Adolf odnotował sobie gdzieś z tyłu głowy, że jego zdanie odnośnie rogu, zwiadu, oraz dowodzenia przez kogoś kto ma plan, zostały znale ciepłym moczem. Z tego też względu, mając jedynie nadzieję, to nie wybuchnie nikomu w twarz niczym źle złożony samopał, tarczownik jedynie skinął głową, odłożył dotąd trzymany opał pod drzewo, dobył oręża i zajął swoje miejsce w awangardzie, z tarczą w ręku.
Garanil
Posty
-
Ścieżki Przeklętych -
Ścieżki Przeklętych - komentarzeNo, to teraz czekamy czy Sierżant Rolf albo Auriel obronią swój ato...auto...aratouryment.
-
Ścieżki Przeklętych-Gadanie. Dużo mądrych słów, które są, kurwa, zbędne. Oto rozwiązania waszych problemów: - Stwierdził niespodziewanie Eiche. Wystawił rękę z jednym palcem.
-Zwiadowca powinien mieć róg sygnałowy i w razie problemów zadąć.-
Adolf uniósł drugi palec.
-Odkąd nas zdemobilizowano, wszyscy zachowują się jak kwoki na jajcach i nie ma dowódcy, bo Sierżant Rolf utrzymywał swój ato...auto...aratouryment na tym, że jest sierżantem w armii Imperium. Działało, teraz już nie działa, jedyny kto ma plan to Kaltenbach, ale wolicie się z nim kłócić, zamiast go słuchać. Więc proponuję, żelazna zasada, dowodzi ten, kto ma plan.- Pomimo faktu, że Adolfowi zabrakło poprawnego słowa, jakim był "autorytet", argument był logiczny.
Uniósł trzeci palec.
-I trzy, nikomu nie pomożemy, pchając się do bitwy na oślep.- Adolf opuścił rękę.
Przez chwilę w powietrzu zaległa cisza.
-A podobno to ja tu jestem głupi i myślę za pomocą topora.- dobił towarzyszy, -
Ścieżki Przeklętych - komentarzejakby kto pytał, ja jestem zainteresowany dalszą grą, a teraz odpisałem z opóźnieniem, bo mi powiadomienie nie wyskoczyło

-
Ścieżki PrzeklętychAdolf do tej pory milczał, z naręczem drewna, czekając na rozwój wypadków.
- Cóż... Nie będę nikomu przeszkadzał w ewentualnej próbie samobójczej, jeżeli bardzoście chętni. Żeby zaatakować wroga, najpierw musimy mieć pewność, że nie mają nad nami znaczącej przewagi liczebnej, musimy odnieść mięso i drewno, oraz ustalić, czy w ogóle jest kogo ratować. Dopóki Wulf operuje słowami "może", "coś", "podejrzewam, znaczy, że w rzyci był i gówno widział. Wam to jak raz wieczór rozumy poodejmował, bo przecie to ja się zwykle bez pomyślunku rwę do bitki. -
21 dni Kwarantanny

Alicja, SebastianWójcik przez chwilę milczała, jakby zastanawiała się, jak bardzo wszyscy mają przesrane. Sebastian wykorzystał ten moment, żeby wyciągnąć do niej otwartą paczkę fajek, w której znajdowały się zaledwie dwa papierosy.
Wzięła jednego. Następnie Sebastian na ich oczach, wyciągnął pełną paczkę, przełożył do tej pustej kolejnego fajka i schował obie.
-Stary trick palaczy, podbijający wartość papierosa. Człowieka też.- mruknął.Alicja zapaliła, a następnie pokazowo się skaszlała.
-15 lat bez fajek, tylko po to, żeby się wkurwić i zapalić szluga w objętym kwarantanną biurowcu. Gościu któremu przyłożyłam, to Starszy Aspirant, więc technicznie to napaść na młodszego oficera, zdaje się. Darpol jest obstawiony przez około 30 ludzi, z czego uzbrojeni rządowcy to dziesiątka. W większości stoją przed głównymi drzwiami. Ochrona budynku jest traktowana zgodnie z polską praktyką kręcenia filmów, czyli pomysł dobry, średnie wykonanie i beznadziejne zakończenie. Objeżdżają budynek dookoła radiowozem raz na godzinę w dzień, w nocy zdaje się co dwie godziny. Dzisiaj rano ogłosili godzinę policyjną. Zadzwonię, zapytam, spróbuję im wcisnąć ten kit, ale nie wiem jak wyjdzie.- Oznajmiła.Sebastian uśmiechnął się na wzmianki Wiktorii o paranoi Zielińskiego.
-Jestem prawie pewien, że zadekował się w jednej mniejszej serwerowni. Jako że moją pracą w tym budynku jest szeroko pojęte unikanie roboty oraz self-wellness, był moment kiedy zgłosiłem się na ochotnika do pomocy, jak chłopaki potrzebowali kogoś kto przyniesie, poda, pozamiata i tak dalej. Widziałem wtedy poluzowane śrubki w szybie wentylacyjnym, to był pokój 375, na trzydziestym siódmym piętrze. Tam jest jeden z mniejszych serwerów obsługujących... w sumie chuj wie jaki istotny element infrastruktury cyfrowej Darpolu. Nie zmienia to jednak faktu, że był on na tyle "mało" istotny, że 40% tej serwerowni służy chłopakom z IT do grania w Dooma, Factorio i Dotę 2 w godzinach pracy pod nosem zarządu. To chodźmy, samo się nie zrobi. -
Tak więc rozdzielili się. Wójcik wróciła do szpitala polowego, żeby podjąć próbę sprzedania historyjki Michała komuś wyżej, natomiast Sebastian, Michał, Maksymilian I Wiktoria, ruszyli na 37 piętro do serwerowni. Wspinaczka po schodach ciągnęła się w nieskończoność, a monotonia klatki schodowej i wejścia na piętra, różniące się li tylko numerem, bo przecież nie wyglądem, w zunifikowanym korpo-piekle, czyniła nieodwracalne szkody psychiczne z każdym kolejnym piętrem. Co jakiś czas mijali papierowe kubki, puszki po napojach czy wręcz słoiki, które, wypełnione wodą - służyły jako prowizoryczne popielniczki. Zanik pracy w budynku spowodował też częściowo zanik obyczaju palenia w wyznaczonych do tego miejscach. Michał i Wiktoria mieli pecha przewrócić to jednej takiej kiepownicy. A po 24 godzinach marynowania, właściwie każda wypełniona już była cudownym rosołkiem z popiołu, niedopałków i filtrów.
Wreszcie dotarli na 37 piętro i Sebastian zaprowadził ich do właściwych drzwi. Wiktoria natychmiast zauważyła, że coś jest nie tak - drzwi zostały pomalowane na modłę standardowych szaych drzwi gabinetowych, jakich wiele wtym budynku, ale nie były one wykonane z paździerzu, a z metalu. Co więcej, miały charakterystyczne wgłębienie na wysokości oczu, co świadczyło o zamontowaniu wziernika, zwanego też "okienkiem poglądowym". Nie był to niewielki, dyskretny Judasz,ale staromodna dziura w drzwiach, z zasuwą, pozwalająca w kontrolowany sposób zobaczyć co jest za drzwiami, bez ich otwierania. Oczywiście otwór był zbyt mały, żeby wsunąć weń dłoń, ale kartka papieru, cienka teczka lub pendrive, już by przeszły.
Sebastian bez ceregieli przywalił w drzwi kilkukrotnie.
-Zielu?! Seba! Otwieraj! Sprawa jest!Judasz lekko się uchylił, aby po chwili otworzyć się całkowicie, ukazując oczy, sprawiające wrażenie zmęczonych życiem.

Michał Zieliński-Czego? Jestem ciut zajęty, gramy na multi w Factorio, dopóki nam prądu nie odłączą i wszystko nie jebnie. Gadaj co masz powiedzieć i spadaj, jestem zajęty. Fabryka musi rosnąć.-
Otwarcie wziernika pozwoliło im usłyszeć dobiegającą ze środka muzykę, co świadczyło, że drzwi były również dźwiękoszczelne. Był to jakiś trudny do określenia rodzaj bluesu, z angielskim tekstem, prawdopodobnie nawiązującym do tego w co Zieliński grał. -
21 dni Kwarantanny
Sebastian-Nadal wisisz mi paczkę szlugów po wygranym zakładzie. Idę z wami. Nie ma co tu siedzieć, lepiej próbować stąd nawiać, choćby i na pałę. Tylko pytanie brzmi: jak? Moglibyśmy zapytać Zielińskiego z IT. Tego paranoika. Zna ten budynek i jego systemy ochrony jak własną kieszeń. Jak zaproponujemy mu wyjście z budynku, zapewne będzie skory do współpracy. Na 99% wolałby być zabarykadowany u siebie na chacie, zamiast w serwerowni biurowca. - Stwierdził Sebastian.
Cóż. Wyglądało na to, że palacz jest świetnie poinformowany, a jeżeli nie ma informacji lub umiejętności akurat mu potrzebnych - to wie, kto te informacje i umiejętności posiada.
-PIERDOL SIĘ. TY, TWÓJ KOMENDAT, MINISTER ZDROWIA I MINISTER OBRONY NARODOWEJ! - Uroczy głosik Doktor Alicji Wójcik był w tej chwili prawdopodobnie słyszalny nawet na drugim piętrze budynku. Epidemiolog wreszcie nie wytrzymała i to w sposób wyjątkowo głośny i dobitny.
-To jest obraza funkcjonariusza na służbie...- Zaczął mundurowy, ale nie zdążył nic więcej powiedzieć, bo powietrze przeciął głośny plask, kiedy Wójcik, o głowę od niego niższa, strzeliła mu zamaszystego liścia.
-I pierdolony atak na funkcjonariusza na służbie. I co mi zrobisz? Aresztujesz mnie? I może przewieziesz mnie do aresztu? A pomyślałeś, idioto, że właśnie oto mi chodzi, żeby stąd wyjść? Może mnie zastrzelisz? Zwolnisz z pracy? Może po prostu każdy z nas powinien strzelić policjantowi po mordzie?!-Policjant, z czerwonym śladem na gębie, zdębiał, a Wójcik po prostu odwróciła się i zaczęła odchodzić.
-Wójcik! Jest Pani areszto...-
-Mam to w dupie! - Doktor po prostu pokazała mu do tyłu środkowy palec, nie zwalniając kroku.
Policjant nie zdecydował się jednak ani na wyciągnięcie broni, ani na próbę aresztowania. Po chwili wyszedł z budynku. Alicja, wściekła jak osa, wkrótce podeszła do grupy konspiratorów, planujących ucieczkę.
Alicja WójcikByła ubrana w kombinezon, ale zdjęła rękawice, zatknęła je za pasem, wyciągnęła papierosa i zapaliła.
-Zaimponowałaś mi.- Stwierdził Sebastian.
-Wkurwiłam się. Ci idioci nas stąd nie wypuszczą. Niezależnie od dostarczonych raportów, próbek, pierdolników, niezależnie od tego czy dam im magiczną pigułkę, albo szczepionkę na srebrnej tacy. Dziwne, że mnie nie aresztował, ale w sumie, co zrobi? wywiezie mnie do aresztu?- Wójcik zaśmiała się i był to podszyty goryczą i kpiną nerwowy śmiech, typowy dla ludzi, którzy mają pewność, że nie ma już nic do stracenia.-Musimy albo tu zostać, albo stąd uciec. Moi ludzie jakoś sobie poradzą, ale po strzeleniu temu kretynowi plaskacza na którego zasługiwał, jestem spalona. Dopóki dowożą racje żywnościowe, pat będzie trwał, ale nie wiadomo ile ludziom starczy cierpliwości i czy łańcuch dostaw się nie załamie. Co gorsza, wśród pracowników chodzą plotki o tym, że zarząd, ze swoimi wyższymi managerami i sekretarkami oraz grupką zasłuchanych włazityłków, zabarykadował się na paru górnych piętrach i po prostu czekają, mając ze sobą sporo zapasów i popijając pieprzony Tignanello i poprawiając Veuve Clicquotem... Pieprzyć lojalkę i klauzule tajności. Panowie, Pani Wrońska, jesteśmy w dupie. Chorobę powoduje wirus, który namnaża się w śliniankach i krwi gospodarza i penetruje jego komórki. Potem go zabija, a następnie reanimuje i dąży do przeniesienia się na kolejną żywą istotę. Na razie nie ma na to lekarstwa. Możnaby spróbować immunostymulatorów, wysokiej klasy leków przeciwwirusowych, i tak dalej, ale nie mam tutaj do tego ani celu, ani środków, ani kogoś, kto został ugryziony, więc może wybrać tylko eksperymentalną terapię lub zgon. Wracając do wyjścia z budynku. Teoretycznie możnaby próbować wyjść siłą, ale z tym musielibyśmy się udać do szefa waszej ochrony, Tomasza Kaczmarka. A potem... Rozsądek nakazywałby opuścić miasto, gdyż duże skupiska ludzi, to potencjalnie duże skupiska zarażonych. Ale to pułapka. Wszyscy pomyślą dokładnie to samo i drogi wyjazdowe będą zablokowane. Trzeba znaleźć jakieś bezpieczne miejsce, zgromadzić nieco zapasów i przeczekać, aż sprawa się uspokoi. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc. Idioci wymrą, zostaną tylko chodzące zwłoki i ludzie używający mózgów. -
Auć. Doktor Wójcik była absolutnie niedelikatna w wizji pryszłości, zupełnie jakby była pewna, że los...cóż, przynajmniej tego miasta, jest już przesądzony.
Pozostało pytanie - co dalej?
Maksymilian teoretycznie miał zabezpieczoną drogę ucieczki. Ale czy Alicji i Sebastianowi można zaufać? -
21 DniGwoli wyjaśnienia dla czytaczy - Wrzuciłem 2 posty, ponieważ najpierw wrzuciłem wszystko to, co naspamiliśmy na discordzie, a potem faktyczny post ruszający akcję do przodu.
-
21 dni KwarantannyMichał Owczarek postanowił zostać i obserwować.
Można by rzec - powinność lekarza. Obserwować. Uczyć się. Leczyć. Pomagać. Po pierwsze - nie szkodzić.
Nieważne, czy to wirus, bakteria czy grzyb, nie ważne, czy ma ponadnaturalne, czy zwykłe źródła - jeżeli rozprzestrzenia się jak choroba, to choroby się leczy.Szybko okazało się, że Wójcik przyszła osobiście, z sześcioma ludźmi. I tak dla odmiany sprawiali wrażenie dobrze przygotowanych. Uzbrojeni, z kajdankami, z...kaganćem?! z kaftanem bezpieczeństwa, standardowo używanym w szpitalach psychiatrycznych. To wyglądało jakby spodziewali się, że schowek na szczotki skrywa zawartość porównywalną z tą, jaka kryje się za bramami piekieł.
Ich własne, małe piekło w Darpolu.
-Chcecie popatrzeć? To nie będzie przyjemny widok. Chłopcy, otwieramy. Zabezpieczamy i pobieramy próbki.- Stwierdziła Alicja Wójcik. Epidemiolożka była w tej chwili szefową swojego działu, osobiście nadzorującą przynajmniej część tego bałaganu.
Usunęli łatkę. Otworzyli drzwi. Wewnątrz schowka na szczotki stał on. Zbigniew, pracownik działu Human Resources. Wiktoria kojarzyła jego twarz. Obraz przed nimi był iście przytłaczający. Mężczyzna miał chorobliwie szarą skórę, mętny, nieobecny wzrok, a oczy sprawiały wrażenie jakby było na nich położone bielmo. Mimo że Zbigniew miał parę lat do czterdziestki, wyglądał tragicznie. Skóra była poszarzała, włos zmierzwiony. Jeden z rękawów koszuli miał podwinięty, a tam widać było kilkudniowy ślad po ugryzieniu, który zdążył zacząć ropieć, paprać się i chyba nawet częściowo gnić.
Widok nie był nieprzyjemny. I pierwsza "wskazówka" była taka, że rany od ugryzień zainfekowanych, zwyczajnie nie chcą się goić.

Chory reagował z opóźnieniem, ale jednak, rzucił się do przodu z wyciągniętymi rękami i z zębami. Ludzie Wójcik byli przygotowani i w kombinezonach - po krótkiej szamotaninie unieruchomili go, założyli mu kaganiec, następnie kaftan, a ręce dodatkowo skuli kajdankami.
-Szlag. Dwakroć szlag. Trzykroć szlag. - Mruknęła Wójcik. Szybko pobrali mu krew... a raczej coś, co do miana krwi pretendowało. Na poły bardziej stałe, aniżeli płynne, próbka substancji, która kiedyś była krwią, była cholernie czarna. Pobrali tyle próbek ile się dało.
-Zostawcie go tutaj, zamknąć, pilnować. W nocy przeniesiemy go na dół i poza budynek. Panika rozniesie ten budynek na strzępy, jak dowie się ktoś, kto nie powinien. Do końca miałam nadzieję, że może po prostu zachlał, albo wstydził się przyjść ze względu na jakąś chorobę weneryczną... Dziękuję wam za pomoc. Moi ludzie przeszukują tropy drugiego zaginionego. Biorąc pod uwagę stan Zbigniewa... My dzisiaj nie śpimy. Ale wy powinniście.-
Dzień III, Poranek.
Rozpoczęcie kolejnych 24 godzin w biurowcu objętym kwarantanną. Żyć nie umierać.
Ta noc nie należała do najprzyjemniejszych. Co więcej - świat zdawał się potwierdzać słowa sanitariuszy i to, co znaleźli w social-mediach. W nocy było słychać jakby więcej pojazdów na sygnałach - straży pożarnej, karetek pogotowia, policji. Ktoś, kto nocą wyjrzał przez okno, mógł zobaczyć jak panorama miasta, zamiast niemrawo lśnić światłem lamp ulicznych, błyska głównie błękitem, a niekiedy również i czerwienią. Miasto znajdowało się w stanie nienaturalnego pobudzenia i wydawane przezeń dźwięki, też nie należały do naturalnych.

Sebastian siedział w palarni. Ile ten Człowiek miał zapasów, że nadal siedział z fajkiem w zębach? Stamtąd miał niezły widok na stolicę.
-Tak oto Warszawa pogrąża się w chaosie, a świat ludzi upada. - mruknął sam do siebie, odpalając szluga od zapałki, którą następnie wyrzucił za okno. -I chuj. I tak nie lubiłem tej pracy. -Nie wiedział nawet ile miał racji...
W budynku, w godzinach porannych, czy się chciało, czy nie - powinien panować gwar, chociażby w postaci ludzi stających w lobby, robiących na zaś "kolejkę", żeby wcześniej dostać swój przydział racji żywnościowej. Tymczasem panowała złowroga cisza.
Maksymilian, Wiktoria i Michał spotkali się i przywitali w Lobby, po tym, jak zeszli na dół. Po schodach, bo windy zostały z jakiegoś powodu unieruchomione. Po drodze mijali ludzi, który sprawiali wrażenie bardzo nerwowych, a większość z nich nosiła przy sobie rzeczy takie jak miotły, nogi od krzeseł czy od stołów... Wszystko, co z takich warunkach mogło robić za broń do ochrony osobistej.
Czy coś się stało w nocy? Kurważ mać - Zbigniew im nawiał i narobił paniki, ambarasu, oraz dołożył do bilansu nowych pogryzionych?!
Rzeczywistość okazała się gorsza. W lobby było mało ludzi, trzymających się w niewielkich grupkach, zachowujących się dość nerwowo. Mieli też przy sobie - co kto dał radę znaleźć lub zrobić - torby, plecaki, wszystko, w co można załadować zapasy, gdy już je przywiozą około południa. Zupełnie, jakby bali się przebywać w większej grupie ludzi. Wiktoria szybko zorientowała się, że podział nie jest przypadkowy - grupki łączył podział zgodnie z departamentami i piętrami. Technicy z technikami, HR-owcy z HR-owcami, Księgowi z księgowymi...
Ochrona Darpolu też sprawiała wrażenie nerwowej, a ruch ochroniarzy był skupiony właśnie na lobby.
Drzwi na zewnątrz były otwarte, ale nadal obstawione. Nadal nie można było wyjść. Za to zobaczyli, jak budynek opuszcza kilku pracowników pod eskortą, Zbigniew, nadal w kagańcu, unieruchomiony i przypięty do łóżka, oraz jedno łóżko na którym leżał charakterystyczny worek, który Owczarek rozpoznał natychmiast.Worek na zwłoki.
Co tu się odjebało?!
-Nad ranem miał miejsce atak. - Nikt nie zdążył zadać pytania, ale gdzieś obok Maksymiliana, właściwie znikąd, pojawił się Sebastian. Wcisnął też Krukowi do ręki rurę, która z całą stanowczością stanowiła jeszcze niedawno nogę od jakiegoś metalowego krzesła w palarni.
-Chłopaki od tej całej Wójcik przeszukali całe 20 piętro, potem kilka innych, ale nic nie znaleźli. A nad ranem Józek Mengla, ten od IT, wpadł w szał i zaczął gryźć ludzi. Po prostu. Pogryzł, a niekiedy nawet oderwał kawałek mięsa. Dopiero ochroniarz go odstrzelił. Wpakował w niego cały, kurwa, magazynek, a temu nic,czaicie? dopiero jak dostał kulkę w łeb, przestał się ruszac. Zwłoki i pogryzionych.. i Nowaka, który jest w nie lepszym stanie niż Józek zanim go odstrzelili, wywalili na zewnątrz, do szpitala, czy coś. Hazmaciarze mówili, że "zagrożenie biologiczne". - Wyjaśnił.-Człowieku, czy do ciebie dociera, co ja mówię?! Budynek jest CZYSTY. Nie ma sensu nadal utrzymywać kwarantanny! Powinniśmy rozwieźć tych ludzi do domów, najlepiej żeby zostali w domach i czekali na rozwój wypadków! -
Dobiegło do nich. Pod drzwiami wejściowymi, dr. Wójcik właśnie wykłócała się z jakimś uzbrojonym Policjantem, najwidoczniej będącym jednym ze starszych zabiurkowych, mających jakiegoś rodzaju moc decyzyjną.
-
21 dni Kwarantanny-O to się proszę nie martwić, Panie Owczarek.- Odparł jeden z sanitariuszy. Zabrzmiało to równie fałszywie, jak wiele razy kiedy on sam mówił to pacjentom, zanim jeszcze zabrali mu uprawnienia. A przecież każdy lekarz powtarza to przynajmniej kilka razy dziennie...
Więc plan przeszukania piętra był uż sformułowany, wnioski wyciągnięte, ścieżka zaplanowana. Ryszard zamknął drzwi archiwum, gdy wyszli. Wiktoria, Michał, oraz ich pomoc od Dr. Wójcik, zostali sami w przytłaczającej ciszy 15-stego piętra tego wieżowca. Dotąd tylko ochroniarze na nocnej zmianie mieli świadomość tego jak to jest, kiedy na przestrzeni 2 kilometrów kwadratowych, poodgradzanych ścianami drzwiami, jedyne co słyszysz, to własny oddech i własne kroki. Stłumione nieco najtańszą biurową wykładziną imitującą dywan. Najgorszy był panujący na korytarzach półmrok, wynikający z późnej pory. Zaledwie połowa świateł była zapalona – Bóg jeden wie, czy z powodów technicznych, czy to jakiś tryb nocnego oświetlenia. W tym budynku nic nie działało tak, jak wszyscy byli przyzwyczajeni, że świat i budynki biurowe powinny działać.

Sanitariusze pomagali używając poręcznych latarek i z reguły szli z przodu. Możliwe, że byli zorientowani w potencjalnym zagrożeniu bardziej, niż mogło się wydawać. Kolejne ciągnące się w nieskończoność minuty,kolejne przeszukane pomieszczenia, kolejne zamknięte i oznaczone przez nich drzwi – byli, przeszukali, zamknęli, pusto.
Może nie było to najtrudniejsze z zadań – co to jest, wejść do pomieszczenia, rozejrzeć się, zajrzeć pod biurka, do szaf mogących pomieścić Człowieka, toalet, schowków. Bardzo szybko okazało się, że proste zadanie jest istnym Tour de Frustracja, gorszym nawet niż poszukiwanie pracy, czy, o zgrozo, szukanie tego jednego używanego samochodu o zdrowym stosunku ceny do jakości, który nie rozpadnie się kilka dni po zakupie.
I cholera, nic. Ani widu, ani słychu ich zguby. Żadnych śladów. Żadnych dźwięków. Tylko literalny wrzask ciszy. Wrócili do holu i Wrońska rozłożyła na stole plan piętra, starając się ustalić co jej umknęło.

-Kurwa mać. No rozpłynął się. Wójcik nam łeb ukręci przy samych kostkach. - Stwierdził jeden z sanitariuszy.
-Tak mówisz, jakbyś faktycznie chciał go znaleźć. Jeżeli naprawdę jest chory...-
Dialog przerwał im cichy odgłos dochodzący z klatki schodowej, który narastał. Kroki. Po chwili z klatki schodowej do recepcji 15-stego piętra wszedł Maksymilian Kruk, któremu dopiero teraz udało się ustalić, gdzie właściwie poszli Wiktoria i Michał.
-A ty tu czego? Piętro może być mało bezpiecznie. Przysłała cię Dr. Wójcik? - Zapytał Sanitariusz.Niewiele więcej zdążyli powiedzieć, zanim Wiktoria doznała olśnienia i zauważyła ten jeden detal. Ten jeden cholerny schowek, który niechcący jakimś cudem pominęli. Naniosła ołówkiem trasę z archiwum do klatki schodowej. Zgadzało się.
Ruszyli do owego schowka.
Niestety, zgadzało się.
Drzwi schowka na środki czystości, mopy, szczotki, i temu podobne, były niemalże niewidoczne w charakterystycznym układzie korytarza – głównie przez ten cholerny półmrok. Drzwi były zamknięte, ale klamka sprawiała wrażenie obluzowanej. Jakby ktoś nagle, dużą masą się za nią złapał i jedna ze śrubek nie wytrzymała presji. Cisza ustąpiła dźwiękowi bardziej złowieszczemu. Zza drzwi było słychać ciche, gardłowe pomruki, przeplatane ciężkim, nierównym oddechem i od czasu do czasu głuchym szurnięciem. Zupełnie jakby ktoś stał tam od dawna, nie wiedząc już po co, czekając na coś, szurając z przyzwyczajenia nogą...
-Mmmmrrrrr....hhhhhhhh....urrrr.....szur......uuueeeeee....-Michał chciał wierzyć, że dźwięki które słyszał za drzwiami da się racjonalnie wyjaśnić. Chciał wierzyć, że jakiś szczęściarz uprzedził go i dobrał się do zapasów koniaku i whisky zachomikowanych w gabinetach dyrektorów. Schował się w schowku na miotły by w spokoju się urżnąć a teraz walczył z ciasną przestrzenią i gratami o które się obijał nie kontrolując własnych ruchów. Pijany pomrukiwał gardłowo. Jemu też się przecież nieraz zdarzało, choć nie w schowkach. Chciał wierzyć, że za tymi drzwiami wcale nie znajdą Zbigniewa, ich pacjenta zero i Wiktoria się pomyliła, źle wytypowała kryjówki.
Ratownikowi wciąż towarzyszył niepokój, to ukryte pod skórą przeczucie, którego nie potrafił nawet nazwać. Stał jak kołek. Popatrzył na blondynkę i faceta, który do nich dołączył w trakcie poszukiwań. Maksymilian Kruk, tak się im chyba przedstawił. Potem przeniósł wzrok na towarzyszących im sanitariuszy.
— To który z panów na ochotnika? — zapytał i uśmiechnął niezłośliwej jak potrafił choć nie było mu do śmiechu — Bo jeśli ktoś tam teraz sra do wiadra, ja pasuję.
Wiktoria uniosła dłoń, dając znak, by nikt jeszcze nie naciskał klamki.
— Chwilę.Spojrzała na sanitariuszy.
— Skoro jest szansa, że to właśnie jego szukamy, nie otwierajmy tych drzwi odruchowo.
Zbliżyła się o krok, pozostając jednak poza zasięgiem skrzydła drzwi.
— Zbigniew? Słyszysz mnie? Tu Wiktoria z HR-u. Przyszliśmy ci pomóc.
Przez chwilę nasłuchiwała odpowiedzi.
— Jeśli mnie słyszysz, odezwij się. Nie musisz otwierać drzwi. Wystarczy, że powiesz, czy wszystko z tobą w porządku.
Maksymilian patrzył w milczeniu, jak Wiktoria próbuje stosować korporacyjną dyplomację na czymś, co brzmiało jak człowiek dławiący się własną krwią. Przeniósł powolne spojrzenie na ratownika, a potem na sanitariuszy w kombinezonach.
— Nikt mnie nie przysłał — odparł spokojnie, stając z boku, wyraźnie poza łukiem otwierania drzwi. — Przyszedłem, bo wy chyba jako jedyni wiecie, z czym tak naprawdę tu siedzimy. Ale widzę, że zaraz sam się przekonam.
Wskazał dłonią na uszkodzony mechanizm schowka
— Z tym w środku raczej pani nie porozmawia, pani Wiktorio. Słychać, że jest coś z nim nie tak. A klamka jest wyrwana z gwintu, jakby ktoś szarpał się z nią siłowo i na oślep.
Maks cofnął się o pół kroku, kalkulując własne szanse na wypadek, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli.
— Macie te kombinezony nie bez powodu. Jeśli zamierzacie to otworzyć, zróbcie to z boku. Radzę nikomu nie stać w świetle drzwi.
-Uuuuurrrrhhhh.... aaaaeeeee.......- Doszło ze schowka. Zaraz potem usłyszeli serię głuchych, ale dość słabych uderzeń w drzwi. Zadrgały, ale zamek wytrzymał. Ktokolwiek był po drugiej stronie, po słabej próbie sforsowania drzwi, ponownie się uspokoił. Sanitariusze spojrzeli po sobie i jeden z nich wyciągnął krótkofalówkę. - Pani Doktor, znaleźliśmy jednego z zaginionych. Prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, odnalezienia pacjenta Zero na terenie 15-stego pietra w schowku nieopodal archiwum. Procedura? Odbiór. - Zapytał.
Przez chwilę nie odpowiedział im tylko sygnał krótkofalówki, ale potem epidemiolog odpowiedziała. -Tu Wójcik. Zabezpieczyć pomieszczenie. Zarażony NIE MOŻE się wydostać bez asysty. Wysylam do was zespół ze sprzętem. Transport byłby zbyt niebezpieczny, założymy dodatkowy posterunek na 15-stym. W przypadku potwierdzonej agresji i ryzyka infekcji osób postronnych, upoważniam do neutralizacji celu ze skutkiem natychmiastowym. Przyślijcie do mnie Owczarka i Wrońską. Odbiór. -
Sanitariusze ponownie po sobie spojrzeli i wzięli pobliską, charakterystyczną metalową "ławkę" która w istocie była rzędem pojedynczych siedzeń spiętych metalem, jakby Darpol bał się, że im pracownicy te krzesła powynoszą. Podstawili ją pod drzwiami i obaj usiedli. -My tu sobie poczekamy, taka praca. Tylko ani mru mru o tym. Panika może zaszkodzić wszystkim, a i tak ledwie ktokolwiek panuje nad sytuacją. Ale hej, są dobre strony tego. Jak drugi się znajdzie, będziemy mieć względną pewność, że budynek jest bezpieczny i nie ma w nim choroby, Co innego... w Warszawie. -– Zaraz, chwila... Co wyście właśnie powiedzieli? Jak to "co innego w Warszawie"? Zapytał Maksymilian.
Przeniósł ostre spojrzenie z jednego mężczyzny na drugiego, stanowczo domagając się odpowiedzi.
– Siedzimy w biurowcu, piętnaście pięter nad ziemią, podpierając drzwi ławką, żeby nie wylazło stamtąd coś, co dostaliście rozkaz odstrzelić w razie kłopotów... – urwał na moment, zerkając nerwowo na klamkę schowka. – A wy mi tu rzucacie od niechcenia, że ze stolicą jest jakiś problem? Co tam się do jasnej cholery dzieje? Jak bardzo to gówno wymknęło się spod kontroli na zewnątrz? Mówcie, co wiecie. Nie możecie zrzucić takiej bomby i po prostu oczekiwać, że wszyscy grzecznie wrócą do excela.
-Już i tak ci za dużo powiedziałem. Rozmawiaj z Doktor Wójcik na ten temat. - Uciął sanitariusz, orientując się, że był zbyt wylewny.
Gdyby sanitariusz potrafił czytać w myślach, zrozumiał by jak niewiele dzieli Michała by ten zdzielił go po pysku.
– Jak zacząłeś temat, to go skończ – warknął ratownik i zrobił krok w kierunku mężczyzny. Nie był postury Pudzianowskiego, ale daleko było mu też do koguta wagi lekkiej i kiedy trzeba, potrafił zdominować przestrzeń.
– Masz już dość waszego partactwa, tej waszej bezczelności. Powtórzę to jeszcze raz bo chyba to nie dotarło t do twojej szefowej, ale może ty zrozumiesz. Daliśmy wam z Wiktorią listę pacjentów zero a wy i tak to spierdoliliście. Teraz ganiamy po całym budynku, bo nie umieściliście dopilnować jednej prostej rzeczy. Nie będę pytał Wójcik, zapytam ciebie bo jesteś mi to winny jak psu buda. Co się kurwa mać dzieje w Warszawie?
Wiktoria zrobiła krok w stronę sanitariusza.
— Nie oczekuję, że złamie pan rozkazy.
Krótką chwilę patrzyła mu w oczy.
— Ale przed chwilą sam pan zasugerował, że sytuacja poza budynkiem ma znaczenie dla naszego bezpieczeństwa.
Za chwilę mamy wejść do kolejnych pomieszczeń i szukać następnej osoby. Jeżeli jest coś, co może wpłynąć na nasze decyzje albo zwiększyć nasze bezpieczeństwo, proszę nam to powiedzieć. Nie pytam z ciekawości. Nie jesteśmy dziennikarzami ani przypadkowymi ludźmi z korytarza. Niemal od samego początku pomagamy doktor Wójcik ograniczać ryzyko. Jeśli mamy dalej to robić, potrzebujemy wiedzieć więcej, żeby nie popełnić błędu.-Sam żeś jest partacz...- Sanitariusz zaczął odpowiadać Michałłowi, ale drugi mu przerwał, kładąc rękę na ramieniu. -Andrzej, mają prawo wiedzieć. Z resztą, co nam zrobią, zastrzelą? wsadzą do pierdla? Może pozbawią prawa wykonywania zawodu?- Parsknął śmiechem, jakby wszystkie te, poniekąd straszne rzeczy, były odległe i nieistotne. Spojrzał na Wiktorię. I zaczął mówić.
-Więc... W Warszawie jest kipisz. Widzicie, wszyscy myśleli, że to jest kolejna sytuacja typu "Covid-19", czyli, że można to po prostu olać. Nikt nie wziął na poważnie. No bo kto normalny uwierzy w odmianę wścieklizny, która popycha ludzi do kanibalizmu? Parę dni temu Niemcy zaczęły się dosłownie załamywać. Ilość przypadków poszła pionowo w górę. Ludzie atakowali innych ludzi, gryźli ich, niekiedy wręcz zaczynali zjadać. A potem okazało się, że nie bardzo umieją to leczyć. Zanim ktokolwiek podjął decyzję o lockdawnie, dotarło do nas. Myślicie, że czemu Darpol znalazł się pod kwarantanną? W całym mieście objęto kwarantanną około 450 dużych budynków, co do których była względna pewność, że w środku jest ktoś, kto właśnie wrócił z terenu objętego nową plagą. Ale to już musztarda po obiedzie. Im większe skupisko ludzi, tym mniejsza szansa, że uda się to opanować. Polska jest skazana na zagładę. Europa prawdopodobnie też.- Pokręcił głową, urwał na chwilę, spoglądając w ścianę przed sobą, jakby chciał z niej odczytać rozwiązanie. - A co do bezczelności i niekompetencji. Spróbuj kiedyś objąć kwarantanną budynek w którym jest parę dziesiątek pięter, oraz przebadać wszystkie 5-6 tysięcy ludzi tu pracujących, zwłaszcza, jeżeli NIE CHCĄ się dać przebadać i ukrywają się. Ten za moimi plecami miał pecha faktycznie być zarażonym i to ukrywać. Ale na przykład zarząd Darpolu zabunkrował się na górnych piętrach, nie chcą zejść, ani nas wpuścić, ani się przebadać. Utrzymują, że są zdrowi.-Michał przestał słuchać w chwili gdy usłyszał “Polska jest skazana na zagładę. Europa prawdopodobnie też”. Potem nie pamiętał co się z nim działo, gdy sanitariusz gadał dalej. Chyba klapnął na tyłku, bo gdy się ocknął siedział na posadzce.
Co on pierdoli - pomyślał - Jaką zagładę? To nie jest film Romero. To niemożliwe. Po prostu niemożliwe.
Potem przypomniał sobie o Oli. O jej dziecku, które nie było jego. O ich ostatniej rozmowie. O rodzicach. O Zbyszku. O wszystkich których znał w tym mieście.
To niemożliwe - powtarzał w myślach choć wiedział, że to takie samo kłamstwo jak wtedy gdy wmawiał sobie, że kontroluje picie a potem rozwalił mu się świat, wyjebali to z roboty, stracił prawo wykonywania zawodu a dziewczyna, która kochał od czternastego roku życia go zostawiła. Podpierając się ściany podniósł się w końcu na nogi, choć były miękkie i ledwo utrzymywały jego ciężar. Popatrzył na sanitariuszy, ale po raz pierwszy od dawna zabrakło mu języka w gębie.
— Dobra…- jego głos brzmiał jakby właśnie wykopali go z grobu — Czyli mamy koniec świata. Jebaną apokalipse zombie.
Powiedział to w końcu na głos, choć od rana przekonywał sam siebie i innych wkoło, że patologiczna agresja zwłok skrót myślowy, którego użyła Wójcik.
— Chyba muszę się napić. Czy któryś z panów będzie tak miły i wyciągnie mi wszywkę?Wiktoria nie odezwała. Analizowała wszystko w sobie.
Słowa sanitariusza odbijały się echem gdzieś z tyłu głowy." Polska jest skazana na zagładę. Europa prawdopodobnie też."
Brzmiało to absurdalnie. Jak opis filmu klasy B, który Maja z przejęciem opowiadała jej kiedyś po powrocie ze szkoły. Tyle że tam wszystko kończyło się napisami końcowymi. Tutaj stali na piętnastym piętrze biurowca, kilka metrów od drzwi, za którymi ktoś właśnie pomrukiwał jak zwierzę.
Nie. To nadal nie mogło być prawdą.
Prawie odruchowo wyjęła telefon i otworzyła serwisy informacyjne. Przesuwała kolejne nagłówki, szukając czegokolwiek, co potwierdzałoby słowa sanitariusza.
Zamieszki.
Zamknięte ulice.
Kolejne komunikaty służb.
Brak oficjalnych informacji o tym, co naprawdę dzieje się poza kordonami.Nie wierzyła jeszcze w apokalipsę zombie.
Ale pierwszy raz od początku kwarantanny przestała wierzyć, że wszystko da się racjonalnie wyjaśnić.
Maksymilian milczał przez chwilę, próbując przetrawić te absurdalne rewelacje. Opowieści o końcu świata brzmiały jak kiepski żart, ale głuche uderzenia i charczenie dobiegające zza drzwi były aż nazbyt realne.
— Z wódką daj na wstrzymanie, Michał. Serio, będziesz nam teraz potrzebny na trzeźwo, obaj o tym wiemy — odezwał się spokojniej, bez swojego zwykłego chłodu, patrząc na ratownika z czymś na kształt zrozumienia.
Następnie przeniósł wzrok na Wiktorię, a potem na obu sanitariuszy.
— Słuchajcie, rozumiem, co mówicie. Ale skoro na zewnątrz miasto faktycznie płonie, to ci na dole zaraz przestaną się bawić w kwarantannę i procedury. Jeśli wojsko wpadnie w panikę, to po prostu zaryglują ten budynek na głucho i nas tu zostawią. Zanim wpadnie ta wasza ekipa od brudnej roboty, powiedzcie wprost: jak bardzo to wszystko wymknęło się spod kontroli? Czy Wójcik ma jeszcze na dole cokolwiek do powiedzenia, czy to zbrojni już całkowicie rozdają karty?
-Karty będą rozdawane przez rząd i polityków tak długo, jak będzie im się wydawało, że mogą to opanować. Nie sądzę, żeby wpadła tu jakakolwiek ekipa od brudnej roboty, ale kwarantanna prędzej czy później zacznie się sypać, albo od zewnątrz,albo od wewnątrz. Trudno orzec kto ma tutaj cokolwiek do powiedzenia. Widzieliście co się stało w lobby. Rządowcy gotowi walczyć z ludźmi w imię utrzymania kwarantanny wycofali się, kiedy okazało się że jest możliwa strzelanina z ochroną budynku. Wbrew pozorom uzbrojona ochrona to luksus, którego może nie mieć na przykład objęte kwarantanną centrum handlowe, gdzie ochronę stanowią emeryci i renciści drugiej grupy. Ale na pytanie jak bardzo jest źle... powiedziałbym, że chujowo i niestabilnie. Będzie tylko gorzej. - stwierdził Andrzej.
Michał jako lekarz nauczył się przekazywać najgorsze wiadomości w taki sposób by nie brzmiały jak najgorsze wiadomości. Nigdy więc nie mówił “Zostało pani sześć miesięcy życia”, “Skacząc do wody wasz syn przerwał rdzeń kręgowy i w zasadzie jest już warzywem”. Zawsze łagodził przekaz, nie mówił wprost tego co myślał, ubierając brutalną prawdę w eufemizmy, które w jego ustach brzmiały niemal jak pocieszenie. W towarzystwie innych medyków już nie szczypał się język, dlatego wiedział, że to co powiedzieli Andrzej i jego kolega to nie jest żadna przesada, że “Polska skazana na zagładę” znaczy to samo co “Zostało pani sześć miesięcy życia” i “Wasz syn jest warzywem”. To nie byli ludzie z ulicy, lecz jednostka epidemiologiczna. Nie mieli powodu kłamać, nie mieli powodu dramatyzować ani naciągać faktów.
Spojrzał na Maksa, który kazał mu dać z wódką na wstrzymanie, potem na Wiktorię. Zachowali więcej spokoju niż on sam, więc albo lepiej maskowali strach albo jeszcze nie pojęli sensu słów mężczyzn. Andrzej już nie bawił się w subtelności i nazwał rzeczy po imieniu. Jest chujowo i niestabilnie. I będzie jeszcze gorzej.
— Mówi prawdę — rzucił cicho Michał do swoich towarzyszy. Zobaczył, że Wiktora sprawdza coś w telefonie i powtórzył — Mówi prawdę.
Maksymilian zaklął cicho pod nosem i sięgnął do kieszeni bojówek. Od rana dusił w sobie pokusę sprawdzania wiadomości, żeby zachować marną resztkę baterii na krytyczny moment, ale teraz oszczędzanie prądu straciło jakikolwiek sens. Jeśli miasto za oknem faktycznie płonęło, musiał wiedzieć...
Zignorował oficjalne, ocenzurowane serwisy. Otworzył komunikator i wszedł na swoje kanały informacyjne: zamknięte grupy ,fora i lokalne czaty. Przesuwał kciukiem po pękniętym ekranie, czekając w półmroku korytarza, aż załadują się jakiekolwiek amatorskie nagrania czy streamy na żywo z ulic. Chciał na własne oczy zobaczyć skalę tego chaosu.
Maks daleko nie ujechał. Bateria bez ładowania po 2 dniach w jego podstarzałym telefonie poddała się zaledwie parę chwil po tym jak wszedł na grupę na telegramie "Gafer i Trytka ratują świat przed upadkiem" i zdążył tylko uchwycić jakieś urywki informacji o przepełnionych szpitalach i kwarantannie rozciągającej się na coraz więcej budynków, oraz miast. Wiktoria miała więcej szczęścia. Trafiła na krótką rolę - reportaż dotyczący przepełnionych szpitali. Konkretnie był to fragment, w którym dziennikarka będąca na miejscu miała pecha. Tuż obok niej przechodził patrol policji, prowadzący gościa, który wyglądał na chorego. chorobliwie poszarzała skóra, mętny, rozbiegany wzrok, ociężały chód. Nagle zatrzymał się. Policjant za nim próbował go pchnąć, żeby szedł dalej, ale ów, nie zważając na policję, kajdanki i cokolwiek innego, po prostu nagle, choć niezbyt żwawo, rzucił się na dziennikarkę z zębami i ugryzł ją w odsłoniętą dłoń. Nagranie kończyło się na tym, jak policjaci szamoczą się z chorym, próbującym ugryźć kogokolwiek, kto jest w zasięgu jego zębów.
Wiktoria nie odezwała się ani słowem. Nagranie, które znalazła, pochłonęło ją na jakiś czas. Oparła się o ścianę, a ekran telefonu oświetlał jej twarz. Na pierwszy rzut oka trudno było dostrzec na jej twarzy strach czy dezorientację. Kobieta wciąż zdawała się stać twardo na ziemi, jakby żadne słowa jej nie ruszały.
Mimo to gdzieś wewnątrz Wrońska wcale nie czuła się pewnie. Raz za razem ponownie odtwarzała nagranie. Postronne osoby mogły jedynie słyszeć dźwięk. Dziennikarka opowiadała o przepełnionych szpitalach, po chwili było słychać gardłowy, męski, nienaturalny warkot, potem krzyk przerażonej kobiety, następnie jakichś mężczyzn, którzy pewnie ruszyli jej na ratunek.
Otworzyła nagranie jeszcze raz.
Potem drugi.
Trzeci.
Za każdym razem echem od ścian odbijał się kobiecy krzyk przerażenia. W ciszy korytarza zdawało się to być nieznośne, może nawet lekko niepokojące. Wiktoria zatrzymywała kolejne klatki, powiększała obraz, szukając czegokolwiek, co pozwoliłoby jej uznać, że to manipulacja. Nieudolny montaż. Źle zinterpretowana sytuacja. Cokolwiek.
Zacisnęła mocniej palce na telefonie, kiedy zdała sobie sprawę, że niczego takiego nie znajdzie. Że to, co widziała, najprawdopodobniej było prawdziwe. I że agresywny mężczyzna, który zaatakował dziennikarkę, pomału przestawał wyglądać jak człowiek. Zatrzymała nagranie na jego nienaturalnie wykrzywionej twarzy, na otwartych ustach, wystawionych zębach, gnijących dziąsłach.Co to, kurwa, było?!
Jeszcze kilkanaście minut temu próbowała tłumaczyć sobie wszystko nową odmianą wścieklizny, paniką społeczną, błędnymi decyzjami władz, odruchem łazarza. Nadal bardziej wierzyła w chorobę niż w żywe trupy.
Tym razem jednak nazwa przestała mieć znaczenie. Człowiek na nagraniu nie zachowywał się jak człowiek. Niezależnie od tego, jak medycyna nazwie tę chorobę, jej skutki wyglądały dokładnie tak samo. I zdawały się być nieodwracalne.Wiktoria powoli opuściła telefon. Słyszała Michała, ale nie odpowiedziała mu, nie obdarzyła spojrzeniem. Przycisnęła łopatki mocniej do ściany, chciała poczuć jej chłód. Stopy przywarły mocniej do podłogi, poczuła niewygodę, jaką dawały jej teraz buty na wysokim, cienkim obcasie.
Wymień pięć rzeczy, które teraz widzisz wokół siebie.
Wymień cztery rzeczy, których możesz dotknąć.
Wymień trzy rzeczy, które słyszysz.
Wymień dwie rzeczy, które możesz powąchać.
Wymień jedną rzecz, którą możesz posmakować.Technika uziemiająca. Trochę pomogła, jednak sytuacja była zbyt nietypowa.
Jeżeli to naprawdę jest początek czegoś większego... ilu ludzi w tym budynku jeszcze o tym nie wie?
W głowie zaczęły pojawiać się pierwsze naprawdę niepokojąca myśl.
A jeśli oni mają rację?Zaraz potem przyszła druga.
Co z rodzicami?Mimowolnie spojrzała na wskaźnik zasięgu. Na baterię. Na godzinę. Miała ochotę zadzwonić. Upewnić się, że wszystko w porządku. Jednocześnie wiedziała, że jeśli usłyszy w słuchawce strach, sama przestanie myśleć racjonalnie.
Schowała telefon. Nie dlatego, że wszystko już wiedziała. Dlatego, że po raz pierwszy od początku kwarantanny bała się tego, co mogłaby zobaczyć na następnym nagraniu.Wiktoria spojrzała na Michała pierwszy raz od chwili, gdy telefon wylądował z powrotem w kieszeni spódnicy.
— Obiecaj mi jedno.
Jej niebieskie tęczówki nie ustąpiły, póki nie odwzajemnił jej spojrzenia.
— Zanim się napijesz... zróbmy wszystko, żebyśmy wyszli stąd żywi.
Gdyby Wiktoria wiedziała ile razy w życiu Michał coś komuś obiecywał a potem łamał słowo, to by go o nic nie prosiła. Był ostatnią osobą, na której można polegać. Chciał uciec spojrzeniem w bok, ale mu nie pozwoliła. Poczuł jak uchodzi z niego całe powietrze i w końcu się poddał.
— Nie obiecuję, ale spróbuję — odpowiedział. Nie zapytał co zobaczyła w telefonie, wystarczyły dźwięki, które usłyszał, gdy oglądała nagranie.
Popatrzył na drzwi, za którymi powarkiwał pacjent zero a potem przeniósł wzrok na sanitariuszy.
— Muszę to zobaczyć. Chcę zobaczyć, jak wasi będą go stamtąd wyciągać.
Nie wiedział czy kieruje nim lekarska ciekawość, czy coś więcej. Jaskiniowcy rozpalali pochodnie by rozproszyć ciemności i zobaczyć jakie potwory się w nich kryją. Bo z tym co człowiek może objąć wzrokiem i rozumem łatwiej walczyć. Jeśli Wiktoria chciała wyjść z Darpolu żywa, musieli zrozumieć z czym się mierzą. Zrozumieć jak to neutralizować.
-
Ścieżki Przeklętych - komentarzePo prostu na razie niech robi za NPCta. Jak nie wróci dłuższy czas,to postać zawsze można odrzucić na stos kart odrzuconych ^_^
-
21 dni KwarantannyWbrew temu czego można by się było spodziewać, kiedy Maksymilian wszedł do "szpitala polowego", nie panowała tu żadna nadmierna paranoja, ani ścisłe regulacje dotyczące bezpieczeństwa biologicznego. Właściwie od razu podszedł do niego jeden z załogi Dr. Wójcik. Zapytał o samopoczucie, objawy, skrótową historię medyczną... Ogólnie, doświadczenie było o wiele bardziej pozytywne niż w jakiejkolwiek przychodni. Zupełnie jakby traktowali swoją robotę serio.
Szybko zrobili mu wymaz z noso-gardzieli, poprosili o próbkę śliny i próbkę krwi.
Zaledwie 10 minut później dostał zielony plastik na smyczy, informujący postronnych o fakcie iż jest zdrowy. -
Ścieżki Przeklętych - komentarzeodpisane. Czemu mam wrażenie, że wszyscy poza Adolfem i Matthiasem proszą się o przedwczesne zakończenie sesji? xD
-
Ścieżki PrzeklętychWytrawny strzał.
Adolf już kilkakrotnie widział jak Kalten posługuje się łukiem i to nie była pierwszyzna. Argumenty towarzysza były jak najbardziej trafne. Eiche mniej więcej orientował się, co właściwie można znaleźć w imperialnych lasach po przejściu armii chaosu, a już wcześniej nie były one wcale bezpieczne.O ile o Drakwaldzie można powiedzieć, że to "las imperialny", bo to raczej Drakwald posiadał sam siebie, a imperium znajdowało się wokół niego, w trudzie i znoju próbując wyrywać zeń zasoby - drewno, mięso, skóry, ukryte pod drzewami metale, a gdy i tego wszystkiego nie stanie - nowe pola pod budowę siół i pod siew.
Tarczownik zaczął się rozglądać za co lepszymi, grubszymi kawałkami chrustu, które zapewnią im światło i ciepło, jak również dadzą ognisko dość gorące, ażeby oprawioną sarnę upiec. Nie ma nic gorszego niż niedopieczona dziczyzna.
Niestety, rzecz jasna, obaj ze swoim żelastwem byli tutaj obcymi, a las słyszał każdy nieostrożny krok, każdą pękniętą pod krokiem gałązkę, każdy szelest odgarnianych liści. Mimo swoich wysiłków aby choć trochę ograniczyć hałasy, Adolf nadal dawał o sobie znać, zbierając kolejne kawałki chrustu i krocząc za Matthiasem w stronę obozu.
-
Ścieżki Przeklętych - komentarze@wired Adolf będzie zdania bezpieczeństwo > pełny żołądek, ale nie widzi problemu w tym, żeby mieć jedno i drugie. Dlatego myślę, żeby spróbować sarnę ubic, powiesić ją "na szybko" na drzewie, a potem pójść sprawdzić zapach dymu. Zgarniemy ją wracając. Co sądzisz?
-
21 dni KwarantannyMaksymilian
Maksymilian zdążył zejść na dół, akurat w momencie, w którym widział, jak Wiktoria, Michał, oraz dwóch sanitariuszy rozmawiają o czymś, a następnie kierują się w kierunku wind i schodów.
I zaczepił go ochroniarz.
-Hej, nie masz plakietki?- Zapytał, pokazując mu swoją, dyndającą na smyczy, na jego szyi. Zielona, plastikowa przepustla.
-Idź lepiej do tych od Hazmatu i niech cię zbadają i ci dadzą. Ludzie dostają pierdolca na punkcie tego. A jak nie masz, to już w ogóle. Jak jesteś zdrowy, to dadzą ci tę zieloną. Niby nikt nie mówił, że to obowiązkowe, ale nie wiadomo co ludziom do głowy strzeli. Na razie jest paranoja gorsza niż z kaszlem-19.
Michał i Wiktoria
Czas nikogo nie rozpieszczał. Zwłaszcza w takim miejscu i w takich warunkach.
Dwóch postawnych sanitariuszy z zielonymi przepustkami dołączyło do Michała i Wiktoria zaraz po tym, jak Dr. Wójcik odeszła do swoich zajęć, jakiekolwiek by one nie były. Stanęli przed trudnym orzechem do zgryzienia - dwóch potencjalnie zarażonych, którzy umknęli "obławie" i nie stawili się na badanie. Owszem - na podstawie słów epiodemiolożki, nie można było zagwarantować, że oświadczenie "budynek jest bezpieczny" otworzy im jakiekolwiek drzwi, ale odsunięcie potencjalnego wybuchu zarazy, czy to w czasie, czy w ogóle zapobiegnięcie takiemu, brzmiało jak niezgorszy plan.
Tak więc na początek ruszyli na 15-ste piętro, aby wpaść do działu księgowości.
Zmiana w nastawieniu i zachowaniu ludzi w ciągu zaledwie dwóch dni destabilizacji dotychczasowego porządku, była trudna do zignorowania. Pełne pracy i życia korytarze korporacyjnego molocha, tętniły złowrogą ciszą, miast hałasu. Sygnały telefonów, charakterystyczne kliknięcia klawiatur i zszywaczy, uderzenia pieczątek, biurowy szum przetykany rozmowami - wszystko to zniknęło. Większość drzwi była otwarta, ale biura były w większości puste. Większa część ludzi zgromadziła się na parterze, lub znalazła sobie jakieś spokojne miejsca ukryte przed ludzkim wzrokiem. I to właśnie stanowiło największy problem.
Na korytarzach w większości krzątali się raczej spece z działu technicznego, którzy nadal pilnowali sprawności działania budynku. Kierownik techników trzymał swoich ludzi krótko, ale też stał za nimi murem, więc oni odwdzięczali się dokładnie tym samym.
Ochoniarze, oraz technicy - dwie najbardziej zgrane ekipy tego biurowego piekła.Dopiero po chwili błądzenia po cichych korytarzach, złapali ludzką aktywność, w jednym z głównych biur. Konkretnie w dziale archiwalnym księgowości. Było tam sporo miejsca, oraz całe sterty dokumentów, które były przechowywane w celach archiwalnych, zgodnie z ustawami typu "Przechowuj dokumenty przez lat X". Na bieżąco sporo dokumentów podlegało digitalizacji, a następnie przeniesieniu do archiwum cyfrowego, a same dokumenty można było wówczas zniszczyć.
Tu właśnie znaleźli grupę pracowników biurowych, która to miejsce obrała sobie na kwaterę. I co ciekawe - wszyscy mieli zielone przepustki.

Regały zostały zsunięte, aby zrobić miejsce na prowizoryczne posłania. Panował swoisty łado-nieład, porządek przetrwalniczy, zgodnie z którym wszystko co zbędne - odsunięto, w myśl zasady "będziemy się martwić później".
-A wy tu czego?! - padło głośne pytanie. Jeden z pracowników wystąpił do przodu. najwyraźniej będąc swoistym rzecznikiem całej grupy księgowych.
-Nic nie mamy, niczego nie chcemy, na badaniach już byliśmy, mamy zielone bilety. Może byście nam już dali spokój, co?- Bardziej stwierdził, niż zapytał. Najwidoczniej rozpoznał sanitariuszy Dr. Wójcik.W powietrzu zapadła niezręczna cisza.
-
Ścieżki Przeklętych - komentarzeTo mi przypomina sesję wonder-full world na Strefie RPG, która miała... powiedzmy, że segmentowe podejście do graczy i ich lore-owania.
Mianowicie, sesja była podzielona na dwie częsci:
- faktyczne misje fabularne
- Offtopowy temat "Azyl Przeklętych" w którym działo się absolutnie wszystko, co nie było główną osią fabularną.
Sam przeniosłem tego typu budowę sesji, ale z dodatkowym dobudowaniem, do sesji "Efekt Carringtona-Merlina". Tam robiłem tak, że okresowo zamykałem/otwierałem poszczególne wątki, i dawałem linki, np "ciąg dalszy tu i tu (odnośnik). Działało dobrze

Jeżeli znowu będę prowadził Młotka, a to jest nieuniknione w pewnym momencie w przyszłości, na pewno powtórzę taką budowę, sądząc po tym jak rozochoceni i sprawgnieni Lore'u są gracze na Rolltelingu.
-
Ścieżki Przeklętych - komentarzePrzegięliśmy, a chcieliśmy dobrze

Dobra, to teraz czekamy napost mg
-
Ścieżki Przeklętych - komentarzeJuż zripostowałem, bo przecież nie można pozwolić, żeby takie teksty zostały bez odpowiedzi.
Mam wrażenie, że MG ma pod nosem bekę z całej sytuacji i jest ciekaw czy zaczniemy się bić zanim coś napisze, czy nie xD
-
Ścieżki Przeklętych-Bardzoś wygadany jak na kogoś, kogo Matka puściła się w burdelu z krasnoludem. Gdyby mnie nie wyprzedził, to ja bym był twoim starym, Vogel. Wiele by to nie zmieniło, też bym wyszedł po chleb i nie wrócił. -
Zripostował Eiche, z refleksem godnym bitwy i błyskotliwością o którą nikt by go nie podejrzewał.
Ponownie poprawił miecz, tarczę, zaczął sprawdzać swój kaftan kolczy. Po chwili był już pewien, że jest gotów, żeby zanurzyć się w Drakwald. O ile ktokolwiek może być kiedykolwiek pewnym, że jest w tym lesie czegokolwiek pewien.
-Przy odrobinie szczęscia trafimy na jakiegoś wielkiego pająka, ubijemy go i będziesz go mógł opierdolić po upieczeniu nad ogniskiem. To co, idziemy? -
Spojrzał na resztę drużyny. Trzeba było przyznać, że właściwie wszyscy dzisiejszego wieczoru nad wyraz aktywnie dokazywali.