
Krzysztof Komeda
Gdyby tego dnia milczący od dwóch tysięcy lat Bóg skierował niechcący swój wzrok na Sokołów Śląski, na ulicę Jutrzenki 18 dostrzegłby, że w domu Komedów coś się zmieniło. Coś niedobrego działo się z bożym dzieciem, wymodlonym przez matkę i obiecanym w służbę niebieskim zastępom. Gdyby Stworzyciel częściej interesował się swoimi owieczkami, pewnie by zauważył, że od conajmniej roku młody Krzysztof robił wszystko by w procesie beatyfikacyjnym zeznawali przeciwko niemu wszyscy, od Marka Kozy i Piotra Bochenka po wkręconego w podły żart Adama Chlebowskiego i mężczyzn w ortalionach, którym bynajmniej nie nadstawił drugiego policzka. Jeśli Bóg liczył, że Krzysztof Komeda dorówna kiedyś świętemu Stanisławi Kostce, patronowi polskiej młodzieży wczorajsza noc rozwiała resztki tych nadziei.
A dzisiejszy poranek potwierdził, że Bóg ma konkurencję.
I kolejny raz przekonał się, że wyjęcie żebra Adamowi to był jednak chujowy pomysł.
***
Oh, my life is changing everyday
In every possible way
And oh, my dreams
It's never quite as it seems
Never quite as it seems
The Cranberries - Dreams
Wstał wczesnym świtem, gdy za oknem wciąż panował półmrok. Krzysiek nigdy wcześniej nie lunatykował, lecz gdyby ktoś zapytał go później co robił, kiedy wstał z łóżka, nie potrafiłby sobie przypomnieć. Z jednego snu wpadł w kolejny. W tamtym momencie niewiele różnił się od dwóch porywaczy w ortalionach. Coś nim sterowało jak pacynką, ale na pewno nie Niemiec ze złowieszczego zamku. Jakaś inna siła zawładnęła nieszczęsnym piętnastolatkiem a on nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Wyłączył budzik zanim zdążył zadzwonić, a potem zamknął się w łazience. Pod prysznicem przepadł. Mydlił się, spłukiwał i mydlił od nowa, aż woda w bojlerze zaczęła stygnąć. Wyszorował pumeksem pięty, chociaż nigdy wcześniej tego nie robił, bo nie widział takiej potrzeby.
Po piętnastu minutach matka zapukała do drzwi.
— Krzysiu? Żyjesz?
— Żyję!
Po kolejnym kwadransie pukanie się powtórzyło i zrobiło bardziej nerwowe.
— Co ty tam tak długo robisz?
Krzysiek doskonale wiedział, o co matka naprawdę pyta.
— Myję się!
— Licznik się kręci! Myślisz, że woda leci za darmo?
Zakręcił wodę dopiero wtedy, kiedy Helena Komeda zaczęła szarpać za klamkę. Zęby szorował tak długo, aż pasta zaczęła go piec w język a potem sięgnął po zardzewiałą brzytwę ojca. Maszynek w domu nie było bo ojciec zmarł lata temu a matka nie musiała się golić. Kobiety nie mają przecież zarostu na twarzy. Tępym ostrzem ściągnął jasny meszek spod nosa i nie zaciął się ani razu. Czesał się mokrym grzebieniem tak długo, aż Helena Komeda znowu zastukała, tym razem z kuchni w ścianę.
W pokoju przymierzył wszystkie t-shirty, o których matka nie wiedziała i w końcu wybrał odpowiedni. Na wierzch wciągnął białą koszulę a na tyłek dżinsowe szorty. Do plecaka spakował zeszyty, a pod zeszyty wszystko inne. Koraliki, bransoletki, łańcuch do spodni. Kiedy wszedł do kuchni śniadanie już czekało. Krzysiek zasiadł przy stole, matka przyglądała mu się uważnie, ale tego też nie pamiętał, tak jak nie pamiętał, że na talerzu tamtego ranka stygła jajecznica.
— Co się z tobą dzieje synku? Chory jesteś?
Pokręcił głową. Helena przyłożyła mu dłoń do czoła.
— Jezus Maria, jesteś rozgrzany jak kaloryfer! Ty masz gorączkę!
— Przecież dobrze się czuję.
Była to prawda. I kłamstwo. Krzysiek nigdy nie czuł się lepiej. Jakby nagle ktoś umieścił w nim reaktor atomowy. Jednocześnie był chory na coś, czego nie leczy się ani antybiotykiem ani egzorcyzmami. Przez kolejne długie minuty gapił się w talerz, skubiąc jedzenie. Matka otwierała usta, zamykała, otwierała, zamykała, ale do chłopaka nie dochodził żaden dźwięk. Dopiero gdy szturchnęła go łokciem usłyszał ostatni fragment.
—...asz wogóle co do ciebie mówię!?
— Słucham, mamo
— Popatrz na mnie Krzysiu, spójrz mi w oczy!
Matka ujęła jego twarz w dłonie i przysunęła do siebie. Przez chwilę patrzyła mu w źrenice.
— Bierzesz jakieś narkotyki? Wąchasz klej? Przyznaj się!
Krzysiek zgłupiał.
— Klej? Po co ktoś miałby wąchać klej?
— Już ja wiem po co! Może i jestem stara, ale nie głupia. Chcesz skończyć jak ten brudny Rysiek?
— A kim jest brudny Rysiek?
— Ten hipis co się zaćpał na śmierć! Ten pożal się Boże grajek od siedmiu boleści, wasz idol!
— Riedel to nie jest mój idol.
— No, jeszcze tego by brakowało! Wiesz, że to wszystko, ta muzyka, to jest dzieło szatana? Nasz nowy wikary miał o tym piękne kazanie.
— Nowy wikary?
— Ksiądz Natanek. Przyjechał wczoraj, odprawiał nowennę o osiemnastej. Gdybyś się nie włóczył po mieście z niewiadomo kim, tylko służył do mszy jak człowiek to byś wiedział, co się dzieje w parafii.
Krzysiek zamilkł. Chciał wstać z krzesła, ale wtedy poczuł rękę matki na swojej dłoni. Przyszpiliła go do stołu, jak owada.
— Co ty właściwie wczoraj robiłeś? Z kim się spotkałeś? Bo jak się kładłam spać, była dziewiąta a ciebie nie było.
Chłopak przełknął lekko ślinę. Oczy Heleny Komedy świdrowały go na wylot. Na moment ocknął się ze snu na jawie, który towarzyszył mu od momentu pobudki.
— Łaziłem z kolegami po mieście. — skłamał bo towarzyszył mu tylko jeden kolega. Mikołaj. Reszta to były koleżanki. I Ona. Kiedy przywołał w pamięci jej twarz, nagle poczuł, że chyba faktycznie ma gorączkę, a policzki robią się czerwone.
— Coś kręcisz! Przecież widzę! Co to za koledzy? Jak się nazywają?
— Mikołaj Pogorzelski, Piotrek Bochenek, Adam Chlebowski. — odpowiedział jednym tchem jak na przesłuchaniu. Kłamał, też jak na przesłuchaniu.
— I nie było z wami żadnych dziewuch?
Zaschło mu w gardle, więc tylko pokręcił głową. To był błąd. Zdradził się.
— Czyli jednak jakieś były! To te dwie, co o nich przedwczoraj wspomniałeś, tak? Alicja i ta druga… jak jej tam…
Krzysiek zerwał się z krzesła jak oparzony.
— Nic już nie mów, okej? Daj mi spokój i…. skończ te przesłuchania!
— Czy one cię do czegoś zmusiły!? Kazały ci wąchać klej? Pić kompot z maku? A może…
Krzysiek zatkał dłońmi uszy.
— Nie kończ!
— Boże, przecież cię ostrzegałam! Ty nie masz pojęcia Krzysiu, jakie są dziewczyny w tym wieku! Mam ci przypomnieć, jak skończył Łukaszek Pięta!? Pojechał do Rabki, poznał…
— Słyszałem to już tysiąc razy! — przerwał jej — Idę do szkoły!
Krzysiek odwrócił się, ale wtedy coś sobie przypomniał. Fragment książki, w którym Carrie White z dumą prezentuje matce swoją suknię na bal. Rozpiął guziki koszuli a potem cisnął nią o krzesło, zostając w samym t-shircie.
— Co ty masz na sobie? Co to za koszulka?
— Nirvany. Najzajebistszej kapeli na świecie.
Wyszedł z domu akompaniamencie jej krzyków i żalów. Tym razem nie czekał żeby się przebrać za garażami. Za progiem wyciągnął z plecaka akcesoria a potem wsiadł na rower i popedałował w kierunku szkoły.

***
Mżawka moczyła mu koszulkę a łańcuch przy szortach brzęczał na każdej dziurze w asfalcie, ale nic sobie z tego nie robił. Pierwszy raz w życiu odpyskował matce i żaden piorun nie strzelił w niego z nieba. Reaktor w piersi pracował dalej, tylko że teraz napędzała go złość. I ta jedna myśl.
Skoro Marek nie potrzebuje dziewczyn to ja też.
Jego sąsiad był najtwardszym kolesiem, jakiego znał. Krzysiek nigdy nie widział go z dziewczyną i nigdy nie słyszał, żeby za jakąś wzdychał jak mięczak. Marek miał piwnicę i jakoś mu to wystarczało. Nie czerwienił się jak burak, nie stał pod prysznicem pół godziny i nie golił się brzytwą starego dla kogoś, kto nawet nie zauważy różnicy. Krzysiek postanowił, że od dzisiaj będzie taki sam. Cokolwiek się z nim działo, w końcu mu przejdzie. Dwa lata temu, w lipcu, Bochenek zaciągnął go nad Bóbr podglądać dziewczyny z technikum, które podobno opalały się za mostem. Przeleżeli pół godziny w barszczu Sosnowskiego a następnego dnia plecy obsypały mu bąble. Matce nie powiedział ani słowa, bo musiałby się przyznać, po co wlazł w te krzaki. Przez resztę wakacji nie zdjął przy niej koszulki. Nikt go nie leczył, nikt o niczym nie wiedział, a pod koniec sierpnia po wysypce nie było już śladu.
Samo przeszło.
Teraz miało być tak samo.
Na Rynku przypomniało mu się, co Marek powiedział wczoraj w piwnicy. Od najfajniejszych trzeba się trzymać z daleka. Krzysiek przyznał mu rację i na zakręcie w Dworcową był już prawie pewien, że wytrzyma w swoim postanowieniu.
Wytrzymał do szkolnej bramy.
Szła od strony Rynku między dziewczynami, w krótkiej dżinsowej kurtce i spódnicy w kratę i omijała kałuże w ciężkich, czarnych butach.
O Boże przenajświętszy.
Poczuł jak jego ciało słabnie, wiotczeje, poddaje się. Zamarł i słyszał tylko bicie swojego serca, które dudniło mu w uszach. Jej widok sprawiał mu ból a jednocześnie oszałamiał. Wczoraj widział w niej tylko koleżankę a teraz ulicą szedł ktoś inny, ktoś kogo nie poznawał, ktoś niedostępny jak dzieło sztuki, które można tylko podziwiać z daleka przez pancerną szybę. Roztaczała blask i blask ten Krzyśka zniewalał, doprowadzał do szaleństwa. Była najcudowniejsza, najwspanialsza i nie mógł zrozumieć, jak wcześniej tego nie zauważył. Dopiero po chwili zorientował się, że przestał oddychać, że zaraz się udusi jeśli nie nabierze powietrza w płuca. Haust zimnego tlenu otrzeźwił go. Ze złością spojrzał w szare, mżyste niebo.
Dlaczego mnie tak torturujesz? Co ja ci takiego zrobiłem?
Niebo odpowiedziało mu kroplą deszczu prosto w oko. Krzysiek miał ochotę pokazać mu środkowy palec ale zamiast tego odbił się nogą od jezdni i wjechał rowerem na plac szkolny. Rometa zostawił przy stojakach na rowery a potem szybkim krokiem ruszył do szkoły. Ledwo zwrócił uwagę na wozy transmisyjne zaparkowane przed wejściem. Do lekcji zostało jeszcze kilkanaście minut i wiedział, że nie może wejść do klasy przed czasem. Gdyby tylko się do niego odezwała, zdradziłby się. Potrafił grać i kłamać, ale nie tak dobrze, nie kiedy cały w środku dygotał i nie był w stanie zebrać myśli. Idąc korytarzem minął drzwi szkolnej biblioteki i ruszył w stronę toalet.
Nagle coś sobie przypomniał.
Sen.
W nocy przyśnił mu się smok. I szkolna biblioteka. Zaczął przywoływać w pamięci coraz więcej szczegółów.
Nagle zrozumiał. To nie był zwykły sen. To był znak.
Wiedział już co musi zrobić.
Zawrócił spod drzwi toalety i niepewnie nacisnął klamkę biblioteki. Wszedł do środka i zobaczył, że za biurkiem siedzi bibliotekarka. Nawet nie podniosła głowy gdy podszedł bliżej.
Odchrząknął.
— Dzień dobry.
Kobieta odpowiedziała coś pod nosem, ale dalej nie zwracała na niego uwagi, jakby był insektem.
— Chciałem pożyczyć książkę.
W końcu łaskawie podniosła wzrok.
— … dla kolegi — dodał od razu zapobiegawczo Krzysiek.
— A konkretnie co to ma być za książka? — zapytała.
Krzysiek z całych sił starał się nie zaczerwienić.
— Coś ładnego o… dziewczynach. Znaczy ładne wiersze dla dziewczyny.
Gdyby zamiast Boga, jakimś cudem światem rządził Mistrz Gry, gdyby tego ranka odwrócił wzrok od zamku Falkenstein i spojrzał na szkolną bibliotekę, poczułby to samo co Stwórca kilka godzin wcześniej. Młody Krzysztof był beznadziejnym przypadkiem i wyglądało na to, że zsyłanie na niego proroczych snów to jednak gówniany pomysł.