Zygryd wymienił z poganką zbolałe spojrzenie. Chciał zasnąć i obudzić się z tego koszmaru...przynajmniej obóz rycerzy wydawał sie być blisko.
- To dlatego muszę strzec się świtu i piłem czerwoną posokę?
Zygryd wymienił z poganką zbolałe spojrzenie. Chciał zasnąć i obudzić się z tego koszmaru...przynajmniej obóz rycerzy wydawał sie być blisko.
- To dlatego muszę strzec się świtu i piłem czerwoną posokę?
Zygfryd skrzywił się, próbując zrozumieć co się z nim działo. Dlaczego nadciąganie świtu, który wcześniej przywitałby z nadzieją, jako osłonę przed tymi nocnymi pogańskimi demonami, teraz wywoływało w nim grozę?
- Czyli ja... jestem teraz podobnym do twoich dawnych władców? Muszę się skrywać przed blaskiem słońca jak potępieniec?! - wypowiadając te słowa przyspieszył kroki. Już nie wiedział przed czym uciekał....przed świtem, tymi demonami czy prawdą o jego stanie która zaczynała do niego docierać...
Zygfryd przysłuchiwał się słowom niewiasty, choć w głowie wciąż miał mętlik. Jednak jej słowa pozwoliły mu skupić się na czymś innym niż na jego budzącym grozę stanie.
-Chronią? Chcecie być chronieni przez takie istoty? - Kątem oka spojrzał czy dochodzą już do obozu. Dlaczego tak ważne było żeby wrócili przed świtem?
Zygfryd zmarszczył czoło, trawiąc te ponure słowa:
-Czyli powinieniem był umrzeć a tak się nie stało...skąd tyle wiesz o tym wszystkim? Władcy tych ziem są tacy jak Deotheri....i teraz ja?
-Ale gdybym umarł, nikt nie powstrzymał by Deotheriego przed straceniem cię.
Zygryd skupił wciąć zamglone czerwoną mgłą spojrzenie na Svajone. Dlaczego Deotheri w pierwszym odruchu chciał ją zabić, przecież nie okazała się ich wrogiem? Chociaż pamiętał jak wielki wysiłek kosztowało go powstrzymanie się przed przegryzieniem jej szyi....
- Nie masz za co przepraszać, przecież próbowałaś mnie ostrzec, prawda? Wiedziełaś, kim naprawdę jest Deotheri i kim sa nasi przeciwnicy. - Starał się mówić spokojnie, nie dopuszczająć do głosu tego potwora, który przed chwilą zmusił go do picia krwi swoich braci w Zakonie.
Zygfryd rozejrzał się dookoła zamglonym spojrzeniem, słowa Deotheriego były dla niego kojące ale to co się działo dookoła nie miało sensu.
-Svajone? - rozejrzał się za nią. Nie, nie zasłużyła na śmierć, wiele wycierpiała a przecież próbowała mu pomóc.
-Próbowała ostrzec mnie przed zasadzką choć ma wszelkie powody by nienawidzić nasz Zakon.. myślę że możemy się od niej czegoś więcej dowiedzieć. I jakbyśmy chcieli rozmawiać z miejscowymi to przyda się nam ktoś kto zna ich język i zwyczaje...-z jego ust powoli wylewały się słowa kiedy zwrócił spojrzenie z powrotem ku Deotheriemu.
Zygfryd słuchał kojącego głosu Deotheriego w milczeniu. Nie rozumiał....gdzie się podział czerwony gniew który przed chwilą odczuwał?
W końcu skinął głową lekko i niepewnie, bezradny niczym zagubione dziecko, już nie dumny rycerz zakonny
- Dobrze...wracajmy więc do obozu. Czy ponieśliśmy tutaj klęskę? - spojrzał się dookoła po zmasakrowanych ciałach.
Zastanawial się jakie znaczenie miał teraz wynik tego starcia. Czy była ta walka sług bożych z pogańskim pomiotem, czy coś jeszcze, biorąc pod uwagę czym on się stał i kim mógł być Deotheri? Ale jego przywódca miał rację, musieli wracać...
Zygrfyd czuł gniew i obrzydzenie do tego w co się przemienił, do tego co właśnie zrobił, wysysając resztkę życia z tego, którego nazywał bratem z zakonu. Zakonu, gdzie miał udowodnić swą wartość jako rycerz w bożej sprawie, nie stać się jakimś potworem. A ponieważ rozumiał że cokolwiek się z nim stało, uczynił mu to Deotheri to skierował sie więc prosto ku niemu. W pierwszym odruchu chciał nawet rzucić mu się do gardła ale coś, jakby głos w środku, go przed tym powstrzymał. Nie znał tego głosu.
- Co mi uczyniłeś?! Nie prosiłem cię o to! - syknął znad odsłoniętych kłów.
- Przed słońcem?! Czyli ono nam zagraża? - Zygfryda ogarnęła zgroza gdy zaczęły do niego docierać implikacje tego co własnie usłyszał, szczególnie że mógł już próbować myśleć o czymś innym niż o tym wszechorganiającym uczuciu głodu.... i nie były to myśli mogące przynieść jakikolwiek spokój. Czy miał teraz uciekać przed światłem dnia jak te pogańskie upiory z którymi się starli?
W złości odepchnał przybocznego Deotheriego i rozejrzał się za jego Panem. Chciał też sprawdzić co się stało ze Svajone.
Próbował zrozumieć...... teraz kiedy już zaspokoił już to potępieńcze pragnienie. Lecz twarz zmarłego kompana wypełniła jego świat, wraz z poczuciem spełnienia, które przyniosła krew. Czym on był i co się stalo z jego nieśmiertelną duszą?
Syknął gniewnie na przybocznego Deotheriego, odsłaniając kły.
- Odejść gdzie?! I kim ty jesteś?
Nie miał zamiaru podążąc za Deotherim jeśli nie pozna jakiś odpowiedzi. Dlaczego miałby ufać jemu i jego sługom, po tym co się stało? Czy byli oni lepsi od tych pogańskich demonów, które wymordowały właśnie jego braci?
"Pożyw się więc na nich". Skołowany Zygfryd nie mógł zrozumieć dlaczego przywódca Kawalerów Mieczowych, rycerzy służących Bożej sprawie, wydał taką plugawę komendę.... jak przez zalewającą go zewsząd czerwoną mgłę przypomniał sobie słowa Svajone: "Mogiły które chodzą nocami...." Czy Deotheri był jakimś demonem, który właśnie uczynił go podobnym sobie? Nie mógł jednak myśleć jasno, ten potworny głód uderzył go ponownie niczym rozrywający na strzępy huragan. Wciaż nie chcąc odebrać życia Svajone, skoczył ku jednemu ze swoich ciężko rannych braci, który chyba i tak dogorywał, tłumiąc uczucie palącego wstydu. Musiał zaspokoić głód żeby móc zrozumieć co się stało...nie spocznie póki Deotheri mu tego nie wyjaśni! Musiał mu odzielić odpowiedzi.

Zygfryd nie miał czasu by przemyśleć słowa Deotheriego na temat "urągających warunków". Wciąć przenikał go głód, jakiego nigdy nie czuł i niczym zwierzę, a nie rycerz ze szlachetnego przecież rodu, wychłeptał cudowną ciecz z miski, a czerwone niczym ognie piekieł krople spływały po jego twarzy. Na szczęście nie mógł teraz sam zobaczyć swojego splugawionego oblicza.
A potem Svajone została rzucona do jego stóp niczym zdobyczna branka. Którą właściwie była...chociaż czy ta tajemnicza poganka nie próbowała go ostrzec? Wraz z zaspokajaniem głodu w jego głowie pojawił się natłok myśli, ale nie był w stanie jeszcze tego zrozumieć, czym się właściwie stał?
Ale na widok czołgającej się niewiasty głód powrócił i odmieniony Rohrbach doskoczył do niej, przyszpilając do ziemi ciężarem ciała. Coś krzyczało do niego żeby zaspokił pragnienie zupełnie i wbił się w jej szyję. To go przeraziło.....przecież przybył tutaj by nawracać pogan, dając im światło Prawdziwej Wiary.
Nie! - wydał z siebie okrzyk i wytężył całą swoję wolę by puścić Svajone.
- Nie chce jej krzywdzić, zabierz ją ode mnie! - zawył do rycerza służącemu Deotheriemu.

Zygryd nie rozumiał. Przez chwilę czuł błogośc raju. Zaakceptował swój los, tak jak ojciec i inni przodkowie poległ walcząc w imię Boże, z poganami a nawet bestiami prosto z piekielnych czulości. Nikt mu nie mógł odmówić, że stawał dzielnie przeciwko mocy, której człowiek najwyraźniej sprostać nie mógł.
A potem... piekło? Ale dlaczego, czym sobie zasłużył? Bół i pragnienie które były nie do zniesienia, nie mógł myśleć, mógł tylko..pić? W miarę jak pił, to cierpienie...głód?... powoli ustępowało. Próbował coś zrozumieć z tego co się z nim działo, był w kałuży krwi...krwi Bertholda, jednego z rycerzy z jego oddziału. Jak w jakimś najgorszym koszmarze, zaczął rozumieć że rozszarpał gardło i pił jego krew. To krwi pożądał i ona dawała ukojenie.
- Co się stało?! Co ze mną zrobiłeś?! - Syknął wściekle, obracając się w stronę Deotheriego.

Zygfryd musiał zawierzyć wsparciu Bożemu i jego archaniołów, by nie stracić nadziei w tej przerażającej sytuacji. Ta wiedźma najwyraźniej władała całym stadem wilczych bestii z piekła rodem. Widok druha pożeranego przez te potwory był najstraszliwszym, jakim kiedykolwiek widział. Nie mógł na nim się jednak skupiać, musiał znaleźć dalej w sobie ducha do walki.
- Boże dopomóź swoim wiernym rycerzom! Skupcie się wokół mnie bracia! - Zawołał, zbierając w sobie ostatek sił. Wściekle ciął rannego już wilka, któremu odciął drugą z łap, lecz tamten nie ustawał w zajadłości, próbując dosięgnąć jego gardła kłami. Zadawał ciosy dalej, aż w końcu stał sobie sprawę, że zbryzgane krwią truchło przestało się ruszać. Zaczął szukać wzrokiem wiedźmy...czy jej ubicie mogło jakoś powstrzymać stado? I co ze Svajone?

Zygfryd przez chwilę poczuł się dumny, że starsi od niego rycerze uznali jego przywództwo. Jeśli jego ojciec, który oddał życie w walce o wyzwolenie Świętej Ziemi z rąk Mahometan, mógłby to widzieć z Niebios gdzie na pewno trafił, to miał nadzieję, że byłby zadowolony ze swojego najmłodszego syna. Ale to przyjemne uczucie szybko minęło w konfrontacji z iście szatańskimi sztuczkami którymi musieli stawić czoła w tej pogańskiej krainie.
Jego plan konnej szarży rycerzy na wiedźmę (która wyglądała jak człowiek, choć spowita jakąś dziwną mocą, pewnie rezultatem jakiegoś plugawego czarnoksięstwa) runął kiedy konie spłoszyły się nagle i jeźdźcy nie mogli nad nimi zapanować.
Widział jak Heinrich, rycerz pochodzący z Saksonii i zawzięty przeciwko poganom, trafił wiedźmę strzała. I nawet jeśli był to jakiś rodzaj upiora, jak sugerowała Svajone, to jednak tamta krwawiła, choć rana nie wydawała się na niej robić szczególnego wrażenia. I wtedy ta kobieta coś zrobiła, usłyszał nagle jakieś głosy niczym szepty samego diabła, a potem ziemia pochłonęła Heinricha miażdżąc mu kości. Młody von Rohrbach wydał z siebie okrzyk zgrozy i na chwilę zastygł, walcząc z odruchem ucieczki jak najdalej od tych bestii i czarnoksięskich mocy. Ale nie mógł przecież zawieść swoich braci i zhańbić honoru rodu....
- Ta dziwka krwawi, można ją zranić! - zawołał do swojego coraz mniejszego oddziału, starając się zapanować na strachem by jego głos zabrzmiał dobitnie.
- Zabijemy ją i będzie koniec tego, pamiętajcie że jeśli zawierzymy się Panu, to jego moc jest większa niż wszelkie sztuczki Szatana! Zostawcie konie i za mną, ubijemy wiedźmę! Gott mit uns, Kyrie Eleison! - W desperacji zaczął odmawiać początek modlitwy, jednocześnie wyciągając miecz z zamiarem poprowadzenia szarży, tym razem pieszych, na tę przeklętą czarownicę.

Zygfryd przez chwilę czuł się jakby śnił, ten cały dziwny wiatr niosący atakującą ich oczy ziemię i fragmenty poszycia, dziwny puch... ale szybko otrząsnął się czując na policzku krew, która jednak nie była jego. Następnie zobaczył Gerharda, jednego z jego towarzyszy broni, który nie pochodził wprawdzie ze szlachetnej krwi jak on, lecz w przeciwieństwie do Zygfryda był weteranem wielu bitew o których barwnie opowiadał przy obozowym ognisku. Teraz jednak Gerhard był już tylko trupem, z gardłem rozdartym przez pazury jednej z tych bestii i pustymi oczami zastygłymi w wyrazie zgrozy. Rycerz pokręcił głową, próbując zebrać w sobie całe pokłady swojej siły i odwagi wobec tych potworności z piekła rodem. Czuł odpowiedzialność za ludzi którzy mu zawierzyli, a może nawet nieco dumy?
- Powiadasz "Mogiły które kroczą nocami"? To jakieś upiory, ale czy stal może je zranić? - spytał się Svajone, ktora najwyraźniej wiedziała więcej od nich. Słowa o Deotherim były niepokojące i chyba w tej kwestii dziewczynie musiało się coś pomieszać w głowie. Tamten był przecież mężnym i rozumnym rycerzem, dowódcą, choć może było w nim coś niepokojącego....ale nie miał teraz czasu na takie wątpliwości, musiał działać.
Gdy poganka wymruczała coś o duchach w ciałach, a ciała można przecież zranić, wyciągnął miecz i wskazał ostrzem w stronę wiedźmy. Konni, którym już wcześniej nakazał atak, wahali się.
- Musimy ubić tę czarownicę, ona rozkazuje wilczym bestiom! Módlmy się, a bóg nas nie opuści w tej godzinie próby, walczymy przecież w jego imię! Reimundzie, poprowadź konnych do szarży, ja będę z pieszym oddziałem ubezpieczać wasze tyły! - odezwał się dobitnie do młodego von Leiningena, który w przeciwieństwie do niego nie stracił konia.

Zygfryd, starający się nie dać opanować strachowi, zerwał się na równe nogi, przeklinając utratę konia. Instynktownym ruchem sięgnął po miecz, próbując się zorientować w otaczającym go chaosie.
Zygfrydowi zajęło chwilę wstanie na nogi po upadku, który może i sam nie był bardzo groźny (choć mógł spowodować nieciekawe obrażenia przy nieszczęśliwym upadku), ale nie dość, że spowodował dezorientację Rohrbacha na moment to jeszcze samo uniesienie się z ziemi wymagało wysiłku zwiększonego przez ciężar napierśnika.
Dopiero, gdy się podniósł zobaczył prawdziwy rozmiar tego chaosu. Atakujących bestii było tylko trzy, ale po szybkim spojrzeniu zobaczył, iż mimo ran zadanych przez rycerzy, nie zaprzestały one ataku... ani nawet nie wydawały się być mniej doń chętne. Jedno z tych diabelskich pomiotów broczyło krwią z rozciętego do żeber boków, jednak najwyraźniej i to nie uczyniło szkody jej morale.
Rycerze za to walczyli dość nieskoordynowanie, uderzeni widokiem tego pogańskiego dzieła. Zygryd nie widział, by to ich ziemskie ciała doznawały uszczerbku... ale nieśmiertelne dusze trawione strachem, z którym nie każdemu udało się walczyć w uczciwej walce.
Obite upadkiem ramię zapulsowało bólem, gdy Zygfryd sięgnął po miecz, tylko aby zorientować się, iż ten w trakcie upadku wysunął się z pochwy i bezładnie spadł na ziemię kawałek od Zygrfryda.
A po oręż, z nieznanym zamiarem sięgała już Svajone.
Rycerz, modląc się w duchu o wsparcie w walce z szatańskim pomiotem, przekręcił głową jakby próbując odpędzić od siebie przerażenie, po czym rzucił się w stronę miecza.
- Oddaj mi to! - Krzyknał do Svajone.
Poganka zwróciła głowę w stronę Zygfryda, jakby do tej chwili spodziewała się, iż ten przetrącił sobie kark lub cały połamał.
- Rozetnij mi więzy, do cholery! - krzyknęła w stronę Rohrbacha, najwyraźniej zrozumiawszy iż on szybciej sobie z nimi poradzi - Mogę ci pomóc, ale ty musisz mnie! - Svejone stanęła na klindze miecza.
Zygfryd zobaczył kątem oka jak jedna z bestii przewraca rycerza odciągniętego kilka kroków od grupy i wygryza się w jego gardło z paskudnym chrzęstem miażdżonej krtani mężczyzny. Czerwień posoki oblała sierść na szczęce kreatury.
Zygfryd z przerażeniem spojrzał na masakrowanego rycerza.
- Walczcie w imię Boże, widzicie, że te potwory krwawią, można je zranić! - Zawołał do pozostałych rycerzy, próbując dodać otuchy również sobie, następnie na powrót zwrócił uwagę na Svajone. Nie wiedział na ile mógł jej ufać, ale wydawało się, że nie była po stronie tych bestii. Wyciągnął sztylet, by rozciąć jej więzy.
Nie wszyscy rycerze zareagowali na słowa Zygfryda. Po prawdzie większość wyglądała na zbyt zdjętych nieboskim strachem, co także wpływało na ich siłę bojową. Choć były tylko trzy bestie, to szybko okazało się, iż były "aż" trzy bestie. Kompani Zygfryda nie byli w stanie wyrządzić im takiej krzywdy, aby miała ona widoczny skutek. Jedna z nich wyrwała miecz z ręki rosłego mężczyzny niczym z dłoni szmacianej lalki, co zaburzyło równowagę rycerza, walczącego przez chwilę o jej odzyskanie. Nim jednak zdołał stanąć pewnie otrzymał uderzenie w plecy, gdy trzeci ze stworów właśnie na niego skoczył, obalając go z całym impetem na ziemię.
- Nie wygrasz z nimi. - szepnęła Svajone, gdy Zygfryd przecinał jej więzy - Może twój dowódca wygra. Nie wiem. - zerknęła w stronę kobiecej postaci rozmywającej się we mgle - Tylko on mógłby.
Rohrbach zobaczył jak dwóch z rycerzy najwyraźniej próbuje umknąć pozostawiając resztę kompanów...
- Deohteri? - Zygfryd patrząc na nieludzką siłę stworów, próbował sobie wyobrazić co mógłby przeciwko nim zdziałać dowódca.
- On jest jak panowie tych bestii... - zeszła z miecza, gdy jej dłonie zostały uwolnione.
- O czym ty mówisz, odebrało ci zmysły do reszty? - Odparł osłupiały.
- Kim jest to kobieta? - Wziął miecz i spojrzał w kierunku rozmywającej się w mgle postaci, rozglądając się też za swoim koniem.
- Ona... - Svajone przysunęła się bliżej Zygfryda, w tym momencie zdając się być jedynie wystraszoną niewiastą - Musi być również władcą bestii... choć nie wiem więcej, a Deotheri... - uśmiechnęła się blado - Rozmawiał ze mną... i nie krył się z niczym. - zacisnęła dłoń na ramieniu Rohrbacha - Chodził w dzień kiedy?
Spłoszony koń Zygfryda musiał odbiec wystarczająco daleko, aby nie być już w zasięgu wzroku.
Zygfryd wybałuszył oczy.
- Nie przypominam sobie by chodził… Czyli żeby powstrzymać bestie, najlepiej uderzyć na tę wiedźmę we mgle?
- Rozkaż im na nią ruszyć - wyszeptała Zygfrydowi do ucha - Odwróci to uwagę bestii... bo najlepszym sposobem na przeżycie... - spojrzała w stronę, w którą poszła reszta grupy z dowódcą - ...jest być z Deotherim.
W momencie wypowiedzenia tych ostatnich sylab, z tamtego kierunku uderzył potężny podmuch wiatru, który powaliłby Svajone gdyby nie była uczepiona Zygfryda.
- Chryste…-Zygfryd spojrzał w tamtym kierunku, po czym zawołał do rycerzy.
- Tam przy drzewach jest wiedźma, która kontroluje bestie, ruszajcie na nią! - Zawołał do konnych rycerzy. Sam by ich poprowadził, gdyby nie stracił konia…
- A wy do mnie, ustawcie się plecami do siebie, wycofamy się do reszty - rozkazał z kolei pieszym żołnierzom. Miał nadzieję że atak czwórki konnych rycerzy na wiedźmę faktycznie pomoże… nie powinien może ufać słowom tej poganki która do wczoraj była ich zaprzysięgłym wrogiem, lecz nie mógł zaprzeczyć, że wiedziała więcej o tych piekielnych czarnoksięskich sprawach niż on. I z jakieś przyczyny czuł, że nie jest mu teraz wroga.

Niepokój, który próbował, podobnie jak inni, wyplenić z siebie, powrócił teraz, zamieniając się w rwącą serce grozę. To już nie były bajki pogańskiej dziewki, które można było wyśmiać, ani nawet majaczenia jednego oszalałego brata. Tym razem Zygryd musiał uwierzyć własnym oczom jeżeli nie chciał uznać że i jego dotknęło szaleństwo.
Czy to te potwory, przypominające jakieś szatańskie połączenie ludzi z wilkami, były tym które napadły na patrol jego braci, czy przed nimi ostrzegała Swajone.... poganka, którą nie wiedzieć czemu von der Recke pozostawił przy życiu pogrążyła się w bezrozumnym łkaniu, a przecież może teraz jej wiedza mogłaby im pomóc. Rohrbach, szukając nadziei w tej przerażającej sytuacji, spojrzał w kierunku ich dowódcy, który oddalił się w stronę tajemniczej postaci, czy jego celem było wywabienie tego demona? Młody rycerz miał nadzieję, że za niewzruszonym spokojem Deotheriego krył się plan, który może ich ocalić w obliczu tych bestii z piekła rodem.
Całą siłą woli próbował opanować drżenie rąk, modląc się do Matki Bożej i Świętego Michała Archanioła, pogromcy diabła. Nie słyszał, aby krzyżowcy w ziemi świętej mierzyli się z czymś takim, choć mówiono, że u boku pogan walczyły demony.... w każdym razie była to godzina próby.
-Nie dajcie się zawładnąć lękowi, te diabły nie pokonają nas, jeżeli mamy w sercu Pana! Szatan i pogańskie sztuczki nie pokonają prawdziwych obrońców wiary! - Mocno trzymając się spłoszonego konia, wjechał przed pozostałych rycerzy i wzniósł miecz do góry, starając się emanować pewnością siebie jak der Recke, choć cały czas walczył z przerażeniem.
-Zacieśnić szyk i wyciągnąć włócznie i lance, jak się nas rzucą, to je na nie nadziejemy. I módlmy się! - Spojrzał na podchodzące bliżej stwory, a potem na zatopioną w szlochach Swajone. Podjechał do niej i mocno potrząsnął za ramię.
-Chodź do nas, bo zginiesz tam sama, wiesz czy te potwory można zranić stalą?

Zygfryd wpatrywał się w ogarniętego obłędem rycerza ze zgrozą. Nagle przypomniały mu się niepokojące słowa Svajone o duchach broniących tych ziem, które starał się uznać za majaczenia oszalałej kobiety. Przełknął ślinę i zaczął modlić się w myślach, co sprawiło, że znowu mógł działać.
- Uspokój się Bracie, jesteś rycerzem zakonu, oddałeś swój żywot walce za Bożą sprawą! - Podszedł do ogarniętego bezrozumnym strachem człowieka, uderzył go w policzek dla otrzeźwienia i próbował postawić na nogi - Pomożemy ci dotrzeć do obozu, co ci się stało?
Mężczyzna zwrócił oczy pełne obłędu na Zygfryda i łapiąc go silnie za ramiona odpowiedział histerycznie:
- Diabeł, Antychryst na tych ziemiach żyje! Piekło tu ma zamiar sprowadzić, ogniem i krwią kropi ziemię!
- Nie ma tu żadnego diabła, któremu nasze miecze i krzyże nie mogłyby sprostać, sztuczki tych pogan zmąciły ci umysł! - Odparł Zygfryd z nutą gniewu, którym zagłuszał niepokój.
- Pomóż mi, musimy dostarczyć tego nieszczęśnika do obozu - zwrócił się do towarzyszącego mu młodzieńca.
- Nie widziałeś tego, nie wiesz! - mężczyzna spojrzał w niebo, a puszczając ramiona Zygfryda, padł na kolana wyciągając dłonie ku chmurom - Panie! Odegnaj od nas tego Szatana! - spojrzał na górującego nad nim Zygfryda.
- Pozabijał wszystkich, cały oddział zwiadowczy... - drżący głos przepełniony był strachem - ...zalał ziemię rzeką krwi...
- Pozabijał oddział, sam jeden? Ilu was było? -Spytał się Zygfryd z niedowierzaniem. Westchnął, tego nieszczęśnika trzeba było przesłuchać jak dojdzie do siebie.
- Jesteś ranny, chodź z nami do obozu. Pan Cię nie opuścił, żyjesz…
- Ziemia nasiąkła ich krwią... - wyszeptał mężczyzna, wpatrzony teraz w stronę, z której przybiegł - Ich krwią... Ich wszystkich... Dwóch... - słowa zaczęły przypominać mamrotanie - Krew braci ma ziemia... - wziął głębszy oddech i dodał, spojrzawszy na Zygfryda tym rozbieganym spojrzeniem, wciąż zdającym się szukać zagrożenia - Ja nie jestem ranny. - uniósł dłoń umazaną krwistymi smugami zmieszanymi z ziemią - ...to nie moja posoka...
Zygfryd wzdrygnął się, wciąż czująć zgrozę.
- Nie twoja krew, to dlaczego tyle jej jest na tobie? Mów z sensem bracie, daleko was zaatakowali? Musimy zdać raport, ostrzec pozostałych. - Przez chwilę zastanawiał się, czy miałby jakieś szanse przeciwko wrogom, którzy rozbili patrol tego nieszczęśnika….
- Ta krew... Braterska jest... - złapał Zygfryda za nogi, niczym błagalnik szukający rozgrzeszenia - Ten diabeł... Ten demon pogański i jego słudzy... - zadrżał mu głos jakby był małym dzieckiem nie zaś mężczyzną - ...chciał bym patrzył, bym widział... bym przyniósł wieść o jego czynach i woli... - łzy popłynęły po zakrwawionym policzku - Bym przyniósł ich krew jako świadectwo...
- Krew...braterska? - Zygfryd popatrzył na oszalałego rycerza ze zgrozą, sprawdził też czy ten miał broń, jeżeli miał należało mu ją odebrać. - Cóż uczyniłeś Bracie? Jak ci na imię? Módl się do Pana o łaskę i chodź z nami do obozu, tam Zakon ci pomoże. - Spojrzał na towarzyszącego mu młodego rycerza, oczekując od niego pomocy z doprowadzeniem szaleńca do obozu.
Mężczyzna jednak nie miał przy sobie żadnej broni, choć mieć musiał idąc z innymi na patrol.
- Krew braterska... rycerzy Chrystusa... - wsparł czoło na nogach Zygfryda - Krew braci jest świadectwem... ich męki... jaką diabeł na nich sprowadził... a ja tylko patrzyłem... - następne słowa rycerza, który nawet swego imienia nie podał, były niezrozumiałym zlepkiem sylab, nie zaś mową człowieczą.
Reimund przez cały ten czas patrzył ze zgrozą na mężczyznę zakrwawionego nie swoją krwią. Zygfryd mógł zobaczyć rosnące niedowierzanie i strach w oczach młodego rycerza, który musiał nigdy wcześniej podobnego szaleństwa nie doświadczyć. Zorientował się jednak po chwili, że Zygfryd na niego spogląda oczekując działania, więc strząsnął z siebie szok i powol, niby do dzikiego zwierzęcia, zbliżył się bardziej do mężczyzny uczepionego nóg Zygfryda.
- On jest śmiertelnie przerażony... - szepnął do Zygfryda, próbując zabrać od niego zwiadowcę, który kurczowo trzymał się nóg Rohrbacha.
Zygfryd zacisnął pięść, sfrustrowany i nieco przestraszony całą dziwaczną sytuacją.
- Wybacz bracie - rzekł, po czym uderzył go w głowę płazem miecza, tak by ogłuszyć nieszczęśnika. Obłąkany mężczyzna opadł na ziemię niczym szmaciana lalka, puszczając wolno Zygfryda.
- Nie wiem co za diabelstwo napotkał, w obozie będzie łatwiej go przesłuchać. Pomóż mi go przenieść. - zwrócił się do Reimunda.
- Dobrze prawisz. - odparł cicho Reimund, patrząc na powalonego spojrzeniem wyrażającym głęboką obawę - Niech też nasz dowódca go zobaczy, dowie się faktów z naszych ust... - rycerz podniósł wraz z Rohrbachem nieprzytomnego, trzymając go pod jedną rękę. Nie rzekł nic więcej, ale Zygfryd widział jak niespokojnie on rozgląda się po otoczeniu, gdy szli w stronę obozu.
Powrót całej trójki spowodował niemałe pobudzenie w obozie. Sami rycerze mogli zachowywać pozorny spokój, ale rozbudzeni giermkowie oraz reszta towarzyszących im ludzi... nie była tak opanowana. Chcieli wiedzieć co się dzieje, gdy Zygfryd wraz z Reimundem wprowadzili nieprzytomnego, którego pokrywała krew. Nie sprowadziło to pojawienie się więcej poruszenia, mimo że nieprzytomny ocknął się w półświadomość nim zdołali rozprawić się z jego umiejscowieniem. Ich skąpe wyjaśnienia rozeszły się pędem w skąpanym w nocy obozie... w którym niestety za dużo osób się zbudziło na ich przybycie.
Obłąkany mężczyzna został zabrany przez Braci do namiotu, służącego za szpital polowy, zaś starszy rycerz poprowadził Rohrbacha oraz Leiningena prędko w stronę więziennego budyneczku, nie wyjaśniając czemu właśnie tam mają spotkać Deotheriego poruszonego tym, co zdołano mu przekazać...
...ale zaraz po wejściu Zygfryd mógł zrozumieć dlaczego właśnie tutaj znajdował się ich dowódca, gdy jego oczom ukazał się Deotheri stojący obok celi Svajone.
Starszy rycerz wraz ze strażnikiem tego więzienia pozostawili przybyłych sam na sam z dowódcą, który jedynie spojrzał po dwójce, szczególnie skupiając spojrzenie na Zygfrydzie; wyraźnie oczekując wyjaśnień.
Zygfryd był zdziwiony, że akurat tutaj zastali Deotheriego, czyżby dowódca sam zdecydował się przesłuchać więźniarkę? Z niepokojem spojrzał na lokatorkę celi, przypominając sobie jej słowa groźby…
Szybko przypomniał sobie jednak przed kim stoi i skinął głową Deotheriemu z szacunkiem.
- Znaleźliśmy podczas zwiadu jednego z braci, nie wydawał się być szczególnie ranny jednak jego słowa i zachowanie były przepełnione szaleństwem i zgrozą. Nie był w stanie wyjaśnić składnie co go spotkało, bełkotał jeno o jakieś diabelskiej istocie, która zabiła jego dwóch towarzyszy i pozwoliła mu odejść naznaczonemu ich krwią. Ponieważ nie dało się z nim porozumieć ogłuszyliśmy go i sprowadziliśmy tutaj, gdzie łatwiej będzie mu pomóc i go przesłuchać.
- Diabelska istota? - Deotheri zmarszczył brwi - Mówił czemu ta... istota... puściła go wolno? Czemu akurat jego? - dowódca spojrzał po obu rycerzach, ale Rohrbach miał wrażenie, iż pytanie skierowane zostało do niego.
- Jego bełkot zmąconego umysłu był trudny do zrozumienia, ale mogło chodzić o zasianie strachu pośród nas… - odparł Zygfryd.
- Gdzie on teraz został zaprowadzony? - zapytał Deotheri wprost.
- Jest w namiocie szpitalnym, jak dojdzie do siebie może będzie w stanie więcej powiedzieć. Wraz ze świtem często przychodzi nadzieja i złe moce umykają z serc i umysłów.
Gdy tylko umilkły ostatnie słowa Zygfryda, zza drzwi celi Svajone dobiegł dźwięk, który młody Rohrbach umiał określić tylko jako "śmiech"...
...w jakiejś wypaczonej, chorej postaci.
- Nie posłuchałeś niewinny wojowniku! - słowa uwięzionej dotarły do mężczyzn - Duchy was znalazły, a one są oczami pana tych ziem, intruzi! Za późno na ucieczkę... - ton kobiety obleczony był jakimś strachem - ...bo kiedy wejdziecie w te ziemie... on was dopadnie. - następne słowa natomiast wyrażały zrezygnowanie, ale też jednocześnie wyraźnie słyszalna była w nich jakaś okrutna radość - ...wyczekuje pory...
Deotheri stał nieruchomo, nie poruszywszy się nim nie przebrzmiały słowa Svajone, jakich miejsce zajęło ledwo słyszalne pochlipywanie.
- Idźcie już. - pozbawiony emocji głos dowódcy przeciął ciszę. Zygfryd od razu zrozumiał, iż wypowiedziany rozkaz nie podlega dyskusji, a i Deotheri się jej nie spodziewał...
...ale w końcu czemu rycerze pod jego dowództwem mieliby podnosić sprzeciw, prawda?
Roztrzęsiony Zygfryd pomodlił się w namiocie do Michała Archanioła, prosząc wodza zastępów niebieskich o wsparcie i ochronę przez sługami Szatana. Pomyślał o spokoju i niewzruszeniu Deotheriego, który były dla wszystkich braci oparciem, dobrze było brać z niego przykład. Gdy się uspokoił poczuł się bardzo zmęczony i ogarnął go sen.
Świtem przez obóz przetoczyły się rozkazy zmieniające wcześniej przyjęte plany na oczekiwanie.
Rozkazano przygotowanie do wyruszenia tego wieczora ku Kurlandii.

Zygfryd spojrzał przenikliwie na młodą i rzucającą się dziko kobietę. Nie wydawała mu się zagrożeniem. Starał się aby kobiety nie odgrywały w jego życiu zbyt wielkiej roli, w końcu uważał się za przeznaczonego do większych rzeczy, ale miewał z nimi do czynienia i wiedział, że im się podobał. Z tą tutaj może więcej zyska po dobroci…
- Witaj, jak masz na imię? Jestem Zygfryd von Rohrbach. Jestem tu, by ci pomóc - uśmiechnął się do kobiety. Jego ruski nie był bardzo dobry, lecz zrozumiały.
- Chce mi pomóc dziki niewierny? - parsknęła kobieta -Nie chcę rozmowy z kłamliwym bezbożnikiem, którego język pokryty jest jadem!
Zygfryd zmarszczył brwi, starając się nie okazywać irytacji, która ogarnęła go na bezczelne słowa poganki.
- Oceniasz mnie, którego wcale nie znasz. Jestem z rodu możnych rycerzy i nieustraszonych wojowników. Nie byłaś pewnie nigdy na naszych ziemiach, lecz wiedz, że tam kobiety otacza się szacunkiem i opieką, a nie pozostawia się na pastwę wroga.
- Jesteś z rodu morderców, to na pewno. - parsknęła poganka - A jeżeli waszych kobiet nie obchodzi ich los własnych dzieci, o który to walczą wraz z mężczyznami jako i ja... - skrzywiła się - ...to nie mają prawa otrzymywać żadnego szacunku, ty który niesiesz tylko ogień i krew, jakie okrywasz słodkim głosem.
Zygfryd zdał sobie sprawę, że ta poganka jest zatwardziała w swojej fałszywej wierze i bardzo ciężko będzie coś z niej wydobyć. Najchętniej wyszedłby, ale nie chciał zawieść Deotheriego.
- Boża prawda przyjdzie do każdego, Słowianie już ją przyjęli. Jak przyjmiecie ją dobrowolnie unikniecie ognia i krwi o której prawisz. Mogę cię rozkuć i kazać przynieść jadło i napitek jak nie będziesz próbować ucieczki.
- Mówicie o miłosierdziu, a dla tego miłosierdzia mordujecie innych? - spojrzała z jakimś zbolałym smutkiem - Rób co chcesz. Nie mam przecież jak uciekać.
Zygryd wymienił poważne spojrzenie z dziwną dziewczyną. Teraz zaczynał odczuwać wobec niej żal. Ale furia ją opuściła, więc chyba szło mu dobrze.
Rozkuł pogankę i kazał jej przynieść jakąś strawę i wodę.
- Rozumiem, że martwisz się o swoich bliskich, masz rodzinę, dzieci, rodzeństwo? Jak masz na imię? - Zapytał, przysiadając i opierając się o ścianę naprzeciwko niej. Nie sądził, żeby młoda matka była wysyłana na taki zwiad, lecz zwyczaje tych barbarzyńców już nieraz go zadziwiały.
- Nazywają mnie Svajone. - odparła kobieta rozmasowując sobie nadgarstki. Początkowo milczała, ale gdy to milczenie stawało się zbyt niezręczne, kobieta ucięła je szybko - A swoje dzieci jak nazwałeś?
Zygfryd odebrał od sługi porcję kaszy z mięsem i podał ją dziewczynie, miał nadzieję że była głodna. Założyła, że ma już dzieci... no tak, był chyba starszy od niej.
- Dzieci nie mam, nie taka jest droga rycerza zakonu - westchnął, wiadomo było, że niektórzy rycerze nie przestrzegali zakazu i brali kobiety, nie było to właściwe.
- Mój najstarszy brat, Karol, ma dwóch synów, jeden ma pięć wiosen a drugi 3, a żona Hermanna jest brzemienna - dodał poważnym głosem. Gilda zawsze mu się podobała, może gdyby nie obrał drogi rycerza zakonnego to on by ją poślubił, a nie Hermann…
- Nie mieć dzieci... to smuci bogów i duchy. - odparła kobieta wpatrzona w otrzymane jedzenie - Ale bezbożni jak wy... - nałożyła kaszy na drewnianą łyżkę, jaką z jedzeniem przyniesiono - ...nie słuchają duchów świata.
Zygryd zmarszczył brwi z irytacją. No cóż, nie można było wymagać od tej wychowanej w kłamstwie niewiasty, by znała Słowo Boże. Starał się więc być cierpliwym.
- Te “duchy świata” o których prawisz, my zwiemy diabłami i Szatanem. Jest tylko jeden Bóg. A ty masz dzieci? I zostawiłaś je same, idąc w bój? U nas matki strzegą swoich dziatek, a ich obrona należy do rycerzy, wojowników takich jak ja. - kontynuował.
Kobieta jadła niespiesznie patrząc Zygfrydowi w oczy, a dopiero gdy przełknęła odezwała się cichym, niesamowicie spokojnym acz lodowatym głosem.
- Miałam. Tacy jak ty - zmrużyła oczy - zabili moje dzieci.
Zygryd przełknął ślinę, zaskoczony słowami poganki. Wstał i przeszył Svajone spojrzeniem szeroko rozwartych oczu.
- Panie Broń, jak to możliwe!? Nie wierzę, aby moi bracia byli zdolni do zabijania małych dzieci, to musiał być wypadek...
Svajone przyglądała mu się dłuższą chwilę, po czym uśmiechnęła się krzywo.
- Prawda jest bolesna, czyż nie? - parsknęła - Nie jesteście tak czyści jak chcecie, ale nie słuchacie ni bogów, ni ludzi, więc trwaj w niezrozumieniu. Chyba, że przyszedłeś tu po naukę jaką mogą ci przekazać tacy jak ja? - pokręciła głową - Wątpię.
Zygryd oparł się o ścianę, zastanawiając się co teraz. Planował zaproponować tej kobiecie bezpieczeństwo rodziny w zamian za przekazanie informacji, ale w tej sytuacji? Zresztą niezależnie od misji, którą dostał od Deotheriego, był naprawdę wstrząśnięty informacjami Svajone.
- Nie wierzę ci! - Zawołał z pasją po chwili oszołomienia, zaciskając pięść.
- Powiedz kto to zrobił, mogę zbadać sprawę i doprowadzić do ukarania winnych!
- Czyżby? - odparła z brakiem przekonania - Czy masz władzę, aby to zrobić? Nie znam imion, nie pytałam jak napadli nasze domy, robiąc wszystko w imię wiary. Jeżeli jesteś przekonany, iż ci się uda... próbuj sam zasmakować prawdy, niewinny wojowniku.
- Nie jestem nikim w zakonie, mój stryj jest mistrzem... - odpowiedział Zygfryd, choć jego ton był bardziej zagubiony niż pełen przekonania.
- Jak dawno był ten atak i gdzie? - Postaram się to zbadać.
- Co za różnica? Działo się to nie dawniej jak kilka nowi temu, jak przeszli przez niedalekie tereny, gdzie Litwini żyją. O nazwy nie pytaj, wartości nie mają. - patrzyła uparcie na Zygfryda - ...ale jeżeli całą wiarę w swój stan pokładasz w innym... to wodzem co ma posłuch nie jesteś. I być nie będziesz. - odwróciła spojrzenie, jakby skończyła się jej chęć patrzenia na rycerza - Odejdź.
Zygfryd spuścił wzrok, poczuł się zawstydzony słowami kobiety. Głupio też mu było wracać do Deotheriego z niczym.
- Tak, chyba odejdę... chyba, że powiesz mi coś o tym co planują twoi krajanie. I tak wygramy tę wojnę, ale im szybciej to się stanie, tym mniej niewinnych zginie…
- Powiem ci tylko jedno. - parsknęła kobieta zerkając z ukosa - Nigdy nie pokonacie duchów, jak i ich władców, którzy chronią co ich - a ich są tereny jakie chcecie zagarnąć. Wynoście się lepiej, jak i ty niewinny wojowniku, nim cię duchy znajdą. - ponownie odwróciła wzrok i uniosła głos ostatni raz, nim zamilkła - Won!
Zygfryd wycofał się bez słowa, nie czuł się na siłach spierać się z tą poganką po tym co od niej usłyszał. Czuł się zagubiony i w pewnym sensie... pokonany przez tę kobietę. Czy mówiła prawdę o śmierci swoich dzieci? Powinien sprawdzić te informacje. Skierował się d Deotheriego w celu zdania raportu.
- Nie mam dobrych wieści, ta pogańska niewiasta jest zatwardziała w nienawiści i w swej fałszywej wierze. Wierzy w zabobony, że ich bożkowie i jakieś duchy nas powstrzymają. Planowałem zaoferować opiekę dla jej rodziny za pomoc, lecz ona twierdzi, że jej dzieci zostały zamordowane przez rycerzy naszego zakonu, kilka dni temu. - Spojrzał Deotheriemu w oczy. - Może moglibyśmy to sprawdzić, hańbą jest, aby w naszych szeregach służyli mordercy dzieci.