Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje inne
  3. Rozgrywka
  4. [Horror] Gruzy przeszłości
Gruzy przeszłości
JohnyTRSJ
JohnyTRS jako
Szarzyzna
Mistrz Gry
Pan ElfP
Pan Elf jako
Alicja Filipowicz
CaiC
Cai jako
Mikołaj Pogorzelski
Arthur FleckA
Arthur Fleck jako
Krzysztof Komeda
BrilchanB
Brilchan jako
Adam Chlebowski
NamiN
Nami jako
Paulina Kwiatkowska

[Horror] Gruzy przeszłości

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
horrorwłasnystranger thingsnastolatkowie
102 Posty 8 Uczestników 2.4k Wyświetlenia 2 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • NamiN Niedostępny
    NamiN Niedostępny
    Nami jako Paulina Kwiatkowska
    Mecenas
    napisał ostatnio edytowany przez
    #68

    text alternatywny

    Paulina Kwiatkowska

    Była na dyskotece, ubrana w różową sukienkę z krepiny. Nie zauważyła drobnych rozdarć, ale dostrzegli je inni. Stali otaczając ją, wytykając palcami, śmiejąc się ukradkiem. Ten paskudny śmiech z czasem zaczął nabierać na sile, roznosił się w pomieszczeniu jak zaraźliwy wirus. Ściany dyskoteki ściaśniały się, zamykały Paulinę w coraz to mniejszym pomieszczeniu. Zamiast muzyki słyszała oceniające ją szepty, zamiast świateł dyskotekowej kuli, oślepiały ją flesze aparatów. Sukienka owiła ją ciasno, coraz ciężej było w niej oddychać. Stała sztywno, próbując zaczerpnąć powietrza. Materiał z krepiny był wrażliwy, zaczął odsłaniać coraz więcej ciała. Starała się zakryć rękami pęknięcia, ale było ich zbyt wiele. Śmiech otaczających ją ludzi i kpiące z niej, znajome głosy sprawiły, że zakręciło jej się w głowie. Nie mogła krzyczeć, nie mogła się ruszyć, po chwili nie mogła już nawet oddychać. Nie pamiętała kiedy ostatnio tak bardzo się bała.

    text alternatywny

    🎶 ♪♪♪ 🎶

    Gdy Paulina się obudziła, miała ochotę się rozpłakać, jednak zamiast tego jej mózg natychmiast rzucił się w wir nadmiernego analizowania wszystkiego, co było i co mogło być, rozciągając każdy moment wczorajszego wieczoru do granic wytrzymałości i wyciągając z niego rzeczy, których być może nigdy tam nie było. Próbowała zagłuszyć to muzyką.

    Jeszcze chwilę temu wydawało jej się, że to był jeden z tych naprawdę udanych wieczorów, ale teraz, gdy leżała w półmroku, czuła jak ta pewność rozpada się na kawałki pod naporem myśli, które wracały natarczywie i nie dawały się zatrzymać, jakby jej własna głowa postanowiła udowodnić jej, że wszystko, co uznała za dobre, było w rzeczywistości błędem. Zerknąwszy na godzinę wiedziała, że obudziła się zdecydowanie przed budzikiem, a jednocześnie czuła, że nie ma najmniejszej szansy, by znowu zasnąć — nie przy tym hałasie, który miała w środku.
    Wstanie z łóżka wydawało się jedyną możliwością ucieczki, choć gdzieś głęboko wiedziała, że nie ucieknie nigdzie, bo to wszystko przyszło razem z nią, już było w niej i tylko czekało, żeby się rozlać; próbowała więc chwycić się tej myśli, że wystarczy się ruszyć, wstać, odciąć, zapomnieć, ale natychmiast pojawiło się kolejne pytanie, a za nim następne, i jeszcze następne — co jeśli wczoraj zrobiła coś źle? Co jeśli Krzysiek wcale nie był nią zauroczony, tylko zażenowany i uprzejmie to ukrył? Co jeśli Adam widział w niej jedynie ośmieszenie i słabość, coś, z czego można się pośmiać później? Czy jej taniec nie był żałosny, kiedy próbowała pomóc Krzyśkowi, czy nie wyglądała jak ktoś, kto desperacko próbuje być potrzebny? Czy nie została zapamiętana jako „dziewczyna frajera”, kiedy wyciągnęła rękę do Adama, jakby musiała go ratować, jakby nie znała własnego miejsca? Czy Magda nie uznała jej za dwulicową france, Asia za „złą koleżankę”, a Kasia — czy Kasia na pewno nie poczuła wstydu, stojąc obok niej?

    Pytania miały spłynąć razem z gorącą wodą spod prysznica, rozpuścić się i zniknąć, ale zamiast tego Paulina miała wrażenie, że przyklejają się do niej coraz mocniej, jak samoprzylepne karteczki, których nie da się oderwać, bo pod jedną natychmiast pojawia się kolejna, każda z dopisanym zarzutem, każda bardziej konkretna, bardziej okrutna. Czuła, jak te myśli zaczynają się układać w coś większego, w jedną wersję jej samej, której nie była w stanie odrzucić — że wypadła jak ktoś dwulicowy, fałszywy i nadęty, jak flądra, puszczalska, łasząca się, stawiająca chłopaków ponad przyjaciółkami, pozbawiona wdzięku, uroku, charakteru, osobowości i stylu, ktoś, kto próbuje być kimś więcej, niż jest, i w tym właśnie najbardziej się kompromituje… ktoś, kogo inni tolerują tylko przez chwilę, zanim zaczną się śmiać.
    I im bardziej próbowała to zatrzymać, tym wyraźniejsze stawało się przekonanie, że właśnie tak została zapamiętana — nie jako ktoś, kto miał dobry wieczór, tylko jako ktoś, kto się odsłonił i natychmiast został oceniony.

    text alternatywny

    Nie potrafiła określić kierunku, z którego przyszły uczucia. Wiedziała jedynie, że pojawiały się i ukrywały, aby po jakimś czasie znowu wypłynąć. Czemu akurat dziś? Nie miała pojęcia. Potrzebowała ubrać swoje najwygodniejsze ciuchy, zakrywające wszystko co trzeba, tak, żeby nie prowokowały bycia ocenianą. Ładne, proste jeansy, zwykły T-shirt z aplikacją, totalnie bazarowy wygląd, najzwyklejszej dziewczyny na świecie. Rozczesała i wysuszyła włosy, im dłużej czymś się zajmowała, tym bardziej natrętne myśli oddalały się od niej. Spojrzała na zegarek, była piąta, a do szkoły wstawała o szóstej trzydzieści. Zdążyła ochłonąć, wszystkie atakujące ją wątpliwości gdzieś zniknęły. Opadła na łóżko w ubraniu, z przygotowanym plecakiem. Przysnęła.

    Now my way is so long, my fate is so sad
    My hands are so cold when you’re not there
    I don’t know myself
    My glow isn’t strong enough
    To light up my way

    Tym razem budzik wyrwał ją z drzemki, uderzyła odruchowo w szafkę, a ten się wyłączył. Znowu śniła? Niemożliwe.
    Powtórzyła nastawienie budzika. Odczekała chwilę patrząc z pozycji leżącej w oczekiwaniu.
    Zadzwonił.
    Uderzyła w szafkę.
    Nie ucichł
    — Cholera… Ale dziś mnie wzięło — westchnęła wyłączając go w klasyczny sposób. Była już gotowa, ale gdzieś wewnątrz nie czuła, aby tak było. Miała złe przeczucia, ale zrzuciła te emocje na miniony koszmar.
    — Paulina, wstawaj!
    Nastolatka przewróciła oczami. Skoro już nawet mama ją woła, to jaki miała wybór?

    text alternatywny

    Jak zawsze była umówiona z dziewczynami na rogu, miały wspólnie pójść do szkoły. Asia się spóźniała, więc ruszyły we trzy. Starały się, jak zawsze, jakoś normalnie ze sobą rozmawiać, ale widać było, że wszystkie są jakieś rozbite. Przypomniało im się też, że mają zdjęcia do wywołania z wczorajszego wieczoru. Obiecała im, że dziś pójdzie, to może za parę dni będą do odbioru.

    Paulina nie była w stanie powiedzieć, w którym dokładnie momencie coś zaczęło być nie tak, ale od chwili, gdy zobaczyła policyjny samochód przed szkołą, czuła to nieprzyjemne ściągnięcie gdzieś pod żebrami, jakby jej ciało wiedziało szybciej niż ona sama, że to nie jest zwykły dzień.
    Dopiero na sali gimnastycznej, w tym dziwnym chaosie bez ustawiania klas, bez zwyczajowego gadania i przepychania się, z nauczycielami stojącymi jakby zbyt sztywno i zbyt nerwowo, zaczęło do niej docierać, że coś naprawdę się wydarzyło — coś, co nie powinno mieć miejsca tutaj, w tej szkole, w tym wszystkim, co do tej pory wydawało się jeszcze w miarę bezpieczne.
    Kiedy padło nazwisko, przez ułamek sekundy miała wrażenie, że źle usłyszała, że to musi być ktoś inny, jakaś pomyłka, ale ten ton, ten sposób, w jaki komendant to powiedział — zbyt szybko, zbyt ostro, bez zawahania — nie zostawiał miejsca na takie nadzieje.

    Porwanie.

    To słowo nie pasowało do niczego, co znała.
    Stała nieruchomo, czując jak wszystko wokół niej nagle robi się dziwnie odległe, jakby dźwięki dochodziły przez wodę, jakby ktoś ściszył rzeczywistość, zostawiając tylko pojedyncze fragmenty — „brutalne”, „skatowana”, „szpital” — które wbijały się w głowę z nieproporcjonalną siłą.

    — Asia? — usłyszała obok i dopiero wtedy coś w niej drgnęło.

    Odwróciła głowę w stronę Magdy, ale nie odpowiedziała od razu, bo w tym samym momencie dotarło do niej coś jeszcze, coś dużo prostszego i jednocześnie dużo gorszego — Asi naprawdę tu nie było.
    Zaczęła gorączkowo przesuwać wzrokiem po twarzach, jakby mogła ją gdzieś przeoczyć, jakby mogła stać trochę dalej, schowana za kimś, spóźniona, zła, cokolwiek — cokolwiek, co byłoby bardziej normalne niż to.
    Ale jej nie było.
    I to właśnie ta pustka, to miejsce, które powinno być zajęte, a nie było, uderzyło ją mocniej niż wszystkie słowa komendanta razem wzięte.

    Paulina poczuła, jak przez moment jej myśli próbują pójść w znajomy schemat, znaleźć coś, co mogła zrobić inaczej, coś, co powinna była zauważyć, jakby to w jakiś sposób mogło mieć sens — ale tym razem nic się nie składało.
    To nie było coś, co dało się „przemyśleć”.
    To było coś, co po prostu się wydarzyło.
    I właśnie dlatego było tak przerażające.
    Dźwięki zaczęły się rozmywać jeszcze bardziej, jakby ktoś stopniowo przyciszał wszystko wokół niej, zostawiając tylko przytłumiony szum i echo własnego oddechu, który nagle stał się zbyt płytki, zbyt szybki, zbyt trudny do złapania. Światło odbijające się od parkietu sali gimnastycznej zrobiło się nienaturalnie ostre, kłujące, a sylwetki ludzi zaczęły zlewać się w jedną, poruszającą się masę.
    Spróbowała złapać równowagę, przenieść ciężar ciała, zrobić cokolwiek, co zatrzyma to uczucie odpływania, ale jej ręce nie znalazły niczego pewnego, a kolana ugięły się zanim zdążyła to powstrzymać.
    Ostatnie, co zarejestrowała, to czyjś głos — niewyraźny, jak zza ściany — i to dziwne wrażenie, że podłoga zbliża się do niej zbyt szybko.
    Potem wszystko się urwało.

    🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    5
    • Arthur FleckA Niedostępny
      Arthur FleckA Niedostępny
      Arthur Fleck jako Krzysztof Komeda
      napisał ostatnio edytowany przez
      #69

      Krzysztof Komeda

      nun fuckup.jpg

      Uważaj o czym marzysz, bo może się spełnić.

      Krzysiek nie potrafił zliczyć momentów gdy rozbierał siostrę Faustynę wzrokiem. Rozbierał ją w kościele, rozbierał w zakrystii, pod prysznicem, wieczorami gdy zasypiał i rankiem gdy się budził a nastoletnie ciało go zdradzało w najgorszy możliwy sposób. Tylko strach przed spowiedzią i nieodwracalna ślepotą powstrzymywał go by nie stać się jak biblijny Onan i nie zostać przeklętym przez Boga. Od dawna już powątpiewał z niestworzone w opowieści Heleny Komedy, lecz odkąd włosy zaczęły mu rosnąć nie tylko na głowie przestała go straszyć czarną wołgą, policją i cyganami. Jej historie o tym, co spotyka chłopców którzy oddają się młodzieńczym popędom, były gorsze niż wszystkie kazania księdza Witolda razem wzięte. Ręce miały uschnąć, oczy zachodzić bielmem, skóra pokrywać się wrzodami jak u Hioba. Pan Jezus miał patrzeć na to wszystko z góry i notować sobie każdy raz, a potem w dzień sądu odczytać to na głos, przy wszystkich. Przed całą parafią a nawet babcią nieboszczką.

      – Proboszcz w niedzielę od razu wypatrzy takiego z ambony – ostrzegała – Zobaczy to po wzroku, który ze wstydu już zawsze ucieka w ziemię.

      Odkąd w parafii pojawiła się siostra Faustyna, Krzysiek cierpiał niemal każdego ranka. Wiele razy miał ochotę ulżyć sobie, ale za każdym razem słyszał w głowie głos matki i przypominał sobie kurzajki, które w ósmej klasie wykwitły nagle na dłoni Piotrka Bochenka. Wykwitły w czasie gdy zaczął przynosić do szkoły swoje pisemka.

      – A do tej marszczę czasem freda – przechwalał się przerzucając na przerwie kolejne posklejane stronice.

      Krzysiek nie miał pojęcia kim jest ten cały fred, dopóki nie wyjaśnił mu tego Marek. Wtedy zrozumiał o co chodziło matce. Zrozumiał też, że w tym temacie może ona mieć akurat mieć rację i wolał nie ryzykować trwałego kalectwa. Pozostawały mu więc wstydliwe fantazje o zakonnicy, w której się zadurzył bez pamięci.

      Teraz na jego oczach jedna z tych fantazji właśnie się spełniała. Zobaczył ramiączko stanika, lecz zamiast niezdrowej euforii poczuł palące współczucie. Współczucie a potem wstyd bo przez sekundę miał wrażenie, jakby to on sam rozpruł habit swoim świdrującym spojrzeniem.

      Sytuacja z siostrą Faustyną nie mogła mu wyjść z głowy.

      Nie mogła dopóki podczas apelu nie usłyszał co stało się z Joasią Kowalczyk.

      Początkowo nie skojarzył nazwiska, ale wtedy zobaczył Paulinę i jej koleżanki. Przypomniał sobie wieczór w Miami i nagle poczuł jakby wjechał w niego rozpędzony tir.

      Siedziałem z nią przy stoliku. Ona jest z naszej klasy. To przyjaciółka Pauliny.

      Krzysiek gównianie znosił złe wiadomości. Zwłaszcza, gdy komuś kogo dobrze znał działa się nieodwracalna krzywda. Tak było gdy jego kolega w siódmej klasie skoczył na główkę do stawu i złamał kręgosłup, tak było gdy zakochał się w muzyce Nirvany i słuchał jej miesiącami nie mając pojęcia, że Kurt Cobain już dawno nie żyje i zastrzelił się w swoim domu w Seattle. Gdy o tym usłyszał od Marka, zebrało go na mdłości, bo śmierć przecież nie dotyka pięknych i utalentowanych ludzi. Każda taka wiadomość go przytłaczała bo zaczynał rozumieć, że światem rządzi przypadek a on sam nie jest bezpieczny. I żadna modlitwa go nie uchroni.

      Chciał wyjść na świeże powietrze, ochłonąć, ale właśnie wtedy zobaczył jak twarz Pauliny robi się nienaturalnie blada.

      To był odruch, czysty instynkt.

      – Łapcie ją! – krzyknął i skoczył do przodu. Staranował jakiegoś typa, ale miał to w dupie. Chwycił dziewczynę pod pachy w chwili gdy zaczęła osuwać się na parkiet.

      – Zróbcie trochę miejsca, dajcie jej oddychać! I niech ktoś otworzy okno! – rzucił w stronę tłumu nie puszczając Pauliny.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      3
      • CaiC Niedostępny
        CaiC Niedostępny
        Cai jako Mikołaj Pogorzelski
        napisał ostatnio edytowany przez
        #70

        left aligned paragraph

        Mikołaj Pogorzelski

        Pogorzelski nie miał nic do krzywdzonej uprzedzeniami mniejszości. Szacunku, ani zrozumienia, żadnej litości. Pięściarski idol Ali mawiał w wywiadach „Fear is the teacher and I don’t skip class”. Więcej od smrodów już nie był w stanie się nauczyć. Patrzył na nich z mieszaniną pogardy i obrzydzenia. Jakby spoglądał na lepkie, rozlazłe gówno, w które broni się wdepnąć. Wygrzewali dupy z samego rana na lordowskiej kanapie, śmiejąc się w twarz ludziom, którzy zmierzali właśnie do pracy, uwłaczając z mocą splunięcia. Jeszcze nie zdecydował, czy powbija gwoździe w siedzisko, czy tylko przejedzie smarem. Ostatecznie długo się nie nacieszą. Pluskiew mieszkających w materacu żałowałby bardziej.

        Próba ominięcia szamba pchnęła go pod ścianę. Bliskość budynku przeogniskowała skupienie. Szeroko rozwartymi źrenicami śledził niedoskonałości krzywo nałożonego tynku, zaskoczony obecnością nagłej przeszkody. Odwrócił się badawczo, orientując w czasoprzestrzeni, widocznie rozciągniętej w odległości i skróconej w czasie. Trzy wytrzeszczone mordy zgasiły w nim myśl o zaczątkach schizofrenii, niedowierzaniem poświadczając anomalię. Dziwne to było. Jakby złudne przebudzenie okazało się częścią snu i wciąż w nim pozostawał. Jak w starym koszmarze.

        Metafizyczne doświadczenie cofnęło myśli i zmysły w głąb. Nieufnie obserwował otoczenie, którego przestawał być pewien. Rozmowy o pogodzie mijanych ludzi. Tłuste nagłówki gazet w kiosku. Wszystko raziło płytkością i nieznaczeniem.

        – Szykujcie kołki i pochodnie, rumuńskie wsioki. Czas na Transylwanie – mruknął pod nosem. Wziął zamach i wykopał puszkę na drobniaki cyganki moszczącej się do żebrów w pobliżu rynku, z satysfakcją wsłuchując w skarżące jęki. Nie pogoniła, zmuszona trzymać na rękach uśpionego wódą bachora.

        Co podchodziło podobieństwem, działo się dotychczas tylko na sesjach u Kozy. Świat Mroku przenikał do mainstreamu. Bydło oswoiło z maskotką Drakuli. Przestali bać się nocy. Słońce nie pali, schowane za wieczną mgłą…

        Dotarł do szkoły. Aura niepokoju uderzała z daleka wymianą nerwowych spojrzeń pomiędzy uczniami. Napisem „Policja” na boku rozklekotanego rzęcha zaparkowanego przed wejściem. Za tłumem wlał się do sali. Siląca się na uspokajający ton dyrektor i dwóch gliniarzy. Jeden twardy jak zaschnięta guma pod krzesłem, przyklejona przez trzy lata, w końcu z bólem oderwana od deski. Początkowo nie skojarzył personaliów zaginionej. W trakcie zamieszania w szeregach apelu, zrozumiał, że to żaden anonimowy obcy, zniknęła koleżanka z paczki Kasi. Paulinę ścięło. Krzychu łapał. Sam pozostał w bezruchu. Zdezorientowany, czy aby przed nim nie rozgrywa się film, którego nie jest uczestnikiem, ledwie obserwatorem. Nie potrafił zmienić kanału. Ucząc się ruszać na nowo, kruszył warstwę pokrywającego go lodu.

        – Zabierzmy ją do gabinetu pielęgniarki – trzeszcząc szronem, zbliżył się do Poganina. – Zamiast liczyć, że morze się rozstąpi, lepiej zwyczajnie wyjść na brzeg.

        Zarzucił ramię dziewczyny na szyję, licząc że Blondas z drugiej strony zrobi to samo. Sunęła bezwładnie butami po parkiecie, gdy wyprowadzali ją z tłumu.

        – Ej – gdy zrobiło się przestronniej, przyklęknął przy pobladłej twarzy. Krew z niej odpłynęła. Cucąco klepnął kilka razy w piegowate policzki. – Wezmę Ogara, pójdziemy na miejsce, poszukamy tropu.

        Chciał powiedzieć coś znaczącego. Żadnego sloganu. Co sprowadziło by ją spowrotem na ziemię. Później zamierzał zadzwonić do ojca. Zapytać, czy jadąc w nocy przez miasto, nic podejrzanego nie przyuważył.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        3
        • Pan ElfP Niedostępny
          Pan ElfP Niedostępny
          Pan Elf jako Alicja Filipowicz
          napisał ostatnio edytowany przez
          #71

          text alternatywny

          Alicja Filipowicz

          🎵 Where Is My Mind?

          - Co to kurwa było?

          Słowa te dźwięczały Alicji w uszach jeszcze długo po tym, jak wybiegła z domu. Pytanie, na które Jarek Filipowicz nie uzyskał odpowiedzi tego poranka. Zresztą ona sama również jej nie znała.

          Chwyciła plecak i wypadła z mieszkania, trzaskając w pośpiechu drzwiami i zostawiając za sobą skonfundowanego brata, samotnie stojącego w kuchni. Nie chciała pozwolić się dogonić, więc gdy tylko znalazła się na podwórku, puściła się biegiem w stronę furtki, a później dalej, wzdłuż drogi prowadzącej do szkoły.

          Natłok myśli chaotycznie kołatał się po jej głowie, przeskakując z jednego tematu na drugi jak obrazki w kalejdoskopie.

          Kubek z resztką kawy powinien był w nią uderzyć. Nie było przecież czasu się uchylić - to był ledwie ułamek sekundy. Człowiek z najszybszym refleksem świata nie zdążyłby uskoczyć. Nawet jeśli, to chociaż kawa powinna ją oblać. Nie było opcji, żeby uniknęła wszystkiego bez najmniejszego śladu. A jednak uniknęła.

          Najbardziej bolało ją jednak nie to. Bolało ją to, że Jarek w ogóle rzucił.
          Od kilku lat ich relacje nie były już takie jak kiedyś. Dawniej Alicja widziała w starszym bracie autorytet. Próbowała go naśladować, uwielbiała spędzać z nim czas - nawet wtedy, gdy straszył ją historiami o nazistowskich porywaczach z zamku. Był dla niej bohaterem. A ona dla niego ukochaną młodszą siostrą, którą należało chronić przed całym złem tego świata, ale jednocześnie dopilnować, żeby wyrosła na porządną dziewczynę z porządnym gustem.
          Byli wręcz przykładnym rodzeństwem. Aż do czasu rodzinnej tragedii, która zmieniła wszystko i wszystkich, których dotknęła.

          Jarek popadł w narkotyki i kiepskie towarzystwo. Stał się praktycznie lokalnym kryminalistą - typem, którego nie chciało się spotkać wieczorem na osiedlu. A mimo to wciąż był jej bratem. I na swój pokręcony sposób nadal próbował o nią dbać. O jej bezpieczeństwo.
          A Alicja wciąż widziała w nim cień chłopaka, którym był przed śmiercią ich matki. I nadal miała głupią nadzieję, że kiedyś wyjdzie z dołka, w którym ugrzązł.

          Dlatego to tak bolało.Bo nawet w najgorszych wyobrażeniach nie podejrzewała, że spróbuje zrobić coś, co mogłoby naprawdę zrobić jej krzywdę.
          Jakby ostatnia nić między nimi - już dawno nadszarpnięta przez czas, żal i zmęczenie - w końcu pękła.

          Może ta sytuacja wcale nie miała miejsca? Nie. To niemożliwe. Słowa Jarka nadal dudniły jej w głowie jak echo. To musiało się wydarzyć.
          Ale kubek nie uderzył. Kawa nie rozlała się po jej ubraniu. Tylko że kubek również nie mógł naprawdę zatrzymać się w powietrzu tuż przed jej twarzą. Takie rzeczy działy się tylko w filmach.
          Jarek po prostu nie trafił.Wyobraźnia i adrenalina zrobiły swoje. Właśnie dlatego zobaczyła ten absurdalny obraz porcelanowego kubka wiszącego w powietrzu. Tak. To musiało być to.

          Kiedy dobiegła do szkoły, zwolniła kroku, próbując złapać oddech. Wsadziła ręce do kieszeni i minęła policyjny polonez, przyglądając mu się z mieszaniną zaciekawienia i niepokoju. Nim jednak zdążyła zaczepić kogokolwiek znajomego i zapytać, co się dzieje, została razem z resztą uczniów pośpiesznie skierowana na salę gimnastyczną.

          Wszystko działo się zbyt szybko. Nie zdążyła nawet zarejestrować, który nauczyciel kazał jej tam wejść. Po prostu wykonała polecenie, bo właściwie nie miała innego wyjścia.
          To, co wydarzyło się później, przypominało sen. Taki z tych ciężkich, dusznych, po których człowiek budzi się zlany potem.
          Na początku słowa policjanta - chłodne, konkretne, wypowiadane twardym tonem - w ogóle do niej nie docierały. Jakby jej mózg nie był już w stanie przetworzyć kolejnej dziwnej rzeczy tego dnia.
          Najpierw kubek. Teraz to. Dopiero gdy komendant wspomniał o świadkach i o tym, że ktoś mógł coś widzieć poprzedniej nocy, wszystko nagle nabrało sensu.

          Alicja poczuła, jak robi jej się gorąco. Serce zaczęło łomotać jej w piersi. I nagle znowu tam była. Pusta ulica. Ciemność. Echo własnych kroków. To dziwne, uporczywe uczucie, że ktoś idzie za nią. Że ktoś jest tuż za plecami, poza zasięgiem wzroku.

          Przypomniała sobie, jak przyspieszyła kroku. Jak później praktycznie puściła się biegiem do domu przez opustoszałe ulice Sokołowa Śląskiego. Jak trzęsącymi się rękami szarpała furtkę, a potem wpadła do środka i zamknęła drzwi na wszystkie zamki, jakby coś naprawdę miało pojawić się tuż za nimi.

          Czy cudem uniknęła losu porwanej dziewczyny? Czy gdyby nie zaufała własnemu instynktowi, to teraz jej miejsce byłoby gdzieś tam… a nie na tej sali? A może po prostu była szybsza od Asi? Co jeśli tamtej nocy złapaliby właśnie ją? Czy Joanna byłaby wtedy bezpieczna?
          Coraz więcej absurdalnych pytań pojawiało się w głowie Alicji, jedno gorsze od drugiego.

          Spojrzała odruchowo na własne dłonie, bo dopiero teraz zauważyła, że drżą. Szybko wsunęła je z powrotem do kieszeni dżinsów.
          Gdzieś po drugiej stronie sali ktoś zawołał imię Pauliny. Ktoś inny poderwał się z miejsca. Alicja praktycznie tego nie zarejestrowała.
          Jej umysł był już gdzie indziej. Musiała coś zrobić. Bo czuła, że jeśli będzie dalej tylko stała i czekała, to za chwilę rozsypie się na milion kawałków. Musiała pójść do gabinetu dyrektorki. Musiała porozmawiać z policją. Nieważne, czy naprawdę ktoś ją śledził. Dla niej tamtej nocy to było realne.

          A jeśli istniała choćby najmniejsza szansa, że mogło mieć to związek z porwaniem Asi, nie mogła po prostu siedzieć cicho.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          4
          • BrilchanB Niedostępny
            BrilchanB Niedostępny
            Brilchan jako Adam Chlebowski
            napisał ostatnio edytowany przez Brilchan
            #72

            W noc imprezy

            Adam bawił się świetnie! Szczególnie jak zagrali "Billy Use your Willy" E-rotic. Wcześniej nie znał tej piosenki a jak usłyszał tekst to aż popłakał się ze śmiechu! Chyba niewiele osób załapało o co chodziło, ale on był dobry z anglika dzięki Pani Bibliotekarce. Czuł, że Paulina chciała pogadać miał szanse nawiązać z nią głębszą relacje koleżeńską ale prawda była taka że Chlebowski czuł się wyczerpany napięciami dzisiejszego dnia chciał po prostu pozostawić wszystko na płytkiej stopie przynajmniej na ten wieczór.

            Gdy wracał do domu przeszło mu przez myśl żeby po prostu nie wracać pójść w długą... Złapać jakieś nocny pociąg na gapę i szwendać się po jakimś wielkim mieście gdzie można zniknąć! Problem jednak w tym, że były lata 90te nie 30te i że nie dało się zniknąć szczególnie gdy Ojciec był wysoko postawionym gliniarzem nie mógł tego zrobić siostrze i Matce.

            Wrócił do domu ukrył głupkowatą marynarkę miał więcej szczęścia niż rozumu gdyż nie napytał sobie biedy z Ojcem. Nocna pobudka wróci do niego we wspomnieniach dopiero na apelu szkolnym dnia jutrzejszego...

            Dziwny Poranek

            Zaplanował spędzić popołudnie z Panią Grażyną dzisiaj miały być warsztaty krawieckie urządzone na dzielonym terenie Miejskiego Domu Kultury i Biblioteki Miejskiej będzie mógł zeszyć rozerwane wczoraj dżinsy na elektrycznej maszynie walizkowej marki "Łucznik". Może weźmie czerwoną nitkę i nawet jak mu wyjdzie krzywy ścieg to będzie mógł zacząć nową modę ? Tak naprawdę potrzebował pogadać ze swoją ulubioną dorosłą osobą jej światowe poglądy i rady zawsze łagodziły rozedrganie duszy Adama, nawet nie wiedział jeszcze jak bardzo wstrząsnąć nim miał poranny apel w szkole...

            Skąd on w ogóle znał ten numer telefonu do tej ciotki? Eksperymenty Niemca czy może ktoś im dolał jakiegoś LSD do Polo Coli i teraz ma jakieś opóźnione efekty? Dopiero na apelu szkolnym gdy wszyscy byli zajęci mdleniem i przypominaniem sobie o własnej śmiertelności Chlebowskiego uderzyła po łbie zgoła inna myśl z mocą obucha "A co jeżeli ja jestem kurwa jakimś mutantem jak w tych komiksach Amerykańskich z Domu Kultury ? Może mogę pomóc tej dziewczynie?! " // - Pomyślał.

            Wygrzebał z kieszeni kurtki kilka drobnych monet i zaczął nimi podrzucać: Mógł zgadnąć jedną, może dwie? Ale więcej niż to pod rząd był matematyczną niemożliwością!

            Nagle przyszło mu do głowy że Paulina uratowała mu w sumie wczoraj dupę przed skopaniem jeżeli faktycznie ma super moce przewidywania przyszłości to fajnie byłoby ich użyć żeby się zrewanżować i złapać nową koleżankę żeby się nie potłukła! Spróbował użyć nowej dziwnej zdolności

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            4
            • JohnyTRSJ Niedostępny
              JohnyTRSJ Niedostępny
              JohnyTRS jako Szarzyzna
              Mecenas
              napisał ostatnio edytowany przez JohnyTRS
              #73

              Szarzyzna


              Liceum, sala gimnastyczna, apel zamiast pierwszej lekcji

              - Proszę jeszcze o uwagę, jeżeli ktoś z was ma ewentualne informacje, to będziemy czekać na was w moim gabinecie dopiero od drugiej lekcji... - Pani dyrektor chciała coś jeszcze dodać, ale uczniowie wiedzieli swoje i już ruszyli do wyjścia.

              Adam

              Słuchał jednym uchem, zajęty zabawą monetami. Pod ścianą, pod drabinkami w sumie nikt mu nie przeszkadzał. Rzucał i zgadywał, zgadywał i rzucał. Mniej więcej co drugi wynik odgadł prawidłowo, nieraz tylko albo miał dłuższą serię, gdzie każda moneta spadała nie tak jak myślał że spadnie, albo też odgadł kilka monet z rzędu.

              Kątem oka zauważył padającą Paulinę, czy uda mu się...

              Krzysztof

              Zanim zdążył się poruszyć, już krzyczał. Spowodowało to mały zamęt. Przyjaciółki Pauliny, Kasia i Magda robiły harmider piszcząc i ogólnie tracąc głowę. Rzucił się Paulinie na pomoc.

              Mikołaj

              Kasia i Magda, bo chyba to była ona, robiły taki hałas, że trudno było mu się skupić. Ale rzucił się Paulinie, podobnie jak Krzysztof.

              Krzysztof i Mikołaj

              Nie zdążyli. Zareagowali zbyt późno żeby chwycić Paulinę zanim dziewczyna grzmotnie w parkiet. Ale nie grzmotnęła. Jej plecy oraz głowa zatrzymały się kilka centymetrów NAD podłogą. Mikołaj to widział. Krzysztof też to widział. Mikołaj widział, że Krzysztof to widział i Krzysztof też widział, że Mikołaj to widział. Bez słowa komentarza (poza zabraniem dziewczyny do pielęgniarki i o Ogarze, dla Poganina cokolwiek lub ktokolwiek to był) chwycili Paulinę pod ramiona. Dopiero wtedy jakby nabrała ciężaru i poczuli masę. W miarę sprawnie (Krzysztof bardzo niepewnie, w końcu dotykał dziewczynę!) postawili Paulinę do piony i wzięli ją pod ramiona. Mikołaj bez wahania drugą ręką złapał dziewczynę z tyłu za pasek od spodni. Krzysztof się nie odważył, wystarczyła bliskość ciała dziewczyny. W rozstępującym się tłumie wyszli z sali na świeże powietrze. Żadem z nauczycieli ich nie zatrzymał.

              Alicja

              Wspomnienie poprzedniego wieczora uderzyła ponownie, jak kubek w twarz (Jarek nie trafił, prawda? A może niczym nie rzucił, a ona sobie to tylko ubzdurała). Słowa pani dyrektor o przyjściu dopiero na drugą lekcję spłynęły po niej, jakby w ogóle ich nie zarejestrowała. Szła przeciskając się przez uczniów, którzy gadając szli do wyjścia. Tłum wypuścił ją z uścisku i stanęła przed panią dyrektor i policjantem z pokaźnym brzuchem.
              - Tak? - Policjant zareagował pierwszy, pani dyrektor patrzyła sie nieco zagubiona w odchodzący tłum.
              - Proszę pana, jak chcę coś powiedzieć - Alicja była zdenerwowana, przestraszona - wczoraj wieczorem miałam wrażenie, że ktoś mnie śledził.
              Policjant spojrzał jeszcze raz na panią dyrektor, która dopiero teraz zaczęła interesować się Alicją:
              - Przyjdź do gabinetu pani Rusickiej na... drugiej lekcji.
              - To jest w starym budynku na piętrze. - dodała pani dyrektor.

              Adam

              Poczuł tylko jak przeszedł go lekki dreszcz i nic się nie stało. Widział jeszcze jak Mikołaj i Krzysztof łapią Paulinę. Wrócił do swoich monet. Ciągle nic. Statystycznie wszystko było w porządku.

              Tłum się rozchodził. W sumie nie warto zostawać, chyba że miał ochotę na rozmowę z ojcem, do czego pewnie i tak dojdzie, albo teraz (komendant Chlebowski wyłowi go z tłumu rozpocznie przesłuchanie) albo po południu w domu.

              Paulina

              Pierwszy powrócił słuch, rozpoznała głos Kasi. Paulina poruszała się, ktoś ją niósł, otworzyła oczy nie wiedząc co się dzieje. Stała na sali gimnastycznej i...
              A teraz była już na zewnątrz, a Krzysztof i Mikołaj ją nieśli.
              - Co się stało? - i po chwili, już mniej rozkojarzona, widząc ławkę przy boisku - Stop! Stop! Chcę usiąść.

              178.255.46.143
              Pan Psuj
              Ciężkie pióro, ograniczona fantazja, blokada twórcza, niemoc tfurcza, masa nierozwiniętych pomysłów. Długie posty praktycznie niemożliwe.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              4
              • NamiN Niedostępny
                NamiN Niedostępny
                Nami jako Paulina Kwiatkowska
                Mecenas
                napisał ostatnio edytowany przez
                #74

                text alternatywny Krzysiek Komeda 100.jpg

                Paulina Kwiatkowska ~ Mikołaj Pogorzelski ~ Krzysztof Komeda

                Paulina szarpnęła lekko ramionami, próbując wyrwać się z ich uścisku, choć bardziej z nerwów niż siły.

                — Stop, mówiłam… — powtórzyła ciszej, kiedy postawili ją przy ławce, od razu siadając ciężko i opierając się dłońmi o drewno, jakby musiała upewnić się, że tym razem naprawdę ją czuje. Przez chwilę nic nie mówiła, skupiając się tylko na oddechu, który nadal nie chciał wrócić do normy, a wzrok miała wbity gdzieś przed siebie, nie do końca łapiąc ostrość.

                — Ja… — urwała, marszcząc lekko brwi, jakby próbowała poukładać to, co się właśnie wydarzyło. — Zasłabłam? Ale wstyd, aż dziwne, że nic mnie nie boli — mruknęła nie potrafiąc spojrzeć na resztę. Pamiętała, że kiedyś zemdlała na chrzcie kuzyna. Miała guza na głowie i bolały ją ramiona. A teraz nic? Może dopiero wieczorem odczuje skutki?

                Mikołaj spełniał życzenia. Pacjent powrócił do rzeczywistości i rwał się do samodzielności. Zluzował chwyt. Koniec asekuracji. Tyłek Pauliny osiadł bezpiecznie na ławce. Nie na twardej powierzchni boiska, idealnej do ran szlifowanych podczas wu-efu. Również nie na księżycu, czy innej, kurwa, Wenus. Nie dając krzty zaufania grawitacji. Mogła w każdej chwili wykręcić psikusa i znowu zatańczyć brekdenca.

                – Widziałeś? – widział, że Krzychu widział, a mimo to się upewniał. Świat stawiany na głowie żądał. Wysoko wyniósł poprzeczkę wykluczającą krytyczną usterkę zwojów pod własną kopułą.

                Krzysiek słysząc protesty koleżanki puścił ją i cofnął się krok do tyłu. Wpatrywał się w Paulinę z troską, ale i niedowierzaniem. To co przed chwilą zobaczył na sali gimnastycznej nie mogło być halucynacją. Mikołaj też to zobaczył. Komeda nie potrafił tego nazwać inaczej niż cudem.

                Na pytanie kolegi skinął niepewnie.

                — Zawisła w powietrzu jak jakiś indyjski fakir.

                Spojrzał raz jeszcze na Paulinę, która wydawała się odzyskiwać kolory i powoli dochodziła do siebie.

                — Już ci lepiej? — zapytał — Może pobiegnę na stołówkę po jakiś kompot albo wodę?

                Paulina uniosła wzrok na Krzyśka, jakby dopiero teraz w pełni do niej dotarło, co powiedział, a przez jej twarz przemknęło coś pomiędzy zmieszaniem a lekkim niepokojem.

                — Nie patrzcie tak na mnie, jakbyście właśnie wybierali muzykę na mój pogrzeb — spróbowała zażartować, choć w jej głosie nadal pobrzmiewało zdenerwowanie. — Naprawdę, za chwilę będę jak nowa.

                Oparła się mocniej o ławkę, biorąc wolniejszy oddech, jakby chciała sobie udowodnić, że wszystko wraca do normy, choć jeszcze przed chwilą świat dosłownie jej się urwał.

                — Co masz na myśli, że „zawisłam”? — zmarszczyła lekko brwi, przenosząc spojrzenie między nim a Mikołajem. — Ja po prostu zemdlałam… nie? Zdarzało mi się już, a dziś nie najlepiej spałam. Jeszcze miałam sen w śnie, dziwne...no i Asia — Paulina wyraźnie posmutniała. Ciężko było jej wyrzucić z głowy wyobrażenie o porwaniu.

                — No zemdlałaś — potwierdził Krzysiek — Próbowaliśmy z cię Mikołajem złapać, ale nie zdążyliśmy. Tyle, że zamiast uderzyć o parkiet ty...

                Chłopak urwał patrząc niepewnie na Mikołaja.

                – Na pogrzeb najlepszy Chopin – Pogorzelski nie wahał się sekundy przed wskazaniem klasyki. – No... jak indyjski fakir.

                Nie wiedząc co by dodać, wyklepał za Komedą niczym chór za wokalistą podkreślający słowa piosenki. Cała tajemnica.

                – Co lewituje nad ziemią, jak ten, no… – pstryknął palcami. – Dalszim ze „Strit Fajtera". Nie chodzisz na automaty, możesz nie skojarzyć. To samo, bez ciągłego powtarzania „joooga”.

                Grzebał w myślach za bliższym dziewczynie przykładem.
                – Jak Dana z „Pogromców Duchów", jak...

                Wbił wzrok w Poganina, uśmiechnął się prowokacyjnie i wycedził tytuł, po którym z pewnością brał kąpiel w święconej wodzie. Mówił szybko paciorek i chował się pod kołdrą w strachu czekając świtu.
                – Jak Regan z „E-g-z-o-r-c-y-s-t-y".

                Paulina zmrużyła lekko oczy, jakby próbowała wyłapać w ich słowach moment, w którym zaczyna się żart, a kończy coś, czego nie powinna brać na serio.

                — No dobra, ale to już brzmi jak jakiś słaby dowcip — mruknęła, choć nie uśmiechnęła się tym razem, a jej spojrzenie na moment uciekło gdzieś w bok. — Fakir, Street Fighter… poważnie?

                Przełknęła ślinę i pokręciła lekko głową.

                — Jesteście pewni, że nic wam się nie pomyliło? — zapytała, marszcząc brwi. — Żadnych zwidów, niewyspania? Koszmarów nocnych albo czegoś takiego? Jak niby mam w to uwierzyć, nie jestem wróżką

                — To nie ściema — zapewnił Krzysiek. Z przyzwyczajenia przyłożył rękę do piersi by potwierdzić swoją prawdomówność — Słowo ministranta. Gdyby Mikołaj też tego nie widział pewnie bym pomyślał, że mam guza mózgu albo schizofrenię. Ale ty lewitowałaś Paulina.

                – Bez pudła – Mikołaj skinął ochoczo na wypowiedzianą oczywistość.

                Ruszył się tam i nazad. Chodzenie układało myśli.

                – „W chwili, gdy zwątpisz, czy potrafisz latać, na zawsze przestajesz to robić” – zarzucił „Piotrusiem Panem”. Oprócz metalu i palenia kościołów, widać lubił też Disneya. – No i puff, po mocach, wcaleniewróżko.

                Wydreptywał ścieżkę przed ławką. Rozczarowany Pauliną. W znaczeniu, że ona też. Są inni. Nie jest wybrany, wyjątkowy.
                – Dobra, powaga. Przy pierwszym można wątpić, przy drugim… – gryzł się w język z ujawnieniem próby Niewiernego Tomasza. Wkładaniem nosa w dziury ściany sokołowskiego budynku. Zaczynał wierzyć. – Liczę na trzeci, który pomoże odnaleźć Asię. Nie sądzę by gliniarz z bandziochem wyciskającym się szwami, znalazł coś ponad pączka, na którym usiadł.

                Paulina spojrzała na Mikołaja przez chwilę, jakby próbowała nadążyć za tym, co właśnie powiedział, ale im dłużej to trwało, tym bardziej jej wyraz twarzy przechodził w lekkie, zmęczone niezrozumienie.

                — Ja… nie wiem, o czym ty teraz mówisz — przyznała w końcu szczerze, unosząc lekko brwi, jakby chciała się upewnić, że to nie ona coś zgubiła po drodze. — Piotruś Pan, latanie… co?

                Przetarła dłonią skroń, biorąc głębszy oddech, jakby próbowała zebrać myśli i wrócić do czegoś, co ma sens, czego może się złapać.

                — To nie jest możliwe — powiedziała ciszej, już bardziej stanowczo, choć bez ostrości. — Ludzie nie zaczynają nagle lewitować, bo… bo co, bo mają gorszy dzień?

                Na moment urwała, zerkając między nimi, jakby sprawdzała, czy któryś z nich się zaraz nie roześmieje i nie powie, że to wszystko to głupi żart.

                — Jeśli naprawdę myślicie, że coś takiego się stało, to… — zawahała się, ale tylko na chwilę. — możemy spróbować to powtórzyć. Jakieś… nie wiem, warunki, cokolwiek.

                Wzruszyła lekko ramionami, choć ruch był jeszcze trochę niepewny.

                — Ale jeśli się nie uda, to odpuszczamy. To znaczy, że wam się przewidziało albo ja po prostu zemdlałam jak normalny człowiek. — spojrzała na nich uważniej, jakby chciała zamknąć temat, zanim wymknie się spod kontroli. — To nie jest coś, co się po prostu zdarza jednej osobie znikąd. Powaga, nie jestem nadzwyczajna by mieć moce

                – I to jest duch! – Pogorzelski poparł, w ciszy opłakując paulinową śmierć wewnętrznego dziecka, przywiązanie do materii. – Na moje, Adam cały apel powtarzał. Stał przy drabinkach. Nic nie słuchał. W kretyńskim zapętleniu podrzucał monetę i wgapiał się w rękę.

                Sam wyciągnął przed siebie dłoń, czekając czy załapią puentę.
                – Jaakby..? Jakby? – ciągnął za język. Westchnął i zakończył. – Jakby chciał przeniknąć co wypadło. Nie bądźmy jak Adam. Spróbujmy złamać rzeczywistość tam gdzie ma to znaczenie.

                Krzysiek przysłuchiwał się wymianie zdań, próbując udawać, że rozumie o co chodzi Mikołajowi. Albo gadał jakimś szyfrem, albo Komeda był zwyczajnie za głupi by nadążyć za kolegą. W podstawówce obracał się wśród chłopaków pokroju Bochenka więc rozmowy sprowadzały się do głównie do żartów o pierdzeniu i bekaniu na zawołanie. Musiała minąć dłuższa chwila by powoli docierał do niego sens jego słów.

                — Zaraz. Chcesz serio sprawdzić czy Paulina umie…latać? Jak Dzwoneczek?

                Kto jak kto, ale Krzysztof Komeda od dziecka karmiony biblijnymi historiami powinien wierzyć w zjawiska nadnaturalne, w to że ludzie potrafią dokonywać niezwykłych czynów. Im bardziej był jednak starszy, tym mniej miał w sobie wiary w świat nadprzyrodzony. Ale nie mógł zaprzeczyć temu co przed chwilą zobaczył. To nie była sztuczka iluzjonisty ani halucynacje.

                — Nie wiem czy to dobry pomysł- mruknął przyglądając się dziewczynie - Może powinien zbadać ją najpierw jakiś lekarz? Albo…ksiądz?

                Paulina zmrużyła lekko oczy, patrząc najpierw na Mikołaja, potem na Krzyśka, jakby próbowała dopasować ich słowa do tego, co sama przed chwilą powiedziała.

                — Dobra… — zaczęła powoli, przeciągając to trochę, jakby chciała kupić sobie sekundę na poukładanie tego w głowie. — Czyli wy serio w to idziecie.

                Przetarła jeszcze raz skroń, ale tym razem bardziej z rezygnacją niż zdezorientowaniem.

                — Nie wiem, co to ma wspólnego z Piotrusiem Panem i Adamem z monetą — rzuciła w stronę Mikołaja, kręcąc lekko głową — ale jeśli chcecie szukać w tym jakiejś logiki, to najpierw sprawdźmy najprostsze rzeczy.

                Oparła się mocniej o ławkę, biorąc spokojniejszy oddech.

                — Jedna sytuacja o niczym nie świadczy — dodała już pewniej. — Jeśli to się powtórzy, okej, możemy się zastanawiać. Jeśli nie, to znaczy, że po prostu zemdlałam i tyle.

                Zawiesiła na nich spojrzenie, tym razem bardziej przytomne.

                — Ale bez robienia ze mnie jakiejś… — urwała na moment, marszcząc lekko brwi — wróżki czy Dzwoneczki.

                Zrobiła pauzę na oddech. Miała wrażenie, że się zaraz rozpłacze.

                — I nie potrzebuję ani lekarza, ani księdza, tylko chwili spokoju.

                Na chwilę zamilkła, jakby coś dopiero teraz przebiło się przez ten cały chaos myśli.

                — …Asia — powiedziała ciszej, prostując się nagle, jakby to jedno słowo przywróciło jej właściwy kierunek.

                Zsunęła dłonie z ławki, zbierając się do wstania, tym razem ostrożniej, ale już bardziej zdecydowanie.

                — Powinnam iść pogadać z policjantem — dodała, przenosząc spojrzenie gdzieś w stronę budynku szkoły. — To jest chyba ważniejsze niż sprawdzanie, czy umiem latać.

                Mikołaj zerkał podejrzliwie na Krzycha. Wypierał się. Jak Piotr trzy razy nim kur zapieje. Anomalie były faktem. Głęboko zagrzebywanym przez zamknięte umysły. Chłopak potarł skronie uśmiechając się pod nosem. Nerwowo. Na szali leżała jego racja, szacunek podwóra, los porwanej. Nie był równie mocno związany emocjonalnie z Asią co Paulina, ale spróbował. Połączyć się z tragedią nocy. Zobaczyć przebłysk wydarzeń minionych. Numer rejestracyjny wozu porywaczy, jakiś ich znak szczególny, naprowadzenie na ślad. Cokolwiek co odwróciłoby róże wiatrów we właściwą stronę. Nie wiedział, jak? Znał tylko cel. Mieli go za Świra. Oto proszę. Syn Malkava. Jego Nadwrażliwość, nędzne bukłaki. Pogładził ostre kły czubkiem języka. Czuł boleść rosnących z dłoni szponów. Wzrokiem przezierał czerwień. Wszystko w wyobraźni, choć naprawdę wszystko. Bo gdy nic nie miało sensu i rodził się chaos. Łapał się tego co znał, co niosło komfort i przyjemne wspomnienia.

                Krzyśkowi zrobiło się zimno gdy usłyszał imię Asi. Przypomniał sobie co mówili na apelu, zanim Paulina zemdlała. Ich koleżanka z klasy została porwana i Krzysiek dopowiedział sobie już resztę historii. Jakiś morderca, jakiś zboczeniec dopadł ją gdy wracała z dyskoteki. Bo skoro do tej pory jej nie odnaleziono...
                Wzdrygnął się. Nie. Nie chciał o tym myśleć, nie teraz.
                — Dobra — rzucił do Pauliny, gdy ta podniosła się z ławki — Jakbyś się czegoś dowiedziała daj nam znać.

                Mikołaj przetarł nos wierzchem dłoni. Na rękawie ujrzał ślad krwi. Pociągnął. Strup musiał puścić. Szarzyzna betonu trzymała za nogi. Coś widział, majaki, kontury na krańcu percepcji śmiejące z niemocy. Przebił się przez ludzki wianek. Spleciony jakby z duszącego bluszczu. Roztrącając dał upust wściekłości, zmęczonej wściekłości. Obronny mechanizm rzeczywistości napędzany obecnością niedowiarków. Szał schodził, pozostawiając ciało wyczerpanym. Nie odrywając wzroku od ziemi wlókł się w stronę szkoły.
                – Nie szał, dziwna moc wyjaławia – szepnął w utwierdzeniu, krocząc przez pola psychicznego wypalenia.

                Paulina wstała z ławki, na chwilę się zachwiała. Tym razem jednak stojące z boku i plotkujące między sobą Kasia i Magda, podbiegły do przyjaciółki.

                — Och, Paula! Już w porządku? — zapytała Kasia chwytając dziewczynę za rękę.

                Paulina kiwnęła głową. Magda milczała, była cała zalana łzami. Gdy Paulina na nią patrzyła, też czuła napływające do oczu łzy. Musiała odwrócić wzrok. Spojrzała najpierw na Krzyśka, ale ten też nie wyglądał na zobojętniałego. Przeskoczyła więc wzrokiem na Mikołaja i tu znalazła jakąś emocjonalną pustkę. Skupiła się na nim przez chwilę, jakby próbowała zaczerpnąć tej chłodnej, spokojnej energii.

                — Zobaczymy się później — rzuciła Kasia, Paulina tylko potwierdziła kiwnięciem. Ruszyły we trzy w stronę szkolnego budynku.

                — To gdzie miał być ten policjant? — zapytała Paulina, a dalsze ich rozmowy były poza zasięgiem słuchu innych.

                Dopiero po czasie Paulinie przeszło przez myśl, że to może nie były jej moce, a ktoś inny sprawił, że nie uderzyła o podłogę? Czy to w ogóle było możliwe?

                🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                4
                • Arthur FleckA Niedostępny
                  Arthur FleckA Niedostępny
                  Arthur Fleck jako Krzysztof Komeda
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #75

                  text alternatywny

                  text alternatywny

                  Mikołaj Pogorzelski & Krzysztof Komeda

                  Krzysiek odprowadził Paulinę i resztę dziewczyn wzrokiem a potem spojrzał na Mikołaja.

                  — Ty naprawdę wierzysz, że ona…

                  Urwał w połowie, widząc jak kolega ociera dłonią krew w nosa. Wyglądał jakby sam za chwilę miał zemdleć.

                  — Ej, co ci jest? — spytał niepewnie — Tylko nie mów, że tobie też zaraz odetnie prąd.

                  Pogorzelski się zawahał. Bał się odwrócić, bał się odsłonić włosy opadające na twarz. Dręczony uporczywą myślą, że powodem porwania mogło być przecież przejawienie tendencji. Byli w niebezpieczeństwie. Miejscem niezwykłych dzieci jest cela w laboratorium. Łoża z pasami, strzykawki i węże. Węże pod skórą. Wolał udawać, że nic się nie wydarzyło. Żałował wypowiedzianych słów. Miał nadzieję, że szybko ulecą z pełnych emocji głów. Chciałby wierzyć, że wszystko to nic ponad.

                  — Halucynacje — przekonywał do kłamstwa również siebie. — Nic, nic, sorry, wszystko gra.

                  Poruszał się jak samochód, któremu zblokowano kierownice. Cegłą przygnieciono pedał gazu. W kierunku przepaści. Na autopilocie, aż zniknął w budynku szkoły.

                  Krzysiek został sam na szkolnym placu. Klapnął na ławce, gdzie jeszcze przed chwilą siedziała Paulina. Powiedzieć, że dzień zaczął się dziwnie to nic nie powiedzieć. Najpierw nieszczęsny rozpruty habit siostry Faustyny, potem apel dyrektorki, zaginiona Asia, mdlejąca Paulina i Mikołaj gadający od rzeczy. Ta puszczona krew z nosa to nie mógł być przypadek. Tak jak to, że Paulina lewitowała. Nie mógł temu zaprzeczyć, był świadkiem cudu. Albo opętania, nie potrafił rozstrzygnąć. Zresztą, czy to ważne? Jedna z jego koleżanek właśnie zaginęła. Jeszcze rok temu pewnie by poszedł na plebanię zamówić u księdza proboszcza intencję, ale z każdym dniem miał coraz mniej pewności czy Bóg faktycznie słucha modlitw. Nabierał za to przekonania, że wszystko co dobre i złe na tym świecie dzieje się w woli człowieka. Jeśli ktoś skrzywdził Asię, to z pewnością nie diabeł. I jeśli ktoś ją uratuje, to z pewnością nie Jezus.

                  Wstał z ławki i z tą myślą ruszył w kierunku szkoły.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  4
                  • BrilchanB Niedostępny
                    BrilchanB Niedostępny
                    Brilchan jako Adam Chlebowski
                    napisał ostatnio edytowany przez Brilchan
                    #76

                    Adam wolał porozmawiać z Ojcem na terenie szkoły mógł dostać burę za to że wymknął się na prywatkę ale bez osłony czterech ścian mieszkania rodziciel dręczyciel powinien się bardziej kontrolować prawda ? Przynajmniej taką nadzieje miał chłopak.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    1
                    • Pan ElfP Niedostępny
                      Pan ElfP Niedostępny
                      Pan Elf jako Alicja Filipowicz
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #77

                      text alternatywny

                      Alicja Filipowicz

                      Przez krótki moment wpatrywała się w milczeniu w dyrektorkę. Sprawa była pilna, tutaj mogła liczyć się każda minuta, a ta kazała czekać aż do drugiej lekcji?

                      Alicja uśmiechnęła się krzywo do kobiety, spojrzała jeszcze raz na policjanta i ostatecznie kiwnęła głową. Odwróciła się, zostawiając dyrektorkę i mundurowego za sobą. Nie było sensu walczyć ani wykłócać się z dorosłymi - przeczuwała, że nic tym nie wskóra.

                      Nie zamierzała jednak poddawać się tak łatwo i bezczynnie czekać do drugiej lekcji. Wspomnienie poprzedniego wieczoru wciąż kotłowało się w jej głowie, a absurdalne uczucie, że ktoś był tuż za nią, niemal na wyciągnięcie ręki, powróciło. Mimowolnie przyspieszyła kroku.

                      Skierowała się w boczny korytarz i ruszyła w stronę szafek uczniowskich. Plan miała prosty - przeszukać szafkę Aśki i sprawdzić, czy znajdzie tam cokolwiek, co mogłoby pomóc w poznaniu prawdy.

                      Jednak gdy dotarła pod rząd starych, wysłużonych szafek, zdała sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze, nie miała pojęcia, która szafka należała do przyjaciółki Pauliny. Po drugie, był to dopiero pierwszy dzień szkoły (nie licząc rozpoczęcia), więc zapewne i tak nie byłoby w niej nic istotnego. Cóż, życie nie było amerykańskim filmem, a Alicja Filipowicz wcale nie była zawziętym detektywem specjalizującym się w odnajdywaniu porwanych nastolatek.

                      Oparła się plecami o metalowe szafki, nie zdając sobie sprawy, że jeszcze wczoraj jedna z nich została zdemolowana przez lokalną satanistkę z kręgu cygańskich lesbijek. Przeczesała włosy dłońmi, zastanawiając się, co powinna dalej zrobić. Oczywiste było, że na drugiej lekcji musiała udać się do gabinetu Rusickiej, ale co do tego czasu? Bezczynnie pałętać się po korytarzach? Iść na lekcję, jak gdyby nigdy nic?

                      Po dłuższej chwili chwyciła w końcu za plecak, który wcześniej rzuciła na podłogę, i uznała, że to nie pora na wagarowanie. Posłusznie ruszyła więc w stronę sali lekcyjnej, choć nie do końca wiedziała, gdzie dokładnie się znajduje. Zaczęła błądzić po szkolnych korytarzach…

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      3
                      • JohnyTRSJ Niedostępny
                        JohnyTRSJ Niedostępny
                        JohnyTRS jako Szarzyzna
                        Mecenas
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #78

                        Szarzyzna

                        Teren liceum, pierwsza lekcja, przerwa.


                        Adam

                        Skończył z monetami i się rozejrzał. Dyrektorki na pewno już na sali nie było, tak samo jak chyba już wszyscy nauczyciele opuścili salę. Reszta uczniów tak samo, opuszczała salę, niektórzy dla żarty na siłę pchali się do wyjścia, robiąc niepotrzebny tłok.

                        Nie wszyscy przejęli się porwaniem.

                        Głęboki wdech i ruszył prosto do ojca. Ten drugi policjant już go zauważył, to dobry znak, może tatuś będzie się zachowywał.
                        - No, co chcesz? - bez żadnego przywitania ojciec przeszedł do rzeczy.

                        Paulina

                        Zdołała jeszcze złapać dyrektorkę, ale ta bez pardonu odparła, żeby przyszła na drugiej lekcji do jej gabinetu. I niemalże odbiegła znikając w budynku.

                        W sali

                        Zamieszanie spowodowane apelem powywracało całą pierwszą lekcją, więc o ile apel był krótki, to niewielu uczniów spieszyło się do swoich sal lekcyjnych (tylko kilku nauczycieli wyłapywało i organizowało konkretne klasy, blokujące potem jak skazańcy wejście do szkoły). Klasa do której was przydzielili nie miała tego problemu, więc kiedy wszystko się uspokoiło, minęło już co najmniej dwie trzecie lekcji i nauczycielka poza sprawdzeniem listy obecności i wypowiedzeniem kilku zdań nie mogła wiele zrobić. Przy sprawdzaniu listy obecności że brakuje kilku osób: Asi (nauczycielka aż się zawiesiła, uczniowie zaczęli się obrzucać spojrzeniami) oraz trzech uczennic i ucznia, chyba tych, którzy wczoraj rozwścieczyli dyrektorkę.

                        Tą lekcją była Informatyka. Ale w sali nie było komputerów. Nauczycielka nawet nie ukrywała, że dotychczasowy nauczyciel (którego każdy z was znał, bo chyba nauczał tego przedmiotu w każdej szkole w Sokołowie) zrezygnował i nie ma następcy. Ona sama naucza matematyki i nie ma za bardzo pojęcia o komputerach, więc będzie dużo teorii, w tym architektury systemów i liczenia w systemie dwójkowym.

                        Mikołaj

                        Optymistycznie podszedł do tematu myśląc, że jest medium i zobaczy to, co się wydarzyło w nocy.
                        Nic z tego nie wyszło, nic nie zobaczył, puścił tylko juchę z nosa (i to tak porządnie, krew leciała długo, ale już przestała, ciekawe co powie matka jak będzie musiała wyprać chusteczkę). Po tym eksperymencie pozostało jeszcze jedno: paskudny posmak na języku, przypominający trupa. Znaczy, Mikołaj nie wiedział jak smakuje trup, ale raz Ogar wytarzał się w lesie w jakiejś padlinie, wrażenia były podobne.

                        Krzysztof.

                        Bochenek trzymał mu miejsce w ławce, na twrzy miał ten swój specjalny uśmieszek, nie zwiastujący niczego dobrego:
                        - No Poganin, jak tam rytuał? Gdzie ukryłeś zwłoki?
                        On na pewno żartował.

                        Alicja

                        Najpierw zobaczyła Krzyśka, potem innych uczniów, którzy mogli być z jej klasy. Miała racją.

                        Gdy zabrzmiał dzwonek na przerwę wyszła z sali jako pierwsza, by jak najszybciej wejść do gabinetu pani dyrektor. Czekała całą przerwę, bojąc się zapukać. Wreszcie drzwi do gabinetu się otworzyły i wyszłą z nich pokaźna grupa. To byli ci uczniowie, których wczoraj pani dyrektor obtańcowała na apelu. Oni byli z jej klasy. Trzy dziewczyny, jedna z nich rozsiewająca pogardę do całego świata oraz chłopak, który wyglądał jakby miał za chwilkę zejść na zawał. Albo, sądząc po minach towarzyszących jemu rodziców, spędzić najbliższe kilka lat przykutym do kaloryfera.

                        Pro forma zapukał jeszcze w otwarte drzwi i weszła. Pomieszczenie było wysokie, poniemieckie, ale sam pokój zapełniały paździerzowe meble po nieboszce komunie. Na osobnym biurku pod ścianą stała maszyna do pisania. Dopiero po chwili do gabinetu wszedł ten gruby policjant, zdejmując czapkę. Alicja przestawiła się, powiedziała, do której klasy chodzi.
                        - Dobrze Alicjo, co chcesz nam powiedzieć? - pani dyrektor przeszła do tmeatu, policjant milczał.
                        Alicja miała niepewne wrażenie, że policjant ma ochotę "zalać robaka".

                        Paulina

                        Czekała pod gabinetem, rozbrzmiał dzwonek na drugą lekcję. Czekała. Wreszcie drzwi się otworzyły. Alicja niepewnie się uśmiechnęła:
                        - Wchodź.
                        Pomieszczenie było wysokie, poniemieckie, ale sam pokój zapełniały paździerzowe meble po nieboszce komunie. Na osobnym biurku pod ścianą stała maszyna do pisania. Zabiurkiem siedzieli pani dyrektor i ten policjant, co przemawiał na apelu. Paulina powiedziała jak się nazywa i do której klasy chodzi.
                        - Czym chcesz się z nami podzielić? - pani dyrektor prowadziła rozmowę, policjant milczał.

                        178.255.46.143
                        Pan Psuj
                        Ciężkie pióro, ograniczona fantazja, blokada twórcza, niemoc tfurcza, masa nierozwiniętych pomysłów. Długie posty praktycznie niemożliwe.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        4
                        • CaiC Niedostępny
                          CaiC Niedostępny
                          Cai jako Mikołaj Pogorzelski
                          napisał ostatnio edytowany przez Cai
                          #79

                          left aligned paragraph

                          Mikołaj Pogorzelski

                          Ledwo wysiedział. Dechy krzesła uwierały. Sprawy organizacyjne wykładane przez nauczycielkę osiągały głęboką entropię tuż po dotarciu do uszu. Nie potrafił się skupić. Przez to nie oblazły go groźby systemów dwójkowych i architektur. Co odjął chustkę od nosa, krople krwi rozbijały się w abstrakcyjne kleksy na śnieżnej bieli kartki. Zapach wciąż pachnącego drukarnią zeszytu mieszał się z trupim posmakiem wypełniającym usta. Jakby gniły mu dziąsła. W teście Rorschacha widział rozdarte nietoperze. Do galerii osobliwości tańczących po głowie, pełnych Piotrusiów Panów, Alicji z Krain Czarów, Dalszimów i opętanych dzieci z horrorów, dołączył Batman i jego gromada schizofrenicznych oponentów. Mikołaj tłumił ochotę wyrżnięcia czołem o ławkę, by przywołać myśli do porządku, zaprząc do roboty. Potrzebował odpowiedzi. Nie wyczerpania i paraliżujących emocji.

                          Po wielu odprężających oddechach i próbach zogniskowania wzroku na bohomazach, rozkładał zdarzenia na części. Wiedział, że pierwszy kontakt z mocą nie wywołał negatywnych skutków. Niósł dziką satysfakcję i poczucie wielkości. Teraz cierpiał. Warianty. Spróbował zbyt szybko. Czegoś zbyt trudnego, spoza swej dziedziny, zupełnie niewłaściwie. Bardziej Mag niż Wampir. Ręka trzymająca długopis chodziła mimowolnie po fakturze kartki. Półświadome ruchy pozostawiały bazgroły wokół rozlanych czerwonych plam. Z ostrokształtnych hieroglifów pod dłonią rozkwitła róża. Przyczyną, promieniowanie z Czarnobyla. Chemikalia podane razem z płynem Lugola. Nanoboty przemycone w szczepionce. Kosmiczne kryształy. Starosłowiańskie kurhany odsłonięte przez powódź. Przypomniał sobie o Danielu siedzącym obok. Szwab i jego Ahnenerbe. Kumpel unikał kontaktu jakby on sam był upiorem. Gorzej, nauczycielem, szukającym pacjenta pod tablicę. Sprawcą porwania, całego zła tego świata, rysującym mapę ukrycia zwłok, świętokradcze symbole zsyłające ofiarę wprost do piekła.

                          Mikołaja szturchnęło. Odrywając wzrok od ławki był w stanie wychwycić podobnych sobie. Tych, którzy próbowali, polegli i wyglądali jak gówno. Z uwagą przyglądał się uczniom, a już zwłaszcza Adamowi, którego pierwszego o nieziemskie konotacje podejrzewał.

                          Zadzwonił dzwonek. Chłopak niedbale zrzucił rzeczy do plecaka i pognał do łazienki. Przemył twarz, orzeźwiając się wodą parskającą z kranu. W przybrudzonym lustrze odbijał się koszmar. Schodząca żółta śliwa na łuku brwiowym, wybijająca z tła pobladłej cery. Oczy o popękanych naczynkach. Zaschnięty poślad nad wargą. Wyszczerzył zęby dla dopełnienia efektu. Otworzył szeroko szczękę. Obrócił szyję na boki. Sprawdzał, czy aby z ust zdechła mysz nie wypadnie. Smak mówił, że właśnie tam dokonała żywota. Sięgnął do kieszeni. Poza jedną przesiąkniętą chustką, nie miał czym się wytrzeć. Papieru w kiblu nie było. Pochodzi do wyschnięcia. Haftowany inicjałami kawałek materiału wyrzuci. Powie, że zgubił. Po cóż rodzić zbędne pytania?

                          W spodniach wymacał za to coś istotnego. Portfel piszczący cienko dolą biedaka, a w nim zakładkę skrywającą legitymację szkolną i kartę TP S.A. Całe częściowo zużyte pięćdziesiąt impulsów. Jak Indiana Jones ruszył na poszukiwania zaginionego automatu. W szkole, poza szkołą? Za jedno. W końcu stanął przed niebieskim aparatem telefonicznym. Marszcząc czoło szukał właściwych cyfr, które nawiązałyby taryfę z Centrum Szkolenia Wojsk Łączności. Gdy niesforne liczby w miarę równo ustawiły się w szereg, jak tylko wśród najlepszych chęci, żołnierze unitarki byliby w stanie, włożył kartę i wybrał numer, wciskając obtarte metalowe guziki. Tysiąc lat później, po przebrnięciu przez dyżurnych, niekończące się oczekiwanie trawiące cenne impulsy, niczym pożary, lasy deszczowe, usłyszał oficjalne i zmęczone.

                          — Major Pogorzelski, słucham?

                          — Cześć, Mikołaj mówi — szukał słów sprawnych i oszczędnych. — Ważna sprawa jest. Wczoraj była dyskoteka zapoznawcza…

                          — No, zdaje się, nie wysiedziałeś do końca.

                          — W nocy porwali dziewczynę z klasy. Joannę Kowalczyk. Jej matkę pobito. Jak jechaliście, widziałeś co podejrzanego? Dziwnych typów? Samochody na obcych blachach? — pytał z nadzieją.

                          Na razie odpowiadało mu milczenie. Nie dziwił się. Pierwszy szok uderzał z mocą obucha. Wymagał pozbierania myśli.
                          — Policja jest w szkole. Wypytują świadków — dodał sprawie ciężkości.

                          Rozłączył się, oparł ciężarem ciała o obudowę kabiny. Westchnął ciężko. Zaraz miała się zacząć druga lekcja. Bawił się magnetycznym kawałkiem plastiku, świadomy, że i tak się spóźni. Był punktualnym uczniem, do czasów apokalipsy. Dobrze usprawiedliwiała wywrócenie społecznych porządków. Wybrał jeszcze jeden numer, zamierzając do końca patrzeć jak kreski z karty umierają niczym rybki w zaniedbywanym akwarium.

                          Podniosła słuchawkę. Nic nie mówiła. Za cichym szumem połączenia, po drugiej stronie wyczuwał obecność. Tylko, czy o tej porze nie powinna być aby w szkole?

                          — Felicja? — wolał się upewnić. Nie chciałby palnąć czegoś niewłaściwego do jej starego, albo rodzicielki. Większa szansa, że któreś z nich odbierze.

                          — Kaj? — nie wiedzieć czemu, skracała Mikołaja, jakby nadmiar liter ją drażnił. Jak dzieciak z Andersena co to dostał odłamkiem lustra w serce i oko. Stał się złośliwy i obojętny. W sumie, spoko. Może i to była właściwa postawa na Krainę Lodu, świat pełen bałwanów i zimnych skurwieli. — Coś się stało?

                          — Nic, nic, dobrze usłyszeć twój głos — oddałby ostatniego szluga byleby tylko wyrwać się z budy i pojechać do Złotoryi. Zobaczyć się. Byle nie tutaj, gdzie grasowały zbiry.

                          — Ciężki drugi dzień? — nie pozwoliła się nabrać.

                          — Jakby wykopali mnie z gniazda. Kazali wzlecieć pod niebo. Pośród jastrzębie. Znające każdy wir, prąd, każdy manewr. Głodne.

                          — … — już któryś raz dzisiaj odpowiedziała mu cisza. Gdyby miał obstawiać, miała wyraz twarzy łudząco podobny do Krzycha z boiska. Przegrałby.
                          — Dać się pożreć, spaść lub spalić w słońcu? — zapytała w rozbawieniu. Dla niej odpowiedź była oczywista. — Sądzę, że widok byłby wart wszystkiego.

                          Telefon zdechł. Pozostał równomierny, bezduszny ciąg sygnału. Chłopak uśmiechnął się do siebie. I do świata, który wciąż obelżywie wystawiał mu środkowy palec. Zlekceważył nic nie znaczący gest pięciolatka. Zarzucił plecak na ramię i ruszył przed siebie. Pod koronami drzew, trzymając się cieni. Unikając wzroku drapieżników, jeszcze.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          4
                          • Arthur FleckA Niedostępny
                            Arthur FleckA Niedostępny
                            Arthur Fleck jako Krzysztof Komeda
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #80

                            text alternatywny

                            Krzysztof Komeda

                            — No Poganin, jak tam rytuał? Gdzie ukryłeś zwłoki?

                            — Bardzo śmieszne — rzucił Krzysiek i usiadł na krzesełku obok kolegi. Bochenek był błaznem w każdym znaczeniu tego słowa i nic go nie ruszało. Do dziś pamiętał pogrzeb jego dziadka. Służył wtedy do mszy a Bochenek co chwila posyłał mu dyskretnie "faki". W piątej klasie pokazanie komuś środkowego palca było szczytem komedii i 12-letni Krzysiek tylko dzięki silnym zawiasom w szczęce i resztkach przyzwoitości nie parsknął śmiechem.

                            Babka od matematyki zaczęła sprawdzać obecność, a Piotrek pochylił się w stronę Krzyśka.

                            — Z tą Aśką to się tak nie przejmuj. Pewnie się zawinięła z miasta z jakimś Cyganem. Siedzi teraz w taborze i uczy się wróżyć z ręki, albo żebrać pod kościołem.

                            — Ty to jednak jesteś pierdolnięty.

                            — Panowie w ostatniej ławce, przeszkadzam wam w czymś? — Matematyczka patrzyła prosto na nich. — Może podzielicie się z resztą klasy tą fascynującą rozmową?

                            — Nie, przepraszamy — rzucił szybko Krzysiek, spuszczając głowę. Temat taboru i zaginionej Aśki zdechł, zanim w ogóle zdążyli go na dobre rozwinąć.

                            Może to i lepiej.

                            Gdy zaczęła się lekcja wyciągnął zeszyt i zaczął przepisywać z tablicy. Pięć minut później poczuł ostre szturchnięcie łokciem pod żebra.

                            Spojrzał w bok. Bochenek wcale nie notował. Na kolanach pod blatem stolika trzymał rozłożone pisemko. Na rozkładówce prężyła się blondyna z piersiami wielkimi jak donice.

                            — Najnowszy numer — szepnął Piotrek z nieskrywaną dumą. Ślinił palec i ostrożnie kartkował strony świeszczyka, jednym okiem sondując matematyczkę.

                            — Kurwa, schowaj to, bo będzie przypał — syknął Krzysiek. Bochenek w odpowiedzi posłał mu uśmieszek i z namaszczeniem odwrócił kartkę.

                            Chłopak zamrugał. Z kolorowego zdjęcia uśmiechała się modelka w przykrótkim habicie i z różańcem w dłoniach. Przed oczami stanęła mu poranna msza, siostra Faustyna i jej wstydliwa wpadka. A potem sala gimnastyczna i Paulina wisząca w powietrzu.

                            Odłożył długopis na zeszyt a w głowie pojawiła niedorzeczna myśl. A co, jeśli to on to zrobił? Co, jeśli po prostu na nie patrzył i to się zadziało? Złapał Paulinę w powietrzu swoimi myślami, tak samo jak wcześniej rozdarł habit siostry Faustyny. Może ślepa babka Maciejakowej miała rację i nie był zwykłym dzieckiem? Może jako przyszły biskup urodził się żeby czynić cuda jak ojciec Pio? Tylko czy święty słuchałby Black Sabbath i fantazjował o zakonnicach? Tatuował sobie smoka na dupie? Kłamał matce w żywe oczy i tańczył z dziewczynami na dyskotekach? Istniało też inne wytłumaczenie. Został opętany przez Złego, tak jak kiedyś ostrzegała Helena Komeda.

                            O ile te dziwy to rzeczywiście jego sprawka.

                            Nie mógł się o tym przekonać inaczej jak znów użyć swojego Wzroku. Powtórzyć eksperyment. Wtedy miałby pewność.

                            Rozejrzał się po klasie szukając ofiary, na której mógłby wypróbować swoją moc. Bochenek odpadał, dalej ślinił się do zdjęć i gdyby zwrócił na siebie uwagę, obaj mogliby mieć z tego kłopoty. Wzrok prześlizgnął się po głowach kujonów z pierwszych ławek i zatrzymał pod tablicą. Matematyczka stała do nich tyłem i zapisywała kolejne linijki jakichś wzorów. Była idealnym celem. Jeśli faktycznie siedział w nim diabeł, o którym ciągle gadała matka, to zaraz wywinie babce niezły numer.

                            Wbił spojrzenie prosto w tyłek nauczycielki i napiął kark, wyobrażając sobie jak jej spódnica drze się na wysokości jej majtek.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            4
                            • NamiN Niedostępny
                              NamiN Niedostępny
                              Nami jako Paulina Kwiatkowska
                              Mecenas
                              napisał ostatnio edytowany przez Nami
                              #81

                              text alternatywny

                              Paulina Kwiatkowska

                              Dziewczyny poszły na lekcję informatyki całkowicie przybite. Bardzo dużo rozmyślały, szukały niepasujacych wspomnień z wczorajszego wieczoru, jakiegokolwiek punktu zaczepienia.
                              Paulina siedziała sama oparta o ścianę, plecak rzuciła na wolne krzesło obok siebie. Ławkę za nią siedziała Kasia z Magdą. Blondynka była w rozsypce, ciągle wycierała mokre oczy chusteczką.
                              — Musimy coś zrobić — Kasia nerwowo stukała długopisem o zeszyt
                              — Magda, będzie dobrze…
                              — A skąd ty to możesz wiedzieć… — załgała Wiśniewska.

                              Fakt, nie mogły wiedzieć. Ale nie mogły też patrzeć na zalewającą się łzami Magdę.

                              — Bo musi. Znajdziemy kogoś, kto dostęp do ciemni, wywołamy zdjęcia z wczoraj. Nie powiem policjantom o aparacie, same musimy to sprawdzić.
                              — Dokładnie, przecież oni to pyrgną w kąt. Nie raz widziałam w Ekstradycji — Kasia była zdeterminowana i pewna siebie, jak zawsze — Coś wykminimy.

                              Magda tylko kiwnęła głową i wydmuchała nos. Paulina chciała coś jeszcze powiedzieć, ale nagle odezwała się nauczycielka.

                              — Panowie w ostatniej ławce, przeszkadzam wam w czymś? — Matematyczka patrzyła prosto na Bochenka i Komede. — Może podzielicie się z resztą klasy tą fascynującą rozmową?

                              Dziewczynom serce prawie wyskoczyło z klatki. Na szczęście to nie ich rozmowy okazały się problemem. Momentalnie wszystkie zerknęły na Bochenka i Komedę. Przestały rozmawiać, ale w sumie i tak miały już swój mały plan. Wystarczyło tylko przeżyć lekcję, przeżyć spowiedź u policjanta, dowiedzieć się czegoś, wywołać zdjęcia i… Coś zdziałać.

                              — Wciągamy ich w to, co nie? — zapytała Magda głosem pozbawionym chęci życia.
                              — Są nam to winni — skwitowała Kasia z półuśmieszkiem i zarzuciła włosami — Niech tylko spróbują się wymigać…

                              text alternatywny

                              Paulina przez chwilę stała w miejscu, jakby dopiero teraz dotarło do niej, że faktycznie przyszła — że to nie jest już rozmowa gdzieś na boku, tylko coś, co zaraz zostanie wypowiedziane na głos i przestanie być tylko myślą. Usiadła na wprost biurka, przed policjantem.

                              — Ja… — zaczęła, ale urwała, prostując się odruchowo, jakby chciała brzmieć pewniej, niż się czuła. — Chodzi o wczoraj.

                              Na moment zerknęła na policjanta, potem wróciła wzrokiem do dyrektorki, bo to było łatwiejsze.

                              — Nie wiem, czy to coś ważnego — dodała ciszej, marszcząc lekko brwi. — Wczoraj wszyscy byliśmy w Miami. Ja, Kasia Nowak, Magda Wiśniewska i Asia. Na tej dyskotece jakoś około dwudziestej, przyszła grupka takich dresów, zachowywali się prowokująco i agresywnie, nie zostali wpuszczeni. Potem o dwudziestej drugiej wracałyśmy wszystkie samochodem z mamą Asi, każdą z nas odwiozła, mnie ostatnią i miały wrócić też do domu… Czy to znaczy, że one nie dojechały nawet do domu? Przecież to tak blisko…

                              Paulina czuła, jak drżą jej dłonie oraz głos. Nerwowo przełknęła ślinę. Rzuciła krótkie spojrzenie na policjanta i odniosła wrażenie, że ma to wszystko w dupie. Nie tyle jej stan, co sytuację.

                              — Asia była z bogatej rodziny, pewnie porywacze chcą pieniędzy, ale to przecież nie powinien być problem, na pewno zapłacą!

                              Nastolatka potarła kciukiem wierzch drugiej dłoni. Skupiła się, westchnęła. Musiała teraz obserwować reakcję policjanta.

                              — Ja znam syna jednego z policjantów, mówił, że Asię i jej mamę napadnięto pod domem. A pan an apelu nawet wspomniał chyba, że to czarny samochód tam gdzieś stał w pobliżu i takim odjechali? Miał taki znaczek… jak Fiat? Nigdy nie znałam się na autach. Jakiś nowy, skoro tak cicho odjechał po tym wszystkim… Ale pewnie Pan i tak nic nie wie, jakby Pan wiedział, to po co by pytał, prawda?

                              Paulina zaczęła grać na zwłokę. Liczyła, że czegoś się dowie, chociażby niechcący. Niektórzy dorośli nie lubili, jak im dzieciak wciskał kit, więc musieli go spacyfikować i poprawić, aby podnieść swoje ego. Miała nadzieję, że i w tej sytuacji to nastąpi.

                              Niestety przeliczyła się. Gabinet opuściła nie tylko smutna, ale i lekko wkurzona. W jej głowie podstęp był majstersztykiem! Najwyraźniej w głowach dorosłych, był mierną próbą wydobycia informacji poprzez manipulację. Bardzo ciekawe, że oni niby tacy bystrzy?

                              — No i jak, sypnęli coś? — Kasia podleciała od razu z podekscytowaniem
                              — A daj spokój... — Odparła Paulina z dąsem.
                              — Ale mówiłaś, że same możemy się czegoś dowiedzieć, nie?

                              Magda wyglądała jak spuchnięty pawian. Żadna jednak nie miała na tyle zimnego serca, by jej to oznajmić. Złapały tymczasowe zawieszenie, gdy przyglądały się jej twarzy. W końcu Kasia otrząsnęła się jako pierwsza.

                              — No, no tak, wiadomo. Idziemy póki przerwa, wyłapać takich gości, którzy do psów na pewno nie zajrzą. Nie powiedzą im, więc powiedzą nam, proste, prawda? — Kasia musiała rzucić jeden z tych swoich uśmiechów, kiedy to jest z siebie dumna jak paw — A przy okazji znajdziemy i kogoś, kto ma dostęp do ciemni. Urwiemy się z budy i tyle.

                              Paulina musiała przyznać, że Kasia ładnie to skwitowała. Miały w zamiarze działać według tego planu. Znaleźć ludzi o gorszej reputacji i zapytać czy coś wiedzą, chociażby o miejscu zdarzenia. Znaleźć też kogoś, kto wywoła im zdjęcia.

                              🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              5
                              • Pan ElfP Niedostępny
                                Pan ElfP Niedostępny
                                Pan Elf jako Alicja Filipowicz
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #82

                                text alternatywny

                                Alicja Filipowicz

                                Lekcja minęła szybciej, niż mogłoby się wydawać. Alicja przez całe czterdzieści pięć minut była pogrążona we własnych myślach, wciąż rozpamiętując poprzedni wieczór i próbując odtworzyć wydarzenia tak, by wychwycić coś, co do tej pory mogło jej umknąć. Klub Miami, przywitanie z dziewczynami, taniec z Krzyśkiem i banda dresów, w której próżno doszukiwała się własnego brata - choć ten ponoć tam był. A potem angielskie wyjście i nocny bieg przez puste, ciemne ulice miasteczka. Czyjeś kroki tuż za plecami, zlewające się z głośnym biciem serca i przyspieszonym oddechem. Czy rzeczywiście uniknęła porwania? Czy gdyby niefortunnie potknęła się po drodze, to teraz jej szukałaby policja zamiast przyjaciółki Pauliny? Jaki los spotkał Aśkę?

                                Długopis, którym przez cały czas się bawiła, żeby czymś zająć dłonie, nagle pękł na pół, a wkład rozlał się po jej palcach i ławce. Zaklęła cicho pod nosem i szybko sięgnęła do plecaka po chusteczki, wycierając ręce i blat. Dopiero wtedy wyrwała się z pętli własnych wspomnień i zorientowała, że minęła już prawie cała lekcja.

                                Kiedy tylko zadzwonił dzwonek, Alicja poderwała się z ławki i jako pierwsza wyparowała z sali. Kroki skierowała w stronę starego budynku, gdzie znajdował się gabinet Rusickiej.

                                - Dobrze, Alicjo, co chcesz nam powiedzieć?

                                Słowa te uderzyły w nią niespodziewanie, choć przecież właśnie po to tam przyszła.

                                Siedziała na krześle przed biurkiem, za którym znajdowali się dyrektorka i policjant. Z jakiegoś powodu czuła się tak, jakby to ona była winna. Przez chwilę milczała, wpatrując się najpierw w kobietę, a potem przenosząc spojrzenie na mężczyznę. Przez jej ciało przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Policjant nie wzbudzał zaufania. Wyglądał raczej na kogoś, komu nie do końca podobało się to, gdzie się znajdował. Alicja skrzywiła się lekko i znów spojrzała na dyrektorkę.

                                - Byłam wczoraj na imprezie z Aśką i koleżankami... - zaczęła powoli, zerkając co jakiś czas nieufnie na policjanta i próbując odczytać jego reakcję na swoje słowa.

                                Choć z jakiegoś dziwnego powodu zaczęła żałować, że w ogóle tu przyszła, ostatecznie niczego nie zataiła. Opowiedziała o dyskotece, grupce nieznanych dresiarzy zaczepiających Adama, a przede wszystkim o swoim powrocie do domu. O tym, że ktoś za nią szedł. O tym, że zaczęła biec, ale mimo to wciąż miała wrażenie, że ten ktoś jest tuż za nią. Dokładnie opisała trasę, którą wracała do domu.

                                - Dopiero za zamkniętymi drzwiami, w domu, poczułam, że jestem bezpieczna.

                                Dopiero wtedy zorientowała się, że przez całą opowieść ściskała w dłoniach pasek od plecaka. Puściła go i przesunęła dłońmi po materiale dżinsów, jakby chciała wytrzeć o nie spocone palce.

                                Kiedy wyszła z gabinetu, poczuła dziwną ulgę. Być może było to jedynie złudzenie, ale w pomieszczeniu panowała bardzo nieprzyjemna, wręcz dusząca atmosfera. No i ten policjant…

                                Przed gabinetem natknęła się na Paulinę. Uśmiechnęła się do niej niemrawo, po czym odsunęła na bok, przepuszczając ją do środka.

                                - Wchodź - powiedziała tylko tyle, choć chciała powiedzieć znacznie więcej. Nie było jednak na to czasu. Poza tym nie do końca wiedziała, co właściwie mogłaby jej powiedzieć.

                                Postała jeszcze chwilę pod gabinetem, ale nie chciała zostać przyłapana na podsłuchiwaniu, więc ostatecznie ruszyła wolnym krokiem korytarzem, szukając kolejnej sali lekcyjnej. Po drodze zastanawiała się nad tym, jakie kroki powinna podjąć dalej. Ostatecznie doszła jednak do wniosku, że zrobiła wszystko, co mogła. Poza tym Aśka nie była nawet jej koleżanką. Już i tak zrobiła wiele, żeby pomóc w tej sprawie. Nie miała żadnych powodów, by bawić się w detektywa na własną rękę, a już na pewno nie miała w tym doświadczenia.

                                Należało zostawić to ludziom, którzy wiedzieli, co robią...

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                5
                                • JohnyTRSJ Niedostępny
                                  JohnyTRSJ Niedostępny
                                  JohnyTRS jako Szarzyzna
                                  Mecenas
                                  napisał ostatnio edytowany przez JohnyTRS
                                  #83

                                  Szarzyzna


                                  Krzysztof Komeda

                                  Do dzwonka zostały jeszcze ze dwie minuty widział to na zegarze wiszącym nad tablicą. Skoncentrował i wyobraził, co robi, mimowolnie zacisnął pięści i napiął ramiona, co było wystarczające, żeby odwrócić uwagę Piotrka od jego grzesznego pisemka.

                                  Spódnica nauczycielki rozdarła się, jakby niewidzialne ręce ciągnęły za materiał. To było szybkie, rozdarcie poszło niemal do samego końca, pokazując nogi nauczycielki i zatrzymując się dopiero na dole na lamówce.

                                  ZROBIŁ TO!

                                  (...)
                                  A kto się zbudzi nie wierzy w przebudzenie
                                  (...)

                                  Muzyka

                                  Pod koniec lekcji w klasie zapanował chaos, darcie się materiału było wystarczająco głośne, żeby każdy to usłyszał, jakaś dziewczyna z przodu pisnęła, ale typową reakcją były przytłumione śmiechy i prychnięcia, a kiedy przerażona nauczycielka odwróciła się tyłem do tablicy, wszyscy umilkli. Nauczycielka nerwowo sprawdziła stan swojej garderoby i idąc tyłem do tablicy wróciła na miejsce za biurkiem. Była zmieszana, zdenerwowana... można by długo wymieniać.
                                  Po chwili zadzwonił dzwonek i nauczycielka bez słowa pozwoliła wszystkim wyjść.
                                  Krzysztof w tym momencie zrobił błąd. Popatrzył się na Piotrka, który dziwnie się nie niego patrzył.
                                  - Co?
                                  - Jak jej się rozdarło to miałeś minę jakbyś miał zatwardzenie.

                                  Ten zawsze walił takim tekstem, który równał się ciosowi w zęby.

                                  Mikołaj

                                  Budka była na szczęście przy samej szkole, zaraz obok przystanku PKS.

                                  Rozmowa z tatą nie dała mu żadnych informacji. Po krótkim OP, dlaczego nie jest w szkole ojciec powiedział mu, że niczego nie widział.

                                  Po rozmowie z Felicją wbiegł do szkoły. Nawet za bardzo się nie spóźnił. Drugą lekcją była historia.

                                  Alicja

                                  Złożenie zeznań w gabinecie pani dyrektor nie przyniosło ulgi. Wróciła do klasy. Tym razem to była ich własna klasa, lekcją była historia. Nauczyciel widocznie spodziewał się, że ktoś mógł być u pani dyrektor i poza nazwiskiem do listy obecności o nic się nie spytał.

                                  Ich wychowawca krótko odniósł się do zaistniałej sytuacji, ale po chwili zaczął prowadzić normalną lekcję, poczynając od pierwszych stron podręcznika, czyli os starożytności, Sumerowie, etc.

                                  Paulina

                                  Mimo że już zaczęła się druga lekcja po korytarzach kręciło się jeszcze trochę uczniów. Albo wyglądało to tak zawsze, albo szkołę ogarnęło odprężenie.

                                  Chciała działać i to teraz. Widocznie teraz się nie uda, może na następnej przerwie da się kogoś złapać, kto im pomoże. Przechodziły właśnie obok toalet, kiedy z pomieszczenie wyszła Ona. Paulina szybko ją rozpoznała, to była... musiała przypomnieć sobie jej imię... Renata, tak Renata! Nigdy Renia. To była dziewczyna... nie, siostra kumpla jej brata, były prrzecież razem na jednej domówce. Paulina miała przeczucie.
                                  - Renata?
                                  Trafiła dobrze, tamta się zatrzmyałą i spojrzałą na nią. Chyba jej nie pamiętała.
                                  - Eee tak?
                                  - Jestem Paulina, siostra Michała, twój brat się z nim kumpluje, byłyśmy tazem na imprezie w... - tu Paulina rzuciła szczegółami, po których Renata ją w końcu poznała. I nie bawiąc się w półsłówka wyłusczyła jej problem, czy wie co się stało.

                                  Trafiła w dziesiątkę. Jeszcze kilka faktów i okazało się, że Renata mieszka na tej samej ulicy co Asia, tylko ze sto metrów dalej. Renaty nie było w Miami, jej brata też nie, ale wszyscy zostali obudzeni przez policyjne syreny, potem doszła jeszcze karetka. Wyszło na to, że Asia została porwana dosłownie sprzed swojego domu. Policja jeszcze w nocy budziła ludzi pytaniami, czy ktoś coś widział. Renata nic nie widziała.
                                  Dla Pauliny nawet to było dużo, wiedziała już gdzie to się stało. Skoro tak dobrze jej szło, poszła za ciosem:
                                  - Wiesz może kto ze szkoły ma ciemnię? No wiesz, do wywoływania zdjęć.
                                  Renata nie musiała się długo namyślać:
                                  - Kuba z trzeciej A. Ale on jest taki trochę dziwny. Pomoże wam, ale nie za darmo - palcami wykonała gest liczenia pieniędzy.

                                  Więcej nie wyciągnęła. Renata pognała do klasy. Co teraz? Iść do klasy na lekcję, czy dalej kręcić się po korytarzach, czy może walić szkołę i się urwać?

                                  178.255.46.143
                                  Pan Psuj
                                  Ciężkie pióro, ograniczona fantazja, blokada twórcza, niemoc tfurcza, masa nierozwiniętych pomysłów. Długie posty praktycznie niemożliwe.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  4
                                  • CaiC Niedostępny
                                    CaiC Niedostępny
                                    Cai jako Mikołaj Pogorzelski
                                    napisał ostatnio edytowany przez Cai
                                    #84

                                    left aligned paragraph

                                    Mikołaj Pogorzelski

                                    Wrócił do budynku po dzwonku. Korytarze były puste, nie licząc niedobitków z gabinetu dyrki. Nie widział nikogo ze swoich. Stał przed drzwiami, zakręcony, czy aby klasa właściwa? Na pewno teraz „Historia”? Pukać, wbijać na pewniaka? Panika pierwsza zaczęła pukać, od środka po żebrach. Mógł sprawdzić w przebazgranym do zeszytu planie lub zawierzyć swej pamięci, a komu innemu dziś ufać jak nie sobie? Nacisnął klamkę. Chwilę dopasowywał poznane twarze do tych co siedziały w ławkach. Wszedł i nie wybrzydzał. Nie pchał się na koniec. Usiadł, gdzie było wolne. Koło ziomka z włosami na żel i ciemnymi okularami podciągniętymi na czoło. Kontrastowali. Typ wolał ubiór w bieli.

                                    Rozpakował się i starał wsłuchać w słowa Wrony. Podziwiał jak otoczenie potrafiło umiejętnie schować się za fasadą. Za tym co znali i robili od zawsze. Niewrażliwi na wszelkie turbulencje. Też tak spróbował. Sumerowie, jasne, że Sumerowie. Najważniejsi. Jeżeli przyczyną porwania było przejawienie mocy, cieszył się, że ujawnili się inni. Planował zejść poniżej linii radaru, ukryć, obserwować i zbierać dane. Uczyć się na pociskach strącających migające jasną czerwienią punkty. Dobrze, że Bochenek. Pozostałych byłoby szkoda.

                                    Wbijał się wzrokiem w zboczeńca. Nadeszły ciężkie czasy dla dziewczyn. Oto nadciągał postrach żeńskich szatni. Z rentgenem w oczach. Siłą woli zrywający majtki i staniki. Krzywym uśmiechem sprawiający, że chętne i napalone oddają mu się w szkolnym kiblu. Niedługo Sokołów nawiedzą niechciane ciąże. Świeży chlebek dla każdego. Złamał w dłoni obgryziony ołówek.

                                    Czuł się poddawanym analizie. I nie była to Kasia. Łukasz Zaręba, jak dowiedział się z odczytywanego dziennika. Obecny kolega z ławki. Niby od niechcenia przybliżał się krzesłem, że prawie styknęli się ramionami. To coś szurnął, coś poprawił, cały czas zerkał.

                                    — Te, trenujesz? Ile masz w bicu? — w końcu się zdradził z fiksacją.

                                    Mikołaj zaskoczony wykrzywił usta w podkowę. Nie wiedział.
                                    — Stary — napiął muła, starając się oszacować. — Nie idzie o obwód, a o pierdolnięcie.

                                    — A — Zarębie z przyłożenia było łatwiej. Odmierzył i wyraźnie się uspokoił. — Mój większy. Boks?

                                    — Taa, w Gwardii — zaczepiony Pogorzelski przyjrzał się uważniej rozmówcy. Przytyrany. Białko, może meta, a mimo to niepewny. — Siłka?

                                    — Aha, k-u-l-t-u-r-y-s-t-y-k-a — Łukasz pilnował by się nie pomylić w literkach. Zagrał mięśniami karku dla podkreślenia. — Wujo robił w kopalni. Większy ode mnie. Wózek mu przejechał po ręce. I co? Się napiął i nie ucięło.

                                    — Spoko, jak chcesz robić w kopalni — chłopak spuentował puentę.

                                    — W kopalni może nie. Tatuaże. Patrz… — wygrzebał zeszyt ze szkicami. Z kartki łypał groźnie Schwarzeneger z wyrzutnią rakiet, wyjęty z filmu „Commando”. Trochę kanciasty i komiksowy.

                                    Pogorzelski skinął z aprobatą.
                                    — Przydałby się w mieście.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    4
                                    • Arthur FleckA Niedostępny
                                      Arthur FleckA Niedostępny
                                      Arthur Fleck jako Krzysztof Komeda
                                      napisał ostatnio edytowany przez Arthur Fleck
                                      #85

                                      text alternatywny

                                      Krzysztof Komeda

                                      O kurwa.

                                      To była pierwsza myśl Krzyśka, gdy szwy, które jakieś chińskie dziecko w pocie czoła ręcznie zszywało za miskę ryżu, on tak po prostu je sobie rozdarł gapiąc się na spódnicę nauczycielki.

                                      Jestem Antychrystem. Matka mnie zabije.

                                      Komeda zbladł i wcale nie wyglądał jakby miał zatwardzenie tylko ciężką anemię albo nawet białaczkę. Popatrzył na Bochenka, ale nie potrafił wydusić z siebie słowa. Gdy tylko rozległ się dzwonek chwycił plecak i wystrzelił z ławki co dało Piotrkowi paliwo do kolejnych rozważań nad naturą jego problemów proktologicznych.

                                      -Hahaha, Poganin ma sraczkę! - zdążył usłyszeć zanim pchnął drzwi i wybiegł na korytarz.

                                      Chwilę później znalazł się w łazience. Stanął przed kranem, odkręcił wodę a potem zimnym strumieniem schlapał twarz jakby próbował zmyć z oczu to co przed chwilą zobaczył. Ani przez chwilę nie zakładał, że mu się uda. Że siłą umysłu będzie w stanie wpłynąć na materię, rozerwać spódnicę matematyczki. Takie rzeczy działy się przecież tylko na filmach. Krzysiek całe życie słuchał o cudach, o tym jak wszechmocny jest Bóg. Jako dziecko żył w przekonaniu, że świat naprawdę jest pełen aniołów i biblijnych bytów wpływających na rzeczywistość. Potem jednak zaczął dostrzegać, że świat jest zupełnie normalny i prozaiczny. Że żadna niewidzialna siła nie wpływa na jego życie. Gdy w lipcu woda zaczęła przedzierać się przez wały przeciwpowodziowe modlitwy matki i księdza proboszcza gówno pomogły. Rzeka się nie cofnęła a wielu porządnych ludzi z dnia na dzień straciło swoje domy. Komeda mógł podać tysiąc przykładów gdy siły biologii i fizyki robiły z ludźmi co chciały i ani jednego, gdy siły nadprzyrodzone zapobiegły jakiejkolwiek tragedii.

                                      A jednak szwy na dupie nauczycielki puściły. Puściły bo tego chciał. Tego nie dało się wytłumaczyć inaczej jak nadludzką interwencją. Komeda zakręcił wodę i spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Szukał w oczach żółtych tęczówek i pionowych źrenic. Ściągnął wargi palcami, odsłaniając zęby, by sprawdzić czy kły nie zaczęły mu się wydłużać. Zmacał dłonią czoło pod grzywką, sprawdzając czy pod skórą nie wyrzynają mu się rogi. Nie zauważył żadnych odwróconych krzyży, żadnych znaków bestii. Wyglądał zupełnie normalnie.

                                      Ostatni raz spojrzał w taflę lustra a potem ruszył w kierunku drzwi z postanowieniem, że musi znaleźć Mikołaja i Paulinę.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      4
                                      • Pan ElfP Niedostępny
                                        Pan ElfP Niedostępny
                                        Pan Elf jako Alicja Filipowicz
                                        napisał ostatnio edytowany przez Pan Elf
                                        #86

                                        text alternatywny

                                        Alicja Filipowicz

                                        Weszła do klasy grubo po dzwonku. Na całe szczęście nauczyciel nie zadawał żadnych dodatkowych pytań.

                                        - Alicja Filipowicz - odparła, kiedy mężczyzna zapytał o nazwisko, żeby zaznaczyć obecność w dzienniku.

                                        To tyle. Nic więcej. Nie musiała się tłumaczyć, nie musiała usprawiedliwiać spóźnienia. Wrona musiał domyślić się, że była jedną z tych osób, które trafiły na “spowiedź” do dyrektorki. Zresztą nie tylko on.

                                        Kiedy po wejściu do sali zatrzymała się na krótki moment, poczuła na sobie wzrok wszystkich uczniów. Nie było to przyjemne uczucie. Każdy z nich musiał już wiedzieć, że składała zeznania policjantowi.

                                        Co takiego wiedziała, skoro tam poszła? Czy wiedziała, gdzie jest Asia? Widziała, kto ją zaatakował i porwał? Dlaczego ją porwał? Czy miała z tym coś wspólnego? Ponoć jest siostrą tego patusa. Na pewno jej brat maczał w tym palce. Może ona też jest winna? Wczoraj przecież kręciła się obok Aśki na dyskotece.

                                        Alicja zacisnęła zęby i ze spuszczonym wzrokiem szybko skierowała się do przedostatniej ławki przy ścianie, którą zajęła jako swoją poprzedniego dnia. Bez słowa usiadła i wyciągnęła z plecaka zeszyt oraz długopis, po czym zaczęła notować, próbując odwrócić uwagę od natrętnych myśli. Jej głowa miała jednak zupełnie inne plany.

                                        Myśli krążyły wokół ostatnich wydarzeń. Wspomnienia wirowały jak w kalejdoskopie, przeplatając się ze sobą i mieszając w coraz większy chaos. Znowu biegła przez ciemne alejki Sokołowa, by chwilę później uskakiwać przed kubkiem z kawą lecącym prosto w jej stronę. Rzucała nim Asia, cała w siniakach i zadrapaniach. Śmiała się przy tym. Śmiali się też Krzysiek i jej brat, tańcząc razem na dyskotece, na której chwilę później Adam szarpał się z lokalnymi dresami, a Paulina z koleżankami pstrykały zdjęcia.

                                        Ocknęła się z własnych myśli, które z każdą chwilą zaczynały nabierać sensu, jednocześnie całkowicie go tracąc. Nie miała pojęcia, co się z nią działo, i wcale jej się to nie podobało.

                                        Racjonalnym wyjaśnieniem był stres i tego właśnie postanowiła się trzymać.
                                        Nowa szkoła, nowy etap życia, nowi znajomi, a do tego dramatyczne wydarzenia poprzedniego wieczoru i zaginięcie uczennicy. Stres był jedynym wyjaśnieniem tego, co działo się w jej głowie.

                                        Westchnęła i spróbowała skupić się na tym, co zostało z lekcji historii prowadzonej przez wychowawcę. Mimowolnie przewróciła kartkę w zeszycie, żeby zacząć notować na czystej stronie.

                                        Nie zauważyła nawet, że poprzednia była pokryta chaotycznymi rysunkami i urywanymi słowami odzwierciedlającymi nękające ją myśli. Pośrodku wszystkiego znajdowała się sylwetka postaci czającej się w ciemności i wypatrującej swojej ofiary.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        4
                                        • NamiN Niedostępny
                                          NamiN Niedostępny
                                          Nami jako Paulina Kwiatkowska
                                          Mecenas
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #87

                                          text alternatywny

                                          Paulina Kwiatkowska

                                          Paulina dowiedziała się na jednej przerwie więcej, niż się spodziewała. Choć wciąż czuła się słabo i była nieco zmęczona, zebrane informacje ożywiły ją. W obliczu sukcesu na twarzy pojawił się lekki uśmiech. Była zadowolona z sukcesu.

                                          Paulina zatrzymała się na środku korytarza, patrząc jeszcze chwilę w stronę, w którą zniknęła Renata, jakby próbowała poukładać w głowie to, co właśnie usłyszała.
                                          — Sto metrów… — powtórzyła cicho, bardziej do siebie niż do dziewczyn. To było tak blisko, że aż absurdalne.

                                          Ścisnęła mocniej pasek plecaka, czując jak coś w niej znowu przyspiesza — nie strach, nie do końca… raczej napięcie, które nie pozwalało jej stać w miejscu.

                                          — Mamy miejsce. I mamy tego Kubę — spojrzała na Kasię i Magdę, tym razem już bardziej skupiona. — Pytanie tylko, co robimy najpierw.

                                          Na chwilę zawahała się, zerkając w stronę schodów, potem na drzwi klasy.

                                          — Bo siedzenie na lekcji raczej niczego nam nie da.
                                          — Ale musimy jeszcze złapać Krzyśka — przypomniała jej Kasia
                                          — I Piotrka— dodała Magda
                                          — A Mikołaj? Chyba też się interesował — dorzuciła Kasia, choć ciężko było stwierdzić, czy to Mikołaj interesował się tą sprawą czy raczej Kasia Mikołajem.

                                          Paulina wzrokiem przeskakiwała między dziewczynami. Były już spóźnione na lekcje. Z drugiej strony, nie złapią teraz tego Kuby, bo on na pewno siedzi w swojej klasie.

                                          — Okej, to chodźmy na lekcje. Po lekcji łapiemy Krzyśka i Piotrka…
                                          — …I Mikołaja — wtrąciła Kasia
                                          — I Mikołaja — potwierdziła Paulina kręcąc głową — Potem szukamy Kuby, umawiamy się z nim na wywołanie zdjęć jak najszybciej, a potem zbadamy miejsce zdarzenia i znajdziemy coś!

                                          Dziewczyny pokiwały głową jak zsynchronizowane maszyny. Wymieniły się znaczącymi spojrzeniami. Mimo, że były spóźnione, postanowiły pójść na tę ostatnią lekcję.

                                          🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          4

                                          Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                                          Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                                          Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa