
Krzysztof Komeda
– Oto za chwilę przystąpię do Ołtarza Bożego, do Boga, który rozwesela młodość moją...
Słowa modlitwy odbijały się od starych, drewnianych szaf w zakrystii. Krzysiek recytował formułkę automatu, ale myślami był przy swojej dupie. Dosłownie.
Prawy pośladek płonął. Jakby ktoś przykładał do niego rozgrzane żelazko. Albo darł skórę pasami.
– Do świętej służby Bożej chcę przystąpić pobożnie, godnie i w skupieniu... – mamrotał dalej, wpatrując się w plecy proboszcza.
Gówno, a nie skupienie.
Wczorajszy wieczór w piwnicy Marka wrócił nagłym flashem. Zapach taniego spirytusu, brzęczenie maszynki zrobionej z silniczka od walkmana. Marek miał ciężką rękę i brudne paznokcie. Tusz był chyba z długopisu. Nieważne. Ważne, że teraz, pod warstwą gazy i plastra, skóra na tyłku pulsowała własnym życiem.
Wybrał pośladek, bo pośladek był bezpieczny. Matka tam nie zaglądała. Jeszcze. Kontrolowała wszystko inne. Plecak. Szuflady. Kieszenie. Czasem stała pod drzwiami łazienki i pytała, co tak długo robi. Ale tyłek był jego. Jedyne terytorium wolne od okupacji.
Poczuł szarpnięcie. Siostra Faustyna. Dwadzieścia trzy lata, twarz jak anioł i oczy, w których Krzysiek tonął za każdym razem, gdy miał odwagę w nie spojrzeć. Habit ukrywał jej figurę, ale nie potrafił ukryć wszystkiego. Poprawiała mu komżę. Gdyby wiedziała, że kilkanaście centymetrów od jej świętych palców, pod warstwą materiału, kryje się koślawy smok ziejący ogniem, pewnie padłaby trupem na miejscu. Albo polała go wodą święconą, aż by skwierczało.
Zaraz, pomyślał. A jeśli się zakazi?
Marek mówił, żeby przemywać spirytusem. Krzysiek przemył raz, wieczorem i omal nie odgryzł sobie języka z bólu. Potem skulił się na łóżku i leżał na brzuchu, bo na plecach nie dało rady, na boku też nie bardzo, i myślał o tym, jaki jest głupi.
Przez głowę przelatywały mu wizje z najgorszych horrorów. Zakażenie. Gorączka. Szpital. Matka przy łóżku. Skąd ten tatuaż, Krzysiu? A potem telefon do ojca charyzmatyka i egzorcyzmy, bo w jej świecie tatuaż mógł oznaczać tylko jedno. Szatan w końcu opętał jej syna.
Albo gorzej.
Zacznie krwawić. Teraz, podczas mszy. Czerwona plama rozleje się na spodniach. Ktoś zauważy. Ktoś powie. Ktoś się zaśmieje. Do końca liceum będzie tym gościem, który dostał męskiej miesiączki na mszy na rozpoczęcie roku. Jezu.
Modlitwa się skończyła, ministranci ruszyli do wyjścia. Szedł przedostatni, tuż za Kubą z ósmej klasy.
Msza rozpoczynająca nowy rok szkolny była torturą. Krzysiek wstawał, siadał, klęczał. Za każdym razem, gdy jego pośladek dotykał ławki, zaciskał zęby tak mocno, że bolała go szczęka. Pocił się ze strachu, że zaraz coś tam pęknie.
Godzinę później stał już przy swoim rowerze za kościołem. Stary Romet po kuzynie z Opola, rama pomalowana farbą antykorozyjną, błotniki wygięte po licznych wywrotkach. Krzysiek zarzucił plecak na ramiona i wsiadł na siodełko. Zapomniał. Siodełko wbiło się dokładnie w to miejsce. Przez ułamek sekundy świat zrobił się biały.
– O kurrr...! – syknął.
– Powodzenia w nowej szkole, Krzysiu! – Głos siostry Faustyny dobiegł od strony wejścia do zakrystii. Stała w progu, uśmiechnięta, machając mu ręką. Niewinna. Nieświadoma. Krzysiek zacisnął zęby tak mocno, że aż zazgrzytało. Wymusił grymas, który miał być uśmiechem.
– Dziękuję, siostro! – wychrypiał. Odepchnął się. Ból pulsował w rytm obrotów korby. Raz, dwa, ała. Raz, dwa, ała.
Dwie przecznice dalej, za garażami, zatrzymał się gwałtownie. Rzucił rower w krzaki. Koniec teatru. Biała koszula, spodnie w kant, lakierki, wszystko wylądowało zwinięte w kulkę na dnie plecaka. Czas na wylinkę.
Wyciągnął dżinsy. Wytarte, ze zwisającym łańcuchem przy szlufce. Wciągnął je ostrożnie, sycząc przy zapinaniu guzika. Bolało, ale to był dobry ból. Potem koszulka. Czarna bawełna, prezent od Marka, który przywiózł z jakiegoś konwentu. Na piersi wielkie logo: „KRYSZTAŁY CZASU". Wzór przedstawiał czaszkę oplecioną jakimiś mackami. Nikt w szkole nie będzie wiedział, o co chodzi. No i dobrze. Na to narzucił katanę. Dżinsową, bez rękawów, obszytą naszywkami. Na plecach wielki Eddie, maskotka Iron Maiden, szczerząca zęby z okładki „Killers". Eddie patrzył na świat tak, jak Krzysiek chciał na niego czasem patrzeć. Z góry i z pogardą.
Spojrzał w lusterko roweru i przeczesał włosy palcami. Zburzył idealny przedziałek, który rano wyczesała mu matka. Kosmyki opadły na czoło. Lepiej. Dużo lepiej.

„Najważniejsze to zrobić dobre wejście, młody" – słowa Marka dźwięczały mu w uszach. „Wjeżdżasz jak cipa i jesteś cipą już do matury. Wjeżdżasz jak Ozzy a na twój widok małolatki robią się tak mokre, że znów trzeba będzie układać worki z piaskiem". Marek mówił też, żeby przypierdolić pierwszemu lepszemu cwaniakowi ze starszej klasy. Krzysiek spojrzał na swoje dłonie. Na swoje palce, które potrafiły przewracać strony mszału, ale nigdy nie zacisnęły się w pięść na czyjejś twarzy.
Nie, bicie odpadało. Dziewczyny też. Bo nie o wielkie wejście tu chodziło. Chodziło o to, by wreszcie przestać się dusić.
To stało się rok temu, kiedy Marek wcisnął mu do ręki zdartą kasetę Master of Reality. Kiedy włożył ją do walkmana, poczuł się tak, jakby ktoś nagle wyciągnął go za włosy z głębokiej, mętnej wody. Pierwszy haust powietrza. Pierwszy raz, kiedy zrozumiał, że przez piętnaście lat żył w cudzym ciele. Ta bawełna i dżins, które teraz naciągał na grzbiet, nie były przebraniem. Były krzykiem. Chciał, żeby każdy szew, każda naszywka i każda nitka wrzeszczały światu w twarz o jego bezgranicznej, fanatycznej miłości do dźwięków, które go pochłonęły.
W głowie, jak zacinająca się płyta, kołatały mu słowa z Escape Metalliki. Hetfield wyrykiwał tam to, czego Krzysiek nie miał odwagi powiedzieć matce przy niedzielnym rosole: „Life is for my own to live my own way”. Życie jest po to, by żyć po swojemu. Bez pytań. Bez tłumaczeń. Podstawówka była jak czyściec. Przetrwał go. Zamknął ten etap dwa miesiące temu, odbierając świadectwo z paskiem. Teraz zaczynał się nowy level. I nie zamierzał już udawać.
W domu, przy matce i proboszczu, wciąż mógł być Clarkiem Kentem. Mógł nosić te wykrochmalone koszule, lakierki i spodnie w kant podciągnięte pod sam pępek. Ale gdy tylko przekraczał próg ganku, gdy tylko zamykały się za nim drzwi plebanii, chciał zrywać z siebie ten cywilny łach, zakładać pelerynę z dżinsu i latać. Latać tam, gdzie zabierali go bogowie. Black Sabbath. Iron Maiden. Type O Negative. KAT.
Dojechał pod szkołę. Nowy budynek „tysiąclatki" przyklejony do starego ceglanego gmachu wyglądał jak nowotwór. Przypiął rower, poprawił katanę. Piekący tyłek przypominał mu o każdym kroku, nadając jego chodowi specyficzny, nieco sztywny, ale groźny rytm. Wyglądał, jakby szedł wyzwać kogoś na pojedynek rewolwerowców, a nie, jakby po prostu bał się, że gacie przykleją mu się do rany.
Tłum na korytarzu. Chaos. Gdzie są te cholerne listy? Przeciskał się między ludźmi. Eddie na plecach szczerzył się do nich wszystkich. Żadnych list na tablicy ogłoszeń. Tylko plakat o kółku szachowym i zbiórce makulatury.
– Sala gimnastyczna – rzucił ktoś obok.
Krzysiek wziął głęboki oddech. Ruszył w stronę sali. Szkoła średnia. Czysta karta. Tutaj był Krzysztofem. Metalem. Gościem z czaszką na klacie i tatuażem smoka na dupie.
– O kurwa, Poganin, a tobie co się stało?
Głos dobiegł zza pleców, głośny i bezczelny. Krzysiek odwrócił się, czując jak Eddie na jego plecach marszczy czoło razem z nim. Piotrek Bochenek. Stał z rękami w kieszeniach szerokich spodni, szczerząc się jak głupi do sera.
Krzysiek wystawił dłoń. Plask. Piątka była soczysta, twarda, męska.
Poganin. W pokręconej logice Piotrka Bochenka znaczyło dokładnie to samo, co "Pobożniś". Piotrek miał swój własny, odwrócony słownik. Klasowy geniusz i kujon, który wygrywał olimpiady, został przez niego ochrzczony Corkym Thatcherem, na cześć upośledzonego chłopaka z serialu "Dzień za dniem". Najgrubszy gość w podstawówce, któremu sadło wylewało się znad paska, był dla Piotrka Szkieletorem. A Krzysiek? Krzysiek, który pół życia spędził klęcząc przed ołtarzem, musiał zostać Poganinem.
– Ale się gościu wystroiłeś – Bochenek omiótł wzrokiem dżinsową katanę i czaszkę z mackami na piersi. – Wybierasz się do Jarocina, czy będziesz się teraz bujał z cyganami?
Krzysiek poczuł ukłucie irytacji, ale zaraz potem przypływ nowej, dziwnej pewności siebie.
– Ja to ja, ale popatrz na siebie – odpowiedział, poprawiając kołnierz katany. – Lekarzom udało się w końcu wyleczyć twoje wodogłowie.
Piotrek zarechotał. Sprzedał Krzyśkowi kuksańca w ramię.
– Chodź, bo się spóźnimy na kazanie.
Weszli na salę gimnastyczną. Uderzyła ich ściana dusznego powietrza. Tłum falował. Piotrek natychmiast włączył radar. Trącił Krzyśka łokciem w żebra, wskazując brodą na grupkę dziewczyn stojących przy drabinkach.
– Obczaj tą w czerwonym – szepnął, a w jego głosie słychać było głód. – Ale jej cycki wywaliło przez wakacje.
Krzysiek mruknął coś niewyraźnie. Skupił się na tym, by stanąć tak, aby nikt nie wpadł na jego tyłek. Ból pod plastrem był stałą przypominajką: żyjesz, czujesz, jesteś idiotą. Przecisnęli się na sam koniec sali, pod ścianę, gdzie gromadziły się wyrzutki i spóźnialscy. Stanęli. Krzysiek oparł się o zimną ścianę (ostrożnie, lewym bokiem) i rozejrzał się po trzodzie.
I wtedy ją zobaczył.
Justyna Krawczyk. Stała dwa metry dalej, sama jak palec, oddzielona od reszty niewidzialnym kordonem sanitarnym. "Carrie". Ksywka pasowała do niej idealnie. Zawsze w tych samych, workowatych ciuchach, z włosami, które zasłaniały połowę twarzy. Osiem lat chodzili razem do klasy, a Krzysiek nie wiedział o niej nic, poza tym, że potrafiła milczeć głośniej niż inni krzyczeli.
Zrobił krok w jej stronę. Instynkt stadny kazał mu ją zignorować, ale że resztki ministranckiego sumienia, nakazało otworzyć usta.
– Cześć, Justyna – rzucił.
Cisza. Dziewczyna nawet nie drgnęła. Wzrok miała wbity w parkiet. Jej ramiona były lekko skurczone, jakby spodziewała się uderzenia. Krzysiek poczuł się głupio. Cofnął się o krok, wracając do Piotrka.
– Dalej jest tak samo pojebana – mruknął Bochenek, nie odrywając wzroku od dziewczyny w czerwonym. – Mówię ci, Poganin. Ona kiedyś przyniesie do szkoły kałacha. Albo pozabija nas wszystkich na studniówce.
Krzysiek spojrzał jeszcze raz na Justynę. Stała nieruchomo, jak posąg wyrzeźbiony z lęku. Chciał jej użyczyć trochę swojego cienia, schować ją za plecami Eddiego, ale współczucie to luksus, na który w pierwszym dniu szkoły nie było go stać.


W 97 miałem 14 lat więc garściami czerpię z tego okresu i czuję się jak ryba w wodzie, bo nawet nie muszę za dużo wymyślać i improwizować. Ba, byłem nawet ministrantem więc kościelne klimaty też nie są mi obce 

Na razie Krzysiek w ostatniej ławce będzie siadał tylko na godzinie wychowawczej u Wrony, więc wszystkie karty jeszcze w grze 
Brawa za kreatywność