Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Lord MelkorL

Lord Melkor

@Lord Melkor

Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.

Informacje
Posty
75
Tematy
0
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Stille Nacht
    Lord MelkorL Lord Melkor

    Zygfryd rozejrzał się dookoła zamglonym spojrzeniem, słowa Deotheriego były dla niego kojące ale to co się działo dookoła nie miało sensu.

    -Svajone? - rozejrzał się za nią. Nie, nie zasłużyła na śmierć, wiele wycierpiała a przecież próbowała mu pomóc.
    -Próbowała ostrzec mnie przed zasadzką choć ma wszelkie powody by nienawidzić nasz Zakon.. myślę że możemy się od niej czegoś więcej dowiedzieć. I jakbyśmy chcieli rozmawiać z miejscowymi to przyda się nam ktoś kto zna ich język i zwyczaje...-z jego ust powoli wylewały się słowa kiedy zwrócił spojrzenie z powrotem ku Deotheriemu.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • Stille Nacht
    Lord MelkorL Lord Melkor

    Zygfryd słuchał kojącego głosu Deotheriego w milczeniu. Nie rozumiał....gdzie się podział czerwony gniew który przed chwilą odczuwał?

    W końcu skinął głową lekko i niepewnie, bezradny niczym zagubione dziecko, już nie dumny rycerz zakonny
    - Dobrze...wracajmy więc do obozu. Czy ponieśliśmy tutaj klęskę? - spojrzał się dookoła po zmasakrowanych ciałach.
    Zastanawial się jakie znaczenie miał teraz wynik tego starcia. Czy była ta walka sług bożych z pogańskim pomiotem, czy coś jeszcze, biorąc pod uwagę czym on się stał i kim mógł być Deotheri? Ale jego przywódca miał rację, musieli wracać...

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • Stille Nacht
    Lord MelkorL Lord Melkor

    Zygrfyd czuł gniew i obrzydzenie do tego w co się przemienił, do tego co właśnie zrobił, wysysając resztkę życia z tego, którego nazywał bratem z zakonu. Zakonu, gdzie miał udowodnić swą wartość jako rycerz w bożej sprawie, nie stać się jakimś potworem. A ponieważ rozumiał że cokolwiek się z nim stało, uczynił mu to Deotheri to skierował sie więc prosto ku niemu. W pierwszym odruchu chciał nawet rzucić mu się do gardła ale coś, jakby głos w środku, go przed tym powstrzymał. Nie znał tego głosu.

    - Co mi uczyniłeś?! Nie prosiłem cię o to! - syknął znad odsłoniętych kłów.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • Stille Nacht
    Lord MelkorL Lord Melkor

    - Przed słońcem?! Czyli ono nam zagraża? - Zygfryda ogarnęła zgroza gdy zaczęły do niego docierać implikacje tego co własnie usłyszał, szczególnie że mógł już próbować myśleć o czymś innym niż o tym wszechorganiającym uczuciu głodu.... i nie były to myśli mogące przynieść jakikolwiek spokój. Czy miał teraz uciekać przed światłem dnia jak te pogańskie upiory z którymi się starli?

    W złości odepchnał przybocznego Deotheriego i rozejrzał się za jego Panem. Chciał też sprawdzić co się stało ze Svajone.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • Stille Nacht
    Lord MelkorL Lord Melkor

    Próbował zrozumieć...... teraz kiedy już zaspokoił już to potępieńcze pragnienie. Lecz twarz zmarłego kompana wypełniła jego świat, wraz z poczuciem spełnienia, które przyniosła krew. Czym on był i co się stalo z jego nieśmiertelną duszą?

    Syknął gniewnie na przybocznego Deotheriego, odsłaniając kły.
    - Odejść gdzie?! I kim ty jesteś?

    Nie miał zamiaru podążąc za Deotherim jeśli nie pozna jakiś odpowiedzi. Dlaczego miałby ufać jemu i jego sługom, po tym co się stało? Czy byli oni lepsi od tych pogańskich demonów, które wymordowały właśnie jego braci?

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • Stille Nacht
    Lord MelkorL Lord Melkor

    "Pożyw się więc na nich". Skołowany Zygfryd nie mógł zrozumieć dlaczego przywódca Kawalerów Mieczowych, rycerzy służących Bożej sprawie, wydał taką plugawę komendę.... jak przez zalewającą go zewsząd czerwoną mgłę przypomniał sobie słowa Svajone: "Mogiły które chodzą nocami...." Czy Deotheri był jakimś demonem, który właśnie uczynił go podobnym sobie? Nie mógł jednak myśleć jasno, ten potworny głód uderzył go ponownie niczym rozrywający na strzępy huragan. Wciaż nie chcąc odebrać życia Svajone, skoczył ku jednemu ze swoich ciężko rannych braci, który chyba i tak dogorywał, tłumiąc uczucie palącego wstydu. Musiał zaspokoić głód żeby móc zrozumieć co się stało...nie spocznie póki Deotheri mu tego nie wyjaśni! Musiał mu odzielić odpowiedzi.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • Stille Nacht
    Lord MelkorL Lord Melkor

    text alternatywny

    Zygfryd nie miał czasu by przemyśleć słowa Deotheriego na temat "urągających warunków". Wciąć przenikał go głód, jakiego nigdy nie czuł i niczym zwierzę, a nie rycerz ze szlachetnego przecież rodu, wychłeptał cudowną ciecz z miski, a czerwone niczym ognie piekieł krople spływały po jego twarzy. Na szczęście nie mógł teraz sam zobaczyć swojego splugawionego oblicza.

    A potem Svajone została rzucona do jego stóp niczym zdobyczna branka. Którą właściwie była...chociaż czy ta tajemnicza poganka nie próbowała go ostrzec? Wraz z zaspokajaniem głodu w jego głowie pojawił się natłok myśli, ale nie był w stanie jeszcze tego zrozumieć, czym się właściwie stał?

    Ale na widok czołgającej się niewiasty głód powrócił i odmieniony Rohrbach doskoczył do niej, przyszpilając do ziemi ciężarem ciała. Coś krzyczało do niego żeby zaspokił pragnienie zupełnie i wbił się w jej szyję. To go przeraziło.....przecież przybył tutaj by nawracać pogan, dając im światło Prawdziwej Wiary.

    Nie! - wydał z siebie okrzyk i wytężył całą swoję wolę by puścić Svajone.

    - Nie chce jej krzywdzić, zabierz ją ode mnie! - zawył do rycerza służącemu Deotheriemu.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • Stille Nacht
    Lord MelkorL Lord Melkor

    text alternatywny

    Zygryd nie rozumiał. Przez chwilę czuł błogośc raju. Zaakceptował swój los, tak jak ojciec i inni przodkowie poległ walcząc w imię Boże, z poganami a nawet bestiami prosto z piekielnych czulości. Nikt mu nie mógł odmówić, że stawał dzielnie przeciwko mocy, której człowiek najwyraźniej sprostać nie mógł.

    A potem... piekło? Ale dlaczego, czym sobie zasłużył? Bół i pragnienie które były nie do zniesienia, nie mógł myśleć, mógł tylko..pić? W miarę jak pił, to cierpienie...głód?... powoli ustępowało. Próbował coś zrozumieć z tego co się z nim działo, był w kałuży krwi...krwi Bertholda, jednego z rycerzy z jego oddziału. Jak w jakimś najgorszym koszmarze, zaczął rozumieć że rozszarpał gardło i pił jego krew. To krwi pożądał i ona dawała ukojenie.

    - Co się stało?! Co ze mną zrobiłeś?! - Syknął wściekle, obracając się w stronę Deotheriego.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • Stille Nacht
    Lord MelkorL Lord Melkor

    text alternatywny

    Zygfryd musiał zawierzyć wsparciu Bożemu i jego archaniołów, by nie stracić nadziei w tej przerażającej sytuacji. Ta wiedźma najwyraźniej władała całym stadem wilczych bestii z piekła rodem. Widok druha pożeranego przez te potwory był najstraszliwszym, jakim kiedykolwiek widział. Nie mógł na nim się jednak skupiać, musiał znaleźć dalej w sobie ducha do walki.

    - Boże dopomóź swoim wiernym rycerzom! Skupcie się wokół mnie bracia! - Zawołał, zbierając w sobie ostatek sił. Wściekle ciął rannego już wilka, któremu odciął drugą z łap, lecz tamten nie ustawał w zajadłości, próbując dosięgnąć jego gardła kłami. Zadawał ciosy dalej, aż w końcu stał sobie sprawę, że zbryzgane krwią truchło przestało się ruszać. Zaczął szukać wzrokiem wiedźmy...czy jej ubicie mogło jakoś powstrzymać stado? I co ze Svajone?

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • Stille Nacht
    Lord MelkorL Lord Melkor

    text alternatywny

    Zygfryd przez chwilę poczuł się dumny, że starsi od niego rycerze uznali jego przywództwo. Jeśli jego ojciec, który oddał życie w walce o wyzwolenie Świętej Ziemi z rąk Mahometan, mógłby to widzieć z Niebios gdzie na pewno trafił, to miał nadzieję, że byłby zadowolony ze swojego najmłodszego syna. Ale to przyjemne uczucie szybko minęło w konfrontacji z iście szatańskimi sztuczkami którymi musieli stawić czoła w tej pogańskiej krainie.

    Jego plan konnej szarży rycerzy na wiedźmę (która wyglądała jak człowiek, choć spowita jakąś dziwną mocą, pewnie rezultatem jakiegoś plugawego czarnoksięstwa) runął kiedy konie spłoszyły się nagle i jeźdźcy nie mogli nad nimi zapanować.
    Widział jak Heinrich, rycerz pochodzący z Saksonii i zawzięty przeciwko poganom, trafił wiedźmę strzała. I nawet jeśli był to jakiś rodzaj upiora, jak sugerowała Svajone, to jednak tamta krwawiła, choć rana nie wydawała się na niej robić szczególnego wrażenia. I wtedy ta kobieta coś zrobiła, usłyszał nagle jakieś głosy niczym szepty samego diabła, a potem ziemia pochłonęła Heinricha miażdżąc mu kości. Młody von Rohrbach wydał z siebie okrzyk zgrozy i na chwilę zastygł, walcząc z odruchem ucieczki jak najdalej od tych bestii i czarnoksięskich mocy. Ale nie mógł przecież zawieść swoich braci i zhańbić honoru rodu....

    - Ta dziwka krwawi, można ją zranić! - zawołał do swojego coraz mniejszego oddziału, starając się zapanować na strachem by jego głos zabrzmiał dobitnie.
    - Zabijemy ją i będzie koniec tego, pamiętajcie że jeśli zawierzymy się Panu, to jego moc jest większa niż wszelkie sztuczki Szatana! Zostawcie konie i za mną, ubijemy wiedźmę! Gott mit uns, Kyrie Eleison! - W desperacji zaczął odmawiać początek modlitwy, jednocześnie wyciągając miecz z zamiarem poprowadzenia szarży, tym razem pieszych, na tę przeklętą czarownicę.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • Stille Nacht
    Lord MelkorL Lord Melkor

    text alternatywny

    Zygfryd przez chwilę czuł się jakby śnił, ten cały dziwny wiatr niosący atakującą ich oczy ziemię i fragmenty poszycia, dziwny puch... ale szybko otrząsnął się czując na policzku krew, która jednak nie była jego. Następnie zobaczył Gerharda, jednego z jego towarzyszy broni, który nie pochodził wprawdzie ze szlachetnej krwi jak on, lecz w przeciwieństwie do Zygfryda był weteranem wielu bitew o których barwnie opowiadał przy obozowym ognisku. Teraz jednak Gerhard był już tylko trupem, z gardłem rozdartym przez pazury jednej z tych bestii i pustymi oczami zastygłymi w wyrazie zgrozy. Rycerz pokręcił głową, próbując zebrać w sobie całe pokłady swojej siły i odwagi wobec tych potworności z piekła rodem. Czuł odpowiedzialność za ludzi którzy mu zawierzyli, a może nawet nieco dumy?

    - Powiadasz "Mogiły które kroczą nocami"? To jakieś upiory, ale czy stal może je zranić? - spytał się Svajone, ktora najwyraźniej wiedziała więcej od nich. Słowa o Deotherim były niepokojące i chyba w tej kwestii dziewczynie musiało się coś pomieszać w głowie. Tamten był przecież mężnym i rozumnym rycerzem, dowódcą, choć może było w nim coś niepokojącego....ale nie miał teraz czasu na takie wątpliwości, musiał działać.

    Gdy poganka wymruczała coś o duchach w ciałach, a ciała można przecież zranić, wyciągnął miecz i wskazał ostrzem w stronę wiedźmy. Konni, którym już wcześniej nakazał atak, wahali się.

    - Musimy ubić tę czarownicę, ona rozkazuje wilczym bestiom! Módlmy się, a bóg nas nie opuści w tej godzinie próby, walczymy przecież w jego imię! Reimundzie, poprowadź konnych do szarży, ja będę z pieszym oddziałem ubezpieczać wasze tyły! - odezwał się dobitnie do młodego von Leiningena, który w przeciwieństwie do niego nie stracił konia.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • Stille Nacht
    Lord MelkorL Lord Melkor

    text alternatywny

    Zygfryd, starający się nie dać opanować strachowi, zerwał się na równe nogi, przeklinając utratę konia. Instynktownym ruchem sięgnął po miecz, próbując się zorientować w otaczającym go chaosie.
    Zygfrydowi zajęło chwilę wstanie na nogi po upadku, który może i sam nie był bardzo groźny (choć mógł spowodować nieciekawe obrażenia przy nieszczęśliwym upadku), ale nie dość, że spowodował dezorientację Rohrbacha na moment to jeszcze samo uniesienie się z ziemi wymagało wysiłku zwiększonego przez ciężar napierśnika.

    Dopiero, gdy się podniósł zobaczył prawdziwy rozmiar tego chaosu. Atakujących bestii było tylko trzy, ale po szybkim spojrzeniu zobaczył, iż mimo ran zadanych przez rycerzy, nie zaprzestały one ataku... ani nawet nie wydawały się być mniej doń chętne. Jedno z tych diabelskich pomiotów broczyło krwią z rozciętego do żeber boków, jednak najwyraźniej i to nie uczyniło szkody jej morale.
    Rycerze za to walczyli dość nieskoordynowanie, uderzeni widokiem tego pogańskiego dzieła. Zygryd nie widział, by to ich ziemskie ciała doznawały uszczerbku... ale nieśmiertelne dusze trawione strachem, z którym nie każdemu udało się walczyć w uczciwej walce.

    Obite upadkiem ramię zapulsowało bólem, gdy Zygfryd sięgnął po miecz, tylko aby zorientować się, iż ten w trakcie upadku wysunął się z pochwy i bezładnie spadł na ziemię kawałek od Zygrfryda.

    A po oręż, z nieznanym zamiarem sięgała już Svajone.

    Rycerz, modląc się w duchu o wsparcie w walce z szatańskim pomiotem, przekręcił głową jakby próbując odpędzić od siebie przerażenie, po czym rzucił się w stronę miecza.
    - Oddaj mi to! - Krzyknał do Svajone.

    Poganka zwróciła głowę w stronę Zygfryda, jakby do tej chwili spodziewała się, iż ten przetrącił sobie kark lub cały połamał.
    - Rozetnij mi więzy, do cholery! - krzyknęła w stronę Rohrbacha, najwyraźniej zrozumiawszy iż on szybciej sobie z nimi poradzi - Mogę ci pomóc, ale ty musisz mnie! - Svejone stanęła na klindze miecza.

    Zygfryd zobaczył kątem oka jak jedna z bestii przewraca rycerza odciągniętego kilka kroków od grupy i wygryza się w jego gardło z paskudnym chrzęstem miażdżonej krtani mężczyzny. Czerwień posoki oblała sierść na szczęce kreatury.

    Zygfryd z przerażeniem spojrzał na masakrowanego rycerza.
    - Walczcie w imię Boże, widzicie, że te potwory krwawią, można je zranić! - Zawołał do pozostałych rycerzy, próbując dodać otuchy również sobie, następnie na powrót zwrócił uwagę na Svajone. Nie wiedział na ile mógł jej ufać, ale wydawało się, że nie była po stronie tych bestii. Wyciągnął sztylet, by rozciąć jej więzy.

    Nie wszyscy rycerze zareagowali na słowa Zygfryda. Po prawdzie większość wyglądała na zbyt zdjętych nieboskim strachem, co także wpływało na ich siłę bojową. Choć były tylko trzy bestie, to szybko okazało się, iż były "aż" trzy bestie. Kompani Zygfryda nie byli w stanie wyrządzić im takiej krzywdy, aby miała ona widoczny skutek. Jedna z nich wyrwała miecz z ręki rosłego mężczyzny niczym z dłoni szmacianej lalki, co zaburzyło równowagę rycerza, walczącego przez chwilę o jej odzyskanie. Nim jednak zdołał stanąć pewnie otrzymał uderzenie w plecy, gdy trzeci ze stworów właśnie na niego skoczył, obalając go z całym impetem na ziemię.
    - Nie wygrasz z nimi. - szepnęła Svajone, gdy Zygfryd przecinał jej więzy - Może twój dowódca wygra. Nie wiem. - zerknęła w stronę kobiecej postaci rozmywającej się we mgle - Tylko on mógłby.
    Rohrbach zobaczył jak dwóch z rycerzy najwyraźniej próbuje umknąć pozostawiając resztę kompanów...
    - Deohteri? - Zygfryd patrząc na nieludzką siłę stworów, próbował sobie wyobrazić co mógłby przeciwko nim zdziałać dowódca.
    - On jest jak panowie tych bestii... - zeszła z miecza, gdy jej dłonie zostały uwolnione.
    - O czym ty mówisz, odebrało ci zmysły do reszty? - Odparł osłupiały.
    - Kim jest to kobieta? - Wziął miecz i spojrzał w kierunku rozmywającej się w mgle postaci, rozglądając się też za swoim koniem.
    - Ona... - Svajone przysunęła się bliżej Zygfryda, w tym momencie zdając się być jedynie wystraszoną niewiastą - Musi być również władcą bestii... choć nie wiem więcej, a Deotheri... - uśmiechnęła się blado - Rozmawiał ze mną... i nie krył się z niczym. - zacisnęła dłoń na ramieniu Rohrbacha - Chodził w dzień kiedy?
    Spłoszony koń Zygfryda musiał odbiec wystarczająco daleko, aby nie być już w zasięgu wzroku.
    Zygfryd wybałuszył oczy.
    - Nie przypominam sobie by chodził… Czyli żeby powstrzymać bestie, najlepiej uderzyć na tę wiedźmę we mgle?
    - Rozkaż im na nią ruszyć - wyszeptała Zygfrydowi do ucha - Odwróci to uwagę bestii... bo najlepszym sposobem na przeżycie... - spojrzała w stronę, w którą poszła reszta grupy z dowódcą - ...jest być z Deotherim.
    W momencie wypowiedzenia tych ostatnich sylab, z tamtego kierunku uderzył potężny podmuch wiatru, który powaliłby Svajone gdyby nie była uczepiona Zygfryda.
    - Chryste…-Zygfryd spojrzał w tamtym kierunku, po czym zawołał do rycerzy.
    - Tam przy drzewach jest wiedźma, która kontroluje bestie, ruszajcie na nią! - Zawołał do konnych rycerzy. Sam by ich poprowadził, gdyby nie stracił konia…
    - A wy do mnie, ustawcie się plecami do siebie, wycofamy się do reszty - rozkazał z kolei pieszym żołnierzom. Miał nadzieję że atak czwórki konnych rycerzy na wiedźmę faktycznie pomoże… nie powinien może ufać słowom tej poganki która do wczoraj była ich zaprzysięgłym wrogiem, lecz nie mógł zaprzeczyć, że wiedziała więcej o tych piekielnych czarnoksięskich sprawach niż on. I z jakieś przyczyny czuł, że nie jest mu teraz wroga.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • Stille Nacht
    Lord MelkorL Lord Melkor

    text alternatywny

    Niepokój, który próbował, podobnie jak inni, wyplenić z siebie, powrócił teraz, zamieniając się w rwącą serce grozę. To już nie były bajki pogańskiej dziewki, które można było wyśmiać, ani nawet majaczenia jednego oszalałego brata. Tym razem Zygryd musiał uwierzyć własnym oczom jeżeli nie chciał uznać że i jego dotknęło szaleństwo.

    Czy to te potwory, przypominające jakieś szatańskie połączenie ludzi z wilkami, były tym które napadły na patrol jego braci, czy przed nimi ostrzegała Swajone.... poganka, którą nie wiedzieć czemu von der Recke pozostawił przy życiu pogrążyła się w bezrozumnym łkaniu, a przecież może teraz jej wiedza mogłaby im pomóc. Rohrbach, szukając nadziei w tej przerażającej sytuacji, spojrzał w kierunku ich dowódcy, który oddalił się w stronę tajemniczej postaci, czy jego celem było wywabienie tego demona? Młody rycerz miał nadzieję, że za niewzruszonym spokojem Deotheriego krył się plan, który może ich ocalić w obliczu tych bestii z piekła rodem.

    Całą siłą woli próbował opanować drżenie rąk, modląc się do Matki Bożej i Świętego Michała Archanioła, pogromcy diabła. Nie słyszał, aby krzyżowcy w ziemi świętej mierzyli się z czymś takim, choć mówiono, że u boku pogan walczyły demony.... w każdym razie była to godzina próby.

    -Nie dajcie się zawładnąć lękowi, te diabły nie pokonają nas, jeżeli mamy w sercu Pana! Szatan i pogańskie sztuczki nie pokonają prawdziwych obrońców wiary! - Mocno trzymając się spłoszonego konia, wjechał przed pozostałych rycerzy i wzniósł miecz do góry, starając się emanować pewnością siebie jak der Recke, choć cały czas walczył z przerażeniem.

    -Zacieśnić szyk i wyciągnąć włócznie i lance, jak się nas rzucą, to je na nie nadziejemy. I módlmy się! - Spojrzał na podchodzące bliżej stwory, a potem na zatopioną w szlochach Swajone. Podjechał do niej i mocno potrząsnął za ramię.
    -Chodź do nas, bo zginiesz tam sama, wiesz czy te potwory można zranić stalą?

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • Stille Nacht
    Lord MelkorL Lord Melkor

    text alternatywny

    Zygfryd wpatrywał się w ogarniętego obłędem rycerza ze zgrozą. Nagle przypomniały mu się niepokojące słowa Svajone o duchach broniących tych ziem, które starał się uznać za majaczenia oszalałej kobiety. Przełknął ślinę i zaczął modlić się w myślach, co sprawiło, że znowu mógł działać.

    - Uspokój się Bracie, jesteś rycerzem zakonu, oddałeś swój żywot walce za Bożą sprawą! - Podszedł do ogarniętego bezrozumnym strachem człowieka, uderzył go w policzek dla otrzeźwienia i próbował postawić na nogi - Pomożemy ci dotrzeć do obozu, co ci się stało?

    Mężczyzna zwrócił oczy pełne obłędu na Zygfryda i łapiąc go silnie za ramiona odpowiedział histerycznie:
    - Diabeł, Antychryst na tych ziemiach żyje! Piekło tu ma zamiar sprowadzić, ogniem i krwią kropi ziemię!

    - Nie ma tu żadnego diabła, któremu nasze miecze i krzyże nie mogłyby sprostać, sztuczki tych pogan zmąciły ci umysł! - Odparł Zygfryd z nutą gniewu, którym zagłuszał niepokój.
    - Pomóż mi, musimy dostarczyć tego nieszczęśnika do obozu - zwrócił się do towarzyszącego mu młodzieńca.

    - Nie widziałeś tego, nie wiesz! - mężczyzna spojrzał w niebo, a puszczając ramiona Zygfryda, padł na kolana wyciągając dłonie ku chmurom - Panie! Odegnaj od nas tego Szatana! - spojrzał na górującego nad nim Zygfryda.
    - Pozabijał wszystkich, cały oddział zwiadowczy... - drżący głos przepełniony był strachem - ...zalał ziemię rzeką krwi...

    - Pozabijał oddział, sam jeden? Ilu was było? -Spytał się Zygfryd z niedowierzaniem. Westchnął, tego nieszczęśnika trzeba było przesłuchać jak dojdzie do siebie.
    - Jesteś ranny, chodź z nami do obozu. Pan Cię nie opuścił, żyjesz…

    - Ziemia nasiąkła ich krwią... - wyszeptał mężczyzna, wpatrzony teraz w stronę, z której przybiegł - Ich krwią... Ich wszystkich... Dwóch... - słowa zaczęły przypominać mamrotanie - Krew braci ma ziemia... - wziął głębszy oddech i dodał, spojrzawszy na Zygfryda tym rozbieganym spojrzeniem, wciąż zdającym się szukać zagrożenia - Ja nie jestem ranny. - uniósł dłoń umazaną krwistymi smugami zmieszanymi z ziemią - ...to nie moja posoka...

    Zygfryd wzdrygnął się, wciąż czująć zgrozę.
    - Nie twoja krew, to dlaczego tyle jej jest na tobie? Mów z sensem bracie, daleko was zaatakowali? Musimy zdać raport, ostrzec pozostałych. - Przez chwilę zastanawiał się, czy miałby jakieś szanse przeciwko wrogom, którzy rozbili patrol tego nieszczęśnika….

    - Ta krew... Braterska jest... - złapał Zygfryda za nogi, niczym błagalnik szukający rozgrzeszenia - Ten diabeł... Ten demon pogański i jego słudzy... - zadrżał mu głos jakby był małym dzieckiem nie zaś mężczyzną - ...chciał bym patrzył, bym widział... bym przyniósł wieść o jego czynach i woli... - łzy popłynęły po zakrwawionym policzku - Bym przyniósł ich krew jako świadectwo...

    - Krew...braterska? - Zygfryd popatrzył na oszalałego rycerza ze zgrozą, sprawdził też czy ten miał broń, jeżeli miał należało mu ją odebrać. - Cóż uczyniłeś Bracie? Jak ci na imię? Módl się do Pana o łaskę i chodź z nami do obozu, tam Zakon ci pomoże. - Spojrzał na towarzyszącego mu młodego rycerza, oczekując od niego pomocy z doprowadzeniem szaleńca do obozu.

    Mężczyzna jednak nie miał przy sobie żadnej broni, choć mieć musiał idąc z innymi na patrol.
    - Krew braterska... rycerzy Chrystusa... - wsparł czoło na nogach Zygfryda - Krew braci jest świadectwem... ich męki... jaką diabeł na nich sprowadził... a ja tylko patrzyłem... - następne słowa rycerza, który nawet swego imienia nie podał, były niezrozumiałym zlepkiem sylab, nie zaś mową człowieczą.

    Reimund przez cały ten czas patrzył ze zgrozą na mężczyznę zakrwawionego nie swoją krwią. Zygfryd mógł zobaczyć rosnące niedowierzanie i strach w oczach młodego rycerza, który musiał nigdy wcześniej podobnego szaleństwa nie doświadczyć. Zorientował się jednak po chwili, że Zygfryd na niego spogląda oczekując działania, więc strząsnął z siebie szok i powol, niby do dzikiego zwierzęcia, zbliżył się bardziej do mężczyzny uczepionego nóg Zygfryda.
    - On jest śmiertelnie przerażony... - szepnął do Zygfryda, próbując zabrać od niego zwiadowcę, który kurczowo trzymał się nóg Rohrbacha.

    Zygfryd zacisnął pięść, sfrustrowany i nieco przestraszony całą dziwaczną sytuacją.
    - Wybacz bracie - rzekł, po czym uderzył go w głowę płazem miecza, tak by ogłuszyć nieszczęśnika. Obłąkany mężczyzna opadł na ziemię niczym szmaciana lalka, puszczając wolno Zygfryda.
    - Nie wiem co za diabelstwo napotkał, w obozie będzie łatwiej go przesłuchać. Pomóż mi go przenieść. - zwrócił się do Reimunda.

    - Dobrze prawisz. - odparł cicho Reimund, patrząc na powalonego spojrzeniem wyrażającym głęboką obawę - Niech też nasz dowódca go zobaczy, dowie się faktów z naszych ust... - rycerz podniósł wraz z Rohrbachem nieprzytomnego, trzymając go pod jedną rękę. Nie rzekł nic więcej, ale Zygfryd widział jak niespokojnie on rozgląda się po otoczeniu, gdy szli w stronę obozu.


    Powrót całej trójki spowodował niemałe pobudzenie w obozie. Sami rycerze mogli zachowywać pozorny spokój, ale rozbudzeni giermkowie oraz reszta towarzyszących im ludzi... nie była tak opanowana. Chcieli wiedzieć co się dzieje, gdy Zygfryd wraz z Reimundem wprowadzili nieprzytomnego, którego pokrywała krew. Nie sprowadziło to pojawienie się więcej poruszenia, mimo że nieprzytomny ocknął się w półświadomość nim zdołali rozprawić się z jego umiejscowieniem. Ich skąpe wyjaśnienia rozeszły się pędem w skąpanym w nocy obozie... w którym niestety za dużo osób się zbudziło na ich przybycie.

    Obłąkany mężczyzna został zabrany przez Braci do namiotu, służącego za szpital polowy, zaś starszy rycerz poprowadził Rohrbacha oraz Leiningena prędko w stronę więziennego budyneczku, nie wyjaśniając czemu właśnie tam mają spotkać Deotheriego poruszonego tym, co zdołano mu przekazać...

    ...ale zaraz po wejściu Zygfryd mógł zrozumieć dlaczego właśnie tutaj znajdował się ich dowódca, gdy jego oczom ukazał się Deotheri stojący obok celi Svajone.

    Starszy rycerz wraz ze strażnikiem tego więzienia pozostawili przybyłych sam na sam z dowódcą, który jedynie spojrzał po dwójce, szczególnie skupiając spojrzenie na Zygfrydzie; wyraźnie oczekując wyjaśnień.

    Zygfryd był zdziwiony, że akurat tutaj zastali Deotheriego, czyżby dowódca sam zdecydował się przesłuchać więźniarkę? Z niepokojem spojrzał na lokatorkę celi, przypominając sobie jej słowa groźby…
    Szybko przypomniał sobie jednak przed kim stoi i skinął głową Deotheriemu z szacunkiem.

    - Znaleźliśmy podczas zwiadu jednego z braci, nie wydawał się być szczególnie ranny jednak jego słowa i zachowanie były przepełnione szaleństwem i zgrozą. Nie był w stanie wyjaśnić składnie co go spotkało, bełkotał jeno o jakieś diabelskiej istocie, która zabiła jego dwóch towarzyszy i pozwoliła mu odejść naznaczonemu ich krwią. Ponieważ nie dało się z nim porozumieć ogłuszyliśmy go i sprowadziliśmy tutaj, gdzie łatwiej będzie mu pomóc i go przesłuchać.

    - Diabelska istota? - Deotheri zmarszczył brwi - Mówił czemu ta... istota... puściła go wolno? Czemu akurat jego? - dowódca spojrzał po obu rycerzach, ale Rohrbach miał wrażenie, iż pytanie skierowane zostało do niego.

    - Jego bełkot zmąconego umysłu był trudny do zrozumienia, ale mogło chodzić o zasianie strachu pośród nas… - odparł Zygfryd.

    - Gdzie on teraz został zaprowadzony? - zapytał Deotheri wprost.

    - Jest w namiocie szpitalnym, jak dojdzie do siebie może będzie w stanie więcej powiedzieć. Wraz ze świtem często przychodzi nadzieja i złe moce umykają z serc i umysłów.

    Gdy tylko umilkły ostatnie słowa Zygfryda, zza drzwi celi Svajone dobiegł dźwięk, który młody Rohrbach umiał określić tylko jako "śmiech"...
    ...w jakiejś wypaczonej, chorej postaci.

    - Nie posłuchałeś niewinny wojowniku! - słowa uwięzionej dotarły do mężczyzn - Duchy was znalazły, a one są oczami pana tych ziem, intruzi! Za późno na ucieczkę... - ton kobiety obleczony był jakimś strachem - ...bo kiedy wejdziecie w te ziemie... on was dopadnie. - następne słowa natomiast wyrażały zrezygnowanie, ale też jednocześnie wyraźnie słyszalna była w nich jakaś okrutna radość - ...wyczekuje pory...

    Deotheri stał nieruchomo, nie poruszywszy się nim nie przebrzmiały słowa Svajone, jakich miejsce zajęło ledwo słyszalne pochlipywanie.
    - Idźcie już. - pozbawiony emocji głos dowódcy przeciął ciszę. Zygfryd od razu zrozumiał, iż wypowiedziany rozkaz nie podlega dyskusji, a i Deotheri się jej nie spodziewał...
    ...ale w końcu czemu rycerze pod jego dowództwem mieliby podnosić sprzeciw, prawda?


    Roztrzęsiony Zygfryd pomodlił się w namiocie do Michała Archanioła, prosząc wodza zastępów niebieskich o wsparcie i ochronę przez sługami Szatana. Pomyślał o spokoju i niewzruszeniu Deotheriego, który były dla wszystkich braci oparciem, dobrze było brać z niego przykład. Gdy się uspokoił poczuł się bardzo zmęczony i ogarnął go sen.


    Świtem przez obóz przetoczyły się rozkazy zmieniające wcześniej przyjęte plany na oczekiwanie.

    Rozkazano przygotowanie do wyruszenia tego wieczora ku Kurlandii.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • Stille Nacht
    Lord MelkorL Lord Melkor

    text alternatywny

    Zygfryd spojrzał przenikliwie na młodą i rzucającą się dziko kobietę. Nie wydawała mu się zagrożeniem. Starał się aby kobiety nie odgrywały w jego życiu zbyt wielkiej roli, w końcu uważał się za przeznaczonego do większych rzeczy, ale miewał z nimi do czynienia i wiedział, że im się podobał. Z tą tutaj może więcej zyska po dobroci…

    - Witaj, jak masz na imię? Jestem Zygfryd von Rohrbach. Jestem tu, by ci pomóc - uśmiechnął się do kobiety. Jego ruski nie był bardzo dobry, lecz zrozumiały.

    - Chce mi pomóc dziki niewierny? - parsknęła kobieta -Nie chcę rozmowy z kłamliwym bezbożnikiem, którego język pokryty jest jadem!

    Zygfryd zmarszczył brwi, starając się nie okazywać irytacji, która ogarnęła go na bezczelne słowa poganki.
    - Oceniasz mnie, którego wcale nie znasz. Jestem z rodu możnych rycerzy i nieustraszonych wojowników. Nie byłaś pewnie nigdy na naszych ziemiach, lecz wiedz, że tam kobiety otacza się szacunkiem i opieką, a nie pozostawia się na pastwę wroga.

    - Jesteś z rodu morderców, to na pewno. - parsknęła poganka - A jeżeli waszych kobiet nie obchodzi ich los własnych dzieci, o który to walczą wraz z mężczyznami jako i ja... - skrzywiła się - ...to nie mają prawa otrzymywać żadnego szacunku, ty który niesiesz tylko ogień i krew, jakie okrywasz słodkim głosem.

    Zygfryd zdał sobie sprawę, że ta poganka jest zatwardziała w swojej fałszywej wierze i bardzo ciężko będzie coś z niej wydobyć. Najchętniej wyszedłby, ale nie chciał zawieść Deotheriego.
    - Boża prawda przyjdzie do każdego, Słowianie już ją przyjęli. Jak przyjmiecie ją dobrowolnie unikniecie ognia i krwi o której prawisz. Mogę cię rozkuć i kazać przynieść jadło i napitek jak nie będziesz próbować ucieczki.

    - Mówicie o miłosierdziu, a dla tego miłosierdzia mordujecie innych? - spojrzała z jakimś zbolałym smutkiem - Rób co chcesz. Nie mam przecież jak uciekać.

    Zygryd wymienił poważne spojrzenie z dziwną dziewczyną. Teraz zaczynał odczuwać wobec niej żal. Ale furia ją opuściła, więc chyba szło mu dobrze.
    Rozkuł pogankę i kazał jej przynieść jakąś strawę i wodę.
    - Rozumiem, że martwisz się o swoich bliskich, masz rodzinę, dzieci, rodzeństwo? Jak masz na imię? - Zapytał, przysiadając i opierając się o ścianę naprzeciwko niej. Nie sądził, żeby młoda matka była wysyłana na taki zwiad, lecz zwyczaje tych barbarzyńców już nieraz go zadziwiały.

    - Nazywają mnie Svajone. - odparła kobieta rozmasowując sobie nadgarstki. Początkowo milczała, ale gdy to milczenie stawało się zbyt niezręczne, kobieta ucięła je szybko - A swoje dzieci jak nazwałeś?

    Zygfryd odebrał od sługi porcję kaszy z mięsem i podał ją dziewczynie, miał nadzieję że była głodna. Założyła, że ma już dzieci... no tak, był chyba starszy od niej.
    - Dzieci nie mam, nie taka jest droga rycerza zakonu - westchnął, wiadomo było, że niektórzy rycerze nie przestrzegali zakazu i brali kobiety, nie było to właściwe.
    - Mój najstarszy brat, Karol, ma dwóch synów, jeden ma pięć wiosen a drugi 3, a żona Hermanna jest brzemienna - dodał poważnym głosem. Gilda zawsze mu się podobała, może gdyby nie obrał drogi rycerza zakonnego to on by ją poślubił, a nie Hermann…

    - Nie mieć dzieci... to smuci bogów i duchy. - odparła kobieta wpatrzona w otrzymane jedzenie - Ale bezbożni jak wy... - nałożyła kaszy na drewnianą łyżkę, jaką z jedzeniem przyniesiono - ...nie słuchają duchów świata.

    Zygryd zmarszczył brwi z irytacją. No cóż, nie można było wymagać od tej wychowanej w kłamstwie niewiasty, by znała Słowo Boże. Starał się więc być cierpliwym.
    - Te “duchy świata” o których prawisz, my zwiemy diabłami i Szatanem. Jest tylko jeden Bóg. A ty masz dzieci? I zostawiłaś je same, idąc w bój? U nas matki strzegą swoich dziatek, a ich obrona należy do rycerzy, wojowników takich jak ja. - kontynuował.

    Kobieta jadła niespiesznie patrząc Zygfrydowi w oczy, a dopiero gdy przełknęła odezwała się cichym, niesamowicie spokojnym acz lodowatym głosem.
    - Miałam. Tacy jak ty - zmrużyła oczy - zabili moje dzieci.

    Zygryd przełknął ślinę, zaskoczony słowami poganki. Wstał i przeszył Svajone spojrzeniem szeroko rozwartych oczu.

    - Panie Broń, jak to możliwe!? Nie wierzę, aby moi bracia byli zdolni do zabijania małych dzieci, to musiał być wypadek...

    Svajone przyglądała mu się dłuższą chwilę, po czym uśmiechnęła się krzywo.
    - Prawda jest bolesna, czyż nie? - parsknęła - Nie jesteście tak czyści jak chcecie, ale nie słuchacie ni bogów, ni ludzi, więc trwaj w niezrozumieniu. Chyba, że przyszedłeś tu po naukę jaką mogą ci przekazać tacy jak ja? - pokręciła głową - Wątpię.

    Zygryd oparł się o ścianę, zastanawiając się co teraz. Planował zaproponować tej kobiecie bezpieczeństwo rodziny w zamian za przekazanie informacji, ale w tej sytuacji? Zresztą niezależnie od misji, którą dostał od Deotheriego, był naprawdę wstrząśnięty informacjami Svajone.
    - Nie wierzę ci! - Zawołał z pasją po chwili oszołomienia, zaciskając pięść.
    - Powiedz kto to zrobił, mogę zbadać sprawę i doprowadzić do ukarania winnych!

    - Czyżby? - odparła z brakiem przekonania - Czy masz władzę, aby to zrobić? Nie znam imion, nie pytałam jak napadli nasze domy, robiąc wszystko w imię wiary. Jeżeli jesteś przekonany, iż ci się uda... próbuj sam zasmakować prawdy, niewinny wojowniku.

    - Nie jestem nikim w zakonie, mój stryj jest mistrzem... - odpowiedział Zygfryd, choć jego ton był bardziej zagubiony niż pełen przekonania.
    - Jak dawno był ten atak i gdzie? - Postaram się to zbadać.

    - Co za różnica? Działo się to nie dawniej jak kilka nowi temu, jak przeszli przez niedalekie tereny, gdzie Litwini żyją. O nazwy nie pytaj, wartości nie mają. - patrzyła uparcie na Zygfryda - ...ale jeżeli całą wiarę w swój stan pokładasz w innym... to wodzem co ma posłuch nie jesteś. I być nie będziesz. - odwróciła spojrzenie, jakby skończyła się jej chęć patrzenia na rycerza - Odejdź.

    Zygfryd spuścił wzrok, poczuł się zawstydzony słowami kobiety. Głupio też mu było wracać do Deotheriego z niczym.

    - Tak, chyba odejdę... chyba, że powiesz mi coś o tym co planują twoi krajanie. I tak wygramy tę wojnę, ale im szybciej to się stanie, tym mniej niewinnych zginie…

    - Powiem ci tylko jedno. - parsknęła kobieta zerkając z ukosa - Nigdy nie pokonacie duchów, jak i ich władców, którzy chronią co ich - a ich są tereny jakie chcecie zagarnąć. Wynoście się lepiej, jak i ty niewinny wojowniku, nim cię duchy znajdą. - ponownie odwróciła wzrok i uniosła głos ostatni raz, nim zamilkła - Won!

    Zygfryd wycofał się bez słowa, nie czuł się na siłach spierać się z tą poganką po tym co od niej usłyszał. Czuł się zagubiony i w pewnym sensie... pokonany przez tę kobietę. Czy mówiła prawdę o śmierci swoich dzieci? Powinien sprawdzić te informacje. Skierował się d Deotheriego w celu zdania raportu.


    - Nie mam dobrych wieści, ta pogańska niewiasta jest zatwardziała w nienawiści i w swej fałszywej wierze. Wierzy w zabobony, że ich bożkowie i jakieś duchy nas powstrzymają. Planowałem zaoferować opiekę dla jej rodziny za pomoc, lecz ona twierdzi, że jej dzieci zostały zamordowane przez rycerzy naszego zakonu, kilka dni temu. - Spojrzał Deotheriemu w oczy. - Może moglibyśmy to sprawdzić, hańbą jest, aby w naszych szeregach służyli mordercy dzieci.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • Stille Nacht
    Lord MelkorL Lord Melkor

    text alternatywny

    Zygfryd wpatrywał się w czyniących plany dowódców z zainteresowaniem, przestępując z nogi na nogę. Zaczynał już odczuwać pewnie zniecierpliwienie, choć służył pewien czas w Zakonie, dotychczas brał udział jedynie w drobnych potyczkach. Nie mógł się doczekać możliwości wykazania swojego oddania i męstwa w walnej bitwie z pogaństwem, choć ci najwyraźniej woleli kryć się po lasach niż stawiać czoło opancerzonemu rycerstwu w polu. Pewnie sam na ich miejscu zrobił by to samo.

    W każdym razie niedługo będzie miał okazję okryć się chwałą, tak że nawet jego starsi bracia nie będą mogli zignorować dokonań Zygryda. Kiedy jeden z najmłodszych rycerzy wyraził nadzieję, że niewierni nawrócą się sami, pokręcił głową pobłażliwie. Wątpił, żeby te oddające cześć plugawym bożkom dzikusy tak łatwo się poddały, zresztą nie był pewien czy sam tego chciał, przecież wtedy nie miałby okazji do walki w Bożej sprawie.

    Potem pojawił się von der Recke, którego pesymizm irytował von Rohrbacha, z drugiej jednak strony nie można było zaprzeczyć, że rycerz ów był doświadczony i wszyscy wokół darzyli go szacunkiem.

    Zygfryd prawie podskoczył, gdy Deotheri zaproponował by przesłuchiwał jakąś dziewczynę. Z jednej strony ciekawiła go zwiadowczymi Kurów (kobieta która wykonywała takie zadania...rzecz nie do pomyślenia w oświeconym świecie), lecz myśl że miałby straszyć, czy torturować dziewczynę wydawała mu się obrzydliwa. Czemu akurat on został wybrany, czy von der Recke chciał go poddać próbie? Pewnie zwrócił na niego uwagę, chociażby z powodu tego, kim był jego stryj....

    - Oczywiście wypełnię zadanie, choć nie jest godne rycerza niewiastę przesłuchiwać... -skinął głową staremu rycerzowi.

    - Czasami rycerz musi uciec się do czynów, jakie zwykle uznałby za niegodne, jednak to od niego wszak będzie zależeć czy takowymi się posłuży. - odparł Deotheri, lustrując uważnie Zygfryda, który mógł się poczuć jak pod obserwacją ojcowskiej surowości - Sposoby radzenia sobie z uporem pogan mogą być różne - inne wszak przysługujące katu, inne rycerzowi. Ufam jednak, iż rozumiesz różnicę i przesłuchując oddaloną od Boga więźniarkę, której wiedza może wspomóc wiernych niosących odkupienie tym ludziom, choć ona na razie tego nie rozumie. Z bożą pomocą zachowasz godność rycerza, nie stając się okrutnym katem.

    Zygfryd w zamyśleniu wpatrywał się w Deotheriego, próbując zrozumieć czego dokładnie oczekiwał od niego surowy dowódca. Podszedł do niego dumnym krokiem, starając się jednak pamiętać o okazywaniu szacunku przewyższającemu go rangą rycerzowi.

    - Nie jestem szkolony w torturach - powiedział ściszając głos, z nutą odrazy - może będą inne sposoby zdobycia cennej dla nas wiedzy...czy ktoś będzie mi towarzyszyć, nie wiem czy z tą poganką będę mówić wspólnym językiem?

    - Porozmawiamy w drodze do więźniarki. - odparł Zygfrydowi i zwrócił spojrzenie na resztę rycerzy - Poganie wciąż mogą nas obserwować z leśnych gęstwin w jakich mają świątynie swoich bożków. Muszą znać te tereny od dziecka, więc plątanie się w walkę z nimi na ich zasadach to zły pomysł, szczególnie nocą. Niech patrole nie zbliżają się do tych drzew w zasięg strzał, a miast tego skupią się na ubezpieczaniu samego obozu. Nie znamy siły obłędu pogan, jaki może ich tu zagnać.

    Zgromadzeni potwierdzili zgodnie i nie tracąc ni chwili poczęli wdrażać rozkazy w życie, nie podążając za Zygfrydem i Deotherim poza namiot.


    - Nie oczekuję, abyś torturował, tp byłoby niegodne i wręcz wbrew moim założeniom. - odparł dowódca, stąpając przed siebie powoli po ziemi obozu - Poganka zna swój, niezrozumiały język, ale także posługuje się mową Rusinów, którą jak mniemam poznałeś nim zostałeś przydzielony do tych terenów. - mężczyzna szedł wpatrzony przed siebie, zdając się nie zauważać mijanych osób, które usuwały się im z drogi - Można więc z nią porozmawiać, a jeżeli pytasz o metody przesłuchania... - oderwał wzrok od nieokreślonej przestrzeni, skupiając spojrzenie na twarzy Zygfryda - ..istnieje wiele innych metod na pozyskanie informacji, a odpowiednie słowa bywają jedną z nich. Musisz zaufać w boską pomoc, jaka pokieruje twymi czynami... jak i musisz zaufać we własne talenta.

    Zygfryd zamyślił się. Była to nietypowa próba, ale z Bożą pomocą jej sprosta.

    -Trochę znam język Rusinów...ciekaw jestem tej poganki. Zawsze możemy spróbować użyć dobroci, której się pewnie nie spodziewa, choć widziałem już dość dużo by nie być tak naiwny jak ten młodzian, co wierzy, że ci niewierni nawrócą się tak łatwo z własnej woli….

    Deotheri uśmiechnął się bardzo delikatnie.

    - Zrozumienie dla niego również nadejdzie z czasem, a nawet sądzę, że już niedługo. Zagłębiamy się wszak w pogańskie tereny i na pewno nikt nie pozostanie w błogiej naiwności do końca życia. - spojrzał wprost w oczy Zygfryda - Chcę, abyś zrozumiał powagę tego zadania, które może innym wydawać się go pozbawionym. Pogańska kobieta będzie miała jakiekolwiek przynajmniej informacje o umiejscowieniu swych kompanów, o taktyce i terenie, mobilizacji. Wszystko to przyniosłoby wiele naszym siłom i oszczędziło niepotrzebnych strat.

    Zygfryd zacisnął pięść w wyrazie determinacji i skinął głową Deotheriemu.

    - Zrozumiałem już, że na Bożą pomoc, nawet w słusznej sprawie, trzeba zasłużyć. Mój ojciec zginął w walce z hordami plugawego Saladyna broniąc Ziemi Świętej. Gdyby nasi bracia w tej walce nie dawali się wciągać temu wężowi w zasadzki może uniknęliby klęski… Rozumiem więc, że sprawa jest ważna, choć chyba rozumiesz że uważam stawanie w boju za godniejsze.

    - Twoje podejście jest godne pochwały, jednak w tym wypadku... niemożliwe do realizacji. - starszy rycerz zwolnił kroku, aż do momentu zatrzymania go - Zostałeś zrodzony ze szlachetnej krwi, Zygrfrydzie von Rohrbachu, a szlachetna krew znaczy coś więcej niż tylko utarty frazes. - przymknął delikatnie oczy - I to właśnie ta wrodzona ci wielkość winna przewodzić twym czynom, kierować twój oręż, gdy nadejdzie potrzeba, układać słowa by stały się ostrzejsze niż najlepsza stal, delikatniejsze niż aksamit okrywający gładkie ciało śpiącej niewiasty. Pozwól wrogom zaznać twojej siły krwi, a staną się twymi lojalnymi wasalami bez potrzeby rozlewu czerwieni płynącej w ich własnych żyłach.

    Zygfryd również zatrzymał się, słowa starszego rycerza podobały mu się a jednocześnie brzmiały nieco dziwnie….

    - Dziękuję Panie, pochlebiasz mi i mojemu rodowi, jestem dumny z czynów mych przodków, choć przecież my, krzyżowcy powinniśmy wystrzegać się pychy. - zastanawiał się jakiej próbie właśnie jest poddawany.

    - Czyny potomków rzutują także na wspomnienie przodków i o tym musisz pamiętać. To, co właśnie powiedziałem niech będzie dla ciebie wskazówką. Niech pokaże ci drogę, jaką musisz podjąć, aby wygrać nadchodzącą bitwę, którą stoczysz sam z nieznanym ci przeciwnikiem, którego orężem nie zwalczysz... nie chcąc zostać katem, co ci nie zostało zapisane przez ród. - powaga Deotheriego była wręcz namacalna w jego słowach - Wykorzystaj więc to, co odróżnia dowódcę od piechura, króla od plebejusza. Zwykłego zabijakę od Krzyżowca, a ta cnota jest darem od Boga. - zacisnął w dłoni krzyżyk uwieszony szyi i wypowiedział kilka słów chwalących Niebiosa.

    - Twoje słowa są mądre, postaram się nosić je w głowie i w sercu…- Panie nasz…- Zygfryd dołączył do modlitwy w powadze. Jeśli była to próba, to miał wrażenie że idzie mu dobrze.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • Kultyści - Lato 2519
    Lord MelkorL Lord Melkor

    Astromanta z ciekawością przyglądał się nowo przybyłym Norsemonom, zastanawiając się na jak długo przybili i jakie korzyści mogę przynieść Zborowi. Potężny wojownik, skaldka i starucha - niezwyczajne to było połączenie.

    - Jestem magiem z Kolegium Niebios, badam przyszłość w gwiazdach choć mam też inne talenty - uczę się od Mergi przywoływania istot z Otchłani i w boju jestem w stanie coś zdziałać.
    - A wy, jak to się stało, że dołączyczyliście do nas? Nie wątpię, że wiele razem zdziałamy, ale spodziewałem się więcej takich silnych wojów jak ty Larsie…. - spojrzał na Astrid i staruchę.

    - A ty ilu silnych wojów przyprowadziłeś? - Lars roześmiał się rubasznie jakby rozbawiła go uwaga astromanty.

    - Po prostu widzieliśmy dary jakie Merga do nas przywiozła. I opowieści o odważnych wiernych co mają niesamowite przygody walcząc

    o powrót Czterech Sióstr. Więc postanowiliśmy dołączyć. Merga jeszcze została u nas za swoimi sprawami i aby zwerbować jeszcze więcej chętnych. - Astrid była szczupłą, blondynką i ładnych rysach twarzy. Wydawała się być całkiem wygadana.

    - Ano. Słyszałem, że można tu zrobić niezłe interesy. A i topór jest w co wsadzić. A kobietom co innego! - Lars klepnął maga po ramieniu, że aż nim zachwiało. Wydawał się dostrzegać w tym portowym mieście wiele obiecujących możliwości.

    - Tak, wyrocznia mówiła o tobie. Że ma tu ucznia. I przyzywasz demony? Tak, to bywa przydatne. Ale trzeba uważać. - Staruchę zainteresowało co innego. Obrzuciła spojrzeniem młodego astromantę jakby starała się ocenić jego wiedzę i potencjał.

    Astromanta skinął głowę i na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.

    - Tak, zaiste, jestem uczniem Mergi, choć na ścieżce demonologii wiele mi jeszcze brakuje do mistrzostwa - posilił się na nutę skromności.
    - A czy te też znasz się na tej sztuce, mądra kobieto? Jeśli tak, może miałbym kwestię którą chciałbym skonsultować z tobą…- pomacał ręką kieszeń gdzie ukrył demoniczną figurkę.

    - A co do wojów, to możliwe że będziemy mieli sprzymierzeńców w tej kwestii, nawiązałem właśnie kontakty z całekiem wojowniczym plemieniem zwierzoludzi, mniej niż dwa dni drogi stąd - odparł z kolei Larsowi.
    - Chociaż myślę że jakiś czas minie zanim będziemy mogli tutaj pomyśleć o otwartej walce, jeśli na to liczyłeś, na razie szukamy śladów Sióstr i mamy tu już pewne sukcesy..

    - O, macie jakiś sojuszniczych zwierzoludzi? No nie spodziewałem się. U nas to nie aż tak dziwne ale wy to chyba zwykle macie z nimi na pieńku. - Norsmeński wojownik wydawał się być zdziwiony tą informacją. - Ale pewnie, swój zwierzoludź nie jest zły, zwłaszcza w lesie. - Pokiwał głową z aprobatą. Dostrzegał korzyści jakie mogą płynąć z takiego sojuszu.

    - To Joachimie trafiłeś na jakiś nowych zwierzoludzi? Innych niż ci od Gnaka? I myślisz, że dałoby się z nimi zaprzyjaźnić? - Łasica widocznie usłyszała o czym rozmawiają i zainteresował ją ten temat. Mówiła z psotnym spojrzeniem bo w końcu od paru tygodni organizowała spotkania z bandą ungorów głównie dla cielesnych przyjemności.

    - Pfff! Chędożenie! Z Astrid o tym porozmawiaj, ją interesują takie miałkie sprawy. - Starucha prychnęła z irytacją dając znać, że jest ponad takie cielesne błahostki. Wskazała spojrzeniem na młodszą kobietę. - Ja bardziej znam się na ziołach i miksturach. Dlatego mnie zainteresowała ta hodowla jaj Oster o jakiej Merga mi opowiadała, że tu macie. Ale na sztuce mistycznej też się znam. Umiem przyzwać potrzebny mi rój z innego wymiaru. A ty nad czym pracujesz? - Mimo różnicy wieku i pochodzenia to Raisa zdawała się traktować młodego maga jako kolegę po fachu. I to ją poza dziedzictwem Oster bardziej zainteresowało niż jakieś chędożenie czy zwierzoludzie.

    - Ty jesteś już stara i pomarszczona to może cię chędożenie nie interesuje. Ale my jeszcze jesteśmy młode i jędrne więc chciałybyśmy skorzystać z życia. - Astrid odcięła się starej kobiecie z podobną złośliwością. Wskazała na siebie i tutejszą łotrzyce aby podkreślić, że różnica pokoleń i charakterów sprawia, że mają inne zaintersowania niż stara czarownica. - Jak choćby jakieś przygody godne uwiecznienia w sadze. Już pierwszą zwrotkę o walce z krabami na starym wraku mam. Ale to dopiero początek! Tylko właśnie przydałyby się tu jakieś przygody do przeżycia, romanse, sceny zazdrości, tragedie, skarby do zrabowania, bitwy do wygrania, miasta do złupienia. - Młoda skald z werwą opowiedziała co by ją interesowało w krainie południowców.

    Tak, trafiliśmy na jeszcze jedną bandę zwierzoludzi, ale bardziej wojowniczą niż ci od Gnaka, przewodzi im niejaki Gormul, który chętnie by poznał kobiety z naszego Zbioru - odparł Joachim.

    - A co do przygód i skarbów aktualnie skupiamy się na projekcie odzyskania dziedzictwa Sióstr, z których każda służyła innej z Potęg Chaosu. Czy chciałabyś w tym pomóc? - tutaj spojrzał badawczo na Astrid.

    Raisie natomiast planował pokazać poniżej figurkę demona, ale może jakoś na osobności.

    Egon, który do tej pory milczał, rzekł wreszcie wcześniej co do uprzedniej uwagi Joachima:

    – Otwarta walka byłaby łatwa z miejskimi. Opanowanie miasta byłoby do zrobienia, a w każdym razie, zajęcie jakiejś jego części. Wolałbym wszak nie spieszyć się do tej rzeczy, bowiem wyjawiłoby się, że działamy w mieście i mielibyśmy na karku znacznie gorszych przeciwników, niż dotychczas.

    Egon wspomniał inkwizytorów, z którymi musieli wcześniej się użerać przez całe tygodnie.

    – Być może martwy czarownik będzie dodatkową podporą w tej walce – rzekł jeszcze. – Jeśli tylko przywrócimy go zza grobu.

    - Martwy czarownik, a o czym to opowiadasz? - zainteresował się Joachim.

    – Nie dalej jaki dzień drogi stąd, może i mniej, jest kurhan, który żeśmy zamaskowali z Raisą i Zogiem, w którym spoczywa nieumarły mag, którego wizje widziałem. Byliśmy tam z Gezacktem. Jest tam coś jeszcze, zdaje się, za ścianą, ale żeśmy nie chcieli ryzykować już po pierwszym starciu ze strażnikami onego miejsca. Kiedy rzecz z interesami Larsa odpowiednio sprawimy, potrzeba tam będzie wrócić… Z narzędziami, ale i też po to, by trupa zabezpieczyć.

    - To ten Gormul byłby zainteresowany spotkaniem z nami? - Łasica wydawała się być ucieszona wiesciami przekazanymi przez maga. Popatrzyła na swoje koleżanki czy one też to słyszą ale widać było, że reagują podobnie. - No to ciekawe. Trzeba będzie się z nimi spotkać. Może dojdziemy do porozumienia. - Odparła Joachimowi dając znać, że jest zainteresowana poznaniem z nowym stadem zwierzoludzi. - A ten kurhan Joachimie to wiem gdzie on jest. Ale do tej pory mało kto tam chodził, jeszcze mniej wróciło to nie znam nikogo kto by tam był. - Łotrzyca dorzuciła od siebie trzy pensy o grobowcu o jakim rozmawiali.

    - Gormul…tak bylby - zresztą blondynka która aktualnie przebywa w moim domu przez lata mieszkała z jego grupą - myślę że z jej pomocą nie będzie dla nas wyzwaniem zorganizowanie takiego spotkania.
    - A co do kurhanu…- Joachim westchnął, widząc że znowu pojawił się nowy ciekawy temat rozpraszający jego uwagę - opowiesz mi Egonie coś więcej o tej wizji?
    – Wszakże niewiele pamiętam… – rzekł Egon, który zmrużył oczy, próbując przypomnieć sobie, cóż pojawiło się przed jego umysłem, kiedy eksplozja czarnego dymu z grobowca całkowicie go owionęła. – Widziałem coś, walkę, a później jego śmierć. Zwał się, zdaje się, Gonsar i czcił Siostry. Ano, tak żeśmy widzieli symbole sióstr na jego sarkofagu, tam, w kurhanie. Dopóki nie zostanie ożywiony krwią, może jeno porozumiewać się za pomocą takich wizji.

    Egon poskubał swoją długą brodę, sam nie do końca pewien będąc, co sądzić o zajściu w kurhanie. Wojownik bowiem nie znał magii, zaś tymi, którzy nią władali, nie ufał podwójnie, nie raz bowiem słyszał różne wieści i plotki, niewiele zaś było pochlebnych.

    Pomimo tego, znaki Sióstr na sarkofagu wskazywały, że nieumarły mag mógł być przydatny w doprowadzeniu Neues Emskrank do jego prawowitego miejsca, czyli pożogi i krwi.

    – Pewnikiem jednak ktoś od nas, Raisa rozpoznała symbole – rzekł jeszcze.

    - Blondynka? Zaraz to chodzi o te dwie co przewieźlismy łodzią do portu? - Łasica nagle domyśliła się o kim wspomniał Burzooki. - A to nie wiedziałam, że one mają takie znajomości. Nieźle wyglądają. Trzeba będzie z imi pogadać. - Spojrzała na Burgund dając jej znać, że mają tą sprawę do załatwienia.

    - Egon prawdę mówi. Widziałam znaki Sióstr i Chaosu na jego sarkofagu i trumnie. Inni też mieli wizje. Za życia był nekromantą zanim zaczął oddawać cześć Siostrom. I przemawia poprzez sny. Tak jak Siostry. - Raisa podzieliła się swoją wiedzą o niedawno ukrytym grobowcu.


    Joachim był zaintrygowany przybyszami z północy oraz wieściami o grobowcu nekromanty. Rozważał odwiedzenie grobowca, jednak stwierdził, że przede wszystkim powinien dopilnować wykradzenia artefaktu z Akadamii, co było kluczem do sprawy odnalezenia dziedzictwa ukrytego na bagnach, które pojawiło się przecież w jego snach. Zastanawiał się, czy w tej kwestii ci przybysze z północy będą skłonni go wesprzeć....na razie mógł liczyć na Łasicę, Burgund i Tobiasa, a i sam przecież czekał na rozpatrzenie wniosku o prowadzenie zajęć w Akademii. Dziewczyny powinny być tym bardziej chętne do odzwdzięczenia się za zdobycie dla nich nowych kontaktów w postaci Darcy i kolejnej grupy zwierzoldzi.

    W dalszej części spotkania u Pirory chciał więc dalej kontynuować poznawanie przybyszów i przy okazji dowiedzieć się jak najwięcej o aktualnej sytuacji w mieście i planach innych członków Zboru. No i chciał pokazać Raisie jego nowo zdobytą demoniczną figurkę, był ciekaw czy ta starucha miała jakąkolwiek w tej materii przydatną wiedzę. A potem porozmawiać ze Starszym.

    Rozgrywka import

  • Kultyści - Lato 2519
    Lord MelkorL Lord Melkor

    Joachim dał się zupełnie pochłonąć badaniom figurki. W końcu mógl odstawić na bok te wszystkie spotkania, podstępy i intrygi i zająć się badaniem nad wiedzą i mocą, czyli tym co było jednak jego powołaniem. Był z siebie całkiem zadowolony że odcyfrował większość znaków.... choć nie wszystkie. Czy było to wystarczające żeby podjąć samodzielnie próbę przyzwania demona? Tutaj się wahał, przecież widział jak tamten zmasakrował grupę kultystów. Próbował sobie przypomnieć czy to przywołana jego sztuką błyskawica przegnała wcześniej demona od figurki, czy po prostu tamten zdecydował się wrócić do swojej krainy?

    Tak czy inaczej postanowił trochę poczekać i porozmawiać przynajmniej ze Starszym (szkoda, że jego mistrzyni nie było w mieście). Kolejnym pomysłem, który chciał zrealizować najbliższego wolnego wieczoru było przywołanie ptasiego chowańca i pokazanie mu figurki w celu sprawdzenia jego reakcji.....


    Przy śniadaniu ziewał nieco, jednak towarszystwo dwóch kobiet zaburzyło rutynę. W sumie od czasu do czasu było jednak przyjemnie jeść w towarzystwie, choć momenty ciszy i spokoju też należało cenić.

    - No, magowie Kolegium jak ja zwykle nie cierpią biedy - odpowiedział na uwagę Darcy, zadowolony z wrażenia jakie zrobił na wyszczekanej kultystce.
    - W końcu zasłużyliśmy sobie na to latami nauki i ciężką pracą, prawda? - podsumował, mając nadzieję, że Darcy można zaufać - w końcu jakby mistrzowie Kolegium dowiedzieli się o jego prawdziwej naturze i działaniach to na obcięciu pensji rezydenta w Neues Emskrank raczej by się nie skończyło.....

    Podziękowal również Burgund za wieści.

    - To ciekawe, że Egon już wrócił. A mówisz, że Mergi z nim nie ma? Nie wiem czy to świadczy o powodzeniu wyprawy, czy wręcz przeciwnie. - podrapał się po brodzie w zamyśleniu.

    -Wiesz co Burgund, przejdę się z tobą do Pirory, chce zobaczyć co tam się będzie działo i jakie wieści przyniósł Egon. No i potem faktycznie spotkałbym się ze Starszym, mam więcej niż jeden temat dla niego. - ubrał się więc czym prędzej do wyjścia, wkładając figurkę demona w metalowe podełko, ktore następnie ukrył w najlepiej schowanej kieszeni szaty.

    Rozgrywka import

  • Kultyści - Lato 2519
    Lord MelkorL Lord Melkor

    Joachim był zadowolony, że operacja sprowadzenia do miasta Darcy i Marlene się powiodła. W takim razie Slaaneshytki będa mu winne kolejną przysługę, liczył na ich wsparcie przy odnalezieniu dziedzictwa Vesty.

    - Mówicie o uczonej w niebieskim stroju, która kieruje się do miasta i interesują ją sny? - Zadumał się. - Może to ktoś wiedziony zewem Siostr? Mam nadzieję, że nie jakas łowczyni albo kolejna Morrytka.

    -Natomiast co do dziewczyn, to dobrze, mogę je u siebie przenocować na jedną albo dwie noce, mało kto do mnie zagląda, w piwnicy znajdzie się miejsce - skinał głową na prośbę dziewczyn. Dom Magistra wydawał się jedną z bezpieczniejszych tymczosowych kryjówek w mieście.


    Co do dalszych poczynanań, miał zamiar w wolnych chwilach zająć się w trzewiach swojego laboratorium badaniem promieniującej mocą figurki. Ciekawe, czy można było jej użyć do czegoś jeszcze poza przywołaniem demona - przy czy w tej kwestii musiał zachować ostrożność. Szkoda, że nie było Mergi żeby jej pokazać ten artefakt związany z ich Panem.

    Poza tym w ciągu najbliższych dni planował udać się do Akademii, by poszukać Tobiasa i przy okazji sprawdzić stan spraw tam w związku z ich planami infiltracji. On sam przecież tez złożył wniosek o przyjęcie go jako wykładowcę przynajmniej w niepełnym zakresie pracy, ciekawe czy ta kwestia została już przeprocosowana przez uczelnianą biurokrację.

    No i chciał też zapytać się Łasicy gdzie moze znaleźć Starszego by zdać raport na temat ostatnich wydarzeń i nowo odkrytego plemienia zwierzoludzi, z którym mogli współpracować.

    Rozgrywka import

  • Kultyści - Lato 2519
    Lord MelkorL Lord Melkor

    Joachim skłonił się przed przywódcą zwierzoludzi, kiedy wraz z Darcy przyszli się pożegnać:

    - Potężny Wodzu, dziękujemy za twoją gościnę, mam nadzieję, że ja i moi bracia i siostry z naszego Zboru będziemy mieli okazję się odwdzięczyć. Czy masz może jakiś wrogów przeciwko którym moglibyśmy cię wesprzeć lub coś, czego potrzebujesz spośród ludzkiej cywilizacji?

    Mag musiał poczekać aż blondynka w biało-niebieskiej sukni przetłumaczy jego słowa dla wodza zwierzoludzi. Ten stał przed nimi i obserwował ich oboje swoimi zwierzęcymi oczami. Węszył nozdrzami i strzygł uszami, przez co wydawał się jeszcze bardziej odmienny ludziom niż Gnak i jego banda. Darcy zaś mówiła ich dziwnym językiem który nawet w jej ładnych ustach brzmiał dziwnie i niezrozumiale. Gdy skończyła Gormul prychnął. Chyba się zastanawiał chwilę bo świdrował najpierw ją ale na dłużej wwiercił swoje ślepia w Joachima. Obserwowało tą scenę kilku jego wojowników stojących lub siedzących w pobliżu. Była barmanka stała pokornie okazując mu posłuszeństwo. Zaś wódz w końcu prychnął i powiedział coś po swojemu. Chyba nawet coś go rozbawiło. Darcy poczekała aż skończy zanim zaczęła tłumaczyć nowemu znajomemu jego słowa. Bo ten powiedział conajmniej kilka zdań co z kolei sprawiło, że jego wojownicy zaczęli się rechotać.

    - Hmm… Powiedzmy, że nasz wódz nie ma zbyt wielkiego mniemania o ludziach. Zwłaszcza jako łowcach i wojownikach. - Blondynka rzekła z lekkim usmiechem jakby mocno skróciła i ugrzeczniła odpowiedź herszta gorów. - Mówi, że możemy odejść. Chyba nie wierzy, że możesz mu jakoś pomóc. W polowaniu czy walce. Sam jesteś, tylko z twoim sługą, nie masz broni ani wojowników. - Tłumaczyła jaki jest punkt widzenia kopytnych. Jeśli tak było to Joachim z Ghunterem rzeczywiście prezentowali się dość mizernie na tle kilkunastu wojowników Gormula. Ale korzystając z tego, że herszt coś jeszcze mówił do nich blondynka dorzuciła tonem dobrej rady, już chyba raczej od siebie. Jakby chciała podpowiedzieć i pomóc Joachimowi zrobić nieco lepsze wrażenie na pożegnanie.

    - Samice lubią. Chędożenie ludzkich samic zawsze im się podoba. Jak jakaś dorwą na trakcie czy w wiosce to jej nie przepuszczą jak wpadnie żywa w ich łapy. I wino czy piwo. Bo tu w lesie z tym nie tak dobrze. A chłopcy lubią sobie popić. No i broń albo pancerze. Bo tu z kuźniami też ciężko. To dobry topór czy kolczuga to cenne są. A jak widzisz chłopcy są trochę mało wymiarowi i nie wszystko co zedrą z ludzi im pasuje. - Podpowiedziała mu co jeszcze mógłby zaproponować Gormulowi jeśli chciałby być dobrze zapamiętany.

    - Ale teraz Gormul najbardziej by się ucieszył z tej niebieskiej co mu się śniła. A jak szła w stronę waszego miasta to może nadal tam jest. Jakbyś z nią wrócił no to by było coś. - Rzuciła jeszcze ale urwała bo wódz akurat przestał żartować z kamratami i znów skierował uwagę na ich dwójkę.

    - Dziękuje, możesz przekazać że możliwe że sprowadzimy tutaj kobiety chętne do igraszek z wojami Gormula. Nie zapomnimy o okazanej nam przyjaźni - Joachim spróbował odpowiedzieć najbardziej dyplomatycznie jak to było możliwe. Reakcja Gormula była i tak bardziej przyjazna niż się spodziewał po takim dzikim przywódcy. Dobrze to wróżyło potencjalnej współpracy w przyszłości.

    Magister znów musiał poczekać na wymianę zdań w obcym dla siebie języku. Tym razem najpierw stojąca obok niego blondynka mówiła. Jeszcze nie całkiem skończyła a już słychać było chrapliwy śmiech zwierzludzi. Aż ciarki od niego przechodziły po plecach. To był złośliwy rechot jaki nie wróżył niczego dobrego. Ale jednak ta dzika nacja jakoś na razie nie wykonywała przeciwko niemu żadnych agresywnych ruchów. Potem Gormul zaczął odpowiadać swoim dzikim ale władczym głosem. A jego wojownicy kiwali swoimi zwierzęcymi łbami. Zresztą Darcy też, tylko wolniej. W końcu zwróciła się do swojego ludzkiego sąsiada.

    - No jak widzisz chłopcy się ucieszyli z tego chędożenia ludzkich samic. Lepiej abyś je przyprowadził bo inaczej wychędożą ciebie. - Powiedziała mu rozbawionym tonem klepiąc go przy tym przyjaźnie po ramieniu.

    - Postaram się… odparł astromanta, z miniejszym już nieco entuzjazmem. Chyba nie będzie się aż tak spieszył do kolejnego spotkania, chociaż jeśli uda mu się sprowadzić odpowiednie i chętne towarzystwo dla tych zwierzoludzi to na pewno mógłby z tego odnieść korzyść....


    Rozmowy w drodze do miasta

    - Darcy, może nie męcz już tak naszej biednej Marlene, jej chyba nie jest łatwo po tak dużej zmianie którą ja przeżyła - westchnął Joachim, zmęczony już nieco znęcaniem się przez nowo poznaną kultystkę nad nowo przeistoczoną mutantką.

    - Lecz Darcy ma właściwie rację - czarodziej zwrócił się do Marlene - zostałaś dotknięta mocą czystego Chaosu, i teraz już los ten nie może się odwrócić. Możesz odrzucić to błogosławieństwo ku swojej zgubie, lub przyjąć je. Wtedy nasz Zbór ci pomoże, nie będziesz sama z tym wszystkim. Pośród nas jest wielu takich jak ty i wszyscy znaleźli swoje miejsce. A ty Darcy jak znalazłaś właściwą drogę? Długo byłaś w plemieniu zwierzoludzi? - Postanowił nieco dowiedzieć się więcej o tej wygadanej kultystce.

    - Odrzucić? Myślisz, że to możliwe? Pozbyć się tego? - Marlene spojrzała na maga z nagłym przypływem nadziei. Słysząc to blondynka roześmiała się złośliwie.

    - Nie idiotko. Przecież ci to wrosło w ciało. Co zrobisz? Odkroisz sobie połowę głowy? - Szydziła z niej jakby sprawiało jej to przyjemność. To spowodowało, że odmieniona kelnerka zrobiła minę jakby się zaraz miała rozpłakać. A kochanka zwierzoludzi przestała na nią zwracać uwagę.

    - A ja byłam z nimi od dziecka. Moja matka chodziła do lasu się z nimi chędożyć. Szkoda, że nie urodziłam się z kopytami. Byłoby mi łatwiej z plemieniu. Niestety widocznie jestem od któregoś z ludzkich ojców mojej matki. A potem jak podrosłam to też zaczęłam chodzić do lasu aby się z nimi chędożyć. W końcu przeniosłam się do nich na stałe. Teraz jestem częścią ich plemienia. Robię za przynętę podczas napadów. Albo chodzę po wioskach i obozach aby się rozejrzeć gdzie by można napaść. - Darcy przyznała to bez najmniejszego zająknięcia. Zupełnie jakby odczuwała się bardziej zżyta z tym plemieniem zwierzoludzi niż z ludzką rasą.

    - A co to za zbór co mówisz? To jest was więcej? Ale ta wężowa milady też tam jest? - Sama zaciekawiła się jak może wyglądać reszta kultystycznej rodziny nowego znajomego.

    - Jest nas wielu i jesteśmy różnorodni, wężowa lady przewodzi dziewczynom lubiącym cielesne rozkosze w tym nawet ze zwierzoludźmi, myślę, że przypadniesz im do gustu. - Joachim z ciekawością przyglądał się Darcy, kobieta która nie była z cywilizacji, lecz wychowana pośród zwierzoludzi, brzmiało to interesująco.

    - Ale są też wojownicy którym bliski jest Pan Krwi, uczeni tacy jak ja. No i wielu ma też bardziej lub mniej widoczne oznaki błogosławieństw, tak jak teraz Marlene…mamy np. kobietę, która ma kopyta zamiast stóp…tacy jak ona muszą się ukrywać ale wiemy jak ochronić naszych - Joachim starał się dać Marlene trochę nadziei, że może jej los nie będzie wcale taki zły, choć od mutacji przecież nie ma odwrotu.

    - O, to są i dziewczyny? I spółkują ze zwierzoludźmi? O, to bardzo chętnie je poznam. - Darcy ucieszyła się z tych wieści. Zwłaszcza o innych nowych koleżankach jakie miały upodobania podobne do niej. - I jedna ma kopyta? To jak zwierzoludzie. Ciekawe jaka jest. - Blondynka wydawała się podekscytowana taką barwną gromadką jaka czekała na nią w mieście.

    - Ale to nic się nie da zrobić? I nie wydacie mnie władzom? - Marlene odwrotnie, wydawała się wciąż przygnieciona tragedią swojej przemiany. A dokuczenie Darcy tylko ją spacyfikowało jeszcze bardziej. Teraz skorzystała z okazji aby o coś zapytać nowego znajomego. Joachim wiedział, że ogólnie to cofanie mutacji teoretycznie jest możliwe. Albo jakimś konkretnym magicznym rytuałem albo cudowną modlitwą kapłana. Jednak zdarzało się to bardzo rzadko i w zborze raczej nie robili dotąd nic takiego. Zwłaszcza, że mutacje uważano za błogosławieństwa.

    Magister zdecydowanie nie chciał podsycać nadziei Marlene, że może na powrót stać się taka jak wcześniej, zanim dotknęła jej moc Pana Przemian. Musiała zrozumieć, że przyłączenie się do Zboru to jej jedyna szansa na przetrwanie.

    - Twojego stanu nie da się odmienić na powrót. - westchnął Joachim, kładąc dłoń na ramieniu Marlene w uspokajającym geście.
    - Ale oczywiście, że cię nie wydamy. Będziemy cię chronić i otoczymy opieką, będziesz miała wiele czasu żeby się dostosować do nowej sytuacji. Ale mam nadzieję, że odnajdziesz się pośród nas.

    - A co tu chcesz zmieniać? Nie bądź głupia. To twoja szansa. Jedne drzwi się dla ciebie zamknął ale inne otworzą. Zwierzoludzie mniej poniżają i mordują odmieńców niż zwykłych ludzi. A jak masz trochę oleju w głowie to rozłożysz przed nimi nogi. Jak jeszcze wydasz im na świat jakieś koźlątka to zyskasz sobie miejsce wśród nich. Żaden szlachciur czy gruby kupiec nie będzie cię obmacywał za komodą. Powinnaś się cieszyć a nie tu się mazgaisz. - Darcy wróciła do swojego pełnego wyższości tonu względem świeżej mutantki. Wydawała się gardzić jej słabością. Zupełnie jakby uważała, że miejsce kobiety jest wśród stada zwierzoludzi.

    - To nie wydacie mnie? To dobrze. To ja bym chciała z wami zostać. - Wydukała z siebie Marlene. Widać było, że jak zwykle ostatnio, blondynce udało się ją przytłoczyć i czarnowłosa znów czuła się niepewnie.

    - Zobaczysz będzie dobrze, odnajdziesz pośród nas nowy dom - Joachim podtrzymał nadzieję, która zaczęła się iskrzyć w Marlene, chcąc nieco zrównoważyć pogardę Darcy. Miał zamiast zamienić z nią słówko później, żeby tak nie dokuczała Marlene.


    Rozmowa z Burgund i Łasicą

    - Cieszę się że wam się dzisiaj poszczęściło - uśmiechnął się Joachim - i chętnie wypije za to i za nowych rekrutów do naszego Zboru. - ściszył głos i rozejrzał czy w pobliżu nie ma kogoś kto mógłby ich podsłuchiwać.
    - Właśnie odnalazłem dwie kobiety, które mogłyby się do nas przyłączyć, czekają pod miastem. Jedna z nich spółkowała dobrowolnie ze zwierzoludźmi a druga została na moich oczach przemieniona. Niestety jej mutacje są dość widoczne, więc pomyślałem że przyda się pomoc w przemycenia jej do miasta.

    Jego słowa wywołały poruszenie wśród duetu łotrzyc. Zbystrzały i rozejrzały się dookoła czy aby nikt ich nie podsłuchuje. Szybko jednak podjęły ten ciekawy temat.

    - Dwie kobiety? I jedna spółkowała ze zwierzoludźmi? Z Gnakiem może? A ładne jakieś? - Burgund zapytała pierwsza ale widać było, że i jej kamratka także jest tym żywo zainteresowana.

    - A ta przemieniona to widać to? Mocno? Jakby narzucić na nią habit, płaszcz, kaptur to by dało się to zakryć? Gdzie ona ma te mutacje? - Łasica chciała uściślić na czym polega sromota Marlene aby wiedzieć jak mogą temu zaradzić. Joachim szedł obok kelnerki od obozu zwierzoludzi to zdawał sobie sprawę, że luźne ubranie to już teraz miała na sobie i na pierwszu rzut oka zakrywało jej mutacje. W końcu żaden z mijanych chłopów czy podróżnych nie zorientował się, że mija mutantkę. Z drugiej jakby któryś ze strażników przyjrzał się dokładniej czy z bliska, mógłby wychwycić dziwną wypukłość krótkiego rogu jaki odznaczał się na kapturze. Albo nawet dla zasady kazać jej ściągnąć ten kaptur.

    -Z Gnakiem nie, ale z innym plemieniem, które odkryłem podczas mojej podróży - Joachim odparł z lekkim uśmiechem, zadowolony że otworzył przez swoimi sojuszniczkami nowe możliwości - ich wódz wydaje się być otwarty na współpracę, śnił też o jakieś niebieskiej kobiecie, ciekawe czy natrafimy na nią?

    - A co do Marlene, jak będzie sczelnie okryta to nie, ale ma narośla, których kształt ktoś może zauważyć nawet pod kapturem. Dlatego musimy być bardzo ostroźni wprowadzając ją do miasta, znacie jakieś sposoby inne niż głowna brama?

    - Spotkałeś inne plemię niż Gnaka? - Burgund zdziwiła się i obie popatrzyły na siebie. Chwilę to trawiły nim burgundowłosa wzruszyła ramionami. - No tak, przecież w tych lasach jest pełno zwierzoludzi, orków, goblinów i innych takich. - Uznała, że tak całościowo to nie jest aż tak dziwne, że kolega spotkał innych zwierzoludzi niż tych z jakimi ostatnio się zadawali przy Zachodnich Kamieniach.

    - No to dobrze, że wyszedłeś z tego spotkania cało. I może faktycznie jakoś uda się z nimi dogadać. Kto wie? Trzeba by Starszemu powiedzieć. - Łasica też wydawała się uznawać to spotkanie za korzystne, zwłaszcza na przyszłość. - A ta Marlene to ta przemieniona? Narośla ma? Hmm… - Niebieskowłosa zastanowiła się chwilę nad tym jak przemycić mutantkę do miasta.

    - Można by odwrócić uwagę strażnikow. - Zaproponowała Burgund wymownie poprawiając swój ładny i jędrny dekolt. Obie zaśmiały się z rozbawienia. - Chyba, że się jakiś nadgorliwiec trafi. - Przyznała, że ten plan niesie ze sobą pewne ryzyko.

    - Albo łodzią. Musiałbyś ją wyprowadzić poza miasto na plażę. Mogłybyśmy pożyczyć łódź, popłynąć tam i was zabrać do miasta. - Łasica podpowiedziała inną metodę przemytu do miasta. - Ale to trochę zajmie. Bo trzeba skołować łódź no i potem wypłynąć z portu na plażę. - Ostrzegła, że jest to dłuższa metoda. - Jest jeszcze ten pierścień od Mergi. Ale to Starszy go ma. Musiałabym pójść do niego a nie wiem czy będzie. Ten pierścień zmienia wygląd to powinien zakryć jej mutacje. Chyba. Jak Lilly go przymierzała to miała normalne nogi i piczkę. - Łotrzycy przyszedł jeszcze jeden plan ale tutaj nie była pewna czy udałoby się zdobyć ten pierścień w jakimś sensownym czasie.

    - Hmm…nie wiem ile czasu mamy, ktoś się może natknąć ma Marlene…. znasz jakąś łodź którą można by szybko zdobyć? Ja mogę poszukać tego rybaka, z którym kiedyś polowałem na syrenę.
    - A jeśli chodzi o plemię zwierzoludzi, przewodzi nimi Gormul, bardziej wojowniczy typ, ale igraszki z ludzkimi kobietami też go interesują - dodał z cieniem uśmiechu. - Poza tym śnił o jakieś niebieskiej kobiecie, która podąża w naszą stronę, wiecie coś o tym?

    - Niebieskiej kobiecie? - Łasica powtórzyła ostatnie pytanie i posłała pytające spojrzenie swojej kamratce. Ta jednak wzruszyła ramionami. - Trochę mało. Niebieska znaczy co? Niebieska skóra? Jakaś odmieniec? Niebieskie włosy? Ubranie? - Łotrzyca podkreśliła, że przydałby się dokładniejszy rysopis poszukiwanej.

    - I lubią figlować z kobietami? O, no to może się dogadamy. Odette to już przebiera nóżkami tak się nie może doczekać tej orgii z Gnakiem i jego plemieniem. Ale jakby się trafiło nowe stado to można by się z nim zapoznać tak jak z Gnakiem. - Burgund pozwoliła sobie zażartować z żądz jakie targały teatralną diwą. Ale sama była przychylnie nastawiona do pomysłu zawarcia znajomości z nowym stadem zwierzoludzi.

    - A z łodzią to się nie martw. Co ty myślisz, że portowe dziewczyny wiosłować nie umieją? - Łasica pokiwała głową do słów koleżanki ale sama pacnęła dłonią w ramię kolegi. Wyglądało na to, że same zamierzają popłynąć tą łodzią.

    - Może lepiej jak ja z wami popłynę? Darcy i Marlene was nie znają, chociaż wspomniałem im co nieco… - zastanawiał się Joachim.
    - I coś ciekawego działo się jeszcze w mieście pod moją nieobecność. Jak tam nasze plany infiltracji Akademii? - dodał.

    - No pewnie! - Zawołała Łasica. - Dostałyśmy tą robotę. Modelek na galiony. Więc na lekcjach rysunku możemy legalnie stać albo siedzieć z gołymi cyckami! - Ucieszyła się łotrzyca.

    - No i ile tam jest kadetów! I nawet parę ciekawych kadetek. I już jedną panią profesor widziałam na korytarzu. Obiecująca. I w sekretaricaie jest jedna ładna. To się zapowiada dużo ciekawiej niż wtedy w świątyni co musiałyśmy te skruszone ladacznice udawać. Co za nuda. A tu to może nawet coś ciekawego z tego wyjdzie. - Burgund uzupełniła wypowiedź kamratki ale obie wydawały się cieszyć jak dwie lisice u progu bogatego w tłuste sztuki kurnika.

    - A potem to się zobaczy. Najpierw będziemy musiały się tam zabawić i rozejrzeć. Bo raczej nas nie zaprowadzą do tych lochów co mówiłeś, że jest ta skrzynia. No to zobaczymy. Dobra ale jak mamy skołować tą łódź to trzeba się zbierać. Jak chcesz to możesz płynąć z nami. Powiosłujesz. A potem my zaczekamy na ciebie przy brzegu a ty idź po te nowe ladacznice. Zobaczymy co to za jedne. - Łotrzyca była dobrej myśli jeśli chodzi o początek infiltracji Akademii jednak na razie wolała się skupić na obecnych planach. Zwłaszcza jak to oznaczał, że trzeba będzie się ruszyć i przejść gdzieś do portu aby zdobyć w jakiś sposób łódź o jakiej rozmawiali.

    Joachim skinął głową przyjmując zapewnienie, że plany co do Akademii jakoś szły do przodu, chociaż nie tak szybko jakby chciał……

    - No to ruszajmy, mam nadzieję, że Darcy przypadnie wam do gustu…


    Po zajęciu się sprawą bezpiecznego sprowadzenia Marlene i Darcy, Joachim planował spotkać się z Tobiasem i pozostałymi, którzy podążali ścieżką jego patrona żeby omówić status ich planów w zakresie zdobycia dziedzictwa ukrytego na bagnach. Następnie planował też zdać raport Starszemu na temat nowych sojuszników (jeśli go znajdzie) oraz zacząć w zaciszu swojej pracowni badania nad demoniczną figurką.

    Rozgrywka import
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy