Fruwacz usiadł tam, gdzie wskazała kobieta.
Kubek z napitkiem zatrzymał przed sobą, ale najpierw go powąchał. Dopiero potem upił mały łyk. Ostrożny. Kontrolowany.
Korzystając jeszcze z tego, że nie zdążyła odejść, zagadnął w celu pozyskania informacji.
*- Fruwacz jestem.-*powiedział, licząc na rekompensatę za to wyznanie.
- Mów mi Alice. Jak podróż? - prowadziła rozmowę, w międzyczasie obsługując innych klientów.
Podany alkohol był łagodny w smaku.
-Miło mi Alice. Tak właściwie co to za miejsce? Mój przewodnik nie był zbyt rozmowny.- powiedział, zerkając na posągowego strażnika.
- Oni wszyscy nie są, ale to porządne chłopaki. - odpowiedziała z uśmiechem.
- Spod jakiego kamienia wypełzłeś, że nie słyszałeś o Ostatnim Przyczółku?
*- Z daleka. Z karawany nomadów. Do czasu, aż nie trafiliśmy na tych… -*wskazał oczami mniej więcej na stoliki, gdzie siedzieli Czarni przy Włóczniarzach.
Zostawił resztę w niedopowiedzeniu.
-Przykro mi to słyszeć. Tutaj jesteś bezpieczny, o ile nie będziesz wszczynał awantur.
- Nie zamierzam. Porządek tu macie… a ten Bartho rozumiem, że o niego dba, ze strażnikami?
Alice wzruszyła lekko ramieniem.
- Strażnicy robią to, o co prosi Bartho.
Pytaniem było, czy kobieta zdawała sobie sprawę z tego, jak inni byli Strażnicy dla wprawnego obserwatora.
Po tych słowach Fruwacz poświęcił dłuższą chwilę. Czy jakkolwiek ruszyło to ten posąg spod drzwi.
Nie ruszyło.
Ravel dalej stał pod ścianą jak wbity gwóźdź.
*- Głośno tu u was. Stukoty, warkoty jakieś, metaliczne pogłosy. Pustkowia są cichutkie. - *zakończył, obserwując reakcję.
Alice parsknęła cicho, wycierając kolejną szklankę.
- Przywykniesz. Wszyscy przywykają.
Młodziak uznał, że więcej nie ugra.
Skupił się więc na napitku i czekaniu, aż ten cały Bartho człowiek, którego słuchali nawet Strażnicy będzie skłonny go przyjąć.
Minęło trochę czasu.
W tawernie zmienił się tylko układ ludzi przy stołach i poziom hałasu. Ktoś wygrał sporą pulę przy kartach, ktoś inny właśnie zaczynał kłócić się o paliwo.
Fruwacz kończył powoli napitek, kiedy metalowe drzwi na końcu sali otworzyły się z ciężkim zgrzytem.
Rozmowy przy kilku stolikach przycichły odruchowo.
Pierwszy wyszedł Strażnik Stołu, potem drugi.
Dopiero między nimi pojawił się wysoki mężczyzna w czarnym płaszczu wojskowym. Ogolona głowa, ciężkie rękawice, spokojny krok człowieka przyzwyczajonego, że inni schodzą mu z drogi.
Fruwacz obserwował go znad kubka bez mrugnięcia.
Nie rozglądał się po sali. Nawet nie zwrócił uwagi na Fruwacza. Minął kilka stolików i podszedł do Czarnych siedzących wcześniej przy Włóczniarzach.
Krótkie słowa.
Żadnych uścisków.
Jeden z żołnierzy od razu wstał i zaczął zbierać resztę.
Alice westchnęła cicho pod nosem.
- No i po spokojnym wieczorze.
Dywizja ruszyła do wyjścia, a Strażnicy Stołu odsunęli się dokładnie o tyle, ile trzeba było, żeby ich przepuścić. Żadnego napięcia. Żadnej demonstracji siły.
A jednak cała sala obserwowała ich wyjście kątem oka.
Fruwacz też.
I właśnie to niepokoiło go najbardziej.
Nie strach.
Dyscyplina.
Dopiero kiedy drzwi zamknęły się za Czarnymi, stojący pod ścianą Ravel poruszył głową minimalnie w stronę Fruwacza.
- Bartho cię przyjmie.
Fruwacz odstawił pusty kubek i wstał bez słowa.
Serce przyspieszyło mu odruchowo, ale twarz pozostała spokojna.
Poprawił kurtkę, aby dodać se otuchy.
I ruszył za Strażnikiem, coraz mocniej czując, że wszedł do miejsca, które działa według zasad dużo starszych i dużo groźniejszych niż wszystko, co znał z pustkowi.
~ Ależ grubas~ to była pierwsza myśl jak zobaczył tego Szefa wszystkich szefów. Czuł jednak respekt i będąc sam nie miał chęci na szczeniackie wybryki.
Ktoś kto spasł się tak na pustkowiach musiał dzierżyć nie lada władzę jak i bogactwo.
- Miło mi Fruwacz jestem- postarał się przywitać miło kulturalnie bez zająknięcia.

