[CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
-
Habitat przy Vine Street
Rozjuszony facet w czerwonej czapce nie ruszał się przez chwilę, która zdała się netrunnerce całą wiecznością. Brazil wstrzymała oddech, zamarła w idealnym bezruchu wpatrzona w wyloty luf strzelby. Jeden ruch palca na spustach broni dzielił ją od obrażeń, przed których konsekwencjami nie ocaliłby jej ani najlepszy zespół Trauma Team ani komora kriogeniczna.
A potem nie tracąc niczego ze swojej wściekłości gość cofnął się o krok, złapał jedną dłonią za drzwi i zatrzasnął je przed nosem Brazil.
- Nigdy tu nie wracaj! - z wnętrza mieszkania dobiegł jego kipiący furią głos, który zaraz utonął w dźwięku przesuwanych z miejsca na miejsce mebli.
Uwolniona od widoku wycelowanych w swoją głowę luf strzelby, poczuła w jednej sekundzie eksplozję sprzecznych emocji, trzymanych w ryzach jedynie świadomością tego, że wciąż miała do wykonania zadanie, od którego mógł zależeć los Switcha.
Vine Street w Vista del Rey
Narkomani skończyli coś tłumaczyć kierowcy pomarańczowego Bandita. Siedzący obok pasażer nie przestawał gapić się przez cały ten czas na Hartleya i Shawna, przeskakując wzrokiem to na jednego, to na drugiego. Silnik wozu zagrał basową nutą, a kiedy ulicą przejechał jakiś dostawczy Daihatsu, Bandit ruszył z miejsca z piskiem opon, przejechał na przeciwną stronę jezdni hamując kilkanaście kroków od Froga.
Drzwi po obu stronach otworzyły się jednocześnie, z wozu wysiedli dwaj obserwujący uważnie Camarę mężczyźni. Pasażer - niższy od towarzysza Latynos w czerwonym dresie, białym podkoszulku i białych sportowych butach - ukrywał swoje oczy za półprzeźroczystymi szkłami smartgogli. Kierowca - gość obnoszący się otwarcie z pozłacanym symbolem gangu na szyi i z wizerunkiem Santa Muerte na koszulce - trzymał w rękach czarną strzelbę, chociaż demonstracyjnie w nikogo z niej nie celował.
Shawn nie miał żadnych wątpliwości, dla kogo pracował Bonifac. Wcześniej przeszła mu przez głowę myśl, że być może diler był wolnym strzelcem bez znaczących powiązań, ale obaj mężczyźni otwarcie nosili na sobie symbolikę Valentinos. Należeli do największego gangu Heywood.
- Złamas nas oszukał! - krzyknęła z przeciwnej strony ulicy podstarzałą miłośniczka cracku - Obiecał dwie dychy za pośrednictwo, ale nie dał! Dajcie mu wpierdol!
- Jak potrzebujecie pomocy, zawołajcie! - dorzucił od siebie dredziarz, ewidentnie pobudzony, ale wciąż dość ogarnięty, aby nie pchać się w pobliże Froga - Ten jest jeszcze jeden, w tym czerwonym gruchocie!
Gość w czerwonym dresie i smartgoglach położył na chodniku swoją torbę, obejrzał uważnie Shawna, potem spojrzał na wygaszony, ale rozbrzmiewający gniewnymi głosami apartamentowiec za plecami solosa. Na szkłach jego gogli przesunęły się linijki wyświetlanych na niebiesko napisów.
- Ty zamawiałeś aptekarza? - zapytał po kilku sekundach znaczącego milczenia, niskim przyjemnym głosem, który nie pasował do wyobrażenia ulicznego gangstera - Jest jakiś problem? Coś się dzieje?
Drzwi Aigo otworzyły się od strony kierowcy, Leif wysiadł do połowy pokazując coś ręką. Facet ze strzelbą odwrócił broń w stronę samochodu, pomachał lufą w sposób jednoznacznie sygnalizujący prostą wiadomość. Gundarsson pojął ją od razu, wsiadł pośpiesznie do Aigo zamykając z powrotem drzwi.
- Byłem w połowie ostatniego sezonu Gasnących Słońc, kiedy zadzwoniła Maria - dodał Bonifac - Zajebisty serial, chociaż nikt go już dzisiaj nie rozumie. Na dodatek dałem kasę Pepe, żeby ktoś w końcu obejrzał go razem ze mną i ten telefon od Marii popsuł mi inwestycję w rozrywkę. Muszę jakoś odrobić straty, więc jak to z tobą będzie, gościu?
Na wyświetlaczu cyberoka Shawna pojawiła się wiadomość tekstowa od Brazil, krótka, ale doskonale zrozumiała.
Znalazłam SlimWire. Chyba się zrzygam.

-

Mieszkanie 36, Vine Street
Mieszkanie wręcz nieznośnie cuchnęło: potem i moczem, pleśnią, psującym się jedzeniem, chemiczną wonią środków odkażających i całą paletą jeszcze innych wstrętnych zapachów, których wstrząśnięty zmysł powonienia Brazil nawet nie potrafił zidentyfikować.
Gospodarz znajdował się w samym sercu tego legowiska, w salonie o ścianach z odłażącymi tapetami, na rozpadającej się starej sofie, która z trudem utrzymywała ciężar jego groteskowo otyłego ciała. Za brudnym oknem pokoju pulsowały nikłym światłem nieliczne światła ciemnego placu na tyłach budynku, rzucające słabą poświatę na kontury leżącego w bezruchu SlimWire.
Prawie nagi mężczyzna, opleciony plątaniną komputerowych przewodów i rurek systemu podtrzymywania życia, tkwił w letargu na sofie, z zamkniętymi powiekami, pod których cienką skórą było widać poruszające się chaotycznie gałki oczne. Otaczająca go medyczna aparatura i komputerowe podzespoły składały się na całkiem solidny zestaw do głębokiego sieciowania, ale Artemida nie potrafiła poświęcić im najmniejszej uwagi, hipnotycznie wpatrzona w postać zanurzonego w Sieci netrunnera.
Sięgnęła ręką po smarthinga, wybrała numer Froga i wysłała mu krótką wiadomość.
Sieciarz poruszył się bezwiednie, zapewne pod wpływem niekontrolowanego impulsu nerwowego, odsłonił tym ruchem pachwinę i chorą od odleżyn skórę wydzielającą płyn limfatyczny zaróżowiony domieszką krwi.
Znalazłam SlimWire. Chyba się zrzygam.
-
Houston "Dingo" Dawn
Mieszkańcy budynku w rosnącym chaosie nie zwrócili większej uwagi na nomadę, który zbliżał się do wytypowanych przez Brazil mieszkań na dolnym piętrze. Houston stanął przed drzwiami z numerem 18 i starał się usłyszeć ruch - lub jakikolwiek inny dźwięk - z wnętrza mieszkania. W pokrzykiwaniach innych mieszkańców było to prawie niemożliwe.
Dingo zawahał się przez chwilę, spojrzał na nóż w swojej dłoni po czym delikatnie naparł ramieniem na drzwi, przygotowując się do wbicia ostrza między drzwi a framugę, na wysokości zamka. W tej chwili jednak jego smarthing zawibrował od przychodzących wiadomości, a na okularze smartgogli wyświetlił się tekst. Dwa SMSy, najpierw od Macka - ale o co mu chodziło? - potem od Brazil. Znieruchomiał w pół ruchu, szybko przesuwając wzrokiem po literach.
Cofnął się od drzwi, kalkulując szybko w myślach. Kto tu jest drapieżnikiem, a kto ofiarą? Trudno powiedzieć.
Ruszył na górę, wsadzając rękę do kieszeni, wyczuwając pod palcami kształt smarthinga. "Idę", odpisał na wiadomość Artemidy, dopytując szybko o numer mieszkania. Starał się nie biec, ale przychodziło mu to z trudem.
-
Hartley "Mack" Mackinaw
Na dole Vine Street
Odebrał wiadomość: "Znalazłam SlimWire. Chyba się zrzygam"
W odpowiedzi na tym samym kanale wysłał swoją:
"??? Co tam jest? Jest Switch? Pod Budynkiem dwóch gansterów pod bronią, ostentacyjni, zagadują Froga. Idę do niego."Stał z boku, jeszcze nikt mu nie przeszkadzał, więc przynajmniej "utrzymywał łączność.
Co by tu zrobić. Gangsterzy nie wyglądali na specjalnie agresywnych. Z pewnością Frog poradzi sobie z nimi lepiej od Macka, ale nie budując w głowie piętrowych scenariuszy po prostu ruszył do nich, trzymając ręce luźno na widoku. Stanął przy Frogu, załapując się na ostatnie zdania gangsterów, o aptekarzu.
- Ja nic nie wiem, my- wskazał palcem na Froga i na siebie- tylko czekamy na znajomych - wskazał ręką na blok za plecami. - do tego jeszcze prąd w bloku jebnął. Poczęstowałbym papierosem, ale niestety nie palę.No dalej, łyknijcie to, jesteśmy tylko dwoma kolesiami stojącymi na ulicy, nic do was nie mamy, mówimy prawdę, to nie my szukalismy prochów, recept czy czego tam jeszcze. No dalej... - powtarzał w myślach, prezentując gangsterom swoją miłą, nieogoloną twarz na której nie było ani cienia agresji. Starał się przyjąć taki wyraz twarzy jak sprzedawcy w luksusowych butikach, do których nieraz miał przesyłki. Spokój, opanowanie, przyjazny, ale nie przymilny uśmiech.
Bo to była prawda. Ani Frog, ani Mack prochów nie zamawiali, tylko bezskutecznie zagadywali dziwki.
-
Vine Street w Heywood; Apartamentowiec; Piętro III , Mieszkanie 36; godzina: 22:54
Serce łomotało Brazil jak szalone, ale dopiero ten rytm zdawał się odpowiedni dla rozhulanego mózgu sortowanego protezą. Zapewne dlatego te zapachy, rozważała powstrzymując mdłości, uderzyły z taką mocą. Słabość okazała się wrażliwością, pozwoliła dostrzec w pierwszej chwili więcej. Rany na ciele mężczyzny, choć i tu Atremida miała wątpliwości, czy grubas zasługuje jeszcze na to miano, nasuwały nowe możliwości. Pomysły mnożyły się jej w głowie jak bakterie na pożywce cukrowej.
Torquemada odruchowo weszła w cień. Nieco jeszcze drżącymi, po spotkaniu na korytarzu, dłońmi ściągnęła luźne spodnie i owinęła nimi twarz, jak nomadzi chroniący się przed piaskową burzą czy chemikaliami. W oczy wciąż trochę szczypało. Musiała przywyknąć.
Odebrała wiadomości. Odpowiedziała:
-Nie zabijajcie ich, zidentyfikujcie. Jestem pod 36, uwaga na trzecim pod 31 gość z dubeltówką, nerwus. Dajcie mi chwilę.Zła, że znów zmarnowała czas na przebieranki, Brazil zlokalizowała dostępne w jamie trolla zdalne urządzenia połączone z siecią lub mające własny intranet. Czynność kluczowa i najpilniejsza, na szczęście dość szybka w realizacji. Wyczulona była na wszystko co mogło bezpośrednio zagrozić jej mięsku. Tylko przemknęło jej przez myśl, a koniecznie zapamiętała, żeby dołożyć do arsenału program blokujący połączenie sieciowe. Zasoby jej przenośnego decku nie mogły zapewne równać się z biblioteką kryjącą się w stacjonarnych terminalach spasłego druciarza. Postawiła zatem na to w czym miała przewagę, na swoje gibkie ciało, zgrabne nóżki i kłamliwy języczek.
Gały pod ślepiami powiek grubasa poruszyły się znów intensywnie, co przypomniało Artemidzie o zebraniu danych. Uważnie już rozejrzała się się po paskudnej jamie. Drugie wrażenie nie przykryło pierwszego. SlimWire był syfiarzem i doprowadził swoje ciało do bankructwa.
Brazil znała tę litanię na pamięć: Odżywianie, ruch, balans.Uważna, zerknęła na drzwi, najpierw sprawdziła salon zaraz zakradała się zaglądając do sanitarki, pomagała sobie smartem wszystko nagrywając i dając do analizy na bieżąco skrybie. W drugiej ręce ściskała gotowy do akcji wysuwany nóż tapicerski. I nadsłuchiwała odgłosów dobiegających z półotwartych drzwi na korytarz.
-

Mieszkanie SlimWire w Heywood
Otyły netrunner był w mieszkaniu sam. Szybkie prześlizgnięcie się po reszcie miniaturowego apartamentu ujawniło łazienkę, której stan czystości omal nie doprowadził Brazil do histerii oraz zawalony śmieciami po sufit malutki składzik na różne drobiazgi. Wróciła do salonu na palcach, bezszelestnie i czujnie, zbliżyła się do pogrążonego w letargu sieciarza obserwując go uważnie.
Wyczuła coś pod podeszwą buta, usłyszała cichy zgrzyt metalu trącego o podłogowy panel. Cofnąwszy się o krok podniosła z podłogi niewielki przedmiot, który przeoczyła pośród leżących pod nogami papierowych śmieci i szmat służących za prowizoryczne opatrunki.
Karabinowa łuska, w oczywisty sposób nie pasująca do zaniedbanego w specyficzny sposób mieszkania. Przyłożyła ją do nosa i powąchała tknięta dziwnie złym przeczuciem. I poczuła wciąż intensywny zapach spalonego prochu.
SlimWire nie miał na sobie żadnych widocznych ran postrzałowych, ale nawet te niewidoczne musiałyby skutkować rzucającą się w oczy kałużą krwi pod sofą, a Brazil żadnej kałuży nie dostrzegała. Wiedząc już, czego szukać bez trudu dostrzegła następne łuski rozrzucone po podłodze w pobliżu sofy.
Wszystkie wciąż pachniały prochem dowodząc jawnie tego, że niedawno ktoś w mieszkaniu sieciarza strzelał.
Jej niepokój jeszcze wzrósł, kiedy zauważyła rozbryzgi krwi obok niewielkiego stolika, klejącego się od resztek syropu glukozowo-fruktozowego i zjełczałego tłuszczu.
Coś jej mówiło, że to nie była krew SlimWire.
Usłyszała za plecami ciche kroki, odwróciła się w miejscu jak fryga spodziewając się gościa w przetartej czapce MAGA. Dingo odpowiedział jej uspokajającym machnięciem ręki, obrócił w dłoni nóż układając go z powrotem ostrzem wzdłuż przedramienia.
- Ja pierdolę, kto to? - wykrztusił sekundę później, gdy jego spojrzenie padło na postać człowieka na sofie.
-
Mieszkanie paczki w H10, 23:05
HiFi odpiął od procesora kabelek łączący urządzenie ze smarthingiem, ujął wszczep pomiędzy ukryte w chirurgicznych rękawiczkach palce i włożył go ostrożnie do foliowego woreczka. Każdy zdrowy na umyśle ripperdoc i tak poddałby kupiony na czarnym rynku element cybernetyki własnej sterylizacji, ale pracujący w skrupulatny sposób technik nie chciał dać potencjalnym kupcom żadnego pretekstu do żądań obniżenia ceny.
Uwinął się z procesorem szybciej niż początkowo zakładał, bo znalazł w swoich aplikacjach interfejs cybernetyki kompatybilny z softem Biodyne. Wyciągnięty z ciała Carlosa Rodrigueza cyberwszczep okazał się nieuszkodzony pomimo brutalnej natury amatorskiej ekstrakcji. Zdezynfekowany, zresetowany do ustawień fabrycznych i zapakowany w woreczek m, neuralny interpretator wylądował w pudełku po płatkach śniadaniowych.
HiFi sięgnął po smarthinga, odrzucił kciukiem kilka pop-upów lokalnych wiadomości spływających regularnie na ekran urządzenia. Strzelanina w Santo Domingo. Strzelanina w Charter Hill. Kraksa towarowej aerodyny w Arroyo. Polowanie Netwatchu w Japantown. Utytułowany mistrz europejskich freak fightów Lucas „Speedster” Meisa już w NC. Wybuch instalacji gazowej gdzieś w Northside. Zamieszki po koncercie Purple Hearts. Policyjny radiowóz spalony przy wjeździe do strefy demarkacyjnej Dogtown i eskalacyjne w swoim brzmieniu oświadczenie rzecznika Barghestu. Nielegalne wyścigi samochodowe w Westbrook.
Sobota jak każda inna w Night City. HiFi poczuł się troszeczkę uspokojony nie widząc żadnych niepokojących wiadomości z Vista del Rey, bo Shawn wyszedł z mieszkania wyraźnie wzburzony, a zdenerwowany Frog zdolny był do wielu rzeczy godnych choćby przelotnego nagłówka w serwisach informacyjnych NC.
Technik upił kilka łyków z puszki wiśniowej NiColi zabranej z paśnika Shivy Lacroix. Automat sprzedający jedzenie i napoje w mieszkaniu 877 był opłacony abonamentem do końca miesiąca, o czym HiFi doskonale pamiętał i co gotów był umiejętnie wykorzystać. Nikt w paczce nie potrafił prowadzić życia równie oszczędnego, co HiFi, nawet Mack.
W jego głowie kotłowały się myśli. Leon Avrille dotąd się nie odezwał, najpewniej zaszyty w swoim własnym mieszkanku w H11 i obmyślający szczegóły zemsty na Brzytwiarzach. HiFi nie miał pojęcia czy Kret Samuel już się ponownie skontaktował z Leonem, ale każde opóźnienie w tej akurat transakcji było mu na rękę. Potrzebował znacznie więcej pieniędzy niż obecnie posiadał, ale niecodziennie łaskawy łut szczęścia wydawał się wciąż trwać.
Odłożył puszkę na blat biurka i spojrzał na resztę moczących się w roztworze alkoholu wszczepach wybierając kolejny egzemplarz cybertechnologii do shakowania.
-
- Kurwa… - syknął Frog nie tyle na widok latynosów co strzelby, która przemawiała do solosa w dużo bardziej zrozumiałym języku niż ta tępa gadka o jakimś serialu.
Poczekał aż gangus skończy strzępić ozór. A potem aż zgaśnie wiadomość od Brazil. Przez chwilę przeszło mu przez myśl, by pobiec i zobaczyć o co chodzi. Ale zdał sobie sprawę, że gdyby naprawdę było coś nie tak, to by o tym nie pisała. Zrzyga się… Cholera. Się migdalił Switch z tym hakerem, czy jak? Chuj… Miał tu na głowie kaliber przynajmniej 12 mm i jakąś totalnie popierdoloną sytuację z ćpunami.
- Nie wiem o czym mówisz gościu. Nie mam pojęcia, czemu te zjarańce cię ściągnęły tutaj.
Gość w smartgoglach przechylił nieco głowę przyglądając się Shawnowi w niepokojącym skupieniu. Solos nie mógł być tego pewien, ale nie zdziwiłby się, gdyby koleś cykał mu teraz fotki wbudowanym w gogle aparatem wysyłając je gdzieś indziej w celu identyfikacji. Hartley wyrósł u boku Froga, stanął na chodniku z opuszczonymi luźno pustymi rękami, dając tym gestem do zrozumienia, że nie żywi wobec Valentinos żadnych złych zamiarów.
- Ja nic nie wiem, my tylko czekamy na znajomych - powiedział weterynarz wskazując za siebie ręką - Na dodatek prąd w bloku jebnął. Poczęstowałbym papierosem, ale niestety nie palę.- Nic nie szkodzi, ja też nie palę, wolę wciągać - odpowiedział Bonifac, tonem tak miłym, że jego słowa zgrzytały fałszem w uszach Shawna - No to jak czekacie to spoko, to my poczekamy z wami. To nie jest fajna okolica, można tu sobie napytać kłopotów. Pepe przypilnuje, żebyście nie mieli kłopotów. Prawda, Pepe?
Pepe mruknął coś niezrozumiale pod nosem, poklepał kilkoma palcami lufę strzelby, przyjrzał się ponownie widocznemu za szybą Aigo Leifowi.
- To co to za znajomi? - dopytywał dalej Valentino w smartgoglach - Bo wiecie, może my ich też znamy, a wspólni znajomi to zniżki na zakupy.- Nie znacie - odparł Shawn. Zaczynało się kroić na imprezę, której solos chciał uniknąć. Zatargu z gangusami. Najpierw Brzytwiarze HiFiego, potem treniarze Switcha, a teraz Valentinos. Ile można sobie wrogów kurwa narobić jednego wieczora. Jebać. Niech to Switch później odkręca… - Szukamy gnoi co to nam kumpelę zajebały. Ponoć to treniarze. I ponoć tu jeden mieszka i diluje kodami. Pytaliśmy o niego tych - wskazał ręką ćpunów - twoich znajomych. No a ci wezwali was. Nie wiem po chuj, ale my nie kupujemy.
-
Dingo przyglądał się z konsternacją grubemu cielsku spoczywającemu na kanapie.
- To on? - dopytywał Brazil, nie mogąc uwierzyć, do jakiego stanu może się doprowadzić kowboj żyjący niemal wyłącznie w Sieci. Gdyby nie wcześniejsze info od Artemidy, na temat SilmWire, Houston byłby przekonany, że patrzy na zwłoki. Niestety, rzeczywistość była jeszcze gorsza: sieciarz cały czas żył, pozwalając, żeby wszystko dookoła niego - od mieszkania, po jego fizyczną powłokę - marniało i niszczało.Nomada zrobił dwa kroki do wnętrza mieszkania, obrzucając spojrzeniem ten obraz nędzy i rozpaczy. Filtry nosowe automatycznie dostosowały intensywność doznań zapachowych, chroniąc go przed najgorszym smrodem. Zapachy mieszały się, sprawiając, że Houston aż się zmarszczył: resztki jedzenia, mocz i kał, pot ludzkiego ciała... krew?
Spojrzał pytająco na Brazil. Switch znał się z Slimem, więc najwyższa pora poznać odpowiedzi na kilka pytań, z podstawowym na czele: "gdzie jest Raze?"
- Mogę go wyrwać z Sieci do nas? - spytał Artemidy - Czy możesz do niego jakoś... zapukać, czy coś?Dingo nałożył swoje smartgogle na czoło i powoli zbliżył się do kanapy, na której spoczywał gospodarz. Rzucił okiem na aparaturę, zastanawiając się od czego musiałby zacząć, chcąc wyciągnąć SlimWire z głębokiej sieci... Wyciągnięcie wtyczki pewnie by zadziałało, choć wolałby jakieś bardziej subtelne rozwiązanie.
-
Vine Street w Heywood; Apartamentowiec; Piętro III , Mieszkanie 36; godzina: 22:55
Niby skupiona na tajemniczych łuskach, a połową siebie czekała wejścia Hustona, mimo tego kiedy drzwi się otworzyły wzdrygnęła się, cicho pisnęła i odskoczyła pod ścianę. Koliber pod piersią orbitował dookoła kwiatu.
-To SmilWire. - odparła cichutko na pytanie kolegi - Nie ma Switcha, ale mam to. - podała łuskę - i to - pokazała kolejne na dłoni, by zaraz ukryć je w torebce. - Myślisz, że mogą pochodzić z Tego karabinu? Jest jeszcze krew, a ten tu ma tylko odleżyny i wrzody z ropą. - Znalazła resztkę plastikowej torebki i wzięła próbkę krwi.
Raz jeszcze dotknęła myślą smarta i wyczarowała wiadomość.
-Jest Slim, nie ma gapy. Biorę lokalsów na siebie. To moja noc i gapy. Gangi to T, czy V?Przez te kilka chwil kiedy była sama w mieszkaniu hakera dotarło do niej, że się zapędziła, siebie i kolegów pociągnęła za sobą dokładnie tak samo jak robił to wcześniej Raze, a przecież właśnie dlatego była na niego zła. Prawda, że miała różne od Swichowych motywacje, ale wprowadzała taki sam chaos. Gdzie ów doprowadził jej faceta, nie powinien tam skończyć nikt więcej z jej przyjaciół. Wreszcie nazwała to w myślach, ktoś kto idzie za tobą w czarną dupę musi być przyjacielem. Stadne poczucie nieco ją uspokoiło, zwolniło kolibra, stonowało myśli.
Mając u boku Dingo przyjrzała się raz jeszcze uważnie instalacji człowieka i maszyny wszystko dokładnie nagrywając, zadbała o to, by na filmie była widoczna godzina i data, ale żeby na nagraniu nie było jej, ani Hustona.
-Musimy go wybudzić i porozmawiać. Pozwól, że zacznę. - widząc śmiałe podejście nomada ze szkłami na oczach do leżą grubasa. - Co tam widzisz przez szkła?
-
Brazil
Nachyliła się nad grubasem, wcześniej dobrze rozpoznawczy ukształtowanie i specyfikę jego hradu. Wyciągnięty z torebki chip usadziła w swoim gnieździe interfacu i poddała hybrydyzacji. Mając rdzeń systemu na wyciągnięcie fizycznej ręki nie musiała forsować bram zdalnie. Wystarczyło wgrać czarny kod wprost na systemy Smilwira. Zainstalowała zhybrydyzowaną skolopendrę wprost w czytnik jednostki centralnej. Weszła: Pozmieniała kody dostępu. Sprawdziła katalog plików, nie mogła uwierzyć, że poszło tak łatwo.
Wpierw brutalnie odłączyła mózg SlimWire od wygodnego digitalnego świata, więżąc go w opasłym cielsku, zaraz jednak zjawiła się jak Anioł. Dłonią w lateksowej rękawiczce gładziła delikatnie twarz budzącego się druciarza, drugą podała szklankę coli, którą znalazła w paśniku.
-Witaj królewiczu. Masz ważną wizytę niegrzecznie byłoby to przespać. Nikt by ci nie uwierzył, że była u ciebie wróżka. Popatrz na mnie. Problemy z błędnikiem mijają, a mięsko potrzebuje się nawodnić i trzeba nakarmić twój genialny mózg. - widząc zdziwione spojrzenie. - Jestem wysłanniczką Akolitów Gołębicy. Bądź błogosławiony. - przejechała lateksowymi paluszkami po popękanych ustach. - Masz rany na ciele i umyśle, a Ona niesie ci ukojenie. - oderwała się, pozostawiając pragnienie, spojrzała w dół - coś tam drgnęło, musisz o siebie zadbać, bo Gołębica pragnie twojego zdrowia. Pragnie też oddania, nie wyłącznego oczywiście, dalej będziesz mógł dilować receptami i robić przekręty na promkach. W ramach dobrej woli powiedz gdzie jest człowiek z cyberokiem, który odwiedził cię dziś wieczorem. Nikuje Swich.
Grubas zerknął na swojego smarta i zmarszczył jeszcze bardziej czoło. Telefon hakera był już zainfekowany kodem Brazil, niewiele miała mocy przerobowych, a położyła macki na całym systemie.
-No jak? Gołębica właśnie się z tobą poznaje, a co jest lepszego by kogoś szybko poznać jak nie ciasteczka z jego smarta? Tak, mamy zawartość twojego smarta, ale to tylko żeby spersonalizować ci zadania. Dobrze byłoby, żebyś przekazał mi klucze do jednej z bram kodowych. Do tego wrócimy. - mruknęła, wciąż czekając odpowiedzi kontynuowała przedstawienie - Popatrz na mnie. Rok temu ważyłam 170 funtów i nie miałam połowy zębów, a dziś przyszłam do ciebie po gościa z cyberokiem z samym nożykiem do.. Do czego on właściwie jest? Proste i łatwe w użyciu narzędzie - zaprezentowała grube ostrze do PCV - Patrz na mnie. Chciałbyś, żeby twoje ciało wyglądało za rok tak, a zarazem została by ci cała druga strona? - uśmiechnęła się czarująco, zastanawiając się, czy w tych gaciach jeszcze może się gotować - Powiedz gdzie jest gość, a opatrzymy twoje rany.
-
Vine Street przed budynkiem, 23:05
Valentinos ze strzelbą sprawiał wrażenie robota, gapił się na swoje otoczenie beznamiętnie niczym cyborg, ewidentnie czekając na polecenia Bonifaca. Aptekarz emanował dla odmiany aurą fałszywej serdeczności, która przeszła w wyraz równie przesadnego zatroskania, kiedy Shawn opowiedział mu o rzekomych problemach z Tren de Agua.
Nawet niby-cyborg okazał stonowane zainteresowanie, uniósł brwi spoglądając pytająco na Bonifaca.
- Ziomuś, gruba sprawa - powiedział diler podciągając dresowe spodnie - Macie na pieńku z Treniarzami? I szukacie na Vista del Rey ich człowieka? A goście wam zajebali kumpelę? Ja pierdolę, to bardzo niezdrowa sytuacja, bo wiecie, Vista to generalnie ich teren. Ale pewnie o tym wiecie, co? Więc skoro tu przyjeżdżacie z pretensjami, to pewnie macie jakieś wsparcie, co? Jakieś kurewsko grubsze wsparcie?
Bonifac zmierzył zmartwionym spojrzeniem Shawna i Macka, zacmokał z dezaprobatą.
- To się nawet składa w całość, ziomek - powiedział diler podnosząc z chodnika swoją podróżną torbę i wieszając ją z powrotem na ramieniu - Pewnie chodzi o Wieloryba, mieszka pod tym adresem. Szukacie go, a w całym budynku nagle nie ma prądu, co za zbieg okoliczności. To szukajcie, nic tu po nas, bo jak Wieloryb coś kręcił dla Tren de Agua i nagle odcięło mu prąd, to zaraz ktoś przyjedzie to sprawdzić. Tak tylko po przyjacielsku uprzedzam, Valentinosi się tak szybko nie wkurwiają, ale Treniarze to pojeby, chociaż kuzyni. Pepe, nic tu po nas, idziemy.
Milczący jak skała gość podniósł lufę strzelby opierając ją nonszalanckim gestem o bark, zszedł z chodnika w ślad za Bonifacem. Obaj przecięli jezdnię zatrzymując na chwilę nadjeżdżający samochód, ale nie skręcili do pomarańczowego Bandita, tylko przystanęli obok dwóch prostytutek przy automacie All Foods.
Szybko się okazało, że Pepe bynajmniej nie był niemową, bo kiedy Bonifac zagadywał o coś obie dziewczyny, gość ze strzelbą wyciągnął z kieszeni smarta i zaczął gdzieś dzwonić.
Bonifac zaśmiał się słysząc jakąś uwagę laski z irokezem, ale Frog był świadomy tego, że diler przez cały czas go obserwował.
- Mamy kurewsko mało czasu, Hartley - powiedział solo odwracając głowę w stronę Macka - Kurewsko mało.
Mieszkanie SlimWire, 23:05
Spijający z ust Artemidy potok jej słów netrunner miał minę tak komiczną, że Brazil musiała zrobić naprawdę wiele, aby nie wybuchnąć śmiechem. Gość nie był zły w swoim fachu, pracował na ukrytej sieci na stałym łączu podciągniętym do budynku przez oferujący solidną infrastrukturę OrangineNet, blokował zewnętrzne punkty dostępu kilkoma naprawdę mocnymi programami, których nie powstydziłaby się sama Artemida. Zgubiła go zbytnia pewność siebie - odcięty od prądu stracił dostęp do wyłączonej w jednej chwili sieci budynku, a kiedy apartament hackera stanął otworem, intruz pokroju Brasil nie potrzebował forsować cyfrowego pancerza, aby wbić wirtualny nóż w miękkie podbrzusze SlimWire.
Wystarczyło włożyć odpowiednio zaprogramowaną drzazgę danych do gniazda na szyi netrunnera, aby złamać jego neuralne zabezpieczenia bezpośrednio przez punkt dostępu osobistego. Najsłabsze miejsce w pancerzu sieciarza pozornie bezpiecznego w swojej kryjówce.
W zamglonych oczach SlimWire dezorientacja mieszała się z fizycznym bólem. Odcięcie od Sieci w tak nagły sposób nie należało do szczególnie przyjemnych doznań, chociaż nijak się nie miało do cierpienia powodowanego fizycznym zerwaniem połączenia przez odcięcie albo wyrwanie z gniazda kabla światłowodów. Z rozchylonych ust mężczyzny popłynął cichy jęk komponujący się z dygotaniem galaretowatego cielska.
- Szukasz Switcha? - netrunner zamrugał rozpaczliwie oczami, zacisnął powieki oślepiony i tak relatywnie słabym blaskiem jarzeniówek - Co ty gadasz? Chcesz mnie zarżnąć? Co ty mi wgrałaś?!
Sieciarz podjął nieskładną próbę podniesienia się z sofy, w oczywisty sposób skazaną na porażkę. Z kącików ust pociekła mu gęsta flegma, oddech zaczął się rwać w sposób sugerujący nadciągający atak paniki.
- Czego on tak sapie? - spytał zaniepokojony zachowaniem gospodarza Dingo - Ma wszczepione sztuczne płuca, jakiś neuralny respirator? Żeby nam tu zaraz nie zszedł!
- Gołębica o ciebie zadba - Brazil położyła dłoń na czole netrunnera prawdziwie matczynym gestem - Jestem jej posłanką, jej i Akolitów Gołębicy. Oddychaj powoli, spójrz na mnie, uspokój się, bo nic ci nie grozi. Gdzie jest mężczyzna z cyberokiem, który cię dzisiaj odwiedził?
Wciąż wyraźnie rozkojarzony SlimWire skoncentrował swój rozbiegany wzrok na twarzy Artemidy, zatrzymał się na niej w próbie objęcia rozumem sensu wypowiadanych przez kobietę słów. W jego oczach pojawiło się znienacka przerażenie; nie ślepe i bezrozumne, a zrodzone ze świadomości istnienia jakiegoś faktu.
Brazil uświadomiła sobie w tej samej sekundzie, że SlimWire rozpoznał coś w jej narracji, wyraz jego oczu zdradzał jego to niezawodnie. Nie wiedziała tylko, czy umysł mężczyzny zareagował na frazę o „Akolitach Gołębicy” czy „mężczyznę z cyberokiem”.
Pogładziła czoło SlimWire delikatnym gestem, pozornie cierpliwie czekając na jego kolejne słowa.
- Ja cię znam - wydyszał netrunner - Ja cię znam. Ty jesteś Brazil, laska Switcha. Oglądam twoje rolki na socjalach, te od ciuchów. Ja pierdolę, przyszłaś po niego? Nie wiem, gdzie on jest!
Głos SlimWire przeszedł w wizg dźwięczący ogromnym strachem.
- Po chuj tu w ogóle przychodził? Zajebali go i wynieśli z mieszkania, ja nie miałem z tym nic wspólnego! Odpięłaś mnie od Sieci przy robocie? Oni już o tym wiedzą! Zajebią cię tak samo jak jego! Głupia dziwka! Zaraz tu będą!
-
Było późno, ale skoro trafiła się okazja, trzeba było robić. Zresztą, ekipa jak zjedzie na blok, to na pewno go obudzi. Co prawda nie dawali znaku życia, ale skoro padło hasło ciszy w eterze, to w sumie nic dziwnego.
Zresztą w ciszy i spokoju lepiej było pracować. Cyberoko... nawet nie taka zła robota, ale i tak wolał retro audio. Jak się zepsuło, to można było naprawić. A jak siadła elektronika, to naprawić się na ogół nie dało. Do tego cyberwszczepy można zhakować, a retro audio - nie.
Popatrzmy... -
Nomada przyglądał się grubasowi najpierw z czymś w rodzaju życzliwego zainteresowania - tak jak zoolog mógłby patrzeć na ciekawy gatunek zwierzęcia, w jego naturalnym środowisku. Jednak SlimWire chyba nie brylował w towarzystwie, bo im więcej mówił, tym bardziej w oczach Dingo pojawiał się chłód. Houston drgnął wyraźnie, ale starał się opanować, kiedy druciarz wspomniał, że Switch nie żyje. Krew i karabinowe łuski w mieszkaniu mogły na to wskazywać, ale bardziej prawdopodobne było, że gruby blefuje, chcąc ratować swoją skórę, albo po prostu ich spławić.
- Jak zajebali, kto zajebał... - powiedział powoli - Trochę uprzejmiej i nie gorączkuj się tak, bo zaraz ci pikawa wysiądzie. Jeszcze raz: gdzie jest Switch? Kto go zabrał i kim są "oni"?Dingo spojrzał przelotnie na Brazil, próbując poznać, czy ona daje wiarę rewelacjom SlimWire'a. Z całych sił starał się nie obejrzeć odruchowo za siebie, choć czuł pod skórą zagrożenie. Byli na nie swoim terenie, telefon Switcha nie dawał znaku - nomen omen - życia... a wcześniej Brazil wspominała jeszcze o Tren de Aqua.
Wbił ręce do kieszeni, wpatrując się w gospodarza. Wyciągnął smarthinga i pingnął Shawnowi krótką wiadomość.
Dingo Druciarz mówi, że możemy zaraz mieć towarzystwo Ale chuj go wie Nóż Houstona chwilowo zniknął przy pasku, dyskretnie tak jak wcześniej się pojawił. Zamiast tego w drugiej kieszeni jego dłoń wyczuła chłodny metal zdobycznego Unity.
-
Vine Street w Heywood; Apartamentowiec; Piętro III , Mieszkanie 36; godzina: 23:05
Jeszcze chwilę Brazil nie dopuszczała do siebie słów grubasa, nie puszczała do świadomości, do serca nie puszczała, żeby nie pęknąć. Rozlać się jak drink pozbawiony szkła czule go obejmującego.
Oczami przewróciła na Dingo, czuła jak w gardle narasta jej gula, kula niemocy, brakowało tylko żeby się rozpłakała. Gotowa była odwrócić się na pięcie i wybiec, uciec.
Madre zwierzątko dobrze doradzało. Jedno złe słowo wszystko odmieniło. Nie powinien nazywać jej dziwką, a na pewno głupią. Niewidzialna siła wyprostowała kobietę, by zaraz ułożyć ciało do błyskawicznego ciosu całą powierzchnią dłoni w tłusty policzek SlimWire.Plask
-Nic nie zrozumiał tłuścioch! Wskakuje w sieć i odwołuje Trenów. Jak zjawią się na placu, albo przed drzwiami zabiję cię w sekundę. Nie obetnę jajec, nie oszpecę. Zabiję. - mówiła coraz szybciej, czując presje czasu. - Nie będę czekała aż uratują swojego sługusa. Zabiję. Zrozumiał troll? Nie będzie już nic. Koniec przyjemności. Nie będzie SlimWira. Wtedy będę ja. Już, ma dostęp. Nurkuje. Będę cię sprawdzała, mój robak pozostaje w systemie. Później sobie porozmawiamy, kto wie może nawet miło.
Jeszcze nie była gotowa go zabić, jeszcze nie przekroczyła granicy nienawiści, ale stała nad krawędzią. Mogła skoczyć, kalkulowała tylko jak wyciągnąć z tego kolegów. Jak im powiedzieć, że powinni ją teraz zostawić, po tym co dla niej zrobili.
Zdobyła się. Napisała do wszystkich z paczki.
-Powinniście się zbierać. - kiedy spotkała się wzrokiem z nomadą czuła wstyd.
-
Patrzył przez chwilę jak valentinosi gadają z dziwkami po czym napisał na szybko do Brazil.
Shawn Przyjechali V. Powiedziałem jedziemy T. Chyba chca spierdalac. Mowia goraco bedzie zaraz. A S? Kątem oka obserwował nadejście odpowiedzi. Nadeszła. Od Dingo. A chwilę potem od Brazil. No co ona kurwa nie powie. A gdzie Switch???
Shawn Ja prdl… A S??? - Mack… wracaj do Leifa. Nic tu po Tobie łapiduchu. Jak tylko Brazil i Dingo wyjdą ze Switchem, zajeżdżacie przed wejście i ich zgarniacie…
Co rzekłszy rozejrzał się za najlepszym miejscem do strzelania w nadjeżdżające pojazdy. Nie planował niczego spekakularnego, ale wyładowanie całego magazynka na ślepo w większość aut powinno kupić im co najmniej minutę.
-

Mieszkanie SlimWire w Heywood, 23:06
SlimWire zadygotał ponownie pod wpływem mieszaniny przeciwstawnych emocji, wyprężył się przy trzasku przeciążonej jego rozmiarami sofy.
- Nic z tego - zacharczał, a czerwona pręga na jego policzku rosła coraz bardziej - Oni nie są głupi jak ty. Nawet jeśli ich odwołam, nie uwierzą mi, tylko przyjadą sprawdzić na miejscu, co tu się odpierdala. Przerwałaś coś bardzo ważnego, bo jesteś jak Switch, koniecznie musisz się wpierdalać w cudze sprawy. Pomogłem mu z tą parą korposów z Japantown w zamian za odszukanie Shivy i tyle, po chuj tu przychodził? Robiłem, co mogłem, żeby go wyciągnąć z tego gówna, ale nie, bo on ma niewyparzoną gębę. Po prostu musiał ich wkurwić!
Brazil stała w bezruchu nad ciałem półprzytomnego gospodarza, z wzrokiem wbitym w ekran trzymanego w jednej ręce deku. Jej neuralny procesor generował ogromne ilości danych, częściowo transmitowane za pomocą sieci neuronów prosto do mózgu, objawiające się w jej umyśle niczym obco brzmiące szepty azteckich demonów. Utrzymanie kontroli nad przepływem tylu informacji bez wsparcia dodatkowych cybernetycznych implantów stawało się dla Artemidy coraz większym wyzwaniem, bo SlimWire bynajmniej nie był amatorem i infiltrując jego firewalle musiała nieustannie uważać na niebezpieczne cyfrowe niespodzianki.
- Gadaj, co stało się ze Switchem albo sam wykroję ci sadło! - zasyczał złowróżbnie Houston uderzając o udo lufą Unity należącej wcześniej do trupa znalezionego przed garażem Shivy Lacroix.
- Miał szczęście, że go nie zastrzelili - odpowiedział rwącym się głosem SlimWire - Rosita ma Sandevistana, podobno jest szybsza od kuli. Jebnęła Switcha, kiedy Pablo strzelił, a potem skopali go za ten wyszczekany ryj. A potem wyciągnęli przez okno na schody przeciwpożarowe i sobie poszli.
Sieciarz spróbował nieporadnie przekręcić głowę w stronę uchylonego okna za swoimi plecami, ale nalany tłuszczem kark odmówił mu posłuszeństwa.
- Musieli go zabrać ze sobą - dodał netrunner - Spierdalajcie stąd, zanim traficie do tej samej wanny z lodem, Tren de Agua często robi interesy z Kosiarzami.
Brazil nic nie odpowiedziała w pierwszej chwili, wspomnieniami krążąc wokół zapisu z kamery monitoringu ściągniętego przed przyjazdem na Vista del Rey. Coś wcześniej niezrozumiałego i dziwnego stało się dla niej teraz oczywiste, ale pociągnęło za sobą natychmiast kolejne pytanie.
- Zabrali go goście z Tren de Agua? - upewnił się Dingo - Na zewnątrz po schodach przeciwpożarowych?
- Masz uszy gównem zatkane jak ta lala? - jęknął w odpowiedzi SlimWire, porażony spazmem fantomowego bólu generowanego przez infiltratorskiego robaka Brazil - Tren. Zaraz zajebią i was.
-
Hartley "Mack" Mackinaw
Na dole Vine Street
- Dobra, Żaba, a wy - tu zwrócił się do dwóch gansterów, którym na wieść o Trenach wyraźnie zmiękła faja. - trzymajcie się - i spokojnie ruszył do miejskiego samochodzika. Na ekranie gogli widział przepływ informacji, nie miał wszczepów, więc dopóki gangsterzy byli obok, nie mógł wejść w eter. A wtedy...
-Na ulicy spokojnie, V w miarę pokojowi, cykor przed T. Żaba przed wejściem, ja z Leifem.Jak dojdzie do samochodzika to szybko streści co się tu działo, o ile Leif nie będzie wiedział co się dzieje.
I gdzie jest Switch?
-
Dingo spotkał się wzrokiem z Brazil i trochę przy tym stracił rezon. Artemida czasami wpadała z euforii w melancholię - ale Houston nie rozumiał czemu teraz. No i gruby ewidentnie coś kręcił. Wkurzał go. Początkowo Dawn wziął go za wieloryba, majestatycznego ssaka, który powoli, ale bez wytchnienia przeszukuje wody swojego habitatu. Ale nie, to nie tak: SlimWire był pijawką. Tłustym pasożytem.
- Noż trzymajcie mnie, bo nie strzymam! - powiedział nie wiadomo do kogo, wyrzucając ręce w powietrze. - Czyli to dla ciebie szukaliśmy tej całej Shivy, Switch zrobił ci przysługę, a ty tu stałeś... w sensie leżałeś... jak ten kołek, jak oni lali go po mordzie? No, ja pier-kurwa-dolę!
Dingo zaczął kręcić się po małym salonie mieszkania, dłoń z bronią co chwila wędrowała w kierunku gospodarza. W końcu zatrzymał się przy kanapie i pochylił nad SlimWire.
- Za samo to powinieneś dostać kulkę... - powiedział i spojrzał na Brazil, jakby prosząc tylko o pozwolenie - ...ale chociaż jesteś pijawka i pasożyt, to możesz się jeszcze przydać. Gdzie go zabrali?Dingo ściskał nerwowo rękojeść Unity. Wiedział, że jeśli gruby nie blefował, to kończy im się czas. Rzucił okiem na schody przeciwpożarowe, oceniając czy to dobry sposób ewakuacji. Jeśli SlimWire stwierdzi, że nie wie gdzie Tren de Aqua wzięli Switcha... to przestanie być potrzebny. Houston nie odbierał życia łatwo... Nie kiedy grubas jest praktycznie bezbronny, bez swojej Sieci. Ale tu chodziło o coś więcej. Switch to rodzina. Wataha. Z drugiej strony... żywy SlimWire mógł być kartą przetargową. Dawn rzucił szybkie spojrzenie Brazil.
-

Mieszkanie SlimWire w Heywood, 23:07
Opasły netrunner wciąż spazmatycznie podrygiwał na sofie, ale obserwujący go złowieszczo Dingo nie potrafił rozsądzić, czy ruchy te powodowane były neuralnymi impulsami generowanymi przez włamanie Brazil czy zapaścią wyniszczonego organizmu mężczyzny pod wpływem ogromu emocji.
Zrodzona z charakterystycznej dla nomadów klanowej lojalności zimna wściekłość Houstona nie ustępowała ani na krok. Złe przeczucie co do losu Switcha mieszało się w myślach Dawna z przeświadczeniem, że pod lufą jego Unity znalazł się przynajmniej jeden ze sprawców nieszczęścia fiksera.
A nomadyczne klany nie miały żadnych oporów przed wymierzaniem sprawiedliwości na własną rękę.
- Odwalasz fuchy dla Trenów i jesteś tutejszy to musisz wiedzieć, gdzie mają swoje mety - powiedział podniesionym głosem, dla lepszego efektu dźgając lufą pistoletu pomiędzy dwie fałdy tłuszczu na brzuchu SlimWire - Dokąd mogli zabrać Switcha?
Netrunner zachrypiał nieporadnie, przeciągle odchrząknął.
- Tren ma kryjówki w całym Heywood - odpowiedział pośpiesznym tonem - Najbliższa to w starej transformatorowni na Republiki, ale po tym jak korporacyjni rąbnęli starego Nicolasa na I-99, Manuel Fuentes zmienił bazy na bezpieczniejsze miejsca, rzadziej używane, może siedzieć gdziekolwiek na Skyline East. On myśli, że Sixt Street wystawili info o ataku na konwój Militechowi i chce się zemścić za śmierć ojca. Co ty kurwa grzebiesz w moich rejestrach?! Wypierdalaj z mojej głowy!
Wibrujące histerią żądanie netrunnera popłynęło w stronę Brazil, stojącej od kilkunastu sekund w bezruchu z lekko przechyloną głową. Obserwując ją z ukosa Dingo poczuł znienacka lodowaty dreszcz, nie potrafiąc sobie do końca wyobrazić tego, co zaawansowana technomagia czyniła właśnie z połączonymi ze sobą mózgami Artemidy i SlimWire.
- Załatwili go, zabrali ze sobą i poszli schodami przeciwpożarowymi, żeby nie upierdolić krwią korytarza i klatki, bo by sąsiedzi narzekali. Nic więcej nie wiem, przysięgam.
Chodnik przed blokiem na Vine Street, 23:07
Hartley przebiegł przez ulicę przepuszczając wpierw dwie jadące szybko odrapane osobówki. Shawn odprowadził go spojrzeniem aż do Aigo, dopóki nie upewnił się, że weterynarz wsiadł bezpiecznie do samochodzika. Przez główne wejście do apartamentowca wylała się większa grupa zdenerwowanych ludzi, pokrzykująca gniewnie pomiędzy sobą, w przeważającej mierze po hiszpańsku. Nie zdające sobie sprawy z kłopotu rodziców dzieci zaczęły się z miejsca bawić na chodniku, dopełniając gwar głosów melodyjnymi śmiechami.
Bonifac skończył rozmawiać z obiema dziwkami, a jego towarzysz skończył gdzieś dzwonić. Diler wciąż przyglądał się stojącemu przed apartamentowcem Frogowi i sprawiał wrażenie całkiem rozluźnionego, ale Shawn dostrzegał pewne szczegóły otoczenia, które generowały w jego umyśle alarmowe sygnały.
Obie dziewczyny spod budki z żarciem zniknęły natychmiast po skończeniu pogawędki z Bonifacem, rozpłynęły się w jakiejś bocznej uliczce nawet nie próbując udawać, że się nie spieszą. Trójka ćpunów złapała wspólnymi siłami za wózek i oddaliła się równie szybko w przeciwną stronę.
A potem pojawiła się czarna furgonetka, która nadjechała od strony wjazdu na Most Kongresowy i która zatrzymała się jakieś dwadzieścia metrów od apartamentowca wjeżdżając wpierw do połowy na chodnik po przeciwnej stronie ulicy. W innych okolicznościach nie wyglądałaby podejrzanie, ale Shawn natychmiast zauważył jak na jej widok Bonifac klepie kumpla po ramieniu i jak obaj względnie szybkim krokiem idą do Bandita.
Valentinosi wsiedli do swojego pomarańczowego chińczyka, ale nie uruchomili silnika, najwyraźniej decydując się na bierną obserwację rozwoju wydarzeń. Czarna furgonetka pozostawała na swoim miejscu z włączonym silnikiem i chociaż nikt z niej nie wysiadał, Camara miał wrażenie, że jest lustrowany przez więcej niż parę czyichś anonimowych oczu.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się