
Paulina Kwiatkowska
Była na dyskotece, ubrana w różową sukienkę z krepiny. Nie zauważyła drobnych rozdarć, ale dostrzegli je inni. Stali otaczając ją, wytykając palcami, śmiejąc się ukradkiem. Ten paskudny śmiech z czasem zaczął nabierać na sile, roznosił się w pomieszczeniu jak zaraźliwy wirus. Ściany dyskoteki ściaśniały się, zamykały Paulinę w coraz to mniejszym pomieszczeniu. Zamiast muzyki słyszała oceniające ją szepty, zamiast świateł dyskotekowej kuli, oślepiały ją flesze aparatów. Sukienka owiła ją ciasno, coraz ciężej było w niej oddychać. Stała sztywno, próbując zaczerpnąć powietrza. Materiał z krepiny był wrażliwy, zaczął odsłaniać coraz więcej ciała. Starała się zakryć rękami pęknięcia, ale było ich zbyt wiele. Śmiech otaczających ją ludzi i kpiące z niej, znajome głosy sprawiły, że zakręciło jej się w głowie. Nie mogła krzyczeć, nie mogła się ruszyć, po chwili nie mogła już nawet oddychać. Nie pamiętała kiedy ostatnio tak bardzo się bała.

♪♪♪ 
Gdy Paulina się obudziła, miała ochotę się rozpłakać, jednak zamiast tego jej mózg natychmiast rzucił się w wir nadmiernego analizowania wszystkiego, co było i co mogło być, rozciągając każdy moment wczorajszego wieczoru do granic wytrzymałości i wyciągając z niego rzeczy, których być może nigdy tam nie było. Próbowała zagłuszyć to muzyką.
Jeszcze chwilę temu wydawało jej się, że to był jeden z tych naprawdę udanych wieczorów, ale teraz, gdy leżała w półmroku, czuła jak ta pewność rozpada się na kawałki pod naporem myśli, które wracały natarczywie i nie dawały się zatrzymać, jakby jej własna głowa postanowiła udowodnić jej, że wszystko, co uznała za dobre, było w rzeczywistości błędem. Zerknąwszy na godzinę wiedziała, że obudziła się zdecydowanie przed budzikiem, a jednocześnie czuła, że nie ma najmniejszej szansy, by znowu zasnąć — nie przy tym hałasie, który miała w środku.
Wstanie z łóżka wydawało się jedyną możliwością ucieczki, choć gdzieś głęboko wiedziała, że nie ucieknie nigdzie, bo to wszystko przyszło razem z nią, już było w niej i tylko czekało, żeby się rozlać; próbowała więc chwycić się tej myśli, że wystarczy się ruszyć, wstać, odciąć, zapomnieć, ale natychmiast pojawiło się kolejne pytanie, a za nim następne, i jeszcze następne — co jeśli wczoraj zrobiła coś źle? Co jeśli Krzysiek wcale nie był nią zauroczony, tylko zażenowany i uprzejmie to ukrył? Co jeśli Adam widział w niej jedynie ośmieszenie i słabość, coś, z czego można się pośmiać później? Czy jej taniec nie był żałosny, kiedy próbowała pomóc Krzyśkowi, czy nie wyglądała jak ktoś, kto desperacko próbuje być potrzebny? Czy nie została zapamiętana jako „dziewczyna frajera”, kiedy wyciągnęła rękę do Adama, jakby musiała go ratować, jakby nie znała własnego miejsca? Czy Magda nie uznała jej za dwulicową france, Asia za „złą koleżankę”, a Kasia — czy Kasia na pewno nie poczuła wstydu, stojąc obok niej?
Pytania miały spłynąć razem z gorącą wodą spod prysznica, rozpuścić się i zniknąć, ale zamiast tego Paulina miała wrażenie, że przyklejają się do niej coraz mocniej, jak samoprzylepne karteczki, których nie da się oderwać, bo pod jedną natychmiast pojawia się kolejna, każda z dopisanym zarzutem, każda bardziej konkretna, bardziej okrutna. Czuła, jak te myśli zaczynają się układać w coś większego, w jedną wersję jej samej, której nie była w stanie odrzucić — że wypadła jak ktoś dwulicowy, fałszywy i nadęty, jak flądra, puszczalska, łasząca się, stawiająca chłopaków ponad przyjaciółkami, pozbawiona wdzięku, uroku, charakteru, osobowości i stylu, ktoś, kto próbuje być kimś więcej, niż jest, i w tym właśnie najbardziej się kompromituje… ktoś, kogo inni tolerują tylko przez chwilę, zanim zaczną się śmiać.
I im bardziej próbowała to zatrzymać, tym wyraźniejsze stawało się przekonanie, że właśnie tak została zapamiętana — nie jako ktoś, kto miał dobry wieczór, tylko jako ktoś, kto się odsłonił i natychmiast został oceniony.

Nie potrafiła określić kierunku, z którego przyszły uczucia. Wiedziała jedynie, że pojawiały się i ukrywały, aby po jakimś czasie znowu wypłynąć. Czemu akurat dziś? Nie miała pojęcia. Potrzebowała ubrać swoje najwygodniejsze ciuchy, zakrywające wszystko co trzeba, tak, żeby nie prowokowały bycia ocenianą. Ładne, proste jeansy, zwykły T-shirt z aplikacją, totalnie bazarowy wygląd, najzwyklejszej dziewczyny na świecie. Rozczesała i wysuszyła włosy, im dłużej czymś się zajmowała, tym bardziej natrętne myśli oddalały się od niej. Spojrzała na zegarek, była piąta, a do szkoły wstawała o szóstej trzydzieści. Zdążyła ochłonąć, wszystkie atakujące ją wątpliwości gdzieś zniknęły. Opadła na łóżko w ubraniu, z przygotowanym plecakiem. Przysnęła.
Now my way is so long, my fate is so sad
My hands are so cold when you’re not there
I don’t know myself
My glow isn’t strong enough
To light up my way
Tym razem budzik wyrwał ją z drzemki, uderzyła odruchowo w szafkę, a ten się wyłączył. Znowu śniła? Niemożliwe.
Powtórzyła nastawienie budzika. Odczekała chwilę patrząc z pozycji leżącej w oczekiwaniu.
Zadzwonił.
Uderzyła w szafkę.
Nie ucichł
— Cholera… Ale dziś mnie wzięło — westchnęła wyłączając go w klasyczny sposób. Była już gotowa, ale gdzieś wewnątrz nie czuła, aby tak było. Miała złe przeczucia, ale zrzuciła te emocje na miniony koszmar.
— Paulina, wstawaj!
Nastolatka przewróciła oczami. Skoro już nawet mama ją woła, to jaki miała wybór?

Jak zawsze była umówiona z dziewczynami na rogu, miały wspólnie pójść do szkoły. Asia się spóźniała, więc ruszyły we trzy. Starały się, jak zawsze, jakoś normalnie ze sobą rozmawiać, ale widać było, że wszystkie są jakieś rozbite. Przypomniało im się też, że mają zdjęcia do wywołania z wczorajszego wieczoru. Obiecała im, że dziś pójdzie, to może za parę dni będą do odbioru.
Paulina nie była w stanie powiedzieć, w którym dokładnie momencie coś zaczęło być nie tak, ale od chwili, gdy zobaczyła policyjny samochód przed szkołą, czuła to nieprzyjemne ściągnięcie gdzieś pod żebrami, jakby jej ciało wiedziało szybciej niż ona sama, że to nie jest zwykły dzień.
Dopiero na sali gimnastycznej, w tym dziwnym chaosie bez ustawiania klas, bez zwyczajowego gadania i przepychania się, z nauczycielami stojącymi jakby zbyt sztywno i zbyt nerwowo, zaczęło do niej docierać, że coś naprawdę się wydarzyło — coś, co nie powinno mieć miejsca tutaj, w tej szkole, w tym wszystkim, co do tej pory wydawało się jeszcze w miarę bezpieczne.
Kiedy padło nazwisko, przez ułamek sekundy miała wrażenie, że źle usłyszała, że to musi być ktoś inny, jakaś pomyłka, ale ten ton, ten sposób, w jaki komendant to powiedział — zbyt szybko, zbyt ostro, bez zawahania — nie zostawiał miejsca na takie nadzieje.
Porwanie.
To słowo nie pasowało do niczego, co znała.
Stała nieruchomo, czując jak wszystko wokół niej nagle robi się dziwnie odległe, jakby dźwięki dochodziły przez wodę, jakby ktoś ściszył rzeczywistość, zostawiając tylko pojedyncze fragmenty — „brutalne”, „skatowana”, „szpital” — które wbijały się w głowę z nieproporcjonalną siłą.
— Asia? — usłyszała obok i dopiero wtedy coś w niej drgnęło.
Odwróciła głowę w stronę Magdy, ale nie odpowiedziała od razu, bo w tym samym momencie dotarło do niej coś jeszcze, coś dużo prostszego i jednocześnie dużo gorszego — Asi naprawdę tu nie było.
Zaczęła gorączkowo przesuwać wzrokiem po twarzach, jakby mogła ją gdzieś przeoczyć, jakby mogła stać trochę dalej, schowana za kimś, spóźniona, zła, cokolwiek — cokolwiek, co byłoby bardziej normalne niż to.
Ale jej nie było.
I to właśnie ta pustka, to miejsce, które powinno być zajęte, a nie było, uderzyło ją mocniej niż wszystkie słowa komendanta razem wzięte.
Paulina poczuła, jak przez moment jej myśli próbują pójść w znajomy schemat, znaleźć coś, co mogła zrobić inaczej, coś, co powinna była zauważyć, jakby to w jakiś sposób mogło mieć sens — ale tym razem nic się nie składało.
To nie było coś, co dało się „przemyśleć”.
To było coś, co po prostu się wydarzyło.
I właśnie dlatego było tak przerażające.
Dźwięki zaczęły się rozmywać jeszcze bardziej, jakby ktoś stopniowo przyciszał wszystko wokół niej, zostawiając tylko przytłumiony szum i echo własnego oddechu, który nagle stał się zbyt płytki, zbyt szybki, zbyt trudny do złapania. Światło odbijające się od parkietu sali gimnastycznej zrobiło się nienaturalnie ostre, kłujące, a sylwetki ludzi zaczęły zlewać się w jedną, poruszającą się masę.
Spróbowała złapać równowagę, przenieść ciężar ciała, zrobić cokolwiek, co zatrzyma to uczucie odpływania, ale jej ręce nie znalazły niczego pewnego, a kolana ugięły się zanim zdążyła to powstrzymać.
Ostatnie, co zarejestrowała, to czyjś głos — niewyraźny, jak zza ściany — i to dziwne wrażenie, że podłoga zbliża się do niej zbyt szybko.
Potem wszystko się urwało.