Przejdź do treści
  • Smutne nerdy czyli offtop o językach skryptowych

    Hydepark
    6
    0 Głosy
    6 Posty
    60 Wyświetlenia
    JhnWJ
    Pozwoliłem sobie przenieść dyskusję, w zasadzie jeszcze na nowym silniku nie miałem okazji na taki cherry pick pojedynczych postów do nowego wątku, więc bezwzględnie Cię wykorzystałem. A teraz po kolei. @Wired napisał w Smutne nerdy czyli offtop o językach skryptowych: Skrypt nie funkcjonuje bez programu w ramach którego jest wykonywany, macro w excelu wykonuje funkcje programu excel ale samo ich nie tworzy, automatyzuje jedynie kolejność ich wykonania. Tak samo skrypt BASH w Linuxie, wywołuje elementy istniejące już na miejscu. Nie jesteś w stanie napisać działającego całkowicie niezależnie skryptu. Wedle Twej definicji wszystko jest skryptem. Dlaczego? Dowolny napisany przez Ciebie program dla dużego systemu operacyjnego jak Windows czy Linux nie może istnieć bez wspomnianego systemu operacyjnego, a nawet kilku rzeczy więcej. Określa się to jako minimalny runtime w skład którego wchodzą podstawowe biblioteki, syscalle oraz to, co OS robi z plikiem wykonywalnym. C++ definiuje nawet w standardzie implementację freestanding (którą głównie kojarzysz z mikrokontrolerów) oraz hosted. Aby Ci to uświadomić jak to wygląda w normalnym systemie operacyjnym, weźmy na przykład odpalenie typowego pliku wykonywalnego napisanego dajmy na to w C++, dajmy na to pod platformę Linux, czyli elf. System operacyjny czyta plik elf aby dowiedzieć się z czym ma kontakt, typowe użycie tego sprawdzenia, poza ładnym komunikatem, że odpalasz program na aarch64 pod x64 zamiast wywalenia się instrukcji, to jest załadowanie przez kernel handlera 32-bitowe w ramach wstecznej kompatybilności starszych programów. Następnie system operacyjny czytając plik wykonuje mapowania danych stałych na przestrzenie adresowe oczekiwane przez program. To tutaj właśnie system operacyjny ogarnia adresy dla stałych stringów w Twoim programie, ale nawet globalnych, niezainicjonowany, zmiennych. Ciekawostka dla nerdów, z tego powodu długość statycznych tablic na Windowsie jest ograniczona gdyż jego format który ludzie znają jako .exe wabi się PE (Portable Executable) i tam wszystkie indeksy są 16 i 32 bitowe System operacyjny ustawia również początkową wielkość stosu jaką otrzymasz. I.. Nie, jeszcze nie koniec. Następuje wczytanie bibliotek dynamicznych którym to zajmuje się, delegując pracę do ld, system operacyjny. W typowym Linuxie biblioteka standardowa jest częścią systemu operacyjnego (dla języka C++). Bez niej nic Ci nie będzie działać. Dopiero po tym następuje ustawienie rejestrów, adresów i wczytanie programu. Tak w skrócie. Dobrze, załóżmy, że nie używamy biblioteki standardowej ani innych zależności, nadpisujemy sobie start (przed main) lub używamy np. Rusta który statycznie linkuje takie rzeczy i dostarcza łatwo swoje biblioteki. W dalszym ciągu jesteś ograniczony do środowiska systemu operacyjnego, pomijając fakt, że de facto OS jest panem życia i śmierci procesu, to bez OSa będziesz ślepy i głuchy. Nie alokujesz pamięci bez wywołania mmap czy sbrk, nie napiszesz do systemu plików (więc też nie dobierzesz się do driverów bez IO aby pisać rzeczy samemu). Nie zrobisz nic. Mikronoktrolery to osoba kwestia... Powyższe jest tylko po to aby pokazać Ci, że twa definicja jest po prostu błędna, bo jest generyczna. @Wired napisał w Smutne nerdy czyli offtop o językach skryptowych: Program jest niezależny, programując definiujesz obiekty i ich relacje, to są nowe rzeczy, program do działania nie potrzebuje innego programu tak jak skrypt powłoki, czy macro excela. Wedle tej finalnej definicji, typowy program napisany w Javie nie jest programem. Bo popatrzmy, jak stwierdziłeś, program do działania nie potrzebuje innego programu. Pomijając na chwilę powyższe i odchodząc od tych nudnych, kompilowanych do kodu maszynowego językach, przejdźmy do wspomnianej Javy. Taki program kompilowany do tak zwanego kodu bajtowego - jest to pośredni sposób reprezentacji Twojego programu zawierający instrukcje co program ma robić, lecz nie nadający się do wykonania na procesorze. W tym miejscu przychodzi cały, osobny program w postaci której z implementacji wirtualnej maszyny javy (będę używał skrótu JVM). JVM ładuje Twój program (a tak naprawdę to zestaw plików .class robiąc na nich podobne operacje jakie robi OS, plus jeszcze dokładając pracę klasycznego linkera), alokuje dla niego pamięć, zarządza pamięcią oraz wykonuje... kod. Bajtkod nie jest ogarniany przez procesor, to JVM wiodąc 0xba wie, że jest to instrukcja invokedynamic czyli wywołanie metody po interface. Wszystko dzieje się w jej ramach. Dodatkowo to JVM musi dostarczyć JRE czyli tak jakby Twoją "bibliotekę standardową". Implementacja JRE jest ściśle powiązana z konkretną implementacją JVM gdyż inaczej pewnych rzeczy nie da się zrobić. Dobrym przykładem jest podstawa klasy stringa który musi sięgać do tego, jak w JVM są wyspecyfikowanie stringi (głównie kwestia const pool). Taka sama uwaga tyczy oczywiście platformy .NET znanej z C#. Oczywiście, istnieją sposoby skompilowania tych języków do formy natywnej (Graal dla Javy, AOT dla C#. Ale po pierwsze, nie są to baseline danych technologii, po drugie wypowiadałeś się o języku per se więc zakładam, że albo chodziło o typowy przypadek użycia albo nie rozgraniczałeś sposobu kompilacji. @Wired napisał w Smutne nerdy czyli offtop o językach skryptowych: I to główna różnica bez wchodzenia w głębszą analizę. Z czasem małe programy mające na celu automatyzację pewnych działań i proste czynności zaczęły być przez młodzież bez teorii ze szkoły nazywane skryptami, bo robiły to do czego kiedyś pisano skrypty, ale to nie zmienia definicji. Jak wskazałem wyżej, Twa definicja łapie jako Twoje pojęcie skryptu prawie... wszystko. I co zabawne: @Wired napisał w Smutne nerdy czyli offtop o językach skryptowych: Ogólnie chyba mylisz pojęcie języka interpretowanego z językiem skryptowym To właśnie Twa definicja, czyli zależność kodu od innego programu jest de facto definicją języka interpretowanego. Interpretacja może zachodzić również na etapie kodu pośredniego (przykład JVM) aczkolwiek zwykle takie ujęcie języków interpretowanych jest dość akademickie. Ale przejdźmy do kilku ciekawszych tez: @Wired napisał w Smutne nerdy czyli offtop o językach skryptowych: JS nie jest językiem skryptowym, i wspomniany node ładnie to udowadnia, bo możesz tworzyć w nim niezależne programy działające gdziekolwiek Pierwsza część, to jest coś, co mam nadzieję obaliliśmy, więc druga. Node to jest środowisko uruchomieniowe, język nie zadziała gdziekolwiek. Wymaga silnika, czy to na desktopie jak node czy wbudowanego w przeglądarkę. Notabene względem zachowania to node nie różni się niczym od basha. I to, i to jest osobnym programem @Wired napisał w Smutne nerdy czyli offtop o językach skryptowych: posiada też mnóstwo elementów nie istniejących w samej przeglądarce jak obiekty To była dodatkowa uwaga czy co? Bo istnienie dodatkowych rozszerzeń nie jest niczym niezwykłym, przeglądarki względem siebie różnią się dostępnymi funkcjonalnościami języka, a nawet dawniej, tempem z jakim implementowały nowe specyfikacje ecmascript (stąd miałeś początek transpilatorów JS do JS, wtedy nie chodziło o optymalizacje). wagi o obiektach nie rozumiem bo JS ma obiekty, jest językiem obiektowym, po prostu ma nietypowy ( i trochę głupi) model obiektowy @Wired napisał w Smutne nerdy czyli offtop o językach skryptowych: Ogólnie chyba mylisz pojęcie języka interpretowanego z językiem skryptowym, ale w sumie od dawna już JS jest kompilowany, więc co masz na myśli pewien nie jestem. Zakładam, że masz na myśli kompilację w trakcie uruchomienia (bo termin język kompilowany odnosi się JS -> inny target czyli nie ma mowy o case transpilacji np. TypeScript do JavaScript). To jest cecha środowiska w którym jest uruchamiany, mnij lub bardziej podążająca za specyfikacją. Tak zwany JIT czyli generowanie kodu maszynowego w trakcie interpretacji języka (lecz nie wcześniej, i nie dla całości kodu) to rzecz znana. Tylko to nie jest definicja języka kompilowanego, język kompilowany na początku generuje wynik do innej reprezentacji (na przy…ład Java kompiluje się do kodu bajtowego). Zresztą, wedle Twej definicji to python jest językiem kompilowanym, i wcale nie mam na myśli tutaj JITa który pojawił się niedawno eksperymentalnie. Od bardzo dawna podczas interpretacji cpython generuje wewnętrzny kod bajtowy (czyli kompiluje kod do innej reprezentacji) w celu przyśpieszenia wykonania już raz odwiedzonych plików, aby nie musieć wykonywać parsowania za każdym razem. I tak robi większość języków. Tak słowem zakończenia, tak ogólnie mówiąc, to język skryptowy to pomieszanie cechy fenomenologicznej czyli głównie bycia technologią interpretowaną (w najbardziej powszechnym sensie, nie akademickim) i behawioralnej czyli używania do prostych zadań, automatyzacji itd. I nie jest to cecha ekskluzywna, to jest język może być poważnym językiem do większych rzeczy ale też skryptowym. Tak żył przez lata perl, a potem python
  • 3 Głosy
    2 Posty
    40 Wyświetlenia
    GladinG
    Dziś, w ramach odświeżenia tematu, wrzucam jeden z pregenerowanych sklepów, do jakiego w Altdorfie mogli jakiś czas temu zawitać moi synowie w pierwszej swojej sesji warhammera. Oczywiście na pierwszej, mojej ulubionej, edycji Z różnych sklepów wybrałem akurat ten, bo @Dhratlach ostatnio mocno interesuje się ziołami w młotku [image: FK2apzV.jpeg]
  • [Zew Cthulhu] Serce tajgi [REKRUTACJA ZAKOŃCZONA]

    Zablokowany Przeniesiony Archiwum zew cthulhu survival
    11
    4 Głosy
    11 Posty
    345 Wyświetlenia
    GordianG
    @Ketharian Będzie piątka graczy, bo dołączyła też moja dziewczyna, która nie ma jeszcze konta na forum. Natomiast wątki powstaną już niedługo
  • Mój dom murem podzielony [Glina]

    Przeniesiony Archiwum
    17
    7 Głosy
    17 Posty
    300 Wyświetlenia
    JohnyTRSJ
    @Arthur-Fleck Od razu ostrzegam, że nie wykluczam grania ex-nazistą, Ewentualnie przemyśl jeszcze może byłego agenta Abwehry, nie musiał być oficjalnie związany z SS i NSDAP, przez co łatwiej mu było się prześlizgnąć.
  • Plugin 1.0: testy

    Zablokowany Przeniesiony Archiwum
    14
    3 Głosy
    14 Posty
    185 Wyświetlenia
    GladinG
    @Dekline Już nieaktualne. Chodziło mi o to, że jak wpiszę w pole „System” coś w rodzaju „Autorski”, to wątek dostaje takiego TAGa, a to chyba nie byłby dobry TAG. Ale się wyjaśniło, że to nie TAG, więc nie ma problemu.
  • Sonda rekrutacyjna – sesje Kaworu

    Sondy
    5
    0 Głosy
    5 Posty
    115 Wyświetlenia
    KaworuK
    Póki co jest 50/50, ale każda opcja ma "tylko" 2 głosy... Miałem ciut nadziei, że będzie większy odzew?
  • [Pathfinder 1e] Spheres of Power/Might/Guile

    Dyskusje RPG pathfinder spheres of power
    2
    4 Głosy
    2 Posty
    83 Wyświetlenia
    SindarinS
    Tworzenie postaci w Sferach Tworząc postać w mechanice Sfer, podążasz tym samym torem co w standardowym Pathfinderze, mając po drodze dodatkowe dwa punkty do wykonania: Wybór tradycji Zanim zaczniesz wybierać konkretne sfery i talenty dla swojej postaci, musisz dobrać dla niej tradycje definiujące jej podstawowe biegłości. Każda z gałęzi Sfer ma swoje tradycje, które definiują nie tylko mechanikę, ale też fabularny koncept postaci. Możesz mieć tylko jedną tradycję na gałąź Sfer Power/Might/Guile , ale poza tym są one od siebie niezależne, możesz je też łączyć. Martial Tradition (Spheres of Might) - ta tradycja jest automatycznie wymagana dla wszystkich klas sferowych, które mają to zaznaczone w opisie (inne mogą ją wziąć, jeśli mają biegłość we wszystkich broniach żołnierskich lub przynajmniej jednej egzotycznej). Postać z Martial Tradition zaczyna z biegłością w broniach prostych, lekkich pancerzach i puklerzach, dostając również cztery dodatkowe martial talenty. Zwykle dwa z nich należą do sfery Equipment, uzupełniając brakujące biegłości, a pozostałe dwa mogą być z różnych sfer. Casting Tradition (Spheres of Power) - każda sferowa postać czarująca musi posiadać tą tradycję, która zapewnia dwa magic talenty oraz ustala, jak w ogóle działa magia postaci (tak jak w standardowym PF robią to klasy). Czarowanie bez zbroi, komponenty werbalne, komponenty materialne - te “cechy” magii różnych klas są tutaj zawadami wybieranymi przy tworzeniu tradycji (i jest ich naprawdę sporo). Im więcej ich masz, tym większą pulą spell pointów będzie dysponowała Twoja postać, ewentualnie możesz za nie dobrać ulepszenia dla swojej magii. Trade Tradition (Spheres of Guile) - to jedyny rodzaj tradycji, który jest dostępny i w pełni opcjonalny dla każdej postaci. Usuwa ona listę class skilli, pozostawiając jedynie Artistry, Craft, Lore, Perception, Perform i Profession. W zamian zapewnia dwa talenty ze sfery Vocation z oznaczeniem [trade], zapewniają dodatkowe class skille, oraz jeden skill talent z dowolną sferą. Jeśli Twoja klasa ma więcej niż cztery skillpointy na poziom, to dostajesz dodatkowe drugie tyle tych talentów. Unified Traditions (Champions of the Spheres) - są to po prostu tradycje łączące jednocześnie dwie lub więcej tradycji z różnych gałęzi sfer, tak jak umieszczone na wiki połączenia Martial/Casting. Wybór talentów Mając już wybrane tradycje, możemy zabierać się do rozdawania talentów. Każda klasa otrzymuje konkretną ich progresję, czasem dostając też jakieś dodatkowe. Żeby zacząć wybierać talenty z danej sfery, najpierw należy wykupić ją samą, co także kosztuje jeden talent i zapewnia jej podstawowe zdolności (czasem wymaga też wybrania jednego z kilku wariantów (package), tak jak na przykład w Nature czy Herbalism). Dopiero potem możemy wybierać następne, tym razem praktycznie bez ograniczeń, gdyż zdecydowana większość talentów nie ma żadnych wymogów. Także dobranie nowej sfery nie ma żadnych wymagań, więc nie trzeba zostawać tylko przy tych, z którymi się zaczynało. Zdobywając dostęp do danej sfery, można także zdecydować się na wzięcie drawbacku dla niej - zwykle skutkuje to utratą części zdolności bądź ich osłabieniem, w zamian zapewniając dodatkowy talent. Osobną grupą są talenty (w zależności od gałęzi sfer) Legendary/Advanced/Exceptional - znacznie potężniejsze, często posiadają dodatkowe wymagania. Z założenia należą do zasad opcjonalnych, więc zwykle potrzebują też zgody MG.
  • Rekonesans Karak Varn - gawędy

    Przeniesiony Archiwum karak varn młot wieków warhammer 4ed dawi krasnoludy khazalid
    9
    1
    2 Głosy
    9 Posty
    162 Wyświetlenia
    StalowyS
    O duchach przeszłości A była taka sytuacja że jak mój przyjaciel Detlef pozostał w Wissenlandzie to przez Góry Czarne poszedłem w towarzystwie umgich i dawiego - Bardina Gladinsona inżyniera. By zarobić na tej podróży najęliśmy się do ochrony jakiegoś młodego szlachetki. A było przed czym chronić bo łepek musiał przez jakieś kompletnie boczne ścieżki jechać by go nie siekli wraży siepacze. Był dziedzicem jakiegoś państewka w Księstwach Granicznych i miał zajechać na miejsce i wykopać z fotela swojego brata. A podróż tą organizowali ludzie jakiegoś barona co na miejscu musiał zdzierżyć uzurpatora czy tam regenta. Ogólnie rzecz biorąc - polityka. Dostaliśmy zaliczkę, eskortowaliśmy chłopaka i jego stróża, wyciągnęliśmy ich z tarapatów. Dotarliśmy na wyznaczone miejsce gdzie czekał baron z obstawą. Gładka robota, zostaliśmy zluzowani i już leci nam do dłoni sakiewka, a tu nagle połowa baronowej obstawy wyciąga broń i zaczyna się jatka między umgimi. Baron i chłopaczek próbowali zwiać, a tu z lasu wypada zgraja urków ze znakiem Krwawego Topora. Przodkowie drodzy, ale to była jatka. Nasza drużyna przeżyła z ranami, ale reszta umgich w ogóle. Baron, młodzik i stróż wyparowali. Ostatni urk zaczął uciekać, aż tu nagle z juków swojego osła Bardin Gladison wyciąga... łuk! Łuk, naprawdę! Ale jaki - taki inżynierski. Z dodatkowymi cięciwami i zaczepami. Nałożył strzałę, napiął patyka i świst... poleciało jak z kuszy wbiło się draniowi prosto między łopaki. Dla pewności zaraz posłał drugą. Potem się go podpytałem co to jest, a on przyznał że jak w Imperium żakował, znaczy był jednym z ichnych uczelni, to nakreślił plan takiego inżynierskiego łuku, który będzie nieduży a siłę naciągu będzie miał jak łuk bojowy. No i zrobił go, jak cię nie mogę - jak dał go człekowi do naciągnięcia to ten ledwie zdołał ruszyć cięciwą. Podejrzewam że elfiokowi ręka by się połamała. Ale wracając do potyczki. Już by się pojawiała uraza, ale Vessa, dziewucha z naszej drużyny, miała szybkie ręce i trzos zgarnęła z ręki barona zanim ten zaczął uciekać. Ukontentowani postanowiliśmy udać się jednak do Karak Hirn. Ten znak Krwawego Topora nie pojawiał się od stuleci, a jak zieloni zaczynają paradować z plemiennymi barwami to wiadomo że zbliża się jakieś nieszczęście. Trzeba było ostrzec Karak i zdusić wroga zanim się rozpanoszy. I tu zaczyna się robić dziwnie. Pół dnia drogi później trafiliśmy do wioseczki Sterndorf w dolinie Yetzin. Zachodzimy do karczmy by przepić część wypłaty. Piwo średnie ale strawa przepyszna. Pokoje też niczego sobie. Kończymy wieczerzę, a do środka wpada krasnoludzki posłaniec, zdziajany i umęczony. Przedstawił się jako Gnarok syn Hadrina, runmistrza. Powiedział że pędzi do Karak Hirn z ostrzeżeniem o Krwawych Toporach i z prośbą o pomoc. Miał przy sobie tubę na listy, bardzo charakterystyczną, tłoczoną w misterne wzory w której niósł list spisany ręką jego ojca. Ten, wraz z grupką wojów, bronił się w strażnicy przed urkami by ci nie dobrali się do jakiegoś artefaktu. Zgodziliśmy się eskortować Gnaroka bo sprawa była słuszna. Zapłaciłem mu za jedzenie i napitek i zapłaciłem by dostawiono dodatkowy materac do naszego pokoju. Jakież było nasze zdziwienie gdy rano obudziliśmy się na gołej ziemi. Wokół ruiny wioski. Przeszukujemy wszystko. Tylko szkielety spalonych budynków i kości pomordowanych wieki temu wieśniaków. Ale co przykuło naszą uwagę, jeden z nich był krasnoludzki i dzierżył tubę na zwoje, taką jaką miał Gnarok. W środku był list z ostrzeżeniem do Króla Karak Hirn. Obyczaj nakazuje pochować krasnoluda w ziemi, acz widząc że dusza Gnaroka nie zaznała spokoju zebrałem jego kości do wora i poprzysiągłem pochować go w kamieniu uświęconym przez kapłanów Gazula z zapisem jego historii by nie został zapomniany. Uradziliśmy jednak z towarzyszami by odnaleźć strażnicę o której mówił. Nie było to trudne bo w tubie była też mapa. I dobrze bo bez niej to byśmy tego miejsca nie znaleźli! Wejście do strażnicy znajdowało się za wodospadem głębiej w górach. Nie prowadziła tam żadna droga ani ścieżka. Spenetrowaliśmy korytarze omijając stare pułapki. Odnaleźliśmy dużo krasnoludzkich i orczych szkieletów. Niestety część z nich nie była w stanie zdzierżyć obecności żywych i próbowała nas zgładzić. Ubiliśmy je ostatecznie. Na samym końcu strażnicy były zapieczętowane runą wrota. Otworzyłem je i w środku znaleźliśmy szkielet Hadrina dzierżący księgę. Przeczytałem księgę. Runmistrz wykazał się wielką przebiegłością. Dowiedzieliśmy się że wódz Krwawych Toporów posiadał jakiś prastary kamień mocy, bliźniaczy do tego który posiadał Hadrin. Ten wiedząc że jest tropiony przekazał magiczny klejnot kapłance Valayi kilka dni wcześniej, a sam zajął się odciągnięciem pościgu. Zabrałem jego kości by mógł spocząć razem z synem i ruszyliśmy do Karak Hirn. Rozważaliśmy długo o tym co widzieliśmy. Czy orkowie którzy napadli nas przy baronie też byli zjawami? Doszliśmy do wniosku że skoro Krwawe Topory wybito wieki temu to ten klejnot co miał go ich wódz nie zdołał go uchronić przed klęską. Tego który posiadał Hadrin też raczej nie zdołał zdobyć. Zrobiliśmy co trzeba było zrobić, a wiadomość przekazaliśmy do króla Alrika. Nagrodził nas za fatygę gościną w Karak Hirn gdzie spędziliśmy jakiś czas. Próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej o klejnocie rumistrza Hadrina albo o nim samym ale nie znalazłem nic ponad to że to prastare źródła mocy które wykorzystywały krasnoludy w starożytnych czasach. Na koniec powiem wam że dobrze wspominam tamtych towarzyszy, choć drogi nam się rozeszły. Była to niezwykła przygoda, czasem też się zastanawiam czy i ten szlachetka, baron i cała intryga też nie były jakimiś marami. Tak czy tak, w ciągu jednej wyprawy mogłem zobaczyć duchy, przespać się w widmowej karczmie i widzieć dawiego z łukiem... teraz już niewiele rzeczy mnie dziwuje. Nawet norsmeńska łódź dryfująca sobie przez środek Czarnej Wody.
  • Gniew Burzy

    Przeniesiony Archiwum pathfinder spheres of power golarion
    38
    0 Głosy
    38 Posty
    304 Wyświetlenia
    ArveeA
    Cztery lata później Suchy ląd, nareszcie! Serce Próżności wypłynęło blisko tydzień temu z Portu Wolność na południe, tuż poza obecne granice Sargavy. Żegluga wzdłuż wybrzeża zwykle należała do wygodniejszych i szybszych sposobów transportu, ale tym razem tak nie było. W głębi Zatoki Desperacji od dłuższego czasu utrzymywały się ciemne chmury burzowe, co jakiś czas zbliżając się do lądu, przynosząc ze sobą sztormy i potężne wiatry. Kapitan Serca, stosunkowo młoda elfka o jasnej karnacji, była mało doświadczonym wilkiem morskim, ale załoga ją kochała i braki nadrabiała intelektem. Jednak nawet ona szybko doszła do wniosku, że najwyraźniej Gozreh wystawiało ją na jakąś próbę, bo od lat nie musiała zmagać się z tak nieprzychylną pogodą. Mimo tego i kilku groźniejszych incydentów w rodzaju uszkodzenia wyposażenia czy wypadnięcia jednego z goblińskich majtków za burtę, podróż upłynęła bez poważnych strat, co nie znaczy, że była komfortowa. Wielu nieprzyzwyczajonych do morskich wojaży pasażerów albo kryło się większość czasu w swoich kajutach, albo co i rusz biegało „podzielić się obiadem z rybami”, jak to ze śmiechem kwitowali marynarze. Szczególnie przodował w tym pan Menius, któremu te kilka dni męki pozwoliło zauważalnie stracić na wciąż jednak pokaźnej wadze. Na szczęście te męki dobiegały już końca - w oddali widać już było skromne zabudowania Pridon’s Hearth, usytuowanego w spokojnej delcie rzeki Korir. Zaref miał dosyć tego statku. Serce Próżności kapryśnie kołysało się na grzbietach fal. Podróż była męcząca. Wiatr wdzierał się w szpary pokładu, a słona woda nigdy nie pozwalała ubraniom do końca wyschnąć. Mimo to twarz miał jasną, spokojną i zdobył ją uśmiech. Włosy lekko rozwiane przez morską bryzę, a spojrzenie żywe i przenikliwe. Gdy statek zacumował w przystani Pridons Hearth opuścił Serce niemal bez pośpiechu. ZZ gracją i wdzięcznością przechodził obok ludzi, którzy z zaciekawieniem przyglądali się jego niebieskiej skórze i srebrnym źrenicom. Zaref rozglądał się po miasteczku, prowadząc swoje kroki… przed siebie. Po prostu przed siebie. Chłonąc atmosferę. Poznając. - Hmmm… - Stary Vitold. Jeden z najsędziwszych mieszkańców Pridons Hearth spędzał większość swoich dni na ocenianiu innych, bez krztyny wkładu własnego. Zapytany o znajomośc wielkiego diablęcia, latającego z równie wielkim toporem i maską na twarzy skrzywił się jakby młodzik zadał pytanie co najmniej tak głupie, że dające mu już szansy z tej głupoty wyrosnąć. - Jak ma na imię? - Hmmm? - Jak żeś jego dawny towarzysz, to będziesz wiedział jak ma na imię, prawda? - Ach… Wierzę, że wciąż posługuje się imieniem Zod. - Hmpf… To znajdziesz go pewnie w kuźni, na końcu tamtej ulicy. Zaref podziękował pięknie Vitoldowi i ruszył we wskazanym kierunku rozważając na ile mu się wydawało, a na ile… stary pryk go sprawdzał. A jeśli tak, to dlaczego? Wnioski nieco poszerzyły mu uśmiech na gębie. [image: TYulii.png] W otwartej kuźni panował przyjemny gwar. Zod z zaciętością uderzał młotem w czerwono-gorący metal. Para unosiła się leniwie nad ogniem, a w powietrzu unosił się zapach palonego węgla i koksu. Vera siedziała przy stoliku, dopracowując grafik patroli dla strażników kolonii, od czasu do czasu spoglądając na Zoda. - Wyrobisz się z zamówieniem Otisa? - Tylko jeśli Ignac da mi tym razem porządnej stali. Bez porządnej stali nie zrobię porządnych lemieszy. - Jeszcze jesteś na niego zły? - Vera… - odrobinę oburzył się tiefling - Jakby do straży dotarły do ciebie kruche miecze to byś szybko zapomniała? - Hmmm… powiedziałabym, że to coś trochę innego. Kruchy lemiesz nie oznacza martwego farmera, a kruchy miecz… Poza tym osobiście ciebie przepraszał! - Eh… no niech ci będzie. Zod spojrzał przez okno na panoramę Pridons Hearth. Dzieci biegały po ubitej ziemi, powoli zastępowanej prez bruk. Kilku mieszkańców dźwigało kosze z dostawami. Do przystani powoli wracały łodzie rybackie i nawet jakaś większa jednostka towarowa niedawno przybiła do portu. - A powiedz mi, Zod… jak twoje… chwilowe strachy? - zapytała troską, korzystając, że Berti – zodowy czeladnik – był na mieście po tą stal od Ignaca. Tiefling nie odpowiadał przez dłuższy czas, zastanawiając się. - W sumie… ostatni to był ten trzy miesiące temu… cztery? - To bardzo dobrze. A jak się czujesz wśród nas? Wciąż czujesz się przybyszem? - Nie… już nie. I wiesz co? Chyba rzeczywiście jestem tu szczęśliwy… jakby wszystko się wreszcie ułożyło. Vera uśmiechnęła się szeroko. - Nawet nie wiesz jak mi ciepło na sercu teraz, Zod… - uśmiech zrobił zadziorniejszy - No bo ile można ci powtarzać w kółko i w kółko, aby twój kapuściany łeb to wreszcie przyjął, co?! - Hej! Śmiech dwojga przyjaciół nie dał się przerwać nowoprzybyłą postacią. Nie krępowała się ona i pozwalała radości przebrzmieć w swoim własnym tempie, samej czerpiąc z niej przyjemność. Dopiero po dłuższej chwili Zod podniósł na nią wzrok i śmiech natychmiast zastygł mu w gardle. - Zod! - zawołał błękitnoskóry aasimar - Jak dobrze cię widzieć! Zod zastygł. Nerwowym ruchem poprawił maskę na twarzy. Gest który Vera nauczyła się już rozpoznawać. Zaciśnięte pięści były natomiast tak oczywiste, że nigdy, by nie musiała specjalnie się ich uczyć. - Zod… wszystko w porządku? - spytała wstając, z dłonią już na pałce przy pasie - Chcesz, żebym… - Nie… - wysyczał tiefling - Zostaw nas… chcę… sam z nim… Vera zmarszczyła brwi, ale po chwili kiwnęła głową i zebrała notatki. - I tak miałam iść do Valerego. Widzimy się potem. Na to odkiwnął jej głową Zod. Wiedział, że wcale nie planowała tego. Wiedział też, że Valery mieszkał tuż blisko. O-zasięg-głosu-blisko. - Uhuh… powiem szczerze… miałem nadzieję na trochę inne przywitanie… - Zaref… - szepnał Zod z jakąś trwogą, choć coś w nim sądziło, że powinien czuć ulgę. - Czyli mnie pamiętasz. To dobrze. Jak się trzymasz? Popytałem trochę o ciebie i nie powiem… bardzo mnie cieszyło to wszystko co słyszałem. - Daję radę… - odpowiedział mechanicznie. Bez ciepła w głosie. Uśmiech Zerefa zelżał. Życie w oczach zastąpiło ciepło i zrozumienie. - Wiesz po co tu jestem, prawda? - Prosz… nie… - głos miał był słaby. Jak skazańca. - Zod… Z mimiki Zarefa zniknęła wszelka radość. Zod nagle poczuł, że ta rozmowa będzie znacznie cięższa, niż się spodziewał w najczarniejszych scenariuszach. - Tak… trzeba… Valara powiedziała mi… - tłumaczył się, nagle pozbawiony swojej pewności. Zod oparł się ciężko na blacie, jakby nagle przygniótł go ciężar z którym nie miał jak sobie poradzić. - Zam-amknij drzwi… proszę… - Zod… - aasimar wykonał prośbę. - Zaref… czemu tu jesteś? - Przywrócić… ci pamięć…? - słowa pobrzmiewały niepewnością tak głęboką, że aż brzmiały jak pytanie. Aasimar spodziewał się wiele, ale nie, że poczuje się tu katem. - Dziękuję. Pamiętam już dosyć. Nie potrzeba nic więcej. Możesz to zostawić w spokoju. Cisza przedłużała się pozornie w nieskończoność, torturując ich obu swoją natarczywością. - Zaref słuchaj… ja nigdy… pamiętam co ci zrobiłem. - Daj spokój… - Nie. Nie “daj spokój”. Chcę… MUSZĘ ciebie przeprosić. Więc… przepraszam… proszę, wybacz mi co ci wtedy uczyniłem - Zod był wielki i groźny, ale w tym momencie zdawał się skurczony i słaby jak dziecko. - Pamiętasz… tamtą noc? - Pamiętam dość. Dość aby wiedzieć, że i przed nią przez trzy dni ciebie… ja cie-ciebie… - To nie była tw… - Co? Co “nie była”?! - Zod uderzył oboma pięściami w blat, w nagły uniesienie - “Nie moja wina” chcesz powiedzieć?! Oczywiście, że moja! Brałem w tym udział, bo chciałem! Nie zostałem zmuszony! Nie zostałem zmanipulowany! Nie cierpiałem wcale strasznych katuszy gdy… gdy-dy ciebie… Tiefling znów się skurczył w sobie po uderzeniu gniewu. Znów nastała cisza. Ta okropna… ciężka cisza. - Przepraszam - martwy głos Zoda zdawał się lepszą dla niej alternatywą - Ja… nie zawsze panuję nad gniewem. Przepraszam. - N-nie… nic się nie stało. Miałeś rację. Właśnie to chciałem powiedzieć, ale… to właśnie cały problem, prawda? Tiefling zagryzł zęby i kiwnął głową, tłumiąc złość, która znów chciała się wyrwać. - Ja nie chcę pamiętać. Nie chcę. Pamiętam już dość… ten rytuał. Przyzwanie sukkuba i pakt który zawarłem. - Zod… - Pamiętam, co rytuał ode mnie wymagał. Pamiętam, jak cię zamęczałem przez te dni. Pamiętam też, jak wbiłem topór w plecy mojemu mistrzowi, a on stał się ofiarą – tą, którą planował, abym był ja. - Zod. - Pamiętam jak mówiłem jej czego chcę… daj mi nie pamiętać co to było. - z każdym słowem Zod zdawał się maleć. - Wiem, że moja dusza należy do niej i po śmierci czeka mnie Otchłań. Pozwól mi nie pamiętać dla jakich dalszych krzywd to wszystko zrobiłem. Mam w sobie dosyć nienawiści. Mam dosyć bólu… ja chcę tylko aby on się wreszcie skończył… i przeżyć te moje pół wieku w ułudzie, że wszystko będzie dobrze. - Zod! - Zaref pogodził się wreszcie z tym, że tiefling go nie słucha i podszedł do niego. Uchwycił jego twarz i skierował spojrzenie w swoim kierunku, zmuszając go aby wreszcie go zauważył. - Nie zawarłeś z nią paktu! Tym razem cisza wcale nie była ciężka. - C-co? - Nie zawarłeś tego paktu! Sukkub oferowała ci zemstę, miłość, pieniądze, człowieczeństwo, a nawet wybaczenie win. Dawała ci wszystko, co tylko marzyłeś, ale w przebłysku cholernego geniuszu poprosiłeś o coś, czego nie mogła dać. Poprosiłeś o moc, by samemu wybaczyć! Zod zastygł w bezruchu i szoku. Zaref cofnął się o pół kroku i odkaszlnął. - W tamtym momencie chciałeś już tylko przestać cierpieć. I gdzieś tam zrozumiałeś, że nienawiść którą miałeś w sobie, ten gniew i cały syf, przez który przeszedłeś ci to uniemożliwiał… że zawsze poprowadziły by ciebie one drogą destrukcji i samozniszczenia. I poprosiłeś o to. Ale tej jednej rzeczy ona ci dać nie mogła… za to zwróciłeś na siebie uwagę Valary… pamiętasz Valarę? Zod pokręcił powoli głową. - Potężna azata. Wyciągnęła ciebie stamtąd. Na łąkach Elizjum wysłuchała twojego życzenia. Pamiętasz je? Zod nie spieszył się i wyglądał jakby próbą miał się złamać zupełnie. Zaref dawał mu czas. Nie poganiał. - Daj… daj mi moc… b-by wybaczyć tym co mnie skrzywidzili… i… i tym… co nig-dy nie zasługiwali na… moją ni-nienawiść… - głos Zoda się łamał bardziej i bardziej z każdym słowem. Nie miał łez które mogłyby płynąć, ale ciężar na jego barkach pękał z każdym z nich. Nie skazał się na wieczne potępienie… była dla niego nadzieja… - Tak! I wtedy odpowiedziała? “Przede wszystkim ja wybaczę tobie. W imieniu Jasności. Wybaczam.” A teraz trudna część… powiedziała także… - To nie będzie łatwe. Z Zoda zeszło powietrze, jak wypompowane ciosem w brzuch. - Ale… - Pomogę ci. Nakieruję. A przede wszystkim to ja wybaczę tobie - azata kontynuowała - w imieniu Jasności. Wybaczam - to słowo… brzmiało nieludzko. Miało ono moc. Czuł to. Cała Łąka (a może całe Elizjum?) wybuchło w wiwacie a Zeref objął oniemiałego Zoda podskakując w miejscu, szczęśliwy jakby obejmował odzyskanego przyjaciela, a nie diablę co go niedawno porwało i torturowało. - W oczach Niebios jesteś teraz niewinny jak noworodek. Wszystko zostało ci wybaczone, ale nie sądź, że zostało zapomniane. Myśl o tym w ten sposób, że osobiście będę cię teraz doglądać i każde zło którego się dopuścisz po dwakroć będzie mnie koleć w oczy. - Ale… - zapytał Zod po nietrwałej uldze - ta nienawiść… ten ogień we mnie… błagam, nie potrafię z nimi. One mnie… Azata wstrzymała go gestem dłoni. - Nie mogę ci nic odebrać. Nie różniłoby się to od odebrania ci woli i zmienienia w posłusznego automatona. To mogła ci zaoferować Nierządnica, nie ja, ale też nie uratowałoby to twojej duszy. Ukryję twoje wspomnienia i przeszłość, zostawiając tylko to, czego potrzebujesz – na pewien czas. Twoje wspomnienia wrócą, wraz z nienawiścią i gniewem. Do tego czasu musisz zdobyć więcej Potrzebujesz wypełnić serce litością, łaską, miłością, dobrem… musisz otoczyć się przyjaciółmi którym ufać będziesz z całego swojego serca. Musisz pokochać świat, bo wszystkie twoje demony powrócą i będziesz je musiał wtedy pokonać. Gniew łagodnością. Podejrzliwość zaufaniem. Nienawiść miłością i Zło Dobrem… Własną przeszłość swoją przyszłością. Nie zostałeś jeszcze uratowany. Sam się musisz uratować. Czekają cię próby po dwakroć trudniejsze niż innych i wszystkim musisz sprostać. - Valara opowiadała mi co widzi… - mówił Zaref powoli i ostrożnie, gdy Zod drżał jakby miał zaraz się rozsypać. - Widziała twoją łagodność z Bashebą i z Song’o. Widziała twoje dobro gdy burza pierwszy raz uderzyła. Widziała jak ludzie ciebie pokochali i jak stałeś się częścią społeczności. - Ale wciąż nie kocham… i wciąż nienawidzę. Rozumiesz?! - Zod… - Pamiętam co mi zrobiono. Pamiętam co musiałem robić. Pamiętam agresję i przemoc. Pamiętam tortury i samotność. Pamiętam regułę “będziesz pierwszy lub martwy.” Wciąż to mam… nic nie pokonałem. Wciąż jestem tym samym potworem co kiedy zabijałem Marhi i Douga. Tłumacząc sobie, że… no “pierwszy lub martwy”. I wiesz co? Miałem rację. Wiem, że miałem rację! I nienawidzę tego, że wiem! Nie powinienem tego “wiedzieć”! - Zod… - I kusi… wciąż kusi… Ragdan, do stu czortów, on jest jak ja byłem. Wiem to. Ale nic jeszcze nie zrobił… I nie mogę nic udowodnić. - Zod ściszył swój głos do wściekłego syku - Nie mogę nic zrobić. Chciałbym go zabić w nocy. Choćby dziś… i pozwolić, by ciało zabrał odpływ. Jeśli tego nie zrobię ludzie zginął, prędzej czy później… Czy tak powinien myśleć ktoś z “tych dobrych”? Ktoś godny wybaczenia? Zaref nie odpowiedział od razu. Zamiast tego podszedł… objął Zoda ramionami i ścisnął go równo z siłą i ciepłem. - Wiem, że jesteś skonfliktowany. Wiem, że potrzebujesz pomocy. I po to tu jestem. Rozumiesz? Pozwól mi sobie pomóc… Kolejny mały kawałek ciężaru na barkach Zoda skruszył się. Tiefling nie wiedział co odpowiedzieć… wszystkie zarzuty i niemal cały gniew momentalnie wyparowały. Objął tieflinga, jak dawno nie widzianego przyjaciela i stęknął tylko. - Sam nie dam rady… - Nie jesteś już sam.
  • Instagram

    Forum
    1
    1 Głosy
    1 Posty
    42 Wyświetlenia
    JhnWJ
    Jak niektórzy zauważyli, posiadamy własnego instagrama: https://www.instagram.com/rolltelling/. Poza powtórzeniem próśb o like i obserwację, mam jeszcze jedną sprawę... Jeśli ktoś ma ochotę opublikować lub publikować pod szyldem Rolltelling swe materiały - czy to prywatną wizytę z konwentu, czy pochwalić się kolekcją podręczników, nowym podręcznikiem, figurkami lub innym nerdostwem - jesteśmy na to otwarci. Czy raz na pół roku zwierzakiem Jeśli ktoś z was ma chęci ale pomysłu nie, to też proszę tutaj zagadać, wspólnie coś wymyślimy.
  • Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecię

    Zablokowany Przeniesiony Archiwum
    115
    1 Głosy
    115 Posty
    1k Wyświetlenia
    KetharianK
    Po Ciebie też przyjdą Space Marines, jestem tego pewien!
  • 2 Głosy
    11 Posty
    129 Wyświetlenia
    GladinG
    Adę Burrows dodałem tak oto: [image: qIjggAc.jpeg]
  • Kolekcja Kart Postaci

    Dyskusje RPG neuroshima ns 1.5 warhammer 4ed warhammer 2ed
    6
    0 Głosy
    6 Posty
    58 Wyświetlenia
    NamiN
    To może też wrzucę, choć nie uważam, aby to było jakieś niezwykłe tbh, jednak lubię swoją tabelkę i układ w tym KP. Jest to do Warhammera, tbh nie pamiętam, której edycji, ale też nie pamiętam, czy one w KP aż tak się od siebie różniły. Zostawiłam portret postaci, aby było widać, gdzie w takim układzie ładnie można go umieścić WH
  • [Warhammer 2ed] Kultyści - Lato 2519 - rekruta dodatkowa

    Zablokowany Przeniesiony Archiwum
    12
    4 Głosy
    12 Posty
    294 Wyświetlenia
    Pipboy79P
    Dziękuję wszystkim za zainteresowanie tą rekrutą Jakby ktoś jeszcze był chętny to zapraszam na pw A na razie proszę Obsługę o zamknięcie rekruty i przeniesienie do archiwum
  • Podsumowanie migracji

    Przeniesiony Archiwum
    48
    4 Głosy
    48 Posty
    1k Wyświetlenia
    BrilchanB
    Ja tam was nie winie modzi. Dziwi mnie że ktoś chcę robić problemy i grozi prawami autorskimi i sądami ale ludzie bywają dziwni szaleni i małostkowi ale żal tych sesji i tyle dobrego tekstu rozumiem czemu tak musi być ale po prostu smutno tak po ludzku jest jak jest ale takie emocje odczuwam i je nazywam dzięki za to forum sorki jeżeli na początku moje posty w tym temacie wydawały się jakiś agresywne efekt szoku.
  • [DEG] Opowieści z krainy Wron i Lwów

    Dyskusje RPG
    7
    1 Głosy
    7 Posty
    141 Wyświetlenia
    KetharianK
    [image: balt1.jpg] GDAŃSK - LODOWE MIASTO Gdańsk to ziejące chłodem surowe miasto, które czeka na swój nieunikniony koniec w objęciach wieczystego lodu. Gigantyczny lodowiec nadciągający z północy, pokrywający swą wielką skorupą krainy Skandynawii i Morze Bałtyckie, poprzedzony jest szerokim pasem wiecznej zmarzliny niemal cakowicie uniemożliwiającej jakąkolwiek wegetację w rejonie Gdańska. Mimo to w ruinach starego miasta wciąż egzystują ludzie – niektórzy owładnięci religijnym fanatyzmem, inni naukową pasją, jeszcze inni zbyt uparci bądź głupi, aby stamtąd na zawsze odejść. Masy spadającego zimową porą śniegu są już zbyt wielkie, by w czasie krótkich pór letnich zdołały choć po części stopnieć. Ogromna ściana lodu, zwana przez śnieżnych nomadów Lodową Barierą, wyrasta ponad niegdysiejsze wybrzeże, rzuca głęboki cień na zamarznięte dawne morze, gdzie w okowach lodu trzeszczą miażdżone nieubłaganie wraki statków z Minionych Czasów. Los Gdańska jest przesądzony. Oprócz nielicznej społeczności osiadłych klanytów trudniących się łowiectwem i odzyskiem surowców, w Gdańsku wciąż rezydują przedstawiciele dwóch liczących się w Europie frakcji – szpitalników i anabaptystów. Utrzymywany przez tych pierwszych wielki ośrodek medyczny zapewnia w zamian za odpowiednią opłatą pomoc lekarską dla potrzebujących, lecz nie to jest jego główną rolą. W umieszczonych w podziemiach ośrodka laboratoriach upoważnieni do wstępu goście mogą natrafić na trylobity i dziwaczne insekty umieszczone w skrzynkach na magazynowych regałach; kończyny i organy wewnętrzne biokinetów zanurzone w płynach wypełniających szklane tuby; wypreparowane mózgi nosicieli Sepsy. Doskonale wyposażony ośrodek badawczy w Gdańsku pełni rolę punktu tranzytowego pomiędzy Szpitalem w zachodniej Borce, a grupami naukowców badających skażenie biologiczne w rejonie Pandory. Przewodząca zespołowi badawczemu w Gdańsku doktor Janssen jest głęboko przeświadczona o tym, że Primer może zostać pod wpływem kombinacji odpowiednich bodźców zmuszony do opuszczenia organizmu nosiciela i powrotu do swej oryginalnej formy. Rezultatem jej laboratoryjnych testów są potworne hybrydy ukryte przed niepożądanym wzrokiem w sekcji podziemi o ograniczonym poziomie dostępu. Szpitalnicy działają w Gdańsku od ponad stu lat – przybyli do miasta w 2492 roku zajmując je bez pytania o pozwolenie na osiedlenie. Ówcześni mieszkańcy zniszczonej metropolii w przeważającej większości uciekli na pierwszy widok uzbrojonych borkańskich najeźdźców, noszących budzących grozę maskach i biało-czarnych ochronnych kombinezonach. Przybysze oprócz kompleksu badawczego oraz elektrociepłowni zbudowali również magazyny mające zapewnić w późniejszych latach wsparcie logistyczne dla wypraw na wschód. Gdyby nie Gdańsk, można śmiało założyć, że większość naukowych sukcesów Szpitala nie miałaby szans na zaistnienie. To stąd w 2562 wyruszyła ekspedycja doktora Vasco mająca za zadanie eksplorację krateru Pandory. To stacjonujący w Gdańsku szpitalnicy przeprowadzili w 2588 prace wykopaliskowe w pobliżu Łodzi mające wyjaśnić zagadkowe zjawisko punktowego zaniku wiecznej zmarzliny, a dwa lata później udokumentowali po raz pierwszy pojawienie się Fraktalowego Lasu. Lista ich zasług dla ludzkości jest znacznie dłuższa, ale jest zarazem opatrzona zbyt licznymi klauzulami poufności, aby stała się powszechnie znana osobom spoza kręgów Szpitala. Tradycyjnie sprzymierzeni ze szpitalnikami anabaptyści w przypadku Gdańska nie utrzymują z borkańskimi lekarzami bliższych kontaktów. Ich społeczność rezyduje w pozostałościach bazyliki sprzed Eschatonu, zwanej Chłodną Świętą Marią. Nieskorzy do opuszczenia coraz zimniejszego miasta, ci niereformowalni fanatycy przystąpili pięć lat temu do rekonstruowania częściowo zniszczonej budowli. Owładnięci niezrozumiałym dla szpitalników i miejscowych klanytów religijnym uniesieniem, zbudowali fortecę stanowiącą miniaturową kopię Katedralnego Miasta i zamierzają jej bronić przed złem Demiurga urzeczywistnionym pod postacią gigantycznego lodowca. Wiara tych ludzi wydaje się nie mieć granic, ale nawet ona nie zdoła powstrzymać nieubłaganych sił natury. Na pustkowiach otaczających Gdańsk można napotkać niewielkie koczownicze plemiona Pollenów, od czasu do czasu przybywające do miasta w celu wymiany towarów. Najczęstszymi gośćmi są członkowie klanu Westja, specjalizujący się w pozyskiwaniu prastarych artefaktów z Minionych Czasów, ale czasami w oddali na północ od miasta można wypatrzeć wędrujące dostojnie mamuty plemion Gargantich. Wszyscy oni są przybyszami traktowanymi podejrzliwie i z rezerwą, ale akceptowanymi w granicach zimowego miasta. Lecz oprócz nich w Gdańsku pojawiają się również goście, których widok budzi wstręt i nienawiść. Głęboko pod miastem znajduje się ogromna pusta przestrzeń, otchłań powstała w efekcie ruchów tektonicznych spowodowanych upadkiem gradu meteorytów w dniu Eschatonu. Niepotwierdzone plotki głoszą, że w najgłębszych zbadanych częściach tej czeluści pustka sięga dwóch tysięcy metrów, ale głupcem byłby ten, kto się łudzi, że pozostaje ona niezamieszkana. Tam lęgnie się potomstwo pierwszych biokinetów, potworne wynaturzenia łaknące ludzkiego mięsa, jedynie w drobnej cząstce przypominające swymi zmutowanymi kształtami humanoidalne istoty. Szpitalnicy wypowiedzieli im nieprzejednaną wojnę zabezpieczając każde zejście do podziemnych tuneli i pieczar, zapuszczając się głęboko w otchłań z misjami eksterminacyjnymi. Wyniki ich działań można w najlepszym razie określić mianem połowicznego sukcesu, ale borkańscy lekarze nie zamierzają się poddawać. Wszem i wobec dają do zrozumienia, że jedynie ich poświęcenie i przelana krew stoją na drodze bestiom gotowym spustoszyć północ Pollenu. Tylko oni znają prawdę ukrytą za podniosłymi sloganami szpitalniczej propagandy. Faktycznie, przeważająca większość człekobestii to ludożerczy drapieżcy, ale istnieją wśród nich również osobniki przejawiające wyższe uczucia, w tym współczucie i lojalność. To one dokładają troski o rannych pobratymców, organizują je w struktury przejawiające podobieństwo do prymitywnego społeczeństwa I wydają się sprawować pewną formę kontroli nad zdziczałymi kuzynami. Szpitalnicy szybko ochrzcili bardziej pokojową odmianę człekobestii alfami, a agresywne betami. Szeregowi członkowie borkańskiej organizacji, anabaptyści i polańscy klanyci zadają sobie czasami pytanie, dlaczego te budzące przerażenie istoty osiedliły się pod ruinami zamarzniętego miasta. Wyżsi rangą lekarze zachowują znaczące milczenie w tej kwestii, ale możecie być pewni, że znają i tę odpowiedź. Wiedzą doskonale, że to z ich winy człekobestie uciekły swego czasu do Gdańska. Kilkadziesiąt lat wcześniej Szpitalnicy zniszczyli kolonię alf odkrytą na wolnym jeszcze od lodowca skrawku południowej Skandynawii. Pozbawione przywództwa bardziej światłych kuzynów, dzikie osobniki przetoczyły się przez wiele nordyckich osady przelewając morze krwi Skandów. Grasowały na dalekiej północy przez wiele lat, udając się w końcu na południe i znikając w podziemnych grotach pod Gdańskiem. W tym samym czasie uchodzący przed postępującym szybko lodowcem Skandowie przedostali się do Borcy, osiadając zwłaszcza w rejonie Justitianu i integrując się bez trudu z miejscową ludnością. Gdyby ich potomkowie, wciąż kultywujący wiele nordyckich zwyczajów i tradycji, dowiedzieli się kiedykolwiek, że to Szpitalnicy odpowiedzialni są w pewnym sensie za krwawe najazdy człekobestii sprzed lat, mogliby zachwiać względnym spokojem panującym w granicach Protektoratu. Przywódcy Szpitala zdecydowani są zachować tę tajemnicę za wszelką cenę dla siebie, grzebiąc ją w bezimiennych grobach razem ze zwęglonymi cielskami człekobestii.
  • Rekonesans Karak Varn

    Zablokowany Przeniesiony Archiwum warhammer 4ed warhammer krasnoludy dawi karak varn karaz ankor
    86
    1
    4 Głosy
    86 Posty
    960 Wyświetlenia
    GladinG
    Ze względu na aktualne obłożenie, zawieszam rekrutację. Nie będę miał mocy przerobowych na przyjęcie kolejnej osoby do drużyny. W związku z tym proszę obsługę o przeniesienie rekrutacji do archiwum i zamknięcie jej. Jeżeli w przyszłości sytuacja się zmieni, poproszę o reaktywowanie wątku.
  • Imperium Maledictum - cyferkowa rzeźnia zasad

    Dyskusje RPG
    17
    0 Głosy
    17 Posty
    140 Wyświetlenia
    ArveeA
    Wszystko co twierdzę jest już w moich wypowiedziach. Nie jestem w stanie ciebie zmusić abyś to dostrzegł.
  • 2 Głosy
    11 Posty
    224 Wyświetlenia
    DhratlachD
    @JohnyTRS napisał w Dhratlach'owe sondowanie, czyli snucie realistycznych planów na sesję: Kusisz, ale granie RT to nie jest moje jedyne hobby, więc wolę nie być kompletnie zawalony. Zwłaszcza że biorę też pod uwagę moje fluktuacje chęci do grania, jednego tygodnia będę miał niedosyt, a w następnym tygodniu będę się zmuszał żeby odpisać. Spoko oko. Fluktuację chęci do grania rozumiem, aż nadto intymnie. Też mam trochę na talerzu i czekam z startem, aż mi się powykrusza, czy inaczej uspokoi.
  • Neuroshima 1.5 - Storytellingowo. Krótki Przewodnik

    Dyskusje RPG neuroshima własny autorski ns 1.5
    1
    1 Głosy
    1 Posty
    37 Wyświetlenia
    DhratlachD
    ver 1.0.2 Słowem wstępu: Zawsze zastanawiałem się jak ugryźć Neuroshimę w zjadliwej formie. Takiej, by nawet osoba która nigdy nie miała styczności z tym systemem, lub taka co rozbiła się o mechanikę… nie ukrywajmy, mechanika jest rozbudowana i miejscami trudna do ugryzienia. Na tyle, że wiele spośród Graczy odbija się od niej, a niejeden Mistrz Gry nabawił się bólu głowy. Dlaczego? Procenty, obliczanie sukcesu i porażki, Mniej, czy bardziej, mgliste zasady. Brak jasnych wytycznych do tego co potrafi bohater… Lista jest długa. Na szczęście, posiłkując się oficjalnymi podręcznikami jesteśmy w stanie określić czemu odpowiadają poszczególne poziomy Współczynników, czy Umiejętności, a nawet brać na nie poprawki ze Sztuczek, Cech Pochodzenia i Profesji, a wszystko to poprzez podejście storytellingowe. Nie przedłużając, zapraszam was do poniższego Krótkiego Przewodnika po mechanice Nauroshimy z punktu widzenia podejścia Storytellingowego. Od razu zaznaczam, że jest to mechanika kinowa. Co przez to mam na myśli? Mechanicznie, jakby rzucać, to postacie są znacznie silniejsze niż na pierwotnej mechanice! Współczynniki: Tu sprawa jest prosta i będziemy podpierać się dodatkiem Bohater^2. Po prostu porównujemy koszt znajomego (str 72-4) z kosztem danej opcji dodatkowej znajomego w rozpisce (str 74-5). Oczywiście, bierzemy poprawkę na Podręcznik Podstawowy, a dokładniej na “standardową” ilość punktów na Współczynniki przy tworzeniu postaci. Dokładniej? Opcja Alternatywny sposób określania Współczynników” (str 79) który w prostym podzieleniu sumy sześćdziesięciu na pięć daje nam średni współczynnik o wartości dwanaście i go się trzymamy jako wykładni. Przeciętny NPC ma właśnie takie, lub mniejsze, Współczynniki. Współczynnik o wartości 14 - według rozpiski kosztuje 20 gambli… co przekłada się na Powiązanie na 4, które jak wiemy jest już solidnym znajomym. Takim jak braterstwo krwi wśród żołnierzy na Froncie. Jak widać jest to łatwo osiągalny pułap i nie trudno o taką postać. Może trochę szukania, ale w każdej mieścinie się znajdzie co najmniej kilku takich. Współczynnik o wartości 16 - kosztuje 35 gambli, czyli wartość znajomego na powiązaniu 7. Bohater^2 w opisie tego Powiązania jasno określa rzadkość. Jak znajdziesz jednego takiego na stan, czy nawet kilka, to będzie bardziej niż dobrze. Nie jest to codzienny widok. Współczynnik o wartości 18 - musimy wydać 50 gambli… co przewyższa o 10 najwyższe z Powiązań kosztujące 40. Co tu dużo mówić, Powiązanie na 8 to niebywała rzadkość i podręcznik jasno stoi, że takie powiązanie jest bardziej niż unikatowe, a nawet poddaje w wątpliwość czy możliwe. Spokojnie możemy przyjąć, że ludzie o Współczynniku 18 to jednostki na skalę całych kontynentów. Źródła: Bohater^2, Ludzie których potrzebujesz: , str 72-5 Umiejętności: Stosując analogiczne do Współczynników podejście porównawcze posłużymy się nim przy wycenie częstotliwości występowania umiejętności i ich storytellingowego odpowiednika. Wbrew pozorom, określenie Umiejętności jest o wiele łatwiejsze i wymaga mniejszej ilości obliczeń. Umiejętność o wartości 0 - Nie umiesz nic i poruszasz się na czuja. Umiejętność na 0 to całkowity brak wiedzy, nawet teoretycznej w danej dziedzinie. Jedyne co masz to surowy talent i błędne przekonania, które powodują niekorzystny bazowy modyfikator do testu w sile -4. Umiejętność o wartości 1 - Znasz podstawy, surowe. Ot, coś tam umiesz i jakieś zaplecze w teorii i praktyce masz, ale jest ono znikome. Cóż, przynajmniej sam siebie nie postrzelisz i rozpoznasz kwas azotowy od siarkowego. Wiesz nawet różnicę między śrubokrętem płaskim, a krzyżakowym i jak wykręcić śrubkę… Odpowiednik ukończonej szkoły średniej, liceum, technikum, szkoły zawodowe… ale bez szału. Umiejętność o wartości 2 - No, widzę, że się przyłożyłeś! Nie tylko rozpoznajesz co jest co, ale dodatkowo coś umiesz praktycznego z tym zrobić. Jakbyś skończył szkołę średnią czy odpowiednik w starym świecie to byś zdał z paskiem. Nie tylko teoria, ale i jakaś praktyka! Umiejętność o wartości 3 - W dawnym świecie miałbyś dyplom licencjata, czy inżyniera-licencjata… lub solidną, praktyczną wiedzę zdobytą przez kilka lat praktyki. Teraz już coś stworzysz i większość zagadnień masz w miarę opanowanych na tyle, że możesz kompetentnie na tym zarabiać. Umiejętność o wartości 4 - Tu już mówimy o prawdziwym wykształceniu wyższym. W swojej dziedzinie ludzie polegają na Tobie i choć są rzeczy które są ponad Twoje siły… to z odpowiednią ilością czasu i środków, czasami zewnętrznej popmocy… jesteś sobie z większą częścią poradzić. Magister, fachura, zawodowiec czy jak to by było przed bombami. Umiejętność o wartości 6 - Gdyby nie bomby? Wydałbyś na Uniwersytecie, opcjonalnie, byłbyś snajperem, czy innym wysokim specjalistą w danej dziedzinie i Twoje słowo niosłoby niemałą władzę. W końcu poświęciłeś temu większość swojego życia… Umiejętność o wartości 7 - Ty masz w ogóle życie? Ja wiem, że im dalej w las… tym bardziej chce się jeść jagody, a ty znasz się na jagodach. Na grzybkach, na korzonkach, liściach i korze. Las nie ma przed tobą tajemnic… w dawnych czasach byłbyś badaczem, czy innym eksperymentatorem co to nie jest zadowolony z tego co umie i szuka nowych środków ekspresji… Fizycznie? Jesteś olimpijczykiem. Technicznie? Mechanika nie ma przed tobą tajemnic. Umiejętność o wartości 10 - Jesteś cholipną żywą Legendą i najpewniej trzymają Ciebie pod kluczem jeśli jesteś yntelektualistą, czy innym technicznym. W innych przypadkach nie ma rzeczy której nie osiągniesz. Nie zdziwię się jeśli będziesz zaufanym jakiegoś Bossa, bo aż szkoda, by taki Talent marnował się na drodze. Źródła: Neuroshima 1.5, Podręcznik Podstawowy, Profesje: Opis Profesji i Cecha z Profesji: Spec: ‘Wykształcenie’, str 66 Bohater^2, Hibernatus, Cecha z Profesji: Nauczyciel: “Magister”, str 23-4 Bohater^2, Ujarzmij maszynę Molocha, str 88-90 Cechy z Pochodzenia i Cechy z Profesji’ Z Pochodzenia i Profesji czerpiemy pełnymi garściami, a dokładniej z ich opisu, oraz wybranej Cechy. Przede wszystkim, jako podłoże pod odgrywanie postaci, choć Profesje i Pochodzenie ma pomniejsze zastosowanie w mechanice losowości jeśli decydujemy się rzucać, ale o tym później. Specjalizacja Ponieważ stawiamy na prostotę mechaniki to traktujemy specjalizację tylko jako część mechaniczną, a dokładniej redukcję kosztów rozwoju umiejętności. Poza tym, może ona posłużyć jako ramówka w odgrywaniu postaci, gdzie odgrywanie danej specjalizacji bez względu na Pochodzenie i Profesję przynosi korzyść w formie dodatkowych punktów doświadczenia. Sztuczki Patrzymy na opis, który jest nadrzędny. Potem na część mechaniczną. Z powodzeniem można przyjąć, że posiadanie sztuczki umożliwia wykonanie danej akcji bez rzutu, a jeśli już decydujemy się na losowość to należy dodać bonus do bazy. Jaki? To już zależy od oceny sytuacji, ale nie większy niż +5. Co jeśli chcę wprowadzić losowość? Testy Proste: Odpowiedź jest prosta. Rzucasz kostką, a dokładniej k20. Aby zyskać Bazę do testu, sumujesz Współczynnik i Umiejętność, ale pamiętasz, że jak nie masz umiejętności, czyli jej poziom wynosi 0, to odejmujesz 4 oczka od współczynnika. Baza to nic innego jak test w sprzyjających okolicznościach. Jeśli robisz coś szybko dostajesz minus, jeśli coś cię rozprasza kolejny, jeśli na test mają wpływ czynniki atmosferyczne, czy temperatura lub oświetlenie, odległość… kolejny. Jak widzisz minusów można uzbierać. Z kolei jeśli masz czas i się nie śpieszy? To bierzesz ten czas i dajesz bonus. Super, nie masz minusu. Sprzęt dokładnie taki, albo i bardziej rozbudowany niż potrzeba do testu? Coś co niweluje minusy? Sprawa jest prosta. Możesz mieć nieskończoną ilość minusów, ale plusów tylko tyle ile wynosi Umiejętność dzielona przez 2 zaokrąglona w górę. Tak czy inaczej, ani plus, ani minus, nie może być większy od +/-5 w pojedynczym przypadku. Ah, uwaga na marginesie, jak jest się rannym to dolicza się minus za ranę, co nie? Testy przeciwstawne: Analogicznie do Testów Prostych. Porównujemy Bazę do testów i kto ma więcej wygrywa, ale! Jeśli jest remis i masz Sztuczkę to sztuczka wygrywa, albo przeciwnik ma -4 w obronie i turla. Jeśli nikt nie ma Sztuczki to patrzymy na Profesję. Jeśli Profesja pokrywa się z czynnością, to Profesja wygrywa. Jeśli wszystkie strony mają korzystną w teście Profesję to patrzymy na Pochodzenie. Jeśli i tu jest remis? Kto rzuci więcej w zakresie dającym sukces ten wygrywa. Na marginesie, jak jest się samotnym wilkiem i stara się zastraszyć grupę 2+ to im więcej jest ludzików, tym trudniej. Przewaga liczebna jest śmiertelna, więc może zamiast Zastraszania… Blef? Lub coś innego co uratuje Tobie skórę… Testy wydłużone: Czasami zdarzy się, że coś co chcemy osiągnąć zajmuje cenny czas. Na przykład oprawianie zwierzyny. Rozmontowanie maszyny Molocha, tworzenie przedmiotu… a nawet w pewnych aspektach testy społeczne. Tak czy inaczej, rzucasz co interwał np. 1 godzina, często więcej jeśli to większy projekt i liczysz sukcesy (czyli ile wypadło na kostce) i tak do śmierci, aż ukończysz projekt. Co oznacza ukończenie projektu? Uzbieranie puli sukcesów i tu będziemy posiłkować się podręcznikiem, a dokładniej systemem G.A.S.T.R.O. a dokładniej na przykładzie zdejmowania futer. Potrzebujesz uzyskać 3+ dla małych zwierząt, 10+ dla średniej zwierzyny i co najmniej 20 dla większej. Najlepsze jest to, że nieudany test zaliczony porażką, albo spartaczą sprawę i zaczynasz od zera (jeśli w ogóle jest to możliwe), albo daje minus do zebranej puli punktów sukcesu. Jaki? Taki jaki było powyżej twojej Bazy według wzoru Baza minus wynik rzutu. Źródła: Bohater MAXX, G.A.S.T.R.O, str. 31 ...ale… ale ja chcę rzucać na wszystko!: Spoko, jest opcja, Zobrazuję ją na przykładzie testu przeciwstawnego. Załóżmy, że Bohater broni się przed Bandytą w teście bijatyki. Bohater ma Zręczność 10 i nie ma umiejętności Bijatyka, a Ganger ma 12 Zręczności i Bijatykę na 2. To nam daje 10-6=6 dla bohatera i 14 dla Gangera. Teraz tak, rzucamy i im więcej poniżej Bazy tym lepiej. Zobrazujmy to na dwóch scenariuszach. A) Bohater wyrzucił 5 (Baza 6 - sukces) a Ganger ma 17 (Baza 14 - porażka) - wygrywa Bohater B) Bohater ma 6 (Baza 6 - sukces), a Ganger 10 (Baza 14- sukces) - wygrywa Ganger Oczywiście, jeśli wszystkie strony konfliktu w przypadku powyższej bijatyki obleją test porażką to nikt nie wygrywa i przechodzimy do następnej tury. Po prostu machacie kończynami jakoś tak bez wyraźnego kontaktu… Changelog 1.0.1 - formatowanie 1.0.2 - dodano #tagi