
W ładowni zapanowała cisza zakłócana jedynie z rzadka metalicznymi trzaskami wychłodzonej konstrukcji okrętu. Ciepłe oddechy ludzi przeobrażały się w obłoczki pary, szybko rzedniejące i znikające bez śladu. Popiskiwanie aparatury skafandrów mieszało się z cichym radiowym szumem komunikatorów. Przez długą chwilę przy wejściu do szybu windy panowało głębokie milczenie, kiedy przygotowujący się do wspinaczki piętro wyżej ratownicy zmagali się ze swoimi osobistymi myślami i demonami.
Hannigan wysłuchał zastrzeżeń podwładnych w milczeniu, ale nie zmienił wydanych wcześniej poleceń, stawiając wszystko na szalę wąskiej metalowej drabinki we wnętrzu szybu.
Sadza pierwszy stanął z powrotem na krawędzi szybu, poświecił w dół latarką przyglądając się bacznie pogruchotanemu dachowi windy i wbitemu weń gąsienicowemu wózkowi. Nie dostrzegając w półmroku żadnego niepokojącego ruchu Rosjanin sprawdził sprzączkę wiszącego u pasa motoklucza, a potem przeszedł na drabinkę zadzierając głowę w górę. Marcus ruszył natychmiast w ślady pierwszego oficera, zmieniwszy wpierw magazynek w Armacie i wprowadzając pierwszy nabój do komory. Obaj mężczyźni zaczęli wspinać się ostrożnymi wyważonymi ruchami, ich buty stukały wzmocnionymi podeszwami o lodowate szczebelki drabiny.
- Mam rezerwę mocy baterii w detektorze - odezwał się posępnym głosem Elias - Od teraz trzeba będzie go będzie oszczędzać.
Joshua rzucił w odpowiedzi coś, czego Siergiej nie zrozumiał, wpatrzony w wyrastające ponad głową drzwi wyższego pokładu. Holt oparł się na chwilę o nogi pierwszego oficera, napiął mięśnie, a potem przeskoczył na położoną metr poniżej poziomu wejścia poprzeczną belkę szybu po prawej stronie Sadzy. Przyciskając plecy do metalowej ściany, pociągnął za pas nośny M41A ściągając karabin prosto w rękawice i mierząc lufą broni w dół, w znajdujący się dwa poziomy niżej dach uszkodzonej kabiny windy.
- Brak kontaktu - rzucił w eter nieruchomiejąc w pełnej nerwowego wyczekiwania postawie.
Gleeson wszedł na drabinkę nie przestając mamrotać czegoś pod nosem i nie potrafiąc oderwać pełnego niepokoju spojrzenia od kabiny windy. Stojący na drabince osiem szczebli wyżej Kalashnikov zakleszczył lewą rękę po łokieć pomiędzy drabiną i ścianą, ściągnął z pasa motoklucz obracając nieporęczne masywne narzędzie w poprzek, a potem przyłożył jego haczykowate karby głowicy do niewielkich wcięć w obu częściach drzwi.
Przez chwilę manipulował przy pokrętłach poniżej głowicy klucza, przeklinając utrudniające pracę rękawice skafandra; obserwowany bacznie przez stojącego na drabince Joshuę oraz zaglądającego do wnętrza szybu kapitana. Holt tkwił dalej w pierwotnie przyjętej postawie, z dociśniętym do barku karabinem obserwując dno szybu.
Wielofunkcyjny klucz Sadzy miał wbudowany solidny akumulator, zawsze do pełna naładowany. Skalibrowawszy do końca pozycję haków rozpórkowych inżynier wstrzymał na chwilę oddech przymykając oczy i analizując raz jeszcze w myślach swoje dotychczasowe poczynania.
- Siergiej, śpisz? - nerwowe pytanie czarnoskórego technika przywołało niezamierzony uśmiech na ponurą twarz Rosjanina. Pierwszy oficer położył dłoń na panelu sterującym klucza, wcisnął jeden z trzech wbudowanych weń przycisków. Elektryczne wspomaganie klucza ożyło, rozpórki zaczęły się odsuwać od siebie napierając na wcięcia w drzwiach najwyższego pokładu.
Elektronika drzwi zarejestrowała osiągnięcie odpowiedniego poziomu nacisku na mechanizm awaryjnego otwarcia. Sekundę później przez wnętrze szybu przebiegł szum hydraulicznego wspomagania, kiedy wejście na poziom załogi stanęło otworem przed twarzą zastygłego w bezruchu Siergieja. Marcus błyskawicznie zmienił pozycję, przekręcił się w biodrach w bok mierząc teraz w środek obrysu wyjścia z szybu.
- Otwarte - powiedział do mikrofonu skafandra Sadza - Nic się nie rusza… ale śmierdzi trupem.
Pulsująca bladą czerwienią alarmowych świateł przestrzeń korytarza pełna była ciemnych zakamarków, których Kalashnikov nie potrafił ze swej pozycji spenetrować wzrokiem, ale panujący w zasięgu wzroku bezruch utrwalał go w przekonaniu, że przy szybie nie kręciła się żadna żywa istota.

Delilah była pewna, że każdy zwyczajny człowiek, nawet przeszkolony w pewnym stopniu w zakresie działań psychologicznych żołnierz, musiałby w takim momencie poczuć paraliżujące przeświadczenie o przegranej pozycji i rozpocząć rozpaczliwe pertraktacje będące w zasadzie wstępem do całkowitej kapitulacji.
Jeremiah Purcell zaskoczył ją konsekwentnym milczeniem, chociaż pewna była, że drgnął i wciągnął odruchowo oddech, kiedy wspomniała o grasujących na Bleinercie istotach. Mógł to być przejaw powracającego szoku, gdyby rozbitek wbrew dotychczasowej opowieści jednak widział już wcześniej owe stworzenia albo zaskoczenia, że cywilni ratownicy weszli na pokład wojskowej jednostki mogąc odkryć tam coś, co armia i marynarka wolałyby zachować dla siebie.
A potem drgnął ponownie słysząc, że zamierza zrealizować bardzo obrazowo zilustrowaną słowami groźbę i zamknie go na trzy miesiące w izolatce razem ze zwłokami człowieka zmarłego wewnątrz ratunkowej kapsuły. I znów nic nie powiedział, chociaż większość ludzi już desperacko błagałaby Delilah o wysłuchanie. Facet był pionkiem w hierarchii wojskowej, specjalistą bardzo niskiego stopnia. Jego wiedza była ograniczona do mało istotnych podstaw, uparte powoływanie się na tajemnicę wojskową nie miało zatem większego sensu. Gość albo był skończonym tępakiem, na jakiego nie wyglądał albo z jakiegoś powodu wciąż nie wierzył w jej gotowość do zrealizowania groźby albo też realizował jakiś własny plan, którego Delilah wciąż nie zdołała przejrzeć.
Co koniec końców jedynie odwlekało jego porażkę w tym fascynującym pojedynku silnych osobowości.