Fruwacz odebrał co trzeba i na odchodnym obejrzał się tylko raz. Nie z sentymentu, raczej z nawyku. Szczelina między skałami wyglądała jak każda inna. Samemu byłoby ciężko wskazać je jako wejście do całego kompleksu.
Wiatr uderzył od razu. Suchy, zimny, niosący pył i zapach kamienia.
Poprawił kurtkę, odruchowo dotknął płytki na szyi. Chłodna. Lekka. Niby nic. A jednak czuł ją wyraźniej niż większość swojego sprzętu.
Sucha rzeka szybko stała się oczywistym wyborem. Najprostsza droga. Najgorsza też. Szeroka, odsłonięta, bez cienia. Idealna dla kogoś, kto chce iść szybko… i dla kogoś, kto chce go zobaczyć z daleka.
Szło się dobrze.
Za dobrze.
To zawsze był zły znak.
Czas rozciągał się dziwnie. Kroki wpadały w rytm. Myśli odpływały i wracały. Co jakiś czas sprawdzał horyzont, skały, niebo. Nic. Za czysto. Za spokojnie.
A potem przyszła cisza.
Nie taka zwykła. Ciężka. Gęsta.
Zatrzymał się.
Zapach dotarł chwilę później.
Metal.
Pył.
Krew.
Zszedł niżej, powoli, ostrożnie, ale nie kryjąc się przesadnie. Jeśli ktoś tu był to już go widział. Lepiej wyglądać na pewnego niż na zwierzynę.
Obóz zobaczył od razu.
Ognisko. Auto. Namioty.
I ciała.
Pięć.
Rozrzucone jakby ktoś przerwał im rozmowę w połowie zdania. Mundury mówiły same za siebie. Czarna Dywizja. Dziury po kulach były zbyt czyste, zbyt równe. Nie walka. Egzekucja.
Albo coś jeszcze gorszego.
Jego wzrok zatrzymał się na tym szóstym.
Siedział.
Nieruchomy.
Za nieruchomy.
Fruwacz poczuł, jak coś w nim się napina. Jako myśliwy wiedział, że podstawa to nie okazywać strachu. To prowokuje drapieżniki. Nieznajomy bez wątpienia nim był.
Wyprostował się minimalnie.
Krok.
Drugi.
Jakby to była zwykła droga przez zwykły obóz.
Głos zatrzymał go w pół ruchu.
- Półtora dnia.
Nie odpowiedział.
Oczy same zjechały na płytkę na jego szyi, zanim zdążył się powstrzymać.
Błąd.
Mały, ale ktoś taki jak tamten mógł go zobaczyć.
I zobaczył.
„Rozpoznany.”
To słowo nie brzmiało jak ludzka rozmowa. Bardziej jak zamknięcie jakiegoś procesu.
Fruwacz ruszył dalej.
Powoli.
Każdy krok kontrolowany.
Nie za szybki, żeby nie wyglądało jak pośpiech. Nie za wolny, żeby nie wyglądało jak strach.
Ręce trzymał luźno, ale tak, żeby w razie czego były blisko broni. Wzrok stabilny. Oddychanie równe.
W środku liczył.
Szanse.
Małe.
Bardzo małe.
Ale już za późno, żeby się wycofać bez pokazania pleców. To byłby wyrok.
Zatrzymał się kilka kroków od niego.
Wystarczająco blisko, żeby rozmawiać.
Wystarczająco daleko, żeby jeszcze coś zrobić.
Spojrzał na Ravela. Przynajmniej tak się mu przedstawił.
-Przyniosłem.- Głos starał się mieć spokojny.Jakby to była normalka.
Jakby nie stał nad pięcioma świeżymi trupami i czymś, czego jeszcze nie rozumiał.
Dłoń powoli powędrowała do wewnętrznej kieszeni. Starał się jak mógł.
Bez gwałtownych ruchów.
Bez nerwowości.
- …czy ty jesteś tym, do kogo miałem ją przynieść? – wiedział już jednak, że nawet jeśli nie to i tak już stracił fant. Lepiej rzecz nawet cenną, niż życie jak to mawiał Jerycho.
Zastanowił się, czy to nie była głupsza decyzja jaką podjął w życiu nawet niż wtedy jak zdecydował się na polowanie podczas którego Gaspar stracił życie.
Lynx
Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
Posty
-
[Autorski storytelling] Ropa i krew -
Cytaty, aforyzmy, sentencje
-
Towarzystwo do grania (PC/Konsola)Grywa ktoś w dotę2 ?
-
[Autorski storytelling] Ropa i krewPomost zatrzeszczał pod ciężarem kolejnego wartownika. Zmiana warty nastąpiła płynnie. Strażnik, z karabinkiem z rodziny AR przeszedł obok Fruwacza nie zwracając na niego uwagi, ale po chwili zawrócił w jego stronę. Kurtka, twarz nijaka. Młodziak szybko skojarzył postać z kolesiem, który za plecami Agi nagrywał przesłuchanie. Domniemany kret.
Nie patrzył na Fruwacza, kiedy zaczynał mówić:
— Ciężko się oddycha pod ziemią, co?
Chwila ciszy.
— Nie wyglądasz na takiego, co zapuści korzenie w jaskini. Wydajesz mi się osobą która potrzebuje pofruwać na wolności. – odwrócił się powoli. - Widziałem, jak patrzysz na wyjście. Nie na ludzi. Na wyjście.
Nie uśmiechał się.
— Zemsta to nie modlitwa. Trzeba wiedzieć, gdzie uderzyć.
Z wewnętrznej kieszenie kurtki wyciągnął coś, mały i płaski przedmiot wielkości paznokcia, nie broń. Karta pamięci.
— Na południe od masywu, kilka kilometrów wzdłuż wyschniętej rzeki znajdziesz tych, których szukasz. Trasa, którą oni omijają. – wykonał gest głową, wskazując Jar.
Kret zatrzymał wzrok na Fruwaczu. Kontynuował ciszej, obserwując dokładnie twarz Młodego nomada.
— Ja tu siedzę kilka lat. Ktoś musi. Ty możesz odejść w każdej chwili. - krótka pauza. — Tylko pamiętaj. Nikt ci nie uwierzy, jeśli powiesz, że ci to dałem. Jestem tu dłużej, niż pamiętają niektórzy z tych, co teraz rządzą.
Zrobił krok bliżej, oparł się o balustradę. Wyciągnął paczkę papierosków samoróbek, i odpalił jednego, w geście poczęstunku wyciągnął też paczkę w stronę Fruwacza.
— Dywizja to nie potwory. To ludzie. A ludzie rozumieją wartość informacji. Możesz ich nienawidzić… albo możesz ich zaskoczyć.Nie oddał od razu karty pamięci. Czekał na reakcję Nomada.
Fruwacz nawet nie drgnął, kiedy tamten się zbliżył.
Spojrzał najpierw na papierosa, potem na dłoń z kartą pamięci. Na końcu w oczy wartownika.
-Nie palę- powiedział spokojnie.
Kącik jego ust drgnął minimalnie.
-Jerycho i Gaspar zawsze powtarzali, że jak będę palił, to nie urosnę.-Wzruszył lekko ramionami.
A poza tym palacza czuć z daleka. W nocy. Na śniegu. W wietrze.,
W myślach dopowiedział sobie coś, czego już nie wypowiedział na głos.
Dywizja rozdaje fajki małolatowi. Pewnie tak rekrutują.
Kolejny szczegół do obrazu potwora.
Nie okazał jednak obrzydzenia. Ani moralnego oburzenia. Tego typu rzeczy zostawia się dla siebie.
Wzrok wrócił na kartę pamięci.
-Kilka kilometrów na południe. Wzdłuż suchej rzeki.- Powtórzył, jakby smakował informację.
Zawiesił spojrzenie na wejściu do Jaru, potem znów na wartowniku.
-Dlaczego mi to dajesz?
Podstawa polowania to zbliżyć się i uśpić czujność ofiary.
-Mogę pomóc, ale dlaczego Ja ?
Strażnik nie od razu odpowiedział.
Przez chwilę przyglądał się Fruwaczowi w milczeniu. Pomost pod nimi cicho skrzypiał, gdzieś w dole ktoś się zaśmiał, ktoś inny przeciągnął linę z koszem wody. Jar żył swoim rytmem.
— Bo nie jesteś ich człowiekiem — powiedział w końcu spokojnie. — Ani Jaru. Ani Dywizji.
Uniósł lekko kartę pamięci między palcami.
— Myślisz, że chodzi o nich? — skinął głową w stronę Głównej Sali. — Albo o Czarnych?
Pokręcił głową.
— Chodzi o równowagę.
Zrobił pół kroku bliżej, ale nie w sposób agresywny. Raczej jak ktoś, kto mówi rzecz ważną i nie chce, żeby zgubiła się w pogłosie jaskini.
— Ostatni Przyczółek. Słyszałeś nazwę - nie było to pytanie. — Bartho lubi wiedzieć, co rośnie w okolicy. Co gnije. Co może się stać problemem. Jar jest młody. Izolowany. Jeszcze nie wie, kim chce być.
Wzrok strażnika nie drgnął.
— Ta karta nie jest dla Dywizji. — powiedział wyraźnie. — Jest dla Przyczółku.
Krótka pauza.
— Strażnicy Stołu nie słuchają każdego. Ale jeśli przyjdziesz sam. Bez drużyny. Bez sztandaru. Bez deklaracji… Zostaniesz wysłuchany.
Uniósł kartę nieco wyżej.
— Ty możesz tam wejść jako nikt. To największa siła, jaką teraz masz – ciszej. - Nie wysyłam cię jako posłańca Jaru. Ani jako szpiega. Wysyłam cię jako człowieka, który chce wiedzieć więcej, niż mu mówią.
Spojrzał na wyjście z jaskini.
— Chcesz zniszczyć Dywizję? To hydra. Na miejsce jednej głowy wyrośnie kolejna, jeszcze straszniejsza. Musisz wiedzieć gdzie uderzyć, gdzie zaboli najbardziej. Żeby opuścili gardę.
Dłoń z kartą zawisła między nimi.
— Weź. Oddasz to Bartho. Nic nie tłumacz. Strażnicy wiedzą, co z tym zrobić. - lekko zmrużył oczy. — Albo wyrzuć w przepaść i zapomnij, że mnie widziałeś. Ja tu byłem długo przed tobą. I będę długo po tobie.
Nie naciskał.
Czekał.
Hydra
Jeśli odetniesz głowę w złym miejscu, tylko ją wzmocnisz.
To brzmiało jak coś, co powiedziałby Jerycho, gdyby jeszcze żył.
-Nie chcę.
Krótka pauza.
-Ale Chcę wiedzieć.
Wyciągnął rękę i tym razem nie wahał się. Karta pamięci zniknęła w jego dłoni, potem w wewnętrznej kieszeni kurtki. Blisko serca. Nie symbolicznie. Praktycznie.Po całym spotakniu zastanawiał sie trochę jak się do tego zabrać. Stwierdził jednak, że wypada wdrożyć pozostałych w sprawę. Był gotów zaryzykować, ale zawsze lepiej mieć jakieś plecy w razie czego. Tak więc wyruszył po broń i w poszukiwaniu swych towarzyszy drogi. Liczył jednak, że zgodzą się na jego samotną infiltracje dywizji.
-
[Autorski storytelling] Ropa i krewFruwacz jadł powoli, mechanicznie, jak ktoś, kto bardziej pilnuje otoczenia niż miski. Kiedy Liora zadeklarowała wsparcie, uniósł na nią wzrok tylko na chwilę, ale kiwnął głową z wyraźnym, cichym uznaniem.
*-Zapamiętam-*mruknął krótko.
~Dobrze mieć kogoś, kto popilnuje pleców.~ dopowiedział w myślach.
Nie dodawał jednak nic więcej. Nie był od wielkich słów.
Po posiłku nie szukał rozmów. Ruszył ni sam ni za towarzyszami, niby bez celu, z rękami wsuniętymi w kieszenie kurtki. Spacerował wolno, chłonąc Jar jak zwiadowca, który jeszcze nie dostał rozkazu, ale już układa plan w głowie.
Minął parę miejscówek podsłuchując mieszkańców i zbierając informację . Zauważył, że paleniska są rozstawione tak, by dym naturalnie ciągnęło ku szczelinom pod sklepieniem, a wszystko wydaje się być rozstawione całkiem zmyślnie ogarnięte. Ktoś wiedział, co robi.
Zatrzymał się na moment, rozglądając się. Wartownicy zmieniali się bez zbędnych gestów. Jeden schodził, drugi już był na miejscu. Dyscyplina bez krzyków. Zanotował to w pamięci.
Zlokalizował chyba nawet zbrojownię. Zerknął tylko przelotnie w jej kierunku tęsknie wspominając ciężar broni. Widział jednak od razu, że lepiej nie ryzykować.
Idąc, słuchał też swoich ludzi.
Gdzieś z tyłu niósł się tubalny głos Woła i stuk naczyń najwyraźniej wielkolud faktycznie został zaprzęgnięty do roboty. Fruwacz parsknął pod nosem.
~ On zawsze jakby był u siebie.~ dodał w myślach. Trochę jednak zazdroszczące łatwości w nawiązywaniu kontaktów.
Z drugiej strony słyszał Noę, który rozmawiał o korytarzu D-14. Słowa o zagubieniu, o ludziach, którzy nie chcieli wracać, utkwiły mu w głowie jak drzazga. Zanotował nazwę. Korytarze. Możliwe zagrożenie. Możliwa droga ku wolności. Albo pułapka.
Krążył jeszcze chwilę, obserwując układ pomostów, liny transportowe, miejsca gdzie woda ściekała do zbiorników. Liczył odległości, kąty ostrzału, potencjalne drogi ucieczki
W końcu oparł się o jedną ze skał krzyżując ramiona.
Czekał.
Na pozwolenie.
Na misję.
Na moment, w którym znów będzie mógł ruszyć tropem Czarnej Dywizji.
I tylko, niemal bezgłośnie, mruczał coś pod nosem. Niezadowolony z swej bezsilności. -
[Autorski storytelling] Ropa i krewFruwacz siedział oparty plecami o chłodną skałę, z karabinem opartym o kolano, choć dobrze wiedział, że w Wolnym Jarze nikt nie spróbuje im poderżnąć gardeł o świcie. I właśnie to go uwierało.
Bezpiecznie.
Za bezpiecznie.
Jar oddychał spokojem, któremu nie ufał. To sprawiło, że sen był płytki i rwany obrazami.
Gaspar.
Krew.
Wilczy pysk.
Strzał.
Otworzył oczy, gdy Jar już żył. Zobaczył dzieciaka z piłką. Zobaczył kobiety niosące wodę. Mężczyzn, którzy nie trzymali dłoni blisko spustu. I coś mu się w środku skręciło. Nie z zazdrości. Z nieufności.
Posłuchał się równie budzących się towarzyszy.
-Jar jest miły- dodał na koniec ich wypowiedzi.
Spojrzał na Woła, potem na Noa, na Liorę. Na ludzi, którzy jeszcze nie nauczyli się, że spokój to rzecz tymczasowa.
-Możemy tu posiedzieć. Dzień, dwa. Zjeść zupę. Pozachwycać się, że dzieci się śmieją, oraz nikt do nas nie mierzy z broni. – zakończył wzruszeniem ramion.
– Ale jeśli chcemy tu zostać w spokoju… albo żeby oni tu zostali w spokoju… to i tak Czarnych trzeba się pozbyć.
Nie podnosił głosu. Nie musiał.
– Czarna Dywizja nie zostawia takich miejsc w spokoju, a już i tak kręcą się blisko. Możemy się rozejrzeć. Nie zmieni to jednak faktu, że jak chcecie tu zostać to musimy najpierw zapracować na szacunek miejscowych. -
Powitania, pożegnania i powrotyDoberek wszystkim.