Powódź roku 1997 przelała i zalała Wrocław, Opole i wiele innych miejscowości. Cała Polska żyła relacjami z telewizji, gdzie całe centra, całe śródmieścia, całe "morza" wieżowców były zalane przez brudną rzeczną wodę. Sceny wysadzania wałów, kajakarze pływający po ulicach i zatrzymujący się przed znakami stopu. Krótkofalarze - amatorzy utrzymują łączność. I wiele innych.
Są zabici.
Powódź na rzece Bóbr miała o wiele mniejsze skutki. Zapora pilchowicka zrzucała wodę przelewającą się ponad koroną konstrukcji. Sokołów Śląski wyszedł z tego w sumie obronną ręką. Wzburzone wody niosące wymyte nadbrzeżne drzewa uszkodziły jeden z przyczółków kładki dla pieszych. Krytycznym momentem było spiętrzanie się wody i drzew przy moście drogowym, na szczęście udało się usunąć zator i most nie poniósł żadnych uszkodzeń. Zalanych zostało jedynie kilkanaście piwnic. Zalało ogródki działkowe nad rzeką, kilka altanek zostało kompletnie zniszczonych. Stare miasto nie zostało zalane (jest położone na niewielkim, naturalnym wzgórzu), podobnie nie zostały zalane inne części miasteczka. Wzburzona woda wymyła i powaliła drzewa rosnące wzdłuż brzegów, łąki na południe miasteczka zamieniły się w mokradła, które na początku września nadal były... mokre.
W sumie to najbardziej budynków ucierpiał Miejski Dom Kultury który, położony najniżej, miał kompletne zalane piwnice. Rezultatem było zamknięcie go (a także mieszczącego się tam kina "Piast") do końca sierpnia.
***
Wrocław, tydzień wcześniej.
Padało. Nie był to orzeźwiający letni deszczyk, tylko niemalże ulewa. Wyboista trylinka tonęła w strugach wody Było już ciemno. Krzywy chodnik, szare budynki, krzywe latarnie dające żółtawą poświatę dopełniały wygląd śródmiejskiego kwartału. Ludzie już dawno pochowali się w domach lub znaleźli schronienie w innych miejscach.
Obaj byli młodzi i z ambicjami, i byli złodziejami. Mercedes stojący na tyłach wrocławskiego hotelu był duży, ciemny, na niemieckich blachach. Żaden używany samochód taryfiarza. Ten był nowy. I na pewno na wypasie. Mieli plan. I zaczęli go realizować.
Plan spalił na panewce, gdy tylko bez alarmu sforsowali zamek i wpakowali się do środka. W tym samochodzie nie byli sami, a to co zobaczyli sprawiło, że cała odwaga z nich wyparowała. Było tylko czyste paraliżujące przerażenie. To była ostatnia rzecz, jaką zobaczyli w swoim życiu.
Potem nie było już nic.
Dla nich.
W pewnym sensie.
***
Sokołów Śląski
Zamek Falkenstein był przed 1945 rokiem rodową siedzibą rodu Hochtalbergów. Leżące u podnóża zamku miasteczko Falkenberg/Bober po wyzwoleniu i przyłączeniu Ziem Wyzwolonych do Polski stało się piastowskim Sokołowem Śląskim. Przejście frontu zimą 1944/1945 było krótkie, miasto i zamek były praktycznie niebronione, przez co wojenna zawierucha oszczędziła zabudowę miasta. Sam zamek Falkenstein niszczał. Po dziewiętnastowiecznej przebudowie był to pałac o fasadzie w stylu neogotyku angielskiego. W latach trzydziestych dobudowano do niego parterowe skrzydło mające bardziej nowoczesną formę.
Na początku lat siedemdziesiątych była to już ruina. Praktycznie bez dachu, z uszkodzonymi stropami, piwnicami pełnymi gruzu. Wszystko, co dało się zrabować, wyzwolono tuż po wojnie. Ale komitet wojewódzki miał wizję, miał plan. Siermiężne czasy Gomułki były przeszłością, teraz pierwszym sekretarzem był towarzysz Gierek - aby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej. Zaczęto remont zamku i rozbudowę na ośrodek wypoczynkowy dla dużego zakładu pracy gdzieś z Polski centralnej. Naprawiono dach, niemalże na nowo założono położony na zboczu zdziczały park. Ciężkim sprzętem wykopano i wylano fundamenty pod nowe skrzydło. Przed nadejściem kryzysu zdołano wybrukować betonowymi płytami alejki w parku (który to w sumie był miejski) oraz zaizolować piwnice nowego skrzydła. Potem inwestycja stanęła, niby coś tam robiono, ale prace nie posuwały się naprzód. Ze zgromadzonych materiałów budowlanych powstało w okolicy kilka domów jednorodzinnych.
Wprowadzenie stanu wojennego w grudniu 1981 zakończyło tę farsę. Zamek ponownie niszczał, plac budowy zarósł samosiejkami, miejsce stało się niezłą meliną dla miejscowych pijaczków, a i okoliczna młodzież zaadaptowała teren jako miejscówkę na wagary, swobodne palenie papierosów i picie alkoholu.
Do czasu.
Krążące od dłuższego czasu pogłoski o odbudowie pałacu zaczęły się potwierdzać w ostatnim tygodniu sierpnia, kiedy teren został ponownie ogrodzony, wysprzątano śmieci i zaczęły się powolne prace. Przy czym działali tam dopiero archeolodzy lub ktoś do nich podobny. Podobno przyjechał jakiś stary Niemiec i wyłożył na to kasę. Podobno zwrócono mu ten zamek, albo sprzedano. Nikt w sumie nic nie wiedział. W prasie lokalnej nie było żadnych szczegółów.
***
Sokołów Śląski, 1 września 1997, rano
Początek roku szkolnego w tym roku wypadł w poniedziałek. Oznaczało to jeszcze cztery pełne dni lekcji w tym tygodniu. Na ulice miasteczka wyszli uczniowie i uczennice ubrani na galowo, albo przynajmniej w białą koszulę do białych dżinsów w drodze na rozpoczęcie roku. Niektórzy wysiadali z autobusów PKS-u, pewna grupa dojechała pociągiem. Ale większość mieszkała w Sokołowie i po prostu poszli do szkół na piechotę. Nawet przejście obok problematycznego bloku socjalnego zamieszkałego przez mniejszość romską był tym razem bezproblemowy, ponieważ przed budynkiem stał policyjny polonez, a para policjantów próbowała coś wyjaśnić. Z mieszkańcami albo mieszkańcom.
Uszkodzona kładka nadal była uszkodzona i zamknięta.
I Liceum ogólnokształcące w Sokołowie Śląskim, imienia II Armii Wojska Polskiego, miało trochę nietypową architekturę. Od strony frontu, od ulicy Dworcowej, był to poniemiecki, ceglany, piętrowy budynek, połączony z lewej strony z równie starą salą gimnastyczną (nie była zbyt duża). Od tyłu tego ceglanego budynku szkoły dobudowana była duża, dwupiętrowa (podpiwniczenie, parter, I piętro i II piętro) otynkowana, szara "tysiąclatka", budynek jakich wiele w kraju od lat sześćdziesiątych.
Główne wejście od strony ulicy było zakazane. Uczniowie wchodzili z boku, w łącznik między starym, a nowym budynkiem, potem wychodzili ponownie na zewnątrz i szli do sali gimnastycznej. Ci co przybyli wcześniej stali na dziedzińcu w mniejszych lub większych grupkach (na samym końcu ktoś pewnie palił).
W samej sali gimnastycznej na czas rozpoczęcia roku szkolnego ustawiono przy dłuższej ścianie stoły za którymi siedzieli nauczyciele. Uczniowie zostali ustawieni szerokim półkolem na całej długości sali. Dwóch nauczycieli "kierowało ruchem", ponaglając i ustawiając uczniów mniej więcej klasami.
- Na koniec sali! Nowi uczniowie ustawiają się na na końcu po lewej! Na koniec! - łysiejący nauczyciel w swetrze stojący przy wejściu co jak mantrę powtarzał te zdania, gdy kolejny stojący na końcu ustawiał ich tak, aby przynajmniej pierwszy rząd stał równo.
Patrząc od strony uczniów nauczyciele siedzący za stołem albo ze spokojem obserwowali uczniów, rozmawiali ze sobą, jedna nauczycielka szybko pisała w zeszycie. Dwie kobiety, jedna w farbowanych na blond włosach i kwiecistej sukience i druga, starsza w ciemnoszarej garsonce, stały pośrodku. Jedna z nich była dyrektorką. Paulina Kwiatkowska wiedziała to od brata, że dyrektorka, Dorota Rusicka, jest tą w kwiecistej sukience (ze względu na ilość materiału można było mówić bardziej o sukni, bo pani Rusicka do szczupłych nie należała).
Niektórzy zerkali na zegarki, gdy w końcu nauczyciel zamknął drzwi do sali, a pani dyrektor poprosiła o ciszę. Musiała mówić głośno, szkoła nie była wyposażona w żaden mikrofon i głośniki.
- Drodzy uczniowie (...) - rozpoczął się apel, podniesiony głos pani dyrektor brzmiał miejscami nieco piskliwie.
Przemówienie było... typowe. Każdy z was słyszał ich wiele. Pani dyrektor wspominała o wakacjach, tragedii tegorocznej powodzi, nowym roku szkolnym, nadziejach, oczekiwaniach. Nie wiadomo, ile to jeszcze potrwa.
Kto stoi wśród pierwszoklasistów?






