„Co mi pan tutaj, nie widzi pan, że z koleżanką rozmawiam? No dobrze, pan pokaże mi tutaj, co pan przyniósł. Ale zaraz, proszę pana, jaka wojna? Ja tutaj widzę, proszę pana, pustą rubryczkę, ja nie mogę panu tego przyjąć. Pan weźmie druczek odpowiedni, ten seledynowy, tylko nie ten z rybkami na marginesie, bo to dla Stubramskiego Związku Wędkarskiego, ten drugi, bez rybek, pan pójdzie do tych, jak im tam, orków i proszę pana, orkowie niech napiszą oświadczenie, że była wojna faktycznie. I pan znowu przyjdzie, w kolejce stanie. A pozwolenie na działania zbrojne w terenie zabudowanym jest w ogóle? Koleżanka wróci z urlopu, to pan pójdzie do koleżanki, weźmie numer runicznego aparatu rezonansowego i umówi się runicznie do kierownika działu pozwoleń, i pan, proszę pana, takie pozwolenie dostanie z datą wsteczną. Albo nie dostanie, nie wiem. Nie, proszę pana, nie można od razu. Kierownik jest aktualnie na urlopie. Może z koleżanką, może bez koleżanki, nie wiem, to nie punkt informacji. To jest, proszę pana, poważny urząd i ja nie mam czasu na plotki. Widzi pan, że kolejka, a ja jeszcze nawet kawy dzisiaj nie piłam. Nas... Halo, proszę pana, pan zostawi ten długopis, to państwowe jest! Następny!”
Leszek Dyskietka
Posty
-
Stubramie -
Notturno-09-REMNotturno nie rusza się z miejsca. Pozwala słowom Mnemy zawisnąć w powietrzu, w duchu odhaczając liczbę szesnaście. Trzy nadmiarowe jednostki w inwentarzu, którego nikt nie miał prawa uzupełnić bez jego wiedzy.
Przenosi wzrok na jej plecy, gdy kobieta zamyka torbę i robi pierwszy krok. Ta postać, z jej ostentacyjnym liczeniem kroków i absurdalną, nachalną wręcz precyzją, budzi w nim opór tak namacalny, że mógłby go zważyć. Ktoś bez formalnych uprawnień rejestruje te same zmienne co on - narusza kompetencję, którą uważał za wyłącznie swoją. Rzuca mu liczby przed twarz z taką swobodą, jakby stan posiadania faktów był czymś, czym wolno się afiszować na środku ulicy.
Kiedy Mnema przystaje i rzuca uwagę o odchodzącej desce, Notturno odczekuje cztery uderzenia rynny, zanim odpowie.
– Szesnaście – mówi jednym słowem. – Skrzynia numer dziesięć, jedenaście i dwanaście. Jeśli to, co pani nazywa przypadłością, zarejestrowało na nich ślady konserwacyjnego łoju z plomb, radzę natychmiast zweryfikować tę obserwację. Ja stan magazynu sprawdzałem dwukrotnie.
Przesuwa ciężar ciała na prawą nogę. Notturno sięga do torby, ignorując ją już całkowicie. Odwraca się bez słowa i rusza w stronę piwnicy Kirriwima.
Zostawia za sobą budynek Leteańczyków i idzie przed siebie, ignorując tutejszy tłum, każdy krok wymierza z tą samą, uporczywą regularnością liczby, którą właśnie sobie przypomniał.
Te trzy nadmiarowe skrzynie nie dają mu spokoju. Kirriwim był istotą potwornie chaotyczną, skłonną do zostawiania zębów w słoikach i rzucania mioteł pod nogi, ale ta jego organizacyjna bezradność należała do porządku, który Notturno już zewidencjonował i przypisał do konkretnej rubryki. Ten powolny, wiecznie znużony stwór był elementem stałym tutejszej topografii. Zmiana liczby skrzyń bez wiedzy właściciela oznaczała błąd w strukturze rzeczywistości, a na to Notturno nie mógł pozwolić. Słoń mógł być niekompetentny i drażniący, ale był to jedyny niekompetentny słoń w promieniu trzystu metrów, którego status Notturno osobiście zatwierdził w swoim rejestrze.
Idzie szybciej, mocniej zaciskając palce na pasku torby badawczej i całkowicie zasłaniając tabliczkę na obojczyku. Skręca w załom muru, odliczając dystans dzielący go od jedenastu wilgotnych stopni, gotów osobiście zweryfikować stan lewej deski. -
Notturno-09-REMNotturno-09-REM miał w zwyczaju wracać myślą do każdej odbytej rozmowy z tym samym odruchem, z jakim urzędnik podatkowy podchodzi do niesparowanego buta w rubryce dochodów: należało to zamknąć, opisać, przypisać do właściwej szuflady i pójść dalej, udając, że świat jest miejscem porządnym. Tym razem jednak, gdy sięgnął do pamięci po odpowiednią przegródkę, zastał tam pustkę. W całym jego rejestrze Stubramia próżno było szukać kategorii dla istot, które ważą cudze kroki z tą samą pedantyczną precyzją, z jaką on traktował każdą złączoną ze sobą część własnego tułowia – i robią to bez złożenia stosownego wniosku o pozwolenie.
Coś w tym fakcie uderzało w niego z siłą źle wyważonego wahadła. Kobieta, którą poznał zaledwie kwadrans temu, miała czelność insynuować, jakoby liczba szesnaście mogła mu po prostu umknąć. Jakoby stan magazynu Kirriwima, który osobiście sprawdzał i weryfikował, wymagał jeszcze trzeciej, zewnętrznej korekty. Dla kogoś, kto budował swoją obecność w tym mieście na absolutnej niezawodności osądu, była to zniewaga wymierzona w sam fundament egzystencji. Ludzkie słowniki znały wiele słów na ten stan. W jego mosiężnej głowie wszystkie sprowadzały się do jednego, bardzo ludzkiego oburzenia.
Problem w tym, że u istot z mięsa i kości oburzenie kończyło się na pulsowaniu skroni albo czerwonej twarzy. U Rema miało przebieg mechaniczny, którego aksamit skafandra nie był w stanie zamaskować. Pod maską koła zębate zaczęły zazębiać się z taką siłą, że tarcie groziło zatarciem osi, a w piersi zaczynało się coś, co można by określić stanem przedwybuchowym.
Zawór w nosie – zaprojektowany do wypuszczania nitek lawendowego dymu – skapitulował pierwszy. Z czubka dzioba urwała się kropla opalizującej esencji. Notturno, fukając, wytarł ją gwałtownie mankietem, a metalowe zasłony w oczodołach zaczęły uderzać o siebie w szarpanym, nieregularnym rytmie. Gdyby potrafił się wstydzić, pewnie tak by to wyglądało. W tym geście było jednak znacznie więcej zapiekłej złości na kobietę, która ten cały mechaniczny bunt wywołała, niż na własną konstrukcję – ta bowiem po raz kolejny jedynie bezbłędnie zarejestrowała obecność rażącego błędu w otoczeniu.
„Trzeci kram zamknięty przed czasem w tym tygodniu. Ktoś powinien to formalnie zgłosić, ale tutejsza straż woli gapić się w błoto. Jeśli w tym tempie stałe elementy gospodarcze będą ot tak wyparowywać z rejestru, do piątku cała ta nędzna dzielnica przestanie mieć jakikolwiek merytoryczny sens.”
Ruch wymagał komendy, więc ruszył przed siebie, choć z każdym krokiem tarcie trybów wewnątrz mosiężnej czaszki wydawało się głośniejsze. Krok. Zatrzymanie. Krok.
W tym rwanym rytmie marszu bezczelne kłamstwo Mnemy dotyczące szesnastu skrzyń zeszło już na dalszy plan. Pod mosiężną blachą na obojczyku pęczniało coś znacznie bardziej nieznośnego: fakt, że ktoś śmiał uderzyć w jego własną strukturę posiadania. Kirriwim był jego hollyphantem - pojęcie przyjaźni Rem i tak uważał za architektoniczny bełkot istot organicznych, służący głównie do marnowania czasu przy śniadaniu, więc nawet nie przyszłoby mu do głowy sięgnąć po to słowo. Był stałą, którą osobiście wciągnął do swojego prywatnego rejestru Stubramia, jedynym elementem rzeczywistości, który nie wykazywał tendencji do zmieniania kształtu pod nieobecność świadków. To u niego szorował podłogę ruchami zbyt precyzyjnymi jak na zwykłe porządki, to jemu wyliczał dług na dziesięć srebra, to z nim wymieniał te surowe, pożółkłe od papierosowego dymu zdania nad zakurzoną ladą.
Kirriwim stanowił jego punkt odniesienia. Ta wielka bryła o masie małego cielaka, złocista, zbita w kołtuny sierść, zapach starego wosku i ten jeden pasujący do przegubu trybik, który hollyphant rzucił mu na ladę, wcale nie pytając, skąd Rem się wziął ani dlaczego nie ma ust. W mieście, gdzie nawet ulice bywały nielojalne wobec własnych map, ta gburowata, piwniczna powtarzalność była dla Rema jedyną rzeczą, która nie próbowała go oszukać. I fakt, że ta stała nagle wyparowała z rubryki, budził w nim uciążliwy, głęboko ludzki zgrzyt, którego nie dało się naoliwić żadną prostą korektą danych.
I teraz to on został z tego rozliczony.
„Węzeł na plandece kramu zawiązany od niechcenia, bez żadnego szacunku dla geometrii. Jakby nikomu tu już na niczym nie zależało. Najpierw dają sobie wmówić, że szesnaście to trzynaście, a potem pozwalają, by liny gniły od miejskiego kurzu. Absolutnie oburzające.”
Sama myśl o tym, jak Mnema sformułowała swoje zarzuty, sprawiała, że w drewnianej piersi Rema zegarowa aparatura zaczynała chrobotać na najwyższych obrotach. To jego próbowano postawić w pozycji winowajcy. Jemu insynuowano rażące zaniedbanie, jakby to z jego powodu - z powodu braku pasującej soczewki, z powodu onirycznego kataru czy zwykłej usterki uwagi - ten złocisty kształt przestał istnieć. Błędy były domeną istot z mięsa, które rozlewały się i znikały, kiedy nikt nie patrzył - Notturno do tego katalogu nigdy nie należał. Zrzucenie odpowiedzialności na jego barki było więc błędem nadrzędnym. Ktoś ukradł mu jedyny punkt oparcia w tym mieście, a potem bezczelnie kazał mu płacić za to własną niezawodnością.
„Ta kobieta ściera napisy z tablicy tak niedbale, że zostawia rozmazany, kredowy ślad na murze. Nawet usuwanie danych robi się tutaj byle jak. Całe to miasto po prostu rozłazi się w szwach, warstwa po warstwie, a ja muszę w tym brodzić.”
Jedenaście wilgotnych stopni.
Zawsze było ich dokładnie jedenaście. Notturno zatrzymał się na krawędzi najwyższego z nich, a mosiężne przysłony w jego oczodołach zamarły w bezruchu, skupiając całą optykę na kamiennych blokach schodzących w ciemność sieni. Pytanie Mnemy przestało być zwykłym, ludzkim strzępem rozmowy - stało się bezpośrednim atakiem na jego wewnętrzną architekturę. Jeśli ta kobieta miała czelność sugerować, że liczba ta mogła ulec zmianie, insynuowała tym samym coś znacznie gorszego niż zwykły błąd w jego pamięci: że Stubramie zaczęło cierpieć na najgorszą z możliwych infekcji - płynność topografii, w której schody wykazują bezwstydną tendencję do pączkowania lub kurczenia się, kiedy nikt na nie nie patrzy. Dla kogoś, kto uważał liczby za jedyny ratunek przed wszechobecnym absurdem, była to perspektywa przerażająca. Jeśli schody mogły kłamać, to równie dobrze czerń mogła zacząć smakować jak mandarynki.
Ruch musiał zostać wykonany z chirurgiczną, bezlitosną dokładnością. Raz to nie liczenie. Ale teraz to była egzekucja praw fizyki na nielojalnym podłożu.
Pierwszy. Mosiężna stopa opadła na chłodny, oślizgły od mułu kamień z głośnym, metalicznym stukotem, który brzmiał jak ostateczny wyrok. Jeden. Przysłona kliknęła, rejestrując głębokość. Drugi. Dwa. Ciśnienie pod ceramiczną maską zaczęło nieznacznie rosnąć. Trzeci. Czwarty. Piąty. Każde uderzenie metalu o bruk miało zmusić te schody do bezwzględnego posłuszeństwa, do zachowania pionu, do stanięcia w obronie zdrowego rozsądku. Szósty. Siódmy. Ósmy. Na przegubach jego dłoni spirale słojów zapulsowały blednącym, fioletowym światłem, gdy Notturno zniżał się w mrok piwnicy, jak rewident schodzący do najmroczniejszych zakamarków księgowości świata. Dziewiąty. Dziesiąty.
Został tylko jeden. Ostatni.
Notturno zamarł z nogą uniesioną nad brukiem sieni, zamrożony w miejscu z dokładnością, jakiej żaden żywy staw nie zdołałby utrzymać. Wewnętrzny zegar w jego piersi odliczał sekundy, tykając miarowo w tej głębokiej, piwnicznej ciszy, podczas gdy on sam autentycznie zwlekał z opuszczeniem podeszwy. Gdyby uderzył o kamień za wcześnie albo za późno - gdyby to miasto postanowiło dopisać do rachunku dwunasty stopień tylko po to, by zrobić mu na złość - cała ta misterna konstrukcja porządku, którą wznosił w swojej głowie przez osiemdziesiąt osiem dni, rozsypałaby się w zwyczajny, jarmarczny bełkot.
Podeszwa uderzyła o kamień. Czysty, mosiężny stukot rozszedł się po sieni, a wewnętrzny rejestr Notturna natychmiast zamknął pozycję z głośnym, satysfakcjonującym kliknięciem przysłony. Jedenaście. Ani mniej, ani więcej. Rzeczywistość na moment wstrzymała oddech, po czym posłusznie wróciła na swoje twarde, matematyczne osie. Przez ułamek sekundy pod ceramiczną maską rozlała się fala rzadkiej, niemal organicznej ulgi - świat nie oszalał, a Mnema była po prostu nędznym, nieliczącym obserwatorem.
Ulga trwała jednak dokładnie tyle, ile potrzebowało światło wizjerów, by przesunąć się z podłogi na drzwi piwnicy. A tam całe to kruche zadowolenie momentalnie wyparowało, ustępując miejsca czemuś, co w mosiężnej głowie Rema plasowało się gdzieś pomiędzy furią a głębokim zawodem zawodowym.
Mnema uprzedzała, że wejście zostało zabite dechami niedbale. Notturno, jako istota z natury logiczna, oczekiwał jednak pewnego minimalnego, choćby i przestępczego profesjonalizmu. Nawet partacz z Podmiasta, przybijając barierę mającą kogoś powstrzymać, powinien wykazać się odrobiną rzemieślniczego zaangażowania. To, co zastał, przekraczało wszelkie granice budowlanego bezwstydu.
Deski zostały przytwierdzone pod kątami, które obrażały jakąkolwiek znaną podręcznikom geometrię, a gwoździe - ordynarne, krzywe i zardzewiałe – wbito tak leniwie, że młotek musiał zostać porzucony w połowie zamachu, z cichym założeniem, że grawitacja jakoś dokończy robotę. Lewa deska, zamiast stanowić rygorystyczną, fizyczną blokadę, odchodziła od framugi na szerokość dłoni, trzymając się na słowo honoru i jednym, wygiętym skrawku żelaza.
Każdy normalny włamywacz w Stubramiu wzniósłby w tym momencie cichą modlitwę dziękczynną za tak jawną bezradność materii. Notturno poczuł jednak jedynie irytację. Patrząc na te drzwi, wyglądał jak inspektor nadzoru, któremu majster położył kafelki przy użyciu siekiery. Tolerowanie tego błędu architektonicznego w przestrzeni publicznej było niedopuszczalne.
Ruch musiał być krótki, precyzyjny i pozbawiony zbędnej dramaturgii. Notturno wyciągnął mosiężną dłoń, chwycił za krawędź lewej, odstającej deski i szarpnął – bez użycia nadmiernej siły, a raczej z chłodną, inżynieryjną kalkulacją dźwigni. Zardzewiały gwóźdź ustąpił z suchym, piskliwym chrupnięciem, które w ciszy sieni brzmiało jak ostateczna kapitulacja tego pseudo-zabezpieczenia. Drewno odskoczyło, odsłaniając szczelinę o szerokości wystarczającej, by jego konstrukcja mogła minąć przeszkodę bez tarcia o futrynę.
Notturno wszedł do środka.
-
Notturno-09-REMCiemność za progiem miała dla niego jeden precedens, i nie była to żadna z dotychczasowych nocy w Stubramiu. Ten sam brak obrazu czekał za każdym razem, gdy próbował sięgnąć pamięcią poza moment uderzenia o tutejszy bruk - tam też wizjery trafiały na powierzchnię bez konturu, parzącą samą swoją pustką. Różnica polegała na tym, co ta biel czasem ze sobą przynosiła: głos, który nie był jego własnym, wystarczająco wyraźny, żeby na moment pomylić go z echem. Teraz, stojąc w progu piwnicy, Notturno odliczył sekundę, potem drugą, dając ciemności tę samą szansę, jaką dawał dotąd tylko własnej pamięci. Nic nie odpowiedziało. Żaden głos, żadna kotwica, która mogłaby stać się faktem - tylko czysty brak, bez nawet tego jednego, niepokojącego dodatku. Tryby pod czaszką przyspieszyły, zanim zdążył im wydać inne polecenie, i po raz pierwszy odkąd zaczął liczyć dni w tym mieście, pustka pozbawiona głosu wydała mu się gorsza od tej, która go straszy.
Notturno przekroczył ten próg w jednym celu: inwentaryzacji. Awaria własnego systemu poznawczego nie była w planie. Układ tej piwnicy znał przecież na pamięć – pozycję każdego regału, kąt półek, odległość dzielącą ladę od pierwszego filaru. Cała ta precyzyjna wiedza stała się jednak bezużyteczna w ułamku sekundy; jeśli rzeczywistość zdążyła przesunąć się choćby o centymetr, jego dotychczasowe mapy były martwe, a przecież właśnie po to tu przyszedł. Prymitywny brak światła paraliżował pracę prowadzącego dokładną inwentaryzację, wprawiając wewnętrzne sprężyny w rwaną wibrację. Przysłony w oczodołach klikały na oślep, próżno próbując wycisnąć z mroku choćby zarys regału. Fioletowe punkty energii rozświetlały tylko wnętrze soczewek. Na próżno. W kółko. Procedura utknęła. Fizyka odmawiała współpracy.
I wtedy zobaczył światło.
Maleńki, żółty punkt, osłonięty z jednej strony dłonią. Ogarek świecy.
Notturno drgnął. Fioletowe punkty za grubym szkłem momentalnie zmatowiały, przygasając z iście ludzkim odruchem mrużenia powiek, których przecież nie miał. Pęknięta soczewka z boku wydała z siebie serię suchych, agresywnych kliknięć. Był to mechaniczny odpowiednik zirytowanego prychnięcia – rwanie, za pomocą którego aparat optyczny próbował na oślep przyswoić ten nędzny, nielojalny wobec ciemności blask.
Gdy z góry padły pierwsze słowa, nakazujące mu wziąć ogarek i pod żadnym pozorem nie stawiać go na ladzie z uwagi na okna, Notturno uniósł gwałtownie podbródek. Metaliczny rezonans w jego wnętrzu zagrał głośniej, niczym w pustej beczce potrąconej na bruku.
— Twoja uwaga dotycząca okien jest merytorycznie całkowicie zbędna, a pouczanie mnie w kwestii elementarnej ostrożności uważam za przejaw rażącej bezczelności — odezwał się, a jego pozbawiony wilgoci głos ciął piwniczne powietrze płasko, bez pośpiechu, ale z lodowatą wyższością. — Pragnę zauważyć, że jesteś dziś drugą osobą w tym mieście, która rości sobie absolutnie nieuzasadnione prawo do mówienia mi, co mam robić i co mam w tym momencie myśleć. To zatrważający popis protekcjonalności ze strony kogoś, kto posługuje się tak rażąco nieprecyzyjnym, podwórkowym pojęciem jak „głębiej”. Głębiej względem czego? Lady? Drzwi? Środka pokoju? Na jakiej podstawie zakładasz, że twój prowizoryczny osąd ma dla mnie jakąkolwiek wartość?Mosiężna dłoń, która wyciągnęła się po cynowy kubek, zamarła w pół drogi, zamarła w pół drogi, znieruchomiała z tą samą chirurgiczną dokładnością, z jaką jego stopa odmierza każdy krok po jedenastu wilgotnych stopniach. Wąskie, ostre palce wybiły na puszce naczynia krótki, rwany rytm. Zbrojnokuty obrócił głowę w stronę zakurzonego okienka i zastygł. Trwało to zdecydowanie za długo, o dobrych kilka uderzeń serca za długo. Jego sprawny obiektyw wykonał serię drobnych, nerwowych korekt ostrości, próbując przewiercić na wylot brudną szybę, ciemną aleję i trzy rzędy okiennic w budynku naprzeciwko. Gdy wreszcie oderwał wzrok od ulicy, metalowe przysłony w jego oczodołach klikały już z głośnością małego, rozregulowanego krosna.
— Doskonale wiem, jak należy operować tym światłem, i miałem to w całości przemyślane na długo przed tym, zanim postanowiłaś zakłócić moją pracę – kontynuował napastliwie, odliczając mechanicznie każde mocniej akcentowane słowo niczym monety wylewane na stół. — Każdy mój ruch w tym pomieszczeniu opiera się na strukturze faktów, do której nie masz dostępu. Twoja obecność na schodach to jedynie kolejna niepotrzebna zmienna, która marnuje mój czas i odwraca uwagę od właściwej inwentaryzacji. Jeśli jedyne, co masz mi do zaoferowania, to banalne porady architektoniczne, radzę zachować je dla kogoś, na kim potrafią zrobić wrażenie.
Gdy padło pytanie o to, czy Kirriwim jeszcze żyje, Notturno nie odpowiedział od razu. Chwycił się oburącz za klapy skafandra i pociągnął je mocno w dół, niemal szarpnięciem poprawiając materiał na piersi. Pod rondem kapelusza przysłona w jego sprawnym wizjerze kliknęła dwukrotnie, zwężając się do małego, fioletowego punktu, a z uszkodzonego nosa-zaworu uciekła krótka, cienka smużka lawendowego dymu.— Sugestia, że Kirriwim mógłby nie żyć, jest nie tylko metodologicznie wadliwa, ale wręcz niedorzeczna. Dlaczego miałby przestać funkcjonować? – odezwał się, a jego suchy głos odbił się głuchym echem od piwnicznych ścian. Podbródek automata uniósł się sztywno o kilka centymetrów. — Kirriwim może i wygląda jak bambaryła, ale waży trzydzieści kilogramów. Ewentualne usunięcie go stąd nie wymagałoby żadnej skomplikowanej intrygi, a jedynie odrobiny ordynarnej siły fizycznej. Gdyby ktokolwiek chciał go stąd zabrać, po prostu wziąłby go pod pachę i wyszedł, zamiast bawić się w tajemnicze znikanie.
-
Notturno-09-REMNotturno rzucił okiem na klepisko, które odwzajemniło się tym, co klepiska zwykle mają do powiedzenia, i machnął ręką w jego stronę, poświęcając mu dokładnie tyle, na ile w tym momencie zasługiwało.
— Ślady stóp. Wiele osób, wiele par butów, trochę kurzu. Statystycznie w każdej piwnicy ktoś kiedyś chodził — mruknął do ściany. — Wrócę do tego, kiedy będę miał dane.
Za ladą zatrzymał się przy półce ze słojami. Szkło w sprawnym wizjerze przesunęło się o stopień i złapało ostrość na pierwszym z brzegu. Stały równo, w tej samej kolejności co zawsze, a wiele z nich zwracało etykiety do muru. Kirriwim przestawiał je po każdym zamiataniu, ale żadnego nie odwrócił tyłem do sali, bo komuś, kto sprzedaje, nawet tak niechętnie jak on, zależy na tym, żeby kupujący widział, co kupuje. Ktoś obracał je jeden po drugim i każdy odstawiał na to samo miejsce, co przy takiej liczbie szkła musiało chwilę potrwać i wymagało ręki, która się nie spieszy. Notturno poprowadził palec nad rzędem, tuż nad szkłem, i zatrzymał go przy jednym z obróconych. Pęknięty wizjer pokazał mu ten słój dopiero wtedy, gdy palec już na nim stał.
Pod blatem znalazł księgę. Otwarta, grzbietem do góry, pismo szerokie i pochyłe. Ćwiekowani, sierpy, kwoty na marginesach. Zamarł z dłonią nad okładką. W torbie miał czym pisać i nie miał na czym, choć listę wyposażenia sporządzał starannie, pozycja po pozycji, a papier, uznany za rzecz oczywistą, nie trafił na nią przed sznurkiem, krzesiwem i pochodniami. Rejestr testów dało się wyjąć w dwa ruchy, ale cudze informacje wpisane między wyniki prób zrobiłyby z niego coś, czym nigdy nie miał być.
Na ścianie za jego plecami cień uniósł rękę i podrapał się po rondzie kapelusza. Notturno stał bez ruchu. Wzięcie cudzej rzeczy bez wpisu miało w jego słowniku nazwę, której wolałby nie widzieć obok własnego numeru seryjnego, i tej nazwy nie łagodziło to, że rzecz leżała otwarta i bez opieki w piwnicy, którą ktoś zabił deskami. Wzięcie z wpisem nazywało się depozytem, ale wpis wymagał kartki, a tej w torbie brakowało, więc powstał w pamięci: dzień osiemdziesiąty dziewiąty, wieczór, piwnica Kirriwima, manifest handlowy, jeden egzemplarz, otwarty, grzbietem do góry. Policzył kartki od tylnej okładki do tej, na której leżała, i zachował liczbę.
— Księga zostaje objęta tymczasowym depozytem śledczym — oznajmił do półki z powagą, jakiej zwykle używa się wobec komisji. — Zwrot nastąpi po odnalezieniu właściciela.
Lista zadań w jego głowie wydłużyła się o dwie pozycje. Pierwsza: księga wraca na to samo miejsce, w tym samym stanie, z kartkami ułożonymi tak, jak je zastał. Druga: papier, najlepiej dużo, taki, którego zdobycie nie wymagałoby tłumaczenia się komukolwiek, w ilości pozwalającej przepisać cudze rachunki bez ruszania oryginałów.
Obiema dłońmi uniósł księgę spod blatu i spróbował wsunąć ją do torby z juchtu, nie zginając okładki i nie przesuwając stron.
Zasłona wisiała w głębi, a płomień leżał w kubku na boku, w stronę, w którą w tej piwnicy nic nie miało prawa go ciągnąć, a przynajmniej nic, co figurowało w jego rejestrze. Notturno przyklęknął na odległość wyciągniętego ramienia i przez kilkanaście tyknięć w piersi patrzył, czy kąt się zmienia. Z końca sznurka oddarł włókno długości palca i trzymał je kolejno przy szparze w wieku, przy ścianie i nad podłogą, próbując ustalić, gdzie kierunek ciągu się zmienia. Pęknięty wizjer pokazywał mu włókno w położeniu sprzed chwili, więc czytał je z dwóch obrazów naraz i usiłował zaufać temu późniejszemu.
Zdrapany prostokąt na wieku obejrzał z bliska. Cięcia noża biegły w poprzek słojów, a to, co tkwiło w szparze, miało barwę starej kości. Przyłożył opuszkę palca, żeby ocenić twardość, i spróbował odłupać tym, co u istot z mięsa byłoby paznokciem - ostrą, mosiężną krawędzią szpiczastego paliczka - kawałek wielkości ziarna soczewicy. Jeśli się udało, roztarł go między palcami i przysunął do wizjera, żeby ocenić ziarno w świetle ogarka. Zawór w nosie, który o dyskrecji miał własne zdanie, puścił cienką nitkę lawendowego dymu. Notturno zostawił ją tuż przy szparze i śledził, w którą stronę się rozchodzi.
Zsunął dolny brzeg płachty z wieka na tyle, żeby odsłonić środek, i zapukał kostką w trzech miejscach, przy brzegu, pośrodku i obok zdrapanego prostokąta, nasłuchując różnicy. Potem ułożył na wieku obie dłonie, jedną na drugiej, i zaczął próbować dokładać ciężaru, centymetr po centymetrze, z oczami na płomieniu i barkiem gotowym do odskoku.
-
Powitania, pożegnania i powrotyA bo ja nieśmiały chłopak jestem DZIEŃ DOBRY
-
Galeria Bohaterów
Wzrost uderza jako pierwszy. Blisko dwa metry ciemnego drewna i mosiądzu, obciągnięte granatowym aksamitem. Sylwetka surowa, kanciasta, miejscami niezgrabna - o ludzkich proporcjach trudno tu mówić, bo pod materiałem nie ma ciała.
Kości z hebanu łączą się bezpośrednio z mosiężną mechaniką. W szczelinach pracują tryby, widać śruby i fragmenty stelaża. Na piersi przykręcono jaśniejszą płytę - krzywo, jedna krawędź odstaje i zahacza o pas torby. Nad nią mała tabliczka: NOTTURNO-09-REM.
Aksamit skafandra zdążył się mocno znosić. Nity pokrywa zielonkawa patyna, skórzane pasy trzymają wszystko na miejscu, choć niektóre dawno przestały być potrzebne. Dół ubrania szary od kurzu Podmiasta.
Przy pasie dynda kuliste astrolabium z jedną nadtopioną tarczą - metal spłynął po krawędzi i zastygł tam, gdzie skończyła się temperatura. Przez ramię przechodzi pas starej, juchtowej torby badawczej, z której wystają tuby, fiolki i drobna aparatura. W marszu wszystko obija się o siebie z cichym, szklanym pobrzękiwaniem.
Twarz skrywa gładka, kościstobiała maska - cyrkowa i upiorna naraz, z groteskowym, smutnym grymasem. Ust nie ma; zamiast nich długi, zakrzywiony dziób, z którego co jakiś czas ucieka syk i nitka fioletowej pary. Pachnie lawendą, olejem i czymś szpitalnym pod spodem. Za fioletowymi wizjerami przesuwają się punkty energii, przysłony klikają, gdy Rem na coś patrzy.
Krok. Pauza. Następny krok. W losowych momentach zatrzymuje się w połowie ruchu - z nogą nad brukiem albo z ręką wyciągniętą przed siebie - i po prostu stoi. Z wnętrza dobiega ciche tykanie, coś szura o metal, przeskakuje zębatka.
Czasem jego cień porusza się pierwszy.
-
Notturno-09-REM— Tamtej nocy — mówi w górę schodów, pochylony ku nim i ściszony tak, żeby głos nie doszedł do okiennic. W jego tonie nie ma agresji, jest tylko niezłomna, urzędowa pewność kogoś, kto zdecydowanie nie ma zamiaru odpuścić — Ile par stóp zeszło, ile wyszło i ile minęło między jednym a drugim? Skoro te ściany przenoszą cudze kroki, mają obowiązek przenosić je dokładnie. Nigdzie nie pójdziesz, póki nie udzielisz mi wszystkich odpowiedzi. Twoje milczenie tylko wydłuży ten proces.
Wchodzi o jeden stopień po kubek, chwyta go za brzeg i unosi otworem ku drzwiom, żeby cynowa ścianka przyjęła na siebie wszystko, co przeciąg z alei zdoła wymyślić przeciwko płomieniowi. Wolną dłonią próbuje rozchylić szparę po oderwanej desce na szerokość własnych barków i przecisnąć się bokiem, niosąc kubek przed sobą na wyciągniętej ręce.
Na progu staje, zanim stopa dotknie klepiska, i opuszcza kubek nisko. Światło ścieli się po podłodze, najpierw wzdłuż muru, potem środkiem, a Notturno szuka w kurzu odcisków, przeciągnięć i wszystkiego, co układa się w linię.
Dopiero potem idzie, i to wzdłuż muru, bo środek pomieszczenia mógł wydeptać ktokolwiek. Liczy kroki do lady. Każdy zaczyna od pięty i dopiero potem przenosi ciężar na palce, a pęknięty wizjer klika z opóźnieniem pół taktu.
Za ladą klęka i w kolanach coś trzeszczy. Kubek staje na podłodze otworem ku zasłonie, plecami do szpary w deskach. Notturno patrzy wzdłuż linii od szpary do okiennic naprzeciwko, przesuwa naczynie o szerokość dłoni w głąb i patrzy jeszcze raz.
Z torby wyciąga sznurek z węzłami co dziesięć centymetrów i rusza z nim ku zasłonie. Tam klęka na jedno kolano i próbuje zmierzyć trzy razy, zawsze w tej samej kolejności: od muru do kanta skrzyni, od kanta do dolnego brzegu płachty, od brzegu płachty do podłogi. Przy każdym pomiarze kciuk przeskakuje po węzłach, a wyniki porównuje z odstępem, który pamięta ze sprzątania.
Jedna dłoń ląduje płasko na wieku i szuka okuć, rygla, szczeliny. Kciuk próbuje wsunąć się pod brzeg i unieść wieko na szerokość paznokcia, a druga ręka zamyka się na dolnym skraju zasłony i przytrzymuje ją na miejscu.
-
PrzysługaBrendan trzymał głowę opartą o zimną szybę, w bezruchu tak całkowitym, że klatka piersiowa przestała nawet udawać oddech. Szeroko otwartymi, podkrążonymi fioletem oczami obserwował wyścig kropel deszczu na szkle. Dwie z nich, większe od reszty, pędziły w dół, pożerając po drodze mniejsze cząsteczki wody, aż w końcu zderzyły się na dole i spłynęły w ciemność uszczelki. System zawsze dążył do ujednolicenia. Do uproszczenia struktury.
– Podejrzane? – parsknął. – Podejrzane byłoby, gdyby rzucił do tego gardła kogoś ważnego.
Nie odsunął twarzy od szyby, mówiąc to samym kroplom.
– Przecież wy nic nie rozumiecie. Myślicie, że „zaufany" to znaczy ktoś bliski? Ktoś ważny? Nie. Zaufany to jest ten, o którym wiesz, że jak go rzucisz psom na pożarcie, to nie zacznie krzyczeć za wcześnie. Ten, którego strata nie zostawi dziury w budżecie. Rzeźnik też nie sprawdza na początku nowej maczety na najlepszym udźcu, tylko bierze ochłap. Gnaty, skórę, tłuszcz... Cokolwiek. Sprawdza, czy ostrze idzie gładko, zanim weźmie się za resztę. I my jesteśmy tym ochłapem, Amando. Nasza rola... my już tam jesteśmy wpisani, na samym dole, o, takimi wielkimi literami. Po co pytać, czy nas wystawili? Jasne, że nas wystawili. Pytajcie raczej, ile razy ten nóż ma w nas uderzyć, zanim uznają, że się stępił.Gwałtownie wyrwał się z bezruchu. Długa, przeraźliwie chuda ręka wystrzeliła do przodu, zgięta w łokciu pod ostrym kątem. Zawisła w przestrzeni między przednimi fotelami, skierowana otwartą dłonią ku dokumentom. Kredowobiałe palce zaczęły miarowo, sucho stukać o siebie w powietrzu - kciuk uderzał o palec wskazujący i środkowy w rwanym, mechanicznym rytmie, niczym kleszcze owada, który na coś czeka. W szoferce, ponad szumem ulewy, słychać było tylko ten cichy, kostny trzask stawów.
– Pokażcie te dokumenty. Papier trzyma wszystko. Zgięcia, pośpiech, czyjś pot, strach, cokolwiek. Wszystko zostaje na krawędziach, jak się dobrze przyjrzeć. Telefonów nie chcę. Dokumenty chcę. -
PrzysługaŚwiatło cyfrowego stołu rozlało się po salonie Amandy i zmieniło go w prosektoryjny monitor, wypolerowany do zimnego połysku. Brendan cofnął się o pół kroku gwałtownie szarpanym ruchem, w cień między regałem a framugą. Usiadł na skraju wskazanego krzesła, bokiem do blatu. Na ścianie zatrzymały go zdjęcia spod mikroskopu: kolonie, preparaty, komórki w fioletowym barwniku.
Amanda wskazała mu laptopa na biurku. Jego wzrok trafił na obiektyw nad ekranem, a obok niego paliła się zielona dioda. Zatrzymał się na niej o sekundę za długo. Dłoń uniosła się nad klawiaturę, zawisła o centymetr od klawiszy i wróciła do kieszeni.– Lara chyba ma już na stole trasy – powiedział matowym, suchym głosem. – Z Vigo wybierze kryjówkę, więc dopisanie reszty zajmie im mniej czasu niż mnie. Ja biorę papiery od Damiena. Tracą wartość z każdą godziną.
Dwie Motorole leżały na skraju blatu tam, gdzie je zostawił. Chwycił pierwszą przez naciągnięty na dłoń rękaw, obrócił raz w palcach, pochylił nad zawiasem klapki do jednego płytkiego wdechu i odłożył. Z drugą zrobił to samo, szybciej. Przesunął obie w stronę Jonasa.
– Słyszałeś Różyczkę.
Wsunął między wargi suchego papierosa i rozejrzał się po salonie. Popielniczki nie było. Z kieszeni wyciągnął Zippo, kciuk trącił kółko, krzesiwo sypnęło iskrą i płomień zdążył ledwie drgnąć, zanim zatrzasnął wieczko. Papieros został w ustach, a filtr zaczął wędrować od jednego kącika do drugiego. Za jego plecami ekran stołu mrugnął, odświeżając jakąś trasę, i mięsień w szczęce Brendana drgnął raz i znieruchomiał. Lara mruczała o głodzie, Vigo o arsenale w piwnicy. Zmierzył ich wzrokiem, wypuścił z płuc martwe powietrze i wrócił do papierów.Dossier rozłożył na kolanie. Na kartkach znalazł dopisek o spaleniu po lekturze i przytrzymał przy nim kciuk dłużej, niż wymagało czytanie. List leżał na wierzchu. Przeczytał go raz, powoli, od „Moi niezawodni krewni" do inicjałów.
– Papier zachowuje ślady pośpiechu – mruknął do kartki głosem zawieszonym w próżni. – Nacisk dłoni też. Zobaczymy, ile jeszcze potrafi powiedzieć.
Długie palce, z wyraźnie zarysowanymi pod skórą ścięgnami, zaczęły badać ostre zgięcia, jedno po drugim, próbując rozpoznać, które powstały jednym ruchem, które były poprawiane i w którym miejscu kartka leżała pod czyjąś dłonią zbyt długo. Przysunął do twarzy róg koperty, potem kluczyki i pozostałe fanty, i wciągnął powietrze nosem. Pod fastfoodowym tłuszczem z Tooleya próbował oddzielić ślady Damiena od wszystkiego, co znalazło się na kopercie wcześniej: obcy zapach, włókno materiału, drobinę brudu. Próbował policzyć warstwy: ile rąk, ile razy, w jakiej kolejności.Oczy w tym czasie przesuwały się po odręcznych notatkach Damiena, linijka po linijce. Śledził nacisk pióra i nachylenie liter, miejsca, w których linia gęstniała albo rwała się, skreślenia, dopiski dorzucone szybciej niż reszta tekstu. Przerzucił kartkę z dossier.
– Dawson. Akta mówią, że usłyszał o delegacji i dał tąpnięcie: wyśle komponenty, żeby nas obserwowały. Komponenty mają okablowanie, a okablowanie ma jeden zacisk, jedną osobę, która odbiera rozkaz i rozdaje go dalej. Tego zacisku szukam, gdzieś w Szachrajni. Remont daje mi powód, żeby się tam pojawić. Przy tylu obcych twarzach jeszcze jeden facet z teczką jest szumem w tle.
Filtr papierosa przesunął się do drugiego kącika ust.
– Spróbuję zostać z nim sam na sam, choć lista i tak już istnieje, a my wisimy na niej gdzieś w środku. Klika minut wystarczy, żeby odczytać, co wie o gościach, i wpisać tam coś innego: lot opóźniony, lądowanie na Midway, przylot wczoraj i odjazd. Jego komponenty pojadą tam, gdzie je skierują, i będą pilnować pustego terminalu. Dawson dostanie meldunki, które do ni…
Zawiesił głos. W ciszy trzasnął mu staw palca.
– …czego nie prowadzą. Jeśli się uda, nikt z jego ludzi nie zapamięta rozmowy ze mną.Pochylił głowę w stronę Lary.
– Zjedz przed wyjściem. Głodna głowa wybiera najbliższy cel.
Wyprostował się i przesunął kciukiem po rogu kartki.
– Książę prosi o stłumienie ognia. Bez trupów, bez dymu, bez wybitej szyby. Zaczynam od adresu i planu budynku. Amando, masz coś o Szachrajni w remoncie? -
PrzysługaBrendan milczał. Kciuk przesuwał po krawędzi teczki, raz, potem drugi, aż paznokieć zatrzymał się na zagięciu kartonu. Nie podnosił głowy. Wargi poruszyły się bezgłośnie, szczęka napięła się i puściła. Odpowiedź układał z osobnych słów, obracał każde w myślach i odkładał te, które nie wytrzymywały ciężaru. Okablowanie odpadło pierwsze, zacisk zaraz za nim, a jedno z nich zostawiło w ustach posmak popiołu. Kiedy uniósł wzrok, palce na teczce znieruchomiały.
Wstał w dwóch rzutach, najpierw kolana, potem kręgosłup, i ruszył za Vigo, trzymając cztery kroki dystansu. Na ścianach wisiały tory cząstek, srebrne spirale na czerni, każda rozwidlona w miejscu, gdzie coś zostało rozbite. Minął trzy kadry bez jednego spojrzenia. Czwarty miał pętlę, która prawie się domykała i za każdym razem o włos mijała własny początek. Brendan przeszedł pod nią i dalej.
Drzwi łazienki stały uchylone. Przez szparę przebił się suchy trzask bębenka obracanego pod palcem, potem drugi, i szum odkręcanego kranu. Zatrzymał się przy framudze, w pasie światła, i przyłożył dłoń płasko do chłodnego tynku. Po chwili zdjął ją i wszedł bokiem, z dala od klamki.
W łazience pachniało mokrą porcelaną i szarym mydłem, a pod spodem oliwą do broni, ciężką, z cierpkim metalicznym tłem. Vigo stał pochylony nad umywalką, woda skapywała mu z twarzy na kołnierz. Brendan szukał w lustrze jego oczu.
– Okablowanie, o którym mówiłem w salonie – zaczął i zdanie pękło mu w środku. Następne słowo zjawiło się w złym rodzaju, potem w złym języku, potem w kawałkach: zacisk, przekładnia, kleszcze. Wyjął papieros z ust i przytrzymał go między palcami. Grdyka poszła w dół i w górę, dociskając rozsypane głoski do dna gardła. Zostało mu jedno słowo, Dawson, i od niego zaczął.
– Dawson ma ludzi. Dostają polecenia od jednej osoby i przekazują je dalej, a ta osoba nie widzi, co dzieje się potem. Dostarcza… – urwał, zacisnął szczękę i poprawił się wolniej, wymawiając każdą sylabę osobno. – Odbiera. Odbiera polecenia i rozdaje je. Z papierów Damiena nie wyczytałem niczego o hakerach ani dronach. To był obraz, Bleinert.Spojrzał na wodę ściekającą do odpływu.
– Nikt jeszcze niczego nie zmienił w głowach jego ludzi. Spróbuję to zrobić ja, jeśli zdążę dotrzeć do tego, kto odbiera.
Vigo w tym czasie przesuwał flakony na półce szafki nad umywalką, szkło o szkło, jeden, potem drugi. Dolna szuflada zasunęła się z cichym stuknięciem. Brendan zniżył głos do rejestru, w którym rozmawia się z kimś na skraju kozetki, i próbował złapać rytm jego płytkich oddechów. Cofnął się o pół kroku, bliżej drzwi.
– Szachrajnia... Ty przeczytasz ten budynek. Rozkład pomieszczeń. Ślepe ściany. Zobaczysz to, czego nie ma w papierach.
Wyciągnął przed siebie otwartą dłoń, palce rozstawione i nieruchome.
– Mam protokół. Przetestowany. Mogę pójść sam. Sam przejdę. Ale we dwóch... we dwóch będzie lepiej. Wejdziemy jako zespół inspekcji budowlanej. Będziemy sprawdzać stan techniczny budynku. Potrzebujemy dwóch kasków i dwóch kamizelek odblaskowych. Teczkę mam. Ty załatwisz kaski i kamizelki przed wyjściem.
Wciągnął powietrze nosem.
– Tylko my dwaj, Vigo. Ty patrzysz w sufit. Tablica w ręku. Ludzie omijają tych, którzy wyglądają na zajętych. Mnie wystarczy kilka minut. Więcej ludzi... nie. Większa grupa to błąd. Tłum rodzi pytania. Tłum zostawia ślady.Odwrócił się i zniknął w korytarzu, zostawiając Vigo przy otwartej szafce. Dystans pokonał szybciej niż w tamtą stronę, z ramionami przy ciele. W salonie zatrzymał się za krzesłem Amandy, tak by światło stołu padło mu na ramię i zostawiło twarz w cieniu.
– I jak? – zapytał.Wrócił na skraj swojego krzesła, sięgnął pod nie po teczkę i oparł ją o kolano. Rozłożył dossier na stronie z nazwiskiem Dawsona. Kciuk trafił na zagięcie, które badał już wcześniej, palce poszły do następnego, ostrzejszego, i do tego, które ktoś prostował kilka razy z rzędu. Przyłożył kartkę do nosa i próbował zaciągnąć się nią głęboko, do dna płuc.