Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
StalowyS

Stalowy

@Stalowy

Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.

Informacje
Posty
54
Tematy
1
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Rekonesans Karak Varn - gawędy
    StalowyS Stalowy

    dd5521b5-763c-4cdf-b601-d13e99449eb3-obraz.png

    Temat założony do spisania opowieści którymi BG chcieliby się podzielić z towarzyszami, tak by nie uciekły w głównym strumieniu sesji.

    Galeb o Karak Azul i Czarnej Kompani

    Byłem swego czasu w Karak Azul. Zostałem wysłany do przyjaciela mojego mistrza bym pobrał u niego nauki. Tak się złożyło że przybyłem tuż przed oblężeniem Gorfanga Rotguta i skrzykniętej przez niego hordy. Jednocześnie atak z głębin przypuścili skaveni więc Karak został, przynajmniej w teorii, odcięty od świata.
    Ponieważ wszyscy runiarze i ich uczniowie zostali rzuceni do działań wojennych to nie miałem gdzie się podziać. Przyjaciel mojego mistrza Hazga Mistrz Wielu gorączkowo pieczętował tunele by utrudnić skavenom pole manewru. Thorek Żelazna Brew był na jednej ze swoich ekspedycji. Pozostali mistrzowie najwyraźniej uznali że nie warto się kłopotać niesprawdzonym przez nich czeladnikiem. Miałem okazję posmakować jak to jest być obcym w innej twierdzy.
    Trafiłem na grupę krasnoludów którzy jak ja nie pochodzili z Azul. Zatrudniliśmy się u jednego z azulskich szlachciców imieniem Gelvar który powierzał nam zadania poza Karakiem. Ewakuowane osady wokół Azul były pełne rzeczy za których odzyskanie niektórzy byli chętni dużo zapłacić. Nim zielonoskórzy zamknęli oblężenie można się było tam wyprawić i ryzykować starcie tylko z wrogim zwiadem.
    Po jednym z takich zadań dostaliśmy propozycję zostania poleceni na służbę do Króla Kazadora. Wielki honor. Dobre pieniądze. Dobre kontakty. Dla obcych w Karaku świetna propozycja. Przystaliśmy na nią.
    Tak, przystaliśmy. A następnego dnia rano budzimy się u naszego zleceniodawcy gdzie mieszkaliśmy a gospodarza nie ma, jego rzeczy nie ma, jego krewniaków nie ma. Na placu herold od Króla pod strażą z kufrem z mundurami. I dowiadujemy się że ta służba to Czarny Sztandar. Herold ogłasza co następuje i wygłasza przysięgę której nikt nie powtarza. Gwardziści wydają mundury i insygnia. Przybywa w pewnym momencie goniec i okazuje się że będziemy jednak pod rozkazami Runowładnego Sverrissona rezydującego w Karaz a Karak, ale nas wypożycza tymczasowo Królowi Kazadorowi.
    Wiecie co to Czarny Sztandar? Nie? To taka karna służba u króla dla synów i cór z Wysokich Klanów. Jak Klany nadepną na odcisk Królowi i trafią do karakowego Dammaz Kron to mogą zadośćuczynić oddając swoich potomków na 10 lat do oddziału do zadań wysokiego ryzyka. Nie mogą wyznaczyć zastępstwa, nie mogą prosić nikogo by zastąpił ich potomków. Ale jak się ktoś sam zgłosi na to zastępstwo to proszę bardzo.
    Zgadnijcie… na wszystkie pobory ilu przedstawicieli Starych Klanów z Karak Azul walczyło pod azulskim Czarnym Sztandarem?
    Ani jeden.

    Tak czy tak… dano nam mundury, przewodnika i wysłano w tunele byśmy odnaleźli zaginioną drużynę Żelazołamaczy i zbadania stanu jednej z tam na podziemnej rzece.

    Po paru godzinach wędrówki nasz przewodnik znikł a my nie wiedzieliśmy już gdzie jesteśmy…
    I gdy tak staliśmy na skrzyżowaniu tuneli trawiąc to w co się władowaliśmy usłyszeliśmy człecze głosy w jednym z korytarzy…

    Pomyślelibyście że w tunelach pod krasnoludzką twierdzą napotkasz człeczych przemytników? Zapewne nie. Oni też się nie spodziewali oddziału krasnoludów, raczej kogoś kto miał się z nim skontaktować. Nie udało się wziąć żadnego na spytki, a co gorsza narobiliśmy sporo hałasu. Postanowiliśmy podjąć próbę odnalezienia Żelazołamaczy. Cała sprawa śmierdziała ale nikt tego głośno nie chciał przyznać. Dowodzący nami szlachetnie urodzony Glandir z Karak Norn trzymał nas krótko, nie pozwalając byśmy się rozpraszali szczegółami. Niektórzy słali mu krzywe spojrzenia bo to on nas namawiał na zaciąg do Króla.

    Nasz dowódca jednak nie zdołał upilnować nas. Zaczęliśmy składać do kupy strzępki informacji o Czarnym Sztandarze i pozornie nieistotne rzeczy którymi byliśmy świadkami w dniach poprzedzających zniknięcie Gelvara. Odwiedziny dziwnych gości. Powolne pustoszenie jego posiadłości. W końcu zebraliśmy też do kupy pewną prawdę o Sztandarze. Zawsze udawało się zebrać ochotników na zastępstwo, zawsze wysyłano ich na misję z której nie wracali, zawsze w królewskich kronikach wpisywano ich jako martwych lub zaginionych. Prawie zawsze byli to dawi spoza Karak Azul - ktoś kogo nikt nie będzie szukał i o kogo nikt się nie będzie pytał. Spostrzeżenia te zbiegły się z dotarciem przez nas na powierzchnię i znalezieniem tamy której oględzin mieliśmy dokonać. Była sroga zima, typowa dla Gór Krańca Świata.
    Był to też moment gdy Glandir załamał się pod wpływem naszych dociekań. Przyznał się że wciągnął nas w tą służbę gdyż obiecano mu sowitą zapłatę, która mogła pokryć długi jego rodziny z której pozostał już mu tylko syn i ojciec.

    Powiem wam że wielki był nasz gniew. Na Glandira, na Gelvara i na Azul. Co mieliśmy w takiej sytuacji począć? Czy słowa przysięgi wymówione przez herolda były ważne? Przez nasze głowy przeszła nawet myśl by zostawić Azul w cholerę i odejść w obliczu takiego szachrajstwa, lecz Glandir rzekł że on nie opuści Sztandaru ani Azul. Władował nas w to i był w tym razem z nami. Jego postawa umocniła naszego ducha. Zgodziliśmy się że cokolwiek by się nie działo w obliczu wroga ziomków pozostawić nie można.

    Jako że Żelazołamaczy nie odnaleźliśmy, sprawdziliśmy tamę. Wszystko było w porządku. Nie znaliśmy jednak tuneli którymi tu przybyliśmy, a widzieliśmy po drodze tropy skavenów. Postanowiliśmy powierzchnią poszukać drogi do jednej z bram które używaliśmy będąc na kontrakcie u Gelvara. Po drodze natrafiliśmy na obóz ogrzych najemników których wynajął Gorfang. Mając okazję zakradliśmy się nocą i wysadziliśmy ich prochownię, zabijając przy tym wielu spasłych wojaków. Ścigali nas w śnieżnej zamieci. W jednym starciu dorwałem stalową tarczę której używał jeden z nich i zasłaniałem się nią przed atakami trzech ogrów! Wielki to był kawał żelastwa, musiałem go trzymać obiema rękami. Tak się skupili na waleniu we mnie że moi towarzysze zdołali pokonać swoich przeciwników i dopaść tych których "przytrzymałem". Ranni i zmarznięcie schroniliśmy się w jakiejś przypadkowej jaskini, by krótko odpocząć. Musieliśmy szybko oddalić się od obozu ogrów nim kolejna grupa zdoła nas wytropić.

    Droga powrotna do Azul zajęła nam parę dni. Brodząc w śniegu i zamieci udało nam się natrafić na posiłki wysłane z Wieprznej Góry. To duża osada we wschodnich Górach Krańca Świata z której dawi mają dziwny zwyczaj wystawiać kawalerię na dzikach i wielkich kozicach. Obozowali przy gorącym źródle i szukali wejścia do Azul, acz ze słów thana który im przewodził wyczytaliśmy że wsparcie dla oblężonego Karaku wcale nie było ich głównym zadaniem. Nie wnikaliśmy w to, wszak nie była to nasza sprawa. Niemniej razem było bezpieczniej a jak miało się okazać ogry były na naszym tropie cały czas. Gdy wraz z oddziałem z Wieprznej dotarliśmy do lodowych tuneli pod Azul blisko Twierdzy Skaz. Wdaliśmy się w szereg potyczek ze spasłymi najemnikami. Uch. Ciężkie to były starcia. Ogry nie należą do wprawnych szermierzy, acz jak już zdołają przywalić i tylko mocna zbroja może pomóc. W jednej z walk staciliśmy Glandira. Został śmiertelnie raniony i nasz sanitariusz, Thorin, dwoił się i troił by go uratować. Mówił potem że widział iż Glandir nie miał już w sobie woli życia. Zapewne wszystko co uczynił ciążyło mu zbyt mocno.

    Gdy wreszcie tunel doprowadził nas do jednej z podziemnych bram i do dostaliśmy się do samego Karak Azul nasza obecność spowodowała wielką konsternację. Skontakowali się z nami królewscy gwardziści którym zdaliśmy raport z przebiegu misji. Nie kryli jednak zaskoczenia że powróciliśmy. Rozkazano nam zająć dawną posiadłość Gervala która była teraz opustoszała i czekać na dalsze rozkazy.
    W ciągu paru dni mieliśmy dostać nowy przydział, a nasz oddział miał przekształcić się w Królewską Milicję na usługach niesławnego Vareka Ciernia, szefa wywiadu Karak Azul.

    To będzie jednak historia na inną okazję...

    Materiały karak varn młot wieków warhammer 4ed dawi krasnoludy khazalid

  • AI w ilustratorskiej służbie MG
    StalowyS Stalowy

    @Ketharian

    Za słaby kaliber tej spluwy by radzić sobie ze śnieżnymi koczkodanami wąchającymi oscypki.

    Dyskusje RPG

  • Rekonesans Karak Varn
    StalowyS Stalowy

    @wired odpowiedź @ketharian raczej mówi wprost że ani na dawiego ani na Sigmarytę się nie nadaje ale na złotoustego elfiego dyplomatę/kupca z Ulthuanu jak najbardziej xD
    Kto inny tak grzecznie i uprzejmie rozwinie do całego akapitu zdanie „spadaj na drzewo, nie moje klimaty” xD

    Kurde… niezły klimat. Uwolnić z niewoli u gobasów elfiego szlachcica co musi sobie teraz jedwabić dla krasnoludów by spłacić dług wdzięczności xD

    Archiwum warhammer 4ed warhammer krasnoludy dawi karak varn karaz ankor

  • Rekonesans Karak Varn - gawędy
    StalowyS Stalowy

    Galeb o szabli z Wieprzej Góry

    |=To była dobra broń. Wielu rakkich padło z rozprutymi gardłami od jej ostrza. Niestety w końcu trafiło się paru przeciwników w grubych blachach i z ciężką bronią w łapach. Nauka z tego była taka że trzeba było sięgnąć od razu po młot. Tak tylko straciłem szablę.

    Kupiłem ją od jeźdźców z Wieprzej Góry. Gdy ich spotkaliśmy i odpoczywaliśmy w ich obozowisku zapytałem się skąd wzięła się ta ich tradycja by tego typu jednostki bojowe wystawiać. Opowiedzieli mi że Przodek ich panującego Lorda walczył z Chaosem w Kislevie. Od człeków podłapał ten pomysł z jazdą. Oczywiście gdy wrócił to nie obyło się bez trwających setki lat dysput że co to za obyczaj jak jakieś człeki czy dzikusy jeździć, ale jakoś to się utrzymało.

    W późniejszym czasie ktoś inny się na wielkie wyprawy wybrał i przywiózł ze sobą całą kolekcję broni wszelakiej jeździeckiej, coby zbrojmistrze mieli co badać. Oczywiście spojrzeli co inne ludy wymyśliły i zrobili to lepiej - odpowiednio przystosowane topory, młoty, lance. Przywieziono też szable kislevskie, a i arabskie samsziry i sejmitary. Głowili się kowale, ale testowali, sprawdzali, rozmyślali i zaczęli łączyć różne pomysły. Bo topory i młoty praktyczniejsze, ale co prawda to prawda - spod tych zakrzywionych ostrzy trudniej było zwinnym wrogom uciec. Ach. No i nie zdarzają się te głupie momenty kiedy się broń zahaczy o tarczę. Co? Że nie wiesz o czym mówię? A przyznaj się ile razy ci pancerz skórę uratował gdy oręż chwytał tarczę i się siłowałeś z grobim by go wyrwać a tymczasem gnojek obok dźgał cię ostrzem pod odsłoniętą pachę?

    Zrobili więc tak: jelec wydłużyli i zawinęli tak by dłoń chronił i za kastet mógł robić. Dodali pierścień na kciuk by chwyt był pewniejszy. Koniec ostrza rozklepali bardziej i zaostrzyli z obu stron ostrze by się dało od biedy dźgać albo robić przebiegłe cięcia powrotne. Potem dodali więcej materiału by to dało się tym sieknąć nie tylko grobi i rakki, więc i wyważenie bardziej na przód dano.

    No pytają się mnie po co ja w ogóle wziąłem to to. Ano mam sentyment pewien. W Barak Varr gdzie się urodziłem to pamiętam załogi i czasem pośród krasnoludów tasaki i falsziony się trafiały. Trochę mi ta szabla przypomniała rodzinną Twierdzę to sobie ją sprawiłem. Dużą też frajdę mi sprawiał ten cały fechtunek. Taki inny zestaw niuansów do opanowania niż w przypadku topora i młota. Dobrze to robi na umysł - taka praca nad rzeczami innymi. Mniej się potem dziwujemy i złościmy gdy co nieznanego i nowego nam się przytrafia.

    Może kiedyś wprawię w tą rękojeść nowe ostrze. Myślę że znalazłby się zestaw run które potrafiłyby jeszcze lepiej wyeksponować walory tego oręża. Póki co... ten fragment przypomina mi dawne czasy i kompanów.=|

    Materiały karak varn młot wieków warhammer 4ed dawi krasnoludy khazalid

  • Rekonesans Karak Varn - gawędy
    StalowyS Stalowy

    Galeb o kurhanach u podnóża Gór Szarych

    Podróżując przez Wissenland uważajcie na wzgórzach i dzikich ostępach. W miejscach gdzie łatwiej trafić na pustelnika niż na wioskę bywają miejsca nawiedzone. Miejsca pochówku starożytnych, przynajmniej w ludzkiej rachubie, wojowników i władców. Są tam jednak też miejsca kaźni, pobojowiska, a nawet kamienne kręgi w których ludzie zdołali zapieczętować złe istoty pokonane tysiąclecia temu.
    Światło Morrslieba, szczególnie w Noc Wiedźm lub Noc Tajemnic, budzi w tych miejscach duchy, zjawy i czyste zło. W dni te lepiej trzymać się z dala, bowiem ani runy ani modlitwy do Przodków niewiele mogą pomóc tam gdzie króluje obłęd.
    Poza tym czasem należy po prostu uważać. Nie zakłócać spokoju tych miejsc, nie niszczyć ich, po prostu mijać i pozostawić je za sobą, bo nie chcecie by cokolwiek co tam spoczywa zwróciło na was uwagę.
    Pamiętam jak podróżowałem tam z częścią oddziału do którego mnie wciągnięto. Byłem z moim przyjacielem Detlefem w Nuln gdy z Księstw Granicznych uderzył rajd na Wissenland. Jako że wojska elektorskie były wmieszane w wojnę na północy to zrobiono nagły pobór z łapanek. Ech. Miałem urazę do Wissenlandu za to ale udało mi się ją sobie zrekompensować. Ale wracając. Trafiliśmy do oddziału który miał zająć cichcem przełęcz w Górach Czarnych przez którą Graniczni wywozili zrabowane dobra. Poszliśmy bezdrożami by uniknąć patroli. Pośród nas była taka nawiedzona Estalijka która chyba wierzyła że ten siłowy nabór do wojska to był uśmiech losu od Myrmidii, człeczej bogini wojny. Znaleźliśmy w ziemi kamienny dysk, przy którym postanowiliśmy odpocząć. Zbadałem go. Na samym jego środku był wbity klin ze szczerego złota, taki nie większy od środkowego palca. Kazałem go nie tykać bo czułem że to może się źle skończyć. Niestety, estalijskie dziewcze, jak to przystało na smarkacza, od razu się nań rzuciło bo przecież co tam może wiedzieć krasnolud. Wyrwała ten kawałek złota i nim się obejrzeliśmy jakieś ptaszysko go porwało i zaczęło krążyć nam nad głowami.
    Nie będę się rozwodził jakie jej zachowanie było nieodpowiedzialne. Ten ptaszor, kruk, przyleciał do niej po pewnym czasie. Mówiła że ją polubił bo dała mu błyskotkę. Trochę poniewczasie zorientowaliśmy się że coś było nie tak. Zaczęła mówić przez sen i bezbłędnie odgadywała humory zwierzaka choć na zwierzętach się tam kij znała. Chciałem go zatłuc ale nikt nie chciał mnie słuchać prócz mojego przyjaciela. W nocy złapaliśmy w worek ptaka i go zatłukliśmy. Złotego klina w środku nie było. Człeki patrzyły na nas jak na szaleńców i złośliwe gnojki bo choć Estalijka wkurzała wszystkich to tylko my wobec niej wystąpiliśmy. Ona sama patrzyła na nas z wyższością i odrazą jak jakiś elfiok.
    Jakie było człecze zdziwienie gdy już w górach po tygodniu w trakcie potyczki z goblinami dziołcha zaczęła miotać czary! Ukryła złoty klin w końcu swojego kostura! Potem próbowała mówić że to Myrmidia jej dopomogła ale już nikt jej nie wierzył. Gdy tylko stało się pewne że nas nie przekona zaczęła mutować. Próbowaliśmy zasiekać ją na miejscu ale zapijaczony zwiadowca i pazerny grubas też wpadli w sidła demona i słychając jego podszeptów stanęli w jej obronie. Udało się całą trójkę zgładzić ale problemem pozostał złoty artefakt. Nie dało się go roztrzaskać młotem.
    I oto zadziało się coś czego się nie spodziewaliśmy. Do obozu przybył człek w łachmanach jak się okazało - szary czarodziej z Imperialnych Kolegiów. W naszym oddziale był czarodziej uczniak którego też wojsko z rozpędu zgarnęło. Szczeniak ledwie umiał czarować i trzymać miecz, ale jak się okazało donosy pisał wybornie i jakimś sposobem przesyłał je swoim ziomkom. Przybysz był zajęty szpiegowaniem Granicznych ale dostał którąś wiadomość od uczniaka i ruszył naszym tropem. Teraz przy nas skarcił szczeniaka że ten od razu nie wyczuł zagrożenia i nie przeciwdziałał, a potem kazał mu opowiedzieć w Kolegium co się stało. Po czym chwycił klin w dłonie.
    Powiem wam że o czarodziejach nigdy dobrego zdania nie miałem. Lecz ten człek… ten człek wiedział co to poświęcenie dla większego dobra.
    Kazał nam czym prędzej byśmy go ubili. Rozumiecie? Dobrowolnie dał się opętać byśmy go zabili wraz z demonem którego w siebie wciągnął. Mój przyjaciel Detlef skrócił go o głowę toporem. Morr zabrał człeka do siebie, a Otchłań pochłonęła demona. Klin znów stał się kawałkiem zwykłego złota ale na wszelki wypadek i tak przetopiliśmy go w ogniu świątynii Grungniego.
    A co z przełęczą zapytacie? Ano zablokowaliśmy ją. Ładunkiem rozerwaliśmy skały i zrobiliśmy osuwisko w miejscu które mogliśmy spokojnie ostrzeliwać. Graniczniacy mając pościg na karku negocjowali z dowódcą drużyny możliwość przejścia, bowiem wszyscy od nas byli ranni po walce z demonem i człecy nie mieli tyle jaj by to przejście bronić. Tak. Gdyby nie ten zasrany demon ze złotego klina pewnie byśmy ich zblokowali a tak? Zostawili ciężkie wozy, wzięli co mogli w ręce i przez przełęcz do siebie na Południe szli.
    Koniec był taki że oddział rozwiązano, dowódcę, szlachcica z pochodzenia, w dupę kopnięto, a nam wypłaty nie dano. Dobrze że zapobiegliwie z Detlefem dóbr wissenlandzkich pochowaliśmy pomiędzy skałami na poczet uraz.
    Stwierdziliśmy że z Wissenlandem jak najmniej chcemy mieć wspólnego acz Detlef dostał całkiem intratną posadę jako szampierz u jakiegoś młodego wissenlandzkiego szlachetki. Ja natomiast ruszyłem do Barak Varr by odpocząć czas jakiś od tych wszystkich cholernych przygód.

    Materiały karak varn młot wieków warhammer 4ed dawi krasnoludy khazalid

  • Rekonesans Karak Varn - gawędy
    StalowyS Stalowy

    O długobrodym Roranie

    Pod Czarnym Sztandarem walczyłem ramię w ramię z wiekowym krasnoludem Roranem Ronagaldsonem. Był to długobrody, bez klanu który większość życia parał się zbójowaniem na ludziach w Bretonii, Estalii i Tilei. W końcu se nagrabił za bardzo i musiał schronić się w Górach Krańca Świata. Nikt pośród nas nie operował tak okutą pałą jak ten długobrody. Nikt też z nas nie potrafił się poruszać tak cicho jak on. No i znał dużo języków. Bardzo dobrze mówił po staroświatowemu. Znał także bretoński i, o dziwo, język elgich. A że wygłaszał czasem wielce filozoficzne uwagi i opinie o powszechnie akceptowalnym porządku społeczeństwa dawi tośmy nie raz za plecami jego niewybredne uwagi dawali że chyba za dużo z elgimi przebywał. Była to prawda bo jak sam mówił jak w Bretonii zbójował to w jego bandzie elgi byli i to od nich się eltharinu nauczył.

    To życie na szlaku, w obcych krajach i z profesji niezbyt godziwej takie mu inne spojrzenie dawało, perspektywnę znaczy i intuicję że od razu wiedział że z tym Gelvarem to była zła umowa. Ostrzegał nas ale nie chcieliśmy słuchać długobrodego bez klanu. Pomimo tego poszedł w tą pułapkę z nami. Gdy Glandir odszedł do Przodków to Roran jako najstarszy przejął dowodzenie. Gdy zostaliśmy Królewską Milicją, tak zwanymi Czarnymi, to bez sentymentów szedł drążyć, dociekać i brać za mordy wszelkich wskazanych nam podejrzanych. To akurat materiał na inną opowieść, bowiem pośród Starszych Klanów w obliczu oblężenia i rozpaczy Króla Kazadora pojawiło się myślenie że najpierw trzeba zadbać o swój klan a dopiero potem o Karak i pozostałe krasnoludy. Tak, nie przesłyszeliście się - byli tacy co chcieli na oblężeniu zrobić interesy. Istniała nawet plotka że to iż orkowie bezsensownie wybrali na oblężenie początek surowej zimy miało drugie dno. Może jednak o tym kiedy indziej, wróćmy do Ronagaldsona. Nie obchodziły go koneksje, reputacje ani nic innego. Szliśmy na miejsce, a on prosto z mostu wykładał co i jak wyduszając z zszokowanych Azulczyków prawdę.
    Niestety to jego życiowe doświadczenie pchnęło go w rozgrywki które prowadził azulski wywiad. Tajne organizacje, półprawdy, sieci powiązań... chciał rozpracowywać rzeczy które nam zlecano i nie zlecano, chciał też rozpracować Vareka Ciernia, naszego mocodawcę. Źle się to skończyło mówiąc cierpko i wyszedł przez to na zarozumiałego głupca. Był jednak wiernym towarzyszem i ładował się we wszystkie problemy po równi z nami, nawet kiedy krzywo na niego patrzeliśmy po wszystkich ciężkich przejściach.

    Natomiast powiedział nam kiedyś taką rzecz: że ogolenie głowy i zostanie Zabójcą Trolli to... jak to ujął... łatwe wyjście. Oburzyliśmy się na to ale musieliśmy dać się starszemu krasnoludowi wytłumaczyć. Zostać Zabójcą, rzekł, to odkupić krzywdy przed Przodkami, ale co z żywymi? Co z sobą samym? Uważał że jeżeli istnieje możliwość to trzeba schować dumę do kieszeni i naprawić błędy, pozostawiając Ścieżkę Zabójcy dla hańby i błędów których nie da się naprawić lub spłacić. Jakaż to hańba że z czegoś się nie wywiązałeś jeżeli zrobiłeś co w twojej mocy by to zrobić? Jakaż to hańba że wybranka cię odtrąciła, gdy zrobiłeś wszystko co mogłeś zabiegając o jej względy?
    Wtedy będąc młodszy nie rozumiałem co miał na myśli. Żaden z nas tego nie rozumiał. Lecz kiedy samemu wyruszyłem w świat i życie postawiło mnie w przeróżnych sytuacjach, kiedy zacząłem nabierać jakiejkolwiek roztropności, zacząłem też dostrzegać mądrość w słowach starego Rorana.
    Los potrafi postawić dawich w sytuacji gdzie żadne wyjście nie jest dobre. Dlategoż dwa razy trzeba się zastanowić nim się wypowie o innych dawi pewne słowa lub wyrobi się o nich jakieś zdanie. Bowiem nigdy nie wiemy wszystkiego i nigdy nie możemy być pewni między czym trzeba było wybrać lub ile starań trzeba było w coś włożyć.
    I taka jest mądrość długobrodego Rorana: Nie po brodzie, bogactwie czy klanie poznasz wartość krasnoluda lecz po tym co musiał przejść, przeżyć i jakich wyborów dokonać musiał.

    Materiały karak varn młot wieków warhammer 4ed dawi krasnoludy khazalid

  • Rekonesans Karak Varn - gawędy
    StalowyS Stalowy

    O próbach na termin u rhunkiego

    Tylko kilku krasnoludów spod Czarnego Sztandaru mogę nazywać prawdziwymi przyjaciółmi. Jednim z nich jest Thorin, nasz medyk i chorąży. Widzicie tą czarną tkaninę którą spinam pasem? To chorągiew którą miał przypiętą do włóczni gdy szliśmy do walki. Mam nadzieję że kiedyś znów załopocze na proporcu.

    Lecz wracając do Thorina. Uratował nas nie raz od zguby łatając rany i wyjmując wszelkiego rodzaju paskudztwa. Był z niego młody, dociekliwy krasnolud o niepohamowanym głodzie wiedzy.

    Kiedyś zaczął mnie podpytywać o kucie run, runy i w ogóle o termin. I co trzeba zrobić by się dostać, czym trzeba się wykazać. No i jakie próby trzeba przejść. Bardzo prosił bym mu przykładową próbę przedstawił.

    Spojrzałem na niego przeciągle i w końcu kazałem mu wykuć łańcuch bez słabych ogniw.

    Nie zdał tej próby.

    Ale nie dlatego że nie zdołał.

    Nawet nie spróbował.

    Walnął mi wykład o bezsensowności tej próby, że łańcuch zawsze ma słabe ogniwo, że tak działa rozłożenie sił…

    Kiwałem głową i potwierdziłem wszystko co mówił.

    - Nie nadajesz się. - skwitowałem.

    Bardzo się oburzył i zażądał wyjaśnienia. Nie musiałem mu go udzielać, ale był moim przyjacielem więc mu wyjaśniłem.

    - Oczywiście że łańcuch pęknie. Lecz w tej próbie nie chodzi o stworzenie łańcucha który nie pęknie. Chodzi o stworzenie takiego w którym żadne ogniwo nie jest słabiej wykonane od drugiego, co znaczy że też nie jest wykonane lepiej niż inne. Wszystkie muszą być dokładnie takie same.

    Ktoś mógłby się oburzyć że zdradzam tajemnice. To żadna tajemnica - wymagany jest poziom perfekcji niepojęty dla innym rzemieślników. Każdy mistrz inaczej ocenia uczniów i każdy wyznacza im inne zadania i zagadki które mają sprawdzić ich przenikliwość, umiejętności i ich… perspektywę.

    Ale tu już wkraczamy w obszar o którym mówić mi nie wolno.

    Nauka z tej historii taka: nie tylko wiedza jest ważna lecz i wyobraźnia.

    Materiały karak varn młot wieków warhammer 4ed dawi krasnoludy khazalid

  • Rekonesans Karak Varn - gawędy
    StalowyS Stalowy

    O życiu chwilą

    Gdy podróżujesz przez krainy umgich zawsze się trafi w końcu sytuacja gdzie zatrzymają cię żołdacy, w dużej liczbie, lokalnego włodarza i się o coś ciebie czepią.

    Co można wtedy zrobić?

    Cholera wie, szczerze mówiąc.

    Van dem Kuypers to najbogatszy umgi na świecie. Każdy dawi się zaśmieje że jego skarby to nic w porównaniu ze skarbami najbiedniejszego z Karaków.
    Ale zadaj se pytanie gdzie teraz jesteś?
    W Marienburgu? Tu to ten Kuypers trzyma wszystkich za twarz i jest tu i teraz. Umgich nie obchodzi że za zniewagi przyjdzie zemsta z Gór. Dla nich to tak odległa perspektywa że gwiżdżą na to. Lokalna Starszyzna nie będzie narażać całej diaspory na perturbacje z powodu kuzyna z Gór.
    W Atldorfie? Zawsze możesz się powołać na przyjaźń i pakty między Karaz Ankor a Imperium. Tylko że Karl Franz chętniej pożycza złoto od Kuypersa niż od Wielkiego Króla bo u umgich warunki są… płynne.
    Na kompletnym zadupiu? Co obchodzi żołdaka perspektywa krasnoludzkiej zemsty? Jego pan mu kazał wszystkich łupić, sprawdzać i znieważać i dostanie po łbie jak tego nie będzie robił. Co go obchodzi że za dziesięć wiosen wrócisz i mu spalisz dom? Co go obchodzi że jego dzieci będą cierpiały za jego chamstwo? Bliżej jego szyi jest topór jego pana niż twój, no chyba żeś pod bronią i rzeczywiście możesz mu to uświadomić nim mu koledzy przyjdą z pomocą.

    Więc wracając do pytania…

    Trzeba być czujnym, nie nakręcać sytuacji a w razie czego pamiętać że legalny przedstawiciel lokalnej władzy wykonuje czyjeś polecenia… i tego kogoś też warto by nasza zemsta objęła.

    Materiały karak varn młot wieków warhammer 4ed dawi krasnoludy khazalid

  • Rekonesans Karak Varn
    StalowyS Stalowy

    Fabularnie masz tendencję do bycia jak „twój stary” albo którąś jego wersją.
    Stereotypowo długobrodzi non stop marudzą że „kiedyś to było, nie to co teraz”.
    Ze względu na swój status młodsi muszą znosić ich smęcenie.
    Z drugiej strony są uparci jak cholera i uważają że zawsze wiedzą lepiej.

    Swojego długobrodego, ponieważ to już któraś sesja grana tą postacią, staram się odgrywać w myśl „spokojnie młodzieży, życie was jeszcze zdąży dojechać”.

    EDIT

    W sumie… to dopiero myśl. Stary ranger.
    Otoczenie patrzy na niego jak na dziwaka bo lubi chadzać po powierzchni.
    On patrzy na innych z lekkim pobłażaniem bo „spacerek po górach” to dla nich wielkie wyzwanie
    Idealny koncept do grupy gdzie prawie wszyscy to ciężkozbrojni

    Archiwum warhammer 4ed warhammer krasnoludy dawi karak varn karaz ankor

  • Sharn: Mrocznymi Ścieżkami
    StalowyS Stalowy

    Spróbuję coś sklecić do tej sesji 🙂

    Rekrutacje pathfinder spheres of power eberron

  • Rekonesans Karak Varn - gawędy
    StalowyS Stalowy

    O tym że sukces zamyka mordy

    Drażliwa sprawa ta Tradycja przez duże „T”. To głos Przodków i wartości przekazywane z pokolenia na pokolenie. Dzięki nim wiemy kim jesteśmy. One pokazują nam drogę którą powinni podążać prawdziwi dawi.
    Dobrze to brzmi. Pewnie jak kamień.
    Powiedzcie mi tylko czy gdy Tradycje się formowały to nasi Przodkowie zmagali się z tym wszystkim z czym i my się zmagamy?

    Świat się zmienia a my mamy być jak góra - niewzruszeni.

    Tylko że w tą górę walą kilofy tysięcy, jeżeli nie milionów wrogich nam istot. W końcu skruszy się ta skała i góra najpierw straci ostrość a potem opadnie i będzie jeno wzgórzem, tak jak to się dzieje pod wpływem wiatru i deszczu.

    Sam sądzę że trzeba nam w tej górze wykuć twierdzę. Tradycja musi być fundamentem na którym budujemy, a nie docelowym schronieniem. Wtedy odeprzemy wszelkie zagrożenia.

    Że niby jestem wrogiem Tradycji? Że to plucie na Przodków? Tak?

    Zobaczcie na Svena. Tak, na Svena zwanego teraz Wspaniałym. Jak go potraktowała Gildia? Upokorzono go i wygnano. Odrzucono. A on przekuł swoje pomysły w rzeczywistość, popłynął do Lustrii i wrócił z ładownią pełną skarbów. Byłem na jego okręcie, Volgsvagnie, wracałem nim do Marienburga i poznałem Svena, bo mnie uratował przed piratami. Rozstrzelali okręt ekspedycji której towarzyszyłem i uczepiony deski czekałem na koniec. A tu nagle piraci dostają salwą z krasnoludzkiego pancernika. Co to był za widok. I co? Kowal Run, tradycjonalista z definicji powinien zrobić? Odrzucić wyciągniętą pomocną dłoń?
    Sven to taki sam krasnolud jak my. Przykłada się do swojej pracy tak jak my wszyscy. Ale dostrzegł nowe możliwości i zaczął je badać. „Jak to tak można”!? Oburzyła się Gildia.
    I wiecie co? Gdyby jego wynalazki okazały się klapą to by wszyscy z satysfakcją pokiwali głowami. A tak? Milczą, po prostu. Można powiedzieć że wielkim szczęściem dla Gildii jest to że Sven wybrał Marienburg na swoją przystań i nie muszą się z nim konfrontować.

    I nie… To nie jest kwestia kto ma rację a kto nie. Ważne by budować na solidnym fundamencie. Jeżeli Sven zachłyśnie się swoim sukcesem to będzie jego zgubą jak wielu innych. Lecz jeżeli pozostanie wierny duchowi Tradycji pracując skrupulatnie i pokornie to jeszcze nie raz nas zadziwi!

    Pomyślcie o tym tak… łuk to broń elgi. Gdyby inżynier zaczął badać tą broń to wszyscy by go wyśmiali. Lecz co by się stało gdyby swym inżynierskim kunsztem skonstruował dzięki temu broń która przewyższy tą elfią w każdym względzie, w tym obszarze gdzie są niedoścignieni? Zastanówcie się nad tym.

    Materiały karak varn młot wieków warhammer 4ed dawi krasnoludy khazalid

  • Rekonesans Karak Varn
    StalowyS Stalowy

    https://media.indiedb.com/images/games/1/14/13553/dwarven_parenting.jpg
    image.jpeg

    Archiwum warhammer 4ed warhammer krasnoludy dawi karak varn karaz ankor

  • Sharn: Mrocznymi Ścieżkami
    StalowyS Stalowy

    Moja postać będzie weteranem Ostatniej Wojny i kolegą z oddziału Alestayra. Zasięgowiec idący pełną parą w destruction z pierwszowojenny twistem.
    Zbudowany na Zręczności, Konstytucji i Mądrości. Charyzma ujemna z powodu horrorów przeżytego konfliktu i zgorzkniałości związanej z post-wojenną rzeczywistością.

    Rekrutacje pathfinder spheres of power eberron

  • Rekonesans Karak Varn - gawędy
    StalowyS Stalowy

    O klanach i twardym rodzicielstwie

    Kiedy opowiedziałem dziadkowi Migmarowi o gierkach klanów z Karak Azul to się prawie rozlał piwo na koc którym nogi przykrywał siedząc na bujanym fotelu przy palenisku.
    Historia ta wywołała potok wspomnień. Po raz kolejny wysłuchałem pewnej opowieści.
    Klan dziadka Migmara zaczął się od wojaka Dalaza Durakurbaziego z Karak Izor, sprawnego ale i ambitnego wojskowego bez krzty żyłki handlowej. Kupiecki klan do którego należał podzielił się, a Dalaz został thanem nowego klanu. Dostał na start klanowe zakały, środki w trudnozbywalnym towarze, stary magazyn w Khazid Urbaz, oraz kopa w dupę ze słowami „powodzenia, radź se sam”. Than, teraz już Dalaz Urbazundi, był zbyt dumny by skarżyć się u króla. Rzucony na głęboką wodę musiał wszystko sam zorganizować i postawić na nogi. Postanowił że specjalizacją jego klanu będzie karawaniarstwo i ochrona kupiecka.
    Słabo przędli. Jako że Durakurbazi kontrolowali sporą część logistyki w Kryptach to Dalaz musiał zwrócić się ku umgi. Dlaczego? Jako nowy klan musiał rywalizować z innymi już sprawdzonymi usługawcami - musiałby więc proponować niekorzystne dla siebie warunki by zdobyć kontrakt na ochronę szlaków handlowych. Pozostawały więc Tilea i Księstwa Graniczne.
    A trzeba wam wiedzieć że w tych krainach umgi strasznie sobie upodobali łączenie kariery kupieckiej z kryminalną.
    Kilka pokoleń później Urbazundi rozproszeni są po ludzkich krainach i otaczających ich górach. Nie są liczni. Mają za to dobrą reputację jako sprawdzeni i bitni najmici. Starszyzna klanowa rezyduje w Khazid Urbaz, ale czasem, jak na przykład dziadek Migmar, starsi zapuszczają korzenie w innych miejscach. Kilku dawi na pokolenie jest wysyłanych do innych klanów i gildii aby zdobywać szlify w innym zawodzie. Tak dla przykładu było z moim ojcem który terminował u Bugmen'a póki jego browar jeszcze stał. Potem ojciec został awanturnikiem. W nagrodę za rozwiązanie pewnej sprawy w Barak Varr dostał własny zakład i prawo klanowe. Jednak historia nie zatoczyła w tym przypadku koła. Trzymamy się blisko z Urbazundi którzy zawsze są mile widziani w naszych progach. Dziadek Migmar na stare lata postanowił się do nas wprowadzić na co wszyscy po równo kręcili nosem, ale ostatecznie machnięto ręką.
    Tak czy tak, opowieść dziadka dobiegła końca, a ja siedziałem zastanawiając się nad nią. Migmar siedział wpatrzony w płomienie. Nie słyszałem jednak goryczy w jego głosie ani urazy.
    - Czy Dalaz był urażony tym że krewniacy się od niego odsunęli? - zapytałem.
    Dziadek milczał dłuższy czas po czym westchnął.
    - Tak było trzeba. Zrozumiesz jak będziesz starszy.

    Jakiś czas później gdy po wyprawie do Lustrii odwiedziałem Marienburg dowiedziałem się że w dzielnicy krasnoludzkiej jeden dom należy do Durakurbazi. Postanowiłem tam zawitać pomimo że jeszcze nie odzyskałem w pełni sił. Zostałem ciepło przyjęty przez starszego kupca Borika, który był bardzo ciekaw co może sprowadzać do niego kowala run. Po tym jak się przedstawiliśmy i wymieniliśmy uprzejmościami przeszedłem do rzeczy.
    - Jestem wnukiem Migmara, potomka Dalazara Urbazundi'ego. Chciałem porozmawiać o początkach jego klanu.
    Zapadła niezręczna cisza, ale stary kupiec nie wyglądał na rozgniewanego. Patrzył na mnie badawczo, napił się piwa, a potem wyjrzał przez okno.
    - Dobrze że ten temat poruszamy daleko od gór. - stwierdził - Na neutralnym gruncie.
    Poprosiłem by wyjaśnił dlaczegóż to. Borik uśmiechnął się wtedy z manierą typową dla starszych tłumaczących świat ciekawemu młodzikowi.
    - Masz dzieci Galebie, wnuku Migmara? - zapytał
    - Nie mam.
    - Ale gdybyś miał to chciałbyś dać im wszystko co tylko byś mógł im dać jako rodzic?
    Gdybym nie był kowalem run odpowiedziałbym że tak, jednak dzisięciolecia nauki prastarego rzemiosła i jego tradycje wpoiły mi pewne zasady.
    - Nie. - rzekłem powoli, a potem dodałem pomny trudów swojego terminu - Są rzeczy na które trzeba sobie samemu zapracować.
    Usta Borika rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
    - Sam udzieliłeś sobie odpowiedzi. - rzekł - Sam też o to kiedyś pytałem. Są rzeczywiście klany które swoim potomnym dają wszystko na złotej tacy. Pielęgnują ich a potem mają oczekiwania o bezwarunkowe wsparcie. Gdy go nie dostają rodzą się straszliwe urazy zahartowane więzami krwi. Nasi Przodkowie doszli do innego wniosku. Lepiej by nowy klan sam na wszystko zapracował. Oczywiście było to ryzyko że sobie nie poradzi, ale Starszyzna wiedziała że Dalaz to zaradny i mądry dawi. Nie pojawiły się urazy. Urbazundi przez te stulecia pokazali swoją wartość i z radością byśmy podjęli z nimi współpracę. Tylko że od dawna już żadne z nas nie szuka ze sobą kontaktu. Bardzo bylibyśmy radzi gdybyś przekazał Urbazundi tą wieść.
    /- Goniec by chyba wystarczył…
    /- Takie rzeczy to tylko przez posła.
    Spędziłem u Borika jeszcze kilka godzin rozmawiając o różnych sprawach, lecz właśnie rozmowa o Przodkach najbardziej utkwiła mi w pamięci. Pomimo wszystko nie zgadzałem się z paroma kwestiami - chociażby można było zapewnić więcej zasobów na start. Borik odparł argument że był to dodatkowy stymulant do rozwoju i można było to uczynić tylko dlatego że umieszczono ich w stosunkowo spokojnej okolicy.
    Zastanawiam się co jakiś czas nad wnioskami z niej.
    Zastanawiam się czasem czy bym potrafił uczynić tak jak uczynili moi Przodkowie.
    Zrozumiałem przede wszystkim jedno... że decydowanie o klanie to decydowanie nie tylko o tym co teraz ale i o tym co będzie.
    A decyzje jakie się podejmie wpływają też na przyszłe pokolenia.
    Taka jest odpowiedzialność Królów, Thanów i Starszyzny.

    Materiały karak varn młot wieków warhammer 4ed dawi krasnoludy khazalid

  • Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecię
    StalowyS Stalowy

    Dla mnie czterdziecha zawsze na propsie.

    Jednak mam grubą awersję do "epickich przygód" w których zaczynasz wycieruchami "od zera do bohatera". Takie, niestety, doświadczenia zgarnąłem że w tego typu kampaniach BG stają się NPCami we własnych perypetiach, a głównymi postaciami stają się NPCe nad nimi.
    Na przykład Patroni.

    Lecz w tym co @slann22 opisałeś widzę że prędzej przy później BG będą musieli wybrać.
    Heh wojenki RT vs Inq albo Inq vs Inq to zawsze zabawa pełna lulzów, rotflów i niewyobrażalnego cierpienia postronnych istot.

    Zastanowię się.

    Archiwum

  • Sharn: Mrocznymi Ścieżkami
    StalowyS Stalowy

    Masz tam coś rakiego jak Technological Weapon Set w ramach którego możesz produkować blastery. To itemy walcące podobnie jak czary i jest tam coś takiego jak tamta wyrzutnia.
    Ba. Jak masz Augmentation package to możesz te blastery sobie zamontować.

    Choć tu bym ci polecał raczej wziąć Techniciana który permanentnie potrafi pociski z broni przerobić na obszarówki. Ew jak chcesz być serio chodzącą artylerią to archetyp „Suit Pilot” skupia się na tworzeniu pancerza wspomaganego/mecha.
    Nawet w settingu są clockwork armory.

    Edit
    Osobiście zrobiłem zasięgowca jakby co 🙂
    33f1b4b3-1671-4636-a8dc-05660f738ba8-image.png

    Rekrutacje pathfinder spheres of power eberron

  • Rekonesans Karak Varn - gawędy
    StalowyS Stalowy

    O duchach przeszłości

    A była taka sytuacja że jak mój przyjaciel Detlef pozostał w Wissenlandzie to przez Góry Czarne poszedłem w towarzystwie umgich i dawiego - Bardina Gladinsona inżyniera. By zarobić na tej podróży najęliśmy się do ochrony jakiegoś młodego szlachetki. A było przed czym chronić bo łepek musiał przez jakieś kompletnie boczne ścieżki jechać by go nie siekli wraży siepacze. Był dziedzicem jakiegoś państewka w Księstwach Granicznych i miał zajechać na miejsce i wykopać z fotela swojego brata. A podróż tą organizowali ludzie jakiegoś barona co na miejscu musiał zdzierżyć uzurpatora czy tam regenta. Ogólnie rzecz biorąc - polityka.
    Dostaliśmy zaliczkę, eskortowaliśmy chłopaka i jego stróża, wyciągnęliśmy ich z tarapatów. Dotarliśmy na wyznaczone miejsce gdzie czekał baron z obstawą. Gładka robota, zostaliśmy zluzowani i już leci nam do dłoni sakiewka, a tu nagle połowa baronowej obstawy wyciąga broń i zaczyna się jatka między umgimi. Baron i chłopaczek próbowali zwiać, a tu z lasu wypada zgraja urków ze znakiem Krwawego Topora. Przodkowie drodzy, ale to była jatka.
    Nasza drużyna przeżyła z ranami, ale reszta umgich w ogóle. Baron, młodzik i stróż wyparowali. Ostatni urk zaczął uciekać, aż tu nagle z juków swojego osła Bardin Gladison wyciąga... łuk! Łuk, naprawdę! Ale jaki - taki inżynierski. Z dodatkowymi cięciwami i zaczepami. Nałożył strzałę, napiął patyka i świst... poleciało jak z kuszy wbiło się draniowi prosto między łopaki. Dla pewności zaraz posłał drugą. Potem się go podpytałem co to jest, a on przyznał że jak w Imperium żakował, znaczy był jednym z ichnych uczelni, to nakreślił plan takiego inżynierskiego łuku, który będzie nieduży a siłę naciągu będzie miał jak łuk bojowy. No i zrobił go, jak cię nie mogę - jak dał go człekowi do naciągnięcia to ten ledwie zdołał ruszyć cięciwą. Podejrzewam że elfiokowi ręka by się połamała.
    Ale wracając do potyczki. Już by się pojawiała uraza, ale Vessa, dziewucha z naszej drużyny, miała szybkie ręce i trzos zgarnęła z ręki barona zanim ten zaczął uciekać.

    Ukontentowani postanowiliśmy udać się jednak do Karak Hirn. Ten znak Krwawego Topora nie pojawiał się od stuleci, a jak zieloni zaczynają paradować z plemiennymi barwami to wiadomo że zbliża się jakieś nieszczęście. Trzeba było ostrzec Karak i zdusić wroga zanim się rozpanoszy.
    I tu zaczyna się robić dziwnie.
    Pół dnia drogi później trafiliśmy do wioseczki Sterndorf w dolinie Yetzin. Zachodzimy do karczmy by przepić część wypłaty. Piwo średnie ale strawa przepyszna. Pokoje też niczego sobie. Kończymy wieczerzę, a do środka wpada krasnoludzki posłaniec, zdziajany i umęczony. Przedstawił się jako Gnarok syn Hadrina, runmistrza. Powiedział że pędzi do Karak Hirn z ostrzeżeniem o Krwawych Toporach i z prośbą o pomoc. Miał przy sobie tubę na listy, bardzo charakterystyczną, tłoczoną w misterne wzory w której niósł list spisany ręką jego ojca. Ten, wraz z grupką wojów, bronił się w strażnicy przed urkami by ci nie dobrali się do jakiegoś artefaktu.
    Zgodziliśmy się eskortować Gnaroka bo sprawa była słuszna. Zapłaciłem mu za jedzenie i napitek i zapłaciłem by dostawiono dodatkowy materac do naszego pokoju.
    Jakież było nasze zdziwienie gdy rano obudziliśmy się na gołej ziemi.
    Wokół ruiny wioski.
    Przeszukujemy wszystko. Tylko szkielety spalonych budynków i kości pomordowanych wieki temu wieśniaków. Ale co przykuło naszą uwagę, jeden z nich był krasnoludzki i dzierżył tubę na zwoje, taką jaką miał Gnarok. W środku był list z ostrzeżeniem do Króla Karak Hirn.

    Obyczaj nakazuje pochować krasnoluda w ziemi, acz widząc że dusza Gnaroka nie zaznała spokoju zebrałem jego kości do wora i poprzysiągłem pochować go w kamieniu uświęconym przez kapłanów Gazula z zapisem jego historii by nie został zapomniany. Uradziliśmy jednak z towarzyszami by odnaleźć strażnicę o której mówił. Nie było to trudne bo w tubie była też mapa. I dobrze bo bez niej to byśmy tego miejsca nie znaleźli!
    Wejście do strażnicy znajdowało się za wodospadem głębiej w górach. Nie prowadziła tam żadna droga ani ścieżka. Spenetrowaliśmy korytarze omijając stare pułapki. Odnaleźliśmy dużo krasnoludzkich i orczych szkieletów. Niestety część z nich nie była w stanie zdzierżyć obecności żywych i próbowała nas zgładzić. Ubiliśmy je ostatecznie.
    Na samym końcu strażnicy były zapieczętowane runą wrota. Otworzyłem je i w środku znaleźliśmy szkielet Hadrina dzierżący księgę. Przeczytałem księgę.
    Runmistrz wykazał się wielką przebiegłością. Dowiedzieliśmy się że wódz Krwawych Toporów posiadał jakiś prastary kamień mocy, bliźniaczy do tego który posiadał Hadrin. Ten wiedząc że jest tropiony przekazał magiczny klejnot kapłance Valayi kilka dni wcześniej, a sam zajął się odciągnięciem pościgu.

    Zabrałem jego kości by mógł spocząć razem z synem i ruszyliśmy do Karak Hirn. Rozważaliśmy długo o tym co widzieliśmy. Czy orkowie którzy napadli nas przy baronie też byli zjawami? Doszliśmy do wniosku że skoro Krwawe Topory wybito wieki temu to ten klejnot co miał go ich wódz nie zdołał go uchronić przed klęską. Tego który posiadał Hadrin też raczej nie zdołał zdobyć.

    Zrobiliśmy co trzeba było zrobić, a wiadomość przekazaliśmy do króla Alrika. Nagrodził nas za fatygę gościną w Karak Hirn gdzie spędziliśmy jakiś czas. Próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej o klejnocie rumistrza Hadrina albo o nim samym ale nie znalazłem nic ponad to że to prastare źródła mocy które wykorzystywały krasnoludy w starożytnych czasach.

    Na koniec powiem wam że dobrze wspominam tamtych towarzyszy, choć drogi nam się rozeszły. Była to niezwykła przygoda, czasem też się zastanawiam czy i ten szlachetka, baron i cała intryga też nie były jakimiś marami.
    Tak czy tak, w ciągu jednej wyprawy mogłem zobaczyć duchy, przespać się w widmowej karczmie i widzieć dawiego z łukiem... teraz już niewiele rzeczy mnie dziwuje.
    Nawet norsmeńska łódź dryfująca sobie przez środek Czarnej Wody.

    Materiały karak varn młot wieków warhammer 4ed dawi krasnoludy khazalid

  • W co byście zagrali? Lista życzeń.
    StalowyS Stalowy

    Tylko w 4e mają cały swój poderek i swoje asur-only profki.

    Zawsze chciałem zagrać full legal shadow warriorem a nie jakimś proxy

    Jednak… coś za dużo ciekawych sesji się maluje na horyzoncie

    Sondy

  • Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecię
    StalowyS Stalowy

    @slann22 Szczerze mówiąc mam problem z kminieniem nad tą sesją

    Gwiezdne Dziecko to motyw epic na skalę galaktyki. To ta sfera gdzie mamy do czenienia z Sensei’ami, Kabałą czy Perpetualami. To tęgie łby pośród lordów inkwizytorów nad tym się pochylają i snują sieci intryg na całe sektory.
    Najbardziej epickie przygody w poderkach do rpg są na skalę jednego sektora gdzie główną rolę odgrywa lokalna anomalia (patrz na przykład Gwiazda Tyrana, Anomalia Hadex, Paszcza) i zaczynają się na tierze średnim by skończyć na najwyższym.
    Więc pytanie: na ile lat planujesz sesję i jaki jest punkt wyjścia i pułap końcowy w Twoim zamyśle? Wejść na poziom patronów? Kompletne wyrwanie się i drużyna staje się dziką kartą? Czego sam oczekujesz prócz dobrej zabawy i zgranej drużyny?

    Przedstawiłeś dwóch patronów z Triumwiratu. Wiemy jako potencjalni gracze że mamy tu inkwizytorkę OH (potencjalnie radykałkę) oraz przebiegłego i wolnomyślicielskiego RT. Trzeci do stworzenia wspólnie. Ok. Moje pytanie- w co jedziemy na osi Purytanizm - Radykalizm i w którą z mnogich filozofii?
    Thorianie co stali się Horusjanami?

    Chyba że to wszystko ma pozostać sikret do odkrycia przez graczy - wtedy to… no cóż… dla graczy do odkrycia xd

    Edit

    No proszę. Widzę że wykrakałem z tym Horusjanizmem

    Archiwum

  • Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecię
    StalowyS Stalowy

    Gdy grałem u Arva ALem to pierwsze słowa mojego BG w sesji to były „Jestem Alpharius”. Ostatnie to były „Jestem Omegaron”

    W 40k to chyba tylko ten perpetual co jest pośród Grey Knightów jest „aktywny”.

    Jak się bawić w radykałków to się bawić. Acz to wyklęta gałąź więc fajnie też mieć jasny obraz sytuacji jak głęboko w bagnie operujemy i jaki mamy poziom świadomości sytuacyjnej

    Archiwum
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy