Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje inne
  3. Rozgrywka
  4. [Horror] Gruzy przeszłości
Gruzy przeszłości
JohnyTRSJ
JohnyTRS jako
JohnyTRS
Mistrz Gry
NamiN
Nami jako
Paulina Kwiatkowska

Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.

[Horror] Gruzy przeszłości

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
horrorwłasnystranger thingsnastolatkowie
62 Posty 8 Uczestników 1.2k Wyświetlenia 3 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • BrilchanB Niedostępny
    BrilchanB Niedostępny
    Brilchan
    napisał ostatnio edytowany przez Brilchan
    #15

    adam-chlebowski-100-x-100-pixeli.jpg-

    Adam Chlebowski

    O wycieczce do klubu "Miami"

    W pierwszym odruchu Adam chciał odmówić... Ale to przecież był dzień nowych początków! Miał ochotę zrobić coś fajnego i zagrać Ojcu na nosie a wymówka żeby spędzić więcej czasu z ukochanymi przyjaciółmi i szansa zawarcia nowych znajomości tylko dodawało całej sprawie słodyczy: *- Super pomysł! A co powiecie jakbyśmy poszli w strojach inspirowanych tym serialem "Miami Vice" ? Trochę kolorowej krepiny, taśmy klejącej i kartonu i będą policyjne marynarki jak ta lala!

    |-Reakcja na aferę z Ariadną-|

    Chlebowskiemu zrobiło się żal Romki, że na dzień dobry podpadła jakiemuś ostremu "Gogowi" A przynajmniej, tak wynikałoby z urywek uczniowskich plotek które wyłapywał jednym uchem.... Chociaż może to ona sobie zaplanowała ? Zrobić coś ostrego na dzień dobry żeby ludzie przestali myśleć o niej jako "diabelskie nasienie Ojca Mordercy" skupiając się na "Mirga ta wariatka co ma kosę z najostrzejszym nauczycielem "? Niespełniony młody aktorzyna w Adamie był pod wrażeniem prawdziwie Stanisławowskiego oddania mistyce charakteru komedii del arte którą jego zdaniem dziewczyna sobie wybrała...

    Co było oczywiście stekiem bzdur i projekcji dzieciaka który zazdrościł innym buntu na który sam był zbyt tchórzliwy coś go ciągnęło do Ariadny niczym do otchłani czarnej dziury lub mrocznego światła antymaterii czarnej gwiazdy. Nie było to jakieś szczeniackie zadłużenie raczej, fascynacja tym, jak bardzo ich patologie rodzinne są podobne odkąd usłyszał o tej tragedii zaczął częściej fantazjować jak jego życie byłoby lepsze gdyby nie było w nim Ojca i starszego brata wyklinając własne tchórzostwo.

    Pokręcił głową jak pies który wyskoczył z wody chcąc pozbyć się czarnych myśli niczym dymu ze źle rozpalonego ogniska. Chcąc chwycić się jakiegokolwiek rozpraszacza zaczął przyglądać się ubraniom innych nastolatków ~Kryształy Czasu? Te katolickie kapele rockowe mają coraz dziwniejsze nazwy... Będę się musiał Krzyśka spytać po apelu ~ - Postanowił w myślach.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    5
    • JohnyTRSJ Niedostępny
      JohnyTRSJ Niedostępny
      JohnyTRS jako JohnyTRS
      napisał ostatnio edytowany przez JohnyTRS
      #16

      MG-Awatar100.jpg
      Szarzyzna


      Józefiak się nie uśmiechał, w sumie równie dobrze mógłby robić za grabarza. I jednocześnie był starym belfrem, za którym stały dziesiątki lat doświadczenia w zawodzie. Co bardziej naiwni pewnie by gadali, że on ma tam w głowie taki radar i rentgen, co wykrywa i prześwietla każdego ucznia na wylot i od razu demaskuje wszystkie szachrajstwa.

      Nie. Józefiak był tym rodzajem nauczyciela, który na uczniowskich wykrętach, kłamstwach i psikusach zjadł zęby.

      No żesz ty cholero! - mogła klnąc w głowie Ariadna, gdy Józefiak w drodze na salę gimnastyczną (nie było daleko, ot, w sumie zaraz za róg) naprawdę uważał, żeby iść z tyłu. Próba spowodowania żeby nauczyciel ich wyprzedził (Ariadna zwolniła, a Iwona szybko dostosowała się do jej kroku) nie wyszła:
      - Wracać na salę - wypowiedziane beznamiętnym głosem.

      Iwona nadal ściskała torbę. Mogła się domyślać, że jej niebieskie włosy działają na nauczyciela jak płachta na byka.

      Przy Józefiaku wszystko szło nie tak. Spróbowała z drugiej strony, wskazując na kroplę na palcu. Tu już stary Józefiak się zawahał. Niespodziewanie na pomoc przyszła jej obca dziewczyna:
      - Proszę pana, gdzie tu są toalety.
      Józefiak skapitulował
      - Ale się pospieszcie - powiedział i wskazał na najbliższą szatnię. Po chwili trzymanym w dłoni kluczem (z dużym, drewnianym brelokiem) otworzył ze drzwi (co chwila obserwując Ariadnę). Wycofał się na korytarz przy wejściu na salę gimnastyczna. Stał w takim miejscu, że jednocześnie obserwował co się dzieje w korytarzyku przy szatniach (tam też stały te szafki) oraz wejście na salę gimnastyczną (przez otwarte drzwi dobiegał głos pani dyrektor).
      - I myć ręce!

      Ta druga dziewczyna widocznie nie miała żadnych lewych interesów tylko od razu zamknęła się w kabinie.

      ***

      Apel dobiegł końca, pani dyrektor życzyła wszystkim miłego i dobrego roku szkolnego, potem zadzwoniła dużym, ręcznym dzwonkiem zaczynając nowy rok szkolny. Rozległy się brawa, nauczyciele zabrali uczniów do swoich klas, pierwsze klasy miały jeszcze zostać na sali. Została też jedna ze starszych klas, oglądająca się na Józefiaka, stojącego przy wejściu na salę z czwórką pechowych uczniów.
      - 3A, poczekajcie na boisku, zaraz do was przyjdę.
      Oprócz pani dyrektor i Józefiaka na sali był jeszcze nauczyciel i nauczycielka, oboje mniej więcej w wieku waszych rodziców (nie dotyczy mamy Poganina). Gdy tylko 3A wyszła z sali, Józefiak poprowadził pechową czwórkę (ponownie idąc za nimi) do reszty zgromadzonych.
      - Pani Doroto, mamy pierwszy przypadek wandalizmu w tym roku. Przyłapałem tych tu na niszczeniu szafek. Zechce pani to zobaczyć.
      Wśród uczniów rozszedł się szmer. Uśmiechniętej pani dyrektor zszedł z twarzy uśmiech. Józefiak przepuścił ją przodem, pani dyrektor szła bardziej nerwowo. Zniknęli z pola widzenia na minutę, może dłużej. Gdy wrócili, pani dyrektor z trudem hamowała swoją wściekłość:
      - Milczycie niepytani. I tak jak pan Józefiak wam powiedział, przychodzicie jutro rano do szkoły z rodzicami. Albo innym opiekunem prawnym - aż drżała - ósma rano. Pod sekretariatem.

      Dalej poszło już szybciej. Wśród obecnych pierwszoklasistów sprawdzono obecność, wy byliście w klasie 1B (co wiedzieliście już wcześniej). Waszym wychowawcą był pan Henryk, pani Ania miała pod sobą klasę 1A. Przy odczytaniu listy wyszło na jaw, że przyłapana czwórka jest z waszej klasy.

      ***

      Pan Henryk prowadził klasę przez szkołę (nie było możliwości żeby się wymknąć, Józefiak poprosił nauczyciela mieć całą czwórkę na widoku). Najpierw korytarzem do starego budynku, gdzie mieścił się pokój nauczycielski, sekretariat, gabinet pani dyrektor, biblioteka, potem łącznikiem do nowego budynku, do piwnicy, gdzie były szatnie, boksy wygrodzone metalowymi siatkami z której odłaziła zielonkawa farba. Korytarzem przez piwnicę poszliście na drugi koniec, mijając zamknięte pomieszczenia. Żadne z nich nie wyglądało na salę lekcyjną. Nie było tam tę żadnych toalet.
      W ten sposób nauczyciel Wrona zrobił wam rundę przez szkołę. Na parterze (oprócz sal lekcyjnych) znajdowała się też stołówka ze sklepikiem. Obecnie wszystko było zamknięte. Na korytarzach było pusto. Toalety były tutaj na każdym piętrze.

      Paulina i Ariadna wiedziały , że za budynkiem od strony drugiej klatki schodowej, jest nieoficjalna "palarnia". O tej wychowawca oczywiście nie wspomniał.

      Sala klasy 1B znajdowała się na pierwszym piętrze, mniej więcej w połowie korytarza. Mimo uchylonych okien nosy zaatakował smród świeżej farby olejnej. Pomieszczenie było świeżo po remoncie, olejna lamperia w kolorze piaskowym aż biła po oczach (wyżej ściany i sufit były po prostu białe). Okna wychodziły na boczną, wyłożoną trylinką, uliczkę. Szkolne boisko było po drugiej stronie budynku, niewidoczne z tej klasy.

      Zajęliście miejsca (Krzysztof od razu rzucił się na sam koniec, pod ścianę, żeby nie było widać, że siedzi na skraju krzesła, kilku znanych z podstawówki kujonów zagnieździło się z przodu, paczka Adama trzymał się razem, podobnie jak paczka Pauliny, Kasia co chwila rzucała spojrzenia Mikołajowi). Ławki i krzesła nie były nowe, ale odnowione, metalowe stelaże pociągnięto czarną farbą (blaty i inne elementy ze sklejki i paździerza były tylko wyczyszczone). Co bardziej ciekawscy szybko sprawdzili, że pod blatami nie ma żadnych gum do żucia.

      Zaczęło się kolejne, tym razem na szczęście krótkie przemówienie. Wasz wychowawca, pan Henryk Wrona, był nauczycielem historii oraz geografii, przy czym w tym roku szkolnym ni będzie waszym nauczycielem tego przedmiotu. Potem omówił standardowe rzeczy: Najpóźniej na początku przyszłego tygodnia przeprowadzi się wybór na przewodniczącego, zastępcy przewodniczącego oraz skarbnika klasy. Omówił szkolne wycieczki (będą dwie, jedna jednodniowa do Jeleniej Góry do teatru pod koniec miesiąca, oraz druga, dłuższa, pod koniec tego roku szkolnego). Potem przedstawił plan lekcji - odsłonił skrzydła tablicy, ukazując wyrysowaną tabelką z planem lekcji oraz wypisanymi godzinami. Było tego więcej niż w podstawówce, ale mogło być gorzej. Pierwsza lekcja zaczynała się o 8 rano, kończyli najpóźniej o 15:30. Poniedziałek i wtorek był pełen program, w środę zaczynali dopiero od drugiej godziny lekcyjnej, w środę mieli najkrócej, tylko 5 godzin lekcyjnych, a w piątek mieli o jedną lekcję krócej.

      Nauczyciel poczekał, aż wszyscy przepiszą plan lekcji. Po kilku minutach (Pan Wrona nie poganiał) spytał, czy wszyscy przepisali, kilka niewyraźnych pomruków i kiwnięć głową wystarczyło mu a potwierdzenie. Wstał zza biurka, stanął na środku klasy.

      - Teraz powinien wam powiedzieć, że na dzisiaj to już wszystko i jesteście wolni -uśmiechnął się, nawet całkiem sympatycznie. - Ale mam dla was niespodziankę. Jak pewnie już wiecie, na zamku prowadzone się prace remontowe. Dzięki uprzejmości ekipy z Pracowni Konserwacji Zabytków zorganizowałem dla was małą wycieczką po zamku. Klasa, wstajemy, ustawiamy się w pary i marsz na zamek! - był w dobrym humorze, pomijając sprawę Ariadny i jej paczki.

      Aha, temu nauczycielowi się jeszcze chciało.

      178.255.46.143
      Pan Psuj
      Ciężkie pióro, ograniczona fantazja, blokada twórcza, niemoc tfurcza, masa nierozwiniętych pomysłów. Długie posty praktycznie niemożliwe.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      5
      • CaiC Niedostępny
        CaiC Niedostępny
        Cai
        napisał ostatnio edytowany przez Cai
        #17

        left aligned paragraph

        Mikołaj Pogorzelski

        Mikołaj przemknął na koniec sali, z gracją ducha omijając niezdecydowane zawalidrogi. Zmaterializował się na krześle w ostatniej ławce. Przekornie w linii za Kasią. Teraz by na niego spoglądać, musiała nadwyrężać kark kątem co najmniej stu dwudziestu. Daniel przebijał się na tyły metodą Bismarcka po Cieśninie Duńskiej, blokując ster i całą na przód. Brał przeszkody na pancerz w wyścigu o najbardziej atrakcyjne miejsce. Przycumował rzutem na taśmę o włos przed przedstawicielami brytolskiej floty - HMS Mazurem i Chabrem, ciężkimi krążownikami typu cunt. Usiadł podekscytowany jak tajniak na misji.

        – Stary, zadro – wyszeptał z cieniem żalu, że żadna smukła kanonierka nie wzięła go za cel. Nie wiedział co mówi.

        – Czy ona, w wyobraźni ma nas przed ołtarzem? – Pogorzelski drapał się po szyi. Próbował rozgryźć niepokojącą fiksację na punkcie swojej osoby. Rozsupłać święty węzeł małżeński.

        – Będę świadkiem – Daniel potwierdził najgorsze, klepiąc go po plecach. – Wygrałeś Randkę w Ciemno, łóżko wodne i wyjazd do Ciechocinka. Się prężyło, jak czyściciel basenu z scheisse deutsche video…

        – A to nie taka konwencja była? – na okazaniu Mikołaj odgrywał niewiniątko. Rozbawienie tłumił ból szerszych manewrów żuchwą. Prawie zszedł od ostatniego treningu, prawie. – Stary, trochę, a Felicja wbije mi siekierę w potylice. Przedziałek pięcioma kilo żelaznej głowicy.

        – Felicja kto? Taa, cały harem dla siebie – dostał na dokładkę kubłem zazdrości wymieszanej z wyrzutem w polewie z podziwu i niedowierzania. Potem radę drzemiącego w Danielu husarza-tradycjonalisty, świadomego i pogodzonego, że koła dziejów nie zatrzymasz.

        – Bądź Polakiem. Jedź na dwa fronty. Oczekuj rozbiorów.

        Napompowali mu ego jak zeppelin gazem, to i prawie odleciał. Przełożył rękę za oparcie krzesła. Bujnął się z nonszalancką niedbałością. Korzystał, roztaczając aurę szefa, któremu Bochenek w ofierze złożyłby całą kolekcję „Twojego Weekendu” byleby tylko dostać się na nauki.

        Przemalował plan lekcji na kraciastą kartkę. Na okładce Michael Jordan wbijał piłkę w obręcz. Zbezcześcił czysty, pachnący drukiem i nowością zeszyt pismem lekarskim, odziedziczonym po mamusi. Na dokładkę rozmazał grubszą kropę tuszu z długopisu, zostawiając smugę przy „jenzyk polski”. Błąd był celowy.

        Z końca sali obserwował, samemu pozostając trudnym do uchwycenia. Tak jak lubił. Ukradkiem przyglądał się nowym kolegom, klasie, wychowawcy. Teraz z głową zwróconą w stronę szyby śledził krajobraz za oknem. Spokój kontemplacji przerwał żar ognia odczuwalny na karku. Oczy Daniela płonęły na informację o wycieczce.

        – Szwab co się po zamku kręci, to stary SS-man, wiara – szturchał, zwracając uwagę. Nie potrafił powstrzymać języka przed zdradzeniem stuprocentowej teorii – Złoto z zawalonych...

        – Ale nie uprzedzajmy faktów – Mikołaj zdarł łacha stylizując głos na Wołoszańskiego. – Te, a słyszałeś o Ahnenerbe?

        Dorzucił węgla do pieca. Interesował się Drugą na tyle, by wiedzieć gdzie nacisnąć w moment taki oto jak ten. Z kamienną twarzą podkręcał atmosferę.

        – W Sudetach prowadzili badania. Z rozkazu Himmlera – dodał dla powagi. – Z odtajnionych akt wynika, że w Falkenstein mieli kwaterę.

        Daniel złapał haczyk, rozdziawiając japę jak Teresa Orlowski. Okazja, by nadziać go bujdami o innych wymiarach, mocach psionicznych i Cthulhu z kosmosu. Patrzeć jak w bezwstydnym spektaklu pochłania wszystko, została przerwana poleceniem Wrony by dobierać się w pary.

        – Trzymaj się mnie, prośba – Mikołaj wydusił desperacko, widząc co kolega zamierza.

        – Żonka czeka – odpowiedź nie znała litości. Skorupski wyszczerzył się, pchnął go w niebezpiecznym kierunku Kasi. Sam oddalił. Pokrążył jak Messerschmitt i zachęcony brakiem konkurencji, ustawił koło Justyny.

        – Siema – zza zgiełku dobiegła próba dziwnej bajery. – Daniel jestem. Nie mówisz wiele? Nic nie szkodzi. Mogę mówić za nas dwoje. Chcesz posłuchać o armatohaubicy Goździk? Ona też zazwyczaj milczy, ale jak już się odezwie…

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        6
        • NamiN Niedostępny
          NamiN Niedostępny
          Nami jako Paulina Kwiatkowska
          napisał ostatnio edytowany przez Nami
          #18

          text alternatywny
          Paulina Kwiatkowska

          Smród farby olejnej uderzył w nos tak, jakby szkoła próbowała udawać nową, ale nie umiała ukryć, że ma pod spodem stare kości. Mimo tej chwilowej niechęci i zmarszczenia nosa, dziewczyny musiały zająć najlepsze dla siebie miejsca, wiadomo, rząd ławek na wprost biurka - martwy punkt obserwacyjny dla nauczyciela.

          Gadając ze sobą i trzymając się razem, przecisnęły się dość zgrabnie, niestety czołgista-Daniel miał szersze barki i moc wozu pancernego, przetorował drogę do sukcesu nie tylko sobie, ale i Mikołajowi. Dziewczyny jak na znak skrzywiły się jednocześnie, każda tak samo, ale nie poddały się w walce. Usiadły tak, jak było to zaplanowane, w swoich standardowych parach.
          Bardziej z tyłu siedziała Kasia z Asią, musiało tak być, ponieważ Kaśka potrzebowała mieć przy sobie najbardziej ogarniętą osobę, aby móc ściągać, przepisywać i ogólnie wiedzieć wszystko, co potrzebne do dobrych ocen, za cenę małego wysiłku. Paulina siedziała z Magdą, która po prostu była zabawna, choć niezbyt rozgarnięta, za to nauczyciele łatwiej jej wybaczali. Kwiatkowska za to była... cóż, przeciętna. Niezbyt głośna, mająca całkiem dobre oceny, ale bez rewelacji, całkiem miła. Mimo iż bardziej przyjaźniła się z Kasią, to lubiła siedzieć obok Magdy; blondynka zawsze miała mnóstwo kolorowych długopisów i ładnych rzeczy, które od niej pożyczała, prowadziła też starannie zeszyty, jakby piękne spisywanie notatek miało przynieść jej sukcesy i wyniki. Niestety też często gubiła się w myślach, była roztargniona, a to prowadziło do zabawnych sytuacji, no a Paulinę było łatwo rozbawić. W ich paczce zawsze wszystko fajnie się kręciło i spinało.

          Paulina przepisała plan lekcji starannie, równo, jakby równe linie mogły uspokoić myśli. Oczywiście wzięła różne kolory cienkopisów od koleżanki, zupełnie tak naturalnie, jakby narzędzia do pisania należały też do niej.
          – Co jest w piątek? – Kasia szepnęła do swojej towarzyszki z ławki, na co ta podsunęła swój notes bliżej jej twarzy, dając przepisać. Widać, że właśnie o to Kaśce chodziło, bo wygodniej było tak, niż podnosić ciągle głowę i wbijać wzrok w tablicę.

          Gdzieś z tyłu Krzysztof prawie chował się pod własnym krzesłem, a przy tablicy pan Wrona mówił z zapałem, którego Paulina nie umiała jeszcze sklasyfikować: czy to entuzjazm, czy niebezpieczny zapał. W końcu padła propozycja, którą aż chciało się odrzucić - niestety była tą z serii "nie do odrzucenia"

          “W pary. Marsz na zamek.”

          I wtedy sala nie była już salą. Zrobiła się mapą: kto do kogo podejdzie, kogo ominie, kogo udaje, że nie widzi.

          Paulina odruchowo poszukała wzrokiem Alicji. Blondynka siedziała trochę jak ktoś, kto już się zgodził, a teraz próbuje znaleźć w głowie instrukcję obsługi własnego “tak”.

          Z tyłu sali coś zaszurało. Daniel już wstawał, energiczny jakby ogłosili ewakuację, a obok niego Mikołaj wyglądał na dziwnie spiętego jak na kogoś, kto przed chwilą robił z siebie króla ostatniej ławki.

          Kaśka przekręciła się już na krześle. Jak sowa. Jak radar. Jak ktoś, kto nie zamierza oddać pola.

          – O, proszę. Jednak los ma gust. Chodź, Pogorzelski. – Kasia uśmiechnęła się, kiedy Mikołaj niemal na nią wpadł, popchnięty przez kolegę. Zaklepała go jak miejsce przy oknie, jak coś, co po prostu do niej należy — albo przynajmniej tak wygląda, jeśli patrzeć z zewnątrz.
          W głowie Kaśki nie istniał chłopak, który nie chciałby z nią rozmawiać. I nie chodziło nawet o podryw. Po prostu: ludzie chcieli ją znać.

          Paulina wzrokiem przemierzała salę, analizowała, wyciągała wnioski. To była czysta strategia — musiała działać sprawnie i domyślić się, czego chce lub nie chce Kaśka. Magda i Asia były elastyczne, one zawsze jakoś się odnajdywały. Paulina nie chciała blokować Kasi, więc zostawiła jej wolną rękę; ustawi się z nią tylko wtedy, jeśli Kaśka nie będzie miała nikogo lepszego na oku.

          – Planujesz mi zwiać? – zagaiła do Alicji, półżartem. Pary nie były tak sztywne jak w przedszkolu — wystarczyło wyglądać sensownie przy wyjściu, reszta miała się ułożyć w marszu.

          🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          4
          • Pan ElfP Niedostępny
            Pan ElfP Niedostępny
            Pan Elf
            napisał ostatnio edytowany przez Pan Elf
            #19

            text alternatywny

            Alicja Filipowicz

            Alicja próbowała pogodzić się ze swoją decyzją o pójściu na wieczorną imprezę. Może to wcale nie był taki zły pomysł. Wspólna impreza to przecież najlepszy sposób, by poznać i zintegrować się z nowymi znajomymi z klasy. Poza tym, gdyby nie poszła, z pewnością dostałaby łatkę wyrzutka, a wbrew pozorom wcale jej na tym nie zależało. Może to najwyższy czas wyjść ze swojej bezpiecznej skorupy i na nowo otworzyć się na rówieśników? Przecież nie może całe życie kręcić się tylko wokół Marcina. Kochała tę przyjaźń - była jej stałym punktem, czymś pewnym. Ale gdzieś głęboko czuła głód czegoś więcej. Większej paczki. Głębszych rozmów. Ludzi, z którymi nie kończy się na „siema” rzuconym w biegu między dzwonkami.

            Jej przemyślenia zostały przerwane, gdy stanęli przed klasą na pierwszym piętrze. Całą wycieczkę po szkole Alicja spędziła pogrążona we własnych myślach, niezbyt zwracając uwagę na otoczenie. Pod klasą pewnie dalej by odpłynęła, gdyby nie to, że ktoś w nią wpadł, a chwilę później ktoś bezczelnie nadepnął jej na stopę.

            - Serio? - syknęła pod nosem.

            Zaraz się rzucą jak wygłodniałe hieny na ostatnie ławki.

            Patrzyła na nich z mieszanką pogardy i gotowości bojowej. W głowie odpalił jej się refren: Baby, I’m ready to go. I była. Gotowa. Gotowa wbić się w ten chaos łokciami, przepchnąć, zawalczyć. Nie miała zamiaru skończyć w pierwszym rzędzie jak jakiś świętoszek do odpowiadania przy tablicy.

            Jej celem była przedostatnia ławka - idealna, by nie zwracać nadmiernej uwagi nauczycieli, a jednocześnie mieć swobodę rozmowy z ostatnim rzędem lub partnerem obok.

            Gotowi, do startu…

            Drzwi się otworzyły, a grupa dzieciaków wlała się do sali jak fala brudnej wody po oberwaniu chmury. Ostatni rząd zniknął w trzy sekundy.

            - Szlag - przemknęło jej przez głowę, gdy zobaczyła, że przedostatnia pod oknem też już zajęta.

            Zlokalizowała drugą - pod ścianą. Bez zawahania ruszyła sprintem. Plecak poleciał pierwszy, z hukiem lądując na krześle. Sekundę później siedziała już na miejscu, bokiem do tablicy, oparta o ścianę jak królowa własnego, wywalczonego terytorium.

            Spojrzała na blondyna siedzącego w ławce za nią. Uśmiechnęła się cwaniacko i kiwnęła głową. Nie była pewna, jak ma na imię, ale kojarzyła go. Jeśli dobrze pamiętała, był ministrantem - choć nie dałaby sobie za to ręki uciąć. W kościele ostatni raz była, gdy żegnała mamę. Wspomnienie było na tyle bolesne, że starała się do niego nie wracać - choć ono i tak powracało, najczęściej w postaci koszmarów.

            - Elo, Alicja jestem - rzuciła i wyciągnęła do niego rękę. On miał na imię Krzysiek, jak się później dowiedziała.

            Liczyła, że się zakolegują. Że między nimi kliknie. W końcu miał być jej towarzyszem przez najbliższe lata - kimś, do kogo będzie się odwracać w trakcie lekcji, komu podkradnie gumkę do mazania albo pośle głupią minę, by rozładować napięcie podczas poważnych wykładów.

            Niespodzianką okazało się to, co nastąpiło po sprawdzeniu obecności i przepisaniu planu lekcji. Do tej pory pierwszy września kończył się szybko - po szkolnej uroczystości rozchodzili się do domów i dzień wciąż należał do nich. Tym razem było inaczej. Wychowawca zarządził pierwszą wspólną wycieczkę.

            Niektórzy przyjęli to z entuzjazmem - głównie klasowe kujony. Inni, jak Alicja, z wyraźnym grymasem. Miała inne plany. Umówiła się z Marcinem, że po rozpoczęciu spotkają się przed jego technikum, a potem pojadą gdzieś w trasę - on na desce, ona na wrotkach. Może mieli dołączyć jego kumple.

            Westchnęła ciężko, zarzucając plecak na jedno ramię. Wrotki w środku ciążyły, przypominając o planach, które właśnie się rozsypywały. Miała tylko nadzieję, że Marcin nie będzie miał jej tego za złe. Zawsze dotrzymywała słowa. Bolało ją, że tym razem mogło być inaczej - i że nie miała na to wpływu.

            Z rozgoryczenia wyrwał ją głos Pauliny. Dziewczyna o burzy brązowych włosów odezwała się, gdy wszyscy dobierali się w pary.

            - Szczerze? Mam ochotę zwiać. Tak ogólnie - przyznała Alicja, wzruszając ramionami. - Nie spodziewałam się wycieczki. Miałam już plany. Do dupy, no ale co zrobić.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            4
            • NamiN Nami

              text alternatywny
              Paulina Kwiatkowska

              Dziewczynie zrobiło się żal Romki dosyć szybko, mimo iż ta zdawała się nie przejmować całym zamieszaniem. Paulina jednak nieświadomie zawiesiła na niej wzrok na dłużej, zamyśliła się. Przez moment wyobrażała sobie, co inni by pomyśleli, gdyby się z nią zadawała i momentalnie zrobiło jej się gorąco. Nie byłaby pewnie ani trochę lubiana, nikogo by nie interesowało “jaka jest” tylko “z kim się kumpluje”. Nawet jeśli miałaby do zaoferowania prawdziwą wersję siebie, nikogo by ona nie obchodziła. Być może też z tego powodu pytanie Kasi nie brzmiało dla niej jak pytanie, a stwierdzenie, tym bardziej, że ta zaraz odeszła werbować innych. Szybko błyszczała, co imponowało Paulinie, nie wiedziała jaka powinna być, aby ludzie też ją lubili tak po prostu - Kasia po prostu miała w sobie “coś”. Nie była pusta, nie była durna czy bez pasji, była bardzo pewna siebie, towarzyska, moze czasami przesadzała i szukała kozła, na którym mogłaby się wybić; zupełnie jak na wuefie. Jednakże… Była dobrą dziewczyną… Po części. Przynajmniej dla paczki, przyjaciółka.

              – Asia, idziesz? – Paula zagaiła do koleżanki, która nie zawsze miała takie same możliwości, jak reszta dziewczyn. Rodzice byli od niej bardziej wymagający
              – Raczej będę mogła – uśmiechnęła się lekko. Paulina odwzajemniła uśmiech, kiwnęła głową i znowu zawiesiła wzrok na Adrianie. Choć szepty wśród uczniów nieco zelżały, wciąż słyszała wokół siebie jakieś szepty i opowieści na temat nauczyciela, rzucane mimochodem. Były to raczej plotki, wymysły, podkoloryzowane opowieści grozy. Czuło się jednak ciarki na plecach i tę ulgę, że nie jest się na miejscu winowajców.

              – Do łazienki muszę, myślisz, że będę mogła wyjść? – Asia skrzywiła się lekko patrząc na Józefiaka
              – Emm… No chyba tak, to tylko apel? Nawet nie sprawdzają obecności

              Asia kiwnęła głową, że zrozumiała. Grzecznym krokiem, z rękami trzymanymi z przodu i splecionymi palcami, odeszła w stronę drzwi. Paulina zdała sobie sprawę, że została sama. Kasia bajerowała Mikołaja, Magda poszła zawieszać się na Arku Sosnowskim

              – Ta to ma radar, nie wiem jak go znalazła – Szatynka mruknęła sama do siebie otwierając szeroko oczy. Przecisnęła się dyskretnie w ich stronę tylko po to, aby się przywitać, rzucić krótkie “cześć, Miami?”.

              – Będzie! – Magda odpowiedziała za niego, ten zdawał się z tego cieszyć. Paula wzruszyła ramionami, może nawet się lekko zaśmiała. Stwierdziła, że dyskretnie przeciśnie się pod drabinki, skoro jej paczka i tak się rozeszła po całej sali, nie było już sensu stać jak kołek, trzeba było działać, pokazać się, zdobyć lepsze znajomości, niż zdawkowe kiwnięcie głową, bo “no kiedyś widziałam tę gębę i znam imię”. Chciała być lubiana jak Kasia, której nikt nie odmawiał, a nawet jeśli, to ona mówiła z uśmiechem “będziesz żałował!”. Paula odpowiedziałaby “no ok…”.

              – Siema, Buła – oparła się o drabinki tuż obok Piotrka Bochenka. Trochę głupek, ale przynajmniej zabawny, nie był nudziarzem, choć czasami wprawiał w stan zażenowania,
              – Idziecie dziś na imprezę w Miami? – zagaiła też do kolegi Piotrka, aby nie było niezręcznie. – Krzysiek, c’nie? – choć kojarzyła blondyna, nie mogła być do końca pewna, nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek wymieniła z nim choć słowo – Paulina jestem.

              Po krótkiej wymianie zdań z chłopakami, odetchnęła cicho. Nie chciała już się ruszać ze swojego miejsca, tym bardziej, że jej dziewczyny wciąż były zajęte sobą, Kaśka werbowała co fajniejsze osoby, zaś Magda włączyła tryb predatora. Paula posłuchała trochę apelu, raczej z braku lepszych zajęć niż z ciekawości, po czym zupełnie niechcący jej wzrok spotkał się ze stojącą obok blondynką, która przypominała jej kogoś, aczkolwiek nie była pewna, kogo?
              – Cześć! - powiedziała i machnęła ręką, gdyż Alicja Filipowicz na uszach miała słuchawki, więc pewnie nawet nie usłyszała, a raczej wyczytała z ruchu warg, że ktoś w ogóle coś się do niej odezwał – Nie byłaś może w to lato u Arka na domówce? Paulina jestem – wyciągnęła przyjaźnie rękę na powitanie, a jeśli dziewczyna jej nie zignorowała, to wspomniała jej o Miami i zaprosiła do spędzenia czasu w gronie jej i swoich przyjaciółek. W innym przypadku, cóż… Musiała udać, że “nie było akcji”.

              Arthur FleckA Niedostępny
              Arthur FleckA Niedostępny
              Arthur Fleck
              napisał ostatnio edytowany przez
              #20

              Krzysiek Komeda 100.jpg

              Krzysztof Komeda

              @Nami napisał w [Horror] Gruzy przeszłości:

              – Siema, Buła – oparła się o drabinki tuż obok Piotrka Bochenka. Trochę głupek, ale przynajmniej zabawny, nie był nudziarzem, choć czasami wprawiał w stan zażenowania,
              – Idziecie dziś na imprezę w Miami? – zagaiła też do kolegi Piotrka, aby nie było niezręcznie. – Krzysiek, c’nie? – choć kojarzyła blondyna, nie mogła być do końca pewna, nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek wymieniła z nim choć słowo – Paulina jestem.

              Miami.

              Słowo zawisło w powietrzu jak obietnica grzechu. Jedyna dyskoteka, na jakiej był Krzysiek to andrzejkowa zabawa, którą ksiądz proboszcz organizował dla ministrantów w salce katechetycznej. Matka prędzej by go podpaliła na stosie, niż puściła do Miami. Ale nie mógł powiedzieć tego głośno. Nie przy koleżance Piotrka.

              Wbił wzrok w czubki swoich butów i mruknął.

              – Jeszcze nie wiem. Zobaczymy.

              – Po prostu powiedz Pauli, że się boisz mamusi – parsknął Bochenek.

              Szlag.

              Krew uderzyła Krzyśkowi do twarzy. Uszy zapłonęły żywym ogniem. Prosto w podbrzusze. Przy dziewczynie. Bochenek wiedział, gdzie uderzyć.

              – Nie boję się – skłamał.

              – To przyjdziesz?

              Komeda miał teraz dwa wyjścia. Albo wyjść na frajera albo na samobójcę. Wybrał to drugie.

              – Jasne, że przyjdę – rzucił twardo.

              Bochenek uśmiechnął się, a Krzysiek poczuł, jak oblewa go zimny pot. Był martwy. Matka nie pójdzie spać szybciej niż po powtórce “Doktor Quinn” o dwudziestej drugiej. Będzie musiał ją uśpić albo uciec przez okno. Jezu, w co on się wpakował.

              @Brilchan napisał w [Horror] Gruzy przeszłości:

              Pokręcił głową jak pies który wyskoczył z wody chcąc pozbyć się czarnych myśli niczym dymu ze źle rozpalonego ogniska. Chcąc chwycić się jakiegokolwiek rozpraszacza zaczął przyglądać się ubraniom innych nastolatków ~Kryształy Czasu? Te katolickie kapele rockowe mają coraz dziwniejsze nazwy... Będę się musiał Krzyśka spytać po apelu ~ - Postanowił w myślach.

              Apel się skończył. Nareszcie.

              Krzysiek przeciskał się do wyjścia, gdy drogę zajechał mu jakiś chłopak. Adam Chlebowski. Wskazał na jego koszulkę i zadał pytanie, którego Komeda nie zrozumiał. Coś o katolickich kapelach.

              Zmrużył oczy. Czy to podpucha? Czy ten typ właśnie robił sobie z niego jaja? Ministranci byli łatwym celem. Wystarczyło założyć komżę, żeby w oczach kolegów stracić jajca. Kiedy inni jarali szlugi za garażami i macali dziewczyny na dyskotekach, oni machali dymiącą puszką z kadzidłem dla uciechy starych bab.

              Przez głowę przeleciały mu słowa Marka. „A pierwszemu lepszemu cwaniakowi ze starszej klasy od razu przypierdol na dzień dobry, bez pytania".

              Zacisnął dłoń na łańcuchu spodni. Spojrzał raz jeszcze na Adama. Chłopak wyglądał na niegroźnego poczciwca a nie cwaniaka. No i nie chodził do starszej klasy. Nie pasował do wzorca Marka. Krzysiek wypuścił powietrze z płuc, rozluźnił ramiona. Przykleił uśmiech do twarzy i odpowiedział zdaniem, który za trzy lata wykorzysta scenarzysta Mikołaj Korzyński i reżyser Olaf Lubaszenko.
              – Historii tej koszulki i tak byś nie zrozumiał.
              Co było prawdą, bo Chlebowski nie grał w erpegi w piwnicy u Marka ani nie kupował merchu na konwentach.

              TERAZ

              Krzysiek siedział na samym końcu klasy, w pozycji, którą dopiero za kilka lat osoby brzydzące się publicznych toalet nazwą „na Małysza". Pośladki unosiły się centymetr nad krzesłem, ciężar ciała spoczywał na udach i podeszwach butów. Wyglądał jak ktoś, kto zaraz wyskoczy z ławki i pobiegnie w szkolnych zawodach sportowych. Albo jak ktoś, kto ma smoka wytatuowanego na tyłku i każdy kontakt z twardą powierzchnią przypomina mu o tym fakcie.

              Wrona omawiał plan lekcji a Krzysiek przepisywał, jednym uchem łowiąc coś o środzie i drugiej godzinie lekcyjnej.

              – Elo, Alicja jestem.

              Dziewczyna z ławki przed nim odwróciła się i wyciągnęła rękę. Krzysiek uścisnął jej dłoń.

              – Krzysiek. Miło poznać.

              Alicja kiwnęła głową i odwróciła się z powrotem. Krótko, konkretnie, bez pierdół. Krzysiek od razu poczuł, że ta dziewczyna jest okej.

              Gorzej z Bochenkiem.

              Ten zdrajca. Ten Judasz w za szerokich spodniach. Krzysiek wywalczył ostatnią ławkę pod ścianą. Strategiczny punkt, twierdza nie do zdobycia. Dwa miejsca, jedno dla niego, drugie dla Bochenka. Tak było umówione. Tak było ustalone odwiecznie, od czwartej klasy podstawówki, kiedy to Krzysiek osłaniał Piotrka przy ściąganiu z matmy, a Piotrek odwdzięczał się komentarzami, które sprawiały, że nawet najnudniejsza lekcja stawała się znośna.

              A Bochenek? Bochenek usiadł z przodu. Z dziewczynami. Cztery ławki dalej, na pozycji idealnej do bajerowania, a beznadziejnej do ściągania. Krzysiek widział jego plecy i łokcie rozłożone na blacie, jakby szykował się do podrywu stulecia.

              Drań.

              Krzysiek wyrwał kartkę z zeszytu. Ostrożnie, żeby Wrona nie usłyszał. Ołówkiem, szybkimi kreskami, narysował bochenek chleba. Podłużny, z kreseczkami na skorupce. Fajny mu wyszedł. Krzysiek nie był takim złym rysownikiem. Potem przyjrzał się swojemu dziełu i domalował w miejscu „przylepki" męską żołądź.

              Rebus. Komunikat jasny i czytelny nawet dla kogoś z inteligencją Piotrka.

              Złożył kartkę na osiem części. Poczekał. Wrona odwrócił się do tablicy, plecami do klasy. Teraz.

              Krzysiek pstrycznął karteczkę kciukiem i palcem wskazującym. Papierowy pocisk wystartował z ostatniej ławki jak rakieta ziemia-powietrze.

              Karteczka przeleciała nad głową Bochenka.

              O kurwa.

              Obniżyła lot i trafiła w tył głowy jakiejś dziewczyny w pierwszej ławce. Edyta Szulc. Tak chyba miała na imię. Odbiła się od jej włosów i spadła za krzesło.

              Krzysiek przesunął się w bok, chowając za plecami Alicji. Karteczka leżała gdzieś za krzesłem Edyty, na podłodze, ze starannie narysowanym bochenkiem chleba przypominającego fiuta i Krzysiek mógł tylko się modlić, żeby nikt jej nie podniósł.

              Wrona dyktował dalej i gdy wydawało się że to koniec powiedział.

              – ...mam dla was niespodziankę.

              Krzysiek wrócił na ziemię. Niespodzianka? Od nauczyciela? W pierwszym dniu szkoły? To nie mogło być nic dobrego.
              I nie było.

              Wychowawca chciał ich zabrać na zamek. Komeda poczuł, jak powietrze ulatuje z niego jak z przebitej dętki.

              Pierwszy września to był zawsze ostatni dzień wakacji w praktyce. Msza, apel, przywitanie z wychowawcą, godzina w szkole, do widzenia, do jutra, nara. A potem do domu po mrożonki z zamrażalnika, przykładane na bolący tyłek, bo akurat w tym roku tyłek tego potrzebował. Potem do Marka, posłuchać nowych kaset, pogadać o albumach. Dzisiaj, nie jutro, nie za tydzień. Dzisiaj.

              A Wrona im każe łazić po ruinach. Za jakie grzechy?

              – Klasa, wstajemy, ustawiamy się w pary i marsz na zamek.

              Alicja podeszła Pauliny. Krzysiek wyłapał strzęp zdania.

              – ...mam ochotę zwiać...

              Podniósł się z ławki i podszedł bliżej.

              – Ej Alicja. Jak tylko zaczniemy zwiedzać zamek urywam się na chatę - zaczął cicho – Wchodzisz w to? Tylko musimy znaleźć kogoś, kto nas będzie krył. Żeby Wrona nie połapał się od razu, że nas nie ma.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              4
              • ? Niedostępny
                ? Niedostępny
                Dawny użytkownik
                napisał ostatnio edytowany przez Dawny użytkownik
                #21

                EdytaSzulc
                Edyta Szulc

                Edyta stała w sali gimnastycznej, słuchając przemówienia pani dyrektor i filtrując je w głowie jak zestaw pakietów danych. Ostateczny werdykt: kwieciste w formie, banalne w przekazie. Nowa szkoła, a treść ta sama co zawsze. Zarejestrowała to z chłodem: spodziewała się wszystkiego i niczego, więc nic jej nie zdziwiło.

                Jedyną rzeczą, która ją naprawdę interesowała, było to, kto będzie uczył ich informatyki. W Sokołowie Śląskim do tej pory był tylko jeden nauczyciel tej dziedziny — pan Łukasz — i myśl o powrocie do jego lekcji wpisała się w jej plan niczym przewidywalny commit w repozytorium. Szóstka na koniec roku nie stanowiła wyzwania; ciekawiło ją raczej, czy w ogóle będzie sprzęt, czas i przestrzeń do prawdziwej pracy. Znała zależności: jedno miasto, jedno stanowisko, jedno ogniwo sieci. Gdy w tłumie padło jego imię, potraktowała to jak potwierdzenie hipotezy — jeśli pan Łukasz miał się pojawić, zapewne znów niczym jej nie zaskoczy. Żałowała, że szkoły na całej linii zawodziły w kwestii rozwoju uczniowskich zainteresowań i predyspozycji.

                Kiedy ktoś obok zadał pytanie zachęcającym tonem: „...idziesz dzisiaj na dyskotekę? W »Miami« robię imprezę na rozpoczęcie roku”; dla niej był to po prostu sygnał funkcji społecznej. Słowa odbiły się echem, nieskierowane, a mimo to dotarły. Nie odrzucała zabawy z natury — ale często wymagała ona reguł, których nie miała ochoty poznawać. Myśl o tłumie i improwizowanych zasadach interakcji społecznych wywoływała u niej napięcie: obawę, że odmienne zainteresowania, nieumiejętność „czytania” niuansów oraz odruchy poza przewidywalnymi skryptami uczynią z niej obiekt kpin. Unikała dyskotek nie z prostego braku chęci, lecz jako strategii ochrony przed niezrozumieniem; zwyczajnie kalkulowała ryzyko i potencjalne korzyści.

                Apel dobiegł końca; dyrektor życzyła uczniom powodzenia, zadzwoniła ręcznym dzwonkiem i oficjalnie rozpoczęła rok szkolny. Edyta poczuła przesuwnik kontekstu: z sali gimnastycznej do infrastruktury szkoły, gdzie każdy nauczyciel pełnił określoną funkcję w systemie. Michał wciąż był na jej radarze — jego wcześniejsze skinienie działało jak bezpiecznik: ktoś, z kim można odpalić test w sytuacjach krytycznych. Reszta jak na razie rozmijała się z oczekiwaniami jej systemu.

                Na chwilę w cieniu myśli pojawił się jej Krzysztof — intruz w logach uwagi: niepasujący fragment danych, który jednak wpływał na procesy. Postanowiła nie interpretować tego fragmentu. Miała plan: zbierać informacje, zapisywać, klasyfikować. I zamierzała się go trzymać. Emocje — jeśli się pojawią — miały być zarejestrowane jako wyjątki, nie jako reguły.

                Gdy nauczyciele zaczęli prowadzić klasy — odczytywanie list, przypisania, szmer — przyjęła rolę obserwatorki. Zanim trafiła do sali wychowawczej, jej świat skurczył się do zadania: zachować neutralność, nadal kolekcjonować dane, nie dać się przepalić impulsowi. Nie była tam po to, by ulec nastrojom tłumu wynikającym z infantylnego chuligańskiego wybryku.

                ***

                W klasie 1B unosił się zapach świeżej farby i zimnej lamperii; wnętrze wyglądało przewidywalnie: ławki, stare stelaże, tablica z planem lekcji odsłonięta jak specyfikacja projektu. Wychowawcą był pan Henryk Wrona; niczym przewodnik po systemie omawiał standardowe sprawy: wybory przewodniczącego, wycieczki, plan lekcji. Edyta z precyzją przepisywała godziny, katalogowała kolizje, przewidywała terminy sprawdzianów — wszystko jak dobrze opisany algorytm. Jednocześnie obserwowała klasowe klastry, notowała, kto z kim się zespala, kto prowokuje, gdzie pojawiały się centra uwagi i punkty napięć. Kiedy Wrona mówił o wycieczce na miejscowy zamek, w ławkach rozległy się szepty i śmiechy.

                I wtedy spadła papierowa karteczka, złożona na osiem. Nie przewidziała tego rzutu — była zajęta przekazem wychowawcy, a nie antycypowaniem tak nagłych gestów. Wiadomość uderzyła ją we włosy, odbiła się z ledwie słyszalnym stukiem i wylądowała za krzesłem. Jej pierwsza reakcja była natychmiastowa, lecz chłodna: zdziwienie i krótkie rozczarowanie poziomem zachowania rówieśników. Inni zapewne skrępowaliby się albo zirytowali i zareagowali natychmiast spojrzeniem lub słowem; ona wykonała procedurę — zabezpieczyła wzrokiem przestrzeń, odnotowała, kto się śmiał, kto odwrócił wzrok. Rozpoczęła rekonstrukcję trajektorii zdarzenia: czyje przygięcie tu, parsknięcie tam, gdzie ukradkowe przesunięcie sylwetki, twarz unikająca kontaktu wzrokowego. Zebrane elementy składały się w obraz osoby umiejącej być teatralnie anonimową; dla niej jednak niewystarczająco, połączenie danych z miejscem uderzenia pozwoliło przewidzieć trajektorię papierowego pocisku i wskazać źródło impulsu.

                W wyniku incydentu w klasie zapanowało skryte zamieszanie: padło stłumione przekleństwo, ciała poruszyły się niespokojnie, rzucono po sobie nerwowe spojrzenia — panika interpretacyjna: czy podniesie, co to oznacza, kto to słał, czy będzie konflikt? Szulc nie poruszyła się od razu. Pozostała przy analizie: zapisała w pamięci personalia — Krzysztof Komeda — i włączyła procedurę „kryzys społeczny: zasób minimalnej interwencji”. Kiedy nauczyciel patrzył w inną stronę, schyliła się po papier — czuła się niezręcznie, jakby sama była uczestniczką wygłupu. Wstyd jednak szybko stracił impet, bo gdy rozłożyła sytuację na elementy, zawstydzenie nie miało już pola działania; stało się obiektem do rozpracowania. Tak działały jej algorytmy: emocje przetwarzała, nie tłumiła. To dawało jej zwycięstwo — nie pozę, lecz narzędzie.

                Spojrzała na rysunek: karykaturalny bochenek w fallicznym kształcie, infantylna próba upokorzenia. Pojawiło się sardoniczne podsumowanie: „Typowe męskie hierarchie, wszystko zorientowane wokół penisa” — bardziej politowanie niż obraza. Starannie złożyła i odłożyła dowód chłopięcej głupoty na podłogę, po czym lekko odsunęła go stopą, by uniknąć afiliacji. Strategicznym brakiem reakcji obniżyła wartość gestu sprawcy; nie doceniła żartu, a adresat pozostał bez zasugerowanego komunikatu.

                Lekcja toczyła się dalej; Wrona kontynuował opowieść o wycieczce. Ona odłożyła incydent do katalogu: nie osobisty afront, lecz wzorzec — kolejny element hierarchii społecznej do zmapowania. Zapisała w myśli podsumowanie: „papier — próba poniżenia — prewencja eskalacji” — i wróciła do planu lekcji, bo zadania czekały, a dane same się nie przeanalizują.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                4
                • Pan ElfP Niedostępny
                  Pan ElfP Niedostępny
                  Pan Elf
                  napisał ostatnio edytowany przez Pan Elf
                  #22

                  text alternatywny text alternatywny text alternatywny

                  Alicja Filipowicz, Krzysztof Komeda, Paulina Kwiatkowska

                  Alicja poprawiła plecak i wyciągnęła przygniecione paskiem włosy, kiedy obok niej i Pauliny wyrósł Krzysiek z miną człowieka, który właśnie wpadł na pomysł genialny albo kompletnie głupi.
                  Zwianie z wycieczki i odzyskanie ostatniego dnia wolności dla siebie? Brzmiało jak coś, o czym jeszcze chwilę temu tylko marzyła. Czasami wystarczyło wypowiedzieć swoje życzenia na głos, by los sam podsunął sposób ich szybkiego spełnienia.
                  Serce zabiło jej odrobinę szybciej.

                  - No jasne, że wchodzę. Jak nóż w masło, czy coś - odparła entuzjastycznie, ale konspiracyjnym szeptem, tak by nie usłyszał tego nikt poza Komedą i Kwiatkowską.

                  A skoro już o tej ostatniej mowa, to Alicja od razu spojrzała na nią wymownie, gdy Krzysiek zasugerował, że będą potrzebowali kogoś, kto będzie ich krył “w razie W”.

                  Uniesiona brew. Półuśmiech. Ciche: no dalej.

                  - To co, zgodzisz się? - zapytała prosząco Paulinę, ale w jej oczach czaiło się wyzwanie. - Ktoś musi nas uratować, jakby się wydało.

                  Czy właśnie w tej małej konspirze tworzyło się klasowe trio? Może. A może to tylko jednorazowy zryw głupoty pierwszego września. Odpowiedź wciąż nie była oczywista.

                  Piłeczka była po stronie Kwiatkowskiej.

                  Krzysiek spojrzał na Paulinę. Nie chciał narzucać na nikogo presji. Oglądał z matką co czwartek "997" i wiedział, że krycie sprawy to też przestępstwo.

                  - Bez spiny. Nie musisz się zgadzać, jak nie chcesz - powiedział konspiracyjnym szeptem. Po chwili do głowy wpadła mu myśl, której na początku nie brał pod uwagę.
                  - A może wolałabyś prysnąć z nami?

                  Paulina przyglądała im się przez chwilę, jakby naprawdę rozważała wszystkie za i przeciw. W rzeczywistości decyzja zapadła już wcześniej, tylko lubiła moment, w którym inni zaczynali się niecierpliwić.

                  Uniosła lekko brew.
                  - Zwiać? - powtórzyła cicho. - Serio?

                  Na jej ustach pojawił się krótki, rozbawiony uśmiech.
                  - Macie rozmach.

                  Spojrzała jeszcze raz na Alicję, potem na Krzyśka.
                  - Dobra. - Wzruszyła lekko ramionami. - Kryję was.

                  Powiedziała to spokojnie, jakby chodziło o pożyczenie długopisu.
                  - Ale ja nigdzie nie idę. Ktoś musi tu zostać i ogarniać sytuację. Poza tym… - zawahała się na moment, jakby dopiero teraz przyszło jej to do głowy. - Lepiej najpierw poznać takie miejsce. - W głowie miała włam na zamek z Kaśką i kilkoma fajnymi osobami. - Nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać. - Na jej buzi wymalował się słodki półuśmiech. Wyglądała niewinnie, biorąc pod uwagę, jakie plany rysowały się w jej głowie. - Zwiedzanie to też inwestycja.

                  Oparła się o szkolną ławkę i spojrzała na nich z lekką wyższością.

                  - Jak coś pójdzie nie tak, mówicie, że byliście ze mną cały czas. I że odłączyliście się na chwilę, bo Krzysiek zbladł jeszcze bardziej, niż to możliwe.

                  Alicja w milczeniu skinęła głową, ale błysk w jej oku zdradzał, że była zadowolona z ubitego targu. Spojrzała jeszcze tylko na Krzyśka, by mieć pewność, że i jemu ten plan pasował.

                  - Mi to pasuje - odpowiedział krótko Komeda. – Dzięki Paulina. Mam u ciebie dług.

                  text alternatywny

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  5
                  • JohnyTRSJ Niedostępny
                    JohnyTRSJ Niedostępny
                    JohnyTRS jako JohnyTRS
                    napisał ostatnio edytowany przez JohnyTRS
                    #23

                    MG-Awatar100.jpg
                    Szarzyzna


                    Poniedziałek, przed godziną 11

                    Wyszliście z klasy, wychowawca poprosił żeby ustawić się na korytarzu w pary, zamknął salę, przeliczył uczniów. Na koniec machnął ręką:
                    - Za mną.

                    Szliście korytarzem, co chwila mijali was inni uczniowie patrzący się dziwnie na zorganizowaną grupę za nauczycielem. Przecież już po wszystkim, do jutra mamy wolne! Na parterze pan Wrona dał klucz innemu nauczycielowi z prośbą o odniesienie do pokoju nauczycielskiego.

                    Wyszliście ze szkoły, na boczną uliczną, na główną ulicę, poszliście w kierunku zamku. Najkrótsza i najprostsza droga na zamek prowadziła przez rynek i tak też prowadził was nauczyciel. Żadnego kluczenia.
                    - Nie zostawać w tyle, nie rozciągajcie się! - poganiał tych na końcu, ale bez żadnej agresji czy złości.

                    Z rynku prawie było widać zamek, prawie, na wprost w oddali widać już było most i park miejski, z zamku to widzieliście tylko fragment dachu nad koronami drzew.

                    Krzysztof

                    Sklepy w miasteczku były już otwarte, na ulicach panował już ruch (jak na Sokołów, nie ma porównania do Legnicy czy Jeleniej Góry). Przez idącą chodnikiem grupę uczniów co chwila ktoś się przeciskał, często z siatkami zakupów.
                    Krzysztof miał szczęście. Wypatrzył je, gdy mijały nauczyciela. Pani Basia i pani Małgorzata, dwie z koleżanek matki. Szczególnie pani Basia, ubrana w płaszczyk w kolorze zszarzałej zieleni i paskudny różowawo-bordowy moherowy beret. Oczywiście go rozpoznają. I oczywiście opowiedzą matce (na mszy w południe) w co był ubrany. O Matko Święta!

                    178.255.46.143
                    Pan Psuj
                    Ciężkie pióro, ograniczona fantazja, blokada twórcza, niemoc tfurcza, masa nierozwiniętych pomysłów. Długie posty praktycznie niemożliwe.

                    JohnyTRSJ 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    2
                    • Arthur FleckA Niedostępny
                      Arthur FleckA Niedostępny
                      Arthur Fleck
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #24

                      Krzysiek Komeda 100.jpg
                      Krzysztof Komeda

                      Rynek w Sokołowie Śląskim nie był duży. Kilkanaście kamienic, ratusz, warzywniak, lodziarnia, poczta, Społem. Można go było przejść w trzy minuty. W cztery, jeśli ktoś poruszał się jak kowboj po całym dniu w siodle.

                      Krzysiek kulał się na samym końcu kolumny. Wrona prowadził klasę przez rynek jak pasterz trzodę, a Komeda trzymał się z tyłu, pozwalając, by dystans między nim a resztą rósł z każdym krokiem. Tu nikt nie patrzył, tu mógł iść swoim tempem, oszczędzając prawy pośladek i myśląc o mrożonkach z zamrażalnika, które za godzinę przyłoży sobie do tyłka.

                      I wtedy go zobaczył.

                      Moherowy beret.

                      Barbara Maciejakowa. Krzysiek rozpoznałby ten beret z kilometra. Maciejakowa chodziła z matką na kółko różańcowe, siedziała w trzeciej ławce od ołtarza. Obok niej, łeb w łeb, szła Małgorzata Bednarska.

                      Człowiek nie musiał być z Sokołowa, żeby wiedzieć, kim jest Bednarska. Wystarczyło raz w życiu przejść obok jej okna. Babsko miało wbudowany radar, który namierzał każdy ruch w promieniu stu metrów od jej kuchennego okna. Gdy do sąsiadów przyjeżdżał ktoś w gości, natychmiast zaczynała myć okna, wieszać firanki albo podlewać kwiatki na parapecie. Wszystko, byleby stać przy szybie, patrzeć i słuchać. Agenci Mosadu i MI6 to przy niej banda przedszkolaków, którym wciąż mylą się grabki z łopatką. To od niej matka Krzyśka dowiadywała się o wszystkim, co się działo w mieście. Kto z kim, jak i gdzie.

                      Teraz obie szły chodnikiem po prawej stronie rynku, wprost na kolumnę uczniów.

                      Krzysiek zwolnił. Od razu wyobraził sobie, co się stanie, jeśli go zauważą.

                      Matka dowie się jeszcze przed popołudniową mszą. Zaczną się gorzkie żale. “Krzysiu, to nie ty. Nie mój syn. Zły Duch w ciebie wstąpił”. „Kto ci to dał? Kto cię w to wciągnął?” “Co ksiądz proboszcz sobie pomyśli? Cały Sokołów będzie gadał.”. Potem będą łzy. Wspólny różaniec. Potem telefon do ojca charyzmatyka z prośbą o modlitwę. A na koniec msza święta w intencji nawrócenia Krzysztofa Komedy, zamówiona, opłacona i ogłoszona z ambony, żeby cały kościół wiedział, że Helena walczy o duszę syna. I Krzysiek będzie musiał na tej mszy służyć.

                      Przez jedną sekundę przez jedną krótką, szaloną, sekundę miał ochotę to zrobić. Minąć te podłe baby, ukłonić się z bezczelnym uśmiechem i powiedzieć: „Dzień dobry" i zobaczyć, jak Maciejakowej opada szczęka.

                      Bo to Maciejakowa była częściowo winna temu wszystkiemu. Tej całej świętej mitologii, w którą matka opatuliła jego życie jak w bandaż. Krzysiek znał tę historię na pamięć. Słyszał ją ze sto razy, albo i więcej. Był wtedy niemowlakiem, jeszcze nieochrzczonym. Matka go wtedy zabrała na spacer i wtedy, na parkingu przed Kościołem babka Barbary Maciejakowej, nieżyjąca już staruszka, podeszła do wózeczka. Była ślepa, nie wiedziała, czy w wózku leży chłopiec, dziewczynka, czy gumowa kaczka. Pochyliła się, wyciągnęła pomarszczoną rękę i powiedziała: „On będzie biskupem".
                      I tyle.

                      Jedno zdanie wygłoszone przez ślepą staruszkę, a matka Krzyśka zbudowała na nim plan całego jego życia. Maciejakowa za każdym razem, gdy odwiedzała ich dom i widziała Krzyśka, powtarzała tę historię. „A pamiętasz, Helenko, co moja babcia powiedziała nad wózeczkiem?". Matka pamiętała. Cudowne, długo wyczekiwane dziecko. Przyszły święty, purpurat, ordynariusz diecezji legnickiej, ksiądz biskup Krzysztof Komeda. Wróć. Błogosławiony ksiądz biskup Krzysztof Komeda.

                      Ciekawe, czy Maciejakowa zmieniłaby zdanie, gdyby zobaczyła go teraz, w dżinsowej katanie pełnej naszywek, z czaszką oplecioną mackami na piersi, łańcuchem w spodniach.

                      Ale Krzysiek nie miał takich jaj.

                      Nie dzisiaj. Nie teraz.

                      Kolumna uczniów ciągnęła się na kilkanaście metrów. Wrona szedł na czele. Kobiety minęły nauczyciela i zbliżały się z naprzeciwka, idąc prawą stroną chodnika. Krzysiek ocenił odległość a resztę zrobił instynkt, ten sam, który od roku kazał mu chować przed matką kasety pod materacem.

                      Wysunął się na lewy bok kolumny. Powoli, bez gwałtownych ruchów. Nie biegł. przyspieszył kroku, ignorując pulsowanie pod plastrem. Szedł wzdłuż grupy, używając masy ludzkich ciał jako zasłony i naturalnego parawanu. Dwadzieścia głów między nim a prawą krawędzią chodnika, mur z nastolatków.

                      Wyminął Alicję, Paulinę, Chlebowskiego, Mikołaja, Piotrka i tę bladolicą cygankę a potem kolejnych uczniów klasy IB. Z każdym krokiem dystans do Wrony malał, a moherowy beret przesuwał się po prawej stronie.

                      W końcu dotarł do czoła kolumny. Stanął tuż za lewym ramieniem Wrony.

                      – Psorze, mam pytanie – odezwał się, starając się brzmieć naturalnie. – Po co właściwie idziemy na ten zamek?

                      Gówno go to obchodziło, ale Krzysiek wiedział, że musi coś powiedzieć, by nagłe wyskoczenie na przód nie wyglądało podejrzanie.

                      Nie odwracał się. Nie sprawdzał. Nie wiedział, czy go zauważyły.
                      Szedł dalej, ramię w ramię z nauczycielem, z twarzą skierowaną prosto przed siebie.

                      Mapka taktyczna.png

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      3
                      • NamiN Niedostępny
                        NamiN Niedostępny
                        Nami jako Paulina Kwiatkowska
                        napisał ostatnio edytowany przez Nami
                        #25

                        text alternatywny

                        Paulina Kwiatkowska i Arek Sosnowski

                        Szli z klasą w zwartym, hałaśliwym kłębie. Ktoś z tyłu śmiał się za głośno, ktoś z przodu marudził, że zimno, a nauczyciel co chwilę rzucał: „Trzymamy się razem!”. Paulina zwolniła o pół kroku, kiedy Arek zrównał się z nią, jakby przypadkiem.

                        — Sosnowski, ty się tak cieszysz, jakby tam na górze rozdawali kontrakty do Barcelony — rzuciła, zerkając na jego minę.

                        Arek uśmiechnął się szeroko, aż mu policzki prawie podskoczyły.

                        — A może rozdają! Nie wiesz! Zamek to zamek… może mają jakąś królewską drużynę. — Parsknął i poprawił pasek od plecaka. — Ale serio, bardziej się jaram dyskoteką.

                        — No proszę. Czyli jednak cywilizacja wygrała z futbolem?

                        — Ej, futbol zawsze wygrywa! — obruszył się teatralnie, po czym od razu zmiękł. — Tylko… dyskoteka też jest spoko. W sensie… ludzie tańczą, muzyka, i nikt ci nie fauluje.

                        — Jeszcze nie widziałeś, jak Magda tańczy łokciami — Paulina spojrzała na niego z niewinną miną. — To jest sport kontaktowy.

                        Arek roześmiał się głośniej, niż planował, i kilka osób obejrzało się na nich.

                        — Dobra, dobra. A ty idziesz? Tak serio? Bo jak ty nie pójdziesz, to połowa ludzi uzna, że to obciach.

                        — Czyli mam być… społecznym patronem imprezy? — Paulina uniosła brew. — Brzmi jak praca bez wypłaty.

                        — Ale z prestiżem! — wypalił od razu, po czym dodał ciszej — I z muzyką. Adam mówił, że DJ ma być spoko.

                        — Adam mówi dużo rzeczy. — Paulina przeciągnęła słowa, jakby ważyła je w ustach. — Skąd w ogóle wiesz, że będzie DJ?

                        Arek wzruszył ramionami.

                        — No bo… ktoś mówił. Na sali gimnastycznej. Albo… w sklepiku. — Zawahał się i uśmiechnął jak ktoś przyłapany na zmyślaniu. — Ale będzie muzyka, na sto procent. Zawsze jest.

                        — To jest twoja filozofia życiowa? „Zawsze jest muzyka”?

                        — Tak! — ożywił się natychmiast. — I „zawsze jest druga połowa”, i „zawsze da się odrobić wynik”. Tylko trzeba cisnąć.

                        Paulina parsknęła, a potem spojrzała na niego spod rzęs.

                        — No dobra, piłkarzu. W czym ty idziesz na tę dyskotekę? Bo jak przyjdziesz w dresie, to przysięgam, że zrobię ci zdjęcie i będzie krążyć do matury.

                        Arek aż się zatrzymał na ułamek sekundy.

                        — W dresie?! Nie! — oburzył się, jakby go oskarżyła o zbrodnię. — Mam… normalne spodnie. I koszulę. Taką… w kratę.

                        — W kratę. — Paulina powtórzyła, jakby testowała słowo. — Czyli styl: „uprzejmy chłopak, który pyta o drogę do serca nauczycielki od polskiego”.

                        — Ej! — Arek spłonął, ale dalej się śmiał. — To ładna koszula! Adam powiedział, że git.

                        — Adam jest twoim doradcą od mody?

                        — Adam jest moim doradcą od wszystkiego. — Arek powiedział to prosto, bez cienia ironii. — Ty też możesz być, jak chcesz.

                        Paulina zwolniła, udając, że rozważa propozycję jak coś poważnego.

                        — Uważaj, Sosnowski. Jeszcze chwilę i zacznę ci kazać tańczyć bezpiecznie, z rozgrzewką i rozciąganiem.

                        — Mogę! — odparł z entuzjazmem. — Serio, mogę! Tylko… ty też wtedy musisz zatańczyć.

                        — Zobaczymy. — Uśmiechnęła się lekko. — Może. Jak mnie tłum nie zadepcze i jak Magda nie zacznie tego swojego sportu kontaktowego.

                        Arek kiwnął głową, śmiertelnie poważny.

                        — To ja będę stał obok. Żeby cię… wiesz… osłaniać. Jak obrońca.

                        — Jasne. Golden retriever na bramce. — Paulina rzuciła mu krótkie spojrzenie. — Tylko nie merdaj ogonem za mocno, bo jeszcze ktoś pomyśli, że to znak.

                        — A jak pomyśli, to co? — zapytał, ale w jego głosie nie było sprytu, raczej czysta ciekawość.

                        Paulina uśmiechnęła się szerzej, już bez żartu.

                        — To pomyśli, że tej nocy na dyskotece będzie… ciekawiej, niż planowali.

                        Paulina zawiesiła na chwilę głos. Jej myśli poszybowały w innym kierunku. Zamyśliła się.

                        — Słuchaj... Moi znajomi chcą się urwać z tej wycieczki. Pomożesz mi ich kryć w razie co?

                        — Kryć? Jak… kocem? — palnął odruchowo, po czym dopiero do niego dotarło. — Aaa… kryć.
                        Wypiął pierś, jakby zaraz miał odbierać medal.
                        — Dobra, wchodzę w to. Jestem jak obrońca: niby nie strzelam bramek, ale robię robotę.
                        Po chwili jednak spoważniał i spojrzał na Paulinę uważniej.
                        — Tylko… powiedz, że oni nie chcą robić nic głupiego. Bo ja nie ogarniam kłopotów. Ja ogarniam piłkę.
                        — …I powiedz mi tylko, kiedy mam zacząć udawać, że wszystko jest normalnie, żebym nie spalił akcji.

                        Paula zaśmiała się cicho, mrużąc przy tym oczy.

                        — Dobra, trenerze. Już mówię, jak gramy. — zaczęła wesoło i opowiedziała wszystko, co powinien wiedzieć na temat planów Alicji i Krzyśka.

                        🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        5
                        • JohnyTRSJ JohnyTRS

                          MG-Awatar100.jpg
                          Szarzyzna


                          Poniedziałek, przed godziną 11

                          Wyszliście z klasy, wychowawca poprosił żeby ustawić się na korytarzu w pary, zamknął salę, przeliczył uczniów. Na koniec machnął ręką:
                          - Za mną.

                          Szliście korytarzem, co chwila mijali was inni uczniowie patrzący się dziwnie na zorganizowaną grupę za nauczycielem. Przecież już po wszystkim, do jutra mamy wolne! Na parterze pan Wrona dał klucz innemu nauczycielowi z prośbą o odniesienie do pokoju nauczycielskiego.

                          Wyszliście ze szkoły, na boczną uliczną, na główną ulicę, poszliście w kierunku zamku. Najkrótsza i najprostsza droga na zamek prowadziła przez rynek i tak też prowadził was nauczyciel. Żadnego kluczenia.
                          - Nie zostawać w tyle, nie rozciągajcie się! - poganiał tych na końcu, ale bez żadnej agresji czy złości.

                          Z rynku prawie było widać zamek, prawie, na wprost w oddali widać już było most i park miejski, z zamku to widzieliście tylko fragment dachu nad koronami drzew.

                          Krzysztof

                          Sklepy w miasteczku były już otwarte, na ulicach panował już ruch (jak na Sokołów, nie ma porównania do Legnicy czy Jeleniej Góry). Przez idącą chodnikiem grupę uczniów co chwila ktoś się przeciskał, często z siatkami zakupów.
                          Krzysztof miał szczęście. Wypatrzył je, gdy mijały nauczyciela. Pani Basia i pani Małgorzata, dwie z koleżanek matki. Szczególnie pani Basia, ubrana w płaszczyk w kolorze zszarzałej zieleni i paskudny różowawo-bordowy moherowy beret. Oczywiście go rozpoznają. I oczywiście opowiedzą matce (na mszy w południe) w co był ubrany. O Matko Święta!

                          JohnyTRSJ Niedostępny
                          JohnyTRSJ Niedostępny
                          JohnyTRS jako JohnyTRS
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #26

                          MG-Awatar100.jpg
                          Szarzyzna

                          Krzysztof zręcznie ominął obie panie, które jak wielkie dwunożne lornetki gapiły się na mijających uczniów. Tu przyspieszył, tu zwolnił, tu się schował, a kiedy obie panie miał już za plecami nie odważył się spojrzeć za siebie - gdyby to zrobił, tamte na pewno by go zauważyły, jakby kierowane radarem. Był już przy nauczycielu.

                          \– Psorze, mam pytanie – odezwał się, starając się brzmieć naturalnie. – Po co właściwie idziemy na ten zamek?
                          - Wystarczy proszę pana, nie jestem profesorem - odparł nauczyciel. - A ty jesteś?
                          - Krzysztof Komeda.
                          - Więc Krzysztofie, na zamku ą obecnie prowadzone prace. To plac budowy, ale nie chodzi o na przykład wyburzanie ścian, tylko odkrycie tego, o na tej ścianie przetrwało, często ukryte pod wieloma warstwami. Będziesz miał okazję zobaczyć jak wygląda cały proces remontu takiego pałacu i na czym polega konserwacja zabytków. Nie znam się na tym, też jestem ciekawy czego się dowiem. W nauce o historii nie chodzi o to, żeby bezmyślnie zapamiętywać wydarzenia i daty, tylko zrozumieć ciąg zdarzeń. Daty i konkretne wydarzenie też są ważne, ale bez swojej otoczki nic nie znaczą. Tu zobaczysz jak wygląda ten stan pośrednio od ruiny do kompletnie odrestaurowanego budynku. Gdyby to było nowe piękne muzeum to nie byłoby równie ciekawe. Oczywiście, to co by tam wystawiono byłoby samo w sobie ciekawe, ale nie zobaczyłbyś tam prawdziwej historii obiektu. Masz jeszcze jakieś pytania?

                          W kilka minut byli na miejscu, droga biegła wzdłuż głównej ulicy, przez most, a na koniec czekała ich wspinaczka po krzywych schodach przez park (mogli iść też dalej do wybrukowanego podjazdu, ale nauczyciel wybrał krótszą, bezpośrednią drogę.

                          Sam budynek, częściowo ruina bez okien i uszkodzonym, nieszczelnym dachem, był już oczyszczony z zarastającej go jeszcze kilka tygodni temu roślinności. Wykarczowane wszystkie samosiejki które wyrosły na przestrzeni ostatnich 15-20 lat. Zamek Falkenstein był otoczony parkanem z nieheblowanych desek najgorszego sortu. Przed głównym wejściem stał barakowóz, obok hałasowała przyczepka z agregatem prądotwórczym. Przed barakowozem stało kilku facetów w roboczych ciuchach, żaden z nich nie wyglądał na typowego budowlańca, który bez przekleństw nie potrafi się wysłowić.

                          Nauczyciel zatrzymał grupę i zagadał do stojących. Wrócił z jednym z nich.
                          - Klaso, przedstawiam pana magistra Bałuckiego - mówił głośniej, żeby mimo pracującego agregatu być słyszalnym, także w ostatnim rzędzie. - Jak już wam mówiłem, mamy możliwość zobaczenia jak wygląda praca przy konserwacji zabytków w rzeczywistości. Może pan zaczynać.

                          Sam Bałucki był może z 10, maksymalnie 15 lat starszy od was.
                          - Dziękuję. Na sam początek może przejdźmy w inne miejsce, tu przy tym agregacie jest za głośno - raz czy dwa się zaciął, albo lekko się jąkał, albo nie był przyzwyczajony do przemawiania. - Pójdziemy teraz do nowego skrzydła, tutaj agregat przeszkadza. Parter jest już oczyszczony z gruzu. Ehm, idźcie za mną.

                          Co bardziej gorliwi ruszyli od razu za nim do budynku, pan Wrona poczekał aż wejdzie reszta.

                          Budynek naprawdę był ruiną, w kilku miejscach kapało z sufitu, odpadał tynk, tam gdzie prawdopodobnie była okazała klatka schodowa była pusta przestrzeń, na widocznym piętrze skute były wszystkie tynki. Zamiast podłogi szli po czymś co wyglądało jak szlaka (taka sama, jaką było wysypane szkolne boisko). Nowe skrzydło było dobudówką w sumie z jednym pomieszczeniem, ale za to dużym. Pewnie to był salon, sala balowa albo coś takiego, z kominkiem wysokim na dwa metry i z oknami na całej dłuższej ścianie wychodzącymi na tyły pałacu, gdzie przed wojną musiały się znajdować ogrody. Pomieszczenie było wymiecione, staliście na starym, kompletnie zniszczonym parkiecie.

                          Staliście na środku, wasz przewodnik zaczął wykład:
                          - Drodzy uczniowie, nazywam się Antoni Bałucki i z ramienia Polskiej Pracowni Konserwacji Zabytków przeprowadzam inwentaryzację dawnego pałacu rodu Von Hochtalbergów. Sam pałac... - wstęp trwał dobrych 5 minut, jeśli nie więcej. Bałucki opowiedział co dokładnie tu robią, wspomniał bark zachowanych planów oryginalnego pałacu, powiedział że w latach 70. prace budowlane były prowadzone w celu przebudowy, a nie zachowanie budynku, wtedy też wyburzono główne schody i skuto tynki na piętrze. I że w sumie z wnętrz nie da się dużo zachować, ale celem inwentaryzacji jest odnalezienie jak największej ilości śladów, jak zachowane jeszcze kolory ścian, wzór parkietu i rodzaj użytego drewna i inne takie. Niektórzy uczniowie byli zaciekawieni, inni znudzeni. Pan Wrona słuchał uważnie. Pan Bałucki nie przestawałby mówić, gdy nie...

                          - WAS SOLL DAS ALLES BEDEUTEN?!

                          Wszyscy obrócili się w kierunku wejścia. Stał tam stary, łysy mężczyzna średniego wzrostu bez zarostu, ubranego w drogi garnitur i kapelusz, sztywny kołnierzyk koszuli ciasno opinał mu szyję i wbijał się w podbródek.
                          - ICH HAB’ EUCH GEFRAGT! WAS MACH’ IHR HIER?! - odwrócił się i zawołał: - FRAU HALLMAN! BITTE HIERHER KOMMEN!

                          Do sali nerwowo wbiegła elegancko ubrana kobieta (wiek koło czterdziestki), mocno ściskając torebkę. Odezwała się do zebranych:
                          - Dzień dobry, n-nazywam się Elżbieta Hallman i jestem tłumaczką pana Alberta von H-Hochtalberga. - w jej głosie słychać było zdenerwowanie. A może strach?

                          Von Hochtalberg. A więc to on. Wyprostowany, a raczej sztywny, nieprzyjemny, o zimnym spojrzeniu... ludożercy? To już chyba u Hannibala Lectera z "Milczenia Owiec", filmu z 1991 roku, było więcej ciepła.

                          Jeśli ktoś przed wejściem do zamku nazywał tego Niemca esesmanem, to na pewno nie zmienił zdania. Stary naziol, jak nic. Nic tylko palcami lewej dłoni zrobić wąsik pod nosem i wyprostować prawą rękę.

                          - ICH HABE GEFRAGT, WAS MACHT IHR HIER?!
                          - Pan von Hochtalberg pyta, co państwo tutaj robią?

                          Niektórzy w tym miejscu poczuli sympatię do tego szwaba. Ich wycieczka najwidoczniej dobiegała przyspieszonego końca.

                          178.255.46.143
                          Pan Psuj
                          Ciężkie pióro, ograniczona fantazja, blokada twórcza, niemoc tfurcza, masa nierozwiniętych pomysłów. Długie posty praktycznie niemożliwe.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          3
                          • CaiC Niedostępny
                            CaiC Niedostępny
                            Cai
                            napisał ostatnio edytowany przez Cai
                            #27

                            left aligned paragraph

                            Mikołaj Pogorzelski

                            Stukał o zęby przerzucanym z prawa na lewo kojakowym lizakiem. Topniał, uwalniając słodko przyjemny smak coli. Wrzesień podgryzał porannym chłodem. Z rękami wbitymi w ciepło kieszeni, bawił się wymacanym pękiem kluczy. Zadzierał głowę, spoglądając w sufit sali balowej. Błędnik lekko zawirował, jakby odtwarzał udział w dawnym walcu. Bębenki nagle przeszył wzmocniony echem zgryźliwy szwargot. Mikołaj się wzdrygnął, wzięty z zaskoczenia. Z uniesioną brwią, wsłuchiwał w potok słów wypływający z paszczy germańca. Kiwał ze zrozumieniem przy co trzecim. W pamięci kołotały wujasowe „Ja wol iś libe alkohol”, „Cigareten nach Berlin”, „Cak cak cak”. Coś tam umiał.

                            – Dziedzic, jego mać – zrekompensował hałaśliwy blitzkrieg. – Dziedzic pruski.

                            – Żywy, jak na kogoś kto się zerwał z Norymberskich – Daniel go trącił, sugestywnie dotykając palcami kołnierzyka.

                            – I bezczelny, jak na kogoś kto zabłądził na „polskiej” ziemi – co sądził o szwejach to jego, lecz koniec końców Pogorzelski był synem oficera wojsk łączności, z rodziny z tradycjami. – Niech pilnuje, by lusterka mu się z fury nie zerwały.

                            Każdy uczeń miał swojego Józefiaka. Tym razem pod tablicę wywołano Wronę, przyłapanego na lewiźnie.

                            – Du hast mich gefragt und ich hab nichts gesagt – Mikołaj ściągnął rysy. Żaden szwab nie będzie brał na spytki rodaka. Odpowiedź na niemieckie plugastwa mogła być tylko jedna. Zaintonował wyprostowany, z powagą i dumą. Wyciągnął nawet lizaka z japy.

                            – NIE RZUCIM ZIEMI SKĄD NASZ RÓD, NIE DAMY POGRZEŚĆ MOWY!

                            Skorupski się dołączył. Było już dwóch, dwóch partyzantów walczących z okupantem. Do pełnej mocy brakowało jeszcze wielu gardeł.

                            – POLSKI MY NARÓD, POLSKI LUD, KRÓLEWSKI SZCZEP PIASTOOOWY. NIE DAMY BY NAS ZGNĘBIŁ WRÓG! TAK NAM DOPOMÓŻ BÓG!

                            Bóg stanowił palący kompromis. Przywoływać żydowskiego, narzuconego Jahwe, gdy mieli choćby rodzimych Welesa i Peruna. Pogarda. Weszła druga, oceniająca kto godzien, kto dołączy, komu hańba? „Przetłumacz to, kolaborantko".

                            – DO KRWI OSTATNIEJ KROPLI Z ŻYŁ. BRONIĆ BĘDZIEMY DUCHA...

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            2
                            • Pan ElfP Niedostępny
                              Pan ElfP Niedostępny
                              Pan Elf
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #28

                              text alternatywny

                              Alicja Filipowicz

                              Droga ze szkoły do zamku nie była szczególnie długa, ale wystarczająca, by chłód wrześniowego poranka dał o sobie znać. Alicja narzuciła na siebie flanelową koszulę, którą wcześniej miała przewiązaną w pasie. Gdy tylko elegancka biała bluzka zniknęła pod lekko startą flanelą, poczuła wyraźną ulgę - jakby mogła wreszcie być sobą i nie musiała udawać kogoś, kim nie była.

                              Przeczesała palcami burzę jasnych włosów, wyciągając niesforne kosmyki spod pasków plecaka, i z lekkim, niemal zadziornym uśmiechem maszerowała w tłumie rówieśników. Żałowała tylko, że walkman bezużytecznie leżał schowany w torbie. Zaklęła w myślach, że nie zabrała zapasowych baterii. Zanotowała sobie w pamięci, że w drodze powrotnej - jak już z Krzyśkiem zwieją z tej bzdurnej wycieczki - skoczy do kiosku.

                              Rozejrzała się, szukając swojego “partner in crime”, i z zaskoczeniem zauważyła go na samym przodzie, zagadującego do wychowawcy.

                              - Obyś tylko nie scykorzył, Komeda - przemknęło jej przez myśl, gdy przez chwilę obserwowała jego plecy przecinające tłum.

                              Potem jej wzrok powędrował w stronę Pauliny. Ta również była zajęta rozmową, choć przynajmniej z kimś w ich wieku. Nieszczególnie zdziwiło ją, że za cel obrała sobie Arka - w końcu należała do popularnej paczki Kaśki. Bardziej zaskakiwało ją to, że Paulina bez większego wahania zgodziła się kryć ją i Krzyśka. I że wcale nie wydawała się taka zła, jak sugerowałyby pozory przynależności do “świty” Nowak.

                              Alicja skrzywiła się lekko na wspomnienie wieczornego wyjścia do klubu. To zupełnie nie były jej klimaty. Głośna muzyka, plastikowe uśmiechy, ludzie udający starszych, niż byli. Ale może właśnie o to chodziło? Może to był moment, żeby trochę rozszerzyć własne granice. Zawsze mogła wyciągnąć tam Marcina. Albo przynajmniej sprawdzić, czy już i tak się tam nie wybierał. Ta myśl była jej małym światełkiem w tunelu.

                              Sam zamek nie zrobił na niej większego wrażenia. W Sokołowie Śląskim był raczej codziennością niż atrakcją. Dawno minęły czasy, gdy wierzyła w historie o duchach nazistów i ich ofiar, snujących się po zawalonych korytarzach. Teraz jedynymi “widmami” byli lokalni ćpuni, bezdomni i szeroko pojęty margines społeczny - w tym jej starszy brat Jarek. Nic nadprzyrodzonego. Nic magicznego. Tylko smutna, szara rzeczywistość.

                              - WAS SOLL DAS ALLES BEDEUTEN?!

                              Słowa wypowiedziane lodowatym tonem, z paskudnie twardym akcentem, przecięły powietrze jak nóż.

                              Alicja zamarła. Zimny dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa. Serce na ułamek sekundy jakby zapomniało, jak się bije. Przez krótką, absurdalną chwilę znów była kilkuletnią Alą, słuchającą Jarka, który szeptem opowiadał o złych nazistach porywających małe dziewczynki do zamku, żeby pożerać je, by przetrwać. Głupie. Dziecinne. A jednak wspomnienie wróciło z niepokojącą wyrazistością.

                              Z tego krótkiego paraliżu wyrwał ją dopiero Mikołaj i jego kumpel. Zaczęli ostentacyjnie wyśpiewywać - nie, to nie był śpiew, to było darcie ryja - patriotyczny tekst "Roty", jakby właśnie stali na jakiejś absurdalnej akademii.

                              Alicja zamrugała kilka razy, próbując upewnić się, że to dzieje się naprawdę. Uniosła brwi. Pokręciła głową z niedowierzaniem. Jej spojrzenie przeskakiwało z Pogorzelskiego na nauczyciela, potem na niespodziewanego przybysza i jego asystentkę, aż w końcu odnalazło Krzyśka. Musiała się dowiedzieć jak się miały sprawy z ich planem ucieczki. Czy w ogóle było z czego uciekać? Podeszła bliżej do Komedy, ale nie odezwała się, obawiając się przerywać ciszę. Spojrzała tylko na niego wymownie, czekając na dalszy obrót wydarzeń.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              4
                              • NamiN Niedostępny
                                NamiN Niedostępny
                                Nami jako Paulina Kwiatkowska
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #29

                                text alternatywny
                                Paulina Kwiatkowska

                                Podróż na zamek minęła jej zaskakująco szybko i w dobrej atmosferze. Co chwilę zrównała się z Magdą i Asią, potem z Kasią, aż w końcu przez dłuższy czas szły wszystkie razem, jak zwykle mając tysiąc tematów do rozmów. Nauczyciel właściwie przestał dla nich istnieć. Nie interesowało ich, co mówi, a nawet go nie słyszały, pochłonięte własnym światem.

                                Po dotarciu na miejsce trzymały się już nierozłącznie. Całą czwórką zwiedzały zamek, zwracając uwagę głównie na jego słabe strony. Były niemal pewne, że poza godzinami pracy, kiedy nikt nie zajmuje się konserwacją, dałoby się tu jakoś zakraść i urządzić choćby niewielkie spotkanie.

                                Chichotały pod nosem, ignorując zarówno nauczyciela, jak i pana przewodnika, którego imienia nawet nie próbowały zapamiętać. Historia nie interesowała ich ani trochę – ani ta związana z tym miejscem, ani żadna inna.

                                – Ale nuda – jęknęła Kasia, przewracając oczami i wysuwając język jak potrącony na drodze jeż.
                                Atmosfera ożywiła się dopiero, gdy jakiś Niemiec zaczął krzyczeć na wszystkich z końca sali. Paulina skrzywiła się i rzuciła krótkie spojrzenie Alicji. Dziewczyna wyglądała dokładnie tak samo – identyczne zniesmaczenie. Gdy Mikołaj podchwycił jego wrzaski i zaczął antyniemieckie przyśpiewki, a po chwili dołączył do niego kolega, harmider stał się nie do zniesienia.

                                Paulina zrobiła kilka kroków w stronę Alicji, która równie dyskretnie kierowała się do Krzyśka. Kiwnęła do nich głową i szturchnęła Komedę w ramię.
                                – Zadomowiliście się tu czy co? – rzuciła z lekkim zdziwieniem. – Myślałam, że zawrócicie już przy wejściu.
                                Oparła się o kamienną ścianę i uśmiechnęła się pod nosem.
                                – Co, jednak wam się podoba zwiedzanie?
                                Po chwili dodała ciszej, z błyskiem w oczach:
                                – A może kiedyś wpadniemy tu kiedyś wieczorem? Taki mały wypad.
                                Na jej twarzy pojawił się cwany półuśmiech.

                                🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                3
                                • Arthur FleckA Niedostępny
                                  Arthur FleckA Niedostępny
                                  Arthur Fleck
                                  napisał ostatnio edytowany przez Arthur Fleck
                                  #30

                                  Krzysiek Komeda 100.jpg

                                  Krzysztof Komeda

                                  Heil Hitler!

                                  Słowa uformowały się w krtani, gotowe do wystrzału. Jeszcze pół sekundy. Jeszcze jedno uderzenie serca. Krzysiek już widział, jak to będzie wyglądać. Wyprostuje się, stuknie obcasami trampek, wyrzuci prawą rękę do przodu i ryknie prosto w tę starą, łysą mordę.

                                  Dwadzieścia par oczu w sali. Mikołaj i jego kumpel darli się z „Rotą", więc poprzeczka patriotyczna była ustawiona wysoko, ale Krzysiek miał asa w rękawie. Nic tak nie upokarza Niemca jak potraktowanie go jak nazistę. Nic.

                                  Palce zacisnął na łańcuchu przy szlufce. Nabierał powietrza.
                                  I wtedy ktoś szturchnął go w ramię.

                                  Paulina.

                                  Okrzyk cofnął się z powrotem do gardła.

                                  – Zadomowiliście się tu czy co? – rzuciła z lekkim zdziwieniem. – Myślałam, że zawrócicie już przy wejściu.

                                  Krzysiek zerknął na Alicję, Alicja zerknęła na niego. Plan ucieczki. Racja. Mieli zwiać.

                                  – Chyba nie ma już z czego uciekać – mruknął. – Ten naziol za chwilę nas sam wyrzuci.

                                  Bo tak to wyglądało. Niemiec stał w drzwiach jak celnik na granicy, tłumaczka trzęsła się przy nim jak osika, a Bałucki zamilkł w pół zdania. Wycieczka zdychała na ich oczach.

                                  I tu Krzyśka zatkało.

                                  Bo nagle, patrząc na Wronę, poczuł coś, czego się nie spodziewał.
                                  Współczucie.

                                  Wrona stał z boku i patrzył na Niemca z miną człowieka, któremu właśnie splunięto na buty. I Krzysiek, choć przez całą drogę na zamek przeklinał wychowawcę za tę idiotyczną wycieczkę, nagle zrozumiał.

                                  Wrona się starał.

                                  Facet po prostu chciał im pokazać coś fajnego. Coś, co go kręciło. Może ta konserwacja zabytków była nudna jak flaki z olejem, może Krzysiek nie zapamiętał ani jednego słowa z wykładu Bałuckiego, ale Wrona nie był kolejnym nauczycielem, który odwalał robotę za minimalną. Przygotował wycieczkę, załatwił wejście, prowadził ich przez miasto jak wycieczkowicz z powołania. A teraz jakiś pruski dziadek w kapeluszu srał mu na głowę przy całej klasie.

                                  Paulina oparła się o kamienną ścianę i rzuciła coś o nocnym wypadzie. Krzysiek chciał odmówić. Odruchowo, bo tak działał jego mózg. Każda propozycja, która pachniała kłopotami, uruchamiała w nim alarm i widmo reprymendy. „Krzysiu, nie wolno. Krzysiu, to grzech. Krzysiu, co ludzie powiedzą."

                                  Ale potem spojrzał na ścianę za plecami Pauliny. Stary tynk, odpadający płatami. Gołe cegły, idealnie gładka powierzchnia.
                                  I w głowie zapaliła mu się żarówka.

                                  Bochenek chleba z żołędzią był dobry. Ale tym razem Krzysiek miał lepszy pomysł. Męski organ. Realistyczny. Ale nie byle jaki. Z grzywką zaczesaną na bok i małym wąsikiem pod główką.

                                  Portretowy.

                                  Uśmiechnął się. Ten uśmiech był szeroki, szczery i miał w sobie więcej złośliwości niż cały katalog ksywek wymyślanych przez Bochenka.
                                  – Wiesz co, Paulina? – powiedział cicho, nie odrywając wzroku od ściany. – To w sumie niezły pomysł. Jestem za.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  4
                                  • JohnyTRSJ Niedostępny
                                    JohnyTRSJ Niedostępny
                                    JohnyTRS jako JohnyTRS
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #31

                                    MG-Awatar100.jpg
                                    Szarzyzna

                                    Zamek Falkenstein, przed południem

                                    - SCHNAUZE!
                                    Niemiaszek dosłownie wwiercał się w was spojrzeniem, niektórzy to wytrzymywali, inni odwracali wzrok, Mikołaj w metaforyczny sposób splunął mu w twarz.
                                    - Tylko spokojnie, cisza! - Wrona wyszedł na środek i stanął na środku, obok którego zaraz pojawił się ten Bałucki. Stali przed tym Niemcem i jego tłumaczką, tyłem do was.
                                    - WAS SOLL DAS ALLES BEDEUTEN?! SIE SIND HIER UM ZU ARBEITEN! SIND DAS ALLES NEUE ARBEITER?! NEIN! ALLE RAUS, UND DU - wycelował palcem w ich przewodnika. - UND DU KEHRST SOFORT ZUR ARBEIT ZURÜCK! WAS FÜR EINE POLNISCHE WIRTSCHAFT! LOS!
                                    - Pan von H-Hochtalberg prosi, żeby zakończyć tę... wycieczkę. Proszę stąd wyjść oraz przypomina panu, panie Antoni, że ma pan tutaj p-pracować, a nie oprowadzać szkolne g-grupy - tłumaczka starała się mówić spokojnie (nie było porównania z Niemcem), ale była wyraźnie... zdenerwowana? Przestraszona? Przytłoczona całą sytuacją? Można mieć było tylko nadzieję, że przynajmniej ten Niemiec dobrze jej płaci.

                                    Sam Bałucki nie odpowiedział, patrzył jeszcze na tego Hochtalberga, potem zwrócił się do nauczyciela:
                                    - Idziemy, niestety nie mogę kontynuować tej wizyty. Wszyscy do wyjścia! - i sam ruszył, tą samą drogą, którą weszliście do pomieszczenia.

                                    Klasa ruszyła za nim, oraz za nauczycielem, który na spokojnie "poganiał" maruderów, ale bez żadnego ustawiania w pary oraz liczenia.

                                    - BALUCKI, KINDER GEHEN RAUS UND SIE BLEIBEN HIER! WEITER ARBEITEN!
                                    - Panie Bałucki, grupa szkolna ma wyjść a pan jest proszony o pozostanie i kontynuowane prac.

                                    - To jest teren budowy i nie mogę pozostawić osób postronnych bez opieki. Proszę powiedzieć panu Hochtalbergowi, że wyprowadzam grupę na zewnątrz i dopiero wtedy mogę kontynuować robotę! - nie czekał aż tłumaczka wszystko przetłumaczy, bo zaraz zniknął w korytarzu i przestał być widoczny z tej dużej sali.

                                    Wyszliście. Na podjeździe stał wielki, wypolerowany mercedes ze wszystkimi bajerami. Obok stał kierowca w ciemnych okularach. Nie uśmiechał się.

                                    - Klasa, posłuchajcie! - zabrał głos Wrona, kiedy uczniowie opuścili budynek. - W wyniku wystąpienia pewnych... czynników zewnętrznych... - co niektórzy parsknęli śmiechem, ale Wrona nie zamierzał nikogo strofować - nasza wycieczka dobiegła końca. Wierzę, że jesteście wystarczająco dorośli, żeby samodzielnie wrócić do domów. Widzimy się jutro w szkole!

                                    Opuszczaliście teren w różnym tempie. Niektórzy dosłownie biegiem zniknęli w parku, inni jeszcze gadali, niektórzy stali przysłuchując się rozmowie Wrony i Bałuckiego. Bałucki wyciągnął papierosy, Wrona się poczęstował, odpalili. Jeden z uczniów, ten cały Maciek Chaber próbował na krzywy ryj też zostać poczęstowanym, ale ciężkie spojrzenia obu dorosłych wystarczyły, żeby go spławić.
                                    \ - Skaranie z tym Niemcem, zwykle przyjeżdża po piętnastej, nie wiem co go dzisiaj napadło.
                                    - No niezbyt sympatyczny – odparł Wrona.
                                    - Nie warto się z nim kłócić. Tępa pała.
                                    - Nie boi się pan, że nie zapłaci?
                                    - Już zapłacił, i to z góry. I raczej nie on, a jakaś fundacja, co siedzi gdzieś pod Frankfurtem nad Menem. I wszystko idzie przez Warszawę, więc bezpośrednie nie może mi nic zrobić. I cholera spieszy im się, ale poza wrzaskami gówno może mi zrobić.
                                    - Nie wraca pan do środka?
                                    - Zaraz, tak długo jak on jest w środku i tak nie da się pracować. Sam pan słyszał, on cały czas wrzeszczy dlaczego tak mało jest zrobione.
                                    - I co, będzie odbudowa tego zamku?
                                    - Nie wiem, my tylko zabezpieczamy i inwentaryzujemy to co się jeszcze zachowało, detale fasad plus to co w środku. Na piętrze to nic się nie zachowało, za Gierka skuli wszystkie tynki i wyburzyli stare schody, da się tam wejść tylko po rusztowaniu. Próbujemy zrekonstruować wzory na parkiecie, kolor ścian i tapety z zachowanych resztek. Tak samo stiuki na sufitach, co nieco się zachowało. Budynek przebudowano w przeszłości w stylu neogotyku angielskiego, więc możemy wziąć za wzór zamek w Kórniku pod Poznaniem. I przy okazji mamy zabezpieczyć dach przed zimą. Ewentualny remont będzie najwcześniej w przyszłym roku.
                                    - A zamek jest jego?
                                    - Gdzie tam - Bałucki pokręcił głową. - Nadal należy do gminy. Ten cały Hochtalberg nawet nie pozwał państwa o zwrot mienia. Ale na odgruzowanie tego wszystkiego idzie gruby szmal.

                                    Tą nieprzyjemną sytuacją zakończył się pierwszy dzień szkoły. Dochodziła godzina dwunasta. Byliście wolni.

                                    178.255.46.143
                                    Pan Psuj
                                    Ciężkie pióro, ograniczona fantazja, blokada twórcza, niemoc tfurcza, masa nierozwiniętych pomysłów. Długie posty praktycznie niemożliwe.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    4
                                    • BrilchanB Niedostępny
                                      BrilchanB Niedostępny
                                      Brilchan
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #32

                                      adam-chlebowski-100-x-100-pixeli.jpg

                                      |-Adam Chlebowski-|

                                      Adam usadowił się w pierwszym rzędzie nigdy nie rozumiał tego owczego pędu do ostatnich ławek, jego zdaniem nauczyciele właśnie bardziej patrzyli na ostatnie ławki żeby się przypieprzyć o plotkowanie czy podjadanie. W pierwszej ciężej było plotkować czy przekazywać sobie liściki ale z doświadczenia wiedział że "Gogi i Gożki" byli bardziej wybaczalni jak się człowiek usadowił w pierwszej ławce udając kujona a akurat odpłynął myślami co mu się zdarzało częściej niż atrakcje ostatnich ławek. Cieszyła go wycieczka do zamku bo była to kolejna wymówka żeby nie siedzieć w domu w parze poszedł z Kaśką która wprost sikała pod siebie z radości że zobaczą zamek dużo bardziej niż Adam lubiła taką historię na żywo i muzea Chlebowski lubił historię o tyle, o ile wzbogacała jego wiedzę w kwestii zrozumienia opery, operetek książek i innych tego typu rzeczy ale osobiście irytowało go te całe obsesyjne fascynacje Powstaniami wszelakimi i 2 Wojną Światową.

                                      Jeżeli chodzi o irytacje odczuwał ją też w stosunku do Pauliny Kwiatkowskiej która "przyfasoliła się" do Arka choć sam przed sobą nie chciał przyznać że chodzi o zazdrość...

                                      Próba przyjaźni (?)

                                      Cała sytuacja z Niemcem zirytowała go bo oglądanie ruin było ciekawsze niż innego plany zanim cała grupa się rozeszła do swoich zajęć postanowił jeszcze podbiec do Krzyśka Komedy dziwna odpowiedź jaką dostał gdy spytał go o koszulę cały czas siedziała mu w głowie:

                                      //- Hej Krzysiek! Zaczekaj chwilę.... Słuchaj mam wrażenie że czymś cię obraziłem, nie chce sobie robić wrogów pierwszego dnia szkoły. Po prostu chciałem rozszerzyć sobie krąg znajomych ponad dwójkę najlepszych przyjaciół których mam od zawsze a ten nadruk naprawdę zajebiście wygląda! Co złego to nie ja! Jeżeli nie chcesz się kumplować to spoko nie będę się przypierdalał po prostu nadruk wyglądał jak coś fajnego a ja zwykle lubię rzeczy które mają sto plus lat typu opera to myślałem że mógłbym coś fajnego i nowoczesnego poznać... Kurwa sorry rozgadałem się znów Arek zawsze mi mówi że za dużo pierdolę po próżnicy... Słuchaj chciałbyś może pójść do domu kultury ? Planuje zrobić kostiumy w stylu "Miami Vice" z krepiny i kartonu żeby tanim kosztem fajnie wyglądać na imprezie w klubie Miami" - Czuł się głupio pytając, ale Kaśka zawsze mu powtarzała że nigdy nie będzie mieć nowych przyjaciół jeżeli się nie odważy zagadać nawet jeżeli Komeda go wyśmieje ważne że spróbował!

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      3
                                      • Arthur FleckA Niedostępny
                                        Arthur FleckA Niedostępny
                                        Arthur Fleck
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #33

                                        Krzysiek Komeda 100.jpg
                                        Krzysztof Komeda

                                        Chlebowski gadał, gadał i gadał.

                                        Krzysiek stał i słuchał, bo nie za bardzo miał inne wyjście. Wciąż nie wiedział, o co chodzi. Typ przepraszał go za coś, ale słowa leciały tak gęsto, że trudno było wyłowić sens. Nadawał jak stacja radiowa, na trzech częstotliwościach naraz. Przez pierwszych kilka sekund Krzysiek był przekonany, że to jednak musi być podpucha. Że koleś wziął go sobie na celownik i robi z niego jaja. Ale nie. On mówił dalej. O operze i nadruku. O jakimś Arku, który mu powtarza, że za dużo pierdoli po próżnicy. Kimkolwiek był ten cały Arek miał nosa do ludzi. Chlebowski rzeczywiście pierdolił po próżnicy.

                                        A potem padło to słowo.

                                        Miami Vice. Kostiumy z krepiny i kartonu.

                                        Krzysiek poczuł, jak mu opada szczęka. Dosłownie, jak w kreskówce z Tomem i Jerrym. Patrzył na Chlebowskiego i czekał na puentę, na „ żartowałem, stary", ale nic takiego się nie wydarzyło. Zrozumiał, że puenty nie będzie i Chlebowski mówi to wszystko na poważnie. Że naprawdę zamierza iść na dyskotekę przebrany za Sonnego Crocketta i chce żeby Krzysiek na skrzydle robił za Tubbsa.

                                        Przed oczami stanął mu obraz z najgorszych horrorów, gorszy niż bal maturalny na którym Carrie White została oblana wiadrem świńskiej krwi. Wyobraził sobie jak staje w drzwiach klubu w marynarce z krepiny, a muzyka nagle cichnie i wszyscy, połowa jego szkoły odwraca wzrok w jego kierunku.

                                        Krzysiek przeszedł w życiu sporo upokorzeń. Cyganie pogonili go na kopach na cmentarzu na Wszystkich Świętych, a matka karmiła go piersią do piątego roku życia i wiedziały o tym wszystkie kuzynki i kuzyni ze Świebodzic, którzy drą z tego łacha na do dziś. Ale wejście na dyskotekę w kostiumie z krepiny, przed ludźmi z którymi będzie chodził do szkoły przez cztery lata? To byłby inny poziom. Taki, z którego nie ma powrotu.

                                        Adam skończył mówić i Krzysiek otworzył usta, żeby odpowiedzieć. Chciał odmówić grzecznie, jak na ministranta przystało. „Dzięki, stary, ale to nie mój klimat."

                                        I właśnie wtedy odezwał się w nim psotnik.

                                        Ten sam mały, wredny diabełek, który kazał mu rysować bochenki chleba z żołędzią na karteczkach i strzelać nimi przez całą klasę. Ten sam który na pielgrzymce ósmych klas do Częstochowy, gdy cały pokój w domu pielgrzyma już chrapał, kazał mu wstać po cichu, wyciągnąć z plecaka Piotrka przepocone skarpetki i położyć mu je na nosie. Matka próbowała z Krzyśka wydusić tego psotnika przez szesnaście lat. Nie udało jej się.

                                        Diabełek zobaczył Adama Chlebowskiego i jego szczerą, otwartą gębę. I uśmiechnął się.

                                        – Wiesz co, Adam? – zaczął i sam się zdziwił, jak spokojnie to zabrzmiało. Poklepał Chlebowskiego po ramieniu. – To jest zajebisty pomysł.

                                        – Serio?

                                        – Serio. Tylko wiesz co, nie rób mi kostiumu. Mam w domu różową marynarkę po ojcu. Kupił ją kiedyś na wakacjach nad Balatonem. Przebierz się sam, a ja do ciebie dołączę już w Miami. Na dwudziestą. Git?

                                        Żadnej różowej marynarki nie było. Ojciec mu umarł, zanim Krzysiek nauczył się wiązać buty i nie została po nim żadna pamiątka, ale Adam nie musiał o tym wiedzieć.

                                        Komeda wyciągnął rękę by przypieczętować umowę i pomyślał.

                                        Kurwa. Spłonę w piekle.

                                        Wiedział już, że takiego widowiska nie może przepuścić. Nie miał jeszcze pojęcia jak wymknie się z domu. Matka o dwudziestej jeszcze nie spała i odmawiała koronkę do Bożego Miłosierdzia. Ale to były szczegóły. Szczegóły się wymyśli.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        5
                                        • CaiC Niedostępny
                                          CaiC Niedostępny
                                          Cai
                                          napisał ostatnio edytowany przez Cai
                                          #34

                                          left aligned paragraph

                                          Mikołaj Pogorzelski

                                          Mikołaj zamilkł. Włożył lizaka do ust i ciumknął z niewinnością dziecięcia miętoszącego smoczek. Wychodził z kamiennych murów ociągliwie powoli. Z nadzieją, że zapieczonego Niemca w kolorze dojrzałego pomidora z nerwów ściśnie zawał.

                                          Przystanął pod wiatr, przysłuchując się nauczycielskiej rozmowie. Z przymarszczonym czołem, wędząc się w papierosowym dymie, wyłapywał kropki, które dałyby się powiązać z podejrzaną sytuacją na zamku. Łącząc je jak w Misiu, pisemku dla przedszkolaków, próbował znaleźć ukryty kształt. Na razie wychodził jeden wielki…

                                          – Fiu fiu – Daniel przeciął rozmyślania. Przemieszczał się w trybie cichociemnego. Zdawał się wyrywać w głowie wszystkie szczegóły. Numery blach, kształt bieżnika. Z chęcią zajrzałby do wnętrza fury…rer wagena, lecz Helmut ze szczękościskiem skutecznie odstraszał.
                                          – Na setę naziol czegoś szuka. Albo złoto, albo…

                                          – „Upadła Madonna z wielkim cycem” – Pogorzelski pozostawał sceptyczny.

                                          – Te, a może na freskach była wskazówka gdzie szukać? – fantasta się nie poddawał.

                                          Bleck metalowiec już nie słuchał. Oddychał głęboko. L&M’y, wychwytywał niuanse w papierosowym smrodzie niesionym lekką bryzą. Wciągając dym pomiędzy szeroko rozwarte nozdrza. Red Label, wewnętrzny chromatograf uzyskał niemal osiemdziesięcioprocentową pewność. Zmrużył z satysfakcją oczy drażnione oparami nikotyny, jedną tajemnicę rozwikłał.

                                          Skorupski coś tam jeszcze mówił. Patrzył wyczekująco, licząc na odpowiedź.

                                          – Taaa… – dostał komentarz dosadnie krótki, uniwersalnie pasujący do wszystkiego, od człowieka który nie wiedział na czym stanęło. Żeby nie poczuł się kompletnie zlany, uzupełniony o głębokie – Jak się za mocno pochylisz, jedyne co tu znajdziesz to Aids.

                                          Chłopcy przemieścili się w pobliże pozostałych niedobitków na placu, Krzycha i trajkoczącego jak na speedzie, chyba Adama. Jeszcze dobrze nie wiązał twarzy z imionami. Wkręt blondasa był mocny. Musiał się rozkasłać, by nie zdradzić parsknięciem.

                                          – Chlebowski, tak? – upewniał się. – Chlebowski i Bochenek. Jak tutaj nie wyjdzie, tej przyjaźni już na pewno nic nie zatrzyma. Po grobową deskę… do krojenia.

                                          Wycelował palca w publiczność, jak Strasburger po rzuceniu suchara.

                                          – Wraca kto na Błonia?

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          5
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy