Młot Wieków. Rekonesans Karak Varn
-
– Grungni (MG) – Galeb Galvynssun z klanu Bezekgorogi (Piwodzierżców) – Hagrid „Rhyn” Grumsson – – Othin „Zilfini” Angaztromm (Żelaznobrody) – 



@Gladin @Stalowy @Wired @Dekline 
21. Durgzet, 7035, przedpołudnie.
Jaskinia na zachód od Varn Drazh i około pół dnia drogi na północ od głównego wejścia do Karak Varn.
Niebo bezchmurne, pogoda dobra.Grupa sześciu krasnoludów stojących u brzegu wysoko położonej jaskini śledziła wzrokiem opadający balon. Balon należący do grobi. Mimo, iż nie widzieli ich dość wyraźnie, bo to stwierdzić z całą pewnością, to jednak wielki wymalowanych symbol Złych Czaszek na jego czaszy nie mógł oznaczać nic innego.
Postrzelony kilkukrotnie z kuszy przez Hagrida powinien się rozbić, jednak będąc złośliwym na równie z zielonoskórymi poleciał poza zasięg wzroku i zataił swój los przed dawi.
Grupa ta dotarła w pobliże starożytnej twierdzy Karak Varn jako zwiad dla większego przedsięwzięcia, dzięki któremu mieli odzyskać legendarny Młot Wieków należący do mistrza Kadrina Czerwonogrzywego, utopiony w czarnych wodach Varn Drazh. Nie dotarli jeszcze na miejsce a już zwiad ten nabierał większego znaczenia, niż pierwotnie zakładali. Byli przekonani, że karak jest opanowany przez orcze plemię Złych Czaszek, na służbie której zapewne były gobliny. Ale jakie gobliny! Zorganizowane i przemyślne. Na swej drodze oprócz typowych śladów tego tałtajstwa widzieli i naprawioną przez nich stanicę krasnoludzką i ślady intensywnego wyrębu, zorganizowane oddziały, a teraz to - balon obsługiwane z niepokojącą wprawą.
Nic zatem dziwnego, że wywiązała się dyskusja na temat zmiany dotychczasowych planów. Mieli spędzić dzień na wypoczynku, przygotowaniu mięsa ze zdobycznej zwierzyny, naprawach i odzyskiwaniu sił, gdyż dopiero co wyszli ze starcia z trzema tuzinami grobi. Ale czy mogli spokojnie odpoczywać gdy obok nieprzyjaciel w ten, czy inny sposób lądował?
Rhyn zaproponował, że on wspólni z Fennim pójdą zbadać sprawę. Odnieśli bowiem najmniej ran. Przydałaby się im pomoc pogranicznika, ale ten wyglądał jak jeż, tyle strzał z niego sterczało
– Zostać? - żachnął się Othin na propozycję i pociągnął łyk dobrego krasnoludzkiego piwa przyniesionego na własnych plecach z Zhufbaru.
– Myślicie, że ot tak pójdziecie sobie i znajdziecie ten balon? To nie tunele - dodał, po czym dopił zawartość.
– Ha! Póki piwa starczy! - wyszczerzył zęby.
Rhyn nie miał nic złego na myśli. Starał się realnie oceniać stan ich drużyny. Uznał, że Żelaznobrodemu przyda się odpoczynek, w końcu jako najmniej opancerzony najmocniej ucierpiał w starciu. Ale swoimi słowy odniósł skutek odwrotny do oczekiwanego. Gdyby to than podjął taką decyzję, nie mógłby z nią nadto dyskutować. Ale młokos z Norski? No... po takiej propozycji, choćby Othin miał urwaną nogę, to pójdzie! Nie cierpiał, gdy inne krasnoludy traktowały go jako mniej wartościowego, bo tyle chodził po powierzchni... I... z innych powodów.
Logrim oczywiście mógł nadal zdecydować po myśli Rhyna.
– Fenni - rzucił, a imię zawisło w powietrzu. Than potrzebował czasu, by sprawę rozpatrzyć, ale czasu nie miał. Skierował się wpierw do podwładnego, by nieco opóźnić oznajmienie decyzji. - Ruszysz razem z Grumssonem i spróbujecie ustalić, co się stało z balonem.
Khadinbat rzucił bratu spojrzenie, potem powiódł wzrokiem ku szczytom.
– Thanie - orzekł krótko. Cóż miał powiedzieć? Logrim nie lubił, gdy bracia się rozłączali, bo wtedy w razie potrzeby nie mogli ponieść go na tarczy. Decyzja pryncypała była więc zaskakująco. Fenni zamyślił się analizując implikacje tego, co usłyszał.
Thanie, tak rzekł Fenni. No właśnie, thanie... Than Logrim Hagrindrakk, syn Kazrika, władca klanu Khadinbat, poczuł na sobie ponownie ciężar dowodzenia. A gdy pomyślał o Snagrogu...
Wolałby, aby Othin został i odpoczął. Ten może i byłby mu wdzięczny. A może odwrotnie.
– Othinie - rzekł wolno, by odwlec słowa w czasie. - Masz rację, że ich specjalnością są tunele, a nie szczyty gór...
Powiedziawszy te słowa, podjął decyzję i będzie musiał ponieść ich konsekwencje.
... zatem pójdziesz z nimi. Przygotujcie się do drogi. Zbędne bagaże możecie zostawić tutaj, by mniej was obciążały.

Żelazołamacze rzadko kiedy wędrują wystawieni na mocne światło słoneczne. Na szczęście oblewający ich pancerze gorąc był kompensowany przez mroźne górskie powietrze. Ruszyli na wschód szukając obiecującego podejścia pod górę, skąd mieli nadzieję rozejrzeć się po okolicy i dostrzec balon. Lub jego resztki.
Nie udało się dostrzec niczego, co było wyrzucane z góry przez gobliny, natomiast więcej szczęścia mieli z samym okrętem powietrznym.
Wylądował na północny wchód od ich kryjówki, na kolejnej górze, w odległości mili lotem ptaka od miejsca, w którym stanęli po wspinaczce.
Czasza balonu unosiła się lekko nad koszem i nawet w świetle dnia było widać, że pod otworem płonie ogień. Dwie sylwetki poruszały się w polu widzenia.
By się do nich zbliżyć dawi musieliby zejść zboczem w dół, a następnie ponownie wspiąć się w górę. Marszruta nie oferowała miejsc, by się schować. Zresztą okazało się, że nie będzie im potrzebne.
Nerwowa gestykulacja, okrzyki, wymachiwanie rękoma w ich stronę - wszystko to wskazywało na to, że zostali dostrzeżeni.
– Znowu nici z elementu zaskoczenia - powiedział niezbyt zmartwiony tym faktem Fenni. - To co? Lekkim truchtem i spróbujemy ich złapać?
Pozostała dwójka zgodziła się. Hagrid co rusz mierzył wzrokiem odległość, kiedy będzie mógł złożyć się do strzału. Gobliny robiły wszystko, by mu to uniemożliwić. Wdrapały się szybko do kosza i nie bawiąc się w subtelność odcięły przytrzymujące go liny. Balon drgnął i zaczął wolno wznosić się ku górze.
Zbyt wolno. Obie strony zdały sobie z tego sprawę. Przez twarz Rhyna przebiegł uśmiech zadowolenia. Adzą radę dogonić go, zanim się wzniesie.
Jednak balon uniósł się na tyle, że podmuch zaczął go odsuwać od pościgu. Nie na tyle szybko, by nie dało się go dogonić, ale kupił goblinom kilka minut życia. Z wysokości kilku metrów zaczęły wyrzucać przedmioty, przyspieszając wznos. Ale ciągle za wolno...
Dwa tuziny jardów nad ziemią gobliny zaczęły się kłócić, wydawało się, że może dochodzić do walki. Nie trwało to jednak długo. Jeden z nich wkrótce stanął na krawędzi kosza, rozłożył ręce, a pomiędzy nimi rozpostarło się coś, co wyglądało jak skrzydła i upodobniło go do olbrzymiego nietoperza. Chwilę później skoczył i lotem ślizgowym pomknął nad głowami krasnoludów. Balon tymczasem odepchnięty i pozbawiony obciążenia odskoczył w tył i w górę, a jego wznos znacznie się zwiększył. Teraz unosił się szybko.
Zbyt szybko. Dawi byli jeszcze za daleko, by posłać bełt w jego stronę. Jedyne co mógł zrobić Hagrid, to spróbować trafić szybującego goblina.
Othin jako pierwszy dotarł na szczyt, gdzie jeszcze parę chwil temu zacumowany był goblini balon. Mógł zobaczyć, co takiego zostało wyrzucone z balonu. A było co oglądać. Matowy mosiądz pokrywał lunetę w sposób nieodbijający światła. Nawet zanim wziął ją do ręki wiedział już, że jest to dzieło rąk krasnoludzkich. Następnie rozsznurował leżący tobołek, w którym znalazł zapas bełtów podobnego pochodzenia. Tym, co jednak wstrząsnęło nim dogłębnie, była kusza. Tak, również krasnoludzkiego pochodzenia. Wyglądała jak projekt sprzed tysiąca lat, a jednak sprawiała wrażenia śmiertelnie sprawnej. Nie to jednak było w tym wszystkim dla niego takie szokujące. Runy. Runy naniesione na broń.

Angaztromm. Żelaznobrody. Jego klan. Dawno, dawno temu zamieszkiwali Karak Varn. Po upadku twierdzy musieli szukać dla siebie nowego miejsca. Zostali bez domu. Utrata twierdzy dla krasnoluda to bardzo ciężki cios. Wielu z nich nie potrafi spojrzeć swoim pobratymcom w oczy. Radzą sobie w takich sytuacjach na różne sposoby. Część ruszyła w góry szare, albo dalej. Inni do imperium. Jeszcze inni przenieśli się do innego karaku, najczęściej do Zhufbaru. Tak, jak i Żelaznobrodzi. Wielu spośród dumnego niegdyś klanu bełciarzy, nie mogąc znieść hańby utraty twierdzy, wybrało życie na powierzchni, z dala od podziemnych korytarzy. W ten sposób zawieszeni byli pomiędzy swym prawdziwym domem, a Zhufbarem, który ich przygarnął.
Ale teraz... widząc tę broń... Coś w Othinie drgnęło. Wyruszając jako przewodnik z tą ekspedycją robił to bez większego przekonania. Znał teren, mógł służyć za przewodnika. To wszystko. Ale teraz... przodkowie do niego przemówili... ta kusza... to była dla niego relikwia. Znak. Broń już stara, ale miała w sobie coś... Niepomny na to, co się dzieje wokół, na to, co robią jego towarzysze, gdzie się podział balon, dziękował niemo, wiedział co ma zrobić. Wyruszy do swej rodzinnej twierdzy z nowymi siłami i nowym zapałem. Nie będzie już tylko przewodnikiem, ale będzie siłą napędową tej wyprawy. A oprócz tego... będzie bełciarzem. Już nie pogranicznikiem. Czas, by Żelaznobrodzi odzyskali swoje miejsce i swoje imię. Potem podniósł oczy i rozejrzał się wokół.
Fenni przegrzebywał inne wyrzucone rzeczy. Byle jakie wiadro wysmarowane jakąś lepką mazią, dwa niewarte uwagi noże, roztrzaskany koszyk z którego wysypały się podejrzane fragmenty jedzenia, rozerwany bukłak, posrebrzane lusterko, róg sygnałowy...

Galeb pozostał w jaskini. Logrim zajął się ostrzeniem uszkodzonego topora, który uległ uszkodzony podczas walki nad jeziorem. Brond wyszukał miejsce z ciągiem powietrza, rozpalił ogień i zajął się oprawianiem mięsa. Rhunki zapalił ziele i wpatrzył się w pojmanego snotlinga, Tfardego. Jego zmysł runiarza podpowiadał mu, że mały zielonoskóry jest naznaczony w jakiś sposób magią. Nie potrafił jednak nic więcej powiedzieć. Jego wiedza w tym zakresie nadal była nikła w porównaniu z runmistrzami. Była jednak okazja, aby porozmawiać...
Mechanika
Hagrid za 5 dni uzyska ropiejącą ranę (poranek 26. Durgzet).
Logrim za 1 (poranek 22. Durgzet) i 6 dni (poranek 27. Durgzet).
-
D Dekline przeniósł ten temat z Rozgrywka
-

Hagrid „Rhyn” Grumsson ...
21 Durgzet, 7035, przedpołudnie
Jaskinia na zachód od Varn Drazh i około pół dnia drogi na północ od głównego wejścia do Karak Varn.
Niebo bezchmurne, pogoda dobra.Decyzja zapadła, zgodnie z wolą Thane'a ich trójka, Othin, Fenn i Hagrid ruszyli na zwiad w poszukiwaniu uszkodzonego balonu, lub chociaż rzeczy które z niego gobliny wyrzuciły.
- Gdybyśmy wpadli w zasadzkę będę dął w róg - rzekł Hagrid do towarzyszy przed wyruszeniem.
Odwiązał od plecaka worek i położył go pod ścianą, wyjął też z torby dwa goblinie bukłaki i postawił je obok
- Nie wiem co w tych bukłakach, ale jak gobliny to piją to pewnie snotling też, a nasze piwo go może powalić
- Tfardy - rzekł w reikspielu do małego odwiązując od ręki sznur którym byli związani - idę na zwiad. - powiedział Rhyn robiąc pauzę - Zostaniesz z Galebem - to rzekłszy wskazał na rhunki - to dobry krasnolud, nic Ci nie grozi. - kolejna pauza - Gdybyś chciał pić masz bukłaki - wskazał je pod ścianą - Jedzenie też będzie, jak rozpalimy ogień. - mówił to w miarę wolno, z przerwami, starając się przekazywać jedną informację na raz.- No to w drogę - rzekł ponownie w khazalid widząc że pozostali są już gotowi
Wychodził z jaskini ostatni, pozostali powoli szli w dół, gdy nagle zatrzymał go Galeb, dając znać że chce z nim porozmawiać na uboczu zanim ruszą
- Hagridzie. Muszę cię przestrzec. Przodkowie krzywo patrzą na tych co obietnice swoje składają pokrętnie. - rzekł nawiązując jak Ryhn sądził do umowy proponowanej wcześniej snotlingowi
- Przodkowie oceniają nasze czyny, nie słowa. Nie mogłem dać lepszych warunków umowy, wiesz o tym, a fakt że jej nie przyjął znaczy że nie doceniamy jego intelektu. Zostawiam go z Tobą, może od Ciebie umowę przyjmie. Intencje mam szczere, nie ma mowy o snotlingach w Dammaz Kron - rzekł robiąc pauzę - jeszcze nie ma.
- Nie rozumiesz do czego piję. - pokręcił głową runiarz - To proste stworzenie. Chciało tylko obietnicy że go nie skrzywdzimy. Wątpię by zrozumiał połowę tego co powiedziałeś. Jeżeli tak trudno ci powiedzieć „ty nie szkodzisz nam, my nie krzywdzimy ciebie” to jak wyglądają twoje obietnice względem dawi i umgi?
- Zwracam ci uwagę bo sam za młodu próbując być "przebiegły" w takich kwestiach. Ściągnąłem na siebie tylko kłopoty za kombinatorstwo. Przodkowie i krewniacy wyczuwają takie rzeczy - przestrzegł długobrody
- Ai - zgodził się Rhyn - ale to nie przysięga względem Przodków, a umowa z nim, mogę mówić tylko za siebie, nie mogę mu powiedzieć "nie skrzywdzimy Cię" za nas wszystkich skoro Wy nie chcieliście podjąć takiej decyzji, a Logrim nawet namawiał by go zabić. O moje obietnice względem dawi i umgi się nie martw, Grungni mi świadkiem że honoru swojego i klanu nie splamiłem.
- Pierwszy się wyrwałeś. I co mieliśmy dodać czy powiedzieć po twych słowach? Licytować się przed snotlingiem? - runiarz wzruszył ramionami
- Ktoś musiał. Ja jestem wojskowym Galebie, on ma cenne informacje które mogą zaważyć na tym czy wrócimy z wyprawy cało, dlatego żyje, ale przecież nie mogłem tego powiedzieć Logrimowi otwarcie gdy proponował ubicie, nie wypada... sam wiesz... - zamilkł Hagrid szukając słów - lepszy ginit i umowa z snotlingiem, wyrywczość, niż podważenie decyzji Thane'a - mówił, ale widać było że jest zakłopotany
- Dobrze że się wstawiłeś wtedy, czy snot będzie jeńcem czy sojusznikiem czas pokaże, ale dobrze że żyje - skwitował Rhyn, musiał już ruszać, a słowa więzły mu w gardle
- Wziąłeś jego prowadzenie, wdzięczny jestem przynajmniej ja, bo wychodzi na to że można z niego wyciągnąć to i owo. Radzę ci tylko jak stary młodemu, byś baczył na swe słowa. Widziałem, po głupim rogalu na mordzie względem powszechnego oburzenia, że ci ten słowny fikoł coś go uczynił wielce się spodobał. Żeby ci to w krew nie weszło - rzekł klepiąc mocno w plecy Hagrida - Koniec połajanki.
- Będę pamiętał - odparł Rhyn odzyskując rezon i ruszył w dół góry dogonić resztę
21 Durgzet, 7035, przedpołudnie
Góry na zachód od Varn Drazh i około milę od obozowiska dawi.
Niebo bezchmurne, pogoda dobra, pół dnia drogi na północ od Karak Varn.Z dołu mniej widać, było to odczuwalne, próbowali początkowo odnaleźć zrzucane z balonu rzeczy, licząc że może to nie były same worki z piaskiem, w końcu to było raptem 200 jardów od nich, może 300...
Niestety nic nie znaleźli, ale gdy odeszli dalej od jaskini ujrzeli na północnym wschodzie wspomniany balon.Gobliny jak przypuszczał wylądowały załatać czaszę, kto wie czy nie przymusowo. Wyglądało jednak że strat dużych nie ponieśli, czasza balonu unosiła się na mniejszym ogniu w powietrzu, kosz opierał o skarpę, z tej odległości ciężko było powiedzieć jak bardzo gotowi byli do lotu - czasu mogło zostać niewiele.
- Przeciwnik był wyżej, łatwo mogli ich dostrzec - pomyslał Rhyn... i wykrakał.
Nerwowa gestykulacja, okrzyki, wymachiwanie rękoma w ich stronę zielonoskórych chwilę później jasno wskazywało na to, że zostali dostrzeżeni.- Znowu nici z elementu zaskoczenia - powiedział niezbyt zmartwiony tym faktem Fenni. - To co? Lekkim truchtem i spróbujemy ich złapać?
-Ano - odparł Rhyn - oby ten balon więcej nie latał, inaczej nam uciekną
To mówiąc zaczęli nabierać rozpędu, hałasując w swoich płytowych zbrojach.Dawi zbliżali się najszybciej jak mogli, ale odległość była znaczna. Grobi zaś szybko zaczęli się ewakuować, wyrzucając co mogły z balonu, a na koniec nawet jednego z nich!
- Przeklęte grobraki - zaklął Rhyn widząc goblina w stroju przypominającym nietoperza oddalającego się ponad ich głowami. Hagrid pierwszy raz miał do czynienia z grobi i szczerze powiedziawszy ich technologiczny zmysł zaczynał mu przypominać raki, nic z tego co słyszał o zielonoskórych nie oddawało sprytu tych stworzeń, a jak widać po balonie i osobistych skrzydłach również ich zaawansowania w technice.Przystanął, gdy reszta biegła dalej, załadował kuszę, przycelował i... pudło. Żelazołamacz nie był nauczony strzelać na takie odległości, jego braki były widoczne w każdej tego typu sytuacji, wielkość celu też nie pomagała. Postanowił pobiec za resztą, jeden goblin im nie zagrażał, a dalsza próba byłaby jedynie stratą amunicji. Zresztą, chwilę później cel był już poza zasięgiem jego broni, pewnie by nawet nie przeładował na czas.
Gdy dotarł na szczyt dwójka towarzyszy przebierała już znaleziska, a Othin z niemym podziwem gładził dłonią runy na krasnoludzkiej kuszy. Napis głosił Żelaznobrody, jego klan, co przypomniało mu że dotąd nie miał okazji dłużej porozmawiać z Othinem o jego korzeniach, wiedział jedynie że wyruszył z Zhufbaru wraz z nimi jako spec od powierzchni i okolicy, nikt jednak nie zapytał skąd tę okolicę zna.
Widząc jego zadumę i lekko szklące się oczy nie śmiał mu przeszkadzać. Podniósł leżącą nieopodal lunetę i spróbował dojrzeć balon lub uciekającego goblina, po czym podszedł do Fenna pomóc mu w przeglądaniu reszty rzeczy.
- Grobi teraz latają... jak ten świat idzie do przodu. Nietrafiłem. - poskarżył się
- Lusterko i róg warte zabrania, to wiadro z mazią (powąchał ją delikatnie) też, może to paliwo, jakoś ten ogień pod balonem robili. Przejrzyjmy wszystko, jak Vallaya nam pobłogosławi to może jakąś mapę lub listy znajdziemy, nie żebym znał gobliński, ale snotling pewnie zna - powiedział i zaczął pakować rzeczy do pustej torby na ramieniu.Odwrócił się by spojrzeć na wciąż zamarłego w bezruchu Othina, przez chwilę wahał się czy nie zapytać czy wszystko w porządku i by im pomógł, ale uznał że byłoby to nie na miejscu, po prostu czekał aż do nich podejdzie widząc że robią przebiórkę znalezisk.
-

Othin "Zilfini" Angaztromm Wspinaczka dobrze robi na kondycję, a już taka na świeżym powietrzu to już w ogóle samo dobro. Oddech pełną piersią był tym czego potrzebował, lepsze to lekarstwo niźli … cokolwiek innego co on jako prosty dawi był w stanie sobie samemu zapewnić.
Kompani zostali w jaskini, no tak, nie żeby było w tym coś złego, wszak trzeba odpocząć, strawę przygotować i zleczyć zadrapania i jaskinia do tegoż nadawała się najlepiej, ale … znów skały. Krasnoluda z karaku wyciągniesz, ale karaku z krasnoluda nie. Cóż.
Jego mniej opaleni kompani mogli tego nie rozumieć, ale było nie było, to on jako pierwszy dotarł na szczyt, a to o czymś świadczyło. Może jak jeszcze trochę tak połażą to zaczną bardziej przychylnie patrzeć na Othina. “Idź tu, idź tam, prowadź, rozeznaj drogę” - owszem, od tego tu przecież był, do tego go zatrudnili i Angaztromm nie miał zamiaru tego negować, miast tego posłusznie wykonywał wolę Longrima. Z drugiej strony nie przeszkadzałoby mu gdyby ktoś kiedyś … może nie tyle docenił, co zwyczajnie zauważył że umiejętności swoje Othin zdobył nie dzięki siedzeniu pod ziemią, a właśnie poprzez szlajanie sie po powierzchni; a ażeby szlajać się po powierzchni trzeba …. szlajać się po powierzchni! No nic … szczyt … o, a co to?
Angaztromm wiedział że czas to pieniądz, zaraz doskoczy do niego reszta i będą chcieli gnać dalej za uciekinierami. Nie zwlekając, w pierszym odruchu schował trzymaną w rękach lunete do tobołka ... ah, nie ma tobołka, zatem odłożył ja zwyczajnie obok, podobnież bełty i …. kusza.
Tak, Othin dobrze znał historię swojego klanu. Może nigdy wcześniej nie opowiadał jej towarzyszom wyprawy, lecz nikt też nie pytał. Na Grimnira! Toż to było przeznaczenie. Przewodnik uniósł broń z namaszczeniem. Angaztromm - napis w khazalidzie aż bił po oczach. Zaraz obok: Zarr-Zhar - Ciskający pociskami. Może to nie to samo co legendarne krasnoludzkie oręża znane z opowieści, lecz Othinowi łeźka się w oku zakręciła. To nie jakaś tam bezimienna kusza, to Zarr-Zhar - broń wykonana przez jego przodka Baragora Angaztromma, jeszcze za sławetnych czasów bytności w Karak Varn! Dla większości po prostu kusza, wykonana przez dawi, wiec wysokiej jakości, ale dalej “tylko” kusza.
Ciężar łoża idealnie rozkładał się w dłoni, a palce niemal same odnalazły znane wyżłobienia przy chwycie. Przesunął kciuk wzdłuż drewnianego trzonu, badając włókna pod kątem mikropęknięć i odkształceń przy osadzeniu jarzma. Drewno było suche, dobrze sezonowane, bez pracy materiału. Uniósł kuszę pod światło i sprawdził symetrię łuczyska. Brak skręcenia osiowego, brak naprężeń bocznych. Metalowe okucia siedziały sztywno, nity nie wykazywały luzu. Delikatny nacisk przy gnieździe mocowania potwierdził, że jarzmo trzyma jak należy. Palce przeszły na cięciwę. Othin przeciągnął po niej paznokciem, badając skręt włókien i równomierność naciągu. Sprężystość była prawidłowa. Brak przetarć przy pętlach końcowych, brak strzępień. Naciąg technicznie wzorcowy. Oparł stopkę o kamień i powoli napiął broń, kontrolując pracę mechanizmu. Orzech spustowy wszedł w zazębienie czysto, bez opóźnienia. Lekko nacisnął język spustowy na sucho, obserwując reset sprężyny powrotnej. Mechanizm działał z precyzją godną kuźni Grungniego.Wyjął bełt i wsunął go w prowadnicę toru strzału. Sprawdził osiowość względem rowka, brak chybotania. Grot leżał idealnie w linii celowania. Przesunął palcem po zaczepie - żadnych zadziorów, żadnego ryzyka przedwczesnego zwolnienia cięciwy. Sprawdził jeszcze raz, dla pewności… i ku własnej uciesze; czy kusza nie wybełci jego zamiast pocisku. Kąt zaczepu, napięcie, stabilność łoża - wszystko zgodne z zasadą. Stan idealny. Jakby ktoś nieustannie prowadził konserwację, oliwił mechanizm, pilnował naprężeń i wyważał każdy element.
Othin skinął głową sam do siebie.
Zarr-Zhar była gotowa. A on zamierzał czym prędzej poddać poddać próbie ją oraz siebie i ustrzelić któregoś Grobi, najlepiej tego w balonie, gdyż “nietoperza” jeszcze może uda im się dogonić z buta. Pamięć mięśniowa zadziałała znakomicie, aż nadto, gdyż przez ułamek mrugnięcia okiem Othin złapał się na tym że czeka na sygnał do strzału. Uśmiechnął się pod nosem i pociągnął za spust. -

Rhunki Galeb Galvynssun z klanu Bezekgorogi Jeszcze raz rhunki powiódł wzrokiem po jaskini. Rozbili obozowisko, ognisko rozpalone, posłania rozłożone. Sam Galeb też miał coś do roboty, bo uszkodzeń sprzętu z walki było więcej. Trzeba było jednak jeszcze zająć się ich... jeńcem? Runiarz ćmił fajkę a w myślach kołatały mu się myśli. Pojedynczy snotling był istotą tak małą i tak... nieznaczącą że trudno było czuć do niego nienawiść. Galeb widział co zgraja takich maluchów potrafi, acz one były dzikie i przypominały miniaturowe gobliny.
- Tfardy. Moje imię to Galeb. Będziemy pilnować wejścia. Chodź ze mną.
Siadwszy w pobliżu wejścia krasnolud wskazał snotowi by i ten usiadł
- Usiądź sobie. Odpocznij. Widzę że ty jesteś porządny snotling. Ty nie knujesz. Ty mnie chcesz o coś zapytać?
- Wy mnie nie kszyfcić?
- Nie. - odpowiedział krótko Galeb gładząc się po brodzie - Ty nam pomagać to my ciebie nie krzywdzić.
- Ty i ja pilnujemy. Możemy porozmawiać. Ty możesz mnie pytać. Ja też pytać ciebie.
- Bendem mógł potem sobie pójść?
Galeb pamiętał co Hagrid proponował a czego nie proponował. Widział też na czym zależy snotlingowi. Dostać się do skarbca i sobie pójść. Runiarz przypatrzył się małemu zielonoskóremu. Co mógł Tfardy chcieć ze skarbca orczego watażki?
- Jak ty nam nie szkodzić to dla mnie ty móc sobie pójść. - powiedział w końcu - Ja myśleć że w skarbcu Snagrog różne skarby. Krasnoludzkie, ludzkie też. Snotlingowe też. Ty szukać snotlingowy skarb?
- Nie, Tfardy nie szuka skarbu - pokręcił głową. - Chcem tylko dostać siem do środka.
- Mhm. Trudno się tam dostać? Orkowie pilnują?
- Zamkniente na klucz. Tylko Snagrog może tam wejść.
- Trudna sprawa. Trzeba nad tym pomyśleć. Te drzwi to drewniane, metalowe czy kamienne? Mają zamek na klucz jak w drzwiach co ludzie robią?
- Cienszko powiedzieć. Trochem takie żelazne, a trochem takie kamienne. Nie wyglondajom jak ludziowe.
Galeb nabrał dymu z fajki. Wyglądało na to że ork zdołał pozyskać klucz lub kamień runiczny do krypty.
- Tak. Cienszka sprawa. Trzeba by Snagroga przechytrzyć lub ubić. Pomyślimy.
- Ty chcesz coś wiedzieć? Opowiedzieć ci coś?
Snotling wzruszył ramionami i zaczął dłubać w nosie.
Skoro snotling nie naciskał to Galeb milczał dłuższą chwilę rozważając to co usłyszał od snotlinga. Pytań było sporo. Ale widać też było że Tfardy ma jakiś cel i dotąd po prostu czekał na okazję by wejść do skarbca.
- Kiedyś walczyłem przeciw szczuroludziom. Dużo knują i dużo kombinują. Mają wredne czarowniki. Kiedyś zgubiłem się w ich tunelach. Widziałem ich legowisko. Widziałem ich potwory. Prawie mnie złapali i bym był ich więzień. Widziałeś szczuroludzi w pobliżu twierdzy Snagrog?
- Tak - snotling ucieszył się wyraźnie. - Dużo ludziów i dużo szczurów. Szczury dobre.
Chwilę Rhunki trawił słowa bo nie zrozumiał w pierwszej chwili o co chodzi snotowi.
- Dużo ludziów? Ludzie więźnie Snagrog?
- Wienźnie. Tak.
- Co im orki każą robić?
Snotling spojrzał się nieco zaskoczony na krasnoluda.
- Pracować każom - odrzekł i podłubał palcem w uchu.
- No jak wszystkim więźniom. Ale przy czym? - przytaknął Galeb i zaczął powoli wymieniać tak by Tfardy miał czas odpowiedzieć - Kopać tunele? Budować twierdzę? Budować balony? Robić broń w kuźni?
– Kopać, tak. Budować, tak. Tfardy chciał latać, ale mu nie pozwolili. Tylko gobosom.
- A pamiętasz więźnia od którego wziąłeś ten łachman? - zadał w końcu pytanie na którym najbardziej mu zależało
– Łachman? - zdziwił się snotling.
- O tą szmatkę. - wskazał materiał z symbolem klanu odlewników.
– To? - Tfardy wstał i wypiął dumnie pierś. - Gub pozwolił mi sobie wzionć od krasnoluda. Pamientam!
- Opowiedz jak to się stało - powiedział uprzejmie rhunki
Snotling poskrobał się po głowie i zadumał. W końcu pokiwał głową, zaczęrpnał oddech i jął snuć opowieść.
– To było tak. Gub powiedział: Tfardy, możesz sobie z nich wzionć, co chcesz. I ja pokazałem, że chcem to - zakończył dumny z siebie wskazując na ubranie.
Dobrze że Galeb miał wielkie pokłady cierpliwości. Snot wszak nie rozumiał pewnie nawet że może na sobie mieć urazę i co ona znaczy. Runiarz wiedział też że może w pewnym momencie uzyskać odpowiedź której wolałby nie usłyszeć.
- To w twierdzy było? Ten krasnolud to żywy czy martwy był?
– No w tfierdzy. Najpierf orki biorom rzeczy wieńźnóf. A potem Gub pozwolił mi sobie wybrać. Krasnolud był żywy, jak sobie brałem.
- Pamiętasz jak wyglądał? Jakiego koloru miał brodę? Był łysy na głowie czy miał włosy? Miał szramę o w tym miejscu? - Galeb wskazał na swojej twarzy linię włosów i przeciągnął ją aż po lewy policzek.
Wątpił by Orik dostał się do niewoli, bo by o tym usłyszał, ale gdyby udało się uwolnić jego krewnego to Uraza wobec dostawcy stali mogła być lewarem przy rozmowie z klanem Azulkul
– Wyglondał? - Tfardy ściągnął brwi w skupieniu. - Włosy miał. Jasne. Szramy tesz miał.
Galeb pokiwał głową i spojrzał w dal. Jego mysli odeszły w strefę rozważania. Orik z klanu Azulkul. Uraza była drobna, ale jednak była Urazą. Opóźniona dostawa stali dla warsztatu runmistrza Redmane'a i runiarza Galvynssona. Jeden dzień. Błachostka. Napisali list do Orika ze skargą, ale nie było odpowiedzi.
Moment. Ostatni raz widzieli Orika przecież parę tygodni temu. W porządku. Powiedzmy... na przykład... pojechał do Barak Varr z karawaną w interesach. Napadli go orkowie. Czy Azulkulowie wiedzieli o tym? Wiedzieli, uruchomili procedurę awaryjną, przez to było opóźnienie. Czemu klan nie powiadomił nikogo? Szukają awanturników którzy go uwolnią. Albo... albo nie wiedzą że jest w niewoli... albo uznali że nie żyje.
Tak czy tak musiał brać margines błędu na słowa Tfardego. To mógł być Orik.
Ale było coś ważniejszego. W Karak Varn byli więźniowie. Najpewniej dużo więźniów.
To znaczyło że dałoby się zorganizować trochę sił na miejscu.
Dla Logrima będzie to z pewnością cenna informacja.
Galeb dalej w milczeniu siedział z Tfardym i czekał na powrót zwiadu. Niedługo będzie trzeba podzielić się wartami i turami na spanie. Póki co warto było cieszyć się chwilą spokoju.