Możecie swobodnie przepostować kolejkę, rozmówić się między sobą postami, zaczepić Sierżanta i Starszego Szeregowego, to już wasza wola 
Garanil
Posty
-
Kantyna Strielfortu (komentarze do sesji) -
Kantyna Strielfortu (komentarze do sesji)Względem karty, macie przy sobie plecaki z kamieniami, treningówkę, mundur, bukłak z wodą. Tylko tyle.
W tej chwili jesteście na polanie, jest przerwa, Sierżant i Starszy Szeregowy gadają, wy macie chwilę wytchnienia, możecie spokojnie rozmawiać.Weźcie przy rozpoczynaniu rozmowy, czy to na forum, czy discordzie pod uwagę, że wiedzę na temat tego co wasze postaci zauważyły w drodze, rozdaję po rzutach - co prawda i tak "dostaniecie" pewne informacje, ale rzut jest dla mnie wskazówką o ile więcej rzeczy zauważyliście, niż sama podstawa

No i oczywiście są różne rzeczy do zauważenia i niekoniecznie będą się one pokrywać.
-
Kantyna Strielfortu (komentarze do sesji)@Dekline dostaniecie informacje na priv po rzucie. Nawet jak będzie niezdany, to luz. Zdanie po prostu zwiększy ilość informacji

-
Kantyna Strielfortu (komentarze do sesji)Moi państwo, jest post. Ewentualne wyniki rzutów dostaniecie na Priv.
-
Rozdział I - Jak zostać trepem?Pięć minut.
Pięć minut to wbrew pozorom nie było dużo.
Nie mniej jednak rekruci, klnąc pod nosami na czym świat stoi, powlekli się luźną grupą na Triefplatz.
Wrota Strielfortu były otwarte. Żołnierze na wartach uśmiechali się. Ale te uśmiechy sprawiały wrażenie... złowieszczych. Na placu stały cztery postaci, każda z pochodnią w ręku.
-Rekruci! W szeregu zbiórka! baczność!- Zagrzmiał stojący obok Sierżanta Russela mężczyzna.
Większość rekrutów skojarzyła go natychmiast. Prawa ręka Sierżanta Russela. Otto Hindelberg. Dystynkcje na mundurze świadczyły o tym iż jest on w stopniu kaprala. Kilka razy pojawiał się na treningach poborowych, z reguły zastępując Russela, gdy ten miał coś do załatwienia i musiał zostawić świeżynki. Oczywiście zostawienie nowych rekrutów samopas byłoby nie na miejscu. Głos miał dźwięczny, jego polecenia miały inny wydźwięk niż te Sierżanta. Z twarzy zaś wyglądał na dość poczciwego.
Cóż. Kapral był rangą przejściową powyżej Starszego Szeregowego. Był to trep który zdążył już swoje odsłużyć i stara się o przyjęcie w poczet korpusu oficerskiego. Tym samym więc jest, tak jakby, na szkoleniu oficerskim pod okiem Sierżanta. W praktyce jednak najczęściej kaprale pełnili dla sierżantów rolę przynieś-podaj-pozamiataj-popilnuj i wykonywali wszystko co, czego Sierżant akurat nie chciał zrobić.
Z ramienia Kaprala zwisał ostlandzki róg sygnałowy. Ten sam, który dopiero co zakłócił ciszę pola namiotowego do spółki z żelaznym prętem i mieczem.
Poza tym, pochodnie trzymane w rękach oświetlały jeszcze sylwetki Sierżanta Bena Otiksohna, oraz jakiegoś nieznanego wam z imienia żołnierza.-Dziękuję, Kapralu Hindelberg.- Zaczął Sierżant Russel. -Rekruci! Dzisiejszej nocy odbędziemy podchody na nieznanym wam terenie. Nie byle gdzie, ale w samym niesławnym Lesie Cieni! Ale spokojnie, tej nocy nie będziecie ani walczyć z chaosem, ani z zielonoskórymi. Jestem pewien że nadążycie i nie będziemy musieli szukać niczyich zwłok na porannym patrolu. Rekruci Mantel, Waldgeist, Wenderbeck, Hammerfall, Schmied, Voight, Smidt, Kassel, Wolfer, lewo zwrot, dwa kroki naprzód, prawo zwrot! -
Wspommniani rekruci wykonali polecenie. Teraz były dwie grupy.
-Wy idziecie ze mną i Kapralem Hindelbergiem. Rekruci Hohenwart, Sweinssen, Mees, Kessler, Adlerhorst, Kumm, Eisner, Scharf, Shilfer pójdą z Sierżantem Otiksohnem i Starszym Szeregowym Hauserem. Rekruci Mantel, Waldgeist, Kessler i Adlerhorst dostaną po pochodni. Jeden na początku, drugi na końcu pochodu, rozświetlać drogę. -Nakazał Russel.Fakt iż Adlerhorst miał ze sobą swój osobisty, "ostry rynsztunek" został odnotowany i Sierżant Ben Otiksohn w prostych, żołnierskich słowach wyłożył mu co o tym myśli. Większość rekrutów nauczyła się tego dnia kilku nowych interesujących słów z gwary wojskowej, których próżno szukać w jakichkolwiek słownikach. Ostatecznie, obie grupy rekrutów skończyły z drewnianymi mieczami treningowymi, plecakami pełnymi kamieni, oraz po małym bukłaku z wodą. Jak nie było trudno się domyślić - po przekroczeniu bramy Strielfortu, grupy rekrutów się rozeszły.
Jak dotąd rekruci nie mieli musztry z Sierżantem Otiksohnem. I chwała Sigmarowi, bo narzucił ostre tempo. Ruszyli za dowódcą w dół zbocza. Plecaki wypełnione kamieniami wbijały się niemiłosiernie przy każdym kroku tego biegu. Z początku była to znana droga na północny zachód, jednakże po jakieś mili, Sierżant i Starszy Szeregowy skręcili w jakąś leśną ścieżynę prowadzącą głębiej w las. Tędy nie dane im było jeszcze biegać. Zazwyczaj musztra i ćwiczenia odbywały się niedaleko lasu lub na skraju. A tu okazało się, że prowadzi ich głęboko w las i to jeszcze nocą. Gąszcz gałęzi i krzaków zaczął skutecznie tłumić blade światło ciał niebieskich. Wszyscy, nawet ci którzy z reguły dobrze widzieli nocą, mieli problemy z ujrzeniem więcej aniżeli ukazywała pochodnia.
Ludzie powiadali, że Las Cieni żyje własnym życiem. Sam zmienia ułożenie gałęzi i konarów, tak, aby żaden śmiertelnik nie był w stanie go opuścić. Ludzie wchodzą doń i już nigdy nie wychodzą. To jednak tylko stare bajędy, gadanie mające odstraszyć awanturników i małe dzieci przed wchodzeniem do puszczy, w której czają się stada wilków... A może nie?
Ciężko było się skupić jednocześnie na drodze i na rozmyślaniach. Nogi chwiały się od zmęczenia. Powieki same się zamykały. Każda gałąź i korzeń i kamień zdawały się magicznie, nagle wyrastać pod stopą i dodawać swoją cegiełkę do i tak trudnego już biegu. Ciała wlokły się i tylko silna wola utrzymywała kierunek truchtu, aż wreszcie Otiksohn dał znać, żeby się zatrzymać.
-Cisza wszyscy. Zwartą grupą przed siebie. Formować czworobok. I pamiętajcie. Jesteście w Lesie Cieni. - Sierżant wydał rozkaz nadzwyczaj cicho, oszczędnie i poważnie. Dowódca zdawał się doskonale wiedzieć dokąd idzie. Rekruci z pocałowaniem ręki mogli przyjąć fakt iż bieg się skończył, a zaczął się marsz. Ale leśna ścieżka, którą kroczyła formacja, robiła się coraz węższa. I węższa. Aż wreszcie całkiem znikła. Wydawało się, że droga wybrana przez Otiksohna jest pozbawiona ładu i składu. Tempo utrudniało skuteczne odciąganie gałęzi, wzięcie spokojniejszego oddechu. A ciemność nie dość, że utrudniała oszacowanie pokonanego dystansu, to jeszcze zatracała poczucie czasu.
Coś wisiało w powietrzu. Jakaś...trudna do określenia rzecz. Coś było nie tak. Sierżant i Starszy Szeregowy prowadzili ich bezrefleksyjnie głęboko w las, a przynajmniej na to wyglądało. Wreszcie, po okresie który zdawał się być jedną wiecznością, zatrzymali się na niewielkiej polanie.
-Stać. Przerwa. Starszy Szeregowy Hauser, do mnie! - Warknął Otiksohn.
Sierżant i Starszy Szeregowy stanęli kawałek od rekrutów, i zaczęli ze sobą rozmawiać. Otiksohn wyciągnął z za pazuchy jakiś kawałek papieru. Zaczęli po cichu ze sobą rozmawiać, na granicy słyszalności. Ale, gdyby dobrze przyłożyć ucho...Można było by usłyszeć o czym mówią.Ciekawe co robi teraz druga grupa z Russelem...
Poproszę wszystkich graczy o rzut na spostrzegawczość. Można też rzucać na tropienie. Pamiętajcie o modzie -5, jeżeli ktoś nie zdał odporności wcześniej, oraz o ewentualnych bonusach wynikających z waszej karty postaci.
-
21 dni KwarantannyRozmowy i plany toczyły się jeszcze dłuższą chwilę. Wszyscy w tym małym mieszkaniu dążyli do tego samego - zaspokojenia podstawowych potrzeb (podstawowych dla mieszkańców Polski w XXI wieku rzecz jasna), które w Darpolu były praktycznie nie do spełnienia. Zjeść. Porozmawiać. Wyjść na balkon i pooddychać świeżym powietrzem. Poczuć choć namiastkę wolności. Oraz, po raz pierwszy od początku kwarantanny, poczuć choć namiastkę bezpieczeństwa. Choć namiastkę normalności.
Plany na niepewną przyszłość zaczęły się formować od chwili gdy znaleźli bezpieczną przystań w mieszkaniu Michała Zielińskiego. Było jasnym, że mieszkanie ani nie jest dość duże, ani dość dobrze zaopatrzone, aby mogli całą szóstką po prostu się w nim zamknąć i przeczekać niepewną przyszłość. A właśnie taki scenariusz przedstawił przed nimi Zieliński, tuż przed pójściem spać. Paranoik zaskoczył ich przygotowując wszystkim gorącą herbatę i swoje domysły.
-Wiecie co... Problem jest taki, że teraz będzie chaos. I będzie on tylko narastał. Wszyscy będą próbowali uciec z Warszawy. A w chaosie łatwo o wypadek, potknięcie, ugryzienie i zarażenie. Dlatego najbezpieczneij będzie skoczyć jutro do sklepu, obkupić się pod kurek dopóki pieniądze mają jeszcze jakąś wartość, a potem przeczekać najgorszy chaos. - wyjaśnił.
Przerażające, jak wiele to miało sensu.Tak więc, z przyjemnym ciepłem herbaty rozlewającym się po żołądkach, mogli wreszcie położyć się spać. Dochodziła godzina 2 w nocy, kiedy wreszcie zgasły światła. Zieliński stanął na wysokości zadania jako gospodarz, wyciągając skądś pompowany materac, który oczywiście wszyscy panowie do spółki zaraz napompowali i pościelili. Ostatecznie miejsc do spania było w mieszkaniu mniej, niż było potrzeba. był rozkładany tapczan w dużym pokoju, pojedyncze łóżko w pokoju pełniącym rolę sypialni gospodarza, materac dali radę rozłożyć w kuchni po przesunięciu stołu. I to nadal było za mało o przynajmniej jedno miejsce. Udało się zmajstrować prowizoryczne posłanie w przedpokoju i ten wątpliwy zaszczyt zajął Sebastian. Zbył to jednak humorem, stwierdzając iż "rozwali się tu jak Koryncka ladacznica". Owczarek i Kruk zajęli materac, a Wójcik i Wrońska tapczan.
I noc wydawała się spokojna, nie licząc odległego echa syren pojazdów służbowych, które tylko od czasu do czasu zbliżały się do bloku na Służewcu, który stał się ich bezpieczną przystanią. Wszystkich gnębiło to samo. Niepewność. Niepokój. Niejasne próby umysłu, aby wyprzeć wydarzenia ostatnich dni, uwierzyć, że rankiem, kiedy wstaną, będzie już lepiej, a problemy rozwiążą się same podczas nocy.
Jednak Warszawa nie spała. A nawet jeżeli próbowała pogrążyć się we śnie, mimo czkawki którą odbijały się stolicy ostatnie cztery dni, miałó być tylko gorzej.
Dzień IV, okołó godziny 4 rano
Jeszcze nawet nie zrobiło się widno, kiedy wszystkich ich obudził niepokojący dźwięk, który dobiegał z oddali. Z początku po prostu zwykły świst, który zaczął nabierać głośności, przechodząc w przeraźliwy gwizd połączony z wyciem, jak gdyby kilkanaście czajników na raz zapewniało akompaniament dla chóru potępionych dusz. Dźwięk przechodził kolejne fluktuacje, zbliżał się. Szyby w oknach lekko zadrgały.
Na ułamek sekundy, przez szpary w roletach, kuchnia i duży pokój, wychodzące w stronę lotniska, rozwietlił krwawo-oranżowy błysk i stało się jasno jak po zapaleniu światła. Podłoga zdawała się drżeć i falować, a konstrukcja starego bloku z wielkiej płyty zaczęła jęczeć pod napływem niewidzialnej siły. Sekundę później dotarł dźwięk. Bębenki wszystkich obecnych w mieszkaniu, ba, wszystkich w okolicy, uderzył potęzny, ogłuszający, rozdzierający ryk eksplozji, a szyby w oknach zadrżały. Po chwili jak na komendę, na całym Służewcu zaczęły wyć setki alarmów samochodowych.
Widok z oddali był przerażający. Duży samolot pasażerski, który najprawdopodobniej próbował wylądować na lotnisku imienia Chopina, zboczył z kursu i zarył o asfalt spory kawałek dalej pomiędzy zabudowaniami mieskalnymi, wadząc o linie wysokiego napięcia, część zabudowań. To rozświetlenie wcześniej musiało być eksplozją Kerozyny, paliwa lotniczego.

Hałas wywołany przez alarmy samochodowe nie ustawał. Wręcz zagłuszył on sygnał wozów strażackich, policyjnych, oraz jednej czy dwóch karetek pogotowia, zmierzających na miejsce. katastrofy. Najgorsze jednak, że nie tylko służby zleciały się doń, jak muchy do miodu.
Zieliński już stał na balkonie z lornetką i minę miał niezbyt tęgą.
-Kurwa mać. Przesrane.
Wrak zajął się ogniem, a strażacy podjęłi bohaterską próbę jego ugazenia. Ale w bocznych uliczach dało się zauważyć ruch. Powolny. Nieskładny. Z daleka, można by pomyśleć, że to po prostu ludzie, którzy podchodzą z ciekawości, oraz z ludzkiej potrzeby aby zobaczyć czy są w stanie udzielić komukolwiek pomocy. Gdyby nie fakt, że jedna z sylwetek rzuciła się na pobliskiego policjanta. Takich sylwetek było kilkanaście i zaczęły one atakować strażaków i policję. Do akompaniamentu alarmów samochodowych dołączyły wystrzały z broni krótkiej.
Gdy Wójcik stanęła obok Zielińskiego, podał jej lornetkę.
-Zobacz. Szwendacze się zeszły. - mruknął.
Sebastian wyraźnie się skrzywił, gdy usłyszał określenie nawiązujące do serialu "The Walking Dead". Natomiast Alicja przez dłuższą chwilę obserwowała całe zajście.
-Jest gorzej niż myślałam.- Podsumowała grobowym tonem.Sebastian westchnął i zapalił papierosa.
-Co robimy? Zasnąć po katastrofie samolotu i w tym jazgocie, nie sposób. Świetna pobudka o 4 rano. Ale jest zaleta. Wszyscy co mają objawy zarazy, zlecieli się w jedno miejsce, jak muchy do miodu. Więc pewnie okolica będzie bezpieczna. I mamy klucz uniwersalny, którym da radę otworzyć Żabkę na rogu. - Zauważył. Jego wzrok padł na łom oparty obok wieży z garnków w przedpokoju, przy drzwiach wejściowych. -
21 dni KwarantannyMistrz Gry
Gdy Wiktoria po upraniu swoich ciuchów właśnie wieszała bieliznę, na balkon weszła Alicja Wójcik. Oparła się o barierkę i zapaliła papierosa. Wypuściła dym. -Ale się wszystko schrzaniło.- rzuciła. zerknęła na Wiktorię. -Jak się trzymasz?-Wiktoria Wrońska
— Jak moje majtki; zimny wiatr żałośnie nimi podryguje na balkonie informatyka poznanego w pracy. — odpowiedziała z udawaną powagą, wieszając jeszcze obok koszulę.
— A ty? Po tej ucieczce i całym syfie, w który ktoś cię wepchnął, musi być ciężko. Przykro mi, że Michał tak cię traktuje. Możliwe, że uważa, iż miałaś nad tym jakąś kontrolę.
Przypięła swoją odzież do sznurków i odwróciła się w stronę kobiety. Otuliła się własnymi ramionami patrząc na nią z zaciekawieniem.
— Jakieś plany? Bo jeśli nie masz, to Maks w trzy sekundy ci skołuje do wyboru, do koloru — Wiktoria uśmiechnęła się, na samo wspomnienie rozmowy, przeprowadzonej nie tak dawno w tym samym miejscu.Mistrz Gry
-Taa... przetrwać. Zignorować kretyna. Być może poszukać lekarstwa na tę plagę. Ale jak dotąd, nikt nic nie wie. Chociaż tyle, że mam pewność, że przenosi się tylko przez krew i ślinę, jak wścieklizna. Ale to nie jest dobra wiadomość, bo na wściekliznę medycyna też nie zna lekarstwa.- Alicja pociągnęła papierosa a następnie strzepała popiół za krawędź balkonu. -Mam niejasne wrażenie, że to dopiero początek. A Politycy i urzędnicy robią dokładnie to co zwykle, walczą o to, żeby się przede wszystkim utrzymać na stołkach. Nie miałam nad tym żadnej kontroli, a szkoda.-Wiktoria Wrońska
— Nikt z nas nie ma kontroli. Ci, o których mówisz, raczej też nie będą mieli, jeśli wirus porównywalny jest do wścieklizny.-
Wiktoria oparła się pośladkami o parapet. Ta noc była dziwna, inna niż wszystkie. Potarła dłońmi chłodne ramionami.
— Może powinnaś na razie trochę odpuścić. Każdemu przyda się chwila oddechu, choć wiem, że to niełatwe. Masz kogoś, o kogo się martwisz?Michał Owczarek
Z głębi mieszkania rozległ się głośny, szyderczy śmiech Michała, zaraz po słowach "A politycy i urzędnicy...". Ratownik siedział rozwalony na kanapie pilotem przerzucając kolejne kanały, szukał TVP Info lub TVP Warszawa. Balkon był otwarty więc dochodziło do niego co drugie słowo.
—* Nadaje o tych politykach jak katarynka już trzeci dzień*- rzucił do Zielińskiego - Babę wysłali, żeby szukała zarażonych w Darpolu, dostała od nas z marszu listę nosicieli a skończyło się na tym, że Mengle pogryzł ludzi a ona dała w długą. I to ja jestem kretynem. Nie mogę z tą kobietą, ona jest niereformowalna.-Mistrz Gry
Alicja ponownie pociągnęła papierosa. Tym razem przetrzymała dym dłużej. -Spokojnie... jest ciepły poranek, siedzę nad krystalicznie czystą rzeką...doskonalę widzę w niej twarz osoby którą właśnie topię. - Stwierdziła cicho, niezwykle melodyjnym tonem. Na jej twarzy było widać mieszaninę wkurwu i rozbawienia. - Cóż, trudne czasy wymagają trudnych sojuszy. Wracając, szczęście w nieszczęściu, nie mam nikogo o kogo się martwię, więc chcąc nie chcąc, po trochu martwię się o wszystkich.Wiktoria Wrońska
— Mam rozumieć, że Michał właśnie utonął? — Wiktoria uniosła brew.Mistrz Gry
-Przed chwilą dał oznaki życia, więc nie. - Stwierdziła WójcikMichał Owczarek
Michał próbował skupić się na tym co leci w telewizji, ale wciąż dochodziły do niego strzępki rozmowy z balkonu. Kiedy usłyszał "chcąc nie chcąc, po trochu martwię się o wszystkich" w mieszkaniu znów rozległ się śmiech. Gdyby zarażeni stali teraz na klatce schodowej z pewnością już by wiedzieli, do których drzwi trzeba się dobijać by dobrać się do swoich przyszłych ofiar.
— Kurwa, to jest jakiś Monty Python - rzucił tym razem sam do siebie. Siedział na kanapie jedynie owinięty w ręcznik, ciuchy leżały w pralce i czekały na pranie, więc rozejrzał się i zobaczył, że jego kurtka ratownika wisi na wieszaku. Wójcik nie zdeptała jej, nie wyrzuciła do śmieci, tylko posłusznie odwiesiła. Nie zaskoczyło go to, bo już pierwszego dnia wyczuł w niej słabość, gen służalczości. Ktoś taki nie nadawał się do dowodzenia czymkolwiek i zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem politycy rzeczywiście nie wrzucili jej na minę. Wysłali do Darpolu Dyzmę, którego wyraźnie sytuacja przerosła. Może ten brak autorefleksji nie wynikał z bezczelności i grubej skóry, lecz z innych jakichś deficytów? Michał ściągnął kurtkę i zarzucił ją na ramiona. Potem wszedł na balkon, by dołączyć do obu kobiet.
— Nic o nas, bez nas Alicja - rzucił do kobiety i posłał jej uśmiech, który nie zwiastował nic dobrego - Jak się czujesz na wolności? Widzę, że czarny humor ci dopisuje.Wiktoria Wrońska
Wiktoria zrozumiała, że Michał słuchał. I słyszał. Na jej twarzy wymalowało się rozbawienie.
— O wilku mowa, faktycznie żywy.
Wzrokiem powiodła po jego sylwetce, czego nie dało się nie zauważyć. Owinięty w ręcznik. Na ramionach kurtka ratownika. Pół ratownik, pół basenowicz.
— Z kąpieli cię ewakuowano?
Blondynka nie mogła się nie roześmiać, stojąc na tle własnych majtek.Michał Owczarek
Michał spojrzał na Wiktorię a potem przeniósł wzrok na jej bieliznę suszącą się na balkonie. Parsknął śmiechem.
— Sama sobie prałaś majki? Wiesz, że nasz gospodarz ma pralkę? A jak pralka się zepsuje, mamy jeszcze w obwodzie naszą...
Spojrzał na Alicję, ale ugryzł się w ostatniej chwili w język. Wolał nie wszczynać awantur w środku nocy, na balkonie.Mistrz Gry
Alicja zgasiła niedopałek papierosa o barierę balkonu. Z wyjątkową mściwością. A następnie wyrzuciła go za okno. -Bardzo krótkowzroczne słowa jak na kogoś kto żyje w Polsce, gdzie "o nas bez nas" podejmuje się decyzje od końca II wojny światowej. Był czas przywyknąć.- Odparowała.Wiktoria Wrońska
—* Michał, jeśli zamierzasz tu prowadzić wojnę, to pożycz mi chociaż kurtkę. Nie mam zamiaru zostać pierwszą ofiarą tego konfliktu przez hipotermię. I jak chcesz, to tobie też przepiorę gacie, bo serio... Na pralkę się trochę czeka. Kto tam teraz w łazience siedzi? Może się ucieszy na mój widok.*
Wiktoria starała się podtrzymać żartobliwy ton, choć widziała iskry w oczach obu rozmówców. Nie miała pojęcia jak pozbyć się tego jadu.Michał Owczarek
Wiktoria jak zwykle mówiła lekko, ze swobodą, choć Michał wyczuł, że próbuje rozbroić tykającą bombę. Docenił, że robi to z uśmiechem na ustach, choć pewnie miała w swoim repertuarze inne narzędzia, za które jej płacili w Darpolu. Zobaczył, że blondynka faktycznie drży z zimna, więc bez słowa ściągnął kurtkę, podszedł i okrył jej ramiona. Zrobił to niemal czule bo Wiktoria była jedyną osobą, której ufał i szanował. Wciąż nie mógł przeboleć, że ich wspólny wysiłek, gdy razem przeprowadzili śledztwo poszedł na marne, ale najwyraźniej ona potrafiła zostawić przeszłość za sobą, ruszyć dalej a on tkwił w bagnie mrocznych myśli.
— Alicja wie co o niej myślę i nie będę już kopał leżącego.
Michał spojrzał na lekarkę.
—Nie jestem już lekarzem, bo przyjmowałem pacjentów pijany. - w końcu powiedział to głośno i nie wiedział czy czuje strach czy ulgę - Gdy mnie wyrzucali z roboty miałem pretensje do całego świata. Najpierw do faceta, który na mnie doniósł. Potem do policji, że kazali mi dmuchać, a na końcu do ordynatora, że nie chciał kryć dupy koledze. Uważałem się za dobrego lekarza i dopiero teraz, po czasie, gdy się w miarę trzymam w garści i nie użalam do lustra, widzę, że spierdoliłem sobie życie na własne życzenie. Chciałem być twoim sumieniem, ale kim jestem, żeby cię osądzać? Sama musisz dojść do tego, że nie zawsze za nasze błędy odpowiadają inni ludzie.
Przeniósł wzrok na Wiktorię i uśmiechnął się do niej, choć w oczach pozostała jakaś gorycz i smutek. Podniósł dwa palce jak do przysięgi.
—Od dziś żadnych wojen. A jeśli złamię słowo, przywal mi w zęby albo sprzedaj soczysta wiązankę. Wiem, że potrafisz tylko się powstrzymujesz. W Darpolu krawaciarzy mogłaś postraszyć naganą w papierach, ale z takimi dupkami jak ja trzeba krótko.
Puścił do niej oko i tym razem uśmiechnął się już bez cienia goryczy.Mistrz Gry
-Nie wiem jakie i wobec kogo nosisz urazy. I to w obecnej sytuacji naprawdę jest mało istotne. Świat wokół się wali. To, że bym tam została, nie zmieniłoby wyniku. Budynek jest "w miarę" bezpieczny. Chwilowo. Wszystkie budynki w kwarantannie są chwilowo bezpieczne. Ale to minie, gdy tylko służby przestaną być w stanie dostarczać tam cokolwiek. Ani czas, ani miejsce na kłótnie o to kto, co mógł zrobić, kto jakie ma grzechy na sumieniu.- Stwierdziła Wójcik. Oparła się o barierkę i wpatrywała w panoramę Warszawy. Panoramę, w której odbijał się dym, niebieskie i czerwone szklanki pojazdów służb... i przebijało się odległe echo syren.Wiktoria Wrońska
Już pierwsze zdanie wyznania, zaskoczyło blondynkę. Otuliła się podarowaną kurtką i słuchała wszystkiego nie zdejmując z Michała oczu. Jej spojrzenie jednak nie było oceniające, surowe ani zimne. Nie umiała jednak ukryć, że w tych okolicznościach, tak nagłe zwierzenie wywarło na niej wrażenie. To co zrobił było nie tylko ludzkim błędem, ale niebezpieczną decyzją. Zapewne niepodjętą na trzeźwo, ale jednak się stało. Nie mogła go usprawiedliwiać, ale też nie mogła karać. Jak widać, karę wymierzył sobie sam i żył ze świadomością własnych błędów. Nie poddawał się, nie użalał nad sobą, nie spychał odpowiedzialności na innych. Być może dopiero dzięki temu wyznaniu, Wiktoria naprawdę zrozumiała, jakie zarzuty ma przeciwko Alicji. Jednakże musiała też przyznać, że był w nich odrobinę niesprawiedliwy. Jak sam przyznał, jemu zajęło to trochę czasu, nim zrozumiał swoją winę. Kobiecie jednak tego czasu nie dał, a już miał odpalony lont.
— Dziękuję za kurtkę. I za szczerość. — odparła z subtelnym uśmiechem. Sposób, w jaki okrył ją kurtką był naprawdę miły i dzięki temu też, poczuła się odrobinę lżej. W aktualnej sytuacji poczucie bezpieczeństwa było bardzo ważne, a ona, dzięki zwykłemu gestowi, zyskała go odrobinę więcej. Czuła, że ma osoby, na które może liczyć. Choćby świat się palił... A przecież właśnie tak było.
— Ale wiesz, Michał... Sam powiedziałeś, ile czasu zajęło ci spojrzenie na własną przeszłość z innej perspektywy. Może więc nie warto oczekiwać, że wszyscy będą potrafili zrobić to od razu. Zwłaszcza dzisiaj.
Wiktoria starała się brzmieć miękko, aby nie odebrał tego jako atak na niego, a obronę epidemiolożki. Nie oceniała ich. Każdy był człowiekiem, który mierzy się z własnymi demonami. Alicja jednak była mocno zafiksowana na jednym. Nie próbowała też dyskutować na temat zaczęty przez Michała.
— A z tym przywaleniem w zęby się jeszcze zastanowię. Na razie szkoda mi ręki. — puściła mu oczko, dając znać, że jego wyznanie nie będzie wisieć i ciążyć w powietrzu. Że nie musi się teraz piętnować. Nie powiedziała nic Alicji, bo nie wiedziała nawet, co by mogła. Była bardzo poważna, zamyślona, skoncentrowana na tym, co się dzieje. Zastanawiało ją tylko jedno...
— Alicja... Czy ty wiesz o czymś, o czym my nie wiemy, a powinniśmy?Michał Owczarek
W punkt. Jak zwykle w punkt, pomyślał Michał słuchając Wiktorii. O wiele łatwiej byłoby mu gdyby nie był lekarzem, gdy nie wiedział jakie przysięgi składał. Epidemiolożka dalej nie rozumiała ciężaru swej ucieczki i uznała, że jej dezercja nie ma znaczenia.
Miała.
I może kiedyś, z czasem, kobieta to zrozumie. O ile świat przetrwa. Teraz, gdy patrzył na słupy dymu wtopione w panoramę miasta nie był tego taki pewien. Zrobiło mu się zimno i to nie dlatego, że stał na balkonie w samym ręczniku przepasanym przez biodra.
—Włączyłem TVP Info, ale nic nie mówią o ilości zarażonych, hospitalizowanych ani zmarłych. W Covid trąbili o tym na okrągło. Znasz statystyki? - podobnie jak Wiktoria zwrócił się do Wójcik - Jak bardzo jest źle?Mistrz Gry
-Na tyle, że moja ucieczka z Darpolu nic nie zmienia. Po pierwsze, nie ma na to lekarstwa. Po drugie, nie ma na to szczepienia ochronnego. Po trzecie, w przeciwieństwie do wścieklizny, której okres in...- Spojrzała na Wiktorię, łapiąc się w trakcie, że nie musi ona znać medycznych pojęć -* ...Która zaczyna dawać objawy w ciągu od 1 do 3 miesięcy od zarażenia, ta choroba daje objawy, zależnie od stanu układu odpornościowego, od 24 do 72 godzin. Nie sposób policzyć zarażonych, bo ludzie w większości po prostu polewają ugryzienia wodą utlenioną, kładą opatrunek i myślą, że się zagoi. Nie sposób też policzyć ilości zgonów. Pamiętacie jak wyglądał Zbigniew. Na pierwszy rzut oka, po prostu miał szkliste oczy, paskudną ranę i był chorobliwie blady, ale wyglądał na żywego.* - Odparła Alicja. Urwała na chwilę.
-...Rozmawiałam na ten temat z Ordynatorem mojego szpitala, z kolegami po fachu. Góra zażądała od nas identycznych statystyk jak przy Covid. Wszyscy stwierdzili, że to mało realne i możemy co najwyżej dać statystyki "przebadanych", "martwych" oraz "wkrótce martwych". Ostatnia informacja jaką miałam ze szpitala w sprawie statystyk, to w przypadku centralnej warszawy, 92 martwych, kilka tysięcy pogryzionych i około 200 tysięcy przebadanych objętych kwarantanną. Lekarze w szpitalu się zbuntowali, twierdząc, że nie mają czasu na wypełnianie jebanych tabelek bo muszą pomagać ludziom. Ostatni kontakt ze szpitalem miałam dzisiaj koło 18-stej i Stary wprost mi powiedział, że zaczęli wpisywać w raporty byle co, byle szybko. No i Policji na dodatek skończyły się kajdanki, bo każdego z podejrzeniem, że jest zarażony, przypina się do rury, kaloryfera, ławki. Jak się domyślasz, to wcale nie pomaga, ludzie czują się jak przestępcy.-
Alicja oparła się o ścianę. Westchnęła. -Po prostu nie dajcie się ugryźć, bo po ugryzieniu, jest parę minut na decyzję czy chcesz żyć bez kończyny, czy trafić do grobu w całości. Jedyne co lekarze mogą zrobić, to podać końską dawkę leków przeciwwirusowych i odmówić różaniec..-Wiktoria Wrońska
Wiktoria milczała przez dłuższą chwilę, wpatrując się w rozświetloną łunami pożarów panoramę Warszawy. Jeszcze niedawno próbowała rozładować atmosferę żartami, ale teraz żaden nie przychodził jej do głowy. Mocniej otuliła się kurtką Michała, powoli przyswajając to, co właśnie usłyszała. Nie miała na to żadnej odpowiedzi. Skala problemu nie docierała do niej po samych danych i liczbach, choć musiała przyznać, że brzmiało to... Dość beznadziejnie. Gdy rozmawiała z Maksem w sumie miała jeszcze nadzieję, że jutro się obudzi i będzie lepiej, sytuacja pomału będzie zmierzała ku opanowanej. Teraz jednak zaczęła mieć wątpliwości. Wzięła głęboki wdech, zaciągając się zapachem podarowanej kurtki i wtulając w nią twarz. Ostatnie chwile spokoju zostały brutalnie wyszarpane z jej i tak przeładowanego umysłu. Zrobiła krok w stronę Michała, aby chociaż osłonić go przed wiatrem swoim wątłym ciałem. W sumie stał w chłodzie, oddając jej swoją kurtkę.
— Skąd wiadomo, że amputacja w ogóle pomaga? Ktoś już w ten sposób przeżył? I co jak na przykład krew dostanie się do ust albo oka?
Blondynka zerknęła na Michała przez ramię, potem z powrotem powróciła spojrzeniem na Alicję. Miała dwie osoby z medycznym wykształceniem. Miała nadzieję czegoś się dowiedzieć.Mistrz Gry
-Jeżeli do ust, to o ile nie masz żadnych mikro urazów w ustach przez które wirus może dostać się do krwi, to w sumie nic się nie stanie. Tyle że takich ludzi nie ma. Jeżeli do oka... Znam dwa takie przypadki. Oba śmiertelne, z przyspieszonym okresem pojawienia się objawów. Amputację zastosowano dotąd około 200 razy. Szanse przeżycia wynoszą tym więcej, im szybciej się zrobi amputację. Dlatego ciężko podać skuteczność w tak uwielbianych przez wszystkich procentach.- Odpowiedziała lekarka.Michał Owczarek
Michał nie pamiętał, kiedy ostatnio kobieta chciała go przed czymś osłonić, zamiast przed nim uciekać, a tak to wyglądało. Na jego tle, Wiktoria, bez szpilek na długim obcasie, wyglądała na kruchą i bezbronną a mimo to chciała mu oddać trochę ciepła, chronić przed chłodem nocy. Próbował się skupić na tym co mówi epidemiolożka, zignorować, że kosmyk włosów Wiktorii łaskocze go w ramie. Lekarz za którego wciąż się uważał, walczył teraz z samcem, którym nigdy nie przestał być.
Skup się prymitywie. Słuchaj baby, nie wąchaj blondynki
Jakimś cudem udało mu się wyłapać część danych podanych przez Wójcikową. Nie był epidemiologiem, ale w głowie próbował sobie przeliczyć to wszystko w głowie. Kilka tysięcy zarażonych. Jeden ugryziony po dwóch dobach gryzie w optymistycznym wariancie dwóch następnych, czyli po tygodniu jest ich ośmiu a po dwóch tygodniach...
Wiktoria przestąpiła z nogi na nogę, jej ramię dotknęło jego ramienia i Michał zgubił się w swoich nieudolnych rachunkach.
— Mam przejebane- wydusił z siebie - Znaczy… wszyscy mamy.
Odsunął się od Wiktorii jakby to on był zarażony i bał się, że ją ugryzie, ale w sekundę przyjął obojętną pozę, człowieka, któremu nie zależy na nikim i na niczym.
— Dobra, drogie panie, koniec morsowania, wracam do środka. Jak mnie podczas apokalipsy zabije zapalenie płuc a nie zombie zostanę największym frajerem w historii.Wiktoria Wrońska
Wiktoria stała prawie sparaliżowana. Z przystawioną do ust, zwiniętą w pięść ręką, skubała zębami paznokieć. Miała wrażenie, że nagle zrobiło jej się o wiele cieplej. I to chyba nie przez kurtkę. Nawet gdyby chciała zrobić w głowie prostą matematykę, nie potrafiła. Gubiła się już na prostym dodawaniu.
Na krótkie "wszyscy mamy" kiwnęła jedynie głową. Wciąż milczała, co raz przenosząc spojrzenie na chaos jaki się przed nimi rozpościerał. Z czwartego piętra był idealnie widoczny.
— W takim razie dzięki za kurtkę. — rzuciła luźno. Nie dziwiła się, że wolał ewakuować się do mieszkania, w końcu zabrała mu jedną z niewielu ciepłych rzeczy, które miał. Ale była wdzięczna, że dzięki temu, chociaż chwilę mogła tu postać.
— Ale gdybyś chciał zapalić czy coś to daj znać, zamienimy się. — dodała jeszcze. Potem przeniosła wzrok na Wójcik.
— Naprawdę nie umiem sobie tego wyobrazić... Powiem ci szczerze, że naiwnie sądziłam, że jutro będzie lepiej. Rozumiesz, w covidzie było podobnie. Najpierw miesiące paniki, potem mało kto zwracał już uwagę. Po roku czy pół, mieliśmy już chyba wysyp teorii spiskowych na temat ściemy z tym całym wirusem. Gdybym nie znała osób, które na to zachorowały i umarły, chyba też przestałabym wierzyć. To co możemy zrobić? Jesteś pewna, że to tak wygląda? Może się mylisz?Mistrz Gry
-Możemy przetrwać. I tak, jestem względnie pewna, że tak to właśnie wygląda. Nigdy nie byłam specjalnie religijna, ale daj Boże, żebym się myliła... -
Odpowiedziala Alicja.Wiktoria Wrońska
— Jak przetrwać? Mamy tutaj zostać aż... Aż co właściwie? Nie jestem nawet pewna czy dobrze cię rozumiem. A jak sytuacja poza Warszawą, w jakichś wsiach, coś wiesz?Miszcz Gry
-Każde duże skupisko ludzi jest potencjalnym ogniskiem zarazy, zwłaszcza, jeżeli w okolicy jest lotnisko. Tak sądzę. Ja...nie wiem. Szczerze powiedziawszy, chyba najlepiej byłoby zapytać Michała. Zielińskiego. Tego od IT. Dla mnie, dla ciebie, Sebastiana czy Owczarka, to co się teraz dzieje, jeszcze do niedawna było nie do pomyślenia. A on... Nie zdziwiłoby mnie, gdyby miał plan na scenariusz ze "Świtu Żywych Trupów"... Swoją drogą paskudnie budżetowy horror.- Przyznała z rozbrajającą szczerością Wójcik. I chyba właśnie to było najgorsze.Wiktoria Wrońska
—Nie oglądam horrorów, widziałam tylko przelotnie jak... — urwała na chwilę i spojrzała w bok. Poprawiła niezgrabnie włosy i odgarnęła grzywkę — ...wracałam z pracy. Nie potrafię więc za bardzo sobie wyobrazić tego, o czym mówisz.
Wiktoria przysunęła się do Alicji i ściszyła nieco głos.
— I nie mam zbyt dobrych relacji z Michałem, aby swobodnie rozmawiać, wiesz... W pracy, bliżej mu było do mojego pacjenta, niż przyjaciela. Często z nim rozmawiałam, ale... To było jednostronne. Wydaje mi się, że teraz mogłoby być podobnie.
Blondynka zamilkła i spojrzała w głąb mieszkania. Na kanapie siedziało trzech mężczyzn, więc czwarty musiał być w łazience.
— Może oni się czegoś od niego dowiedzą? Chyba znajdą wspólny język...Miszcz Gry
-Może...zobaczymy. Ale hej, ludzie to uparty gatunek. Musimy jakoś dać radę. Nie pierwsza i nie ostatnia Pandemia. -zażartowała Alicja, chociaż było widać, że nie jest jej do śmiechu.Wiktoria Wrońska
Wiktoria uśmiechnęła się blado, choć trudno było jej podzielać optymizm lekarki. Nawet ten wymuszony. Przez chwilę przyglądała się jej w zamyśleniu.
— Wiesz, Alicja... Może właśnie tego powinnaś się trzymać? — odezwała się łagodnie. — Jesteś epidemiolożką. Masz wiedzę, której większość z nas nie ma. Może powinnaś spróbować znaleźć innych specjalistów, jakieś laboratorium, miejsce, w którym nadal prowadzą badania? Nie wiem, czy da się opracować lek, ale przecież ktoś musi przynajmniej spróbować. -
Heroes of Might & Magic TTRPGWstępnie zainteresowany.
Cholera, napisz jeszcze, ze dasz możliwość awansowania elfów do strzelców i że nasi bohaterowie będą należeć do Leśnej Straży, to kupiłeś mnie jak paczkę żelków.Przechadza się
Już prowadzę 2 sesje i jestem graczem w paru innych. Muszę to rozchodzić.......
nie wiem czy dam radę to rozchodzić xD
-
Kroczący we WichrzePost z mojej strony już jest.
-
Kroczący we WichrzeKawałek bluesa leciał radośnie w radiu, w warsztacie i w sumie świetnie wpasowywał się w atmosferę szczękania klucza. No i ta nazwa. "I'll Fix It Later"... Naprawię później. Speaker prze puszczeniem piosenki przebąkiwał iż jest to "diesel blues" i kawałek niszowego zespołu Orbit OST. Nazwa nic Rodneyowi nie mówiła, ale "diesel blues" chwytał o tyle, że mechanik przepadał za silnikami wysokoprężnymi.
Niestety piosenka dobrze licowała z Chevroletem Master Deluxe, który właśnie miał na kanale. Był to główny konkurent samochodu Forda model 48. Chevrolet postawił na komfort, wygodę, i nowoczesne, niezależne zawieszenie przednie Knee Action. Ogromny krok na przód w płynności jazdy. I zgodnie z nazwą powodowało ono iż większość mechaników padałó na kolana i zaczynało się modlić, lub próbować naprawić amoryzatory hydrauliczne, z których olej wyciekał szybciej niż pieniądze z portfela po wypłacie. To oczywiście prowadziło do drastycznego pogorszenia i tak nie najlepszej sterowności tej kabaryny. Cholerny kontener na kołach, z rzędowym sześciocylindrowym silnikiem, który dla odmiany pracował lepiej niż amortyzatory.
Właśnie z amortyzatorami Rodney miał teraz zrobić porządek. Chwycił za małą grzechotkę i nasadził odpowiednią końcówkę. -Mam nadzieję, że zejdzie luźno.- mruknął. Śruba jednak ani drgnęła. Dlatego najpierw przestawił się na większą grzechotkę, a potem sięgnął po klucz o właściwie metrowym trzonku, który w gwarze mechanicznej oznacza mniej więcej "Nie pytałem czy chcesz dać się odkręcić."
Kurwa mać!
Jego dobry znajomy, Robert Belfast wszedł do warsztatu akurat żeby zobaczyć, jak Rodney rozpala palnik acetylenowo-tlenowy.
-Cześć Rodney. Masz chwilę? Po co ci palnik?-
-Śruba nie będzie stawiać oporu, jeżeli jest płynem. - Odparł mechanik z wyjątkową mściwością wypisaną na twarzy.
-Naprawisz później. Mam sprawę. Zainteresowany wycieczką na Alaskę, na koszt Wuja Sama?- Zapytał.
-A dlaczego Wuj Sam miałby finansować mechanikowi samochodowemu z Teksasu wycieczkę na Alaskę, huh? - Zapytał Carter.
Stuk-puk! stuk-puk! stuk-puk!
A może raczej Tododo-tododo. Tododo-tododo?
Stukot pociągu sunącego przez szerokie równiny Ameryki towarzyszył każdemu, siedzącemu w tym pociągu. Rodney siedział przy oknie i właśnie jadł kanapkę, którą wyciągnął z plecaka, zastanawiając się, jak to jest, że właśnie jedzie na wycieczkę do Waszyngtonu i to na koszt Wujka Sama.
Bob wyłożył mu to prosto - Rządowe szychy potrzebowały mechanika, który ma pewne specyficzne umiejętności. Ogarnia naprawy, sam jeździ, potrafi się posługiwać ciężkim sprzętem, potrafi naprawić sprzęt elektroniczny, no i nie jest debilem. Tak się szczęśliwie składało, że Carter spełniał wszystkie te warunki, a dodatkowo był już wcześniej wypróbowany przez Belfasta. Wszystko co było do zrobienia, robił w przyzwoitych terminach, porządnie i uczciwie. Rodney nie był głupi, nawet jeżeli na papierach brakowało mu świadectwa ukończenia szkoły średniej. Z resztą, po co ci szkoła średnia, jak kręcisz śruby, czyścisz zawory, pompujesz opony, wymieniasz rozrządy i świecie, zajmujesz się samochodami?
Automobile, prawdaż, to wielka przyszłość. Powstawało ich coraz więcej, coraz więcej Amerykanów i nie tylko Amerykanów, miało apetyt, Apetyt na własny transport, na prędkość, a część nawet na komfort podróży. Drogi po całej Ameryce wyrastały jak grzyby po deszczu. Wiły się wraz z graniami, wzdłuż wzgórz, rzek, okalając lasy. Nie chodziło tylko o to, żeby dojechać do celu, albo żeby oszczędzić czas na drodze. Chodziło o to, aby ten czas miło przejechać, najlepiej w dobrym towarzystwie i dobrą muzyką w radiu.A jednak, Rodney jechał pociągiem, gdyż zwyczajnie nie miałby gdzie przechować, ani co zrobić, ze swoim fordem. Przechowywanie grata na terytorium Waszyngtonu przez Wuja Sama przez X czasu, dopóki nie wróci z Alaski nie wchodziło w grę. I Carter to rozumiał, bo żarty z Wuja Sama i finansowania przez niego różnych rzeczy, były na południu powszechne. Właściwie termin ten był swego rodzaju synonimem marnowania pieniędzy podatników, przynajmniej wśród konserwatystów.
Rodney dojadł kanapkę. Schował papierową torebkę do kieszeni i oparł się na siedzisku. To będzie dość długa podróż.
W poczekalni do której ich wprowadzono, Rodney przywitał się ze wszystkimi prosto.
-Rodney Carter. Z Teksasu. Mechanik samochodowy.-Niestety nie zdążył jakoś specjalnie pozwiedzać miasta. Wszystko było czasowo dopięte. W interesie rządowym było żeby Carter stawił się tam gdzie go oczekiwano i wyruszył tam, gdzie chcieli go wysłać. Zdążył sobie jedynie kupić kawę w drodze
Ech, biurokracja...
Rodney to gadanie w większości wpuszczał jednym uchem, a wypuszczał drugim. Generalnie zainteresował się za to zdjęciami wraku, głównie pod względem mechanicznym.
-Chwilęczkę... Wiemy coś więcej o tej katastrofie samolotu? O ocalałych? - Mechanik wstał, ustawił zdjęcie pod odpowiednim kątem i zaczął pokazywać palcem niuanse.
-Samolot jest cały, bryła jest mało naruszona, zwarta. Maszyna nie rozpadła się w powietrzu. To wygląda jakby pilot częściowo stracił kontrolę nad maszyną i doszło do brutalnego lądowania awaryjnego. Całkowita utrata kontroli nad maszyną wysoko nad tundrą prawdopodobnie zakończyłaby się poważniejszymi uszkodzeniami. No i to wszystko skupia się po jednej stronie maszyny. Skrzydło, przednia część kadłuba... Możliwe, że najpierw zahaczył o o powierzchnię jedną stroną, potem się obrócił i po przywaleniu o ziemię jeszcze przez chwilę toczył się dalej, siłą rozpędu. Żadnych poważnych śladów pożaru, silnik się nie zapalił, paliwo nie eksplodował... Część tego co było w samolocie powinna być możliwa do zbadania przez ludzi, którzy dotarli do wraku jako pierwsi. Nie umiem na podstawie zdjęcia określić przyczyny katastrofy, ale nie widać tutaj niczego co wskazywało by na eksplozję, oderwanie elementów konstrukcji, czy chociażby klasyczną awarię mechaniczną. Więcej mógłbym powiedzieć gdybym mógł obejrzeć wrak. No... zniszczenia nie wyglądają na takie, które zabiłyby załogę i pasażerów, a przynajmniej nie natychmiast. Szanse na to, żeby ktoś przeżył wydają się wysokie. A jednak nie było dotąd ani słowa o ocalałych. Naprawdę nie znaleziono nikogo żywego? Żadnego świadka? Albo zwłoki pasażerów?-Niepokojącym było literalne olanie kwestii wraku, przyczyn katastrofy i w ogóle całego tego zajścia. zostało to zdegradowane do roli jednego zdjęcia i stwierdzenia "no rozpierdolił się, ale odsłonił wejście do starożytnego kompleksu. Świetnie, badamy podziemia.
Aż dziwne, że wrak nie został jeszcze pocięty na żyletki, kurwa jego mać.
-
Kroczący we WichrzeProszę o przypomnienie kiedy jest deadline posta, bo dzisiaj mi przyszło trochę korespondencji i zamiast pisać posty muszę pisać pisma urzędowe.
-
Kantyna Strielfortu (komentarze do sesji)Wygląda, że czekamy na posty Wireda i dhratlacha. Ale nie przejmujcie się za bardzo, macie czas. Mnie przytłoczyły chwilowo sprawy urzędowe i mój post najwcześniej jutro wieczorem, jeżeli nie dopiero w piątek.
-
Kroczący we WichrzeWitam wszystkich, drużynowy mechanik z francuzem w ręku gotów do służby.
Cholera, nikt mnie nie uprzedził, że tyle sniegu.Strażniku tajemnic, Rodney będzie ciepał na spostrzegawczość w kwestii ogólnie wszystkiego, żeby sprawdzić czy jakieś szczegóły rzucają mu się w oczy; Na mechanikę w kontekście wraku samolotu. I na psychologię też bo 10% szans jest lepsze niż nic.
Edit: Rzuty na discordzie. Wszystko za wyjątkiem mechaniki nie zdane, w kwestii mechanicznej ekstremalny sukces (1/5) więc liczę na soczyste szczegóły z fotografii z wrakiem.
-
Kantyna Strielfortu (komentarze do sesji)Bedę miał to na uwadze

-
Kantyna Strielfortu (komentarze do sesji)@Elenorsar dokładnie tak, do momentu stanięcia w szeregu.
-
Rozdział I - Jak zostać trepem?Dzień królewski, 1 tydzień czasu Sigmara 2520 KI.
Strielfort, kilka godzin przed świtemRekruci, po wieczorze pełnym odprężenia, zabawy, oraz kilku głębszych, legli wreszcie złożeni znużeniem. Wszak należało prezentować się godnie dnia następnego. Zostaną zaprzysiężeni. Wreszcie będą żołnierzami, a nie "świeżym mięsem", "zmokłymi kurami". Wreszcie skończą się pogardliwe określenia typu "poborowy", czy "rekrut". Czasami, z rzadka, padało również "kadet", ale nie było ono szczególnie źle nacechowane. I dlatego padało rzadko.
Kadeci w większości byli przecież szkoleni na oficerów, nie na piechotę. A przynajmniej tak mógł to sobie tłumaczyć Hohenwart, który przecież w istocie był kadetem.
Noc była lekko chłodna i spokojna. W oddali było jedynie słychać szum wiatru. Czasem do fortu doleciało pohukiwanie sów. Czasami gdzieś w oddali skrzypnął kawałek deski. Na wieżach obronnych fortu paliły się niemrawo światła, gdy członkowie drużyny II Strielfortu przechadzali się po blankach, trzymając warty i wyglądając zagrożeń.Ale nawet te ciche odgłosy nocy, czy skrzypnięcia drewna, nie były w stanie zmącić snu, niekiedy przerywanego pochrapywaniem. Pole namiotowe, w którym zakwaterowani byli tak żołnierze jak i rekruci, było spokojne. Rekruci zajmowali "beczki" na samym skraju pola namiotowego.
Kruszywo Triefplatzu zachrzęściło cicho, gdy cztery postaci weszły na plac. dwie z nich jęły rozpalać pochodnie, natomiast pozostałe dwie, pewnym krokiem ruszyły na skraj pola namiotowego. Nie potrzebowały widzieć drogi. Znały ją na pamięć. Jedna z nich miała w ręku ostlandzki róg sygnałowy, natomiast druga trzymała w jednym ręku obnażony miecz, a w drugiej żelazny pręt.
Ciszę przerwało walenie prętu o miecz. Za chwilę druga postać zadęła przeciągle w róg. Nieprzyjemne, wysokie brzmienie wibrującego żelaza wymieszało się z dźwiękiem rogu raban obudziłby umarłego. Po chwili w ciemności słychać było głos Sierżanta Otto Russela.
-WSTAWAĆ REKRUCI, WSTAWAĆ! MACIE PIĘĆ MINUT NA STAWIENIE SIĘ NA PLACU Z PEŁNYM RYNSZTUNKIEM!-
Niektórych dosłownie wybiło z pościeli. Ktoś spadł z łóżka. Ktoś kurwił na czym świat stoi i przeklinał nazwisko sierżanta i jego rodzinę do pięciu pokoleń wstecz, próbując w ciemności założyć lewy but, na prawą stopę.
Poproszę wszystkich o rzut na spostrzegawczość (konkretnie jest to nasłuchiwanie) z modem -10. Zdany test oznacza iż postać obudziła się zanim Russel wszczął raban, słysząc jego kroki nieopodal namiotu. Następnie wszyscy wykonują test odporności. Ci którzy zdali nasłuchiwanie, mod -5. Ci którzy nie zdali, mod -10. Każdy kto nie zda rzutu na zmęczenie, otrzymuje -5 do wszystkich cech na czas nocnych ćwiczeń z tytułu zmęczenia.
Sierżant jeszcze przez chwilę bił żelazem o żelazo, i jeszcze przez chwilę darł gębę. Przez całe pole namiotowe przetoczyły się jęki niezadowolenia i zduszone klątwy. I już było wiadomo, że to nie jest tylko koszmarny sen i bycie nawiedzanym nocą przez Russela. To niestety faktycznie mogło oznaczać tylko jedno. Cholerne nocne ćwiczenia.
Przed świtem, w dzień zaprzysiężenia. To albo żart niewczesny, albo podstęp okrutny. Nie zmieniało to jednak faktu iż rozkaz jest rozkazem.
-
Kantyna Strielfortu (komentarze do sesji) -
Kantyna Strielfortu (komentarze do sesji)@wired przedłużenie deadlineu to też dobry pomysł. hm.
A właściwie, to chyba czekamy tylko na twojego posta?

-
Kantyna Strielfortu (komentarze do sesji)@dekline generalnie dialog na discordzie to bardziej chatting między postaciami, oraz po części deklaracja dla mnie, czy się bawicie i jak bardzo, czy może idziecie spać.
Generalnie nie miałem w planie narzucać wam na ten post łączony z discorda żadnego terminu i jest on cakowicie nieobowiązkowy. Z reguły tego typu posty same się kończą po wyczerpaniu się, że tak powiem, "formuły danej sceny".
Tak więc moja propozycja jest następująca:
- Obecny off-topic post zamkniemy jak wyczerpie się formuła (zdaje się, że to wkrótce, o ile nikt nic nie napisze)
- Na ewentualne kolejne posty off-topic zrobię osobny temat na forum, żeby korzystanie z discorda było warunkowe. Potem będzie można po prostu daną zbitkę postów osadzić w historii, używając kleju i nożyczek prawdaż.
- W przypadku jakichś bardziej dynamicznych akcji, jak np. walka, będziemy korzystać z discorda, a na jakieś zaawansowane off-topic wymagające dużo pisania, ewentualnie będziemy się umawiać.
Czy to jest klarowne i akceptowalne, brygada?
@piołun @wired @mortarel @elenorsar @dhratlach -
21 dni KwarantannyMaksymilian wsunął latarkę pod pachę, zwalniając sobie obie dłonie, i chwycił oburącz za stalowy łom. Wsunął płaską, zakrzywioną końcówkę narzędzia w ciasną szczelinę między uchem kłódki a masywnym skoblem. Zaprał się ciężkim butem o metalową framugę drzwi, wziął krótki wdech i przeniósł cały ciężar swojego ciała na ramię dźwigni.
Mechanizm stawił początkowo twardy opór, a w ciemnym, dudniącym echem korytarzu rozległ się nieprzyjemny, narastający zgrzyt naprężanego metalu. Kruk zacisnął zęby, poprawił chwyt i naparł z całej siły, wkładając w to ruch całego tułowia. Z głośnym, suchym trzaskiem pękającego jarzma, kłódka ustępuje, a drzwi stanęły otworem
— Droga wolna — rzucił szeptem, wsuwając łom z powrotem za pas i wyciągając latarkę. — Trzymajcie się blisko ścian i patrzcie pod nogi. Od teraz pełna cisza.
Powoli, ostrożnie, weszli na teren parkingu, spodziewając się kłopotów.
Ale o dziwo, wydawało się, że kłopotów, tak dla odmiany, nie ma.

Przed nimi rozpościerał się, kiepsko, bo kiepsko, ale oświetlony podziemny parking Darpolu. Spora część miejsc była pusta. Oświetlenie stanowiły blade świetlówki, które skupiały się głównie wzdłóż "dróg". Miejsca parkingowe były słabo oświetlone. Samochody były w różnym rozstrzale, od rozklekotanego Tico, przez Passerati z legendarnym 1.9 TDI pod maską, na najnowszych luksusowych limach od Mercedesa i BWM kończąc. Budka ochrony stała pusta, a w niej kluczyki. Samotne. Proszące, by ktoś chwycił breloczek i... powiedzmy, redystrybuował prawo własności samochodu na samego siebie.
-Nie podoba mi się. Idzie zbyt prosto. - mruknął Zieliński. Jak to paranoik.
Przemykali przez parking, kryjąc się w cieniu, nie pewni, czy, i jakie kłody rzuci im pod nogi los dzisiejszego wieczoru. Wreszcie dotarli do bramy wjazdowej. W tym momencie dogoniła ich Wójcik.
-Zamknęłam drzwi. Nikt mnie nie śledził. - mruknęła.Informatyk odmruknął coś niezrozumiałego w odpowiedzi i wyciągnął tablet. Przez chwilę monitorował system kamer, a następnie sprawdził godzinę.
-Objazd zrobili o 22. Jest 22:30. Mamy półtorej godziny, żeby się zmyć. Przy głównym wejściu stoją dwie suky i trzy radiowozy, więc pewnie koło 12-15 policjantów. Wygląda na to, że nie są zbyt czujni. - mruknął.Teraz, albo nigdy. Michał wyciągnął pilot do bramy i nacisnął przycisk. Brama powoli i na szczęście cicho, otworzyła się, ukazując wolność. Kilka chwil później cała gromada zobaczyła nocne niebo usiane gwiazdami i światła lamp ulicznych. Świeże powietrze jeszcze nigdy nie smakowało tak, jak tego wieczoru. Powiew wiatru na twarzy orzeźwiał i kusił... Gdzieś w oddali wyły syreny.
-Zmywajmy się stąd. Moje mieszkanie jest na Służewcu, na Gotarda.- Powiedział Zieliński.
Paranoik poprowadził ich - cóż, chodnikiem, biorąc pod uwagę niezbyt dopasowane do biegu czy przełaju buty Wrońskiej.
Już 2 minuty później w panice kryli się za pobliskim przystankiem autobusowym, kiedy przed ulicę na sygnale przejechały 2 radiowozy, 1 wóz straży pożarnej i karetka. Wycie syren to wzmagało się, to odpuszczało. Kolejne minuty marszu na Służewiec dawały im wgląd w to, w jak wielkim chaosie pogrążona jest Warszawa. Gdzieś w oddali dymiło się i błyskały płomienie w jakimś budynku ogarniętym pożarem. Przynajmniej 2 razy nie zdążyli się schować, ale radiowóz na sygnale jedynie ich minął, olewając kompletnie grupę szwędającą się po nocy mimo godziny policyjnej. Mieli ważniejsze sprawy niż szóstka spacerowiczów.Bez większych problemów, dotarli do starego bloku mieszkalnego, na równie starym osiedlu. Prawdziwa spuścizna PRLu. Dopiero kiedy wszyscy weszli do środka, do mieszkania na 4 piętrze, a Zielinski zasunął za sobą trzy zamki antywłamaniowe, łańcuch, oraz mosiężny skobel, odetchnął z ulgą i wyglądało na to, że się przynajmniej odrobinę odprężył.
W mieszkaniu była łazienka, kuchnia, przedpokój, oraz trzy małe pokoje. Nie było tego dużo, ani specjalnie przestronne, ale przynajmniej własne, oraz w miarę bezpieczne.
-Rozgośćcie się. Nie miałem kiedy posprzątać, bo byłem w pracy. - zażartował gospodarz.

Poza faktem, że czuć było lekką stęchliznę, a pudełko po kebabie na stole w salonie zaczęło już śmierdzieć, było tu dość przytulnie. No może z wyjątkiem map, notatek i wycinków prasowych na ścianie. Maski przeciwgazowej na regale z książkami. Było też wiele innych elementów nie pasujących do typowego mieszkania, ale stare blokowisko miało ogromną przewagę nad nowoczesnym apartamentem - brak zaawansowanej elektroniki i możliwości zdalnego odcięcia. Pozostało im położyć się spać. I być może zjeść wcześniej jakąś konserwę.Zielinski miał trochę zapasów, ale były obliczone na jedną osobę. Tak czy siak, wszystkie problemy musiały poczekać do rana.
