Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje inne
  3. Rozgrywka
  4. [Horror] Gruzy przeszłości
Gruzy przeszłości
JohnyTRSJ
JohnyTRS jako
Szarzyzna
Mistrz Gry
Pan ElfP
Pan Elf jako
Alicja Filipowicz
CaiC
Cai jako
Mikołaj Pogorzelski
Arthur FleckA
Arthur Fleck jako
Krzysztof Komeda
BrilchanB
Brilchan jako
Adam Chlebowski
NamiN
Nami jako
Paulina Kwiatkowska

[Horror] Gruzy przeszłości

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
horrorwłasnystranger thingsnastolatkowie
102 Posty 8 Uczestników 2.4k Wyświetlenia 2 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • BrilchanB Niedostępny
    BrilchanB Niedostępny
    Brilchan jako Adam Chlebowski
    napisał ostatnio edytowany przez Brilchan
    #76

    Adam wolał porozmawiać z Ojcem na terenie szkoły mógł dostać burę za to że wymknął się na prywatkę ale bez osłony czterech ścian mieszkania rodziciel dręczyciel powinien się bardziej kontrolować prawda ? Przynajmniej taką nadzieje miał chłopak.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    1
    • Pan ElfP Niedostępny
      Pan ElfP Niedostępny
      Pan Elf jako Alicja Filipowicz
      napisał ostatnio edytowany przez
      #77

      text alternatywny

      Alicja Filipowicz

      Przez krótki moment wpatrywała się w milczeniu w dyrektorkę. Sprawa była pilna, tutaj mogła liczyć się każda minuta, a ta kazała czekać aż do drugiej lekcji?

      Alicja uśmiechnęła się krzywo do kobiety, spojrzała jeszcze raz na policjanta i ostatecznie kiwnęła głową. Odwróciła się, zostawiając dyrektorkę i mundurowego za sobą. Nie było sensu walczyć ani wykłócać się z dorosłymi - przeczuwała, że nic tym nie wskóra.

      Nie zamierzała jednak poddawać się tak łatwo i bezczynnie czekać do drugiej lekcji. Wspomnienie poprzedniego wieczoru wciąż kotłowało się w jej głowie, a absurdalne uczucie, że ktoś był tuż za nią, niemal na wyciągnięcie ręki, powróciło. Mimowolnie przyspieszyła kroku.

      Skierowała się w boczny korytarz i ruszyła w stronę szafek uczniowskich. Plan miała prosty - przeszukać szafkę Aśki i sprawdzić, czy znajdzie tam cokolwiek, co mogłoby pomóc w poznaniu prawdy.

      Jednak gdy dotarła pod rząd starych, wysłużonych szafek, zdała sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze, nie miała pojęcia, która szafka należała do przyjaciółki Pauliny. Po drugie, był to dopiero pierwszy dzień szkoły (nie licząc rozpoczęcia), więc zapewne i tak nie byłoby w niej nic istotnego. Cóż, życie nie było amerykańskim filmem, a Alicja Filipowicz wcale nie była zawziętym detektywem specjalizującym się w odnajdywaniu porwanych nastolatek.

      Oparła się plecami o metalowe szafki, nie zdając sobie sprawy, że jeszcze wczoraj jedna z nich została zdemolowana przez lokalną satanistkę z kręgu cygańskich lesbijek. Przeczesała włosy dłońmi, zastanawiając się, co powinna dalej zrobić. Oczywiste było, że na drugiej lekcji musiała udać się do gabinetu Rusickiej, ale co do tego czasu? Bezczynnie pałętać się po korytarzach? Iść na lekcję, jak gdyby nigdy nic?

      Po dłuższej chwili chwyciła w końcu za plecak, który wcześniej rzuciła na podłogę, i uznała, że to nie pora na wagarowanie. Posłusznie ruszyła więc w stronę sali lekcyjnej, choć nie do końca wiedziała, gdzie dokładnie się znajduje. Zaczęła błądzić po szkolnych korytarzach…

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      3
      • JohnyTRSJ Niedostępny
        JohnyTRSJ Niedostępny
        JohnyTRS jako Szarzyzna
        Mecenas
        napisał ostatnio edytowany przez
        #78

        Szarzyzna

        Teren liceum, pierwsza lekcja, przerwa.


        Adam

        Skończył z monetami i się rozejrzał. Dyrektorki na pewno już na sali nie było, tak samo jak chyba już wszyscy nauczyciele opuścili salę. Reszta uczniów tak samo, opuszczała salę, niektórzy dla żarty na siłę pchali się do wyjścia, robiąc niepotrzebny tłok.

        Nie wszyscy przejęli się porwaniem.

        Głęboki wdech i ruszył prosto do ojca. Ten drugi policjant już go zauważył, to dobry znak, może tatuś będzie się zachowywał.
        - No, co chcesz? - bez żadnego przywitania ojciec przeszedł do rzeczy.

        Paulina

        Zdołała jeszcze złapać dyrektorkę, ale ta bez pardonu odparła, żeby przyszła na drugiej lekcji do jej gabinetu. I niemalże odbiegła znikając w budynku.

        W sali

        Zamieszanie spowodowane apelem powywracało całą pierwszą lekcją, więc o ile apel był krótki, to niewielu uczniów spieszyło się do swoich sal lekcyjnych (tylko kilku nauczycieli wyłapywało i organizowało konkretne klasy, blokujące potem jak skazańcy wejście do szkoły). Klasa do której was przydzielili nie miała tego problemu, więc kiedy wszystko się uspokoiło, minęło już co najmniej dwie trzecie lekcji i nauczycielka poza sprawdzeniem listy obecności i wypowiedzeniem kilku zdań nie mogła wiele zrobić. Przy sprawdzaniu listy obecności że brakuje kilku osób: Asi (nauczycielka aż się zawiesiła, uczniowie zaczęli się obrzucać spojrzeniami) oraz trzech uczennic i ucznia, chyba tych, którzy wczoraj rozwścieczyli dyrektorkę.

        Tą lekcją była Informatyka. Ale w sali nie było komputerów. Nauczycielka nawet nie ukrywała, że dotychczasowy nauczyciel (którego każdy z was znał, bo chyba nauczał tego przedmiotu w każdej szkole w Sokołowie) zrezygnował i nie ma następcy. Ona sama naucza matematyki i nie ma za bardzo pojęcia o komputerach, więc będzie dużo teorii, w tym architektury systemów i liczenia w systemie dwójkowym.

        Mikołaj

        Optymistycznie podszedł do tematu myśląc, że jest medium i zobaczy to, co się wydarzyło w nocy.
        Nic z tego nie wyszło, nic nie zobaczył, puścił tylko juchę z nosa (i to tak porządnie, krew leciała długo, ale już przestała, ciekawe co powie matka jak będzie musiała wyprać chusteczkę). Po tym eksperymencie pozostało jeszcze jedno: paskudny posmak na języku, przypominający trupa. Znaczy, Mikołaj nie wiedział jak smakuje trup, ale raz Ogar wytarzał się w lesie w jakiejś padlinie, wrażenia były podobne.

        Krzysztof.

        Bochenek trzymał mu miejsce w ławce, na twrzy miał ten swój specjalny uśmieszek, nie zwiastujący niczego dobrego:
        - No Poganin, jak tam rytuał? Gdzie ukryłeś zwłoki?
        On na pewno żartował.

        Alicja

        Najpierw zobaczyła Krzyśka, potem innych uczniów, którzy mogli być z jej klasy. Miała racją.

        Gdy zabrzmiał dzwonek na przerwę wyszła z sali jako pierwsza, by jak najszybciej wejść do gabinetu pani dyrektor. Czekała całą przerwę, bojąc się zapukać. Wreszcie drzwi do gabinetu się otworzyły i wyszłą z nich pokaźna grupa. To byli ci uczniowie, których wczoraj pani dyrektor obtańcowała na apelu. Oni byli z jej klasy. Trzy dziewczyny, jedna z nich rozsiewająca pogardę do całego świata oraz chłopak, który wyglądał jakby miał za chwilkę zejść na zawał. Albo, sądząc po minach towarzyszących jemu rodziców, spędzić najbliższe kilka lat przykutym do kaloryfera.

        Pro forma zapukał jeszcze w otwarte drzwi i weszła. Pomieszczenie było wysokie, poniemieckie, ale sam pokój zapełniały paździerzowe meble po nieboszce komunie. Na osobnym biurku pod ścianą stała maszyna do pisania. Dopiero po chwili do gabinetu wszedł ten gruby policjant, zdejmując czapkę. Alicja przestawiła się, powiedziała, do której klasy chodzi.
        - Dobrze Alicjo, co chcesz nam powiedzieć? - pani dyrektor przeszła do tmeatu, policjant milczał.
        Alicja miała niepewne wrażenie, że policjant ma ochotę "zalać robaka".

        Paulina

        Czekała pod gabinetem, rozbrzmiał dzwonek na drugą lekcję. Czekała. Wreszcie drzwi się otworzyły. Alicja niepewnie się uśmiechnęła:
        - Wchodź.
        Pomieszczenie było wysokie, poniemieckie, ale sam pokój zapełniały paździerzowe meble po nieboszce komunie. Na osobnym biurku pod ścianą stała maszyna do pisania. Zabiurkiem siedzieli pani dyrektor i ten policjant, co przemawiał na apelu. Paulina powiedziała jak się nazywa i do której klasy chodzi.
        - Czym chcesz się z nami podzielić? - pani dyrektor prowadziła rozmowę, policjant milczał.

        178.255.46.143
        Pan Psuj
        Ciężkie pióro, ograniczona fantazja, blokada twórcza, niemoc tfurcza, masa nierozwiniętych pomysłów. Długie posty praktycznie niemożliwe.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        4
        • CaiC Niedostępny
          CaiC Niedostępny
          Cai jako Mikołaj Pogorzelski
          napisał ostatnio edytowany przez Cai
          #79

          left aligned paragraph

          Mikołaj Pogorzelski

          Ledwo wysiedział. Dechy krzesła uwierały. Sprawy organizacyjne wykładane przez nauczycielkę osiągały głęboką entropię tuż po dotarciu do uszu. Nie potrafił się skupić. Przez to nie oblazły go groźby systemów dwójkowych i architektur. Co odjął chustkę od nosa, krople krwi rozbijały się w abstrakcyjne kleksy na śnieżnej bieli kartki. Zapach wciąż pachnącego drukarnią zeszytu mieszał się z trupim posmakiem wypełniającym usta. Jakby gniły mu dziąsła. W teście Rorschacha widział rozdarte nietoperze. Do galerii osobliwości tańczących po głowie, pełnych Piotrusiów Panów, Alicji z Krain Czarów, Dalszimów i opętanych dzieci z horrorów, dołączył Batman i jego gromada schizofrenicznych oponentów. Mikołaj tłumił ochotę wyrżnięcia czołem o ławkę, by przywołać myśli do porządku, zaprząc do roboty. Potrzebował odpowiedzi. Nie wyczerpania i paraliżujących emocji.

          Po wielu odprężających oddechach i próbach zogniskowania wzroku na bohomazach, rozkładał zdarzenia na części. Wiedział, że pierwszy kontakt z mocą nie wywołał negatywnych skutków. Niósł dziką satysfakcję i poczucie wielkości. Teraz cierpiał. Warianty. Spróbował zbyt szybko. Czegoś zbyt trudnego, spoza swej dziedziny, zupełnie niewłaściwie. Bardziej Mag niż Wampir. Ręka trzymająca długopis chodziła mimowolnie po fakturze kartki. Półświadome ruchy pozostawiały bazgroły wokół rozlanych czerwonych plam. Z ostrokształtnych hieroglifów pod dłonią rozkwitła róża. Przyczyną, promieniowanie z Czarnobyla. Chemikalia podane razem z płynem Lugola. Nanoboty przemycone w szczepionce. Kosmiczne kryształy. Starosłowiańskie kurhany odsłonięte przez powódź. Przypomniał sobie o Danielu siedzącym obok. Szwab i jego Ahnenerbe. Kumpel unikał kontaktu jakby on sam był upiorem. Gorzej, nauczycielem, szukającym pacjenta pod tablicę. Sprawcą porwania, całego zła tego świata, rysującym mapę ukrycia zwłok, świętokradcze symbole zsyłające ofiarę wprost do piekła.

          Mikołaja szturchnęło. Odrywając wzrok od ławki był w stanie wychwycić podobnych sobie. Tych, którzy próbowali, polegli i wyglądali jak gówno. Z uwagą przyglądał się uczniom, a już zwłaszcza Adamowi, którego pierwszego o nieziemskie konotacje podejrzewał.

          Zadzwonił dzwonek. Chłopak niedbale zrzucił rzeczy do plecaka i pognał do łazienki. Przemył twarz, orzeźwiając się wodą parskającą z kranu. W przybrudzonym lustrze odbijał się koszmar. Schodząca żółta śliwa na łuku brwiowym, wybijająca z tła pobladłej cery. Oczy o popękanych naczynkach. Zaschnięty poślad nad wargą. Wyszczerzył zęby dla dopełnienia efektu. Otworzył szeroko szczękę. Obrócił szyję na boki. Sprawdzał, czy aby z ust zdechła mysz nie wypadnie. Smak mówił, że właśnie tam dokonała żywota. Sięgnął do kieszeni. Poza jedną przesiąkniętą chustką, nie miał czym się wytrzeć. Papieru w kiblu nie było. Pochodzi do wyschnięcia. Haftowany inicjałami kawałek materiału wyrzuci. Powie, że zgubił. Po cóż rodzić zbędne pytania?

          W spodniach wymacał za to coś istotnego. Portfel piszczący cienko dolą biedaka, a w nim zakładkę skrywającą legitymację szkolną i kartę TP S.A. Całe częściowo zużyte pięćdziesiąt impulsów. Jak Indiana Jones ruszył na poszukiwania zaginionego automatu. W szkole, poza szkołą? Za jedno. W końcu stanął przed niebieskim aparatem telefonicznym. Marszcząc czoło szukał właściwych cyfr, które nawiązałyby taryfę z Centrum Szkolenia Wojsk Łączności. Gdy niesforne liczby w miarę równo ustawiły się w szereg, jak tylko wśród najlepszych chęci, żołnierze unitarki byliby w stanie, włożył kartę i wybrał numer, wciskając obtarte metalowe guziki. Tysiąc lat później, po przebrnięciu przez dyżurnych, niekończące się oczekiwanie trawiące cenne impulsy, niczym pożary, lasy deszczowe, usłyszał oficjalne i zmęczone.

          — Major Pogorzelski, słucham?

          — Cześć, Mikołaj mówi — szukał słów sprawnych i oszczędnych. — Ważna sprawa jest. Wczoraj była dyskoteka zapoznawcza…

          — No, zdaje się, nie wysiedziałeś do końca.

          — W nocy porwali dziewczynę z klasy. Joannę Kowalczyk. Jej matkę pobito. Jak jechaliście, widziałeś co podejrzanego? Dziwnych typów? Samochody na obcych blachach? — pytał z nadzieją.

          Na razie odpowiadało mu milczenie. Nie dziwił się. Pierwszy szok uderzał z mocą obucha. Wymagał pozbierania myśli.
          — Policja jest w szkole. Wypytują świadków — dodał sprawie ciężkości.

          Rozłączył się, oparł ciężarem ciała o obudowę kabiny. Westchnął ciężko. Zaraz miała się zacząć druga lekcja. Bawił się magnetycznym kawałkiem plastiku, świadomy, że i tak się spóźni. Był punktualnym uczniem, do czasów apokalipsy. Dobrze usprawiedliwiała wywrócenie społecznych porządków. Wybrał jeszcze jeden numer, zamierzając do końca patrzeć jak kreski z karty umierają niczym rybki w zaniedbywanym akwarium.

          Podniosła słuchawkę. Nic nie mówiła. Za cichym szumem połączenia, po drugiej stronie wyczuwał obecność. Tylko, czy o tej porze nie powinna być aby w szkole?

          — Felicja? — wolał się upewnić. Nie chciałby palnąć czegoś niewłaściwego do jej starego, albo rodzicielki. Większa szansa, że któreś z nich odbierze.

          — Kaj? — nie wiedzieć czemu, skracała Mikołaja, jakby nadmiar liter ją drażnił. Jak dzieciak z Andersena co to dostał odłamkiem lustra w serce i oko. Stał się złośliwy i obojętny. W sumie, spoko. Może i to była właściwa postawa na Krainę Lodu, świat pełen bałwanów i zimnych skurwieli. — Coś się stało?

          — Nic, nic, dobrze usłyszeć twój głos — oddałby ostatniego szluga byleby tylko wyrwać się z budy i pojechać do Złotoryi. Zobaczyć się. Byle nie tutaj, gdzie grasowały zbiry.

          — Ciężki drugi dzień? — nie pozwoliła się nabrać.

          — Jakby wykopali mnie z gniazda. Kazali wzlecieć pod niebo. Pośród jastrzębie. Znające każdy wir, prąd, każdy manewr. Głodne.

          — … — już któryś raz dzisiaj odpowiedziała mu cisza. Gdyby miał obstawiać, miała wyraz twarzy łudząco podobny do Krzycha z boiska. Przegrałby.
          — Dać się pożreć, spaść lub spalić w słońcu? — zapytała w rozbawieniu. Dla niej odpowiedź była oczywista. — Sądzę, że widok byłby wart wszystkiego.

          Telefon zdechł. Pozostał równomierny, bezduszny ciąg sygnału. Chłopak uśmiechnął się do siebie. I do świata, który wciąż obelżywie wystawiał mu środkowy palec. Zlekceważył nic nie znaczący gest pięciolatka. Zarzucił plecak na ramię i ruszył przed siebie. Pod koronami drzew, trzymając się cieni. Unikając wzroku drapieżników, jeszcze.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          4
          • Arthur FleckA Niedostępny
            Arthur FleckA Niedostępny
            Arthur Fleck jako Krzysztof Komeda
            napisał ostatnio edytowany przez
            #80

            text alternatywny

            Krzysztof Komeda

            — No Poganin, jak tam rytuał? Gdzie ukryłeś zwłoki?

            — Bardzo śmieszne — rzucił Krzysiek i usiadł na krzesełku obok kolegi. Bochenek był błaznem w każdym znaczeniu tego słowa i nic go nie ruszało. Do dziś pamiętał pogrzeb jego dziadka. Służył wtedy do mszy a Bochenek co chwila posyłał mu dyskretnie "faki". W piątej klasie pokazanie komuś środkowego palca było szczytem komedii i 12-letni Krzysiek tylko dzięki silnym zawiasom w szczęce i resztkach przyzwoitości nie parsknął śmiechem.

            Babka od matematyki zaczęła sprawdzać obecność, a Piotrek pochylił się w stronę Krzyśka.

            — Z tą Aśką to się tak nie przejmuj. Pewnie się zawinięła z miasta z jakimś Cyganem. Siedzi teraz w taborze i uczy się wróżyć z ręki, albo żebrać pod kościołem.

            — Ty to jednak jesteś pierdolnięty.

            — Panowie w ostatniej ławce, przeszkadzam wam w czymś? — Matematyczka patrzyła prosto na nich. — Może podzielicie się z resztą klasy tą fascynującą rozmową?

            — Nie, przepraszamy — rzucił szybko Krzysiek, spuszczając głowę. Temat taboru i zaginionej Aśki zdechł, zanim w ogóle zdążyli go na dobre rozwinąć.

            Może to i lepiej.

            Gdy zaczęła się lekcja wyciągnął zeszyt i zaczął przepisywać z tablicy. Pięć minut później poczuł ostre szturchnięcie łokciem pod żebra.

            Spojrzał w bok. Bochenek wcale nie notował. Na kolanach pod blatem stolika trzymał rozłożone pisemko. Na rozkładówce prężyła się blondyna z piersiami wielkimi jak donice.

            — Najnowszy numer — szepnął Piotrek z nieskrywaną dumą. Ślinił palec i ostrożnie kartkował strony świeszczyka, jednym okiem sondując matematyczkę.

            — Kurwa, schowaj to, bo będzie przypał — syknął Krzysiek. Bochenek w odpowiedzi posłał mu uśmieszek i z namaszczeniem odwrócił kartkę.

            Chłopak zamrugał. Z kolorowego zdjęcia uśmiechała się modelka w przykrótkim habicie i z różańcem w dłoniach. Przed oczami stanęła mu poranna msza, siostra Faustyna i jej wstydliwa wpadka. A potem sala gimnastyczna i Paulina wisząca w powietrzu.

            Odłożył długopis na zeszyt a w głowie pojawiła niedorzeczna myśl. A co, jeśli to on to zrobił? Co, jeśli po prostu na nie patrzył i to się zadziało? Złapał Paulinę w powietrzu swoimi myślami, tak samo jak wcześniej rozdarł habit siostry Faustyny. Może ślepa babka Maciejakowej miała rację i nie był zwykłym dzieckiem? Może jako przyszły biskup urodził się żeby czynić cuda jak ojciec Pio? Tylko czy święty słuchałby Black Sabbath i fantazjował o zakonnicach? Tatuował sobie smoka na dupie? Kłamał matce w żywe oczy i tańczył z dziewczynami na dyskotekach? Istniało też inne wytłumaczenie. Został opętany przez Złego, tak jak kiedyś ostrzegała Helena Komeda.

            O ile te dziwy to rzeczywiście jego sprawka.

            Nie mógł się o tym przekonać inaczej jak znów użyć swojego Wzroku. Powtórzyć eksperyment. Wtedy miałby pewność.

            Rozejrzał się po klasie szukając ofiary, na której mógłby wypróbować swoją moc. Bochenek odpadał, dalej ślinił się do zdjęć i gdyby zwrócił na siebie uwagę, obaj mogliby mieć z tego kłopoty. Wzrok prześlizgnął się po głowach kujonów z pierwszych ławek i zatrzymał pod tablicą. Matematyczka stała do nich tyłem i zapisywała kolejne linijki jakichś wzorów. Była idealnym celem. Jeśli faktycznie siedział w nim diabeł, o którym ciągle gadała matka, to zaraz wywinie babce niezły numer.

            Wbił spojrzenie prosto w tyłek nauczycielki i napiął kark, wyobrażając sobie jak jej spódnica drze się na wysokości jej majtek.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            4
            • NamiN Niedostępny
              NamiN Niedostępny
              Nami jako Paulina Kwiatkowska
              Mecenas
              napisał ostatnio edytowany przez Nami
              #81

              text alternatywny

              Paulina Kwiatkowska

              Dziewczyny poszły na lekcję informatyki całkowicie przybite. Bardzo dużo rozmyślały, szukały niepasujacych wspomnień z wczorajszego wieczoru, jakiegokolwiek punktu zaczepienia.
              Paulina siedziała sama oparta o ścianę, plecak rzuciła na wolne krzesło obok siebie. Ławkę za nią siedziała Kasia z Magdą. Blondynka była w rozsypce, ciągle wycierała mokre oczy chusteczką.
              — Musimy coś zrobić — Kasia nerwowo stukała długopisem o zeszyt
              — Magda, będzie dobrze…
              — A skąd ty to możesz wiedzieć… — załgała Wiśniewska.

              Fakt, nie mogły wiedzieć. Ale nie mogły też patrzeć na zalewającą się łzami Magdę.

              — Bo musi. Znajdziemy kogoś, kto dostęp do ciemni, wywołamy zdjęcia z wczoraj. Nie powiem policjantom o aparacie, same musimy to sprawdzić.
              — Dokładnie, przecież oni to pyrgną w kąt. Nie raz widziałam w Ekstradycji — Kasia była zdeterminowana i pewna siebie, jak zawsze — Coś wykminimy.

              Magda tylko kiwnęła głową i wydmuchała nos. Paulina chciała coś jeszcze powiedzieć, ale nagle odezwała się nauczycielka.

              — Panowie w ostatniej ławce, przeszkadzam wam w czymś? — Matematyczka patrzyła prosto na Bochenka i Komede. — Może podzielicie się z resztą klasy tą fascynującą rozmową?

              Dziewczynom serce prawie wyskoczyło z klatki. Na szczęście to nie ich rozmowy okazały się problemem. Momentalnie wszystkie zerknęły na Bochenka i Komedę. Przestały rozmawiać, ale w sumie i tak miały już swój mały plan. Wystarczyło tylko przeżyć lekcję, przeżyć spowiedź u policjanta, dowiedzieć się czegoś, wywołać zdjęcia i… Coś zdziałać.

              — Wciągamy ich w to, co nie? — zapytała Magda głosem pozbawionym chęci życia.
              — Są nam to winni — skwitowała Kasia z półuśmieszkiem i zarzuciła włosami — Niech tylko spróbują się wymigać…

              text alternatywny

              Paulina przez chwilę stała w miejscu, jakby dopiero teraz dotarło do niej, że faktycznie przyszła — że to nie jest już rozmowa gdzieś na boku, tylko coś, co zaraz zostanie wypowiedziane na głos i przestanie być tylko myślą. Usiadła na wprost biurka, przed policjantem.

              — Ja… — zaczęła, ale urwała, prostując się odruchowo, jakby chciała brzmieć pewniej, niż się czuła. — Chodzi o wczoraj.

              Na moment zerknęła na policjanta, potem wróciła wzrokiem do dyrektorki, bo to było łatwiejsze.

              — Nie wiem, czy to coś ważnego — dodała ciszej, marszcząc lekko brwi. — Wczoraj wszyscy byliśmy w Miami. Ja, Kasia Nowak, Magda Wiśniewska i Asia. Na tej dyskotece jakoś około dwudziestej, przyszła grupka takich dresów, zachowywali się prowokująco i agresywnie, nie zostali wpuszczeni. Potem o dwudziestej drugiej wracałyśmy wszystkie samochodem z mamą Asi, każdą z nas odwiozła, mnie ostatnią i miały wrócić też do domu… Czy to znaczy, że one nie dojechały nawet do domu? Przecież to tak blisko…

              Paulina czuła, jak drżą jej dłonie oraz głos. Nerwowo przełknęła ślinę. Rzuciła krótkie spojrzenie na policjanta i odniosła wrażenie, że ma to wszystko w dupie. Nie tyle jej stan, co sytuację.

              — Asia była z bogatej rodziny, pewnie porywacze chcą pieniędzy, ale to przecież nie powinien być problem, na pewno zapłacą!

              Nastolatka potarła kciukiem wierzch drugiej dłoni. Skupiła się, westchnęła. Musiała teraz obserwować reakcję policjanta.

              — Ja znam syna jednego z policjantów, mówił, że Asię i jej mamę napadnięto pod domem. A pan an apelu nawet wspomniał chyba, że to czarny samochód tam gdzieś stał w pobliżu i takim odjechali? Miał taki znaczek… jak Fiat? Nigdy nie znałam się na autach. Jakiś nowy, skoro tak cicho odjechał po tym wszystkim… Ale pewnie Pan i tak nic nie wie, jakby Pan wiedział, to po co by pytał, prawda?

              Paulina zaczęła grać na zwłokę. Liczyła, że czegoś się dowie, chociażby niechcący. Niektórzy dorośli nie lubili, jak im dzieciak wciskał kit, więc musieli go spacyfikować i poprawić, aby podnieść swoje ego. Miała nadzieję, że i w tej sytuacji to nastąpi.

              Niestety przeliczyła się. Gabinet opuściła nie tylko smutna, ale i lekko wkurzona. W jej głowie podstęp był majstersztykiem! Najwyraźniej w głowach dorosłych, był mierną próbą wydobycia informacji poprzez manipulację. Bardzo ciekawe, że oni niby tacy bystrzy?

              — No i jak, sypnęli coś? — Kasia podleciała od razu z podekscytowaniem
              — A daj spokój... — Odparła Paulina z dąsem.
              — Ale mówiłaś, że same możemy się czegoś dowiedzieć, nie?

              Magda wyglądała jak spuchnięty pawian. Żadna jednak nie miała na tyle zimnego serca, by jej to oznajmić. Złapały tymczasowe zawieszenie, gdy przyglądały się jej twarzy. W końcu Kasia otrząsnęła się jako pierwsza.

              — No, no tak, wiadomo. Idziemy póki przerwa, wyłapać takich gości, którzy do psów na pewno nie zajrzą. Nie powiedzą im, więc powiedzą nam, proste, prawda? — Kasia musiała rzucić jeden z tych swoich uśmiechów, kiedy to jest z siebie dumna jak paw — A przy okazji znajdziemy i kogoś, kto ma dostęp do ciemni. Urwiemy się z budy i tyle.

              Paulina musiała przyznać, że Kasia ładnie to skwitowała. Miały w zamiarze działać według tego planu. Znaleźć ludzi o gorszej reputacji i zapytać czy coś wiedzą, chociażby o miejscu zdarzenia. Znaleźć też kogoś, kto wywoła im zdjęcia.

              🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              5
              • Pan ElfP Niedostępny
                Pan ElfP Niedostępny
                Pan Elf jako Alicja Filipowicz
                napisał ostatnio edytowany przez
                #82

                text alternatywny

                Alicja Filipowicz

                Lekcja minęła szybciej, niż mogłoby się wydawać. Alicja przez całe czterdzieści pięć minut była pogrążona we własnych myślach, wciąż rozpamiętując poprzedni wieczór i próbując odtworzyć wydarzenia tak, by wychwycić coś, co do tej pory mogło jej umknąć. Klub Miami, przywitanie z dziewczynami, taniec z Krzyśkiem i banda dresów, w której próżno doszukiwała się własnego brata - choć ten ponoć tam był. A potem angielskie wyjście i nocny bieg przez puste, ciemne ulice miasteczka. Czyjeś kroki tuż za plecami, zlewające się z głośnym biciem serca i przyspieszonym oddechem. Czy rzeczywiście uniknęła porwania? Czy gdyby niefortunnie potknęła się po drodze, to teraz jej szukałaby policja zamiast przyjaciółki Pauliny? Jaki los spotkał Aśkę?

                Długopis, którym przez cały czas się bawiła, żeby czymś zająć dłonie, nagle pękł na pół, a wkład rozlał się po jej palcach i ławce. Zaklęła cicho pod nosem i szybko sięgnęła do plecaka po chusteczki, wycierając ręce i blat. Dopiero wtedy wyrwała się z pętli własnych wspomnień i zorientowała, że minęła już prawie cała lekcja.

                Kiedy tylko zadzwonił dzwonek, Alicja poderwała się z ławki i jako pierwsza wyparowała z sali. Kroki skierowała w stronę starego budynku, gdzie znajdował się gabinet Rusickiej.

                - Dobrze, Alicjo, co chcesz nam powiedzieć?

                Słowa te uderzyły w nią niespodziewanie, choć przecież właśnie po to tam przyszła.

                Siedziała na krześle przed biurkiem, za którym znajdowali się dyrektorka i policjant. Z jakiegoś powodu czuła się tak, jakby to ona była winna. Przez chwilę milczała, wpatrując się najpierw w kobietę, a potem przenosząc spojrzenie na mężczyznę. Przez jej ciało przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Policjant nie wzbudzał zaufania. Wyglądał raczej na kogoś, komu nie do końca podobało się to, gdzie się znajdował. Alicja skrzywiła się lekko i znów spojrzała na dyrektorkę.

                - Byłam wczoraj na imprezie z Aśką i koleżankami... - zaczęła powoli, zerkając co jakiś czas nieufnie na policjanta i próbując odczytać jego reakcję na swoje słowa.

                Choć z jakiegoś dziwnego powodu zaczęła żałować, że w ogóle tu przyszła, ostatecznie niczego nie zataiła. Opowiedziała o dyskotece, grupce nieznanych dresiarzy zaczepiających Adama, a przede wszystkim o swoim powrocie do domu. O tym, że ktoś za nią szedł. O tym, że zaczęła biec, ale mimo to wciąż miała wrażenie, że ten ktoś jest tuż za nią. Dokładnie opisała trasę, którą wracała do domu.

                - Dopiero za zamkniętymi drzwiami, w domu, poczułam, że jestem bezpieczna.

                Dopiero wtedy zorientowała się, że przez całą opowieść ściskała w dłoniach pasek od plecaka. Puściła go i przesunęła dłońmi po materiale dżinsów, jakby chciała wytrzeć o nie spocone palce.

                Kiedy wyszła z gabinetu, poczuła dziwną ulgę. Być może było to jedynie złudzenie, ale w pomieszczeniu panowała bardzo nieprzyjemna, wręcz dusząca atmosfera. No i ten policjant…

                Przed gabinetem natknęła się na Paulinę. Uśmiechnęła się do niej niemrawo, po czym odsunęła na bok, przepuszczając ją do środka.

                - Wchodź - powiedziała tylko tyle, choć chciała powiedzieć znacznie więcej. Nie było jednak na to czasu. Poza tym nie do końca wiedziała, co właściwie mogłaby jej powiedzieć.

                Postała jeszcze chwilę pod gabinetem, ale nie chciała zostać przyłapana na podsłuchiwaniu, więc ostatecznie ruszyła wolnym krokiem korytarzem, szukając kolejnej sali lekcyjnej. Po drodze zastanawiała się nad tym, jakie kroki powinna podjąć dalej. Ostatecznie doszła jednak do wniosku, że zrobiła wszystko, co mogła. Poza tym Aśka nie była nawet jej koleżanką. Już i tak zrobiła wiele, żeby pomóc w tej sprawie. Nie miała żadnych powodów, by bawić się w detektywa na własną rękę, a już na pewno nie miała w tym doświadczenia.

                Należało zostawić to ludziom, którzy wiedzieli, co robią...

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                5
                • JohnyTRSJ Niedostępny
                  JohnyTRSJ Niedostępny
                  JohnyTRS jako Szarzyzna
                  Mecenas
                  napisał ostatnio edytowany przez JohnyTRS
                  #83

                  Szarzyzna


                  Krzysztof Komeda

                  Do dzwonka zostały jeszcze ze dwie minuty widział to na zegarze wiszącym nad tablicą. Skoncentrował i wyobraził, co robi, mimowolnie zacisnął pięści i napiął ramiona, co było wystarczające, żeby odwrócić uwagę Piotrka od jego grzesznego pisemka.

                  Spódnica nauczycielki rozdarła się, jakby niewidzialne ręce ciągnęły za materiał. To było szybkie, rozdarcie poszło niemal do samego końca, pokazując nogi nauczycielki i zatrzymując się dopiero na dole na lamówce.

                  ZROBIŁ TO!

                  (...)
                  A kto się zbudzi nie wierzy w przebudzenie
                  (...)

                  Muzyka

                  Pod koniec lekcji w klasie zapanował chaos, darcie się materiału było wystarczająco głośne, żeby każdy to usłyszał, jakaś dziewczyna z przodu pisnęła, ale typową reakcją były przytłumione śmiechy i prychnięcia, a kiedy przerażona nauczycielka odwróciła się tyłem do tablicy, wszyscy umilkli. Nauczycielka nerwowo sprawdziła stan swojej garderoby i idąc tyłem do tablicy wróciła na miejsce za biurkiem. Była zmieszana, zdenerwowana... można by długo wymieniać.
                  Po chwili zadzwonił dzwonek i nauczycielka bez słowa pozwoliła wszystkim wyjść.
                  Krzysztof w tym momencie zrobił błąd. Popatrzył się na Piotrka, który dziwnie się nie niego patrzył.
                  - Co?
                  - Jak jej się rozdarło to miałeś minę jakbyś miał zatwardzenie.

                  Ten zawsze walił takim tekstem, który równał się ciosowi w zęby.

                  Mikołaj

                  Budka była na szczęście przy samej szkole, zaraz obok przystanku PKS.

                  Rozmowa z tatą nie dała mu żadnych informacji. Po krótkim OP, dlaczego nie jest w szkole ojciec powiedział mu, że niczego nie widział.

                  Po rozmowie z Felicją wbiegł do szkoły. Nawet za bardzo się nie spóźnił. Drugą lekcją była historia.

                  Alicja

                  Złożenie zeznań w gabinecie pani dyrektor nie przyniosło ulgi. Wróciła do klasy. Tym razem to była ich własna klasa, lekcją była historia. Nauczyciel widocznie spodziewał się, że ktoś mógł być u pani dyrektor i poza nazwiskiem do listy obecności o nic się nie spytał.

                  Ich wychowawca krótko odniósł się do zaistniałej sytuacji, ale po chwili zaczął prowadzić normalną lekcję, poczynając od pierwszych stron podręcznika, czyli os starożytności, Sumerowie, etc.

                  Paulina

                  Mimo że już zaczęła się druga lekcja po korytarzach kręciło się jeszcze trochę uczniów. Albo wyglądało to tak zawsze, albo szkołę ogarnęło odprężenie.

                  Chciała działać i to teraz. Widocznie teraz się nie uda, może na następnej przerwie da się kogoś złapać, kto im pomoże. Przechodziły właśnie obok toalet, kiedy z pomieszczenie wyszła Ona. Paulina szybko ją rozpoznała, to była... musiała przypomnieć sobie jej imię... Renata, tak Renata! Nigdy Renia. To była dziewczyna... nie, siostra kumpla jej brata, były prrzecież razem na jednej domówce. Paulina miała przeczucie.
                  - Renata?
                  Trafiła dobrze, tamta się zatrzmyałą i spojrzałą na nią. Chyba jej nie pamiętała.
                  - Eee tak?
                  - Jestem Paulina, siostra Michała, twój brat się z nim kumpluje, byłyśmy tazem na imprezie w... - tu Paulina rzuciła szczegółami, po których Renata ją w końcu poznała. I nie bawiąc się w półsłówka wyłusczyła jej problem, czy wie co się stało.

                  Trafiła w dziesiątkę. Jeszcze kilka faktów i okazało się, że Renata mieszka na tej samej ulicy co Asia, tylko ze sto metrów dalej. Renaty nie było w Miami, jej brata też nie, ale wszyscy zostali obudzeni przez policyjne syreny, potem doszła jeszcze karetka. Wyszło na to, że Asia została porwana dosłownie sprzed swojego domu. Policja jeszcze w nocy budziła ludzi pytaniami, czy ktoś coś widział. Renata nic nie widziała.
                  Dla Pauliny nawet to było dużo, wiedziała już gdzie to się stało. Skoro tak dobrze jej szło, poszła za ciosem:
                  - Wiesz może kto ze szkoły ma ciemnię? No wiesz, do wywoływania zdjęć.
                  Renata nie musiała się długo namyślać:
                  - Kuba z trzeciej A. Ale on jest taki trochę dziwny. Pomoże wam, ale nie za darmo - palcami wykonała gest liczenia pieniędzy.

                  Więcej nie wyciągnęła. Renata pognała do klasy. Co teraz? Iść do klasy na lekcję, czy dalej kręcić się po korytarzach, czy może walić szkołę i się urwać?

                  178.255.46.143
                  Pan Psuj
                  Ciężkie pióro, ograniczona fantazja, blokada twórcza, niemoc tfurcza, masa nierozwiniętych pomysłów. Długie posty praktycznie niemożliwe.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  4
                  • CaiC Niedostępny
                    CaiC Niedostępny
                    Cai jako Mikołaj Pogorzelski
                    napisał ostatnio edytowany przez Cai
                    #84

                    left aligned paragraph

                    Mikołaj Pogorzelski

                    Wrócił do budynku po dzwonku. Korytarze były puste, nie licząc niedobitków z gabinetu dyrki. Nie widział nikogo ze swoich. Stał przed drzwiami, zakręcony, czy aby klasa właściwa? Na pewno teraz „Historia”? Pukać, wbijać na pewniaka? Panika pierwsza zaczęła pukać, od środka po żebrach. Mógł sprawdzić w przebazgranym do zeszytu planie lub zawierzyć swej pamięci, a komu innemu dziś ufać jak nie sobie? Nacisnął klamkę. Chwilę dopasowywał poznane twarze do tych co siedziały w ławkach. Wszedł i nie wybrzydzał. Nie pchał się na koniec. Usiadł, gdzie było wolne. Koło ziomka z włosami na żel i ciemnymi okularami podciągniętymi na czoło. Kontrastowali. Typ wolał ubiór w bieli.

                    Rozpakował się i starał wsłuchać w słowa Wrony. Podziwiał jak otoczenie potrafiło umiejętnie schować się za fasadą. Za tym co znali i robili od zawsze. Niewrażliwi na wszelkie turbulencje. Też tak spróbował. Sumerowie, jasne, że Sumerowie. Najważniejsi. Jeżeli przyczyną porwania było przejawienie mocy, cieszył się, że ujawnili się inni. Planował zejść poniżej linii radaru, ukryć, obserwować i zbierać dane. Uczyć się na pociskach strącających migające jasną czerwienią punkty. Dobrze, że Bochenek. Pozostałych byłoby szkoda.

                    Wbijał się wzrokiem w zboczeńca. Nadeszły ciężkie czasy dla dziewczyn. Oto nadciągał postrach żeńskich szatni. Z rentgenem w oczach. Siłą woli zrywający majtki i staniki. Krzywym uśmiechem sprawiający, że chętne i napalone oddają mu się w szkolnym kiblu. Niedługo Sokołów nawiedzą niechciane ciąże. Świeży chlebek dla każdego. Złamał w dłoni obgryziony ołówek.

                    Czuł się poddawanym analizie. I nie była to Kasia. Łukasz Zaręba, jak dowiedział się z odczytywanego dziennika. Obecny kolega z ławki. Niby od niechcenia przybliżał się krzesłem, że prawie styknęli się ramionami. To coś szurnął, coś poprawił, cały czas zerkał.

                    — Te, trenujesz? Ile masz w bicu? — w końcu się zdradził z fiksacją.

                    Mikołaj zaskoczony wykrzywił usta w podkowę. Nie wiedział.
                    — Stary — napiął muła, starając się oszacować. — Nie idzie o obwód, a o pierdolnięcie.

                    — A — Zarębie z przyłożenia było łatwiej. Odmierzył i wyraźnie się uspokoił. — Mój większy. Boks?

                    — Taa, w Gwardii — zaczepiony Pogorzelski przyjrzał się uważniej rozmówcy. Przytyrany. Białko, może meta, a mimo to niepewny. — Siłka?

                    — Aha, k-u-l-t-u-r-y-s-t-y-k-a — Łukasz pilnował by się nie pomylić w literkach. Zagrał mięśniami karku dla podkreślenia. — Wujo robił w kopalni. Większy ode mnie. Wózek mu przejechał po ręce. I co? Się napiął i nie ucięło.

                    — Spoko, jak chcesz robić w kopalni — chłopak spuentował puentę.

                    — W kopalni może nie. Tatuaże. Patrz… — wygrzebał zeszyt ze szkicami. Z kartki łypał groźnie Schwarzeneger z wyrzutnią rakiet, wyjęty z filmu „Commando”. Trochę kanciasty i komiksowy.

                    Pogorzelski skinął z aprobatą.
                    — Przydałby się w mieście.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    4
                    • Arthur FleckA Niedostępny
                      Arthur FleckA Niedostępny
                      Arthur Fleck jako Krzysztof Komeda
                      napisał ostatnio edytowany przez Arthur Fleck
                      #85

                      text alternatywny

                      Krzysztof Komeda

                      O kurwa.

                      To była pierwsza myśl Krzyśka, gdy szwy, które jakieś chińskie dziecko w pocie czoła ręcznie zszywało za miskę ryżu, on tak po prostu je sobie rozdarł gapiąc się na spódnicę nauczycielki.

                      Jestem Antychrystem. Matka mnie zabije.

                      Komeda zbladł i wcale nie wyglądał jakby miał zatwardzenie tylko ciężką anemię albo nawet białaczkę. Popatrzył na Bochenka, ale nie potrafił wydusić z siebie słowa. Gdy tylko rozległ się dzwonek chwycił plecak i wystrzelił z ławki co dało Piotrkowi paliwo do kolejnych rozważań nad naturą jego problemów proktologicznych.

                      -Hahaha, Poganin ma sraczkę! - zdążył usłyszeć zanim pchnął drzwi i wybiegł na korytarz.

                      Chwilę później znalazł się w łazience. Stanął przed kranem, odkręcił wodę a potem zimnym strumieniem schlapał twarz jakby próbował zmyć z oczu to co przed chwilą zobaczył. Ani przez chwilę nie zakładał, że mu się uda. Że siłą umysłu będzie w stanie wpłynąć na materię, rozerwać spódnicę matematyczki. Takie rzeczy działy się przecież tylko na filmach. Krzysiek całe życie słuchał o cudach, o tym jak wszechmocny jest Bóg. Jako dziecko żył w przekonaniu, że świat naprawdę jest pełen aniołów i biblijnych bytów wpływających na rzeczywistość. Potem jednak zaczął dostrzegać, że świat jest zupełnie normalny i prozaiczny. Że żadna niewidzialna siła nie wpływa na jego życie. Gdy w lipcu woda zaczęła przedzierać się przez wały przeciwpowodziowe modlitwy matki i księdza proboszcza gówno pomogły. Rzeka się nie cofnęła a wielu porządnych ludzi z dnia na dzień straciło swoje domy. Komeda mógł podać tysiąc przykładów gdy siły biologii i fizyki robiły z ludźmi co chciały i ani jednego, gdy siły nadprzyrodzone zapobiegły jakiejkolwiek tragedii.

                      A jednak szwy na dupie nauczycielki puściły. Puściły bo tego chciał. Tego nie dało się wytłumaczyć inaczej jak nadludzką interwencją. Komeda zakręcił wodę i spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Szukał w oczach żółtych tęczówek i pionowych źrenic. Ściągnął wargi palcami, odsłaniając zęby, by sprawdzić czy kły nie zaczęły mu się wydłużać. Zmacał dłonią czoło pod grzywką, sprawdzając czy pod skórą nie wyrzynają mu się rogi. Nie zauważył żadnych odwróconych krzyży, żadnych znaków bestii. Wyglądał zupełnie normalnie.

                      Ostatni raz spojrzał w taflę lustra a potem ruszył w kierunku drzwi z postanowieniem, że musi znaleźć Mikołaja i Paulinę.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      4
                      • Pan ElfP Niedostępny
                        Pan ElfP Niedostępny
                        Pan Elf jako Alicja Filipowicz
                        napisał ostatnio edytowany przez Pan Elf
                        #86

                        text alternatywny

                        Alicja Filipowicz

                        Weszła do klasy grubo po dzwonku. Na całe szczęście nauczyciel nie zadawał żadnych dodatkowych pytań.

                        - Alicja Filipowicz - odparła, kiedy mężczyzna zapytał o nazwisko, żeby zaznaczyć obecność w dzienniku.

                        To tyle. Nic więcej. Nie musiała się tłumaczyć, nie musiała usprawiedliwiać spóźnienia. Wrona musiał domyślić się, że była jedną z tych osób, które trafiły na “spowiedź” do dyrektorki. Zresztą nie tylko on.

                        Kiedy po wejściu do sali zatrzymała się na krótki moment, poczuła na sobie wzrok wszystkich uczniów. Nie było to przyjemne uczucie. Każdy z nich musiał już wiedzieć, że składała zeznania policjantowi.

                        Co takiego wiedziała, skoro tam poszła? Czy wiedziała, gdzie jest Asia? Widziała, kto ją zaatakował i porwał? Dlaczego ją porwał? Czy miała z tym coś wspólnego? Ponoć jest siostrą tego patusa. Na pewno jej brat maczał w tym palce. Może ona też jest winna? Wczoraj przecież kręciła się obok Aśki na dyskotece.

                        Alicja zacisnęła zęby i ze spuszczonym wzrokiem szybko skierowała się do przedostatniej ławki przy ścianie, którą zajęła jako swoją poprzedniego dnia. Bez słowa usiadła i wyciągnęła z plecaka zeszyt oraz długopis, po czym zaczęła notować, próbując odwrócić uwagę od natrętnych myśli. Jej głowa miała jednak zupełnie inne plany.

                        Myśli krążyły wokół ostatnich wydarzeń. Wspomnienia wirowały jak w kalejdoskopie, przeplatając się ze sobą i mieszając w coraz większy chaos. Znowu biegła przez ciemne alejki Sokołowa, by chwilę później uskakiwać przed kubkiem z kawą lecącym prosto w jej stronę. Rzucała nim Asia, cała w siniakach i zadrapaniach. Śmiała się przy tym. Śmiali się też Krzysiek i jej brat, tańcząc razem na dyskotece, na której chwilę później Adam szarpał się z lokalnymi dresami, a Paulina z koleżankami pstrykały zdjęcia.

                        Ocknęła się z własnych myśli, które z każdą chwilą zaczynały nabierać sensu, jednocześnie całkowicie go tracąc. Nie miała pojęcia, co się z nią działo, i wcale jej się to nie podobało.

                        Racjonalnym wyjaśnieniem był stres i tego właśnie postanowiła się trzymać.
                        Nowa szkoła, nowy etap życia, nowi znajomi, a do tego dramatyczne wydarzenia poprzedniego wieczoru i zaginięcie uczennicy. Stres był jedynym wyjaśnieniem tego, co działo się w jej głowie.

                        Westchnęła i spróbowała skupić się na tym, co zostało z lekcji historii prowadzonej przez wychowawcę. Mimowolnie przewróciła kartkę w zeszycie, żeby zacząć notować na czystej stronie.

                        Nie zauważyła nawet, że poprzednia była pokryta chaotycznymi rysunkami i urywanymi słowami odzwierciedlającymi nękające ją myśli. Pośrodku wszystkiego znajdowała się sylwetka postaci czającej się w ciemności i wypatrującej swojej ofiary.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        4
                        • NamiN Niedostępny
                          NamiN Niedostępny
                          Nami jako Paulina Kwiatkowska
                          Mecenas
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #87

                          text alternatywny

                          Paulina Kwiatkowska

                          Paulina dowiedziała się na jednej przerwie więcej, niż się spodziewała. Choć wciąż czuła się słabo i była nieco zmęczona, zebrane informacje ożywiły ją. W obliczu sukcesu na twarzy pojawił się lekki uśmiech. Była zadowolona z sukcesu.

                          Paulina zatrzymała się na środku korytarza, patrząc jeszcze chwilę w stronę, w którą zniknęła Renata, jakby próbowała poukładać w głowie to, co właśnie usłyszała.
                          — Sto metrów… — powtórzyła cicho, bardziej do siebie niż do dziewczyn. To było tak blisko, że aż absurdalne.

                          Ścisnęła mocniej pasek plecaka, czując jak coś w niej znowu przyspiesza — nie strach, nie do końca… raczej napięcie, które nie pozwalało jej stać w miejscu.

                          — Mamy miejsce. I mamy tego Kubę — spojrzała na Kasię i Magdę, tym razem już bardziej skupiona. — Pytanie tylko, co robimy najpierw.

                          Na chwilę zawahała się, zerkając w stronę schodów, potem na drzwi klasy.

                          — Bo siedzenie na lekcji raczej niczego nam nie da.
                          — Ale musimy jeszcze złapać Krzyśka — przypomniała jej Kasia
                          — I Piotrka— dodała Magda
                          — A Mikołaj? Chyba też się interesował — dorzuciła Kasia, choć ciężko było stwierdzić, czy to Mikołaj interesował się tą sprawą czy raczej Kasia Mikołajem.

                          Paulina wzrokiem przeskakiwała między dziewczynami. Były już spóźnione na lekcje. Z drugiej strony, nie złapią teraz tego Kuby, bo on na pewno siedzi w swojej klasie.

                          — Okej, to chodźmy na lekcje. Po lekcji łapiemy Krzyśka i Piotrka…
                          — …I Mikołaja — wtrąciła Kasia
                          — I Mikołaja — potwierdziła Paulina kręcąc głową — Potem szukamy Kuby, umawiamy się z nim na wywołanie zdjęć jak najszybciej, a potem zbadamy miejsce zdarzenia i znajdziemy coś!

                          Dziewczyny pokiwały głową jak zsynchronizowane maszyny. Wymieniły się znaczącymi spojrzeniami. Mimo, że były spóźnione, postanowiły pójść na tę ostatnią lekcję.

                          🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          4
                          • JohnyTRSJ Niedostępny
                            JohnyTRSJ Niedostępny
                            JohnyTRS jako Szarzyzna
                            Mecenas
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #88

                            MG-Awatar100.jpg

                            Szarzyzna


                            Dzień zdawał się toczyć coraz szybciej. Może dla niektórych uczniów (poza apelem) wszystko była jak zwykle, to dla niektórych wszystko zaczęło wyglądać jak w filmie u Hitchcocka (taka notka-ciekawostka była pewnie zamieszczona w gazecie z programem telewizyjnym, ale w którym, to nikt nie mógł sobie tego przypomnieć) - zaczęło się trzęsieniem ziemi, a teraz akcja nabierała tempa.

                            Po prostu nie mogliście spokojnie usiedzieć w sali, jakby krzesła paliły was w tyłki. Apel, potem rozdarta spódnica nauczycielki (i te niektóre spojrzenia jakimi oberwał Piotrek oraz siedzący obok niego Krzysztof). Mikołaj chciał wziąć swojego psa na smycz, żeby ten znalazł trop, Paulina wywołać zdjęcia (potrzebowała do tego Kuby z 3a) i pogadać z chłopakami, bo oni coś wiedzą. Tę samą myśl miał Krzysztof. Musieli pogadać.

                            Gdy Paulina weszła do klasy wraz z przyjaciółkami, do końca lekcji zostało jeszcze 20 minut. Wyczekała na moment, gdy nauczyciel nie będzie się patrzył w jej kierunku i rzuciła do Mikołaja krótki liścik:

                            Mikołaj, Krzysztof, Piotr - MUSZĘ z wami porozmawiać. Paulina. Podaj dalej

                            Zobaczyła jak Mikołaj chowa liścik za piórnikiem, dłonią zakrywa przed Łukaszem, czyta, nawiązał z nią kontakt wzrokowy. Kiwnął głową. On też wyczekał na odpowiedni moment i rzucił złożoną karteczkę do Krzysztofa.

                            Krzysztof się tego nie spodziewał, omal co nie wywalił kilku rzeczy z blatu ławki. Ale się opanował. Udając, że nic się nie dzieje (próbował już na poprzedniej lekcji, wtedy mu to nie za bardzo wyszło) przeczytał wiadomość. Pierwszą myśl "dziewczyna do mnie napisała" szybko zastąpiła druga, włączając dzwonki alarmowe w jego głowie - "Ona czyta w myślach!" - przecież sam chciał z nią pogadać.

                            Podał kartkę Piotrkowi. Krzysztof nie wiedział, co Piotrkowi siedzi do końca w głowie, ale widział jego minę oraz znał go na tyle, że wiedział, że to co teraz mu tam dzwoni jest na pewno zbereźne i nie po bożemu.

                            Następną lekcją miał być język polski. W tej samej sali. Znaczyło to tyle, że Henryk Wrona zaraz po dzwonku (o ile nie zachce mu się przedłużyć lekcji, gdyż dzwonek jest dla nauczyciela), wyjdzie i będą mieć maksymalnie 10 minut na przerwie, gdzie dookoła każdy może ich podsłuchać. Może, ale nie musi. Albo wyjść na korytarz, albo na boisko.

                            Zadzwonił dzwonek. Na ich szczęście na pierwszej lekcji pan Wrona nie przedłużał, zakończył trochę przed dzwonkiem oraz, co najważniejsze, nie zadał żadnej pracy domowej. Zabrzmiał dzwonek i nauczyciel wyszedł z sali. Zaczął się typowy przerwowy harmider.

                            178.255.46.143
                            Pan Psuj
                            Ciężkie pióro, ograniczona fantazja, blokada twórcza, niemoc tfurcza, masa nierozwiniętych pomysłów. Długie posty praktycznie niemożliwe.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            4
                            • Arthur FleckA Niedostępny
                              Arthur FleckA Niedostępny
                              Arthur Fleck jako Krzysztof Komeda
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez
                              #89

                              text alternatywny

                              Krzysztof Komeda

                              Krzysiek nie widział zmartwychwstania Łazarza, momentu triumfu życia nad śmiercią, ale kiedy spojrzał na Bochenka wyobraził sobie, że właśnie tak wygląda nieboszczyk przewrócony nagle do życia. Policzki nabrały kolorów, w oczach pojawił blask a na twarzy wypełzł uśmiech zwycięzcy. Nie ten błazeński, przyklejony do twarzy, lecz prawdziwy wyszczerz człowieka, który wrócił właśnie z dalekiej podróży. Akurat on dobrze znał powód tej radości. Co roku, 14 lutego, w podstawówce chłopaki i dziewczyny wysyłali sobie walentynki, ale Piotrek Bochenek nigdy, do końca ósmej klasy nie dostał ani jednej. Udawał oczywiście, że się tym nie przejmuje, ale kiedyś Komeda przyłapał go jak cicho popłakuje zamknięty w kabinie szkolnej toalety.

                              A teraz, drugiego dnia szkoły jedna z najładniejszych dziewczyn w klasie wysyła do niego liścik. Krzysiek by skłamał gdyby sam przez chwilę nie poczuł lekkiej euforii, ale gdy już przeczytał wiadomość a potem przekazał ją dalej do Piotrka, zrozumiał, że to nie są żadne podchody. A nawet jakby były nie miał teraz do tego głowy. Szok po tym co się wydarzyło na lekcji informatyki jeszcze nie opadł. Chciał jak najszybciej wyrzucić to z siebie. Pamiętał co wcześniej na boisku mówił Mikołaj i choć niewiele zrozumiał z tej gadki czuł, że Pogorzelski może mu pomóc. Wyłowił spojrzenie Pauliny i uniósł kciuk do góry dając do zrozumienia, że wiadomość dotarła.

                              Tymczasem Bochenek na fali triumfu już wyrywał z zeszytu kartkę a potem coś na niej namazał. Potem złożył ją na kilka części i rzucił w kierunku Kwiatkowskiej. Krzysiek przeżył deja vu, bo karteczka przeleciała nad głowami dziewczyn i trafiła prosto na biurko Wrony. Wychowawca spojrzał na zawiniątko a potem na klasę szukając snajpera, po czym mruknął coś pod nosem. Poprawił okulary i przeczytał. Co tam było napisane, wiedział tylko sam Piotrek, ale sądząc po minie historyka, raczej nic dobrego. Jeszcze raz spojrzał na uczniów a potem wyrzucił wiadomość od Bochenka do kosza.

                              Gdy wybrzmiał dzwonek, Pogorzelski wstał szurając krzesłem. Trzeszcząc rozprostował kości, odwracając nabywaną ostatnimi godzinami skoliozę. Tyłka rozmasować nie musiał. Polskie szkolnictwo i wojskowy pas latami zahartowały mu poślady, że dechę siedziska trzeba by wyłożyć szkłem dla dostrzeżenia atrakcji. Nie umieć matmy i geografii? Kraj wybaczy. Braku twardej dupy, nigdy. Wymacał kieszenie, uspokojony brzękiem kluczy i obwodem portfela we właściwych sobie miejscach. Rzeczy z blatu zgarnął w plecak, mając zamiar najpierw całkiem naturalnie przejść się pomiędzy ławkami, zażywając spaceru. Potem wcale nie podejrzanie powrócić na miejsce pierwotne, koło Skorupskiego. Przy okazji bez żadnej konspiracji zagadać do źródła poczty karteczkowej, co to miała w pobliżu placówkę.
                              — Z waszych połączonych mocy, zjawiam się ja, Kapitan Planeta — podał hasło, przyciągnięty wzrokiem Pauliny, aspirującej pani z okienka, walącej pieczątką do posypu tynku. — Awizo przyszło.

                              Kasia zmrużyła oczy, kiedy na jej twarzy zagościł słaby uśmiech. Puste krzesło obok Pauliny nie pozwalało jej tryskać radością. Magda nie potrafiła wykrzesać z siebie nawet tego drobnego gestu, Paulina zaś machnęła ręką na przywitanie.
                              — Mamy nowinki. Gdzie te dwa zboki? — Wypaliła Kaśka, ściągając spojrzeniem Krzycha i Piotrka, którzy również patrzyli w jej stronę.
                              — Znasz jakiegoś Kubę z 3A? — Zapytała Paulina, przechodząc do konkretu — Ponoć może wywołać zdjęcia, te co robiliśmy wczoraj na dyskotece.

                              Bochenek poderwał się z ławki jak do wyścigu i ruszył w stronę ławek dziewczyn. Krzyśkowi niezbyt spodobało się, że ktoś nazwał go zbokiem, ale najwyraźniej dla Bochenka było to jak drugię imię, na które reagował niczym dobrze wytresowany pies.

                              — Robiliście sobie wczoraj jakieś zdjęcia na dyskotece? - rzucił do Pauliny z uśmieszkiem, który właściwie potwierdział słowa Kaśki — Jak wywołacie to podzielcie się z kolegą. Wytapetuję sobie ściankę.

                              Krzysiek dołączył chwilę później. Westchnął ciężko po czym spojrzał wymownie na dziewczyny i Mikołaja.

                              — Może pogadajmy gdzieś na osobności? Nie w klasie? — zaproponował.

                              — Ale ty zdajesz sobie sprawę, że ktoś porwał Asię? — Magda wyraźnie się zdenerwowała.

                              — Być może jakiś zbok i właśnie miał wytatuowane ściany jej zdjęciami! — obruszyła się, dmuchnęła w chusteczkę nos, narobiła hałasu i zwróciła na siebie oraz grupę małą uwagę klasy.

                              Paulina spojrzała na Krzyśka i chrząknęła.

                              — Racja, może lepiej wyjdźmy

                              Obrzuciła Bochenka gniewnym spojrzeniem, zrobiła gest wskazujacy, na chęć rozcięcia mu gardła i od razu wstała z krzesła. Tak samo podniosły się Kasia i Magda, gotowe opuścić klasę.

                              — Boisko? Chyba nie zależy wam aż tak na lekcjach? — Zapytała Kasia biorąc zapakowany plecak.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              4
                              • CaiC Niedostępny
                                CaiC Niedostępny
                                Cai jako Mikołaj Pogorzelski
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                #90

                                left aligned paragraph

                                Mikołaj Pogorzelski

                                Na lekcjach Mikołajowi aż tak nie zależało. Nie w obecnych okolicznościach. Na pewno nie tak mocno jak wojskowemu staremu. Dla niego podział był oczywisty. Uczniowie są od uczenia się. Policja od łapania bandziorów. Uczniowie łapiący bandziorów to bujda z młodzieżowego kina, czy bajek Hanna-Barbera. Ojciec nie musiałby nawet prawić kazania, jego treść był w stanie przytoczyć już teraz prawie co do słowa i nie potrafiłby nie przyznać mu racji.

                                — Że sprawca złapał się w kadrze? — zignorował dyszenie Chlebowskiego. — Nie głupie, ale Kuby nie znam.

                                Kierunek został wskazany i jeżeli nie trafią na Józefiaka, dyrkę, czy woźną, była szansa, że do celu dotrą. Tylko, czy był sens ograniczać duże grono do wciąż niemałego? Omiótł Paulinę, Kasię, Magdę. Krzycha, zakalca Bochena. Daniel z tylnej ławki też z ciekawością się przyglądał. Zarzucił pytająco.

                                — Gdzie idziecie?

                                — Potrójna randka — Pogorzelski przypiekł wyobraźnie co najmniej Piotrka i Kasi. Skorupskiego niestety musiał przygasić. — Sorry stary. Brak miejsc.

                                — Jak znajdziecie Asię, będzie poczwórna? — dzieciak w kurtce M65 usłyszał więcej niźli powinien. Uśmiechnął się wątło.
                                — Do roboty, ciołki — ponaglił. — W razie co, dam ci spisać notatki.

                                Kiedy wyszli z klasy, dziewczyny rozejrzały się wokół. Na korytarzu był gwar, ale póki trzymali się blisko, słyszeli się nawzajem.
                                — A wy, głąby, znacie kogoś z 3A? — Kasia rzuciła spojrzenie Krzychowi i Piotrkowi — Jak znajdziemy ich klasę, to i Kuba się znajdzie. Ale to ponoć dziwak jakiś.

                                — Poza tym, wiem gdzie dokładnie miało miejsce... zdarzenie.

                                Paulina ruszyła korytarzem rozglądając się, przy okazji zaczepiła kogoś pytając czy wie, gdzie lekcje ma 3A.

                                — Pod domem Asi. Powinniśmy tam pójść, gdy dogadamy się z Kubą — westchnęła. — Wiem, że to może brzmi durnowato, jak serial i w ogóle, ale chciałabym coś zrobić. I miałam taką nadzieję, że was też to interesuje. Że zechcecie pomóc — powiodła wzrokiem po chłopakach.

                                — Co z ojcem Asi? — Pogorzelski się interesował. Tego klocka mu brakowało. Widział, że dziewczyna ma gadżety. Wpływ z zagranicy? — Może stary uprowadził ją do Niemiec w ramach burzliwego rozwodu. Walki o dziecko. Chuj wie czego?

                                — Mnie interesuje - zapewnił Paulinę Krzysiek — W sensie…chciałbym, żeby wróciła do domu bezpieczna. I pomogę tylko…w sumie nie wiem jak.

                                Inwektywę Kasi zignorował. A przynajmniej próbował. Czasem czuł się ostatnim głąbem, ale wolał żeby nikt mu o tym nie przypominał. Powoli, krok po kroku, dochodził też do wniosku, że kolegowanie się z Bochenkiem nie poprawi jego notowań. Przyspawany do niego sam niedługo dostanie łatkę klasowego idioty i erotomana bo jak to mawiała Helena Komeda, kto z kim przystaje takim się staje.

                                Wysłuchał teorii Mikołaja, które na pewno miała więcej sensu niż romans z cyganem i ucieczka z miasta, którą wysnuł na informatyce jego niewydarzony kolega.

                                — Ja znam Kubę z 3A — odezwał się Bochenek znów obdarzając każdą z dziewczyn promiennym uśmiechem. Wydawał się kompletnie nie przejmować tym, że chwilę wcześniej Magda naskoczyła na niego w klasie za jego niewyparzony język i absolutny brak taktu — Kupuję mu czasem w “Źródełku” fajki na sztuki.

                                Zrobił dramatyczną pauzę i nie przestając się uśmiechać dokończył.

                                — Ale on chodzi do podstawówki a nie liceum.

                                Kasia bezdźwięcznie poruszyła ustami jakby odprawiała czarną magię za pomocą przekleństw. Musiała nawet na chwilę zamknąć oczy i wziąć wdech, aby uspokoić się wypuszczając pomału powietrze. Nie obraziła Piotrka, co mogło na początku wydawać się dziwne. I podejrzane.
                                — W takim razie, to nie ten. My szukamy go tutaj, w tej budzie. Ile masz kasy?

                                Kaśka nie pierdoliła się w półsłówka. Teraz było wiadomo, czemu nie nawyzywała Bochenka od zjebów i tumanów.

                                — Kuba na pewno będzie chciał zapłaty za zdjęcia — dziewczyna wyciągnęła otwartą dłoń i kiwnęła palcem, aby sypał forsą. — Dawaj ile masz. Przysłużysz się, może częściej gdzieś razem się będziemy bujać po mieście.

                                Magda zakrztusiła się śliną, kaszlnęła kilkakrotnie dusząc się. Szybko jej minęło, kiedy to Kwiatkowska klepnęła ją parokrotnie między łopatkami. Blondynka jak zwykle zwróciła na siebie tymczasową uwagę.
                                Paulina jedynie uśmiechnęła się pod nosem na zagrywkę Kaśki i nie wtrącała się w to. Nowakówna zawsze potrafiła dobrze zagrać swoimi kartami.
                                Paula kiwnęła Krzyśkowi w podzięce za słowa i odezwała się do niego jak i Mikołaja.

                                — Mam nadzieję, że na zdjęciach znajdziemy jakąkolwiek wskazówkę. W sumie robiłyśmy zdjęcia cały wieczór i w samochodzie też, ale nie wiem… To może być ślepy trop. Dlatego też chciałybyśmy potem obejrzeć miejsce, gdzie to się stało. Myślę, że razem… może coś wymyślimy.

                                Paulina wzruszyła ramionami. W tym samym czasie Magda zaczepiła kilka osób bezpośrednio pytając o Kubę z 3A. Co ciekawe, faceci bardzo chętnie zatrzymywali się, aby nie tylko odpowiedzieć na jej pytanie, ale i poznać jej imię. Jeśli teraz nie znajdą Kuby, to na następnej przerwie z dużym prawdopodobieństwem, być może on sam znajdzie je.

                                — Ojciec Asi jest rzadko obecny w domu, jakieś biznesy zagranicą robi. Ale nie wiem jakie. Najpewniej w Niemczech, tak mi się wydaje. Sądzę, że nawet wczoraj nie było go w domu, a może i od tygodnia. W sumie ciekawe pytanie, nie wiem wiele o nim…

                                Bochenek na propozycję Kaśki roześmiał się i zawadiacko założył rękę na rękę rzucając dziewczynie rozbawione spojrzenie.

                                — Sorry Katarina, ale jestem zbyt młody i przystojny żeby za to płacić. Skoro bujanie się w twoim towarzystwie jest takie inkluzywne to czemu nie zaproponujesz temu całemu Kubie, by potrzymał cię za…

                                — Bochen - syknął ostrzegawczo Krzysiek.

                                — …za rączkę.

                                Komeda miał wrażenie, że ten cyrk nigdy się nie skończy i za chwilę koleżanki Pauliny i Bochenek się pozagryzają. Wiedział, że czasem do kolegi trzeba twardo i po męsku.

                                — Wyskakuj z kasy głąbie, albo powiem wszystkim jak zepsułeś odkurzacz matki.

                                Uśmiech zniknął z twarzy chłopaka, ale nie minęła chwila jak powrócił w całej swej rozciągłości.

                                — Na żartach się nie znacie?

                                Sięgnął do kieszeni i wyciągnął garść żółtego bilonu, głównie w nominale 5 groszy po czym otworzył dłoń Kaśki i wsypał tam monetki. Posłał dziewczynie niewidzialnego całusa.

                                — Przez ciebie nie zjem dziś drożdżówki, ale liczę, że później mi to jakoś wynagrodzisz piękna.

                                Kasia nawet się nie uśmiechnęła.
                                — Gdybyś był chociaż w połowie tak błyskotliwy, jak ci się wydaje, to może bym się zastanowiła.
                                Drobne wsunęła do tylnej kieszeni swojej jeansowej mini spódniczki.

                                Odpowiedź Pauliny pozostawiła teorię o konflikcie rodzinnym w mocy. Pogorzelski szedł z resztą, choć wcale nie czuł się wybitnie potrzebny. Poznał parę nowych twarzy, nowych imion. Parę metod dziewczyn, owijających cele wokół palców. Miłe i zalotne pajęczyce wabiące w sam środek sieci. Nie grało, że platfus w stylu Piotrka przywołał anomalię, a jemu nie wyszło. Szarpało go za dumę.
                                — „Inkluzywne”? — się odpieklił — No podziw za słownictwo. W „Twoim weekendzie” jest kącik literacki?

                                Bochen wyglądał za zdrowo i za głupio. Znał „Inkluzywnie”, to może maskował iloraz za sumą zboczeń. Krzychu idąc korytarzem miejscami przytykał krokiem Herr Flicka. Jakby rozerwanie ubrania w okolicach cudzego tyłka, naruszyło integralność jego własnego. Kosmiczna równowaga, cena za potęgę. Nie był pewien, który?

                                Kasia zerknęła na Mikołaja i przez ułamek sekundy pojawił się na jej twarzy cień uśmiechu, szybki i niemal niezauważalny, jakby doceniła jego słowa, ale nie zamierzała robić z tego sceny.
                                Magda po kolejnej wymianie zdań z jakimś chłopakiem, wystrzeliła do przodu, stając obok gabloty i przesuwając po niej palcem. Paulina przyspieszyła kroku, a za nią i Kasia, a gdy znalazły się obok Wiśniewskiej, z podziwem na nią zerknęły.

                                — Znalazłaś plan lekcji wszystkich klas.

                                Paulina uśmiechnęła się. Po minie Magdy widać było, że jest z siebie dumna. Najpewniej nieczęsto jej się zdarzało zaimponować koleżankom.

                                — Jak załatwimy sprawę zdjęć, to zrywacie się z nami, czy wolicie tu siedzieć? Ogólnie, jeśli was nie interesuje to wszystko, to lepiej jak od razu to powiecie. Naprawdę chcemy pomóc odnaleźć Asię.

                                Kwiatkowska sunęła wzrokiem po zebranych w oczekiwaniu. Klasa Kuby była już w zasięgu ręki, więc to była ostatnia prosta. Zaczęła się też trochę martwić, że nie będą mieli z czego zapłacić, ale na pewno coś jeszcze na to wymyśli.

                                Krzysiek na pytanie Pauliny rozejrzał się nerwowo po korytarzu, upewniając się, że nikt postronny go nie usłyszy po czym rzucił niepewnie.
                                — Zrywam się — potwierdził. — Muszę wam coś później pokazać.
                                — Ha. I to ja jestem zbokiem? — parsknął Bochenek, ale Komeda całkowicie go zignorował i skupił się tylko na dziewczynach oraz Mikołaju.
                                — Ta rozpruta spódnica matematyczki...to byłem ja. Wyobraziłem sobie jak szwy puszczają, skupiłem się i...
                                Nie dokończył, ale każdy kto był obecny na lekcji informatyki zobaczył efekt.
                                — Rano na mszy miałem podobną sytuację — Krzysiek postanowił oszczędzić samego siebie i pominąć szczegóły komu, co i dlaczego rozdarł. — A potem był ten apel i Paulina zaczęła lewitować. Ja w takie rzeczy normalnie nie wierzę, ale trzy razy jednego dnia dzieje się coś, czego nie da się wyjaśnić. I jeszcze to porwanie. Może to wszystko się jakoś łączy?

                                Mikołaj złapał Krzycha pod ramię, odciągnął o krok.
                                — Się tak nie obnoś — wycedził przez wpół przymknięte usta. — Co jeśli “to” było powodem porwania? Chcesz być następny? Kurwa.. a obstawiałem Bochena. Co te życie klasztorne robi z deklem?

                                Odsunął się. Z pobłażaniem poprawił koledze ubiór wymiętoszony chwytem.
                                — Taa, aha, a Piotrek to dziewica — dodał już z powszechniej słyszalną szyderą.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                4
                                • NamiN Niedostępny
                                  NamiN Niedostępny
                                  Nami jako Paulina Kwiatkowska
                                  Mecenas
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                  #91

                                  text alternatywny

                                  Paulina Kwiatkowska

                                  Dziewczyny najpierw słuchały zaskoczone, potem chwilę milczały, gdy Mikołaj odciągnął Krzyśka. Magda zaśmiała się, potem na słowa Pogorzelskiego parsknęła powtórnie. Kasia i Paulina wydawały się być bardziej poważne, chociaż Nowak nie mogła puścić płazem tak pięknie zaczętego żartu. Uniosła brew i zmierzyła Bochenka spojrzeniem.

                                  — No tu akurat nic nie trzeba obstawiać. — Kasia zlustrowała chłopaka od góry do dołu, jakby nie miała wątpliwości — Ze skarpetą się nie liczy.

                                  Paulina jedynie powstrzymała szerszy wykwit uśmiechu, aby nie karmić atmosfery. Zamiast jednak na Bochenka, spojrzała na Krzyśka. Patrzyła na niego chwilę dłużej, zastanawiając się nad czymś.

                                  — To może potrafimy zrobić coś więcej, niż spełniać ukryte fantazje.

                                  Miała nadzieję, że zabrzmiała neutralnie.

                                  — Być może zrobimy z tym coś dobrego. — Dodała dla jasności.

                                  Bochenek po raz pierwszy spiekł raka. Wyglądało na to, że Pogorzelski trafił w czuły punkt a dziewczyny dobiły rannego. Trefniś zamilkł próbując w głowie rozpaczliwie złożyć sensowną ripostę, ale Krzysiek ledwo to zarejestrował. Myślał o tym co powiedział właśnie Mikołaj. "Co jeśli “to” było powodem porwania? Chcesz być następny?"

                                  Chcesz być następny?

                                  Chcesz być następny?

                                  W głowie chłopaka ma moment rozrzażyła się iskra a za z nią ciąg skojarzeń. Przynęta. Wabik. Zasadzka. Nim jednak iskra zdążyła na dobre zmienić się w płomień, usłyszał głos Pauliny, który wyrwał go z transu i rozbłysk zniknął. Zamrugał oczami przyglądając się koleżance. Z opóźnieniem wyłapał ostatni fragment zdania o spełnianiu ukrytych fantazji i teraz nie tylko Bochenek nabrał wstydliwych rumieńców.

                                  — To nie tak... — skrzywił się. — To był eksperyment, ta nauczycielka...nie jest w moim typie.

                                  Matematyczka nie, ale siostra Faustyna jak najbardziej choć Paulina nie mogła o tym wiedzieć. Nieświadomie jednak trafiła w dziesiątkę, jak wcześniej Mikołaj celując do Bochenka. Krzysiek postanowił szybko uciąć temat bo tylko winny się tłumaczy.

                                  — Lepiej już znajdźmy tego Kubę. — mruknął.

                                  Tymczasem Bochenek po długich sekundach milczenia, nagle doznał olśnienia. Wbił wzrok w Kaśkę, a na twarzy wypełzł mu chytry uśmieszek.

                                  — Czyli ty masz już jakieś doświadczenie skoro tak cię śmieszy wyzywanie kogoś od dziewic? Chętnie posłucham o twoich przygodach figlarna Katarzyno.

                                  Kasia nie zwróciła na Piotrka uwagi. Zamiast tego złapała Paulinę pod rękę.

                                  — No to ruszamy! Trzeba namówić Kubę i uciec z tego burdelu!

                                  Uśmiechnęła się najszerzej jak potrafiła i pociągnęła przyjaciółki do przodu, idąc dalej korytarzem. Kwiatkowska zdążyła jedynie spojrzeć przez ramie na Krzyśka i wzruszyć barkiem na te nagle porwanie.

                                  — Skąd uraz? — Pogorzelski się wymigiwał, przechodząc do uniku po ciosie. — Miałem na myśli „Maryja Dziewica”, no przecież nie jesteś. Wy wciąż tylko o jednym.

                                  Przeniósł wzrok na gablotę. Kilka desek, trochę przesuwnego szkła, świchy przytwierdzone z pomocą pinezek. Do tej pory ignorował zawartość, biorąc ją za nudne regulaminy i ogłoszenia. A tu fakt, w środku były też plany. Żeby wiedział o tym godzinę wcześniej. Teraz polski, potem matma, chemia, plastyka i jeszcze dwie inne. Wahał się patrząc na rozpiskę. Wywołanie zdjęć zajmie z kilka dni. Gdyby chciał wziąć Ogara i szukać tropów, musiałby się tłumaczyć w domu z zerwania z lekcji. Zabranie psa cichaczem nie wchodziło w grę. Zaczęliby go szukać, gdyby kto spostrzegł, że uciekł. Nieobecności prędzej czy później wyjdą w wywiadówce. Nie dostrzegał łatwych rozwiązań. Gdyby się zmył teraz, utrudni podobne operacje w przyszłości. A co mógł zyskać? Łowce, który zamiast podążać śladem porywaczy obwącha obszczane krzaki i zadki samiczek. Prawdopodobna katastrofa. Stał wgapiony w szybę nie wiedząc co zrobić.

                                  — Ty się Łysy już lepiej nie odzywaj — rzucił Bochenek do Mikołaja nadając mu ksywkę zgodnie ze swoim pokręconym kluczem, w której ministrant był Poganinem, klasowy olimpijczyk Corky Thacherem, a chłopak z długimi włosami musiał zostać Łysym.

                                  Krzysiek wsunął ręce w kieszeni i ruszył za dziewczynami tropem szkolnego fotografa. Miał nadzieję, że jego kumplowi z ławki znudzi się bawienie w detektywa i wróci do klasy dalej oglądać pisemka, ale ten przyczepił się do grupy jak kurzajka do nosa szeptuchy. Komeda zauważył, że Mikołaj zatrzymał się przy gablocie.

                                  — Idziesz? — spytał nie zatrzymując się.

                                  Mikołaj zbudził się ze stuporu. Zaśmiał na Łysego, ujęty poziomem abstrakcji pokrętnego umysłu. Postukał paznokciem po nasadzie nosa.
                                  — Znaczy Dziewica zostaje? — odparł wcale bez złośliwości. W odwróconym świecie za „nie odzywaj się”, mogło stać tylko „trzaśnij mnie w drugi policzek” — Jako najwyższe uznanie, ksywa godna buhaja nad buhaje, joł?

                                  Wykrzywił palce w geście, który mógł być raperskim symbolem meksykańskiego gangu lub zwyczajną oznaką polskiego reumatyzmu. Przyspieszył. Nim Bochenek połapie się w pytaniu i udzieli odpowiedzi, mogło minąć z dwa lata. Zrównał tempo z Poganinem. Miał w głowie kilka wwiercających się tematów.
                                  — Dobra, jak to zrobiłeś? Krok po kroku. Niczego nie pomijaj — szepnął, rzucając oczami na boki, sprawdzając, czy mają wystarczająco dużo przestrzeni od ciekawskich. — Ten ból dupy, to cena za skupienie mocy?

                                  — Nie, to dziara. Marek mi zrobił dwa dni temu i jeszcze się goi — wyjaśnił cicho Komeda zrównując się krokiem z Mikołajem. Nie czekając na kolejne pytania przeszedł do konkretów.

                                  — Rano na mszy...przypadkiem... zapatrzyłem się na zakonnicę. — jedno słowo w tym zdaniu było kłamstwem, reszta prawdą — i nagle rozdarł się jej habit. Wtedy pomyślałem, że to zbieg okoliczności, a potem na apelu...sam zresztą widziałeś. Paulina zamiast zaliczyć glebę lewitowała. Na informatyce przypomniałem sobie o tej zakonnicy i habicie i coś mnie tknęło, żeby to sprawdzić. Skupiłem się, tak jak ty wcześniej gdy puściła ci się farba z nosa. Wyobraziłem sobie jak materiał pęka. No i kurde pękł, centralnie na dupie, tam gdzie celowałem.

                                  Krzysiek westchnął.

                                  — Głupio wyszło, gdybym wiedział, że to zadziałała to bym rozdarł gacie Bochenkowi, albo jakiemuś cwaniakowi ze starszych klas.

                                  Przez ramię rzucił spojrzenie na Pogorzelskiego.

                                  — Od początku wiedziałeś, że coś jest nie tak. Pamiętam co gadałeś na boisku. Masz jakąś teorię skąd się to wzięło?

                                  — Dziara? — Pogorzelski nie doceniał kolegi. Zrobił coś na co sam nie miał odwagi. I kasy. Znając życie Koza pracował za cenę i pod wpływem browarów. Pod blond czupryną tliło się zarzewie ognia. Miał szczęście, jeżeli wzór na dupie nie okazał się finalnie fiutem. — Mniejsza, więc sama wyobraźnia?

                                  Przystanął. Trybiki w mięsnej maszynie pracowały do przegrzania. Zrobił bardzo podobnie, niczym doktor Frankenstein sięgnął najgłębszych tajemnic ludzkiej natury. Trup nie wstał, za to nos dostał okresu.
                                  — Teorię o niebezpiecznych ludziach, którzy znają ją za dobrze.

                                  Ruszył ponownie.
                                  — I drugą, gdy nie opanujesz, niewidzialny Norris zasadza ci kopa.

                                  Dziewczyny nie słuchały, szły na czele grupy, przystanąwszy dopiero pod klasą 3A. Zagadały do kilku dziewczyn o Kubę, a te bez zastanowienia wskazały chłopaka i wróciły do swoich zajęć.

                                  — Kuba? Cześć, jestem Paulina Kwiatkowska, siostra Michała. Może znasz — uśmiechnęła się lekko — To Kasia i Magda.

                                  Dziewczyny machnęły krótko ręką.

                                  — Ponoć masz dostęp do ciemni i mógłbyś wywołać zdjęcia. Zależy nam na szybkości, dlatego chciałyśmy prosić o pomoc, zamiast oddawać do wywoływania, które mogłoby potrwać i tydzień. Jesteś w stanie nam pomóc? To dosyć ważne, chodzi o zaginięcie.

                                  Kuba wyglądał... zwyczajnie. Może miał nieuczesaną fryzurę krzyczącą "miałeś iść do fryzjera", ślady po trądziku na twarzy i ubrany był w typowo bazarowe ciuchy. Dla Pauliny i jej przyjaciółek (nie musiała ich pytać, potwierdzą tą) w żadnym wypadku nie był atrakcyjny. Wzruszył ramionami.
                                  — Pewnie że mogę. Samo wywołanie czy chce też odbitki? — a po chwili jeszcze dodał, słychać było że nie już co najmniej kilka razy to mówił — Wywołany film to tylko film, podstawisz kliszę pod światło i będziesz mogła zobaczyć negatyw. Jak chcesz to na papierze, to potrzebujesz zrobić odbitki.

                                  Paulina zamilkła na chwile. Była nieco zaskoczona, że poszło tak łatwo. Nie do końca też rozumiała z początku o czym Kuba mówi. Myślała, że wywołać, to właśnie przenieść na papier. Teraz się zastanawiała czy będzie potrzeba przenieść wszystkie, czy tylko takie, które wydadzą im się podejrzane. Ale co jeśli, po samym spojrzeniu na film nie będą potrafiły tego stwierdzić?

                                  — A drogi taki papier? Nie do końca wiemy, czego szukamy. Więc chyba namacalne zdjęcia mogłyby coś ułatwić

                                  — Dasz radę dzisiaj? — Wtrąciła Kasia — Dużo to kosztuje? Nie powiem, abyśmy miały wiele. Może z parę dych…

                                  Kuba jeszcze raz wzruszył ramionami.
                                  — Pewnie że dam radę. Jak chcesz z odbitkami w tym typowym albumowym formacie — tu pokazał palcami o jaki rozmiar mu chodzi, ten typowy, których dużo mieliście w domach w albumach — to biorę za to 25 złotych. Jak chcesz w większym formacie, to i ze 30 — tu już pokazał palcami coś formatu A5, czyli jak na zdjęcia to duże. — Cena za wywołanie i odbitki całego filmu. Wszystko dostaniesz jeszcze dzisiaj, ale raczej pod wieczór. Pasuje?

                                  — Jasne, dzięki! Jak dasz adres to przyjdziemy niezwłocznie, około 18? — Ucieszyła się Paulina.

                                  — Może być osiemnasta, odbitki muszą wyschnąć. Jak dasz mi film teraz i kasę — po chwili dodał — Nie potrzebuję tych zdjęć, jak mam wywołać film i zrobić odbitki to płacisz teraz. Albo czekasz i po lekcjach idziesz, czy tam idziecie ze mną. Dajecie film, dajecie szmal i wam wywołuję. To co chcecie?

                                  Tu już Kuba chyba załapał, że nie tylko Paulina przy nim stoi i zaczął mówić też do wszystkich.

                                  “Kurwa”, przeklęła Paulina w myślach. Spojrzała po wszystkich po kolei, wyglądali podobnie. Miała nadzieje, ze zdąży mu zapłacić przy odbiorze, wtedy by podkradła coś z portfela matki, a tak? Nie miała wiele przy sobie.

                                  — Dobra zróbcie mi zbiórkę, na pewno każdy ma po piątku chociaż

                                  Nastolatka sama zaczęła szperać w kieszeniach i faktycznie znalazła jeszcze kasę, która została jej z dyskoteki, a o niej zapomniała.

                                  — A przy odbiorze część kasy będzie spoko? — Zagaiła jeszcze do starszaka. Żadna nie próbowała go podrywać, ani omotać, bo żadna też nie miała na to zwyczajnie humoru.

                                  — Renata mówiła, że być może się zgodzisz na późniejszą zapłatę, w sensie wiesz, jak przyjdziemy odebrać? Byłoby spoko? Dam teraz ile mamy — Wyjęła z plecaka też aparat fotograficzny z kliszą w środku i mu podała — O, aparat w zastaw. Całkiem OK, co nie?

                                  Dziewczyny uśmiechnęły się najładniej jak umiały. Kaśka szturchnęła Krzyska, żeby coś dosypał z kasy. Albo też się uśmiechnął.

                                  Wyraz twarzy Kuby był... nijaki? Jakby rozmowa niezbyt go przejęła. Pewnie o tym mówiła Renata, że jest trochę dziwny.

                                  — Renata? Nie kojarzę. Słuchaj, jedynka albo zero. 25 za wywołanie filmu i odbitki. Płacisz z góry. Albo teraz, albo po lekcjach, wtedy dasz mi pieniądze i aparat, jeżeli jeszcze nie wyciągnęłaś filmu. Naprawdę chcesz go oddać w zastaw? Naprawdę? Nie chcę tego trzymać aż mi dopłacisz — spojrzał na wiszący na ścianie zegarek, za chwilę będzie dzwonek — albo dobra, daj go. Ale pieniądze mają być jeszcze dziś wieczorem, przy odbiorze. Nie jutro, ani w przyszłym tygodniu? Rozumiesz?

                                  Krzysiek zrozumiał co oznaczało to szturchnięcie Kaśki i zamarł. W kieszeniach nie miał nic, nawet złotówki. Wszystkie pieniądze, które wyłudził od matki na prezent dla księdza proboszcza zostawił w Miami. Może gdyby wyszedł wcześniej, może gdyby Paulina nie zatrzymała go w drzwiach dyskoteki i nie zaciągnęła na parkiet mógłby teraz zostać bohaterem i rzucić dychą. Zanim jednak zdążył w oczach dziewczyn stać się skończonym dziadem i biedakiem albo skąpcem co się nie chce składać na szczytny cel, uratowała go Paulina, która jednak dobiła targu z trzecioklasistą i dała pod zastaw swój aparat. Próbował się ładnie uśmiechnąć jak Nowakówna, ale wątpił czy potrafi to zrobić z takim polotem. Czasem dziewczyny naprawdę go przerażały bo jak się nie bać kogoś kto potrafi śmiać się albo płakać na zawołanie?

                                  Paulina kiwnęła głową, że rozumie. Nawet przez myśl by jej nie przeszło, aby oszukać Kubę. Łatwiej po prostu byłoby wrócić do domu, wziąć kasę, niż teraz żebrać jak najwyraźniej nie było od kogo. Najbogatsza z nich akurat potrzebowała pomocy. Ale razem, jak wezmą od rodziców po dziesięć ziko, powinny dać sobie radę.

                                  — Dzięki, do później — Rzuciła na koniec dając aparat fotograficzny, w którym była klisza. Zdziwiłoby ją, gdyby chłopak chciał ich oszukać i potem nie oddać aparatu, bowiem nie był on aż taki nowoczesny. Kuba zaś nie wydawał się być kimś tego rodzaju.

                                  Paulina odwróciła się do reszty. Bardzo chciała zobaczyć to miejsce, gdzie stała się tragedia.
                                  — To co, zrywka? — Zapytała dla pewności, gdyż sama ją straciła. Nie zostało bowiem zbyt wiele lekcji, a mimo to… Nie miała ochoty na nich siedzieć. Nie rozumiała, czemu zajęcia nie zostały odwołane.

                                  Pogorzelski stał z dłońmi w kieszeniach. Wpatrzony w bezkres. W umyśle toczył walkę z wewnętrznym ja, niczym samuraje przed rozpoczęciem pojedynku. Alter Mikołaj odchylał mu głowę do tyłu, wbijając rozcapierzone palce w nozdrza. Drugą ręką trzymał plecak poza zasięgiem chwytu. Plecak, pod którego podszewką była ukryta paczka fajek. Fajek, które Bochen mógłby opylić przedszkolakom na sztuki. Alter wyglebił go na matę i dobił Elbow Dropem.

                                  — Lotto — wykrztusił. — Zagrajmy w lotto. Jutro losowanie. Będziemy mieli w opór hajsu. Żegnaj szkoło.

                                  — Zrywka — potwierdził Krzysiek. Tymczasem Bochenek spojrzał na Mikołaja bez większego zrozumienia, ale szybko stracił nim zainteresowanie i skupił wzrok na dziewczynach.

                                  — Lotto? Nuda. Wymyśliłem niedawno nową grę. Nazywa się Słoneczko. Kaśce na pewno się spodoba.

                                  Bochenek zaśmiał się do własnych myśli, jakby opowiedział żart tylko który on sam rozumie.

                                  Gdyby spojrzenie potrafiło mówić, nikt nie miałby wątpliwości, jak wielkie zażenowanie poczuły dziewczyny. Paulina nie potrafiła nic powiedzieć, Magdy twarz zaś wykrzywił taki grymas, że nie zdołałaby poderwać z takim wyrazem twarzy nawet starego erotomana. Jedynie Kasia spojrzała na Piotrka z góry, bez cienia rozbawienia.

                                  — Serio, Bochenek — powiedziała spokojnie. — Nawet jak próbujesz być zabawny, to tylko utwierdzasz wszystkich w przekonaniu, żeby trzymać się od ciebie z daleka.

                                  Rzuciła mu pod nogi monety, które wcześniej jej dał, nawet nie patrząc czy je zbierze.

                                  — Zrób sobie przysługę i wróć na lekcje.

                                  Kasia obróciła się na pięcie i chwyciła Mikołaja oraz Krzyśka pod rękę. Magda i Paulina jak trybiki w wielkiej maszynie zadziałały na słowa i gest Kasi, odwracając się również i ruszając przed siebie szybkim tempem.

                                  Co za upokorzenie - pomyślał Krzysiek słuchając jak Kaśka gnoi jego kolegę a potem rzuca mu pod stopy pożyczone drobniaki. On sam po takiej orce pewnie już szukał sznura by ze wstydu ukręcić sobie pętlę, ale Bochenek wydawał się całkowicie niewzruszony. Albo dobrze udawał, tego Komeda nie mógł stwierdzić.
                                  Gdy odchodzili korytarzem zasalutował im, a potem zawołał.

                                  — Auf Wiedersehen! Tylko potem nie przychodźcie do mnie z płaczem jak ten twarzowiec podpieprzy wam aparat i trzeba będzie z nim załatwić sprawę po męsku!

                                  Zanim Krzysiek dotarł na schody zdążył jeszcze zauważyć, jak jego kolega z ławki klęka na posadzce i zaczyna zbierać monety do kieszeni mamrocząc coś pod nosem.
                                  Szybkim tempem przebrnęli przez korytarze i zbiegli ze schodów. Na szczęście nikt nie był frajerem, aby zostawiać kurteczkę w szatni, albo zmieniać obuwie, więc gdy tylko udało im się wymknąć na boisko, byli wolni. Nie mogli spocząć na widoku na dłużej, niż do dzwonka, bo na pewno ktoś wyłapał by ich wzrokiem przez okno. Dlatego musieli się spieszyć, póki nie pokonają ogrodzenia lub furtki i nie znikną całkowicie w jakiejś alejce już poza terenem szkoły.

                                  🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  4
                                  • JohnyTRSJ Niedostępny
                                    JohnyTRSJ Niedostępny
                                    JohnyTRS jako Szarzyzna
                                    Mecenas
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez JohnyTRS
                                    #92

                                    MG-Awatar100.jpg

                                    Szarzyzna


                                    Liceum w Sokołowie Śląskim, 9:50

                                    Wszyscy

                                    Zabrzmiał dzwonek na lekcje i już chcieli wyjść, gdy zatrzymali sie w półkroku w łączniku, gdzie było wyjście - przed płotem nadal stała policja, a przynajmniej jeden z policjantów, drugi (komendant) pewnie jeszcze był w szkole, a Paulina jakoś nie miała ochoty się na niego natknąć. Pierwszy zareagował Mikołaj:
                                    - Przez szatnie na tyły, tam jest jeszcze furtka.

                                    Niepokojeni zbiegli do piwnic, pustym korytarzem ruszyli przez szkołę i wyszli drugą klatką schodową na "palarnię", jeszcze kilka metrów i byli przy płocie, idąc po naprawę zarośniętym chodniku. Furtka była i nawet nie była zamknięta. Tylko skrzypiała.

                                    Rozdzielili się.

                                    Mikołaj

                                    Będąc już na tyłach szkoły, przed boiskiem miejskim, niemalże pobiegł do domu korzystając z bocznych, wysypanych żużlem uliczek i podwórzy, omijając blok cyganów. Nie zdziwiłby się, gdyby oni tam na niego czekali, a nie zamierzał tracić czasu na bezsensowne dyskusje. Szedł opłotkami, częściowo musiał kluczyć - znał drogę, ale czasowo nie dawała ona zysku w stosunku do pójścia po prostu ulicą, zwłaszcza że w niektórych miejscach musiał się przedzierać przez rozrośnięte krzaki lub pokrzywy.

                                    Pierwsze co zauważył, to brak samochodu brata na podjeździe. Wszedł do domu, tak jak się spodziewał babcia była w domu.
                                    - Cześć babciu, jest Adam?
                                    Tenia pokręciła przecząco głową:
                                    - Pojechał do Legnicy do jednostki, twój tata potrzebował pilnie jeszcze munduru wyjściowego. Nie powinieneś być teraz w szkole?

                                    Mundur wyjściowy? No to w Legnicy jest naprawdę gorąco.

                                    Paulina, Krzysztof, przyjaciółki Pauliny

                                    Szybko na główną ulicę i prosto do domu Asi, dziewczyny znały drogę. Krzysztof po wczorajszym trochę nerwowo wypatrywał moherowych beretów (albo swojej matki, albo księdza proboszcza), ale na szczęście droga była tym razem czysta.

                                    Grupka zatrzymała się daleko przed domem Asi, przy sklepiku. Było jasne jak słońce, że tam nadal kręci się policja. I to nie lokalna, tylko jakaś jednostka z miasta wojewódzkiego - miejscowa policja miała na stanie tylko polonezy, a tutaj Krzysztof od razu rozpoznał policyjną sukę Volkswagena Transportera, oraz Fiata Cinquecento. Wiedział też, że te służyły to transportu policyjnych psów.

                                    Pchać się tam teraz to było jawne proszenie się o kłopoty.

                                    Postanowili poczekać i się nie pomylili - już po kilku minutach policja zapakowała się do samochodów i odjechała. Podeszli, gdyby nie policyjna taśma na bramie nie można było poznać, że coś się tutaj stało.

                                    A nie, można było, jeżeli się mniej więcej wiedziało, co się stało, o czym świadczyło jaśniejsze, ewidentnie niedawno wyczyszczone, miejsce na podjeździe, tuż obok drzwi kieorwcy stojącego na nim samochodu. Samochodu, którym mama Asi rozwoziła je do domów.

                                    178.255.46.143
                                    Pan Psuj
                                    Ciężkie pióro, ograniczona fantazja, blokada twórcza, niemoc tfurcza, masa nierozwiniętych pomysłów. Długie posty praktycznie niemożliwe.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    5
                                    • CaiC Niedostępny
                                      CaiC Niedostępny
                                      Cai jako Mikołaj Pogorzelski
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez Cai
                                      #93

                                      left aligned paragraph

                                      Mikołaj Pogorzelski

                                      Pokonywał susami przeszkody oszczędzając na czasie. W zamian łapał zadrapania od jeżyn, oparzenia od pokrzyw i błoto na butach. W końcu dotarł pod dom. Furtka zwyczajowo zazgrzytała. Ogar leżąc koło schodów przegryzał kość wyłowioną z zupy. Te zapraszająco prowadziły na ganek i do wnętrza. Na pozór pustego, nim z dołu dobiegły odgłosy szklistych brzdęków. Babcię zastał w piwnicy w otoczeniu słoików, metalowych klamer do wieczek, gumowych uszczelek i wielkiego gara. Za pomocą tajemniczej aparatury i sobie tylko znanych receptur szykowała się na zimowe przetwory. Nosiła swój ulubiony fartuch, siwe kręcone włosy, drobne dziwactwa i przeszłość odciśniętą na twarzy tysiącem zmarszczek.

                                      — Nie powinieneś być aby w szkole? — uniosła wzrok znad rozgardiaszu, kołysząc trzymaną w ręku chochlą.

                                      — W szkole, w szkole — potwierdził. Z zasady babci nie należało okłamywać, nigdy. — Koleżankom pomagam. Po dyskotece porwali ich przyjaciółkę. Są załamane.

                                      — Matko Bosko — kobiecina się przeżegnała. Ścisnęła mocniej rączkę nabieraka. — Porwano, powiadasz?

                                      — Do budy przyszedł spaślak z komendy — pospiesznie wprowadzał w temat. — Ten co cyganów umarzał, bo mu statystyki psuli. Nie wierze, by coś znalazł.

                                      — Aaa nygus w niechlujnym mundurze — charknęła dając znać, że wie kto zacz i jest równie sceptyczna.

                                      — Wezmę psa, spróbujemy trop znaleźć. Nim zapachy znikną.

                                      — Piesek dobry. Ogarek pomoże — Tenia była silniejszej wiary niż on sam, ale może natchniony „mocą” odkryłby w sobie ducha psa Cywila.

                                      — Na lekcjach nie da się wysiedzieć. Aśkę trzymają w jakiejś dziurze, a wszyscy udają, że nic się nie stało, ględzą o Sumerach i systemach dwójkowych. Wierutne nieporozumienie.

                                      — No szkoda, że Adasia nie ma, by podrzucił. Jak nie urok, to sraczka. Wszystko na raz. Ojciec będzie zły — przewidywała. Podeszła bliżej. Poczuł dotyk szorstkiej dłoni na twarzy. — Ale najważniejsze, to mieć serce, a babcia ma sześć klas podstawówki i żyje, o.

                                      Uśmiechnął się. Jeżeli miałby wyznawać jakikolwiek kult, byłby to kult przodków.
                                      — Baabciu, a poratujesz choć z dychą? Dziewczyny mają zdjęcia z nocy w aparacie, może na którym złapał się porywacz. Chcielibyśmy wywołać.

                                      — Jak w Kolumbie? — poklepała go po ramieniu. — Przynieś no portmonetke. U mnie w pokoju leży. Wczoraj listonosz emeryture przyniósł. Coś może będzie, babcia jeszcze nie przehulała.

                                      — Nie lepsze konto w banku?

                                      — Konto śmąto. Z kontem mnie już trzech króli nie odwiedzi.

                                      Parę kursów wtem i nazad. Pożegnał się i ruszył w dalszą gonitwę. Wciąż nie był pewien, czy powinien troskać seniorkę problemami takiego kalibru? Miała pełne zawirowań życie i zasługiwała teraz na relaks przy ulubionych telenowelach, pachnących wypiekach i pnących się pomidorach z ogródka. Ogar chyżał tuż przy nim. Widząc zacięte miny członków stada. Wzięty na rozmowę przez wiekową, szacowną starą wilczycę, która wciąż polowała i przynosiła mięso, rozumiał powagę sytuacji. Mikołaj nie nadkładał drogi. Mając u boku wiernego towarzysza był gotowy na każdą wymianę zdań z cyganami.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      4
                                      • NamiN Niedostępny
                                        NamiN Niedostępny
                                        Nami jako Paulina Kwiatkowska
                                        Mecenas
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Nami
                                        #94

                                        "Śledztwo przed domem porwanej"

                                        część 1

                                        text alternatywny text alternatywny text alternatywny

                                        text alternatywny

                                        Paulina Kwiatkowska || Krzysztof Komeda || Mikołaj Pogorzelski

                                        Dziewczyny patrzyły z daleka na krzątających się policjantów. Z tej odległości cały tragizm sytuacji jakby był mniej realny. Paulina i Kasia były zdeterminowane. Ich pewność siebie nie uciekła, choć spodziewały się, że zniosą to gorzej.
                                        — Ja nie dam rady… — cichy głos Magdy gdzieś zza ich pleców zabrzmiał jak ukłucie. Obejrzeli się na blondynkę ze współczuciem.

                                        — Magda, nic nie szkodzi… Jak chcesz to idź do domu, może zgarnij jakąś dyszkę lub dwie na tego fotografa i się po prostu o tej osiemnastej spotkamy z Kubą

                                        Głos Pauliny był bardzo ciepły i wspierający, co spowodowało pojawienie się łez w oczach Magdy. Blondynka kiwnęła głową, gdyż nie potrafiła przez chwilę wydobyć z siebie głosu.

                                        — Okej.

                                        Wiśniewska przetarła ostrożnie oczy, aby nie rozwalić resztek makijażu, jaki jej się ostał. Wycofała się i zaczęła odchodzić. Kasia i Paulina spojrzały na siebie, potem na Krzyśka i w ostateczności wróciły do obserwowania policjantów.

                                        Krzysiek patrzył na zbiegowisko jak zaczarowany. Czuł się jak na planie "Ekstradycji", nigdy nie widział tylu policjantów na raz. Na moment zapomniał o Asi i jej mamie i o mrocznej mocy, która w nim drzemała. Chłonął każdy szczegół sceny i nawet się nie zorientował, jak gliniarze się w końcu zawinęli. Dopiero gdy plac wkoło domu opustoszał zwrócił uwagę na samochód. To nim musiała wracać wieczorem Joasia. Żołądek wypełnił mu lód, bo nagle tragedia stała się dziwnie namacalna. Jeszcze gorzej się poczuł, gdy zrozumiał co znajdowało się na podjeździe a co policyjni spece od sprzątania zdążyli już wyczyścić.
                                        Przełknął ślinę i spojrzał niepewnie na dziewczyny.

                                        — I co teraz?

                                        Paulina przez chwilę nic nie odpowiedziała. Stała wpatrzona w to jaśniejsze miejsce na podjeździe, jakby próbowała zmusić się, żeby spojrzeć gdzie indziej, ale nie potrafiła.

                                        — Tutaj… — powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do reszty. — To się stało tutaj.

                                        Zacisnęła dłonie na paskach plecaka, jakby potrzebowała czegoś, co ją przytrzyma w miejscu. Podeszła nieco bliżej, przyglądając się okolicy, próbując zrozumieć całe to zajście, odnaleźć w tym sens i ślad czegoś, co by zrozumiała.

                                        — Rozdzielamy się — rzuciła nagle, już ciszej, ale pewniej. — Ktoś sprawdza podjazd i okolice bramy. Ktoś drugi… — zawahała się na moment — …może coś zostało przy aucie.

                                        Przeniosła wzrok na resztę, już bardziej przytomna.

                                        — Cokolwiek. Ślad, szkło, coś co nie pasuje. Policja nie jest nieomylna.

                                        Na ułamek sekundy znowu zerknęła na to miejsce.

                                        — Tylko niczego nie dotykajcie bez sensu.

                                        Kiedy Kasia kiwnęła głową i odeszła, Paulina złapała Krzyśka za łokieć i przysunęła się do niego.

                                        — Może spróbujemy tej… mocy? Tylko nie bardzo wiem, co moglibyśmy chcieć wymusić w naszych głowach, aby się stało… Raz to zrobiłeś świadomie, może… Masz jakiś pomysł?

                                        Szepnęła do chłopaka, zostając z nim sam na sam.

                                        Krzysiek chciałby powiedzieć, że ma jakiś pomysł, ale prawda była taka, że czuł się jak noworodek, który dopiero co poznaje świat. Nie miał pojęcia jak działa jego moc, ani skąd się wzięła. Boskie albo demoniczne pochodzenie wydawało się teraz zbyt prostym wyjaśnieniem. Przypomniał sobie słowa Mikołaja. Pogorzelski ostrzegał , że Krzysiek może skończyć jak Asia jeśli zbyt głośno zacznie się obchodzić swoim "talentem". Ale czy zniknięcie Asi mogło mieć związek z tym co spotkało jego?
                                        Tego też nie wiedział.

                                        Popatrzył na Paulinę drapiąc się nerwowo w potylicę.

                                        — Jasne, mogę spróbować. — mruknął — Ale...jak niechcący rozerwę ci koszulkę to nie było specjalnie.

                                        Przeniósł wzrok na samochód i znów ogarnęła go zimna zgroza. Co powinien teraz zrobić? Matka zawsze powtarzała, że gdy coś się zgubi trzeba pomodlić się do świętego Krzysztofa. Ale Asia się nie zgubiła i nie była kolczykiem ani pierścionkiem, tylko dziewczyną z którą spędził fajny wieczór w Miami. Dziewczyną, którą porwano.

                                        — Nie wiem do końca jak to działa. Po prostu wyobraziłem sobie jak... — urwał nie chcąc wchodzić w szczegóły, które stawiałyby go w złym świetle — i mocno się skupiłem. Jakbym w miał mięsień w czaszce. Może gdybym znów się sprężył i wyobraził sobie, że jest wieczór, poniedziałek, że stoję tu, na podjeździe w momencie, gdy Asia i jej mama...

                                        Krzysiek zaciął się. Nie był mistrzem gry jak Marek Koza i nie oglądał tych wszystkich filmów, które chłonął jego sąsiad, więc brakowało mu słów mogących precyzyjnie opisać jego zamiary.

                                        — Chodzi żebym spróbował się cofnąć w czasie. Nie ciałem oczywiście, tylko duchem. Wiesz, jak wróżka czy tam medium albo jasnowidz. Nie wiem czy się uda, ale co szkodzi spróbować.

                                        Paulina zawahała się przez ułamek sekundy, ale nie odsunęła się.

                                        — Spróbujmy — szepnęła cicho.

                                        Rozejrzała się odruchowo, upewniając się, że nikt na nich nie patrzy, po czym zrobiła pół kroku bliżej, jakby nieświadomie chciała zobaczyć więcej… albo być bliżej tego, co za chwilę może się wydarzyć.
                                        Na podjeździe było cicho. Zbyt cicho.

                                        Paulina na moment wstrzymała oddech. Złapała Krzyska za dłoń, zacisnęła. Zamknęła oczy. Starannie wzięła głęboki wdech, po czym pomału wypuszczała powietrze ustami. Próbowała się skupić na tym, co tu się wydarzyło. Chciałaby zobaczyć jakies wskazówki, z przeszłości lub teraźniejszości.

                                        — No to jazda — mruknął Krzysiek nie puszczając dłoni Pauliny. Spojrzał na podjazd i auto a potem ścisnął szczękę i zmarszczył czoło próbując sobie wyobrazić samego siebie w tym samym miejscu, lecz o innym czasie, który już się wydarzył. Naciskał na tkankę rzeczywistości z całych swoich sił próbując zajrzeć po za ciemną kurtynę tragicznych wydarzeń. Na czole pojawiły się pierwsze krople potu a w ustach poczuł metaliczny posmak krwi, ale nie zamierzał się zatrzymać.

                                        Oględziny podjazdu i samochodu nie były obiecujące. Paulinie w oko nie wpadło nic, co dałoby im dodatkowe informacje poza tymi, które powiedziała im Renata. Policja naprawdę była skrupulatna.

                                        A potem ją "wzięło". Przebłyski. Skupiła się na tym, jak mama Asi odwozi je do domów, chciała wiedzieć, co się stało potem. To nie było przyjemne. To były migawki, jakby ktoś raz za razem strzelał jej fleszem po oczach. Noc, ciemność, bez kolorów, mama Asi parkuje na podjeździe, gasi silnik, wtedy z ciemności (błyskawicznie! błyskawicznie!) przy samochodzie pojawiają się dwie postacie, nie widziała szczegółów. Kiedy jedna z nich uderzyła mamę Asi, Paulina aż zadygotała od emocji. Cała scena była niema, mama Asi nie zdążyła krzyknąć, a Asi od razu tamte postacie zatkały usta, gdy wyszarpywały jej przyjaciółkę z samochodu. Jak... jak... jakieś maszyny, sztywne precyzyjne ruchy. Kolejna migawka, widziała tylko, jak tamte postacie ładują Asię do innego samochodu i odjeżdżają. To musiał być samochód, ale Paulina nie widziała szczegółów. To było bardziej "czucie" istnienia tego samochodu.

                                        Co najgorsze, Paulina nie była w stanie dojrzeć nic o tych dwóch postaciach. Były jak dwie ciemne plany, nie widziała ich twarzy.

                                        Paulina ocknęła się, cała mokra od potu, który dosłownie po niej spływał, zostawiając mokre plamy na ubraniach, jakby biegła w upalny letni dzień. Nadal trzymała Krzysztofa za dłoń.
                                        Krzysztof czuł, że przed dziewczynami robi z siebie durnia. Nie ważne jak się starał, nic nie wychodziło. Żadnego rozmycia świata, żadnego uczucia jakby grunt uciekał mu pod nogami, żadnych efektów mówiących, że to jest to. Tylko bezsensownie się spocił.

                                        Paulina przez chwilę nie była w stanie złapać oddechu. Puściła dłoń Krzysia dopiero wtedy, kiedy dotarło do niej, że ją ściska — za mocno, za długo.

                                        — Nie… — wyszeptała, cofając się o krok.

                                        Przetarła twarz drżącą dłonią, jakby chciała zetrzeć z niej coś więcej niż tylko pot.

                                        — Byli tam. Dwóch. — urwała na moment, próbując złapać myśli. — Szybcy… jakby… jakby dokładnie wiedzieli co robią. Żadnego chaosu.

                                        Spojrzała na podjazd, ale tym razem już nie jak wcześniej — teraz z wyraźnym lękiem.

                                        — Nie widziałam twarzy. W ogóle. Jakby… ich tam nie było.

                                        Zacisnęła szczękę.

                                        — I od razu ją zabrali. Bez słowa.

                                        Paulina spojrzała na siebie całą, koszulkę miała mokrą, jakby przebiegła półmaraton. Czuła silną potrzebę zdjęcia jej, wyrzucenia, ale w okolicznościach, w jakich się znalazła, po prostu nie mogła sobie na to pozwolić.
                                        — Krzysiek, u-udało się… — zająknęła się zmieszana, nie była w stanie uwierzyć, że naprawdę jest to możliwe

                                        — Ale.. ale jak? Niby widziałam to, jednak mam wrażenie, że dalej wiem tyle, co nic… Nic nie wiem, choć przeżyłam koszmar razem z nimi…

                                        Głos Pauliny pod koniec zaczął się załamywać. Jej oczy zaszkliły się, ale powstrzymywała łzy. Widać było, że chce zdusić w sobie to, co się wydarzyło. Czuła się obecna zdarzenia, a mimo to dalej wiedziała tyle co nic..
                                        Krzysiek patrzył na Paulinę z rosnącym przerażeniem. Bał się powtórki z apelu, gdy nagle zemdlała z nadmiaru emocji. Stał blisko niej gotowy ją złapać, ale dziewczyna nadal trzymała na nogach. Dopiero po chwili dotarł do niego sens jej słów i pojął co się właśnie wydarzyło. To nie on miał wizję, tylko Paulina. Zobaczyła coś. Jemu się nie udało i przez moment czuł palący wstyd. Wstyd jaki może tylko czuć tylko młody chłopak, który wygłupił się przed dziewczynami. Szybko schował to uczucie skupiony tylko na niej i na tym co mówi. Paulina była w kiepskim stanie i cokolwiek zobaczyła nie brzmiało to dobrze. Zalała go fala współczucia i troski, chciał jej pomóc ale nie miał pojęcia jak. Objąć i przytulić? Dotknąć w ramię? Złapać za dłoń? W takich sprawach Krzysiek był beznadziejny i może gdyby Paulina Kwiatkowska nie była dziewczyną pewnie potrafiłby podjąć jakąś decyzję. A tak po prostu stał i gapił się na nią jak cielę.

                                        — Czyli ty też... — wyrwało mu się bo w końcu zrozumiał, że nie jest jedyny, że inni też zostali naznaczeni. — Ja pierdolę.

                                        Milczał przez chwilę, próbując poskładać to wszystko jakoś do kupy. Co nie było łatwe, bo poczucie wstydu i upokorzenia, tliło się gdzieś z tyłu głowy jak nieugaszony pożar. Bał się, że w oczach Pauliny i jej koleżanek wyjdzie na kłamcę i pozera, który wymyślił historyjkę o zakonnicy i nauczycielce by się przed nimi popisać.

                                        — Dałem ciała, nic nie zobaczyłem — przyznał szczerze i westchnął pod nosem — Może umiem tylko rwać gacie z dupy. Ale ważne że tobie się udało.

                                        Paulina spojrzała na Krzysztofa jeszcze przez chwilę, jakby dopiero teraz do niej dotarło, co właściwie powiedział. Zmarszczyła brwi, powracając pomału emocjami na stabilniejszy grunt.

                                        — To nie jest żadna twoja „porażka”, ani dowód na to, że nie umiesz niczego innego — odezwała się cicho, ale stanowczo. — To nie działa jak… nie wiem, zadanie z matematyki, że robisz to, co musisz i wychodzi logicznie. Dla mnie to co się dzieje nie ma żadnej logiki! Ja dziś zrobiłam chyba trzy różne rzeczy, spójrz.

                                        Wyciągnęła rękę, aby odliczać na palcach

                                        — Uciszyłam budzik bez dotykania go, czyli jakby… Wyciszyłam dźwięk? Zatrzymałam mechanizm? Potem, jak sami stwierdziliście, lewitowałam. Teraz miałam jakieś… wizje?

                                        Otarła wilgotną skroń i odetchnęła głębiej, próbując się uspokoić. Wypuściła pomału powietrze drżącymi ustami. Skoro sama potrafiła robić rzeczy z różnej kategorii, to Krzysiek na pewno miał to samo.

                                        — Może to nie ty miałeś to zobaczyć — dodała po chwili, już spokojniej. — Albo nie teraz. Może… Może dla każdego z nas jest jakiś konkretny moment w czasie, gdzie działamy. Gdy jedno działa, drugie jest w letargu?

                                        Na moment zawiesiła wzrok gdzieś obok niego, jakby wciąż widziała tamten obraz. Potrząsnęła głową. Czuła narastającą w gardle gulę. Zastanowiła się, czy Krzysiek już nie zaczął jej oceniać. Czy zacznie się od niej odsuwać? Z niepewności dała krok w jego stronę, przybliżając się i ściszając głos.

                                        — I to wcale nie było… — urwała, kręcąc lekko głową. — To nie było jak wspomnienie. To było jakby ktoś mi to wcisnął do głowy. Nawet nie czułam się jak widz, bardziej jak obserwator, który…czuje I jest w akcji.

                                        Zacisnęła dłonie na paskach plecaka.

                                        — A oni… oni byli… dziwni. Za szybcy. Za dokładni. — spojrzała z powrotem na Krzyśka. — I nie widziałam ich twarzy. W ogóle. Czuję się jakbym naprawdę nic nie odkryła!

                                        Nastolatka zamilkła na moment, spuściła wzrok. Znowu wędrowała spojrzeniem po podjeździe, po ulicy, jakby śledziła wzrokiem kierunek, gdzie uciekli sprawcy.

                                        — Ale to znaczy, że coś tu jest nie tak. — dodała ciszej. — I że mamy rację, żeby tu być.

                                        Krzysiek nie został wyśmiany, nikt nie nazwał go pozorem, ani nie zarzucił kłamstwa. Wszystko co myślał o popularnych dziewczynach mógł wyrzucić do kosza, przynajmniej w przypadku Pauliny, która co raz wymykała się jego wyobrażeniom, najpierw w Miami a teraz tutaj, pod domem jej przyjaciółki. Słuchał jej wyjaśnień z ulgą, bo jej teoria miała więcej sensu niż jego, że został naznaczony mocą, z której ucieszyłby się tylko zboczeniec.

                                        — Skoro udało ci się raz, może następnym razem zobaczysz więcej? Ja też mogę spróbować — zaproponował — Moglibyśmy też na razie po prostu się spokojnie rozejrzeć.

                                        Wskazał skinieniem na dom zaginionej koleżanki.

                                        —Gliny pewnie przetrząsnęli samochód, ale może przeoczyli coś w domu?

                                        Przeniosła wzrok na podjazd, jakby coś ją tam znowu przyciągało, choć wyraźnie nie chciała patrzeć za długo.

                                        — Rozejrzeć się… chyba możemy — dodała po chwili. — Tylko spokojnie. Bez rzucania się w oczy. Wchodzenie do domu to już chyba włamanie... Mielibyśmy przechlapane

                                        Zawahała się na moment, po czym spojrzała z powrotem na chłopaka.

                                        — I nie forsuj się z tym — dorzuciła ciszej, niemal półgłosem. — Jak to ma działać, to zadziała. U mnie też to nie było… zaplanowane. Choć faktycznie skupiłam się na konkretnej rzeczy. Może gdybyśmy chcieli zobaczyć powód to... Też by się udało? Ja jeszcze raz spróbuję... Bardziej spocona już nie będę.

                                        Paulina potrząsnęła koszulką, która lepiła się do niej nieprzyjemnie. Zaśmiała się nerwowo, ale bardzo krótko.
                                        Dziewczyna znowu odetchnęła na spokojnie, próbując złapać stabilność w emocjach. Zamknęła oczy i odwiodła dłonie od ud na parę centymetrów do boku. Skoro raz się udało zobaczyć zdarzenie, może teraz jakimś cudem pozna jego powód?

                                        Paulina już widziała, co się tam stało. Ale nie rozumiała, kto to zrobił. Skupiła się ponownie, teraz na tych ciemnych postaciach.

                                        Udało się. I po chwili chciało jej się rzygać. To... to nie byli ludzie. Już nie. Paulina miała w ustach smak padliny, posmak trupa. Ci dwaj, to musieli być faceci, była już tego pewna, nie żyli. Ruszali się, ale nie myśleli. Coś jednak kontrolowało ich z zewnątrz, ale więcej nie zrozumiała. I po chwili to poczuła - tę moc, którą sama już poznała.

                                        Ciągle w migawce fleszy zobaczyła zamek górujący nad miasteczkiem. Coś tam było, albo raczej pod nim, głęboko pod nim. Tak, pod nim! To ta moc! To ona pozwalała się tamtym poruszać. Zrobiło jej się jeszcze bardziej niedobrze na myśl, że ona też zamieni się w takie... coś. Ale w końcu pojęła, że oni, zostali CELOWO przemienieni, i to nagle, a za wszystkim stoi ktoś, kto pociąga za te sznurki. Skojarzenie przyszło w kolejnej migawce, gdy po raz kolejny obserwowała jak tamci wyciągają Asię z samochodu - te sztywne ruchy, jakby to były marionetki w teatrze lalek.

                                        Okropieństwo! Odór i smak rozkładających się zwłok narastał z każdą chwilą.

                                        text alternatywny

                                        Pogorzelski wyszedł z kręgu kamienic. Przemierzał chodnik, przyglądając się tabliczkom z nazwami ulic. Na skrzyżowaniu wypatrzył właściwą, przekazaną przed rozdzieleniem. Pozostało podążać za malejącą numeracją domów, aż do adresu Asi. W końcu na podjeździe po drugiej stronie drogi rozpoznał kręcone loki i jasną czuprynę młodocianych z grupy poszukiwawczej. Ściągnął mocniej smycz, wskazując czworonożnemu ziomowi kierunek. Zwiększył tempo. Lekko zdyszany zatrzymał się u celu.

                                        — Ogar, poznaj Poganina i…— dziewczyna nie miała dobrej ksywy. Nie dokończył, wybity zastanym obrazem. Wyglądali na ludzi wyprażonych pełnym słońcem przy żarze z nieba rzędu czterdziestu stopni. Oboje przepoceni do nitki. Paulina krzywiła się jakby zjadła karalucha i walczyła z powstrzymaniem wymiotów. Krzychu mus doznał objawienia piekieł. Patrzył spojrzeniem zbitego psa z miną cierpiętnika wyrażającą “moja wina” wszystkich grzechów świata. Brakowało wora pokutnego i zdartych kolan pielgrzyma z Medjugorje.
                                        — Co się odwaliło?

                                        Paulina odbiegła niezgrabnie pod ogrodzenie i zwymiotowała między bujnymi tujami. W ustach czuła smak zgnilizny, jakby właśnie pożywiła się surowym, starym mięsem. Wyobrażenie sobie białych robaków, które zwykle po takiej padlinie pełzają, sprawiło jedynie, że ponownie zebrało jej się na wymioty.

                                        Słysząc te charakterystyczne odgłosy zaraz zza domu przybiegła Kasia. Była nie tylko zdziwiona, widząc Paulinę w takim stanie, ale i wściekła.

                                        — Coście jej zrobili?! — uniosła się gniewnie podbiegając do przyjaciółki i zgarniając jej włosy.
                                        Paulina kaszląc przeszła do defensywy.

                                        — To... ekhe... nie ich... ekh ekh... wina — nabrała gwałtownie powietrza i przetoczyła się z asystą Kasi pod ścianę domu, gdzie osunęła się siadając na ziemi z wyprostowanymi nogami. Głowa była dla niej tak ciężka, że oparła ją o zimne mury.

                                        — To działa...— wymamrotała słabo — Nie wierzyłam, ale bez kitu to działa, Mikołaj.

                                        Nastolatka wyglądała jakby przebiegła wspomniany półmaraton i dodatkowo zatruła się śląskim powietrzem. Można było nawet pokusić się o przypuszczenie, że potrzebuje pilnie karetki.

                                        — Paulina, co się stało? — zapytała Kasia, kucając przy koleżance i odgarniając przylepiające się do jej mokrego czoła włosy.

                                        Dziewczyna wyciągnęła rękę przed siebie, chcąc pogłaskać psa, którego przyprowadził Mikołaj. Sądziła, że to futerko da jej namiastkę poczucia bezpieczeństwa. Niestety nie wiedziała, ani czy pies zechce podejść, ani czy nie jest groźny.

                                        — Cześć, Ogar — przywitała się siląc się na słaby uśmiech — Wiecie, zastanawiam się, czy my serio, mając te jakąś moc czy co... Widzimy prawdę? A co jeśli to tylko jakieś, nie wiem, psychopatyczne wizje? Choć przysięgam, że wydawało się takie… prawdziwe. Jakbym tam była, jakbym była w tej akcji czynna…

                                        Zrobiła krótką przerwę na oddech, aby móc kontynuować, nie trzymając innych w niepewności. Postanowiła zacząć od początku, od pierwszej wizji, bo póki co, tylko Krzysiek ją znał.

                                        — Najpierw widziałam cały moment porwania. Były dwie postacie, miały takie… dziwne, mechaniczne ruchy, ale myślałam, że po prostu tak to widzę, bo jest to niezbyt płynny obraz. Zabrali Asię do auta i odjechali, w tamtym kierunku

                                        Paulina wskazała drogę, którą widziała w wizji.

                                        — I teraz ta gorsza część… A raczej dziwniejsza. Gdy skupiłam się po raz drugi, czułam… Smak i zapach padliny. Trupa. Te postacie, których wcześniej nie widziałam, a teraz tak, to właśnie, to… Jakieś zombie. Ktoś sterował martwymi ciałami, wydał komendy, nie wiem! Nie uwierzycie mi, ja sama nie wierzę, to absurdalne, ale nie wymyśliłam sobie, ja nawet nie jestem fanką horrorów! Ta moc, nie wiem czy nasza też, ale te trupy, ktoś sterujący nimi, wszystko ma swoje podstawy w… Zamku. Pod zamkiem. Gdzieś tam, głęboko, coś tam… Jest.

                                        Paulina mówiąc to błądziła nerwowo wzrokiem po wszystkich, a na koniec opuściła spojrzenie. Zwinęła nogi, zginając je i przyciskając je do siebie, brodę oparła o kolana, a rękami objęła podudzia. Myślała nad tym, co właśnie powiedziała. Zastanawiała się, czy dobrze zrobiła mówiąc to. Nie chciała wyjść na kretynkę. Niestety zaczynała się tak czuć.

                                        🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        4
                                        • CaiC Niedostępny
                                          CaiC Niedostępny
                                          Cai jako Mikołaj Pogorzelski
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Cai
                                          #95

                                          część 2

                                          Mikołaj nadął policzki. Drapnął się po szyi. Podpora rzeczywistości leciała na łeb ciężkimi proporcjami doryckiej kolumny. Pies zaciągnął powietrze. Szarpnął w stronę Pauliny. Kontrolował go czujnie i nieufnie, próbując przewidzieć następny ruch. Czy bardziej interesowała go dziewczyna, czy to co z niej wyleciało?
                                          — Ani mi się waż — pogroził wyprzedzająco. Zluzował smycz, pozwalając czystorasowemu o nieczystych zamiarach się zbliżyć. Byle nie do tui. Obwąchać wyplutą wieszczkę bez możliwości wytarzania.

                                          — Są powody do mruczenia — ironizował. — Ogólnie grubo. Wiecie co jest słabe? Nie ważne jak mocno i celnie przywalisz w trupa, pójdzie dalej. Siekiera w plecach? A wsadź mi drugą. Wolę parzyście.

                                          Plan awaryjny z przewidzeniem szóstki w lotto i opuszczeniem przeklętego Sokołowa wyrastał na horyzoncie dumnie niczym trójmasztowy żaglowiec, radujący oczy rozbitka.
                                          — Zamek to szwab. Sługusy szwaba… wiadomo. Kloce z kołami w dupie jak ten od Merola.

                                          Nie miał dobrych wieści. Posmak padliny z rana przebijał się do tej pory. Wyciągnął z plecaka butelkę. Jeżeli coś mogło złagodzić objawy to tylko ona. Podrzucił Kwiatkowskiej.
                                          — No to Frugo — pojechał reklamą. — Świeży smak zielonych owoców bez żadnych ograniczeń.

                                          Paulina złapała niezgrabnie napój. Wciąż lekko drżały jej ręce, ale dopiero teraz stało się to bardziej widoczne.
                                          — Dzięki — mruknęła krótko i odkręciła butelkę. Słodki smak faktycznie pomagał. Popijała niespiesznie, co by znowu nie wywołać wymiotów.

                                          — Ej, o jakiej mocy wy mówicie? — Kasia wtrąciła się do rozmowy. Przecież cały czas stała przy Paulinie.

                                          — Ludzie too ni widzo jakie sily drzymiom w naturze — Pogorzelski przyniósł odpowiedź niczym mistrz krzyżacki dwa nagie miecze.

                                          — Że jak? — Kasie nie zrozumiała.

                                          Krzysiek chciał uwierzyć Paulinie na słowo, ale słysząc o żywych trupach porywających nastolatki jego umysł po prostu odmówił posłuszeństwa. Próbował sobie wyobrazić scenę, którą opisała koleżanka, ale miał zbyt małą wyobraźnię by przywołać obraz martwych kidnaperów. Wtedy jednak przypomniał sobie książkę "Religie świata", którą kiedyś przydybał na plebanii w biblioteczce księdza proboszcza i przekartkował ją zatrzymując się na rozdziale kulcie praktykowanym na Haiti.

                                          Szczególnie wrażenie zrobił na nim fragment o kapłanach, którzy za pomocą magicznego proszku doprowadzali ciało ofiary do pozornej śmierci a gdy nieszczęśnik został pochowany przez rodzinę, mag wykopywał jego zwłoki z grobu i od tego czasu truposz był pod jego kontrolą.
                                          — Voodoo — wyszeptał przypominając sobie nazwę tej mrocznej religii po czym spojrzał na zdezorientowaną Kasię. — Oni mówią o voodoo. Chyba.

                                          — Och — Kasia mruknęła wciąż nie odstępując Pauliny na krok — A to nie jest z Afryki? Niemiec i Voodoo?

                                          Paulina otworzyła szerzej oczy wciąż popijając napój od Mikołaja.
                                          — Krzysiek, to genialne! Masz rację!

                                          — Paula, a ty… Nie zaczęłaś z nimi ćpać czy coś? — Kaśka spojrzała podejrzliwie na przyjaciółkę, która mało co nie opluła się podarowanym frugo. — Kurde, odkąd poszłyśmy do tego liceum i poznałaś nowe osoby…

                                          — Zwariowałaś?! — Paulina przerwała jej gwałtownie — Ja serio rozumiem, że to co mówię jest… Idiotyczne. Sama sobie ledwo wierzę! Ale to na pewno da się udowodnić! Prawda?

                                          Paulina spojrzała na chłopaków, jakby licząc na wsparcie. Że oni w to wierzą i będą podążać tym tropem razem z nią, aż udowodnią, że mieli rację! Kasia zamilkła, jakby próbowała sama dojść do jakichś wniosków.

                                          Pogorzelski nie wyglądał jakby zamierzał cokolwiek wyjaśniać. Niech się paple tłumaczą. Zajął się robotą.
                                          — Tu stało auto porywaczy? — wskazał ręką, wywołując Paulinę do tablicy. Upewniał się do miejsca postoju. — Jeżeli pachną jak smakują, pies będzie miał używanie. Uwielbia smród padliny.

                                          Rozejrzał się, czy nie odbili śladu bieżnika na podjeździe przy gwałtownym manewrze.
                                          — Niuchaj Ogarku, niuchaj — przywołał gończego, zachęcał. — Zapamiętaj dobrze woń naszych wrogów.

                                          Głośno myślał, starając się nakreślić jakikolwiek plan. Siedzenie z podkulonymi nogami nie było w jego stylu. Albo stoisz, albo leżysz nieprzytomny.
                                          — Może idąc na zamku za smrodem trupa, znajdziemy wejście do podziemi? Może przekonamy jakiego Mietka, by zeznał na policji, że widział jak ją tam wciągają.

                                          Pstryknął.
                                          — Może sami powiemy, że znaleźliśmy tam jaki drobiazg, który miała na dyskotece, ale nie na szkolnej wycieczce. Inne pomysły? Nosz ruszcie łepetynami.

                                          — A myślicie, że ja też mam takie moce? — odezwała się Kasia, wstając na równe nogi i dając krok w stronę Mikołaja. Nie podeszła jednak blisko. Widać było, że czuje się niepewnie ze względu na psa.

                                          — W sensie… No bo czemu wy je akurat macie? Ja też byłam wtedy na tym zamku. Asia była… — dodała krzyżując ręce pod piersiami. — I w sumie, jeśli to wszystko ma związek z nazistowskim eksperymentem, to Asia jest dobrym celem, nie? No bo wiecie, jej ojciec był biznesmenem gdzieś w Berlinie, ona ma kasę, była z nami wtedy na zamku, może też ma jakieś moce? Może… Może ktoś chciał napromieniować Asię, a że staliśmy wszyscy obok siebie, to dostaliśmy rykoszetem?

                                          Kasia zaczęła się głośno zastanawiać nad powodem, póki co nie mówiąc nic o dalszych pomysłach na akcje. Paulinie kamień spadł z serca, że jej przyjaciółka zaczęła myśleć o tym wszystkim jakby próbowała uwierzyć. Czuła dzięki temu wsparcie, choć wiedziała, że nie swoim opowieściom nie ułatwiła tego nikomu. Były niewiarygodne. Upiła ostatni łyk frugo i podniosła się z ziemi.
                                          — To po odebraniu zdjęć wbijamy na zamek? Ja… Chciałabym się najpierw umyć, mówiąc szczerze… Ale myślę… Myślę, że pójście tam to dobry pomysł…

                                          — Dobry pomysł?! — Kasia spojrzała na nią uważnie — Paula, to chore! A jak nas złapią i będą na nas eksperymentować?
                                          Paulina wzruszyła ramionami. Nie wiedziała nawet, co odpowiedzieć.

                                          — A, zdjęcia — Mikołajowi kliknęło. Mieszał w kieszeni przyglądając się uważnie Kasi i Paulinie. Dwa piątaki obijały mu się o palce. Zdecydował. Ocenił, że dziewczyny są zaradne i bez problemu zorganizują brakującą kwotę. Wyciągnął monetę. Druga była jego przepustką do lepszego świata.
                                          — Moja dola — wyprostował rękę z krążkiem na dłoni.

                                          — Spokojnie, nie ugryzie — zachęcił, widząc obawę wywołaną obecnością czworonożnej bestii. Igrał — Chyba, że wyczuje cygańską krew.

                                          Dziewczyny przyjęły pieniądze od Mikołaja. Kasia posłała mu lekki uśmiech.
                                          — Dzięki. To sporo dla nas znaczy, że chcesz pomóc… I próbujesz.
                                          Choć wiedziały, że daleko im do cyganów, nie odważyły się podejść do psa.

                                          Krzysiek przełknął ślinę. Przypomniał sobie zakład z Bochenkiem. Miał spędzić sam noc na zamku, jeśli przegra. Już wtedy Falkenstein był straszny, a po tym co usłyszał wydawał się jeszcze bardziej przerażający. Mimo to zwrócił się do Kaśki.
                                          — Ale jeśli Asia tam jest to nie mamy wyboru. Nikt przecież nie uwierzy, że porwały ją jakieś zombie voodoo. Tylko my możemy jej pomóc.

                                          Spojrzał na psa, którego przeprowadził Mikołaj. Nie odważył się go pogłaskać, choć był niemal pewien, że nie płynie w nim żadna cygańska psa i jest bezpieczny.
                                          — Zawsze możemy zabrać ze sobą Ogara do obrony. I zostawić komuś wiadomość, na wypadek gdyby nas złapali. Chlebowskiemu, Bochenkowi albo Alicji.

                                          Po pierwszych kilkunastu sekundach, gdy wydawało się ze Ogar złapał trop, ekscytacja opadła. Pies złapał jakiś trop, ale od razu było widać, że nie może to być trop samochodu. Pokręcił się trochę po ulicy, zachęcany przez Mikołaja, ale potem zaczął łapać własne tropy, te wzdłuż płotów i pod latarnią, którą z dumą obsikał. Mikołaj musiał pogodzić się z porażką pomysłu, który był przecież dobry.

                                          Ślepy zaułek.

                                          Musiało to oznaczać kilka rzeczy. Po pierwsze, o ile zombie śmierdzieli, to sam samochód w ogóle nie śmierdział, co raczej nie było prawdą, po smród padliny przenika wszystko. Po drugie, truposze mogli mieć dostęp do bardzo dobrego niemieckiego dezodorantu, a nie byle czego z bazaru (choć w sumie niektóre rosyjskie wynalazki z pewnością zabijały zapach wraz użytkownikiem). Po trzecie, porywacze nie śmierdzieli.

                                          Tylko czy to była dobra, czy zła wiadomość?

                                          — Paula — odezwał się Mikołaj zwracając się do Pauliny tak jak Kasia. — Jesteś pewna że oni śmierdzieli? I co był za samochód?

                                          Paulinie już na samo przypomnienie tego co odczuwała zrobiło się niedobrze. A samochód? Po prostu samochód, w swojej "wizji" nie widziała szczegółów.
                                          — Możesz zapytać te tuje, co je obrzygałam… Chyba nie sądzisz, że mnie zbiera z byle powodu? Padlina, trup… Weź nie przypominaj.

                                          Paulinę znowu zemdliło na samo wspomnienie. Miała ochotę zabić Mikołaja wzrokiem. Mimo iż wydawało jej się, że dowiedziała się wiele, wciąż okazywało się, że to było zbyt mało. Choć nie miała ochoty na więcej prób oraz naprawdę czuła się już źle i wstrętnie, bo pot dalej nie wysechł, to spróbowała skupić się ponownie. Miała nieodparte wrażenie, że musi udowodnić, że jest coś warta. Chciała móc ponownie coś podpowiedzieć, czuła ogromną presję ze strony rówieśników, jednak im bardziej się starała, tym jedynie gorzej się czuła. W pewnym momencie jedynie zakręciło jej się w głowie i musiała usiąść na ziemi.
                                          — Nie mogę… Chcę wrócić do domu… Potrzebuję przerwy…

                                          Mikołaj przyklęknął przy zwierzaku.
                                          — Starałeś się — tarmosił futrzaka za uszami. — No nie bądź smutny. Kto jest najlepszym Nieogarem? No kto? Piesek jest!
                                          Piesek polizał go po twarzy.

                                          — Spadamy — ogłosił reszcie załogi. — Albo zgnilizna jest metaforycza, albo trzeba jej szukać tam gdzie wysiedli z auta.

                                          Nie mówił głośno, że wraca do budy, żeby nie wzięli go za mięczaka. Zwyczajnie nie chciało mu się przepisywać tony notatek i świecić oczami przed starymi.
                                          — Widzimy się z wieczora? — upewniał się na odlocie.

                                          Paulina kiwnęła głową. Nie miała już nawet sił, aby odpowiadać. Kasia chwyciła ją pod ramię i pomogła wstać z ziemi.
                                          — Jasne. Dzięki — odpowiedziała za nią Kaśka, uśmiechając się przy tym do Mikołaja. Wciąż, jak widać, miała do niego jakąś słabość, lecz teraz były rzeczy ważniejsze do ogarnięcia.

                                          — My idziemy do Pauli, jej rodziców nie ma w domu o tej godzinie, a brat jest raczej… Niegroźny.

                                          Paulina uśmiechnęła się słabo.
                                          — Mój brat zawsze pomoże, ma tyle dojść… Możecie wpaść, jeśli nie wiecie co ze sobą robić.

                                          Paulina podała adres zamieszkania, tak gdyby naprawdę ktoś potrzebował. Wsparła się na Kasi tylko delikatnie, nie chciała się do niej przylepić swoim spoconym ciałem.

                                          text alternatywny

                                          Mikołaj wracał przez rynek, odprowadzając psa. Przystanął przy blaszanej budce. Niebieskie ściany, żółty daszek z wielkim napisem LOTTO. Kolektura kusiła otwartymi drzwiami. Zacisnął pięść na pięciozłotowej monecie, aż zrobiła się ciepła i zaczęła wgryzać w wnętrze dłoni. Skupił się na obrazie studia, Komisji Kontroli Gier i Zakładów, głosie Rembiszewskiego.

                                          “Komora maszyny losującej jest pusta. Następuje zwolnienie blokady.”

                                          Próbował wychwycić liczby na tańczących kulkach, które dadzą mu zwycięstwo, majątek, wolność i… nic. Zupełnie nic. Kropli potu na czole. Strużki krwi z nosa. Kapcia w ustach. Wizji, podpowiedzi.
                                          — Bieda — zmielił pod nosem. Durna szwabska moc. Żydowska, na pewno przyniosłaby kasę. — W dupę se ją wsadźcie.

                                          Zawiedziony ruszył przed siebie.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          4

                                          Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                                          Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                                          Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa