Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
Arthur FleckA

Arthur Fleck

@Arthur Fleck
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
196
Tematy
0
Udostępnień
0
Grupy
1
Obserwujący
1
Obserwowani
1

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Krzyk Pustki
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Delilah le Fey

    Drań milczał, ale Delilah nie miała zamiaru tracić zimnej krwi. Wciąż zachowywała się jakby jego był przesądzony. Właściwie godziła się z tym, że Purcell następne trzy miesiące spędzi z trupem. Jeśli nie dotrzyma obietnicy, każda kolejna groźba wymierzona w następną ofiarę pozostanie tylko walutą bez pokrycia.

    Bo najlepiej kłamie ten, kto przynajmniej raz udowodnił, że nie blefuje.

    To, co powiedziała Nadii, okazało się prorocze. Purcell nie zamierzał zdradzić, co dzieje się na Bleinercie. Agentka widziała tylko dwa wyjaśnienia. Pierwsze, że rzeczywiście nic nie wiedział i odrzuciła je niemal od razu. Drugie podsunęła mu jego reakcja, kiedy drgnął na wzmiankę o potworach. Wiedział za dużo, a ten sekret był wart tego, żeby za niego umrzeć albo oszaleć w izolatce.

    Niech tak i będzie.

    Ruszyła z noszami w stronę śluzy, nie oglądając się na nikogo. Korytarze Kardashian wciąż były zalane czerwonym, alarmowym światłem. Zaskoczyło ją, jak lekko pchało się wózek. Jakby była laborantką, która odwozi szczura do klatki, z której już nie wyjdzie. Purcella czekał jednak znacznie gorszy los niż stół sekcyjny i spalarnia odpadów biologicznych. I jeśli nie był głupcem musiał już rozumieć, że Delilah się nie cofnie. Nie pójdzie na żadne ustępstwa, bo z odpadami się nie rozmawia i nie negocjuje. Nie zamierzała mu tego tłumaczyć. Wystarczyło na nią spojrzeć by zrozumieć że w jej niebieskich oczach nie ma co szukać litości ani zrozumienia. Była tam tylko czysta pogarda. Pogarda dla ludzkich słabości, dla małych, śmiesznych marzeń, dla fałszywych wyobrażeń, jakie ludzie mają na swój temat i ich kłamstw powtarzanych przed lustrem. Jeremiah Purcell mógł uważać się za dobrego żołnierza, twardego i niezłomnego. Mógł mieć własny plan, tajną agendę. Ale w ostatecznym rozrachunku liczyło się, kto trzyma poręcz wózka. Cokolwiek o sobie myślał Purcell, Delilah zamierzała to zetrzeć w pył.

    W świetle lamp awaryjnych mogła wyglądać jak dziewczyna z reklamy Chanel no 5, lecz niewiele różniła się od potworów, które teraz polowały na Hannigana i jego ludzi.

    Różnił ich tylko rodzaj głodu.

    One łaknęły krwi, ona sekretów.

    Rozgrywka

  • Horror/Slasher - Letni Obóz Wakacyjny
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Moim zdaniem bardzo dobra mechanika, fajnie to wymyśliłaś, podoba mi się, że w systemie obrażeń osoba ciężko ranna czy w stanie krytycznym ma prze...walone i nie da się pomóc i stawiasz tu na realizm a nie na mechanikę, gdzie epicki rzut na Szczęście z krytyczym sukcesem nagle by magicznie stawia delikwentna na nogi. Zastanowiłbym się czy nie wrzucić jeszcze ran psychicznych gdzie najcięższa kończy się traumą, by nie premiowane były tylko osoby zręczne i silne, które w walce czy ucieczce łatwiej unikają ewentualnych konsekwencji zdrowotnych. Naturalne, że morderca w kluczowej fazie slashera sieje terror i panikę strach może paraliżować działania więc przyda się Opanowanie. Tutaj w leczeniu stanów psychicznych mógłby pomóc Urok, który na razie jest najmniej przydatną cechą w konwencji horroru.
    W przypadku większej ilośći graczy dopuszczaz możliwość stworzenia własnych zalet/wad? do twojej akceptacji by postaci były bardziej zróżnicowane i spersonalizowane?

    Sondy

  • Krzyk Pustki
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Delilah le Fey

    Wysłuchała go uważnie do końca a jej twarz nie zdradzała niczego, jakby została wykuta w lodzie albo zdjęta prosto z formy w laboratorium Weyland-Yutani, zanim technicy zdążyli zaprogramować jej pierwszy uśmiech. Przez cały czas stała nad nim pochylona i ani drgnęła. Potem zapadła cisza.

    A po niej wyrok.

    – Zadałam panu proste pytanie, panie Purcell. Tak albo nie. To nie były negocjacje.

    Nie czekała na odpowiedź. Sięgnęła do jego mostka i odkleiła pierwszą elektrodę, potem drugą i trzecią. Rozpięła rzep mankietu ciśnieniomierza i zsunęła go z ramienia. Z palca zdjęła klips pulsoksymetru i odłożyła na tacę. Monitor zapiszczał. Wyłączyła go jednym dotknięciem a potem czubkiem buta zwolniła blokadę kół w noszach.

    Po wszystkim zwróciła do Rosjanki spokojnie.

    – Przygotuj izolatkę. A potem pokaż mi, gdzie trzymacie ciało z kapsuły.

    Delilah domyślała się, co teraz dzieje się w głowie Rosjanki. Zanim ta zdążyła otworzyć usta i zwyzywać ją od obłąkanych, popierdolonych suk uprzedziła ją.

    – On nie będzie współpracował choć może ci się tak wydawać Nadiu. – zaczęła – Pamiętasz, co się stało, kiedy Kalashnikov znalazł w kapsule łuski od pistoletu? Słuchałam raportu Opiekuna. Najpierw pamiętał wszystko jak przez mgłę a potem nagle przypomniał sobie każdy cios i strzał. Teraz znów próbuje zostawiać sobie furtkę i utrzymać kontrolę. Dlatego stawia warunki. Chce z nami rozmawiać z pozycji siły. Jeśli mu na to pozwolę niczego się nie dowiemy i stracimy tylko czas. Cokolwiek się wydarzyło na Blainercie, on nam tego nie powie. A już na pewno nie zdradzi czym są te istoty, które polują na twoich przyjaciół i kto im pomaga przed nimi uciekać.

    Położyła dłoń na jej ramieniu, czule, niemal jak rodzonej siostrze.

    – Znajdę inne rozwiązanie, żeby im pomóc. Przysięgam.

    Ani razu nie spojrzała na Purcella, jakby zupełnie straciła nim zainteresowanie. Mógł teraz się poczuć jak bezużyteczny przedmiot, wart mniej niż nosze, na których leżał.

    Chwyciła za ich poręcz i pchnęła w stronę drzwi ambulatorium.

    Rozgrywka

  • Horror/Slasher - Letni Obóz Wakacyjny
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    W końcu slasher na Rolltelling! ♥ ♥ ♥ Oczywiście się zgłaszam, wybrałem opcję umiarkowaną bo bez porządnej teen dramy śmierć nie będzie tak bolała 😉

    Sondy

  • 21 dni Kwarantanny
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    text alternatywny

    Michał Owczarek

    Gdzieś za oknem syrena zawyła i ucichła a on dalej leżał z otwartymi oczami. Maks był wzorowym towarzyszem niedoli, nie chrapał, nie ściągał z niego koca, leżał po swojej stronie swojego materaca a mimo to sen nie nadchodził. Ratownik leżał na wznak i gapił się w sufit, po którym co jakiś czas przesuwała się niebieska poświata z ulicy. Od paru lat sypiał sam i przywykł już, że druga połowa łóżka zazwyczaj była pusta. Telefon leżał przy poduszce ekranem do góry i Michał sprawdzał go co kilka minut, aż w końcu przestał się oszukiwać, że chodzi tylko o rządowe alerty i komunikaty w mediach. Ola nie odpisała a on nie miał pojęcia dlaczego. W optymistycznej wersji po prostu zignorowała pijaka, przez którego zmarnowała najlepsze lata swojego życia a zamiast zaręczynowego pierścionka dostała tylko niespełnione obietnice i rozczarowanie. Najgorszy scenariusz wypierał z głowy, ale co jakiś pod powiekami pojawiała się chora, powykręcana nienawiścią do wszystkiego co żywe twarz Nowaka.

    W końcu się poddał, zgarnął poduszkę z materaca i przemknął przez przedpokój do łazienki. Po drodze ściągnął swoją kurtkę z wieszaka. Wanna Zielińskiego była mniejsza od tej jego w mieszkaniu, ale miała tak samo opływowe kształty i chłodną emalię. W czasach gdy wracał z barów nad ranem a ona nie chciała wpuścić go do łóżka stanowiła wybawienie. Nie wiedział czy po trzeźwemu zadziała tak samo, ale gorzej niż na materacu być nie mogło. W zamkniętej łazience pozbawionej okien nie usłyszy syren ani nie zobaczy niebieskich świateł, które raz za razem przypominały mu że świat się kończy. Wszedł do wanny i ułożył się w niej z podkurczonymi nogami. Okrył się kurtką, głowę ułożył na poduszce. Nie musiał liczyć owiec, sen przyszedł szybko a skończył się się jeszcze szybciej gdy ściany łazienki nagle zadrżały od huku. Uniósł głowę i zamarł. Za drzwiami usłyszał kroki a potem czyjeś głosy. Cokolwiek się stało, postawiło wszystkich na nogi. Wygramolił się z wanny, zarzucił na siebie kurtkę a gdy otworzył drzwi łazienki od razu uderzyła w niego kakofonia wyjących alarmów. Ruszył w stronę balkonu a gdy stanął w progu pokoju zobaczył Wiktorię. Stała tyłem, w półmroku, który co chwilę rozdzierała pomarańczowa łuna zza okna. Koszula sięgała jej do połowy pośladków, ciasna spódnica była już na miejscu a Wiktoria pochylona wciągała pod nią majtki. Jednym szybkim ruchem, bez cienia wstydu, jakby w mieszkaniu nie było nikogo poza nią. Jasna skóra uda mignęła mu w świetle pożaru. W jego źrenicach zapłonęło coś, co mogło być odbiciem łuny ognia za oknem. Mogło, ale nie musiało. Patrzył, jak materiał znika pod spódnicą i dopiero wtedy wszedł do pokoju. Minął ją bez słowa i wszedł na balkon, gdzie stali Sebastian, Zieliński i Alicja. Spojrzał w tym samym kierunku co oni.

    O ja pierdolę.

    Samolot.

    Leżał między budynkami, rozdarty na pół i płonął. Chwycił się barierki, bo przez sekundę miał wrażenie, że balkon odpływa mu spod bosych stóp. Codziennie jeździł karetką do wypadków, raz do nastolatków, którzy urządzili sobie rajd po Warszawie i żywcem spłonęli w aucie, ale widok wraku który w ułamku sekundy zamienił się w krematorium i pochłonął dziesiątki ludzi, przerastał wszystko. Przez chwilę żałował, że jednak nie został w Darpolu. Odkleił dłonie od barierki, wyrwał Alicji lornetkę z rąk. Kiedy złapał ostrość, zajęło mi chwilę by zrozumieć, że nie patrzy na akcję ratowniczą, tylko na krwawą jatkę. Zarażeni dopadli ekipy ratownicze i rozszarpywali je na tle płonącego wraku. W głowie Michała pojawiła się myśl. Gdyby nie kwarantanna, gdyby w tamten poniedziałek wrócił ze Zbyszkiem do bazy mógłby teraz być w jednej z karetek na Służewcu.

    Może nie był jednak takim pechowcem jak mu się wydawało.

    Rozgrywka

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    text alternatywny

    Krzysztof Komeda

    Gdyby tego dnia milczący od dwóch tysięcy lat Bóg skierował niechcący swój wzrok na Sokołów Śląski, na ulicę Jutrzenki 18 dostrzegłby, że w domu Komedów coś się zmieniło. Coś niedobrego działo się z bożym dzieciem, wymodlonym przez matkę i obiecanym w służbę niebieskim zastępom. Gdyby Stworzyciel częściej interesował się swoimi owieczkami, pewnie by zauważył, że od conajmniej roku młody Krzysztof robił wszystko by w procesie beatyfikacyjnym zeznawali przeciwko niemu wszyscy, od Marka Kozy i Piotra Bochenka po wkręconego w podły żart Adama Chlebowskiego i mężczyzn w ortalionach, którym bynajmniej nie nadstawił drugiego policzka. Jeśli Bóg liczył, że Krzysztof Komeda dorówna kiedyś świętemu Stanisławi Kostce, patronowi polskiej młodzieży wczorajsza noc rozwiała resztki tych nadziei.

    A dzisiejszy poranek potwierdził, że Bóg ma konkurencję.

    I kolejny raz przekonał się, że wyjęcie żebra Adamowi to był jednak chujowy pomysł.

    ***

    Oh, my life is changing everyday
    In every possible way
    And oh, my dreams
    It's never quite as it seems
    Never quite as it seems
    The Cranberries - Dreams

    Wstał wczesnym świtem, gdy za oknem wciąż panował półmrok. Krzysiek nigdy wcześniej nie lunatykował, lecz gdyby ktoś zapytał go później co robił, kiedy wstał z łóżka, nie potrafiłby sobie przypomnieć. Z jednego snu wpadł w kolejny. W tamtym momencie niewiele różnił się od dwóch porywaczy w ortalionach. Coś nim sterowało jak pacynką, ale na pewno nie Niemiec ze złowieszczego zamku. Jakaś inna siła zawładnęła nieszczęsnym piętnastolatkiem a on nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Wyłączył budzik zanim zdążył zadzwonić, a potem zamknął się w łazience. Pod prysznicem przepadł. Mydlił się, spłukiwał i mydlił od nowa, aż woda w bojlerze zaczęła stygnąć. Wyszorował pumeksem pięty, chociaż nigdy wcześniej tego nie robił, bo nie widział takiej potrzeby.

    Po piętnastu minutach matka zapukała do drzwi.

    — Krzysiu? Żyjesz?

    — Żyję!

    Po kolejnym kwadransie pukanie się powtórzyło i zrobiło bardziej nerwowe.

    — Co ty tam tak długo robisz?

    Krzysiek doskonale wiedział, o co matka naprawdę pyta.

    — Myję się!

    — Licznik się kręci! Myślisz, że woda leci za darmo?

    Zakręcił wodę dopiero wtedy, kiedy Helena Komeda zaczęła szarpać za klamkę. Zęby szorował tak długo, aż pasta zaczęła go piec w język a potem sięgnął po zardzewiałą brzytwę ojca. Maszynek w domu nie było bo ojciec zmarł lata temu a matka nie musiała się golić. Kobiety nie mają przecież zarostu na twarzy. Tępym ostrzem ściągnął jasny meszek spod nosa i nie zaciął się ani razu. Czesał się mokrym grzebieniem tak długo, aż Helena Komeda znowu zastukała, tym razem z kuchni w ścianę.

    W pokoju przymierzył wszystkie t-shirty, o których matka nie wiedziała i w końcu wybrał odpowiedni. Na wierzch wciągnął białą koszulę a na tyłek dżinsowe szorty. Do plecaka spakował zeszyty, a pod zeszyty wszystko inne. Koraliki, bransoletki, łańcuch do spodni. Kiedy wszedł do kuchni śniadanie już czekało. Krzysiek zasiadł przy stole, matka przyglądała mu się uważnie, ale tego też nie pamiętał, tak jak nie pamiętał, że na talerzu tamtego ranka stygła jajecznica.

    — Co się z tobą dzieje synku? Chory jesteś?

    Pokręcił głową. Helena przyłożyła mu dłoń do czoła.

    — Jezus Maria, jesteś rozgrzany jak kaloryfer! Ty masz gorączkę!

    — Przecież dobrze się czuję.

    Była to prawda. I kłamstwo. Krzysiek nigdy nie czuł się lepiej. Jakby nagle ktoś umieścił w nim reaktor atomowy. Jednocześnie był chory na coś, czego nie leczy się ani antybiotykiem ani egzorcyzmami. Przez kolejne długie minuty gapił się w talerz, skubiąc jedzenie. Matka otwierała usta, zamykała, otwierała, zamykała, ale do chłopaka nie dochodził żaden dźwięk. Dopiero gdy szturchnęła go łokciem usłyszał ostatni fragment.

    —...asz wogóle co do ciebie mówię!?

    — Słucham, mamo

    — Popatrz na mnie Krzysiu, spójrz mi w oczy!

    Matka ujęła jego twarz w dłonie i przysunęła do siebie. Przez chwilę patrzyła mu w źrenice.

    — Bierzesz jakieś narkotyki? Wąchasz klej? Przyznaj się!

    Krzysiek zgłupiał.

    — Klej? Po co ktoś miałby wąchać klej?

    — Już ja wiem po co! Może i jestem stara, ale nie głupia. Chcesz skończyć jak ten brudny Rysiek?

    — A kim jest brudny Rysiek?

    — Ten hipis co się zaćpał na śmierć! Ten pożal się Boże grajek od siedmiu boleści, wasz idol!

    — Riedel to nie jest mój idol.

    — No, jeszcze tego by brakowało! Wiesz, że to wszystko, ta muzyka, to jest dzieło szatana? Nasz nowy wikary miał o tym piękne kazanie.

    — Nowy wikary?

    — Ksiądz Natanek. Przyjechał wczoraj, odprawiał nowennę o osiemnastej. Gdybyś się nie włóczył po mieście z niewiadomo kim, tylko służył do mszy jak człowiek to byś wiedział, co się dzieje w parafii.

    Krzysiek zamilkł. Chciał wstać z krzesła, ale wtedy poczuł rękę matki na swojej dłoni. Przyszpiliła go do stołu, jak owada.

    — Co ty właściwie wczoraj robiłeś? Z kim się spotkałeś? Bo jak się kładłam spać, była dziewiąta a ciebie nie było.

    Chłopak przełknął lekko ślinę. Oczy Heleny Komedy świdrowały go na wylot. Na moment ocknął się ze snu na jawie, który towarzyszył mu od momentu pobudki.

    — Łaziłem z kolegami po mieście. — skłamał bo towarzyszył mu tylko jeden kolega. Mikołaj. Reszta to były koleżanki. I Ona. Kiedy przywołał w pamięci jej twarz, nagle poczuł, że chyba faktycznie ma gorączkę, a policzki robią się czerwone.

    — Coś kręcisz! Przecież widzę! Co to za koledzy? Jak się nazywają?

    — Mikołaj Pogorzelski, Piotrek Bochenek, Adam Chlebowski. — odpowiedział jednym tchem jak na przesłuchaniu. Kłamał, też jak na przesłuchaniu.

    — I nie było z wami żadnych dziewuch?

    Zaschło mu w gardle, więc tylko pokręcił głową. To był błąd. Zdradził się.

    — Czyli jednak jakieś były! To te dwie, co o nich przedwczoraj wspomniałeś, tak? Alicja i ta druga… jak jej tam…

    Krzysiek zerwał się z krzesła jak oparzony.

    — Nic już nie mów, okej? Daj mi spokój i…. skończ te przesłuchania!

    — Czy one cię do czegoś zmusiły!? Kazały ci wąchać klej? Pić kompot z maku? A może…

    Krzysiek zatkał dłońmi uszy.

    — Nie kończ!

    — Boże, przecież cię ostrzegałam! Ty nie masz pojęcia Krzysiu, jakie są dziewczyny w tym wieku! Mam ci przypomnieć, jak skończył Łukaszek Pięta!? Pojechał do Rabki, poznał…

    — Słyszałem to już tysiąc razy! — przerwał jej — Idę do szkoły!

    Krzysiek odwrócił się, ale wtedy coś sobie przypomniał. Fragment książki, w którym Carrie White z dumą prezentuje matce swoją suknię na bal. Rozpiął guziki koszuli a potem cisnął nią o krzesło, zostając w samym t-shircie.

    — Co ty masz na sobie? Co to za koszulka?

    — Nirvany. Najzajebistszej kapeli na świecie.

    Wyszedł z domu akompaniamencie jej krzyków i żalów. Tym razem nie czekał żeby się przebrać za garażami. Za progiem wyciągnął z plecaka akcesoria a potem wsiadł na rower i popedałował w kierunku szkoły.

    text alternatywny

    ***

    Mżawka moczyła mu koszulkę a łańcuch przy szortach brzęczał na każdej dziurze w asfalcie, ale nic sobie z tego nie robił. Pierwszy raz w życiu odpyskował matce i żaden piorun nie strzelił w niego z nieba. Reaktor w piersi pracował dalej, tylko że teraz napędzała go złość. I ta jedna myśl.

    Skoro Marek nie potrzebuje dziewczyn to ja też.

    Jego sąsiad był najtwardszym kolesiem, jakiego znał. Krzysiek nigdy nie widział go z dziewczyną i nigdy nie słyszał, żeby za jakąś wzdychał jak mięczak. Marek miał piwnicę i jakoś mu to wystarczało. Nie czerwienił się jak burak, nie stał pod prysznicem pół godziny i nie golił się brzytwą starego dla kogoś, kto nawet nie zauważy różnicy. Krzysiek postanowił, że od dzisiaj będzie taki sam. Cokolwiek się z nim działo, w końcu mu przejdzie. Dwa lata temu, w lipcu, Bochenek zaciągnął go nad Bóbr podglądać dziewczyny z technikum, które podobno opalały się za mostem. Przeleżeli pół godziny w barszczu Sosnowskiego a następnego dnia plecy obsypały mu bąble. Matce nie powiedział ani słowa, bo musiałby się przyznać, po co wlazł w te krzaki. Przez resztę wakacji nie zdjął przy niej koszulki. Nikt go nie leczył, nikt o niczym nie wiedział, a pod koniec sierpnia po wysypce nie było już śladu.

    Samo przeszło.

    Teraz miało być tak samo.

    Na Rynku przypomniało mu się, co Marek powiedział wczoraj w piwnicy. Od najfajniejszych trzeba się trzymać z daleka. Krzysiek przyznał mu rację i na zakręcie w Dworcową był już prawie pewien, że wytrzyma w swoim postanowieniu.

    Wytrzymał do szkolnej bramy.

    Szła od strony Rynku między dziewczynami, w krótkiej dżinsowej kurtce i spódnicy w kratę i omijała kałuże w ciężkich, czarnych butach.

    O Boże przenajświętszy.

    Poczuł jak jego ciało słabnie, wiotczeje, poddaje się. Zamarł i słyszał tylko bicie swojego serca, które dudniło mu w uszach. Jej widok sprawiał mu ból a jednocześnie oszałamiał. Wczoraj widział w niej tylko koleżankę a teraz ulicą szedł ktoś inny, ktoś kogo nie poznawał, ktoś niedostępny jak dzieło sztuki, które można tylko podziwiać z daleka przez pancerną szybę. Roztaczała blask i blask ten Krzyśka zniewalał, doprowadzał do szaleństwa. Była najcudowniejsza, najwspanialsza i nie mógł zrozumieć, jak wcześniej tego nie zauważył. Dopiero po chwili zorientował się, że przestał oddychać, że zaraz się udusi jeśli nie nabierze powietrza w płuca. Haust zimnego tlenu otrzeźwił go. Ze złością spojrzał w szare, mżyste niebo.

    Dlaczego mnie tak torturujesz? Co ja ci takiego zrobiłem?

    Niebo odpowiedziało mu kroplą deszczu prosto w oko. Krzysiek miał ochotę pokazać mu środkowy palec ale zamiast tego odbił się nogą od jezdni i wjechał rowerem na plac szkolny. Rometa zostawił przy stojakach na rowery a potem szybkim krokiem ruszył do szkoły. Ledwo zwrócił uwagę na wozy transmisyjne zaparkowane przed wejściem. Do lekcji zostało jeszcze kilkanaście minut i wiedział, że nie może wejść do klasy przed czasem. Gdyby tylko się do niego odezwała, zdradziłby się. Potrafił grać i kłamać, ale nie tak dobrze, nie kiedy cały w środku dygotał i nie był w stanie zebrać myśli. Idąc korytarzem minął drzwi szkolnej biblioteki i ruszył w stronę toalet.

    Nagle coś sobie przypomniał.

    Sen.

    W nocy przyśnił mu się smok. I szkolna biblioteka. Zaczął przywoływać w pamięci coraz więcej szczegółów.

    Nagle zrozumiał. To nie był zwykły sen. To był znak.

    Wiedział już co musi zrobić.

    Zawrócił spod drzwi toalety i niepewnie nacisnął klamkę biblioteki. Wszedł do środka i zobaczył, że za biurkiem siedzi bibliotekarka. Nawet nie podniosła głowy gdy podszedł bliżej.

    Odchrząknął.

    — Dzień dobry.

    Kobieta odpowiedziała coś pod nosem, ale dalej nie zwracała na niego uwagi, jakby był insektem.

    — Chciałem pożyczyć książkę.

    W końcu łaskawie podniosła wzrok.

    — … dla kolegi — dodał od razu zapobiegawczo Krzysiek.

    — A konkretnie co to ma być za książka? — zapytała.

    Krzysiek z całych sił starał się nie zaczerwienić.

    — Coś ładnego o… dziewczynach. Znaczy ładne wiersze dla dziewczyny.

    Gdyby zamiast Boga, jakimś cudem światem rządził Mistrz Gry, gdyby tego ranka odwrócił wzrok od zamku Falkenstein i spojrzał na szkolną bibliotekę, poczułby to samo co Stwórca kilka godzin wcześniej. Młody Krzysztof był beznadziejnym przypadkiem i wyglądało na to, że zsyłanie na niego proroczych snów to jednak gówniany pomysł.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • [Horror] Gruzy przeszłości - komentarze i materiały
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Jaki ten świat mały 😁 Damięckiego oczywiście pamiętam!

    Tłumaczka szwaba nazywa się Elżbieta Hallman, ale nic mi to nie mówi. To pewnie przez tę traumę z Rowów. Jakaś podpowiedź? Tak na nazwisko miała twoja postać?

    Komentarze horror nastolatkowie stranger things własny

  • [Horror] Gruzy przeszłości - komentarze i materiały
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    @Nami Tak by wyglądał finał "Gruzów przeszłości"

    text alternatywny

    Komentarze horror nastolatkowie stranger things własny

  • [Horror] Gruzy przeszłości - komentarze i materiały
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    @Nami Ja bym się nie zdziwił jakby ten szkop co siedzi na zamku i knuje to było jego kolejne wcielenie XD Modus operandi się zgadza. Mroczne czary, kolejne młode dziewczę w niewoli...

    BTW Szkoda, że ten inside joke rozumiemy tylko my. Nikt tu nie miał przyjemności grać w "Rowach krwią płynących" 🙂

    Komentarze horror nastolatkowie stranger things własny

  • [Horror] Gruzy przeszłości - komentarze i materiały
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Pojmowanie: 3, 3, 6, 2, 4

    Wybieram Siła +1.

    Komentarze horror nastolatkowie stranger things własny

  • [Horror] Gruzy przeszłości - komentarze i materiały
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    @johnytrs Czy Krzysiek po rozmowie ze swoim Oparciem wyzerował stany? Miał chyba 2 o ile dobrze liczę.

    Komentarze horror nastolatkowie stranger things własny

  • Krzyk Pustki
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Delilah le Fey

    Słyszała kiedyś, że psy atakują tych, którzy się boją. Nie dlatego, że są okrutne, lecz dlatego, że strach zdradza im, kto już przegrał. Wtedy wzruszyła na to ramionami. Teraz rozumiała psy lepiej, niż chciałaby to przyznać. Purcell się bał. Widziała to mimo całej tej jego wojskowej dyscypliny i było to cudowne uczucie. Gdyby miała kły, rzuciłaby się na nosze, wgryzła w jego kości, w mózg. Wyszarpałaby z niego każdy sekret. Zamiast tego posłała mu litościwy uśmiech, którego wcześniej oszczędziła Nadii Volkov.

    – Dezerterów nie obowiązują żadne przysięgi. A pan jest dezerterem, panie Purcell. Opuścił pan swoich towarzyszy broni i jako jedyny uciekł z tonącego okrętu, choć ten okręt wcale nie zatonął jak nieszczęsny Nostromo dawno temu. Wciąż wisi w próżni. W normalnych okolicznościach stanąłby pan przed sądem wojskowym, ale okoliczności są takie, że teraz jest pan w moich rękach. I to nie jest dobra wiadomość. Jeśli pragnę coś zdobyć, potrafię być bardzo zdeterminowana, a w tej chwili bardzo pragnę się dowiedzieć, jakie sekrety kryją się pod tą twardą czaszką.

    Postukała go pomalowanym paznokciem w skroń. Cofnęła dłoń, zanim zdążył szarpnąć głową.

    – Proszę nie szukać ratunku u kapitana Hannigana, ponieważ nie ma go na statku. Nie ma tu też pierwszego oficera ani czterech innych członków załogi Kardashian. Wszyscy są w tej chwili na Bleinercie i potrzebują pańskiej pomocy.

    Kątem oka sprawdziła monitor. Cokolwiek tam zobaczyła, jej twarz nie zdradziła niczego. Wróciła wzrokiem do żołnierza.

    – Jeśli nie wrócą w jednym kawałku, dowództwo nad statkiem przejmie obecna tu Nadia Volkov.

    Skinęła na Rosjankę, która chyba nie była gotowa na taki obrót sprawy. W jej kurzym móżdżku plan był prosty: wyciągnąć Purcella z lodówki, a reszta potoczy się sama. Żołnierz otworzy oczy, przeprosi za kłopot i wyśpiewa każdy sekret Bleinerta. Delilah wiedziała, że to dopiero początek. Skoro ani kapitan, ani Holt nie złamali tego drania, ona musi to zrobić. Każdym możliwym sposobem.

    – To ona spuściła psa… czy może, jak pan woli, sukę ze smyczy, by ratować swoich przyjaciół. Zapamięta, kto swoim milczeniem przyczynił się do ich śmierci. Jak pan myśli panie Purcell, czy powstrzyma mnie przed losem, który właśnie panu zapowiedziałam? Czy ktokolwiek przejmie się losem operatora systemów elektronicznych? Czy ktokolwiek upomni się o sprawiedliwość dla pana w obliczu katastrofy, jaka spotkała Bleinerta i sześciu załogantów Kardashian, w tym kapitana i pierwszego oficera?

    Uśmiechnęła się do niego niemal serdecznie. A potem ten uśmiech zgasł bez ostrzeżenia, jak światła dryfującego w przestrzeni statku, któremu nagle odcięto zasilanie. Została tylko twarz a za nią pustka, w której nikt nie usłyszy własnego krzyku.

    – Jeszcze raz, żebyśmy się jasno zrozumieli. W momencie gdy mnie pan okłamie, gdy przyłapię pana na tym, że chce mnie pan oszukać albo próbuje zasłaniać się tajemnicą wojskową i złożonymi przysięgami, odwiozę pana do izolatki. To nie jest blef. Jeśli uznam, że jest pan bezużytecznym kłamcą, za kilkanaście minut znów spotka się pan ze swoim współpasażerem z kapsuły.

    Wstała, pochyliła się nad noszami i docisnęła kciukiem elektrodę, która odkleiła się przy mostku.

    – Nie wierzę w biblijne piekło, panie Purcell, ale wierzę, że ktoś bardzo kreatywny, ktoś, kto nie posiada sumienia i potrafi liczyć tylko zyski i straty, jest w stanie stworzyć je dla drugiego człowieka. – Poprawiła mankiet ciśnieniomierza na jego ramieniu a potem przesunęła klips pulsoksymetru głębiej na palec. Robiła to z troskliwością pielęgniarki czuwającej nad pacjentem, choć każdy w tym pomieszczeniu, włącznie z więźniem, już wiedział, że ma do czynienia z katem. – Prawdziwą gehennę, trwającą bez końca, godzina po godzinie, dzień po dniu. Gdzie nie ma możliwości, by w rozpaczy rozwalić sobie czaszkę o ścianę ani przegryźć zębami żył.

    Dociągnęła pas przy noszach o jedną dziurkę, żeby nie było wątpliwości, że Purcell będzie żyć tak długo, jak zechce ona, a nie on.

    – Zadam teraz jedno pytanie i od niego zależy, czy zadam kolejne.

    Nachyliła się nad nim powoli, z czułością kochanki, która jeszcze nie zdecydowała, czy podaruje mężczyźnie noc, jakiej nie zapomni, czy taką, po której nigdy już nie zobaczy wschodu słońca. Zatrzymała twarz kilka centymetrów od jego twarzy, dokładnie na granicy zasięgu. Spojrzała mu głęboko w oczy.

    – Jeremiahu Purcell, czy wciąż obowiązuje pana tajemnica służbowa, z której zwolnić może pana wyłącznie wyższy rangą wojskowy? Proszę się rozważnie zastanowić nad odpowiedzią. Ale nie za długo, bo mamy na Bleinercie ludzi do uratowania.

    Rozgrywka

  • 21 dni Kwarantanny
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    text alternatywny

    Michał Owczarek

    O kurwa - pomyślał Michał, kiedy przekroczył próg mieszkania Zielińskiego. - Facet ma bałagan nie tylko w głowie.

    Wszedł do środka i rzucił torbę w kąt, na stertę jakichś gazet. Rozejrzał się po pokoju i przez chwilę nie wiedział, na czym zatrzymać wzrok. Pomieszczenie wyglądało jak kryjówka Unabombera, albo innego pomyleńca, który za cel sobie wziął zniszczyć rząd i zasiać terror na ulicach. Na ścianie wisiały mapy, notatki i wycinki z gazet a na stole opakowanie po kebabie. Wszędzie zalatywało lekką stęchlizną. Okien za to nie okleił (jeszcze) folią aluminiową, więc może nie było z nim aż tak źle. Na regale obok maski stały książki i Michał mógłby się założyć o flaszkę, co tam znajdzie, zanim jeszcze obczaił pierwszy tytuł. Sumliński, preppersi, foliarze i fantasy. Typowa lektura incela, który nie rucha, ma konto na Wykopie i nigdy nie wychodzi z domu. Na jego żart o pracy ratownik odpowiedział uśmiechem, krzywym, ale szczerym. Nie potrafił rozgryźć typa. Zieliński zamiast uciekać z Darpolu a potem z miasta, siedział sobie przez trzy dni w serwerowni i grał w gry jak pryszczaty smarkacz. Był rasowym świrem, ale to ten świr wyprowadził ich ze szklanego piekła. To dzięki niemu Michał nie siedział teraz w jednym z boksów czekając aż ktoś go zagryzie albo zatłuczę za puszkę konserwy. Zieliński udzielił im schronienia, mimo że tacy jak on z reguły nie ufają obcym i boją się ludzi. Sprawiał wrażenienie nieszkodliwego poczciwca i taki chyba po prostu był.

    Niech to szlag, lubię go.

    Nie mógł tego samego powiedzieć o Alicji Wójcik. Kiedy tylko na nią spojrzał uśmiech zszedł mu z twarzy. Gdy poszła na górę odprowadzić matkę i dziewczynkę, Michał przez chwilę wierzył, że się zreflektuje i nie wróci. Że zostanie na posterunku do końca, jak przystało na kapitana. Ale zdezerterowała. Na wojnie za takie coś stawiali pod ścianą, a ona szła sobie z nimi na Służewiec, jakby nic się nie stało.

    Bez słowa zdjął kurtkę ratownika i wepchnął jej w dłonie jak zwykłej szatniarce.

    — Skoro już niczym nie dowodzisz, jesteś bezużyteczna. Dwóch lekarzy tu nie potrzeba, zwłaszcza że jeden ma ciągotki do schodzenia z dyżuru przed zmianą i zostawiania pacjentów na pastwę losu. Przydaj się na coś, ogarnij mieszkanie naszemu gospodarzowi, a potem zrób pranie. Wszystkim. Gacie też, bo tylko on — wskazał na Zielińskiego — ma czyste na zmianę.

    Wiedział, że zachowuje się jak wredny kutas, ale nie zamierzał pozwolić jej się cieszyć z udanej ucieczki. Nie czekając na jej reakcję, poszedł do kuchni i nie pytając nikogo o zgodę otworzył lodówkę. Zachowywał się jakby mieszkał tu całe życie. Kindersztuba zdecydowanie nie była jego mocną stroną. W odruchu pijaka zerknął, czy nie ma tam czegoś mocniejszego, ale wszywka przypomniała mu, jak by to się skończyło. Z dolnej półki wygrzebał kabanosa, suchego i pomarszczonego, ale w tej chwili lepszego niż kolacja w Bristolu.

    — Zajmuję łazienkę na pół godziny — oznajmił, gryząc kabanosa. — Trzy dni się nie kąpałem, wam też radzę.

    Zamknął za sobą drzwi łazienki i przekręcił zamek. Rozejrzał się. W kącie stała zgrzewka papieru toaletowego, za nią druga i trzecia. Michał pamiętał puste półki w Biedronce w dwudziestym roku i ludzi, którzy szarpali się o ostatnią paczkę. Nie zdziwiłby się gdyby Zieliński wykupił wtedy kilka palet i do dzisiaj chomikował rolki w mieszkaniu. W kącie stała wanna z prysznicem. Michał zatkał odpływ korkiem i odkręcił gorącą wodę. Przysiadł na krawędzi wanny i dopiero teraz poczuł, jak bardzo bolą go nogi po maratonie od centrum aż do Służewca. Wyciągnął z kieszeni telefon i wybrał numer matki. Po czwartym sygnale odebrała. Odetchnął z ulgą.

    — Mamo, słyszysz mnie?

    W słuchawce trzeszczało, coś tam mówiła, ale nie dało się nic zrozumieć. Michał w końcu się rozłączył. Minutę później przyszedł SMS.

    Mama: Michał, jesteśmy u wujka Władka w Sochaczewie. U nas wszystko dobrze. A ty gdzie? Jesteś bezpieczny?

    Michał: Tak. Siedzę u znajomego. Jak w mieście się trochę uspokoi, przyjadę.

    Byli po za Warszawą, z dala od tego bajzlu. Cokolwiek się tu działo, ich to nie dotyczyło. Przynajmniej na razie. Ulżyło mu, ale wtedy przypomniał sobie o Oli. Czy ona też zdążyła uciec?

    Przewinął kontakty do litery O. Gapił się na jej numer dłuższą chwilę.

    Dzwoń, tchórzu.

    Zostaw ją w spokoju, durniu. Ona ma dziecko i męża.

    Nie zadzwonił. Zamiast tego wysłał krótkiego smsa. U Ciebie wszystko ok?. Gapił się w ekran, ale nie odpisała. Ani po minucie, ani po pięciu. Wanna w tym czasie napełniła się wodą. Michał zakręcił kran, rozebrał się i wszedł do wrzątku. Nie chciał myśleć o tym, co dalej. Ani o tym, co widział po drodze na Służewiec.

    Rozgrywka

  • [Horror] Gruzy przeszłości - komentarze i materiały
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Ok, jednak odpuszczę, bo muszę wyjść a widzę, że prężnie działacie na doku i nie chcę przeciągać. Tak więc Mistrzu Gry czyń honory 🙂

    Komentarze horror nastolatkowie stranger things własny

  • [Horror] Gruzy przeszłości - komentarze i materiały
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Obawiam się że nawet w 1% nie jestem w stanie oddać ducha Adama. Choćbym myślał 100 lat to bym nie wymyślił marynarki z krepiny, ciupagi w plecaku i moonwalka odtańczonego przed dresiarzami XD

    Komentarze horror nastolatkowie stranger things własny

  • [Horror] Gruzy przeszłości - komentarze i materiały
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Jeśli odbierze Adam zgłaszam się na ochotnika, żeby go zagrać 😛

    Komentarze horror nastolatkowie stranger things własny

  • [Horror] Gruzy przeszłości
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    text alternatywny

    Krzysztof Komeda

    Krzysztof Komeda do końca życia miał pamiętać wtorek, drugi września, tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku. Tamtego dnia pierwszy raz użył mocy i pierwszy raz zobaczył, jak wygląda prawdziwe zło. Tamtego dnia poczuł też coś, czego jeszcze nie rozumiał. A nawet jeśli rozumiał, to bał się to nazwać i schował tak głęboko w sobie, że nawet stara, ślepa babka Maciejakowej przepowiadająca niemowlakom przyszłość nie byłaby w stanie odgadnąć jego myśli. Biegł przez Sokołów, pot lał mu się z czoła a on dalej wmawiał sobie, że ucieka przed ojcem Alicji, przed policją i porywaczami w ortalionie. Mrok, który zobaczył w oczach łysego, pokazał mu bezsens ludzkiego życia. Ale chwilę później na parterze u Filipowiczów, poczuł siłę potężniejszą od wszystkiego czego doświadczył tego dnia. Potężniejsza niż mięsień w czaszce przesuwający przedmioty i mroczne, nazistowskie czary ożywiające trupy. To było jak rozbłysk, jak Wielki Wybuch który z nicości wyrzucił w kosmos gwiazdy, planety i całą resztę.

    Coś się w Krzyśku Komedzie nieodwracalnie zmieniło.

    I nigdy nie był tak przerażony, nawet gdy spojrzał w oczy Złu.

    ***

    Marek Koza zasnął w fotelu Mistrza Gry gdzieś pod koniec pierwszej strony kasety „Fear of the Dark”, Iron Maiden. Usiadł tylko na chwilę, żeby przemyśleć, co zrobić z drużyną, która od trzech sesji łaziła po kanałach i nie umiała znaleźć wyjścia, a potem Bruce Dickinson zaczął śpiewać o strachu przed ciemnością i powieki same mu się zamknęły. Między palcami dopalał się Extra Mocny.

    Obudziło go uczucie, że nie jest sam w piwnicy. Otworzył oczy i wtedy go zobaczył. Krzysiek stał przed nim, niczym młody Antychryst z filmu "Omen" i gapił na niego jak na nieboszczyka w otwartej trumnie. Marek zerwał się z fotela.

    — Kurwa! Pojebało cię młody?! W zawał mnie chcesz wpędzić?

    — Sorry— wydukał Krzysiek. — Drzwi były otwarte.

    Marek skiepował niedopałek w popielniczce i zaklął jeszcze raz. Dopiero wtedy przyjrzał się sąsiadowi porządnie.

    — Co się stało, Krzychu?

    Chłopak klapnął na skrzynkę po piwie. Przez długi czas milczał a potem zebrał w sobie i opowiedział mu wszystko. Zaczął od dresów pod domem Alicji, a skończył na oczach, które wyglądały jak dwie zatrute studnie bez dna.

    — Wszyscy coś robili — powiedział na koniec i wbił wzrok w czubki swoich butów. — Dziewczyny ciągały meble pod drzwi, Mikołaj wstawił wodę na wrzątek a ja stałem na górze jak niedorozwój i lałem przez okno.

    — Trafiłeś?

    — Co?

    — Pytam czy naszczałeś im na te durne łyse pały.

    — Nie pamiętam.

    — Kurwa, szkoda. Należało im się za porwanie tej małej.

    — Ale ja nie o tym Marek. Myślałem, że mam moc a okazało się, że dalej jestem zwykłym frajerem. Po co mi ten mięsień w mózgu, jak ja w życiu się z nikim nie biłem! Boję się własnej matki a dresiarzom schodzę grzecznie z drogi.

    Marek zapalił kolejnego szluga. Przez chwilę nic nie mówił, zaciągnął się tylko mocno i wydmuchał dym prosto w twarz młodszego kolegi. Potem klapnął z powrotem w swoim fotelu, w którym poprowadził dziesiątki epickich kampanii.

    — Kojarzysz Ignacego Trzewiczka? — zapytał.

    — Trzewiczka? Z Jarzębinowej? Tego co miał operację stulejki?

    Marek przewrócił oczami.

    — Nie tego głupolu. Ignacy Trzewiczek to najlepszy Mistrz Gry w Polsce. Na tym ostatnim konwencie w Choroszczy udało mi się dostać do jego sesji Warhammera. Takich rzutów na postać nie miałem nigdy w życiu. Same dziesiątki, jedna po drugiej. Gdybym takie numery skreślił w kolekturze, siedziałbym teraz na Florydzie, a nie w tej piwnicy. Myślałem, że w tak epickimi współczynnikami będę wymiatał przy stole, ale wystarczyło że wyrzuciłem krytyczną porażkę i mój paladyn na widok Krwiopuszcza zesrał się w płytowej zbroi. Przez pół sesji nikt nie chciał z nim jeździć w jednym wozie. Trzewiczek się cieszył i mnie chwalił bo on lubi takie brudne, realistyczne jesienne gawędy, ale mi do śmiechu nie było. A wiesz jak skończyła się sesja?

    Krzysiek pokręcił głową.

    — Wygraliśmy. Każdy dołożył swoje i demon rozsypał się w kupkę popiołu. Na koniec jeszcze zdążyłem napluć mu w ryj. Ja, ten, co na początku sesji obsrał zbroję.

    — Ale to nie jest gra. Ja nie mogę podziękować i wstać od stołu.

    Marek pokiwał głową i wypuścił dym z płuc.

    — Przecież wiem. Próbuję ci tylko powiedziedzieć, że nie musisz być kozakiem młody. Masz prawo do porażek. Najważniejsze, by przed wyruszeniem w drogę zebrać drużynę. Sam bym nigdy mnie ubił tego demona i nie zmazał swojej hańby, ale razem, wspólnymi siłami nam się udało. Tak to działa. I w życiu i w RPG. Ty dzisiaj stałeś jak słup soli, ale ktoś inny cię z tego wyciągnął, tak?

    Krzysiek nie odpowiedział. Uszy zrobiły mu się czerwone aż po same końce, a Marek nagle zrozumiał, że trafił w coś, w co wcale nie celował.

    — Czego mi nie mówisz?

    — Nie rozumiem.

    — Przecież widzę, że coś ukrywasz młody.

    Krzysiek podciągnął rękaw i zerknął na zegarek.

    — Muszę lecieć, bo matka mnie zabije.

    Krzysiek zerwał się ze skrzynki, ale Marek nawet nie drgnął. Patrzył, jak młody biegnie do drzwi i łapie za klamkę. Jednak zamiast wyjść chłopak nagle zamarł w bezruchu i stał tak przez dłuższą chwilę, odwrócony plecami.

    — Marek?

    — No?

    — Mam pytanie. Ale tak teoretycznie.

    — Dawaj.

    — Co byś zrobił, jakby ci się spodobała najfajniejsza dziewczyna w liceum?

    — Ja? Nic. Nie jestem aż taki głupi. Od tych najfajniejszych trzeba trzymać się z daleka, dzieciaku. Zawsze. To pierwsza zasada przeżycia w szkole, ważniejsza niż ściąganie u Józefiaka.

    — Nawet jak jest miła?

    — Zwłaszcza jak jest miła.

    Krzysiek odwrócił się do niego przez ramię. Marek pierwszy raz tego wieczoru nie potrafił odczytać jego miny.

    — Czytałeś wogóle „Carrie”? Przecież ci dawałem.

    — Czytałem.

    — To przeczytaj jeszcze raz. Lepszej instrukcji na życie w liceum nikt nie napisał. Najpierw wszyscy są dla ciebie mili, ktoś cię zaprasza na bal, stawiają cię na scenie i biją brawo. A potem dostajesz na łeb wiadro świńskiej krwi.

    Krzysiek nic nie odpowiedział. Kiwnął tylko głową i wyszedł. Marek posiedział jeszcze chwilę, a potem wstał i odwrócił kasetę na drugą stronę.

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie

  • Krzyk Pustki
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    @ketharian

    ArthurFleck rolls 8d6 = 2 +6 +2 +6 +3 +4 +4 +5

    Dwa sukcesy na Manipulację, ostatnia kość to kość stresu więc siadło bez paniki 🙂 Mogę wrzucić ci później na PW pytania, które Delilah zechce zadać Purcellowi w trakcie przesłuchania?

    Komentarze

  • Krzyk Pustki
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    @ketharian Delilah w tej kolejce będzie próbowała zmanipulować i zastraszyć Purcella by później zadać mu pytania i zmusić do współpracy. Mam wykonać rzut na Manipulację?

    Komentarze

  • Krzyk Pustki
    Arthur FleckA Arthur Fleck

    Delilah le Fey

    Gdy Nadia wspomniała o Holcie kącik ust Delilah drgnął.

    O ile w ogóle pozwolę mu wrócić na ten statek.

    Rosjanka nie grzeszyła intelektem. Rzucanie otwartych gróźb w stronę agentki nie było zbyt rozsądne. Nadia nie zdawała sobie sprawy, że takimi słowami podpisuje wyrok na własnych ludzi. Dlaczego Delilah miałaby wpuszczać na pokład najemnika, który jak to ujęła nawigatorka skopie jej tyłek co w tłumaczeniu na mniej prymitywny język oznaczało kajdanki i izolatkę? Delilah nie zamierzała ratować ani jednego z tych nieudaczników, dopóki nie zobaczy w tym zysku. A na razie jej jedynym zyskiem był człowiek leżący na wózku i to co miał w głowie.

    Zbliżyła się do noszy, ale zachowała minimalny, bezpieczny dystans. Skrępowany więzień wciąż miał czoło, którym mógł zmiażdżyć czyjś nos i zęby, którymi mógł wyszarpnąć kawałek policzka. Zwłaszcza, jeśli był wyszkolonym żołnierzem. Zmierzyła Purcella wzrokiem. Nie wyglądał na mężczyznę w szczytowej formie, ciało było wiotkie, wyniszczone a skóra miała szary odcień choroby. Mimo to Delilah nie potrafiła odmówić mu szacunku. Spędził ponad trzydzieści dni w kapsule niewiele większej od trumny z rozkładającymi się zwłokami. Nie strzelił sobie w łeb ani nie popadł w obłęd. To wymagało nieludzkiej odporności i ktoś taki nie był zwykłym rozbitkiem, lecz bezcennym, rzadkim aktywem. Zastanowiła się, ile sama by wytrzymała. W programie Ubermensch nigdy nie poddano ich podobnym próbom. Musieli przetrwać wiele testów by zasłużyć na żeton do automatów z przekąskami, ale nikt nie założył scenariusza, w którym negocjator będzie zmuszony spędzić trzydzieści dni w izolacji z trupem.

    ​– Kim ty kurwa jesteś? ​– zapytał Jeremiah Purcell wbijając niemal całkowicie trzeźwe spojrzenie w twarz pochylonej nad nim Delilah.

    Dobre pytanie.

    – Kimś, kto dopilnuje, żeby nie stanął pan przed sądem wojskowym za dezercję – odpowiedziała cicho, niemal czule. – O ile będzie pan współpracował.

    Nie czekała na jego ripostę. Odwróciła się, zwolniła stopą nożną blokadę wózka i chwyciła poręcz. Skinęła do Nadii i Williama by poszli za nią po czym pchęła nosze przed siebie. Wyprowadziła spętanego Purcella przez śluzę hyperspali i ruszyła korytarzem prosto do ambulatorium. Chwilę później wjechała do środka sali medycznej, ustawiła nosze przy konsoli i zablokowała koła czubkiem tenisówki. Ściągnęła z wysięgnika monitor i rozerwała sterylne opakowanie z elektrodami. Nożyczkami z tacy rozcięła kombinezon Purcella od obojczyków aż do mostka. Nałożyła na klatkę piersiową trzy elektrody a na ramię mankiet ciśnieniowy. Na palec wskazujący wcisnęła klips pulsoksymetru. Pracowała szybko i w skupieniu. Nadia mogłaby wręcz pomyśleć, że pokładowy medyk zmartwychwstał i odrodził się w ciele blondynki. To co zamierzała jednak zrobić Delilah le Fey nie miało nic wspólnego z ratowaniem życia. Przygotowywała dla Purcella starannie wyreżyserowany w głowie teatr by złamać jego wolę.

    Spojrzała w monitor, na którym pojawiły się nierówne linie i cyfry, z pomiarami tętna, ciśnienia i saturacji. Delilah obróciła ekran tak, by Purcell nie mógł go zobaczyć i dopiero wtedy na niego spojrzała.

    – Niestety nie mamy na wyposażeniu statku wykrywacza kłamstw - zaczęła spokojnie. - Ale przy obecnej technologii, można odpowiednio skalibrować urządzenia tak by z dokładnością zegara atomowego rejestrowały reakcje ludzkiego organizmu.

    Improwizowała, ale brzmiała tak jakby naprawdę wierzyła w to co mówi. Przysunęła obrotowy stołek i usiadła tuż poza zasięgiem jego głowy.

    – Jesteś świadoma, że w marynarce wojennej uczono pana, jak oszukać przesłuchującego o czym przekonał się już kapitan Hanningan. – Uśmiechnęła się. – Mnie w Lassalle, uczono jak oszukać pana. Zgadnie pan, które szkolenie było droższe?

    Odpowiedź była oczywista, lecz treningi Delilah nie obejmowały sytuacji w których musiała przesłuchiwać kosmicznych marines. Purcell nie musiał jednak o tym wiedzieć.

    – W pana zainwestowano kilka tygodni szkolenia, we mnie kilkanaście lat – To akurat nie było kłamstwem i może dlatego zabrzmiało tak przekonująco.– Proszę więc nie zmuszać mnie bym pokazała czego mnie nauczono w Lassalle. Możemy to załatwić bezboleśnie.

    Spojrzała mu z powagą w oczy. Delilah nie nauczono jak wyciągać tajemnice z wojskowych, którzy zazwyczaj woleli zabierać je do grobu niż się z nimi dzielić cywilami. Ale uczono ją łamać ludziom kręgosłupy. Wykorzystywać ich marzenia i koszmary. Nie wiedziała jakie marzenia ma Jeremiah Purcell, ale znała jego największy koszmar.

    – Zasady są proste panie Purcell. Pan mówi prawdę, a ja dotrzymuję obietnicy, którą złożyłam w hyperspalni. Jeśli pan skłamie, nie wróci pan do lodówki. Zastosujemy wariant alternatywny. Pański towarzysz z kapsuły z tego co mi wiadomo wciąż jest na pokładzie tego statku. – spojrzała kątem w oka w monitor by sprawdzić jego reakcję – Mogę wam załatwić wspólną izolatkę. Do Borodino zostały co najmniej trzy miesiące lotu. Będzie pan miał dość czasu, żeby dokończyć z nim niezałatwione sprawy.

    Rozgrywka
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa