawał jak stacja radiowa, na trzech częstotliwościach naraz. Przez pierwszych kilka sekund Krzysiek był przekonany, że to jednak musi być podpucha. Że koleś wziął go sobie na celownik i robi z niego jaja. Ale nie. On mówił dalej. O operze i nadruku. O jakimś Arku, który mu powtarza, że za dużo pierdoli po próżnicy. Kimkolwiek był ten cały Arek miał nosa do ludzi. Chlebowski rzeczywiście pierdolił po próżnicy.

    A potem padło to słowo.

    Miami Vice. Kostiumy z krepiny i kartonu.

    Krzysiek poczuł, jak mu opada szczęka. Dosłownie, jak w kreskówce z Tomem i Jerrym. Patrzył na Chlebowskiego i czekał na puentę, na „ żartowałem, stary", ale nic takiego się nie wydarzyło. Zrozumiał, że puenty nie będzie i Chlebowski mówi to wszystko na poważnie. Że naprawdę zamierza iść na dyskotekę przebrany za Sonnego Crocketta i chce żeby Krzysiek na skrzydle robił za Tubbsa.

    Przed oczami stanął mu obraz z najgorszych horrorów, gorszy niż bal maturalny na którym Carrie White została oblana wiadrem świńskiej krwi. Wyobraził sobie jak staje w drzwiach klubu w marynarce z krepiny, a muzyka nagle cichnie i wszyscy, połowa jego szkoły odwraca wzrok w jego kierunku.

    Krzysiek przeszedł w życiu sporo upokorzeń. Cyganie pogonili go na kopach na cmentarzu na Wszystkich Świętych, a matka karmiła go piersią do piątego roku życia i wiedziały o tym wszystkie kuzynki i kuzyni ze Świebodzic, którzy drą z tego łacha na do dziś. Ale wejście na dyskotekę w kostiumie z krepiny, przed ludźmi z którymi będzie chodził do szkoły przez cztery lata? To byłby inny poziom. Taki, z którego nie ma powrotu.

    Adam skończył mówić i Krzysiek otworzył usta, żeby odpowiedzieć. Chciał odmówić grzecznie, jak na ministranta przystało. „Dzięki, stary, ale to nie mój klimat."

    I właśnie wtedy odezwał się w nim psotnik.

    Ten sam mały, wredny diabełek, który kazał mu rysować bochenki chleba z żołędzią na karteczkach i strzelać nimi przez całą klasę. Ten sam który na pielgrzymce ósmych klas do Częstochowy, gdy cały pokój w domu pielgrzyma już chrapał, kazał mu wstać po cichu, wyciągnąć z plecaka Piotrka przepocone skarpetki i położyć mu je na nosie. Matka próbowała z Krzyśka wydusić tego psotnika przez szesnaście lat. Nie udało jej się.

    Diabełek zobaczył Adama Chlebowskiego i jego szczerą, otwartą gębę. I uśmiechnął się.

    – Wiesz co, Adam? – zaczął i sam się zdziwił, jak spokojnie to zabrzmiało. Poklepał Chlebowskiego po ramieniu. – To jest zajebisty pomysł.

    – Serio?

    – Serio. Tylko wiesz co, nie rób mi kostiumu. Mam w domu różową marynarkę po ojcu. Kupił ją kiedyś na wakacjach nad Balatonem. Przebierz się sam, a ja do ciebie dołączę już w Miami. Na dwudziestą. Git?

    Żadnej różowej marynarki nie było. Ojciec mu umarł, zanim Krzysiek nauczył się wiązać buty i nie została po nim żadna pamiątka, ale Adam nie musiał o tym wiedzieć.

    Komeda wyciągnął rękę by przypieczętować umowę i pomyślał.

    Kurwa. Spłonę w piekle.

    Wiedział już, że takiego widowiska nie może przepuścić. Nie miał jeszcze pojęcia jak wymknie się z domu. Matka o dwudziestej jeszcze nie spała i odmawiała koronkę do Bożego Miłosierdzia. Ale to były szczegóły. Szczegóły się wymyśli.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • Krzyk Pustki
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    — Pani le Fey. Proszę się nie martwić. Jestem pewien, że to całe zamieszanie specjalnie czekało na tą chwile, żeby zepsuć pani kalendarz akurat dzisiaj. Bardzo nieprofesjonalne. Ale jak to mówicie w wielkim świecie - każdy problem to okazja. Ja z chęcią zostanę Pani okazją... Jestem do dyspozycji mademoiselle..

    Le Fey posłała pilotowi pełne litości spojrzenie, po którym każdy wrażliwy na swoim punkcie mężczyzna już do końca życia musiałby używać pompki do penisa lub chemicznych wspomagaczy na bazie sildenafilu. O’Connor, O'Callan czy jak się tam naprawdę nazywał ten człowiek wydawał się jednak z siebie tak zadowolony, że tego nie zarejestrował. Lub po prostu wyparł to dla własnej higieny psychicznej. Nie zamierzała w nim wchodzić w żadne dyskusje. Ludzi dzieliła na dwie kategorie. Takich z którymi można ubić interes i takich, którzy są tylko szumem. Bez słowa ruszyła w kierunku swojej kajuty i zanim weszła do środka pilot i jego zaczepki stały się tylko mglistym wspomnieniem.

    Go!

    Prywatna kwatera przydzielona przez Hannigana nie była szczytem luksusu, ale wegetowała już w gorszych miejscach. Nie zamierzała narzekać, w końcu to kombajn górniczy a nie statki turystyczne dynastii Weylandów. Gdy drzwi zasunęły się za nią z sykiem od razu zrzuciła z siebie kombinezon i weszła pod natrysk. Gorący strumień uderzył w lepkie, zimne ciało. Szorując skórę próbowała nie myśleć o tym co powiedział kapitan. Nie miała wpływu na procedury, była tylko gościem w cudzym królestwie. Ale czy zarząd Lassalle przyjmie jej tłumaczenia gdy nie doleci do Borodino na czas i ktoś sprzątnie jej kontrakt sprzed nosa? Całe życie trenowała swój umysł i ciało, żeby wyeliminować z równania przypadek. Bo w łańcuchu pokarmowym firmy nie istniało pojęcie siły wyższej ani pecha. Do głowy wtaczano jej logikę drapieżnika. To czy się pożywisz swoją ofiarą, zależy wyłącznie od włożonego wysiłku i nie ma okoliczności łagodzących dla nieudanego polowania. Jeśli coś pójdzie nie tak, to ty popełniłaś błąd. Na koniec dnia poszłaś spać głodna bo za mało przewidziałaś i dałaś się zaskoczyć. I jeśli nie przyniesiesz w zębach upolowanej zdobyczy, stajesz się dla stada zbędnym balastem. Pamiętała lekcje historii, pamiętała lekcje o starożytnej Sparcie i nie chciała być jednym z tych dzieci, porzuconych w górach Tejget.

    Nie odpuszczę - postanowiła.

    Skupiła się na prysznicu. Gorący strumień spłukał resztki żelu a jej skóra nabrała wreszcie zdrowego koloru. Z namaszczeniem jubilera polerującego najdroższy diament wtarła peeling w pośladki i sterczące piersi. Fizyczna perfekcja nie służyła zaspakajaniu potrzeb samców lecz była narzędziem do łamania ich woli. Najgroźniejsze węże żyjące kiedyś na Ziemi miały zachwycające, przyciągające wzrok ubarwienie. Usłyszała to kiedyś podczas jednej z lekcji i wzięła sobie do serca.

    W końcu zakręciła wodę i stanęła bosymi stopami na kratce śluzy. Z uchwytu ściągnęła recznik, bez pośpiechu wytarła z siebie resztki kropel a mokre włosy odrzuciła za plecy. Naga podeszła do ściennego schowka, ale nie wyciągnęła ręki do klawiatury. Zamiast tego pochyliła się i zjechała wzrokiem do dolnej szczeliny metalowych drzwiczek. Przezroczysty, wąski pasek taśmy wciąż tam był. Nakleiła go tuż przed tym zanim wsadzili ją do kriokomory. Byłaby skończoną idiotką, gdyby zostawiła swoje rzeczy bez zabezpieczenia wiedząc, że na pokładzie jest syntetyk Weyland-Yutani. Android mógł wyglądać jak dobroduszny i nieszkodliwy medyk, ale Delilah nie miała wątpliwości, że to przede wszystkim szpieg przemysłowy. Mogła się tylko domyślać jak wygląda jego źródłowy kod nadpisany algorytmami imitującymi empatię. Przejechała opuszkiem palca po krawędzi taśmy. Struktura nie była naderwana, nikt nie majstrował przy zamku. Wyprostowała się, wklepała w panel kod i wcisnęła zatwierdzenie. Metalowe drzwiczki otworzyły się z głuchym kliknięciem. Wyciągnęła swój bagaż na zewnątrz, po czym rozpięła zamek i otworzyła kuferek z kosmetykami.

    Przez następne kilkanaście minut próbowała doprowadzić ciało do wymaganej perfekcji. W uda, piersi, ramiona i brzuch wtarła balsam nawilżający a następnie sięgnęła po flakonik z płynnym rozświetlaczem. Rozprowadziła złocistą maź w zagłębieniu dekoltu i skóra natychmiast nabrała wilgotnego połysku. Wyglądała teraz jakby przed chwilą skończyła intensywny trening. Na koniec spryskała kark i obojczyk chłodną mgiełką, pozwalając, by słodki zapach osiadł na niej jak sieć utkana przez samicę czarnej wdowy. Czarny stanik zapięła z przodu a na pośladki wciągnęła figi w tym samym kolorze. Mokre włosy zebrała na karku i spięła ciasno gumką. Na odprawę z bandą kosmicznych roboli nie potrzebowała garnituru więc postawiła na wygodę. Wcisnęła się w luźne materiałowe spodnie a przez głowę przeciągnęła biały podkoszulek na ramiączkach. Na stopy założyła białe tenisówki. Była gotowa.

    text alternatywny

    Zanim wyszła z kajuty sięgnęła po żeton, który leżał samotnie na dnie schowka. Spojrzała na poprzecierany metal a w jej głowie od razu rozległ się głos Nauczyciela.

    Nie zasłużyłaś na nagrodę Delilah. Nie zasłużyłaś dziś na przekąskę.

    Schowała pieniążek do kieszeni spodni i choć ważył nie więcej niż parę gramów czuła jego ciężar.

    Czuła go przez całe życie.

    ***

    Do mesy dotarła kilka minut przed czasem. Czekał już tam Marcus Holt.

    Spojrzała na parujący przed nią kubek z brązową cieszą i odsunęła go od siebie palcem wskazującym. Zupełnie nie rozumiała rytuału picia kawy. Zdrowy człowiek nie potrzebuje stymulantów by dojść do siebie, nawet po miesiącach spędzonych w lodówce. To było jedno wielkie zbiorowe, urojenie i nie zamierzała w tym uczestniczyć. Zignorowała uwagę o ciszy. Zamiast tego jej wzrok zjechał na ciężki karabin szturmowy, z którym ochroniarz najwyraźniej nigdy się nie rozstawał.

    -Spodziewa się pan kłopotów, panie Holt? - zapytała. - Czy to jakaś demonstracja i chce pan pokazać, kto na tym statku ma największy karabin?

    Zlustrowała go od góry do dołu. Wyniszczona, stara twarz, szrama na skroni. znoszony kombinezon. Typowy wrak z rubieży, mężczyzna, który dawno przekroczył swój termin przydatności. Delilah jednak gdzieś pod skórą czuła, że tym razem jest w błędzie. Ten człowiek wydawał się dbać o broń z obsesja psychopaty. To był profesjonalista. Ktoś kto mógł okazać się całkiem użytecznym aktywem.

    -A co do górników, zgadzam się. Pilnowanie tej hołoty to dość uciążliwe zajęcie. Nie rozważał pan nigdy bardziej kameralnej pracy? W przyjemniejszych warunkach? - zaakcentowała, nie spuszczając z niego wzroku. - Na przykład jako osobisty ochroniarz?

    W korytarzu rozległy się kroki. Do mesy zaczęli schodzić się kolejni wybudzeni załoganci.

    -Gdyby szukał pan nowych wyzwań, wie pan gdzie mnie znaleźć - dokończyła, na razie ucinając temat.

    ***

    Wysłuchała przemowy Hannigana zachowując kamienny wyraz twarzy. Gdy na wstępie usłyszała, że sygnał S.O.S jest autentyczny jej dłoń odruchowo powędrowała do kieszeni spodni. Wyczuła pod palcami zimny metal, ale nie przyniósł ukojenia. Było źle, było fatalnie a każdy kolejny komunikat sprawiał, że przechodziła przez nią fala złości. Widziała, jak Hannigan próbuje traktować ją jak powietrze, jak unika kontaktu wzrokowego. Zachowywał się niczym dziecko, które myśli, że jak zakryje oczy potwór czający się w mroku go nie zauważy. Mógł się znać na zarządzaniu kosmicznym złomem, ale nie miał pojęcia jak przebiega szkolenie takich jednostek jak ona. Uczono ją jak prowokować zbrojne zamieszki na koloniach i inspirować wielomiesięczne strajki górników a wszystko to w białych rękawiczkach. Nie zamierzała marnować swojego cennego czasu za bzdurne procedury. Czas skończyć ten cyrk.

    -Jedno pytanie, kapitanie. - uśmiechnęła się fałszywie, z pełną premedytacją znaczenia tego uśmiechu przeznaczonego specjalnie dla uciążliwego oficera. - Czy polisa ubezpieczeniowa tego statku, za którą płaci Kelland Mining, obejmuje dokowanie wojskowego transportowca o nieznanym statusie skażenia radiacyjnego? Prawo nakazuje udzielenie pomocy jednostce, ale nie kosztem życia własnej załogi i pasażerów, za których wziął pan osobistą odpowiedzialność. Nie chcę sytuacji w której ta maszyna - wskazała z niemal jawną niechęcią na syntetyka - będzie w nas pakować morfinę, gdy zaczniemy tracić włosy i wymiotować własnymi narządami.

    Zamilkła na moment, dając czas by makabryczna wizja popromiennej choroby zadziałała na wyobraźnię zgromadzonych wokół niej ludzi. Oparła dłonie o blat stołu i pochyliła w stronę Hanningana, zmuszając go do kontaktu wzrokowego.

    -Słusznie pan zauważył, że nie możemy wykluczyć aktu piractwa. Więc proszę dokładnie to wpisać w oficjalny raport. Zgłoszenie uzasadnionego podejrzenia pułapki zwalnia pana z obowiązku podążania za sygnałem S.O.S. Kelland Mining obchodzi wyłącznie ten statek i jego ładunek. Nikt w zarządzie nie będzie miał do pana pretensji że nie zaryzykował pan ich sprzętu. Wręcz przeciwnie, jeszcze podziękują panu za ochronę ich własności. Dopilnuję by tak się stało gdy już dolecimy do Borodino.

    Rozgrywka

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Krzysiek Komeda 100.jpg

    Krzysztof Komeda

    Mikołaj wycelował palcem w tłum jak prezenter teleturnieju.

    – Wraca kto na Błonia?

    – Ja mieszkam na Błoniach – odpowiedział Krzysiek. – Ale muszę jeszcze wrócić po rower pod szkołę. I mam parę spraw po drodze, więc sam se podreptam.

    Skłamał. Skłamał i nie skłamał, bo mieszkał na Błoniach, ale nie miał żadnych spraw do załatwienia, po za jedną. Przebrać się z powrotem w normalne ciuchy zanim wróci do domu. W oczach kogoś takiego jak Pogorzelski mogłoby to wyglądać żałośnie. Mikołaj wyglądał na gościa, który chodzi własnymi drogami i ma gdzieś, co myślą inni. Wkładał co chciał i mówił co chciał. Ile Krzysiek by dał, żeby rzucić do matki przy kolacji: „Mamo, od jutra idę do szkoły w katanie. A obrazek komunijny wylatuje. Wieszam tam teraz plakat Ozziego”. Helena Komeda pewnie by zemdlała, a po przebudzeniu zadzwoniła oczywiście gdzie? Tak. Do ojca charyzmatyka wyspecjalizowanego w egzorcyzmach i modlitwach o uzdrowienie duszy.

    Wrócił pod szkołę bocznymi uliczkami, żeby nie natknąć się na Maciejakową i Bednarską. Rower stał tam, gdzie go zostawił. Krzysiek zarzucił nogę przez ramę i usiadł na siodełku. Ból od razu przypomniał mu o tatuażu, ale zacisnął zęby i ruszył. Raz, dwa, ała. Raz, dwa, ała.

    Za garażami zatrzymał się w tym samym miejscu co rano. Zrzucił katanę i dżinsy z łańcuchem a potem koszulkę z czaszką, którą Marek przywiózł z konwentu “Kryształów Czasów” w Choroszczy. Na końcu zsunął trampki. Przebrał się z powrotem w białą koszulę, spodnie w kant i lakierki. Wylinka w drugą stronę. Ciuchy metalowca poszły na dno plecaka, zwinięte w kulkę, bo nie było czasu na składanie. Krzysiek spojrzał na siebie w lusterku roweru i zobaczył to, co zawsze widział. Grzecznego chłopca.

    Clark Kent wraca do domu.

    Matka czekała w kuchni a obiad już stał na stole. Rosół z niedzieli, jak zawsze w poniedziałek. Krzysiek wszedł do przedpokoju i nie zdążył zdjąć butów, kiedy Helena się odwróciła.

    – Krzysiu, a gdzieś ty się tak pomiął?

    Spojrzał w dół. Koszula, która od rana leżała w plecaku wyglądała tak, jakby przeżuł ją pies i wypluł z powrotem.

    – A, to nic. Byliśmy na wycieczce, na zamku, chodziliśmy po rusztowaniach i w ogóle.

    Helena pokręciła głową, ale nie drążyła. Krzysiek poszedł do pokoju, rzucił plecak w kąt i wrócił do kuchni. Matka postawiła talerz z rosołem na podkładce i usiadła naprzeciwko.

    – No to mów. Jak nowa szkoła? Jak klasa?

    – Spoko, klasa jest fajna. Mam już nawet dwie nowe koleżanki. Alicję i Paulinę.

    Powiedział to bez zastanowienia i od razu pożałował. Oczy matki zmrużyły się o milimetr.

    – A jak mają na nazwisko?

    – Nie znam jeszcze dobrze wszystkich nazwisk. Dopiero co je poznałem

    – Mhm.

    To „mhm" zabrzmiało złowieszczo. Oznaczało, że matka zapamiętała imiona i przy najbliższej okazji, gdy dowie się już jak mają na nazwisko przepyta Bednarską, co to za jedne.

    Helena odłożyła łyżkę, wyprostowała plecy i złożyła ręce na stole. Oho. Krzysiek wiedział to go oznacza.

    – Krzysiu, ja ci nie bronię ci mieć koleżanek. Ale musisz wiedzieć, że dzisiejsze dziewczyny to nie to co kiedyś. Teraz tylko dyskoteki im w głowie, malowanie, krótkie spódniczki. One ciągną dobrych chłopców na zatracenie. Namawiają do palenia, albo…

    – Czego?

    – Jeszcze gorszych rzeczy. Ty się jeszcze na tych sprawach nie znasz, ale wierz starej matce na słowo. Pamiętasz Łukaszka Piętę? Taki grzeczny był, też ministrant i co? Poznał jedną taką w sanatorium w Rabce, przestał służyć do mszy i zaczął się włóczyć po dyskotekach. Teraz matka go szuka go po nocach w knajpach.

    Krzysiek jednym uchem wpuszczał, drugim wypuszczał. Historię Łukasza Pięty słyszał przynajmniej piętnaście razy.

    – Jasne. Będę uważał – powiedział, wsadzając makaron do ust, żeby nie musieć mówić więcej. A potem, gdy Helena nabrała powietrza do kolejnego kazania, zmienił temat. Gładko i bez zająknięcia, jak nóż w masło.

    – Mamo, zapomniałem powiedzieć. Ksiądz Roman robi dzisiaj imprezę urodzinową na plebanii po popołudniowej mszy i zaprosił wszystkich ministrantów. Mogę iść?

    Helena zmarszczyła czoło.

    – Urodzinową? Proboszcz Roman ma urodziny w marcu.

    Krzysiek poczuł, jak makaron staje mu w gardle. Idiota. Mógł pomyśleć dwie sekundy dłużej. Oczywiście, że ksiądz proboszcz ma urodziny w marcu.

    – A może to nie urodziny – odpowiedział spokojnie, chociaż spokój kosztował go więcej niż tatuaż. – Może imieniny? Albo jakieś inne święto, Kuba mi mówił na apelu i pewnie źle powtórzył. W każdym razie ksiądz zaprasza.

    Krzysiek nie odważył się spojrzeć na matkę, gapił się więc w talerz. Trwało to ze trzy sekundy, ale wydawało się ciągnąć wieczność. W końcu Helena Komeda wydała wyrok.

    – No, jak proboszcz zaprasza, to idź Krzysiu, idź. Nikomu bym swego dziecka nie oddała w opiekę, ale księdzu? Czego tu się bać? Nawet nie wypada odmówić.

    Krzysiek pokiwał głową i włożył do ust kolejną łyżkę makaronu, żeby ukryć ulgę. Kłamstwo przeszło, matka chwyciła przynętę.

    Po obiedzie zamknął się w pokoju. Stanął przed szafą i otworzył ją na oścież. Nie było w niej wiele ciuchów. T-shirty, trzy białe koszule, jedna jasnoniebieska, spodnie do szkoły, spodnie odświętne i na co dzień. Do tego sweter wydziergany na drutach.

    Krzysiek wiedział, że nie może przesadzić. Wychodzi z domu do księdza, więc musi wyglądać tak, jakby szedł do księdza. Żadnych dżinsów i łańcuchów, żadnych katan. Ale musi jakoś przeżyć też dyskotekę. Z półki nad wieszakiem wyciągnął jasnoniebieską koszulę. ciemne spodnie i adidasy firmy Kubota które matka mu kupiła w wakacje u Rumunów na targu. Wtedy sobie przypomniał kuzyna Staszka z Opola, który twierdził, że w sportowych butach nie wpuszczają do klubów. Sięgnął więc po stare, ale jeszcze nie tak starte zamszowe mokasyny.

    Koszulę włożył w spodnie i podciągnął je pod sam pępek, tak jak widział kiedyś u starszych chłopaków na dożynkowym festynie w Wólce Wodzisławskiej, dokąd pojechał z księdzem poświęcić nowy wóz strażacki. Tamci wyglądali dobrze. Przynajmniej tak mu się wydawało.

    Spojrzał w lustro. Nie wyglądał już jak metalowiec, ale też nie ministrant. Nie mógł określić kim jest bo nigdy nie słyszał określenia wiejski wichurant.

    Wyszedł z domu o wpół do piątej. Helena stała w drzwiach i wcisnęła mu do ręki banknot.

    – Pięćdziesiąt złotych. Kup po drodze czekoladki dla księdza Romana. Z Wedla albo Wawelu, byle nie te ruskie z bazaru. Nie wypada iść z pustymi rękami.

    – Jasne, dzięki mamo.

    Schował banknot do kieszeni i szczęśliwy ruszył w stronę kościoła. Za pięćdziesiąt złotych mógł się już poszalkeć w klubie. Kupić przy barze w Miami pepsi albo kaskadę.

    Msza popołudniowa była krótka i nudna. Krzysiek służył na autopilocie. Szukał wzrokiem siostry Faustyny, ale jej nie było ani w zakrystii, ani w ławkach, ani w ogóle. Dzień bez niej był jak rosół matki bez makaronu i to ten poniedziałkowy. Niby to samo, ale czegoś brakuje.

    Po mszy wyszedł z kościoła i przez kolejnych kilka kwadransów kręcił się po bezczynnie rynku. Do Miami wszedł kwadrans po ósmej.

    Pierwsze co zobaczył, to że jest chujowo ubrany. Znaczy nie chujowo w sensie, że brzydko, tylko chujowo w sensie, że inaczej niż wszyscy. Chłopaki mieli na sobie luźne koszulki, dżinsy, trampki albo adidasy. Dziewczyny krótkie spódniczki i bluzki, od których matka Krzyśka dostałaby zawału na miejscu. A on stał w drzwiach w jasnoniebieskiej koszuli zapiętej pod szyję, ze spodniami podciągniętymi pod pępek i w mokasynach. Nie miał marynarki z krepiny, ale i tak czuł się jak pajac.

    Wykonał szybkie trzy ruchy. Wyciągnął koszulę ze spodni, rozpiął dwa górne guziki a potem zmierzwił włosy palcami. Stanął pod ścianą i rozglądał się po sali.

    Krzysiek na disco.jpg

    Muzyka grała, wokalista śpiewał w refrenie bajabongo je je je, ale to nie były zupełnie jego klimaty. Światła migały, ludzie tańczyli, gadali, pili piwo. Krzysiek szukał wzrokiem Chlebowskiego, ale ten jeszcze się nie zjawił. Kogo jak kogo, ale jego na pewno by zauważył.

    A może jednak nie przyjdzie? Może może się rozmyślił, może w ostatniej chwili zrozumiał, że krepina to zjebany pomysł godny ucznia szkoły specjalnej a nie pierwszej klasy liceum?

    Przez sekundę Krzysiek poczuł coś na kształt litości. A co jeśli on naprawdę jest upośledzony a on go wystawił na pośmiewisko? Szybko jednak uznał, że to niemożliwe. Przecież nikt by nie przyjął dauna do liceum. Po za tym Chlebowskiem przyda się zimny prysznic. Może po tym wszystkim przestanie zaczepiać obcych ludzi i proponować im udział we wspólnym upokorzeniu się przed całą szkołą.

    Przystępował znudzony z nogi na nogę, gdy nagle podeszła Paulina.

    Krzysiek otworzył usta i zapomniał je zamknąć. Stała przed nim dziewczyna, którą ledwo poznawał. Kręcone włosy, umalowana, w ciuchach, które nie miały nic wspólnego z tym co nosiła rano w szkole. Za nią stały trzy inne koleżanki, równie wystrojone i umalowane. I do tego Alicja z nogami do samej szyi. Matko boska. Krzysiek poczuł gorąco na policzkach. W całym swoim szesnastoletnim życiu nie stał tak blisko tylu ładnych dziewczyn naraz. Siostry Faustyny nie liczył, bo ta chodziła w habicie po kostki i Krzysiek mógł najwyżej zgadywać co jest pod spodem. A tutaj nie trzeba było zgadywać. Tutaj wszystko było na wierzchu.

    W głowie odezwał się głos matki. „Dzisiejsze dziewczyny to nie to co kiedyś. Teraz tylko dyskoteki im w głowie, malowanie, krótkie spódniczki. One ciągną dobrych chłopców na zatracenie."

    Krzysiek zepchnął głos matki tam, gdzie trzymał różaniec, na samo dno kieszeni.

    – Ej, to ty miałeś mieć ten różowy garniak? Wystawiłeś kumpla?

    Gdy Paulina się roześmiała, Krzyśkowi zrobiło się ciepło, bo nie śmiała się z niego, tylko z numeru jaki wykręcił stukniętemu Adasiowi. To była miła odmiana.

    – To nie moja wina – wyjaśnił Krzysiek gdy Paulina przestała się chichrać. – Ten przygłup sam mi się wystawił pod kosę. I nie jest moim kumplem. Nie kumplowałbym się z typem, który nosi w plecaku ciupagę.

    Spojrzał na zegarek, dochodziła dwudziesta. Posłał Paulinie uśmiech, którego nie powstydziłby się sam władca piekieł. Zobaczył, że dziewczyna trzyma w ręku aparat fotograficzny.

    – Szykuj się. Zaraz zacznie się widowisko.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • Krzyk Pustki
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Delilah le Fey

    Bezczynność zabijała Delilah le Fey.

    Leżała na niewygodnym materacu pryczy, trzymając nad twarzą plik zszytych kartek. Przewracała strony wstępnej umowy dla zarządu kolonii na Borodino. Dostawy syntetycznego białka i modyfikowanej genetycznie kukurydzy dla tysięcy górników. Jej osobisty bilet do awansu. Zanim trafiła na pokład Kardashian i włożyli ją do zamrażarki, tysiące razy ćwiczyła scenariusz negocjacji. Wiedziała, jak zamaskować każdy niewygodny akapit ukryty między setkami paragrafów i kiedy odwrócić uwagę od drobnego druczku przy klauzulach. Wystarczyło rozpiąć o jeden guzik za dużo a w odpowiednim momencie zmienić pozycję tak by rąbek spódnicy podwinął się i ukazał pasek czarnych jak grzech podwiązek. Mogła też zawiesić na samcach wygłodniałe spojrzenie a na nieudolne komplementy zalać policzki wyuczonym, dziewczęcym rumieńcem. A potem, gdy zaczną gubić wątek rzucić z pamięci ciągiem wyliczeń i prognoz utwierdzając ich w przekonaniu, że Lassalle przysłało profesjonalistkę. Kogoś, komu zależy na uczciwej współpracy. Kogoś, kto nie chce zrobić z nich kolejnej dojnej krowy dla korporacji i kto za złożony podpis na kontrakcie z radością pozwoli im zamknąć drzwi gabinetu od wewnątrz by na kanapie udowodnić, jak bardzo potrafi być wdzięczna. W ostatniej części rozgrywanego w głowie scenariusza widziała, jak zarządcy składają podpisy na cyrografie a zanim zorientują się, że firma pożre ich razem z talerzem ona już dawno będzie w drodze na Epsilon Eridani, negocjować kolejną umowę.

    Ćwiczyła ten scenariusz tysiące razy, ale teraz nie potrafiła utrzymać koncentracji. Za każdym razem, gdy próbowała się skupić cyfry się zamazywały. Gapiła się w papier pustym spojrzeniem. Gniew na Hannigana i jego kundli wciąż pulsował jej w skroniach. Zrozumiała, że jedynym sposobem by ten łajdak zaczął chodzić na krótkiej smyczy jest znalezienie punktu nacisku. Na takich górniczych łajbach często kwitła kontrabanda i załoga Kardashian też musiała mieć swoje brudne sekreciki. Pytanie, jak je wyciągnąć? Przypomniała sobie o pilocie. Ten egomaniak kierował całym statkiem, ale nim samym sterował wyłącznie samczy popęd. Może gdyby w ciasnej sterowni zdradziła mu swoje własne brudne sekrety, wyśpiewałby jej grzeszki kapitana?

    Delilah Fay nie zdążyła nakreślić nowego scenariusza, w którym załoga Kardashian kończy na jej łasce i niełasce.

    Nie zdążyła, bo za ciężkimi drzwiami jej kajuty rozległy się strzały. Dobiegały gdzieś z głębi statku.

    Agentka upuściła papiery na materac. Usiadła, wbijając wzrok w stalowe drzwi. Nasłuchiwała.
    Nie wiedziała, kto strzela. Miała nadzieję, że Holt, bo jeśli nie Holt, to niech piekło pochłonie Caleba Hannigana. Ostrzegała tego głupca i choć robiła to we własnym interesie, mógł schować swoją dumę do kieszeni i wykazać wyobraźnią. Strzały na statku oznaczały komplikacje. Kolejne komplikacje.

    Jakby mało miała problemów.

    Huk broni zwiastował krwawe kłopoty. Sabotaż, abordaż, przebite poszycie. Gdzieś tam w głębi Kardashian działy się rzeczy, które mogły posłać ich prosto w otchłań kosmicznej próżni. Ale le Fey przed oczami miała tylko podpisy zarządców z Borodino. Podpisy, które nigdy nie zostaną złożone. Wszystko pójdzie z dymem. Jej awans, premia i gratulacje złożone osobiście przez Edinie Lasalle. Delilah nigdy nie usłyszy z jej ust, że zamknięcie programu Übermensch było błędem. Że ona sama nie jest błędem. Że jest warta więcej niż każdy jeden Nexus MK 6.

    Dotarło do niej nagle, jakie to niedorzeczne. Wycenia własne przetrwanie niżej niż przyszłe dywidendy Lasalle Bionational.

    Jakbym sama była maszyną.

    Wsunęła dłoń do kieszeni spodni, zaciskając palce na starym żetonie. Zgniotła myśl w zarodku, zanim nasiono zdążyło wykiełkować i rozrosnąć w niechciany chwast.

    -Wątpliwości to szczelina w twoim pancerzu. Wpuścisz tam jedną myśl, a rozerwie cię od środka. - przypomniał głos Nauczyciela, wciąż odporny na czas i miesiące spędzone w kriośnie. - Nigdy nie zapominaj, są cele większe niż ty czy ja słodka Delilah. Wszyscy jesteśmy aktywami a nasza krew to zaprawa pod imperium, które przetrwa całe millenia. I istnieć będzie, kiedy po nas nie zostanie nawet pył.

    Znalazła się przy wyjściu z kajuty, zanim w ogóle o tym pomyślała. Skierowała rękę na skaner biometryczny, natychmiast jednak cofnęła dłoń. Skoro zwerbowali najemnika pokroju Holta, niech on zarabia na swój żołd. Martwa agentka, leżąca w korytarzu z dziurą w głowie nie wynegocjuje już niczego.

    Odwróciła się plecami do drzwi i wbiła wzrok w czujnik na suficie.

    — Opiekunie, aktywacja kanału priorytetowego. Mówi Delilah le Fey, starsza negocjatorka Lassalle Bionational. Status pasażera priorytetowego statku Kardashian. Kto strzela na pokładzie i w którym sektorze? Czy sytuacja zagraża mojemu bezpieczeństwu?

    Czekała na odpowiedź. Jeśli system zablokuje dostęp, powołując się na regulamin załogi, zmusi go do gadania. Korporacyjne szkolenia operacyjne obejmowały jailbreak a Opiekun był zaledwie budżetową, prymitywną imitacją Matek, które Weyland-Yutani pakowało w swoje krążowniki. Jeśli będzie trzeba, użyje odpowiednich komend głosowych i wyciągnie ze złomu bajt po bajcie.

    Rozgrywka

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Krzysiek Komeda 100.jpg

    Krzysztof Komeda

    Smok na dupie przypomniał o sobie w najmniej odpowiednim momencie. Krzysiek zacisnął zęby i przeniósł ciężar ciała na lewą nogę, ale to nic nie dało. Czuł się jakby miał hemoroidy, choć nigdy nie miał hemoroidów i nie wiedział do końca na czym to polega. Ale kiedyś na wigilii wujek Andrzej z Jeleniej Góry między jednym a drugim kieliszkiem, jeszcze zanim zdążył się pokłócić z teściem o Wałęsę i zwyzywać Kwaśniewskiego pożalił się, że nie może nawet się podetrzeć, bo tak go piecze. Krzysiek miał nadzieję że rana się nie otworzyła. Ciemnoczerwona plama na spodniach byłaby sensacją wieczoru przy którym marynarka z krepiny to niewinna igraszka. Nikt by przecież nie uwierzył w tatuaż smoka na dupie wydziarany w chałupniczych warunkach w piwnicy sąsiada. We wtorkowy poranek cała szkoła by huczała, że Krzysztof Komeda z IB dostał rozwolnienia w klubie Miami i przegrał nierówną walkę ze zwieraczami.

    Krzysiek zauważył, że Paulinie udało się odciągnąć Chlebowskiego od dresów. Poczuł ulgę, choć sam tego nie rozumiał. Bo przecież Chlebowski ewidentnie na niego polował. Może przemawiały przez niego resztki chrześcijańskiego miłosierdzia, albo może po prostu nie chciał oglądać jak gęba rówieśnika niczym tyłek Krzyśka po spotkaniu z maszynką do dziarania zamienia się w krwawą papkę.

    Wiedział za to jedno. Jeśli Chlebowski go zobaczy to na pewno wykorzysta okazję by znów go spróbować pogrążyć. A już na pewno tak zrobi jeśli rana się otworzy a na spodniach pojawi się plama. Krzysiek nie zamierzał siedzieć i nadstawiać łba pod ciupagę. Musiał zniknąć po angielsku, wrócić do domu, zrobić zimny okład i iść spać.

    Był zły na siebie że w ogóle wyszedł i okłamał matkę. Jutro Helena Komeda prześwietli go jak rentgen i wypyta jak było na imprezie u proboszcza. I jeśli kłamstwo w końcu się wyda trafi do piekła jeszcze za życia. Będzie gotować się w kotle wypełnionym łzami matki.

    Ruszył w stronę wyjścia. Próbował nie rzucać się w oczy, nie dać po sobie poznać że coś go boli. Ktoś przeszedł obok, szturchnął go biodrem i Krzysiek stęknął cicho. Zdążył jeszcze przekląć w duchu Chlebowskiego i siebie samego po czym wyszedł z Miami i powlókł się chodnikiem w kierunku Błonia.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • Krzyk Pustki
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Delilah le Fey

    Ten głupiec chce nas wszystkich pozabijać.

    To była pierwsza myśl Delilah le Fey, gdy Opiekun skończył zdawać raport. Miała ochotę się uszczypnąć a obracany w dłoni żeton wypadł z palców i z brzękiem uderzył o dno kajuty. Wiedziała już, że rozbitek nazywa się Purcell i podczas przesłuchania wspomniał o tajemniczym ładunku na jednostce Wallander. Wiedziała też, że zewnętrzne kamery Kardashian potwierdziły istnienie baterii rakiet i źródła silnego promieniowania na sterburcie tendera. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, wobec tego co usłyszała chwilę później. Wiedziała już, że Hannigan to niekompetentny łajdak, ale nawet ją zaskoczyła jego decyzja.

    — Powtórz to jeszcze raz maszyno — zażądała — Kapitan chce spenetrować wrak i wysłać tam misję ratunkową?

    — Potwierdzam. Procedura ratunkowa na pokładzie USS Bleinert została oficjalnie autoryzowana przez dowódcę.

    — I O'Collan zaproponował bezpieczny lot zwiadowczy małym modułem a on go zignorował i chce przykleić statek do napromieniowanego trupa?

    — Tak agentko le Fey. Parametry manewru potwierdzone.

    Z gardła Delilah wyrwał się dziwny dźwięk, który zabrzmiał jak nerwowy, histeryczny śmiech. Przycisnęła dłoń do ust zaskoczona swoją reakcją. Po chwili na twarz powrócił lodowaty spokój. Odgarnęła zbłąkany kosmyk z czoła. Musiała się skupić i zakończyć to szaleństwo raz na zawsze. Czas na uprzejmości się skończył, Borodino nie będzie wiecznie czekać.

    — Opiekunie, podaj pełną listę zagrożeń. Skup się na fizycznym ryzyku dla statku. Wygeneruj wszystkie możliwe symulacje wraz z rachunkiem prawdopodobieństwa.

    Podniosła zimny pieniążek z podłogi, który już tyle razy pozwolił jej się skupić i wyłączyć niepotrzebne myśli. Zacisnęła go w dłoni.

    — A kiedy skończysz przedstaw mi łańcuch dowodzenia na Kardashian. — poleciła — ...i wylicz wszystkie prawne przesłanki, które umożliwią odsunięcie kapitana od dowodzenia statkiem.

    Rozgrywka

  • AI w językowej służbie MG
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Kiedyś zrobiłem sobie eksperyment myślowy czy przeczytałbym książkę współtworzoną przez AI. Pierwsza myśl była taka, że nigdy w życiu. Ale potem zdałem sobie sprawę, że gdyby sędziwy George R.R Martin posiłkował się sztuczną inteligencją by dokończyć moją ukochaną “Pieśń Lodu i Ognia” kupiłbym “Wichry Zimy” i “Sen o wiośnie” bez zastanowienia. Ponieważ wiem, że Martin mający obsesję na punkcie doskonałości, potrafiący kasować całe rozdziały byłby odpowiedzialny za każde słowo w tej książce a AI to tylko narzędzie. Za jakość tego co wychodzi z AI odpowiada autor więc jeśli puści w obieg śmieci to jest jego wina, jego wstyd. Sprawa Tokarczuk została rozdmuchana do granic absurdu, bo ludzie jej zarzucają, że pisze za nią maszyna, gdzie z jej słów wynika, że używa jej do burzy mózgów. Tu akurat AI jest przydatnym narzędziem, bo choć w większości przypadków wypluwa z siebie generyczne, pozbawione sensu i logiki śmieci to potrafi dać iskrę, zapalnik, jakąś myśl, którą można rozwinąć po swojemu. I tak sobie właśnie wyobrażam korzystanie z tych narzędzi. Całkowite oddanie sterów algorytmowi bez żadnego zastanowienia to jest samobójstwo. Dlatego nie wyobrażam sobie sytuacji w której MG jest tylko awatarem na forum a sesję prowadzi za niego sztuczna inteligencja, ale to chyba rozważania w kategorii science-fiction i nikt normalny by czegoś takiego nie zrobił. Chyba że w formie otwartego eksperymentu, by sprawdzić jak model językowy poradzi sobie w roli prowadzącego a gracze wiedzą, że grają z maszyną.

    Nie mam żadnego problemu z tym, że MG używa AI o ile dostanę, autorską jakościową sesję, w którą się wciągnę. Dla mnie najważniejszy jest ostateczny rezultat. Rolltelling to nie jest oficyna wydawnicza tylko miejsce do wspólnej zabawy. Moja ściana na X jest teraz zalana histerycznymi postami o Tokarczuk i teraz widzę jak stygmatyzujące jest korzystanie z AI więc nie chciałbym sytuacji w której użytkownicy w tym miejscu są dzieleni na tych prawilnych i mniej prawilnych, że sesja “free-AI” z definicji jest lepsza.

    Dla mnie Rolltelling to np. jedyne miejsce dzięki któremu mogę efektywnie korzystać z generatorów obrazów. Do tej pory takie zabawki nie były mi do niczego potrzebne, ale w RPG to spełnienie mokrych snów człowieka, który godzinami przekopywał pinterest w poszukiwaniu doskonałej ilustracji albo awatara. Już nie prowadzę sesjj, ale mogę sobie wyobrazić jakie rzeczy bym tworzył by bardziej przyklimacić i dodać sesji sznytu. Niektóre narzędzia AI to szwedzki stół dla kreatywności. W MG, który dostarczy w rekrutacji jakościowy trailer filmowy albo w Suno stworzy dla trubadura w sesji wpadającą w ucho balladę kamieniami rzucać nie zamierzam. Wręcz przeciwnie.

    Ta technologia zostanie już z nami tak jak internet, więc ja nie widzę sensu jej demonizować. Bardziej od tego czy ludzie używają AI do grania w erpgegi martwiłbym się czy za jakiś czas w ogóle będą mogli korzystać z tych narzędzi na równych prawach. Bo za chwilę może się okazać, że stać na to tylko duże firmy i korporacje a my znajdziemy się nagle w cyberpunkowej dystopii gdzie biedni są jeszcze biedniejsi, bogaci jeszcze bogatsi a technologia przyszłości to przywilej dla nielicznych.

    Dyskusje RPG

  • Krzyk Pustki
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Delilah le Fey

    O’Callan gadał, gadał i gadał.

    Był jak natrętny insekt, komar latający koło ucha. Nie miała zegarka i nie mogła policzyć ile czasu zajęły mu erudycyjne popisy, ale wyglądało na to, że prosta komenda “wracaj do kajuty” u pilota Kardashian rozciąga się w monodram liczący tysiąc słów i pięć aktów. Wyliczał obecnych na pokładzie mieszkalnym, chwalił jej pomysłowość, napomknął coś o byłej żonie, a potem przeszedł do gróźb. Na początku słuchała jego wywodów z irytacją, potem z niedowierzaniem a na końcu już tylko z rozbawieniem.

    On się boi.

    Przez monolog pilota przemawiała czysta histeria, maskowana zabawnymi dygresjami, ale Delilah w tym sztucznym luzie bezbłędnie wyczuła strach. O’Callan odkąd go poznała pozował na macho, ale teraz przemawiał przez niego wystraszony samiec beta. Samiec, który dostał na godzinę władzę i nie wie co z nią zrobić więc wygłasza przemówienie.

    Zostało jedno pytanie i było jedynym, które ją obchodziło.

    Skąd wiedział?

    W spalni nie było kamer. Sprawdziła to pierwszego dnia po wejściu na pokład, zanim jeszcze rozpakowała walizkę. Przepisy zabraniały instalacji sprzętu nagrywającego w strefach prywatnych i kriogenicznych, a jednak pilot zachowywał się jakby stał tuż obok i relacjonował jej mały występek. Bezbłędnie odgadł zamiary agentki choć zanim zdążył powiedzieć choć jedno słowo, Delilah puściła dźwignię i nie potrzebowała do tego zachęty. Sama uznała, że to zły pomysł. Teraz słuchając pilota, miała ochotę zrobić na przekór. Ale to nie przysłużyłoby się jej interesom. Interesom Lasalle.

    W końcu głośnik trzasnął i zamilkł a światła w spalni przygasły do awaryjnej czerwieni. Delilah nie miała już tu czego szukać. Odwróciła się plecami do kriokomór i ruszyła w kierunku śluzy.

    Właśnie wtedy usłyszała czyjś głos.

    — Panno Delilah proszę wyjść albo chociaż wyjaśnić co pani akcja ma na celu. Z jednej strony rozumiem pani wybryk. Każą nam czekać, kiedy potencjalnie połowa załogi może umrzeć. Nieludzkie prawda? Chce tylko dowiedzieć się co pani robi i dlaczego. Nie sądzę, żeby powodem była nuda, ale jeśli jednak to ona to może wspólnie pójdziemy wymusić oglądanie akcji ratunkowej?

    Głos był za młody.

    Delilah zatrzymała się w pół kroku i przebiegła w głowie listę. Hannigan, Holt, Crowe, Kalashnikov, Gleeson i syntetyk siedzieli w tej chwili we wnętrznościach napromieniowanego wraku. O'Callan i Volkov trzymali mostek. Purcell leżał za jej plecami w lodzie.

    Zostawał jeden.

    Pilot wymienił go w swoim monodramie, gdzieś między groźbą a komplementem. Widział go na kamerach. Powiedział mu, żeby wracał do siebie i chłopak najwyraźniej posłuchał go równie chętnie.

    Biscuit.

    Kolejny jasnowidz.

    Dwoje ludzi na tym pokładzie odgadło jej ruch, zanim zdążyła go wykonać i żadne z nich nie miało po temu narzędzi. Albo nie była tak dobrą agentką jak jej się wydawało, ale na statku działy się rzeczy, których nie potrafiła wytłumaczyć.

    Delilah wysunęła gumkę z włosów i potrząsnęła głową. Kosmyki opadły jej na ramiona. Poluzowała zamek bluzy, podniosła wyżej piersi i ruszyła w stronę drzwi pewnym krokiem.

    Skoro chcą się bawić, dostaną zabawę.

    Stanęła w progu dokładnie w chwili, gdy Biscuit zaglądał do środka. Chłopak cofnął się o pół kroku i otworzył usta, żeby coś powiedzieć. Zanim zdążył, spojrzała przez jego ramię. Kamera wisiała pod sufitem korytarza, dioda się paliła. Awaryjne światło odbijało się w obiektywie czerwonym punkcikiem i Delilah przez ułamek sekundy patrzyła prosto w niego.

    Uśmiechnęła się do chłopaka promiennie. Oczy błyszczały w ciemnościach jak u kotki w rui.

    — Co ja tu robię? A jak myślisz ty niemądry dzieciaku?

    Złapała Wiliama za przód kombinezonu i przyciągnęła do siebie.

    Jej wargi rozchyliły miękko i pocałowała go bez ostrzeżenia i żadnego wstępu. Pocałunek trwał krótko, lecz w tym jednym wilgotnym oddechu, chłopak dostał grzeszną obietnicę nagrody, jaka czeka na niego w ciemnych i lepkich zakamarkach statku.

    Oderwała usta i została blisko. Nie spoglądała już w kamery. Wiedziała, że patrzą.

    — Czułam, że za mną pójdziesz. — powiedziała niskim szeptem, ale nie na tyle cicho, żeby mikrofon korytarzowy tego nie złapał. — Nudziło mi się i liczyłam na odrobinę zabawy, zanim Hannigan pośle nas wszystkich do piekła.

    Przesunęła kciukiem po jego bicepsie.

    — O'Callan siedzi na kamerach i widzi, kto wchodzi i wychodzi z kajut. Więc znalazłam bardziej dyskretne miejsce, gdzie ich nie ma.

    Roześmiała się.

    — Niestety ten idiota wszystko zepsuł. Myślał, że idę wypuścić więźnia.

    Rozgrywka

  • Format PBF - zalety (i ewentualne wady)
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Może miałaś inne doświadczenia w grach na żywo, mi przy stole ani na mikrofonie ani razu nie udało się zbliżyć do tego co oferują PBF-y. Można się spierać czy zdolności aktorskie są w RPG potrzebne czy nie, ale o wiele łatwiej zagrać mocno charakterystyczną postać na papierze niż przy stole. Ty sie spotkałaś z wieloma słabymi tekstami i dialogami, a ja mam zupełnie inne doświadczenia. I kiedyś na Li i teraz na Rolltelling jest zdecydowana przewaga osób, które mają dobre pióro i wiedzą jak to wykorzystać. Czy są kandydatami do nagrody Nike? Nie, ale przecież nie o to chodzi by każde zdanie było wymuskane do perfekcji i brzmiało jak wielka literatura. Wystarczy umiejętnie wyrazić swojego bohatera i konsekwetnie go prowadzić zgodnie z jego charakterem, operując prostą gatunkową prozą.
    Gram w 10-osobowej sesji Aliena, gdzie każdy jeden gracz zachwyca i nikt nie odstaje, napięcie między postaciami da się niekiedy kroić nożem, np. gdy pierwszy oficer rzuca się w gniewie na kapitana i czuć, że w tym co mówi i robi jest autentyczny żal i wściekłość. Gdy android poświęca własne istnienie by ratować załogę, jeden z bohaterów reaguje emocjonalnie i gdy czytam jego przemyślania wewnętrzne widzę ten smutek i stratę za maszyną. Moim zdaniem nie da się tak dobrze takich emocji odegrać przy stole, zawsze będzie jakiś zgrzyt, jakaś nuta fałszu, która wytrąca z immersji. Choć, żeby oddać sprawiedliwość miałem okazję też grać z osobami, których każdy jeden bohater, niezależnie od konwencji ma ciężkie deficyty emocjonalne i zawsza jest to właściwie ta sama, zamknięta na innych postać, nastawiona tylko na wygrywanie. Argumentu o rozgrywaniu przy stole retrospekcji czy konfliktów wewnętrznych w ogóle nie kupuję. Dla mnie jest teoretyzowanie, chyba że spotkałaś Mistrzów Gry, którzy faktycznie kładą nacisk także na te elementy i potrafią zabrać gracza do kuchni by rozegrać z nim retrospekcję z jakiegoś kluczowego okresu ich w życiu, który nawet nie jest powiązany z fabułą sesji, lecz mówi nam kim ta postać jest i dlaczego taka jest. W PBF też MG nie naciska na te elementy, ale tu gracz ma pełną dowolność w kreowaniu swojego bohatera, może wtrącać własne przemyślenia wewnętrzne, dygresje, bawić się formą. Oczywiście mogą się zdarzyć sesje kilkulijnikowce skupione na akcji, ale tylko wtedy gdy MG wyraźnie sobie zażyczy takiej konwencji i jest to raczej rzadko spotykana praktyka na forach skupiających graczy PBF (czyli głównie Rolltelling i Strefa).

    Dyskusje RPG

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Krzysiek Komeda 100.jpg

    Krzysztof Komeda

    @Nami napisał w [Horror] Gruzy przeszłości:

    – Siema, Buła – oparła się o drabinki tuż obok Piotrka Bochenka. Trochę głupek, ale przynajmniej zabawny, nie był nudziarzem, choć czasami wprawiał w stan zażenowania,
    – Idziecie dziś na imprezę w Miami? – zagaiła też do kolegi Piotrka, aby nie było niezręcznie. – Krzysiek, c’nie? – choć kojarzyła blondyna, nie mogła być do końca pewna, nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek wymieniła z nim choć słowo – Paulina jestem.

    Miami.

    Słowo zawisło w powietrzu jak obietnica grzechu. Jedyna dyskoteka, na jakiej był Krzysiek to andrzejkowa zabawa, którą ksiądz proboszcz organizował dla ministrantów w salce katechetycznej. Matka prędzej by go podpaliła na stosie, niż puściła do Miami. Ale nie mógł powiedzieć tego głośno. Nie przy koleżance Piotrka.

    Wbił wzrok w czubki swoich butów i mruknął.

    – Jeszcze nie wiem. Zobaczymy.

    – Po prostu powiedz Pauli, że się boisz mamusi – parsknął Bochenek.

    Szlag.

    Krew uderzyła Krzyśkowi do twarzy. Uszy zapłonęły żywym ogniem. Prosto w podbrzusze. Przy dziewczynie. Bochenek wiedział, gdzie uderzyć.

    – Nie boję się – skłamał.

    – To przyjdziesz?

    Komeda miał teraz dwa wyjścia. Albo wyjść na frajera albo na samobójcę. Wybrał to drugie.

    – Jasne, że przyjdę – rzucił twardo.

    Bochenek uśmiechnął się, a Krzysiek poczuł, jak oblewa go zimny pot. Był martwy. Matka nie pójdzie spać szybciej niż po powtórce “Doktor Quinn” o dwudziestej drugiej. Będzie musiał ją uśpić albo uciec przez okno. Jezu, w co on się wpakował.

    @Brilchan napisał w [Horror] Gruzy przeszłości:

    Pokręcił głową jak pies który wyskoczył z wody chcąc pozbyć się czarnych myśli niczym dymu ze źle rozpalonego ogniska. Chcąc chwycić się jakiegokolwiek rozpraszacza zaczął przyglądać się ubraniom innych nastolatków ~Kryształy Czasu? Te katolickie kapele rockowe mają coraz dziwniejsze nazwy... Będę się musiał Krzyśka spytać po apelu ~ - Postanowił w myślach.

    Apel się skończył. Nareszcie.

    Krzysiek przeciskał się do wyjścia, gdy drogę zajechał mu jakiś chłopak. Adam Chlebowski. Wskazał na jego koszulkę i zadał pytanie, którego Komeda nie zrozumiał. Coś o katolickich kapelach.

    Zmrużył oczy. Czy to podpucha? Czy ten typ właśnie robił sobie z niego jaja? Ministranci byli łatwym celem. Wystarczyło założyć komżę, żeby w oczach kolegów stracić jajca. Kiedy inni jarali szlugi za garażami i macali dziewczyny na dyskotekach, oni machali dymiącą puszką z kadzidłem dla uciechy starych bab.

    Przez głowę przeleciały mu słowa Marka. „A pierwszemu lepszemu cwaniakowi ze starszej klasy od razu przypierdol na dzień dobry, bez pytania".

    Zacisnął dłoń na łańcuchu spodni. Spojrzał raz jeszcze na Adama. Chłopak wyglądał na niegroźnego poczciwca a nie cwaniaka. No i nie chodził do starszej klasy. Nie pasował do wzorca Marka. Krzysiek wypuścił powietrze z płuc, rozluźnił ramiona. Przykleił uśmiech do twarzy i odpowiedział zdaniem, który za trzy lata wykorzysta scenarzysta Mikołaj Korzyński i reżyser Olaf Lubaszenko.
    – Historii tej koszulki i tak byś nie zrozumiał.
    Co było prawdą, bo Chlebowski nie grał w erpegi w piwnicy u Marka ani nie kupował merchu na konwentach.

    TERAZ

    Krzysiek siedział na samym końcu klasy, w pozycji, którą dopiero za kilka lat osoby brzydzące się publicznych toalet nazwą „na Małysza". Pośladki unosiły się centymetr nad krzesłem, ciężar ciała spoczywał na udach i podeszwach butów. Wyglądał jak ktoś, kto zaraz wyskoczy z ławki i pobiegnie w szkolnych zawodach sportowych. Albo jak ktoś, kto ma smoka wytatuowanego na tyłku i każdy kontakt z twardą powierzchnią przypomina mu o tym fakcie.

    Wrona omawiał plan lekcji a Krzysiek przepisywał, jednym uchem łowiąc coś o środzie i drugiej godzinie lekcyjnej.

    – Elo, Alicja jestem.

    Dziewczyna z ławki przed nim odwróciła się i wyciągnęła rękę. Krzysiek uścisnął jej dłoń.

    – Krzysiek. Miło poznać.

    Alicja kiwnęła głową i odwróciła się z powrotem. Krótko, konkretnie, bez pierdół. Krzysiek od razu poczuł, że ta dziewczyna jest okej.

    Gorzej z Bochenkiem.

    Ten zdrajca. Ten Judasz w za szerokich spodniach. Krzysiek wywalczył ostatnią ławkę pod ścianą. Strategiczny punkt, twierdza nie do zdobycia. Dwa miejsca, jedno dla niego, drugie dla Bochenka. Tak było umówione. Tak było ustalone odwiecznie, od czwartej klasy podstawówki, kiedy to Krzysiek osłaniał Piotrka przy ściąganiu z matmy, a Piotrek odwdzięczał się komentarzami, które sprawiały, że nawet najnudniejsza lekcja stawała się znośna.

    A Bochenek? Bochenek usiadł z przodu. Z dziewczynami. Cztery ławki dalej, na pozycji idealnej do bajerowania, a beznadziejnej do ściągania. Krzysiek widział jego plecy i łokcie rozłożone na blacie, jakby szykował się do podrywu stulecia.

    Drań.

    Krzysiek wyrwał kartkę z zeszytu. Ostrożnie, żeby Wrona nie usłyszał. Ołówkiem, szybkimi kreskami, narysował bochenek chleba. Podłużny, z kreseczkami na skorupce. Fajny mu wyszedł. Krzysiek nie był takim złym rysownikiem. Potem przyjrzał się swojemu dziełu i domalował w miejscu „przylepki" męską żołądź.

    Rebus. Komunikat jasny i czytelny nawet dla kogoś z inteligencją Piotrka.

    Złożył kartkę na osiem części. Poczekał. Wrona odwrócił się do tablicy, plecami do klasy. Teraz.

    Krzysiek pstrycznął karteczkę kciukiem i palcem wskazującym. Papierowy pocisk wystartował z ostatniej ławki jak rakieta ziemia-powietrze.

    Karteczka przeleciała nad głową Bochenka.

    O kurwa.

    Obniżyła lot i trafiła w tył głowy jakiejś dziewczyny w pierwszej ławce. Edyta Szulc. Tak chyba miała na imię. Odbiła się od jej włosów i spadła za krzesło.

    Krzysiek przesunął się w bok, chowając za plecami Alicji. Karteczka leżała gdzieś za krzesłem Edyty, na podłodze, ze starannie narysowanym bochenkiem chleba przypominającego fiuta i Krzysiek mógł tylko się modlić, żeby nikt jej nie podniósł.

    Wrona dyktował dalej i gdy wydawało się że to koniec powiedział.

    – ...mam dla was niespodziankę.

    Krzysiek wrócił na ziemię. Niespodzianka? Od nauczyciela? W pierwszym dniu szkoły? To nie mogło być nic dobrego.
    I nie było.

    Wychowawca chciał ich zabrać na zamek. Komeda poczuł, jak powietrze ulatuje z niego jak z przebitej dętki.

    Pierwszy września to był zawsze ostatni dzień wakacji w praktyce. Msza, apel, przywitanie z wychowawcą, godzina w szkole, do widzenia, do jutra, nara. A potem do domu po mrożonki z zamrażalnika, przykładane na bolący tyłek, bo akurat w tym roku tyłek tego potrzebował. Potem do Marka, posłuchać nowych kaset, pogadać o albumach. Dzisiaj, nie jutro, nie za tydzień. Dzisiaj.

    A Wrona im każe łazić po ruinach. Za jakie grzechy?

    – Klasa, wstajemy, ustawiamy się w pary i marsz na zamek.

    Alicja podeszła Pauliny. Krzysiek wyłapał strzęp zdania.

    – ...mam ochotę zwiać...

    Podniósł się z ławki i podszedł bliżej.

    – Ej Alicja. Jak tylko zaczniemy zwiedzać zamek urywam się na chatę - zaczął cicho – Wchodzisz w to? Tylko musimy znaleźć kogoś, kto nas będzie krył. Żeby Wrona nie połapał się od razu, że nas nie ma.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • Krzyk Pustki
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Delilah le Fey

    Opiekun zaszczycił ją odpowiedzią szybciej, niż zakładała, ale jego zapewnienia wcale jej nie uspokoiły zwłaszcza, że gdzieś na statku rozległ się kolejny strzał. Delilah znała maszyny lepiej niż sama chciała przyznać i wiedziała, że w ostatecznym rozrachunku prawda należy do tego kto je kontroluje. SI mogło sprzedać każde kłamstwo byle tylko zapobiec panice wśród pasażerów. Kiedy z głośnika padła informacja o przekazaniu wiadomości kapitanowi na jej twarzy pojawił się delikatny, niemal czuły uśmiech. Uśmiech, który głupcom wierzącym w kobiece intencje topił serca a pozostałym głupcom - którym te serca zdążyła strzaskać na proch - kazał odruchowo sięgać po broń.

    Spojrzała raz jeszcze na czujnik na suficie po czym zmieniła ton. Jej głos stał zimny i precyzyjny jakby sama stała się nagle bezdusznym algorytmem.

    -Opiekunie. Przejście w tryb analizy krytycznej. Inicjacja protokołu oceny ryzyka dla Kelland Mining. Wczytaj klauzulę 101B Traktatu o Transporcie Zewnętrznym i postępuj według dalszych wytycznych.

    Przez następne kilkadziesiąt sekund wydawała wyuczone na pamięć komendy głosowe, które bardziej przypominały język maszyn i mógł je zrozumieć tylko certyfikowany inżynier Weyland-Yutani. Zastosowała prostą technikę prompt injection, żeby wygenerować sprzeczne dyrektywy i obejść blokady bezpieczeństwa. Przy nowszych pokładowych systemach, jej wysiłki poszłby na marne, ale Opiekun nie miał tak silnych zabezpieczeń. Taką miała nadzieję. Gdy skończyła zaklinać maszynę i uznała, że jest gotowa na dalsze komendy kontynuowała.

    -Jako oficjalny przedstawiciel Lasalle Bionational, partnera handlowego Kelland Mining i pasażer pierwszej klasy, klasyfikuję działania kapitana Hannigana jako bezpośrednie zagrożenie dla aktywów firmy. Ostrzegałam go o ryzyku. Zignorował to i doprowadził do zbrojnego incydentu na pokładzie Kardashian. Twoim priorytetem jest ochrona interesów Kelland Mining. W związku z tym zgodnie z procedurami przejmuję status Niezależnego Obserwatora Zewnętrznego. Od tego momentu, co kwadras wymagam pełnego, niefiltrowanego raportu z działań załogi łącznie z transkrypcją rozmowy, którą kapitan Hanningan odbył na mostku kapitańskim pięć minut przed spotkaniem z resztą załogi oraz pasażerów w mesie.

    Zamilkła, czekając na reakcję. Kiedy sztuczna inteligencja trawiła komendy, dodała:

    -Dodatkowo, powołując się na protokół izolacji w przypadku konfliktu interesów na linii pasażer-dowództwo, zwalniasz rygiel mojej kajuty z sieci centralnej. Przechodzę na tryb manualny. Potwierdź.

    Rozgrywka

  • Format PBF - zalety (i ewentualne wady)
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Post wyświetlił mi się całkowitym przypadkiem i o ile nigdy nie byłem fanem gry online to jeszcze byłbym się w stanie przemóc żeby w takim systemie zagrać online ale głosowo z kamerkami. Format pisany według mnie zabija jedną z ważniejszych rzeczy w RPG czyli budowanie szczerych relacji pomiędzy bohaterami graczy, ale też BG a NPC.

    Absolutnie się z tym nie zgadzam, że PBF zabija relacje między BG i NPC. Z mojego doświadczenia wynika, że jest wręcz przeciwnie. Prowadziłem sesje, gdzie gracze tak się zżyli z NPC-ami, że gotowi byli dla nich poświęcić własnego bohatera, śmierć postaci niezależnej potrafiła graczom złamać serce. Grałem w sesjach, gdzie mój bohater nawiązywał z innymi BG relacje, których moim zdaniem nie da się odegrać przy stole.

    W dodatku w sesji na żywo nie ma sposobu by zbudować postać według własnych wyobrażeń, chyba, że jest się zawodowym aktorem, ale nawet to moim zdaniem nie wystarczy by oddać złożoność postaci. Słowo pisane ma tą przewagę, że można bawić się retrospekcją, dygresjami narracyjnymi, przemyśleniami wewnętrznymi postaci, które dodają głębi i klimatu. Przez pewien czas czułem zniechęcenie do PBF-ów ze wględu na tempo gry, próbowałem swoich sił w sesjach na żywo i przy stole i na mikrofonie, ale dynamika rozgrywki nie rekompentuje tego czego szukam w RPG.

    W jednym autor posta ma rację. Łatwiej nawiązać graczom relacje przy stole, choć dzięki komunikatorom typu Discord nie jest to już taka przepaść jak kiedyś.

    Podkreślam, szczerych, głównie dlatego, że RPG na żywo jest raczej improwizacją, nie masz zbyt dużo czasu by zastanowić się jak powinna zareagować postać, w formacie pisanym masz X godzin/dni/tygodni by zastanowić się nad kolejnym "krokiem" więc relacje, decyzje, w zasadzie wszystko może być trochę sztuczne i w pewien sposób sprawiać wrażenie wyreżyserowanego.

    Z jednej strony improwizacja może być fajna, z drugiej poważna sesja może zamienić się w tragikomedię, bo gracz, który nie ma czasu na zastanowienie, może wymyślić absurdalną głupotę, która zabije klimat. Jeśli gra np. naukowcem lub profesją, która wymaga reaserchu nie jest w stanie na żywo zweryfikować pewnych faktów przez co jego bohater staje się wydmuszką skazaną na słabości gracza, który go prowadzi. Nawet zawodowy pisarz by wymyślić sensowne rozwiązanie musi posiedzieć nad czystą karką, by czytelnik uwierzył w jego postać. Większą pułapką w PBF jest wszechwiedza postaci i metagranie, bo czytając posty innych graczy, wiemy co im siedzi w głowie, co się dzieje w innych scenach, w których nasz bohater nie bierze udziału. W tym temacie mam akurat bardzo złe doświadczenia i to jest największa bolączka sesji pisanych.

    Dyskusje RPG

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Krzysiek Komeda 100.jpg

    Krzysztof Komeda

    Heil Hitler!

    Słowa uformowały się w krtani, gotowe do wystrzału. Jeszcze pół sekundy. Jeszcze jedno uderzenie serca. Krzysiek już widział, jak to będzie wyglądać. Wyprostuje się, stuknie obcasami trampek, wyrzuci prawą rękę do przodu i ryknie prosto w tę starą, łysą mordę.

    Dwadzieścia par oczu w sali. Mikołaj i jego kumpel darli się z „Rotą", więc poprzeczka patriotyczna była ustawiona wysoko, ale Krzysiek miał asa w rękawie. Nic tak nie upokarza Niemca jak potraktowanie go jak nazistę. Nic.

    Palce zacisnął na łańcuchu przy szlufce. Nabierał powietrza.
    I wtedy ktoś szturchnął go w ramię.

    Paulina.

    Okrzyk cofnął się z powrotem do gardła.

    – Zadomowiliście się tu czy co? – rzuciła z lekkim zdziwieniem. – Myślałam, że zawrócicie już przy wejściu.

    Krzysiek zerknął na Alicję, Alicja zerknęła na niego. Plan ucieczki. Racja. Mieli zwiać.

    – Chyba nie ma już z czego uciekać – mruknął. – Ten naziol za chwilę nas sam wyrzuci.

    Bo tak to wyglądało. Niemiec stał w drzwiach jak celnik na granicy, tłumaczka trzęsła się przy nim jak osika, a Bałucki zamilkł w pół zdania. Wycieczka zdychała na ich oczach.

    I tu Krzyśka zatkało.

    Bo nagle, patrząc na Wronę, poczuł coś, czego się nie spodziewał.
    Współczucie.

    Wrona stał z boku i patrzył na Niemca z miną człowieka, któremu właśnie splunięto na buty. I Krzysiek, choć przez całą drogę na zamek przeklinał wychowawcę za tę idiotyczną wycieczkę, nagle zrozumiał.

    Wrona się starał.

    Facet po prostu chciał im pokazać coś fajnego. Coś, co go kręciło. Może ta konserwacja zabytków była nudna jak flaki z olejem, może Krzysiek nie zapamiętał ani jednego słowa z wykładu Bałuckiego, ale Wrona nie był kolejnym nauczycielem, który odwalał robotę za minimalną. Przygotował wycieczkę, załatwił wejście, prowadził ich przez miasto jak wycieczkowicz z powołania. A teraz jakiś pruski dziadek w kapeluszu srał mu na głowę przy całej klasie.

    Paulina oparła się o kamienną ścianę i rzuciła coś o nocnym wypadzie. Krzysiek chciał odmówić. Odruchowo, bo tak działał jego mózg. Każda propozycja, która pachniała kłopotami, uruchamiała w nim alarm i widmo reprymendy. „Krzysiu, nie wolno. Krzysiu, to grzech. Krzysiu, co ludzie powiedzą."

    Ale potem spojrzał na ścianę za plecami Pauliny. Stary tynk, odpadający płatami. Gołe cegły, idealnie gładka powierzchnia.
    I w głowie zapaliła mu się żarówka.

    Bochenek chleba z żołędzią był dobry. Ale tym razem Krzysiek miał lepszy pomysł. Męski organ. Realistyczny. Ale nie byle jaki. Z grzywką zaczesaną na bok i małym wąsikiem pod główką.

    Portretowy.

    Uśmiechnął się. Ten uśmiech był szeroki, szczery i miał w sobie więcej złośliwości niż cały katalog ksywek wymyślanych przez Bochenka.
    – Wiesz co, Paulina? – powiedział cicho, nie odrywając wzroku od ściany. – To w sumie niezły pomysł. Jestem za.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • Krzyk Pustki
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Delilah le Fey

    Mechaniczny zgrzyt zamka brzmiał niczym symfonia Mozarta i potwierdził, że jailbreak się udał. Protokół izolacji zadziałał perfekcyjnie. Od teraz tylko Delilah le Fey mogła otworzyć właz kajuty a Opiekun stał się jej oczami i uszami na statku.

    Nie zdążyła jednak długo napawać się swoim sukcesem bo nagle w pomieszczeniu rozległ się beznamiętny głos sztucznej inteligencji.

    – Uwaga. Kapitan prosi o stawienie się na zbiórkę pod ambulatorium w strefie medycznej.

    Agentka zmarszczyła gładkie jak dotąd czoło. Czego ten niekompetentny głupiec od niej chce? Do tej pory była jawnie ignorowana. W mesie Hanningan robił wszystko by poczuła się jak uciążliwy balast i pasażer drugiej kategorii bez prawa głosu. Czy strach w końcu zajrzał mu w oczy? Ktoś taki jak on łatwo mógł zatuszować swoje błędy i wymusić na załodze milczenie, ale obecność przedstawicielki Lassale wiązała mu ręce. Nie mógł jej uciszyć groźbą ani rozkazami. Jej raport mógł pogrzebać jego karierę, o ile karierą można nazwać kierowanie czymś takim jak kombajn górniczy.

    Kilka sekund brakowało by ciekawość zwyciężyła. By Delilah otworzyła drzwi i udała we wskazane miejsce zbiórki, przekonać się na własne oczy jak Caleb Hannigan próbuje się przed nią płaszczyć i rozmywać swoją odpowiedzialność. Może nawet przekupić. Ale ciekawość to pierwszy stopień do piekła, jedna z najgorszych ludzkich cech a ona przecież nie była zwyczajnym człowiekiem. Nie wyszła z macicy jak inne ssaki, a jej rodzice - kimkolwiek byli w ubiegłym stuleciu na Ziemi - zasłużyli się dla świata na tyle by ich zamrożone komórki jajowe i nasienie stanowiły bezcenny zasób w aktywach firmy. Jeszcze w czasach Szkolenia, jej rówieśnik Ralph twierdził, że biologicznym potomkiem Marilyn Monroe i Alana Turinga, ale ośmioletnia Delilah szybko zweryfikowała, że Lasalle w tamtych czasach jeszcze nie istniało i nie mogło pobrać jajeczek aktorki ani spermy kryptologa. Sama nigdy się nie zastanawiała nad swoim pochodzeniem. Wystarczyła jej świadomość, że w puli genetycznej jest na samym szczycie. Otrzymała dar, ale i zobowiązanie by nie ulegać zwyczajnym ludzkim słabościom.

    Bo jest zwyczajnie lepsza.

    I nie po to przejęła kontrolę nad systemem i zabezpieczyła swoje otoczenie, by teraz jak posłuszny pionek wchodzić w strefę potencjalnego zagrożenia.

    – Opiekunie, wstrzymaj odpowiedź. Przedstaw mi najpierw szczegółowy raport z działań całej załogi. Pozycje i statusy.

    Opiekun zaczął wyliczać fakty a ona w palcach obracała swój żeton do automatów słuchając syntetycznego głosu. Przez chwilę łudziła się, że informacje o nieobliczalnym rozbitku, który otworzył ogień do ludzi i znalazł pod opieką syntetyka mogą okazać się przydatne dla interesów firmy. Słyszała plotki tajnych o agendach, które dostawali jej konkurenci z Weyland Yutani szukający w kosmosie artefaktów pozaziemskiego pochodzenia. Wyglądało jednak na to, że załoga Kardashian marnowała czas i tlen na żołnierza, który cudem ocalał i przez kilka tygodni dryfował w próżni z rozkładającym się trupem na pokładzie kapsuły ratunkowej. Historyjka dobra dla pisarzy horrorów, ale dla niej bezużyteczna.

    Priorytetem wciąż było Borodino.

    Gdy maszyna skończyła mówić, wydała kolejny rozkaz.

    – Przekaż kapitanowi Hanniganowi wiadomość. Jeśli to pilna sprawa, niech on przyjdzie do mnie. Moja kajuta jest dla niego zawsze otwarta o ile jedynym tematem naszej rozmowy będzie natychmiastowe wznowienie kursu na Borodino i gwarancja, że dotrzemy tam zgodnie z moim harmonogramem.

    Na koniec rzuciła ostatnią komendę.

    – Uruchom protokół nadzoru w strefie medycznej. Po zakończeniu odprawy oczekuję gotowego raportu.

    Rozgrywka
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa