[Horror] Gruzy przeszłości
-

Mikołaj Pogorzelski
Mikołaj się przysłuchiwał. Nawet w rozmowie telefonicznej ciało żołnierza przyjmowało postawę zasadniczą. Tak wytresowane. Zabawne, choć do śmiechu wcale nie było. Zrobiło się nerwowo, aż włosy na ciele uniosły się naelektryzowane napięciem w powietrzu. Ojciec z ciężkim westchnieniem poszedł się przebrać. Wiązał krawat przed lustrem. W ostatnich tygodniach wyraźnie wzrosła ilość siwych pasm przecinających zaczesaną na prawo, zawsze schludnie przystrzyżoną fryzurę. Ucałował mamę.
– Poczekam na zewnątrz – uśmiechnął się z wyrazem „ot, kolejny poniedziałek w armii”. Ewakuował, chcąc oszczędzić sobie dalszych pytań.
Stanął na schodach prowadzących na ganek. Obok walizki. Zawsze spakowana. Telefon mógł zadzwonić w każdym momencie, psując przyjemny wieczór, rodzinny wyjazd, jakiekolwiek plany. Na niej spoczywała garnizonowa czapka z gwiazdą na otoku. Podwójnym galonem na daszku. Wysunął do połowy pocisk z magazynku Camela, zabijający z opóźnieniem. Bawił się zapalniczką, gdy Mikołaj przysiadł koło niego.
– Myślałem, że rzuciłeś – chłopak zagaił.
– Kawa i papieros, tak się zaczęło, sposób na przetrwanie nocnej wachty – pstryknął krzemieniem. Iskry rozświetliły zmęczoną twarz. Wbił fajkę z powrotem do opakowania.
– Nigdy nawet nie zaczynaj – wyciągnął ostrzegawczo wskazujący palec.Trwali dłuższą chwilę w milczeniu. Aura nocnego nieba sprzyjała spojrzeniu z dystansu, ułożeniu myśli.
– Chcą rozformować Centrum – major legnickich wojsk łączności wycedził ostrożnie, prawie niesłyszalnie.Odpowiedział mu uniesiony wzrok, trafiony wiadomością artyleryjskiego kalibru.
– To pewne?– Bolesławiec, Kętrzyn, nawet WSW z Mińska. Dlaczego nas mają oszczędzić? – wojak spojrzał tęsknie na schowanego kiepa. – Po reformacji, jedyne co ciągle słyszę to „reorganizacja”.
– Co będzie?
– Nic. Najwyżej zdejmę mundur. Szkoda zostawiać wszystko. Zaczynać w innej części Polski.
– Może bliżej stolicy wyślą? – Mikołaj kombinował. – Lepsze stanowisko, perspektywa awansu. Jakby coś jadę z tobą.
Cisnął uwierającym, wygrzebanym spod tyłka kamieniem. W dal, w nic konkretnego i w całe przeklęte miasto zarazem.– Nie bądź taki do przodu – poczuł kokosa wwiercanego w czaszkę. – Żołnierze przelewali krew stawiając nasz luksusowy klocek.
– Trzeba było kotom bhp kazać przestrzegać – nastolatek wysmyknął się spod pięści wbijanej w czubek głowy.
Przed ogrodzenie zajechał Honker. Zatrzymał się trzeszcząc szutrem. Kierowca wysiadł. Chciał dzwonić do furtki, lecz zobaczył przełożonego przed drzwiami. Zaniechał. Cofnął się kilka kroków. Oczekiwał przy samochodzie.
Major Pogorzelski poprawił marynarkę, krawat, założył czapkę.
– Trzymaj się, młody. Będą rozkazy, będziemy się martwić – poklepał syna po plecach. Wyszedł na chodnik. Kierowca zasalutował. Zniknęli we wnętrzu pojazdu. Smugi świateł rozświetliły ściany sąsiednich posesji przy nawrocie. Silnik zawarczał. Nabierali prędkości. Przesłonił ich zakręt.– Trzymaj się, Ogar. Będą rozkazy, będziemy się martwić – dzieciak przedrzeźniając, poklepał psiaka po karku. Wrócił do domu.
Długo stał pod natryskiem, zmywając z siebie dzień. Nie tylko brud. Słowa, dźwięki, zapachy. Ludzką obecność. Przebrany, z ręcznikiem na głowie poszedł zrobić tosty. Zamknął się z nimi w pokoju i czekając aż włosy wyschną, robił błogie nic. Siedząc na łóżku, oparty o poduszkę, chrupał warstwy sera, szynki, ogóra i pomidora. Muzyka w tle przygrywała.
The more I drink, the more I see
That suicide could be the key
To the place called paradise
Where pain not dwells, not hate nor lies
But if I look beyond all this
I reckon something I would surely miss
Because in my dreams I rule my life
And the sleeping beauty is my wife…Myśli wędrowały w stronę Felicji. Nie zauważył, kiedy zasnął.
-

Paulina Kwiatkowska
Paulina przewróciła oczami, stając naprzeciw Adama z rękami założonymi na piersi. Pewnie nawet nie zauważył, że jest wściekła — a była. I to bardzo. Może nie znała tych dresów z imienia, ale kojarzyła ich aż za dobrze. Właściwie każdy kojarzył. Jeśli ktoś robił burdy i psuł innym zabawę, szybko zapadał w pamięć.
Nie chciała się w to mieszać… ale jeszcze mniej chciała patrzeć, jak Adam pakuje się w coś, z czego może nie wyjść cało.
— Czy ty masz jakikolwiek instynkt samozachowawczy? — zrugała go od razu, gdy tylko odeszli na bok. — Nie musisz robić z siebie idioty, żeby komuś zaimponować. Albo w ogóle mieć znajomych. Serio.
Weszła w ten swój „nauczycielski” ton, ale gdzieś pod spodem czuła coś jeszcze — coś na kształt współczucia. Miał w sobie znajome jej uczucie. Jakby też próbował być kimś innym, żeby tylko zostać zaakceptowanym.
Jej głos mimowolnie złagodniał.— Ech… dobra. Wisisz mi przysługę.
Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo już po chwili dopadły ich dziewczyny, rozemocjonowane jak po najlepszym hicie kinowym trzymającym w napięciu.
— O kurdę, ale akcja!— wyrzuciła z siebie Asia.
— No, no… wywinęłaś się jak królowa — dodała Kasia z lekkim przekąsem.
— Adam, ale miałeś dziś farta — Magda uśmiechnęła się zaczepnie. — Serio, upiekło ci się.
Magda nie zamierzała sobie odpuszczać. A Adam… cóż. Wcale nie wyglądał źle. Trzeba mu przyznać, że był całkiem zabawny i przystojny. Nieco głupkowaty. Widać było że przy nim blondyneczka zdążyła zapomnieć o Krzyśku.

Paulina jednak o nim nie zapomniała.
Kiedy dziewczyny porwały Adama na parkiet, otaczając go jak wygłodniałe piranie, kątem oka dostrzegła blondyna. Stał trochę z boku, zgarbiony, ręce w kieszeniach, jakby próbował zniknąć. A potem ruszył w stronę wyjścia.
Bez słowa przyspieszyła.
— Krzysiek, czekaj!Zatrzymał się — albo raczej został zatrzymany. Jeden z dresów zagrodził mu drogę, mierząc Paulinę spojrzeniem. Nie powiedział ani słowa, ale nie musiał. Samą postawą dawał jasno do zrozumienia, że lepiej nie wchodzić mu w drogę.
Paulina nie zamierzała się zastanawiać czy to dlatego, że mu się spodobała, czy może chcą wklepać komuś innemu.
Podbiegła, złapała Krzyśka za rękę i pociągnęła go z powrotem w tłum. Prychnęła pod nosem — przez moment poczuła się jak jakaś syrena wabiąca rozbitków.
Krzysiek wyglądał na kompletnie zagubionego. To zdecydowanie nie był jego świat. Widać to było w każdym jego ruchu. Może nie zawsze rozumiała emocje ludzi, ale jedno wiedziała na pewno — on czuł, że tu nie pasuje.
Na parkiecie panował chaos. Magda kleiła się do Adama, Arek kręcił się przy Kasi, Asia tańczyła gdzieś obok, śmiejąc się bez opamiętania. Nie było sensu im przeszkadzać — zwłaszcza że leciała szybka, skoczna nuta.
Paulina nachyliła się do Krzyśka.

— Wiem, że to nie twój klimat — powiedziała głośno, próbując przekrzyczeć muzykę. — Ale spróbuj się po prostu dobrze bawić. Nie myśl o sobie, o tym jak wyglądasz, co robią inni…
Zrobiła pauzę i uśmiechnęła się lekko. Skąd wiedziała? Nie dało się ukryć, po ubiorze na rozpoczęciu roku szkolnego.
— To oni są tłem. Ty jesteś gwiazdą. Płyniesz.
Próbowała zaszczepić w nim trochę luzu, choć nie była pewna, czy w ogóle wie, co ze sobą zrobić. Dlatego zaczęła pokazywać mu proste ruchy — dalekie od jakiejkolwiek kokieterii. Ruszała się swobodnie, jakby naprawdę „płynęła”, bez napięcia i bez pozowania. Jej taniec był czystą, nieskrępowaną zabawą. Nie próbowała nikomu imponować ani udowadniać, że jest najlepszą laską na sali. Po prostu była — tu i teraz — i to było w niej widać. A jeśli Krzysiek nie miał ochoty się w to wciągnąć, robiła wszystko, by przynajmniej rozluźnić atmosferę.
Po kilku szybkich kawałkach byli już kompletnie zdyszani. Paulina złapała go za rękaw i zaciągnęła do stolika. Zamówiła dwa napoje i opadła na krzesło, próbując złapać oddech.
— No i co… aż tak źle? — rzuciła z uśmiechem, popijając przez słomkę.
Przyjrzała mu się uważniej.
— Ej… serio. Co cię gryzie?
Nie znali się prawie wcale, a jednak zależało jej, żeby poczuł się tu choć trochę swobodnie. Może robiła to dla niego… a może trochę dla siebie.

Po chwili przy stolikach zebrała się już cała ekipa — dziewczyny, Arek i Adam. Trzeba było przenieść się do większego stołu, żeby wszyscy się pomieścili, więc Paulina z Krzyśkiem bez słowa zmienili miejsce.
Paulina oparła się wygodnie i rozejrzała wokół. Była zadowolona. Ten wieczór układał się lepiej, niż się spodziewała. Udało jej się zbliżyć do kilku osób — w tym dwóch, które jeszcze niedawno były dla niej zupełnie obce.
Kasia patrzyła na nią z czymś na kształt uznania. Magda najwyraźniej nie żałowała, że odpuściła Krzyśka — taniec z Adamem w zupełności jej wystarczył. Wyglądało na to, że jego styl naprawdę przypadł jej do gustu… choć kto wie, co powie jutro.
Asia była w swoim żywiole. Ożywiona, wpatrzona w Adama, który właśnie rozkręcał jakąś historię. Lubiła takie momenty — siedzenie przy muzyce, rozmowy, śmiech.
To była krótka chwila oddechu.
Zanim znów wrócą na parkiet.

-

Alicja Filipowicz
Odetchnęła z ulgą, kiedy w końcu wydostała się z klubu, w którym zrobiło się dla niej zdecydowanie za ciasno. Przed wejściem wciąż kręciło się kilka osób - ktoś stał pod ścianą i palił papierosa, ktoś inny próbował przecisnąć się do środka. Dla wielu wieczór dopiero się zaczynał.
Alicja zapięła zamek kurtki, bo przez ciało przebiegł jej zimny dreszcz. Choć wakacje ledwo się skończyły i był dopiero początek września, wieczorne powietrze przeszywało rześkim chłodem. Skrzyżowała ręce na piersi, dodając sobie trochę ciepła, po czym ruszyła przed siebie, zostawiając “Miami” i dyskotekę za sobą.
Latarnie oświetlały drogę ciepłym, pomarańczowym światłem, ale były rozstawione zbyt rzadko, przynajmniej jak na gust Alicji. Idąc samotnie chodnikiem przez puste miasteczko, wcale nie czuła się pewnie. Może powinna była zostać dłużej i poprosić kogoś o odprowadzenie? Może spotkanie Jarka nie byłoby wcale najgorszym pomysłem - w jego towarzystwie na pewno mogła liczyć na bezpieczny powrót.
Ulice Sokołowa Śląskiego po zmroku miały w sobie coś niepokojącego. Alicja nie potrafiła do końca określić co. Czy chodziło o to, że choć nie wybiła jeszcze północ, miasteczko było kompletnie opustoszałe? A może to upiorny zamek górujący nad miastem i jego ponura historia kładły się dodatkowym cieniem?
Droga do domu w słabym świetle latarni dłużyła się, a w głowie pojawiały się coraz gorsze scenariusze. Alicję ogarnęło nieprzyjemne uczucie ściskające gardło i żołądek. Naprawdę zaczęła żałować, że nie została dłużej w klubie z dziewczynami. Przyspieszyła kroku - odruchowo, jakby coś w środku kazało jej to zrobić. Nie słyszała żadnych kroków ani szelestów. Wręcz przeciwnie - otaczała ją głucha cisza śpiącego miasteczka. A jednak miała nieodparte wrażenie, że ktoś za nią idzie. I że jest bliżej, niż powinien.
Nie obejrzała się. Wiedziała, że jeśli ktoś naprawdę tam był, mogłoby go to tylko sprowokować, a ją spowolnić. Szła szybko, pewnie, choć wcale się tak nie czuła. Przeciwnie - zaczynała się bać. Czy to tylko wyobraźnia, czy ktoś rzeczywiście szedł za nią? Nie była na tyle odważna, albo na tyle głupia, żeby to sprawdzić. Ścisk w gardle narastał, a do oczu zaczęły napływać łzy, rozmazując obraz. Serce łomotało jak oszalałe. Miała wrażenie, że ktokolwiek za nią szedł, był już tuż za nią. Mogłaby przysiąc, że czuła czyjś oddech na karku. Że coś do niej szeptało.
Zaczęła biec. Ile sił w nogach. Wpadła na podwórko przed domem i dopadła drzwi wejściowych. Były otwarte - ojciec był w środku, nie zamknął na klucz, wiedząc, że Alicji i Jarka nie ma. Nie obejrzała się ani razu. Dopiero kiedy znalazła się w domu, za zamkniętymi drzwiami, pozwoliła sobie odetchnąć.
Niedługo później, już we własnym pokoju, zakopała się pod kołdrą i zasnęła niemal od razu.
-

Adam Chlebowski
// - Wiesz Paulina u Willama Szekspira, Błazen zawsze jest najmądrzejszą postacią. Jak sam zrobię z siebie idiotę i obrócę to w żart, to nikt obcy nie może mi tak zrobić - Powiedział puszczając oko niby w żarcie ale po zachowaniu dresów widać było, że to bardziej pobożne życzenia i fantazje Adama niż fakt //- Niestety, jak widać nie wszyscy łapią moją poczucie humoru... - Dodał w ramach usprawiedliwienia.
Potem został porwany w chaos życia towarzyskiego! Tańczył dobrze, nie deptał Magdzie po nogach, starał się aby czuła się księżniczką wieczoru. Nie roił sobie przy tym, żadnych marzeń o chodzeniu ze sobą, czy ślubnym kobiercu... Nie zdziwi się, jeżeli Madzia jutro zapomni jak Chlebowski ma na imię ale to nie było ważne, bo cieszył się chwilą!
Dużo się uśmiechał, więcej słuchał, niż mówił, żeby nie wyjść na jeszcze gorszego dziwaka, choć na to już był za późno ?
Nawet głębokie cienie pod oczami jakby na chwilę zniknęły bo zapomniał o domowym piekle które były ich powodem.
-

Paulina Kwiatkowska
Paulina przewróciła oczami, stając naprzeciw Adama z rękami założonymi na piersi. Pewnie nawet nie zauważył, że jest wściekła — a była. I to bardzo. Może nie znała tych dresów z imienia, ale kojarzyła ich aż za dobrze. Właściwie każdy kojarzył. Jeśli ktoś robił burdy i psuł innym zabawę, szybko zapadał w pamięć.
Nie chciała się w to mieszać… ale jeszcze mniej chciała patrzeć, jak Adam pakuje się w coś, z czego może nie wyjść cało.
— Czy ty masz jakikolwiek instynkt samozachowawczy? — zrugała go od razu, gdy tylko odeszli na bok. — Nie musisz robić z siebie idioty, żeby komuś zaimponować. Albo w ogóle mieć znajomych. Serio.
Weszła w ten swój „nauczycielski” ton, ale gdzieś pod spodem czuła coś jeszcze — coś na kształt współczucia. Miał w sobie znajome jej uczucie. Jakby też próbował być kimś innym, żeby tylko zostać zaakceptowanym.
Jej głos mimowolnie złagodniał.— Ech… dobra. Wisisz mi przysługę.
Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo już po chwili dopadły ich dziewczyny, rozemocjonowane jak po najlepszym hicie kinowym trzymającym w napięciu.
— O kurdę, ale akcja!— wyrzuciła z siebie Asia.
— No, no… wywinęłaś się jak królowa — dodała Kasia z lekkim przekąsem.
— Adam, ale miałeś dziś farta — Magda uśmiechnęła się zaczepnie. — Serio, upiekło ci się.
Magda nie zamierzała sobie odpuszczać. A Adam… cóż. Wcale nie wyglądał źle. Trzeba mu przyznać, że był całkiem zabawny i przystojny. Nieco głupkowaty. Widać było że przy nim blondyneczka zdążyła zapomnieć o Krzyśku.

Paulina jednak o nim nie zapomniała.
Kiedy dziewczyny porwały Adama na parkiet, otaczając go jak wygłodniałe piranie, kątem oka dostrzegła blondyna. Stał trochę z boku, zgarbiony, ręce w kieszeniach, jakby próbował zniknąć. A potem ruszył w stronę wyjścia.
Bez słowa przyspieszyła.
— Krzysiek, czekaj!Zatrzymał się — albo raczej został zatrzymany. Jeden z dresów zagrodził mu drogę, mierząc Paulinę spojrzeniem. Nie powiedział ani słowa, ale nie musiał. Samą postawą dawał jasno do zrozumienia, że lepiej nie wchodzić mu w drogę.
Paulina nie zamierzała się zastanawiać czy to dlatego, że mu się spodobała, czy może chcą wklepać komuś innemu.
Podbiegła, złapała Krzyśka za rękę i pociągnęła go z powrotem w tłum. Prychnęła pod nosem — przez moment poczuła się jak jakaś syrena wabiąca rozbitków.
Krzysiek wyglądał na kompletnie zagubionego. To zdecydowanie nie był jego świat. Widać to było w każdym jego ruchu. Może nie zawsze rozumiała emocje ludzi, ale jedno wiedziała na pewno — on czuł, że tu nie pasuje.
Na parkiecie panował chaos. Magda kleiła się do Adama, Arek kręcił się przy Kasi, Asia tańczyła gdzieś obok, śmiejąc się bez opamiętania. Nie było sensu im przeszkadzać — zwłaszcza że leciała szybka, skoczna nuta.
Paulina nachyliła się do Krzyśka.

— Wiem, że to nie twój klimat — powiedziała głośno, próbując przekrzyczeć muzykę. — Ale spróbuj się po prostu dobrze bawić. Nie myśl o sobie, o tym jak wyglądasz, co robią inni…
Zrobiła pauzę i uśmiechnęła się lekko. Skąd wiedziała? Nie dało się ukryć, po ubiorze na rozpoczęciu roku szkolnego.
— To oni są tłem. Ty jesteś gwiazdą. Płyniesz.
Próbowała zaszczepić w nim trochę luzu, choć nie była pewna, czy w ogóle wie, co ze sobą zrobić. Dlatego zaczęła pokazywać mu proste ruchy — dalekie od jakiejkolwiek kokieterii. Ruszała się swobodnie, jakby naprawdę „płynęła”, bez napięcia i bez pozowania. Jej taniec był czystą, nieskrępowaną zabawą. Nie próbowała nikomu imponować ani udowadniać, że jest najlepszą laską na sali. Po prostu była — tu i teraz — i to było w niej widać. A jeśli Krzysiek nie miał ochoty się w to wciągnąć, robiła wszystko, by przynajmniej rozluźnić atmosferę.
Po kilku szybkich kawałkach byli już kompletnie zdyszani. Paulina złapała go za rękaw i zaciągnęła do stolika. Zamówiła dwa napoje i opadła na krzesło, próbując złapać oddech.
— No i co… aż tak źle? — rzuciła z uśmiechem, popijając przez słomkę.
Przyjrzała mu się uważniej.
— Ej… serio. Co cię gryzie?
Nie znali się prawie wcale, a jednak zależało jej, żeby poczuł się tu choć trochę swobodnie. Może robiła to dla niego… a może trochę dla siebie.

Po chwili przy stolikach zebrała się już cała ekipa — dziewczyny, Arek i Adam. Trzeba było przenieść się do większego stołu, żeby wszyscy się pomieścili, więc Paulina z Krzyśkiem bez słowa zmienili miejsce.
Paulina oparła się wygodnie i rozejrzała wokół. Była zadowolona. Ten wieczór układał się lepiej, niż się spodziewała. Udało jej się zbliżyć do kilku osób — w tym dwóch, które jeszcze niedawno były dla niej zupełnie obce.
Kasia patrzyła na nią z czymś na kształt uznania. Magda najwyraźniej nie żałowała, że odpuściła Krzyśka — taniec z Adamem w zupełności jej wystarczył. Wyglądało na to, że jego styl naprawdę przypadł jej do gustu… choć kto wie, co powie jutro.
Asia była w swoim żywiole. Ożywiona, wpatrzona w Adama, który właśnie rozkręcał jakąś historię. Lubiła takie momenty — siedzenie przy muzyce, rozmowy, śmiech.
To była krótka chwila oddechu.
Zanim znów wrócą na parkiet.


Paulina Kwiatkowska & Krzysztof Komeda
Istniała wersja alternatywnej rzeczywistości, w której Krzysztof Komeda wychodził niezauważony z klubu Miami, wracał do domu i kładł zimny okład na tyłek. Istniała wersja alternatywnej rzeczywistości, w której zasypiał spokojnym snem z poczuciem ulgi, że uniknął najgorszej katastrofy w swoim życiu. Krzysiek jednak znajdował się w linii czasowej, w której zanim zdążył poczuć świeże powietrze i wyjść z klubu usłyszał swoje imię a jakiś dres nagle zagrodził mu drogę. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie.
Paulina złapała go za rękę i pociągnęła z powrotem w tłum. Krzysiek nie zdążył nawet zaprotestować. Szedł za nią jak ciele na rzeź.
Stanęli na parkiecie. Koleżanka uśmiechnęła się do niego i zaczęła się kołysać w rytm muzyki. Komeda spojrzał na nią i zacisnął zęby. Nie chciał wyjść na buraka, który stoi w miejscu jak ostatnia sierota. W normalnych okolicznościach byłby przeszczęśliwy, bo jedna z najładniejszych dziewczyn w klasie chciała z nim tańczyć. Bochenek sprzedałby za coś takiego własną matkę i dorzucił jeszcze nerkę. Ale to nie były normalne okoliczności. Chłopak czuł że za chwilę zemdleje z bólu. Mimo to zmusił się by wykonać ruch. Nie próbował tańczyć jak Michael Jackson ani Adam Chlebowski, były to raczej podrygi Zenka Martyniuka, którego matka oglądała co niedzielę w Disco Relaxie.
Paulina nachyliła się do niego i coś powiedziała, ale muzyka zagłuszyła jej słowa. Krzysiek kiwnął głową jakby rozumiał. Dziewczyna uśmiechnęła się szerzej i pokazała mu jakiś ruch rękami. Równie dobrze mogła uczyć tańca manekina na wystawie, ale Komeda się nie poddawał zmuszając usta do uśmiechu. Były momenty gdy niemal zapominał o bólu. Patrzył jak dziewczyna poruszała się lekko i bez wysiłku, kołysząc biodrami. Jakby jej ciało zbudowane było z samej muzyki.
Po kilku kawałkach Krzysiek był zdyszany i spocony. Paulina złapała go za rękaw i zaciągnęła do stolika. Zamówiła dwa napoje i opadła na krzesło. Komeda klapnął ostrożnie, jakby siadał na minie.
— No i co… aż tak źle? — rzuciła z uśmiechem, popijając przez słomkę.
Zmrużyła oczy, przyglądając mu się uważnie, choć nienachalnie. W jej głowie zaczęły układać się różne scenariusze — od tego, że Krzysiek po prostu gra outsidera zasłuchanego w głośną muzykę, jak sugerował jego strój na rozpoczęciu roku, aż po coś znacznie bardziej złożonego.
Może sam nie był do końca pewien, kim właściwie jest?
Ona sama często zadawała sobie podobne pytania. Czy wszystko, co robi, jest akceptowane? Czy inni ją lubią? Czy czasem nie bywa „za bardzo”?
— Ej… serio. Co cię gryzie?
Krzysiek próbował nadrabiać miną i udawać, że się świetnie bawi, ale Paulina czytała z niego jak z książki. Co nie było takie trudne, bo cierpienie miał wypisane na twarzy. Nie dlatego, że przeszkadzało mu jej towarzystwo. Wręcz przeciwnie. Nigdy, nawet na pielgrzymkach i oazach nie spotkał tak przyjemnej dziewczyny co było dziwne bo Paulina Kwiatkowska była ładna, bardzo ładna a takie dziewczyny nie są przecież miłe. Wiedział to z amerykańskich filmów.
Pociągnęła łyk kolorowego napoju przez słomkę i na moment spuściła wzrok. Kiedy wcześniej zaprzeczył, że coś go gryzie, odpuściła bez nacisku. W końcu byli na dyskotece, dobrze się bawili. To nie był czas ani miejsce na rozmowy o czymś być może zbyt prywatnym, może nawet bolesnym. I chyba też nie ten etap znajomości. Tak przynajmniej jej się wydawało.
— Nic mnie nie gryzie. Serio. Jest super —skłamał nerwowo poruszając się w krześle. Smok na pośladku udręczonymi niedawnymi harcami na parkiecie od razu zionął ogniem i Komeda zacisnął szczekę z bólu. Dłużej już nie mógł udawać.
— Dobra, powiem ci coś, ale obiecaj, że nikomu nie wygadasz. Ani Kaśce, ani Magdzie. Nikomu. Daj słowo.
Paulina nagle ożywiła się. Wyprostowała plecy, a w jej niebieskich oczach błysnęło coś ostrego, niemal zaczepnego. Być może Komeda, widząc tę zmianę, przez ułamek sekundy pożałował swoich słów — ale było już za późno.
— Przysięgam na kasetę Nirvany — rzuciła szybko.
Wyciągnęła rękę w jego stronę i oparła łokieć o blat stołu. Wysunęła mały palec — ten jeden, najważniejszy. W końcu kiedy splącze się nim z kimś drugim, obietnica przestaje być żartem.
Spojrzała na niego uważnie, z lekkim uśmiechem, ale i czymś upartym w spojrzeniu. Teraz nie było już odwrotu.Nie spodobał mu się ten błysk w jej oku. Spodobał i nie spodobał, ale nie miał czasu teraz tego roztrząsać. Były dwa wyjścia. Mógł dalej siedzieć z miną żywcem obdzieranego ze skóry męczennika, albo uczciwie wyjaśnić sytuację.
— Jak na Nirvanę, to nie mam wyboru. Wytoczyłaś najcięższe działa — westchnął, ale w kącikach pojawił cień uśmiechu. Zaczepił swój palec o jej — Mamy deal.

W końcu odsunął dłoń i sięgnął po szklankę z kolorowym drinkiem, którego nazwy nie pamiętał. Zwilżył gardło. Zaczynała się najgorsza część. Spojrzał raz jeszcze na Paulinę. Próbował wyczytać czy może jej zaufać. Nic nie wyczytał. Skakał na główkę w czarną wodę.
— No więc chodzi o to... — Wziął oddech i wstrzymał go na chwilę — ...wczoraj zrobiłem sobie dziarkę. I trochę jeszcze boli.
Miał nadzieję, że takie wyjaśnienie wystarczy i Paulina nie będzie drążyć tematu.
Paulina uniosła brew. Oparła się wygodniej o oparcie krzesła i skrzyżowała ręce na piersi. Jej spojrzenie nabrało teraz wyrazu a’la Sherlock Holmes.
— Czyli jednak coś cię gryzie — mruknęła, patrząc na niego spod przymrużonych powiek. — Mój brat zna świetnego tatuażystę — nie potrafiła nie wspomnieć, weszło jej w krew. Pochyliła się odrobinę bliżej.
— I ja mam uwierzyć, że cała ta mina to tylko przez „trochę boli”? — zawiesiła na nim spojrzenie, a kącik jej ust uniósł się w półuśmiechu.
— To nie brzmi jak cała historia — wbiła w niego przenikliwe spojrzenie — Co i gdzie zmajstrowałeś? Pokażesz?
Jej brat znał świetnego tatuażystę. Ale Krzysiek czuł w kościach i zmaltretowanym pośladku, że to nie jest Marek Koza. Właściwie to miał pewność, że był pierwszym ochotnikiem sąsiada i pewnie ostatnim jeśli w ranę wda się gangrena.
Tymczasem Paulina nie odpuszczała. Swobodnie przeszła od dygresji o bracie do pytań. Bardzo niewygodnych pytań. Po ostatnim prawie opluł się drinkiem a jego policzki zapłonęły.— To naprawdę nic takiego — zapewnił a głos mu prawie wcale nie zadrżał.— Boli bo tatuaż jest z tyłu... w czułym miejscu, na plecach. Trochę niżej.
Ostatnie zdanie wydukał pod nosem i natychmiast taktycznie zmienił temat.
— A ty masz jakieś dziarki? Albo planujesz coś zrobić?
Paulina zmrużyła lekko oczy, a jej uśmiech tylko się pogłębił.
— „Na plecach. Trochę niżej”? — powtórzyła powoli, jakby testowała jego wersję. Pochyliła się odrobinę bliżej.
— Krzysiek… — zaczęła miękko. — Ty nawet nie umiesz dobrze skłamać o lokalizacji.
Na moment zawiesiła spojrzenie na jego twarzy, wyraźnie rozbawiona.
— Spokojnie, nie będę cię wypytywać przy wszystkich — dodała ciszej. — Ale nie udawaj, że to mnie przekonało.
Dopiero wtedy odsunęła się z powrotem.
— A ja? — wzruszyła lekko ramionami. — Jeszcze nie. Ale jak już, to coś, czego nie będę musiała się wstydzić za pięć lat.
Paulina nie nabrała się na zawoalowane słówka a gdy jej uśmiech rozjaśnił twarz było już wiadomo, że Krzysiek nie musi dodawać nic więcej. Został prześwietlony na wylot, ale przynajmniej nie musiał już udawać, tłumaczyć skąd ta zbolała mina. Jeden ciężar z pleców mniej. Nawet jeśli ostatnie jej słowa brzmiały jak przytyk. Porwał się z tym tatuażem na żywioł, ale czy rock'n'rollowcy żyją według planu? Chciał wierzyć, że nie.
Widząc, że do ich stolika zmierza już ekipa Pauliny zdążył jeszcze do niej wyszeptać.
— Nie zapomnij. Na kasetę Nirvany. -
Szarzyzna
Klub "Miami", późny wieczór, godzina 20.
Było już ciemno. Problem z dresami chyba się rozwiązał, nie weszli na salę, a bramkarze z pewnością nie stali z nimi i dalej dyskutowali. Nie było też awantury, muzyka dalej grała, nie było słychać nadjeżdżającego patrolu policji. Do końca imprezy pozostały jeszcze ze dwie godziny, wtedy to pewnie wygonią całe towarzystwo, a klub do godzin nocnych zamieni się w "ten lepszy" bar.
- A wy co tak siedzicie?! Dawajcie na parkiet! - i znowu obie dziewczyny (Kasia i Asia) pociągnęły obu rozanielonych chłopaków (Adam i Arek) w tłum.
Paulina wiedziała, że Kasia będzie tutaj do samego końca, a Asia tak samo długo jak Kasia. Koniec dyskoteki był o dziesiątej. Wyjść o dziesiątej, czy być w domu o dziesiątej? A może wcześniej?
Krzysztof też nie mógł udawać że ta chwila będzie trwać wiecznie, szczególnie że musiał brać pod uwagę matkę i bajkę o herbatce u księdza. Z każdym kolejnym napojem znikała pieniądze z kieszeni. I dziara. Nadal o sobie przypominała, ale chyba nie było tak źle, raczej nie krwawi, opatrunek na pewno nie przeciekał, spodnie były suche (sprawdzał to, niby szukając czegoś w tylnej kieszeni).
Wydarzenia na zamku poszły w niepamięć, teraz się bawimy!
-
Krzysztof Komeda
Kopciuszek musiał zniknąć o północy. Krzysiek musiał zniknąć o wpół do dziesiątej zanim Helena Komeda zacznie się zastanawiać dlaczego ksiądz proboszcz tak długo świętuje z ministrantami. Nie miał wielkiego wyboru. Kasa którą matka dała mu na czekoladki roztrwonił przy w barze i teraz siedział bez grosza. Nie był sępem i wolał żeby nikt mu stawiał a już na pewno nie dziewczyny. W porównaniu z takim Chlebowskim - którego stać było na designerskie marynarki - był biedakiem, ale one nie musiały o tym wiedzieć.
Dziara na tyłku jakby odpuściła i to nie przez lód ani maść tylko przez ludzi z którymi siedział przy stoliku. Muzyka dalej była chujowa jak żarty Tadeusza Drozdy w Śmiechu Warte, ale nie miało to już znaczenia bo Paulina go zatrzymała i dobrze zrobiła. Nawet Chlebowski wydał mu się sympatyczny. Może wcale nie polował na Krzyśka, tylko był po prostu dziwny.
W końcu podniósł się z krzesła, pożegnał się ze wszystkimi, machnął ręką i ruszył do wyjścia. Tym razem nikt go nie zatrzymywał.
-

Paulina Kwiatkowska
Muzyka dalej niosła się po sali ciężkim, pulsującym rytmem, ale coś się już zmieniło. To nie była ta sama energia co na początku — bardziej rozlana, trochę zmęczona, jakby impreza powoli traciła oddech.
Paulina kręciła się jeszcze między parkietem a stolikiem, nie pozwalając sobie całkiem opaść z sił. Wciąż łapała spojrzenia, wciąż gdzieś się uśmiechała, poprawiała włosy, wygładzała materiał na biodrach. Było w tym coś mechanicznego, ale jednocześnie przyjemnego — jakby wiedziała dokładnie, jak się ustawić, żeby nadal „płynąć”.
Kasia nie schodziła z parkietu na długo, Asia raz po raz wracała do stolika tylko po to, żeby zaraz znów zniknąć w tłumie, a Magda zdawała się korzystać z każdej minuty, jakby tej nocy nie miało być końca.
Paulina przez chwilę została przy stoliku sama, opierając się łokciem o blat. Szklanka była już prawie pusta, lód dawno się rozpuścił. Przesunęła słomkę palcem, patrząc gdzieś ponad ludźmi, ponad światłami.
To był ten moment — kiedy jeszcze się jest na imprezie, ale myśli zaczynają odpływać gdzieś dalej. Pomału łapał ją ten lękowy stan, kiedy zaczynała się zastanawiać, czy na pewno wszystko zrobiła dobrze, czy nie będzie za coś komentowana, obgadywana…Wróciła na parkiet, aby odgonić obawy.
Jeszcze jeden kawałek. Potem kolejny. Śmiech, który przychodził trochę łatwiej niż zwykle. Ruchy mniej kontrolowane, ale za to bardziej swobodne. Przez chwilę naprawdę przestała analizować. Z czasem jednak nawet muzyka zaczęła jakby cichnąć — albo to ona miała jej już dość. Coraz więcej osób znikało. Stoliki pustoszały. Ktoś się żegnał przy drzwiach, ktoś wychodził bez słowa.
Paulina wróciła do stolika i tym razem już nie wstała od razu. Usiadła głębiej, odchylając się lekko do tyłu. Spojrzała na dziewczyny — zmęczone, rozgrzane, trochę rozmazane światłem.
— Asia, twoja mama dalej aktualna? — rzuciła w końcu, trochę ciszej niż wcześniej.
— Tak, umówiłyśmy się konkretnie na godzinę, więc jeszcze chwilę — odpowiedziała Asia.To „jeszcze chwilę” przeciągnęło się o dobre kilkanaście minut. Nikt już nie miał siły wracać na parkiet, ale też nikt nie chciał pierwszy powiedzieć, że to koniec.
W końcu Kasia podniosła się powoli jako pierwsza. Za nią jak owieczki, poszła reszta grupy.
Na zewnątrz było chłodno. Powietrze uderzyło w rozgrzaną skórę przyjemnym kontrastem. Hałas klubu został za drzwiami — nagle wszystko zrobiło się dziwnie ciche.
Paulina stanęła na chwilę przy wejściu, rozglądając się po ulicy. Światła latarni odbijały się w wilgotnym asfalcie, a miasto wyglądało, jakby też było już trochę zmęczone.
Po kilku minutach pod klub podjechał samochód. Światła przecięły półmrok, a znajoma sylwetka za kierownicą nie pozostawiała wątpliwości.— To nasz transport — rzuciła Asia z lekką ulgą.
Pakowanie się do auta było trochę chaotyczne — śmiechy, przesuwanie się, szukanie miejsca. Paulina wślizgnęła się do środka, zamykając za sobą drzwi i opierając głowę na chwilę o zagłówek.
Silnik ruszył.
Miasto zaczęło powoli przesuwać się za szybą — puste ulice, pojedyncze światła w oknach, przystanki bez ludzi.
Paulina patrzyła w szybę, w której odbijała się jej twarz. Makijaż już nie był tak idealny jak na początku, włosy trochę opadły, ale w tym wszystkim było coś… prawdziwszego.
Jakby ta noc coś z niej zdarła, ale jednocześnie coś też dała.
Samochód zatrzymywał się kolejno. Dziewczyny wysiadały, rzucały szybkie pożegnania, znikały w swoich domach. Kiedy przyszła jej kolej, wysiadła powoli. Zamknęła drzwi i przez chwilę patrzyła, jak samochód odjeżdża. Potem odwróciła się w stronę swojego domu.
Cisza była zupełnie inna niż ta w klubie. Spokojna. Prawie kojąca.
Impreza się skończyła, ale gdy kładła się już spać, w jej głowie jeszcze długo grała muzyka. -
Szarzyzna
Klub „Miami”, późny wieczór.
Ze znanych Adamowi osób zwijało się coraz więcej osób. Nawet Arek dość szybko się ewakuował, zaraz po tym jak skończył tańczyć do tego, co didżej puścił, a co od dłuższego czasu było na listach przebojów w radiu - „Takie tango” Budki Suflera. Dopił colę, czy coś tam innego co zamówił i opuścił klub. Zbiegł po schodach i kompletnie ignorując zafascynowane spojrzenia (zielone grochy) mocno odbijały się w świetle sodówek. Dotarł do domu bez problemu, nie pozabijał się na krzywych płytach chodnikowych, nie wdepnął w psią kupę ani nikt się go nie spytał, czy ma jakiś problem. Nawet w domu.
Sokołów Śląski, gdzieś na mieście.
Nie zdążyły nawet krzyknąć. Było ich dwóch. Tylko to zauważyła, gdy tylko wysiadła z samochodu. Pięść prosto w szczękę, potem upadła. Uderzyła głową w chodnik, straciła przytomność.
Adam Chlebowski, dom.
Obyło się bez awantury, bez komentarzy ze strony ojca siedzącego jeszcze przed telewizorem. Poszedł od razu na górę. Zasnął.
Sygnał dzwoniącego telefonu, głośne marudzenie ojca, niemalże równie głośne próby uciszenia go przez matkę, żeby nie obudził Stefci. Zapalone światło na korytarzu, ojciec schodzi po schodach. On nawet nie próbował być cicho.
- Słucham?
- …
- Posterunkowy, jaja sobie robisz?
- …
- O cholera, daj nam kwadrans, ja pierdolę…Kroki po schodach.
- Adrian! Wstawaj! Jedziemy na akcję!Adam to zaciekawiło. Że dzwonili do ojca po nocy, to normalne, zdarzało się. Ale żeby ojciec budził brata i jeszcze mówił o akcji, to było coś nowego. Niestety dalsze rozmowy były już o wiele cichsze, po kilku minutach zgasło światło, na podjeździe odpalili samochód. Wyrwany ze snu Adam po chwili ponownie zasnął.
Krzysztof Komeda, kościół – poranna msza.
Na pierwszej mszy nie było wielu osób. Był proboszcz, siostra Faustyna, on jako jedyny ministrant i aż ośmiu wiernych, w tym jego matka. Kiedy inni mogli pospać do siódmej albo dłużej, matka Krzysztofa budziła go już zaraz po piątej, bo msza była o szóstej. Krzysztof nie był zbytnio skoncentrowany, myślami był nadal na dyskotece, a wzrokiem na siostrze Faustynie. Jej habit nie był obcisły, co to to nie, po prostu habit, ale niektóre części ciała były wyraźnie zarysowane. Ksiądz proboszcz był mniej więcej w połowie modlitwy eucharystycznej, a Krzysztof w myślach wyobrażał sobie, jak zrywa siostrze Faustynie habit i…
Odgłos prującego się materiału był niemożliwie głośny. Z prawdziwym przerażeniem Krzysztof widział, jak habit siostry Faustyny pruje się na szwie, odsłaniając pasek od białego biustonosza. To było niemożliwe! Jakby niewidzialne dłonie rozerwały habit! Na jego oczach. Reakcja siostry Faustyny dała mu do zrozumienia, że to nie przewidzenie.
Matko Bosko! Zaraz jeszcze przypomniał mu się fragment ze Starego Testamentu, Księga Powtórzonego Prawa: „Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, uprawiał wróżby, gusła, przepowiednie i czary; nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych. Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni. Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich Pan, Bóg twój, sprzed twego oblicza.”
Paulina Kwiatkowska, dom.
Budzik zadzwonił zdecydowanie za szybko. Nie otwierając oczu, na pamięć, pacnęła budzik ręką hałasujące urządzenie. Ten ucichł. Po chwili już powoli sprawdziła w co trafiła dłonią, po coś jej nie pasowało. Szeroko otwartymi oczami spojrzała na szafkę nocną. Dłonią klepała szafkę, budzik stał dalej. Nie było żadnej szansy, żeby dosięgnęła go bez mocnego wychylenia się, graniczącego z wypadnięciem z łóżka.
Zerwała się z łóżka, po chwili wróciło logiczne myślenie. Ale fajnie, wystarczy że uderzy w szafkę a budzi i tak zamilknie. Wzięła budzik, przestawiła czas budzenia na te kilka minut do przodu. Ten zgodnie z oczekiwaniem ponownie zaczął dzwonić. Klepnęła w szafkę. Nic się nie stało. Uderzyła mocniej. Nic, budzik nadal dzwonił.
- Paulina, wstawaj!
Zrezygnowana i zaniepokojona wyłączyła budzik tak jak zwykle. Przycisk stawiał wyczuwalny opór, budzik nie mógł się ot tak sam wyłączyć.
Adam Chlebowski, dom.
Był już po śniadaniu, spakowany do szkoły. Mama stała przy telefonie, szukając czegoś w zeszycie z zapisanymi numerami.
- No gdzie on jest? Przecież miałam go zapisanego!
- Czego szukasz mamo?
- Numer do cioci Wandzi, ma dzisiaj imieniny.
Adam wiedział o cioci Wandzi tyle, że istnieje. Nie pamiętał jej, nigdy z nią chyba nie rozmawiał, po prostu dalsza rodzina, mieszkała gdzieś w … Oławie? A może Olsztynie? I skąd niby ma znać ten numer telefonu? Nic tutaj nie…
- 56 93 713 – Adam bez zająknięcia wyrecytował numer, aż się sam przestraszył.
… pomoże.
Mama po chwili znalazła numer w zeszycie.
- Jest! 56 93 713... - spojrzała się na syna. - Skąd wiedziałeś?
Alicja Filipowicz, dom.
Była już po śniadaniu i myła zęby w łazience, kiedy między tatą (który jeszcze nie był w swoim warsztacie) a bratem wybuchła awantura. O to co zwykle. Poczekała w łazience trochę bliżej, aż się uspokoi, dopiero wtedy wyszła do przedpokoju.
- A ty pewnie świetnie wczoraj bawiłaś, co? - brat stał w korytarzu, nadal wkurzony. - Mnie kurwa nie chcieli wpuścić, ale ty tam na pewno byłaś, widziałem ciebie!
- O co ci chodzi?!
- Ty już wiesz o co, na mnie tatuś naskakuje, a ty się szlajasz po nocy! - i rzucił w nią kubkiem.Tego się nie spodziewała, stała na tyle blisko, że nie zdążyła się uchylić. To był chyba najdłuższy ułamek sekundy jej życia, gdy kubek z resztkami kawy leciał prosto na jej twarz. Nie zdążyła krzyknąć.
A potem oniemiała. Tak samo jak jej brat, oniemiał i naprawdę się przeraził. Chyba do tych kilku wciąż funkcjonujących szarych komórek nareszcie dotarło co zrobił. Rzucił w Alę kubkiem. A kubek…
Kubek unosił się kilka milimetrów od jej nosa, podobnie jak fusy po kawie, unoszące się swobodnie w powietrzu. Przestraszona odsunęła się, porcelitowy kubek po chwili spadł na wykładzinę nie tłukąc się.
- Co to kurwa było?!
Alicja nie czekając złapała przygotowany plecak (torbę?) i wybiegła z domu.
Mikołaj Pogorzelski, w drodze do szkoły.
Noc minęła spokojnie, nawet śliwa pod okiem nie rozrosła się zbytnio. Szedł chodnikiem, zbliżał się do ulicy obiegającej stare miasto, zbliżał się do „cygańskiego pałacu”, zdemolowanego budynku socjalnego. Tym razem nie było przed nim policji, gdyby nikogo nie było to też by było dobrze, bo nie miał ochoty na kłótnię z tymi neandertalami.
Niestety, to by było zbyt pięknie. Trzech cyganów nieokreślonego wieku siedziało na starej kanapie pod zadaszeniem przy samej ulicy. Wstali.
Nie chciał się bić, najlepiej będzie zmienić stronę ulicy. Tak.
- Ej ty!
Zrobił krok i musiał gwałtownie się zatrzymać, inaczej wyrżnąłby ryjem w ścianę domu po przeciwległej stronie ulicy. Nie przewidziało mu się, zrobił tylko jeden krok i pokonał z dobrych dziesięć metrów ot tak, w mgnieniu oka! Odwrócił się. „Straż pałacowa” stała tam gdzie stała, a ich miny wyraźnie mówiły „ co tu się kurwa odpierdala”. Miny mieli, jak gdyby z nieba zaczęła lecieć wódka, suszące się w oknach dywany zaczęły latać, a robienie dzieci dwunastolatkom stało się nagle legalne.Mikołaj nie czekając na rozwój wydarzeń rzucił się biegiem, nie dając tym menelom okazji na reakcję. Zatrzymał się dopiero kilkaset metrów dalej, mniej więcej w pół drogi do szkoły.
Co tu się wydarzyło?
Wszyscy, szkoła, niespodziewany apel.
Jeśli ktoś z was miał nadzieję, że to dosyć wrażeń jak na ten dzień, to się mylił. Tak nie powinien wyglądać normalny dzień w szkole. Przed szkołą stał zaparkowany policyjny polonez, a zdenerwowani nauczyciele kierowali każdego na salę gimnastyczną. Nie było mowy o kolegowaniu się, o ostatnim dymku, wszyscy marsz na salę! Nie było przebieranie butów, nie był ustawiania uczniów w pary ani w klasy, po prostu kazano wam być na sali.
Na środku, obok dyrektorki (a raczej to dyrektorka stała obok) stało dwóch policjantów (Adam od razu rozpoznał swojego ojca, tego drugiego nie kojarzył, to był chyba ten nowy, zaraz po szkole policyjnej, którego ojciec określał jako „mięczaka”).
- Drodzy uczniowie – głos zabrała pani dyrektor – z powodu tej wstrząsającej tragedii, która wydarzyła się w nocy, chciałabym…
Komendant Chlebowski zaraz jej przerwał.
- Do sedna. W nocy doszło do brutalnego porwania. Porwana została wasz koleżanka Joanna Kowalczyk. Jej matka została skatowana i została przewieziona do szpitala w Legnicy…Pani dyrektor zakryła twarz dłonią, chyba musieli uzgodnić wcześniej z komendantem coś innego, coś bardziej przystępnego dla dzieci.
-… z tego powodu szukamy świadków. Zaraz po tym apelu czekamy na tych, którzy coś wiedzą, coś lub kogoś widzieli. Macie się zgłosić do gabinetu pani dyrektor. I żadnych żartów, to będzie utrudnianie śledztwa. Kto nic nie widział, nic nie słyszał i nic nie wie, idzie po prostu na lekcje. To wszystko.Komendant Chlebowski (był wkurzony i zmęczony) wyszedł z sali. Na środku pozostała jeszcze pani dyrektor, która powiedziała to samo, co komendant, tylko jej wersja była mocno wygładzona.
- Asia? - Paulina wyraźnie usłyszała jęk Magdy. Dopiero teraz do niej dotarło, że Asi wśród nich nie ma.
-

Paulina Kwiatkowska
Była na dyskotece, ubrana w różową sukienkę z krepiny. Nie zauważyła drobnych rozdarć, ale dostrzegli je inni. Stali otaczając ją, wytykając palcami, śmiejąc się ukradkiem. Ten paskudny śmiech z czasem zaczął nabierać na sile, roznosił się w pomieszczeniu jak zaraźliwy wirus. Ściany dyskoteki ściaśniały się, zamykały Paulinę w coraz to mniejszym pomieszczeniu. Zamiast muzyki słyszała oceniające ją szepty, zamiast świateł dyskotekowej kuli, oślepiały ją flesze aparatów. Sukienka owiła ją ciasno, coraz ciężej było w niej oddychać. Stała sztywno, próbując zaczerpnąć powietrza. Materiał z krepiny był wrażliwy, zaczął odsłaniać coraz więcej ciała. Starała się zakryć rękami pęknięcia, ale było ich zbyt wiele. Śmiech otaczających ją ludzi i kpiące z niej, znajome głosy sprawiły, że zakręciło jej się w głowie. Nie mogła krzyczeć, nie mogła się ruszyć, po chwili nie mogła już nawet oddychać. Nie pamiętała kiedy ostatnio tak bardzo się bała.

Gdy Paulina się obudziła, miała ochotę się rozpłakać, jednak zamiast tego jej mózg natychmiast rzucił się w wir nadmiernego analizowania wszystkiego, co było i co mogło być, rozciągając każdy moment wczorajszego wieczoru do granic wytrzymałości i wyciągając z niego rzeczy, których być może nigdy tam nie było. Próbowała zagłuszyć to muzyką.
Jeszcze chwilę temu wydawało jej się, że to był jeden z tych naprawdę udanych wieczorów, ale teraz, gdy leżała w półmroku, czuła jak ta pewność rozpada się na kawałki pod naporem myśli, które wracały natarczywie i nie dawały się zatrzymać, jakby jej własna głowa postanowiła udowodnić jej, że wszystko, co uznała za dobre, było w rzeczywistości błędem. Zerknąwszy na godzinę wiedziała, że obudziła się zdecydowanie przed budzikiem, a jednocześnie czuła, że nie ma najmniejszej szansy, by znowu zasnąć — nie przy tym hałasie, który miała w środku.
Wstanie z łóżka wydawało się jedyną możliwością ucieczki, choć gdzieś głęboko wiedziała, że nie ucieknie nigdzie, bo to wszystko przyszło razem z nią, już było w niej i tylko czekało, żeby się rozlać; próbowała więc chwycić się tej myśli, że wystarczy się ruszyć, wstać, odciąć, zapomnieć, ale natychmiast pojawiło się kolejne pytanie, a za nim następne, i jeszcze następne — co jeśli wczoraj zrobiła coś źle? Co jeśli Krzysiek wcale nie był nią zauroczony, tylko zażenowany i uprzejmie to ukrył? Co jeśli Adam widział w niej jedynie ośmieszenie i słabość, coś, z czego można się pośmiać później? Czy jej taniec nie był żałosny, kiedy próbowała pomóc Krzyśkowi, czy nie wyglądała jak ktoś, kto desperacko próbuje być potrzebny? Czy nie została zapamiętana jako „dziewczyna frajera”, kiedy wyciągnęła rękę do Adama, jakby musiała go ratować, jakby nie znała własnego miejsca? Czy Magda nie uznała jej za dwulicową france, Asia za „złą koleżankę”, a Kasia — czy Kasia na pewno nie poczuła wstydu, stojąc obok niej?Pytania miały spłynąć razem z gorącą wodą spod prysznica, rozpuścić się i zniknąć, ale zamiast tego Paulina miała wrażenie, że przyklejają się do niej coraz mocniej, jak samoprzylepne karteczki, których nie da się oderwać, bo pod jedną natychmiast pojawia się kolejna, każda z dopisanym zarzutem, każda bardziej konkretna, bardziej okrutna. Czuła, jak te myśli zaczynają się układać w coś większego, w jedną wersję jej samej, której nie była w stanie odrzucić — że wypadła jak ktoś dwulicowy, fałszywy i nadęty, jak flądra, puszczalska, łasząca się, stawiająca chłopaków ponad przyjaciółkami, pozbawiona wdzięku, uroku, charakteru, osobowości i stylu, ktoś, kto próbuje być kimś więcej, niż jest, i w tym właśnie najbardziej się kompromituje… ktoś, kogo inni tolerują tylko przez chwilę, zanim zaczną się śmiać.
I im bardziej próbowała to zatrzymać, tym wyraźniejsze stawało się przekonanie, że właśnie tak została zapamiętana — nie jako ktoś, kto miał dobry wieczór, tylko jako ktoś, kto się odsłonił i natychmiast został oceniony.
Nie potrafiła określić kierunku, z którego przyszły uczucia. Wiedziała jedynie, że pojawiały się i ukrywały, aby po jakimś czasie znowu wypłynąć. Czemu akurat dziś? Nie miała pojęcia. Potrzebowała ubrać swoje najwygodniejsze ciuchy, zakrywające wszystko co trzeba, tak, żeby nie prowokowały bycia ocenianą. Ładne, proste jeansy, zwykły T-shirt z aplikacją, totalnie bazarowy wygląd, najzwyklejszej dziewczyny na świecie. Rozczesała i wysuszyła włosy, im dłużej czymś się zajmowała, tym bardziej natrętne myśli oddalały się od niej. Spojrzała na zegarek, była piąta, a do szkoły wstawała o szóstej trzydzieści. Zdążyła ochłonąć, wszystkie atakujące ją wątpliwości gdzieś zniknęły. Opadła na łóżko w ubraniu, z przygotowanym plecakiem. Przysnęła.
Now my way is so long, my fate is so sad
My hands are so cold when you’re not there
I don’t know myself
My glow isn’t strong enough
To light up my wayTym razem budzik wyrwał ją z drzemki, uderzyła odruchowo w szafkę, a ten się wyłączył. Znowu śniła? Niemożliwe.
Powtórzyła nastawienie budzika. Odczekała chwilę patrząc z pozycji leżącej w oczekiwaniu.
Zadzwonił.
Uderzyła w szafkę.
Nie ucichł
— Cholera… Ale dziś mnie wzięło — westchnęła wyłączając go w klasyczny sposób. Była już gotowa, ale gdzieś wewnątrz nie czuła, aby tak było. Miała złe przeczucia, ale zrzuciła te emocje na miniony koszmar.
— Paulina, wstawaj!
Nastolatka przewróciła oczami. Skoro już nawet mama ją woła, to jaki miała wybór?
Jak zawsze była umówiona z dziewczynami na rogu, miały wspólnie pójść do szkoły. Asia się spóźniała, więc ruszyły we trzy. Starały się, jak zawsze, jakoś normalnie ze sobą rozmawiać, ale widać było, że wszystkie są jakieś rozbite. Przypomniało im się też, że mają zdjęcia do wywołania z wczorajszego wieczoru. Obiecała im, że dziś pójdzie, to może za parę dni będą do odbioru.
Paulina nie była w stanie powiedzieć, w którym dokładnie momencie coś zaczęło być nie tak, ale od chwili, gdy zobaczyła policyjny samochód przed szkołą, czuła to nieprzyjemne ściągnięcie gdzieś pod żebrami, jakby jej ciało wiedziało szybciej niż ona sama, że to nie jest zwykły dzień.
Dopiero na sali gimnastycznej, w tym dziwnym chaosie bez ustawiania klas, bez zwyczajowego gadania i przepychania się, z nauczycielami stojącymi jakby zbyt sztywno i zbyt nerwowo, zaczęło do niej docierać, że coś naprawdę się wydarzyło — coś, co nie powinno mieć miejsca tutaj, w tej szkole, w tym wszystkim, co do tej pory wydawało się jeszcze w miarę bezpieczne.
Kiedy padło nazwisko, przez ułamek sekundy miała wrażenie, że źle usłyszała, że to musi być ktoś inny, jakaś pomyłka, ale ten ton, ten sposób, w jaki komendant to powiedział — zbyt szybko, zbyt ostro, bez zawahania — nie zostawiał miejsca na takie nadzieje.Porwanie.
To słowo nie pasowało do niczego, co znała.
Stała nieruchomo, czując jak wszystko wokół niej nagle robi się dziwnie odległe, jakby dźwięki dochodziły przez wodę, jakby ktoś ściszył rzeczywistość, zostawiając tylko pojedyncze fragmenty — „brutalne”, „skatowana”, „szpital” — które wbijały się w głowę z nieproporcjonalną siłą.— Asia? — usłyszała obok i dopiero wtedy coś w niej drgnęło.
Odwróciła głowę w stronę Magdy, ale nie odpowiedziała od razu, bo w tym samym momencie dotarło do niej coś jeszcze, coś dużo prostszego i jednocześnie dużo gorszego — Asi naprawdę tu nie było.
Zaczęła gorączkowo przesuwać wzrokiem po twarzach, jakby mogła ją gdzieś przeoczyć, jakby mogła stać trochę dalej, schowana za kimś, spóźniona, zła, cokolwiek — cokolwiek, co byłoby bardziej normalne niż to.
Ale jej nie było.
I to właśnie ta pustka, to miejsce, które powinno być zajęte, a nie było, uderzyło ją mocniej niż wszystkie słowa komendanta razem wzięte.Paulina poczuła, jak przez moment jej myśli próbują pójść w znajomy schemat, znaleźć coś, co mogła zrobić inaczej, coś, co powinna była zauważyć, jakby to w jakiś sposób mogło mieć sens — ale tym razem nic się nie składało.
To nie było coś, co dało się „przemyśleć”.
To było coś, co po prostu się wydarzyło.
I właśnie dlatego było tak przerażające.
Dźwięki zaczęły się rozmywać jeszcze bardziej, jakby ktoś stopniowo przyciszał wszystko wokół niej, zostawiając tylko przytłumiony szum i echo własnego oddechu, który nagle stał się zbyt płytki, zbyt szybki, zbyt trudny do złapania. Światło odbijające się od parkietu sali gimnastycznej zrobiło się nienaturalnie ostre, kłujące, a sylwetki ludzi zaczęły zlewać się w jedną, poruszającą się masę.
Spróbowała złapać równowagę, przenieść ciężar ciała, zrobić cokolwiek, co zatrzyma to uczucie odpływania, ale jej ręce nie znalazły niczego pewnego, a kolana ugięły się zanim zdążyła to powstrzymać.
Ostatnie, co zarejestrowała, to czyjś głos — niewyraźny, jak zza ściany — i to dziwne wrażenie, że podłoga zbliża się do niej zbyt szybko.
Potem wszystko się urwało. -
Krzysztof Komeda

Uważaj o czym marzysz, bo może się spełnić.
Krzysiek nie potrafił zliczyć momentów gdy rozbierał siostrę Faustynę wzrokiem. Rozbierał ją w kościele, rozbierał w zakrystii, pod prysznicem, wieczorami gdy zasypiał i rankiem gdy się budził a nastoletnie ciało go zdradzało w najgorszy możliwy sposób. Tylko strach przed spowiedzią i nieodwracalna ślepotą powstrzymywał go by nie stać się jak biblijny Onan i nie zostać przeklętym przez Boga. Od dawna już powątpiewał z niestworzone w opowieści Heleny Komedy, lecz odkąd włosy zaczęły mu rosnąć nie tylko na głowie przestała go straszyć czarną wołgą, policją i cyganami. Jej historie o tym, co spotyka chłopców którzy oddają się młodzieńczym popędom, były gorsze niż wszystkie kazania księdza Witolda razem wzięte. Ręce miały uschnąć, oczy zachodzić bielmem, skóra pokrywać się wrzodami jak u Hioba. Pan Jezus miał patrzeć na to wszystko z góry i notować sobie każdy raz, a potem w dzień sądu odczytać to na głos, przy wszystkich. Przed całą parafią a nawet babcią nieboszczką.
– Proboszcz w niedzielę od razu wypatrzy takiego z ambony – ostrzegała – Zobaczy to po wzroku, który ze wstydu już zawsze ucieka w ziemię.
Odkąd w parafii pojawiła się siostra Faustyna, Krzysiek cierpiał niemal każdego ranka. Wiele razy miał ochotę ulżyć sobie, ale za każdym razem słyszał w głowie głos matki i przypominał sobie kurzajki, które w ósmej klasie wykwitły nagle na dłoni Piotrka Bochenka. Wykwitły w czasie gdy zaczął przynosić do szkoły swoje pisemka.
– A do tej marszczę czasem freda – przechwalał się przerzucając na przerwie kolejne posklejane stronice.
Krzysiek nie miał pojęcia kim jest ten cały fred, dopóki nie wyjaśnił mu tego Marek. Wtedy zrozumiał o co chodziło matce. Zrozumiał też, że w tym temacie może ona mieć akurat mieć rację i wolał nie ryzykować trwałego kalectwa. Pozostawały mu więc wstydliwe fantazje o zakonnicy, w której się zadurzył bez pamięci.
Teraz na jego oczach jedna z tych fantazji właśnie się spełniała. Zobaczył ramiączko stanika, lecz zamiast niezdrowej euforii poczuł palące współczucie. Współczucie a potem wstyd bo przez sekundę miał wrażenie, jakby to on sam rozpruł habit swoim świdrującym spojrzeniem.
Sytuacja z siostrą Faustyną nie mogła mu wyjść z głowy.
Nie mogła dopóki podczas apelu nie usłyszał co stało się z Joasią Kowalczyk.
Początkowo nie skojarzył nazwiska, ale wtedy zobaczył Paulinę i jej koleżanki. Przypomniał sobie wieczór w Miami i nagle poczuł jakby wjechał w niego rozpędzony tir.
Siedziałem z nią przy stoliku. Ona jest z naszej klasy. To przyjaciółka Pauliny.
Krzysiek gównianie znosił złe wiadomości. Zwłaszcza, gdy komuś kogo dobrze znał działa się nieodwracalna krzywda. Tak było gdy jego kolega w siódmej klasie skoczył na główkę do stawu i złamał kręgosłup, tak było gdy zakochał się w muzyce Nirvany i słuchał jej miesiącami nie mając pojęcia, że Kurt Cobain już dawno nie żyje i zastrzelił się w swoim domu w Seattle. Gdy o tym usłyszał od Marka, zebrało go na mdłości, bo śmierć przecież nie dotyka pięknych i utalentowanych ludzi. Każda taka wiadomość go przytłaczała bo zaczynał rozumieć, że światem rządzi przypadek a on sam nie jest bezpieczny. I żadna modlitwa go nie uchroni.
Chciał wyjść na świeże powietrze, ochłonąć, ale właśnie wtedy zobaczył jak twarz Pauliny robi się nienaturalnie blada.
To był odruch, czysty instynkt.
– Łapcie ją! – krzyknął i skoczył do przodu. Staranował jakiegoś typa, ale miał to w dupie. Chwycił dziewczynę pod pachy w chwili gdy zaczęła osuwać się na parkiet.
– Zróbcie trochę miejsca, dajcie jej oddychać! I niech ktoś otworzy okno! – rzucił w stronę tłumu nie puszczając Pauliny.
-

Mikołaj Pogorzelski
Pogorzelski nie miał nic do krzywdzonej uprzedzeniami mniejszości. Szacunku, ani zrozumienia, żadnej litości. Pięściarski idol Ali mawiał w wywiadach „Fear is the teacher and I don’t skip class”. Więcej od smrodów już nie był w stanie się nauczyć. Patrzył na nich z mieszaniną pogardy i obrzydzenia. Jakby spoglądał na lepkie, rozlazłe gówno, w które broni się wdepnąć. Wygrzewali dupy z samego rana na lordowskiej kanapie, śmiejąc się w twarz ludziom, którzy zmierzali właśnie do pracy, uwłaczając z mocą splunięcia. Jeszcze nie zdecydował, czy powbija gwoździe w siedzisko, czy tylko przejedzie smarem. Ostatecznie długo się nie nacieszą. Pluskiew mieszkających w materacu żałowałby bardziej.
Próba ominięcia szamba pchnęła go pod ścianę. Bliskość budynku przeogniskowała skupienie. Szeroko rozwartymi źrenicami śledził niedoskonałości krzywo nałożonego tynku, zaskoczony obecnością nagłej przeszkody. Odwrócił się badawczo, orientując w czasoprzestrzeni, widocznie rozciągniętej w odległości i skróconej w czasie. Trzy wytrzeszczone mordy zgasiły w nim myśl o zaczątkach schizofrenii, niedowierzaniem poświadczając anomalię. Dziwne to było. Jakby złudne przebudzenie okazało się częścią snu i wciąż w nim pozostawał. Jak w starym koszmarze.
Metafizyczne doświadczenie cofnęło myśli i zmysły w głąb. Nieufnie obserwował otoczenie, którego przestawał być pewien. Rozmowy o pogodzie mijanych ludzi. Tłuste nagłówki gazet w kiosku. Wszystko raziło płytkością i nieznaczeniem.
– Szykujcie kołki i pochodnie, rumuńskie wsioki. Czas na Transylwanie – mruknął pod nosem. Wziął zamach i wykopał puszkę na drobniaki cyganki moszczącej się do żebrów w pobliżu rynku, z satysfakcją wsłuchując w skarżące jęki. Nie pogoniła, zmuszona trzymać na rękach uśpionego wódą bachora.
Co podchodziło podobieństwem, działo się dotychczas tylko na sesjach u Kozy. Świat Mroku przenikał do mainstreamu. Bydło oswoiło z maskotką Drakuli. Przestali bać się nocy. Słońce nie pali, schowane za wieczną mgłą…
Dotarł do szkoły. Aura niepokoju uderzała z daleka wymianą nerwowych spojrzeń pomiędzy uczniami. Napisem „Policja” na boku rozklekotanego rzęcha zaparkowanego przed wejściem. Za tłumem wlał się do sali. Siląca się na uspokajający ton dyrektor i dwóch gliniarzy. Jeden twardy jak zaschnięta guma pod krzesłem, przyklejona przez trzy lata, w końcu z bólem oderwana od deski. Początkowo nie skojarzył personaliów zaginionej. W trakcie zamieszania w szeregach apelu, zrozumiał, że to żaden anonimowy obcy, zniknęła koleżanka z paczki Kasi. Paulinę ścięło. Krzychu łapał. Sam pozostał w bezruchu. Zdezorientowany, czy aby przed nim nie rozgrywa się film, którego nie jest uczestnikiem, ledwie obserwatorem. Nie potrafił zmienić kanału. Ucząc się ruszać na nowo, kruszył warstwę pokrywającego go lodu.
– Zabierzmy ją do gabinetu pielęgniarki – trzeszcząc szronem, zbliżył się do Poganina. – Zamiast liczyć, że morze się rozstąpi, lepiej zwyczajnie wyjść na brzeg.
Zarzucił ramię dziewczyny na szyję, licząc że Blondas z drugiej strony zrobi to samo. Sunęła bezwładnie butami po parkiecie, gdy wyprowadzali ją z tłumu.
– Ej – gdy zrobiło się przestronniej, przyklęknął przy pobladłej twarzy. Krew z niej odpłynęła. Cucąco klepnął kilka razy w piegowate policzki. – Wezmę Ogara, pójdziemy na miejsce, poszukamy tropu.
Chciał powiedzieć coś znaczącego. Żadnego sloganu. Co sprowadziło by ją spowrotem na ziemię. Później zamierzał zadzwonić do ojca. Zapytać, czy jadąc w nocy przez miasto, nic podejrzanego nie przyuważył.
-

Alicja Filipowicz
- Co to kurwa było?
Słowa te dźwięczały Alicji w uszach jeszcze długo po tym, jak wybiegła z domu. Pytanie, na które Jarek Filipowicz nie uzyskał odpowiedzi tego poranka. Zresztą ona sama również jej nie znała.
Chwyciła plecak i wypadła z mieszkania, trzaskając w pośpiechu drzwiami i zostawiając za sobą skonfundowanego brata, samotnie stojącego w kuchni. Nie chciała pozwolić się dogonić, więc gdy tylko znalazła się na podwórku, puściła się biegiem w stronę furtki, a później dalej, wzdłuż drogi prowadzącej do szkoły.
Natłok myśli chaotycznie kołatał się po jej głowie, przeskakując z jednego tematu na drugi jak obrazki w kalejdoskopie.
Kubek z resztką kawy powinien był w nią uderzyć. Nie było przecież czasu się uchylić - to był ledwie ułamek sekundy. Człowiek z najszybszym refleksem świata nie zdążyłby uskoczyć. Nawet jeśli, to chociaż kawa powinna ją oblać. Nie było opcji, żeby uniknęła wszystkiego bez najmniejszego śladu. A jednak uniknęła.
Najbardziej bolało ją jednak nie to. Bolało ją to, że Jarek w ogóle rzucił.
Od kilku lat ich relacje nie były już takie jak kiedyś. Dawniej Alicja widziała w starszym bracie autorytet. Próbowała go naśladować, uwielbiała spędzać z nim czas - nawet wtedy, gdy straszył ją historiami o nazistowskich porywaczach z zamku. Był dla niej bohaterem. A ona dla niego ukochaną młodszą siostrą, którą należało chronić przed całym złem tego świata, ale jednocześnie dopilnować, żeby wyrosła na porządną dziewczynę z porządnym gustem.
Byli wręcz przykładnym rodzeństwem. Aż do czasu rodzinnej tragedii, która zmieniła wszystko i wszystkich, których dotknęła.Jarek popadł w narkotyki i kiepskie towarzystwo. Stał się praktycznie lokalnym kryminalistą - typem, którego nie chciało się spotkać wieczorem na osiedlu. A mimo to wciąż był jej bratem. I na swój pokręcony sposób nadal próbował o nią dbać. O jej bezpieczeństwo.
A Alicja wciąż widziała w nim cień chłopaka, którym był przed śmiercią ich matki. I nadal miała głupią nadzieję, że kiedyś wyjdzie z dołka, w którym ugrzązł.Dlatego to tak bolało.Bo nawet w najgorszych wyobrażeniach nie podejrzewała, że spróbuje zrobić coś, co mogłoby naprawdę zrobić jej krzywdę.
Jakby ostatnia nić między nimi - już dawno nadszarpnięta przez czas, żal i zmęczenie - w końcu pękła.Może ta sytuacja wcale nie miała miejsca? Nie. To niemożliwe. Słowa Jarka nadal dudniły jej w głowie jak echo. To musiało się wydarzyć.
Ale kubek nie uderzył. Kawa nie rozlała się po jej ubraniu. Tylko że kubek również nie mógł naprawdę zatrzymać się w powietrzu tuż przed jej twarzą. Takie rzeczy działy się tylko w filmach.
Jarek po prostu nie trafił.Wyobraźnia i adrenalina zrobiły swoje. Właśnie dlatego zobaczyła ten absurdalny obraz porcelanowego kubka wiszącego w powietrzu. Tak. To musiało być to.Kiedy dobiegła do szkoły, zwolniła kroku, próbując złapać oddech. Wsadziła ręce do kieszeni i minęła policyjny polonez, przyglądając mu się z mieszaniną zaciekawienia i niepokoju. Nim jednak zdążyła zaczepić kogokolwiek znajomego i zapytać, co się dzieje, została razem z resztą uczniów pośpiesznie skierowana na salę gimnastyczną.
Wszystko działo się zbyt szybko. Nie zdążyła nawet zarejestrować, który nauczyciel kazał jej tam wejść. Po prostu wykonała polecenie, bo właściwie nie miała innego wyjścia.
To, co wydarzyło się później, przypominało sen. Taki z tych ciężkich, dusznych, po których człowiek budzi się zlany potem.
Na początku słowa policjanta - chłodne, konkretne, wypowiadane twardym tonem - w ogóle do niej nie docierały. Jakby jej mózg nie był już w stanie przetworzyć kolejnej dziwnej rzeczy tego dnia.
Najpierw kubek. Teraz to. Dopiero gdy komendant wspomniał o świadkach i o tym, że ktoś mógł coś widzieć poprzedniej nocy, wszystko nagle nabrało sensu.Alicja poczuła, jak robi jej się gorąco. Serce zaczęło łomotać jej w piersi. I nagle znowu tam była. Pusta ulica. Ciemność. Echo własnych kroków. To dziwne, uporczywe uczucie, że ktoś idzie za nią. Że ktoś jest tuż za plecami, poza zasięgiem wzroku.
Przypomniała sobie, jak przyspieszyła kroku. Jak później praktycznie puściła się biegiem do domu przez opustoszałe ulice Sokołowa Śląskiego. Jak trzęsącymi się rękami szarpała furtkę, a potem wpadła do środka i zamknęła drzwi na wszystkie zamki, jakby coś naprawdę miało pojawić się tuż za nimi.
Czy cudem uniknęła losu porwanej dziewczyny? Czy gdyby nie zaufała własnemu instynktowi, to teraz jej miejsce byłoby gdzieś tam… a nie na tej sali? A może po prostu była szybsza od Asi? Co jeśli tamtej nocy złapaliby właśnie ją? Czy Joanna byłaby wtedy bezpieczna?
Coraz więcej absurdalnych pytań pojawiało się w głowie Alicji, jedno gorsze od drugiego.Spojrzała odruchowo na własne dłonie, bo dopiero teraz zauważyła, że drżą. Szybko wsunęła je z powrotem do kieszeni dżinsów.
Gdzieś po drugiej stronie sali ktoś zawołał imię Pauliny. Ktoś inny poderwał się z miejsca. Alicja praktycznie tego nie zarejestrowała.
Jej umysł był już gdzie indziej. Musiała coś zrobić. Bo czuła, że jeśli będzie dalej tylko stała i czekała, to za chwilę rozsypie się na milion kawałków. Musiała pójść do gabinetu dyrektorki. Musiała porozmawiać z policją. Nieważne, czy naprawdę ktoś ją śledził. Dla niej tamtej nocy to było realne.A jeśli istniała choćby najmniejsza szansa, że mogło mieć to związek z porwaniem Asi, nie mogła po prostu siedzieć cicho.
-
W noc imprezy
Adam bawił się świetnie! Szczególnie jak zagrali "Billy Use your Willy" E-rotic. Wcześniej nie znał tej piosenki a jak usłyszał tekst to aż popłakał się ze śmiechu! Chyba niewiele osób załapało o co chodziło, ale on był dobry z anglika dzięki Pani Bibliotekarce. Czuł, że Paulina chciała pogadać miał szanse nawiązać z nią głębszą relacje koleżeńską ale prawda była taka że Chlebowski czuł się wyczerpany napięciami dzisiejszego dnia chciał po prostu pozostawić wszystko na płytkiej stopie przynajmniej na ten wieczór.
Gdy wracał do domu przeszło mu przez myśl żeby po prostu nie wracać pójść w długą... Złapać jakieś nocny pociąg na gapę i szwendać się po jakimś wielkim mieście gdzie można zniknąć! Problem jednak w tym, że były lata 90te nie 30te i że nie dało się zniknąć szczególnie gdy Ojciec był wysoko postawionym gliniarzem nie mógł tego zrobić siostrze i Matce.
Wrócił do domu ukrył głupkowatą marynarkę miał więcej szczęścia niż rozumu gdyż nie napytał sobie biedy z Ojcem. Nocna pobudka wróci do niego we wspomnieniach dopiero na apelu szkolnym dnia jutrzejszego...
Dziwny Poranek
Zaplanował spędzić popołudnie z Panią Grażyną dzisiaj miały być warsztaty krawieckie urządzone na dzielonym terenie Miejskiego Domu Kultury i Biblioteki Miejskiej będzie mógł zeszyć rozerwane wczoraj dżinsy na elektrycznej maszynie walizkowej marki "Łucznik". Może weźmie czerwoną nitkę i nawet jak mu wyjdzie krzywy ścieg to będzie mógł zacząć nową modę ? Tak naprawdę potrzebował pogadać ze swoją ulubioną dorosłą osobą jej światowe poglądy i rady zawsze łagodziły rozedrganie duszy Adama, nawet nie wiedział jeszcze jak bardzo wstrząsnąć nim miał poranny apel w szkole...
Skąd on w ogóle znał ten numer telefonu do tej ciotki? Eksperymenty Niemca czy może ktoś im dolał jakiegoś LSD do Polo Coli i teraz ma jakieś opóźnione efekty? Dopiero na apelu szkolnym gdy wszyscy byli zajęci mdleniem i przypominaniem sobie o własnej śmiertelności Chlebowskiego uderzyła po łbie zgoła inna myśl z mocą obucha "A co jeżeli ja jestem kurwa jakimś mutantem jak w tych komiksach Amerykańskich z Domu Kultury ? Może mogę pomóc tej dziewczynie?! " // - Pomyślał.
Wygrzebał z kieszeni kurtki kilka drobnych monet i zaczął nimi podrzucać: Mógł zgadnąć jedną, może dwie? Ale więcej niż to pod rząd był matematyczną niemożliwością!
Nagle przyszło mu do głowy że Paulina uratowała mu w sumie wczoraj dupę przed skopaniem jeżeli faktycznie ma super moce przewidywania przyszłości to fajnie byłoby ich użyć żeby się zrewanżować i złapać nową koleżankę żeby się nie potłukła! Spróbował użyć nowej dziwnej zdolności
-
Szarzyzna
Liceum, sala gimnastyczna, apel zamiast pierwszej lekcji
- Proszę jeszcze o uwagę, jeżeli ktoś z was ma ewentualne informacje, to będziemy czekać na was w moim gabinecie dopiero od drugiej lekcji... - Pani dyrektor chciała coś jeszcze dodać, ale uczniowie wiedzieli swoje i już ruszyli do wyjścia.
Adam
Słuchał jednym uchem, zajęty zabawą monetami. Pod ścianą, pod drabinkami w sumie nikt mu nie przeszkadzał. Rzucał i zgadywał, zgadywał i rzucał. Mniej więcej co drugi wynik odgadł prawidłowo, nieraz tylko albo miał dłuższą serię, gdzie każda moneta spadała nie tak jak myślał że spadnie, albo też odgadł kilka monet z rzędu.
Kątem oka zauważył padającą Paulinę, czy uda mu się...
Krzysztof
Zanim zdążył się poruszyć, już krzyczał. Spowodowało to mały zamęt. Przyjaciółki Pauliny, Kasia i Magda robiły harmider piszcząc i ogólnie tracąc głowę. Rzucił się Paulinie na pomoc.
Mikołaj
Kasia i Magda, bo chyba to była ona, robiły taki hałas, że trudno było mu się skupić. Ale rzucił się Paulinie, podobnie jak Krzysztof.
Krzysztof i Mikołaj
Nie zdążyli. Zareagowali zbyt późno żeby chwycić Paulinę zanim dziewczyna grzmotnie w parkiet. Ale nie grzmotnęła. Jej plecy oraz głowa zatrzymały się kilka centymetrów NAD podłogą. Mikołaj to widział. Krzysztof też to widział. Mikołaj widział, że Krzysztof to widział i Krzysztof też widział, że Mikołaj to widział. Bez słowa komentarza (poza zabraniem dziewczyny do pielęgniarki i o Ogarze, dla Poganina cokolwiek lub ktokolwiek to był) chwycili Paulinę pod ramiona. Dopiero wtedy jakby nabrała ciężaru i poczuli masę. W miarę sprawnie (Krzysztof bardzo niepewnie, w końcu dotykał dziewczynę!) postawili Paulinę do piony i wzięli ją pod ramiona. Mikołaj bez wahania drugą ręką złapał dziewczynę z tyłu za pasek od spodni. Krzysztof się nie odważył, wystarczyła bliskość ciała dziewczyny. W rozstępującym się tłumie wyszli z sali na świeże powietrze. Żadem z nauczycieli ich nie zatrzymał.
Alicja
Wspomnienie poprzedniego wieczora uderzyła ponownie, jak kubek w twarz (Jarek nie trafił, prawda? A może niczym nie rzucił, a ona sobie to tylko ubzdurała). Słowa pani dyrektor o przyjściu dopiero na drugą lekcję spłynęły po niej, jakby w ogóle ich nie zarejestrowała. Szła przeciskając się przez uczniów, którzy gadając szli do wyjścia. Tłum wypuścił ją z uścisku i stanęła przed panią dyrektor i policjantem z pokaźnym brzuchem.
- Tak? - Policjant zareagował pierwszy, pani dyrektor patrzyła sie nieco zagubiona w odchodzący tłum.
- Proszę pana, jak chcę coś powiedzieć - Alicja była zdenerwowana, przestraszona - wczoraj wieczorem miałam wrażenie, że ktoś mnie śledził.
Policjant spojrzał jeszcze raz na panią dyrektor, która dopiero teraz zaczęła interesować się Alicją:
- Przyjdź do gabinetu pani Rusickiej na... drugiej lekcji.
- To jest w starym budynku na piętrze. - dodała pani dyrektor.Adam
Poczuł tylko jak przeszedł go lekki dreszcz i nic się nie stało. Widział jeszcze jak Mikołaj i Krzysztof łapią Paulinę. Wrócił do swoich monet. Ciągle nic. Statystycznie wszystko było w porządku.
Tłum się rozchodził. W sumie nie warto zostawać, chyba że miał ochotę na rozmowę z ojcem, do czego pewnie i tak dojdzie, albo teraz (komendant Chlebowski wyłowi go z tłumu rozpocznie przesłuchanie) albo po południu w domu.
Paulina
Pierwszy powrócił słuch, rozpoznała głos Kasi. Paulina poruszała się, ktoś ją niósł, otworzyła oczy nie wiedząc co się dzieje. Stała na sali gimnastycznej i...
A teraz była już na zewnątrz, a Krzysztof i Mikołaj ją nieśli.
- Co się stało? - i po chwili, już mniej rozkojarzona, widząc ławkę przy boisku - Stop! Stop! Chcę usiąść. -

Paulina Kwiatkowska ~ Mikołaj Pogorzelski ~ Krzysztof Komeda
Paulina szarpnęła lekko ramionami, próbując wyrwać się z ich uścisku, choć bardziej z nerwów niż siły.
— Stop, mówiłam… — powtórzyła ciszej, kiedy postawili ją przy ławce, od razu siadając ciężko i opierając się dłońmi o drewno, jakby musiała upewnić się, że tym razem naprawdę ją czuje. Przez chwilę nic nie mówiła, skupiając się tylko na oddechu, który nadal nie chciał wrócić do normy, a wzrok miała wbity gdzieś przed siebie, nie do końca łapiąc ostrość.
— Ja… — urwała, marszcząc lekko brwi, jakby próbowała poukładać to, co się właśnie wydarzyło. — Zasłabłam? Ale wstyd, aż dziwne, że nic mnie nie boli — mruknęła nie potrafiąc spojrzeć na resztę. Pamiętała, że kiedyś zemdlała na chrzcie kuzyna. Miała guza na głowie i bolały ją ramiona. A teraz nic? Może dopiero wieczorem odczuje skutki?
Mikołaj spełniał życzenia. Pacjent powrócił do rzeczywistości i rwał się do samodzielności. Zluzował chwyt. Koniec asekuracji. Tyłek Pauliny osiadł bezpiecznie na ławce. Nie na twardej powierzchni boiska, idealnej do ran szlifowanych podczas wu-efu. Również nie na księżycu, czy innej, kurwa, Wenus. Nie dając krzty zaufania grawitacji. Mogła w każdej chwili wykręcić psikusa i znowu zatańczyć brekdenca.
– Widziałeś? – widział, że Krzychu widział, a mimo to się upewniał. Świat stawiany na głowie żądał. Wysoko wyniósł poprzeczkę wykluczającą krytyczną usterkę zwojów pod własną kopułą.
Krzysiek słysząc protesty koleżanki puścił ją i cofnął się krok do tyłu. Wpatrywał się w Paulinę z troską, ale i niedowierzaniem. To co przed chwilą zobaczył na sali gimnastycznej nie mogło być halucynacją. Mikołaj też to zobaczył. Komeda nie potrafił tego nazwać inaczej niż cudem.
Na pytanie kolegi skinął niepewnie.
— Zawisła w powietrzu jak jakiś indyjski fakir.
Spojrzał raz jeszcze na Paulinę, która wydawała się odzyskiwać kolory i powoli dochodziła do siebie.
— Już ci lepiej? — zapytał — Może pobiegnę na stołówkę po jakiś kompot albo wodę?
Paulina uniosła wzrok na Krzyśka, jakby dopiero teraz w pełni do niej dotarło, co powiedział, a przez jej twarz przemknęło coś pomiędzy zmieszaniem a lekkim niepokojem.
— Nie patrzcie tak na mnie, jakbyście właśnie wybierali muzykę na mój pogrzeb — spróbowała zażartować, choć w jej głosie nadal pobrzmiewało zdenerwowanie. — Naprawdę, za chwilę będę jak nowa.
Oparła się mocniej o ławkę, biorąc wolniejszy oddech, jakby chciała sobie udowodnić, że wszystko wraca do normy, choć jeszcze przed chwilą świat dosłownie jej się urwał.
— Co masz na myśli, że „zawisłam”? — zmarszczyła lekko brwi, przenosząc spojrzenie między nim a Mikołajem. — Ja po prostu zemdlałam… nie? Zdarzało mi się już, a dziś nie najlepiej spałam. Jeszcze miałam sen w śnie, dziwne...no i Asia — Paulina wyraźnie posmutniała. Ciężko było jej wyrzucić z głowy wyobrażenie o porwaniu.
— No zemdlałaś — potwierdził Krzysiek — Próbowaliśmy z cię Mikołajem złapać, ale nie zdążyliśmy. Tyle, że zamiast uderzyć o parkiet ty...
Chłopak urwał patrząc niepewnie na Mikołaja.
– Na pogrzeb najlepszy Chopin – Pogorzelski nie wahał się sekundy przed wskazaniem klasyki. – No... jak indyjski fakir.
Nie wiedząc co by dodać, wyklepał za Komedą niczym chór za wokalistą podkreślający słowa piosenki. Cała tajemnica.
– Co lewituje nad ziemią, jak ten, no… – pstryknął palcami. – Dalszim ze „Strit Fajtera". Nie chodzisz na automaty, możesz nie skojarzyć. To samo, bez ciągłego powtarzania „joooga”.
Grzebał w myślach za bliższym dziewczynie przykładem.
– Jak Dana z „Pogromców Duchów", jak...Wbił wzrok w Poganina, uśmiechnął się prowokacyjnie i wycedził tytuł, po którym z pewnością brał kąpiel w święconej wodzie. Mówił szybko paciorek i chował się pod kołdrą w strachu czekając świtu.
– Jak Regan z „E-g-z-o-r-c-y-s-t-y".Paulina zmrużyła lekko oczy, jakby próbowała wyłapać w ich słowach moment, w którym zaczyna się żart, a kończy coś, czego nie powinna brać na serio.
— No dobra, ale to już brzmi jak jakiś słaby dowcip — mruknęła, choć nie uśmiechnęła się tym razem, a jej spojrzenie na moment uciekło gdzieś w bok. — Fakir, Street Fighter… poważnie?
Przełknęła ślinę i pokręciła lekko głową.
— Jesteście pewni, że nic wam się nie pomyliło? — zapytała, marszcząc brwi. — Żadnych zwidów, niewyspania? Koszmarów nocnych albo czegoś takiego? Jak niby mam w to uwierzyć, nie jestem wróżką
— To nie ściema — zapewnił Krzysiek. Z przyzwyczajenia przyłożył rękę do piersi by potwierdzić swoją prawdomówność — Słowo ministranta. Gdyby Mikołaj też tego nie widział pewnie bym pomyślał, że mam guza mózgu albo schizofrenię. Ale ty lewitowałaś Paulina.
– Bez pudła – Mikołaj skinął ochoczo na wypowiedzianą oczywistość.
Ruszył się tam i nazad. Chodzenie układało myśli.
– „W chwili, gdy zwątpisz, czy potrafisz latać, na zawsze przestajesz to robić” – zarzucił „Piotrusiem Panem”. Oprócz metalu i palenia kościołów, widać lubił też Disneya. – No i puff, po mocach, wcaleniewróżko.
Wydreptywał ścieżkę przed ławką. Rozczarowany Pauliną. W znaczeniu, że ona też. Są inni. Nie jest wybrany, wyjątkowy.
– Dobra, powaga. Przy pierwszym można wątpić, przy drugim… – gryzł się w język z ujawnieniem próby Niewiernego Tomasza. Wkładaniem nosa w dziury ściany sokołowskiego budynku. Zaczynał wierzyć. – Liczę na trzeci, który pomoże odnaleźć Asię. Nie sądzę by gliniarz z bandziochem wyciskającym się szwami, znalazł coś ponad pączka, na którym usiadł.Paulina spojrzała na Mikołaja przez chwilę, jakby próbowała nadążyć za tym, co właśnie powiedział, ale im dłużej to trwało, tym bardziej jej wyraz twarzy przechodził w lekkie, zmęczone niezrozumienie.
— Ja… nie wiem, o czym ty teraz mówisz — przyznała w końcu szczerze, unosząc lekko brwi, jakby chciała się upewnić, że to nie ona coś zgubiła po drodze. — Piotruś Pan, latanie… co?
Przetarła dłonią skroń, biorąc głębszy oddech, jakby próbowała zebrać myśli i wrócić do czegoś, co ma sens, czego może się złapać.
— To nie jest możliwe — powiedziała ciszej, już bardziej stanowczo, choć bez ostrości. — Ludzie nie zaczynają nagle lewitować, bo… bo co, bo mają gorszy dzień?
Na moment urwała, zerkając między nimi, jakby sprawdzała, czy któryś z nich się zaraz nie roześmieje i nie powie, że to wszystko to głupi żart.
— Jeśli naprawdę myślicie, że coś takiego się stało, to… — zawahała się, ale tylko na chwilę. — możemy spróbować to powtórzyć. Jakieś… nie wiem, warunki, cokolwiek.
Wzruszyła lekko ramionami, choć ruch był jeszcze trochę niepewny.
— Ale jeśli się nie uda, to odpuszczamy. To znaczy, że wam się przewidziało albo ja po prostu zemdlałam jak normalny człowiek. — spojrzała na nich uważniej, jakby chciała zamknąć temat, zanim wymknie się spod kontroli. — To nie jest coś, co się po prostu zdarza jednej osobie znikąd. Powaga, nie jestem nadzwyczajna by mieć moce
– I to jest duch! – Pogorzelski poparł, w ciszy opłakując paulinową śmierć wewnętrznego dziecka, przywiązanie do materii. – Na moje, Adam cały apel powtarzał. Stał przy drabinkach. Nic nie słuchał. W kretyńskim zapętleniu podrzucał monetę i wgapiał się w rękę.
Sam wyciągnął przed siebie dłoń, czekając czy załapią puentę.
– Jaakby..? Jakby? – ciągnął za język. Westchnął i zakończył. – Jakby chciał przeniknąć co wypadło. Nie bądźmy jak Adam. Spróbujmy złamać rzeczywistość tam gdzie ma to znaczenie.Krzysiek przysłuchiwał się wymianie zdań, próbując udawać, że rozumie o co chodzi Mikołajowi. Albo gadał jakimś szyfrem, albo Komeda był zwyczajnie za głupi by nadążyć za kolegą. W podstawówce obracał się wśród chłopaków pokroju Bochenka więc rozmowy sprowadzały się do głównie do żartów o pierdzeniu i bekaniu na zawołanie. Musiała minąć dłuższa chwila by powoli docierał do niego sens jego słów.
— Zaraz. Chcesz serio sprawdzić czy Paulina umie…latać? Jak Dzwoneczek?
Kto jak kto, ale Krzysztof Komeda od dziecka karmiony biblijnymi historiami powinien wierzyć w zjawiska nadnaturalne, w to że ludzie potrafią dokonywać niezwykłych czynów. Im bardziej był jednak starszy, tym mniej miał w sobie wiary w świat nadprzyrodzony. Ale nie mógł zaprzeczyć temu co przed chwilą zobaczył. To nie była sztuczka iluzjonisty ani halucynacje.
— Nie wiem czy to dobry pomysł- mruknął przyglądając się dziewczynie - Może powinien zbadać ją najpierw jakiś lekarz? Albo…ksiądz?
Paulina zmrużyła lekko oczy, patrząc najpierw na Mikołaja, potem na Krzyśka, jakby próbowała dopasować ich słowa do tego, co sama przed chwilą powiedziała.
— Dobra… — zaczęła powoli, przeciągając to trochę, jakby chciała kupić sobie sekundę na poukładanie tego w głowie. — Czyli wy serio w to idziecie.
Przetarła jeszcze raz skroń, ale tym razem bardziej z rezygnacją niż zdezorientowaniem.
— Nie wiem, co to ma wspólnego z Piotrusiem Panem i Adamem z monetą — rzuciła w stronę Mikołaja, kręcąc lekko głową — ale jeśli chcecie szukać w tym jakiejś logiki, to najpierw sprawdźmy najprostsze rzeczy.
Oparła się mocniej o ławkę, biorąc spokojniejszy oddech.
— Jedna sytuacja o niczym nie świadczy — dodała już pewniej. — Jeśli to się powtórzy, okej, możemy się zastanawiać. Jeśli nie, to znaczy, że po prostu zemdlałam i tyle.
Zawiesiła na nich spojrzenie, tym razem bardziej przytomne.
— Ale bez robienia ze mnie jakiejś… — urwała na moment, marszcząc lekko brwi — wróżki czy Dzwoneczki.
Zrobiła pauzę na oddech. Miała wrażenie, że się zaraz rozpłacze.
— I nie potrzebuję ani lekarza, ani księdza, tylko chwili spokoju.
Na chwilę zamilkła, jakby coś dopiero teraz przebiło się przez ten cały chaos myśli.
— …Asia — powiedziała ciszej, prostując się nagle, jakby to jedno słowo przywróciło jej właściwy kierunek.
Zsunęła dłonie z ławki, zbierając się do wstania, tym razem ostrożniej, ale już bardziej zdecydowanie.
— Powinnam iść pogadać z policjantem — dodała, przenosząc spojrzenie gdzieś w stronę budynku szkoły. — To jest chyba ważniejsze niż sprawdzanie, czy umiem latać.
Mikołaj zerkał podejrzliwie na Krzycha. Wypierał się. Jak Piotr trzy razy nim kur zapieje. Anomalie były faktem. Głęboko zagrzebywanym przez zamknięte umysły. Chłopak potarł skronie uśmiechając się pod nosem. Nerwowo. Na szali leżała jego racja, szacunek podwóra, los porwanej. Nie był równie mocno związany emocjonalnie z Asią co Paulina, ale spróbował. Połączyć się z tragedią nocy. Zobaczyć przebłysk wydarzeń minionych. Numer rejestracyjny wozu porywaczy, jakiś ich znak szczególny, naprowadzenie na ślad. Cokolwiek co odwróciłoby róże wiatrów we właściwą stronę. Nie wiedział, jak? Znał tylko cel. Mieli go za Świra. Oto proszę. Syn Malkava. Jego Nadwrażliwość, nędzne bukłaki. Pogładził ostre kły czubkiem języka. Czuł boleść rosnących z dłoni szponów. Wzrokiem przezierał czerwień. Wszystko w wyobraźni, choć naprawdę wszystko. Bo gdy nic nie miało sensu i rodził się chaos. Łapał się tego co znał, co niosło komfort i przyjemne wspomnienia.
Krzyśkowi zrobiło się zimno gdy usłyszał imię Asi. Przypomniał sobie co mówili na apelu, zanim Paulina zemdlała. Ich koleżanka z klasy została porwana i Krzysiek dopowiedział sobie już resztę historii. Jakiś morderca, jakiś zboczeniec dopadł ją gdy wracała z dyskoteki. Bo skoro do tej pory jej nie odnaleziono...
Wzdrygnął się. Nie. Nie chciał o tym myśleć, nie teraz.
— Dobra — rzucił do Pauliny, gdy ta podniosła się z ławki — Jakbyś się czegoś dowiedziała daj nam znać.Mikołaj przetarł nos wierzchem dłoni. Na rękawie ujrzał ślad krwi. Pociągnął. Strup musiał puścić. Szarzyzna betonu trzymała za nogi. Coś widział, majaki, kontury na krańcu percepcji śmiejące z niemocy. Przebił się przez ludzki wianek. Spleciony jakby z duszącego bluszczu. Roztrącając dał upust wściekłości, zmęczonej wściekłości. Obronny mechanizm rzeczywistości napędzany obecnością niedowiarków. Szał schodził, pozostawiając ciało wyczerpanym. Nie odrywając wzroku od ziemi wlókł się w stronę szkoły.
– Nie szał, dziwna moc wyjaławia – szepnął w utwierdzeniu, krocząc przez pola psychicznego wypalenia.Paulina wstała z ławki, na chwilę się zachwiała. Tym razem jednak stojące z boku i plotkujące między sobą Kasia i Magda, podbiegły do przyjaciółki.
— Och, Paula! Już w porządku? — zapytała Kasia chwytając dziewczynę za rękę.
Paulina kiwnęła głową. Magda milczała, była cała zalana łzami. Gdy Paulina na nią patrzyła, też czuła napływające do oczu łzy. Musiała odwrócić wzrok. Spojrzała najpierw na Krzyśka, ale ten też nie wyglądał na zobojętniałego. Przeskoczyła więc wzrokiem na Mikołaja i tu znalazła jakąś emocjonalną pustkę. Skupiła się na nim przez chwilę, jakby próbowała zaczerpnąć tej chłodnej, spokojnej energii.
— Zobaczymy się później — rzuciła Kasia, Paulina tylko potwierdziła kiwnięciem. Ruszyły we trzy w stronę szkolnego budynku.
— To gdzie miał być ten policjant? — zapytała Paulina, a dalsze ich rozmowy były poza zasięgiem słuchu innych.
Dopiero po czasie Paulinie przeszło przez myśl, że to może nie były jej moce, a ktoś inny sprawił, że nie uderzyła o podłogę? Czy to w ogóle było możliwe?
-


Mikołaj Pogorzelski & Krzysztof Komeda
Krzysiek odprowadził Paulinę i resztę dziewczyn wzrokiem a potem spojrzał na Mikołaja.
— Ty naprawdę wierzysz, że ona…
Urwał w połowie, widząc jak kolega ociera dłonią krew w nosa. Wyglądał jakby sam za chwilę miał zemdleć.
— Ej, co ci jest? — spytał niepewnie — Tylko nie mów, że tobie też zaraz odetnie prąd.
Pogorzelski się zawahał. Bał się odwrócić, bał się odsłonić włosy opadające na twarz. Dręczony uporczywą myślą, że powodem porwania mogło być przecież przejawienie tendencji. Byli w niebezpieczeństwie. Miejscem niezwykłych dzieci jest cela w laboratorium. Łoża z pasami, strzykawki i węże. Węże pod skórą. Wolał udawać, że nic się nie wydarzyło. Żałował wypowiedzianych słów. Miał nadzieję, że szybko ulecą z pełnych emocji głów. Chciałby wierzyć, że wszystko to nic ponad.
— Halucynacje — przekonywał do kłamstwa również siebie. — Nic, nic, sorry, wszystko gra.
Poruszał się jak samochód, któremu zblokowano kierownice. Cegłą przygnieciono pedał gazu. W kierunku przepaści. Na autopilocie, aż zniknął w budynku szkoły.
Krzysiek został sam na szkolnym placu. Klapnął na ławce, gdzie jeszcze przed chwilą siedziała Paulina. Powiedzieć, że dzień zaczął się dziwnie to nic nie powiedzieć. Najpierw nieszczęsny rozpruty habit siostry Faustyny, potem apel dyrektorki, zaginiona Asia, mdlejąca Paulina i Mikołaj gadający od rzeczy. Ta puszczona krew z nosa to nie mógł być przypadek. Tak jak to, że Paulina lewitowała. Nie mógł temu zaprzeczyć, był świadkiem cudu. Albo opętania, nie potrafił rozstrzygnąć. Zresztą, czy to ważne? Jedna z jego koleżanek właśnie zaginęła. Jeszcze rok temu pewnie by poszedł na plebanię zamówić u księdza proboszcza intencję, ale z każdym dniem miał coraz mniej pewności czy Bóg faktycznie słucha modlitw. Nabierał za to przekonania, że wszystko co dobre i złe na tym świecie dzieje się w woli człowieka. Jeśli ktoś skrzywdził Asię, to z pewnością nie diabeł. I jeśli ktoś ją uratuje, to z pewnością nie Jezus.
Wstał z ławki i z tą myślą ruszył w kierunku szkoły.
-
Adam wolał porozmawiać z Ojcem na terenie szkoły mógł dostać burę za to że wymknął się na prywatkę ale bez osłony czterech ścian mieszkania rodziciel dręczyciel powinien się bardziej kontrolować prawda ? Przynajmniej taką nadzieje miał chłopak.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się
♪♪♪