Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje inne
  3. Rozgrywka
  4. [Horror] Gruzy przeszłości
Gruzy przeszłości
JohnyTRSJ
JohnyTRS jako
Szarzyzna
Mistrz Gry
Pan ElfP
Pan Elf jako
Alicja Filipowicz
CaiC
Cai jako
Mikołaj Pogorzelski
Arthur FleckA
Arthur Fleck jako
Krzysztof Komeda
BrilchanB
Brilchan jako
Adam Chlebowski
NamiN
Nami jako
Paulina Kwiatkowska

[Horror] Gruzy przeszłości

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
horrorwłasnystranger thingsnastolatkowie
102 Posty 8 Uczestników 2.4k Wyświetlenia 2 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • JohnyTRSJ Niedostępny
    JohnyTRSJ Niedostępny
    JohnyTRS jako Szarzyzna
    Mecenas
    napisał(a) ostatnio edytowany przez JohnyTRS
    #92

    MG-Awatar100.jpg

    Szarzyzna


    Liceum w Sokołowie Śląskim, 9:50

    Wszyscy

    Zabrzmiał dzwonek na lekcje i już chcieli wyjść, gdy zatrzymali sie w półkroku w łączniku, gdzie było wyjście - przed płotem nadal stała policja, a przynajmniej jeden z policjantów, drugi (komendant) pewnie jeszcze był w szkole, a Paulina jakoś nie miała ochoty się na niego natknąć. Pierwszy zareagował Mikołaj:
    - Przez szatnie na tyły, tam jest jeszcze furtka.

    Niepokojeni zbiegli do piwnic, pustym korytarzem ruszyli przez szkołę i wyszli drugą klatką schodową na "palarnię", jeszcze kilka metrów i byli przy płocie, idąc po naprawę zarośniętym chodniku. Furtka była i nawet nie była zamknięta. Tylko skrzypiała.

    Rozdzielili się.

    Mikołaj

    Będąc już na tyłach szkoły, przed boiskiem miejskim, niemalże pobiegł do domu korzystając z bocznych, wysypanych żużlem uliczek i podwórzy, omijając blok cyganów. Nie zdziwiłby się, gdyby oni tam na niego czekali, a nie zamierzał tracić czasu na bezsensowne dyskusje. Szedł opłotkami, częściowo musiał kluczyć - znał drogę, ale czasowo nie dawała ona zysku w stosunku do pójścia po prostu ulicą, zwłaszcza że w niektórych miejscach musiał się przedzierać przez rozrośnięte krzaki lub pokrzywy.

    Pierwsze co zauważył, to brak samochodu brata na podjeździe. Wszedł do domu, tak jak się spodziewał babcia była w domu.
    - Cześć babciu, jest Adam?
    Tenia pokręciła przecząco głową:
    - Pojechał do Legnicy do jednostki, twój tata potrzebował pilnie jeszcze munduru wyjściowego. Nie powinieneś być teraz w szkole?

    Mundur wyjściowy? No to w Legnicy jest naprawdę gorąco.

    Paulina, Krzysztof, przyjaciółki Pauliny

    Szybko na główną ulicę i prosto do domu Asi, dziewczyny znały drogę. Krzysztof po wczorajszym trochę nerwowo wypatrywał moherowych beretów (albo swojej matki, albo księdza proboszcza), ale na szczęście droga była tym razem czysta.

    Grupka zatrzymała się daleko przed domem Asi, przy sklepiku. Było jasne jak słońce, że tam nadal kręci się policja. I to nie lokalna, tylko jakaś jednostka z miasta wojewódzkiego - miejscowa policja miała na stanie tylko polonezy, a tutaj Krzysztof od razu rozpoznał policyjną sukę Volkswagena Transportera, oraz Fiata Cinquecento. Wiedział też, że te służyły to transportu policyjnych psów.

    Pchać się tam teraz to było jawne proszenie się o kłopoty.

    Postanowili poczekać i się nie pomylili - już po kilku minutach policja zapakowała się do samochodów i odjechała. Podeszli, gdyby nie policyjna taśma na bramie nie można było poznać, że coś się tutaj stało.

    A nie, można było, jeżeli się mniej więcej wiedziało, co się stało, o czym świadczyło jaśniejsze, ewidentnie niedawno wyczyszczone, miejsce na podjeździe, tuż obok drzwi kieorwcy stojącego na nim samochodu. Samochodu, którym mama Asi rozwoziła je do domów.

    178.255.46.143
    Pan Psuj
    Ciężkie pióro, ograniczona fantazja, blokada twórcza, niemoc tfurcza, masa nierozwiniętych pomysłów. Długie posty praktycznie niemożliwe.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    5
    • CaiC Niedostępny
      CaiC Niedostępny
      Cai jako Mikołaj Pogorzelski
      napisał(a) ostatnio edytowany przez Cai
      #93

      left aligned paragraph

      Mikołaj Pogorzelski

      Pokonywał susami przeszkody oszczędzając na czasie. W zamian łapał zadrapania od jeżyn, oparzenia od pokrzyw i błoto na butach. W końcu dotarł pod dom. Furtka zwyczajowo zazgrzytała. Ogar leżąc koło schodów przegryzał kość wyłowioną z zupy. Te zapraszająco prowadziły na ganek i do wnętrza. Na pozór pustego, nim z dołu dobiegły odgłosy szklistych brzdęków. Babcię zastał w piwnicy w otoczeniu słoików, metalowych klamer do wieczek, gumowych uszczelek i wielkiego gara. Za pomocą tajemniczej aparatury i sobie tylko znanych receptur szykowała się na zimowe przetwory. Nosiła swój ulubiony fartuch, siwe kręcone włosy, drobne dziwactwa i przeszłość odciśniętą na twarzy tysiącem zmarszczek.

      — Nie powinieneś być aby w szkole? — uniosła wzrok znad rozgardiaszu, kołysząc trzymaną w ręku chochlą.

      — W szkole, w szkole — potwierdził. Z zasady babci nie należało okłamywać, nigdy. — Koleżankom pomagam. Po dyskotece porwali ich przyjaciółkę. Są załamane.

      — Matko Bosko — kobiecina się przeżegnała. Ścisnęła mocniej rączkę nabieraka. — Porwano, powiadasz?

      — Do budy przyszedł spaślak z komendy — pospiesznie wprowadzał w temat. — Ten co cyganów umarzał, bo mu statystyki psuli. Nie wierze, by coś znalazł.

      — Aaa nygus w niechlujnym mundurze — charknęła dając znać, że wie kto zacz i jest równie sceptyczna.

      — Wezmę psa, spróbujemy trop znaleźć. Nim zapachy znikną.

      — Piesek dobry. Ogarek pomoże — Tenia była silniejszej wiary niż on sam, ale może natchniony „mocą” odkryłby w sobie ducha psa Cywila.

      — Na lekcjach nie da się wysiedzieć. Aśkę trzymają w jakiejś dziurze, a wszyscy udają, że nic się nie stało, ględzą o Sumerach i systemach dwójkowych. Wierutne nieporozumienie.

      — No szkoda, że Adasia nie ma, by podrzucił. Jak nie urok, to sraczka. Wszystko na raz. Ojciec będzie zły — przewidywała. Podeszła bliżej. Poczuł dotyk szorstkiej dłoni na twarzy. — Ale najważniejsze, to mieć serce, a babcia ma sześć klas podstawówki i żyje, o.

      Uśmiechnął się. Jeżeli miałby wyznawać jakikolwiek kult, byłby to kult przodków.
      — Baabciu, a poratujesz choć z dychą? Dziewczyny mają zdjęcia z nocy w aparacie, może na którym złapał się porywacz. Chcielibyśmy wywołać.

      — Jak w Kolumbie? — poklepała go po ramieniu. — Przynieś no portmonetke. U mnie w pokoju leży. Wczoraj listonosz emeryture przyniósł. Coś może będzie, babcia jeszcze nie przehulała.

      — Nie lepsze konto w banku?

      — Konto śmąto. Z kontem mnie już trzech króli nie odwiedzi.

      Parę kursów wtem i nazad. Pożegnał się i ruszył w dalszą gonitwę. Wciąż nie był pewien, czy powinien troskać seniorkę problemami takiego kalibru? Miała pełne zawirowań życie i zasługiwała teraz na relaks przy ulubionych telenowelach, pachnących wypiekach i pnących się pomidorach z ogródka. Ogar chyżał tuż przy nim. Widząc zacięte miny członków stada. Wzięty na rozmowę przez wiekową, szacowną starą wilczycę, która wciąż polowała i przynosiła mięso, rozumiał powagę sytuacji. Mikołaj nie nadkładał drogi. Mając u boku wiernego towarzysza był gotowy na każdą wymianę zdań z cyganami.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      4
      • NamiN Niedostępny
        NamiN Niedostępny
        Nami jako Paulina Kwiatkowska
        Mecenas
        napisał(a) ostatnio edytowany przez Nami
        #94

        "Śledztwo przed domem porwanej"

        część 1

        text alternatywny text alternatywny text alternatywny

        text alternatywny

        Paulina Kwiatkowska || Krzysztof Komeda || Mikołaj Pogorzelski

        Dziewczyny patrzyły z daleka na krzątających się policjantów. Z tej odległości cały tragizm sytuacji jakby był mniej realny. Paulina i Kasia były zdeterminowane. Ich pewność siebie nie uciekła, choć spodziewały się, że zniosą to gorzej.
        — Ja nie dam rady… — cichy głos Magdy gdzieś zza ich pleców zabrzmiał jak ukłucie. Obejrzeli się na blondynkę ze współczuciem.

        — Magda, nic nie szkodzi… Jak chcesz to idź do domu, może zgarnij jakąś dyszkę lub dwie na tego fotografa i się po prostu o tej osiemnastej spotkamy z Kubą

        Głos Pauliny był bardzo ciepły i wspierający, co spowodowało pojawienie się łez w oczach Magdy. Blondynka kiwnęła głową, gdyż nie potrafiła przez chwilę wydobyć z siebie głosu.

        — Okej.

        Wiśniewska przetarła ostrożnie oczy, aby nie rozwalić resztek makijażu, jaki jej się ostał. Wycofała się i zaczęła odchodzić. Kasia i Paulina spojrzały na siebie, potem na Krzyśka i w ostateczności wróciły do obserwowania policjantów.

        Krzysiek patrzył na zbiegowisko jak zaczarowany. Czuł się jak na planie "Ekstradycji", nigdy nie widział tylu policjantów na raz. Na moment zapomniał o Asi i jej mamie i o mrocznej mocy, która w nim drzemała. Chłonął każdy szczegół sceny i nawet się nie zorientował, jak gliniarze się w końcu zawinęli. Dopiero gdy plac wkoło domu opustoszał zwrócił uwagę na samochód. To nim musiała wracać wieczorem Joasia. Żołądek wypełnił mu lód, bo nagle tragedia stała się dziwnie namacalna. Jeszcze gorzej się poczuł, gdy zrozumiał co znajdowało się na podjeździe a co policyjni spece od sprzątania zdążyli już wyczyścić.
        Przełknął ślinę i spojrzał niepewnie na dziewczyny.

        — I co teraz?

        Paulina przez chwilę nic nie odpowiedziała. Stała wpatrzona w to jaśniejsze miejsce na podjeździe, jakby próbowała zmusić się, żeby spojrzeć gdzie indziej, ale nie potrafiła.

        — Tutaj… — powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do reszty. — To się stało tutaj.

        Zacisnęła dłonie na paskach plecaka, jakby potrzebowała czegoś, co ją przytrzyma w miejscu. Podeszła nieco bliżej, przyglądając się okolicy, próbując zrozumieć całe to zajście, odnaleźć w tym sens i ślad czegoś, co by zrozumiała.

        — Rozdzielamy się — rzuciła nagle, już ciszej, ale pewniej. — Ktoś sprawdza podjazd i okolice bramy. Ktoś drugi… — zawahała się na moment — …może coś zostało przy aucie.

        Przeniosła wzrok na resztę, już bardziej przytomna.

        — Cokolwiek. Ślad, szkło, coś co nie pasuje. Policja nie jest nieomylna.

        Na ułamek sekundy znowu zerknęła na to miejsce.

        — Tylko niczego nie dotykajcie bez sensu.

        Kiedy Kasia kiwnęła głową i odeszła, Paulina złapała Krzyśka za łokieć i przysunęła się do niego.

        — Może spróbujemy tej… mocy? Tylko nie bardzo wiem, co moglibyśmy chcieć wymusić w naszych głowach, aby się stało… Raz to zrobiłeś świadomie, może… Masz jakiś pomysł?

        Szepnęła do chłopaka, zostając z nim sam na sam.

        Krzysiek chciałby powiedzieć, że ma jakiś pomysł, ale prawda była taka, że czuł się jak noworodek, który dopiero co poznaje świat. Nie miał pojęcia jak działa jego moc, ani skąd się wzięła. Boskie albo demoniczne pochodzenie wydawało się teraz zbyt prostym wyjaśnieniem. Przypomniał sobie słowa Mikołaja. Pogorzelski ostrzegał , że Krzysiek może skończyć jak Asia jeśli zbyt głośno zacznie się obchodzić swoim "talentem". Ale czy zniknięcie Asi mogło mieć związek z tym co spotkało jego?
        Tego też nie wiedział.

        Popatrzył na Paulinę drapiąc się nerwowo w potylicę.

        — Jasne, mogę spróbować. — mruknął — Ale...jak niechcący rozerwę ci koszulkę to nie było specjalnie.

        Przeniósł wzrok na samochód i znów ogarnęła go zimna zgroza. Co powinien teraz zrobić? Matka zawsze powtarzała, że gdy coś się zgubi trzeba pomodlić się do świętego Krzysztofa. Ale Asia się nie zgubiła i nie była kolczykiem ani pierścionkiem, tylko dziewczyną z którą spędził fajny wieczór w Miami. Dziewczyną, którą porwano.

        — Nie wiem do końca jak to działa. Po prostu wyobraziłem sobie jak... — urwał nie chcąc wchodzić w szczegóły, które stawiałyby go w złym świetle — i mocno się skupiłem. Jakbym w miał mięsień w czaszce. Może gdybym znów się sprężył i wyobraził sobie, że jest wieczór, poniedziałek, że stoję tu, na podjeździe w momencie, gdy Asia i jej mama...

        Krzysiek zaciął się. Nie był mistrzem gry jak Marek Koza i nie oglądał tych wszystkich filmów, które chłonął jego sąsiad, więc brakowało mu słów mogących precyzyjnie opisać jego zamiary.

        — Chodzi żebym spróbował się cofnąć w czasie. Nie ciałem oczywiście, tylko duchem. Wiesz, jak wróżka czy tam medium albo jasnowidz. Nie wiem czy się uda, ale co szkodzi spróbować.

        Paulina zawahała się przez ułamek sekundy, ale nie odsunęła się.

        — Spróbujmy — szepnęła cicho.

        Rozejrzała się odruchowo, upewniając się, że nikt na nich nie patrzy, po czym zrobiła pół kroku bliżej, jakby nieświadomie chciała zobaczyć więcej… albo być bliżej tego, co za chwilę może się wydarzyć.
        Na podjeździe było cicho. Zbyt cicho.

        Paulina na moment wstrzymała oddech. Złapała Krzyska za dłoń, zacisnęła. Zamknęła oczy. Starannie wzięła głęboki wdech, po czym pomału wypuszczała powietrze ustami. Próbowała się skupić na tym, co tu się wydarzyło. Chciałaby zobaczyć jakies wskazówki, z przeszłości lub teraźniejszości.

        — No to jazda — mruknął Krzysiek nie puszczając dłoni Pauliny. Spojrzał na podjazd i auto a potem ścisnął szczękę i zmarszczył czoło próbując sobie wyobrazić samego siebie w tym samym miejscu, lecz o innym czasie, który już się wydarzył. Naciskał na tkankę rzeczywistości z całych swoich sił próbując zajrzeć po za ciemną kurtynę tragicznych wydarzeń. Na czole pojawiły się pierwsze krople potu a w ustach poczuł metaliczny posmak krwi, ale nie zamierzał się zatrzymać.

        Oględziny podjazdu i samochodu nie były obiecujące. Paulinie w oko nie wpadło nic, co dałoby im dodatkowe informacje poza tymi, które powiedziała im Renata. Policja naprawdę była skrupulatna.

        A potem ją "wzięło". Przebłyski. Skupiła się na tym, jak mama Asi odwozi je do domów, chciała wiedzieć, co się stało potem. To nie było przyjemne. To były migawki, jakby ktoś raz za razem strzelał jej fleszem po oczach. Noc, ciemność, bez kolorów, mama Asi parkuje na podjeździe, gasi silnik, wtedy z ciemności (błyskawicznie! błyskawicznie!) przy samochodzie pojawiają się dwie postacie, nie widziała szczegółów. Kiedy jedna z nich uderzyła mamę Asi, Paulina aż zadygotała od emocji. Cała scena była niema, mama Asi nie zdążyła krzyknąć, a Asi od razu tamte postacie zatkały usta, gdy wyszarpywały jej przyjaciółkę z samochodu. Jak... jak... jakieś maszyny, sztywne precyzyjne ruchy. Kolejna migawka, widziała tylko, jak tamte postacie ładują Asię do innego samochodu i odjeżdżają. To musiał być samochód, ale Paulina nie widziała szczegółów. To było bardziej "czucie" istnienia tego samochodu.

        Co najgorsze, Paulina nie była w stanie dojrzeć nic o tych dwóch postaciach. Były jak dwie ciemne plany, nie widziała ich twarzy.

        Paulina ocknęła się, cała mokra od potu, który dosłownie po niej spływał, zostawiając mokre plamy na ubraniach, jakby biegła w upalny letni dzień. Nadal trzymała Krzysztofa za dłoń.
        Krzysztof czuł, że przed dziewczynami robi z siebie durnia. Nie ważne jak się starał, nic nie wychodziło. Żadnego rozmycia świata, żadnego uczucia jakby grunt uciekał mu pod nogami, żadnych efektów mówiących, że to jest to. Tylko bezsensownie się spocił.

        Paulina przez chwilę nie była w stanie złapać oddechu. Puściła dłoń Krzysia dopiero wtedy, kiedy dotarło do niej, że ją ściska — za mocno, za długo.

        — Nie… — wyszeptała, cofając się o krok.

        Przetarła twarz drżącą dłonią, jakby chciała zetrzeć z niej coś więcej niż tylko pot.

        — Byli tam. Dwóch. — urwała na moment, próbując złapać myśli. — Szybcy… jakby… jakby dokładnie wiedzieli co robią. Żadnego chaosu.

        Spojrzała na podjazd, ale tym razem już nie jak wcześniej — teraz z wyraźnym lękiem.

        — Nie widziałam twarzy. W ogóle. Jakby… ich tam nie było.

        Zacisnęła szczękę.

        — I od razu ją zabrali. Bez słowa.

        Paulina spojrzała na siebie całą, koszulkę miała mokrą, jakby przebiegła półmaraton. Czuła silną potrzebę zdjęcia jej, wyrzucenia, ale w okolicznościach, w jakich się znalazła, po prostu nie mogła sobie na to pozwolić.
        — Krzysiek, u-udało się… — zająknęła się zmieszana, nie była w stanie uwierzyć, że naprawdę jest to możliwe

        — Ale.. ale jak? Niby widziałam to, jednak mam wrażenie, że dalej wiem tyle, co nic… Nic nie wiem, choć przeżyłam koszmar razem z nimi…

        Głos Pauliny pod koniec zaczął się załamywać. Jej oczy zaszkliły się, ale powstrzymywała łzy. Widać było, że chce zdusić w sobie to, co się wydarzyło. Czuła się obecna zdarzenia, a mimo to dalej wiedziała tyle co nic..
        Krzysiek patrzył na Paulinę z rosnącym przerażeniem. Bał się powtórki z apelu, gdy nagle zemdlała z nadmiaru emocji. Stał blisko niej gotowy ją złapać, ale dziewczyna nadal trzymała na nogach. Dopiero po chwili dotarł do niego sens jej słów i pojął co się właśnie wydarzyło. To nie on miał wizję, tylko Paulina. Zobaczyła coś. Jemu się nie udało i przez moment czuł palący wstyd. Wstyd jaki może tylko czuć tylko młody chłopak, który wygłupił się przed dziewczynami. Szybko schował to uczucie skupiony tylko na niej i na tym co mówi. Paulina była w kiepskim stanie i cokolwiek zobaczyła nie brzmiało to dobrze. Zalała go fala współczucia i troski, chciał jej pomóc ale nie miał pojęcia jak. Objąć i przytulić? Dotknąć w ramię? Złapać za dłoń? W takich sprawach Krzysiek był beznadziejny i może gdyby Paulina Kwiatkowska nie była dziewczyną pewnie potrafiłby podjąć jakąś decyzję. A tak po prostu stał i gapił się na nią jak cielę.

        — Czyli ty też... — wyrwało mu się bo w końcu zrozumiał, że nie jest jedyny, że inni też zostali naznaczeni. — Ja pierdolę.

        Milczał przez chwilę, próbując poskładać to wszystko jakoś do kupy. Co nie było łatwe, bo poczucie wstydu i upokorzenia, tliło się gdzieś z tyłu głowy jak nieugaszony pożar. Bał się, że w oczach Pauliny i jej koleżanek wyjdzie na kłamcę i pozera, który wymyślił historyjkę o zakonnicy i nauczycielce by się przed nimi popisać.

        — Dałem ciała, nic nie zobaczyłem — przyznał szczerze i westchnął pod nosem — Może umiem tylko rwać gacie z dupy. Ale ważne że tobie się udało.

        Paulina spojrzała na Krzysztofa jeszcze przez chwilę, jakby dopiero teraz do niej dotarło, co właściwie powiedział. Zmarszczyła brwi, powracając pomału emocjami na stabilniejszy grunt.

        — To nie jest żadna twoja „porażka”, ani dowód na to, że nie umiesz niczego innego — odezwała się cicho, ale stanowczo. — To nie działa jak… nie wiem, zadanie z matematyki, że robisz to, co musisz i wychodzi logicznie. Dla mnie to co się dzieje nie ma żadnej logiki! Ja dziś zrobiłam chyba trzy różne rzeczy, spójrz.

        Wyciągnęła rękę, aby odliczać na palcach

        — Uciszyłam budzik bez dotykania go, czyli jakby… Wyciszyłam dźwięk? Zatrzymałam mechanizm? Potem, jak sami stwierdziliście, lewitowałam. Teraz miałam jakieś… wizje?

        Otarła wilgotną skroń i odetchnęła głębiej, próbując się uspokoić. Wypuściła pomału powietrze drżącymi ustami. Skoro sama potrafiła robić rzeczy z różnej kategorii, to Krzysiek na pewno miał to samo.

        — Może to nie ty miałeś to zobaczyć — dodała po chwili, już spokojniej. — Albo nie teraz. Może… Może dla każdego z nas jest jakiś konkretny moment w czasie, gdzie działamy. Gdy jedno działa, drugie jest w letargu?

        Na moment zawiesiła wzrok gdzieś obok niego, jakby wciąż widziała tamten obraz. Potrząsnęła głową. Czuła narastającą w gardle gulę. Zastanowiła się, czy Krzysiek już nie zaczął jej oceniać. Czy zacznie się od niej odsuwać? Z niepewności dała krok w jego stronę, przybliżając się i ściszając głos.

        — I to wcale nie było… — urwała, kręcąc lekko głową. — To nie było jak wspomnienie. To było jakby ktoś mi to wcisnął do głowy. Nawet nie czułam się jak widz, bardziej jak obserwator, który…czuje I jest w akcji.

        Zacisnęła dłonie na paskach plecaka.

        — A oni… oni byli… dziwni. Za szybcy. Za dokładni. — spojrzała z powrotem na Krzyśka. — I nie widziałam ich twarzy. W ogóle. Czuję się jakbym naprawdę nic nie odkryła!

        Nastolatka zamilkła na moment, spuściła wzrok. Znowu wędrowała spojrzeniem po podjeździe, po ulicy, jakby śledziła wzrokiem kierunek, gdzie uciekli sprawcy.

        — Ale to znaczy, że coś tu jest nie tak. — dodała ciszej. — I że mamy rację, żeby tu być.

        Krzysiek nie został wyśmiany, nikt nie nazwał go pozorem, ani nie zarzucił kłamstwa. Wszystko co myślał o popularnych dziewczynach mógł wyrzucić do kosza, przynajmniej w przypadku Pauliny, która co raz wymykała się jego wyobrażeniom, najpierw w Miami a teraz tutaj, pod domem jej przyjaciółki. Słuchał jej wyjaśnień z ulgą, bo jej teoria miała więcej sensu niż jego, że został naznaczony mocą, z której ucieszyłby się tylko zboczeniec.

        — Skoro udało ci się raz, może następnym razem zobaczysz więcej? Ja też mogę spróbować — zaproponował — Moglibyśmy też na razie po prostu się spokojnie rozejrzeć.

        Wskazał skinieniem na dom zaginionej koleżanki.

        —Gliny pewnie przetrząsnęli samochód, ale może przeoczyli coś w domu?

        Przeniosła wzrok na podjazd, jakby coś ją tam znowu przyciągało, choć wyraźnie nie chciała patrzeć za długo.

        — Rozejrzeć się… chyba możemy — dodała po chwili. — Tylko spokojnie. Bez rzucania się w oczy. Wchodzenie do domu to już chyba włamanie... Mielibyśmy przechlapane

        Zawahała się na moment, po czym spojrzała z powrotem na chłopaka.

        — I nie forsuj się z tym — dorzuciła ciszej, niemal półgłosem. — Jak to ma działać, to zadziała. U mnie też to nie było… zaplanowane. Choć faktycznie skupiłam się na konkretnej rzeczy. Może gdybyśmy chcieli zobaczyć powód to... Też by się udało? Ja jeszcze raz spróbuję... Bardziej spocona już nie będę.

        Paulina potrząsnęła koszulką, która lepiła się do niej nieprzyjemnie. Zaśmiała się nerwowo, ale bardzo krótko.
        Dziewczyna znowu odetchnęła na spokojnie, próbując złapać stabilność w emocjach. Zamknęła oczy i odwiodła dłonie od ud na parę centymetrów do boku. Skoro raz się udało zobaczyć zdarzenie, może teraz jakimś cudem pozna jego powód?

        Paulina już widziała, co się tam stało. Ale nie rozumiała, kto to zrobił. Skupiła się ponownie, teraz na tych ciemnych postaciach.

        Udało się. I po chwili chciało jej się rzygać. To... to nie byli ludzie. Już nie. Paulina miała w ustach smak padliny, posmak trupa. Ci dwaj, to musieli być faceci, była już tego pewna, nie żyli. Ruszali się, ale nie myśleli. Coś jednak kontrolowało ich z zewnątrz, ale więcej nie zrozumiała. I po chwili to poczuła - tę moc, którą sama już poznała.

        Ciągle w migawce fleszy zobaczyła zamek górujący nad miasteczkiem. Coś tam było, albo raczej pod nim, głęboko pod nim. Tak, pod nim! To ta moc! To ona pozwalała się tamtym poruszać. Zrobiło jej się jeszcze bardziej niedobrze na myśl, że ona też zamieni się w takie... coś. Ale w końcu pojęła, że oni, zostali CELOWO przemienieni, i to nagle, a za wszystkim stoi ktoś, kto pociąga za te sznurki. Skojarzenie przyszło w kolejnej migawce, gdy po raz kolejny obserwowała jak tamci wyciągają Asię z samochodu - te sztywne ruchy, jakby to były marionetki w teatrze lalek.

        Okropieństwo! Odór i smak rozkładających się zwłok narastał z każdą chwilą.

        text alternatywny

        Pogorzelski wyszedł z kręgu kamienic. Przemierzał chodnik, przyglądając się tabliczkom z nazwami ulic. Na skrzyżowaniu wypatrzył właściwą, przekazaną przed rozdzieleniem. Pozostało podążać za malejącą numeracją domów, aż do adresu Asi. W końcu na podjeździe po drugiej stronie drogi rozpoznał kręcone loki i jasną czuprynę młodocianych z grupy poszukiwawczej. Ściągnął mocniej smycz, wskazując czworonożnemu ziomowi kierunek. Zwiększył tempo. Lekko zdyszany zatrzymał się u celu.

        — Ogar, poznaj Poganina i…— dziewczyna nie miała dobrej ksywy. Nie dokończył, wybity zastanym obrazem. Wyglądali na ludzi wyprażonych pełnym słońcem przy żarze z nieba rzędu czterdziestu stopni. Oboje przepoceni do nitki. Paulina krzywiła się jakby zjadła karalucha i walczyła z powstrzymaniem wymiotów. Krzychu mus doznał objawienia piekieł. Patrzył spojrzeniem zbitego psa z miną cierpiętnika wyrażającą “moja wina” wszystkich grzechów świata. Brakowało wora pokutnego i zdartych kolan pielgrzyma z Medjugorje.
        — Co się odwaliło?

        Paulina odbiegła niezgrabnie pod ogrodzenie i zwymiotowała między bujnymi tujami. W ustach czuła smak zgnilizny, jakby właśnie pożywiła się surowym, starym mięsem. Wyobrażenie sobie białych robaków, które zwykle po takiej padlinie pełzają, sprawiło jedynie, że ponownie zebrało jej się na wymioty.

        Słysząc te charakterystyczne odgłosy zaraz zza domu przybiegła Kasia. Była nie tylko zdziwiona, widząc Paulinę w takim stanie, ale i wściekła.

        — Coście jej zrobili?! — uniosła się gniewnie podbiegając do przyjaciółki i zgarniając jej włosy.
        Paulina kaszląc przeszła do defensywy.

        — To... ekhe... nie ich... ekh ekh... wina — nabrała gwałtownie powietrza i przetoczyła się z asystą Kasi pod ścianę domu, gdzie osunęła się siadając na ziemi z wyprostowanymi nogami. Głowa była dla niej tak ciężka, że oparła ją o zimne mury.

        — To działa...— wymamrotała słabo — Nie wierzyłam, ale bez kitu to działa, Mikołaj.

        Nastolatka wyglądała jakby przebiegła wspomniany półmaraton i dodatkowo zatruła się śląskim powietrzem. Można było nawet pokusić się o przypuszczenie, że potrzebuje pilnie karetki.

        — Paulina, co się stało? — zapytała Kasia, kucając przy koleżance i odgarniając przylepiające się do jej mokrego czoła włosy.

        Dziewczyna wyciągnęła rękę przed siebie, chcąc pogłaskać psa, którego przyprowadził Mikołaj. Sądziła, że to futerko da jej namiastkę poczucia bezpieczeństwa. Niestety nie wiedziała, ani czy pies zechce podejść, ani czy nie jest groźny.

        — Cześć, Ogar — przywitała się siląc się na słaby uśmiech — Wiecie, zastanawiam się, czy my serio, mając te jakąś moc czy co... Widzimy prawdę? A co jeśli to tylko jakieś, nie wiem, psychopatyczne wizje? Choć przysięgam, że wydawało się takie… prawdziwe. Jakbym tam była, jakbym była w tej akcji czynna…

        Zrobiła krótką przerwę na oddech, aby móc kontynuować, nie trzymając innych w niepewności. Postanowiła zacząć od początku, od pierwszej wizji, bo póki co, tylko Krzysiek ją znał.

        — Najpierw widziałam cały moment porwania. Były dwie postacie, miały takie… dziwne, mechaniczne ruchy, ale myślałam, że po prostu tak to widzę, bo jest to niezbyt płynny obraz. Zabrali Asię do auta i odjechali, w tamtym kierunku

        Paulina wskazała drogę, którą widziała w wizji.

        — I teraz ta gorsza część… A raczej dziwniejsza. Gdy skupiłam się po raz drugi, czułam… Smak i zapach padliny. Trupa. Te postacie, których wcześniej nie widziałam, a teraz tak, to właśnie, to… Jakieś zombie. Ktoś sterował martwymi ciałami, wydał komendy, nie wiem! Nie uwierzycie mi, ja sama nie wierzę, to absurdalne, ale nie wymyśliłam sobie, ja nawet nie jestem fanką horrorów! Ta moc, nie wiem czy nasza też, ale te trupy, ktoś sterujący nimi, wszystko ma swoje podstawy w… Zamku. Pod zamkiem. Gdzieś tam, głęboko, coś tam… Jest.

        Paulina mówiąc to błądziła nerwowo wzrokiem po wszystkich, a na koniec opuściła spojrzenie. Zwinęła nogi, zginając je i przyciskając je do siebie, brodę oparła o kolana, a rękami objęła podudzia. Myślała nad tym, co właśnie powiedziała. Zastanawiała się, czy dobrze zrobiła mówiąc to. Nie chciała wyjść na kretynkę. Niestety zaczynała się tak czuć.

        🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        4
        • CaiC Niedostępny
          CaiC Niedostępny
          Cai jako Mikołaj Pogorzelski
          napisał(a) ostatnio edytowany przez Cai
          #95

          część 2

          Mikołaj nadął policzki. Drapnął się po szyi. Podpora rzeczywistości leciała na łeb ciężkimi proporcjami doryckiej kolumny. Pies zaciągnął powietrze. Szarpnął w stronę Pauliny. Kontrolował go czujnie i nieufnie, próbując przewidzieć następny ruch. Czy bardziej interesowała go dziewczyna, czy to co z niej wyleciało?
          — Ani mi się waż — pogroził wyprzedzająco. Zluzował smycz, pozwalając czystorasowemu o nieczystych zamiarach się zbliżyć. Byle nie do tui. Obwąchać wyplutą wieszczkę bez możliwości wytarzania.

          — Są powody do mruczenia — ironizował. — Ogólnie grubo. Wiecie co jest słabe? Nie ważne jak mocno i celnie przywalisz w trupa, pójdzie dalej. Siekiera w plecach? A wsadź mi drugą. Wolę parzyście.

          Plan awaryjny z przewidzeniem szóstki w lotto i opuszczeniem przeklętego Sokołowa wyrastał na horyzoncie dumnie niczym trójmasztowy żaglowiec, radujący oczy rozbitka.
          — Zamek to szwab. Sługusy szwaba… wiadomo. Kloce z kołami w dupie jak ten od Merola.

          Nie miał dobrych wieści. Posmak padliny z rana przebijał się do tej pory. Wyciągnął z plecaka butelkę. Jeżeli coś mogło złagodzić objawy to tylko ona. Podrzucił Kwiatkowskiej.
          — No to Frugo — pojechał reklamą. — Świeży smak zielonych owoców bez żadnych ograniczeń.

          Paulina złapała niezgrabnie napój. Wciąż lekko drżały jej ręce, ale dopiero teraz stało się to bardziej widoczne.
          — Dzięki — mruknęła krótko i odkręciła butelkę. Słodki smak faktycznie pomagał. Popijała niespiesznie, co by znowu nie wywołać wymiotów.

          — Ej, o jakiej mocy wy mówicie? — Kasia wtrąciła się do rozmowy. Przecież cały czas stała przy Paulinie.

          — Ludzie too ni widzo jakie sily drzymiom w naturze — Pogorzelski przyniósł odpowiedź niczym mistrz krzyżacki dwa nagie miecze.

          — Że jak? — Kasie nie zrozumiała.

          Krzysiek chciał uwierzyć Paulinie na słowo, ale słysząc o żywych trupach porywających nastolatki jego umysł po prostu odmówił posłuszeństwa. Próbował sobie wyobrazić scenę, którą opisała koleżanka, ale miał zbyt małą wyobraźnię by przywołać obraz martwych kidnaperów. Wtedy jednak przypomniał sobie książkę "Religie świata", którą kiedyś przydybał na plebanii w biblioteczce księdza proboszcza i przekartkował ją zatrzymując się na rozdziale kulcie praktykowanym na Haiti.

          Szczególnie wrażenie zrobił na nim fragment o kapłanach, którzy za pomocą magicznego proszku doprowadzali ciało ofiary do pozornej śmierci a gdy nieszczęśnik został pochowany przez rodzinę, mag wykopywał jego zwłoki z grobu i od tego czasu truposz był pod jego kontrolą.
          — Voodoo — wyszeptał przypominając sobie nazwę tej mrocznej religii po czym spojrzał na zdezorientowaną Kasię. — Oni mówią o voodoo. Chyba.

          — Och — Kasia mruknęła wciąż nie odstępując Pauliny na krok — A to nie jest z Afryki? Niemiec i Voodoo?

          Paulina otworzyła szerzej oczy wciąż popijając napój od Mikołaja.
          — Krzysiek, to genialne! Masz rację!

          — Paula, a ty… Nie zaczęłaś z nimi ćpać czy coś? — Kaśka spojrzała podejrzliwie na przyjaciółkę, która mało co nie opluła się podarowanym frugo. — Kurde, odkąd poszłyśmy do tego liceum i poznałaś nowe osoby…

          — Zwariowałaś?! — Paulina przerwała jej gwałtownie — Ja serio rozumiem, że to co mówię jest… Idiotyczne. Sama sobie ledwo wierzę! Ale to na pewno da się udowodnić! Prawda?

          Paulina spojrzała na chłopaków, jakby licząc na wsparcie. Że oni w to wierzą i będą podążać tym tropem razem z nią, aż udowodnią, że mieli rację! Kasia zamilkła, jakby próbowała sama dojść do jakichś wniosków.

          Pogorzelski nie wyglądał jakby zamierzał cokolwiek wyjaśniać. Niech się paple tłumaczą. Zajął się robotą.
          — Tu stało auto porywaczy? — wskazał ręką, wywołując Paulinę do tablicy. Upewniał się do miejsca postoju. — Jeżeli pachną jak smakują, pies będzie miał używanie. Uwielbia smród padliny.

          Rozejrzał się, czy nie odbili śladu bieżnika na podjeździe przy gwałtownym manewrze.
          — Niuchaj Ogarku, niuchaj — przywołał gończego, zachęcał. — Zapamiętaj dobrze woń naszych wrogów.

          Głośno myślał, starając się nakreślić jakikolwiek plan. Siedzenie z podkulonymi nogami nie było w jego stylu. Albo stoisz, albo leżysz nieprzytomny.
          — Może idąc na zamku za smrodem trupa, znajdziemy wejście do podziemi? Może przekonamy jakiego Mietka, by zeznał na policji, że widział jak ją tam wciągają.

          Pstryknął.
          — Może sami powiemy, że znaleźliśmy tam jaki drobiazg, który miała na dyskotece, ale nie na szkolnej wycieczce. Inne pomysły? Nosz ruszcie łepetynami.

          — A myślicie, że ja też mam takie moce? — odezwała się Kasia, wstając na równe nogi i dając krok w stronę Mikołaja. Nie podeszła jednak blisko. Widać było, że czuje się niepewnie ze względu na psa.

          — W sensie… No bo czemu wy je akurat macie? Ja też byłam wtedy na tym zamku. Asia była… — dodała krzyżując ręce pod piersiami. — I w sumie, jeśli to wszystko ma związek z nazistowskim eksperymentem, to Asia jest dobrym celem, nie? No bo wiecie, jej ojciec był biznesmenem gdzieś w Berlinie, ona ma kasę, była z nami wtedy na zamku, może też ma jakieś moce? Może… Może ktoś chciał napromieniować Asię, a że staliśmy wszyscy obok siebie, to dostaliśmy rykoszetem?

          Kasia zaczęła się głośno zastanawiać nad powodem, póki co nie mówiąc nic o dalszych pomysłach na akcje. Paulinie kamień spadł z serca, że jej przyjaciółka zaczęła myśleć o tym wszystkim jakby próbowała uwierzyć. Czuła dzięki temu wsparcie, choć wiedziała, że nie swoim opowieściom nie ułatwiła tego nikomu. Były niewiarygodne. Upiła ostatni łyk frugo i podniosła się z ziemi.
          — To po odebraniu zdjęć wbijamy na zamek? Ja… Chciałabym się najpierw umyć, mówiąc szczerze… Ale myślę… Myślę, że pójście tam to dobry pomysł…

          — Dobry pomysł?! — Kasia spojrzała na nią uważnie — Paula, to chore! A jak nas złapią i będą na nas eksperymentować?
          Paulina wzruszyła ramionami. Nie wiedziała nawet, co odpowiedzieć.

          — A, zdjęcia — Mikołajowi kliknęło. Mieszał w kieszeni przyglądając się uważnie Kasi i Paulinie. Dwa piątaki obijały mu się o palce. Zdecydował. Ocenił, że dziewczyny są zaradne i bez problemu zorganizują brakującą kwotę. Wyciągnął monetę. Druga była jego przepustką do lepszego świata.
          — Moja dola — wyprostował rękę z krążkiem na dłoni.

          — Spokojnie, nie ugryzie — zachęcił, widząc obawę wywołaną obecnością czworonożnej bestii. Igrał — Chyba, że wyczuje cygańską krew.

          Dziewczyny przyjęły pieniądze od Mikołaja. Kasia posłała mu lekki uśmiech.
          — Dzięki. To sporo dla nas znaczy, że chcesz pomóc… I próbujesz.
          Choć wiedziały, że daleko im do cyganów, nie odważyły się podejść do psa.

          Krzysiek przełknął ślinę. Przypomniał sobie zakład z Bochenkiem. Miał spędzić sam noc na zamku, jeśli przegra. Już wtedy Falkenstein był straszny, a po tym co usłyszał wydawał się jeszcze bardziej przerażający. Mimo to zwrócił się do Kaśki.
          — Ale jeśli Asia tam jest to nie mamy wyboru. Nikt przecież nie uwierzy, że porwały ją jakieś zombie voodoo. Tylko my możemy jej pomóc.

          Spojrzał na psa, którego przeprowadził Mikołaj. Nie odważył się go pogłaskać, choć był niemal pewien, że nie płynie w nim żadna cygańska psa i jest bezpieczny.
          — Zawsze możemy zabrać ze sobą Ogara do obrony. I zostawić komuś wiadomość, na wypadek gdyby nas złapali. Chlebowskiemu, Bochenkowi albo Alicji.

          Po pierwszych kilkunastu sekundach, gdy wydawało się ze Ogar złapał trop, ekscytacja opadła. Pies złapał jakiś trop, ale od razu było widać, że nie może to być trop samochodu. Pokręcił się trochę po ulicy, zachęcany przez Mikołaja, ale potem zaczął łapać własne tropy, te wzdłuż płotów i pod latarnią, którą z dumą obsikał. Mikołaj musiał pogodzić się z porażką pomysłu, który był przecież dobry.

          Ślepy zaułek.

          Musiało to oznaczać kilka rzeczy. Po pierwsze, o ile zombie śmierdzieli, to sam samochód w ogóle nie śmierdział, co raczej nie było prawdą, po smród padliny przenika wszystko. Po drugie, truposze mogli mieć dostęp do bardzo dobrego niemieckiego dezodorantu, a nie byle czego z bazaru (choć w sumie niektóre rosyjskie wynalazki z pewnością zabijały zapach wraz użytkownikiem). Po trzecie, porywacze nie śmierdzieli.

          Tylko czy to była dobra, czy zła wiadomość?

          — Paula — odezwał się Mikołaj zwracając się do Pauliny tak jak Kasia. — Jesteś pewna że oni śmierdzieli? I co był za samochód?

          Paulinie już na samo przypomnienie tego co odczuwała zrobiło się niedobrze. A samochód? Po prostu samochód, w swojej "wizji" nie widziała szczegółów.
          — Możesz zapytać te tuje, co je obrzygałam… Chyba nie sądzisz, że mnie zbiera z byle powodu? Padlina, trup… Weź nie przypominaj.

          Paulinę znowu zemdliło na samo wspomnienie. Miała ochotę zabić Mikołaja wzrokiem. Mimo iż wydawało jej się, że dowiedziała się wiele, wciąż okazywało się, że to było zbyt mało. Choć nie miała ochoty na więcej prób oraz naprawdę czuła się już źle i wstrętnie, bo pot dalej nie wysechł, to spróbowała skupić się ponownie. Miała nieodparte wrażenie, że musi udowodnić, że jest coś warta. Chciała móc ponownie coś podpowiedzieć, czuła ogromną presję ze strony rówieśników, jednak im bardziej się starała, tym jedynie gorzej się czuła. W pewnym momencie jedynie zakręciło jej się w głowie i musiała usiąść na ziemi.
          — Nie mogę… Chcę wrócić do domu… Potrzebuję przerwy…

          Mikołaj przyklęknął przy zwierzaku.
          — Starałeś się — tarmosił futrzaka za uszami. — No nie bądź smutny. Kto jest najlepszym Nieogarem? No kto? Piesek jest!
          Piesek polizał go po twarzy.

          — Spadamy — ogłosił reszcie załogi. — Albo zgnilizna jest metaforycza, albo trzeba jej szukać tam gdzie wysiedli z auta.

          Nie mówił głośno, że wraca do budy, żeby nie wzięli go za mięczaka. Zwyczajnie nie chciało mu się przepisywać tony notatek i świecić oczami przed starymi.
          — Widzimy się z wieczora? — upewniał się na odlocie.

          Paulina kiwnęła głową. Nie miała już nawet sił, aby odpowiadać. Kasia chwyciła ją pod ramię i pomogła wstać z ziemi.
          — Jasne. Dzięki — odpowiedziała za nią Kaśka, uśmiechając się przy tym do Mikołaja. Wciąż, jak widać, miała do niego jakąś słabość, lecz teraz były rzeczy ważniejsze do ogarnięcia.

          — My idziemy do Pauli, jej rodziców nie ma w domu o tej godzinie, a brat jest raczej… Niegroźny.

          Paulina uśmiechnęła się słabo.
          — Mój brat zawsze pomoże, ma tyle dojść… Możecie wpaść, jeśli nie wiecie co ze sobą robić.

          Paulina podała adres zamieszkania, tak gdyby naprawdę ktoś potrzebował. Wsparła się na Kasi tylko delikatnie, nie chciała się do niej przylepić swoim spoconym ciałem.

          text alternatywny

          Mikołaj wracał przez rynek, odprowadzając psa. Przystanął przy blaszanej budce. Niebieskie ściany, żółty daszek z wielkim napisem LOTTO. Kolektura kusiła otwartymi drzwiami. Zacisnął pięść na pięciozłotowej monecie, aż zrobiła się ciepła i zaczęła wgryzać w wnętrze dłoni. Skupił się na obrazie studia, Komisji Kontroli Gier i Zakładów, głosie Rembiszewskiego.

          “Komora maszyny losującej jest pusta. Następuje zwolnienie blokady.”

          Próbował wychwycić liczby na tańczących kulkach, które dadzą mu zwycięstwo, majątek, wolność i… nic. Zupełnie nic. Kropli potu na czole. Strużki krwi z nosa. Kapcia w ustach. Wizji, podpowiedzi.
          — Bieda — zmielił pod nosem. Durna szwabska moc. Żydowska, na pewno przyniosłaby kasę. — W dupę se ją wsadźcie.

          Zawiedziony ruszył przed siebie.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          4
          • Arthur FleckA Niedostępny
            Arthur FleckA Niedostępny
            Arthur Fleck jako Krzysztof Komeda
            napisał(a) ostatnio edytowany przez
            #96

            cześć 3

            Krzysiek patrzył na Paulinę a na samą samą myśl, że znów miałby użyć tego niewidzialnego mięśnia w czaszce obleciał go strach. A co jesli następnym razem pęknie mu jakieś naczynko i dostanie udaru? Albo co gorsza zsika się w gacie na środku ulicy przy koleżankach? Nie miał pojęcia jak działają te moce, ani kto wystawia rachunek za takie sztuczki. Bo musiała być jakaś cena, jakiś drobny druczek. Matka bez przerwy mu powtarzała, że w życiu nie ma nic za darmo. Rzadko się z nią zgadzał, ale w tej kwestii mogła mieć jednak rację.

            — Odpuśćmy na dzisiaj. — rzucił do Pauliny widząc w jakim dziewczyna jest stanie. Odprowadził Mikołaja wzrokiem po czym pożegnał się z koleżankami, obiecując, że później przyniesie część ściepy na fotografa.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            4
            • JohnyTRSJ Niedostępny
              JohnyTRSJ Niedostępny
              JohnyTRS jako Szarzyzna
              Mecenas
              napisał(a) ostatnio edytowany przez JohnyTRS
              #97

              MG-Awatar100.jpg

              Szarzyzna


              Sokołów Śląski, 11:00 - 15:30

              Krzysztof i Mikołaj

              Mieszkali w sąsiedztwie, poszli razem. Krzysztof ponownie nerwowo zaczął się rozglądać wypatrując matki, księdza proboszcza i moherowych beretów, a dodatkowo od chwili gdy Paulina powiedziała mu co widziała, także Czarnej Wołgi, które w nocy porywała uczennice, a w środku były zombie.

              Czarna Wołga. Nawet jeżeli nie była to wołga, ani nawet czarny samochód, to nazwa pasowała.

              Pomijając ogólne problemy, to cygańskie problemy tym razem nie dały o sobie znać i droga do domów minęła spokojnie.

              Krzysztof

              Pierwszy oddzielił się Krzysztof, do sąsiada poszedł trochę naokoło, żeby tylko nie być widocznym ze swojego domu. Ta piwnica miała osobne wejście z zewnątrz. Krzysiek pchnął pomalowane olejną farbą drzwi i znalazł się w czarnym (od koloru ścian) królestwie sąsiada, gdzie zapach papierosów był jak najbardziej wyczuwalny. Od razu na wejściu uderzył go heavy metal wydobywający się z tonsilowskich głośników. Tego zespołu jeszcze nie znał.
              Marek Koza zauważył go, ale pochłonięty muzyką nie odezwał się do niego. Dopiero po minucie zatrzymał odtwarzanie kasety i przywitali się.
              - Co to? - Krzysztof wskazał na wieżę Unitry, w domyśle "co to za zespół".
              - Manowar. O co chodzi, tatuaż ci się paprze?

              Mikołaj

              W domu już był jego brat, samochód stał na podjeździe. Zamknął psa i wszedł do domu. Jeszcze w przedpokoju słyszał, że w kuchni jest kilka osób, zaraz też rozpoznał że koleżanki babci wpadły na kawę. Babcia miała wiele koleżanek czy przyjaciółek, ale Mikołaj nie kojarzył wszystkich, niektóre były stałymi gośćmi, inne widział tylko raz. Teraz w kuchni były dwie: pani Marysia, sąsiadka z domu naprzeciwko oraz inna kobieta, której w ogóle nie mógł sobie przypomnieć. On ich nie widział, one nie widziały jego. Stanął w pół kroku, gdy tylko odezwała się ta druga:
              - (...) Krzysztof to dobry, grzeczny chłopiec.
              - A do której klasy już chodzi? - zapytała pani Marysia.
              - On już jest w pierwszej klasie liceum.
              - O, to może się zna z moim wnukiem, on też właśnie poszedł do liceum - babcia włączyła się do rozmowy.
              - A ma jakąś pannicę na oku? - pani Marysia drążyła dalej.
              - Ależ nie, Krzysztofowi nie takie rzeczy w głowie. On będzie księdzem - w jej głosie Mikołaj usłyszał prawdziwą pasję.

              Mikołaja lekko zamurowało. Nie wiedział, czy w równoległej klasie jest inny Krzysiek, ale ten z którym właśnie urwał się z lekcji, był chyba ministrantem, miał tatuaż, znał Marka Kozę, zrywał nauczycielkom spódnice i na dodatek siedział w jednej ławce z Piotrkiem. Czy ta tam to była jego mama? Przecież musiała być w wieku mniej więcej babci Teni!

              Paulina i przyjaciółki

              Paulina i Kasia uzgodniły, że na razie nie będą wtajemniczać Magdy w to co się wydarzyło - Magda jeszcze na początku spasowała i niczego nie widziała. Dziewczyny poszły do domu Pauliny. Jak się można było spodziewać, nie było tam nikogo.
              - Dobra, zróbmy tak - Paulina zamknęła za Kasią drzwi - idę pod prysznic, w kuchni w pudełku przy chlebaku są pieniądze, znajdź dychę, dobrze? - Ne czekając na odpowiedź pobiegła na górę. Najpierw do pokoju, po świeże ubrania, potem do łazienki.

              Gdy skończyła suszyć włosy z dołu usłyszała rozmowę. Zbiegła na dól i zobaczyła w kuchni tatę. Kasia wielokrotnie bywała u niej w domu wiec on ją znał. Czy zobaczył ją, jak bierze pieniądze?
              - Cześć córeczko. Nie powinnyście być teraz w szkole? - zapytał tata. Pytanie o pieniądze nie padło, a samo pytanie nie było wyrzutem. Ale Paulina była pewna, że tata zobaczył jak Kasia bierze pieniądze.

              Alicja

              Zauważyła, jak po drugiej lekcji Paulina z Kasią i Magdą oraz Krzysiek i Mikołaj nie wrócili do klasy. Lekcja polskiego była omawianiem co ich czeka oraz wpisywaniem do zeszytu dyktowanej listy lektur, z których pierwszą mieli przeczytać do końca września. Na Alicji podstarzała nauczycielka w tlenionych włosach nie zrobiła dobrego wrażenia.

              Żal jej było Adama, którego nie było w ogóle na tym skrawku pierwszej lekcji. Chłopak był cały przybity, był przeciwieństwem tego wyluzowanego szaleństwa które widziała wczoraj wieczorem. Na przerwie przed matematyką (musieli przejść do innej sali) zagadnęła go o to. Wyszło na to, że ten nieprzyjemny policjant, komendant, jest ojcem Adama, i że Adam dostał szlaban do końca tygodnia za to, że poszedł bez zgody do klubu Miami. Alicja czuła, że to jest coś więcej niż szlaban, ale po minie Adama było widać, że lepiej będzie tego nie drążyć.

              Mikołaj

              Wyrobił się na tyle szybko (albo wolno) że był ponownie w szkole przed szóstą lekcją. Na spokojnie na planie lekcji odczytał, w której sali to będzie. Plastyka. Jak się można było spodziewać, tego dnia na lekcjach było tylko gadanie, wprowadzenia do przedmiotów itepe. Nudy. Niewiele stracił.

              Wyjątkowo usiadł w ławce z Piotrkiem.
              - Jak było na matmie? - Mikołaj pamiętał o rozdartej spódnicy nauczycielki.
              - Spokojnie, matematyczka cały czas siedziała sztywno za biurkiem. Ale spódnicę miała zszytą. Teraz ty, co się tam stało?
              - Gdzie? - Mikołaj udawał że nie wie o co chodzi.
              - No z Aśką.
              Mikołaj w konspiracyjny sposób nachylił się do "Buchaja":
              - Czarna Wołga.
              Zgodnie z przewidywaniami Piotrek parsknął zduszonym śmiechem, biorąc to za żart.

              Alicja i Mikołaj

              Po ostatniej lekcji (gdy Alicja była już myślami na wrotkach, bo nic im przecież nie zadano) dopadł do niej Mikołaj:
              - Cześć, słuchaj, Paulinie udało się załatwić błyskawiczne wywołanie zdjęć z Miami. Będą gotowe dzisiaj wieczorem. Odbiór o osiemnastej. Idziesz z nami? Wszyscy składamy się po tych kilka złotych.


              EDIT: usunięcie Magdy.

              178.255.46.143
              Pan Psuj
              Ciężkie pióro, ograniczona fantazja, blokada twórcza, niemoc tfurcza, masa nierozwiniętych pomysłów. Długie posty praktycznie niemożliwe.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              4
              • CaiC Niedostępny
                CaiC Niedostępny
                Cai jako Mikołaj Pogorzelski
                napisał(a) ostatnio edytowany przez Cai
                #98

                left aligned paragraph

                Mikołaj Pogorzelski

                Pierwotnie nie zamierzał wchodzić do domu. Potem uświadomił, że wyzbył się Frugosa, a Hobbit musi zrobić kolejne “z powrotem”, w warunkach postępującego przesuszenia ogniem Góry Przeznaczenia. Brat był, ale siedział na piętrze. Za to babcia? Nono, jak nikt nie patrzył oddawała się spotkaniom towarzyskim z brydżem i likierkiem. A bardziej spirytusem. Spirytus Santusem. Wyszło, że Krzychu jest z rodu dewoty co krzyżem leżała przed spreparowaną Maryjką. Łzami płaczącej krwią Pogorzelskiego. Ale jaja i to była jego matka a nie babka. Księdzem byłby zacnym. “Odrzućcie dobra doczesne. Zrzućcie szaty i żyjcie jak w raju. Czekajcie, pomogę, trrrrrrr”.

                Wypadły tylko trzy, Polski, matma i chemia. Dość ważne dla biedaka, który musiał własnymi rękami dorobić się pierwszego miliona. Na plastyce spisywał z pożyczonego od Daniela zeszytu listę lektur i inne dyrdymały, odnotowując, że będzie trzeba w miarę szybko polecieć do biblioteki, nim wszystkie egzemplarze wyjdą. Kolega bazgrolił nie gorzej od niego, lecz innym typem hieroglifów. Z górnego biegu Nilu. No i gdzie dajesz “oko Ra”, zmokły papirusie? “Ankh” z początku zdania? Analfabetyzm, ale nie wybrzydzał. “Mamo, mamo, potrzebna bibułka i farbki na jutro”. Akcesoria artysty malarza też skrupulatnie wyłapywał ze słów nauczycielki, by potem nie truć dupy z wieczora o dwudziestej drugiej. Nie oblać przedmiotu i zostać kolejnym niespełnionym akwarelistą.

                Na angielskim miał już ogarnięte zaległości, to zaczął kminić. Pomiędzy “maj nejm is szur nie nejtiw spiker”, and “tudejs topik is…”. A może by tak pojechać do szpitala? Spróbować uzdrowić matkę Asi? Wypytać o szczegóły? Tylko A - połer mógł mieć ograniczenia zasięgu wokół zamku, nie łapał przykładowo totalizatora sportowego… bądź przyszłości. B - kobiecina tak szybko dostała w dyńkę, że nic nie zarejestrowała. Zamiast po omacku błądzić po Falkensteinie, najpierw by wypytać kumpla Wrony? Tego się złapał, a nim wszyscy rozeszli się po ostatnim dzwonku, w oko wpadła mu Alicja.

                — Cześć, słuchaj, Paulinie udało się załatwić błyskawiczne wywołanie zdjęć z Miami. Będą gotowe dzisiaj wieczorem. Odbiór o osiemnastej. Idziesz z nami? Wszyscy składamy się po tych kilka złotych.

                Łańcuszek szczęścia. Dawaj kasę, wyślij wiadomość do dziesięciu osób, albo twój chomik… UMRZE. W sumie nie wiedział czemu zagadał? Jakiś spontaniczny odruch. Być może chciał ją wkręcić w temat, bo widział jak na dysce się razem bujają. Może nie groziło jej inne niebezpieczeństwo poza krzywą brukówą i chciał to rozszerzyć o voodoo zombie esesmanów?

                Siedząc w domu nad talerzem ogórkowej, wertował tomiszcze książki telefonicznej. Bałecki, Bałkłarzański, Bałwański… Adresu i numeru domowego Bałuckiego nie było. Typ musiał pochodzić spoza Sokołowa. Dojeżdżał, albo nocował w jakim pensjonacie dla roboli. Znalazł tylko kontakt do Polskiej Pracowni Konserwacji Zabytków, instytucji dla której pracował. Przeniósł się w pobliże stacjonarnego aparatu przy końcu przedpokoju. Usiadł na schodku, przeczesał włosy, układając rozegranie konwersacji.

                — Dzień dobry — obniżył głos by wydawał się bardziej dorosły i poważny. — Czy zastałem magistra Bałuckiego?

                Kobieta po drugiej stronie brzmiała, jakby wybijała jej godzina, szykowała się do domu i nie zamierzała zostać w pracy ani chwili dłużej.

                — W sprawie ekspertyzy drewna parkietu. Poza obiektem? A czy może mi pani powiedzieć, gdzie mógłbym go zastać?

                — To chuj ci w dupę, stara — to już powiedział do odłożonej słuchawki. — Ja tu na deszczu, wilki jakieś!

                Pomachał wyprostowanym środkowym palcem w kierunku telefonu, wywołując skonsternowane spojrzenie brata, który cały czas obserwował go znad kotleta w kuchni.

                — O, siema — Mikołaj się przywitał. Zaabsorwowany, nie zauważył wcześniej niemego, bo napchanego mizerią, świadka. — Jak ta polska kinematografia wulgaryzuje młode pokolenia.

                Nie wysiedział. Musiał co zrobić. Poszedł szukać Poganina. Nawet jak żadnego planu nie ułożą, pocieszy się darciem z niego łacha, “Darciem łacha”.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                3
                • NamiN Niedostępny
                  NamiN Niedostępny
                  Nami jako Paulina Kwiatkowska
                  Mecenas
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #99

                  text alternatywny

                  Paulina Kwiatkowska

                  Dziewczyny przez pewien czas szły w milczeniu. Im dalej od miejsca zbrodni, tym lepiej się czuły, spokojniej. To co się wydarzyło nie mieściło się w głowie żadnej z nich. Dotychczas ich jedynym problemem była szkoła, chłopcy, ciuchy i imprezy. Dzisiaj dowiedziały się, że jedną z nich spotkało nieszczęście. Kilka minut temu zaś zorientowały się, że drugą nękają jakieś niezrozumiałe wizje.

                  — Słuchaj… Co do tego…

                  Paulina nie wiedziała jak zacząć. Długo zbierała myśli i miała po części przygotowaną wypowiedź, ale gdy już otworzyła usta, składnia zdań, którą przed chwilą ułożyła, rozjechała się z braku logiki.

                  — Ty to w ogóle kontrolujesz?

                  Kasia przeszła do konkretów. Szła jednak cały czas przed siebie i też tam miała skierowany wzrok.

                  — To znaczy… Ja…
                  — Do jasnej cholery, Paulina, przestań się jąkać!

                  Kasia zatrzymała się. Paulina od razu zrobiła to samo. Spojrzały na siebie. W oczach Kasi widać było pewność siebie, zawziętość, jakby była nie do powstrzymania. Paulina zaś przypominała zbitego kundla, którego ktoś dodatkowo oblał wiadrem wody.

                  — Nie wiem. Dziś pierwszy raz mi się przytrafiły te rzeczy. Same.
                  — Czyli nie kontrolujesz — stwierdziła konkretnie Kasia.
                  — No… Raczej nie. To chyba… tak samo. Ale serio, czułam się jakbym tam była, jakbym… Weszła w umysł jednej osoby, która tam była i przez chwilę też była… Nią.
                  — Ale posrane. Przykro mi.
                  — Co? Czemu?
                  — Bo nie masz na coś wpływu. Nienawidzę nie mieć wpływu na to, co się wokół mnie zaczyna dziać. Na myśli, czyny, sytuacje.. nawet ludzi. Wiesz, to co się stało z Asią dotknęło i zaskoczyło nas wszystkich, ale teraz rozumiem, czemu ciebie bardziej. Czemu zemdlałaś, wtedy w szkole.

                  Paulina jedynie kiwnęła głową. Ponownie ruszyły przed siebie, idąc razem równym krokiem. Nastolatka wciąż się bała, że w pewnym momencie Kasia ją wyśmieje. Dlatego serce niemal wyskoczyło jej zza żeber, gdy ta kontynuowała.

                  — Jakbyś mi powiedziała, że masz moce, to bym cię wyśmiała. Ale skoro mówisz, że coś widzisz i nie możesz tego zatrzymać… to już inna rozmowa. Widziałam cię, Paula… I to nie było udawane. Wierzę ci.

                  Kasia zerknęła ukradkiem na przyjaciółkę i uśmiechnęła się półgębkiem.

                  — Powiem więcej. To jest dla mnie bardziej wiarygodne, niż to, że twój brat dostał kontrakt na koncert w Bolesławcu.

                  Obie parsknęły śmiechem. Chyba tylko Kaśka nie wierzyła w te wszystkie historie na temat Michała, jakie Paulina sprzedawała ludziom wokół.

                  Kiedy dotarły do domu plan był już bardzo prosty. Paulina potrzebowała się umyć i przebrać, zdobyć jakieś zaskórniaki, potem zastanowić się czy mogą zrobić więcej. Kasia przez chwilę nieobecności koleżanki miała po prostu poszukać naczynia z oszczędnościami. Pech chciał, że miejsce wskazane przez Pauline było pozbawione jakiegokolwiek słoika czy pudełka. Były tam tylko talerze.

                  — Nosz cholera!

                  Stojąca na krześle z jadalni Kasia grzebała w górnej szafce kuchennej, gdy nagle kątem oka dostrzegła stojącego w progu ojca Pauliny. Zaskoczona podskoczyła gwałtownie i zamknęła z hukiem szafkę.

                  — Ale mnie pan przestraszył!
                  — Dzień dobry, Katarzyno.
                  — Dzień dobry…

                  Kasia uśmiechnęła się i zeszła z krzesła, otrzepała ręką siedzisko, które wydeptała butami.

                  — A pan w domu?
                  — A ty nie w szkole? Paulina jest?
                  — A na górze… Wie pan, tragedia się stała.
                  — Doprawdy?

                  Marek odłożył swoją torbę na podłogę obok siebie, dając znać Kasi, że chętnie ją wysłucha.

                  — Asię porwano. Jej mamę pobito.
                  — Jezu… Jak to?

                  Marek się zaniepokoił. Kasia widziała, że wygrywa bitwę na “a ty nie w szkole?”

                  — No, wczoraj, wieczorem. Paulina zemdlała na apelu jak usłyszała.

                  Tym razem Marek milczał, jakby uznał, że jej córka lekko przesadziła z reakcją. Zupełnie jakby ta była od niej aż tak bardzo zależna. Słuchał dalej.

                  — Nie będę kłamać, zerwałyśmy się. Żadna z nas nie czuje się dobrze przez to, to początek szkoły więc sam pan wie jak lekcje wyglądają
                  — No tak, szkoda czasu.
                  — No właśnie! I tak pomyślałyśmy, że może jakieś kwiaty chociaż kupimy, do szpitala pójdziemy, wie pan… To okropne… Zbiórkę zrobimy, coś się na bazarze zawsze znajdzie…

                  Marek pokiwał głową ze zrozumieniem. Wiedział, że jego żona byłaby oburzona widząc dziewczyny w domu. Zerknął na zegarek i westchnął. Sięgnął do kieszeni, wyciągnął portfel i wyjął dwadzieścia złotych. Dał krok w kierunku Kasi i wyciągnął banknot.

                  — Kupcie też jakieś czekoladki, choć żadna słodycz nie zamaże tragedii. I Katarzyno, jeśli można…
                  — Tak?
                  — Mów nam, gdyby coś było z Pauliną. Zawsze wszystko strasznie przeżywała. Jesteś dla niej wsparciem od zawsze.

                  Kasia uśmiechnęła się szerzej i kiwnęła głową.

                  — Dziękujemy.

                  W tym momencie Paulina zeszła z góry, mając jeszcze mokre włosy, ale będąc ubrana w nowe i pachnące ciuchy. Zatrzymała się w połowie drogi widząc swojego ojca.

                  — Oj…
                  — Cześć córeczko. Nie powinnyście być teraz w szkole?
                  — Powinnam, ale…

                  Marek podniósł torbę z podłogi i zarzucił na ramię.

                  — Katarzyna już mi wszystko wyjaśniła. Ale musisz powiedzieć mamie. Usprawiedliwienie trzeba wypisać, po co ci problemy. Trzymajcie się, dzieciaki. Czas to pieniądz.

                  Kwiatkowski pomachał dziewczynom i wyszedł z domu. Nastolatki odetchnęły z ulgą. Paulina podbiegła do Kasi zdenerwowana.

                  — Co ty mu powiedziałaś?! Kasę masz? Widział jak podbierasz?
                  — Wyluzuj — rzuciła od niechcenia — Powiedziałam o Asi, że kwiaty kupimy jej mamie do szpitala i o, masz. Dwie dyszki — pomachała banknotem.
                  — Ja pierdziele, ale przypał…
                  — No, trochę. Ale i tak dobrze, że twojej matki nie było. Ta jak się odpali…
                  — Wiem, nawet nie gadaj. Idę włosy wysuszyć.
                  — Luzik.

                  Paulina poszła do łazienki na parterze po suszarkę i została tam chwilę, aby doprowadzić włosy do ładu. Słyszała warkot silnika na podjeździe, a dźwięk ten zaczął się od nich oddalać, co oznaczało, że ojciec pojechał i problem sam się rozwiązał.

                  text alternatywny

                  Reszta dnia rozmyła się dziwnie szybko.

                  Paulina próbowała zająć czymś głowę — najpierw włosy, potem szafa, potem bezsensowne przekładanie rzeczy na biurku — ale myśli i tak uciekały w jedno miejsce. Podjazd. Ciemność. Te ruchy. Za każdym razem, gdy zamykała oczy, miała wrażenie, że zaraz znowu to zobaczy.

                  — Ej — odezwała się Kasia z progu, oparta o framugę. — Nie odleciałaś mi tam znowu?

                  Paulina pokręciła głową i sięgnęła po gumkę do włosów.

                  — Nie. Po prostu… nie mogę przestać o tym myśleć.

                  Kasia westchnęła cicho i weszła do środka.

                  — To dobrze — rzuciła, siadając na łóżku. — Bo ja też nie.

                  Na chwilę zapadła cisza.

                  — Słuchaj — dodała po chwili, już bardziej rzeczowo. — Jak mamy coś z tym zrobić, to musimy działać, a nie się zapętlać.

                  Paulina kiwnęła głową, choć nie wyglądała na przekonaną.

                  — Najpierw Kuba — powiedziała w końcu. — Zdjęcia. Może coś tam będzie.
                  — No — przytaknęła Kasia. — A jak nie, to przynajmniej będziemy wiedzieć, że to ślepa uliczka. Ale mamy, dzięki tobie, jeszcze kilka poszlak

                  Paulina zerknęła na zegarek. Było już po szesnastej. Serce zabiło jej trochę szybciej.

                  — To co? — zapytała ciszej. — Idziemy?

                  Kasia podniosła się z łóżka i poprawiła włosy.

                  — No raczej. — uśmiechnęła się krzywo. — Przecież nie odpuścimy teraz.
                  — W ogóle... może nie mówmy Magdzie o tym, co się stało na podjeździe? Mam wrażenie, że nie zrozumie.
                  — Póki co to nasza tajemnica. Oby chłopaki wierzyli, bo jak nie... To już życia nie mają

                  Kaśka rzuciła groźbą na pożegnanie, uderzyła pięścią w otwartą dłoń na znak, że jest dla przyjaciółki obrońcą. Paulina kiwnęła głową, sięgając po plecak i wysiliła się na uśmiech. Tym razem wychodziła z domu z zupełnie innym uczuciem niż zwykle. Nie jak na spotkanie. Jak na coś, co może zmienić wszystko.

                  🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  4
                  • Pan ElfP Online
                    Pan ElfP Online
                    Pan Elf jako Alicja Filipowicz
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                    #100

                    text alternatywny

                    Alicja Filipowicz

                    - Adam? Wszystko okej?

                    Alicja podeszła do samotnie stojącego pod ścianą chłopaka. Miał bardziej wychudłą twarz niż zwykle; policzki i oczy jakby zapadły się głębiej, nadając mu niemal trupiego wyglądu, którego dopełniały długie czarne włosy opadające na twarz. Wrażenia nie poprawiała przygarbiona postawa ani uporczywe wpatrywanie się we własne buty. Był zupełnym przeciwieństwem przebojowego Adama, który poprzedniej nocy wparował na dyskotekę w fikuśnej marynarce z zamiarem świetnej zabawy.

                    Chłopak odburknął coś pod nosem, wyraźnie niezainteresowany rozmową, ale po krótkiej chwili wrodzony urok Alki najwyraźniej rozwiązał mu język.

                    Zdziwiła się, gdy dowiedziała się, że jeden z policjantów - ten mniej przyjemny - był jego ojcem. Chwilę później okazało się, że na tym niedola Chlebowskiego wcale się nie kończyła.

                    - Szlaban za “Miami”? Dżizas, współczuję. - Pokręciła głową całkiem szczerze. Sama nie bardzo potrafiła wyobrazić sobie coś takiego. Jej ojciec nigdy nie karał ani jej, ani Jarka, a perspektywa szlabanu wydawała jej się czymś kompletnie abstrakcyjnym. - Ej, nie ma tragedii. Tydzień to jeszcze nie koniec świata. Poza tym popatrz na to z tej strony: szlaban jest strasznie amerykański. Jesteś teraz jak bohater jakiegoś filmu.

                    W końcu zadzwonił dzwonek, zwiastując początek lekcji. Alicja posłała Adamowi pocieszający uśmiech i nie drążyła tematu. Czuła, że chłopak powiedział jej i tak więcej, niż początkowo zamierzał. Nie miała mu za złe, że nie chciał mówić więcej - w końcu praktycznie się nie znali.

                    Nie potrafiła jednak pozbyć się wrażenia, że za tym wszystkim kryło się coś więcej. I że miało to sporo wspólnego z faktem, iż ojciec Adama nie sprawiał wrażenia człowieka, z którym chciałoby się mieszkać pod jednym dachem.

                    Kiedy odchodziła, jeszcze raz obejrzała się przez ramię. Adam nadal stał dokładnie w tym samym miejscu, jakby zapomniał, że zadzwonił dzwonek.

                    Pozostałe lekcje minęły spokojnie. I potwornie nudno. Alicja zaczęła zastanawiać się, gdzie podziała się cała paczka Kaśki. Żadna z tych dziewczyn nie wyglądała na typowe wagarowiczki, a już na pewno nie pierwszego dnia szkoły.

                    Dziwnym zbiegiem okoliczności zniknęli również Krzysiek i Mikołaj. O ile po tym drugim można było się czegoś takiego spodziewać - wyglądał na człowieka, który z wagarów zrobiłby dyscyplinę sportową - o tyle Komeda trochę ją zaskoczył.
                    Co ciekawsze, z całej trójki tylko Mikołaj wrócił jeszcze na lekcje.

                    - Cześć, słuchaj, Paulinie udało się załatwić błyskawiczne wywołanie zdjęć z Miami. Będą gotowe dzisiaj wieczorem. Odbiór o osiemnastej. Idziesz z nami? Wszyscy składamy się po tych kilka złotych.

                    Dopadł ją zaraz po ostatniej lekcji, kiedy już zbierała się do wyjścia. Marzyła tylko o tym, żeby założyć wrotki i poczuć wiatr we włosach.

                    Nie spodziewała się ani jego, ani tego, że właśnie wyjaśni zagadkę tajemniczych nieobecności.

                    - Spoko. Może być. To gdzie się spotykamy o tej osiemnastej? - odpowiedziała niemal odruchowo, znowu zapominając ugryźć się w język. Zupełnie jak poprzedniego dnia z dyskoteką.

                    Cóż. Słowo się rzekło. Pozostało jej tylko potwierdzić krótkim:

                    - Będę.

                    Chwilę później każde z nich ruszyło w swoją stronę.

                    Resztę popołudnia Alicja spędziła na mieście. Czyli dokładnie tak, jak lubiła najbardziej - na wrotkach.
                    Bez większego celu krążyła ulicami Sokołowa, aż w końcu niemal odruchowo skręciła w trasę, którą poprzedniego wieczoru wracała z "Miami". Zwolniła dopiero w miejscu, gdzie po raz pierwszy dopadło ją irracjonalne wrażenie, że ktoś idzie za nią.

                    Przez ułamek sekundy wydawało jej się, że ktoś stoi między drzewami. Mrugnęła. Nikogo tam nie było. Rozejrzała się. Nic. Tylko puste chodniki. Kilka samochodów. Szumiące drzewa.

                    Nie wiedziała nawet, czego właściwie szuka. Może śladów? Może odpowiedzi? A może najbardziej liczyła na to, że nie znajdzie absolutnie nic.

                    Przez całą drogę nie dawała jej też spokoju sprawa zdjęć. Po co właściwie je wywoływali? I dlaczego zamieszany był w to Mikołaj, skoro praktycznie nie spędzał wieczoru z dziewczynami? Co wydarzyło się po tym, jak wyszła z klubu? I wreszcie… Czy oni wszyscy próbowali na własną rękę rozwikłać zagadkę zaginięcia Asi?

                    Paulina i jej przyjaciółki jeszcze miały sens - w końcu porwano jedną z nich. Ale Krzysiek? Mikołaj? No i teraz jeszcze ona. Coś zaczynało się składać w całość. Tylko Alicja nie miała najmniejszego pojęcia, jaki obraz ostatecznie z tego powstanie.

                    W umówionym miejscu pojawiła się jako ostatnia. Zatrzymała się przed grupką rówieśników.
                    - Brakuje wam jeszcze hipisowskiego busa i doga niemieckiego - zagadnęła, odgarniając włosy z ramion i posyłając im zadziorny uśmiech. - To jaki jest plan?

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    3
                    • Arthur FleckA Niedostępny
                      Arthur FleckA Niedostępny
                      Arthur Fleck jako Krzysztof Komeda
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #101

                      text alternatywny

                      Krzysztof Komeda

                      — O co chodzi, tatuaż ci się paprze?

                      — Tatuaż? Nie. Wczoraj ledwo mogłem chodzić, ale dzisiaj jest okey. Chyba. Ja w innej sprawie.

                      Krzysiek klapnął przy stole, na którym sąsiad prowadził sesje do Kryształów Czasu. Marek zapalił papierosa i rozsiadł się na swoim wysłużonym fotelu Mistrza Gry.

                      — To nawijaj.

                      — Kurcze, nawet nie wiem od czego zacząć.

                      — Najlepiej od początku młody.

                      text alternatywny

                      Krzysiek nie był pewien gdzie zaczyna się początek opowieści. Od szkolnej wycieczki do zamku, od imprezy w Miami, czy może porannej mszy? Postanowił, że zacznie od szkolnego apelu, na którym pojawił się miejscowy komendant.

                      — Powiedział, że w nocy porwali Asię, moją koleżankę z klasy. A jej mamę pobili i leży teraz w szpitalu w Legnicy.

                      Koza zamarł z dymem w płucach i pochylił się w fotelu w stronę młodszego kolegi.

                      — O kurwa. Kogoś porwali? Tutaj, u nas, w Sokołowie?

                      Chłopak skinął głową.

                      — Mów dalej.

                      — Tak się składa, że wczoraj byłem z tą Asią w Miami. Jej przyjaciółka, Paulina przez cały wieczór robiła zdjęcia. Chce je wywołać u typa ze starszej klasy. Obiecałem się dorzucić na odbitki, tylko nie mam z czego. Może ty mnie poratujesz jakimś groszem?

                      Krzysiek popatrzył na sąsiada bez większych nadziei. Marek z definicji był biedakiem. W Sokołowie nikt nie chciał dać mu roboty, a już na pewno nie po tym jak Kozie przyklepano żółte papiery. Żeby się wywinąć od kamaszy, Marek podczas komisji wojskowej bezczelnie udawał wariata a jego występ przed lekarzami obrósł legendą, która żyła własnym życiem. Komeda słyszał różne wersje wydarzeń, każda równie szokująca i trudna do uwierzenia. Sam Koza nigdy nie potwierdził, która jest prawdziwa.

                      — A stara?

                      — Od matki brać nie chcę, bo zaraz się zaczną pytania. Jak się dowie, że po szkole bujam się z dziewczynami to mnie już z domu nie wypuści.

                      Marek wstał z fotela. Wywrócił kieszenie na drugą stronę. Wyleciała z nich tylko zapalniczka i strzępek bibułki.

                      — Pomógłbym młody, ale sam widzisz, że jestem pod kreską. Wszystko w tym miesiącu poszło na nowe kostki i kasety.

                      Krzysiek pokiwał głową i już godził się z porażką, kiedy sąsiad nagle coś sobie przypomniał. Otworzył jedną z szufladek w stole i wyciągnął zmięty banknot. Chłopak przez pół sekundy poczuł ulgę i wdzięczność, zanim dotarło do niego, że z papieru o nominale 100 000 złotych patrzy na niego Moniuszko. Ten sam papier wujek Andrzej z Jeleniej Góry wciskał mu ostatnio do ręki „na lody’.

                      — Spokojnie, to legalny hajs — rzucił Marek, widząc jego minę. — Fotograf se wymieni w banku i będzie miał dychę.

                      Krzysiek popatrzył na banknot i oczami wyobraźni zobaczył, jak podaje go dziewczynom, a one patrzą na niego z politowaniem i wybuchają śmiechem. Ale pusta ręka wyglądałaby jeszcze gorzej. Wziął, podziękował i wcisnął zwitek do kieszeni. Nie ruszył się jednak z miejsca. Dopiero po chwili Koza zauważył jego wyraz twarzy i uniósł brew. Ministrant przełknął ślinę i spytał.

                      — Mogę ci zadać jedno pytanie Marek?

                      — Od razu mówię, to nie ja narobiłem na wycieraczkę przed drzwiami Chlebowskiego. Kto twierdzi inaczej, po prostu pierdoli głupoty. Nie lubię psów, ale to nie w moim stylu.

                      Krzysiek zamrugał. Nie miał pojęcia o jakiej wycieraczce mówi jego sąsiad.

                      — Ja nie o tym. Wierzysz w rzeczy, których nie da się wytłumaczyć?

                      — W sensie fizyka kwantowa? Teorie strun?

                      Chłopak pokręcił głową.

                      — Chodzi mi raczej o duchy, czary, albo…zombie. Wierzysz w takie rzeczy?

                      Marek usiadł z powrotem w fotelu. Dmuchnął mu dymem prosto w twarz a potem uśmiechnął krzywo.

                      — Bardziej niż w moje sto baniek od Wałęsy. A czemu pytasz?

                      Krzysiek zaczął mówić. Mówił szybko, bo bał się, że za chwilę straci odwagę i urwie w połowie. Opowiedział o habicie siostry Faustyny i matematyczce. O Paulinie lewitującej na apelu i jej wizjach na podjeździe przed domem Asi. O Mikołaju i jego teoriach. Cały czas czekał, aż Marek parsknie śmiechem albo puknie się w czoło, ale sąsiad tylko słuchał. Gdy Krzysiek doszedł do końca, Koza znów zaciągnął się szlugiem a cisza w piwnicy ciągnęła się niemiłosiernie.

                      — Czyli twierdzisz — zaczął ostrożnie Mistrz Gry z Sokołowa — że potrafisz podrzeć komuś ciuchy, samą myślą, bez dotykania. A twoja koleżanka lewituje i widzi rzeczy, które już się wydarzyły.

                      — Wiedziałem, że mi nie uwierzysz.

                      — Tego nie powiedziałem. Po prostu zaskoczyłeś mnie dzieciaku.

                      Marek pochylił się w swoim wysłużonym fotelu, w którym poprowadził dziesiątki niezapomnianych kompanii.

                      — Pokaż mi. Zrób coś, cokolwiek. Podrzyj mi tę bibułkę, przesuń kostkę, obojętnie. Muszę to zobaczyć.

                      Krzysiek zawahał się i przygryzł wargę. Chętnie by zaimponował starszemu koledze, ale sama myśl o naciskaniu na ten niewidzialny mięsień w czaszce sprawiła, że robiło mu się niedobrze.

                      — Wolałbym nie. Pod domem Asi próbowałem i nie wyszło, tylko się spociłem. A Mikołajowi poleciała wcześniej krew z nosa. Boję się, że jak przesadzę, strzeli mi jakaś żyłka i zostanę warzywem.

                      — Rozsądnie. — Marek skinął głową i już nie naciskał. — Sam bym nie rzucał zaklęć, gdybym wiedział, że moja postać zaraz zginie.

                      — Masz jakąś teorię skąd się to w ogóle wzięło? — spytał chłopak — Bo ja już nie wiem czy jestem opętany, czy zwyczajnie oszalałem.

                      Marek długo nie odpowiadał. W końcu podrapał się po karku.

                      — Diabeł by cię tak tanio nie kupił, dzieciaku. Teorii nie mam, ale jedno ci powiem z doświadczenia. W żadnym systemie magia nie jest za darmo. Zawsze czymś płacisz.

                      Krzysiek przypomniał sobie Paulinę trzęsącą się pod tujami i nie mógł odmówić mężczyźnie racji.

                      — Weź takie Kryształy Czasu. Tam mag, żeby rzucić porządne zaklęcie, czerpie z własnej Żywotności. Jak poszarżuje pada na pysk, mdleje, czasem umiera z wyczerpania. A w Warhammerze jest jeszcze weselej, bo każda zabawa z magią to otwieranie furtki dla Chaosu.

                      Marek strzepnął popiół prosto na blat, nie celując nawet w przepełnioną popielniczkę.

                      — Lewitacja, telekineza, jasnowidzenie — wyliczał sąsiad na palcach ręki — To są efekty z wyższych poziomów. Dla postaci, które dostają potężny czar już na starcie, Mistrz Gry szykuje zawsze coś kurewsko paskudnego.

                      Krzysiek przełknął ślinę.

                      — A kto jest Mistrzem Gry?

                      Koza spojrzał na niego poważniej niż zwykle.

                      — No właśnie… Tego nie wiemy. Dlatego nie szarżuj. Nie odkrywaj wszystkich kart naraz. Jak masz moc, to fajnie, ale najgłupsze, co możesz teraz zrobić, to rozpowiadać o tym na lewo i prawo. Zwłaszcza, że ktoś porywa ludzi.

                      To akurat Krzysiek zrozumiał aż za dobrze, bo Mikołaj ostrzegał go dokładnie o tym samym.
                      Mimo że Marek nie rozwiązał żadnej z jego zagadek, poczuł się lżejszy, jakby ktoś zdjął mu z pleców worek wypchany cegłami. Sąsiad wysłuchał go bez kpin, głupawych uśmieszków czy straszenia egzorcyzmami. Traktował go jak równego sobie. Komeda podniósł się z krzesła i posłał sąsiadowi pełne wdzięczności spojrzenie.

                      — Okey, chyba wszystko jasne. Dzięki Marek.

                      — Uważaj na siebie, młody. W razie problemów, wiesz gdzie mnie szukać

                      Chłopak kiwnął głową, pchnął drzwi piwnicy i ruszył naokoło, żeby przypadkiem nie mignąć matce w oknie.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      4
                      • JohnyTRSJ Niedostępny
                        JohnyTRSJ Niedostępny
                        JohnyTRS jako Szarzyzna
                        Mecenas
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez JohnyTRS
                        #102

                        MG-Awatar100.jpg

                        Szarzyzna


                        Sokołów Śląski, godzina 17:00, TVP 1

                        Wtorek 2 września, Maciej Orłoś witam w Teleexpressie (...)
                        - Porwanie nastolatki w Sokołowie Śląskim na Dolnym Śląsku. W nocy z pierwszego na drugi września doszło do napadu i porwania dziewczynki z samochodu jej rodziców. Zaatakowana matka nastolatki odniosła obrażenia i obecnie przebywa w szpitalu. Jej stan lekarze określili jako stabilny i nie zagrażający życiu (...)

                        Nagranie z Sokołowa, reporter TVP stoi przed komendą policji wraz z komendantem Janem Chlebowskim (wyświetlone na pasku):
                        - Do zdarzenia doszło pod domem poszkodowanej.
                        - Co widzieli świadkowie?
                        - Zeznania świadków nie naprowadziły nas na porywaczy.
                        - Wiadomo kto stoi za porwaniem? Czy porywacze zażądali okupu.
                        - Policja monitoruje sytuacją, jak dotąd nie zażądano okupu, co do tożsamości sprawców jest prowadzone śledztwo.
                        - Czy będą kolejne porwania?
                        - Niczego nie mogę wykluczyć, ale obraz grasujących psychopatów jak na zachodzie jest mocno przesadzony i zdaniem policji mija się z prawdą.
                        - Dziękuję za rozmowę. Wraz z policją z Sokołowa Śląskiego sprawę prowadzą przydzieleni funkcjonariusze śledczy z Komendy Wojewódzkiej Policji.
                        (...)

                        O ile porwanie nie było znane wszystkim mieszkańcom Sokołowa, to teraz już na pewno było. Jutro będzie o tym w gazetach: Wyborczej, Legnickiej, Wrocławskiej, Nowinach Jeleniogórskich jak i innych regionalnych i krajowych.

                        Sokołów Śląski, godzina 18:00

                        Nie zwrócili na to uwagi wcześniej, to jednak teraz nie sposób było tego przeoczyć, że Kuba mieszkał na drugim brzegu rzeki, po tej samej stronie co zamek, ale nie przy samym zamku. Stojąc przed jego domem (zaniedbana trzykondygnacyjna poniemiecka kamienica z odpadającym tynkiem) widać było dach zamku przebijający się nad drzewami.

                        Na śmierdzącą klatkę schodową weszli bez problemu, drzwi były otwarte, zapukali do właściwych drzwi mieszkania (przycisk dzwonka wyglądał tak, jakby chciał ich porazić prądem). Otworzyła im kobieta, pewnie matka Kuby:
                        - Tak?
                        - Dzień dobry, my do Kuby.
                        - Kuba jest nadal w swojej szopie na podwórzu, trzecia od lewej, to ta obita papą.
                        - Dziękujemy - i wszyscy ruszyli schodami na dół, na podwórze, nie różniące się wiele od innych podwórzy w miasteczku.
                        Szopa stała w rzędzie innych szop, garaży i altanek, mniej lub bardziej prowizorycznych. Znalezienie właściwej nie było problemem. Drzwi były zamknięte, nie było okien, ale stalowy płaskownik mający dodatkowo zabezpieczać drzwi przed włamaniem był opuszczony i nie było na nim kłódki. Zapukali, tym razem mocniej.
                        - Kuba! To my!
                        Chłopak z trzeciej klasy otworzył drzwi.
                        - Mówiłem że lepiej o dziewiętnastej, odbitki jeszcze schną. macie pieniądze?

                        Zapłacili, Krzysztof nie odważył się wcisnąć starego banknotu, na szczęście nie był potrzebny. Kuba od razu oddał Paulinie aparat i prosił żeby jeszcze poczekać. W jego szopie paliła się normalna żarówka, mogli zobaczyć stoły (zbieranina różnych), na nim plastikowe kuwety, butelki z chemikaliami i urządzenie wyglądające dla niektórych jak część od szpitalnego rentgena. Albo coś z bazaru, co ktoś przywiózł z byłego Związku Sowieckiego. Co bardziej uważni widzieli pod sufitem jeszcze jedną, czerwoną żarówkę, co już bardziej odpowiadało wyobrażeniom ciemni fotograficznej skąpanej w czerwonym świetle.

                        Nie musieli czekać długo, już po kilku minutach (Mikołaj wykorzystał ten czas żeby drzeć łacha z Poganina, oczywiście odchodząc kilka metrów dalej, żeby reszta nie słyszała). Kuba dał im zdjęcia w prowizorycznej kopercie ze zwykłej kartki. Były tam i odbitki, jak i pocięte na krótsze odcinki negatywy.
                        - A tak w ogóle niezły efekt uzyskałaś, bo to nie jest feler aparatu - powiedział Kuba do Pauliny, dając jej zdjęcia, ale po chwili się spłoszył - ale oczywiście nie musisz się swoim sposobem dzielić.

                        Po chwili zdjęcia zaczęły krążyć z rąk do rąk. Kuba (Renata mówiła, że jest trochę dziwny) na spokojnie zamknął swoje królestwo i zostawił ich samych. Zdjęcia były intrygujące i niepokojące. Nie znaleźli tam nikogo, kto by wyglądał na porywacza albo się interesował Asią. Nawet te dresy, co zaczepiły Adama a załapały się na jedno, lekko rozmazane ujęcie, nie byli ciekawi. Wyglądali normalnie i skupiali się na bramkarzu i na Adamie.

                        Problemem była sama Asia. Na zdjęciach nie była normalna. Była w negatywie. Ale jej ubrania wyglądały normalnie. Przejrzeli też pod zachodzące słońce negatywy. Tam, zgodnie z logiką, wszystko było negatywem. Oprócz Asi, która to tam wyglądała tak, jak wyglądać powinna na normalnym zdjęciu.

                        text alternatywny

                        Do tego Paulina, Krzysztof i Mikołaj (załapał się na kilka zdjęć) mieli wokół siebie dziwną poświatę. W sumie mogli się czegoś dziwnego spodziewać. Ale nie to była tutaj ważne. Taką samą poświatę miał wokół siebie Adam. Oraz Alicja. Inne osoby na zdjęciach wyglądały zwyczajnie, łącznie z Kasią, Magdą i kilkoma innymi osobami z klasy, które też tam były.

                        Alicja dosłownie czuła wzrok reszty na sobie.


                        EDIT: grafika powstała we współpracy z @nami

                        178.255.46.143
                        Pan Psuj
                        Ciężkie pióro, ograniczona fantazja, blokada twórcza, niemoc tfurcza, masa nierozwiniętych pomysłów. Długie posty praktycznie niemożliwe.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        3

                        Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                        Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                        Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                        Zarejestruj się Zaloguj się
                        Odpowiedz
                        • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                        Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                        • Najpierw najstarsze
                        • Najpierw najnowsze
                        • Najwięcej głosów


                        • Zaloguj się

                        • Nie masz konta? Zarejestruj się

                        • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                        Powered by NodeBB Contributors
                        • Pierwszy post
                          Ostatni post
                        0
                        • Kategorie
                        • Ostatnie
                        • Tagi
                        • Popularne
                        • Świat
                        • Użytkownicy
                        • Grupy
                        • Strona startowa