
Szarzyzna
Noc 2 / 3 września
Paulina leciała. Szybowała w pełni księżyca nad spokojnym miasteczkiem, lekkie ruchy dłońmi i zrobiła pętlę wokół wieży kościoła, wychodząc na drugą wokół wieży ratusza. Sokołów spał, z tej wysokości widziała wszystkie szczyty Sudetów i kominy elektrowni w Turowie. Sięgała gwiazd. Zamek był pod nią. Ciemny, nieprzyjazny. Nie żeby ją odpychał, ale też i nie zapraszał, był jak taki spokojny pies za płotem, który nigdy nie zaszczeka, ale gdy tylko wejdzie się na jego teren skoczy ci do gardła i będzie przy tym merdać ogonem.
Jak kometa rzuciła się na zamek przenikając stropy, jak wiatr przelatując przez piwnice i niknąc w litej skale. Poczuła ciepło, poczuła moc która pomagała jej od rana. Nie była wroga, była po prostu... obca. To nie było fizyczne coś, to nie były lochy pod zamkiem.
I poczuła coś jeszcze. Pustkę jakby ktoś nagle rozładował akumulator. Oraz nienawiść i złość kogoś, kto dostrzegł że ten akumulator został rozładowany. Ten ktoś był teraz w Złotoryi, wiedziała to. Niemiec.
Nie widziała nigdzie Asi. Przeniknęła wszystkie pomieszczenia (wszystkie w pięknym stanie, nie przypominającym obecnej ruiny) ale jej nie dostrzegła. Tylko ją czuła.
***
Mikołaj biegł na zamek. Ubrany w wojskowe ciuchy moro i czerwoną opaskę na włosach, uzbrojony w karabin maszynowy od Daniela (Daniel ma go od wujka który przywiózł mu go z Jugosławii). Kosił kolejne zastępy zombiaków w Stahlhelmach które hordami wyłaziły z zamku. Felicja podawała mu amunicję, nad zamkiem w powietrzu unosiła się wielka, zaokrąglona swastyka wpisana w okrąg. Rzucił granat, wywalił wielką dziurę w ścianie. Minął barakowóz Bałuckiego i wkroczył do zamku. Kosił kolejne zastępy wrogów, jak w Wolfenstein 3D. Gdzieś tam Bałucki i jego ekipa z pędzelkami pochylali się nad kawałkiem kolumny czy czegoś takiego, jakby nie widzieli co się dookoła nich dzieje. Zszedł do lochów i wbiegł do kolejnej plugawej komnaty. Widział tam ubraną na biało Asię (to musiała być Asia, nie było innej opcji) przykutą do wielkiego kamiennego ołtarza. Stał nad nią ten zasrany szkop, Von Hochtalberg czy jak się ten hitlerowski kundel nazywał. Tu już nie krył się pod garniturem, o nie. Szata, peleryna, spiczasta czapka na głowie, determinacja i obłęd w oczach, po prostu legitny czarnoksiężnik, nie taki jak z Oz. Mikołaj ruszył na niego z furią.
***
Alicja była w szkole. Biegała po korytarzach, szukając nauczyciela. TEGO nauczyciela, Wronę. Znalazła, wyjaśniła problem, kazał jej iść za nim. Chodziło o szkolną bibliotekę. Nauczyciel od razu podszedł do bibliotekarek i zaczął kreślić w powietrzu dziwne gesty rękami, które z pewnością nie były językiem migowym. Bibliotekarki błyskawicznie wygoniły resztę uczniów z czytelni (dziwne, nie było żadnego między regałami z książkami), zamknęły drzwi od środka na klucz, spuściły żaluzje. Dopiero wtedy szarpnęły za ukrytą dźwignię. Masywny regał stojący przy ścianie odsunął się i Ali ukazały się schody prowadzące do piwnicy. Betonowe ściany, przewody biegnące pod sufitem, zimno. Ale było wysprzątane, w końcu to biblioteka. W podziemnym pomieszczeniu stały kolejne regały z książkami. Niektóre z nich wyglądały jak normalne książki. Reszta to były stare, opasłe księgi oprawione w skóre, z mosiężnymi okuciami. Wzięła pierwszą z brzegu, musiała być po niemiecku, strony zadrukowane gotykiem albo inną niezrozumiałą szwabachą. Dziewczyna wzdrygnęła się.
***
I wtedy pokonali smoka. Postać Krzyśka zadała ostateczny cios, pokonując bestię terroryzującą małe górnicze miasteczko. To była dobra sesja. Krzysztof szedł teraz przez miasto, mijał bydynek zamieszkały przez cyganów, z czymś się do niego pluli, ale chłopak się tym nie przejął, mały ruch rękę i wszyscy trzech padli na kolana zwijając się z bólu. Minął na ulicy pod kościołem starę Maciejakową która nie zdążyła nic powiedzieć jak zobaczyła jak jest ubrany, gdy na jeden ruch jego głowy uschła jej ręka. Dobrze jej, starej prukwie. Wszedł do biblioteki, mijał regały, mijał kolejne schody. Teraz świat nie miał już znaczenia. Mijał kolejne regały z książkami, same brednie. Skręcił, to był odpowiedni dział. Smoki może i nie istnieją, ale to było realne. Po chwili był otoczony otwartymi książkami. Na stronie jednej z nich zilustrowana była zaokrąglona swastyka wpisana w okrąg. Nagle cień padł na niego i książki.
***
O boże, co za posrane sny. Wszyscy je mieliście.
3 września, rano.
Nikt z was nie został porwany, nad nikim nie stał ksiądz z krucyfiksem, rodzice też zachowywali się normalnie. Pogoda się zepsuła, szare niebo i paskudna mżawka. Była środa, według planu lekcji mieliście dopiero na drugą lekcję.
Cyganie nikogo nie zaczepili, widocznie nawet oni nie byli w stanie ignorować pogody.
Kaśka czekała na Paulinę i Alicję przed wejściem. Od razu wypaliła:
- Magdy dzisiaj nie będzie, byłam u niej. Ona serio się boi i naprawdę wygląda na chorą.
W klasie przed samą lekcją gwar - kilka osób widziało wóz transmisyjny telewizji. A nawet dwa.