Ulrich nie spał. A w każdym razie, sądził, że nie spał… Sny i koszmary ostatnich dni zlewały się w jedno, a rzeczywistość, słabo oddzielona od sennych majaków nabierała cech snu. Pamiętał jeno schwytanie, a przed schwytaniem dawne porachunki, które raz po raz dawały znać o siebie.
– Kto to był…? – nie raz Ulrich sam gadał do siebie, kiedy przypominał sobie jeszcze raz moment pojmania.
Pojmania, nałożenia zimnych kajdan o ostrych brzegach i kopniakach, które sprawiły, że zarył twarzą w muł. Może był to Dietrich? Zawsze siedział cicho, może z tego siedzenia knuć mu się zachciało. Albo może Franz? Franz był dobry przyjaciel i znał go, ale… Może znał za dobrze?
Otrząsnął się ze wspomnień. Do diabła z przeszłością. Wyjdzie z tego przeklętego mamra, znajdzie, kto go wpuścił i skóry będzie pasami zdzierać z niego. O, tak.
~
Ulrich zmęczonym wzrokiem spoglądał na więźnia, który zdawał się już całkiem postradać rozum. Tyrada o “kamieniu, który nie śpi”, strażnikach, szczurach i imionach w paru jeno zdaniach utwierdziła Ulricha, że musiał siedzieć tu długo. Zbyt długo.
Oblicze oprycha, którym był Ulrich, skrzywiło się z niechęcią. Ciemne włosy, teraz w półmroku czarne, odsłaniały groźne oblicze, pokiereszowane i ukształtowane przez pięści, które czasem zdarzało mu się przyjąć w jego fachu. Jego sylwetka, ukryta pod szatami, była sylwetką wojownika. Wychudł jednak pokaźnie przez czas, jaki tu przebywał.
– Pierdolenie – Ulrich odruchowo zareagował na jego słowa i splunął z pogardą.
A potem… Cóż, potem było jeszcze gorzej.
Najpierw rumor na zewnątrz, niby wystrzał z kanonady. Ulrich ocknął się, jak gdyby ktoś go wyrwał z głębokiego snu. Tutaj? W tym przeklętym mamrze, coś się dzieje? Rzecz niemożliwa… Ale jednak. Ustęp - ten śmierdzący, obrzydliwy ustęp, który sprawiał, że kaszlał mimowolnie, kiedy tylko zbliżył się - rozpękł się, niby wejście do najczarniejszych, najbardziej obsranych i obszczanych głębin piekieł. Na tym jednak się nie skończyło. Człek z karceru począł wrzeszczeć, niby przypiekano go ogniem, zaś za ściany robactwo i szczury uciekały, doprowadzone do pasji przez… No właśnie przez co?
Ogień, oczywiście. Nie było żadnych wątpliwości. Uderzenie niechybnie musiało rozbić lampę w sąsiednim pomieszczeniu, rozlewając olej albo też zapalając cokolwiek innego. Zatem pożar. Wkrótce zleci się tu straż - obrazy migały w umyśle Ulricha - straż, która pozabija ich, nie chcąc się kłopotać z problemem uciekających więźniów. Oczywiście, jeśli nie zrobi tego najpierw ten szaleniec z karceru.
Powstał na równe nogi, spoglądając na swoich towarzyszy. Jeden z nich, ten z kneblem w ustach (po co kneblować człeka, który już był uwięziony, pomyślał Ulrich?) już rozglądał się, czy przypadkiem nie skoczyć w otchłań na dole.
– Panowie – skinął głową do współwięźniów. – Czas już chyba opuścić przybytek?
Wychodek bez żadnych wątpliwości musiał kończyć się wyjściem na rzekę, jako że Bögenhafen było miastem portowym. Ściek także musiał być patrolowany, przynajmniej w części, przez straż, jednak… No właśnie. Z powodu zamieszania, teraz zapewne mniej. Może w ogóle?
Jedynym szkopułem było to, czy przypadkiem nie zemdleje od smrodu i nie utonie w śmierdzącej wodzie, ale przecież równie dobrze mógł wkrótce zostać zabity z pałą strażnika we łbie lub też spłonąć żywcem.
Ulrich w paru krokach był już przy wychodku, zamierzając zobaczyć, jak głęboko jest i czy przejść można…
Bardzo dobra decyzja z tym przejściem na nowe forum, jestem pewien, że wyjdzie to wszystkim na dobre. Świetna robota, obsługo.

