"Śledztwo przed domem porwanej"
część 1


Paulina Kwiatkowska || Krzysztof Komeda || Mikołaj Pogorzelski
Dziewczyny patrzyły z daleka na krzątających się policjantów. Z tej odległości cały tragizm sytuacji jakby był mniej realny. Paulina i Kasia były zdeterminowane. Ich pewność siebie nie uciekła, choć spodziewały się, że zniosą to gorzej.
— Ja nie dam rady… — cichy głos Magdy gdzieś zza ich pleców zabrzmiał jak ukłucie. Obejrzeli się na blondynkę ze współczuciem.
— Magda, nic nie szkodzi… Jak chcesz to idź do domu, może zgarnij jakąś dyszkę lub dwie na tego fotografa i się po prostu o tej osiemnastej spotkamy z Kubą
Głos Pauliny był bardzo ciepły i wspierający, co spowodowało pojawienie się łez w oczach Magdy. Blondynka kiwnęła głową, gdyż nie potrafiła przez chwilę wydobyć z siebie głosu.
— Okej.
Wiśniewska przetarła ostrożnie oczy, aby nie rozwalić resztek makijażu, jaki jej się ostał. Wycofała się i zaczęła odchodzić. Kasia i Paulina spojrzały na siebie, potem na Krzyśka i w ostateczności wróciły do obserwowania policjantów.
Krzysiek patrzył na zbiegowisko jak zaczarowany. Czuł się jak na planie "Ekstradycji", nigdy nie widział tylu policjantów na raz. Na moment zapomniał o Asi i jej mamie i o mrocznej mocy, która w nim drzemała. Chłonął każdy szczegół sceny i nawet się nie zorientował, jak gliniarze się w końcu zawinęli. Dopiero gdy plac wkoło domu opustoszał zwrócił uwagę na samochód. To nim musiała wracać wieczorem Joasia. Żołądek wypełnił mu lód, bo nagle tragedia stała się dziwnie namacalna. Jeszcze gorzej się poczuł, gdy zrozumiał co znajdowało się na podjeździe a co policyjni spece od sprzątania zdążyli już wyczyścić.
Przełknął ślinę i spojrzał niepewnie na dziewczyny.
— I co teraz?
Paulina przez chwilę nic nie odpowiedziała. Stała wpatrzona w to jaśniejsze miejsce na podjeździe, jakby próbowała zmusić się, żeby spojrzeć gdzie indziej, ale nie potrafiła.
— Tutaj… — powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do reszty. — To się stało tutaj.
Zacisnęła dłonie na paskach plecaka, jakby potrzebowała czegoś, co ją przytrzyma w miejscu. Podeszła nieco bliżej, przyglądając się okolicy, próbując zrozumieć całe to zajście, odnaleźć w tym sens i ślad czegoś, co by zrozumiała.
— Rozdzielamy się — rzuciła nagle, już ciszej, ale pewniej. — Ktoś sprawdza podjazd i okolice bramy. Ktoś drugi… — zawahała się na moment — …może coś zostało przy aucie.
Przeniosła wzrok na resztę, już bardziej przytomna.
— Cokolwiek. Ślad, szkło, coś co nie pasuje. Policja nie jest nieomylna.
Na ułamek sekundy znowu zerknęła na to miejsce.
— Tylko niczego nie dotykajcie bez sensu.
Kiedy Kasia kiwnęła głową i odeszła, Paulina złapała Krzyśka za łokieć i przysunęła się do niego.
— Może spróbujemy tej… mocy? Tylko nie bardzo wiem, co moglibyśmy chcieć wymusić w naszych głowach, aby się stało… Raz to zrobiłeś świadomie, może… Masz jakiś pomysł?
Szepnęła do chłopaka, zostając z nim sam na sam.
Krzysiek chciałby powiedzieć, że ma jakiś pomysł, ale prawda była taka, że czuł się jak noworodek, który dopiero co poznaje świat. Nie miał pojęcia jak działa jego moc, ani skąd się wzięła. Boskie albo demoniczne pochodzenie wydawało się teraz zbyt prostym wyjaśnieniem. Przypomniał sobie słowa Mikołaja. Pogorzelski ostrzegał , że Krzysiek może skończyć jak Asia jeśli zbyt głośno zacznie się obchodzić swoim "talentem". Ale czy zniknięcie Asi mogło mieć związek z tym co spotkało jego?
Tego też nie wiedział.
Popatrzył na Paulinę drapiąc się nerwowo w potylicę.
— Jasne, mogę spróbować. — mruknął — Ale...jak niechcący rozerwę ci koszulkę to nie było specjalnie.
Przeniósł wzrok na samochód i znów ogarnęła go zimna zgroza. Co powinien teraz zrobić? Matka zawsze powtarzała, że gdy coś się zgubi trzeba pomodlić się do świętego Krzysztofa. Ale Asia się nie zgubiła i nie była kolczykiem ani pierścionkiem, tylko dziewczyną z którą spędził fajny wieczór w Miami. Dziewczyną, którą porwano.
— Nie wiem do końca jak to działa. Po prostu wyobraziłem sobie jak... — urwał nie chcąc wchodzić w szczegóły, które stawiałyby go w złym świetle — i mocno się skupiłem. Jakbym w miał mięsień w czaszce. Może gdybym znów się sprężył i wyobraził sobie, że jest wieczór, poniedziałek, że stoję tu, na podjeździe w momencie, gdy Asia i jej mama...
Krzysiek zaciął się. Nie był mistrzem gry jak Marek Koza i nie oglądał tych wszystkich filmów, które chłonął jego sąsiad, więc brakowało mu słów mogących precyzyjnie opisać jego zamiary.
— Chodzi żebym spróbował się cofnąć w czasie. Nie ciałem oczywiście, tylko duchem. Wiesz, jak wróżka czy tam medium albo jasnowidz. Nie wiem czy się uda, ale co szkodzi spróbować.
Paulina zawahała się przez ułamek sekundy, ale nie odsunęła się.
— Spróbujmy — szepnęła cicho.
Rozejrzała się odruchowo, upewniając się, że nikt na nich nie patrzy, po czym zrobiła pół kroku bliżej, jakby nieświadomie chciała zobaczyć więcej… albo być bliżej tego, co za chwilę może się wydarzyć.
Na podjeździe było cicho. Zbyt cicho.
Paulina na moment wstrzymała oddech. Złapała Krzyska za dłoń, zacisnęła. Zamknęła oczy. Starannie wzięła głęboki wdech, po czym pomału wypuszczała powietrze ustami. Próbowała się skupić na tym, co tu się wydarzyło. Chciałaby zobaczyć jakies wskazówki, z przeszłości lub teraźniejszości.
— No to jazda — mruknął Krzysiek nie puszczając dłoni Pauliny. Spojrzał na podjazd i auto a potem ścisnął szczękę i zmarszczył czoło próbując sobie wyobrazić samego siebie w tym samym miejscu, lecz o innym czasie, który już się wydarzył. Naciskał na tkankę rzeczywistości z całych swoich sił próbując zajrzeć po za ciemną kurtynę tragicznych wydarzeń. Na czole pojawiły się pierwsze krople potu a w ustach poczuł metaliczny posmak krwi, ale nie zamierzał się zatrzymać.
Oględziny podjazdu i samochodu nie były obiecujące. Paulinie w oko nie wpadło nic, co dałoby im dodatkowe informacje poza tymi, które powiedziała im Renata. Policja naprawdę była skrupulatna.
A potem ją "wzięło". Przebłyski. Skupiła się na tym, jak mama Asi odwozi je do domów, chciała wiedzieć, co się stało potem. To nie było przyjemne. To były migawki, jakby ktoś raz za razem strzelał jej fleszem po oczach. Noc, ciemność, bez kolorów, mama Asi parkuje na podjeździe, gasi silnik, wtedy z ciemności (błyskawicznie! błyskawicznie!) przy samochodzie pojawiają się dwie postacie, nie widziała szczegółów. Kiedy jedna z nich uderzyła mamę Asi, Paulina aż zadygotała od emocji. Cała scena była niema, mama Asi nie zdążyła krzyknąć, a Asi od razu tamte postacie zatkały usta, gdy wyszarpywały jej przyjaciółkę z samochodu. Jak... jak... jakieś maszyny, sztywne precyzyjne ruchy. Kolejna migawka, widziała tylko, jak tamte postacie ładują Asię do innego samochodu i odjeżdżają. To musiał być samochód, ale Paulina nie widziała szczegółów. To było bardziej "czucie" istnienia tego samochodu.
Co najgorsze, Paulina nie była w stanie dojrzeć nic o tych dwóch postaciach. Były jak dwie ciemne plany, nie widziała ich twarzy.
Paulina ocknęła się, cała mokra od potu, który dosłownie po niej spływał, zostawiając mokre plamy na ubraniach, jakby biegła w upalny letni dzień. Nadal trzymała Krzysztofa za dłoń.
Krzysztof czuł, że przed dziewczynami robi z siebie durnia. Nie ważne jak się starał, nic nie wychodziło. Żadnego rozmycia świata, żadnego uczucia jakby grunt uciekał mu pod nogami, żadnych efektów mówiących, że to jest to. Tylko bezsensownie się spocił.
Paulina przez chwilę nie była w stanie złapać oddechu. Puściła dłoń Krzysia dopiero wtedy, kiedy dotarło do niej, że ją ściska — za mocno, za długo.
— Nie… — wyszeptała, cofając się o krok.
Przetarła twarz drżącą dłonią, jakby chciała zetrzeć z niej coś więcej niż tylko pot.
— Byli tam. Dwóch. — urwała na moment, próbując złapać myśli. — Szybcy… jakby… jakby dokładnie wiedzieli co robią. Żadnego chaosu.
Spojrzała na podjazd, ale tym razem już nie jak wcześniej — teraz z wyraźnym lękiem.
— Nie widziałam twarzy. W ogóle. Jakby… ich tam nie było.
Zacisnęła szczękę.
— I od razu ją zabrali. Bez słowa.
Paulina spojrzała na siebie całą, koszulkę miała mokrą, jakby przebiegła półmaraton. Czuła silną potrzebę zdjęcia jej, wyrzucenia, ale w okolicznościach, w jakich się znalazła, po prostu nie mogła sobie na to pozwolić.
— Krzysiek, u-udało się… — zająknęła się zmieszana, nie była w stanie uwierzyć, że naprawdę jest to możliwe
— Ale.. ale jak? Niby widziałam to, jednak mam wrażenie, że dalej wiem tyle, co nic… Nic nie wiem, choć przeżyłam koszmar razem z nimi…
Głos Pauliny pod koniec zaczął się załamywać. Jej oczy zaszkliły się, ale powstrzymywała łzy. Widać było, że chce zdusić w sobie to, co się wydarzyło. Czuła się obecna zdarzenia, a mimo to dalej wiedziała tyle co nic..
Krzysiek patrzył na Paulinę z rosnącym przerażeniem. Bał się powtórki z apelu, gdy nagle zemdlała z nadmiaru emocji. Stał blisko niej gotowy ją złapać, ale dziewczyna nadal trzymała na nogach. Dopiero po chwili dotarł do niego sens jej słów i pojął co się właśnie wydarzyło. To nie on miał wizję, tylko Paulina. Zobaczyła coś. Jemu się nie udało i przez moment czuł palący wstyd. Wstyd jaki może tylko czuć tylko młody chłopak, który wygłupił się przed dziewczynami. Szybko schował to uczucie skupiony tylko na niej i na tym co mówi. Paulina była w kiepskim stanie i cokolwiek zobaczyła nie brzmiało to dobrze. Zalała go fala współczucia i troski, chciał jej pomóc ale nie miał pojęcia jak. Objąć i przytulić? Dotknąć w ramię? Złapać za dłoń? W takich sprawach Krzysiek był beznadziejny i może gdyby Paulina Kwiatkowska nie była dziewczyną pewnie potrafiłby podjąć jakąś decyzję. A tak po prostu stał i gapił się na nią jak cielę.
— Czyli ty też... — wyrwało mu się bo w końcu zrozumiał, że nie jest jedyny, że inni też zostali naznaczeni. — Ja pierdolę.
Milczał przez chwilę, próbując poskładać to wszystko jakoś do kupy. Co nie było łatwe, bo poczucie wstydu i upokorzenia, tliło się gdzieś z tyłu głowy jak nieugaszony pożar. Bał się, że w oczach Pauliny i jej koleżanek wyjdzie na kłamcę i pozera, który wymyślił historyjkę o zakonnicy i nauczycielce by się przed nimi popisać.
— Dałem ciała, nic nie zobaczyłem — przyznał szczerze i westchnął pod nosem — Może umiem tylko rwać gacie z dupy. Ale ważne że tobie się udało.
Paulina spojrzała na Krzysztofa jeszcze przez chwilę, jakby dopiero teraz do niej dotarło, co właściwie powiedział. Zmarszczyła brwi, powracając pomału emocjami na stabilniejszy grunt.
— To nie jest żadna twoja „porażka”, ani dowód na to, że nie umiesz niczego innego — odezwała się cicho, ale stanowczo. — To nie działa jak… nie wiem, zadanie z matematyki, że robisz to, co musisz i wychodzi logicznie. Dla mnie to co się dzieje nie ma żadnej logiki! Ja dziś zrobiłam chyba trzy różne rzeczy, spójrz.
Wyciągnęła rękę, aby odliczać na palcach
— Uciszyłam budzik bez dotykania go, czyli jakby… Wyciszyłam dźwięk? Zatrzymałam mechanizm? Potem, jak sami stwierdziliście, lewitowałam. Teraz miałam jakieś… wizje?
Otarła wilgotną skroń i odetchnęła głębiej, próbując się uspokoić. Wypuściła pomału powietrze drżącymi ustami. Skoro sama potrafiła robić rzeczy z różnej kategorii, to Krzysiek na pewno miał to samo.
— Może to nie ty miałeś to zobaczyć — dodała po chwili, już spokojniej. — Albo nie teraz. Może… Może dla każdego z nas jest jakiś konkretny moment w czasie, gdzie działamy. Gdy jedno działa, drugie jest w letargu?
Na moment zawiesiła wzrok gdzieś obok niego, jakby wciąż widziała tamten obraz. Potrząsnęła głową. Czuła narastającą w gardle gulę. Zastanowiła się, czy Krzysiek już nie zaczął jej oceniać. Czy zacznie się od niej odsuwać? Z niepewności dała krok w jego stronę, przybliżając się i ściszając głos.
— I to wcale nie było… — urwała, kręcąc lekko głową. — To nie było jak wspomnienie. To było jakby ktoś mi to wcisnął do głowy. Nawet nie czułam się jak widz, bardziej jak obserwator, który…czuje I jest w akcji.
Zacisnęła dłonie na paskach plecaka.
— A oni… oni byli… dziwni. Za szybcy. Za dokładni. — spojrzała z powrotem na Krzyśka. — I nie widziałam ich twarzy. W ogóle. Czuję się jakbym naprawdę nic nie odkryła!
Nastolatka zamilkła na moment, spuściła wzrok. Znowu wędrowała spojrzeniem po podjeździe, po ulicy, jakby śledziła wzrokiem kierunek, gdzie uciekli sprawcy.
— Ale to znaczy, że coś tu jest nie tak. — dodała ciszej. — I że mamy rację, żeby tu być.
Krzysiek nie został wyśmiany, nikt nie nazwał go pozorem, ani nie zarzucił kłamstwa. Wszystko co myślał o popularnych dziewczynach mógł wyrzucić do kosza, przynajmniej w przypadku Pauliny, która co raz wymykała się jego wyobrażeniom, najpierw w Miami a teraz tutaj, pod domem jej przyjaciółki. Słuchał jej wyjaśnień z ulgą, bo jej teoria miała więcej sensu niż jego, że został naznaczony mocą, z której ucieszyłby się tylko zboczeniec.
— Skoro udało ci się raz, może następnym razem zobaczysz więcej? Ja też mogę spróbować — zaproponował — Moglibyśmy też na razie po prostu się spokojnie rozejrzeć.
Wskazał skinieniem na dom zaginionej koleżanki.
—Gliny pewnie przetrząsnęli samochód, ale może przeoczyli coś w domu?
Przeniosła wzrok na podjazd, jakby coś ją tam znowu przyciągało, choć wyraźnie nie chciała patrzeć za długo.
— Rozejrzeć się… chyba możemy — dodała po chwili. — Tylko spokojnie. Bez rzucania się w oczy. Wchodzenie do domu to już chyba włamanie... Mielibyśmy przechlapane
Zawahała się na moment, po czym spojrzała z powrotem na chłopaka.
— I nie forsuj się z tym — dorzuciła ciszej, niemal półgłosem. — Jak to ma działać, to zadziała. U mnie też to nie było… zaplanowane. Choć faktycznie skupiłam się na konkretnej rzeczy. Może gdybyśmy chcieli zobaczyć powód to... Też by się udało? Ja jeszcze raz spróbuję... Bardziej spocona już nie będę.
Paulina potrząsnęła koszulką, która lepiła się do niej nieprzyjemnie. Zaśmiała się nerwowo, ale bardzo krótko.
Dziewczyna znowu odetchnęła na spokojnie, próbując złapać stabilność w emocjach. Zamknęła oczy i odwiodła dłonie od ud na parę centymetrów do boku. Skoro raz się udało zobaczyć zdarzenie, może teraz jakimś cudem pozna jego powód?
Paulina już widziała, co się tam stało. Ale nie rozumiała, kto to zrobił. Skupiła się ponownie, teraz na tych ciemnych postaciach.
Udało się. I po chwili chciało jej się rzygać. To... to nie byli ludzie. Już nie. Paulina miała w ustach smak padliny, posmak trupa. Ci dwaj, to musieli być faceci, była już tego pewna, nie żyli. Ruszali się, ale nie myśleli. Coś jednak kontrolowało ich z zewnątrz, ale więcej nie zrozumiała. I po chwili to poczuła - tę moc, którą sama już poznała.
Ciągle w migawce fleszy zobaczyła zamek górujący nad miasteczkiem. Coś tam było, albo raczej pod nim, głęboko pod nim. Tak, pod nim! To ta moc! To ona pozwalała się tamtym poruszać. Zrobiło jej się jeszcze bardziej niedobrze na myśl, że ona też zamieni się w takie... coś. Ale w końcu pojęła, że oni, zostali CELOWO przemienieni, i to nagle, a za wszystkim stoi ktoś, kto pociąga za te sznurki. Skojarzenie przyszło w kolejnej migawce, gdy po raz kolejny obserwowała jak tamci wyciągają Asię z samochodu - te sztywne ruchy, jakby to były marionetki w teatrze lalek.
Okropieństwo! Odór i smak rozkładających się zwłok narastał z każdą chwilą.

Pogorzelski wyszedł z kręgu kamienic. Przemierzał chodnik, przyglądając się tabliczkom z nazwami ulic. Na skrzyżowaniu wypatrzył właściwą, przekazaną przed rozdzieleniem. Pozostało podążać za malejącą numeracją domów, aż do adresu Asi. W końcu na podjeździe po drugiej stronie drogi rozpoznał kręcone loki i jasną czuprynę młodocianych z grupy poszukiwawczej. Ściągnął mocniej smycz, wskazując czworonożnemu ziomowi kierunek. Zwiększył tempo. Lekko zdyszany zatrzymał się u celu.
— Ogar, poznaj Poganina i…— dziewczyna nie miała dobrej ksywy. Nie dokończył, wybity zastanym obrazem. Wyglądali na ludzi wyprażonych pełnym słońcem przy żarze z nieba rzędu czterdziestu stopni. Oboje przepoceni do nitki. Paulina krzywiła się jakby zjadła karalucha i walczyła z powstrzymaniem wymiotów. Krzychu mus doznał objawienia piekieł. Patrzył spojrzeniem zbitego psa z miną cierpiętnika wyrażającą “moja wina” wszystkich grzechów świata. Brakowało wora pokutnego i zdartych kolan pielgrzyma z Medjugorje.
— Co się odwaliło?
Paulina odbiegła niezgrabnie pod ogrodzenie i zwymiotowała między bujnymi tujami. W ustach czuła smak zgnilizny, jakby właśnie pożywiła się surowym, starym mięsem. Wyobrażenie sobie białych robaków, które zwykle po takiej padlinie pełzają, sprawiło jedynie, że ponownie zebrało jej się na wymioty.
Słysząc te charakterystyczne odgłosy zaraz zza domu przybiegła Kasia. Była nie tylko zdziwiona, widząc Paulinę w takim stanie, ale i wściekła.
— Coście jej zrobili?! — uniosła się gniewnie podbiegając do przyjaciółki i zgarniając jej włosy.
Paulina kaszląc przeszła do defensywy.
— To... ekhe... nie ich... ekh ekh... wina — nabrała gwałtownie powietrza i przetoczyła się z asystą Kasi pod ścianę domu, gdzie osunęła się siadając na ziemi z wyprostowanymi nogami. Głowa była dla niej tak ciężka, że oparła ją o zimne mury.
— To działa...— wymamrotała słabo — Nie wierzyłam, ale bez kitu to działa, Mikołaj.
Nastolatka wyglądała jakby przebiegła wspomniany półmaraton i dodatkowo zatruła się śląskim powietrzem. Można było nawet pokusić się o przypuszczenie, że potrzebuje pilnie karetki.
— Paulina, co się stało? — zapytała Kasia, kucając przy koleżance i odgarniając przylepiające się do jej mokrego czoła włosy.
Dziewczyna wyciągnęła rękę przed siebie, chcąc pogłaskać psa, którego przyprowadził Mikołaj. Sądziła, że to futerko da jej namiastkę poczucia bezpieczeństwa. Niestety nie wiedziała, ani czy pies zechce podejść, ani czy nie jest groźny.
— Cześć, Ogar — przywitała się siląc się na słaby uśmiech — Wiecie, zastanawiam się, czy my serio, mając te jakąś moc czy co... Widzimy prawdę? A co jeśli to tylko jakieś, nie wiem, psychopatyczne wizje? Choć przysięgam, że wydawało się takie… prawdziwe. Jakbym tam była, jakbym była w tej akcji czynna…
Zrobiła krótką przerwę na oddech, aby móc kontynuować, nie trzymając innych w niepewności. Postanowiła zacząć od początku, od pierwszej wizji, bo póki co, tylko Krzysiek ją znał.
— Najpierw widziałam cały moment porwania. Były dwie postacie, miały takie… dziwne, mechaniczne ruchy, ale myślałam, że po prostu tak to widzę, bo jest to niezbyt płynny obraz. Zabrali Asię do auta i odjechali, w tamtym kierunku
Paulina wskazała drogę, którą widziała w wizji.
— I teraz ta gorsza część… A raczej dziwniejsza. Gdy skupiłam się po raz drugi, czułam… Smak i zapach padliny. Trupa. Te postacie, których wcześniej nie widziałam, a teraz tak, to właśnie, to… Jakieś zombie. Ktoś sterował martwymi ciałami, wydał komendy, nie wiem! Nie uwierzycie mi, ja sama nie wierzę, to absurdalne, ale nie wymyśliłam sobie, ja nawet nie jestem fanką horrorów! Ta moc, nie wiem czy nasza też, ale te trupy, ktoś sterujący nimi, wszystko ma swoje podstawy w… Zamku. Pod zamkiem. Gdzieś tam, głęboko, coś tam… Jest.
Paulina mówiąc to błądziła nerwowo wzrokiem po wszystkich, a na koniec opuściła spojrzenie. Zwinęła nogi, zginając je i przyciskając je do siebie, brodę oparła o kolana, a rękami objęła podudzia. Myślała nad tym, co właśnie powiedziała. Zastanawiała się, czy dobrze zrobiła mówiąc to. Nie chciała wyjść na kretynkę. Niestety zaczynała się tak czuć.