Temat założony do spisania opowieści którymi BG chcieliby się podzielić z towarzyszami, tak by nie uciekły w głównym strumieniu sesji.
Galeb o Karak Azul i Czarnej Kompani
Byłem swego czasu w Karak Azul. Zostałem wysłany do przyjaciela mojego mistrza bym pobrał u niego nauki. Tak się złożyło że przybyłem tuż przed oblężeniem Gorfanga Rotguta i skrzykniętej przez niego hordy. Jednocześnie atak z głębin przypuścili skaveni więc Karak został, przynajmniej w teorii, odcięty od świata.
Ponieważ wszyscy runiarze i ich uczniowie zostali rzuceni do działań wojennych to nie miałem gdzie się podziać. Przyjaciel mojego mistrza Hazga Mistrz Wielu gorączkowo pieczętował tunele by utrudnić skavenom pole manewru. Thorek Żelazna Brew był na jednej ze swoich ekspedycji. Pozostali mistrzowie najwyraźniej uznali że nie warto się kłopotać niesprawdzonym przez nich czeladnikiem. Miałem okazję posmakować jak to jest być obcym w innej twierdzy.
Trafiłem na grupę krasnoludów którzy jak ja nie pochodzili z Azul. Zatrudniliśmy się u jednego z azulskich szlachciców imieniem Gelvar który powierzał nam zadania poza Karakiem. Ewakuowane osady wokół Azul były pełne rzeczy za których odzyskanie niektórzy byli chętni dużo zapłacić. Nim zielonoskórzy zamknęli oblężenie można się było tam wyprawić i ryzykować starcie tylko z wrogim zwiadem.
Po jednym z takich zadań dostaliśmy propozycję zostania poleceni na służbę do Króla Kazadora. Wielki honor. Dobre pieniądze. Dobre kontakty. Dla obcych w Karaku świetna propozycja. Przystaliśmy na nią.
Tak, przystaliśmy. A następnego dnia rano budzimy się u naszego zleceniodawcy gdzie mieszkaliśmy a gospodarza nie ma, jego rzeczy nie ma, jego krewniaków nie ma. Na placu herold od Króla pod strażą z kufrem z mundurami. I dowiadujemy się że ta służba to Czarny Sztandar. Herold ogłasza co następuje i wygłasza przysięgę której nikt nie powtarza. Gwardziści wydają mundury i insygnia. Przybywa w pewnym momencie goniec i okazuje się że będziemy jednak pod rozkazami Runowładnego Sverrissona rezydującego w Karaz a Karak, ale nas wypożycza tymczasowo Królowi Kazadorowi.
Wiecie co to Czarny Sztandar? Nie? To taka karna służba u króla dla synów i cór z Wysokich Klanów. Jak Klany nadepną na odcisk Królowi i trafią do karakowego Dammaz Kron to mogą zadośćuczynić oddając swoich potomków na 10 lat do oddziału do zadań wysokiego ryzyka. Nie mogą wyznaczyć zastępstwa, nie mogą prosić nikogo by zastąpił ich potomków. Ale jak się ktoś sam zgłosi na to zastępstwo to proszę bardzo.
Zgadnijcie… na wszystkie pobory ilu przedstawicieli Starych Klanów z Karak Azul walczyło pod azulskim Czarnym Sztandarem?
Ani jeden.
Tak czy tak… dano nam mundury, przewodnika i wysłano w tunele byśmy odnaleźli zaginioną drużynę Żelazołamaczy i zbadania stanu jednej z tam na podziemnej rzece.
Po paru godzinach wędrówki nasz przewodnik znikł a my nie wiedzieliśmy już gdzie jesteśmy…
I gdy tak staliśmy na skrzyżowaniu tuneli trawiąc to w co się władowaliśmy usłyszeliśmy człecze głosy w jednym z korytarzy…
Pomyślelibyście że w tunelach pod krasnoludzką twierdzą napotkasz człeczych przemytników? Zapewne nie. Oni też się nie spodziewali oddziału krasnoludów, raczej kogoś kto miał się z nim skontaktować. Nie udało się wziąć żadnego na spytki, a co gorsza narobiliśmy sporo hałasu. Postanowiliśmy podjąć próbę odnalezienia Żelazołamaczy. Cała sprawa śmierdziała ale nikt tego głośno nie chciał przyznać. Dowodzący nami szlachetnie urodzony Glandir z Karak Norn trzymał nas krótko, nie pozwalając byśmy się rozpraszali szczegółami. Niektórzy słali mu krzywe spojrzenia bo to on nas namawiał na zaciąg do Króla.
Nasz dowódca jednak nie zdołał upilnować nas. Zaczęliśmy składać do kupy strzępki informacji o Czarnym Sztandarze i pozornie nieistotne rzeczy którymi byliśmy świadkami w dniach poprzedzających zniknięcie Gelvara. Odwiedziny dziwnych gości. Powolne pustoszenie jego posiadłości. W końcu zebraliśmy też do kupy pewną prawdę o Sztandarze. Zawsze udawało się zebrać ochotników na zastępstwo, zawsze wysyłano ich na misję z której nie wracali, zawsze w królewskich kronikach wpisywano ich jako martwych lub zaginionych. Prawie zawsze byli to dawi spoza Karak Azul - ktoś kogo nikt nie będzie szukał i o kogo nikt się nie będzie pytał. Spostrzeżenia te zbiegły się z dotarciem przez nas na powierzchnię i znalezieniem tamy której oględzin mieliśmy dokonać. Była sroga zima, typowa dla Gór Krańca Świata.
Był to też moment gdy Glandir załamał się pod wpływem naszych dociekań. Przyznał się że wciągnął nas w tą służbę gdyż obiecano mu sowitą zapłatę, która mogła pokryć długi jego rodziny z której pozostał już mu tylko syn i ojciec.
Powiem wam że wielki był nasz gniew. Na Glandira, na Gelvara i na Azul. Co mieliśmy w takiej sytuacji począć? Czy słowa przysięgi wymówione przez herolda były ważne? Przez nasze głowy przeszła nawet myśl by zostawić Azul w cholerę i odejść w obliczu takiego szachrajstwa, lecz Glandir rzekł że on nie opuści Sztandaru ani Azul. Władował nas w to i był w tym razem z nami. Jego postawa umocniła naszego ducha. Zgodziliśmy się że cokolwiek by się nie działo w obliczu wroga ziomków pozostawić nie można.
Jako że Żelazołamaczy nie odnaleźliśmy, sprawdziliśmy tamę. Wszystko było w porządku. Nie znaliśmy jednak tuneli którymi tu przybyliśmy, a widzieliśmy po drodze tropy skavenów. Postanowiliśmy powierzchnią poszukać drogi do jednej z bram które używaliśmy będąc na kontrakcie u Gelvara. Po drodze natrafiliśmy na obóz ogrzych najemników których wynajął Gorfang. Mając okazję zakradliśmy się nocą i wysadziliśmy ich prochownię, zabijając przy tym wielu spasłych wojaków. Ścigali nas w śnieżnej zamieci. W jednym starciu dorwałem stalową tarczę której używał jeden z nich i zasłaniałem się nią przed atakami trzech ogrów! Wielki to był kawał żelastwa, musiałem go trzymać obiema rękami. Tak się skupili na waleniu we mnie że moi towarzysze zdołali pokonać swoich przeciwników i dopaść tych których "przytrzymałem". Ranni i zmarznięcie schroniliśmy się w jakiejś przypadkowej jaskini, by krótko odpocząć. Musieliśmy szybko oddalić się od obozu ogrów nim kolejna grupa zdoła nas wytropić.
Droga powrotna do Azul zajęła nam parę dni. Brodząc w śniegu i zamieci udało nam się natrafić na posiłki wysłane z Wieprznej Góry. To duża osada we wschodnich Górach Krańca Świata z której dawi mają dziwny zwyczaj wystawiać kawalerię na dzikach i wielkich kozicach. Obozowali przy gorącym źródle i szukali wejścia do Azul, acz ze słów thana który im przewodził wyczytaliśmy że wsparcie dla oblężonego Karaku wcale nie było ich głównym zadaniem. Nie wnikaliśmy w to, wszak nie była to nasza sprawa. Niemniej razem było bezpieczniej a jak miało się okazać ogry były na naszym tropie cały czas. Gdy wraz z oddziałem z Wieprznej dotarliśmy do lodowych tuneli pod Azul blisko Twierdzy Skaz. Wdaliśmy się w szereg potyczek ze spasłymi najemnikami. Uch. Ciężkie to były starcia. Ogry nie należą do wprawnych szermierzy, acz jak już zdołają przywalić i tylko mocna zbroja może pomóc. W jednej z walk staciliśmy Glandira. Został śmiertelnie raniony i nasz sanitariusz, Thorin, dwoił się i troił by go uratować. Mówił potem że widział iż Glandir nie miał już w sobie woli życia. Zapewne wszystko co uczynił ciążyło mu zbyt mocno.
Gdy wreszcie tunel doprowadził nas do jednej z podziemnych bram i do dostaliśmy się do samego Karak Azul nasza obecność spowodowała wielką konsternację. Skontakowali się z nami królewscy gwardziści którym zdaliśmy raport z przebiegu misji. Nie kryli jednak zaskoczenia że powróciliśmy. Rozkazano nam zająć dawną posiadłość Gervala która była teraz opustoszała i czekać na dalsze rozkazy.
W ciągu paru dni mieliśmy dostać nowy przydział, a nasz oddział miał przekształcić się w Królewską Milicję na usługach niesławnego Vareka Ciernia, szefa wywiadu Karak Azul.
To będzie jednak historia na inną okazję...


