
Michał Owczarek
Michał siedział na fotelu pasażera z nogami wyciągniętymi pod deskę rozdzielczą, jedną ręką trzymał hot-doga, drugą papierowy kubek z kawą, która zdążyła wystygnąć, zanim zdążył upić połowę. Wpatrywał się przez szybę karetki w dystrybutory Orlenu. Bułka, którą mieli w ustach, smakowała jak papier. Nie czuł głodu. Nie czuł właściwie niczego poza tępym uciskiem w skroniach. Obok niego rozwalił się Zbyszek. Przeżuwał głośno, rzucając w międzyczasie kurwami na wczorajszą, dziurawą obronę Legii. W końcu przetarł usta wierzchem dłoni. Michał od razu wyczuł jego spojrzenie.
– W ogóle spałeś coś dzisiaj doktorku? Wyglądasz, jakby cię właśnie wykopali z grobu.
Michał wbił wzrok dystrybutor za szybą. Sen. Dobre sobie. Od wczorajszego wieczora przed oczami miał tylko jeden obraz. O dwudziestej trzeciej Ola wrzuciła zdjęcie z porodówki. Leżała zmęczona w łóżku porodowym, włosy miała sklejone potem, ale uśmiechała się uśmiechem, który Michał znał na pamięć od dwudziestu czterech lat. Na piersi trzymała dziecko, dziewczynkę. Imienia nie podała, a może podała, ale nie przeczytał, bo ekran zrobił się nagle nieostry. Gapił się w niego, dopóki telefon nie zgasł. Potem zamknął się w łazience. Stanął przed umywalką uwaloną pastą do zębów z nożykiem do tapet w łapie. Chciał wygrzebać z pośladka wszywkę, ten mały, pieprzony kaganiec. Do baru „U Zośki” miał zaledwie pięć minut z buta. Upragnione znieczulenie blokował teraz tylko jeden kawałek plastiku wszyty pod skórą. Ostrze ślizgało się po spoconej skórze, krew kapała na kafelki, a on przeklinał pod nosem na samego siebie, że w ogóle pozwolił wsadzić w siebie to gówno. W końcu odpuścił. Rzucił nożyk do wanny i padł na podłogę.
– Nic mi nie jest – mruknął, mnąc papier po hot-dogu w pięści.
Kierowca przyjrzał mu się uważniej.
– Chodzisz ty w ogóle jeszcze na te mityngi?
– Chodziłem. Ale nie dla mnie. Nie trawię tego sekciarskiego pierdolenia. Wszywka mi wystarczy.
– Michał, kurwa mać. – Zbyszek odłożył resztkę bułki na deskę rozdzielczą. – To twoja ostatnia szansa. Jak znowu coś spieprzysz, nikt się za tobą nie wstawi. Nawet dyrektor. To i tak cud, że pozwolili ci wejść do kare...
Radio zatrzeszczało, ucinając kazanie. Dyspozytor. Domaniewska 61. Budynek Darpolu. Nagła duszność. Zbyszek westchnął ciężko, wpakował do ust resztę parówki i bez słowa odpalił syrenę.
Dziesięć minut później wbijali się pod szklany wieżowiec w Śródmieściu. Zbyszek kręcił kierownicą, szukając skrawka wolnego chodnika między rzędami zaparkowanych aut. Michał nie miał zamiaru czekać. Złapał czerwoną torbę medyczną, pchnął drzwi i wyskoczył z szoferki.
– Zabezpieczę auto i idę! – rzucił Zbyszek przez otwarte okno. Ani on ani Michał, nie wiedzieli jeszcze, że nigdy się już raczej nie spotkają.
Wnętrze holu przypominało sterylne akwarium. Ochroniarz już stał przy bramkach nerwowo machając ręką i poprowadził go prosto do windy. Wyjechali na trzecie piętro. Pod ścianą open spacu na podłodze siedział pracownik. Charczał, łapiąc powietrze jak wyrzucony na brzeg karp. Obok klęczała blada koleżanka, wachlując go teczką.
Michał rzucił torbę na wykładzinę i kucnął przy pacjencie. Facet miał rozpięty kołnierzyk i szarpał za krawat jakby to była pętla szubienicy. Ratownik przyłożył dłoń do tętnicy szyjnej, tętno pod palcami skakało nieregularnie. Medyk wyciągnął pulsoksymetr z bocznej kieszeni i wcisnął klips na drżący palec korposzczura.
– Panie doktorze, on się tak dusi od... – zaczęła ta blada obok.
– Nie jestem lekarzem – uciął Michał.
Przyłożył stetoskop do klatki piersiowej faceta. Mężczyzna wytrzeszczał oczy, łapiąc płytkie oddechy. Michał spojrzał na jego wykrzywioną strachem twarz, ale widział tylko ekran telefonu i Olę na poduszce. Zmęczoną, spokojną. Szczęśliwą. Wydała na świat nowe życie, podczas gdy on klęczał na taniej wykładzinie, reanimując typa, któremu pewnie zawalił się świat przez błąd w arkuszu Excela. Wieczorem wróci do mieszkania i albo tym razem wygrzebie wszywkę, albo obejrzy jakiś paździerz na Netflixie i zaśnie na kanapie przed włączonym telewizorem.
Jesteś wrakiem. Przyznaj to w końcu.
Korposzczur złapał Michała za przedramię i zacisnął palce na jego kurtce.
– Umieram...
– Gówno prawda. Spójrz na mnie – powiedział twardo ratownik. – Masz astmę?.
Mężczyzna z trudem skinął głową, ledwo zauważalnie.
– No właśnie. Panika wywołała skurcz oskrzeli. Nic ci nie będzie
Wcisnął mu do ust aplikator z lekiem rozkurczowym i zaaplikował steryd.
– Oddychaj razem ze mną. Wdech. Wydech.
Facet zaniósł się kaszlem.
– Wdech. Wydech.
Wystarczyły trzy minuty miarowego odliczania i chłopak przestał przypominać dławiącą się rybę. Kolory wróciły mu na twarz, w końcu puścił rękaw Michała. Siedział oparty o ścianę, tępo gapiąc się w podłogę. Ratownik spakował sprzęt i zasunął suwak torby.
– Jak znowu chwyci oddychać do papierowej torby. I wziąć urlop – rzucił do koleżanki pacjenta. Podniósł się z kolan i ruszył sam do windy.
Zjechał na parter. Gdy tylko drzwi kabiny się rozsunęły od razu poczuł, że coś tu nie gra. Lobby wyglądało inaczej niż parę minut temu. Kłębił się tu tłum ludzi. Przyspieszył kroku, patrząc na przeszklone drzwi. Po drugiej stronie mundurowi rozciągali właśnie taśmę, zasłaniając wejście.
Przepchnął się przez grupkę osób z identyfikatorami i uderzył dłonią w drzwi. Zablokowane. Spojrzał na policjanta na zewnątrz, ale ten tylko odwrócił wzrok.
Michał sięgnął do paska po radio. Wcisnął przycisk nadawania, żeby połączyć się ze Zbyszkiem, ale usłyszał tylko głośny szum. Zmienił kanał. Nic, same zakłócenia. Wyciągnął prywatny telefon. Zanim zdążył wybrać numer, z głośników nad głowami popłynął komunikat.
Ostatni raz spojrzał na drzwi po czym ruszył za innymi do lobby. Po chwili jakiś ważniak w garniturze zaczął przemawiać do nich, recytując komunały rodem z podręczników dla menadżerów. Mówił z miną człowieka, który gówno wie, ale każe wszystkim zachować spokój.
Zaraz po nim głos zabrała jakaś laska stojąca obok. Blondynka gadała coś o powrocie do rodzin, o przeczekaniu procedur, zapraszała do gabinetu na pogaduszki. Zwykłe pieprzenie. Przed chwilą widział na trzecim piętrze kolesia, który dusił się własnym strachem. Na prawdziwy atak paniki nie pomagały gładkie słówka tylko chemia z ampułki.
Oderwał wzrok od blondynki i spojrzał w górę szukając kratek wentylacyjnych. Jego lekarski umysł pracował na pełnych obrotach. Służby nigdy nie odcinały budynku z setkami ludzi w takim tempie, z minuty na minutę, o ile nie mieli cholernie ważnego powodu. Kwarantanna to był sanepid, protokoły. Procedury tak nie działały. Jeśli zamknęli ich tu jak szczury w klatce, to szukali epicentrum. A jeśli znaleźli się w samym środku ogniska zakaźnego, to wirus albo bakteria mogły przenosić się drogą powietrzną. To gówno mogło już krążyć w wentylacji, wtłaczane prosto w płuca każdego z tych biedaków.
Cokolwiek tu się odpierdalało, nie było dobrze.
Wzrok Michała padł na faceta stojącego kawałek dalej. Ubrany w roboczy uniform, z torbą narzędziową rzuconą pod buta. Wyglądał na montera. Kogoś, kto wiedział, jak ten cały szklany ul działa od środka. Ratownik przepchnął się i zatrzymał się tuż obok technika.
– Znasz się na tym? – rzucił cicho, wskazując ruchem głowy na sufit. – Jak tu działa wentylacja? Mają jeden obieg dla całego budynku, czy każde piętro mieli własne powietrze?