Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Arthur FleckA

Arthur Fleck

@Arthur Fleck
Informacje
Posty
83
Tematy
0
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
1
Obserwowani
1

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Krzysiek Komeda 100.jpg

    Krzysztof Komeda

    – Oto za chwilę przystąpię do Ołtarza Bożego, do Boga, który rozwesela młodość moją...

    Słowa modlitwy odbijały się od starych, drewnianych szaf w zakrystii. Krzysiek recytował formułkę automatu, ale myślami był przy swojej dupie. Dosłownie.

    Prawy pośladek płonął. Jakby ktoś przykładał do niego rozgrzane żelazko. Albo darł skórę pasami.

    – Do świętej służby Bożej chcę przystąpić pobożnie, godnie i w skupieniu... – mamrotał dalej, wpatrując się w plecy proboszcza.

    Gówno, a nie skupienie.

    Wczorajszy wieczór w piwnicy Marka wrócił nagłym flashem. Zapach taniego spirytusu, brzęczenie maszynki zrobionej z silniczka od walkmana. Marek miał ciężką rękę i brudne paznokcie. Tusz był chyba z długopisu. Nieważne. Ważne, że teraz, pod warstwą gazy i plastra, skóra na tyłku pulsowała własnym życiem.

    Wybrał pośladek, bo pośladek był bezpieczny. Matka tam nie zaglądała. Jeszcze. Kontrolowała wszystko inne. Plecak. Szuflady. Kieszenie. Czasem stała pod drzwiami łazienki i pytała, co tak długo robi. Ale tyłek był jego. Jedyne terytorium wolne od okupacji.

    Poczuł szarpnięcie. Siostra Faustyna. Dwadzieścia trzy lata, twarz jak anioł i oczy, w których Krzysiek tonął za każdym razem, gdy miał odwagę w nie spojrzeć. Habit ukrywał jej figurę, ale nie potrafił ukryć wszystkiego. Poprawiała mu komżę. Gdyby wiedziała, że kilkanaście centymetrów od jej świętych palców, pod warstwą materiału, kryje się koślawy smok ziejący ogniem, pewnie padłaby trupem na miejscu. Albo polała go wodą święconą, aż by skwierczało.

    Zaraz, pomyślał. A jeśli się zakazi?

    Marek mówił, żeby przemywać spirytusem. Krzysiek przemył raz, wieczorem i omal nie odgryzł sobie języka z bólu. Potem skulił się na łóżku i leżał na brzuchu, bo na plecach nie dało rady, na boku też nie bardzo, i myślał o tym, jaki jest głupi.

    Przez głowę przelatywały mu wizje z najgorszych horrorów. Zakażenie. Gorączka. Szpital. Matka przy łóżku. Skąd ten tatuaż, Krzysiu? A potem telefon do ojca charyzmatyka i egzorcyzmy, bo w jej świecie tatuaż mógł oznaczać tylko jedno. Szatan w końcu opętał jej syna.

    Albo gorzej.

    Zacznie krwawić. Teraz, podczas mszy. Czerwona plama rozleje się na spodniach. Ktoś zauważy. Ktoś powie. Ktoś się zaśmieje. Do końca liceum będzie tym gościem, który dostał męskiej miesiączki na mszy na rozpoczęcie roku. Jezu.

    Modlitwa się skończyła, ministranci ruszyli do wyjścia. Szedł przedostatni, tuż za Kubą z ósmej klasy.

    Msza rozpoczynająca nowy rok szkolny była torturą. Krzysiek wstawał, siadał, klęczał. Za każdym razem, gdy jego pośladek dotykał ławki, zaciskał zęby tak mocno, że bolała go szczęka. Pocił się ze strachu, że zaraz coś tam pęknie.

    Godzinę później stał już przy swoim rowerze za kościołem. Stary Romet po kuzynie z Opola, rama pomalowana farbą antykorozyjną, błotniki wygięte po licznych wywrotkach. Krzysiek zarzucił plecak na ramiona i wsiadł na siodełko. Zapomniał. Siodełko wbiło się dokładnie w to miejsce. Przez ułamek sekundy świat zrobił się biały.

    – O kurrr...! – syknął.

    – Powodzenia w nowej szkole, Krzysiu! – Głos siostry Faustyny dobiegł od strony wejścia do zakrystii. Stała w progu, uśmiechnięta, machając mu ręką. Niewinna. Nieświadoma. Krzysiek zacisnął zęby tak mocno, że aż zazgrzytało. Wymusił grymas, który miał być uśmiechem.

    – Dziękuję, siostro! – wychrypiał. Odepchnął się. Ból pulsował w rytm obrotów korby. Raz, dwa, ała. Raz, dwa, ała.

    Dwie przecznice dalej, za garażami, zatrzymał się gwałtownie. Rzucił rower w krzaki. Koniec teatru. Biała koszula, spodnie w kant, lakierki, wszystko wylądowało zwinięte w kulkę na dnie plecaka. Czas na wylinkę.

    Thunderstruck

    Wyciągnął dżinsy. Wytarte, ze zwisającym łańcuchem przy szlufce. Wciągnął je ostrożnie, sycząc przy zapinaniu guzika. Bolało, ale to był dobry ból. Potem koszulka. Czarna bawełna, prezent od Marka, który przywiózł z jakiegoś konwentu. Na piersi wielkie logo: „KRYSZTAŁY CZASU". Wzór przedstawiał czaszkę oplecioną jakimiś mackami. Nikt w szkole nie będzie wiedział, o co chodzi. No i dobrze. Na to narzucił katanę. Dżinsową, bez rękawów, obszytą naszywkami. Na plecach wielki Eddie, maskotka Iron Maiden, szczerząca zęby z okładki „Killers". Eddie patrzył na świat tak, jak Krzysiek chciał na niego czasem patrzeć. Z góry i z pogardą.

    Spojrzał w lusterko roweru i przeczesał włosy palcami. Zburzył idealny przedziałek, który rano wyczesała mu matka. Kosmyki opadły na czoło. Lepiej. Dużo lepiej.

    Krzysiek Komeda Metal.png

    „Najważniejsze to zrobić dobre wejście, młody" – słowa Marka dźwięczały mu w uszach. „Wjeżdżasz jak cipa i jesteś cipą już do matury. Wjeżdżasz jak Ozzy a na twój widok małolatki robią się tak mokre, że znów trzeba będzie układać worki z piaskiem". Marek mówił też, żeby przypierdolić pierwszemu lepszemu cwaniakowi ze starszej klasy. Krzysiek spojrzał na swoje dłonie. Na swoje palce, które potrafiły przewracać strony mszału, ale nigdy nie zacisnęły się w pięść na czyjejś twarzy.

    Nie, bicie odpadało. Dziewczyny też. Bo nie o wielkie wejście tu chodziło. Chodziło o to, by wreszcie przestać się dusić.

    To stało się rok temu, kiedy Marek wcisnął mu do ręki zdartą kasetę Master of Reality. Kiedy włożył ją do walkmana, poczuł się tak, jakby ktoś nagle wyciągnął go za włosy z głębokiej, mętnej wody. Pierwszy haust powietrza. Pierwszy raz, kiedy zrozumiał, że przez piętnaście lat żył w cudzym ciele. Ta bawełna i dżins, które teraz naciągał na grzbiet, nie były przebraniem. Były krzykiem. Chciał, żeby każdy szew, każda naszywka i każda nitka wrzeszczały światu w twarz o jego bezgranicznej, fanatycznej miłości do dźwięków, które go pochłonęły.

    W głowie, jak zacinająca się płyta, kołatały mu słowa z Escape Metalliki. Hetfield wyrykiwał tam to, czego Krzysiek nie miał odwagi powiedzieć matce przy niedzielnym rosole: „Life is for my own to live my own way”. Życie jest po to, by żyć po swojemu. Bez pytań. Bez tłumaczeń. Podstawówka była jak czyściec. Przetrwał go. Zamknął ten etap dwa miesiące temu, odbierając świadectwo z paskiem. Teraz zaczynał się nowy level. I nie zamierzał już udawać.

    W domu, przy matce i proboszczu, wciąż mógł być Clarkiem Kentem. Mógł nosić te wykrochmalone koszule, lakierki i spodnie w kant podciągnięte pod sam pępek. Ale gdy tylko przekraczał próg ganku, gdy tylko zamykały się za nim drzwi plebanii, chciał zrywać z siebie ten cywilny łach, zakładać pelerynę z dżinsu i latać. Latać tam, gdzie zabierali go bogowie. Black Sabbath. Iron Maiden. Type O Negative. KAT.

    Dojechał pod szkołę. Nowy budynek „tysiąclatki" przyklejony do starego ceglanego gmachu wyglądał jak nowotwór. Przypiął rower, poprawił katanę. Piekący tyłek przypominał mu o każdym kroku, nadając jego chodowi specyficzny, nieco sztywny, ale groźny rytm. Wyglądał, jakby szedł wyzwać kogoś na pojedynek rewolwerowców, a nie, jakby po prostu bał się, że gacie przykleją mu się do rany.

    Tłum na korytarzu. Chaos. Gdzie są te cholerne listy? Przeciskał się między ludźmi. Eddie na plecach szczerzył się do nich wszystkich. Żadnych list na tablicy ogłoszeń. Tylko plakat o kółku szachowym i zbiórce makulatury.

    – Sala gimnastyczna – rzucił ktoś obok.

    Krzysiek wziął głęboki oddech. Ruszył w stronę sali. Szkoła średnia. Czysta karta. Tutaj był Krzysztofem. Metalem. Gościem z czaszką na klacie i tatuażem smoka na dupie.

    – O kurwa, Poganin, a tobie co się stało?

    Głos dobiegł zza pleców, głośny i bezczelny. Krzysiek odwrócił się, czując jak Eddie na jego plecach marszczy czoło razem z nim. Piotrek Bochenek. Stał z rękami w kieszeniach szerokich spodni, szczerząc się jak głupi do sera.

    Krzysiek wystawił dłoń. Plask. Piątka była soczysta, twarda, męska.

    Poganin. W pokręconej logice Piotrka Bochenka znaczyło dokładnie to samo, co "Pobożniś". Piotrek miał swój własny, odwrócony słownik. Klasowy geniusz i kujon, który wygrywał olimpiady, został przez niego ochrzczony Corkym Thatcherem, na cześć upośledzonego chłopaka z serialu "Dzień za dniem". Najgrubszy gość w podstawówce, któremu sadło wylewało się znad paska, był dla Piotrka Szkieletorem. A Krzysiek? Krzysiek, który pół życia spędził klęcząc przed ołtarzem, musiał zostać Poganinem.

    – Ale się gościu wystroiłeś – Bochenek omiótł wzrokiem dżinsową katanę i czaszkę z mackami na piersi. – Wybierasz się do Jarocina, czy będziesz się teraz bujał z cyganami?

    Krzysiek poczuł ukłucie irytacji, ale zaraz potem przypływ nowej, dziwnej pewności siebie.

    – Ja to ja, ale popatrz na siebie – odpowiedział, poprawiając kołnierz katany. – Lekarzom udało się w końcu wyleczyć twoje wodogłowie.

    Piotrek zarechotał. Sprzedał Krzyśkowi kuksańca w ramię.

    – Chodź, bo się spóźnimy na kazanie.

    Weszli na salę gimnastyczną. Uderzyła ich ściana dusznego powietrza. Tłum falował. Piotrek natychmiast włączył radar. Trącił Krzyśka łokciem w żebra, wskazując brodą na grupkę dziewczyn stojących przy drabinkach.

    – Obczaj tą w czerwonym – szepnął, a w jego głosie słychać było głód. – Ale jej cycki wywaliło przez wakacje.

    Krzysiek mruknął coś niewyraźnie. Skupił się na tym, by stanąć tak, aby nikt nie wpadł na jego tyłek. Ból pod plastrem był stałą przypominajką: żyjesz, czujesz, jesteś idiotą. Przecisnęli się na sam koniec sali, pod ścianę, gdzie gromadziły się wyrzutki i spóźnialscy. Stanęli. Krzysiek oparł się o zimną ścianę (ostrożnie, lewym bokiem) i rozejrzał się po trzodzie.

    I wtedy ją zobaczył.

    Justyna Krawczyk. Stała dwa metry dalej, sama jak palec, oddzielona od reszty niewidzialnym kordonem sanitarnym. "Carrie". Ksywka pasowała do niej idealnie. Zawsze w tych samych, workowatych ciuchach, z włosami, które zasłaniały połowę twarzy. Osiem lat chodzili razem do klasy, a Krzysiek nie wiedział o niej nic, poza tym, że potrafiła milczeć głośniej niż inni krzyczeli.

    Zrobił krok w jej stronę. Instynkt stadny kazał mu ją zignorować, ale że resztki ministranckiego sumienia, nakazało otworzyć usta.

    – Cześć, Justyna – rzucił.

    Cisza. Dziewczyna nawet nie drgnęła. Wzrok miała wbity w parkiet. Jej ramiona były lekko skurczone, jakby spodziewała się uderzenia. Krzysiek poczuł się głupio. Cofnął się o krok, wracając do Piotrka.

    – Dalej jest tak samo pojebana – mruknął Bochenek, nie odrywając wzroku od dziewczyny w czerwonym. – Mówię ci, Poganin. Ona kiedyś przyniesie do szkoły kałacha. Albo pozabija nas wszystkich na studniówce.

    Krzysiek spojrzał jeszcze raz na Justynę. Stała nieruchomo, jak posąg wyrzeźbiony z lęku. Chciał jej użyczyć trochę swojego cienia, schować ją za plecami Eddiego, ale współczucie to luksus, na który w pierwszym dniu szkoły nie było go stać.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Krzysiek Komeda 100.jpg

    Krzysztof Komeda

    – Wchodzisz, Poganin?

    – Wchodzę. Ale nie o piątaka.

    – Co, za bogaty jesteś?

    – Za biedny. – Krzysiek poprawił łańcuch przy szlufce. Piątak to były dwie paczki dużych Chio Chipsów, albo dwie butelki Coca Coli. Tydzień zbierania butelek. – Gramy na wyzwanie.

    Bochenek uniósł brew.

    – Słucham.

    – Jeśli ja wygram, przez tydzień jesteś moim lokajem. Nosisz mi plecak. Stoisz w kolejce po drożdżówki. Mówisz „tak, jaśnie panie" na każde moje skinienie.

    Piotrek parsknął śmiechem.

    – A jak ty przegrasz?

    – To ty wymyślasz.

    Błąd.

    Krzysiek zrozumiał to w momencie gdy zauważył błysk w oczach kolegi, ale było już za późno by się wycofać. Bochenek potrafił wymyślać naprawdę pojebane rzeczy. Kiedyś namówił dzieciaka z 6C by wsadził język w gniazdko. Drugi zjadł żywego ślimaka a potem rzygał przez dwa dni.

    – Falkenstein – powiedział Piotrek.

    – Co?

    – Zamek. Spędzasz tam noc. Całą. Od zmierzchu do świtu.

    Krzysiek poczuł, jak coś zimnego przebiega mu po kręgosłupie. Zamek Falkenstein. Ruina pełna szczurów i legend. Miejscówka dla pijaczków, wagarowiczów i samobójców. Podobno ktoś się tam powiesił w zeszłym roku. Albo dwa lata temu. Albo dziesięć. Historia zmieniała się w zależności od tego, kto ją opowiadał.

    – Wchodzę – usłyszał swój własny głos.

    Piotrek wyciągnął rękę. Uścisnęli dłonie.

    – Nie ma odwrotu, Poganin.

    – Wiem.

    Krzysiek rozejrzał się po sali, żeby nie patrzeć na triumfujący uśmieszek Bochenka. I wtedy go zobaczył.

    Chłopak stał kilka metrów dalej. Mikołaj. Tak chyba miał na imię. Jeden z graczy Marka. Krzysiek widywał go czasem przez płot, gdy chłopak przychodził na sobotnie sesje do Kozy. „Mikołaj idzie do tego samego liceum co ty", powiedział wczoraj Marek, pochylony nad jego tyłkiem z buzującą maszynką. „Trzymaj się go. Zawsze warto się trzymać tych najbardziej prawilnych".

    Krzysiek zrobił krok w stronę chłopaka by się przywitać. Ale ktoś go ubiegł. Dziewczyna w obcisłej bluzce, z uśmiechem szerokim jak autostrada. Podeszła do Mikołaja i powiedziała coś, czego Krzysiek nie dosłyszał. Coś o „Miami". O dyskotece. Komeda wycofał się dyskretnie. Nie chciał wcinać się i psuć chłopakowi momentu.

    Stał i udawał, że bardziej interesuje go kazanie dyrektorki, kiedy drzwi sali nagle otworzyły się z trzaskiem. Nauczyciel wszedł pierwszy. Za nim czwórka uczniów. Trzy dziewczyny i jeden chłopak, który wyglądał tak, jakby zaraz miał się posikać.

    Szept przebiegł przez salę jak fala.

    „O kurwa..."

    „...podpaść Józefiakowi na rozpoczęciu..."

    „...mają przesrane do końca roku..."

    Józefiak. Krzysiek poczuł, jak świeży tatuaż pulsuję pod plastrem. Jakby chciał mu o czymś przypomnieć.

    „Józefiak to najgorszy skurwiel w całej szkole". Głos Marka odbijał się echem w pamięci. „Schodzisz mu z drogi. Nie patrzysz w oczy. Odzywasz się tylko jak cię o coś zapyta. Rozumiesz, młody? Tylko wtedy. Wierz, mi nie chcesz skończyć z nim w jednej kozie po lekcjach”.

    Wczoraj Krzysiek słuchał jednym uchem. Był zbyt zajęty zaciskaniem zębów i przeklinaniem dnia, w którym zgodził się na ten tatuaż. Ale teraz, patrząc na nauczyciela, który prowadził czwórkę uczniów pod ścianę jak skazańców na rozstrzelanie, wiedział, że Marek nie przesadzał.

    – Widzisz tę z ciemnymi włosami? – Piotrek trącił go łokciem.

    Krzysiek spojrzał, przytaknął.

    – To ta cyganka – kontynuował Bochenek. – Ta, której stary zarąbał matkę siekierą. Pewnie próbowała coś zajumać z pokoju nauczycielskiego.

    Krzysiek przyjrzał się jej uważniej. Słyszał o tym rodzeństwie. Cały Sokołów słyszał. Historia krążyła po miasteczku jak wirus. Ojciec zabił matkę, dzieci trafiły do dziadków albo wujków, albo kogoś. Szczegóły zmieniały się w zależności od źródła. Ale dziewczyna nie wyglądała jak cyganka. Była blada, jakby miała ciężką anemię albo nawet białaczkę. Albo po prostu siedziała za długo w piwnicy bez słońca.

    Komeda patrzył na nią i miał dziwne wrażenie, że nie do końca jest poczytalna.

    Ale czemu się dziwić?

    Gdyby to jemu ojciec zabił matkę już dawno siedziałby w Bolesławcu zawinięty w kaftan. Krzysiek jej współczuł, ale tylko trochę. Całe życie nasłuchał się od matki o miejscowych Romach i nie miał o nich zbyt dobrego zdania.

    “Jak będziesz niegrzeczny, porwą cię Cyganie" - powtarzała mu gdy był mały. Ale to był dopiero wstęp. Krzysiek dowiedział się później, że każdy złoty ząb u Cygana to dusza ukradzionego chrześcijańskiego dziecka, zaklęta w metal, żeby mieć szczęście w kartach. Że jak Cygan dotknie twojego banknotu, to ten banknot w nocy sam wyjdzie z portfela i wróci do taboru. Że Cyganie mają we włosach wszy, wielkości chrabąszczy, tresowane od pokoleń do wchodzenia w zamki i otwierania drzwi od środka.

    Chłopak podejrzewał, że przynajmniej część tych historii to bzdury. Ale miał też inne wspomnienie. Prawdziwe.

    Dzień Wszystkich Świętych, rok temu. Cmentarz pełen zniczy i ludzi wystrojonych w swoje najlepsze płaszcze i futra z norek. I tabor przy jednej z alei. Cyganie urządzili sobie libację na grobach bliskich. Ksiądz proboszcz wysłał jego i kilku starszych ministrantów by uspokoili towarzystwo. Krzysiek poszedł, bo i jaki miał wybór? Dostał kopniaka w dupę a na dokładkę jeszcze ktoś nasmarkał mu na buta. Wracali do proboszcza ze spuszczonymi głowami, a cyganie za ich plecami ryczeli ze śmiechu.

    Józefiak ustawił czwórkę pod ścianą i stanął obok nich jak strażnik w obozie. Apel trwał dalej, ale chyba nikt już nie słuchał dyrektorki.

    Kto szuka kłopotów, ten je znajdzie. - pomyślał Krzysiek. - I zarobi kopa w dupę.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • Krzyk Pustki
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    — Pani le Fey. Proszę się nie martwić. Jestem pewien, że to całe zamieszanie specjalnie czekało na tą chwile, żeby zepsuć pani kalendarz akurat dzisiaj. Bardzo nieprofesjonalne. Ale jak to mówicie w wielkim świecie - każdy problem to okazja. Ja z chęcią zostanę Pani okazją... Jestem do dyspozycji mademoiselle..

    Le Fey posłała pilotowi pełne litości spojrzenie, po którym każdy wrażliwy na swoim punkcie mężczyzna już do końca życia musiałby używać pompki do penisa lub chemicznych wspomagaczy na bazie sildenafilu. O’Connor, O'Callan czy jak się tam naprawdę nazywał ten człowiek wydawał się jednak z siebie tak zadowolony, że tego nie zarejestrował. Lub po prostu wyparł to dla własnej higieny psychicznej. Nie zamierzała w nim wchodzić w żadne dyskusje. Ludzi dzieliła na dwie kategorie. Takich z którymi można ubić interes i takich, którzy są tylko szumem. Bez słowa ruszyła w kierunku swojej kajuty i zanim weszła do środka pilot i jego zaczepki stały się tylko mglistym wspomnieniem.

    Go!

    Prywatna kwatera przydzielona przez Hannigana nie była szczytem luksusu, ale wegetowała już w gorszych miejscach. Nie zamierzała narzekać, w końcu to kombajn górniczy a nie statki turystyczne dynastii Weylandów. Gdy drzwi zasunęły się za nią z sykiem od razu zrzuciła z siebie kombinezon i weszła pod natrysk. Gorący strumień uderzył w lepkie, zimne ciało. Szorując skórę próbowała nie myśleć o tym co powiedział kapitan. Nie miała wpływu na procedury, była tylko gościem w cudzym królestwie. Ale czy zarząd Lassalle przyjmie jej tłumaczenia gdy nie doleci do Borodino na czas i ktoś sprzątnie jej kontrakt sprzed nosa? Całe życie trenowała swój umysł i ciało, żeby wyeliminować z równania przypadek. Bo w łańcuchu pokarmowym firmy nie istniało pojęcie siły wyższej ani pecha. Do głowy wtaczano jej logikę drapieżnika. To czy się pożywisz swoją ofiarą, zależy wyłącznie od włożonego wysiłku i nie ma okoliczności łagodzących dla nieudanego polowania. Jeśli coś pójdzie nie tak, to ty popełniłaś błąd. Na koniec dnia poszłaś spać głodna bo za mało przewidziałaś i dałaś się zaskoczyć. I jeśli nie przyniesiesz w zębach upolowanej zdobyczy, stajesz się dla stada zbędnym balastem. Pamiętała lekcje historii, pamiętała lekcje o starożytnej Sparcie i nie chciała być jednym z tych dzieci, porzuconych w górach Tejget.

    Nie odpuszczę - postanowiła.

    Skupiła się na prysznicu. Gorący strumień spłukał resztki żelu a jej skóra nabrała wreszcie zdrowego koloru. Z namaszczeniem jubilera polerującego najdroższy diament wtarła peeling w pośladki i sterczące piersi. Fizyczna perfekcja nie służyła zaspakajaniu potrzeb samców lecz była narzędziem do łamania ich woli. Najgroźniejsze węże żyjące kiedyś na Ziemi miały zachwycające, przyciągające wzrok ubarwienie. Usłyszała to kiedyś podczas jednej z lekcji i wzięła sobie do serca.

    W końcu zakręciła wodę i stanęła bosymi stopami na kratce śluzy. Z uchwytu ściągnęła recznik, bez pośpiechu wytarła z siebie resztki kropel a mokre włosy odrzuciła za plecy. Naga podeszła do ściennego schowka, ale nie wyciągnęła ręki do klawiatury. Zamiast tego pochyliła się i zjechała wzrokiem do dolnej szczeliny metalowych drzwiczek. Przezroczysty, wąski pasek taśmy wciąż tam był. Nakleiła go tuż przed tym zanim wsadzili ją do kriokomory. Byłaby skończoną idiotką, gdyby zostawiła swoje rzeczy bez zabezpieczenia wiedząc, że na pokładzie jest syntetyk Weyland-Yutani. Android mógł wyglądać jak dobroduszny i nieszkodliwy medyk, ale Delilah nie miała wątpliwości, że to przede wszystkim szpieg przemysłowy. Mogła się tylko domyślać jak wygląda jego źródłowy kod nadpisany algorytmami imitującymi empatię. Przejechała opuszkiem palca po krawędzi taśmy. Struktura nie była naderwana, nikt nie majstrował przy zamku. Wyprostowała się, wklepała w panel kod i wcisnęła zatwierdzenie. Metalowe drzwiczki otworzyły się z głuchym kliknięciem. Wyciągnęła swój bagaż na zewnątrz, po czym rozpięła zamek i otworzyła kuferek z kosmetykami.

    Przez następne kilkanaście minut próbowała doprowadzić ciało do wymaganej perfekcji. W uda, piersi, ramiona i brzuch wtarła balsam nawilżający a następnie sięgnęła po flakonik z płynnym rozświetlaczem. Rozprowadziła złocistą maź w zagłębieniu dekoltu i skóra natychmiast nabrała wilgotnego połysku. Wyglądała teraz jakby przed chwilą skończyła intensywny trening. Na koniec spryskała kark i obojczyk chłodną mgiełką, pozwalając, by słodki zapach osiadł na niej jak sieć utkana przez samicę czarnej wdowy. Czarny stanik zapięła z przodu a na pośladki wciągnęła figi w tym samym kolorze. Mokre włosy zebrała na karku i spięła ciasno gumką. Na odprawę z bandą kosmicznych roboli nie potrzebowała garnituru więc postawiła na wygodę. Wcisnęła się w luźne materiałowe spodnie a przez głowę przeciągnęła biały podkoszulek na ramiączkach. Na stopy założyła białe tenisówki. Była gotowa.

    text alternatywny

    Zanim wyszła z kajuty sięgnęła po żeton, który leżał samotnie na dnie schowka. Spojrzała na poprzecierany metal a w jej głowie od razu rozległ się głos Nauczyciela.

    Nie zasłużyłaś na nagrodę Delilah. Nie zasłużyłaś dziś na przekąskę.

    Schowała pieniążek do kieszeni spodni i choć ważył nie więcej niż parę gramów czuła jego ciężar.

    Czuła go przez całe życie.

    ***

    Do mesy dotarła kilka minut przed czasem. Czekał już tam Marcus Holt.

    Spojrzała na parujący przed nią kubek z brązową cieszą i odsunęła go od siebie palcem wskazującym. Zupełnie nie rozumiała rytuału picia kawy. Zdrowy człowiek nie potrzebuje stymulantów by dojść do siebie, nawet po miesiącach spędzonych w lodówce. To było jedno wielkie zbiorowe, urojenie i nie zamierzała w tym uczestniczyć. Zignorowała uwagę o ciszy. Zamiast tego jej wzrok zjechał na ciężki karabin szturmowy, z którym ochroniarz najwyraźniej nigdy się nie rozstawał.

    -Spodziewa się pan kłopotów, panie Holt? - zapytała. - Czy to jakaś demonstracja i chce pan pokazać, kto na tym statku ma największy karabin?

    Zlustrowała go od góry do dołu. Wyniszczona, stara twarz, szrama na skroni. znoszony kombinezon. Typowy wrak z rubieży, mężczyzna, który dawno przekroczył swój termin przydatności. Delilah jednak gdzieś pod skórą czuła, że tym razem jest w błędzie. Ten człowiek wydawał się dbać o broń z obsesja psychopaty. To był profesjonalista. Ktoś kto mógł okazać się całkiem użytecznym aktywem.

    -A co do górników, zgadzam się. Pilnowanie tej hołoty to dość uciążliwe zajęcie. Nie rozważał pan nigdy bardziej kameralnej pracy? W przyjemniejszych warunkach? - zaakcentowała, nie spuszczając z niego wzroku. - Na przykład jako osobisty ochroniarz?

    W korytarzu rozległy się kroki. Do mesy zaczęli schodzić się kolejni wybudzeni załoganci.

    -Gdyby szukał pan nowych wyzwań, wie pan gdzie mnie znaleźć - dokończyła, na razie ucinając temat.

    ***

    Wysłuchała przemowy Hannigana zachowując kamienny wyraz twarzy. Gdy na wstępie usłyszała, że sygnał S.O.S jest autentyczny jej dłoń odruchowo powędrowała do kieszeni spodni. Wyczuła pod palcami zimny metal, ale nie przyniósł ukojenia. Było źle, było fatalnie a każdy kolejny komunikat sprawiał, że przechodziła przez nią fala złości. Widziała, jak Hannigan próbuje traktować ją jak powietrze, jak unika kontaktu wzrokowego. Zachowywał się niczym dziecko, które myśli, że jak zakryje oczy potwór czający się w mroku go nie zauważy. Mógł się znać na zarządzaniu kosmicznym złomem, ale nie miał pojęcia jak przebiega szkolenie takich jednostek jak ona. Uczono ją jak prowokować zbrojne zamieszki na koloniach i inspirować wielomiesięczne strajki górników a wszystko to w białych rękawiczkach. Nie zamierzała marnować swojego cennego czasu za bzdurne procedury. Czas skończyć ten cyrk.

    -Jedno pytanie, kapitanie. - uśmiechnęła się fałszywie, z pełną premedytacją znaczenia tego uśmiechu przeznaczonego specjalnie dla uciążliwego oficera. - Czy polisa ubezpieczeniowa tego statku, za którą płaci Kelland Mining, obejmuje dokowanie wojskowego transportowca o nieznanym statusie skażenia radiacyjnego? Prawo nakazuje udzielenie pomocy jednostce, ale nie kosztem życia własnej załogi i pasażerów, za których wziął pan osobistą odpowiedzialność. Nie chcę sytuacji w której ta maszyna - wskazała z niemal jawną niechęcią na syntetyka - będzie w nas pakować morfinę, gdy zaczniemy tracić włosy i wymiotować własnymi narządami.

    Zamilkła na moment, dając czas by makabryczna wizja popromiennej choroby zadziałała na wyobraźnię zgromadzonych wokół niej ludzi. Oparła dłonie o blat stołu i pochyliła w stronę Hanningana, zmuszając go do kontaktu wzrokowego.

    -Słusznie pan zauważył, że nie możemy wykluczyć aktu piractwa. Więc proszę dokładnie to wpisać w oficjalny raport. Zgłoszenie uzasadnionego podejrzenia pułapki zwalnia pana z obowiązku podążania za sygnałem S.O.S. Kelland Mining obchodzi wyłącznie ten statek i jego ładunek. Nikt w zarządzie nie będzie miał do pana pretensji że nie zaryzykował pan ich sprzętu. Wręcz przeciwnie, jeszcze podziękują panu za ochronę ich własności. Dopilnuję by tak się stało gdy już dolecimy do Borodino.

    Rozgrywka

  • AI w językowej służbie MG
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Kiedyś zrobiłem sobie eksperyment myślowy czy przeczytałbym książkę współtworzoną przez AI. Pierwsza myśl była taka, że nigdy w życiu. Ale potem zdałem sobie sprawę, że gdyby sędziwy George R.R Martin posiłkował się sztuczną inteligencją by dokończyć moją ukochaną “Pieśń Lodu i Ognia” kupiłbym “Wichry Zimy” i “Sen o wiośnie” bez zastanowienia. Ponieważ wiem, że Martin mający obsesję na punkcie doskonałości, potrafiący kasować całe rozdziały byłby odpowiedzialny za każde słowo w tej książce a AI to tylko narzędzie. Za jakość tego co wychodzi z AI odpowiada autor więc jeśli puści w obieg śmieci to jest jego wina, jego wstyd. Sprawa Tokarczuk została rozdmuchana do granic absurdu, bo ludzie jej zarzucają, że pisze za nią maszyna, gdzie z jej słów wynika, że używa jej do burzy mózgów. Tu akurat AI jest przydatnym narzędziem, bo choć w większości przypadków wypluwa z siebie generyczne, pozbawione sensu i logiki śmieci to potrafi dać iskrę, zapalnik, jakąś myśl, którą można rozwinąć po swojemu. I tak sobie właśnie wyobrażam korzystanie z tych narzędzi. Całkowite oddanie sterów algorytmowi bez żadnego zastanowienia to jest samobójstwo. Dlatego nie wyobrażam sobie sytuacji w której MG jest tylko awatarem na forum a sesję prowadzi za niego sztuczna inteligencja, ale to chyba rozważania w kategorii science-fiction i nikt normalny by czegoś takiego nie zrobił. Chyba że w formie otwartego eksperymentu, by sprawdzić jak model językowy poradzi sobie w roli prowadzącego a gracze wiedzą, że grają z maszyną.

    Nie mam żadnego problemu z tym, że MG używa AI o ile dostanę, autorską jakościową sesję, w którą się wciągnę. Dla mnie najważniejszy jest ostateczny rezultat. Rolltelling to nie jest oficyna wydawnicza tylko miejsce do wspólnej zabawy. Moja ściana na X jest teraz zalana histerycznymi postami o Tokarczuk i teraz widzę jak stygmatyzujące jest korzystanie z AI więc nie chciałbym sytuacji w której użytkownicy w tym miejscu są dzieleni na tych prawilnych i mniej prawilnych, że sesja “free-AI” z definicji jest lepsza.

    Dla mnie Rolltelling to np. jedyne miejsce dzięki któremu mogę efektywnie korzystać z generatorów obrazów. Do tej pory takie zabawki nie były mi do niczego potrzebne, ale w RPG to spełnienie mokrych snów człowieka, który godzinami przekopywał pinterest w poszukiwaniu doskonałej ilustracji albo awatara. Już nie prowadzę sesjj, ale mogę sobie wyobrazić jakie rzeczy bym tworzył by bardziej przyklimacić i dodać sesji sznytu. Niektóre narzędzia AI to szwedzki stół dla kreatywności. W MG, który dostarczy w rekrutacji jakościowy trailer filmowy albo w Suno stworzy dla trubadura w sesji wpadającą w ucho balladę kamieniami rzucać nie zamierzam. Wręcz przeciwnie.

    Ta technologia zostanie już z nami tak jak internet, więc ja nie widzę sensu jej demonizować. Bardziej od tego czy ludzie używają AI do grania w erpgegi martwiłbym się czy za jakiś czas w ogóle będą mogli korzystać z tych narzędzi na równych prawach. Bo za chwilę może się okazać, że stać na to tylko duże firmy i korporacje a my znajdziemy się nagle w cyberpunkowej dystopii gdzie biedni są jeszcze biedniejsi, bogaci jeszcze bogatsi a technologia przyszłości to przywilej dla nielicznych.

    Dyskusje RPG

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Krzysiek Komeda 100.jpg
    Krzysztof Komeda

    Chlebowski gadał, gadał i gadał.

    Krzysiek stał i słuchał, bo nie za bardzo miał inne wyjście. Wciąż nie wiedział, o co chodzi. Typ przepraszał go za coś, ale słowa leciały tak gęsto, że trudno było wyłowić sens. Nadawał jak stacja radiowa, na trzech częstotliwościach naraz. Przez pierwszych kilka sekund Krzysiek był przekonany, że to jednak musi być podpucha. Że koleś wziął go sobie na celownik i robi z niego jaja. Ale nie. On mówił dalej. O operze i nadruku. O jakimś Arku, który mu powtarza, że za dużo pierdoli po próżnicy. Kimkolwiek był ten cały Arek miał nosa do ludzi. Chlebowski rzeczywiście pierdolił po próżnicy.

    A potem padło to słowo.

    Miami Vice. Kostiumy z krepiny i kartonu.

    Krzysiek poczuł, jak mu opada szczęka. Dosłownie, jak w kreskówce z Tomem i Jerrym. Patrzył na Chlebowskiego i czekał na puentę, na „ żartowałem, stary", ale nic takiego się nie wydarzyło. Zrozumiał, że puenty nie będzie i Chlebowski mówi to wszystko na poważnie. Że naprawdę zamierza iść na dyskotekę przebrany za Sonnego Crocketta i chce żeby Krzysiek na skrzydle robił za Tubbsa.

    Przed oczami stanął mu obraz z najgorszych horrorów, gorszy niż bal maturalny na którym Carrie White została oblana wiadrem świńskiej krwi. Wyobraził sobie jak staje w drzwiach klubu w marynarce z krepiny, a muzyka nagle cichnie i wszyscy, połowa jego szkoły odwraca wzrok w jego kierunku.

    Krzysiek przeszedł w życiu sporo upokorzeń. Cyganie pogonili go na kopach na cmentarzu na Wszystkich Świętych, a matka karmiła go piersią do piątego roku życia i wiedziały o tym wszystkie kuzynki i kuzyni ze Świebodzic, którzy drą z tego łacha na do dziś. Ale wejście na dyskotekę w kostiumie z krepiny, przed ludźmi z którymi będzie chodził do szkoły przez cztery lata? To byłby inny poziom. Taki, z którego nie ma powrotu.

    Adam skończył mówić i Krzysiek otworzył usta, żeby odpowiedzieć. Chciał odmówić grzecznie, jak na ministranta przystało. „Dzięki, stary, ale to nie mój klimat."

    I właśnie wtedy odezwał się w nim psotnik.

    Ten sam mały, wredny diabełek, który kazał mu rysować bochenki chleba z żołędzią na karteczkach i strzelać nimi przez całą klasę. Ten sam który na pielgrzymce ósmych klas do Częstochowy, gdy cały pokój w domu pielgrzyma już chrapał, kazał mu wstać po cichu, wyciągnąć z plecaka Piotrka przepocone skarpetki i położyć mu je na nosie. Matka próbowała z Krzyśka wydusić tego psotnika przez szesnaście lat. Nie udało jej się.

    Diabełek zobaczył Adama Chlebowskiego i jego szczerą, otwartą gębę. I uśmiechnął się.

    – Wiesz co, Adam? – zaczął i sam się zdziwił, jak spokojnie to zabrzmiało. Poklepał Chlebowskiego po ramieniu. – To jest zajebisty pomysł.

    – Serio?

    – Serio. Tylko wiesz co, nie rób mi kostiumu. Mam w domu różową marynarkę po ojcu. Kupił ją kiedyś na wakacjach nad Balatonem. Przebierz się sam, a ja do ciebie dołączę już w Miami. Na dwudziestą. Git?

    Żadnej różowej marynarki nie było. Ojciec mu umarł, zanim Krzysiek nauczył się wiązać buty i nie została po nim żadna pamiątka, ale Adam nie musiał o tym wiedzieć.

    Komeda wyciągnął rękę by przypieczętować umowę i pomyślał.

    Kurwa. Spłonę w piekle.

    Wiedział już, że takiego widowiska nie może przepuścić. Nie miał jeszcze pojęcia jak wymknie się z domu. Matka o dwudziestej jeszcze nie spała i odmawiała koronkę do Bożego Miłosierdzia. Ale to były szczegóły. Szczegóły się wymyśli.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Krzysiek Komeda 100.jpg

    Krzysztof Komeda

    Mikołaj wycelował palcem w tłum jak prezenter teleturnieju.

    – Wraca kto na Błonia?

    – Ja mieszkam na Błoniach – odpowiedział Krzysiek. – Ale muszę jeszcze wrócić po rower pod szkołę. I mam parę spraw po drodze, więc sam se podreptam.

    Skłamał. Skłamał i nie skłamał, bo mieszkał na Błoniach, ale nie miał żadnych spraw do załatwienia, po za jedną. Przebrać się z powrotem w normalne ciuchy zanim wróci do domu. W oczach kogoś takiego jak Pogorzelski mogłoby to wyglądać żałośnie. Mikołaj wyglądał na gościa, który chodzi własnymi drogami i ma gdzieś, co myślą inni. Wkładał co chciał i mówił co chciał. Ile Krzysiek by dał, żeby rzucić do matki przy kolacji: „Mamo, od jutra idę do szkoły w katanie. A obrazek komunijny wylatuje. Wieszam tam teraz plakat Ozziego”. Helena Komeda pewnie by zemdlała, a po przebudzeniu zadzwoniła oczywiście gdzie? Tak. Do ojca charyzmatyka wyspecjalizowanego w egzorcyzmach i modlitwach o uzdrowienie duszy.

    Wrócił pod szkołę bocznymi uliczkami, żeby nie natknąć się na Maciejakową i Bednarską. Rower stał tam, gdzie go zostawił. Krzysiek zarzucił nogę przez ramę i usiadł na siodełku. Ból od razu przypomniał mu o tatuażu, ale zacisnął zęby i ruszył. Raz, dwa, ała. Raz, dwa, ała.

    Za garażami zatrzymał się w tym samym miejscu co rano. Zrzucił katanę i dżinsy z łańcuchem a potem koszulkę z czaszką, którą Marek przywiózł z konwentu “Kryształów Czasów” w Choroszczy. Na końcu zsunął trampki. Przebrał się z powrotem w białą koszulę, spodnie w kant i lakierki. Wylinka w drugą stronę. Ciuchy metalowca poszły na dno plecaka, zwinięte w kulkę, bo nie było czasu na składanie. Krzysiek spojrzał na siebie w lusterku roweru i zobaczył to, co zawsze widział. Grzecznego chłopca.

    Clark Kent wraca do domu.

    Matka czekała w kuchni a obiad już stał na stole. Rosół z niedzieli, jak zawsze w poniedziałek. Krzysiek wszedł do przedpokoju i nie zdążył zdjąć butów, kiedy Helena się odwróciła.

    – Krzysiu, a gdzieś ty się tak pomiął?

    Spojrzał w dół. Koszula, która od rana leżała w plecaku wyglądała tak, jakby przeżuł ją pies i wypluł z powrotem.

    – A, to nic. Byliśmy na wycieczce, na zamku, chodziliśmy po rusztowaniach i w ogóle.

    Helena pokręciła głową, ale nie drążyła. Krzysiek poszedł do pokoju, rzucił plecak w kąt i wrócił do kuchni. Matka postawiła talerz z rosołem na podkładce i usiadła naprzeciwko.

    – No to mów. Jak nowa szkoła? Jak klasa?

    – Spoko, klasa jest fajna. Mam już nawet dwie nowe koleżanki. Alicję i Paulinę.

    Powiedział to bez zastanowienia i od razu pożałował. Oczy matki zmrużyły się o milimetr.

    – A jak mają na nazwisko?

    – Nie znam jeszcze dobrze wszystkich nazwisk. Dopiero co je poznałem

    – Mhm.

    To „mhm" zabrzmiało złowieszczo. Oznaczało, że matka zapamiętała imiona i przy najbliższej okazji, gdy dowie się już jak mają na nazwisko przepyta Bednarską, co to za jedne.

    Helena odłożyła łyżkę, wyprostowała plecy i złożyła ręce na stole. Oho. Krzysiek wiedział to go oznacza.

    – Krzysiu, ja ci nie bronię ci mieć koleżanek. Ale musisz wiedzieć, że dzisiejsze dziewczyny to nie to co kiedyś. Teraz tylko dyskoteki im w głowie, malowanie, krótkie spódniczki. One ciągną dobrych chłopców na zatracenie. Namawiają do palenia, albo…

    – Czego?

    – Jeszcze gorszych rzeczy. Ty się jeszcze na tych sprawach nie znasz, ale wierz starej matce na słowo. Pamiętasz Łukaszka Piętę? Taki grzeczny był, też ministrant i co? Poznał jedną taką w sanatorium w Rabce, przestał służyć do mszy i zaczął się włóczyć po dyskotekach. Teraz matka go szuka go po nocach w knajpach.

    Krzysiek jednym uchem wpuszczał, drugim wypuszczał. Historię Łukasza Pięty słyszał przynajmniej piętnaście razy.

    – Jasne. Będę uważał – powiedział, wsadzając makaron do ust, żeby nie musieć mówić więcej. A potem, gdy Helena nabrała powietrza do kolejnego kazania, zmienił temat. Gładko i bez zająknięcia, jak nóż w masło.

    – Mamo, zapomniałem powiedzieć. Ksiądz Roman robi dzisiaj imprezę urodzinową na plebanii po popołudniowej mszy i zaprosił wszystkich ministrantów. Mogę iść?

    Helena zmarszczyła czoło.

    – Urodzinową? Proboszcz Roman ma urodziny w marcu.

    Krzysiek poczuł, jak makaron staje mu w gardle. Idiota. Mógł pomyśleć dwie sekundy dłużej. Oczywiście, że ksiądz proboszcz ma urodziny w marcu.

    – A może to nie urodziny – odpowiedział spokojnie, chociaż spokój kosztował go więcej niż tatuaż. – Może imieniny? Albo jakieś inne święto, Kuba mi mówił na apelu i pewnie źle powtórzył. W każdym razie ksiądz zaprasza.

    Krzysiek nie odważył się spojrzeć na matkę, gapił się więc w talerz. Trwało to ze trzy sekundy, ale wydawało się ciągnąć wieczność. W końcu Helena Komeda wydała wyrok.

    – No, jak proboszcz zaprasza, to idź Krzysiu, idź. Nikomu bym swego dziecka nie oddała w opiekę, ale księdzu? Czego tu się bać? Nawet nie wypada odmówić.

    Krzysiek pokiwał głową i włożył do ust kolejną łyżkę makaronu, żeby ukryć ulgę. Kłamstwo przeszło, matka chwyciła przynętę.

    Po obiedzie zamknął się w pokoju. Stanął przed szafą i otworzył ją na oścież. Nie było w niej wiele ciuchów. T-shirty, trzy białe koszule, jedna jasnoniebieska, spodnie do szkoły, spodnie odświętne i na co dzień. Do tego sweter wydziergany na drutach.

    Krzysiek wiedział, że nie może przesadzić. Wychodzi z domu do księdza, więc musi wyglądać tak, jakby szedł do księdza. Żadnych dżinsów i łańcuchów, żadnych katan. Ale musi jakoś przeżyć też dyskotekę. Z półki nad wieszakiem wyciągnął jasnoniebieską koszulę. ciemne spodnie i adidasy firmy Kubota które matka mu kupiła w wakacje u Rumunów na targu. Wtedy sobie przypomniał kuzyna Staszka z Opola, który twierdził, że w sportowych butach nie wpuszczają do klubów. Sięgnął więc po stare, ale jeszcze nie tak starte zamszowe mokasyny.

    Koszulę włożył w spodnie i podciągnął je pod sam pępek, tak jak widział kiedyś u starszych chłopaków na dożynkowym festynie w Wólce Wodzisławskiej, dokąd pojechał z księdzem poświęcić nowy wóz strażacki. Tamci wyglądali dobrze. Przynajmniej tak mu się wydawało.

    Spojrzał w lustro. Nie wyglądał już jak metalowiec, ale też nie ministrant. Nie mógł określić kim jest bo nigdy nie słyszał określenia wiejski wichurant.

    Wyszedł z domu o wpół do piątej. Helena stała w drzwiach i wcisnęła mu do ręki banknot.

    – Pięćdziesiąt złotych. Kup po drodze czekoladki dla księdza Romana. Z Wedla albo Wawelu, byle nie te ruskie z bazaru. Nie wypada iść z pustymi rękami.

    – Jasne, dzięki mamo.

    Schował banknot do kieszeni i szczęśliwy ruszył w stronę kościoła. Za pięćdziesiąt złotych mógł się już poszalkeć w klubie. Kupić przy barze w Miami pepsi albo kaskadę.

    Msza popołudniowa była krótka i nudna. Krzysiek służył na autopilocie. Szukał wzrokiem siostry Faustyny, ale jej nie było ani w zakrystii, ani w ławkach, ani w ogóle. Dzień bez niej był jak rosół matki bez makaronu i to ten poniedziałkowy. Niby to samo, ale czegoś brakuje.

    Po mszy wyszedł z kościoła i przez kolejnych kilka kwadransów kręcił się po bezczynnie rynku. Do Miami wszedł kwadrans po ósmej.

    Pierwsze co zobaczył, to że jest chujowo ubrany. Znaczy nie chujowo w sensie, że brzydko, tylko chujowo w sensie, że inaczej niż wszyscy. Chłopaki mieli na sobie luźne koszulki, dżinsy, trampki albo adidasy. Dziewczyny krótkie spódniczki i bluzki, od których matka Krzyśka dostałaby zawału na miejscu. A on stał w drzwiach w jasnoniebieskiej koszuli zapiętej pod szyję, ze spodniami podciągniętymi pod pępek i w mokasynach. Nie miał marynarki z krepiny, ale i tak czuł się jak pajac.

    Wykonał szybkie trzy ruchy. Wyciągnął koszulę ze spodni, rozpiął dwa górne guziki a potem zmierzwił włosy palcami. Stanął pod ścianą i rozglądał się po sali.

    Krzysiek na disco.jpg

    Muzyka grała, wokalista śpiewał w refrenie bajabongo je je je, ale to nie były zupełnie jego klimaty. Światła migały, ludzie tańczyli, gadali, pili piwo. Krzysiek szukał wzrokiem Chlebowskiego, ale ten jeszcze się nie zjawił. Kogo jak kogo, ale jego na pewno by zauważył.

    A może jednak nie przyjdzie? Może może się rozmyślił, może w ostatniej chwili zrozumiał, że krepina to zjebany pomysł godny ucznia szkoły specjalnej a nie pierwszej klasy liceum?

    Przez sekundę Krzysiek poczuł coś na kształt litości. A co jeśli on naprawdę jest upośledzony a on go wystawił na pośmiewisko? Szybko jednak uznał, że to niemożliwe. Przecież nikt by nie przyjął dauna do liceum. Po za tym Chlebowskiem przyda się zimny prysznic. Może po tym wszystkim przestanie zaczepiać obcych ludzi i proponować im udział we wspólnym upokorzeniu się przed całą szkołą.

    Przystępował znudzony z nogi na nogę, gdy nagle podeszła Paulina.

    Krzysiek otworzył usta i zapomniał je zamknąć. Stała przed nim dziewczyna, którą ledwo poznawał. Kręcone włosy, umalowana, w ciuchach, które nie miały nic wspólnego z tym co nosiła rano w szkole. Za nią stały trzy inne koleżanki, równie wystrojone i umalowane. I do tego Alicja z nogami do samej szyi. Matko boska. Krzysiek poczuł gorąco na policzkach. W całym swoim szesnastoletnim życiu nie stał tak blisko tylu ładnych dziewczyn naraz. Siostry Faustyny nie liczył, bo ta chodziła w habicie po kostki i Krzysiek mógł najwyżej zgadywać co jest pod spodem. A tutaj nie trzeba było zgadywać. Tutaj wszystko było na wierzchu.

    W głowie odezwał się głos matki. „Dzisiejsze dziewczyny to nie to co kiedyś. Teraz tylko dyskoteki im w głowie, malowanie, krótkie spódniczki. One ciągną dobrych chłopców na zatracenie."

    Krzysiek zepchnął głos matki tam, gdzie trzymał różaniec, na samo dno kieszeni.

    – Ej, to ty miałeś mieć ten różowy garniak? Wystawiłeś kumpla?

    Gdy Paulina się roześmiała, Krzyśkowi zrobiło się ciepło, bo nie śmiała się z niego, tylko z numeru jaki wykręcił stukniętemu Adasiowi. To była miła odmiana.

    – To nie moja wina – wyjaśnił Krzysiek gdy Paulina przestała się chichrać. – Ten przygłup sam mi się wystawił pod kosę. I nie jest moim kumplem. Nie kumplowałbym się z typem, który nosi w plecaku ciupagę.

    Spojrzał na zegarek, dochodziła dwudziesta. Posłał Paulinie uśmiech, którego nie powstydziłby się sam władca piekieł. Zobaczył, że dziewczyna trzyma w ręku aparat fotograficzny.

    – Szykuj się. Zaraz zacznie się widowisko.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Krzysiek Komeda 100.jpg

    Krzysztof Komeda

    Smok na dupie przypomniał o sobie w najmniej odpowiednim momencie. Krzysiek zacisnął zęby i przeniósł ciężar ciała na lewą nogę, ale to nic nie dało. Czuł się jakby miał hemoroidy, choć nigdy nie miał hemoroidów i nie wiedział do końca na czym to polega. Ale kiedyś na wigilii wujek Andrzej z Jeleniej Góry między jednym a drugim kieliszkiem, jeszcze zanim zdążył się pokłócić z teściem o Wałęsę i zwyzywać Kwaśniewskiego pożalił się, że nie może nawet się podetrzeć, bo tak go piecze. Krzysiek miał nadzieję że rana się nie otworzyła. Ciemnoczerwona plama na spodniach byłaby sensacją wieczoru przy którym marynarka z krepiny to niewinna igraszka. Nikt by przecież nie uwierzył w tatuaż smoka na dupie wydziarany w chałupniczych warunkach w piwnicy sąsiada. We wtorkowy poranek cała szkoła by huczała, że Krzysztof Komeda z IB dostał rozwolnienia w klubie Miami i przegrał nierówną walkę ze zwieraczami.

    Krzysiek zauważył, że Paulinie udało się odciągnąć Chlebowskiego od dresów. Poczuł ulgę, choć sam tego nie rozumiał. Bo przecież Chlebowski ewidentnie na niego polował. Może przemawiały przez niego resztki chrześcijańskiego miłosierdzia, albo może po prostu nie chciał oglądać jak gęba rówieśnika niczym tyłek Krzyśka po spotkaniu z maszynką do dziarania zamienia się w krwawą papkę.

    Wiedział za to jedno. Jeśli Chlebowski go zobaczy to na pewno wykorzysta okazję by znów go spróbować pogrążyć. A już na pewno tak zrobi jeśli rana się otworzy a na spodniach pojawi się plama. Krzysiek nie zamierzał siedzieć i nadstawiać łba pod ciupagę. Musiał zniknąć po angielsku, wrócić do domu, zrobić zimny okład i iść spać.

    Był zły na siebie że w ogóle wyszedł i okłamał matkę. Jutro Helena Komeda prześwietli go jak rentgen i wypyta jak było na imprezie u proboszcza. I jeśli kłamstwo w końcu się wyda trafi do piekła jeszcze za życia. Będzie gotować się w kotle wypełnionym łzami matki.

    Ruszył w stronę wyjścia. Próbował nie rzucać się w oczy, nie dać po sobie poznać że coś go boli. Ktoś przeszedł obok, szturchnął go biodrem i Krzysiek stęknął cicho. Zdążył jeszcze przekląć w duchu Chlebowskiego i siebie samego po czym wyszedł z Miami i powlókł się chodnikiem w kierunku Błonia.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • Krzyk Pustki
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Imię i nazwisko: Delilah le Fey
    Wiek: 24 lata
    Profesja: przedstawicielka korporacji

    text alternatywny

    Załoga i inni pasażerowie zauważyli ją po raz pierwszy jeszcze w terminalu transportowym w Gliese. Delilah to chłodna, uderzająco atrakcyjna blondynka po dwudziestce, o ostrych, symetrycznych rysach twarzy i nieskazitelnej cerze. Jej włosy są ciasno spięte na karku. Nosi się elegancko, w korporacyjno biznesowym sznycie. Schludny wygląd to jej wizytówka.

    Figuruje na liście pasażerów jako starszy negocjator z ramienia Lasalle Bionational. Jej celem w układzie Borodino jest sfinalizowanie potężnego kontraktu na bezpośrednie dostawy wysokokalorycznej, modyfikowanej genetycznie żywności dla tysięcy górników Kelland Mining. Delilah ma za zadanie osobiście domknąć warunki finansowe na miejscu i przypieczętować umowę z lokalnym zarządem.

    Podczas załadunku i wstępnych przygotowań do lotu zachowuje ścisły dystans wobec reszty załogi. Z nikim nie wchodzi w niepotrzebne interakcje. Odzywa się tylko wtedy, gdy jest to absolutnie konieczne.

    Nie kryje, że USCSS Kardashian nie jest jej pierwszym wyborem na środek transportu. Zależało jej jednak na natychmiastowym dotarciu do Borodino, a to był jedyny okręt z terminem wylotu pasującym do jej harmonogramu. Nie narzeka jednak głośno na standardy. Znosi wszystkie utrudniania z obojętną powściągliwością.

    Od momentu wejścia na pokład co bardziej spostrzegawczy członkowie załogi mogli dostrzec, że czasami obraca w palcach niewielki, okrągły przedmiot przypominający żeton do automatów z przekąskami.

    Materiały

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Krzysiek Komeda 100.jpg

    Krzysztof Komeda

    @Nami napisał w [Horror] Gruzy przeszłości:

    – Siema, Buła – oparła się o drabinki tuż obok Piotrka Bochenka. Trochę głupek, ale przynajmniej zabawny, nie był nudziarzem, choć czasami wprawiał w stan zażenowania,
    – Idziecie dziś na imprezę w Miami? – zagaiła też do kolegi Piotrka, aby nie było niezręcznie. – Krzysiek, c’nie? – choć kojarzyła blondyna, nie mogła być do końca pewna, nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek wymieniła z nim choć słowo – Paulina jestem.

    Miami.

    Słowo zawisło w powietrzu jak obietnica grzechu. Jedyna dyskoteka, na jakiej był Krzysiek to andrzejkowa zabawa, którą ksiądz proboszcz organizował dla ministrantów w salce katechetycznej. Matka prędzej by go podpaliła na stosie, niż puściła do Miami. Ale nie mógł powiedzieć tego głośno. Nie przy koleżance Piotrka.

    Wbił wzrok w czubki swoich butów i mruknął.

    – Jeszcze nie wiem. Zobaczymy.

    – Po prostu powiedz Pauli, że się boisz mamusi – parsknął Bochenek.

    Szlag.

    Krew uderzyła Krzyśkowi do twarzy. Uszy zapłonęły żywym ogniem. Prosto w podbrzusze. Przy dziewczynie. Bochenek wiedział, gdzie uderzyć.

    – Nie boję się – skłamał.

    – To przyjdziesz?

    Komeda miał teraz dwa wyjścia. Albo wyjść na frajera albo na samobójcę. Wybrał to drugie.

    – Jasne, że przyjdę – rzucił twardo.

    Bochenek uśmiechnął się, a Krzysiek poczuł, jak oblewa go zimny pot. Był martwy. Matka nie pójdzie spać szybciej niż po powtórce “Doktor Quinn” o dwudziestej drugiej. Będzie musiał ją uśpić albo uciec przez okno. Jezu, w co on się wpakował.

    @Brilchan napisał w [Horror] Gruzy przeszłości:

    Pokręcił głową jak pies który wyskoczył z wody chcąc pozbyć się czarnych myśli niczym dymu ze źle rozpalonego ogniska. Chcąc chwycić się jakiegokolwiek rozpraszacza zaczął przyglądać się ubraniom innych nastolatków ~Kryształy Czasu? Te katolickie kapele rockowe mają coraz dziwniejsze nazwy... Będę się musiał Krzyśka spytać po apelu ~ - Postanowił w myślach.

    Apel się skończył. Nareszcie.

    Krzysiek przeciskał się do wyjścia, gdy drogę zajechał mu jakiś chłopak. Adam Chlebowski. Wskazał na jego koszulkę i zadał pytanie, którego Komeda nie zrozumiał. Coś o katolickich kapelach.

    Zmrużył oczy. Czy to podpucha? Czy ten typ właśnie robił sobie z niego jaja? Ministranci byli łatwym celem. Wystarczyło założyć komżę, żeby w oczach kolegów stracić jajca. Kiedy inni jarali szlugi za garażami i macali dziewczyny na dyskotekach, oni machali dymiącą puszką z kadzidłem dla uciechy starych bab.

    Przez głowę przeleciały mu słowa Marka. „A pierwszemu lepszemu cwaniakowi ze starszej klasy od razu przypierdol na dzień dobry, bez pytania".

    Zacisnął dłoń na łańcuchu spodni. Spojrzał raz jeszcze na Adama. Chłopak wyglądał na niegroźnego poczciwca a nie cwaniaka. No i nie chodził do starszej klasy. Nie pasował do wzorca Marka. Krzysiek wypuścił powietrze z płuc, rozluźnił ramiona. Przykleił uśmiech do twarzy i odpowiedział zdaniem, który za trzy lata wykorzysta scenarzysta Mikołaj Korzyński i reżyser Olaf Lubaszenko.
    – Historii tej koszulki i tak byś nie zrozumiał.
    Co było prawdą, bo Chlebowski nie grał w erpegi w piwnicy u Marka ani nie kupował merchu na konwentach.

    TERAZ

    Krzysiek siedział na samym końcu klasy, w pozycji, którą dopiero za kilka lat osoby brzydzące się publicznych toalet nazwą „na Małysza". Pośladki unosiły się centymetr nad krzesłem, ciężar ciała spoczywał na udach i podeszwach butów. Wyglądał jak ktoś, kto zaraz wyskoczy z ławki i pobiegnie w szkolnych zawodach sportowych. Albo jak ktoś, kto ma smoka wytatuowanego na tyłku i każdy kontakt z twardą powierzchnią przypomina mu o tym fakcie.

    Wrona omawiał plan lekcji a Krzysiek przepisywał, jednym uchem łowiąc coś o środzie i drugiej godzinie lekcyjnej.

    – Elo, Alicja jestem.

    Dziewczyna z ławki przed nim odwróciła się i wyciągnęła rękę. Krzysiek uścisnął jej dłoń.

    – Krzysiek. Miło poznać.

    Alicja kiwnęła głową i odwróciła się z powrotem. Krótko, konkretnie, bez pierdół. Krzysiek od razu poczuł, że ta dziewczyna jest okej.

    Gorzej z Bochenkiem.

    Ten zdrajca. Ten Judasz w za szerokich spodniach. Krzysiek wywalczył ostatnią ławkę pod ścianą. Strategiczny punkt, twierdza nie do zdobycia. Dwa miejsca, jedno dla niego, drugie dla Bochenka. Tak było umówione. Tak było ustalone odwiecznie, od czwartej klasy podstawówki, kiedy to Krzysiek osłaniał Piotrka przy ściąganiu z matmy, a Piotrek odwdzięczał się komentarzami, które sprawiały, że nawet najnudniejsza lekcja stawała się znośna.

    A Bochenek? Bochenek usiadł z przodu. Z dziewczynami. Cztery ławki dalej, na pozycji idealnej do bajerowania, a beznadziejnej do ściągania. Krzysiek widział jego plecy i łokcie rozłożone na blacie, jakby szykował się do podrywu stulecia.

    Drań.

    Krzysiek wyrwał kartkę z zeszytu. Ostrożnie, żeby Wrona nie usłyszał. Ołówkiem, szybkimi kreskami, narysował bochenek chleba. Podłużny, z kreseczkami na skorupce. Fajny mu wyszedł. Krzysiek nie był takim złym rysownikiem. Potem przyjrzał się swojemu dziełu i domalował w miejscu „przylepki" męską żołądź.

    Rebus. Komunikat jasny i czytelny nawet dla kogoś z inteligencją Piotrka.

    Złożył kartkę na osiem części. Poczekał. Wrona odwrócił się do tablicy, plecami do klasy. Teraz.

    Krzysiek pstrycznął karteczkę kciukiem i palcem wskazującym. Papierowy pocisk wystartował z ostatniej ławki jak rakieta ziemia-powietrze.

    Karteczka przeleciała nad głową Bochenka.

    O kurwa.

    Obniżyła lot i trafiła w tył głowy jakiejś dziewczyny w pierwszej ławce. Edyta Szulc. Tak chyba miała na imię. Odbiła się od jej włosów i spadła za krzesło.

    Krzysiek przesunął się w bok, chowając za plecami Alicji. Karteczka leżała gdzieś za krzesłem Edyty, na podłodze, ze starannie narysowanym bochenkiem chleba przypominającego fiuta i Krzysiek mógł tylko się modlić, żeby nikt jej nie podniósł.

    Wrona dyktował dalej i gdy wydawało się że to koniec powiedział.

    – ...mam dla was niespodziankę.

    Krzysiek wrócił na ziemię. Niespodzianka? Od nauczyciela? W pierwszym dniu szkoły? To nie mogło być nic dobrego.
    I nie było.

    Wychowawca chciał ich zabrać na zamek. Komeda poczuł, jak powietrze ulatuje z niego jak z przebitej dętki.

    Pierwszy września to był zawsze ostatni dzień wakacji w praktyce. Msza, apel, przywitanie z wychowawcą, godzina w szkole, do widzenia, do jutra, nara. A potem do domu po mrożonki z zamrażalnika, przykładane na bolący tyłek, bo akurat w tym roku tyłek tego potrzebował. Potem do Marka, posłuchać nowych kaset, pogadać o albumach. Dzisiaj, nie jutro, nie za tydzień. Dzisiaj.

    A Wrona im każe łazić po ruinach. Za jakie grzechy?

    – Klasa, wstajemy, ustawiamy się w pary i marsz na zamek.

    Alicja podeszła Pauliny. Krzysiek wyłapał strzęp zdania.

    – ...mam ochotę zwiać...

    Podniósł się z ławki i podszedł bliżej.

    – Ej Alicja. Jak tylko zaczniemy zwiedzać zamek urywam się na chatę - zaczął cicho – Wchodzisz w to? Tylko musimy znaleźć kogoś, kto nas będzie krył. Żeby Wrona nie połapał się od razu, że nas nie ma.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Krzysiek Komeda 100.jpg

    Krzysztof Komeda

    Heil Hitler!

    Słowa uformowały się w krtani, gotowe do wystrzału. Jeszcze pół sekundy. Jeszcze jedno uderzenie serca. Krzysiek już widział, jak to będzie wyglądać. Wyprostuje się, stuknie obcasami trampek, wyrzuci prawą rękę do przodu i ryknie prosto w tę starą, łysą mordę.

    Dwadzieścia par oczu w sali. Mikołaj i jego kumpel darli się z „Rotą", więc poprzeczka patriotyczna była ustawiona wysoko, ale Krzysiek miał asa w rękawie. Nic tak nie upokarza Niemca jak potraktowanie go jak nazistę. Nic.

    Palce zacisnął na łańcuchu przy szlufce. Nabierał powietrza.
    I wtedy ktoś szturchnął go w ramię.

    Paulina.

    Okrzyk cofnął się z powrotem do gardła.

    – Zadomowiliście się tu czy co? – rzuciła z lekkim zdziwieniem. – Myślałam, że zawrócicie już przy wejściu.

    Krzysiek zerknął na Alicję, Alicja zerknęła na niego. Plan ucieczki. Racja. Mieli zwiać.

    – Chyba nie ma już z czego uciekać – mruknął. – Ten naziol za chwilę nas sam wyrzuci.

    Bo tak to wyglądało. Niemiec stał w drzwiach jak celnik na granicy, tłumaczka trzęsła się przy nim jak osika, a Bałucki zamilkł w pół zdania. Wycieczka zdychała na ich oczach.

    I tu Krzyśka zatkało.

    Bo nagle, patrząc na Wronę, poczuł coś, czego się nie spodziewał.
    Współczucie.

    Wrona stał z boku i patrzył na Niemca z miną człowieka, któremu właśnie splunięto na buty. I Krzysiek, choć przez całą drogę na zamek przeklinał wychowawcę za tę idiotyczną wycieczkę, nagle zrozumiał.

    Wrona się starał.

    Facet po prostu chciał im pokazać coś fajnego. Coś, co go kręciło. Może ta konserwacja zabytków była nudna jak flaki z olejem, może Krzysiek nie zapamiętał ani jednego słowa z wykładu Bałuckiego, ale Wrona nie był kolejnym nauczycielem, który odwalał robotę za minimalną. Przygotował wycieczkę, załatwił wejście, prowadził ich przez miasto jak wycieczkowicz z powołania. A teraz jakiś pruski dziadek w kapeluszu srał mu na głowę przy całej klasie.

    Paulina oparła się o kamienną ścianę i rzuciła coś o nocnym wypadzie. Krzysiek chciał odmówić. Odruchowo, bo tak działał jego mózg. Każda propozycja, która pachniała kłopotami, uruchamiała w nim alarm i widmo reprymendy. „Krzysiu, nie wolno. Krzysiu, to grzech. Krzysiu, co ludzie powiedzą."

    Ale potem spojrzał na ścianę za plecami Pauliny. Stary tynk, odpadający płatami. Gołe cegły, idealnie gładka powierzchnia.
    I w głowie zapaliła mu się żarówka.

    Bochenek chleba z żołędzią był dobry. Ale tym razem Krzysiek miał lepszy pomysł. Męski organ. Realistyczny. Ale nie byle jaki. Z grzywką zaczesaną na bok i małym wąsikiem pod główką.

    Portretowy.

    Uśmiechnął się. Ten uśmiech był szeroki, szczery i miał w sobie więcej złośliwości niż cały katalog ksywek wymyślanych przez Bochenka.
    – Wiesz co, Paulina? – powiedział cicho, nie odrywając wzroku od ściany. – To w sumie niezły pomysł. Jestem za.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Krzysiek Komeda 100.jpg
    Krzysztof Komeda

    Magda trąciła go w ramię. Krzysiek zerknął na nią. Na tle szóstoklasistów z brokatem na policzkach, którzy właśnie przeszli obok, mógł się pocieszać, że nie wyglądał najgorzej. Mógł mieć na sobie marynarkę z krepiny gdyby urodził się z zaburzeniami i uznał, że pomysł Chlebowskiego to najlepsza rzecz jaka mogła mu się przydarzyć.

    – Krzysztof, prawda? Adam chyba nas wystawił.

    Krzysiek rozejrzał się po sali, a potem znów spojrzał na zegarek. Było już po dwudziestej.

    – Ostatni raz widziałem go jak pobiegł na zamek. – odpowiedział – Nie wiem po co. Może chciał temu Niemcowi przypierdolić ciupagą jak Janosik Murgrabii i zgarnęła go policja.

    – Serio?

    Wzruszył ramionami.

    – Mnie już nic nie zdziwi. Albo jest niepoczytalny albo ma jakieś upośledzenie, tylko po nim nie widać dopóki się nie odezwie.

    Didżej zmienił kawałek na coś wolniejszego. Wokół nich pary zaczęły zbliżać się do siebie. Magda nie odeszła. Stała i kręciła włosem na palcu.

    – Podoba ci się tutaj?

    – Jest okej.

    – A muzyka? Fajna, nie?

    – Ujdzie.

    – A tańczyć lubisz?

    Krzysiek otworzył usta, żeby odpowiedzieć, kiedy poczuł czyjś dotyk na nadgarstku. Alicja.

    – Chodź, zatańczymy.

    Krzysiek przez sekundę zapomniał jak się mówi. Koleżanka, którą poznał dziś rano w klasie, właśnie łapała go za rękę i ciągnęła na parkiet. O kobietach wiedział tyle, ile pokazywał mu na przerwach Bochenek na rozkładówkach “Twojego Weekendu”, ale nawet on rozumiał, że to faceci proszą dziewczyny do tańca. O ile umieją tańczyć. A on nie umiał. Dlatego otworzył usta by zaprotestować.

    – Ale ja nie…

    Alicja nie puściła jego ręki. Krzysiek spojrzał jej w oczy i zobaczył coś co dobrze znał. Zrozumiał, że „nie umiem tańczyć" nie jest odpowiedzią, której potrzebuje.

    – No dobra.

    Najwyżej się zbłaźnię, dokończył w myślach.

    Ruszyli na parkiet.

    Z głośników poleciały flety. Krzysiek przeklął w duchu, bo znał ten dźwięk aż za dobrze i od razu przypomniał sobie zakonnice grające na drewnianych fujarkach podczas spotkań oazowych i pielgrzymek. Nie mówiąc już o tym radiu z Torunia, którego na okrągło słuchała jego matka. Nawet na dyskotece Kościół nie chciał mu odpuścić i wyciągał szpony po jego czarną duszę.

    Zacisnął zęby i skupił się na Alicji. Bo to było jedyne sensowne zajęcie w tej chwili. Problem polegał na tym, że Alicja miała nogi opięte w ciemne rajstopy i Krzysiek starał się na nie nie patrzeć. Starał się patrzeć wszędzie indziej, ale nogi wciąż były na skraju pola widzenia i Komeda przegrywał tę walkę.

    Położył ręce na jej bokach, wysoko, z dziesięć centymetrów nad biodrami. Bezpieczna strefa. Teraz modlił się, by dłonie mu się nie spociły.

    Alicja położyła mu dłonie na ramionach. Stali w bezpiecznej odległości, ale Krzysiek czuł jej zapach, zupełnie niepodobny do kadzidła i wody kolońskiej Brutal, której używał ksiądz Roman. To był pierwszy raz, kiedy tańczył z dziewczyną i przez moment zakręciło mu się w głowie. Spanikował, bo pomyślał że zaraz zemdleje albo jeszcze gorzej i jego szesnastoletnie, napakowane hormonami ciało wyśle sygnał, którego nie da się schować ani wytłumaczyć.

    Potrzebował czegoś, co zgasi mu głowę. Szybko.

    Wyobraził sobie Beatę Kozidrak za trzydzieści lat, na kacu, wijącą się lubieżnie po scenie w skórzanym gorsecie, odsłaniającym żylaki i rozstępy. I osiemdziesięcioletnią Marylę Rodowicz w scenicznym stroju, którego pozazdrościłby jej sam Chlebowski, śpiewającą “Małgośkę” podczas Sylwestra na rynku w Sokołowie.

    Przeszło mu.

    Teraz muzyka. Jak do tego tańczyć? Krzysiek próbował się kołysać, ale ciało nie współpracowało. Flety ciągnęły w jedną stronę, gitary w drugą, a on stał pośrodku jak ministrant który w Wielki Piątek przyszedł na mszę do synagogi.

    – Jak po Annie Marii Jopek puszczą Grzegorza Turnaua, mogę umierać – skwitował z kwaśnym uśmiechem. – Najlepsza dyskoteka w moim życiu. Pierwsza i ostatnia.

    Gdy wszedł refren o Joszko, Krzysiek pożałował, że tak jak Adam nie ma ciupagi, by odtańczyć hołubca. Albo zasadzić porządnego gonga didżejowi, który pomylił dyskotekę z wieczorkiem poetyckim Wisławy Szymborskiej.

    W końcu, z desperacji, zaczął nucić w głowie coś zupełnie innego. Gene Simmons w pełnym makijażu, wywalony jęzor, skórzane ciuchy i ogniste race na scenie.

    I was made for lovin' you, baby, you were made for lovin' me..

    Cztery czwarte. Prosty rytm. Bum, bum, bum, bum. Ciało samo zaczęło reagować. Stopy znalazły swój takt, ramiona się rozluźniły. Nie miało to nic wspólnego z tym, co grało z głośników, ale Krzysiek tańczył. Niezdarnie, z lekkim opóźnieniem, z rękami wciąż taktycznie wysoko nad biodrami Alicji.

    Ale tańczył.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • [Horror] Gruzy przeszłości - komentarze i materiały
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Corky to była klasyka wyzwisk w tamtych czasach 🙂 W 97 miałem 14 lat więc garściami czerpię z tego okresu i czuję się jak ryba w wodzie, bo nawet nie muszę za dużo wymyślać i improwizować. Ba, byłem nawet ministrantem więc kościelne klimaty też nie są mi obce 😛

    Komentarze horror nastolatkowie stranger things własny

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Krzysiek Komeda 100.jpg
    Krzysztof Komeda

    Rynek w Sokołowie Śląskim nie był duży. Kilkanaście kamienic, ratusz, warzywniak, lodziarnia, poczta, Społem. Można go było przejść w trzy minuty. W cztery, jeśli ktoś poruszał się jak kowboj po całym dniu w siodle.

    Krzysiek kulał się na samym końcu kolumny. Wrona prowadził klasę przez rynek jak pasterz trzodę, a Komeda trzymał się z tyłu, pozwalając, by dystans między nim a resztą rósł z każdym krokiem. Tu nikt nie patrzył, tu mógł iść swoim tempem, oszczędzając prawy pośladek i myśląc o mrożonkach z zamrażalnika, które za godzinę przyłoży sobie do tyłka.

    I wtedy go zobaczył.

    Moherowy beret.

    Barbara Maciejakowa. Krzysiek rozpoznałby ten beret z kilometra. Maciejakowa chodziła z matką na kółko różańcowe, siedziała w trzeciej ławce od ołtarza. Obok niej, łeb w łeb, szła Małgorzata Bednarska.

    Człowiek nie musiał być z Sokołowa, żeby wiedzieć, kim jest Bednarska. Wystarczyło raz w życiu przejść obok jej okna. Babsko miało wbudowany radar, który namierzał każdy ruch w promieniu stu metrów od jej kuchennego okna. Gdy do sąsiadów przyjeżdżał ktoś w gości, natychmiast zaczynała myć okna, wieszać firanki albo podlewać kwiatki na parapecie. Wszystko, byleby stać przy szybie, patrzeć i słuchać. Agenci Mosadu i MI6 to przy niej banda przedszkolaków, którym wciąż mylą się grabki z łopatką. To od niej matka Krzyśka dowiadywała się o wszystkim, co się działo w mieście. Kto z kim, jak i gdzie.

    Teraz obie szły chodnikiem po prawej stronie rynku, wprost na kolumnę uczniów.

    Krzysiek zwolnił. Od razu wyobraził sobie, co się stanie, jeśli go zauważą.

    Matka dowie się jeszcze przed popołudniową mszą. Zaczną się gorzkie żale. “Krzysiu, to nie ty. Nie mój syn. Zły Duch w ciebie wstąpił”. „Kto ci to dał? Kto cię w to wciągnął?” “Co ksiądz proboszcz sobie pomyśli? Cały Sokołów będzie gadał.”. Potem będą łzy. Wspólny różaniec. Potem telefon do ojca charyzmatyka z prośbą o modlitwę. A na koniec msza święta w intencji nawrócenia Krzysztofa Komedy, zamówiona, opłacona i ogłoszona z ambony, żeby cały kościół wiedział, że Helena walczy o duszę syna. I Krzysiek będzie musiał na tej mszy służyć.

    Przez jedną sekundę przez jedną krótką, szaloną, sekundę miał ochotę to zrobić. Minąć te podłe baby, ukłonić się z bezczelnym uśmiechem i powiedzieć: „Dzień dobry" i zobaczyć, jak Maciejakowej opada szczęka.

    Bo to Maciejakowa była częściowo winna temu wszystkiemu. Tej całej świętej mitologii, w którą matka opatuliła jego życie jak w bandaż. Krzysiek znał tę historię na pamięć. Słyszał ją ze sto razy, albo i więcej. Był wtedy niemowlakiem, jeszcze nieochrzczonym. Matka go wtedy zabrała na spacer i wtedy, na parkingu przed Kościołem babka Barbary Maciejakowej, nieżyjąca już staruszka, podeszła do wózeczka. Była ślepa, nie wiedziała, czy w wózku leży chłopiec, dziewczynka, czy gumowa kaczka. Pochyliła się, wyciągnęła pomarszczoną rękę i powiedziała: „On będzie biskupem".
    I tyle.

    Jedno zdanie wygłoszone przez ślepą staruszkę, a matka Krzyśka zbudowała na nim plan całego jego życia. Maciejakowa za każdym razem, gdy odwiedzała ich dom i widziała Krzyśka, powtarzała tę historię. „A pamiętasz, Helenko, co moja babcia powiedziała nad wózeczkiem?". Matka pamiętała. Cudowne, długo wyczekiwane dziecko. Przyszły święty, purpurat, ordynariusz diecezji legnickiej, ksiądz biskup Krzysztof Komeda. Wróć. Błogosławiony ksiądz biskup Krzysztof Komeda.

    Ciekawe, czy Maciejakowa zmieniłaby zdanie, gdyby zobaczyła go teraz, w dżinsowej katanie pełnej naszywek, z czaszką oplecioną mackami na piersi, łańcuchem w spodniach.

    Ale Krzysiek nie miał takich jaj.

    Nie dzisiaj. Nie teraz.

    Kolumna uczniów ciągnęła się na kilkanaście metrów. Wrona szedł na czele. Kobiety minęły nauczyciela i zbliżały się z naprzeciwka, idąc prawą stroną chodnika. Krzysiek ocenił odległość a resztę zrobił instynkt, ten sam, który od roku kazał mu chować przed matką kasety pod materacem.

    Wysunął się na lewy bok kolumny. Powoli, bez gwałtownych ruchów. Nie biegł. przyspieszył kroku, ignorując pulsowanie pod plastrem. Szedł wzdłuż grupy, używając masy ludzkich ciał jako zasłony i naturalnego parawanu. Dwadzieścia głów między nim a prawą krawędzią chodnika, mur z nastolatków.

    Wyminął Alicję, Paulinę, Chlebowskiego, Mikołaja, Piotrka i tę bladolicą cygankę a potem kolejnych uczniów klasy IB. Z każdym krokiem dystans do Wrony malał, a moherowy beret przesuwał się po prawej stronie.

    W końcu dotarł do czoła kolumny. Stanął tuż za lewym ramieniem Wrony.

    – Psorze, mam pytanie – odezwał się, starając się brzmieć naturalnie. – Po co właściwie idziemy na ten zamek?

    Gówno go to obchodziło, ale Krzysiek wiedział, że musi coś powiedzieć, by nagłe wyskoczenie na przód nie wyglądało podejrzanie.

    Nie odwracał się. Nie sprawdzał. Nie wiedział, czy go zauważyły.
    Szedł dalej, ramię w ramię z nauczycielem, z twarzą skierowaną prosto przed siebie.

    Mapka taktyczna.png

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • [Horror] Gruzy przeszłości - komentarze i materiały
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    @JohnyTRS napisał w [Horror] Gruzy przeszłości - komentarze i materiały:

    Skoro już na początku w sesji tworzą się kwasy, pytanie do wszystkich: Mam kontynuować sesję, czy sobie odpuścić?

    Weź, nawet nie strasz. Sesja zapowiada się arcyciekawie, zebrałeś fajną ekipę. Nieporozumienia się zdarzają, zwłaszcza przy takiej ilości graczy, najważniejsze żeby wszystko sobie na spokojnie wyjaśnić. Tak jak pisali Cai i Pan Elf warto komunikować się jaśniej i szybciej by unikać takich sytuacji. Sytuacje gdy postać gracza jest w zawieszeniu i czeka na decyzję MG proponuję rozgrywać i rozstrzygać szybko na chacie. Pisałem wczoraj, że to fajne i przydatne narzędzie, którego brakowało na LI.

    @JohnyTRS napisał w [Horror] Gruzy przeszłości - komentarze i materiały:

    Wszyscy

    Równolegle do problemów współistniejących w komentarzach z MG dałem kolejny odpis. Jak już pisałem wcześniej, jeszcze jesteście w drodze. I tutaj jest okazja dla postaci Krzysztofa, żeby przetestować mechanikę. Co z robi? Ukryje się w tłumie, zniknie? Czy może coś innego. @arthur-fleck założyłem, że towja postać będzie chciała "zejść z oczu" koleżankom matki Krzysztofa. To będzie test na Skradanie się. Czyli rzucasz kostami Ciała oraz tej umiejętności. Wystarczy 1 sukces, czyli jedna "6" na jakiejkolwiek kostce. W przypadku braku sukcesu możesz przerzucić, zakreślając dla Krzysztofa jeden ze stanów (Zdenerwowanie). Albo możesz zdecydować się zrobić coś innego, testując inną Umiejętność.

    Ten post w sesji jest skierowany głównie dla postaci Krzysztofa, dlatego nie jest obszerny. Termin odpisów do wtorku, 24 lutego.

    Ok. Poproszę o rzut na Skradanie. W razie porażki deklaruję przerzut. Dzisiaj albo jutro postaram się napisać posta by nie przedłużać kolejki.

    Komentarze horror nastolatkowie stranger things własny

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Krzysiek Komeda 100.jpg
    Krzysztof Komeda

    – Muszę spadać. Dzięki za… no wiesz. Nie było źle. Pożegnaj resztę. Widzimy się w szkole.

    Alicja uśmiechnęła się do niego, ale to nie był uśmiech dziewczyny, która dobrze się bawi. Krzysiek znał takie uśmiechy, bo sam je produkował hurtowo przy matce.

    – Do jutra – opowiedział.

    Alicja odwróciła się i zaczęła przeciskać w stronę wyjścia, chowając twarz pod włosami. Patrzył za nią i próbował zrozumieć, co się właśnie stało. Czyżby aż tak chujowo tańczył? Na razie nie miało to jednak znaczenia, bo ktoś w końcu wypatrzył Chlebowskiego a przecież to dla niego tu przyszedł. By na własne oczy zobaczyć to upokorzenie, jakie sobie za chwilę zafunduje Adaś. Komeda zszedł z parkietu cofając się pod ścianę. Wychylił się zza głów ludzi. Przy wejściu faktycznie stał on. Ale nie miał na sobie różowej marynarki z krępiny. Założył garnitur pokryty ciapkami, włosy przylizał na żel. Krzysiek nie znał się na modzie, ale nawet on musiał przyznać, że przy Chlebowskim wygląda jak ten stary dziad, który co niedziele wystaje przed kościołem zbierając na protezę.

    Powoli docierała do niego prosta, szczera i brutalna prawda.

    Chlebowski zrobił z niego durnia.

    Nie było żadnej krepiny, żadnego Miami Vice, żadnego Crocketta i Tubbsa.

    Cała ta gadka, cały ten jego słowotok, pierdolenie po próżnicy to było przedstawienie, które miało uśpić czujność Komedy. Wmówić mu, że ma do czynienia ze skończonym kretynem. Chlebowski zadbał nawet o rekwizyty. Przyniósł ciupagę, z którą pobiegł do zamku a Krzysiek połknął to jak rosół matki. Łyżka za łyżką, bez zastanowienia.

    To nie idiota, pomyślał To geniusz.

    Ale dlaczego on? Dlaczego Krzysiek? Znali się od kilku godzin, nigdy się wcześniej nie spotkali. Chlebowski nie miał żadnego powodu, żeby go wkręcać. Chyba że miał. Może chodziło o Kościół, o jego wiarę, o to że Krzysiek pół życia spędził przed ołtarzem? Może Chlebowski był świadkiem Jehowy, albo Żydem? Albo nawet satanistą, który obrał go za swój cel. Krzysiek słyszał różne plotki, nie tylko od matki i Bednarskiej. Marek wspominał kiedyś, że jakieś lesbijki organizują nocami czarne msze w Sokołowie. Może w mieście istniała też druga komórka czcicieli diabła złożona z samych pederastów? Komeda już niczego nie był pewien oprócz tego, że znalazł się na celowniku szkolnego prześladowcy. Współczuł "Carrie" a niedługo sam dołączy do klubu przegrywów.

    Tymczasem pod wejściem zrobiło się zamieszanie. Krzysiek stanął na palcach i wtedy zobaczył jak Chlebowskiego otacza banda dresiarzy, którym chyba nie spodobała się jego stylówka.

    On tańczy. Nie ucieka. On tańczy.

    Mózg Komedy zrobił fikołka, potem obrót i salto w tył. Chwilę temu był przekonany, że Chlebowski to makiaweliczny złodupiec, który go ograł jak dzieciaka. Teraz patrzył jak ten sam złodupiec próbuje naśladować Micheala Jacksona i zaciekle bije się o nagrodę Darwina z ruskim spod Nowosybirska, który wyciągnął zawleczkę granata. Rusek myślał, że dopóki nim nie rzuci granat nie wybuchnie mu w łapie. Ich sytuacja wyglądała podobnie i koniec też mógł mieć identyczne zakończenie. Mimo to Krzysiek nie ruszył się z miejsca. Nie zamierzał się wtrącać, ale obserwował na wypadek gdyby jednak zaczęła się zadyma.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • [Horror] Gruzy przeszłości - komentarze i materiały
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Akurat trzecie zdjęcie pasuje do sesji w klimatach Stranger Things 😄 Telekineza zawsze na propsie

    Komentarze horror nastolatkowie stranger things własny

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Krzysztof Komeda

    Kopciuszek musiał zniknąć o północy. Krzysiek musiał zniknąć o wpół do dziesiątej zanim Helena Komeda zacznie się zastanawiać dlaczego ksiądz proboszcz tak długo świętuje z ministrantami. Nie miał wielkiego wyboru. Kasa którą matka dała mu na czekoladki roztrwonił przy w barze i teraz siedział bez grosza. Nie był sępem i wolał żeby nikt mu stawiał a już na pewno nie dziewczyny. W porównaniu z takim Chlebowskim - którego stać było na designerskie marynarki - był biedakiem, ale one nie musiały o tym wiedzieć.

    Dziara na tyłku jakby odpuściła i to nie przez lód ani maść tylko przez ludzi z którymi siedział przy stoliku. Muzyka dalej była chujowa jak żarty Tadeusza Drozdy w Śmiechu Warte, ale nie miało to już znaczenia bo Paulina go zatrzymała i dobrze zrobiła. Nawet Chlebowski wydał mu się sympatyczny. Może wcale nie polował na Krzyśka, tylko był po prostu dziwny.

    W końcu podniósł się z krzesła, pożegnał się ze wszystkimi, machnął ręką i ruszył do wyjścia. Tym razem nikt go nie zatrzymywał.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • [Horror] Gruzy przeszłości - komentarze i materiały
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    @Nami napisał w [Horror] Gruzy przeszłości - komentarze i materiały:

    Nie kuś diabła - AI potrafi sam dorobić dymek z tekstem XD

    Wiem 😉

    komiks gruzy.jpg

    Komentarze horror nastolatkowie stranger things własny

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Krzysztof Komeda

    nun fuckup.jpg

    Uważaj o czym marzysz, bo może się spełnić.

    Krzysiek nie potrafił zliczyć momentów gdy rozbierał siostrę Faustynę wzrokiem. Rozbierał ją w kościele, rozbierał w zakrystii, pod prysznicem, wieczorami gdy zasypiał i rankiem gdy się budził a nastoletnie ciało go zdradzało w najgorszy możliwy sposób. Tylko strach przed spowiedzią i nieodwracalna ślepotą powstrzymywał go by nie stać się jak biblijny Onan i nie zostać przeklętym przez Boga. Od dawna już powątpiewał z niestworzone w opowieści Heleny Komedy, lecz odkąd włosy zaczęły mu rosnąć nie tylko na głowie przestała go straszyć czarną wołgą, policją i cyganami. Jej historie o tym, co spotyka chłopców którzy oddają się młodzieńczym popędom, były gorsze niż wszystkie kazania księdza Witolda razem wzięte. Ręce miały uschnąć, oczy zachodzić bielmem, skóra pokrywać się wrzodami jak u Hioba. Pan Jezus miał patrzeć na to wszystko z góry i notować sobie każdy raz, a potem w dzień sądu odczytać to na głos, przy wszystkich. Przed całą parafią a nawet babcią nieboszczką.

    – Proboszcz w niedzielę od razu wypatrzy takiego z ambony – ostrzegała – Zobaczy to po wzroku, który ze wstydu już zawsze ucieka w ziemię.

    Odkąd w parafii pojawiła się siostra Faustyna, Krzysiek cierpiał niemal każdego ranka. Wiele razy miał ochotę ulżyć sobie, ale za każdym razem słyszał w głowie głos matki i przypominał sobie kurzajki, które w ósmej klasie wykwitły nagle na dłoni Piotrka Bochenka. Wykwitły w czasie gdy zaczął przynosić do szkoły swoje pisemka.

    – A do tej marszczę czasem freda – przechwalał się przerzucając na przerwie kolejne posklejane stronice.

    Krzysiek nie miał pojęcia kim jest ten cały fred, dopóki nie wyjaśnił mu tego Marek. Wtedy zrozumiał o co chodziło matce. Zrozumiał też, że w tym temacie może ona mieć akurat mieć rację i wolał nie ryzykować trwałego kalectwa. Pozostawały mu więc wstydliwe fantazje o zakonnicy, w której się zadurzył bez pamięci.

    Teraz na jego oczach jedna z tych fantazji właśnie się spełniała. Zobaczył ramiączko stanika, lecz zamiast niezdrowej euforii poczuł palące współczucie. Współczucie a potem wstyd bo przez sekundę miał wrażenie, jakby to on sam rozpruł habit swoim świdrującym spojrzeniem.

    Sytuacja z siostrą Faustyną nie mogła mu wyjść z głowy.

    Nie mogła dopóki podczas apelu nie usłyszał co stało się z Joasią Kowalczyk.

    Początkowo nie skojarzył nazwiska, ale wtedy zobaczył Paulinę i jej koleżanki. Przypomniał sobie wieczór w Miami i nagle poczuł jakby wjechał w niego rozpędzony tir.

    Siedziałem z nią przy stoliku. Ona jest z naszej klasy. To przyjaciółka Pauliny.

    Krzysiek gównianie znosił złe wiadomości. Zwłaszcza, gdy komuś kogo dobrze znał działa się nieodwracalna krzywda. Tak było gdy jego kolega w siódmej klasie skoczył na główkę do stawu i złamał kręgosłup, tak było gdy zakochał się w muzyce Nirvany i słuchał jej miesiącami nie mając pojęcia, że Kurt Cobain już dawno nie żyje i zastrzelił się w swoim domu w Seattle. Gdy o tym usłyszał od Marka, zebrało go na mdłości, bo śmierć przecież nie dotyka pięknych i utalentowanych ludzi. Każda taka wiadomość go przytłaczała bo zaczynał rozumieć, że światem rządzi przypadek a on sam nie jest bezpieczny. I żadna modlitwa go nie uchroni.

    Chciał wyjść na świeże powietrze, ochłonąć, ale właśnie wtedy zobaczył jak twarz Pauliny robi się nienaturalnie blada.

    To był odruch, czysty instynkt.

    – Łapcie ją! – krzyknął i skoczył do przodu. Staranował jakiegoś typa, ale miał to w dupie. Chwycił dziewczynę pod pachy w chwili gdy zaczęła osuwać się na parkiet.

    – Zróbcie trochę miejsca, dajcie jej oddychać! I niech ktoś otworzy okno! – rzucił w stronę tłumu nie puszczając Pauliny.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • Krzyk Pustki
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Delilah Le Fey

    text alternatywny

    Zwymiotuję.

    To była jej pierwsza myśl po tym jak kabina kriokomory się otworzyła a ona zaczęła odzyskiwać świadomość. Zacisnęła szczękę jakby to mogło powstrzymać zbuntowany żołądek. Nienawidziła siebie za tą słabość. Za każdym razem gdy kładła się do lodówki wierzyła, że zniesie podróż lepiej niż inni pasażerowie, że wystarczy żelazna dyscyplina i stalowa wola by podporządkować sobie ciało. Ale zawsze działo się to samo. Koniec końców, okazywała się zwyczajnym, ułomnym człowiekiem pełnym obrzydliwych płynów próbujących wydostać się na zewnątrz.

    Przez chwilę jeszcze leżała jak mumia zapakowana w sterylny i nieskazitelnie czysty kombinezon. Walczyła z torsjami. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Oddychała przez nos bo nie miała odwagi otworzyć ust. Wyczuwała ruch w koło, statek budził się z długiego snu a to oznaczało jedno. Borodino. Dotarli w końcu na miejsce.

    Gdy nudności ustąpiły podniosła się do pozycji siedzącej. Teraz wyraźnie widziała współpasażerów, głównie członków załogi. Większość z nich wyglądała jak wraki, nawet jeśli im się wydawało, że są w szczycie ludzkiej formy. Młodość spędziła w otoczeniu chłopców i mężczyzn, którzy przypominali renesansowe rzeźby a jeszcze lepiej prezentowali się w firmowych garniturach. Ci tutaj najlepsze lata mieli już dawno za sobą o ile w ogóle były jakieś lata godne choć jednej wzmianki.

    W końcu opuściła stopy przez krawędź sarkofagu, ale kolana natychmiast się pod nią ugięły. Wcześniej zatrzymała falę wymiocin, ale sztuczna grawitacja i drętwiejące nogi zrobiły swoje. Poleciała do przodu jak wór mięsa i wylądowała na czworakach.

    Słaba.

    Żałosna.

    Wstawaj.

    Nie czekała aż ktoś wyciągnie do niej dłoń, nie zniosłaby takiego upokorzenia. Dźwignęła się z podłogi jednym, płynnym ruchem ignorując popsuty błędnik i ból w kończynach. W jednej chwili wyprostowała się jak struna a zimna maska wjechała na twarz szybciej, niż sztuczna grawitacja zdążyła ją na powrót przygnieść do ziemi.

    Znowu mogła patrzeć na świat z góry.

    Zimna skóra pod uniformem lepiła się od potu. Kolejna wstrętna wydzielina, kolejny dowód jak słabymi i niedoskonałymi istotami są homo sapiens. Nawet tacy jak ona. Musiała zmyć z siebie brud, doprowadzić swoje ciało do stanu najwyższej używalności. Sprawić by zarządcy z Borodino wyli jak wygłodniałe psy na widok suki i złożyli każdy podpis o jaki poprosi. W schowku kajuty już czekały na nią precyzyjnie dobrane rekwizyty, narzędzia jej pracy. Jedwabne czarne paski ledwo udające bieliznę, karmazynowa szminka, flakon najdroższych perfum. Najpierw jednak musiała zmyć z siebie długie miesiące leżenia w lodowej trumnie.

    Udało jej się przejść parę kroków w stronę śluzy sanitarnej gdy go zobaczyła. Rozmawiał z kapitanem statku. Wysoki, ciemnowłosy. Doskonały. Przystojna twarz, ale pozbawiona męskiej drapieżności, zaprojektowana przez inżynierów tak by wzbudzać zaufanie. Gdy po raz pierwszy go spotkała wchodząc na pokład nie kojarzyła rysów. Musiał być syntetykiem nowej generacji. Tak zaawansowane humanoidy budowała tylko jedna firma.

    Wymawiała jej nazwę z takim samym obrzydzeniem, z jakim wypluwa się zepsute mięso. Jej niebieskie źrenice, wymierzone w maszynę pokryły się lodem i osiągnęły temperaturę zera absolutnego. Syntetyki mogły służyć jako załoganci u niezależnych armatorów, ale miały tylko jednego pana. Wszystko co zarejestrują ich czarne skrzynki prędzej czy później trafi biurka ludzi, z którymi rywalizowała każdego dnia by wyszarpać dla swoich mocodawców kolejny kawałek kosmicznej skały.

    Android i kapitan kontynuowali rozmowę. Przez jedno uderzenie serca Delilah poczuła irracjonalny niepokój. Miała wrażenie, że przez twarz Hannigana przeszedł jakiś cień. Zignorowała to jednak i ruszyła w stronę natrysków.

    Nie zdążyła tam jednak dotrzeć bo nagle jej wzrok zatrzymał się na jednej z kapsuł. Spojrzała na datę na wyświetlaczu monitora diagnostycznego i cała krew odpłynęła z jej nieskazitelnej twarzy. Wcześniej to przeoczyła, ale teraz widziała wyraźnie ciąg cyfer.

    15.08.2183

    I zrozumiała.

    Nie jesteśmy w układzie Borodino.

    To za wcześnie.

    Wyciągnęli nas z lodówek za wcześnie.

    Pewnie by rzuciła soczystą kurwą, gdyby zamiast retorycznych popisów i korporacyjnej nowomowy ktoś poświęcił czas by nauczyć ją przeklinać. Nie nauczył. Ale rosło w niej uczucie, które każdy bywalec szemranych kantyn i burdeli bez problemu rozpoznałby jako wkurw. Bardziej od syntetyków Wayland Yutani nienawidziła tylko niespodzianek, które wpływały na jej harmonogram wyliczony co do sekundy w zegarze atomowym statku.

    Lepiej, żeby Hanningan miał dobre wytłumaczenie.

    Pewnym krokiem ruszyła w kierunku kapitana.

    Rozgrywka
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa