[Horror] Gruzy przeszłości
-

Mikołaj Pogorzelski
Mikołaj obserwował grand entrance Adama i zabiegi chłopców po chemioterapii w bazarowych dresach. Trzy paski Abidosa zmarszyły się kreszem, gdy zwracającą uwagę lepą, troskliwie upewniali się, czy aby nie ma żadnego problemu. Odpowiedź wyszła poza schemat, bo stali tak z rozdziawionymi paszczami i zwiechą wymazaną na ryjach. Co puste łby były w stanie wydalić, ściekało z kącików ust i spływało strużkami po brodach.
Odwrócił się, sprawdzając czy Kasia wciąż za nim stoi wytrwale jak Jason Voorhees. Raz jedziesz potem. Potem się trzyma blisko. Nie czaił awangardy. Zniknęła w tłumie w reporterskiej pogoni za sensacją. Otwarcie. Oto nadszedł moment, by porzucić normików ich interesowaniom i po angielsku wyparować. Wszystkie oczy wbite w człowieka-biedronę i mało kogo obchodził zupełny nikt, przemykający wzdłuż ścian.
– Nara, wariaty – szepnął pod nosem, opuszczając oddział zamknięty.
Już na zewnątrz, z torbą przewieszoną przez ramię, odetchnął mieszaniną mgły i chłodnego powietrza. Wolnym krokiem oddalał od przygaszonych dźwięków Miami. Sycił nocą. Noc była bliska. Noc, Sen i siostra jego, Śmierć. Najlepsza rodzina.
Wytężył słuch, zbliżając się do brudnej plamy na mapie Sokołowa. Siedliszcza wszy, hivu i wąchaczy kleju. Z torby wyciągnął kastet, przełożył do kieszeni. Zimno metalowych obręczy opinających palce przynosiło komfort. Uspokajający dotyk ochronnego talizmanu. Naprężył mięśnie, gotowy by w razie potrzeby odcisnąć runę zaklęcia na kaprawej mordzie zniekształconej FAS, gdyby która się przypadkiem nawinęła. Trzymał się ciemności, czujny. Jak zawsze, gdy tędy przechodził. Odkąd pamiętał.
Furtka w ogrodzeniu zgrzytnęła zawiasami. Pchnął mocno by zatrzasnąć zamek. Chodził ciężko. Metaliczne uderzenie rozeszło się hałasem, wywołując wilka z lasu. Ogar wyjrzał spod schodów zaspanym wzrokiem. Polski Gończy, piękny, dumny, najmądrzejszy i najleniwszy ze wszystkich psów. Chłopak przyklęknął przy pupilu, tarmosząc wielkiego pluszaka, nazywając go „Ziewaczem” i „Kochanym Nieogarem”.
Kilka kroków, przekręcony klucz i był na ganku.
– Cześć, już jestem – krzyknął przez przedpokój w boazerii, w stronę zapalonych w głębi świateł. Mama wyszła z kuchni z krzyżówką w ręce.
– Czesc, dziecnko – przegryzała jabłko, z zawodową ciekawością przyglądając się opuchliźnie nad okiem. – Wypisze cie z mordowni, zobaczysz.
Groziła za każdym razem.
– Wezme Ogara na spacer – Mikołaj nie chciał kończyć dnia.
– Jak zdołasz go wyciągnąć – najpierw delikatnie uniosła mu włosy, potem dźgnęła palcem w śliwę.
– Mamo – syknął.
– Jak biją, nie przeszkadza – odgryzła kęs Antonówki. – Ne krecie sie byt ugo. Przyotuje ompres.
-

Paulina Kwiatkowska
Paulina nawet nie próbowała się już przedzierać przez tłum, kiedy Kasia z Asią praktycznie wykrzyczały im to do uszu. Wystarczyło jedno słowo.
Adam.
Automatycznie uniosła głowę, jakby dało się go zobaczyć ponad ludźmi. Nie dało się. Ale hałas przy wejściu mówił wystarczająco dużo. Zwolniła ruchy, jakby taniec nagle przestał mieć znaczenie. Tanczenym ruchem przesuwała się bliżej Kasi, żeby nie zniknęła jej zaraz w tłumie.
Paulina odwróciła się lekko w stronę wejścia, wspinając się na palce, próbując złapać cokolwiek ponad głowami ludzi. Światła migały, ktoś ją szturchnął barkiem, ktoś inny zahaczył łokciem.
— Kurwa, serio… — mruknęła pod nosem, bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Zatrzymała się na moment. Nie ruszyła od razu. Zamiast tego spojrzała jeszcze raz na Kasię, jakby oceniała, czy ta już leci w tamtą stronę, czy jeszcze ogarnia sytuację. Zawahała się, obserwując gesty i mimikę przy wejściu.
Już po sekundzie wiedziała, że coś jest nie tak. To nie było zwykłe „o, ktoś przyszedł”. To było to napięcie, które czuć zanim jeszcze zobaczysz problem.
— Idziemy zobaczyć co się odwala czy udajemy, że nas to nie dotyczy? — rzuciła ciszej, ale z tym charakterystycznym półuśmiechem, który mówił, że decyzja i tak już w niej zapadła. Jeszcze raz zerknęła w stronę wejścia. Tłum się tam dziwnie zagęszczał. Albo jej się tak wydawało.
Super. , przemknęła myśl niezadowolenia. Nie lubiła agresji, napięcia, spięcia… Takiej niewygodnej atmosfery.
Paulina zauważyła to szybciej niż powinna. Nie konkrety. Raczej to uczucie, że coś za chwilę pójdzie nie tak.
Zatrzymała się na moment, jakby tylko na sekundę wypadła z rytmu muzyki, po czym ruszyła w stronę drzwi, przeciskając się przez ludzi spokojnie, bez nerwów, jakby wciąż była w rytmie tańca. Dopiero bliżej zwolniła.
W końcu udało jej się zobaczyć.
Adam. Nie miał różowej marynarki, ale dalej uśmiechał się jak półgłówek.
Kilku typów obok. A on chyba myślał, że warto się do nich odezwać. Czemu?
Westchnęła cicho, ale już bez irytacji.
Podeszła do niego od boku, jakby wpadła na niego przypadkiem. Starała się być jak najbardziej urocza, a wiedziała, że zwykle jej to wychodzi.— O, jesteś — rzuciła lekko, jakby właśnie go szukała. — Zniknąłeś nam.
Uśmiechnęła się krótko, naturalnie, nawet nie patrząc dłużej na resztę. Jakby ich tam w ogóle nie było.
— Chodź, bo zaraz nam zajmą miejsce. — dodała, trochę ciszej, ale swobodnie, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Być może jeśli dresy załapią, że nie jest sam, dadzą sobie spokój, w końcu ciężej walczyć z grupą, czyż nie? Pomachała też Arkowi, który z niedaleka patrzył w jej stronę nie rozumiejąc, co właściwie robi.
Paulina już się nie odwracała, zakładając, że skumał i pójdzie za nią.
Na sekundę tylko zerknęła jeszcze w jego stronę, łapiąc z nim kontakt wzrokowy, wystarczający, żeby było jasne, że to nie jest prośba, tylko rozwiązanie.
Ruszyła z powrotem w tłum.
. Postanowiła, że później mu wygarnie, jakim jest pajacem. Tak na wszelki wypadek, nim zdąży pomyśleć, że spodobała jej się jego stylówa błazna. -

Alicja Filipowicz
Krzysiek starał się bardziej, niż wymagała tego sytuacja. I gdyby Alicja zabrała go na parkiet tylko dlatego, że naprawdę chciała z nim zatańczyć, pewnie bardziej doceniłaby jego starania - nawet jeśli były trochę nieporadne i niezręczne.
Dla Alicji jednak ten taniec był przede wszystkim pretekstem. Sposobem, by odsunąć się od wejścia, a jednocześnie mieć je cały czas na oku. Kontrolować, kto wchodzi.
I tylko na moment, naprawdę krótką chwilę, oderwała spojrzenie. Jej niebieskie oczy skrzyżowały się ze spojrzeniem Komedy.
Uśmiechnęła się lekko. Trochę niezręcznie, trochę z uprzejmości, a trochę po to, by dodać mu otuchy. Jakby chciała powiedzieć: dzięki, wiszę ci przysługę.Ale to wszystko. Nie mogła pozwolić sobie na więcej. Na dłuższą wymianę spojrzeń, na rozmowę, na rozproszenie.
Jej uwaga natychmiast wróciła w stronę wejścia, przy którym zaczynała gęstnieć atmosfera. Zbierała się tam grupka lokalnych dresów i...- Jest Adam! - Głos Kaśki i Aśki rozdarł przestrzeń niczym alarm przeciwbombowy.
Alicja momentalnie zmieniła cel swojej uwagi, wychylając się zza Krzyśka, z którym wciąż tkwiła w tym niezręcznym, pozbawionym rytmu tańcu.- O… wow… - wyburknęła tylko.
Odsunęła się od Krzyśka, pozwalając, by sam mógł zobaczyć, co się dzieje. Obecność typów pokroju jej własnego brata nigdy nie zwiastowała niczego dobrego. Dresiarze podjudzeni wyglądem i zachowaniem Adama - to był przepis na rozróbę.
Alicja jednak niespecjalnie przejęta była losem Chlebowskiego. Wciąż wypatrywała tylko jednego. Jak złego znaku. Jak czegoś, co może pojawić się w każdej chwili i wszystko spierdolić.- Muszę spadać - powiedziała do Krzyśka.
Nie widziała nigdzie swojego brata. To mógł być jedyny moment, żeby się ulotnić.
- Dzięki za… no wiesz. Nie było źle. - Znowu się uśmiechnęła. Ale trochę inaczej niż wcześniej. - Pożegnaj resztę. Widzimy się w szkole.
I zaczęła przeciskać się w stronę wyjścia, ukrywając twarz pod burzą blond włosów.
-

Krzysztof Komeda– Muszę spadać. Dzięki za… no wiesz. Nie było źle. Pożegnaj resztę. Widzimy się w szkole.
Alicja uśmiechnęła się do niego, ale to nie był uśmiech dziewczyny, która dobrze się bawi. Krzysiek znał takie uśmiechy, bo sam je produkował hurtowo przy matce.
– Do jutra – opowiedział.
Alicja odwróciła się i zaczęła przeciskać w stronę wyjścia, chowając twarz pod włosami. Patrzył za nią i próbował zrozumieć, co się właśnie stało. Czyżby aż tak chujowo tańczył? Na razie nie miało to jednak znaczenia, bo ktoś w końcu wypatrzył Chlebowskiego a przecież to dla niego tu przyszedł. By na własne oczy zobaczyć to upokorzenie, jakie sobie za chwilę zafunduje Adaś. Komeda zszedł z parkietu cofając się pod ścianę. Wychylił się zza głów ludzi. Przy wejściu faktycznie stał on. Ale nie miał na sobie różowej marynarki z krępiny. Założył garnitur pokryty ciapkami, włosy przylizał na żel. Krzysiek nie znał się na modzie, ale nawet on musiał przyznać, że przy Chlebowskim wygląda jak ten stary dziad, który co niedziele wystaje przed kościołem zbierając na protezę.
Powoli docierała do niego prosta, szczera i brutalna prawda.
Chlebowski zrobił z niego durnia.
Nie było żadnej krepiny, żadnego Miami Vice, żadnego Crocketta i Tubbsa.
Cała ta gadka, cały ten jego słowotok, pierdolenie po próżnicy to było przedstawienie, które miało uśpić czujność Komedy. Wmówić mu, że ma do czynienia ze skończonym kretynem. Chlebowski zadbał nawet o rekwizyty. Przyniósł ciupagę, z którą pobiegł do zamku a Krzysiek połknął to jak rosół matki. Łyżka za łyżką, bez zastanowienia.
To nie idiota, pomyślał To geniusz.
Ale dlaczego on? Dlaczego Krzysiek? Znali się od kilku godzin, nigdy się wcześniej nie spotkali. Chlebowski nie miał żadnego powodu, żeby go wkręcać. Chyba że miał. Może chodziło o Kościół, o jego wiarę, o to że Krzysiek pół życia spędził przed ołtarzem? Może Chlebowski był świadkiem Jehowy, albo Żydem? Albo nawet satanistą, który obrał go za swój cel. Krzysiek słyszał różne plotki, nie tylko od matki i Bednarskiej. Marek wspominał kiedyś, że jakieś lesbijki organizują nocami czarne msze w Sokołowie. Może w mieście istniała też druga komórka czcicieli diabła złożona z samych pederastów? Komeda już niczego nie był pewien oprócz tego, że znalazł się na celowniku szkolnego prześladowcy. Współczuł "Carrie" a niedługo sam dołączy do klubu przegrywów.
Tymczasem pod wejściem zrobiło się zamieszanie. Krzysiek stanął na palcach i wtedy zobaczył jak Chlebowskiego otacza banda dresiarzy, którym chyba nie spodobała się jego stylówka.
On tańczy. Nie ucieka. On tańczy.
Mózg Komedy zrobił fikołka, potem obrót i salto w tył. Chwilę temu był przekonany, że Chlebowski to makiaweliczny złodupiec, który go ograł jak dzieciaka. Teraz patrzył jak ten sam złodupiec próbuje naśladować Micheala Jacksona i zaciekle bije się o nagrodę Darwina z ruskim spod Nowosybirska, który wyciągnął zawleczkę granata. Rusek myślał, że dopóki nim nie rzuci granat nie wybuchnie mu w łapie. Ich sytuacja wyglądała podobnie i koniec też mógł mieć identyczne zakończenie. Mimo to Krzysiek nie ruszył się z miejsca. Nie zamierzał się wtrącać, ale obserwował na wypadek gdyby jednak zaczęła się zadyma.
-
Dyskoteka w klubie "Miami"
Adam
Jeden z dresów nawet się zaśmiał, patrząc jak ten pląsa przed bramkarzem (bramkarz się nie śmiał, nie spuszczał wzroku z "elementu problemogennego"), ale reszta nie zareagowała tak jak chciał. Sztylety w oczach, grymasy (jednemu brakowało kilku zębów), brakowało tylko pary buchającej z nosa jak u byka. Widział, jak się zbliżają...
Mikołaj - w swoim domu
Ziewacz nie protestował, ale nic poza tym, nie przejawiał większego zainteresowania, nawet jak spod zaparkowanego na ulicy samochodu śmignął kot, albo coś podobnego. Zignorował to. Pies dłuższą chwilę obwąchiwał słupek ogrodzenia na rogu ulicy, dopiero po dłuższej chwili podniósł łapę.
Mikołaj zrobił rundkę z psem, wrócił na posesję. Gdy tylko zamknął drzwi zobaczył ojca stojącego przy telefonie. Proste plecy, sztywna postura. Od razu było widać, że to rozmowa służbowa. Albo goni komuś kota albo sam dostaje opieprz.
- Tak jest - odwiesił słuchawkę. Czyli to drugie.Mikołaj widział jak ojciec bezgłośnie, ekpresyjnie skomentował to po żołniersku: kurwa. (Mimika twarzy, ruch ust i od razu wiadomo, o jaką partykułę chodzi).
- Kto dzwonił? - mama wychyliła się z pokoju.
- Dowódca, dostał cynk od kolegi z Warszawy o niezapowiedzianej kontroli. Też z Warszawy. Goni wszystkich, muszę jechać do jednostki. Nie wiem na jak długo, ale może w czwartek będę z powrotem. A koty pewnie już w ramach nocnych ćwiczeń malują krawężniki.Krzysztof.
Piętrowe scenariusze w głowie nabierały tempa. Zniknęła gdzieś muzyka, zniknął gdzieś tłum. Adam otwierał przed nim kompletnie nowe wymiary. Fascynujące.
Adam i Paulina
Adam jakby ignorując wszystkich dalej robił występ przed dresami. Numer nie poskutkował, mógł rozpocząć odliczanie do momentu, kiedy pierwsza pięść trafi go w twarz, zanim ochroniarz zdąży zareagować.
Cztery.
Trzy.
"Billie Jean is not my lover"
Dwa.- O, jesteś. Zniknąłeś nam.
Jeden nigdy nie nastąpiło. Paulina, koleżanka z klasy, chwyciła go za ramię, ciągnąc na salę. A dresy... Opad szczęki, agresja która zamieniła się w maślane spojrzenia. Ordynarnie gapili się Paulinie na biust.
Paulina dosłownie czuła ich spojrzenia, gapili jej się na cycki. I na nogi. Rozbierali wzrokiem. Jak najszybciej pociągnęła Adama za sobą, żeby być jak najdalej od nich. Adam był przytomny na tyle, żeby mieć drobniaki na wejście, poszło sprawnie, a zanim tamtym agresja ponownie uderzyła do głowy, odgradzał ich już bramkarz. Nie wejdą.
- Hej, lala... - więcej nie usłyszała, muzyka stała się głośniejsza, a oni byli coraz dalej.Alicja
Mikołaj nie był jedynym który się ewakuował. O ile ten był dla dresów nikim i po prostu przeszedł, Alicja musiała to lepiej zaplanować. Widziała, jak Paulina ruszyła do Adama. Alicja zaryzykowała, odwracając się do ściany i...
Widziała, jak Paulina ściąga na siebie uwagę bandy problemów (swojego brata wśród nich nie widziała, co nie znaczyło że go tam na pewno nie było). Przemknęła chyba niezauważona, bo nikt jej nie zaczepił, szybko pokonał schody, niemalże rozpychając kolejnych dyskotekowców. Starcy imprezy na dziś. Odeszła jeszcze kawałek, odwróciła się. Nikt za nią nie szedł, nikt nie zwracał uwagi. Dokąd teraz? Do domu?
Krzysztof
Fascynujące. Obserwował jak dresy zaraz przypierdolą Adamowi i będzie nawalanka, ale wtedy pojawiła się Paulina i.... (widział też, jak Mikołaj i Alicja osobno wychodzą ignorując całe to zamieszanie), i... Adamowi nic się nie stało, podążał jak posłuszny psiak holowany przez Paulinę, a dresi wyglądali, jakby byli w stanie zrobić wszystko jak tylko dziewczyna kiwnie palcem. Czary.
Jak ona to to zrobiła? Wszystkie dziewczyny to potrafią? Nawet Carrie? Nawet siostra Faustyna?
...
The lover of life's not a sinner
The ending is just a beginner
The closer you get to the meaning
The sooner you'll know that you're dreaming
...Czy śni, czy to coś innego? Smok na dupie, niepytany, zionął ogniem.
-

Adam Chlebowski
Chlebowskiemu nie trzeba było dwa razy powtarzać podążał za Kwiatkowską w pełni naturalnie //- Dzięki Paulina uratowałaś mi skórę, wiszę ci przysługę jakby mi wlali to by pewnie Ojciec poprawił za to że pozwoliłem się pobić.... Nie mam ładnych ciuchów to chciałem zrobić coś śmiesznego niestety nie wszyscy mają poczucie humoru. - Naprawdę czuł sporą ulgę i wdzięczność wobec nowej koleżanki.
Mimo kiepskiego początku wieczoru i tak zamierzał się dobrze bawić i potańczyć.
-

Krzysztof Komeda
Smok na dupie przypomniał o sobie w najmniej odpowiednim momencie. Krzysiek zacisnął zęby i przeniósł ciężar ciała na lewą nogę, ale to nic nie dało. Czuł się jakby miał hemoroidy, choć nigdy nie miał hemoroidów i nie wiedział do końca na czym to polega. Ale kiedyś na wigilii wujek Andrzej z Jeleniej Góry między jednym a drugim kieliszkiem, jeszcze zanim zdążył się pokłócić z teściem o Wałęsę i zwyzywać Kwaśniewskiego pożalił się, że nie może nawet się podetrzeć, bo tak go piecze. Krzysiek miał nadzieję że rana się nie otworzyła. Ciemnoczerwona plama na spodniach byłaby sensacją wieczoru przy którym marynarka z krepiny to niewinna igraszka. Nikt by przecież nie uwierzył w tatuaż smoka na dupie wydziarany w chałupniczych warunkach w piwnicy sąsiada. We wtorkowy poranek cała szkoła by huczała, że Krzysztof Komeda z IB dostał rozwolnienia w klubie Miami i przegrał nierówną walkę ze zwieraczami.
Krzysiek zauważył, że Paulinie udało się odciągnąć Chlebowskiego od dresów. Poczuł ulgę, choć sam tego nie rozumiał. Bo przecież Chlebowski ewidentnie na niego polował. Może przemawiały przez niego resztki chrześcijańskiego miłosierdzia, albo może po prostu nie chciał oglądać jak gęba rówieśnika niczym tyłek Krzyśka po spotkaniu z maszynką do dziarania zamienia się w krwawą papkę.
Wiedział za to jedno. Jeśli Chlebowski go zobaczy to na pewno wykorzysta okazję by znów go spróbować pogrążyć. A już na pewno tak zrobi jeśli rana się otworzy a na spodniach pojawi się plama. Krzysiek nie zamierzał siedzieć i nadstawiać łba pod ciupagę. Musiał zniknąć po angielsku, wrócić do domu, zrobić zimny okład i iść spać.
Był zły na siebie że w ogóle wyszedł i okłamał matkę. Jutro Helena Komeda prześwietli go jak rentgen i wypyta jak było na imprezie u proboszcza. I jeśli kłamstwo w końcu się wyda trafi do piekła jeszcze za życia. Będzie gotować się w kotle wypełnionym łzami matki.
Ruszył w stronę wyjścia. Próbował nie rzucać się w oczy, nie dać po sobie poznać że coś go boli. Ktoś przeszedł obok, szturchnął go biodrem i Krzysiek stęknął cicho. Zdążył jeszcze przekląć w duchu Chlebowskiego i siebie samego po czym wyszedł z Miami i powlókł się chodnikiem w kierunku Błonia.
-

Mikołaj Pogorzelski
Mikołaj się przysłuchiwał. Nawet w rozmowie telefonicznej ciało żołnierza przyjmowało postawę zasadniczą. Tak wytresowane. Zabawne, choć do śmiechu wcale nie było. Zrobiło się nerwowo, aż włosy na ciele uniosły się naelektryzowane napięciem w powietrzu. Ojciec z ciężkim westchnieniem poszedł się przebrać. Wiązał krawat przed lustrem. W ostatnich tygodniach wyraźnie wzrosła ilość siwych pasm przecinających zaczesaną na prawo, zawsze schludnie przystrzyżoną fryzurę. Ucałował mamę.
– Poczekam na zewnątrz – uśmiechnął się z wyrazem „ot, kolejny poniedziałek w armii”. Ewakuował, chcąc oszczędzić sobie dalszych pytań.
Stanął na schodach prowadzących na ganek. Obok walizki. Zawsze spakowana. Telefon mógł zadzwonić w każdym momencie, psując przyjemny wieczór, rodzinny wyjazd, jakiekolwiek plany. Na niej spoczywała garnizonowa czapka z gwiazdą na otoku. Podwójnym galonem na daszku. Wysunął do połowy pocisk z magazynku Camela, zabijający z opóźnieniem. Bawił się zapalniczką, gdy Mikołaj przysiadł koło niego.
– Myślałem, że rzuciłeś – chłopak zagaił.
– Kawa i papieros, tak się zaczęło, sposób na przetrwanie nocnej wachty – pstryknął krzemieniem. Iskry rozświetliły zmęczoną twarz. Wbił fajkę z powrotem do opakowania.
– Nigdy nawet nie zaczynaj – wyciągnął ostrzegawczo wskazujący palec.Trwali dłuższą chwilę w milczeniu. Aura nocnego nieba sprzyjała spojrzeniu z dystansu, ułożeniu myśli.
– Chcą rozformować Centrum – major legnickich wojsk łączności wycedził ostrożnie, prawie niesłyszalnie.Odpowiedział mu uniesiony wzrok, trafiony wiadomością artyleryjskiego kalibru.
– To pewne?– Bolesławiec, Kętrzyn, nawet WSW z Mińska. Dlaczego nas mają oszczędzić? – wojak spojrzał tęsknie na schowanego kiepa. – Po reformacji, jedyne co ciągle słyszę to „reorganizacja”.
– Co będzie?
– Nic. Najwyżej zdejmę mundur. Szkoda zostawiać wszystko. Zaczynać w innej części Polski.
– Może bliżej stolicy wyślą? – Mikołaj kombinował. – Lepsze stanowisko, perspektywa awansu. Jakby coś jadę z tobą.
Cisnął uwierającym, wygrzebanym spod tyłka kamieniem. W dal, w nic konkretnego i w całe przeklęte miasto zarazem.– Nie bądź taki do przodu – poczuł kokosa wwiercanego w czaszkę. – Żołnierze przelewali krew stawiając nasz luksusowy klocek.
– Trzeba było kotom bhp kazać przestrzegać – nastolatek wysmyknął się spod pięści wbijanej w czubek głowy.
Przed ogrodzenie zajechał Honker. Zatrzymał się trzeszcząc szutrem. Kierowca wysiadł. Chciał dzwonić do furtki, lecz zobaczył przełożonego przed drzwiami. Zaniechał. Cofnął się kilka kroków. Oczekiwał przy samochodzie.
Major Pogorzelski poprawił marynarkę, krawat, założył czapkę.
– Trzymaj się, młody. Będą rozkazy, będziemy się martwić – poklepał syna po plecach. Wyszedł na chodnik. Kierowca zasalutował. Zniknęli we wnętrzu pojazdu. Smugi świateł rozświetliły ściany sąsiednich posesji przy nawrocie. Silnik zawarczał. Nabierali prędkości. Przesłonił ich zakręt.– Trzymaj się, Ogar. Będą rozkazy, będziemy się martwić – dzieciak przedrzeźniając, poklepał psiaka po karku. Wrócił do domu.
Długo stał pod natryskiem, zmywając z siebie dzień. Nie tylko brud. Słowa, dźwięki, zapachy. Ludzką obecność. Przebrany, z ręcznikiem na głowie poszedł zrobić tosty. Zamknął się z nimi w pokoju i czekając aż włosy wyschną, robił błogie nic. Siedząc na łóżku, oparty o poduszkę, chrupał warstwy sera, szynki, ogóra i pomidora. Muzyka w tle przygrywała.
The more I drink, the more I see
That suicide could be the key
To the place called paradise
Where pain not dwells, not hate nor lies
But if I look beyond all this
I reckon something I would surely miss
Because in my dreams I rule my life
And the sleeping beauty is my wife…Myśli wędrowały w stronę Felicji. Nie zauważył, kiedy zasnął.
-

Paulina Kwiatkowska
Paulina przewróciła oczami, stając naprzeciw Adama z rękami założonymi na piersi. Pewnie nawet nie zauważył, że jest wściekła — a była. I to bardzo. Może nie znała tych dresów z imienia, ale kojarzyła ich aż za dobrze. Właściwie każdy kojarzył. Jeśli ktoś robił burdy i psuł innym zabawę, szybko zapadał w pamięć.
Nie chciała się w to mieszać… ale jeszcze mniej chciała patrzeć, jak Adam pakuje się w coś, z czego może nie wyjść cało.
— Czy ty masz jakikolwiek instynkt samozachowawczy? — zrugała go od razu, gdy tylko odeszli na bok. — Nie musisz robić z siebie idioty, żeby komuś zaimponować. Albo w ogóle mieć znajomych. Serio.
Weszła w ten swój „nauczycielski” ton, ale gdzieś pod spodem czuła coś jeszcze — coś na kształt współczucia. Miał w sobie znajome jej uczucie. Jakby też próbował być kimś innym, żeby tylko zostać zaakceptowanym.
Jej głos mimowolnie złagodniał.— Ech… dobra. Wisisz mi przysługę.
Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo już po chwili dopadły ich dziewczyny, rozemocjonowane jak po najlepszym hicie kinowym trzymającym w napięciu.
— O kurdę, ale akcja!— wyrzuciła z siebie Asia.
— No, no… wywinęłaś się jak królowa — dodała Kasia z lekkim przekąsem.
— Adam, ale miałeś dziś farta — Magda uśmiechnęła się zaczepnie. — Serio, upiekło ci się.
Magda nie zamierzała sobie odpuszczać. A Adam… cóż. Wcale nie wyglądał źle. Trzeba mu przyznać, że był całkiem zabawny i przystojny. Nieco głupkowaty. Widać było że przy nim blondyneczka zdążyła zapomnieć o Krzyśku.

Paulina jednak o nim nie zapomniała.
Kiedy dziewczyny porwały Adama na parkiet, otaczając go jak wygłodniałe piranie, kątem oka dostrzegła blondyna. Stał trochę z boku, zgarbiony, ręce w kieszeniach, jakby próbował zniknąć. A potem ruszył w stronę wyjścia.
Bez słowa przyspieszyła.
— Krzysiek, czekaj!Zatrzymał się — albo raczej został zatrzymany. Jeden z dresów zagrodził mu drogę, mierząc Paulinę spojrzeniem. Nie powiedział ani słowa, ale nie musiał. Samą postawą dawał jasno do zrozumienia, że lepiej nie wchodzić mu w drogę.
Paulina nie zamierzała się zastanawiać czy to dlatego, że mu się spodobała, czy może chcą wklepać komuś innemu.
Podbiegła, złapała Krzyśka za rękę i pociągnęła go z powrotem w tłum. Prychnęła pod nosem — przez moment poczuła się jak jakaś syrena wabiąca rozbitków.
Krzysiek wyglądał na kompletnie zagubionego. To zdecydowanie nie był jego świat. Widać to było w każdym jego ruchu. Może nie zawsze rozumiała emocje ludzi, ale jedno wiedziała na pewno — on czuł, że tu nie pasuje.
Na parkiecie panował chaos. Magda kleiła się do Adama, Arek kręcił się przy Kasi, Asia tańczyła gdzieś obok, śmiejąc się bez opamiętania. Nie było sensu im przeszkadzać — zwłaszcza że leciała szybka, skoczna nuta.
Paulina nachyliła się do Krzyśka.

— Wiem, że to nie twój klimat — powiedziała głośno, próbując przekrzyczeć muzykę. — Ale spróbuj się po prostu dobrze bawić. Nie myśl o sobie, o tym jak wyglądasz, co robią inni…
Zrobiła pauzę i uśmiechnęła się lekko. Skąd wiedziała? Nie dało się ukryć, po ubiorze na rozpoczęciu roku szkolnego.
— To oni są tłem. Ty jesteś gwiazdą. Płyniesz.
Próbowała zaszczepić w nim trochę luzu, choć nie była pewna, czy w ogóle wie, co ze sobą zrobić. Dlatego zaczęła pokazywać mu proste ruchy — dalekie od jakiejkolwiek kokieterii. Ruszała się swobodnie, jakby naprawdę „płynęła”, bez napięcia i bez pozowania. Jej taniec był czystą, nieskrępowaną zabawą. Nie próbowała nikomu imponować ani udowadniać, że jest najlepszą laską na sali. Po prostu była — tu i teraz — i to było w niej widać. A jeśli Krzysiek nie miał ochoty się w to wciągnąć, robiła wszystko, by przynajmniej rozluźnić atmosferę.
Po kilku szybkich kawałkach byli już kompletnie zdyszani. Paulina złapała go za rękaw i zaciągnęła do stolika. Zamówiła dwa napoje i opadła na krzesło, próbując złapać oddech.
— No i co… aż tak źle? — rzuciła z uśmiechem, popijając przez słomkę.
Przyjrzała mu się uważniej.
— Ej… serio. Co cię gryzie?
Nie znali się prawie wcale, a jednak zależało jej, żeby poczuł się tu choć trochę swobodnie. Może robiła to dla niego… a może trochę dla siebie.

Po chwili przy stolikach zebrała się już cała ekipa — dziewczyny, Arek i Adam. Trzeba było przenieść się do większego stołu, żeby wszyscy się pomieścili, więc Paulina z Krzyśkiem bez słowa zmienili miejsce.
Paulina oparła się wygodnie i rozejrzała wokół. Była zadowolona. Ten wieczór układał się lepiej, niż się spodziewała. Udało jej się zbliżyć do kilku osób — w tym dwóch, które jeszcze niedawno były dla niej zupełnie obce.
Kasia patrzyła na nią z czymś na kształt uznania. Magda najwyraźniej nie żałowała, że odpuściła Krzyśka — taniec z Adamem w zupełności jej wystarczył. Wyglądało na to, że jego styl naprawdę przypadł jej do gustu… choć kto wie, co powie jutro.
Asia była w swoim żywiole. Ożywiona, wpatrzona w Adama, który właśnie rozkręcał jakąś historię. Lubiła takie momenty — siedzenie przy muzyce, rozmowy, śmiech.
To była krótka chwila oddechu.
Zanim znów wrócą na parkiet.

-

Alicja Filipowicz
Odetchnęła z ulgą, kiedy w końcu wydostała się z klubu, w którym zrobiło się dla niej zdecydowanie za ciasno. Przed wejściem wciąż kręciło się kilka osób - ktoś stał pod ścianą i palił papierosa, ktoś inny próbował przecisnąć się do środka. Dla wielu wieczór dopiero się zaczynał.
Alicja zapięła zamek kurtki, bo przez ciało przebiegł jej zimny dreszcz. Choć wakacje ledwo się skończyły i był dopiero początek września, wieczorne powietrze przeszywało rześkim chłodem. Skrzyżowała ręce na piersi, dodając sobie trochę ciepła, po czym ruszyła przed siebie, zostawiając “Miami” i dyskotekę za sobą.
Latarnie oświetlały drogę ciepłym, pomarańczowym światłem, ale były rozstawione zbyt rzadko, przynajmniej jak na gust Alicji. Idąc samotnie chodnikiem przez puste miasteczko, wcale nie czuła się pewnie. Może powinna była zostać dłużej i poprosić kogoś o odprowadzenie? Może spotkanie Jarka nie byłoby wcale najgorszym pomysłem - w jego towarzystwie na pewno mogła liczyć na bezpieczny powrót.
Ulice Sokołowa Śląskiego po zmroku miały w sobie coś niepokojącego. Alicja nie potrafiła do końca określić co. Czy chodziło o to, że choć nie wybiła jeszcze północ, miasteczko było kompletnie opustoszałe? A może to upiorny zamek górujący nad miastem i jego ponura historia kładły się dodatkowym cieniem?
Droga do domu w słabym świetle latarni dłużyła się, a w głowie pojawiały się coraz gorsze scenariusze. Alicję ogarnęło nieprzyjemne uczucie ściskające gardło i żołądek. Naprawdę zaczęła żałować, że nie została dłużej w klubie z dziewczynami. Przyspieszyła kroku - odruchowo, jakby coś w środku kazało jej to zrobić. Nie słyszała żadnych kroków ani szelestów. Wręcz przeciwnie - otaczała ją głucha cisza śpiącego miasteczka. A jednak miała nieodparte wrażenie, że ktoś za nią idzie. I że jest bliżej, niż powinien.
Nie obejrzała się. Wiedziała, że jeśli ktoś naprawdę tam był, mogłoby go to tylko sprowokować, a ją spowolnić. Szła szybko, pewnie, choć wcale się tak nie czuła. Przeciwnie - zaczynała się bać. Czy to tylko wyobraźnia, czy ktoś rzeczywiście szedł za nią? Nie była na tyle odważna, albo na tyle głupia, żeby to sprawdzić. Ścisk w gardle narastał, a do oczu zaczęły napływać łzy, rozmazując obraz. Serce łomotało jak oszalałe. Miała wrażenie, że ktokolwiek za nią szedł, był już tuż za nią. Mogłaby przysiąc, że czuła czyjś oddech na karku. Że coś do niej szeptało.
Zaczęła biec. Ile sił w nogach. Wpadła na podwórko przed domem i dopadła drzwi wejściowych. Były otwarte - ojciec był w środku, nie zamknął na klucz, wiedząc, że Alicji i Jarka nie ma. Nie obejrzała się ani razu. Dopiero kiedy znalazła się w domu, za zamkniętymi drzwiami, pozwoliła sobie odetchnąć.
Niedługo później, już we własnym pokoju, zakopała się pod kołdrą i zasnęła niemal od razu.
-

Adam Chlebowski
// - Wiesz Paulina u Willama Szekspira, Błazen zawsze jest najmądrzejszą postacią. Jak sam zrobię z siebie idiotę i obrócę to w żart, to nikt obcy nie może mi tak zrobić - Powiedział puszczając oko niby w żarcie ale po zachowaniu dresów widać było, że to bardziej pobożne życzenia i fantazje Adama niż fakt //- Niestety, jak widać nie wszyscy łapią moją poczucie humoru... - Dodał w ramach usprawiedliwienia.
Potem został porwany w chaos życia towarzyskiego! Tańczył dobrze, nie deptał Magdzie po nogach, starał się aby czuła się księżniczką wieczoru. Nie roił sobie przy tym, żadnych marzeń o chodzeniu ze sobą, czy ślubnym kobiercu... Nie zdziwi się, jeżeli Madzia jutro zapomni jak Chlebowski ma na imię ale to nie było ważne, bo cieszył się chwilą!
Dużo się uśmiechał, więcej słuchał, niż mówił, żeby nie wyjść na jeszcze gorszego dziwaka, choć na to już był za późno ?
Nawet głębokie cienie pod oczami jakby na chwilę zniknęły bo zapomniał o domowym piekle które były ich powodem.
-

Paulina Kwiatkowska
Paulina przewróciła oczami, stając naprzeciw Adama z rękami założonymi na piersi. Pewnie nawet nie zauważył, że jest wściekła — a była. I to bardzo. Może nie znała tych dresów z imienia, ale kojarzyła ich aż za dobrze. Właściwie każdy kojarzył. Jeśli ktoś robił burdy i psuł innym zabawę, szybko zapadał w pamięć.
Nie chciała się w to mieszać… ale jeszcze mniej chciała patrzeć, jak Adam pakuje się w coś, z czego może nie wyjść cało.
— Czy ty masz jakikolwiek instynkt samozachowawczy? — zrugała go od razu, gdy tylko odeszli na bok. — Nie musisz robić z siebie idioty, żeby komuś zaimponować. Albo w ogóle mieć znajomych. Serio.
Weszła w ten swój „nauczycielski” ton, ale gdzieś pod spodem czuła coś jeszcze — coś na kształt współczucia. Miał w sobie znajome jej uczucie. Jakby też próbował być kimś innym, żeby tylko zostać zaakceptowanym.
Jej głos mimowolnie złagodniał.— Ech… dobra. Wisisz mi przysługę.
Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo już po chwili dopadły ich dziewczyny, rozemocjonowane jak po najlepszym hicie kinowym trzymającym w napięciu.
— O kurdę, ale akcja!— wyrzuciła z siebie Asia.
— No, no… wywinęłaś się jak królowa — dodała Kasia z lekkim przekąsem.
— Adam, ale miałeś dziś farta — Magda uśmiechnęła się zaczepnie. — Serio, upiekło ci się.
Magda nie zamierzała sobie odpuszczać. A Adam… cóż. Wcale nie wyglądał źle. Trzeba mu przyznać, że był całkiem zabawny i przystojny. Nieco głupkowaty. Widać było że przy nim blondyneczka zdążyła zapomnieć o Krzyśku.

Paulina jednak o nim nie zapomniała.
Kiedy dziewczyny porwały Adama na parkiet, otaczając go jak wygłodniałe piranie, kątem oka dostrzegła blondyna. Stał trochę z boku, zgarbiony, ręce w kieszeniach, jakby próbował zniknąć. A potem ruszył w stronę wyjścia.
Bez słowa przyspieszyła.
— Krzysiek, czekaj!Zatrzymał się — albo raczej został zatrzymany. Jeden z dresów zagrodził mu drogę, mierząc Paulinę spojrzeniem. Nie powiedział ani słowa, ale nie musiał. Samą postawą dawał jasno do zrozumienia, że lepiej nie wchodzić mu w drogę.
Paulina nie zamierzała się zastanawiać czy to dlatego, że mu się spodobała, czy może chcą wklepać komuś innemu.
Podbiegła, złapała Krzyśka za rękę i pociągnęła go z powrotem w tłum. Prychnęła pod nosem — przez moment poczuła się jak jakaś syrena wabiąca rozbitków.
Krzysiek wyglądał na kompletnie zagubionego. To zdecydowanie nie był jego świat. Widać to było w każdym jego ruchu. Może nie zawsze rozumiała emocje ludzi, ale jedno wiedziała na pewno — on czuł, że tu nie pasuje.
Na parkiecie panował chaos. Magda kleiła się do Adama, Arek kręcił się przy Kasi, Asia tańczyła gdzieś obok, śmiejąc się bez opamiętania. Nie było sensu im przeszkadzać — zwłaszcza że leciała szybka, skoczna nuta.
Paulina nachyliła się do Krzyśka.

— Wiem, że to nie twój klimat — powiedziała głośno, próbując przekrzyczeć muzykę. — Ale spróbuj się po prostu dobrze bawić. Nie myśl o sobie, o tym jak wyglądasz, co robią inni…
Zrobiła pauzę i uśmiechnęła się lekko. Skąd wiedziała? Nie dało się ukryć, po ubiorze na rozpoczęciu roku szkolnego.
— To oni są tłem. Ty jesteś gwiazdą. Płyniesz.
Próbowała zaszczepić w nim trochę luzu, choć nie była pewna, czy w ogóle wie, co ze sobą zrobić. Dlatego zaczęła pokazywać mu proste ruchy — dalekie od jakiejkolwiek kokieterii. Ruszała się swobodnie, jakby naprawdę „płynęła”, bez napięcia i bez pozowania. Jej taniec był czystą, nieskrępowaną zabawą. Nie próbowała nikomu imponować ani udowadniać, że jest najlepszą laską na sali. Po prostu była — tu i teraz — i to było w niej widać. A jeśli Krzysiek nie miał ochoty się w to wciągnąć, robiła wszystko, by przynajmniej rozluźnić atmosferę.
Po kilku szybkich kawałkach byli już kompletnie zdyszani. Paulina złapała go za rękaw i zaciągnęła do stolika. Zamówiła dwa napoje i opadła na krzesło, próbując złapać oddech.
— No i co… aż tak źle? — rzuciła z uśmiechem, popijając przez słomkę.
Przyjrzała mu się uważniej.
— Ej… serio. Co cię gryzie?
Nie znali się prawie wcale, a jednak zależało jej, żeby poczuł się tu choć trochę swobodnie. Może robiła to dla niego… a może trochę dla siebie.

Po chwili przy stolikach zebrała się już cała ekipa — dziewczyny, Arek i Adam. Trzeba było przenieść się do większego stołu, żeby wszyscy się pomieścili, więc Paulina z Krzyśkiem bez słowa zmienili miejsce.
Paulina oparła się wygodnie i rozejrzała wokół. Była zadowolona. Ten wieczór układał się lepiej, niż się spodziewała. Udało jej się zbliżyć do kilku osób — w tym dwóch, które jeszcze niedawno były dla niej zupełnie obce.
Kasia patrzyła na nią z czymś na kształt uznania. Magda najwyraźniej nie żałowała, że odpuściła Krzyśka — taniec z Adamem w zupełności jej wystarczył. Wyglądało na to, że jego styl naprawdę przypadł jej do gustu… choć kto wie, co powie jutro.
Asia była w swoim żywiole. Ożywiona, wpatrzona w Adama, który właśnie rozkręcał jakąś historię. Lubiła takie momenty — siedzenie przy muzyce, rozmowy, śmiech.
To była krótka chwila oddechu.
Zanim znów wrócą na parkiet.


Paulina Kwiatkowska & Krzysztof Komeda
Istniała wersja alternatywnej rzeczywistości, w której Krzysztof Komeda wychodził niezauważony z klubu Miami, wracał do domu i kładł zimny okład na tyłek. Istniała wersja alternatywnej rzeczywistości, w której zasypiał spokojnym snem z poczuciem ulgi, że uniknął najgorszej katastrofy w swoim życiu. Krzysiek jednak znajdował się w linii czasowej, w której zanim zdążył poczuć świeże powietrze i wyjść z klubu usłyszał swoje imię a jakiś dres nagle zagrodził mu drogę. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie.
Paulina złapała go za rękę i pociągnęła z powrotem w tłum. Krzysiek nie zdążył nawet zaprotestować. Szedł za nią jak ciele na rzeź.
Stanęli na parkiecie. Koleżanka uśmiechnęła się do niego i zaczęła się kołysać w rytm muzyki. Komeda spojrzał na nią i zacisnął zęby. Nie chciał wyjść na buraka, który stoi w miejscu jak ostatnia sierota. W normalnych okolicznościach byłby przeszczęśliwy, bo jedna z najładniejszych dziewczyn w klasie chciała z nim tańczyć. Bochenek sprzedałby za coś takiego własną matkę i dorzucił jeszcze nerkę. Ale to nie były normalne okoliczności. Chłopak czuł że za chwilę zemdleje z bólu. Mimo to zmusił się by wykonać ruch. Nie próbował tańczyć jak Michael Jackson ani Adam Chlebowski, były to raczej podrygi Zenka Martyniuka, którego matka oglądała co niedzielę w Disco Relaxie.
Paulina nachyliła się do niego i coś powiedziała, ale muzyka zagłuszyła jej słowa. Krzysiek kiwnął głową jakby rozumiał. Dziewczyna uśmiechnęła się szerzej i pokazała mu jakiś ruch rękami. Równie dobrze mogła uczyć tańca manekina na wystawie, ale Komeda się nie poddawał zmuszając usta do uśmiechu. Były momenty gdy niemal zapominał o bólu. Patrzył jak dziewczyna poruszała się lekko i bez wysiłku, kołysząc biodrami. Jakby jej ciało zbudowane było z samej muzyki.
Po kilku kawałkach Krzysiek był zdyszany i spocony. Paulina złapała go za rękaw i zaciągnęła do stolika. Zamówiła dwa napoje i opadła na krzesło. Komeda klapnął ostrożnie, jakby siadał na minie.
— No i co… aż tak źle? — rzuciła z uśmiechem, popijając przez słomkę.
Zmrużyła oczy, przyglądając mu się uważnie, choć nienachalnie. W jej głowie zaczęły układać się różne scenariusze — od tego, że Krzysiek po prostu gra outsidera zasłuchanego w głośną muzykę, jak sugerował jego strój na rozpoczęciu roku, aż po coś znacznie bardziej złożonego.
Może sam nie był do końca pewien, kim właściwie jest?
Ona sama często zadawała sobie podobne pytania. Czy wszystko, co robi, jest akceptowane? Czy inni ją lubią? Czy czasem nie bywa „za bardzo”?
— Ej… serio. Co cię gryzie?
Krzysiek próbował nadrabiać miną i udawać, że się świetnie bawi, ale Paulina czytała z niego jak z książki. Co nie było takie trudne, bo cierpienie miał wypisane na twarzy. Nie dlatego, że przeszkadzało mu jej towarzystwo. Wręcz przeciwnie. Nigdy, nawet na pielgrzymkach i oazach nie spotkał tak przyjemnej dziewczyny co było dziwne bo Paulina Kwiatkowska była ładna, bardzo ładna a takie dziewczyny nie są przecież miłe. Wiedział to z amerykańskich filmów.
Pociągnęła łyk kolorowego napoju przez słomkę i na moment spuściła wzrok. Kiedy wcześniej zaprzeczył, że coś go gryzie, odpuściła bez nacisku. W końcu byli na dyskotece, dobrze się bawili. To nie był czas ani miejsce na rozmowy o czymś być może zbyt prywatnym, może nawet bolesnym. I chyba też nie ten etap znajomości. Tak przynajmniej jej się wydawało.
— Nic mnie nie gryzie. Serio. Jest super —skłamał nerwowo poruszając się w krześle. Smok na pośladku udręczonymi niedawnymi harcami na parkiecie od razu zionął ogniem i Komeda zacisnął szczekę z bólu. Dłużej już nie mógł udawać.
— Dobra, powiem ci coś, ale obiecaj, że nikomu nie wygadasz. Ani Kaśce, ani Magdzie. Nikomu. Daj słowo.
Paulina nagle ożywiła się. Wyprostowała plecy, a w jej niebieskich oczach błysnęło coś ostrego, niemal zaczepnego. Być może Komeda, widząc tę zmianę, przez ułamek sekundy pożałował swoich słów — ale było już za późno.
— Przysięgam na kasetę Nirvany — rzuciła szybko.
Wyciągnęła rękę w jego stronę i oparła łokieć o blat stołu. Wysunęła mały palec — ten jeden, najważniejszy. W końcu kiedy splącze się nim z kimś drugim, obietnica przestaje być żartem.
Spojrzała na niego uważnie, z lekkim uśmiechem, ale i czymś upartym w spojrzeniu. Teraz nie było już odwrotu.Nie spodobał mu się ten błysk w jej oku. Spodobał i nie spodobał, ale nie miał czasu teraz tego roztrząsać. Były dwa wyjścia. Mógł dalej siedzieć z miną żywcem obdzieranego ze skóry męczennika, albo uczciwie wyjaśnić sytuację.
— Jak na Nirvanę, to nie mam wyboru. Wytoczyłaś najcięższe działa — westchnął, ale w kącikach pojawił cień uśmiechu. Zaczepił swój palec o jej — Mamy deal.

W końcu odsunął dłoń i sięgnął po szklankę z kolorowym drinkiem, którego nazwy nie pamiętał. Zwilżył gardło. Zaczynała się najgorsza część. Spojrzał raz jeszcze na Paulinę. Próbował wyczytać czy może jej zaufać. Nic nie wyczytał. Skakał na główkę w czarną wodę.
— No więc chodzi o to... — Wziął oddech i wstrzymał go na chwilę — ...wczoraj zrobiłem sobie dziarkę. I trochę jeszcze boli.
Miał nadzieję, że takie wyjaśnienie wystarczy i Paulina nie będzie drążyć tematu.
Paulina uniosła brew. Oparła się wygodniej o oparcie krzesła i skrzyżowała ręce na piersi. Jej spojrzenie nabrało teraz wyrazu a’la Sherlock Holmes.
— Czyli jednak coś cię gryzie — mruknęła, patrząc na niego spod przymrużonych powiek. — Mój brat zna świetnego tatuażystę — nie potrafiła nie wspomnieć, weszło jej w krew. Pochyliła się odrobinę bliżej.
— I ja mam uwierzyć, że cała ta mina to tylko przez „trochę boli”? — zawiesiła na nim spojrzenie, a kącik jej ust uniósł się w półuśmiechu.
— To nie brzmi jak cała historia — wbiła w niego przenikliwe spojrzenie — Co i gdzie zmajstrowałeś? Pokażesz?
Jej brat znał świetnego tatuażystę. Ale Krzysiek czuł w kościach i zmaltretowanym pośladku, że to nie jest Marek Koza. Właściwie to miał pewność, że był pierwszym ochotnikiem sąsiada i pewnie ostatnim jeśli w ranę wda się gangrena.
Tymczasem Paulina nie odpuszczała. Swobodnie przeszła od dygresji o bracie do pytań. Bardzo niewygodnych pytań. Po ostatnim prawie opluł się drinkiem a jego policzki zapłonęły.— To naprawdę nic takiego — zapewnił a głos mu prawie wcale nie zadrżał.— Boli bo tatuaż jest z tyłu... w czułym miejscu, na plecach. Trochę niżej.
Ostatnie zdanie wydukał pod nosem i natychmiast taktycznie zmienił temat.
— A ty masz jakieś dziarki? Albo planujesz coś zrobić?
Paulina zmrużyła lekko oczy, a jej uśmiech tylko się pogłębił.
— „Na plecach. Trochę niżej”? — powtórzyła powoli, jakby testowała jego wersję. Pochyliła się odrobinę bliżej.
— Krzysiek… — zaczęła miękko. — Ty nawet nie umiesz dobrze skłamać o lokalizacji.
Na moment zawiesiła spojrzenie na jego twarzy, wyraźnie rozbawiona.
— Spokojnie, nie będę cię wypytywać przy wszystkich — dodała ciszej. — Ale nie udawaj, że to mnie przekonało.
Dopiero wtedy odsunęła się z powrotem.
— A ja? — wzruszyła lekko ramionami. — Jeszcze nie. Ale jak już, to coś, czego nie będę musiała się wstydzić za pięć lat.
Paulina nie nabrała się na zawoalowane słówka a gdy jej uśmiech rozjaśnił twarz było już wiadomo, że Krzysiek nie musi dodawać nic więcej. Został prześwietlony na wylot, ale przynajmniej nie musiał już udawać, tłumaczyć skąd ta zbolała mina. Jeden ciężar z pleców mniej. Nawet jeśli ostatnie jej słowa brzmiały jak przytyk. Porwał się z tym tatuażem na żywioł, ale czy rock'n'rollowcy żyją według planu? Chciał wierzyć, że nie.
Widząc, że do ich stolika zmierza już ekipa Pauliny zdążył jeszcze do niej wyszeptać.
— Nie zapomnij. Na kasetę Nirvany. -
Szarzyzna
Klub "Miami", późny wieczór, godzina 20.
Było już ciemno. Problem z dresami chyba się rozwiązał, nie weszli na salę, a bramkarze z pewnością nie stali z nimi i dalej dyskutowali. Nie było też awantury, muzyka dalej grała, nie było słychać nadjeżdżającego patrolu policji. Do końca imprezy pozostały jeszcze ze dwie godziny, wtedy to pewnie wygonią całe towarzystwo, a klub do godzin nocnych zamieni się w "ten lepszy" bar.
- A wy co tak siedzicie?! Dawajcie na parkiet! - i znowu obie dziewczyny (Kasia i Asia) pociągnęły obu rozanielonych chłopaków (Adam i Arek) w tłum.
Paulina wiedziała, że Kasia będzie tutaj do samego końca, a Asia tak samo długo jak Kasia. Koniec dyskoteki był o dziesiątej. Wyjść o dziesiątej, czy być w domu o dziesiątej? A może wcześniej?
Krzysztof też nie mógł udawać że ta chwila będzie trwać wiecznie, szczególnie że musiał brać pod uwagę matkę i bajkę o herbatce u księdza. Z każdym kolejnym napojem znikała pieniądze z kieszeni. I dziara. Nadal o sobie przypominała, ale chyba nie było tak źle, raczej nie krwawi, opatrunek na pewno nie przeciekał, spodnie były suche (sprawdzał to, niby szukając czegoś w tylnej kieszeni).
Wydarzenia na zamku poszły w niepamięć, teraz się bawimy!
-
Krzysztof Komeda
Kopciuszek musiał zniknąć o północy. Krzysiek musiał zniknąć o wpół do dziesiątej zanim Helena Komeda zacznie się zastanawiać dlaczego ksiądz proboszcz tak długo świętuje z ministrantami. Nie miał wielkiego wyboru. Kasa którą matka dała mu na czekoladki roztrwonił przy w barze i teraz siedział bez grosza. Nie był sępem i wolał żeby nikt mu stawiał a już na pewno nie dziewczyny. W porównaniu z takim Chlebowskim - którego stać było na designerskie marynarki - był biedakiem, ale one nie musiały o tym wiedzieć.
Dziara na tyłku jakby odpuściła i to nie przez lód ani maść tylko przez ludzi z którymi siedział przy stoliku. Muzyka dalej była chujowa jak żarty Tadeusza Drozdy w Śmiechu Warte, ale nie miało to już znaczenia bo Paulina go zatrzymała i dobrze zrobiła. Nawet Chlebowski wydał mu się sympatyczny. Może wcale nie polował na Krzyśka, tylko był po prostu dziwny.
W końcu podniósł się z krzesła, pożegnał się ze wszystkimi, machnął ręką i ruszył do wyjścia. Tym razem nikt go nie zatrzymywał.
-

Paulina Kwiatkowska
Muzyka dalej niosła się po sali ciężkim, pulsującym rytmem, ale coś się już zmieniło. To nie była ta sama energia co na początku — bardziej rozlana, trochę zmęczona, jakby impreza powoli traciła oddech.
Paulina kręciła się jeszcze między parkietem a stolikiem, nie pozwalając sobie całkiem opaść z sił. Wciąż łapała spojrzenia, wciąż gdzieś się uśmiechała, poprawiała włosy, wygładzała materiał na biodrach. Było w tym coś mechanicznego, ale jednocześnie przyjemnego — jakby wiedziała dokładnie, jak się ustawić, żeby nadal „płynąć”.
Kasia nie schodziła z parkietu na długo, Asia raz po raz wracała do stolika tylko po to, żeby zaraz znów zniknąć w tłumie, a Magda zdawała się korzystać z każdej minuty, jakby tej nocy nie miało być końca.
Paulina przez chwilę została przy stoliku sama, opierając się łokciem o blat. Szklanka była już prawie pusta, lód dawno się rozpuścił. Przesunęła słomkę palcem, patrząc gdzieś ponad ludźmi, ponad światłami.
To był ten moment — kiedy jeszcze się jest na imprezie, ale myśli zaczynają odpływać gdzieś dalej. Pomału łapał ją ten lękowy stan, kiedy zaczynała się zastanawiać, czy na pewno wszystko zrobiła dobrze, czy nie będzie za coś komentowana, obgadywana…Wróciła na parkiet, aby odgonić obawy.
Jeszcze jeden kawałek. Potem kolejny. Śmiech, który przychodził trochę łatwiej niż zwykle. Ruchy mniej kontrolowane, ale za to bardziej swobodne. Przez chwilę naprawdę przestała analizować. Z czasem jednak nawet muzyka zaczęła jakby cichnąć — albo to ona miała jej już dość. Coraz więcej osób znikało. Stoliki pustoszały. Ktoś się żegnał przy drzwiach, ktoś wychodził bez słowa.
Paulina wróciła do stolika i tym razem już nie wstała od razu. Usiadła głębiej, odchylając się lekko do tyłu. Spojrzała na dziewczyny — zmęczone, rozgrzane, trochę rozmazane światłem.
— Asia, twoja mama dalej aktualna? — rzuciła w końcu, trochę ciszej niż wcześniej.
— Tak, umówiłyśmy się konkretnie na godzinę, więc jeszcze chwilę — odpowiedziała Asia.To „jeszcze chwilę” przeciągnęło się o dobre kilkanaście minut. Nikt już nie miał siły wracać na parkiet, ale też nikt nie chciał pierwszy powiedzieć, że to koniec.
W końcu Kasia podniosła się powoli jako pierwsza. Za nią jak owieczki, poszła reszta grupy.
Na zewnątrz było chłodno. Powietrze uderzyło w rozgrzaną skórę przyjemnym kontrastem. Hałas klubu został za drzwiami — nagle wszystko zrobiło się dziwnie ciche.
Paulina stanęła na chwilę przy wejściu, rozglądając się po ulicy. Światła latarni odbijały się w wilgotnym asfalcie, a miasto wyglądało, jakby też było już trochę zmęczone.
Po kilku minutach pod klub podjechał samochód. Światła przecięły półmrok, a znajoma sylwetka za kierownicą nie pozostawiała wątpliwości.— To nasz transport — rzuciła Asia z lekką ulgą.
Pakowanie się do auta było trochę chaotyczne — śmiechy, przesuwanie się, szukanie miejsca. Paulina wślizgnęła się do środka, zamykając za sobą drzwi i opierając głowę na chwilę o zagłówek.
Silnik ruszył.
Miasto zaczęło powoli przesuwać się za szybą — puste ulice, pojedyncze światła w oknach, przystanki bez ludzi.
Paulina patrzyła w szybę, w której odbijała się jej twarz. Makijaż już nie był tak idealny jak na początku, włosy trochę opadły, ale w tym wszystkim było coś… prawdziwszego.
Jakby ta noc coś z niej zdarła, ale jednocześnie coś też dała.
Samochód zatrzymywał się kolejno. Dziewczyny wysiadały, rzucały szybkie pożegnania, znikały w swoich domach. Kiedy przyszła jej kolej, wysiadła powoli. Zamknęła drzwi i przez chwilę patrzyła, jak samochód odjeżdża. Potem odwróciła się w stronę swojego domu.
Cisza była zupełnie inna niż ta w klubie. Spokojna. Prawie kojąca.
Impreza się skończyła, ale gdy kładła się już spać, w jej głowie jeszcze długo grała muzyka. -
Szarzyzna
Klub „Miami”, późny wieczór.
Ze znanych Adamowi osób zwijało się coraz więcej osób. Nawet Arek dość szybko się ewakuował, zaraz po tym jak skończył tańczyć do tego, co didżej puścił, a co od dłuższego czasu było na listach przebojów w radiu - „Takie tango” Budki Suflera. Dopił colę, czy coś tam innego co zamówił i opuścił klub. Zbiegł po schodach i kompletnie ignorując zafascynowane spojrzenia (zielone grochy) mocno odbijały się w świetle sodówek. Dotarł do domu bez problemu, nie pozabijał się na krzywych płytach chodnikowych, nie wdepnął w psią kupę ani nikt się go nie spytał, czy ma jakiś problem. Nawet w domu.
Sokołów Śląski, gdzieś na mieście.
Nie zdążyły nawet krzyknąć. Było ich dwóch. Tylko to zauważyła, gdy tylko wysiadła z samochodu. Pięść prosto w szczękę, potem upadła. Uderzyła głową w chodnik, straciła przytomność.
Adam Chlebowski, dom.
Obyło się bez awantury, bez komentarzy ze strony ojca siedzącego jeszcze przed telewizorem. Poszedł od razu na górę. Zasnął.
Sygnał dzwoniącego telefonu, głośne marudzenie ojca, niemalże równie głośne próby uciszenia go przez matkę, żeby nie obudził Stefci. Zapalone światło na korytarzu, ojciec schodzi po schodach. On nawet nie próbował być cicho.
- Słucham?
- …
- Posterunkowy, jaja sobie robisz?
- …
- O cholera, daj nam kwadrans, ja pierdolę…Kroki po schodach.
- Adrian! Wstawaj! Jedziemy na akcję!Adam to zaciekawiło. Że dzwonili do ojca po nocy, to normalne, zdarzało się. Ale żeby ojciec budził brata i jeszcze mówił o akcji, to było coś nowego. Niestety dalsze rozmowy były już o wiele cichsze, po kilku minutach zgasło światło, na podjeździe odpalili samochód. Wyrwany ze snu Adam po chwili ponownie zasnął.
Krzysztof Komeda, kościół – poranna msza.
Na pierwszej mszy nie było wielu osób. Był proboszcz, siostra Faustyna, on jako jedyny ministrant i aż ośmiu wiernych, w tym jego matka. Kiedy inni mogli pospać do siódmej albo dłużej, matka Krzysztofa budziła go już zaraz po piątej, bo msza była o szóstej. Krzysztof nie był zbytnio skoncentrowany, myślami był nadal na dyskotece, a wzrokiem na siostrze Faustynie. Jej habit nie był obcisły, co to to nie, po prostu habit, ale niektóre części ciała były wyraźnie zarysowane. Ksiądz proboszcz był mniej więcej w połowie modlitwy eucharystycznej, a Krzysztof w myślach wyobrażał sobie, jak zrywa siostrze Faustynie habit i…
Odgłos prującego się materiału był niemożliwie głośny. Z prawdziwym przerażeniem Krzysztof widział, jak habit siostry Faustyny pruje się na szwie, odsłaniając pasek od białego biustonosza. To było niemożliwe! Jakby niewidzialne dłonie rozerwały habit! Na jego oczach. Reakcja siostry Faustyny dała mu do zrozumienia, że to nie przewidzenie.
Matko Bosko! Zaraz jeszcze przypomniał mu się fragment ze Starego Testamentu, Księga Powtórzonego Prawa: „Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, uprawiał wróżby, gusła, przepowiednie i czary; nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych. Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni. Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich Pan, Bóg twój, sprzed twego oblicza.”
Paulina Kwiatkowska, dom.
Budzik zadzwonił zdecydowanie za szybko. Nie otwierając oczu, na pamięć, pacnęła budzik ręką hałasujące urządzenie. Ten ucichł. Po chwili już powoli sprawdziła w co trafiła dłonią, po coś jej nie pasowało. Szeroko otwartymi oczami spojrzała na szafkę nocną. Dłonią klepała szafkę, budzik stał dalej. Nie było żadnej szansy, żeby dosięgnęła go bez mocnego wychylenia się, graniczącego z wypadnięciem z łóżka.
Zerwała się z łóżka, po chwili wróciło logiczne myślenie. Ale fajnie, wystarczy że uderzy w szafkę a budzi i tak zamilknie. Wzięła budzik, przestawiła czas budzenia na te kilka minut do przodu. Ten zgodnie z oczekiwaniem ponownie zaczął dzwonić. Klepnęła w szafkę. Nic się nie stało. Uderzyła mocniej. Nic, budzik nadal dzwonił.
- Paulina, wstawaj!
Zrezygnowana i zaniepokojona wyłączyła budzik tak jak zwykle. Przycisk stawiał wyczuwalny opór, budzik nie mógł się ot tak sam wyłączyć.
Adam Chlebowski, dom.
Był już po śniadaniu, spakowany do szkoły. Mama stała przy telefonie, szukając czegoś w zeszycie z zapisanymi numerami.
- No gdzie on jest? Przecież miałam go zapisanego!
- Czego szukasz mamo?
- Numer do cioci Wandzi, ma dzisiaj imieniny.
Adam wiedział o cioci Wandzi tyle, że istnieje. Nie pamiętał jej, nigdy z nią chyba nie rozmawiał, po prostu dalsza rodzina, mieszkała gdzieś w … Oławie? A może Olsztynie? I skąd niby ma znać ten numer telefonu? Nic tutaj nie…
- 56 93 713 – Adam bez zająknięcia wyrecytował numer, aż się sam przestraszył.
… pomoże.
Mama po chwili znalazła numer w zeszycie.
- Jest! 56 93 713... - spojrzała się na syna. - Skąd wiedziałeś?
Alicja Filipowicz, dom.
Była już po śniadaniu i myła zęby w łazience, kiedy między tatą (który jeszcze nie był w swoim warsztacie) a bratem wybuchła awantura. O to co zwykle. Poczekała w łazience trochę bliżej, aż się uspokoi, dopiero wtedy wyszła do przedpokoju.
- A ty pewnie świetnie wczoraj bawiłaś, co? - brat stał w korytarzu, nadal wkurzony. - Mnie kurwa nie chcieli wpuścić, ale ty tam na pewno byłaś, widziałem ciebie!
- O co ci chodzi?!
- Ty już wiesz o co, na mnie tatuś naskakuje, a ty się szlajasz po nocy! - i rzucił w nią kubkiem.Tego się nie spodziewała, stała na tyle blisko, że nie zdążyła się uchylić. To był chyba najdłuższy ułamek sekundy jej życia, gdy kubek z resztkami kawy leciał prosto na jej twarz. Nie zdążyła krzyknąć.
A potem oniemiała. Tak samo jak jej brat, oniemiał i naprawdę się przeraził. Chyba do tych kilku wciąż funkcjonujących szarych komórek nareszcie dotarło co zrobił. Rzucił w Alę kubkiem. A kubek…
Kubek unosił się kilka milimetrów od jej nosa, podobnie jak fusy po kawie, unoszące się swobodnie w powietrzu. Przestraszona odsunęła się, porcelitowy kubek po chwili spadł na wykładzinę nie tłukąc się.
- Co to kurwa było?!
Alicja nie czekając złapała przygotowany plecak (torbę?) i wybiegła z domu.
Mikołaj Pogorzelski, w drodze do szkoły.
Noc minęła spokojnie, nawet śliwa pod okiem nie rozrosła się zbytnio. Szedł chodnikiem, zbliżał się do ulicy obiegającej stare miasto, zbliżał się do „cygańskiego pałacu”, zdemolowanego budynku socjalnego. Tym razem nie było przed nim policji, gdyby nikogo nie było to też by było dobrze, bo nie miał ochoty na kłótnię z tymi neandertalami.
Niestety, to by było zbyt pięknie. Trzech cyganów nieokreślonego wieku siedziało na starej kanapie pod zadaszeniem przy samej ulicy. Wstali.
Nie chciał się bić, najlepiej będzie zmienić stronę ulicy. Tak.
- Ej ty!
Zrobił krok i musiał gwałtownie się zatrzymać, inaczej wyrżnąłby ryjem w ścianę domu po przeciwległej stronie ulicy. Nie przewidziało mu się, zrobił tylko jeden krok i pokonał z dobrych dziesięć metrów ot tak, w mgnieniu oka! Odwrócił się. „Straż pałacowa” stała tam gdzie stała, a ich miny wyraźnie mówiły „ co tu się kurwa odpierdala”. Miny mieli, jak gdyby z nieba zaczęła lecieć wódka, suszące się w oknach dywany zaczęły latać, a robienie dzieci dwunastolatkom stało się nagle legalne.Mikołaj nie czekając na rozwój wydarzeń rzucił się biegiem, nie dając tym menelom okazji na reakcję. Zatrzymał się dopiero kilkaset metrów dalej, mniej więcej w pół drogi do szkoły.
Co tu się wydarzyło?
Wszyscy, szkoła, niespodziewany apel.
Jeśli ktoś z was miał nadzieję, że to dosyć wrażeń jak na ten dzień, to się mylił. Tak nie powinien wyglądać normalny dzień w szkole. Przed szkołą stał zaparkowany policyjny polonez, a zdenerwowani nauczyciele kierowali każdego na salę gimnastyczną. Nie było mowy o kolegowaniu się, o ostatnim dymku, wszyscy marsz na salę! Nie było przebieranie butów, nie był ustawiania uczniów w pary ani w klasy, po prostu kazano wam być na sali.
Na środku, obok dyrektorki (a raczej to dyrektorka stała obok) stało dwóch policjantów (Adam od razu rozpoznał swojego ojca, tego drugiego nie kojarzył, to był chyba ten nowy, zaraz po szkole policyjnej, którego ojciec określał jako „mięczaka”).
- Drodzy uczniowie – głos zabrała pani dyrektor – z powodu tej wstrząsającej tragedii, która wydarzyła się w nocy, chciałabym…
Komendant Chlebowski zaraz jej przerwał.
- Do sedna. W nocy doszło do brutalnego porwania. Porwana została wasz koleżanka Joanna Kowalczyk. Jej matka została skatowana i została przewieziona do szpitala w Legnicy…Pani dyrektor zakryła twarz dłonią, chyba musieli uzgodnić wcześniej z komendantem coś innego, coś bardziej przystępnego dla dzieci.
-… z tego powodu szukamy świadków. Zaraz po tym apelu czekamy na tych, którzy coś wiedzą, coś lub kogoś widzieli. Macie się zgłosić do gabinetu pani dyrektor. I żadnych żartów, to będzie utrudnianie śledztwa. Kto nic nie widział, nic nie słyszał i nic nie wie, idzie po prostu na lekcje. To wszystko.Komendant Chlebowski (był wkurzony i zmęczony) wyszedł z sali. Na środku pozostała jeszcze pani dyrektor, która powiedziała to samo, co komendant, tylko jej wersja była mocno wygładzona.
- Asia? - Paulina wyraźnie usłyszała jęk Magdy. Dopiero teraz do niej dotarło, że Asi wśród nich nie ma.
-

Paulina Kwiatkowska
Była na dyskotece, ubrana w różową sukienkę z krepiny. Nie zauważyła drobnych rozdarć, ale dostrzegli je inni. Stali otaczając ją, wytykając palcami, śmiejąc się ukradkiem. Ten paskudny śmiech z czasem zaczął nabierać na sile, roznosił się w pomieszczeniu jak zaraźliwy wirus. Ściany dyskoteki ściaśniały się, zamykały Paulinę w coraz to mniejszym pomieszczeniu. Zamiast muzyki słyszała oceniające ją szepty, zamiast świateł dyskotekowej kuli, oślepiały ją flesze aparatów. Sukienka owiła ją ciasno, coraz ciężej było w niej oddychać. Stała sztywno, próbując zaczerpnąć powietrza. Materiał z krepiny był wrażliwy, zaczął odsłaniać coraz więcej ciała. Starała się zakryć rękami pęknięcia, ale było ich zbyt wiele. Śmiech otaczających ją ludzi i kpiące z niej, znajome głosy sprawiły, że zakręciło jej się w głowie. Nie mogła krzyczeć, nie mogła się ruszyć, po chwili nie mogła już nawet oddychać. Nie pamiętała kiedy ostatnio tak bardzo się bała.

Gdy Paulina się obudziła, miała ochotę się rozpłakać, jednak zamiast tego jej mózg natychmiast rzucił się w wir nadmiernego analizowania wszystkiego, co było i co mogło być, rozciągając każdy moment wczorajszego wieczoru do granic wytrzymałości i wyciągając z niego rzeczy, których być może nigdy tam nie było. Próbowała zagłuszyć to muzyką.
Jeszcze chwilę temu wydawało jej się, że to był jeden z tych naprawdę udanych wieczorów, ale teraz, gdy leżała w półmroku, czuła jak ta pewność rozpada się na kawałki pod naporem myśli, które wracały natarczywie i nie dawały się zatrzymać, jakby jej własna głowa postanowiła udowodnić jej, że wszystko, co uznała za dobre, było w rzeczywistości błędem. Zerknąwszy na godzinę wiedziała, że obudziła się zdecydowanie przed budzikiem, a jednocześnie czuła, że nie ma najmniejszej szansy, by znowu zasnąć — nie przy tym hałasie, który miała w środku.
Wstanie z łóżka wydawało się jedyną możliwością ucieczki, choć gdzieś głęboko wiedziała, że nie ucieknie nigdzie, bo to wszystko przyszło razem z nią, już było w niej i tylko czekało, żeby się rozlać; próbowała więc chwycić się tej myśli, że wystarczy się ruszyć, wstać, odciąć, zapomnieć, ale natychmiast pojawiło się kolejne pytanie, a za nim następne, i jeszcze następne — co jeśli wczoraj zrobiła coś źle? Co jeśli Krzysiek wcale nie był nią zauroczony, tylko zażenowany i uprzejmie to ukrył? Co jeśli Adam widział w niej jedynie ośmieszenie i słabość, coś, z czego można się pośmiać później? Czy jej taniec nie był żałosny, kiedy próbowała pomóc Krzyśkowi, czy nie wyglądała jak ktoś, kto desperacko próbuje być potrzebny? Czy nie została zapamiętana jako „dziewczyna frajera”, kiedy wyciągnęła rękę do Adama, jakby musiała go ratować, jakby nie znała własnego miejsca? Czy Magda nie uznała jej za dwulicową france, Asia za „złą koleżankę”, a Kasia — czy Kasia na pewno nie poczuła wstydu, stojąc obok niej?Pytania miały spłynąć razem z gorącą wodą spod prysznica, rozpuścić się i zniknąć, ale zamiast tego Paulina miała wrażenie, że przyklejają się do niej coraz mocniej, jak samoprzylepne karteczki, których nie da się oderwać, bo pod jedną natychmiast pojawia się kolejna, każda z dopisanym zarzutem, każda bardziej konkretna, bardziej okrutna. Czuła, jak te myśli zaczynają się układać w coś większego, w jedną wersję jej samej, której nie była w stanie odrzucić — że wypadła jak ktoś dwulicowy, fałszywy i nadęty, jak flądra, puszczalska, łasząca się, stawiająca chłopaków ponad przyjaciółkami, pozbawiona wdzięku, uroku, charakteru, osobowości i stylu, ktoś, kto próbuje być kimś więcej, niż jest, i w tym właśnie najbardziej się kompromituje… ktoś, kogo inni tolerują tylko przez chwilę, zanim zaczną się śmiać.
I im bardziej próbowała to zatrzymać, tym wyraźniejsze stawało się przekonanie, że właśnie tak została zapamiętana — nie jako ktoś, kto miał dobry wieczór, tylko jako ktoś, kto się odsłonił i natychmiast został oceniony.
Nie potrafiła określić kierunku, z którego przyszły uczucia. Wiedziała jedynie, że pojawiały się i ukrywały, aby po jakimś czasie znowu wypłynąć. Czemu akurat dziś? Nie miała pojęcia. Potrzebowała ubrać swoje najwygodniejsze ciuchy, zakrywające wszystko co trzeba, tak, żeby nie prowokowały bycia ocenianą. Ładne, proste jeansy, zwykły T-shirt z aplikacją, totalnie bazarowy wygląd, najzwyklejszej dziewczyny na świecie. Rozczesała i wysuszyła włosy, im dłużej czymś się zajmowała, tym bardziej natrętne myśli oddalały się od niej. Spojrzała na zegarek, była piąta, a do szkoły wstawała o szóstej trzydzieści. Zdążyła ochłonąć, wszystkie atakujące ją wątpliwości gdzieś zniknęły. Opadła na łóżko w ubraniu, z przygotowanym plecakiem. Przysnęła.
Now my way is so long, my fate is so sad
My hands are so cold when you’re not there
I don’t know myself
My glow isn’t strong enough
To light up my wayTym razem budzik wyrwał ją z drzemki, uderzyła odruchowo w szafkę, a ten się wyłączył. Znowu śniła? Niemożliwe.
Powtórzyła nastawienie budzika. Odczekała chwilę patrząc z pozycji leżącej w oczekiwaniu.
Zadzwonił.
Uderzyła w szafkę.
Nie ucichł
— Cholera… Ale dziś mnie wzięło — westchnęła wyłączając go w klasyczny sposób. Była już gotowa, ale gdzieś wewnątrz nie czuła, aby tak było. Miała złe przeczucia, ale zrzuciła te emocje na miniony koszmar.
— Paulina, wstawaj!
Nastolatka przewróciła oczami. Skoro już nawet mama ją woła, to jaki miała wybór?
Jak zawsze była umówiona z dziewczynami na rogu, miały wspólnie pójść do szkoły. Asia się spóźniała, więc ruszyły we trzy. Starały się, jak zawsze, jakoś normalnie ze sobą rozmawiać, ale widać było, że wszystkie są jakieś rozbite. Przypomniało im się też, że mają zdjęcia do wywołania z wczorajszego wieczoru. Obiecała im, że dziś pójdzie, to może za parę dni będą do odbioru.
Paulina nie była w stanie powiedzieć, w którym dokładnie momencie coś zaczęło być nie tak, ale od chwili, gdy zobaczyła policyjny samochód przed szkołą, czuła to nieprzyjemne ściągnięcie gdzieś pod żebrami, jakby jej ciało wiedziało szybciej niż ona sama, że to nie jest zwykły dzień.
Dopiero na sali gimnastycznej, w tym dziwnym chaosie bez ustawiania klas, bez zwyczajowego gadania i przepychania się, z nauczycielami stojącymi jakby zbyt sztywno i zbyt nerwowo, zaczęło do niej docierać, że coś naprawdę się wydarzyło — coś, co nie powinno mieć miejsca tutaj, w tej szkole, w tym wszystkim, co do tej pory wydawało się jeszcze w miarę bezpieczne.
Kiedy padło nazwisko, przez ułamek sekundy miała wrażenie, że źle usłyszała, że to musi być ktoś inny, jakaś pomyłka, ale ten ton, ten sposób, w jaki komendant to powiedział — zbyt szybko, zbyt ostro, bez zawahania — nie zostawiał miejsca na takie nadzieje.Porwanie.
To słowo nie pasowało do niczego, co znała.
Stała nieruchomo, czując jak wszystko wokół niej nagle robi się dziwnie odległe, jakby dźwięki dochodziły przez wodę, jakby ktoś ściszył rzeczywistość, zostawiając tylko pojedyncze fragmenty — „brutalne”, „skatowana”, „szpital” — które wbijały się w głowę z nieproporcjonalną siłą.— Asia? — usłyszała obok i dopiero wtedy coś w niej drgnęło.
Odwróciła głowę w stronę Magdy, ale nie odpowiedziała od razu, bo w tym samym momencie dotarło do niej coś jeszcze, coś dużo prostszego i jednocześnie dużo gorszego — Asi naprawdę tu nie było.
Zaczęła gorączkowo przesuwać wzrokiem po twarzach, jakby mogła ją gdzieś przeoczyć, jakby mogła stać trochę dalej, schowana za kimś, spóźniona, zła, cokolwiek — cokolwiek, co byłoby bardziej normalne niż to.
Ale jej nie było.
I to właśnie ta pustka, to miejsce, które powinno być zajęte, a nie było, uderzyło ją mocniej niż wszystkie słowa komendanta razem wzięte.Paulina poczuła, jak przez moment jej myśli próbują pójść w znajomy schemat, znaleźć coś, co mogła zrobić inaczej, coś, co powinna była zauważyć, jakby to w jakiś sposób mogło mieć sens — ale tym razem nic się nie składało.
To nie było coś, co dało się „przemyśleć”.
To było coś, co po prostu się wydarzyło.
I właśnie dlatego było tak przerażające.
Dźwięki zaczęły się rozmywać jeszcze bardziej, jakby ktoś stopniowo przyciszał wszystko wokół niej, zostawiając tylko przytłumiony szum i echo własnego oddechu, który nagle stał się zbyt płytki, zbyt szybki, zbyt trudny do złapania. Światło odbijające się od parkietu sali gimnastycznej zrobiło się nienaturalnie ostre, kłujące, a sylwetki ludzi zaczęły zlewać się w jedną, poruszającą się masę.
Spróbowała złapać równowagę, przenieść ciężar ciała, zrobić cokolwiek, co zatrzyma to uczucie odpływania, ale jej ręce nie znalazły niczego pewnego, a kolana ugięły się zanim zdążyła to powstrzymać.
Ostatnie, co zarejestrowała, to czyjś głos — niewyraźny, jak zza ściany — i to dziwne wrażenie, że podłoga zbliża się do niej zbyt szybko.
Potem wszystko się urwało. -
Krzysztof Komeda

Uważaj o czym marzysz, bo może się spełnić.
Krzysiek nie potrafił zliczyć momentów gdy rozbierał siostrę Faustynę wzrokiem. Rozbierał ją w kościele, rozbierał w zakrystii, pod prysznicem, wieczorami gdy zasypiał i rankiem gdy się budził a nastoletnie ciało go zdradzało w najgorszy możliwy sposób. Tylko strach przed spowiedzią i nieodwracalna ślepotą powstrzymywał go by nie stać się jak biblijny Onan i nie zostać przeklętym przez Boga. Od dawna już powątpiewał z niestworzone w opowieści Heleny Komedy, lecz odkąd włosy zaczęły mu rosnąć nie tylko na głowie przestała go straszyć czarną wołgą, policją i cyganami. Jej historie o tym, co spotyka chłopców którzy oddają się młodzieńczym popędom, były gorsze niż wszystkie kazania księdza Witolda razem wzięte. Ręce miały uschnąć, oczy zachodzić bielmem, skóra pokrywać się wrzodami jak u Hioba. Pan Jezus miał patrzeć na to wszystko z góry i notować sobie każdy raz, a potem w dzień sądu odczytać to na głos, przy wszystkich. Przed całą parafią a nawet babcią nieboszczką.
– Proboszcz w niedzielę od razu wypatrzy takiego z ambony – ostrzegała – Zobaczy to po wzroku, który ze wstydu już zawsze ucieka w ziemię.
Odkąd w parafii pojawiła się siostra Faustyna, Krzysiek cierpiał niemal każdego ranka. Wiele razy miał ochotę ulżyć sobie, ale za każdym razem słyszał w głowie głos matki i przypominał sobie kurzajki, które w ósmej klasie wykwitły nagle na dłoni Piotrka Bochenka. Wykwitły w czasie gdy zaczął przynosić do szkoły swoje pisemka.
– A do tej marszczę czasem freda – przechwalał się przerzucając na przerwie kolejne posklejane stronice.
Krzysiek nie miał pojęcia kim jest ten cały fred, dopóki nie wyjaśnił mu tego Marek. Wtedy zrozumiał o co chodziło matce. Zrozumiał też, że w tym temacie może ona mieć akurat mieć rację i wolał nie ryzykować trwałego kalectwa. Pozostawały mu więc wstydliwe fantazje o zakonnicy, w której się zadurzył bez pamięci.
Teraz na jego oczach jedna z tych fantazji właśnie się spełniała. Zobaczył ramiączko stanika, lecz zamiast niezdrowej euforii poczuł palące współczucie. Współczucie a potem wstyd bo przez sekundę miał wrażenie, jakby to on sam rozpruł habit swoim świdrującym spojrzeniem.
Sytuacja z siostrą Faustyną nie mogła mu wyjść z głowy.
Nie mogła dopóki podczas apelu nie usłyszał co stało się z Joasią Kowalczyk.
Początkowo nie skojarzył nazwiska, ale wtedy zobaczył Paulinę i jej koleżanki. Przypomniał sobie wieczór w Miami i nagle poczuł jakby wjechał w niego rozpędzony tir.
Siedziałem z nią przy stoliku. Ona jest z naszej klasy. To przyjaciółka Pauliny.
Krzysiek gównianie znosił złe wiadomości. Zwłaszcza, gdy komuś kogo dobrze znał działa się nieodwracalna krzywda. Tak było gdy jego kolega w siódmej klasie skoczył na główkę do stawu i złamał kręgosłup, tak było gdy zakochał się w muzyce Nirvany i słuchał jej miesiącami nie mając pojęcia, że Kurt Cobain już dawno nie żyje i zastrzelił się w swoim domu w Seattle. Gdy o tym usłyszał od Marka, zebrało go na mdłości, bo śmierć przecież nie dotyka pięknych i utalentowanych ludzi. Każda taka wiadomość go przytłaczała bo zaczynał rozumieć, że światem rządzi przypadek a on sam nie jest bezpieczny. I żadna modlitwa go nie uchroni.
Chciał wyjść na świeże powietrze, ochłonąć, ale właśnie wtedy zobaczył jak twarz Pauliny robi się nienaturalnie blada.
To był odruch, czysty instynkt.
– Łapcie ją! – krzyknął i skoczył do przodu. Staranował jakiegoś typa, ale miał to w dupie. Chwycił dziewczynę pod pachy w chwili gdy zaczęła osuwać się na parkiet.
– Zróbcie trochę miejsca, dajcie jej oddychać! I niech ktoś otworzy okno! – rzucił w stronę tłumu nie puszczając Pauliny.
-

Mikołaj Pogorzelski
Pogorzelski nie miał nic do krzywdzonej uprzedzeniami mniejszości. Szacunku, ani zrozumienia, żadnej litości. Pięściarski idol Ali mawiał w wywiadach „Fear is the teacher and I don’t skip class”. Więcej od smrodów już nie był w stanie się nauczyć. Patrzył na nich z mieszaniną pogardy i obrzydzenia. Jakby spoglądał na lepkie, rozlazłe gówno, w które broni się wdepnąć. Wygrzewali dupy z samego rana na lordowskiej kanapie, śmiejąc się w twarz ludziom, którzy zmierzali właśnie do pracy, uwłaczając z mocą splunięcia. Jeszcze nie zdecydował, czy powbija gwoździe w siedzisko, czy tylko przejedzie smarem. Ostatecznie długo się nie nacieszą. Pluskiew mieszkających w materacu żałowałby bardziej.
Próba ominięcia szamba pchnęła go pod ścianę. Bliskość budynku przeogniskowała skupienie. Szeroko rozwartymi źrenicami śledził niedoskonałości krzywo nałożonego tynku, zaskoczony obecnością nagłej przeszkody. Odwrócił się badawczo, orientując w czasoprzestrzeni, widocznie rozciągniętej w odległości i skróconej w czasie. Trzy wytrzeszczone mordy zgasiły w nim myśl o zaczątkach schizofrenii, niedowierzaniem poświadczając anomalię. Dziwne to było. Jakby złudne przebudzenie okazało się częścią snu i wciąż w nim pozostawał. Jak w starym koszmarze.
Metafizyczne doświadczenie cofnęło myśli i zmysły w głąb. Nieufnie obserwował otoczenie, którego przestawał być pewien. Rozmowy o pogodzie mijanych ludzi. Tłuste nagłówki gazet w kiosku. Wszystko raziło płytkością i nieznaczeniem.
– Szykujcie kołki i pochodnie, rumuńskie wsioki. Czas na Transylwanie – mruknął pod nosem. Wziął zamach i wykopał puszkę na drobniaki cyganki moszczącej się do żebrów w pobliżu rynku, z satysfakcją wsłuchując w skarżące jęki. Nie pogoniła, zmuszona trzymać na rękach uśpionego wódą bachora.
Co podchodziło podobieństwem, działo się dotychczas tylko na sesjach u Kozy. Świat Mroku przenikał do mainstreamu. Bydło oswoiło z maskotką Drakuli. Przestali bać się nocy. Słońce nie pali, schowane za wieczną mgłą…
Dotarł do szkoły. Aura niepokoju uderzała z daleka wymianą nerwowych spojrzeń pomiędzy uczniami. Napisem „Policja” na boku rozklekotanego rzęcha zaparkowanego przed wejściem. Za tłumem wlał się do sali. Siląca się na uspokajający ton dyrektor i dwóch gliniarzy. Jeden twardy jak zaschnięta guma pod krzesłem, przyklejona przez trzy lata, w końcu z bólem oderwana od deski. Początkowo nie skojarzył personaliów zaginionej. W trakcie zamieszania w szeregach apelu, zrozumiał, że to żaden anonimowy obcy, zniknęła koleżanka z paczki Kasi. Paulinę ścięło. Krzychu łapał. Sam pozostał w bezruchu. Zdezorientowany, czy aby przed nim nie rozgrywa się film, którego nie jest uczestnikiem, ledwie obserwatorem. Nie potrafił zmienić kanału. Ucząc się ruszać na nowo, kruszył warstwę pokrywającego go lodu.
– Zabierzmy ją do gabinetu pielęgniarki – trzeszcząc szronem, zbliżył się do Poganina. – Zamiast liczyć, że morze się rozstąpi, lepiej zwyczajnie wyjść na brzeg.
Zarzucił ramię dziewczyny na szyję, licząc że Blondas z drugiej strony zrobi to samo. Sunęła bezwładnie butami po parkiecie, gdy wyprowadzali ją z tłumu.
– Ej – gdy zrobiło się przestronniej, przyklęknął przy pobladłej twarzy. Krew z niej odpłynęła. Cucąco klepnął kilka razy w piegowate policzki. – Wezmę Ogara, pójdziemy na miejsce, poszukamy tropu.
Chciał powiedzieć coś znaczącego. Żadnego sloganu. Co sprowadziło by ją spowrotem na ziemię. Później zamierzał zadzwonić do ojca. Zapytać, czy jadąc w nocy przez miasto, nic podejrzanego nie przyuważył.
-

Alicja Filipowicz
- Co to kurwa było?
Słowa te dźwięczały Alicji w uszach jeszcze długo po tym, jak wybiegła z domu. Pytanie, na które Jarek Filipowicz nie uzyskał odpowiedzi tego poranka. Zresztą ona sama również jej nie znała.
Chwyciła plecak i wypadła z mieszkania, trzaskając w pośpiechu drzwiami i zostawiając za sobą skonfundowanego brata, samotnie stojącego w kuchni. Nie chciała pozwolić się dogonić, więc gdy tylko znalazła się na podwórku, puściła się biegiem w stronę furtki, a później dalej, wzdłuż drogi prowadzącej do szkoły.
Natłok myśli chaotycznie kołatał się po jej głowie, przeskakując z jednego tematu na drugi jak obrazki w kalejdoskopie.
Kubek z resztką kawy powinien był w nią uderzyć. Nie było przecież czasu się uchylić - to był ledwie ułamek sekundy. Człowiek z najszybszym refleksem świata nie zdążyłby uskoczyć. Nawet jeśli, to chociaż kawa powinna ją oblać. Nie było opcji, żeby uniknęła wszystkiego bez najmniejszego śladu. A jednak uniknęła.
Najbardziej bolało ją jednak nie to. Bolało ją to, że Jarek w ogóle rzucił.
Od kilku lat ich relacje nie były już takie jak kiedyś. Dawniej Alicja widziała w starszym bracie autorytet. Próbowała go naśladować, uwielbiała spędzać z nim czas - nawet wtedy, gdy straszył ją historiami o nazistowskich porywaczach z zamku. Był dla niej bohaterem. A ona dla niego ukochaną młodszą siostrą, którą należało chronić przed całym złem tego świata, ale jednocześnie dopilnować, żeby wyrosła na porządną dziewczynę z porządnym gustem.
Byli wręcz przykładnym rodzeństwem. Aż do czasu rodzinnej tragedii, która zmieniła wszystko i wszystkich, których dotknęła.Jarek popadł w narkotyki i kiepskie towarzystwo. Stał się praktycznie lokalnym kryminalistą - typem, którego nie chciało się spotkać wieczorem na osiedlu. A mimo to wciąż był jej bratem. I na swój pokręcony sposób nadal próbował o nią dbać. O jej bezpieczeństwo.
A Alicja wciąż widziała w nim cień chłopaka, którym był przed śmiercią ich matki. I nadal miała głupią nadzieję, że kiedyś wyjdzie z dołka, w którym ugrzązł.Dlatego to tak bolało.Bo nawet w najgorszych wyobrażeniach nie podejrzewała, że spróbuje zrobić coś, co mogłoby naprawdę zrobić jej krzywdę.
Jakby ostatnia nić między nimi - już dawno nadszarpnięta przez czas, żal i zmęczenie - w końcu pękła.Może ta sytuacja wcale nie miała miejsca? Nie. To niemożliwe. Słowa Jarka nadal dudniły jej w głowie jak echo. To musiało się wydarzyć.
Ale kubek nie uderzył. Kawa nie rozlała się po jej ubraniu. Tylko że kubek również nie mógł naprawdę zatrzymać się w powietrzu tuż przed jej twarzą. Takie rzeczy działy się tylko w filmach.
Jarek po prostu nie trafił.Wyobraźnia i adrenalina zrobiły swoje. Właśnie dlatego zobaczyła ten absurdalny obraz porcelanowego kubka wiszącego w powietrzu. Tak. To musiało być to.Kiedy dobiegła do szkoły, zwolniła kroku, próbując złapać oddech. Wsadziła ręce do kieszeni i minęła policyjny polonez, przyglądając mu się z mieszaniną zaciekawienia i niepokoju. Nim jednak zdążyła zaczepić kogokolwiek znajomego i zapytać, co się dzieje, została razem z resztą uczniów pośpiesznie skierowana na salę gimnastyczną.
Wszystko działo się zbyt szybko. Nie zdążyła nawet zarejestrować, który nauczyciel kazał jej tam wejść. Po prostu wykonała polecenie, bo właściwie nie miała innego wyjścia.
To, co wydarzyło się później, przypominało sen. Taki z tych ciężkich, dusznych, po których człowiek budzi się zlany potem.
Na początku słowa policjanta - chłodne, konkretne, wypowiadane twardym tonem - w ogóle do niej nie docierały. Jakby jej mózg nie był już w stanie przetworzyć kolejnej dziwnej rzeczy tego dnia.
Najpierw kubek. Teraz to. Dopiero gdy komendant wspomniał o świadkach i o tym, że ktoś mógł coś widzieć poprzedniej nocy, wszystko nagle nabrało sensu.Alicja poczuła, jak robi jej się gorąco. Serce zaczęło łomotać jej w piersi. I nagle znowu tam była. Pusta ulica. Ciemność. Echo własnych kroków. To dziwne, uporczywe uczucie, że ktoś idzie za nią. Że ktoś jest tuż za plecami, poza zasięgiem wzroku.
Przypomniała sobie, jak przyspieszyła kroku. Jak później praktycznie puściła się biegiem do domu przez opustoszałe ulice Sokołowa Śląskiego. Jak trzęsącymi się rękami szarpała furtkę, a potem wpadła do środka i zamknęła drzwi na wszystkie zamki, jakby coś naprawdę miało pojawić się tuż za nimi.
Czy cudem uniknęła losu porwanej dziewczyny? Czy gdyby nie zaufała własnemu instynktowi, to teraz jej miejsce byłoby gdzieś tam… a nie na tej sali? A może po prostu była szybsza od Asi? Co jeśli tamtej nocy złapaliby właśnie ją? Czy Joanna byłaby wtedy bezpieczna?
Coraz więcej absurdalnych pytań pojawiało się w głowie Alicji, jedno gorsze od drugiego.Spojrzała odruchowo na własne dłonie, bo dopiero teraz zauważyła, że drżą. Szybko wsunęła je z powrotem do kieszeni dżinsów.
Gdzieś po drugiej stronie sali ktoś zawołał imię Pauliny. Ktoś inny poderwał się z miejsca. Alicja praktycznie tego nie zarejestrowała.
Jej umysł był już gdzie indziej. Musiała coś zrobić. Bo czuła, że jeśli będzie dalej tylko stała i czekała, to za chwilę rozsypie się na milion kawałków. Musiała pójść do gabinetu dyrektorki. Musiała porozmawiać z policją. Nieważne, czy naprawdę ktoś ją śledził. Dla niej tamtej nocy to było realne.A jeśli istniała choćby najmniejsza szansa, że mogło mieć to związek z porwaniem Asi, nie mogła po prostu siedzieć cicho.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się
♪♪♪