
Edyta Szulc
Edyta opuszczała kościół z miną godną kamiennego posągu i głową ułożoną dokładnie tak, jak ułożyła jej włosy pedantyczna matka — gładko zaczesane, elegancko spięte, bez choćby jednego odstającego kosmyka. Jakby każdy włos także miał do spełnienia swój obowiązek. Była ubrana zgodnie z konwencjonalnym, konserwatywnym szykiem: prosta szara spódnica do kolan, biała koszula zapięta pod szyję, cienki sweter w chłodnym kolorze, buty starannie wypastowane, ciemna torebka zawieszona równo na jednym ramieniu. Odpowiadało jej, że matka wybierała materiały tak, by nie prowokowały uwagi ciała — szwy, guziki i kołnierze musiały pozostawać neutralne, jak poprawnie skonfigurowany interfejs użytkownika.
Niemniej to, co z zewnątrz prezentowało się jak modelowy konformizm, było w znacznej mierze maską narzuconą przez surowy instruktaż — zimną regułą, dzięki której miała utrzymywać nienaganny porządek. Rodzice traktowali estetykę jak protokół: schludność wyznaczała jedną z granic, w których wolno jej było oddychać. Nawet ktoś taki jak ona odczuwał to jak permanentny stan asfiksji, do którego niestety z czasem zaczęła się przyzwyczajać.
Bo kiedy ktoś wystarczająco długo żyje w ciasnej klatce, z braku perspektyw może zacząć się w niej urządzać. Jej ułatwiał to chłodny temperament oraz umiłowanie reguł i uporządkowanych struktur. Jednak zgodnie z matematycznymi aksjomatami — mimo że każdy kwadrat jest prostokątem, nie każdy prostokąt musi być kwadratem — porządek porządkowi nierówny. Ten rodzicielski miał charakter nadzorczy, absolutystyczny i przesycony stadnymi odruchami, które Edytę głęboko brzydziły. Przez nadmierne psychiczne tarcie i ciśnienie na jej wyidealizowanej, wymuszonej formie zaczęły pojawiać się pierwsze drobne rysy i pęknięcia. Dochodziło do niej, że nadmierny ład tak naprawdę nie dawał jej szczęścia, tylko redukował straty. Był strategią, nie wartością.
Zapach kościelnego kadzidła osiadł w jej gardle nazbyt długo, jakby powietrze miało wyjątkową lepkość. Ulgę poczuła dopiero w drodze do samochodu ojca, kiedy znalazła się na zewnątrz i dystans do ludzi dało się zmierzyć w metrach, a nie w dotyku. Idąc, Edyta nie myślała zanadto o zakończonej religijnej szopce. Pokazowa religijność społeczeństwa — w zestawieniu z codziennymi zachowaniami tak wyraźnie przesycona hipokryzją — odpychała ją. Zasady, których nikt nie traktował literalnie, a mimo to oczekiwano, że sama będzie je respektować bez pytania. Było to równie niespójne co sam przekaz płynący ze świętych ksiąg, które po analitycznej lekturze uznała w dużej mierze za niedorzeczne, zaś doklejoną do nich historyczną tradycję odbierała jako narzędzie kontroli. A mechanizmów tejże nie trzeba było jej zanadto tłumaczyć, bo dzięki rodzicom doświadczała ich od kilkunastu lat na własnej skórze, przez co nie miała najmniejszego problemu z rozpoznawaniem wzorca.
Myślała więc o wakacjach i o tym, jak niewiele z nich zachowało się w pamięci poza paroma sekretnymi spotkaniami z partnerem, czasem spędzonym przy komputerze i książkach, czy zardzewiałymi kadrami telewizyjnych relacji. Powódź — kajaki na ulicach wielkich miast, obrazy z telewizji — docierała do Sokołowa raczej jako informacja niż wydarzenie. Zresztą, do niej zdarzenia zawsze docierały z opóźnieniem; sens przychodził szybciej niż uczucie, które musiało najpierw znaleźć bezpieczne miejsce. Niedawna powódź istniała dla niej jako suchy wpis w notatniku: przyczyna → skutek → ryzyko powtórzenia.
Wypolerowane Volvo ojca warknęło na podjeździe niczym drapieżne zwierzę podkreślające swą dominację — chrom błysnął w porannym świetle. W samochodzie Edyta trzymała się przesadnie prosto, jakby auto było kolejnym urządzeniem wymagającym opanowania. Podczas jazdy nie odzywała się, jedynie biernie i beznamiętnie słuchała. Każda wypowiedź miała dla niej wagę energetyczną. Słuchać było taniej niż odpowiadać. Wpatrzona w przestrzeń za szybą, zapisywała w pamięci każdy ton i każdą wartość — nie dlatego, że wierzyła w mądrość przekazywanych przez rodziców rad, lecz dlatego, że dane należało gromadzić. Jej matka i ojciec, zachłyśnięci narracją społecznego awansu po transformacji, ekonomicznymi kazaniami Wilczka i Balcerowicza, drogim Volvo i rozmowami o inwestycjach, budowali świat zewnętrzny według własnych wzorców. Edyta korzystała z ich zabezpieczeń, ale wiążące się z nimi oczekiwania paliły ją jak drobne zwarcie w obwodzie: wymagania pozbawione najmniejszego przyzwolenia na słabość czy wzruszenie. Paradoksalnie to właśnie tej zgody brakowało jej najbardziej.
Edyta — w epoce, kiedy świat cyfrowy dopiero zaczynał wspinać się po drabinie codzienności — nosiła w sobie tajemnicę skrojoną na miarę: Optimusa 486 z modemem 28.8 kbps. Dla innych było to drogie hobby; dla niej — instrument kontroli. Przy komputerze istniał porządek, reguły i przewidywalność: algorytm, który nie kłamał i nie oceniał. Maszyna nie wymagała interpretacji intencji. Reagowała dokładnie na to, co zostało wprowadzone — i to było uczciwe.
Pomyślała przez chwilę o domu. Rodzice w towarzystwie z dumą przywoływali jej nagrody z naukowych konkursów i olimpiad, Edyta zawsze czuła z tego powodu mieszankę zmęczenia i cichej satysfakcji. Trofea stanowiły dokumentację, dowody, że system działał, lecz nie niosły ze sobą żadnej czułości. To, czego jej brakowało najbardziej, nie miało jednostki miary i nie dawało się zapisać na dyskietce — choć często łudziła się, że wystarczy jeszcze jeden certyfikat, by zasłużyć na coś więcej niż zwykłą aprobatę.
W oknie jadącego auta przewijały się obrazy ludzi — znanych i nieznanych. Nielicznych uczniów, z którymi dzieliła konkursy i drobne triumfy. Myślała o nich bez większego sentymentu, z zawodową niemal obojętnością: imiona jako etykiety, zachowania jako klasy w programie. Jedynie jej Krzysztof nie poddawał się tej matrycy. Rejestrował się jako anomalia, coś zdolnego zaburzyć system. W jego obecności musiała wykonywać więcej obliczeń naraz. System działał, ale szybciej się nagrzewał. A jednak był w nim element zależności, błędnie opisany w umysłowych notatkach jako „potrzeba”. Potrzeba, której nie umiała nazwać bez ryzyka. Element zależności — słowo niebezpieczne, bo odsłaniające możliwość odrzucenia.
Za szybą pojawiały się reklamy rodzącego się kapitalizmu: sklepy, szyldy, zielone plamy ogródków działkowych, mokre po powodzi łąki i trawniki wciąż ocienione wilgocią. Miasto pachniało papierosami, tanim paliwem i deszczem; z parasolowych budek telefonicznych dobiegały pojedyncze głosy, a w oddali migała czerwona kopułka dworca PKP. Telefony stacjonarne czyniły rozmowy mniej natychmiastowymi — komunikację trzeba było planować i ustalać z wyprzedzeniem. Dawało to Edycie osobliwy komfort: możliwość zaprogramowania spotkania, przewidzenia opóźnienia, zbudowania harmonogramu, w którym nikt nie pojawia się bez ostrzeżenia. Spontaniczność spotkań czy rozmów ją męczyła. Planowanie było w jej mniemaniu formą uprzejmości.
Zanim wysiedli, dziewczyna wyjęła z torebki walkmana z kasetą zawierającą jeden z ulubionych albumów. Nie włączyła go. Schowała urządzenie tam, gdzie zawsze — w wewnętrznej kieszonce blisko serca, choć serca otwarcie raczej nie okazywała. Muzyka pełniła dla niej ważną funkcję testera: pozwalała zmierzyć, ile czułości potrafi wydobyć i unieść jej bagaż porządku. Czuć bez konieczności reagowania — a to była rzadka forma bezpieczeństwa.
Wysiadła z samochodu, poprawiła spódnicę, sprawdziła ukryte notatki z planem dnia i wzięła oddech — precyzyjny, odmierzony, jak przed rozpoczęciem operacji. Zawsze zaczynała od ustawienia parametrów bazowych. Dopiero potem mogła wejść w środowisko. Spojrzała raz na starą część szkoły, raz na dobudówkę, po czym ruszyła w stronę wejścia krokiem łączącym samokontrolę z cichą determinacją: Trzeba zdebugować świat. Zaczynając od siebie.
***
Edyta weszła do łącznika i przystanęła na chwilę, jakby przełączała kolejny znany sobie tryb: próg między światem zewnętrznym a szkołą był dla niej granicą kontekstu. Tam — dom: twarde zasady, listy oczekiwań. Tu — obcy ludzie, instytucja rządząca się własnymi regułami, błędami i lukami do rozpoznania. Już wcześniej odnotowała ceglaną fasadę od ulicy Dworcowej, dalej łącznik, „tysiąclatkę” — otynkowany blok klas — oraz salę gimnastyczną po lewej, w której ustawiono stoły dla nauczycieli niczym panel sterowania. Ta potransformacyjna hybryda architektury działała na jej zmysły: zimne mury, echo rozmów i kroków, zapach świeżej farby, a także nuta stęchłej wilgoci — wspomnienie po powodzi, zapisane w ciężkości powietrza.
Dla Edyty szkoła była interfejsem. Wejście — procedura. Apel — protokół. Ocena — wynik. Inni przeżywali początek roku jako podniosły rytuał pierwszych ławek, nowych zeszytów i strojów galowych. Dla niej to była mapa zależności i możliwych ścieżek, także takich, które prowadziły ku ucieczce. Myślała o olimpiadach, o nagrodach poukładanych w jej pokoju jak pliki, o Optimusie 486 czekającym w kącie — symbolu świata leżącego poza prowincjonalnym Sokołowem. Cele miały u niej postać planu: programować, rozwiązywać zadania, zdobywać kolejne punkty dostępu do świata, który przestawał być tylko małym miasteczkiem.

W korytarzu w pobliżu sali gimnastycznej rozlegały się rozmowy, śmiechy i papierowe szelesty. Nauczyciele przy stołach w środku okazałego pomieszczenia stali się kolejnym źródłem danych: dyrektorka w kwiecistej sukni, nauczycielka w ciemnoszarej garsonce — mimika, gesty, zajmowanie przestrzeni sygnalizowały hierarchię i to, kto trzyma serwer.
Edyta obserwowała ludzi z precyzją neurochirurga i dystansem socjobiologa, ale nie było w tym chłodu bez uczuć — raczej intensywne, skoncentrowane czytanie sygnałów. Rejestrowała drobne oznaki rodzącego się życia szkolnego: dziewczyny wymieniające krótkie uśmiechy, komentarze o jutrzejszych lekcjach, kogoś zaciągającego się papierosem przy krańcu dziedzińca. Nie szukała natychmiastowych sympatii; mierzyła reakcje, analizowała wzorce zachowań i ich powtarzalność. Jej dobry kolega Michał Nowak — niepozorny, uporządkowany „matematycznie” — był dla niej jasnym punktem na radarze, stabilnym procesem, zawsze gotowym do konsultacji przed testem. Rozpoznała też inne twarze z podstawówki, spostrzegła również osoby z większych konkursów naukowych — potencjalne węzły do wymiany zasobów intelektualnych — a także lokalne anomalie, jak dotąd nieznana jej romska artystka Aishe Mirge, czy „punkty chłodne” jak dwaj szkolni łobuzi — Maciej Chaber i Michał Mazur, klasyczne wyjątki w systemie moralnym, które należało ominąć albo zawczasu zmapować ich schematy na wypadek ewentualnej konfrontacji.
Jednak etykiety, które im nadawała, nie wyczerpywały rzeczywistości; były jedynie wygodnymi punktami orientacyjnymi w chaotycznym morzu informacji, bardzo przydatnymi w ocenie sytuacji dla kogoś takiego jak ona.
Myśli Edyty na ogół oscylowały między dwoma biegunami: „Jak to działa?” i „Jak mogę to przekształcić, żeby działało po mojemu?”. Edukacja miała dla niej funkcję instrumentalną — środek, nie cel. Lubiła logikę, rywalizację i klarowność olimpiad, nienawidziła rozmów o niczym, pustych gestów i instytucjonalnej hipokryzji. Umiała przybrać fasadę pobożności w kościele czy na lekcjach religii, bo pozór ułatwiał funkcjonowanie w systemie. Jednocześnie głęboko pod planami tliło się nieuporządkowane pragnienie: żeby ktoś dostrzegł ją nie tylko jako wynik, ale jako człowieka z własnym wnętrzem.
Kiedy porządkowano listy uczniów, nowe twarze jawiły się jej jako pola do przeszukania. Nauczyciele rzucili krótkie instrukcje: kto gdzie powinien stać, jak ustawić rzędy, kto powinien stanąć na końcu. Edyta ustawiła się w miejscu przeznaczonym dla pierwszoklasistów i obserwowała tłum z boku. Wszystko układało się w jej głowie jak logiczna tablica. Czuła mechaniczny spokój — miała już przygotowane mentalne scenariusze na szczególne przypadki. Nie oczekiwała od nowych kolegów i koleżanek serdeczności tak bardzo, jak pragmatycznych sojuszy, ale to nie znaczyło, że brakowało jej wrażliwości — po prostu jej sposób przeżywania świata był inny.
Głos dyrektorki, wyraźnie podniesiony i lekko piskliwy, odcinał się od zgiełku i wymuszał ciszę. Jej przemowa sunęła jak przelewające się pakiety danych — trzeba je było przyjmować uważnie, bo część ginęła w hałasie. Szulc stała i słuchała beznamiętnie, gdy nagle poczuła czyjeś spojrzenie — to Michał skinął w jej kierunku, na co odpowiedziała minimalnym ruchem.
W takich chwilach, jak procedura rozpoczęcia roku szkolnego, Edyta mogła odnosić wrażenie, że stanowi jedynie fragment większego programu. Ale pod tą sekwencją kryło się coś kruchego i niełatwego do policzenia: własny, niemy apel, by ktoś ujrzał w niej coś więcej.



