Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
SantorineS

Santorine

@Santorine
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
336
Tematy
4
Udostępnień
0
Grupy
2
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Kultyści - Lato 2519 - komenty
    SantorineS Santorine

    @Pipboy79

    No to przywróciłem ten kawałek na doku 😉

    Komentarze

  • Kultyści - Lato 2519 - komenty
    SantorineS Santorine

    Jak coś, to Egon, kiedy widzi nadpływający statek w stronę Jutrzenki, od razu woła do Jutty, że to pewnie piraci i każe ludziom Gezackta i Silnemu wypić eliksiry. Sam też wypija swój.

    Komentarze

  • Kultyści - Lato 2519
    SantorineS Santorine

    - Nie wciskaj mi kitu. Dzwon opóźnienia co najmniej. Nie, nie, nie. Tu gdzieś grasują ci przeklęci piraci. Nie widziałeś, że tylko my byliśmy na tyle szaleni aby popłynąć w górę rzeki? Musimy przepłynąć ten kawałek jak najszybciej. Jak dobrze pójdzie to może do wieczora będziemy już w Salzenmund. Albo chociaż w Tettens. To już prawie na rogatkach Salzenmund. Tam już powinniśmy być bezpieczni. Ale na razie żadnych przestojów. Zresztą zobacz, nie dość, że deszcz zaczął padać to jeszcze mgła się podnosi. - Stary szyper wydawał się być zirytowany prośbą. I widać było, że nie chciał tracić czasu na coś innego niż bezpośrednia podróż do stolicy. A przed dziobem widać było, że opary zaczynają się unosić. Jeszcze dość rzadkie ale nie wiadomo jak bardzo zgęstnieją.

    Rolf ze zniesmaczoną miną odszedł od niego i przeszedł przez krypę, na dziób do Egona i Burgund.

    - No weźcie z nim pogadajcie co? Przecież ja nie do Salzmundu chciałem płynąć. Tylko aby naszych ludzi zgarnąć. - Popatrzył na nich prosząco. Okazało się, że w porannym zamieszaniu, Wagner zgodził się zabrać go jako dodatkowego ochroniarza. Ale teraz, jak padał deszcz i jeszcze mgła zaczynała się podnosić, to nie chciał tracić czasu na dodatkowe kursy w poprzek rzeki. I nawet jeśli by zyskał z pół tuzina zbrojnych to tylko chwilowo. Musieliby mieć ogromne szczęście aby akurat w tym momencie zaatakowali ich piraci. A każdy pacierz opóźnienia, to był dłuższy czas przebywania na niebezpiecznych wodach. Uznał więc, że gra jest niewarta świeczki. Rolf był więc mocno niepocieszony, bo gdyby Wagner nie ustąpił, to w ogóle by się nie spotkał ze swoją bandą. A przecież liczył, że dzięki niemu, przewiezie ich na drugi brzeg.
    - Faktycznie mgła się podnosi. - Lars pokiwał głową i siedział po sąsiedzku na jakiejś skrzyni. Starał się nie wpadać w oko obu Skaeligom więc trzymał się przy samym dziobie. Ale liczył, że zaabsorbowani Anniką, nie rozpoznają w nim wrogiego współplemieńca. Nie groziło mu to aż tak, jak blondwłosej córce wodza. Burgund i Rolf na chwilę spojrzeli na niego i przed dziób. Miał rację. Widać było coraz więcej oparów unoszących się nad wodą ale na razie nie przeszkadzało to w podróży.
    – Pogadamy, pogadamy – rzekł Egon, puszczając oko do Larsa.

    Póki co, podróż z Norsmenami, jak i ich samo zaakceptowanie przez szypra przebiegały bez żadnych kłopotów. Rzecz nieco przyprawiała Egona o podejrzenia, że mogło kroić się coś grubszego ze strony ludzi z północy, jednak, nie: Astrid posłusznie podziewała się pod pokładem i jak najdalej od dwójki brodaczy, Lars zaś ciągle był na dziobie.

    Pozostało wszak dopełnienie słowa danego Rolfowi. Egon, który w gruncie rzeczy planował, żeby ich piraci zaatakowali, miał ochotę na sporą dozę ryzyka. Mgła zaś… Mgła zaś była dobrym znakiem, że coś wkrótce miało się wydarzyć.

    – Czuj duch – mruknął do towarzyszy i podszedł do szypra. – Ano, panie Haynrich Wagner – rzekł Egon, przypominając sobie, aby wymówić jego imię poprawnie. – Cóż to za sprawa, z tym Rolfem? Człek dołączył do nas, bo chciał jeno w pół drogi przejść. Czegóż to się boicie? Macie nas i dwóch berserkerów z Norsci na pokładzie. Po mojemu, to ci piraci powinni bać się nas, a nie my ich – zaśmiał się pokrótce.
    - A tak, oni. - Stary szyper zmarszczył brwi i nieco wychylił się aby spojrzeć w stronę dziobu. Ale dwaj Norsmeni dalej gadali z Anniką. Więc chociaż wyglądali jakby dopiero co wysiedli z długiej łodzi, to zachowywali się w miarę spokojnie. Jeszcze za nimi widać było Larsa i Burgund. On opierał się ramionami o mokrą burtę a ona usiadła na beczce jak na krześle, skrzyżowała ramiona i oboje obserwowali przebieg rozmowy z Wagnerem. - Oni się dziś pobili z tymi żołnierzami. Wczoraj wieczorem też się bili. Z tymi Norsmenami to niepewna rzecz. Nigdy nie wiada co im do łba strzeli. - Stary marynarz gderał jak zwykle imperialni mieli w zwyczaju gdy mówili o ludziach z północnych wybrzeży Morza Szponów. Zupełnie jakby spodziewał się, że ci dwaj zaraz rzucą się z toporami na niego i jego załogę. Pokręcił trochę głową i wrócił spojrzeniem do gladiatora. - No może bić się w karczmie umieją. Krzepko wyglądają. Ty i twoi koledzy też. Tylko ta dziewczyna to w ogole. - Przyznał jakby doceniał możliwości bijatyki u całej piątki. Ale przy Annice się a tyle zawahał, że znów spojrzał w stronę dziobu. Ona w ogóle nie wyglądała krzepko. Raczej jak jakaś córka szefca czy kramarza. Ale pewnie też widział jej bójkę z dzisiejszego poranka. I sądząc po twarzy w ogóle nie spodziewał się po niej takiego numeru. Pokręcił głową z lekkim niedowierzaniem i znów wrocił do gladiatora. - Taka chuda raczej. Jak ona dała radę tak im przywalić? - Nie mógł się nadziwić nad tym kontrastem. Zwłaszcza, jak teraz pokojówka bretońskiej szlachcianki, spokojnie siedziała okryta płaszczem i rozmawiała z Norsmenami.
    - No dobra ale to was jest może z pól tuzina. A skąd wiesz ile jest tych piratów? Może dziesięciu? Może tuzin? Może stu? Nie wiadomo. Ale gdzieś tu grasują. A widziałeś, że tylko my ruszyliśmy w górę rzeki? No to jak oni gdzieś tu grasują to za bardzo nie będą mieć wyboru kogo napaść. A ten cały Rolf mi mówi, że mam przybić do brzegu i przewieźć jego ludzi na drugi brzeg. Żartowniś! Normalnie to czemu nie. Zapłaciłby za nich to bym ich przewiózł. Ale teraz? W każdej chwili mogą się pojawić ci piraci. Tylko nie wiadomo kiedy i gdzie. Teraz? W obiad? Przy kolacji? Dopiero w Salzenmund będziemy naprawdę bezpieczni. Tak wielkiego miasta to ci piraci nie odważą się napaść. Czemu ich nie dopadną wilcze statki! Na co ja płacę podatki?! Eh wszystko by tylko mewy pożarły. Jeszcze, żeby ten Rolf z nami płynął to mógłbym się zastanowić. Mówi, że u nich wszyscy mają łuki to by nawet mogło nam się przydać. Ale on mówi, że do Salzenmund płynąć nie chce tylko na drugi brzeg. To co ja z tego mam? Stratę dzwonu albo dwa. A tyle może nam zabraknąć aby dotrzeć do Salzenmund. Wtedy trzeba będzie nocować w Tettens. O ile i po drodze nie będzie innych opóźnień. - Stary szyper kręcił głową i wydawał się być zirytowany propozycją Rolfa. Zapewne też odczuwał zdroworozsądkowy poziom obawy przed napaścią piratów i wolał jak najszybciej przebyć niebezpieczny teren. A w obecnej sytuacji, tylko stolica prowincji zdawała mu się bezpiecznym portem.

    Egon uśmiechnął się lekko pod nosem. Wojownik przyznał, że logika szypra miała pewien sens - gdyby on sam miał okręt pod sobą, to zapewne też unikałby czegokolwiek, co mogło nosić jakiekolwiek znamiona niebezpieczeństwa. Zaiste, Egon podejrzewał, że sam wkrótce mógł znaleźć się w takiej właśnie sytuacji, mając kogę albo krypę jakiego innego rodzaju, do której będzie ładował brańców. To były jednak deliberacje, na które Egon zostawił sobie czas na później.

    Musiał sprawić, żeby szyper dostrzegł w tym i swój zysk.

    – Cóż, jak byśmy tego Rolfa nie spotkali, to tak czy inaczej byśmy płynęli bez nich w górę rzeki – zauważył gladiator. – Jeno z nami i z tymi północnikami, co żem ich spotkał w Błękitnym Łabędziu. A co, jak byśmy kazali mu opłacić rzecz z góry albo żeby dał łuki w zastaw? Coś zyskać na tym musimy… Uzbroimy tym ludzi i sprzęt będziemy mieli, albo niechaj płacą z góry spory grosz. Ile byś rzekł? Co myślisz o tym?

    Egon czekał na odpowiedź Wagnera. Sam był ciekaw jego odpowiedzi i sam nie był do końca pewien, czy przypadkiem nie było lepsze dla nich, aby Rolf został na pokładzie… W istocie, im dalej się nad tym zastanawiał, stanowisko szypra było mu chyba bliższe, niż samego Rolfa. Być może - myślał Egon - może udałoby się zmusić Rolfa do współpracy? Ciekawa rzecz. Choć chciał usłyszeć, co powie szyper.

    I, rzecz inna, szyper mógł mieć rację, że piratów mogło być więcej, niż ich samych. Egon co prawda nie znał się na kaperstwie tak, jak Lars, ale spodziewał się, że skoro dotychczas piraci rzeczni byli tak efektywni, słowa szypra mogły mieć w sobie ziarno prawdy. Mogli i spotkać statek z ponad czterdziestoma wojownikami. Tedy, imaginował Egon, zostawienie Rolfa mogło mieć sens. Tylko… Egon chciał, żeby ich napadli.
    - E. A co mi po ich łukach? Miejsce będą zawalać, potem trzeba będzie je sprzedać w którymś porcie. - Szyper skrzywił się na taki pomysł i widać było, że w ogóle mu nie podpasował. Nad kolejnym jednak zastanawiał się chwilę dłużej.
    - No może. - Zaczął kręcić głową na boki, jakby go przymierzał jak pasuje. - Takie dodatkowe ryzyko. Jeśli już tak koniecznie im zależy. A przecież sam widzisz, że mało statków na rzece teraz pływa więc nie mają zbyt wielkiego wyboru. - Po kolei obracał te kolejne punkty w myślach. - No to jak już to dwadzieścia monet za każde pół klepsydry na czekanie na nich lub kurs w poprzek rzeki. Mnie to w ogóle nie na rękę. Mnie pasuje płynąć jak najszybciej w górę rzeki aby przed zmrokiem dotrzeć do Salzenmund. I nie czekam na nich dłuzej niż klepsydrę. I po dziesięć monet od głowy za każdego z nich. Może być pięć jeśli dopłynął z nami do Kurtenwalden. I po jednej jeśli do Titten. - Podał swoją cenę. I chociaż Egon nie znał rzeki i te nazwy nic mu nie mówiły, to jednak szyper wydawał się być gotów zaryzykować za dodatkowy zarobek. Klepsydra na jaką wskazał miała wielkość kilku pacierzy więc pewnie przesypanie się piasku do końca oznaczało jeden dzwon lub podobnie.

    Egon wzruszył ramionami na te rewelacje. Nie był do końca przekonany co do opuszczenia statku przez Rolfa, teraz, kiedy czekał na nich najtrudniejszy odcinek. W gruncie rzeczy, Egon wolałby, żeby banda zaatakowała już zaraz, przynajmniej mogliby się obronić przed nią przyzwoicie.

    Z drugiej strony, nie mógł nie przyznać szyprowi racji, przynajmniej co do logiki, dla której miałby zatrzymywać się dla Rolfa. Rolf jednak wiedział, na co się pisze - mógł pogadać z szyprem co do kwestii schodzenia na ląd.

    Zdecydowawszy więc, że nie obchodziła go cała sprawa Rolfa, postanowił zdać rzecz człekowi.

    – Dobry pomysł – pokiwał do szypra. – Pogadam z nim.

    Podszedłszy z powrotem do Rolfa, rzekł prosto:

    – Wagner gada, że jak chcecie wejść na ląd, to dwadzieścia koron za pół godziny postoju – rzekł wojownik. Z góry.

    I zamilkł, ciekaw reakcji Rolfa.
    - Ile?! No chyba zwariował! On ma w sobie krasnoludzkich przodków!? - Rolf aż poczerwieniał ze złości jak usłyszał cenę za tak krótki transport.
    - No ale wiesz, on by musiał zatrzymać całą łajbę. Więc to trochę jakbyś chciał wynająć całą łódź i załogę na te pół dzwonu czy ile. - Burgund zwróciła mu uwagę na ten portowy aspekt. Łucznik sapnął, złapał się za biodra i popatrzył za burtę na mijany las. Ten wydawał się być ciemną, ponurą ścianą. Na jej tle widać było krople padającego deszczu.
    - Robi ci przysługę. Jak ja bym dowodził łodzią, to w ogóle bym się nie zatrzymywał na niebezpiecznych wodach. Kazałbym płynąć aż będziemy bezpieczni. Ale pewnie liczy, że ci twoi nas wzmocnią, gdyby doszło do ataku. - Lars niespodziewanie odezwał się. Łucznik spojrzał na niego jakby rozważał w głowie jego słowa.
    - Jak mu nie zapłacisz, to popłyniemy dalej. Aż do Salzmundu albo aż nas napadną. Tam będziesz mógł wysiąść i szukać chętnych co będą płynąć z powrotem. Ale sam widziałeś rano jak szyprowie chętnie rwą się na rzekę. - Burgund zrobiła małe podsumowanie dla nowego kolegi. Ten pokręcił głową i ze złością splunął za burtę.
    - Dobra, niech będzie. Zapłacę mu. Ale więcej nie mam, nasza szefowa ma. Więc to ona będzie mogła zapłacić resztę. - Rolf westchnął i chociaż uważał, że to droga zabawa to jednak postanowił się zgodzić na takie warunki.

    Egon wzruszył ramionami. Koniec końców, nie jego złoto pójdzie do szyprowej kiesy, toteż złość Rolfa spłynęła po nim, niby krew po futrze Gnakowych gorów. Pokręcił głową, bo nie podobała mu się jednak ta robota jako chłopca na posyłki między szyprem a Rolfem, jednak cóż zrobić, życie potrafiło przywieść na najdziwniejsze ścieżki.

    Wróciwszy do Wagnera, rzekł:

    – Gada, że zapłaci, ale całego złota nie ma – rzekł Egon. – Weźmiesz złote korony od niego, może i wyrobią się w ten czas, ale Rolf gada, że resztę zapłaci ci jego pryncypałka. Co rzekniesz? Chyba lepszego interesu nie ubijemy, bo mało kto by w kiesie tyle złota tachał, szczególnie na tej rzece.
    Stary szyper obracał ten pomysł w myślach. Trochę pokiwał głową, trochę nią pokręcił. I w końcu spojrzał w dal, ku dziobowi, na czekającego łucznika.
    - Dobra. Niech będzie. Jak zapłaci za pół klepsydry to poczekam na niego pół klepsydry. - Wskazał ręką na piaskowy czasomierz widoczny przy rufowej nadbudówce. - A jak ta jego szefowa zapłaci za przejazd i resztę, to popłyniemy na drugi brzeg aby ich wysadzić a nie to płyniemy dalej aż do samej stolicy. - W końcu niechętnie ale się zgodził na taki układ. Gdy Egon wrócił a dziób przekazać wieści Rolfowi to ten skinął mu głowa.
    - Dzięki. Co za sknera z niego. - westchnął cicho ale poszedł na rufe. Po krótkiej rozmowie z szyprem obaj zniknęli z widoku gdy poszli do wnętrza nadbudówki. A gdy wyszli obaj wydawali się ciut weselsi. Łucznik wrócił na dziób “Jutrzenki”. - Dobra, powiedział, że przybije gdzie trzeba. I będzie odmierzał czas tą jego przeklętą klepsydrą. Mam nadzieję, że nasza ekipa jest w tej tawernie na miejscu i nie trzeba będzie ich szukać. - mruknął do Egona i jego towarzyszy.

    Egon zerknął na Larsa, dał też znak Silnemu. Zebrawszy swych towarzyszy, milczał parę dłuższych chwil, aby zebrać swe myśli, przemówił w te słowa:

    – Widzicie tą mgłę? Po mojemu, jak ta banda rzecznych kutasów zoczy, że jakaś barka będzie marudzić albo przybijać do brzegu, obskoczą nas, jak psi sukę. Silny, weź to.

    I położył eliksir wzmacniający do Silnego.

    – Dałem już łucznikom Gezackta dekokty na wzmocnienie wzroku, może im to coś pomoże, może nie. Jak tamci przypłyną jaką kogą, możecie ich siekać do woli, ale jeśli będzie to lądowa zasadzka, walczcie tak, żeby wycięli załogę, a myśmy mieli przetrwać. Silny, Rune, my będziemy wbijać się klinem, ty Lars, boś był ranien, walcz po flankach. Gezackt i jego ludzie, a także Rolf ostrzelają ich, zanim się zbliżą. Będzie ciężko, ale poradzimy se… Już moja w tym głowa, hehe. Norsmeni niechaj siekają po swojemu, oni będą naszym wsparciem. Jak wpadną w szał bitewny, ciężko będzie na nich polegać.

    Zwrócił się jeszcze do Anniki:

    – Annika, trzymaj się blisko mnie – rzekł Egon. – Srebrnym Hełmom w mordę dałaś, ale ci tutaj to okrutne diabły, gdyby mogli, to oskórowaliby nas żywcem. Walcz przy drugiej flance.

    Egon poklepał swój topór zakasany za pasem.

    – No? To gotowi? Czuj duch, myślę, że niedługo zrobi się znacznie ciekawiej.

    ~

    W miarę jak płynęli w górę rzeki, deszcz padał dalej a mgła gęstniała. W ciągu kilku zakrętów zrobiła się na tyle gęsta, że widać było tylko z pół setki kroków przed i za “Jutrzenką”.
    - To już niedaleko. Przybijemy do molo i spotkam się z moimi kamratami. I niech ten sknera nas przewiezie. - Rolf już cieszył się na myśl o spotkaniu z twarzyszami. I wcale nie ukrywał swojej niechęci do starego szypra, który wykorzystał sytuację aby zedrzeć z niego ostatnie pensy.
    - Ta mgła robi się coraz gęstsza. - Lars mruknął pod nosem. Teraz już ledwo widzieli zarys brzegów.
    - Statek przed dziobem! - Okrzyk z rufy, zaalarmował załogę i pasażerów. Wiele osób wychyliło się przez burty aby lepiej widzieć. Z gęstej mgły wyłonił się ciemny dziób. Potem zarys kadłuba i żagla.

    Żagiel był w czerwono - białe pasy. Łajba wydawała się większa niż “Jutrzenka” i miała wyższe burty. Ale te morskie kogi co przypływały do Neus Emskrank, były jeszcze wyższe i większe. Nawet “Stara Adele” była większa niż ta krypa co płynęła z przeciwka. Nie różniła się jednak za bardzo od łajb jakie mijali wczoraj lub były przycumowane do pomostów “Błękitnego łabędzia”. Z powodu jednak gęstej mgły, dojrzeli ją gdy była już dość blisko. Ponieważ była to pierwsza jednostka jaką spotkali od opuszczenia rzecznego zajazdu, to wzbudziła ciekawość i załogi i pasażerów. Wagner nieco odbił w bok aby mogli się swobodnie minąć. Ale łajba z przeciwka też powtórzyła jego manewr.
    - Co ten dureń robi! Ślepy jest! - Szyper krzyknął rozzłoszczonym tonem. Dał znak aby sternik jeszcze bardziej naparł na wiosło sterowe aby uniknąć kolizji. “Jutrzenka” coraz bardziej kierowała swój dziób ku brzegowi.
    - Stwarza zagrożenie rzeczne. - Jutta też wyglądała na zaskoczoną i zirytowaną zachowaniem większej jednostki. Wzięła gwizdek w swoje gościnne usta i zaczęła gwizdać jakieś sygnały. Nie widać było jednak żadnej reakcji u drugiej jednostki.

    Rozgrywka import

  • Rozmowy użytkowników z obsługą
    SantorineS Santorine

    @Nabuchodonozor napisał:

    @JhnW kurka czyli lipa z kampanią komiksową

    Niekoniecznie, warto rozważyć zewnętrzne hosty: Postimages, imgur czy ImgBB. Co prawda nikt nie przyrzeknie, że Twoje obrazy będą tam wiecznie, w praktyce te opcje pozwalają na zahaczenie obrazów na bardzo długi czas, który pozwoliłby na zarchiwizowanie sesji, a na pewno na przeprowadzenie jej w całości.

    Forum

  • Rozmowy użytkowników z obsługą
    SantorineS Santorine

    @JhnW napisał:

    Rzucę jeszcze jedną rzecz, czy macie potrzebę lub chcę otrzymywać powiadomienia push z forum? Właśnie do mnie dotarło, że nie mamy zainstalowanego plugina nodebb-plugin-web-push który rozwijają twórcy forum

    Jak przez mgłę pamiętam, że jeden z użytkowników (@lubesz bodajże) wypowiedział się, że fajnie by było, gdyby te powiadomienia były także gdzieś indziej, niż ściśle na tabie w forum. Z tego, co pamiętam, one są (chyba - do zweryfikowania) domyślnie wyłączone i można je konfigurować w ustawieniach konta, więc jeśli ktoś nie chciałby, mógłby je po prostu wyłączyć. Ja jestem na tak.

    Forum

  • W co byście zagrali? Lista życzeń.
    SantorineS Santorine

    Sesje, w które bym zagrał tudzież sam poprowadzę niedługo:

    1. Dark fantasy z niebezpieczną walką. Prawdopodobnie SotDL, choć być może Ironsworn też pasowałby. Być może nawet kontynuacja pewnej sesji z LI.
    2. Planescape, któraś z kampanii Monte Cooka lub jej fragment (wydaje się, że wiele z nich ma modularne podejście i posiada mini-przygody wewnątrz większej fabuły). Spheres of Power i Might, choć pewnie bez Guile. Pracuję nad złożeniem mechaniki w taki sposób, żeby dałoby się to rozegrać tak, jak gram z drugą edycją. Wygląda obiecująco, choć przygotowanie jest znacznie bardziej czasochłonne.
    3. Trzecia księga kampanii Age of Ashes, którą została rozpoczęta na LI parę lat temu. Pathfinder 2e.

    To powyżej to luźne rozważania, w którą stronę będę zmierzał w zależności od dostępności graczy i czasu.

    Sondy

  • Kultyści - Lato 2519
    SantorineS Santorine

    A wydawało się, że w regularnej bitce Annika już nie jest taka mocna. Tak jak już wcześniej zauważył Silny, była drobniejsza i fizycznie słabsza od przeciętnego męża, zwłaszcza takiego co używał przemocy na co dzień. Teraz jak już nie było mowy o zaskoczeniu to wydawało się, że wreszcie dostanie za swoją butę i arogancję. Srebrne Hełmy też chyba to zauważyli bo krzyczeli dopingując kolegę. - Dołóż jej Mark! Za Helmuta! Za naszych kamratów! - Wreszcie wydawało się, że są górą i za chwilę jak tylko obejdą stoły to już razem ją wykończą. A i pokojówka bretońskiej szlachcianki dostała już kułakiem w brzuch aż ją przygięło. Próbowała trafić oponenta skrawkiem kufla ale trafiała na zasłonę jego ramion na jakich miał kolczugę więc efekt musiał być minimalny.
    - Te. Kolejka jest. - Silny bez ceregieli obrócił jednego z wojaków posuwających się za Markiem w ciasnej alejce między ławami i stołami. Egonowi zostało zablokować tych dwóch co biegli aby wsiąść Annice na plecy. Wyglądało jakby łysy za chwilę wywoła bójkę z trzema żołnierzami ale w tym momencie Srebrny Hełm zdzielił Annikę w szczękę na tyle, że się zachwiała. Tak samo jak ona wcześniej nie dawała pardonu jego kolegom, tak i teraz on od razu wykorzystał okazję i zdzielił ją jeszcze raz. Tego ciosu już nie zdołała zatrzymać i upadła na ławę. A on od razu wpadł na nią, przygniatając ją do ziemi swoim ciałem. Impet był jednak zbyt duży i ława przewaliła się z głośnym hukiem, zrzucając ich oboje pod stół. Teraz widzieli głównie ich splecione nogi. Przez resztę żołnierzy przebiegł ryk triumfu. Nawet zapomnieli o Silnym. Łysy zresztą też starał się dojrzeć coś w tej ciasnej kotłowaninie pod stołem. Tylko na jego twarzy pojawił się wyraz niepokoju. Podobnie jak u Norsmenów.
    - Jeśli to jest valkyrja… To da radę… - Solmund wymamrotał w napięciu. Podszedł bliżej aby cokolwiek zobaczyć.
    - Ta arena jest źle utrzymana! Widownia nic nie widzi! Przenieś mnie na tamtej stół! Nic nie widzę! - Theo też krzyknął ale z oburzenia, że traci takie widowisko. I kazał Plujce przesadzić się na stół bliższy walce.
    Egon z tymi dwoma hełmami i tak był najbliżej. Widział, że Annika jest w poważnych tarapatach. Wojak wciąż był na wierzchu dzięki czemu swoją masą, przygniatał ją do podłogi. Nawet jeśli splątani i pod stołem, obojgu było im niewygodnie i nie mogli zadawać ciosów z całej siły. Walił kułakiem gdzie popadło i nie wszystkie ciosy udawało się kobiecie przyjąć na ramiona. Słychać było po jej bolesnych stęknięciach, kiedy ją boleśnie ugodził. Już prawie wyczołgali się po drugiej stronie stołu. Tu było nieco więcej miejsca. Na twarzy Marka widać było gniew i nienawiść. Jakby zamierzał zatłuc bezczelną dziewkę gołymi rękami. I tak ją przygniótł do ziemi, że wydawał się być tego bliski. Ale wtedy stojący blisko krawędzi stołu dzban z winem przewrócił się od tych wygibasów jakie czynili i zawartosć wylała mu się na głowę. To go na moment zaskoczyło i oślepiło. Zamarł z kułakiem w górze jaki nie spadł na już ledwo zasłaniającą się Annikę. Jej to wystarczyło. Obiema dłońmi złapała jego głowę i pchnęła. Potylica zderzyła się z krawędzią stołu i męzczyznę zamroczyło. Czarnowłosa nie czekała. Złapała go i brutalnie przcągnęła go do siebie. Wbiła zęby w jego szyję. To obudziło Marka. Zawył boleśnie na całą karczmę. To był przerażający wrzask kogoś ugodzonego śmiertelnie. Wtedy Annika trzasnęła go kastetem w skroń. Po tym ciosie przewalił się bezwładnie w bok. Większość karczmy niezbyt widziała co się działo pod stołem. Więc zrobiło się bardzo cicho. Ale Egon był ledwo kilka kroków od niej. To widział. Widział jak z przegryzionego gardła krew mężczyzny trysnęła na twarz czarnowłosej. Jak ciężko dysząc kładzie zakrwawioną dłoń na ławie. Podnosi się obolała po tylu ciosach. Jak na ławie zostawia odcisk krwawej dłoni. Jak krew ścieka jej z ust i brody. Jak odwraca się do grupki Silnego. I wypluwa z ust krwawy ochłap. Wyglądała tak przerażająco, że nikt się nie ruszył. A jak strzepnęła dłoń to parę kropel poszybowało łukiem i spadło na twarz gladiatora.
    - Siedem. To siódmy. - Rune wydukał jakby z miał trudności z wyrwaniem się z jakiegoś letargu.
    - To leć. Tobie było śpieszno. - Łysy złapał tego co wcześniej miał nóż w ręku i bez ceregieli popchnął go w stronę Anniki. Odwaga jednak całkiem opuściła żołnierza. Z rozpędu poleciał parę kroków ale zdążył wyhamować ze trzy kroki przed nią. Minę miał mocno nietęgą. Wydawało się, że chęć zmierzenia się z kobietą całkiem już z niego wyparowała. Ale ten ruch jakby i ją przebudził. Wrzasnęła dziko i rzuciła się w jego stronę. To był dziki wrzask jaki szarpał nerwy i pobudzał krew w żyłach. Dłonie robiły się wilgotne i same zaciskały się w pięści. Na języku i podniebieniu czuło się metaliczny smak krwi. I oddech przyspieszał jak tuż przed walką. Przestraszony żołnierz nie miał żadnych szans. Odwrócił się aby uciekać ale czarnowłosa furia dopadła go wcześniej. Złapała za plecy i trzasnęła jego głową w kant stołu. I jeszcze raz. I znowu. A jak zwiotczał to puściła go i upadł u jej stóp jak truchło. Ona znów wydawała z siebie triumfalny wrzask jaki całkiem nie pasował do gardła młodej kobiety. Tylko przez tą krew na twarzy widać było głównie białka jej oczu i biel zębów. Wydawały się ostre i gotowe szarpać i rozrywać mięso tak jak gardło Marka przed chwilą.
    - To jakieś szaleństwo! - Oficer Srebrnych Hełmów został przy ich stole. Teraz jednak wysjąl zza pasa pistolet i wycelował w rozjuszoną, czarnowlosą furię.
    - Rzuć to! Straż rzeczna! Rzuć to powiedziałam! - Jutta wreszcie znalazła swój łańcuch. Podsunęła mu ją lewą ręką pod twarz. W prawej trzymała swój pistolet tuż przy skroni oficera. Ten zważył to w głowie i uznał, że nie chce jeszcze umierać z przestrzeloną głową. Więc odłożył broń na stół.
    - Potrzymam ci to. - Burgund zaoferowała się i skwapliwie zgarnęła jego pistolet dla siebie.
    - Osiem. To był ósmy. - Rune wbełkotał i popatrzył na Norsmenów. Faktycznie ten ostatni wojak jakiego właśnie zmasakrowała Annika był ósmym.
    - Naznaczyła nas. Jesteśmy jej przypisani. To wola bogów. - Solmund dojrzał parę krwawych kropel na twarzy gladiatora i swojego towarzysza. Sam też miał jedną czy dwie, chociaż dotąd żaden z nich nie walczył osobiście. Silny zresztą też.
    - Zobaczcie na jej plecy! - Thorstar wrzasnął wskazując na plecy Anniki. Na białej koszuli widać było czerwone plamy, pewnie od wina czy od czegoś. Ale układały się w dwa półkola na łopatkach.
    - Krwawe skrzydła! Ma krwawe skrzydła! To ona! To jest valkyrja jakiej szukaliśmy! Ona poprowadzi nas do walki! - Solmund wydarł się w ekstatycznym uniesieniu. A Annika rzeczywiście wrzasnęła dziko, że aż krew się gotowała a ostatni stojący na nogach wojacy spojrzeli w jej krwawą maskę z przestrachem. Ona zaś runęła na nich wznosząc swój drewniany kastet do ciosu.
    - Za valkyrją! - Wrzasnął Solmund i ruszył za nią. Thorstar tak samo.
    - No wreszcie! - Silny ucieszył się a, że miał bliżej, zdzielił czołem najbliżej stojącego żołnierza.

    Egon wreszcie wysupłał skryty za kaftanem gudendag i bez dalszego gadania ani ceregieli rzucił się w bój. Przez parę chwil myślał, że Annika rzeczywiście polegnie na placu boju, szczególnie, kiedy tamci poczęli wyciągać sprzęt. Udało się jednak. Żołnierze zostali pokonani i, co ważniejsze, Norsmeni rzeczywiście zdawali się wierzyć w to, że jest wybraną Krwawego Ogara. Egon nie wątpił, że owa rzecz z czasem będzie możliwa do łatwego wykorzystania.

    Tymczasem, Egon z krzykiem młócił swym gudendagiem, aby wraz z kompanami dać odpór Srebrnym Hełmom.

    Trzeba było tylko pamiętać o tym, żeby, kiedy tylko przyjdzie odpowiedni czas, zrejterować na okręt.
    Wspólnie runęli na Srebrne Hełmy i spuścili im solidny łomot. To nie wydawało się aż takie trudne. Narastająca atmosfera niedowierzania samotną walką jednej dziewki z całym oddziałem żołnierzy, to jak jak po kolei padali z jej ręki. Czy to było wojenne szczęście czy jak wierzyli obaj Skaeligowie, wsparcie bogów, to nie miało znaczenia. Dodało szczyptę niesamowitości do tej walki. Jak na koniec samotnej walki, Annika wyglądała dziko z twarzą wymazaną krwią, to wzbudziła powszechny lęk. Cała izba jakby zamarła a coraz więcej osóob wstawało i biegło ku drzwiom wyjściowym. Zaś wojacy całkiem stracili serce do walki. Gdy jeszcze czwórka tęgich wojów dołączyła do szarży czarnowłosej, to wydawało się, że Srebrne Hełmy padali pod ich ciosami jak łan zboża pod ostrzem sierpa.

    Jak skończyli to okazało się, że wyszli z tego zwarcia chyba bez większego szwanku. A na stole, ławie czy podłodze leżeli pojękujący z boleści żołnierze co jeszcze parę chwil temu, byli tacy pewni siebie i szydzili z jednej dziewki służebnej.

    - No i by było na tyle. Eh, słabych teraz robią tych wojaków. To już z tymi orkami było więcej zbawy. - Silny niby gderał ale wydawał się być szczęśliwy, że znów mógł komuś spuscic łomot.
    - To nic wam nie jest? Cali jesteście? - Burgund na szybko podeszła do nich i starała się wybadać w jakim są stanie. Ale raczej wszyscy stali na własnych nogach więc nie był tak źle.
    - Rzuciliście na nich wszyscy to już nie było jak liczyć. - Rune też się zbliżył. Patrzył z ekscytacją na powalonych przeciwników.
    - A więc to ty! To ty jesteś valyrją jaką zesłali nam bogowie! - Solmund poklepał Annikę po plecach i śmiał się w niebogłosy.
    - Kim? - Czarnowłosa popatrzyła na niego zdezorientowana. - Cała jestem uwalana krwią. Ma ktoś jakąś wodę? Muszę się umyć. Jak ja wyglądam? Dobrze, że mnie moja milady teraz nie widzi. - Wydawało się, że Annika jakby wybudzała się z letargu i dopiero zaczynała rejestrować swój stan.
    - Ja czułem, że to ona. Chociaż jak ten między stołami ją dopadł to przez chwilę nie byłem pewny. Ale valkyrja sobie poradziła. Czyli jest valkyrją. No i ma krwawe skrzydła. - Thorstar zwrócił się do Egona ale też było widać, że raduje go zrealizowanie przepowiedni jaka ich obu sprowadziła do krainy południowców.
    - Ojej. Ale się narobiło. - Juttta podrapała się po głowie gdy patrzyła na to całe pobojowisko jakie urządzili na środku tawerny.
    - Wspaniała! Wspaniała! Nasza nowa gwiazda areny! - Theo zaklaskał w swoje pulchne dłonie i podszedł do nich wszystkich. Wydawał się być zachwycony wyczynem Anniki i widział jej występy na swojej arenie. Zatrzymał się przy Egonie i zadarł głowę do góry. - Powiedz mi przyjacielu, kiedy twoja koleżanka mogłaby nas odwiedzić? Wieszczę jej wspaniałą karierę. A jakbyście oboje wrocili do ho ho! Pomyśl jaka byłaby z was para championów! - Zaśmiał się jakby czuł pierwszy smak świetnego interesu.
    – Zaiste, trza by was odwiedzić kiedyś – zgodził się Egon. – Ale najpierw chyba będziemy musieli zawitać na północ…

    Egon rzeczywiście był zdania, że po tym wszystkim trzeba będzie złożyć Norsmenom wizytę. Rozumiał to w świetle nadciągających bitek - tą z gorami, które strzegą ołtarza, na ten przykład, choć, rzecz oczywista, posiadanie prywatnej armii ludzi z Norsci mogłoby wyjść im tylko na korzyść.

    Mając do dyspozycji Annikę jako tą, która mogła kontrolować Norsmenów, mógł mieć całą drużynę wykidajłów z Norsci.

    Zdawać się jednak mogło, że im dłużej pozostawali w Błękitnym Łabędziu, tym więcej kłopotów będą mieli w niedalekiej przyszłości.

    – Dobra, nie zawijamy się? – zapytał Egon. – Dopóki ktoś nie wezwie posiłków…
    - Więcej ich tu chyba nie ma. - Lars stanął obok gladiatora i podziwiał pobojowisko. Jak odgłosy walki ucichły to pierwsi goście zaczęli ostrożnie wracać z zewnątrz albo zaglądali przez okna. Ci co zostali w środku, z ciekawości też zaczęli podchodzić bliżej aby popatrzeć.
    - To my z Juttą, pójdziemy ją umyć. - Burgund rzuciła mu krótko i we trzy poszły w stronę bardachy aby doprowadzić Annikę do porządku.
    - A więc bogowie nie zadrwili z nas. Naprawdę trafiliśmy na valkyrję jaką nam zesłali. - Solmund westchnął i wyglądał na szczęśliwego. Odprowadzał wzrokiem trójkę odchodzących kobiet. Plama na plecach pokojówki milady, nadal przypomniała czerwone skrzydła.
    - Widzę, że się znacie z tą zacną wojowniczką przyjacielu. Czy powiesz mi kim ona jest? - Theo podszedł do Egona i zagaił. Też obserwował odchodzącą kobiecą trójkę aż nie znikły za drzwiami bardachy.

    Egon dał Theo znak, żeby odeszli nieco na ubocze, niby chcąc poczęstować Theo winem z antała. Upewniwszy się, że tamci są zajęci pobojowiskiem, rzekł do Theo:

    – Tak po prawdzie, i ja nie wiem, kim ona jest… – rzekł Egon, sam nie do końca pewien, czego był świadkiem parę chwil temu. – Jest to jedna z nas, ale nasi gadają, że nosi w sobie błogosławieństwo Pana Bitew. Tak być może… Wpadać w furię umie, niby ludzie z północy. Ale kto zacz albo skąd przyszła, ano, tego chyba nikt nie wie.

    Niziołek chętnie przyjął zaproszenie. I po chwili stali przy jednym ze stołów. Coraz więcej osób wracało do głównej izby. Zrobił się szmer głosów gdy podchodzili do powalonych Srebrnych Hełmów i komentowali właśnie zakończoną bójkę. Nawet jak się słyszało piąte przez dziesiąte, to dało się rozpoznać wrażenie jakie zrobiła czarnowłosa dziewczyna co przez większość walki samotnie stawiała czoła kolejnym wojakom. A jej dzikość, śmiałość i brutalność, kontrastowała z jej zwyczajnym wyglądem. Theo wziął drewniany kubek i wzniósł toast ku koledze.

    - No cóż. Sam widzisz przyjacielu jakie wrażenie zrobiła ta dziewka. Na naszej arenie nie będzie inaczej. Ja ci mówię, zrobiłaby furorę. Ty zresztą też. Ludzie do dziś pytają mnie czy nie wiem kiedy wrócisz, zapamiętali cię. No ale nawet jakbyś nie chciał już występować to mógłbyś być jej impresario. To byłoby dobre dla interesów dla nas obu. No i dla areny. Ludzie by przychodzili na takie widowiska. - Theo mówił z zapałem, jakby już widział ten sukces widowiska jaki przyniesie wielkie zyski tym co będą za nim stali. Niedaleko Thorstar i Solmund rozmawiali o czymś z ożywieniem. Widać było, że są w świetnych humorach. Silny pdobnie gadał z Larsem ale przy stole przy jakim wcześniej siedzieli. Adele, Ingrid i parę innych kelnerek i ladacznic zaczęły chodzić między powalonym wojakami, sprawdzając co z nimi.

    Egon pokiwał głową, choć bardziej to było dlatego, żeby nieco udobruchać niziołka, niż żeby rzeczywiście się zobowiązać do czegoś.

    – Arena to dobre miejsce do szukania wojowników – zaczął Egon, który nigdy nie przestawał myśleć o tym, że będą potrzebowali kupy mieczy, berdyszów i toporów, aby przemóc siły gorów w lesie z obeliskiem. – Onuż, widzisz, zda mi się, że na ten moment interesa nieco mnie zatrzymają, ale Annikę szło by zapytać. Ino, rozumiesz, ona będzie ze mną do końca tej podróży na pewno, a i tak na arenie nie zawsze bytować będzie, bowiem wykazała się przed swymi ziomkami z północy. Ale, jeśli by do areny więcej wojów by przyszło… Myślisz, że to byłby dobry interes? No, ale nie od razu.
    - Może Areny Steinhafen z dnia na dzień, nie uda nam się zrobić. Ale cóż, od czegoś trzeba zacząć. Eh, szkoda, że u nas nie można robić tych walk otwarcie jak w Salzenmund. Tam kiedyś jeden z elektorów miał fantazję, zrobić te areny to i do dziś działają. A u nas ktoś kiedyś za bardzo zapatrzył się na ten Reikland czy Nuln i jest zakaz. A szkoda, bo jest potencjał przyjacielu. Krwi nie oszukasz a w połowie każdy z tutejszych jest Norsmenem. A wiadomo, że oni lubią walki. Jakby udało się znieść ten zakaz to by dopiero można było rozwinąć skrzydła! Nie trzeba by się chować po podwórkach i krzakach. A jeszcze miasto portowe. To zawsze jest trochę przyjezdnych. Z Erengardu, Marienburga, nawet Norsmeni. Eh, można by rozwinąć skrzydła gdybyśmy mogli działać otwarcie przyjacielu. Ale i bez tego takie spektakularne walki przyciągają widzów. No a zwłaszcza walczące kobiety. To mimo wszystko nie takie częste. Zwłaszcza jak walczą tak widowiskowo jak twoja koleżanka. Byłoby na co popatrzeć. A jak tak to i zawodnicy by się znaleźli i widownia. - Niziołek był optymistą jeśli chodziło o scenariusz z występującą na jego arenie Anniką. Widział nawet jeszcze bardziej świetlaną przyszłość dla takich walk, gdyby zniesiono prawo ich zakazujące. Pokręcił smutno głową na to ograniczenie. Powszechnie było wiadomo, że zachodnie i południowe regiony Imperium, uchodziło za bardziej cywilizowane i rozwinięte. A te z północy i wschodu za zacofane i na wpół dzikie. Na Nordlanczyków patrzono z góry i podejrzliwie bo z perspektywy Altdorfu czy Nuln a nawet Middenheim, to za bardzo przypominali barbarzyńców z Norsci. Choćby właśnie na tradycję walk gladiatorów jakie w bardziej cywilizowanych prowincjach były od dawna zakazane albo musiały kryć się pod jakimś płaszczykiem tradycji czy zwyczajów.

    Egon wzruszył ramionami. Teraz, będąc pośrodku intrygi, która miała na celu pozyskać okręt do Kultu, nie miał ani głowy, ani czasu bawić się w kwestie areny. Ta, oczywiście, rzeczywiście zdawała się być interesującą okazją. Z tyłu głowy Egona powstawał plan, aby jakoś przeforsować lewymi ścieżkami, aby arena mogła być legalna.

    – Zrobić tak, by to było legalne to trudna rzecz – rzekł Egon. – Może ze wsparciem jakich szlachciców, milady van Hansen albo tego… Jak mu tam znowu było… von Holzbeck.

    Egon wzruszył ramionami.

    – Jak by kto miał wtyki do rady miasta, szłoby puścić famę, że czasy niebezpieczne, bo ktoś tam na świątynię Mannana się zamachnął i trza zbierać silnych wojów, żeby to wszystko ochronić, bo kto wie, co jeszcze stać się może.

    Wojownik klepnął niziołka z sardonicznym uśmiechem.

    – Ale trza by było nam sie jakoś rozeznać u szlachty. Byłoby trudno, bardzo trudno… Rzecz ciężka do przeprowadzenia, a i nie wiadomo, jak długo by to trwało, bo po mojemu to ja bym chciał to mieć na jutro, a jeszcze i na dzisiaj najlepiej – zaśmiał się. – Te gryzipiórki z rady mogą deliberować nad tym gównem całe miesiące. A może ty wyznajesz się, kogo by tam usadzić nad tą sprawą…? Stykłoby, żebyś komuś z nas dał znać, że temat jest, to może by ruszyli z tym.

    Egon jednak pokiwał głową i stwierdził, że musi o rzeczy pamiętać. Szczególnie ten Holzbeck, który zdawał się być zadurzony w Astrid (gdyby tylko wiedział, kim jest naprawdę!). Może on, jako pasowany rycerz mógłby przemówić w odpowiednie uszy?

    - Ha! Baron Holzbeck! - Theo zachichotał jakby nazwisko szlachcica nagle go rozbawiło. - A tak, poznaliśmy się wczoraj. Miał mi bardzo za zle, że zająłem apartament szlachecki i nie miałem ochoty go opuszczać. - Pokiwał głową i ze złośliwym błyskiem w oku, upił z drewnianego kubka jak na toast. Jak się uspokoił to pokręcił nim w dłoni.
    - Ale kto wie? Słyszałem, że do nas na turniej jedzie. A to rycerz Białego Wilka z Middelheim. No i wielki pan. Co prawda na wyjeździe nie aż tak wielki jak u siebie, no ale nadal tylko glupiec by go ignorował. Pewnie przy winie i na salonach, w rozmowie z kolegami i koleżankami, załatwiłby więcej, niż my siedząc cały dzień w urzędzie. No i wpada w oko kobietom. Moje sikoreczki, zwłaszcza Mira, to nie mogły od niego oczu oderwać. Nie dziwię się. Postawny, przystojny, bogaty rycerz z manierami. Któraż białogłowa by na niego nie poleciała? - Uśmiechnął się wyrozumiale ale zdawał sobie sprawę, że poparcie szlachty, może być kluczem do sukcesu zalegalizowania walk gladiatorskich.
    - A on mówił, że jedzie do nas na turniej, no to chyba lubi walki. Więc kto wie? Może by wsparł tą szlachetną inicjatywę. Można by mu coś posłodzić o tradycji wilkow i Orlyka aby był nam przychylniejszym. - Pod tym względem, zgadzał się, że baron jakby go przechylić na stronę tego pomysłu, to zawsze mógłby być ich sojusznikiem. Popatrzył chwilę jak służba zaczyna łapać i wyciągać pierwsze Srebrne Hełmy na zewnątrz.
    - A milady von Hansen zapewne też. Wszyscy wiedzą, że ona lubi jazdę konną, polowania i szermierkę. Jej pierwszej przedstawiłbym taki pomysł. A jeszcze chętniej jej ojcu. W końcu to głowa ich rodziny. Jego poparcie byłoby jeszcze cenniejsze. No ale jak skromny kupczyk winem miałby do nich dotrzeć? Za wysokie progi. - Zgodził się z Egonem także z tym pomysłem ale smutnie pokiwał głową, że nie ma co liczyć na bywanie w tak elitarnych kręgach miasta.
    - Ale miasto to nie jest domena szlachty. Ktoś od nich mógłby zorganizować arenę na swoim terenie. To chyba by przeszło. Ale wtedy w praktyce to on by się stał panem areny. A ja najwyższej zarządcą. Niezbyt mi się to uśmiecha. No chyba, że byłby to ktoś słabej woli lub bardzo nam przyjazny, co dałby się lepić jak wosk. - Zaczął nowy temat, o możliwościach legalizacji areny.
    - Pewniejszy wydaje się jakiś obiekt w mieście. Przecież tyle stoi pustych budynków, na pewno coś by się znalazło. Choćby dawna stacja dyliżansów albo zajazd “Biała gęś”. Wtedy ja bym był właścicielem lub dzierżawcą. To by potrzebna była uchwała rady miejskiej. Czyli trzeba by pozyskać tam głosy. A więc burmistrza, chociaż niektórych kapłanów, najlepiej Sigmara, Orlika albo Mananna. Aby nie było obaw o gniew bogów. No i sądu aby orzekł, że to zgodne z prawem. - Szybko wymienił składniki jakie uważał za istotne w legalizacji areny, jakby od dawna miał to przemyślane.
    - Jak widzisz, w tym procesie szlachta niby nie ma nic do gadania. - Podniósł głowę aby uśmiechnąć się chytrze do gladiatora. - Ale w praktyce mają swoje koterie i fanaberie. Nie jest łatwo im się przeciwstawić. Maluczcy często idą im na rękę bo tak prościej, nie chcą się narażać albo nawet mogą coś zyskać dla siebie. Zapewne jakby ktoś z kapitanatu portu, Akademii Morskiej, znanych mężów stanu mówił, że arena to dobry pomysł dla rozwoju miasta, to rajcy wzięliby to pod uwagę. Bo dziś jest głosowanie a jutro nadal trzeba mieszkać w tym samym mieście co ci szlachcice. Nawet ta diwa. Co prawda ona to śpiewaczka i aktorka więc raczej teatr i opera ja interesują a nie arena. No ale jakby Słowik Północy powiedziała, że taka arena to świetny pomysł to no cóż… Sam pewnie widziałeś przyjacielu, jak w Festag po mszy, całe miasto dla niej zwariowało. - Na koniec uśmiechnął się ale brzmiało jakby wierzył, że poparcie możnych i wpływowych ludzi w mieście, mogłoby zaważyć o pozytywnym rozpatrzeniu sprawy przez rajców miejskich.
    – Rzecz nie bez trudu – zauważył Egon. – A nam czas w drogę. Mądrze rzeczesz, ale mus nam załatwić rzeczy w Salzenmund, zanim zawitamy do stolicy prowincji raz jeszcze. Wtedy w miarę czasu szepnę rzecz do milady van Hansen albo i do jej ojca… Coś się zorganizuje.

    Skinąwszy głową, Egon rzucił okiem na swych towarzyszy: Larsa, Annikę, Juttę i dwóch Norsmenów, czy byli gotowi do drogi. Sam nie mógł się doczekać rozwiązania rzeczy z piratami rzecznymi i dopłynięcia do Salzenmund.

    – Szyper będzie nas szukał niedługo – zauważył. – Trza nam wybywać.
    - Ano tak jak rzeczesz przyjacielu. Ładne widowisko ście dali, ale mnie też czas dokończyć śniadanie i jeszcze czekam na wypiek rogalików aby mieć na popas podczas drugiego śniadania. To bywaj przyjacielu. I jak tylko wrócicie do miasta to odezwij się do mnie. Możesz zostawić wiadomość w “Pod jabłonią” u obsługi. Powiedz, że to ty, to mi przekażą wiadomość. - Poklepał w ramię gladiatora i odszedł do stołu przy jakim wciąż siedziały Katja i Mira. Za to z bardachy wyszła Burgund. Przez chwilę ludzie patrzyli na nią, ale jak nikt inny się nie pokazał to stracili nią zainteresowanie na rzecz wynoszonych na zewnątrz wojaków. Łotrzyca zaś szybko podeszła do kolegi.
    - Z Anniką już lepiej. Umyłyśmy ją i przebrałyśmy w czystą suknię. Zaraz wyjdą. - Zaczęła od tego co najważniejsze. Po czym trochę ściszyła głos. - Ona niewiele pamięta z końcówki. Ten początek tak ale odkąd wylądowała z tamtym drabem pod stołem to już niezbyt. To chyba trochę tak jak dostawała tego amoku i potem niezbyt to pamiętała jak rwała przez miasto. Lady Fabienne i Marissa mi opowiadały, że trudno było im ją utrzymać a ostatnio to musiały ją przywiązać do łóżka aby znów się nie zerwała. Jeśli to tak wyglądało jak teraz to już im się nie dziwię. - Lekko wskazała bokiem głowy na pobojowisko na środku rzecznej tawerny. Ale widocznie nie tylko dlatego wyszła z bardachy przed koleżankami.

    - A co z tymi dwoma? - zapytała patrząc na obu Norsmenów. Ci przysiedli przy jednym ze stołów i na razie raczyli się piwem z kufli. - Chcesz ich zabrać? A co z Larsem i Astrid? - Rozejrzała się. Wilk morski też wrócił do alkowy jaką zajmował wcześniej z Ingrid. I nadal z nią siedział. Co prawda przez chwilę nawet stał obok obydwu Skaeligów, ale rozmawiali w reikspiel i byli zaabsorbowani obserwacją walki więc być może obecność krajana z nieprzyjaznego plemienia im umknęła. Ale na odkrytym pokładzie “Jutrzenki” to już było dużo mniej możliwości na unikanie się. A córka jarla odkąd poszła z baronem na przystań to chyba ominęła całą awanturę bo nadal ich tu nie było widać.
    - No i co z Rolfem? Bo jakby miał z nami płynąć to trzeba pogadać z nim i z Wagnerem. Przecież my nie znamy jego ludzi i tej ich ślicznotki w spodniach co im przewodzie. - Przypomniała jeszcze o wątku jakim zajmowali się wczoraj i trochę dziś przy śniadaniu.

    Egon postanowił działać według planu. Astrid miała pierścień, zatem powinna już być na pokładzie Jutrzenki tudzież właśnie na niego wchodzić. Wojownik nie zamierzał stawać pomiędzy nią i Norsmenami, chyba tylko wtedy, jeśli mieliby się na nią rzucić.

    – Astrid już na pokładzie – rzekł Egon. – Solmund i Thorstar płyną z nami, zasilą nasze szeregi w bitce, jeśli do niej dojdzie.

    Na wzmiankę o Rolfie skinął głową.

    – A jest on gdzieś chociaż…? – zapytał. – Zdawało mi się, że ulotnił się zara wieczorem. Jeśli tak, to czekać na niego nie sposób. Po mojemu, poszukajmy nieco Rolfa, to go zbierzemy. Ale poza tym zabierajmy się do okrętu, jeno Annika wyjdzie i możemy wracać.
    - Przy śniadaniu go jeszcze widziałam. - Ladacznica o miedzianych włosach rozejrzała się po izbie. Wiekszość gości już zdążyła wrócić do środka i zaczynało być gwarno. Lars chyba też skończył jeść bo wyglądało jakby popijał z kufla i rozmawiał z płatną blondynką. Dwaj Skaeligowie wyglądali na wesołych i szczęśliwych ale zachowywali się spokojnie. Obsługa wynosiła ostatnich poturbowanych żołnierzy na zewnątrz a kelnerki zabrały się za sprzątanie podłogi i stołów pobojowiska po bójce.
    - O. Tam jest. - Łotrzyca w końcu wypatrzyła poszukiwanego mężczyznę, z jakim wczoraj grała w karty. Siedział przy jednym ze stołów i przyglądał się z kubkiem w ręce na to sprzątanie po bójce.

    Egon skinął głową i bez większego ceremoniału do Rolf, jednak wolno, by przypadkiem nie pomyślał, że Egon na niego zamierza natrzeć. Wielkie bary i muskuły wojownika bowiem niejednego przyprawiły o ciarki na grzbiecie.

    – Panie Rolf – Egon skinął głową nieco. – Żem słyszał od moich kompanów, że jakiś interes się kroi na rzece. Ponoć zabieracie ludzi w górę rzeki? Toć to my tam także płyniemy. Dołączycie do nas? Pogadamy z szyprem.
    Mężczyzna zadarł głowę gdy brodacz się przy nim zatrzymał i odezwał. Potem spojrzał na stojącą obok niego łotrzyce jaka mu towarzyszyła. Ta pokiwała swoją miedziana głową.
    - To mój kamrat. Płyniemy tą samą łajbą. Mówiłam mu, że szukasz przeprawy przez rzekę czy coś takiego. - Starała się być łącznikiem między nimi. Rolf chwilę wpatrywał się w nią po czym znów na gladiatora.
    - No cóż… No tak. Mnie i moim ludziom zależy na przeprawie na zachodni brzeg. Ale ci przeklęci piraci, wystraszyli wszystkich i mało co płynie w górę rzeki. - Potwierdził słowa Burgund. - No jak macie miejsce to chętnie popłynę z wami. - Zgodził się i wstał. Ale odwrócił wzrok w głąb izby. Zresztą nie tylko on. Z bardachy wyszły Jutta i Annika. Służka lady van Mannlieb odziana była w czystą suknię, chociaż też prostą jak do córki sklepikarza czy rzemieślnika pasowało. Obie ruszyły ku wyjściu się Skaelingowie zerwali się z miejsca i od razu do nich podeszli. Zaczęli o czymś rozmawiać półgłosem.

    Egon póki co zignorował Norsmenów, choć zamierzał podejść do Anniki zaraz. Według brodaczy z północy, była przecież ich walkirią, przeto była bezpieczna pośród nich.

    – Pójdź pan z nami – zaproponował Egon. – Myśmy są najemnicy na groszu szypra. Na korabiu kupa luda pod bronią, a i żeśmy niedawno zarekrutowali tamtych dwóch, widzisz? – wskazał na Solmunda i Thorstara. – Okrutni wojownicy. Przy nas pan będziesz bezpieczny, ale może być i tak, że szyprowi trza będzie groszem sypnąć, abyście przeprawić się mogli. Ale przed tymi rzecznymi szczurami was obronimy, już nasza w tym głowa.

    Egon tymczasem spoglądał na Annikę i Norsmenów, gotów do czegokolwiek, co tamci mogliby dokazać.
    Rolf faktycznie spojrzał na czwórkę przy środku izby. Dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Oni w swoich kolczugach i z toporami, mieczami u pasa, wyglądali na zawodowych wojaków albo najemników. Kochanka Huberta, w swoich jasnych bryczesach i kurtce oraz szablą u pasa, wpisywała się w wizerunek rzecznego oficera albo urzędnika. Dobitnie podkreślał to łańcuch na szyi jaki zdążyła założyć pod koniec bójki. Z nich wszystkich, to czarnowłosa pokojówka bretońskiej milady, sprawiała wrażenie zwykłej dziewczyny. Dość prosta spódnica bez większych ozdób, brak widocznej broni, poza małym nożem u pasa jaki nosiła większość dorosłych bo było to uniwersalne narzędzie codziennego użytku. Widać było, że koleżanki zdążyły także poprawić jej włosy, jakie świeżo po bójce były rozczochrane i nadawały jej dzikiego, niechlujnego wyglądu. Teraz zaś miała je ułożone w praktyczny kok z tyłu głowy.
    - To ona. Ta co rozwaliła tych żołnierzy. - Właśnie Annika najbardziej skupiła uwagę Rolfa. Patrzył na nią przez chwilę zafascynowany. Teraz wyglądała tak zwyczajnie, że nawet jak się było świadkiem bójki, to trudno było uwierzyć, że to ta sama dziewczyna. - A ona też płynie z wami? No ja mógłbym popłynąć. Ale ona nie wpadnie w taki szał jak teraz? Mam łuk. Na górze. Musiałbym pójść po niego. - Mówił trochę nieskładnie. Ale z bliska widać było, że ma na sobie brązowy kubrak jaki był popularny wśród zwiadowców i myśliwych. I mógł dawać pewną symboliczną ochronę przed ciosami. Tymczasem czwórka przy stole chyba się dogadała bo z wolna zaczęli się zbierać do wyjścia.
    – Jak wpadnie, to ciebie bić nie będzie – Egon zaśmiał się krótko. – Ona od nas jest, jakby coś poszło nie tak, to ja jestem przecież i pozostali.

    Egon co prawda nie był pewien, w jaki sposób Norsmeni mogli zareagować na jego zapobiegawczą pięść w nos Anniki, jeśli ta straciłaby całkowicie panowanie nad sobą. Wojownik wiedział jednak, że we wszystkich przypadkach dotychczas wpadała w swój szał jeno wtedy, kiedy ktoś stał pomiędzy nią a Krwawym Ogarem tudzież kiedy ktoś próbował na nią napaść.

    – Styknie, że na nią nie napadniesz, panie Rolf. Ale trzymaj się od tych Norsmenów z daleka… Okrutne diabły, wczoraj im mordy kułem. Nie byle cherlaki, prawdziwe chujki z północy.

    I dodał:

    – Tak po prawdzie, jeśli będziecie się trzymać na tyłach podczas bitki, jeśli ta bitka ma być, to krzywda wam się nie stanie. Moi ludzie i tych dwóch ma już przykazane, co mają robić, takowoż rzecz pójdzie gładko. Po prawdzie my i trochę polujemy na tych rzecznych łyczków… Ot, ciekaw żem jest, jak to się gracko sprawdzali, że te statki łowili tak łatwo, a? Niemalże nie ludzie. Ale żem ostatnio z orkami się starł, tedy nieludzie mi nie straszne. Póki juchę upuścić idzie albo łeb odrąbać, tedy jakoś rzecz pójść musi.

    Egon założył dłonie na klatę.

    – To? Zbieracie się, czy wolicie traktem iść?
    - Widziałem. - Mężczyzna pokiwał głową na znak, że wczorajsze starcie na podwórzu też widział. Popatrzył jeszcze chwilę, jakby się zastanawiał. Czwórka akurat przechodziła obok nich. Burgund pozdrowiła ich skinieniem głowy.
    - To my idziemy na statek. - Jutta rzuciła im w przelocie i faktycznie po chwili wyszli na zewnątrz.
    - No dobra. To popłynę z wami. Tylko wezmę swoje rzeczy z góry. - Rolf się w końcu zdecydował.
    - No i dobrze. To po drodze będzie z kim w karty grać. - Łotrzyca uśmiechnęła się do niego a on do niej. I poszedł szybko ku schodom prowadzącym na piętro. Wtedy z kolei Lars podszedł do gladiatora. Już widocznie pożegnał się z blondwłosą ladacznicą z jaką spędził noc.
    - Czyli jednak płyną z nami? - Zapatrzył się na wychodzącą z tawerny czwórkę. - Sam nie wiem czy się cieszyć czy obawiać. No ale jeśli miałaby być bitka z tymi rzeczniakami, to powinni się przydać. Jakby Annika powiedziała, że mają nie ruszać Astrid to chyba powinni posłuchać. - Wilk morski rozważał jak to się może rozwinąć jak już znajdą się z dwoma wojownikami Skaeligów na jednej, niezbyt dużej łajbie.
    - Jeśli Astrid zostanie w kajucie to może w ogóle się nie spotkają. Myślę, że Jutta mogłaby jej umilić czas. Ja zresztą też bardzo chętnie. A wy chłopaki jak chcecie to też wpadnijcie. - Burgund zaśmiała się filuternie i beztorsko.
    - Kto wie, kto wie. - Norsmen uśmiechnął się także ale spojrzał na nich oboje chytrze. - Rozmawiałem z Ingrid. - Wskazał na biuściastą blond ladacznicę, z jaką spędził noc. - Powiedziała mi, że szlachta tu całkiem często bywa. Tak z Salzenmundu jak i Neus Emskrank. Także lady van Hansen. I milady bardzo ceni sobie możliwość porozmawiania z Ingrid po naszemu. Bo z ladacznic to ona mówi najlepiej po norsmeńsku. Faktycznie nieźle chociaż za Norsemenkę to raczej bym jej nie wziął. Ale nieźle. Podobno nawet milady proponowała jej przejście do niej na służbę i Ingrid to na poważnie rozważa. - Podzielił się z nimi od płatnej blondynki.
    – Im więcej luda na pokładzie, tym lepiej dla nas – rzekł Egon, który, choć co prawda cenił wojów, spodziewał się, że w przypadku Rolfa mówili o mięsie armatnim, które łatwo można było poświęcić podczas abordażu. – Mają bronie, łuki? To będą się bronić, od, tyle w temacie.

    Rzekł jeszcze do Larsa:

    – Astrid niech lepiej w ogóle nie wychodzi z tej kajuty. Pierścień ma, ale wiesz, na wszelki stłuczaj. Diabeł wie, może tam jeszcze ją rozpoznają, pomimo niego. A tak, Astrid zaleczy rany i przyda nam się w Salzenmund, a Norsmeni obronią krypy. Prosty rachunek, bym powiedział.

    I wreszcie, klepnąwszy paru towarzyszy po plecach na znak dobrze rozpoczynającej się przygody, przestąpił próg Błękitnego Łabędzia. Łaknął bitki niby chędożenia, bowiem spotkanie z piratami miało zaowocować przejęciem ich barki…

    Rozgrywka import

  • Kultyści - Lato 2519
    SantorineS Santorine

    Egon śniadał strawę bez oszczędzania się, wiedząc, że czeka go długi dzień. Rozważał rzeczy, które wcześniej rzekli mu jego kamraci - Astrid, Lars, a także Annika i woje Hans i Rune.

    Zdawało się, że zarekrutowanie dwóch krewkich berserkerów było słusznym posunięciem. Egon spodziewał się, że bitka z piratami może być okrutna, toteż jakikolwiek dodatkowy topór przechylał szalę na ich korzyść.

    Toteż pożerał pajdy chleba i suszone mięsiwo, jakie serwowali w karczmie na zapas, słuchając gadki swych towarzyszy.

    - A to wasza koleżanka chędoży się z kobietami? - Solmund zapytał patrząc na plecy odchodzącej czarnowłosej, jakby się nad czymś zastanawiał.

    Egon popił, odchrząknął i odparł na słowa Norsmena:

    – Tak po prawdzie to chędoży się z kim ma ochotę – zaśmiał się krótko. – Kiej podoba jej się który albo która, to idzie z nim do alkowy, ot, cała rzecz.
    - Aha. Czyli nie tylko z kobietami. Ale z kobietami też. - Solmund pokiwał głową i podobnie jak wczoraj, wymienił się z kamratem spojrzeniami.
    - A jakie to ma znaczenie z kim ona się chędoży? - Łotrzycy tematy figlów były bliskie jej sercu więc od razu się nim zaciekawiła.
    - No valkyrje są dziewicami. Szlachetnymi i dumnymi. I zbierają wojowników z pola walki. Połowę do Kargara a połowę do Freyi. Freya wybiera pierwsza kogo zabierze. A zwłaszcza są jej miłe dzielne wojowniczki. Większość poległych w boju wojowniczek idde do jej królestwa. - Solmund zaczął wyjaśniać jak to wygląda w ich wierzeniach.
    - I co to ma wspólnego z Annika I z kim ona figluje? - Rudzielec pokręciło głową na znak, że na razie nie widzi związku. Obaj Norsmeni uśmiechnęli się a ten bardziej wygadany ciągnął dalej.
    - No bo jak nie ma żadnej dużej bitwy aby zbierać wojowników, to valkyrje niezbyt mają co robić. A tam mężów nie ma aż tak wielu jak i Kargara. Więc jak tańce, śpiewy i polowania im się znudzą. To sami chyba wiecie co mogą sobie robić takie piękne kobiety. - Solmund uśmiechnął się ironicznie gdy opowiedział tą ciekawostkę. Jego kamrat pokiwał głową i tym razem włączył się do rozmowy.
    - Tak i sama Froya ma swój dwór z najpiękniejszych i najdzielniejszych wojowniczek. Wiele z naszych tarczowniczek jest jej poświęconych. I one w jej dworze oddają jej cześć, usługują przy stole i w saunie, zabawiają ją a jak trzeba to chronią i są wysłanniczkami jej woli. - Thornstar gorliwie pokiwał głową jakby to była czysta prawda. Burgund popatrzyła na nich obu, na Silnego, na Jutte i w końcu znów na Norsmenow.
    - To trochę jak u nas z lady Soria. Też ją czcimy i jej służymy i ma swoje damy dworu. Najpiękniejsze z całego miasta. - Teraz łotrzyca pokiwała głową i niego stropiła obu przybyszy.
    - A to ta wasza lady Soria jest valkyrja? - Solmund zapytał z nutką szacunku i zainteresowania w głosie.
    - No cóż… - Łotrzyca zawahała się i spojrzała pytająco na Egona.

    Egon rzucił spojrzenie na Burgund pełne powątpiewania. Czy w istocie trzeba było rzecz zbaczać na Lady Sorię? Swoją drogą, zastanowił się Egon, cóż ciekawego syrena mogła porabiać, powróciwszy do Neues Emskrank od nieumarłego maga?

    – Dziewicą to ona raczej nie jest, chyba, że o czymś nie wiem – rozbawiony uśmiech przemknął przez oblicze Egona. – Ale trza rzec to, lady Soria mądra jest i wiele mocy posiada. I szlachetna i dumna i wiele dziewcząt ma pod sobą, co iście by odpowiadało temu, co rzeczecie.

    Egon wzruszył jednak ramionami. Nie był pewien, dokąd rzecz zmierza. Brodacz jednak wolał upozycjonować Annikę jako potencjalną walkirię Norsmenów, bowiem wiedział, że wkrótce będą mieli się przekonać o jej waleczności.

    – Nie wiem jak u was, ale ja żem w Norsce od szeptuchy słyszał, że tarczowniczki czasem potrzebują czasu, żeby się ujawnić i nie od razu rzecz może być taka łatwa do zobaczenia – rzekł. – Szeptucha rzekła mi, że czasem istoty takie jak ta chadzają między ludźmi i tylko szaty ludzkie przybierają.

    Egon wszakże nie był zaangażowany w rozmowę. Wojownik chciał czym prędzej wyruszyć do Salzenmund.
    Obaj Norsmeni, mieli miny, jakby głowili się nad odpowiedziami. Trochę pokiwali głowami, trochę pokręcili. Zanim się na coś zdecydowali to znów wtrąciła się łotrzyca. Przed chwilą parsknęła śmiechem, na uwagę, że dyskretna królowa ich kobiecej społeczności, miałaby być dziewicą. Teraz jednak odzewała się do obu wojowników.

    - A jak walkirie lubią figlować z kobietami, to może ja bym była waszą walkirią? - Zaproponowała i uśmiechnęła się wesoło do sąsiadów znad przeciwka.
    - Ty? Ty nawet miecza ani topora nie masz. To musi być wojowniczka. - Solmundowi ten pomysł wydał się absurdalny i tego nie ukrywał.
    - No i masz czerwone włosy. A ta valyrya ze snu miała czarne. - Thorstar wskazął palcem na włosy dziewczyny z ferajny, jakie były w kolorze czerwonej miedzi.
    - To ją jednak widziałeś? - Łotrzyca podchwyciła temat.
    - Tylko od tyłu. Biegłem za nią a ona miała czarne włosy. Ty masz czerwone. - Wojownik odparł bez większych ceregieli.
    - Tak ale chędożenie dziewek i czarne włosy to nie wszystko. - Jego towarzysz przyznał mu rację.
    - Jest jeszcze bestia jaka na nas czeka. O oczach płonących jak czeluście piekieł, szponach szarpiących ludzkie mięso i kłach wyrywających krwawiące jeszcze serca. Valkyrja poprowadzi nas do tej próby. - Thorsten mówił to wręcz flegmatycznie, jakby w ogóle nie robiło to wrażenia.
    - Kły wyrywające krwawiące jeszcze serca?! - Na Burgund przeciwnie, te słowa zrobiły ogromne wrażenie. - Wiecie co chłopaki? Macie rację, ja czarnych włosów nie mam a sam figlowanie z kobietami to nie wszystko. Gdzie mi tam do valkyrji! Śmiechu warte! Tylko bym wam przeszkadzała plątając się pod nogami. - Włamywaczka od razu zrezygnowała z pomysłu bycia walkirią. I mówiła jakby od razu chciała wybić wszystkim z glowy, że miałaby się zmierzyć z jakimiś bestiam wyrywającymi serca.
    - No ale tamta co poszła, to ma czarne włosy. - Thorstar przyjął jej słowa spokojnie i popatrzył na kolegę.
    - No ma. Ale nie ona jedna. - Wymownie wskazał na resztę izby. Jak się rozejrzeli to okazało się, że przynajmniej kilka innych kobiet ma czarne włosy. - No i kobieta południowców miałaby być valkyrją? - Popatrzył na kolegę jakby niezbyt mu pasował taki koncept.
    - No tak. To się raczej nie zdarza. Bardzo rzadko. I zwykle u branek co żyją u nas od dziecka. - Thorstar pokiwał głową na znak zgody.
    - Annika jest z sierocińca. Matkę trochę pamięta i ona raczej była stąd. Ojca nie zna. Więc kto wie? A i tak mówią, że każdy Nordlandczyk, ma w sobie ćwierć lub pół krwi Norsmena. - Łotrzyca uśmiechnęła się lekko i znów dwóch Norsmenów miało zagwostkę.
    – Mmm, prawda to, nikt nie wie, skąd pochodzi Annika – rzekł Egon, nagle zatrzymując się nad pochodzeniem Anniki.

    Wojownik milczał przez parę krótkich chwil. Zdawało mu się, że najwięcej o Annice może wiedzieć sama milady lub też ktoś ze starej gwardii w Kulcie. Ta podróż rzeką Salz była pierwszym razem, kiedy czarnowłosa dziewka przebywała z Egonem dłużej, choć sam słyszał o jej eskapadach po ulicach Neues Emskrank i próbach ucieczki.

    Przyciszonym głosem rzekł do Thorstara i Solmunda:

    – Onuż, widzicie, towarzysze broni, moi kompanioni nie raz rzekli mi, że owa czarnowłosa, co ją zwą Anniką wpadała w szał, rada bitki.

    Popiwszy nieco rozcieńczonego wina, ciągnął konspiracyjnym tonem:

    – Gadają, że została tknięta przez tego, co jest na każdym z polu bitew. Nie raz było tak, że jaki znajda miał w swej krwi domieszkę krwi północy. Sam żem widział, jak tknięta furią omal co nie rozorała bebechu pijanego draba w karczmie w stolicy prowincji. Gdyby to zwykła dziewka była, to zara by się przepraszać jęła albo potulna się zrobiła, a tu nie. Kuflem biła dziada po zapitej mordzie, trza było ją odciągnąć, bo gotowa by jeszcze oczy wyłupić tudzież szkło rozbite w gardziel wsadzić.

    Egon pokiwał głową, wspominając sobie te niedawne dzieje.

    – Harda jest, trza przyznać. Jeśli by tu jaka dziewka była pasowała na walkirię, to chyba ona. Jutta też umie kordelasem zakręcić, ale zda mi się, że wytrenowana odpowiednio, w szał nie wpada.
    - No pewnie, że nie. Tego jeszcze brakowało. Ja przecież jestem poważna urzędniczka i profesjonalistka. Muszę zachowywać się godnie do urzędu. - Jutta prychnęła jakby trochę rozbawiła a trochę zirytowała ją sugestia brodacza. Przez chwilę wyglądała jak na stateczną pracownicę ratusza wypadało. Chociaż jeszcze nie miała na szyi łańcucha jaki oznaczał, że jest celniczką. Burgund odwróciła się ku niej i przez chwilę patrzyła na nią jak na smakowite ciastko.
    - O tak, całe szczęście Jutta, że nie wpadasz w amok jak Annika. Jakbyśmy mieli łapać was obie po mieście albo co gorsza w lesie to chyba by nam do rana zeszło. Słyszałam od jej milady i Marissy jak trudno Annikę okiełznać a co dopiero jakbyśmy mieli was obie. - Łotrzyca pokiwała glową i przez chwilę, popatrzyła na chwilę po wszystkich zebranych przy stole. Dała się wyczuć nutka szyderstwa i złośliwości w jej głosie. A na koniec znów spojrzała na mytniczkę. Ta wzięła jej słowa za dobrą monetę i się też do niej uśmiechnęła. - Zawsze też ceniłam cię Jutta za ten chłód, opanowanie i profesjonalizm. To, że tak łatwo nie poddajesz się emocjom. - Dziewczyna z ferajny posłała urzędniczce słodki uśmiech a ta rozpromieniła się jeszcze bardziej na taką pochwałę. A wtedy naciągaczka znów wsadziła swoją szczupłą dłoń między uda kochanki, tak samo jak niedawno zanim obaj Norsmeni do nich dołączeni. I po cichym jęku mytniczki widać było, że cały jej profesjonalizm runął a ona przygryzła wargi i starała się zapanować nad mimiką twarzy. Cała ta scena rozbawiła i Silnego, Rune i obu Skaeligów, że gruchnęli śmiechem.
    - Czyli ta Annika umie się bić? - Solmund wrócił do rozmowy o pokojówce bretońskiej milady. Znów wymienili się spojrzeniami z kolegą.
    - Ale ona wygląda dość cherlawo. W ogóle mięśni nie ma. Jak dziewka służebna to wystarczy no i gładka jest. Ale aby komuś przylać? - Thorsten miał wyraźnie wątpliwości czy ta co niedawno siedziała obok nich, może być valkyrją jaką szukają.
    - Ha! Widzisz?! Mówiłem ci! - Silny wykrzyknął ucieszony bo Norsmen powtórzył wątpliwości jakie i portowy oprych już nie raz wyrażał czy Annika może być heroldem Norry.
    - Ale ma te sny nie? Bardziej niż wy. - Burgund nie przerywając zabawy z pachwiną brunetki, wypomniała koledze te wyjątkowe sny jakie miała czarnowłosa. Ten niechętnie skinął swoją łysą głową. - No i jeśli walkirie figlują z kobietami to Annice niczego nie brakuje. Dopiero co nam opowiadała jak to zabawia się ze swoją koleżanką z pokoju i ich milady. - Teraz spojrzała na obu Norsmenów aby pdkreślić, że to się zgadza z opisem jaki wcześniej przedstawili. Oni teraz na chwilę się stropili.
    - No ale jest cherlawa. Rączki jak patyczki. Ona by miała nas porprowadzić nas do walki? - Solmund nadal miał wątpliwości.
    - Bo ja wiem… Ta co mi się śniła to jakoś zbyt wielka nie była. Taka raczej szczupła… - Tym razem Thorstar miał wątpliwości ale innego rodzaju.
    - Hej! Patrzcie! - Burgund nagle otworzyła oczy i wskazała przed siebie. Egon też to dojrzał od razu jak pokazała ale Silny, Rune i Norsmeni musieli odwrócić się za siebie. Annika wracała z bardachy ale przechodząc obok stoły Srebrnych Hełmów, jeden z żołnierzy złapał ją za ramię.
    - A ty mała po ile jesteś? - Uśmiechał się do niej i zadzierał głowę do góry aby się lepiej przyjrzeć jej dekoltowi i twarzy.
    - Nie stać cię. Puszczaj. - Dziewczyna szarpnęła się ale widocznie jego uchwyt był dla niej zbyt mocny.
    - No mówiłem, że cherlawa. - Solmund mruknął. Egon też musiał przyznać, że on sam i pewnie większość z siedzących przy stole mężów, zapewne wyrwaliby się z takiego uchwytu.
    - Nie pyskuj mała. Przecież widzę, że nie jesteś z górnej półki. Więc nie kłam, że jesteś droga. Takie ladacznice jak ty zawsze są tanie. Mam rację chłopaki? - Zarechotał ubawiony i zwrócił się do swoich kamratów. Ci też zareagowali podobnie i widać mieli sporo radochy z obserwacji tej nieplanowanej rozrywki. - No to ile? Postaraj się to będziesz miała okazję spróbować prawdziwego wojownika zanim odpłynę z tej dziury! - Wojak bawił się w najlepsze i znów wywołał salwę śmiechu wśród towarzyszy.
    - Ale denny tekst. W każdym zamtuzie i tawernie się tacy trafią. - Burgund rzuciła swój pogardliwy komentarz do kolegów.
    - Ja gustuję w szlachciankach jakie by na ciebie nie chciały splunąć. Ostatni raz mówię. Puszczaj. - O dziwo Annika nie wydawała się speszona. Mówiła dobitnie i wydawała się pewna siebie. Chociaż stała przy stole pełnym Srebrnych Hełmów. Jej uwaga wywołała szyderczy śmiech wśród nich.
    - Widzieliście jaka pyskata dziwka?! Hej karczmarz! Co to za porządki!? Jak twoje ladacznice zwracają się do bohaterów Imperium?! - zawołał w stronę szynkwasu. Cala scena zaczęła przyciągać uwagę coraz większej ilości gości.
    - Ale to nie jest nasza dziewczynka. - Barmanka odkrzyknęła zza szynkwasu. Jej odpowiedź nieco zdziwiła wojaka.
    - Ha. Jeśli on jej zaraz nie puści. To powiem wam, że zaraz zrobi się tu ciekawie. - Silny wyszczerzył się i patrzył wyczekująco jakby lada chwila miało się zacząć jakieś widowisko warte oglądania. Obaj Norsmeni na chwilę na niego spojrzeli ale też to zamieszanie parę stołów dalej przykuło ich uwagę.
    - Jeśli ona jest valkirją to tak przyjacielu. Zaraz się zaczną dziać rzeczy. - Solmund wydawał się tak samo zafascynowany i czekał na rozwój wypadków.

    Egon konserwatywnie zaplótł dłonie. Duch niziołka, któremu manto spuściła Annika zdało się, zawładnął był kolejną karczmą, choć w tym konkretnym przypadku nie był żaden podpity, zapasiony drab, tylko prawdziwy wojownik.

    Niemniej… Jeśli Annika miała pokazać prawdziwą duszę owej “walkirii”, o której ciągle prawili ludzie z północy, to chyba nie było lepszej okazji. Egon szybko przekalkulował szanse Anniki: być może w krwawym boju do upadłego nie miałaby szans z nim, jednak szybki cios w oczodół mógł łatwo skonfudować napastnika.

    – Dalej! – zawołał Egon do Anniki. – Wiesz, co masz zrobić!

    Gladiator począł uważnie obserwować, co zrobi Annika. Nie wątpił, że wkrótce pokaże drabowi, że jest czymś więcej, niż tamten sądził. Egon jednak rozważył, że, jeśli trzeba będzie, to przyjdzie jej w sukurs.

    – Uważaj, będzie trzeba podejść i larum zrobić – mruknął do Burgund. – Zobaczmy, co zrobi…
    Rudzielec spojrzała na towarzysza, skonfudowanym wzrokiem. W przeciwieństwie do niego i kolegów, wyglądała na zaniepokojoną o pokojówkę bretońskiej milady. Zresztą Jutta też. Gdzieś za ich plecami, Egon dostrzegł, że ze swojej alkowy, Lars też zaczął bacznie się przyglądać scenie. Chociaż był jeszcze parę stołów dalej od Srebrnych Hełmów. Ale tam już akcja przyspieszyła. Annika chyba usłyszała głos gladiatora, bo na chwilę podniosła głowę ku niemu i skinęła nią. Ale to w tym rosnącym szmerze coraz bardz podekscytowanych gości chyba umknęło reszcie.
    - To ty jesteś jakaś cichodajka? - Wojak tymczasem prychnął i miał minę jakby już wygrał wyścig.
    - Dawaj stary, nie patyczkuj się z nią! Jakieś szlachcianki jej się marzą! Spójrz na tą tanią wywłokę! Koło szlachcianki to ona nawet nie stała! Widać porządnej knigi dawno nie miała! To by ją wybiło z głowy takie fanaberie! - Któryś z kolegów wojaka krzyknął do niego zachęcająco.
    - No! Słyszałaś! Zaraz cię nauczę pokory, pyskata dziwko! - Ten co trzymał czarnowłosą zaśmiał się chrapliwie jeszcze bardziej podbudowany przez kolegę.
    - Ty urodziłeś się głupi czy ktoś ci zbyt mocno grzmotnął w łeb i tak ci zostało? - Annika zapytała go zimno, całkiem ignorując te złośliwe docinki, zupełnie jakby ich nie dostrzegała. Ponieważ stała a wojak siedział na ławie, to patrzyła na niego z góry. I w ogóle nie wyglądała na przestraszoną. Jej zuchwałość zdumiała nie tylko jego. Aż otworzył oczy i usta szeroko, jakby nie wierzył co usłyszał. Zresztą chyba reszta izby też nie. Bo przez moment zrobiło się całkiem cicho. Jakby zły omen przeleciał przez salę. Annika wyglądała jak zwykła kelnerka, może służka jakiegoś szlachcica czy córka rzemieślnika. Młoda, szczupła, bez widocznej broni. Na ladacznicę to pasowałaby z urody i szczupłej sylwetki ale sprzedajne panny zwykle miały mocniejszy makijaż, śmielsze suknie i kolory aby wabić oko i podkreślić swoje kobiece atuty.
    - Hej! To odzywka z naszej ferajny! - Silny zawołał gromko i ryknął śmiechem. Zresztą nie tylko on. Po tej chwili gdy sala zamarła to teraz coraz więcej osób się zaczynało śmiać. Od razu widać było, że śmiałość czarnowłosej wzbudziła ich sympatię. Ale było też jawne szyderstwo z żołnierza jaki ja trzymał. Spurpurowiał on z gniewu i wstydu gdy rozejrzał się po izbie jak coraz więcej osób się z niego śmieje.
    - Faktycznie harda jest. - Przyznał z uznaniem Solmund. I on i drugi Norsmen, obserwowali przebieg wypadków z coraz większym zainteresowaniem.
    - Wystarczy ty pyskata dziwko! Zaraz cię nauczę respektu! - Warknął rozgniewany i szarpnął ją ku sobie i zaczął się podnosić. Nie zdążył. Annika, do tej pory tak spokojna i nieruchoma, nagle złapała go za głowę i z całej siły grzmotnęła go o blat stołu. Aż się odbił a wtedy złapała ją i trzasnęła jeszcze raz. Srebrny Hełm bezwładnie zwalił się na kolegi sąsiada. Cała izba zamarłą jeszcze raz. Tym razem z szoku i niedowierzania.
    - Hej! Zobacz! Załatwiła go jak tamtego niziołka w “Trzech gwoździach”! - Silny w podnieceniu szybko zerknął na Egona i Burgund co też wtedy byli świadkiem tamtego spotkania. A przez salę przebiegł szmer zdumienia. Do gości dopiero zaczynało docierać te kontrast między młodą kobietą co wyglądała jak zwykła dziewka służebna a gwałtownym brutalnym atakiem jakim właśnie rozprawiła się z opancerzonym żołnierzem. A skoro ją puścił to obojętnie zostawiła go za sobą i ruszyła w stronę stołu towarzyszy.
    - Hej! Gdzie idziesz wywłoko!? - Jeden z żołnierzy, pierwszy otrząsnął się ze zdumienia. I wstał gwałtownie. Złapał odchodzącą za ramię i gwałtownie odwrócił ją wokół ku sobie. Ale wciąż stał za ławą i właśnie na moment opuścił wzrok aby przez nią przejść. Czarnowłosa znów nie dała mu szansy. Cofnęła głowę i gwałtownie wyrzuciła ją do przodu. Jej czoło trafiło w twarz wojaka. Ten zawył boleśnie i złapał się za nią. Opadł plecami na stół wciąż wyjąc z bólu. Zamieszanie sprowokowało jakiegoś psa jaki zaczął ujadać. Ale nie było go widać.
    - Słamała mi nos! Ta cifka słamała mi nos! - Wył w ku sufitowi. A jego wrzask szarpał nerwy. Za to na twarzy czarnowłosej została jego krew. Co nadało jej nieco niepokojącego wyglądu.
    - Załatwiła już dwóch! - Rune wciąż był obolały po wczorajszym starciu z orkami. Ale teraz bez skrępowania kibicował koleżankami.
    - No pewnie. Jeśli jest valkyrją to załatwi kogo zechce. - Thorstar wydawał się być pewny tego co mówi. Jego słowa zdziwiły imperialnych sąsiadów.
    - Zwariowałeś?! Przecież ona jest tam sama a ich jest cała banda! - Burgund syknęła na niego ze złością. Zresztą Silny też miał mocno wątpiącą minę.
    - On ma rację. Jeśli ona jest valkirją to wypełnia wolę bogów. To jest jej próba. Jeśli jest godna to bogowie będą z nią i jej pomogą. - Solmund jednak wsparł zdanie wspóplemieńca. Łysy mięśniak z Neus Emskrank jednak tym razem nie wytrzymał.
    - Jesteś pewien? Ich tam jest cała banda. - Podobnie jak Burgund dostrzegał miażdżącą przewagę liczebną jaką Srebrną Hełmy miały nad osamotnioną Anniką. Jednego czy dwóch mogła załatwić z zaskoczenia. Ale teraz te efekt zdawał się kończyć. Po początkowym zaskoczeniu teraz coraz więcej wojaków przy tamtym stole wydawało się być gotowych wziąć odwet na bezczelnej służce jaka już powaliła dwóch ich kolegów. Ale mimo to dwaj Norsmeni nadal ograniczali się do obserwowania wydarzeń.

    Egon tym razem przyznał rację Silnemu i Burgund. Wiedział, że Annika mogła dać radę w szybkim, zajadłym ataku jednemu, może i dwóm, jednak cały tabun dorosłych chłopa to było pchanie się w kłopoty.

    – Walkiria czy nie, trza nam chronić swoich – Egon powstał, nieco nierad, że być może przyjdzie mu walczyć przeciwko Srebrnym Hełmom. – Burgund, Silny, idziecie? – rzucił jeszcze.

    Silnego potrzebował, gdyby rzeczywiście z całego piwa wyniknęła jakaś bitka i potrzeba by sprzedać pałę w łeb temu lub też owemu. Całe szczęście, że Egon na takie okazje Egon miał pod kaftanem, jak zawsze, pałę okutą metalem ze szpikulcem, której ongiś używał przy karczemnych bitwach takich, jak ta. Burgund zaś potrzebna była Egonowi do podniesienia larum na karczmę, że Srebrne Hełmy zwykłych luda biją lub też wycwanienia się z tej sytuacji.

    Podszedłszy na bliski dystans, Egon zawołał donośnie:

    – Hejże, panie! Godzi się to, by żołnierz carski nastawał na dziewkę? Zdało mi się, że cesarzowi służyć macie, a nie, jak zbiry pospolite mieszczan się czepiać!
    - Właśnie! To mają być bohaterowie Imperium?! Pieski reiklandzkie a nie Srebrne Hełmy! Tylu chłopa na jedną dziewczynę?! - Burgund całkiem chętnie dołączyła do Egona i włożyła w swój krzyk tradycyjną niechęć ferajny do przedstawicieli władz jak i niepokój o czarnowłosą koleżankę.
    - Nie wtrącać się chamy! To żołnierska rzecz nie wasza! - Odkrzyknął im zirytowany któryś z wojaków. - Ta ladacznica zapłaci za beszczeszenie honoru Srebrnych Hełmów! - Rzucił oskarżycielsko w stronę Anniki.
    - Po co te nerwy? Ja ją zaraz nauczę szacunku. - Zaśmiał się któryś z nich. Ale dopiero jak wstał z ławy to okazało się, jaki jest duży. Pewnie podobnie jak Egon czy Silny. Wydawał się podnosić bez pośpiechu.
    - Dawaj Helmut! Załatw ją! - Dopingowały go Srebrne Hełmy jakby ucieszeni, że zaraz kolega zrobi porządek z bezczelną dziewką.
    - Mój nos! Słamała mi nos! - Wył ten trzaśnięty przez nią, przed chwilą.

    Annika jednak nie dała wielkoludowi nawet wyjść na ta przestrzeń między stołami, gdzie choć symbolicznie było więcej miejsca. Gdy żołnierz miał jedną jedną nogę przed a drugą za ławą, widać było już jak góruje nad nią gabarytami. Ona pochwyciła drewniany kufel ze stołu i na odlew trzasnęła go prosto w skroń. Impet uderzenia, w połączeniu z ławą między nogami sprawił, że wielkolud padł na podłogę. Tylko jego buty było widać jak drgają oparte o mebel przez jaki właśnie przechodził. To zszokowało nie tylko jego kamratów ale widownię. Już przecież nie był zaskoczony a i fizycznie górował nad czarnowłosą dziewką w zwykłej spódnicy. A padł od jednego jej ciosu. Chociaż gladiator zdawał sobie sprawę, że twardy, drewniany kufel, mógł zadziałać jak kastet i wzmocnić siłę uderzenia, zwłaszcza jak trafił w tak wrażliwe miejsce jak skroń.

    - Ale go siekła! Skąd ona ma tyle siły w tych patykach!? - Silny był pod wrażeniem. Nie mógł się nadziwić, jak tak wątła dziewczyna, mogła wyprowadzić nokautujący cios. Przecież była drobniejsza od niego, gladiatora, Norsmenow a nawet żylasty Rune był dość atletycznie zbudowany, że widać było skąd bierze siłę, nawet jeśli był trochę drobniejszy od kolegów.
    - To już trzeci! Załatwiła już trzech! - Sam weteran imperialnych armii pojawił się obok nich obu i też nie mógł się nadziwić jak w parę chwil ich koleżanka powaliła kolejnego przeciwnika. I nadal była cała. Starła rękawem krew tego drugiego ale tylko rozmazała ją sobie po twarzy. I do tej pory żaden z oponentów nawet nie zdążył się na nią zamachnąć.
    - To był was najlepszy człowiek? - Prychnęła pogardliwie, wskazując na właśnie powalonego żołnierza. I niedbale podrzuciła w dłoni kufel, zwinnie go łapiąc jakby dawała znać, że jest gotowa użyć go ponownie.
    - To jest bijatyka. Ja powinnam się wtrącić. - Jutta stanęła obok Burgund ale chociaż zdawała sobie sprawę ze swoich obowiązków, to miała minę, jakby nie nadążała za rozwojem sytuacji. Widok samotnej pokojówki, jaka jawnie kpiła z oddziału żołnierzy i właśnie powaliła trzech z nich, jednym czy dwoma ciosami, wydawał się kompletnie niedorzeczny. Ta niesamowitość promieniowała także na widzów jak i nawet Srebrnych Hełmów. Niektórzy jeszcze siedzieli na ławach, inni już wstali. I wybauszali oczy to na czarnowłosą w spódnicy to na jęczących czy zamroczonych kamratów.
    - Za co? Zaatakowali ją, to musi się bronić. - Silny wzruszył ramionami i wolał poczekać na rozwój wypadków. Ale on zazwyczaj lubił się bić albo chociaż obserwować bójki innych.
    - Harda jest. - Solmund też podszedł bliżej. I mruknął z podziwem. Ale nadal tylko obserwował widowisko. - Ale jeszcze tak naprawdę nie walczyła. - Uznał po chwili.
    - Dość tego! Trzeba jej dać nauczkę! - Jeden ze Srebrnych Hełmów krzyknąl i machnął ręką na towarzyszy. Zerwali się we trzech aby razem rzucić się na Annikę. Dwóch było po jej stronie a dwóch musiało obiec własny stół. Burgund chwyciła kufel ze stołu i cisnęła go prosto w czoło jednego co biegł już na jej koleżankę. Wojak się tego nie spodziewał i jęknął, stracił równowagę i poleciał na podłogę. Z dwóch co pobiegło wokół stołu, pierwszego przechwycił Silny, drugiemu Jutta podstawiła nogę i ten poleciałby jak długi ale Egon był bliżej, więc się go złapał.
    - Co za tchórzliwa hołota! Z jedną niewiastą nie umiecie sobie poradzić!? - Thorstar krzyknął pogardliwie w stronę żołnierzy. Od gości w tawernie też zaczęły się gwizdy jakby uznali, że żołnierze nie grają fair. Jak ich było z tuzin, to nawet na takich mocarzy jak Egon czy Silny, to by wystarczyło aby przygnieść samą przewagą liczebną. Nawet ten co już dobiegł do Anniki jakby się zmitygował. Albo zorientował się, że niespodziewanie jest z nią sam na sam. Trochę go to zbiło z tropu i popatrzył po kolegach jacy zostali przy stole.
    - Co? Będziesz się tak gapił jak frajer czy masz coś do załatwienia? - Annika nie traciła animuszu i prychnęła mu szyderczo w twarz.

    Zatem była to prawda: Annika rzeczywiście musiała w jakiś sposób zostać dotknięta przez aspekt bitwy, który reprezentował Krwawy Ogar. Egon co prawda już wcześniej widział magię utkaną przez Mergę i inne cuda, takie jak powstający z grobu czarownik, jednak widok onych nienaturalnych na pierwszy rzut oka rzeczy zawsze przyprawiał go o pauzę.

    Dobra rzecz, Egon sądził, było odciągnąć Srebrne Hełmy od Anniki. Choć bitka była pisana czarnowłosej dziewce nie raz podczas tej podróży, wojownik przyrzekł Fabienne, że doprowadzi ją w jednym kawałku z powrotem.

    Egon uczynił w stronę Anniki gest, że może dowieźć rzecz do swojego logicznego końca: wystarczyłby jeden mocny prosty w nos kolejnego z drabów, a rzecz dokonałaby się.

    – To mają być Srebrne Hełmy? – z oburzeniem w głosie zawołał Egon. – Ludzi napadają, niby pospolite chamy na trakcie!

    W międzyczasie jednak rozglądał się wokół siebie i wokół Anniki, żeby interweniować, jeśli ktoś jeszcze zbierał się, by na nią napaść. Postanowił nieco odwrócić uwagę od Anniki.

    – Karczmarzu! Gdzie jest dowódca tej zaplwanej swołoczy? Niechaj zabiera tych swoich łapserdaków, boć to woje z nich żadni, zdatni jeno do rzucania gnoju albo macania kur! Weźcie i wyrzućcie ich stąd!
    - Jak macie się bić to wynocha na zewnątrz! To porządny zajazd! - Karczmarz krzyknął w zdenerwowaniu, ale wolal pozostać za barykadą szynkwasu. Ale obsługa karczm zwykle nie lubiła bójek i siebie. Prawie zawsze oznaczało to kłopoty, straty i doratkowe sprzątanie. No i psuło reputację lokalu. Jednak okrzyk Egona, zmobilizował Jutte. Zrobiła dwa kroki w stronę stołu i wskazała na żołnierzy.
    - Macie natychmiast przestać! - Krzyknęła rozkazująco.
    - Spadaj bo dostaniesz wciry tak jak ona! - okrzyknął jej zdenerwowany żołnierz wskazując na Annike.
    - Ja dostaję wciry? Chyba niedowidzisz. - Czarnowłosa pruchnela szyderczo. A mtyniczka zorientowała się, że nie ma na sobie łańcucha oznaczającego jej urzędniczą funkcję, więc wygląda jak zwykła awanturniczka z szablą u boku. Klnac pod nosem szybko zaczęła grzebać w przypinanych do pasa korzeni.
    - Nie wtrącaj się. Musimy się przekonać czy to valkyrja której szukamy! - Solmund krzyknął do niej ostrzegawczo.
    - Zwariowałes!? Trzeba jej pomóc! - Burgund była zdenerwowana i rozzłoszczona. Z irytacją wskazała na swoją koleżankę. Srebrne Hełmy chociaż chwilowo zmitygowaly się i nie rzucili się wszyscy na jedną dziewke. Ale w każdej chwili mogli to zrobić. Widać było, że są coraz bardziej zdumieni i wściekli przebiegiem tej niespodziewanej bójki.
    - Ale co tu jej pomagać? Dobrze jej idzie. - Thornstar wskazał dłonią na czarnowłosa. Właśnie wznowiła walkę z tym jednym co się na chwilę zawahał. Podstępnie kopnęła go w krocze. Wojak się tego nie spodziewał i złapał się za boleść i zgiął jak scyzoryk. Tłum jeszcze nie zdążył krzyknąć gdy Annika skorzystała z okazji i zdzieliła go kuflem w twarz. Mężczyzna upadł na podłogę.
    - Cztery! Dajesz Annika! - Uradowany Rune, satysfakcja odliczał kolejnego powalonego przeciwnika. A pokojówka bretońskiej milady zrobiła nad nim krok do przodu i stanęła przed tym co przed chwilą dostał kuflem w czoło od Burgund. Zdążył podnieść głowę aby się zorientować, że czarnowłosa stoi tuż przed nim. A ta bez ceregieli chlasnela go kuflem w twarz. Na odlew. Głowa trafionego odskoczyła w bok a z ust poleciała krew. Solmund zamrugał bo jej krople spadły mu na policzek akurat gdy żołnierz runął na podłogę.
    - Pięć! - Rune zwyl w uniesieniu.
    - Hej Annika! Lap! - Silny krzyknął do koleżanki i cisnął ku niej przechwyconego Helma. Czarnowłosa odwróciła się a wojak nie zdążył wyhamować. Dziewczyna gruchnęła go kuflem z góry w czerep. I kolejny srebrny hełm padł na podłogę.
    - Sześc! - Rune z satysfakcją odliczał kolejnego. Przy stole zaczęło robić się pusto. Wydawało się to niewiarygodne ale w parę chwil, pojedyncza, nieuzbrojona dziewka, powaliła pół tuzina zbrojonych. I właściwie dalej była nie draśnięta.
    - Wspaniała! Wspaniała! - Theo poszedł do krawędzi stołu aby duzi nie zasłaniali mu widoku. Chłoną scenę z profesjonalnym zachwytem i okiem znawcy dobrych widowisk.
    - Jak ona to robi? - Lars też podszedł bliżej aby się lepiej przyjrzeć. Zdawał się nie zauważać obu Skaelingow a oni jego.
    - Mówiłem wam! Bogowie są z nią! Bogowie są po jej stronie! - Solmund mamrotał podekscytowany.
    - Dość tego! Bierzemy ją chłopaki! - Krzyknął jeden z Hełmów. I ci pokiwali głowami. Jeśli do tej pory próbowali zachować pozory, że wystarczy jeden z nich aby dać nauczkę pyskatej dziewce, to teraz chcieli ją jak najszybciej załatwić każdym sposobem. Zawołanie podziałało i część ruszyła na nią od razu ale inni musieli obejść stół lub dwa.
    - Który pierwszy do strzyżenia? - Annika nadal nie okazywała strachu. Przeciwnie. Uniosła w dłoni kufel jaki się rozpadł. Właściwie została rączka i jedna deseczka więc przypominała drewniany, przerośnięty kastet.
    - Chłopaki! - Burgund krzyknęła alarmująco. - Ile jeszcze będziecie czekać!? - Ciskała w nich gromy spojrzeniem.
    - Do ośmiu. Albo aż będzie znak. - Solmund odparł bez wahania.
    - Do ośmiu!? Czemu do ośmiu!? Zobacz ilu już powaliła! Mało wam!? - Widać było, że Burgund boi się o koleżankę. Zwłaszcza, że wreszcie pierwszy raz, żołnierze ruszyli w kilku na jedną Annike. Tylko labirynt stołów i ław znów ich trochę spowalniał i rozproszył między nimi.
    - Osiem to święta liczba Ogara. - Odparł Norsmen ale sam wpatrywał się w przebieg walki.
    - Cokolwiek się stanie. Wpieniaja mnie te patalachy. Jak skończą to i tak im spuszcze łomot. - Silny splunął pogardliwie ale na razie został na miejscu.

    Egon nie wątpił, że jakakolwiek dziewka, która powaliłaby choćby jednego człeka ze Srebrnych Hełmów w każdym siole zyskałaby reputację krewkiej i niebezpiecznej baby. Iście, jeśli czegoś takiego, co teraz robili, dokazali w jakiejś podrzędnej wsi rybackiej pod Neues Emskrank albo Salkalten, zostałaby okrzyknięta, że płynie w jej żyłach krew trolli i przeto już po wsze czasy bałyby się jej zarówno baby, jak i chłopy.

    Egon dokonał szybkiej kalkulacji w swym osiwiałym łbie. Jeśli Norsmeni mieli uznać Annikę za swą walkirię, musiała przemóc jeszcze jeszcze dwu z nich.

    – Dalej – krzyknął Egon do Anniki. – Dawaj drabom odpór!

    Egon jednak postanowił nie tyle co wtrącać się w samą bitkę, której dokonywała Annika, co kontrolować jej przebieg. Stwierdził, że wystarczyło, że Annika będzie brać ich po jednym, po dwóch, to rzeczy styknie. Potrzeba było jeno odpowiednio rozegrać rzecz taktycznie.

    Gwizdnął na Silnego.

    – Uważaj, żeby za dużo nie przyszło do niej – mruknął przyciszonym głosem do wojownika. I zawołał do pozostałych Srebrnych Hełmów: – Dalej, pohańce plugawe! Rzuciliście się na czarnowłosą, to dokończcież dzieła, żołdackie kundle!

    Sam zaś przestąpił parę kroków, kręcąc się wokół bijatyki niby sęp, gotów powstrzymać rzecz, jeśli tamci chcieli się hurmem na Annikę rzucić.
    W pierwszej chwili, wydawało się, że gdy Srebrne Hełmy odrzucili ograniczenia i po prostu, postanowili gromadą spuścić łomot bezczelnej dziewce, to wreszcie osiągnął sukces. Ten co miał najbliżej niej, wpadł na nią z impetem. Takiej przewagi masy i pędu Annika nie była w stanie sprostać. Zołnierz wylądował z nią na przeciwnym stole. Dziewczyna gruchnęła o niego plecami i krzykneła krótko a miski i talerze poleciały na wszystkie strony. Mężczyzna uniósł pięść aby ją zdzelić w twarz kułakiem. Jej udało się jednak wbić kolano w jego brzuch co na moment utrudniło mu dokonczenie celnego ciosu. Ona to od razu wykorzystała i sieknęła go na odlew drewnianym kastetem. Teraz on krzyknął gdy kant drewna roziął mu policzek. Aż mu głowa odskoczyła w bok a Thorstar drgnął gdy kropla krwi spadła mu na czoło. Z pewnym zdziwieniem starł ją palcami i teraz miał na nich krople, błyszczącej czerwieni. Tymczasem Annika wykoorzystała moment i odepchnęła go nogą w brzuch, że wojak poleciał do tyło, na towarzysza jaki się tam zatrzymał. Pewnie myślał, że kolega wreszcie ostatecznie dopadł bezczelną ladacznicę. A teraz ten kopnięty przez nią, właśnie wpadł na niego i obaj przewalili się na ziemię. Chociaż na chwilę byli powaleni ale to wystarczyło Annice aby zeskoczyć ze stołu i znów stanąć na własnych nogach. Inni nie zmieścili się za tymi dwoma więc obiegali sąsiednie stoły co opóźniło ich nadejście. Jeden przebiegał obok Silnego. Łysy mięśniak dostrzegł sztylet w jego dłoni. Złapał go za przegub i boleśnie wykręcił mu rękę.
    - Miało być bez sprzętu! - Warknął do niego i coraz bardziej napierał na ramię żołnierza. Ten zaskoczony tym atakiem, krzywił się boleśnie ale w końcu wypuścił nóż. Wtedy prych puścił go i popchnął go na stół, jeszcze posyłając kopniaka w zad. - No leć. Kobieta na ciebie czeka. - Burknał szyderczo mięśniak. Żołnierz jak sie odwrócił do niego z gniewem w oczach. Ale chyba zorientował się, że Silny nie jest sam. A razem z Egonem i trzema Norsmenami to tworzyli grupkę uzbrojonych, opancerzonych zakapiorów z jakimi wojak chyba w pojedynkę nie chciał się zmierzyć. Więc odwrócił się aby pobiec między stołami w stronę czarnowłosej.
    Ta właśnie zmagała się z jednym Hełmów. Pierwszy raz od początku walki, wyglądało to na regularną wymianę ciosów. Za plecami jej oponenta, podnosiło się z podłogi tych dwóch co przed chwilą tam upadli. A z przeciwnej nadbiegało jeszcze dwóch. Wtem pierwszy z nich zawył boleśnie i gwałtownie zatrzymał się. - Przeklęty kundel! - Wrzasnął boleśnie i zaczął się z czymś szarpać. Dało się dostrzec, że to jakiś pies. Pewnie ten co szczekał wcześniej. Złapał kłami łydkę żołnierza i szarpał ją do krwi.
    - Patrzcie! Ogar! Ogar jej sprzyja! - Thorstar wskazał na nich w podnieceniu. Co prawda ten drugi żołnierz kopnął psa w bok tak mocno, że zwierzak poleciał na dwa kroki. Ale ten pierwszy aż schylił się do zranionej łydki. Na spodniach widać było krwawe zacieki.
    - Przeklęty kundel! - Wrzasnął ze złości i bólu. Taka rana nie była w stanie powalić dorosłego męża ale musiała być bolesna a skoro była na nodze to spowalniała go. Ten drugi wyminął go ale w międzyczasie Annika cofała się pod naporem ciosów swojego przeciwnika. A, że w karczmie stoły były ustawione gęsto to i ci dwaj musieli znów obiec kolejny stół. Chociaz jakby się im udało, to mieli szansę zajść ją od tyłu. Podniosło sie też tych dwóch z podłogi i dobiegł ten którego Silny rozbroił. Ale z tych samych powodów mogli co najwyżej być w rezerwie za plecami swojego kamrata.

    Rozgrywka import

  • Polowanie w Lwiej Loży - Komentarze
    SantorineS Santorine

    Wrzuciłem ostatniego posta.

    Dziękuję bardzo wszystkim za udział w tej sesji. Wedle zapowiedzi, przygoda była krótka, lekka i z tego powodu nie było czasu, żeby rozwinąć postaci, jednak sądzę, że i tak wyszło bardzo ciekawie. “Polowanie w Lwiej Loży” było czysto pomyślane jako badanie rynku na RT i w zasadzie nie spodziewałem się aż tak długich i rozwiniętych odpisów graczy. Panowie, świetna robota! Ja jako MG bawiłem się dobrze i mam nadzieję, że tak było także w Waszym przypadku.

    W niedługim czasie zamierzam pociągnąć inne sesje na RT - prawdopodobnie różne wersje Pathfindera, być może Ironsworn i inne systemy, które wpadły mi w ręce w ostatnim czasie.

    Dla moderacji: proponuję, żeby sesja powisiała jeszcze jakiś miesiąc, później można przenieść do archiwum.

    Jeszcze raz dzięki i do zobaczenia w innych sesjach! 🙂

    Komentarze

  • Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka
    SantorineS Santorine

    Sześciu podróżników - Rathor, Dorlivin, Zaira, Kraghul, Jaithe i Zakareth przestąpiło próg Lwiej Loży po raz ostatni. Mroźna noc była oświetlana jasno przez księżyc, którego blada poświata iluminowała srebrne szczyty Obłędnych Gór, zatrzymując się dopiero na ścianie czarnego lasu. Zdawało się być złym omenem pozostać w domu myśliwskim rodu Ponurorytu, szczególnie teraz, po zobaczeniu szalejących płomieni i szponów, które zawlokły Auldegrunda przed oblicze jego pana.

    Szóstka poczęła zatem schodzić szparko ze wzniesienia, mając się na baczności. Paru z nich spojrzało jeszcze za siebie: rzecz dziwna, tam, daleko, w otwartych drzwiach Loży, zapaliło się jeszcze parę płomieni, a czarny dym z bramy wejściowej rzygał czarnymi chmurami w czyste niebo. Nie… Lepiej było nie zostawać.

    Szli zatem. Cisza w górach zdawała się być przerywana jeno wyciem wiatru i rytmicznym chrupaniem śniegu. Czasem jakiś kamień lub też kawałek lodu odłamał się i, wirując, wpadał w czeluść uskoku skalnego, wydając parę tykających dźwięków, które kończyły się głośniejszym trzaskiem. Kiedy indziej, jakiś kamień prysnął gdzieś ponad nimi, odbijając się echem.

    Wreszcie, jakieś pół godziny później, bór zgęstniał znacznie, zaś szlak począł wić się zygzakiem między półkami skalnymi. Był to ostatni moment, by spojrzeć na Lwią Lożę - z daleka wydawało się, że ogień, zamiast maleć, wewnątrz wydawał się rosnąć i… Cóż, czy zdawało się, że przy dźwierzach do wewnątrz stał ktoś? Jakiś zarys ciemnej, nienaturalnie wysokiej sylwetki zamajaczył przed kamiennymi licem.

    Lub też, może była to iluzja, którą dokonał dystans i góry?

    Lwia Loża zniknęła w gęstwinie drzew.

    ~

    Wędrówka zaprowadziła sześciu do stóp Obłędnych Gór, choć podgórze ciągnęło się małymi pagórkami przez znaczny czas jeszcze. Po około pięciu godzinach nerwowej marszruty, gdzie każdy co pewien czas oglądał się za siebie, grupa znalazła mały, niepozorny gaj, który był naturalnie osłonięty przez formacje skalne od głównego traktu. Wewnątrz znajdowała się - o dziwo! - całkowicie pusta grota, która, choć w połowie zalana była mulistą wodą, zapewniała schronienie przed ustawicznym, kąsającym wiatrem.

    ~

    Popas w zimnej grocie był niespokojnym czatowaniem, jako że rubieże Varisii znane były ze swego zwykłego niebezpieczeństwa od wszelakich istot, które tutaj bytowały. Pomimo tego, potrzeba było odpocząć nieco, aby podjąć dalszą podróż.

    Grota na szczęście okazała się być najzwyklejszym otworem w ziemi. Jej otwór wypadał na małą polanę, w której hulające wichry zdawały się wyprawiać najfantastyczniejsze zwroty, wzbijając czasem tumany śniegu, które, jak rój srebrnych iskier skrzesanych z lodowatego gruntu, zakręcały się w małe trąby powietrzne, by wreszcie upaść z powrotem na ziemię lub też zniknąć w mroku linii drzew. Wiatr nie sięgał jednak do jej ciemnego wnętrza. Gdyby nie te przeklęte kałuże, od których ciągnęły zimno i wilgoć, byłoby tutaj całkiem przytulnie.

    Podczas popasu Dorlivin nie odzywał się niemal wcale. Magiczny twór Auldegrunda wydawał się być w głębokim szoku - nie jednak z ponurego finału, który czekał starego diabolistę, a z tego, że Dorlivin przeżył to wszystko. Perspektywa rychłej śmierci towarzyszyła mu tak długo, że wydostania się z Lwiej Loży krasnolud nawet nie brał w rachubę. Zaira i Kraghul złapali raz mamroczącego do siebie Dorlivina, który stał na warcie.

    – I cóż… Teraz… Kim… Dokąd…? – szeptał Dorlivin do siebie, dla którego, na podobieństwo więźnia wypuszczonego z lochu, perspektywa wolności zdała się gorsza od więzienia.

    Rathor, przeciwnie. Kiedy tylko ork nieco wypoczął i pozwolił opatrzyć swoje rany, wydobył nie wiadomo skąd wielką flaszę miodu pitnego, choć i zainteresował się także whisky w rzeźbionej na podobieństwo głowy diabła flaszy, którą podróżnicy znaleźli w sanctum Auldegrunda. Począł z nich pociągać sążniście. Kiedy nie przeszkadzał mu jego srogi kaszel, ork snuł długie opowieści o swych przygodach w Belkzen. Rathor szczególnie rad był powracać pamięcią do swych tułaczek w okolicach Krwawych Równin i miasta Urgir. Ork z lubością przechwalał się swą siłą i ile bitek przeżył na ulicach miasta, choć gawęda często zbaczała też na temat jego tułaczek w okolicach starego zamku, ponoć zlokalizowanego na zachód od Urgir, którego nazwy ork nie znał, a gdzie Rathor i jego towarzysze ścierali się na śmierć i życie z plemionami Shoanti.

    ~

    W grocie zabawili dłuższy czas, aż do ranka, żeby podjąć marsz raz jeszcze. Choć zimny miesiąc Neth trzymał swoimi mroźnymi szponami całą krainę, im niżej zeszli, tym bardziej szlak stawał się znośniejszy, zaś wicher malał na sile. Po paru dniach wreszcie, pod wieczór, zobaczyli światła lamp sioła, obok którego podróżowali wcześniej.

    Tam, zaopatrzywszy się odpowiednio i zapłaciwszy złotem znalezionym w Lwiej Loży, wypuścili się już na południe, prosto do Korvosy.

    Koniec

    KONIEC

    Rozgrywka pathfinder 2e golarion

  • Kultyści - Lato 2519
    SantorineS Santorine

    Egon uśmiechnął się pod nosem na uwagi korsarza i córki jarla. Oczywiście, jeśli chodziło o branie dziewek, był zdania Larsa - wszystkie owe konwenanse i bezsensowne maniery były jeno wymyślnym tańcem przed tym samym, co oni robili.

    Wojownik jednak zastanowił się - w snach pojawiał się co rusz motyw Czarnego Rycerza, który ma ich poprowadzić do zwycięstwa. Zdało się jednak, że ów baron to nie był on, skoro pochodził z zakonu Ulryka. Ciężko rzec było.

    – Jakbyście wy z Burgund albo potem i jak by włączyła się do tego Łasica, to moglibyście go zbałamucić odpowiednio – rzekł. – Niedługo mogą nadejść srogie czasy, a wtyka w zakonie mogłaby by się przydać.

    Nabił jeszcze raz ziela do cybucha i odpalił.

    – Ja musiałbym podejść do nich i rzec co nieco – zaproponował wreszcie wojownik. – Postawić im ze dwa antały i wywiedzieć się, skąd przychodzą i dokąd zmierzają. Ci, co oddają cześć Krwawemu Ogarowi nie odmówią sobie dobrej bitki, a jutro zapowiada się taka, co będzie godna twej sagi, Astrid. Hmm…

    Egon zastanawiał się dłużej, a wreszcie zmacał w kieszeni swych skórzany spodni pierścień, który Merga mu dała przed tym, kiedy wybył z Norsci.

    – Merga dała mi to – rzekł Egon. – Ty jako córka jarla jesteś najbardziej rozpoznawalna z twarzy. Ty Lars trochę mniej, zdaje mi się. Moglibyśmy zrobić tak: pójdę do tych Norsmenów i zagadam z nimi, najlepiej z Silnym i Rune w odwodzie. Jakbym ich przycisnął nieco i rzekł im, że przysyła mnie Krwawy Ogar, to mógłbym wymóc na nich jakieś przysięgi. Albo pokazać im znak, co mam na plecach. Zyskalibyśmy dwa topory i zagwarantowali sukces w bitce. Ale ty Astrid na czas naszej podróży do Salzenmund musiałabyś się trzymać z boku, a jak by przyszło co do czego, to użyłabyś tego guślarskiego pierścienia, żeby cię nikt nie rozpoznał.

    Wyrzekłszy to, Egon był ciekaw zdania swych towarzyszy. Zdało mu się, że wykorzystanie pierścienia mitygowało ryzyko na tyle, by można je podjąć, szczególnie, jeśli tylko tamci by przysięgli na Ogara, że będą upuszczać krwi jeno pod jego wodzą.
    - O! Jeszcze Burgund i Łasica!? Ha! Egon za co ty tak szybko, tak znienawidziłes tego barona? Jakby te trzy się za niego wzięły i jeszcze Burgund z Łasicą to przecież nie wiadomo czy ten biedak dotrwałby do rana! Może by pikawa mu stanęła a jak nie to by z rana uciekał w te pędy do tego swojego Middelheim aby wreszcie odpocząć od tych miłości! - Norsmen zarechotal na całego. Aż się zgiął i uderzył dłonią po udach. Astrid spojrzała na niego krzywo.
    - I co cię tak bawi Lars? Przestać się tak rechotać jakbyśmy jakieś straszliwe harpie albo wampirzyce były. - Zwróciła mi uwagę, starając się zachować powagę godną córki jarla.
    - Wiem! - Topornik wyprostował się i spojrzał prosto na kamrata. - Jak będziemy mieć z kimś zwadę to będziemy je wysyłać do nich na całą noc! To dziewczyny się ucieszą a oni rano nie będą się do niczego nadawać! - Morski łupieżca wciąż był przednie rozbawiony własnym dowcipem. Astrid przewróciła oczami i otworzyła swoje ładne, pełne usta aby powiedzieć coś cierpkiego. Ale nagle otworzyła szeroko oczy.
    - No właśnie! Zróbmy tak! - Krzyknęła entuzjastycznie. Tym razem Lars był zaskoczony. Przestał się śmiać i popatrzył na nią nie wiedząc co ma na myśli. - Możemy napisać list. - Blondynka popatrzyła na nich.
    - Jaki list? - Pirat zmarszczył brwi nadal nie mogąc pójac jej pomysłu.
    - List do dziewczyn. Do Priory. Znam jej adres. Ale jak ona coś wie to i powie Fabienne I Odette. Łasica też często u nich jest. A to i reszcie pownie powiedzą. - Popatrzyła na Larsa. Ten skinal głowa.
    - No można. Dziś już nie ale z rana można komuś posłać. Pewnie do wieczora by dotarł. A co chcesz napisać w tym liście? - Pomysł wydał mu się wart rozważenia.
    - No choćby o orkach i szlachciankach. No i o Konradzie. On i tak chciał poznać lady Odette. A teraz to pewnie i Fabienne. No a Łasica i tak często jest u nich. To by mogły mieć na niego oko. Bo my to pewnie najprędzej to za parę dni wrócimy. A Konrad to jutro rano już tam płynie. - Norsmenka przedstawiła jak to widzi.
    - Może być. One potrafią być dość he he zajmujące. Jakby go w łożnicy przetrzymały to by nie miał za bardzo czasu knuć co innego. - Norsmen nie miał większych zastrzeżeń co do tego listu. Więc koleżanka popatrzyła na gladiatora.
    - Jak coś chcecie to mogę napisać w tym liście. - Zaoferowała się świadoma, z ich trójki to ona jest najbardziej wprawna w mowie i piśmie.
    - A z tymi dwoma dobrze rzeczesz Egon. Nie jesteś z Norsci, chociaż wyglądasz jakbyś był. I gadasz jak południowiec. To możesz ich wygadać po co tu są. Oni raczej powinni lubić antalki, ladacznice i bitkę. Czyli podobnie jak my. I jak się coś wyjaśni to może wtedy zdecydujemy. Silnego możesz wziąć. On też krzepki jest, wypić lubi i w pysk dać umie. - Zanim gladiator zdążył odpowiedzieć koleżance to morski wilk wrócił do tematu Skaelingow.
    - Albo Burgund. Bo we dwóch z Silnymi to wyglądacie jak zakapiory co szukają zaczepki. Burgund jest wesoła i ładna. Wpada w oko. Albo nawet Ingrid. I tak jej zapłaciliśmy za całą noc. A ona po naszemu mówi. Bo nie wiadomo po jakiemu ci dwaj mówią. Ale po naszemu pewnie tak. - Astrid też podpowiedziała coś od siebie. Teraz czekali co gladiator na to powie. Wzięła do ręki pierścień i oglądała go chwilę. Po czym założyła go na palec. I przekręciła trzy razy tak jak uczyła ich Merga.
    - I co? - zapytała zaciekawiona. Sama niezbyt mogła ocenić efekt. A przynajmniej nie tak dobrze jak koledzy. A zmieniła się. Na upartego wciąż widać było podobieństwo. Ale jakby rodzinne. Jak jakaś przyrodnia siostra czy kuzynka. Włosy z blond zrobiły się bardziej myszate i rozczochrane. Twarz wydawała się jakaś niewyraźna. Suknia szara. Właściwie teraz Astrid wyglądała bardziej jak jakaś pokojówka czy służąca, niezbyt urodziwa ani warta drugiego spojrzenia.

    Egon pokiwał z zadowoleniem głową.

    – Trza przyznać, że całkiem niezłe – Egon przyglądał się córce jarla przez dłuższy czas. – Jakbyś nie podchodziła i trzymała się z dala, to by w ogóle na ciebie nie spojrzeli, wyglądasz ciura kucharza albo dziewka do pomocy szypra. Co myślisz, Lars? Po mojemu, jakby się zaczaiła na okręcie albo trzymała jakiejś dziury pod pokładem, albo w ogóle gdzieś przy burcie przy towarze, to praktycznie nie do zauważenia. Pal licho, że będzie widać, że tam ktoś stoi, najważniejsze, żeby z facjaty nie wyszło, że córa jarla.

    I buchnął raz jeszcze dymem fajkowego ziela.

    – Z tym listem to dobry pomysł. Ale napiszcie go jakoś tak, żeby nie było łatwo rzec, że to myśmy napisali i w jakich intencjach. Po prostu niech Łasica i reszta ludzi wie, że w mieście jest jeden z nich. Oni już go tam wezmą w obroty.

    I dodał na uwagę co do wzięcia Burgund:

    – Słuszna rzecz, wezmę Burgund i Silnego. To co, mamy plan? – tu zwrócił się jednak do Astrid. – Słuchaj, jak rzeczy wypali, to będziemy musieli ciebie schować. Dam ci znać, jak coś, to pójdziesz do zamtuza, a na Jutrzenkę to zara z rana wejdziesz, przed wszystkimi, żeby tam się skryć. No i przez jeden dzień przyjdzie ci się ukrywać. Co rzekniesz?
    - To jak oni i tak tacy niepewni by byli, że z toporami by się mieli na mnie rzucić, to po co ich brać? - Blondynka popatrzyła pytająco na gladiatora. - Ja myślałam, że jak już z nami mają gadać i przystać to bez strachu o nasze głowy i plecy. Poza tym, jak mam jutro cały dzień siedzieć w kajucie to jak ja wam pomogę z piratami? Przybędą wam dwa topory ale ubędzie jeden miecz. - Przyznała, że pomysł niezbyt przypadł jej do gustu. Lars uniósł dłonie w pokojowym geście.
    - Może na razie nie wstrzymajmy się z decyzją. Egon do nich zagada i zobaczymy co z tego wyjdzie. Jak Egon się czegoś dowie to postanowimy co dalej. Kto wie czemu bogowie pokierowali ich kroki tutaj? - Norsmen był zdania, żeby najpierw wybadać tych dwóch Skaelingow, a dopiero potem główkować jak do nich podejść. Astrid dała znać, że na razie może poczekać na wynik tych rozmów.
    - Egon a z tym listem, to jak, że nie od nas? Przecież muszę im napisać, że to od nas, idę mnie. Inaczej to będzie anonim. - Blondynka skrzywiła brwi próbując sobie wyobrazić co by miała napisać w takim liście.
    - Ten pierścień dobra rzecz. Wyglądasz jak jakaś służka albo praczka. Jakby co nie wyszło z tymi dwoma, to dobrze mieć taki pierścień. Możesz w nim stać jutro razem z nami. Albo zamkniesz się w kajucie z Jutta. Lub będziemy was tam odwiedzać na zmianę. Ale to najpierw musimy wiedzieć jak stoimy z tymi dwoma. - Morski wilk mniej więcej poparł pomysł kolegi, ale na razie traktował go jako rezerwowych.
    – Po prostu daj znać w liście, że idzie do nich ulrykanin, bez gadania, co może to znaczyć – rzekł Egon, który nie chciał, żeby Astrid rozpisywała się, że Łasica i pozostałe mają go zacząć. – To styknie.

    Egon strzepnął popiół z cybucha i zassał dym jeszcze parę razy.

    – Dobra, to idę po Burgund i Silnego. Wrócę tu, jak dokażę rzeczy z Norsmenami – rzekł jeszcze, kierując się na powrót do progu drzwi Łabędzia.
    - Ah to. - Norsmenka odetchnęła z ulgą i uśmiechnęła się do brodacza. - O to się nie bój. Napiszę im, że jest oczytany, kocha poezję, cierpi na bretońską słabość i dziewczyny pewnie domyślą się o co chodzi. - Blondynka wydawała się być pewna, że uda jej się w słowach wzbudzić zainteresowanie koleżanek baronem z Middelheim.
    - Dobra to idź. Ale my tu nie będziemy czekać. Jak nie potrzebujesz Ingrid to ja do niej wracam. A Astrid to wiadomo do kogo. Tylko odwiń pierścień bo twój baron pośle precz takiego kocmolucha. - Lars dał znak, że nie zamierza spędzić wieczoru przed karczmą. A na koniec zażartował sobie z koleżanki.
    - Racja. - Przyznała i obróciła pierścień na palcu. I znów stała się blondynką o starannie uczesanych włosach i imperialnej sukni. Choć z brosza i naszyjnikiem stylizowanym na norsmenski albo nawet pochodzący stamtąd. Takie detale jednak były popularne wśród rodowitych Nordlandczykow. Między innymi dlatego przez resztę Imperium byli nazywani pół Norsmenami. - Dobra to my tu chwilę poczekamy jak wejdziesz. A ja potem wrócę do Konrada. - Oznajmiła Egonowi.

    Egon skinął głową. Wyglądało, że zarysował się z tego plan, jakiś. Lepszego nie mieli i powątpiewał, czy udałoby im się skaptować Norsmenów tak łatwo - jeśli naprawdę tych dwóch było z rodu Skaelingów, Egon wiedział, że będą czcić Pana Krwi, jak i on sam, przeto perspektywę na skrócenie paru piratów o głowę przyjmą z otwartymi ramionami, byli to bowiem morscy berserkerzy, którzy cenili rozlew krwi. To jednak, co zastanawiało Egona, to w jaki sposób uda im się utrzymać dwóch krewkich Norsmenów w ryzach i, rzecz, która nie została wypowiedziana przy Larsie i Astrid, jak szyper Haynrich Wagner zareaguje na wkroczenie tej dwójki na pokład. Może jeśli on sam z kamratami poręczy za nich będzie łatwiej? Cóż. Potrzeba było się przejść i pogadać, aby się wywiedzieć wszystkiego.

    Gdy gladiator ponownie wrócił do karczmy, znów go uderzył gwar, ciepło i zaduch. Musiał na chwilę wejść między stoły aby rozejrzeć się dookoła. Po chwili spostrzegł dwójkę z portowej ferajny. Burgund była bliżej środka izby i dalej grała w karty. A Silny pod ścianą, w pobliżu tych drugich drzwi. Pił z kufla, rechotał i obserwował jak dwóch zawodników siłuje się na rękę.

    Egon postanowił podejść najpierw do Burgund. Wojownik podszedł bliżej środka izby i stanął za ulicznicą, ciekaw, jak też idzie jej gra.

    Z bliska okazało się, że łotrzyca gra przy stole z kilkoma mężczyznami. Co prawda między nimi siedziały jeszcze jedna czy dwie kobiety ale nie miały kart w ręku więc pewnie były to ich towarzyszki. Gladiator dostrzegł, że przed rudzielcem jest jedna z większych kupek fantów. Pierścień, monety srebrne i miedziane, chyba jej gorset, sakiewka i podobne bibeloty o jakie grali. Może jeden czy dwóch graczy mieli podobna ilość fantów a pozostali wyraźnie mniejsze. Burgund była w samej koszuli i spódnicy, więc jej przednie atuty ładnie się prezentowały. Egon trafił na koniec partii. Wygrał jeden z tych mężczyzn co miał już sporo wygranych.
    - Mam gryfa. - Oznajmił z dumą i położył karty na stole. Gladiator ich nie widział ale pewnie tak było. Pozostali gracze jekneli z zawodu i z irytacją rzucili swoje karty na stół. Zwycięzca zaczął sięgać po wygrane fanty i przeciągać je ku sobie.
    - A może się jakoś dogadamy? - Burgund kusząco nachyliła się nad stołem, podparła policzek dłonią, dzięki czemu adwersarz miał ładny wygląd w jej bujny dekolt. Ten jakby zastanawiał się chwilę. Obliczał to w głowie i uśmiechnął się.
    - No dobra. Ale za skrzydełko i całusa. - Zaproponował a rudzielec uśmiechnęła się słodko do niego. Wezwała go do siebie gestem palca. A on zadowolony wstał, obszedł stół i nachylił się ku niej. Wtedy się pocałowali a przy okazji on miał okazję pobawić się jej dekoltem. Pozostali gracze i paru widzów wyraźnie mu zazdrościło takiej wygranej. A po chwili widowisko się skończyło. Zwycięzca wrócił na miejsce a łotrzyca, jako jedyna, nie musiała mu oddawać swojej puli jaką właśnie przegrała.
    - To teraz ty tasuj karty. - Mruknął sąsiad do niej a Burgund wzięła od nich zbierać i tasować. Miała w tym niezłą wprawę. Może nie jak zawodowy szuler czy sztukmistrz ale widać było, że nie pierwszy raz gra.
    - Egon. - Gladiator usłyszał za sobą kobiecy głos. Jak się odwrócił to dojrzał Ingrid. - Lars mnie przysłał. - Lekko wskazała blond głową na Norsmena. Ten widząc jego spojrzenie, pozdrowił go skinieniem głowy ale byli na tyle daleko od siebie, że musieliby krzyczeć aby się usłyszeć a w tym tłoku wynik i tak był niepewny. Morski wilk wrócił do tego samego stołu co siedział z ladacznica wcześniej.
    - Mówił, żebym pokazała ci tych dwóch Norsmenow co ci mówił. No to to tamci dwaj. - Ingrid wskazała mu na jeden z długich stołów. Wśród towarzystwa dostrzegł dwóch rosłych wojowników. Siedzieli przy kolacji i kuflach. Brodaci, żarłoczni i z jakąś przyczajona dzikością w oczach. Mieli na sobie kaftany więc było widać ich nagie, muskularne ramiona. Pokryte były tatuażami. Egonowi nic nie mówiły ale pewnie po nich Lars ich rozpoznał. Jeśli mieli jakąś broń u pasa to stół i tak to zasłaniał.

    Wojownicy wydawali się być podobnymi mniej więcej wzrostem do Egona. Iście, Egon docenił oko Larsa. Mając na pokładzie takich wykidajłów, zwycięstwo nad piratami zdawało się być przesądzone - cóż, jeśli tylko umieli ich utrzymać w ryzach.

    – Dzięki, Ingrid – klepnął ją w ramię. – Zaraz tam pójdziemy…

    Po czym zwrócił się do Burgund:

    – Karta idzie, widzę – rzekł Egon, widząc, ile łotrzycy udało się zebrać grosiwa i świecidełek. – Ja bym przerżnął pierwsze rozdanie.

    Tu nachylił się nieco bliżej Burgund i rzekł do niech przyciszonym głosem:

    – Pójdziesz ze mną i Silnym? Sprawa jest…

    Blondynka uśmiechnęła się sympatycznie i odwróciła się aby odejść. Widział jeszcze jak znów siada obok Larsa. Do środka też wróciła Astrid. Też zajęła to samo miejsce co poprzednio i wznowiła swoją rozmowę z middelheimskim baronem. Zaś Egon jak poszedł do Burgund ta podniosła na niego głowę. Roześmiała się zadowolona z jego pochlebstwa. A gdy poprosił ją na stronę trochę się zdziwiła. Jednak nie stawała okoniem. Spojrzała na dotychczasowych graczy.
    - Ok chłopcy, muszę już iść. Wspaniale się z wami bawiłam. I bardzo wam dziękuję za grę. Ale moja milady mnie wzywa. - Przybrała przepraszający ton i słodkie spojrzenie. Ale sprawnie zaczęła zgarniać wygrane fanty do podolka sukni. Ci prosili ją aby została jeszcze jedno rozdanie i dała im się odegrać. I chyba naprawdę było im szkoda, że od nich odchodzi.
    - Ale mi jeszcze wisisz udko! Mówiłaś, że dasz mi na koniec! Uczciwie wygrałem. - Nagle jej sąsiad jakby przypomniał sobie o tym. Akurat jak Burgund zdążyła wstać i miała już wygraną w podołku sukni. Przy okazji odsłaniając swoje gładkie, smukłe golenie a nawet kolana.
    - Ano rzeczywiście wygrałeś. - Ruda uśmiechnęła się do niego zalotnie i lekko pacnela go palcem w nos. Odwróciła się i wypiela ku niemu. Wtedy jej tylne wdzięki zaprezentowały się apetycznie jak przed chwilą te przednie. Mężczyzna z wielkim zadowoloniem trzasnął ja w ten zgrabny kuper aż wywołało to salwę śmiechu przy stole i okolicy. Potem Burgund pozwoliła mi jeszcze chwilę tam się pobawić nim wyprostowała się i posłała im wszystkim ostatniego całusa. I wtedy dała Egonowi znać, że mogą iść dalej.
    - Chodźmy do apartamentu. Muszę zostawić te fanty. No i przeliczyć bo tylko na oko liczyłam podczas gry. - Poprosiła go wskazując na schody prowadzące na piętro.
    – Ano chodźmy, poczekaj tylko, zahaczymy o Silnego.

    Egon był pod sporym wrażeniem gry Burgund. Zdawało się, że jego towarzyszka potrafiła zjednać sobie odpowiednio silniejszych od niej chłopów, nie brutalnie, jak by to zrobił Egon, ale fortelem.

    Podszedł nieco bliżej Silnego i lekko gwizdnął, próbując ściągnąć jego uwagę.

    – Idziesz? – zapytał. – Wpadniemy do Burgund do izdebki i pogadamy, rzecz jedna jest.
    Łotrzyca pokiwała głową i poczekała na kolegów. Gladiator poszedł po łysego zbira. Ten go dojrzał dopiero jak go klępnal w ramię. I przez chwilę wydawał się niechętny opuszczać stół przy jakim trwały zawody w siłowaniu się na rękę. Teraz zmagali się jakiś wąsacz z bokobrodym. Obaj wyglądali masywnie i pojedynek był wyrównany. Byli czerwoni i spoceni z wysiłku. Sapali i stekali w tych zmaganiach na siłę i wytrwałość. Już na pewno wzmianka o kamratce Łasicy nie sprawiła, że portowy oprych nabrał chęci na opuszczenie tego miłego mu towarzystwa i rozgrywki. Dopiero jak Egon powiedział, że sprawa jest to łysy cicho westchnął. I niechętnie dał znak, że mogą iść. Przeszli przez zatłoczona izbę do schodów gdzie czekała na nich Burgund. I we trójkę poszli na górę. Po chwili byli już w apartamencie. Łotrzyca podeszła do łóżka i wysypała na nie fanty. Wymieszały się z gadżetami do niecnych figli z jej torby. A ona z uśmiechem usiadła na brzegu i zaczęła sortować to wszystko.
    - Egon widziałeś tego na końcu? Co mu dałam udko? - Zagaiła wesoło podnosząc na chwilę wzrok. - Będę musiała z nim pogadać. Coś mi chciał powiedzieć ale nie do końca zrozumiałam co. Pewnie nie chciał gadać przy wszystkich. Ale coś, że ma ludzi do zabrania z jakiegoś brzegu czy co. Chyba jakiś interes. Coś kręcił. A ja będę musiała zakręcić się wokół niego bo myślę, że jest w to zamieszana piękna kobieta. - Łotrzyca była w świetnym humorze z powodu wygranej i właśnie przymierzała na dłoni, jak pasują jej nowe pierścienie.
    - Skąd wiesz? - Łysy zapytał ją z podejrzliwym spojrzeniem.
    - Miał od niej chustę na nadgarstku i cały czas jej dotykał. Zwłaszcza jak mówił o tym brzegu. Nie była taka koronkowa jak ta od lady Froyi no ale też nie byle jaka. I czarno czerwona. Trochę nietypowe jak na chusteczkę. - Bez ceregieli, zdradziła kolegom dlaczego tak uważa. Pierścienie okazały się zbyt duże jak na jej szczupłe i sprytne palce więc je szybko zdjęła.
    - E tam. Pewnie kolejna ladacznica. - Silny machnął dłonią jakby to nie wzbudziło w nim zainteresowania. - Ja się dowiedziałem, że za tych piratów jest nagroda w Saltmundzie. Trzeba ich przywieźc do kapitanatu. W sznurach. Albo same łby. Ale za łby jest mniej. No ale wiadomo, łby he he nie robią problemów i łatwiej się je wiezie. Za wskazanie kryjówki czy jakiś ślad też jest. No ale to nie dla nas. Bo jak ich spotkamy to ich zetniemy i koniec tematu. No ale jak i tak płyniemy do stolicy to jeszcze nagrodę możemy jakaś dostać. - Łysy pochwalił się tym co udało mu się dowiedzieć przy stole.

    Egon, z początku obojętny rewelacjom Burgund, w miarę tego, jak jego towarzyszka wykładała, czego dowiedziała się przy stole, nagle zwrócił swój wzrok i żywo począł popatrywać na chytrą dziewkę.

    Rzeczy, o których gadał Łysy także były interesujące, jednak ciut mniej, bowiem Egon tak czy inaczej spodziewał się, że jeśli by jakichś piratów wzięli w jasyr, to pewnie jakaś nagroda by im się należała. Co prawda łowcami nagród nie byli i w ogóle nie interesowało go puszczanie się za piratami tylko po to, żeby odebrać jakiś marny grosz, to jednak wieść o nagrodzie była dobrym zwiastunem.

    Wrócił jednak do tematu Burgund.

    – Czemu on ci to wszystko gadał? – zapytał Egon, który nie do końca był pewien, czemu jakiś człek miałby zwierzać się Burgund właśnie. – Hmm. Po mojemu, niebezpieczna sprawa. Jak się wygadał, to ma pewnie wobec ciebie jakieś plany…

    Dodał jeszcze:

    – Chciałem wam rzec o czymś, ale zanim będę gadał, co trza zrobić, rzeknij mi Burgund, co jeszcze gadał ten człowiek? Jakich ludzi ma do zebrania z brzegu i co to ma być za piękna pani, co ma być zamieszana w to wszystko?
    - A jakie on tam może mieć plany wobec niej. Wyhedozyc ja chcę jak wszyscy. Ona to by pewnie zaraz w ruch poszła i to z nimi wszystkimi. - Silny prychnal niechętnie w stronę liczącej fanty lotrzycy. Ta zaśmiała się w odpowiedzi jakby wcale się nie obraziła.
    - A pewnie, że wszyscy mnie tam chcieli! Bo mnie zawsze wszyscy, wszędzie chcą! I pewnie, żebym z nimi poszła. Tylko tutaj byśmy mogli się nie zmieścić wszyscy no a już z Egonem i dziewczynami mamy plany na wieczór. Takie do rana. - Złośliwie odgryzła się koledze i pokazała mu język. On więc posłał jej gest palców, powszechnie uważany za obraźliwy. I na tym chwilowo kłótnia się skończyła.
    - A Rolf był nieco zmartwiony a siedział blisko to go zagadałam. I początkowo miał mocne karty więc musiałam go jakoś rozproszyć. - Zaśmiała się triumfalnie i wysunęła swoją smukłą mogę pokazując jak pod stołem stopą rozpraszała nowego kolegę. - No i on zaczął mówić, że na bardzo ważne sprawy, że czekają na niego. Prawie powiedział, że ona na niego czeka. Ale się pohamował w ostatniej chwili. Za to zaczął dotykać tą chustkę. Poprosiłam go aby mi ją pokazał bo ładna. Naprawdę ładna. Też jedwab. Więc to raczej nie biedaczka. Może ktoś z gildii, szlachcianka albo droga ladacznica. Tylko wtedy można by wyczuć aromat perfumy. Jak na tej chusteczce od Froyi. A niezbyt było czuć. Więc albo ona nie używa perfum, albo Rolf nosił ją tak długo, że już zwietrzała. Co nie jest trudne, dwa, trzy dni by w zupełności wystarczyły. I się trochę wygadał, że oni gdzieś tam są, czekają i musi on statek załatwić. Pytał czy mam jakiś to mu powiedziałam, że sama jestem pasażerem ale mogę zapytać znajomej mytniczki. To się zrobił czerwony i więcej o tym nie gadał. Zupełnie jakby go tą mytnik spłoszyła. I dlatego chcę jeszcze z nim pogadać o co dokładnie chodzi. - Streściła kolegom swoje doświadczenia z nowym znajomym.
    – Ciekawa rzecz, że się spłoszył, jak jeno usłyszał o mytniku…

    Egon przez dłuższą chwilę milczał, próbując ułożyć sobie w swej włochatej głowie to wszystko. Jakiś człek, zbierający ludzi z wybrzeża, zaraz pod Łabędziem? Podejrzane. Choć, z drugiej strony, mogli to być przemytnicy, którzy nie mieli nic wspólnego ze sprawą. Jednak nawet przemytnicy mogli być jakoś zaangażowani w proceder.

    – Słuchaj, musisz go wybadać – rzekł wreszcie Egon. – Rzeknę więcej: trzeba go wyśledzić, skąd będą się zbierać i co to są za jacy. Sama gadasz, że nawijał o zbieraniu ludzi z wybrzeża? Gdzie, kiedy, po co? I co to za luda tam są?

    I wreszcie rzekł swoje podejrzenia:

    – A co, jak ta banda drabów to właśnie piraci i jeśli jeno byśmy mogli ich wytropić, moglibyśmy uwalić całej rzeczy łeb zaraz tutaj, przy Łabędziu – Egon uśmiechnął się, jednak ten uśmiech zgasł niby węgielek polany wodą. – Może to też nie znaczyć nic. Może po prostu są jakąś bandą flisaków albo innymi obszczymurami, co gdzieś muszą się zebrać. Po mojemu to brzmi podejrzanie. I widzisz, wziął cię za zwykłą ladacznicę, to mu zaraz jęzor się rozsupłał.

    Wyrzekłszy to, kontynuował:

    – Ale. Inna rzecz jest, po to was tu przywołałem. Jest dwu Norsmenów, co mogłoby nas wesprzeć w jutrzejszej bitwie z piratami. Dwa tęgie kurwie syny, co teraz obżerają się i zalewają mordy u końca stołu. Widzieliście ich? Lars gada, że można by ich skaptować, bo są ze Skaelingów i hołdują Krwawemu Ogarowi. Trza by się do nich przysiąść i wywiedzieć, kto zacz. I zaproponować interes. Mogą chcieć nas przetestować, czy żeśmy silniejsi od nich… Ale to nam może pomóc – Egon uchylił poły kaftana i pokazał eliksiry alchemiczne mistrzów. – Co rzekniecie?
    Oboje z ferajny zainteresowali się nowym wątkiem. Choć nazwa plemienia nie zrobiła na nich wrażenia albo nic im nie mówiła. Całkiem odwrotnie niż u Larsa i Astrid. Popatrzyli po sobie a potem na kamrata.

    - Ja tam miałem swoje sprawy to się za bardzo nie rozglądałem. - Łysy przyznał bez ceregieli, że żadnych Norsmenow nie zauważył.
    - No ja też. Musiałam cały stół rozpracować. A czemu Astrid i Lars z nimi nie pogadają? - Łotrzyca też przyznała się do tego samego ale jak zwykle dojrzała więcej od łysego mięśniaka. - No i wiecie chłopaki, przy zmaganiach takich jak dziś z tymi orkami to ja za wiele wam nie pomogę. - Uśmiechnęła się do jednego i drugiego. - No chyba, że zmagania miłosne. Takie jak w kajucie. To mogę się z mini spróbować. Nawet z wami trzema. Bo Silnym to nie chce i już się nagrzał na tą cytata ladacznice. - Mówiła żartobliwym tonem, że nie do końca było wiadomo czy żartuje czy nie. A na koniec spojrzała kpiąco na łysego zbira. Ten wzruszył masywnymi ramionami.
    - A kto by cię chciał? A ona ma cycki lepsze od twoich. - Odwzajemnił jej się złośliwością. - A jakbyś trzeba było im przylac czy co, to ja bardzo chętnie. Myślałem, że z tymi orkami będzie większa zabawa. A jakieś cherlawe były. - Uśmiechnął się na myśl o całkiem innych zmaganiach niż koleżanka. Takich jakich on lubił. - I pewnie. Jak są krzepcy to mogą nam się jutro przydać. Nie wiadomo Ile tych piratów może być. - Pomysły aby zwerbować obu wojowników poparł. I mówił jakby wszystko miało pójść z górki. Wtedy Burgund skorzystała z chwili przerwy aby wrócić do Rolfa.
    - Myślę, że jakaś flisakowa to by nie miała takiej chustki. Jedwabnej. Ja mam kilka z czasów zamtuza ale trzymam je na wyjątkowe okazje. To trochę jak pończochy. Szlachcianki i kurtyzany mają jedwabne a reszta zwykłe. No ale damom i gospodyniom nie wypada pokazywać nóg więc mają chusteczki. Może i jakaś tępa dzida wygrała albo znalazła taką chustę. Ale wątpię. Ale na razie to trudno powiedzieć o kogo może chodzić. Też zauważyłam, że Rolf spłoszył się na wspomnienie o mytnik. No to jak skończymy z tymi Norsmenami to mogę do niego wrócić. Chyba, że poradzicie sobie sami w ja teraz spróbuję do niego podbić. Jak potrzebujecie chętnych niewiast to możecie spróbować wziąć Jutte albo Ingrid. - Popatrzyła na nich a zwłaszcza na Egona, na jaki wariant się zdecydują.
    – Nie wiem, czy Jutta albo Ingrid mogą tak łatwo zagadać, jak ty – Egon powątpiewał. – Lepiej, żebyś z nami poszła, chyba, że Jutta też wkręci łatwo. Po mojemu to Norsmeni bardziej będą ufni komuś, kto nie jest żadnym urzędnikiem ani nie reprezentuje prawa na rzece. A Ingrid bym do tego nie mieszał. Lars i Astrid gadali, że tych dwóch jest z rodu Skaelingów i oni mają z nimi kosę, ponoć.

    Egon pokrótce wytłumaczył Łysemu i Burgund, jaki plan obmyślili z Larsem i Astrid.

    – Rozumiecie, jeśli Astrid by podeszła i by w niej rozpoznali córkę jarla, mogli by się rzucić do gardeł. A musimy być gotowi na jutrzejszą bitkę na pewno, bo jak ci piraci podejdą, to pewnie nie będą tacy łatwi. No chyba, że ten twój Rolf okaże się wtyką i przypadkiem się na drabów natknęliśmy już tutaj. Wtedy to trza będzie wykombinować, co z nimi zrobić teraz. Ty na niego oko miej, piraci i inne męty tego rodzaju znani są z zachodzenia do karczm takich, jak ta. Żeby czasem się nie okazało, że coś jest na rzeczy – wojownik przestrzegł.

    Rzucił jeszcze okiem na drzwi do izdebki i potarł swoją brodę.

    – To co, idziemy do nich? Szpej już zgoliłaś z frajerów, przysiądziesz do nas na chwilę do Skaelingów, a na resztę nocy możesz urabiać Rolfa.
    - Wolałabym urabiać Jutte i ciebie. A potem zmiana warty i Annika I Adele. - Łotrzyca wyszczerzyla się radośnie jakby wcześniejsze plany na dzisiejszą noc miały ciepły kącik w jej sercu. - No ale dobra. Pójdę z wami a potem do Rolfa. Szkoda, że Łasicy nie ma. To ona by się zajęła jednym a ja drugim a na noc i tak byśmy się spotkały. - Westchnęła z żalu, że nie ma tu jej kamratki jaka zwykle była jej wspólniczką i kochanką.
    - I dobrze, że jej nie ma. Tylko by wszystkim krew psuła. - Silny prychnal i dał wyraz swojej tradycyjnej niechęci do Łasicy. Po czym szybko zwrócił się do gladiatora. - No jak mają kosę między sobą to zmienia postać rzeczy. To faktycznie lepiej aby trzymali się z dala. Przynajmniej na razie. Jeśli o mnie chodzi to jestem z tobą. Jak trzeba będzie się z nimi trzaskać to masz moje ramię. Ale ty z nimi gadaj. Ja nie jestem od gadania. - Oprych z portowych doków, jak zwykle nie bawił się w finezję tylko powiedział otwarte na co u niego Egon może liczyć.
    - No ja mogę pogadać a nawet być dla nich miła. Jakby szło o figle i by miało pomóc a często pomagają w negocjacjach, to też mogę. Na to u Jutty I Ingrid też chyba możemy liczyć. Ale jak wolisz bez nich to może być bez nich. Nie wiem czy oni są tu pierwszy raz i ją znają. Ale może nie. Zwłaszcza jakby spódnicę ubrała. Mogę jej pożyczyć. Ale jak mówię, jak chcesz to załatwić w rodzinie to możemy iść we trójkę. Rolfem się potem zajmę. - Burgund, chociaż oferowała całkiem inne umiejętności i charakter niż mięśniak, to też była gotowa do pomocy z tymi Norsmenami.
    – Zda mi się, że zwykła rzecz, podejdziemy, posłuchamy ich nieco. Rzekniemy, że szukamy piratów i kamratów nam trza, żeby im odpór dać. Jak trza będzie, to nieco złotem sypniemy, ale nie za dużo, wiadomo. No. To co, zbieramy się? – rzekł Egon powstając. – Za długo to nie zajmie, będziesz miała jeszcze dużo czasu na Rolfa.

    I, klepnąwszy ulicznicę w ramię, skierował się z powrotem w drogę do sali głównej.
    - No dobra, to chodźmy. - Burgund zeskoczyła z krawędzi łóżka na podłogę i ruszyła za Egonem do wyjścia. Potem zamknęła apartament jak Silny ją minął. I we trójkę wrócili do tłoku w głównej izbie. Gladiator musiał być ich przewodnikiem bo tylko on wiedział o których gości chodzi. Jak się znaleźli ze trzy stoły dalej to widział, że sytuacja się za bardzo nie zmieniła. Dwóch rosłych wojowników kończyło swoją kolację i teraz popijali z kuflow. Na lawie obok jednego z nich było jedno miejsce wolne. I ze dwa naprzeciwko nich. Nie mieli pasków siwizny jak Lars więc mogli być młodsi od niego. Zachowywali się spokojnie, skupieni głównie na piciu i jedzeniu. A mimo to zdawali się emanować jakaś niewidzialna aurą, że mimo tłoku, nikt blisko nich nie siadał.

    Przez twarz Egona przez chwilę przemknął mroczny uśmiech. Norsmeni mogli się czuć bezpiecznie w karczmie, ale ciekaw był, jacy oni byli przy bliższym poznaniu. Wielu wojowników, jak sprawdził ongiś naocznie, nie okazywało się takimi twardymi, kiedy tylko przyszło się i wdało w gadkę.

    Klepnął karczmareczkę w udo i rzekł:

    – Ano, złota pani, czemu nie przyniesiesz dwu antałów do naszych wojowników i jednego dla moich towarzyszy?

    Egon podszedł do ławy i znalazł wolne miejsce dla siebie, Łysego i Burgund, którym wskazał miejsce opodal. Usiadłszy, spojrzał w oczy Norsmenom.

    – Witajcie – rzekł krótko. – Wszakże słyszałem, żeście z Norsci?
    Dziewczyna zaczepiona przez gladiatora, posłała mu nieco zdziwione spojrzenie. Ale skinęła głową nim poszła dalej. Skoro usiadł na przeciwko obu wojowników, to Burgund usiadła obok kolegi a Silny obok jednego z Norsmenow. Ci nie odpowiedzieli tak od razu. Tylko obrzucili całą trójkę uważnymi spojrzeniami. Po czym wymienili się nimi między sobą.
    - A żebyś wiedział. Coś ci się nie podoba? - Odparł chrapliwym głosem ten ciut niższy. Dało się zrozumieć jego reikspiel. Ale od razu widać było twardy akcent z północy. Obaj patrzyli na Egona jakby spodziewali się zaczepki i byli na nią gotowi. Silny posłał koledze spojrzenie, dając znać, że on też jest gotowy. No ale Burgund miała inne zdanie.
    - Ależ skąd, koledzy. Wszystko nam się podoba. Ja zawsze byłam pod wrażeniem silnych i dzielnych wojowników z północy. Nie to co te frajerstwo w rajtuzach z Reiklandu czy skąd tam. Właśnie dlatego chcieliśmy się z wami napić aby się lepiej poznać. - Łotrzyca uderzyła w wesoły, rubaszny ton. I miała to szczęście, że kelnerka akurat przyniosła pierwszy antałek i powiedziała, że zaraz przyniesie drugi. Na to obaj wojownicy zmitygowali się, jakby nie spodziewali się takiego zachowania od południowców. A na wzmiankę o Reiklandzie to nawet na chwilę się uśmiechnęli i pokiwali głowami. Jednak popatrzyli teraz na Egona, jakby sprawdzali co on na to wszystko powie.
    – W interesach przyszedłem, tedy musiałem wiedzieć na pewno, czy żeście naprawdę z Norsci – rzekł Egon spokojnie. – Gadają, że woje z Norsci dobrzy są w robieniu toporami, jako i ja. Ano, widzicie, taka rzecz jest. Około jutra wieczór czy coś koło tego będziemy dopływać do Salzenmund od strony rzeki. Piraci na rzece są, słyszeliście wszakże? Skoro takie z was dobre woje z Norsci, czemu nie popłyniecie z nami jeden dzień do Salzenmund? Niewiele zajmie, a i bitka się będzie kroiła przednio. No chyba, że za bitką nie przepadacie?
    Obaj znów wymienili się spojrzeniami. Po czym popatrzyli na Egona.
    - Jacy tam piraci? Jak to nie jest ktoś od nas z Norsci, to nie ma sobie co głowy zawracać. A tu wszyscy zestrachami jakby Ragnarok się zaczynał. - Prychnął pogardliwie jeden z nich. Drugi zaśmiał się i pokiwał głową. Zachowywali się, jakby problem z piratami nie był godny ich uwagi.
    - Ale jak płyniecie do Saltmundu, to nam po drodze. Też tam płyniemy. Sprawy mamy do załatwienia. Ale krypa na jakiej płynęliśmy do tej pory utknęła tu bo szyper boi się płynąć w górę rzeki z powodu piratów. - Prychnął ten ciut niższy, jaki widocznie był bardziej wygadany od kolegi. Przerwał bo rozległa się skoczna melodia fletu. A na kawałku wolnego miejsca w tan poszły dwie niewiasty. Szybko okazało się, że to Annika i Adele. I sporo osób odwróciło się aby popatrzeć na te dwie pląsające łanie.
    - I nas też kobiety tak tańczą. A jak zaczną od takiego tańca to potem jest dobra zabawa he he. - Jeden z wojowników wskazał kuflem na tańczące kobiety i zaśmiał się rubasznie.
    – Aaa, dobrze, dobrze… – Egon pokiwał głową, rad, że ludzie w północy otworzyli się wreszcie nieco. – Wiecie, tak się składa, że my też płyniemy w górę rzeki Salz. Może i korab widzieliście? Jutrzenka się nazywa. Wszak wydaje mi się, że dobry byłby to dla was układ? Wy przepłyniecie łacno w górę rzeki, a skoro piraci was nie kłopoczą, to może i paru skrócicie o głowę. Płyńcie z nami, rzekłbym. Co rzekniecie?

    Gladiator pogładził swoją siwą brodę, czekając na odpowiedź Norsmenów.
    Obaj Norsmeni znów wymienili się spojrzeniami. Jeden minimalnie wzruszył ramionami, drugi lekko skinal głowa. Po czym obaj przyjrzeli się Egonowi. Potem Burgund jaka siedziała obok niego. A wreszcie na łysego zbira co zaległ obok nich.
    - To mówisz macie statek? I miejsce? - zaczął znów ten wygadany. Burgund skinęła głową. - No to czemu nie. My się żadnych rzecznych lachmytow nie boimy. Prowadzi nas wola bogów i żadne chlystki z południa nas nie zatrzymają. - Norsmen wydawał się być pewny siebie. Przerwał bo akurat kelnerka przyniosła drugi antałek. Mężczyzna odprowadził wzrokiem jej sylwetkę nim wrócił do rozmowy przy stole.
    - Ale jakbyśmy mieli na jednym statku razem płynąć to wy to kto? - Popatrzył jeszcze raz na gladiatora i jego towarzyszy.
    – Zwę się Egon Herschkel, wojownik, jako i wy – rzekł Egon, nieco zniżając głos. – Słyszał żem, że prowadzi was ten bóg, co rozumie zew walki i szanuje rozlew krwi. A? Tedy, rzekłbym, są z nas niemalże bracia, jako że hołdujemy temu samemu. Moi towarzysze zwą się Burgund i Silny – rzekł Egon, który nagle odkrył, że w ogóle nie znał innego imienia niż ksywka łysego.

    I dodał:

    – Płyniemy statkiem, co zwie się Jutrzenka, zacumowanym opodal.
    Obaj wojownicy wydawali się być sceptyczni, co do rewelacji południowca o wspólnej wierze. Wymienili się spojrzeniami a Burgund popatrzyła szybko na swoich towarzyszy, nieco zaniepokojona. Tamci ponownie zwrócili się do gladiatora.
    - Ja jestem Solmund Laxdale. A to mój przyjaciel, Thorstar Hrafnkel. - Przedstawił się to prowadził rozmowę. Przyjrzeli się dokładniej także rudzielcowi naprzeciwko i łysielcowi obok.
    - Silny weź otwórz ten antałek co? - Łotrzyca poprosiła kolegę jakby chciała zyskać na czasie. Zbir prychnął pogardliwie, że nie ona nie potrafi poradzić sobie ze szpuntem, wstał i przez chwilę obserwowali jak się z nim mocuje. Z cichym dźwiękiem łysy wyjął go swoimi grubymi palcami po czym zaśmiał się chrapliwie. Bez większego wysiłku, uniósł baryłeczkę i zaczął po kolei rozlewać do pięciu, czekających kufli.
    - Ja mogę tak go wcisnąć, że nikt go nie wyjmie. Będzie siedział ciaśniej w dziurze niż kniga w jej kuprze! - Pochwalił się gdy rozlał piwo. Wskazał na rudzielca a ta nieco zaskoczona tą uwagą, uśmiechnęła się do Norsmenów przymilnie. Obaj zarechotali rozbawieni i z ciekawością obserwowali jak łysy na powrót wciska szpunt w otwór antałka.
    - Nie bój się Silny, to na pewno nie będzie twoja kniga. - Łotrzyca posłała koledze przesłodki uśmiech ale potrafiła być równie złośliwa jak Łasica. To też rozbawiło Norsmenów.
    - To mówisz, nikt tego nie wyjmie? - Solmund upił z kufla, wstał i teraz on przejął antałek. I zaczął się mocować ze szpuntem tak samo, jak przed chwilą Silny. Zajęło mu to chwilę ale jednak dał radę go wyciągnąć. Zarechotał triumfalnie i pokazał im wszystkim trzymany kawałek drewna. A następnie postawił pojemnik na środku stołu. Szpunt na pokrywce i popatrzył na Egona. - Coś ci południowcy chyba nie tacy silni jak im się wydaje, nie Thorstar? - Kolega zaśmiał się ze złośliwej uciechy.

    Egon uśmiechnął się nie bez jadu. Zdawało się, że ci Norsmeni respektowali jedynie kult siły, co nie zdziwiło ani trochę wojownika. Pod pewnym względem przypominali mu gory z plemienia Gnaka, choć były to z nich takie gory, co nie miały mord kozłów. Zapewne tam, w Norsce, urządzali takie wybiegi z przechwalankami, które były odpowiednio zaprawione sporą dozą picia piwa.

    Egon zaśmiał się krótko.

    – Myślałem, że woje z północy to twarde chłopy – rzekł brodacz, nagle rozbawiony. – Co, wy tam pod tymi górami Lodowego Zęba też mierzycie krzepę, wsadzając szpunty w beczki? Może i kuźkę? – zaśmiał się. – Daj mi swoje ramię, chcę zobaczyć tą siłę z północy.
    - Zdziwiłbyś się gdzie wsadzamy nasze kuśki. - Solmund zaśmiał się chrapliwie a wraz z nim jego towarzysz. Zupełnie jakby potraktowali słowa gladiatora jak dobry żart.
    - O, a gdzie? Bo ja bardzo lubię takie wsadzanie. I zabawy ze szpuntami. - Burgund zainteresowała się tematem. I leniwie bawiła się rączką kufla. Wymownie przesuwając dłonią w górę i w dół. To na chwilę skupiło uwagę całej trojki znad przeciwka. Z tymże, Silny chyba był bardziej uodporniony na jej i Łasicy gierki to szybko popatrzył na obu sąsiadów.
    - To co? Stajesz? Czy te gadki o sile wojowników z północy, to tylko przechwałki? - Łysy też umiał być złośliwy, zwłaszcza takich tematach związanych z bójkami i podobnymi. W końcu tym się zazwyczaj zajmował.
    - Ha! Zaraz zobaczycie! - Thorstar z rozmachem zmiótł talerze, że aż poleciały na sąsiedni stół. Któryś z gości oberwał nim w nogę ale widząc kto zamęt uczynił, nie ośmielił się zaoponować. Za to wojownik ustawił swoją prawicę, aby mogli z gladiatorem zacząć się siłować. I po chwili zaczęły się zmagania. Egon czuł jak przez nadgarstek napiera na niego siła drugiego wojownika. I od razu wiedział, że na cherlaka nie trafił. Początek zapowiadał się być wyrównany więc teraz pozostawało sprawdzić komu pary w ramieniu starczy na dłużej.
    - Ja tam bym dała radę wam obydwu. Tylko w innych zmaganiach. - Burgund oparła się ramionami o stół, przez co jej dekolt prezentował się kolegom bardzo kusząco.
    - Takich ze wsadzaniem szpuntów? - Solmund zapytał ją ironicznie. Ale raczej skupiał się na obserwacji pojedynku. Zresztą Silny tak samo.
    - Tak, właśnie takim. Właściwie to nawet dałabym radę wam wszystkim. Może prócz Silnego, bo mnie wkurza. - Ladacznica mówiła niezobowiązującym tonem jakby chodziło o jakąś błahostkę. Tym razem obaj sąsiedzi Thorstara spojrzeli na nią z niedowierzaniem.
    - Dałabyś radę nam wszystkim? - Drugi Norsmen zapytał jakby sądził, że coś źle zrozumiał.
    - Pewnie. Tak się tylko zastanawiam czy raczej na raz, czy po kolei. Bo potem jestem jeszcze umówiona. - Łotrzyca dalej mówiła tym lekkim, leniwym tonem. A Egon musiał naprzeć na ramię Thorstara. Czył, że tamten zaczyna o włos ustępować.
    - Niemożliwe! To potrafią tylko nasze kobiety! Jakbyś była z Norsci to może bym ci uwierzył ale wy, kobiety z południa, za cherlawe jesteście na to. - Solmund pokręcił głową ale zajety pojedynkiem gladiator, nie mógł wyczuć, czy Norsmen, naprawdę nie dowierza czy tylko droczy się z Burgund. Za to widział jak już o pięść zdobył przewagę ale uparty Skaeling wciąż nie chciał odpuścić. Słysząc to, łysy zbir zarechotał z rozbawienia i po przyjacielsku poklepał Solmunda po ramieniu.

    Egon tymczasem z ponurą determinacją parł swoją łapą. Krew uderzyła w twarz Egona, a sploty mięśni na jego muskularnym ramieniu zacisnęły się okrutnie. Przez długie chwile mocował się z człekiem z północy i choć miał pewną przewagę, napierał coraz dalej i dalej. Jego łapa była zaciśnięta na podobieństwo żelaznych kleszczy na łapie Norsmena. Brodacz wiedział, że musiał wygrać nawet za cenę odniesienia rany lub zwichnięcia. Inaczej dwóch bastardów z północy pewnikiem nie respektowałoby go nijak - wojownik był pewien, że jeśli tylko jego knykieć dotknąłby drewnianego stołu, spotkałby się z kpiną, niby chłostą. W takim też wypadku musiałby podnieść rzecz jeszcze dalej i wyzwać draba do bitki, innego sposobu by nie było.

    Przez parę dłuższych chwil dwóch rosłych chłopów siłowało się. Czasem Egon tracił przewagę, kiedy tamten z całej siły napierał coraz dalej i dalej, jednak Egon, nauczony starciami na arenie, rozumiał, że ktoś, kto stawiał na szalę coraz więcej i więcej, wiedział, że grunt pali mu się pod nogami. Pot spłynął po czołach dwóch wojowników, zdawało się, że jeden z drugim trafił wreszcie na swojego.

    “Piekielny Ogar świadkiem” - pomyślał wreszcie Egon i zacisnął zęby w wilczym, nieprzyjemnym grymasie, a przez parę oddechów jego twarz uformowała się w groźną maskę. Znalazł lukę w sposobie, w jaki przybysz z północy napierał i zachybotał swoim kułakiem, wyprowadzając tamtego z równowagi.

    Kiedy było jasne, że tamten traci rezon, Egon paroma pchnięciami dobił zaciśniętą łapę Norsmena do blatu i trzymał przez parę chwil. A potem puścił. Lekko drżącą dłonią sięgnął po kufel i pociągnął parę solidnych łyków.

    – Ktoś, kto się ze szpuntem beczki siłował, gadał, że ludzie południa nie tacy silni – skwitował ponuro. – Ciekawa rzecz…
    Throrstar rozmasowywał sobie ramię i patrzył na oponenta jakby nie mógł się nadziwić wynikiem pojedynku. Solmund zresztą też. Skrzywił się gdy usłyszał uwagę gladiatora. Wyglądał jakby rozważał coś w głowie.
    - No to mamy zwycięzcę! - Burgund poklepała Egona po plecach. Dookoła rozległ się szum uznania, jakby te zmagania obserwowało nieco osób z sąsiednich stołów. - Ale pojedynek był wspaniały, widać, że obaj jesteście mocarze. Wypijmy za to! - Rudzielec widać starała się nie zrażać Norsmenów aby nie potraktowali tego wyniku jako zniewagi. Uniosła swój kufel i przez chwilę trzymała go w górze sama.
    - No. Dobre to było. - Silnemu widocznie też spodobał się ten pojedynek bo pokiwał swoją łysą głową z uznaniem. I dołączył swój kufel do łotrzycy.
    - No nie takie najgorsze. Może i nie jesteście takie cherlaki jak większość południowców. - Brzmiało jakby Solmund potrzebował się przemóc aby wyrazić swoje oszczędne uznanie, mimo, że wynik pojedynku przeczył stereotypom rozpowszechnionych na północy. Ale stuknął się i swoim kuflem. Drugi Skaeling popatrzył na niego a potem na swojego byłego przeciwnika.
    - Mocnyś. - Powiedział w końcu i nawet uśmiechnął się do gladiatora. Sięgnął po swój kufel i dołączył się do toastu. - Za dobre walki i godnych przeciwników! Na miernoty szkoda tracić czasu! - Huknął na całe gardło i roześmiał się chrapliwie.

    Egon pokiwał głową i sam sięgnął za swój kufel.

    – Za wojów! – zawołał i pociągnął spory łyk.

    Egon spodziewał się, że pomimo wyniku tego starcia, Norsmeni z czasem mogą okazać się kłopotami tak czy inaczej. Brodacz bowiem sądził, że choć dokazał swej siły przed ludźmi z północy, z czasem mogło się okazać, że tamci, podobnie jak i on, chcąc dokazać swego męstwa będą chcieli go wyzwać na ubite pole.

    W brodatym łbie Egona, pomimo wygranej, odbijały się niepokojące myśli. Być może, ostatecznie, trzeba było pójść w gotowe, a przynajmniej bezpieczne rozwiązanie wypuszczenia się na wody piratów samopas. Wtedy przynajmniej nie trzeba byłoby ukrywać Astrid. Lub też Norsmeni mogli przysporzyć kłopotów szyprowi - rzecz, o którą Egon wcale nie dbał. Najgorszym wariantem mógłby być bunt berserkerów na pokładzie. Wtedy, oprócz piratów, musieliby zarżnąć także ich i musiałby to być on sam, wiedział bowiem, że w bitce tym dwóm raczej nikt nie dostoi, być może poza Silnym i Rune. Nie chciał jednak ich narażać zbytnio.

    Cóż jednak. Rzecz dokonała się, gladiator podjął ryzyko. Potrzeba było wypić tą beczkę piwa aż do samego końca.

    – Dobrze – rzekł Egon. – Co rzekniecie zatem na wspólny rejs do Salzenmund? Poręczę za was i rzeknę, że z takimi jak wy, wszyscy będą na pokładzie bezpieczni… Do miasta dopłyniecie szparko, a i grosz wam jeszcze wpadnie.
    - Do Saltmundu… No może… Ale na arenę próby to nas miała poprowadzić Valkiria. - Thornstar pokręcił głową, jakby coś mi się nie zgadzało w tej historii. Znów wymienili się z kolegą spojrzeniami.
    - Ale poczekaj. Nie wiadomo gdzie ją spotkamy. Może oni ją do nas doprowadzą. - Solmund lekko pokręcił dłonią na znak, że temat nie musi być jeszcze tak od razu zamknięty. Obaj spojrzeli na Burgund, jakby ją w myślach przymierzali do czegoś.
    - No może. - Kolega wciąż wydawał się mieć wątpliwości. - Ale to i tak, lepiej ich sprawdzić. Kosiarz czy drwal, też mogą mieć mocne łapy. - Dodał przeglądając się teraz Egonowi i Silnemu.
    - To prawda. - Towarzysz mu przytaknął i uśmiechnął się do nich obu. - To co? Jesteś gotowy sprawdzić się na piachu? - Wskazał kciukiem na drzwi prowadzące na podwórze. - Bez broni, bez pancerzy. Twarzą w twarz i piersią w pierś. - zagaił do obydwu osiłków.

    “Walkiria…?”, pomyślał Egon z pewną dozą powątpiewania. Co prawda słyszał nieco o wierzeniach ludów z Norsci, jednak nie wiedział, na ile są prawdziwe. Jeśli chodziło o Krwawego Ogara, Egon wiedział, że było inne od bajań starych bab albo skaldów, którzy lubili snuć dziwaczne opowieści. Wojownik był pewien, że cokolwiek, w co on sam był zaangażowany było po stokroć prawdziwsze od bogów, którzy zazwyczaj byli jeno bzdurami uknutymi przez kler, aby trzymać gawiedź za mordę.

    Wzmianka o owej “walkirii” jednak zaciekawiła Egona. Być może chodziło tutaj o jakąś wizję kobiety, którą podsunęła im ich szeptucha? W takim wypadku wystarczyłoby, żeby tą, która będzie prowadzić ich do walki była wojowniczka. Astrid odpadała z wiadomych względów, jednak Annika… Tak, Annika potrafiła wpadać w furię bitewną, tak cenioną u berserkerów z północy. Egon zdecydował, że jeśli los odpowiednio potoczy koleje w dobrą stronę, można by użyć Annikę do kontrolowania berserkerów i sprowadzenia ich więcej z Norsci. Skaelingowie czy nie, mogli okazać się przydatni z czasem. I to wszystko z powodu głupiej zabobonności ludzi z północy.

    Egon zapamiętał rzecz, która z pewnością z czasem mogła się okazać wielce przydatna.

    – Chcesz bitki ze mną? – zapytał brodacz, wcale nie zaskoczony, że Thorstar eskalował rzecz dalej, aby wyrównać porachunki. – Jeśli chcesz, dostoję tobie!

    I powstał z krzesła, uczyniwszy gest ręką, aby wyszli na zewnątrz.
    - Ha! Zobaczymy z czego jesteście zrobieni! U nas wszyscy wiedzą, że chłopcy z południa są bardzo delikatni! - Zarechotał Thorstar ale wydawał się być zadowolony, że Egon przyjął wezwanie. Silny jak go usłyszał uniósł brwi i popatrzył na kamrata czy też to slyszy. Miał minę, jakby w ciemnym zaułku, pytał się zbyt bogatego przechodnia czy się nie zgubił.
    - Oj, już poczekaj aż wyjdziemy. - Burgund syknęła do niego ostrzegawczo. I mięśniak wzruszył ramionami na znak, że te parę chwil to może poczekać. Włamywaczka podrobiła dookoła stołu jakby chciała rozdzielić sobą obie strony na wypadek gdyby kogoś poniosło.
    - A tą walkirię to znacie? Jak wygląda? Ładna jakaś? - Podpytała szybko oby Skaeligów jakby chciała ich zagadać zanim wyjdą na zewnątrz. Pomiędzy zatłoczonymi ławami i tak musieli iść gęsiego.
    - Oczywiście, że ładna. Przecież to kobieta z północy. No i walkiria. Czyli służka bogów, ich posłanka co wybiera z poległych wojowników, kto gdzie trafi po śmierci. - Thorstar wyjaśnił jej trochę odwracając głowę. Burgund odwróciła się do obu kolegów i lekko wzruszyła ramionami.
    - No i łatwo ją poznać bo ma skrzydła. To z daleka widać, że to ona. - Norsmen otworzył drzwi i wyszedł pierwszy na podwórze. Na chwilę jego uwagę zwróciła grupa zbrojnych, jaka biesiadowała przy stole pod wiatą. Mieli pozdejmowane pancerze i hełmy tak wypolerowane, że wydawały się srebrne. Ci najbliżsi spojrzeli na ich wychodzącą grupkę ale wrócili do swojej kolacji i pijatyki.
    - Ale ona nie musi mieć swoich skrzydeł jeśli ma skrzydlatego wierzhowca. - Solmund co już też zdązył wyjść na dziedziniec, włączył się do rozmowy. - No i czasem one przybierają postać śmiertelnych kobiet to wtedy nie są takie łatwe do rozróżnienia. A czasem nawet śmiertelne kobiety mogą stać się valkyrjami jak się szczególne zasłużą. Zwłaszcza jak są wojowniczkami, albo szlachetnymi żonami znanych wojowników i jarlów. Albo ich córkami. - Całkiem chętnie im tłumaczył ale pod koniec jakby mówił do swojego kolegi. Wielkolud już rozpinał pas i zaczynał zsuwać przez ramiona kolczugę więc głos miał trochę niewyraźny.
    - Musi mieć skrzydła na plecach. Krwawe. Sam widziałeś. - Mamrotal aż zdjął pancerz i przewiesił go na paliku do wiązania koni. Kamrat zaczął rozpinać swój pas ale pokręcil głową jakby nie do końca zgadzał się z kolegą.
    - Wiesz jak to jest z ta wolą bogów. Nie wszystko trzeba traktować dosłownie. Na razie żadej valkyrji nie spotkaliśmy. A do wielkiego miasta z arenami już tylko jeden dzień drogi. - Wyjaśnił mu i sam zdjął z siebie kolczugę. Silny zabrał się za zdejmowanie kaftana.
    - No co? - Burgund zapytała widząc, że obaj Norsmeni jej się przypatrują.
    - Nie no to nie ta. Nie ma skrzydeł. - Thorstar machnął ręką pokazując na plecy ladacznicy. Faktycznie były bez skrzydeł. Więc dalej zdejmowali z siebie kaftany i koszule. Od stołu biesiadników doszły ich głosy jakby domyślali się, że będzie się szykować jakaś bojka. A te zawsze znajdywały chętnych do oglądania.

    Egon rzucił spojrzenie na Burgund. Może Annika miała jakieś znamiona, które być może mogłyby sprawić, dwóch Norsmenów będzie ją uważać za tę ich “walkirię”? Nie chciał jednak wdawać się z ulicznicą w rozmowę, dopóki nie rozwiąże rzeczy tu i teraz z nimi.

    Z niefrasobliwością zdjął z siebie elementy pancerza w paru szybkich ruchach, wprawiony w zakładanie i zdejmowanie ich. Topór swój pozostawił niedaleko, ale w takim miejscu, że mógłby łatwo do niego doskoczyć - cóż, choć Norsmeni raczej będą walczyć bez sztuczek, Egon nie był wcale taki pewien, czy jakiś drab spod karczmy nie pokusi się o gwizdnięcie brodatego topora wykutego przez kowali ze stajni van Hansen. Zrzuciwszy swą zbroję, zostawił koszulę, bowiem nie chciał paradować ze swym znamieniem na wierzchu. Choć był dość pewny z gadaniem z Norsmenami o Krwawym Ogarze, Egon był pewien, że choć na zewnątrz Błękitnego Łabędzia nie było zbyt wielu gapiów, mogłaby się znaleźć para oczu, która by rozpoznała, kto zacz.

    Był gotowy. Egon chrupnął karkiem i rozprostował palce.

    – Ty walczysz ze mną, Thorstarze – rzekł Egon. – Gotowyś?
    - Pewnie. - Norsmen wydawał się być spokojny i pewny siebie. Już zdążył się rozebrać do pasa. I teraz rozgrzewał się wymachując ramionami. Posturą imponował. Muskularny tors, potężne ramiona. Blizna po jakichś szponach przez pierś. A Solmmund choć ciut niższy i smuklejszy też wyglądał na sprawnego wojownika. On z kolei miał widoczną bliznę po toporze jakby dostał kiedyś nim w bark. Obaj mieli sporo tatuaży bestii, mieczy, toporów i dziwnych zawijasów jakie kojarzyły się z ich północną ojczyzną.
    - To jak robimy? Dwa pojedynki jeden po drugim czy dwóch na dwóch? - Silny też był już rozebrany i chętny do bójki. Skaeligowie popatrzyli po sobie, jakby się zastanawiali nad wyborem.
    - A jak wolicie. I tak wam damy radę. - Solmund wzruszył ramionami jakby chciał okazać wspaniałomyślność oponentom. Burgund wykorzystała chwilę aby podejść do swoich obu kamratów.
    - Chłopaki tylko uważajcie dobra? Bo wiecie, jutro naprawdę możemy spotkać tych piratów na rzece. Więc dobrze abyście się do czegoś nadawali. Bez was to najwyżej zostaną nam Lars i Astrid. - Szepnęła do nich i chociaż starała się mówić lekkim tonem to w oczach było widać iskrę niepokoju. - Jakby co to ja ich mogę wziąć do stodoły na siano. Co to dla mnie dwóch. Wtedy oni będą cali i wy. - Zaproponowała kolegom jakby chciała im dać jakieś wyjście bez pojedynkowania się.
    - E, nie dygaj ruda. Jak bez sprzętu to co tam może się stać. - Portowy oprych wzruszył ramionami. Mógł mieć rację. Chociaż gdyby zbyt mocno oberwali to jutro faktycznie by mogło się to odbić na ich sprawności.
    - Ty to jak zwykle ostatni do myślenia. - Łotrzyca fuknęła na niego. I spojrzała na brodacza. - Egon no zobacz, oni nie wyglądają na cherlaków. A ja mogę się nimi zająć. Widziałam jak na mnie patrzą, na pewno im się podobam. Mogę jeszcze Juttę zawołać jak trzeba. - Popatrzyła na niego z nadzieją.

    – Dwóch na dwóch! – zdecydował brodacz.

    Egon pogładził swoją brodę, mierząc swych przeciwników wzrokiem. Rzucił spojrzenie na Silnego i posłał mu mroczny uśmiech - z kim, jak z kim, ale wespół z Łysym to on walczył wielokrotnie, choćby przy ostatniej przeprawie z orkami i wiedział, na co go stać. Choć miał wiele zaufania jeden na jednego, perspektywa starcia się z Norsmenami we dwóch ułatwiała zadanie znacznie.

    – Słuchaj, podejdziemy ich tak – rzekł do Silnego Egon przyciszonym głosem, łypiąc od czasu do czasu na tamtych dwóch. – Rzucamy się od razu na pierwszego. Ja przyszpilam, ty flankujesz. Kiedy tamten zbierze parę razy, odbijesz się od niego i rzucamy się na drugiego. Czaisz, jak to ma być? Niby dwóch na dwóch, ale zawsze walimy dwóch na jednego i odpychamy tego drugiego. Thorstar pierwszy w mordę zbierze, skoro taki cwaniak z niego był.

    I dodał jeszcze:

    – Jak będą próbowali lawirować, to spróbuj zepchnąć jednego z nich za parawan albo przez drzwi karczmy i znowu próbujemy we dwóch na jednego za każdym razem. No.

    Zwrócił się jeszcze do Burgund:

    – Możemy ustalić, że pierwszy, który zwali się z nóg przegrywa – zaproponował Egon, to dla Burgund, to do Norsmenów i do Łysego wreszcie. – W taki sposób bitka będzie krótka. Kto mordą albo zadem uderzy w grunt, odpada.

    Egon wyrzekł to, po części i knując inną część planu: jeśli mogliby skupić się na wzięciu szybko pierwszego, z łatwością mogliby dokończyć bijatykę.

    – Co rzekniesz? W taki sposób wszyscy cali, a potem możecie iść do izdebki na górze – zaśmiał się krótko, pijąc do Burgund, która zawsze chciała załatwić sprawy chędożeniem.

    ~

    Po krótkiej wymianie zdań, przeciwnicy - Egon i Silny i dwóch Norsmenów stanęli przeciwko siebie. Egon splunął w dłonie, Silny zaś strzelił palcami. Egonowi jako żywo przed oczyma stanęła scena z dawnych wspomnień, kiedy to bił się z Kuno w Neues Emskrank.

    Jednak na wspomnienia czasu nie było! Egon z Silnymi poderwali się jako pierwsi. Paru gapiów zebrało się, ktoś z obserwujących krzyknął coś. Wedle planu, Łysy i gladiator zaatakowali Thorstara. Egon zaczął naciskać na Norsmena, wyprowadzając krótkie, treściwe uderzenia. Natychmiast Solmund począł kąsać Egona z prawej strony, jednak gladiator nie dawał się zawrzeć w wymianę ciosów i unikał kułaków Norsmena, jak mógł, choć tamten okazał się być całkiem wtajemniczony w ładowanie pięści w łeb. Kułaki Solmunda, niby dwa wyjęte z pieca bochny, śmigały nad uszami Egona, czasem i sięgając celu, czasem i ślizgając się lub zahaczając o jego koszulę. Nie gorszy był Thorstar, który zbijał ciałem i łokciami Łysego.

    Łysy wyprowadzał sierpowe z flanki. Zdawać się mogło, że to na nim Thorstar chciał skoncentrować swoje ataki, jednak nie mógł, ciągle przyszpilony przez Egona. Norsmen zdawał się grać na czas i być może próbował przyjąć podobną taktykę, co grupa południowców, bo razem z Solmundem wypuszczali się z kopniakami i wściekłymi prostymi na Egona. Ten zazwyczaj zbijał ich ciosy, sporo jednak poszło w korpus i klatę. Egon sapnął parę razy, kiedy razy wojowników z północy sięgnęły go, jednak większość ciosów została zadanych pod kątem i nie uczyniła większej krzywdy. Inne jednak były boleśnie celne.

    Pierwszą przewagę zyskał Silny. Egon wyprowadził grad ciosów w Thorstara i posłał kopa w brzuch Solmunda, który w dwie sekundy musiał uciec i zmitygować się. Wystarczyło. Łysy huknął Norsmena dwoma hakami pod żebro i drugim, zdaje się, który miał pójść prosto w nos, jednak zboczył na szyję.

    Solmund jednak przyszedł natychmiast druhowi w sukurs i wbił się między Egona i Silnego, waląc to Łysego, to Egona, próbując kupić trochę czasu. Udało mu się! Egon i Silny odstąpili, zaś dwójka rzuciła się na Egona, który począł unikać i zbaczać do lewej.

    Silny uczynił mały skok! W dziwnym i nieoczekiwanym manewrze zbił Thorstara z rytmu, Egon zaś chlasnął prawicą Solmunda, który odskoczył. Dwóch wojowników, węsząc okazję, wespół zaszarżowało na Thorstara. Egon wiedział, że musiał to być koniec, bowiem walka z każdą chwilą stawała się coraz bardziej zajadła.

    Łysy z krzykiem walnął Thorstara w bebech, Egon zaś wziął potężny zamach i bił z góry, prosto w szczękę. Trafił! Norsmen, w impecie uderzenia, zawirował niewymyślny piruet i runął w błoto przed karczmą.

    Egon i Łysy odwrócili się na pięcie i na podobieństwo krogulców zlecieli na Solmunda. Walka była krótka: kiedy Thorstar podnosił się jeszcze, Łysy walił kułakami z całej siły, nie bacząc na obronę. W sukurs przyszedł mu Egon, który zastawił drugiego z Norsmenów i pchnął go z całej siły na swą nogę. Mężczyzna sprzedał jeszcze Egonowi cios pod żebra, lecąc na grunt. Egon wściekle kopnął parę razy, a Solmund potoczył się po ziemi.

    Egon podniósł dłoń do góry:

    – Dość będzie! – zawołał donośnie, sapiąc głośno. – Dość, kurwa, powiedziałem!

    Egon rzucił okiem na Łysego i Norsmenów. Walka była wygrana, jednak dwójka dzikusów z północy mogła wpaść w szał, uznawszy rzecz za zniewagę. Jeśli rzecz miała by się stać, wiedział, gdzie był jego topór.

    Gdy Egon rozejrzal się to obaj Norsmeni, jeszcze ciężko dyszeli i podnosili się z ziemi. A walka przyciągnęła całkiem sporo widzów. Stali okręgiem wokół improwizowanego placu boju. Wskazywali sobie z ożywieniem, komentowali, przekrzykiwali się. Silny też jakby potrzebował chwili aby dojść do siebie. Wśród tłumu przepchnęła się Jutta a za nią dwóch innych mężczyzn. Też mieli kordelasy u pasa.
    - A co tu się dzieje? - Brunetka zapytała, kładąc dłonie na swoich smukłych biodrach.
    - A nic takiego Frau strażnik. Chłopcy chcieli tylko potrenować bo jutro mamy płynąć w górę rzeki i może nawet na tych piratów trafimy. To lepiej sobie trochę poćwiczyć póki można. - Burgund szybko przejęła inicjatywę i widać miała wprawę w rozmowach z władzą. Co pozwoliło całej czwórce wojowników podnieść się z ziemi i skupić na czymś innym niż właśnie zakończona bijatyka. Mytniczka i jej towarzysze mieli miny dość podejrzliwe i uważnie przyglądali się całej czwórce.
    - Nic się nie stało. Koledzy się trochę potknęli. Ale już im nic nie jest. - Silny odzyskał głos i wskazał na dwóch Skaeligów co wycierali ziemię i krew z twarzy, bród i torsów.
    - Tak. Nic się nie stało. Tylko takie małe zmagania. Nie chcieliśmy nikomu przeszkadzać. - Solmund pokiwał głową na znak poparcia. Jutta popatrzyła na nich jeszcze chwilę po czym skinęła głową.
    - No to ubierzcie się. - Poleciła im a sama odwróciła się do widowni. - Koniec widowiska! Nie ma tu czego oglądać! Rozejść się! - Wołała a jej dwaj towarzysze dołączyli do niej. Tłum faktycznie zaczął wracać do środka tawerny i zaczęło się robić luźniej i spokojniej. Thorstar, wciąż krwawiąc z rozbitej wargi podszedł do swoich niedawnych przeciwników. Przyjrzał się każdemu z nich.
    - No. Nie najgorzej. Może nie jesteście takie cherlaki jak większość południowców. - Mruknął z uznaniem i nawet się troche uśmiechnął.
    - To tylko taka mała wprawka. Jakbyśmy się spotkali u nas w dokach to inaczej by to wyglądał. - Silny parsknął i sparował docinek. Ale też się uśmiechnął.
    - Dobra. Skoro nie takie z was cherlaki i coś tam umiecie. To możemy z wami popłynąć jutro. I tak w Saltmundzie mamy sprawę. - Solmund też podszedł, gdy nakładał koszulę na rozgrzany i spocony od walki tors. Pokręcił głową jakby na nim też dwójka południowców zrobiła wrażenie większe niż się początkowo spodziewał.
    - Świetnie! To możemy wracać do środka zanim nam miejsce zajmą! - Burgund z kolei ulżyło, że na tym bitka się skończyła i nawet wszyscy stoją na własnych nogach.

    Egon skinął głową. To było wszystko, co mógł zrobić, żeby zjednać sobie Norsmenów. Gadanie o Krwawym Ogarze nie zadziałało, dopiero pójście na rękę i obicie mord dwóm berserkerom sprawiło, że zrozumieli, z kim mają do czynienia. Wojownik, naprędce ubierając swój kaftan i resztę zbroi, dał znak Burgund:

    – Możesz ich zapoznać z Anniką, niech rzeknie im co niego o wyprawie na orków. Gadają ciągle o jakiejś ichniejszej walkirii, może będzie i tak, że w niej ją zobaczą. Trza będzie rzec Astrid, że będzie musiała się kryć przez całe jutro. Powiemy szyprowi, że z nami popłyną jako wzmocniona obrona.

    Egon potarł brodę, nagle kalkulując. Norsmeni raczej nie będą walczyć zajadle z ranami z dzisiaj, toteż prawdopodobieństwo bitki na pokładzie było małe. Może z czasem można by przekonać ich do pozostania w kulcie? Więcej wojowników na cześć Pana Krwi z pewnością wyrównałoby szanse, gdzie większość czciła Pana Zmian i Mrocznego Księcia.

    Były to jednak plany na później.

    – Idziemy – rzekł Egon.

    Rozgrywka import

  • Kultyści - Lato 2519
    SantorineS Santorine

    Aubentag; wieczór; zajazd “Błękitny łabędź”

    Karoca Theo, zatrzymała się. Gdy wysiedli niebo było zasnute chmurami i powstało złudzenie, że końcówka dnia wróciła. Ale to dlatego, że wyjechali z lasu. Teraz po kolei, wysiadali z powozu, wprost przed rzeczną tawernę. Gdy już wszyscy byli na ziemi, stangret strzelił lejcami i konie ruszyły w stronę stajni. Zaś z budynku dobiegał taki sam gwar jak gdy go opuszczali.
    - Mira moja droga. Czy mogłabyś przynieść mi ten niebieski kapelusz? - Niziołek uprzejmie zwrócił się do swojej towarzyszki.
    - Ten z czerwonymi piórami? - Upewniła się czy dobrze się rozumieją.
    - Tak, właśnie ten. - Impresario utwierdził ją w tym przekonaniu i podał jej swój ozdobny beret. A kobieta wzięła go i weszła do środka. W świetle bijącym z izby, dało się dostrzec, że ma burgundowe włosy, starannie spięte w kok z tyłu głowy. Podobne barwą do kamratki Łasicy. Może trochę jaśniejsze. Za nią weszły Jutta i Annika.
    - Katju, czy mogłabyś sprawdzić czy kąpiel jest gotowa? Mieli przygotować ale sama widzisz jaki dziś ruch. Jeśli zapomnieli albo nie zdążyli, to bądź tak dobra aby im przypomnieć. - Zwrócił się do drugiej towarzyszki. Ta pokiwała głową i bez słowa weszła do środka. Okazało się, że ma długie, czarne włosy, podobne do lady Fabienne. Niziołek na chwilę został na błotnistej ulicy, tylko z Egonem i swoimi dwoma ochroniarzami.
    - Widzisz przyjacielu jak to działa? To właśnie miałem na myśli, mówiąc, że własny szlachcic bywa przydatny. Czasem nawet nie musi być przy rozmowie, ale wystarczy, że da ci rekomendacje albo powie, że reprezentujesz jego interesy. Tak, to potrafi wiele drzwi otworzyć. Jak tylko byś miał okazję, to polecam zdobądź sobie takiego szlachcica. Nie musi być z głównego świecznika, jakaś mała, poboczna świeca też może być przydatna. Też ma “von” albo “zu” przed nazwiskiem i rodowy pierścień. A zwykle jest łatwiejsza do zjednania niż te naprawdę grube ryby. - Theo podzielił się z gladiatorem, przyjacielskim tonem. I śladem koleżanek, poszedł w stronę głównych drzwi. W twarz buchnął im zaduch, gorąc i hałas. Czyli podobnie gdy Egon tu wchodził za pierwszym razem. Obaj zatrzymali się aby się rozejrzeć. Katja rozmawiała z barmanką przy szynkwasie. Jutta i Marissa zatrzymały się przy stole ladacznic ale ten był już pusty. Rozglądały się po głównej izbie aby zorientować się gdzie jest ktoś ze swoich. Chwilę to trwało. Ale w końcu udało im się ich namierzyć.
    Rudą głowę łotrzycy, dostrzegli przy jednym ze stołów. Grała w karty z kilkoma innymi graczami. Na razie chyba jeszcze nie dostrzegła powrotu ekipy. Nic dziwnego, była do frontowych drzwi i szynkwasu trochę tyłem a trochę profilem. Siedziała w samej koszuli, bez gorsetu a dołu nie było stąd widać.
    Łysa czaszka Silnego była widoczna przez chwilę. Tam zrobił się wianuszek widzów. Ale nic dziwnego. Siłowanie się na rękę, przyciągało ich tak samo jak głośna bitka czy małżeńska kłótnia.

    Astrid siedziała przy innym stole niż ją zostawili. Rozmawiała z jakimś dorodnym mężem, jaki był ubrany modnie i bogato. Widać było, że ta rozmowa sprawia im obojgu sporo przyjemności.

    Larsa dostrzegli najpierw dzięki złotej głowie Ingrid. No i jej śmiałej kreacji jaka przykuwała uwagę. Z towarzyszy jak na razie tylko on dostrzegł Egona. I machnął ku niemu przyzywająco. Ale zanim gladiator do niego podszedł dostrzegł Gezackta. Herszt siedział razem z Giętkim i Martin. I jeszcze paroma innymi. Akurat się spotkali spojrzeniami. Więc milicjant wskazał mu wzrokiem gdzieś w głąb sali. Ale chociaż brodacz przeszukał wzrokiem tą okolicę, to nie dostrzegł tam nic niezwykłego.

    - Mówią, że kąpiel zaraz będzie gotowa. Czekali aż wrócimy. - Katja zdążyła rozmówić się z barmanką i wrócić. Zdała relację niziołkowi czego się dowiedziała.

    - No cóż przyjacielu. Na mnie już pora. Może się jeszcze dziś spotkamy jak już się oporządzę. W końcu kolacja się sama nie zje! - Poklepał się radośnie po swoim wielkim brzuchu. - A gdybyś czegoś potrzebował to jestem na pięterku pod dwójką. - Poklepał przyjacielsko gladiatora po ramieniu. A temu coś świtało, że chyba ich apartament to miał “3” na drzwiach, to by byli sąsiadami.

    – Aye, dzięki! – Egon dał znak Theo.

    Egon natychmiast zoczył korsarza, który był poważnie ranny podczas bitki z orkami. Podszedł nieco bliżej i rzekł:

    – Witajże raz jeszcze… Słuchaj, byliśmy u tych mistrzów alchemii. Mam dla ciebie miksturę, trza ci ją wziąć zanim jutro wyruszymy.

    Wyrzekłszy to, Egon zmiarkował, że będzie mu też rozmówić się z Gezacktem, żeby zaplanować całą rzecz. Najemnicy, kiedy tylko znak będzie dany, będą musieli odpowiednio wziąć mikstury, które pozwalały widzieć w ciemnościach - kwestia zaskoczenia, jakie będą mieli kiedy piraci zorientują się, że wróg może ich ostrzelać w ciemności zdała się Egonowi nietrywialna.

    Potrzebował też zasięgnąć opinii korsarza sam na sam, spodziewał się bowiem, że kiedy niebezpieczeństwo będzie prawdziwe nazajutrz, czasu na gadanie będzie mało.
    - O. Masz? To Jutta jednak prawdę gadała z tymi alchemikami? No to świetnie! Dobry druh z ciebie Egon. - Wilk morski zaśmiał się wesoło i poklepał gladiatora po ramieniu. - To szkoda, żebyś za wszystko płacił z własnej kiesy. Powiedz ile potrzebujesz za tą miksturę. - Dał znać, że jest gotów zapłacić aby wspomóc kamrata w kosztach tej alchemicznej usługi.
    – Dwanaście karli-franzów – rzekł Egon, drapiąc się po głowie, bo nagle zapomniał, ile dał wtedy mistrzom alchemicznym.

    Gladiator wyłożył na stół miksturę z najczerwieńszym oznaczeniem.

    – To postawi cię na nogi, byleś tylko nie chlał za dużo przez całą noc – rzekł wojownik.

    Egon rozejrzał się wokół, sprawdzając, gdzież to poszła Jutta. Chciał pogadać z korsarzem sam na sam.

    – Wyjdziesz na chwilę ze mną? – spytał, macając w kaftanie swoją wrzoścową fajkę i zwitek z zielem fajczarskim. – O rzeczy jednej chciałem pogadać…
    - No pewnie. Też jest coś co chciałem z tobą rozgryźć. W samą porę wróciłeś. To i rozliczymy się od razu. - Topornik uśmiechnął się z zadowoleniem. Wstał z pewnym trudem. Widać było sztywność ciała od boleści po orczych toporach. Sięgnął jednak po sakiewkę i zaczął odliczać kolejne monety. Jakiś sąsiad łypnął z zaciekawieniem w ich stronę ale gdy Lars oddał mu spojrzenie, to postanowił zająć się swoim talerzem. Po chwili tuzin brzdękow przeszło z ręki Norsmenow do gladiatora. A potem czarnobrody wziął swój kufel, mikstury i ruszył do wyjścia. Znaleźli się na zewnątrz, w tym samym miejscu gdzie przed chwilą Egon stał z niziołkiem i koleżankami.
    - Ile się tego bierze? Mówili ci? - Lars podniósł buteleczkę pod kończące się światło dnia. W ciemnym szkle, ciecz w środku wydawała się ciemno brunatna. Wedle zaleceń alchemików, każda taka butelka to była jedna porcja do użycia na raz.
    – Gadali, że wszystko i potem trza spać – rzekł gladiator. – Dwie pozostałe dam Astrid i Rune, bo zebrali po łbach swoje. Silny wojował dobrze, może jutro nie będzie najlepszy, ale, kurwa, nie raz widziałem, jak gorsze cięgi zebrał i się podniósł. Twardy jest, no ale jest z nas, więc wiadomo.

    Kiedy wyszli na zewnątrz, Egon raz jeszcze wciągnął w nozdrza powietrze letniego wieczoru. Strzepał resztki popiołu i pomacał do środka cybucha palcem, po czym wziął nieco ziela, napchał i odpalił.

    – Dobrze ci po tym będzie, kupiłbym więcej, ale to powinno styknąć – Egon ocenił. – Musisz być jutro żacy w Altdorfie, bo będzie cholerna zadyma, tak czy inaczej.

    Egon wciągnął dym fajki i wypuścił pióropusz dymu.

    – W sumie to ty i Annika jesteście najważniejsi w tym całym bardachu, który wydarzy się jutro. Piraci będą próbowali nas napaść nie dalej niż wieczór, w nocy też mogą, na wszelki wypadek. Spytam się jeszcze Jutty. Ale ja bym powiedział, że dalej w górę rzeki się nie poważą. Ty dlatego, bo znasz się na pływaniu, a Annika dlatego, bo żem przyrzekł milady, że wróci bezpiecznie. I potrzebna mi będzie, żeby znaleźć ołtarz Krwawego Ogara… Ale to potem.

    Wciągnął dym jeszcze raz.

    – Pamiętasz plan? Czekamy na piratów, a kiedy zaatakują, walcz obok mnie, zaraz z Anniką. Oszczędzaj się, pozwól Gezacktowi ostrzelać tych drabów. Ja, Rune i Silny zrobimy ich tak, że już potem nie trza będzie żadnych obstaw – Egon zaśmiał się, a w miarę wymawiania kolejnych słów dym buchał z jego ust. – Bijemy się tak, żeby wyrżnęli załogę i szypra, a potem my przejmiemy statek. No chyba, że przypłyną swoim… Wtedy styknie, że ich pobijemy.

    Tu zrobił pauzę i rzucił okiem na korsarza, był bowiem ciekaw jego zdania.
    - Chyba muszą mieć własny statek. Bo jak inaczej by zasadzali się na te wszystkie krypy? No może którą by dopadli jak cumuje i brzegu ale wszystkie? - Lars był sceptyczny co do ataków z brzegu. Na razie jednak otworzył korek butelki i powąchał zawartość. Podkręcił nosem, wzruszył ramionami i upił łyk. Przetrzymał chwilę płyn w ustach jakby sprawdzał smak, po czym przełknął. - Nie takie złe. Trochę gorzkie. Ale nic to. - Uśmiechnął się do kolegi po czym już duszkiem wypił zawartość całej butelki. I beztrosko cisnął ją w błoto. - Zwłaszcza jak jest czym smak poprawić. - Uniósł trzymany kufel, uśmiechając się do sąsiada i przepłukał gardło kilkoma łykami piwa. Potem otarł usta rękawem i sapnal z zadowoleniem.
    - Jak gadałem z Jutta i Burgund to mówią, że jutro na wieczór albo pojutrze na obiad, to już powinniśmy być w Saltmundzie. Też myślę, że piraci blisko dużego miasta chyba nie powinni się ważyć atakować. Więc największe szanse jutro z rana i później. Chyba, żeby do zmroku tego Saltmundu jeszcze nie było to może na nocny atak by się powazyli. - Podzielił się swoimi przemyśleniami o ataku piratów.
    - Tu to raczej nie. Palisada, wieża, strażnicy. Może by mogli próbować ukraść jakaś lódź ale atak na zajazd to chyba nie. Wiela by musiało ich być albo jakoś strażników podejść i palisadę. Jakbym miał własną długa łódź z chwatami jak ty czy Silny albo Norma to mógłbym nocnego ataku spróbować. Ale po co jak w dzień co chwila jakaś łajba sama się pcha pod topór. - Dalej oceniał sytuację okiem morskiego łupieżcy. Nie wykluczał ataku na “Łabędzia” ale nie kalkulował mu się jak były łatwiejsze cele do zalupienia.
    - A Annika. - Zastanowił się i dla odmiany spojrzał na drzwi karczmy, jakby czarnowłosa w nich stała. - Ładna z niej łania. Temu niziolkowi w “Trzech gwoździach nieźle walnęła. No ale tam na plaży z tymi krabami albo teraz z tymi orkami to jej nie było. No ale jak chce to będzie miała okazję walczyć. Prędzej lub później. - Wzruszył ramionami mówiąc o pokojówce milady. Do tej pory nie widział jej w walce to nie wiedział jak ją ocenić pod tym względem. Z wyglądu pasowała na pokojówkę, kelnerkę czy subiekta i na wojowniczkę nie wyglądała.
    - No ale jak obiecałeś jej pani to trzeba jej pilnować. Ty, ja, Silny i Rune to możemy się ciąć i z orkami i piratami. Astrid trochę mniej. Może niech Annika trzyma się Astrid? Wiesz przy abordażu to zwykle jest niezły kocioł. Na początku jest mur tarcz i walczy się burta w burtę. Jak się nie wywalczy przełomu to zwykle statki się rozchodzą. Na początku to jak mówisz, łucznicy mogą zmiękczyć tych drugich. Tarcze się przydają aby się przed strzałami zasłaniać. Najgorzej mają wioślarze bo nie mają się gdzie skryć bo wiosłować trzeba aby statek był w ruchu. Jak chcesz się abordażowac to dobre jest liny z hakiem zaczepić o burtę tamtych. Znaczy piraci jakby chcieli napadać to powinni to zrobić. Oczywiście ty jak bronisz statku to rabiesz te liny aby im utrudnić. Tu jest rzeka to ciasno jak w piczce dziewicy. Mało miejsca na manewry. Mało miejsca i czasu na ostrzał. Na morzu jest więcej miejsca. Potem jak już będzie burta w burtę to trzeba zrobić wyłom. W ten wyłom trzeba wskoczyć gdy tylko się da. U nas za to jest nagroda w lupach jak kto pierwszy wedrze się na wrogi pokład. I przeżyje. Jak są duże jednostki to jeszcze można po masztach skakać i potem na pokład tych drugich. Elfy są w tym mocne. Skaczą po tych linach i relingach jak morskie małpy! Potem strzelają z góry na walczących. Ha! Ta złociutka elfka lady Froyi nie zdziwiłbym się jakby tak umiała! W końcu jest z morskiego ludu. - Norsmen rozgadał się jak to zwykle morskie walki statków wyglądają. Choć brał pod uwagę specyfikę rzeki, gdzie nie wszystko mogło wyglądać tak samo. Westchnął i upił łyk z kufla.
    - Właściwie tą bretońska milady tej Anniki to też niczego sobie. Powiem ci, że gdybym nie widział na własne oczy jak jest przywiązana nocą do tych kamieni podczas pikniku w lesie to nie uwierzyłbym, że to ta dostojna, wyperfumowana dama w bogatej sukni. Znasz ją? - Norsmen podkręcił głową z niedowierzaniem na ten kontrast wizerunku tej samej szlachcianki.
    – Milady? Nie, niezbyt się widujemy – Egon wzruszył ramionami. – Po prawdzie to chyba tam zaszedłem pierwszy raz w ogóle.

    Egon potarł swoją brodę w namyśle.

    – Annika może walczyć w odwodzie z Astrid – zgodził się wreszcie na pomysł korsarza z Norsci. Wydaje mi się, że powinno styknąć, ale będę walczyć blisko nich, więc jakby coś to przyskoczę.

    Egon skinął głową, na potwierdzenie słów Larsa. Ale chciał jeszcze rozmówić się co do jutrzejszej bitwy na rzece:

    – Te napaści są ponoć szybkie i nie zostawiają żadnych śladów poza korabiami przy brzegu – zauważył Egon. – Jeśli atakują statkiem, to muszą mieć naprawdę dobrą kryjówkę. Może przy brzegu mają jakiś szybki i zwinny korab albo nawet parę, które są w stanie wypuścić się i wtedy wskakują na statek. Ciekawe, u diabła, czemu oni te statki zostawiają? Po mojemu to łowcy niewolników albo jakiś lokalny kult, bo przecie nie działają tak, jak zwyczajni piraci…

    Egon pociągnął raz jeszcze z fajki i puścił dym. Lars mógł mieć rację: zdawało się, że rzeka nigdy nie stawała się aż tak wąska, aby mogli przypuścić atak z brzegu. Nie miał jednak wątpliwości co do rzeczy, był pewien, że abordaż musiał się dokonywać z szybkością błyskawicy.

    – Jak będzie tak, że będą mieli statek, musimy ich wybić do nogi, poza jednym może, żeby go wziąć na spytki – uniósł dłoń z fajką. – Z tej rejzy musimy wyjść z korabiem, nie ma co. Kiedy tamtych zarżniemy, przejmujemy statek piratów… Albo, jeśli przyjdzie co do czego, to Jutrzenkę. Co rzekniesz? – zapytał. – Jedyny szkopuł to Jutta, bo jest niepewna, ale tak czy inaczej mus nam mieć statek. Jak już go będziemy mieć, jak myślisz, da się tym dopłynąc do Salzenmund?
    - No tak, Jutta. - Drugi brodacz przytaknął pierwszemu i zamyślił się na chwilę. - Lubi się zabawić i pofolgować sobie. To już widzieliśmy. Ale na co stać ją w walce to właściwie nie wiemy. Podobnie jak z Annika. Na wojowniczkę jednak mi nie wygląda. Na rzeźnika od podrzynania gardeł raczej też nie. A z drugiej strony pozory mogą mylić. Astrid też wygląda raczej na dame dworu co miecz nosi na oznakę szlachectwa a jednak z tymi krabami i orkami dzielnie stawała. Różnie może być z tą Jutta. - przyznał, że trudno mu ocenić zachowanie mytnik w przyszłej walce. - Myślę, że jeśli chodzi o walkę z piratami to możemy na nią liczyć. W końcu jest rzeczną strażniczką. Ale przy rzezaniu Wagnera i reszty to nie wiem. - Podkręcił głową i upił łyk z kufla.
    - Ci piraci dziwni są. Mogę zrozumieć ze nie biorą kryp. Na morzu możesz popłynąć do każdego portu jako jest w zasięgu, od Startosy po Erengard. Zawsze jest szansa, że sprzeda się zrabowany statek. Tutaj jest trudniej. Właściwie musieliby sprzedać albo w Neus Emskrank albo Saltmundzie. A spora szansa, że ktoś rozpoznałby taki statek, nawet armator, wspólnik czy rodzina. Właściwie to opłacałoby im się brać łajbę tylko aby wymienić na lepszą niż tą co mają. - Podzielił się z kolegą przemyśleniami.
    - Co innego ludzie. Rozumiem, że gardło dają ci w bitwie. Że po niej dobijają ciężko rannych. To ma sens. Ale po co zabierać resztę? Jeśli chcą zlikwidować świadków to powinni zarżnąć ich na miejscu. Rozumiem dziewczynki wziąć do zabawy. Może kogoś kto chciałby się przyłączyć. Albo mógłby im się przydać. Kucharz jakiś czy medyk. Ale po co brać resztę? No albo na handel. Wtedy pewnie mają jakiś punkt zbytu. Albo do zabicia. Nie wiem po co inaczej ich zbierają. Piraci na morzu to biorą statek aby mieć drugi lub sprzedać. Towar jeśli cenny i mają łatwy zbyt. Cennego jeńca aby wymienić go na okup. A resztę nie, bo po co? - Porównał swoje doświadczenie łupieżcy z tym co do tej pory się dowiedzieli o tych rzecznych piratach.
    - No i piraci jak wracają do portu to wiadomo. Wino, dziewczynki, sklepy, karty, zakłady aż się geldy skończą i znów trzeba płynąć na morze. Przynajmniej większość tak ma. Ale tu? Powinni balowac w Neus Emskrank, Saltmundzie albo w takich tawernach po drodze jak ta tutaj. Ktoś powinien wtedy ich spotkać, kupować fanty. A tu nic takiego nie ma. Ta rzeka na wielką nie wygląda. Nie umywa się do Reik w Marienburgu. A jakiś nikt ich nie może znaleźć poza tymi napadami. No albo mają kryjówkę o jakiej nikt nie pomyślał albo komuś ostro dają w łapę, że ich ukrywa. Albo nie wiem już co. - Wzruszył ramionami na koniec. I znów upił parę łyków piwa z drewnianego kufla.
    – Po mojemu robota zrobiona za gracko, żeby to było jakieś licho z lasu – Egon pokręcił głową, przemyśliwując rzecz.

    Włożył ustnik i zaciągnął dym, a czerwone iskry zatańczyły we wnętrzu cybucha. Rzekł wreszcie zdecydowanie:

    – Pomyśl tak, przecie nawet krwi na pokładzie nie było, ponoć – ciągnął wojownik. – Rozumiesz, tak jakby zależało im na tym, żeby porwać wszystkich ludzi z korabiu. Rozumiesz, co to może znaczyć? Gdzieś w okolicy ta banda rzecznych chujków może siedzieć na całym tabunie brańców. Jeśli byśmy ich znaleźli, to nie musielibyśmy biegać, żeby luda nałapać, tylko byśmy położyli łapę na tym, co mają. A kto wie, może byśmy się z nimi dogadali? Za to, że ich nie wydalibyśmy, bralibyśmy trybut i może byśmy im nieco pomogli.

    Egon wrócił jednak do tematu okrętu:

    – Jak zarżniemy piratów, to musimy przejąć statek – wzruszył wreszcie ramionami. – Albo przejąć Jutrzenkę, na dwoje babka wróżyła. Myślisz, że z tą ekipą, co mamy, dopłyniemy do Neues Emskrank? Dystans niedaleki
    - Oh na pewno. Na upartego wystarczy jedna, dwie osoby do sterowania. I prąd zrobi swoje. Oczywiście im więcej przy wiosłach, tym łajba będzie pewniejsza. Na dwie pary wioseł to już by można dość spokojnie płynąć. Teraz trudniej bo wiatr niewiele daje i wioślarze muszą pokonać nurt rzeki. To sam widziałeś, że z tuzin ich trzeba. - Tego akurat Norsmen był pewien. I zdawał sobie sprawę, że na powrót mogłaby starczyć mniejsza załoga niż obecnie miał Wagner.
    - Tylko wody trzeba znać. Aby nie wpakować się w mieliznę jak statek Normy zimą. Więc dobrze jakby Jutta z nami nadal była. Lub jakiś przewodnik. - zaznaczył to od razu, żeby kolega miał to na uwadze.
    - A gdyby przejść interes tych piratów… Czemu nie. Jakby mieli brańców można by ich wziąć. Może nawet który z piratów by się do nas przyłączył. Czemu nie. No ale teraz to trochę dzielenie skóry na niedźwiedziu. Jak ich pokonamy to weźmiemy ich statek. I zobaczymy co dalej. Po prawdzie dla nas najlepiej byłoby znaleźć któryś z ich poprzednich złupionych statków. Wystarczyłoby go obsadzić i w drogę. Ale pewnie jak już je znajdą bez załogi to zabierają do Saltmundu. Więc pewnie trzeba będzie to zdobyć na piratach. - Generalnie wolał poczekać na rozwój wypadków i tylko ustalić co mniej więcej mają robić.
    - Oho. Chyba zaczyna działać tą trutka od ciebie. - Zaśmiał się rubasznie i poklepał się w brzuch.
    - Dobra ale ja też chciałem ci coś powiedzieć. - Spojrzał bystro na kamrata i uśmiechnął się chytrze. - Jak pojechaliście to gadałem z Ingrid. - Wskazał bokiem głowy w stronę frontowej ściany. - Ona całkiem nieźle mówi po norsmensku. Podobno po ojcu jest w połowie nasza. Pasowała by do nas he he wygląda bardzo dorodnie. Więc z nią i Astrid to się je he pracowita noc szykuje. - Zaśmiał się rubasznie na tą przyjemną myśl. A jak przestał to znów spojrzał bystro na kolegę. - Powiedziała mi, że dziś jest tu jeszcze dwóch innych Norsmenow. Nawet mi ich pokazała. Tak, myślę, że ma rację. Mi też wyglądają na Norsmenow. - Pokiwał swoją czarną głową i przez chwilę jakby nad czymś myślał.
    - Wyglądają krzepko. Topory, kolczugi, brody. Tak sobie myślałem, że dwa topory więcej na jutro to by nam się przydały. - Mówił ale z wahaniem, jakby przedstawiał jedną stronę monety.
    - Ale widziałem ich amulety i tatuaże. Oni chyba są ze Skaelingow. To bardziej na wschód od nas. Od was to można by rzec, że he he po przeciwnej stronie morza. Bliżej stąd do nich niż do nas. - Zaczął wyjaśniać kogo widział wewnątrz tawerny przed jaką stali. - Oni łupią i mordują na morzu albo wybrzeżu kogo popadnie. Bardzo szanują Krwawego Ogara. A tu nie wiem co robią. Może są jako kupcy albo najemnicy. Może jakaś misja od jarla albo szamana. Trudno powiedzieć. - Ściszyl głos gdy mówił o barbarzyńcach z północy.
    - Tylko, że my mamy z nimi kosę. - Wyznał jeszcze ciszej. - Od dawna. Z dekadę temu ojciec Astrid poprowadził nas do bitwy z mini. Oni wyszli w morze ku nam i była morska bitwa. Wygraliśmy więc wyszliśmy na ląd i złupilismy im osadę. Wróciliśmy do nas z wieloma łupami, niewolnikami i odciętymi głowami. My pamiętamy więc oni raczej też. - Przyznał dlaczego tak ostrożnie podchodził do dwóch krajanów.
    - I tak właśnie siedziałem z Ingrid jak przyszedłeś, i zastanawiałem się jak to ugryźć. Oni chyba nas jeszcze nie zoczyli. Nie wiem czy w nas mogą rozpoznać Bjornlingow. Nie wiem po co tu są. Przydałoby się ich mieć jutro u swego boku no ale jest ryzyko. Zwłaszcza jakby wiedzieli, że Astrid to córka naszego jarla co ich niegdyś złupił. - Widać było, że Norsmen ma zagwostke na tym punkcie

    Egon zabębnił palcami o cybuch fajki. Wziął dym jeszcze parę razy, żywo patrząc na Larsa. Wojownik przez parę dłuższych chwil kalkulował ich szanse. Z miny jednak można było odczytać Egona niby księgę, że pomysł mu się nie spodobał.

    – Ryzykowna rzecz – rzekł wreszcie, krzywiąc się nieco. – W Norsce krótki czas byłem. Ot, prawda, przydaliby mi się dobre woje na wyprawę, ale nie tacy, co mają wróżdę z Astrid. Zda mi się, że ludzie Norsci przebiegli być mogą. Uważasz, mogłoby być i tak, że byśmy pokazali im Astrid od razu, żeby ich wybadać. Jak rozpoznaja w niej Bjornlingów, to zaatakowaliby od razu, a? Tak mi się zdaje, bo czemu by nie mieli atakować?

    Wojownik jednak pokręcił głową.

    – Gorzej, jak tych dwóch załapie, kim ona jest po jakimś czasie albo będzie próbowała się mścić potajemnie. Przykład ci dam. My zagadamy do nich, że rejza się szykuje na piratów rzecznych. Może i szyper by ich wpuścił na pokład, ale jak przyjdzie co do czego, to mogliby znienacka wziąć Astrid… Chyba, że byśmy się wypuścili w jakiś fortel i powiedzieli im od razu, że Astrid pochodzi z Bjornlingów i zasadzamy się na nią i jeśli jeno by nam wysłużyli, to byśmy ją im wydali, ale dopiero w Salzenmund. W międzyczasie, uważasz, kiedy by robotę ogarnęli z piratami, to usieklibyśmy drabów łatwo.

    Egon dodał więcej ziela fajczarskiego do swej fajki.

    – Ale mogą się zorientować i gwaranta na to nie ma – odpalił raz jeszcze. – Moglibyśmy stracić Astrid i to wszystko mogłoby się zesrać podczas abordażu, a wtedy już będzie trudno. Piraci brali wszystkie korabie jak leci i nikt nie dokazał, by im odpór dać. Spodziewam się trudnej walki. A tak? Sami znajomi na pokładzie.

    Egon wypuścił dym z ust.

    – Mniej toporów, ale i też mniej ryzyka…
    - To prawda. Mniej toporów ale i mniej ryzyka. No ale te dwa topory mogłyby się nam jutro przydać. Ciężka sprawa. - Lars westchnął jakby przed chwilą robił w głowie podobne kalkulacje jak teraz Egon. Postawił pusty już kufel na parapecie okna i bez pośpiechu sięgnął do przypinanej torby i pasa. Wyjął z niej swoją fajkę i spokojnie, metodycznie zaczął ją nabijać.
    - Trudno powiedzieć kto to ci piraci i ilu ich jest. Bo dotąd rzezali każdego kto wpadł im w łapy. Więc nie wiada czy to co mamy starczy na nich. Dwa topory więcej to zawsze lepsze rachunki dla nas. - Powoli ubijał ziele w cybuchu.
    - Astrid chyba nie powinni znać. Ona wtedy smarkata była. Ale jednak córka jarla. Może któryś z nich przez tą dekadę był u nas lub gdzieś ją widział. Mogło tak być. A mogło nie. Ehh. Szkoda, że Raisy nie ma z nami. Albo jakiego szamana. Rzuciłby taki kościami, poderżnął gardło kurze i by bogów i radę spytał. - Westchnął, żałując iż starej wiedźmy nie ma teraz z nimi. Skończył ładować cybuch i odłożył do torby woreczek z zielem. Teraz sięgnął po żar i zacząć ssać fajkę aby ją rozpalić. Po chwili buchnął pierwszy kłąb dymu.
    - Ona po kislevsku umie. Może by mogła kislevitke udawać. Nie wiadomo jak oni znają kislev. Czy by poznali czy nie. Jak będziemy gadać po norsmensku to poznają, że my też Norsmeni. No to pewnie zapytają skąd. - Główkował nad możliwościami jakie mieli. Pociągnął kilka wdechów z fajki. - Chociaż nie musimy mówić im, z której osady jesteśmy. To by nie taka osobista wróżda była. - Wpadł na pewien pomysł.
    - Myślę, że jak coś by mieli działać to od razu. Raczej. Może jacyś chytrzy są. Ale ogar w nich silny więc jakby mieli mnie czy Astrid łeb rozwalić to nie czekaliby z tym do rana. - Rzekł po chwili zastanowienia. - No ale to najlepiej w rozmowie ich wybadać. Tylko trzeba by ustalić co im gadać. - Westchnął nad tą kwadratura koła.
    - We czterech pewnie byśmy dali im rady. Jeśli ich jest tylko dwóch co Ingrid mówiła. Ty, ja, Silny. Rune jeśli odzyska siły. Powinniśmy dać im radę. Tylko znów mogą nas pociąć jak te orki a przed piratami to by nam nie pomogło. - Zachował pewien optymizm co do obliczania szans na zwycięstwo w takim starciu.
    - Właściwie… Właściwie to na tych piratów mogą być chętni. Skaelingow to piraci, łupieżcy, wojownicy, łowcy skarbów i niewolników. Przepis na dobrą walkę na statku może im się spodobać. Przeciwko zabijaniu południowców czy braniu niewolników raczej też nie powinni być przeciw. I tak zazwyczaj to właśnie robią. Właściwie jakby ich skaptować to może i na dłużej by się przydali. Na późniejsze rejzy. W końcu to Norsmeni więc żeglować potrafią. Sam wiesz, że na razie to prawie same szczury lądowe nam się trafiają. - Przyznał, że w pozytywnym wariancie to nawet mogłoby się to opłaca w dalszej perspektywie.
    - Hmm… Jakbyśmy zawarli z nimi pakt. To raczej staraliby się go dotrzymać. Szkoda, że Raisy nie ma. Ona by mogła coś powiedzieć o woli bogów. To zawsze pomaga w negocjacjach. No i wino, śpiew i kobiety. No i wódz jakiś znany. Jak i nas jarl wróci z bogatymi łupami to zawsze na chętnych na kolejną wyprawę. My mamy tylko córkę takiego jarla. - Pokiwał głową gdy wymieniamy rzeczy jakie mogłyby skłonić dwóch norsmenskich wojowników do współpracy.
    - Dobrze też zrobić na nich wrażenie. Zaimponować im. Walka, siłą, charyzmą, sagami, w biesiadzie. Jest mały plus bo i oni i my, nie jesteśmy u siebie. Ani na naszych statkach. Tylko daleko, wśród południowców. Może by to dało się jakoś ugrać. Ehh. Szkoda, że Astrid nie jest tak sprawna w walce jak Nora. Jakby pokonała w pojedynku któregoś z nich to może nawet zaoferowałby jej swój topór. Służyć córce potężnego jarla to prawie jak służyć jemu. Żaden wstyd. Szkoda, że akurat ten jarl ich spustoszył dekadę temu. To komplikuje sprawy. - Znów westchnął, że sprawa była taka zagmatwana. W końcu popatrzył na kamrata co on na to wszystko powie.
    – Ja bym mógł się bić z jednym z nich, jeśli tego trza będzie – Egon zauważył. – Na arenie walczyłem nie raz, ale po tych przeprawach z Kuno mało mi kto w bijatyce dostoi. Jak bym rzucił wyzwanie i ofertę, to mogliby się skusić.

    I dodał:

    – Ale pomyśl tak. Jak hołdują Krwawemu Ogarowi i gadasz, że by nie czekali z tym odwetem, jeśliby Astrid albo ciebie rozpoznali, to prosta sprawa. Pod Łabędziem styknie, że pokażemy im Astrid, a przy okazji zawołam Rune i Silnego, żeby patrzyli, jak pojedynek idzie. Jeśli by coś kombinowali, druhy by zaraz nas wspomogły.

    – Najgorzej pod Łabędziem. Potem, na okręcie, prosta sprawa, jeśli by się rzucali na Astrid, to dałbym znak Gezacktowi. Dwóch przeciwko wszystkim na okręcie? Przegraliby jak nic. Jeno tutaj nieco by mogli nas pociąć.

    – Albo… Astrid i tak jest ranna, nie? Co, jak byśmy jej kazali trzymać się z daleka, że niby ranna i że nie możemy jej stracić, bo sagi nie napisze? Dziś poszłaby do swej izdebki, a jutro pod pokładem. Byłbyś tylko ty, a ciebie to nie tak łatwo rozpoznać. Najgorsze ryzyko byśmy ukryli pod okrętem, a Norsmenom byśmy pozwolili na ochronę okrętu.

    Egon założył ręce, ciekaw, co korsarz ma do powiedzenia na ten temat.
    - No tak. Ty czy ja, to byśmy mogli z nimi stanąć w pojedynku. Ci dwaj, wyglądają na tęgich rębajłow ale z kimś z nas, to pewnie nie byłoby im łatwo. Jeszcze Silny. Widziałem, że z tymi orkami też mi dobrze szło. Ha! Teraz te orki by nam się przydały! Jakby co dwaj stawali z nami ramię w ramię to potem już trudniej topór w czerep komuś wbić jak razem rzezaliscie wrogów. - Lars pokręcił głową z niedowierzaniem na myśl, że obecnie przeciwnik jakiego pokonali w obiad, mógłby im pomóc zjednać sobie tych dwóch Skaelingow. Cmoknął ze dwa razy fajkę i wydmuchał kłąb dymu.
    - Jeśli oni są od Ogara i wpadną w szał to nie będą liczyć ilu jest przeciwko nim. To samo co u nas z Bjornem. Co z tego, że ich razem zaciukamy jeśli zdążą zdjęć głowę z ramion Astrid? Wtedy to właściwie nie mam po co wracać do domu. Jej ojciec wypruje mi flaki. - Uśmiechnął się jakby bawiła go taka sytuacja.
    - Chociaż to, że ona jest kobietą i jest ranna to mogłoby działać na naszą korzyść. Zwłaszcza jakby oni byli od Ogara. Bo wiesz to nie honorowe uciąć łeb komuś kto ledwo stoi na nogach. - Znalazł jakiś pozytyw w tym pomyśle o jakim rozmawiali.
    - Właściwie to ten honor to też sposób. Jakby dali słowo to by pewnie próbowali je dotrzymać. Na przykład, że nie zetną jej głowy póki nie wydobrzeje. Albo, że dzień służby jeśli ich w czymś pokonamy albo zaimponujemy. Szkoda, że nie wiemy po co tu są. Jakbyśmy wiedzieli to może coś dałoby się ugrać. - Znów wydmuchał dym z bladej, koscianej fajki.
    - Chyba i tak trzeba by pogadać z Astrid. W końcu to jej głowa jest najbardziej narażona. Zresztą głupia nie jest to może coś wymyśli. - Popatrzył na kolegę co on na pomysł rozszerzenia ich grona o blondwlosa córkę jarla.

    Egon skinął głową. Strzepał resztę popiołu z cybucha i schował fajkę z powrotem do sawky.

    – Dobrze gadasz – odparł. – Ale z tym honorem to bym nie ufał, ciężko rzec, co we łbach tamtych siedzi. Mogą walczyć z honorem, ale równie dobrze mogą się rzucić jak dzikie psy na Astrid. Nie sposób rzec. Ale chodźmy do Astrid, rzekniemy jej. Chciałbym się wywiedzieć, co myśli.
    - Może i tak być. Ale jakoś musimy ich podejść jeśli mielibyśmy ich jutro zabrać ze sobą. - Drugi brodacz rozłożył ramiona w geście bezradności i łyknął z fajki. - A po Astrid to ty idź. Poproś ją tutaj. Po co mamy gadać o naszych sprawach przy obcych. A ona jak widziałem bardzo teraz he he zajęta. - Zaśmiał się na wspomnienie urodziwej córki jarla którą widzieli w rozmowie z jakimś dobrze ubranym szlachcicem. - Jakby nie chciała przyjść to szepnij jej, że chodzi o Skaelingow. - Dorzucił na koniec. I został na zewnątrz czekając na powrót kolegi.
    Gdy Egon wrócił do środka przywitał go ten sam gwar i zaduch co poprzednio. W tym tłoku siedzących, stojących, chodzących gości i lawirujących pomiędzy nimi kelnerek, odnalazł blondynkę z Norski. Wciąż rozmawiała z tym eleganckim szlachcicem. Zanim do nich poszedł, usłyszał jak ktoś go woła po imieniu. Po chwili zorientował się, że to Gezackt.

    Zresztą szedł ku niemu.

    - Egon. Tak na wszelki wypadek. Na zewnątrz są Srebrne Hełmy. Pod wiatą, przy stole siedzą. - Wskazał na drugie drzwi jakie pewnie prowadziły na tyły albo podwórze karczmy. - Martin z nimi chwilę gadała. Do Neus Emskrank płyną. Jutro rano tam ruszają. - Dodał jeszcze tonem wyjaśnienia. Z wewnątrz i tak tych wojskowych nie było widać. Ale gladiatorowi coś świtało, że na ostatniej mszy w Festag, ojciec Absalon, zapowiadał przybycie wojska jakie po kompromitującym ataku na najpotężniejszą świątynie w mieście, miało pomóc zaprowadzić porządek.

    Egon przystanął na chwilę, przeżywając słowa łowcy niewolników. “Więcej elfów?” - z niechęcią pomyślał Egon. Zdawało się, że atmosfera w mieście zaczęła z wolna gęstnieć. Wyglądało na to, że skoro zwyczajne łapsy inkwizycji i inne oprychy pod carskim najmem skrewiły, rajcy miejscy systematycznie wytaczali coraz cięższe armaty. “Co dalej” - błysnęło mu z tyłu głowy. Zakon Srebrnego Młota? Egon nie miał wątpliwości, że jeszcze parę takich imprez pokroju świątyni Mannana i będą mieli na głowie coś więcej, niż zwyczajnych łowców czarownic.

    – To dobrze, że odpływamy z miasta, co nie? – zapytał. – Jak zaczną od czystek, to będziemy daleko. Czuj duch, tutaj nie spodziewają się niczego, a w Salzenmund trza będzie rozpytać o plotki ze stolicy prowincji. Te elfy nie węszyły zanadto tutaj? Hmm.

    I podszedł do Astrid.

    – Hejże, Astrid – rzekł Egon. – Sprawy mam dla ciebie – Egon postanowił jeszcze nie mówić nic Astrid o Skaelingach, chcąc wypatrzeć sytuację.
    - To chyba nie elfy. W każdym razie Martin nic takiego nie mówiła. Jest ich z dziesiątka, może tuzin. - Herszt milicjantów nieco się zmieszał słowami gladiatora ale doprecyzował co jeszcze dowiedział się od swojej blond łuczniczki. Pokiwał zgodnie głową, że to iż płyną w przeciwne strony niż oddział wojskowych, też uważa korzystną okoliczność. A na razie odwrócił się i ruszył z powrotem do swoich kamratów. Egon zaś, mógł wznowić marsz ku norsmenskiej blondynce. Jeszcze jak podchodził, usłyszał jak rozmawia z nieznajomym. Był barczysty choć nie aż tak jak gladiator czy Silny. Na cherlaka jednak nie wyglądał. Miał na sobie ciemno niebieski kubrak z modnymi rozcięciami na ramionach. A na krzepkiej dłoni, pierścienie.
    - Zapewniam cię, milady, że nasi artyści zrobili ogromne postępy i już śmiało mogą stawać w szranki z Tileanczykami w operze i Bretonczykami w poezji. - Mówił uśmiechając się do córki jarla.
    - A ja nie wiem czy moja przyjaciółka Fabienne by się z tobą Herr zgodziła. Ona jest Bretonka i jest rozmiłowana w teatrze i poezji. Nic dziwnego, przecież język bretoński jest taki romantyczny. - Astrid wcale nie wyglądała na zmieszaną. Przeciwnie, czuła się jak ryba w wodzie.
    - To na pewno musi być bardzo interesująca i czarująca dama. - Tyle zdążył powiedzieć jej rozmówca, zanim Egon nie podszedł do Astrid. Musiał się do niej nachylić aby jej powiedzieć swoje.
    ~ Teraz? To nie może trochę poczekać? No zobacz jaki kawaler mi się trafił. A jaki oczytany i też kocha poezję! ~ Chociaż córka jarla szeptała mu na ucho to i tak wyczuł jej ekscytację.
    - Czy coś się stało? - Mężczyzna po przeciwnej stronie zapytał grzecznie. Ale Egona obdarzył znacznie mniej przychylnym spojrzeniem niż jego koleżankę. Blondynka wciąż zadzierała głowę aby zobaczyć jak gladiator zareaguje aby wiedzieć co odpowiedzieć rozmówcy.

    Egon rzucił człekowi mordercze spojrzenie prawdziwego khornity. Jeśli drab miał wąty, mógł dostać kułakiem tu i teraz. Wojownik jednak nie koncentrował się na tym zbytnio, odszedł jeno krok z Astrid, nachylił się i szepnął:

    – Sprawa jest. Dwóch Skaelingów niedaleko. Trza mi o tym z tobą i Larsem pomówić. Może się zrobić niebezpiecznie.

    Wyrzekłszy te słowa, Egon odstąpił pół kroku, żeby zobaczyć, co rzeknie Astrid, ale i ustawił się tak, żeby kochaś córki jarla przypadkiem nie oflankował go. Gachy bowiem były czasem nieprzewidywalne.

    Przez chwilę widział jak oczy Norsmenski przestały się uśmiechać i zrobiły się trochę większe, gdy usłyszała o dwóch wojach z wrogiego plemienia. Gdy opuściła głowę aby spojrzeć na rozmówcę starała się jednak zamaskować to zaskoczenie.

    - Nic takiego Konradzie. Bardzo cenię sobie twoje towarzystwo ale niestety muszę cię na chwilę opuścić. - Zachowywała się z manierą szlachcianki i jakby na osłodę rozstania, położyła swoją szczupła dłoń na dłoni mężczyzny. Jego była ciemniejsza, ogorzała od słońca i wiatru. No i masywniejsza.

    - Oczywiście Astrid, jeśli tylko mógłbym zaproponować ci swoją pomoc, to możesz na mnie liczyć. - On podobnie mówił jak dobrze wychowany szlachcic.
    - Bardzo ci dziękuję Konradzie za twą hojność ale nie chciałabym cię kłopotać takimi drobiazgami. - Córka jarla wstała od stołu i jej rozmówca zrobił to samo po swojej stronie, okazując w ten sposób szacunek należny damie. Okazało się, że wygląda na krzepkiego a u pasa na miecz z ozdobną rękojeścią. Przesunął się wzrokiem po sylwetce gladiatora. Blondynka zdążyła przejść do końca ławy na jakiej siedziała i widząc to, podparła się ramieniem Egona. Być może także dla ustabilizowania pozycji.
    - Konradzie, chciałabym ci przedstawić mojego przyjaciela, Egona. Egon był razem z nami w tej walce z orkami na brzegu co ci opowiadałam. Lady Froya van Hansen, była mu i nam bardzo rada. - Norsmenska szlachcianka zaczęła przedstawiać ich sobie, tak jakby już wcześniej zdążyła chociaż trochę opowiedzieć nowemu znajomemu o dzisiejszych przygodach. Szlachcic nieco uniósł brwi ze zdziwienia, jakby wojownik w zwykłej kolczudze, niezbyt mu pasował do towarzystwa szlachcianek. Ale nie przerywał damie roboty gospodyni.
    - Egonie, to jest baron Konrad von Holzbeck z rycerzy Białego Wilka z Middelheim. Wyobraź sobie, że przyjechał na ten turniej w Neus Emskrank. I bardzo chciałby poznać nasze miasto. - Astrid przedstawiła rycerza a ten skinięciem głowy potwierdził jej słowa.
    - Miło mi cię poznać wojowniku. Cieszę się, że pomogłeś wyjść cało z opresji szlachetnym damom, gdy mnie nie było w pobliżu. Ah, jakże bym porąbał te kreatury moim toporem za to, że ośmieliły się podnieść swoje plugawe łapy na tak nadobne niewiasty! - Na koniec zacisnął dłoń w pięść i pogroził owym orkom jakby naprawdę żałował, że nie jemu było dane przyjść szlachciankom na ratunek. Astrid obdarzyła go rozpromienionym uśmiechem a kilka okolicznych głów spojrzało na bogatego rycerza z ciekawością.

    Egon skłonił się lekko, żeby okazać szacunek. Wojownik nie ufał szlachcie, zbyt często bowiem widział, jak wolą szlachciców robiło się szkodę człekom z gminu, z czego, koniec końców, pochodził on sam. Jeśli miałoby być po jego myśli, wartość człeka okazać miał jeno to, co dokazać mógł, a nie, z której piczki wyszedł na świat i czy niewiasta, która ją posiadała sygnowana była jakim herbem po piątej kądzieli.

    Egon poniechał jednakże owych myśli, które sprawiały, że łapy same wędrowały do topora. “Może być przydatny, jako i Froya van Hansen” - pomyślał, mając na uwadze niedawne słowa Theo. Pamiętał też, że jego znajomość z milady także rozpoczęła się jak po grudzie.

    – Witajcie, panie – zaczął Egon, który postanowił skierować rozmowę, póki co, na orków. – Te zielone bestie zamachnęły się na milady Froyę van Hansen i jej towarzyszkę Fanriel Złocistą. Choć zrazu ja z moimi kompanami ich nie poznaliśmy, ruszyliśmy im na pomoc i poczęliśmy kąsać dzikusy, aż zwrócili koniec końców uwagę na nas, tedy flanka zelżała nieco i milady przebiła się łacno. Siekliśmy bastardy już wsparci przez konnych, a kiedy zmiarkowali, że odporu nie dają, poczęli uciekać w bór.

    Jeszcze jedna rzecz kołatała się wszak w umyśle wojownika: rycerz z zakonu Białego Wilka… Czy przypadkiem ci rycerze nie byli templariuszami kultu Ulryka? Egon słyszał nieco o świątynnikach i przygryzł wargi, żeby przypadkiem nie wdał się na nie sardoniczny uśmiech. Gdyby wiedział, kogo właśnie spotkał, Egon nie miał wątpliwości, że wywiązałaby się mordercza walka. Cóż, pozostało odgrywać rolę rzecznego najmusa na usługach szypra.

    Nie podobało się Egonowi, że nagle w okolicach Neues Emskrank nagle poczęli odnajdywać rycerzy zakonnych z Middenheim. Znaczyło to, że być może kroiło się coś znaczniejszego. Z drugiej strony, Middenland był niedaleko, więc może to był jakiś rutynowy patrol?
    - Ah, cóż za historia! Cóż za przygoda! Jak z eposu rycerskiego! Jak z bretońskiej ballady! - Rycerz jakby się wzruszył na tą relacje. I tak samo jak Annika czy Jutta zdawał się żałować, że nie brał udziału w tych wydarzeniach. - I naprawdę nawet jakaś elfka tam była? Że też ci dlugousi wszędzie muszą swój długi nos wsadzić. - Jakby przypominał sobie o tym detalu który psuł mu smak tej wybornej potrawy.
    - Konradzie i nas wszędzie są elfy. No ten ich las z jednej strony, ich statki na morzu z drugiej, nie da się ich ignorować. A więc trzeba ich zapraszać do towarzystwa aby to jakoś wyglądało. Ta moja bretońska koleżanka Fabienne mi mówiła. Zapewne i z lady Froya było podobnie. - Astrid szybko wtrąciła się i zaczęła tłumaczyć ich lokalną sytuację. Baron wyrozumiale pokiwał głową mówiąc, że oczywiście a Norsmenka posłała mu ostatni zalotny uśmiech i wciąż podpierając się ramieniem Egona, ruszyła z nim do drzwi wyjściowych. Ale z powodu ran szli dość spacerowym tempem.
    - Konrad nie przepada za elfami. Zwłaszcza mężczyzn. Też się naciełam jak mu opowiadałam i tych orkach. Więc starałam się nie mówić za dużo o Fanriel. Za to lubi Bretończyków. Zwłaszcza ballady i damy. Więc mu zaczęłam opowiadać o Fabienne. - rzekła mu cicho po drodze. I zaśmiała się nagle cicho. - Właściwie Fabi to mi mówiła, że Fanriel na bardzo apetyczne stopy, jedwabne uda i wspaniale potrafi siedzieć jej na twarzy no ale tego wolałam Konradowi nie mówić. - Pozwoliła sobie na chwilę szczerego śmiechu. Poczekała aż kolega otworzy drzwi wejściowe i razem wyszli na zewnątrz. Chmury nad głowami wydawały się bardzo ciemne ale w oddali jeszcze widać było błękit nieba kończącego się letniego dnia.
    - Ale jest taki romantyczny! I zna bretońską poezję i ballady. Ja tylko kilka. Fabi to zna ich mnóstwo. W końcu jest Bretonka. Trochę więcej znam imperialnych pieśni. A najwięcej to naszych sag oraz opowieści. Ale na razie nie mówiłam mu, że pochodzę z Norsci. - Powoli szli w stronę Larsa. Ten odszedł kawałek i oparł się o belkę do wiązania koni. Teraz żadnych nie było, pewnie były w stajni. Więc można było się o nią oprzeć. Łupieżca dalej cmil fajkę i czekał aż do niego podejdą.
    – To rycerz zakonny – odparł Egon na słowa Astrid. – Jeśli dowiedziałby się, kim jesteś mógłby ciebie zaaresztować albo i gorzej.

    Egon zaśmiał się krótko i sięgnął do pazuchy po kolejną mieszaninę leczniczą.

    – Gadał może, z jakiego nadania tutaj jest? – zapytał jeszcze Egon. – Masz, tutaj weź to i wypij, będzie ci lepiej po tym… Dostałaś sporo razy tymi orczymi toporami, a jutro wielki dzień, to musisz zdrowieć.

    Podszedł do Larsa i zaczął w te słowa, mówiąc zarówno do Larsa, jak i do Astrid:

    – Słuchajże… Tu mi Lars mówi, że w Łabędzi jest dwóch Skaelingów i rozpoznali ciebie jeszcze. Dwa topory, które można by nająć… Ale strach jest, bo nie sposób zmiarkować, czy czasem od razu nie zaatakują. Po mojemu, moglibyśmy do rzeczy podejść albo tak, albo tak: albo damy sobie z tym spokój i po prostu nie podchodzimy do nich, albo ja bym do nich podszedł i spróbował jakoś ich urobić. Jak by podskakiwali, mógłbym wezwać jednego z nich na pojedynek, jeno bym jeden z tych dekoktów wzmacniających wypił. Na pięści byśmy poszli w bitkę. Lars gada, że dotrzymują przysiąg, to bym im taką przysięgę zrobił: że nie będą atakować nikogo bez mojej zgody na okręcie, a cała reszta taka sama, zatrudniliby się u szypra albo my sami byśmy ich opłacili. Co rzekniecie? Jedyny szkopuł to taki, że mogą ciebie zaatakować, jak cię rozpoznają… No chyba, że podczas rejsu byś nie wychodziła.

    Blondynka wzięła butelkę z lecząca miksturą i przyjrzała jej się chwilę.

    - Bierz, bierz. Ja wziąłem i już czuję, że mi się polepsza. - Zachęcił koleżankę. I ta już bez wahania wyjęła korek i wypiła wszystko duszkiem do dna.
    - Konrad jest z Middenheim. Ale przyjechał do Saltmundu do tamtejszej świątyni Urlyka. Ale usłyszał, że w Neus Emskrank turniej ma być to tam ruszył. Może nawet by wystartował. Liczy, że w końcu ta żałoba po księżnej się skończy i ten turniej się jednak odbędzie. To wolałby być wtedy na miejscu. No i usłyszał jeszcze, że lady Odette do nas przyjechała. A on jest jej wielkim wielbicielem i ma nadzieję, że będzie mógł ją spotkać, porozmawiać albo nawet trafi na jej koncert. Powiedziałam mu o teatrze ale jeszcze nie mówiłam mu jak dobrze się znamy z Odette. No i o Fabienne mi trochę opowiedziałam bo lubi Bretończyków, tak eposy, ballady jak i rycerzy i damy. Mówi, że u nich ostał się duch prawdziwego rycerstwa a u nas to już nie. Znaczy w Imperium. - Astrid streściła czego się dowiedziała od rycerza z południa.
    - Ha! A to się biedak wpakuje. Norsmenka, Bretonka i Imperialna. A wszystkie tak lubiezne i grzeszne, że powinien z wrzaskiem uciekać do domu! - Larsowi chyba faktycznie się poprawiało no zaśmiał się rubasznie ubawiony szczerze swoją myślą. Blondynka wyglądała na mniej ucieszona bo posłała mu cierpkie spojrzenie.
    - Konrad to prawdziwy dżentelmen, ma bardzo dobre maniery, zna bretoński oraz uwielbia sztukę. No i jest rycerzem i baronem. - Córka jarla podsumowała zalety nowego znajomego.
    - Oh na pewno. Ale i tak chodzi mi tylko o to aby wleźć ci między nogi. Tu się ode mnie czy nawet Burgund nie różni. Służyłem w Bretonii, miałem do czynienia z pokojówkami, kelnerkami i szlachcianki też się zdarzały. I mówię wam, że jak już dochodzimy do zdejmowania z nich tych wszystkich muślinów i jedwabi to pod spodem mają to samo co Jutta albo Łasica. No ale muszą ten cały cyrk dobrych manier i ukłonów odstawić aby pokazać swoją wyższość nad plebsem i udawać, że chodzi o coś szlachetnego a nie zwykłe filglowanie. - Wojownik mówił jakby miał doświadczenie w obracaniu się z różnymi warstwami społecznymi. I dostrzegał tak różnice między nimi jak i podobieństwa.
    - Mówisz tak bo nie jesteś baronem jak on i nie znasz się na sztuce i poezji. - Astrid spiorunowala go wzrokiem i udało mu się ją rozzłościć.
    - To prawda. Ale jak mi się jakaś podoba to nie zasłaniam się poezją aby się do niej dobrać. No i nie przeszkadza mi jeśli będzie z koleżanką, nawet jeśli koleżanka jest ladacznica. - Topornik nie przejął się docinkami koleżanki. Jego uwaga jednak zmarszczyła czoło blondynki.
    - Jak to? Myślisz, że Konrad miałby coś przeciwko Ingrid? Przecież już jej zapłaciliśmy. - Tym razem popatrzyła na nich obu. Lars wzruszył ramionami.
    - Może jak choć trochę jest jak Fabienne czy Priora to nie będzie miał nic przeciwko. Ale one też muszą dbać o pozory. A szlachcicom a zwłaszcza szlachciankom, nie wypada zadawać się z ladacznicami albo zamtuzami. Więc na takie zabawy jak dziś w kajucie Jutty to raczej z nim się nie nastawiaj. No chyba, że pod spodem jest bardziej do nas podobny niż z wierzchu wygląda. W końcu z wierzchu to lady Fabienne to też dama, bogobojna obywatelka i wierna żona. - Topornik wzruszył ramionami i machnął dłonią na znak, że skończyl temat. Astrid milczała chwilę w końcu też dała sobie spokój.
    - Dobra to i co chodzi z tymi Skaelingami? To na pewno oni? Widzieliście ich? - Popatrzyła pytająco na nich obu.
    - Nie gadałem z nimi ale widziałem ich tatuaże i amulety. Myślę, że to Skaelingowie. I właśnie myśleliśmy że Egonem jak to rozegrać. Bo dwa topory więcej na jutro by się przydały. No ale jak będą wiedzieć kim jesteśmy, zwłaszcza ty, to mogą użyć toporów jeszcze dziś. - Lars krótko podsumował o czym wcześniej rozmawiali zanim przyszła norsmenska szlachcianka. Ta zaczęła nad tym myśleć.
    - I ma rację. Możemy ich ominąć. Teraz pójdziemy do zamtuza z Ingrid. Zamkniemy się w pokoju. Rano szybko na “Jutrzenkę”. I odpływamy. Powinno się udać. No ale wtedy nie mamy ich toporów. - Przyznał gladiatorowi rację, że wersja ostrożna, ma realne szanse powodzenia. Widząc, że koleżanka wciąż trawi nową sytuację, zwrócił się do niego.
    - Pewnie mógłbyś ich wyzwać i pokonać. Może nawet skaptować na łajbę. Ale jakby połapali się kim jesteśmy, zwłaszcza Astrid, to nie wiem czy wendetta nie będzie u nich silniejsza. Mimo wszystko jesteś południowcem. I nas południowcy nie cieszą się takim mirem jak inni Norsmeni. Jakbyś był od nas, byłoby ci łatwiej. Sam bym to załatwił no ale akurat mamy z nimi kosę więc to nam też nie pomaga. - Podzielił się z Egonem swoją opinią o jego pomyśle.
    - Ale nie zawsze tak było. - Astrid w końcu zabrała głos. A gdy topornik na nią spojrzał zdziwiony szybko wyjaśniła. - Są jeszcze Sarlowie. Z nimi mamy kosę i my, i Skaelingowie. - Rzekła patrząc na nich obu bystro.
    - No tak. Ale co z tego? - Lars nie widział związku z tymi wendetami.
    - No może mój ojciec złupił ich dekadę temu. Ale sami się prosili. Napadali nasze łodzie i nie chcieli zapłacić odszkodowania. To mój ojciec zebrał statki i wojowników i sami sobie wzięli. To była wyprawa odwetowa. Mogli nas nie lupic. Ale jeszcze wcześniej, jak mój ojciec był młody, taki jak ja teraz albo młodszy. To brali udział w wyprawie mojego dziadka na Sarlow. Wtedy byliśmy w sojuszu ze Skaelingami, stawaliśmy przeciwko tym psom Sarlom ramię w ramię. - Przypomniała i wydarzeniach pewnie jeszcze przed jej narodzeniem. Lars z wolna skinal głowa.
    - No i ciekawe od kiedy tu są. Czy słyszeli o naszej Merdze. Ona pochodzi od nas ale to szanowana wyrocznia i potężny mag. Całą Norsce odwiedziła i ją mogą znać. Moglibyśmy się na nią powołać. - Popatrzyła na nich obu. Topornik zastanawiał się.
    - Może. To co mówi Egon też ma sens. Trudno powiedzieć co na nich podziała. - W końcu on też spojrzał na gladiatora co on na to powie.

    Rozgrywka import

  • Polowanie w Lwiej Loży - Komentarze
    SantorineS Santorine

    Jeszcze raz dzięki wszystkim za walkę.

    Panowie! Auldegrund nie żyje, sala uczt jest zniszczona. Nie ma absolutnie nic więcej do zrobienia w tej przygodzie, więc zabieramy się za jej zakończenie. Wedle zapowiedzi, było krótko i to będzie ostatnia tura w tej przygodzie.

    Ponieważ @piołun wraca w przyszłym tygodniu, wyznaczmy sobie dłuższy termin, będę czekał na komplet postów do 27.09. Być może uda nam się złapać go jeszcze na zakończenie.

    Potem ja napiszę ostatni post i gasimy światła 🙂

    Komentarze

  • Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka
    SantorineS Santorine

    Zaira miała już w dłoni kolejną strzałę, gdy nagle okazało się, że nie ma do kogo strzelać. Kapłani okazali się bardzo tchórzliwi, rzucając się do ucieczki już po pierwszym powalonym. Zaira miała zamiar za nimi pogonić - przynajmniej do sali wejściowej, gdzie mogłaby posłać strzałę w plecy delikwentów. Wiedziała, że wówczas łatwiej ich będzie później wytropić... Niestety nie przebiła się. Dorlivin oraz Zakareth i Rathor stali na drodze - o zwłokach kapłana nie wspominając.

    Zaira zatrzymała się za plecami Dorlivina i moment minął. Wiedziała że już ich nie dogoni. Może to i lepiej? Może tam czekała już na nich zasadzka?

    Kobieta westchnęła i zajęła się strzałą utkwioną w jej ramieniu.

    - Czy ktoś może mi wyjaśnić to simulacrum? - spytła. - Ten tutaj był normalnym człowiekiem to są zwłoki, ale co się stało z Auldegrundem jak go ubiliśmy? Jego jaźń... wróciła? Dokąd? Wie ktoś? - Dopytywała się. Lepiej późno niż wcale.

    Na pytanie Zairy nieoczekiwanie odparł Kraghul, choć Dorlivin już miał usta otwarte, żeby wyrzec coś:

    – Simulacrum to rodzaj sobowtóra utkanego z cienistej substancji, tak mi ongi tłumaczył starszy klanu – rzekł ork-szaman. – Ten, którego żeśmy zabili, nie był prawdziwym Auldegrundem.

    Krasnolud skinął głową na słowa orka.

    – Aye, tak samo ja nie jestem prawdziwym Dorlivinem – rzekł tamten zakręciwszy wąsa, a ponury uśmiech wstąpił na jego oblicze.

    Elfka sięgnęła do swej torby leczniczej i spróbowała uleczyć swe rany. Te jednak krwawiły zawzięcie; zdawało się, że potrzebowały więcej uwagi, niż jeno pobieżne zabiegi. W tym samym czasie Kraghul, spodziewając się nadchodzącego ataku ze strony prawdziwego Auldegrunda, wyjął zza pasa flakon z miksturą leczącą i pociągnął potężny łyk, a jego rana po promieniu kultysty natychmiast zabliźniła się.
    Orczy szaman, kiedy tylko sam wyleczył się ze swych ran, szybko opatrzył draśnięcie Dorlivina. Fałszywy krasnolud skwitował rzecz skinieniem głowy.

    Wyglądało jednak na to, że Auldegrund nadchodził. Tubalny, nieludzki głos rozbrzmiał raz jeszcze:

    – NIE STANIECIE DO WALKI ZE MNĄ…? SAM WAS ZNAJDĘ… ZNAM KAŻDY ZAKAMAREK MEGO DOMU!

    Zakareth uśmiechnęła się ponuro do siebie, i zwróciłaś się do towarzyszy.

    - Osobiście przyjęłabym go w miejscu gdzie wydano ucztę, Wydaje mi się że to byłoby dobre miejsce Do walki… - Potem zawołała głośniej - Najchętniej bym ci mniej zabiła, a jedynie sprzedała komuś w niewolę po tym jak zostaniesz pokonany-

    Kraghul spędził jeszcze parę minut szybko opatrując Zairę - udało się, elfka poczuła się wyraźnie lepiej. Choć bandaże natychmiast nasiąkły posoką, łowczyni poczuła, że była w stanie walczyć z tym, cokolwiek ich czekało w komnacie uczt.
    Rathor wyjął jakąś flaszę, którą miał wcześniej schowaną w swym pancerzu i pociągnął solidnie, szkło zaś rzucił w przepaść.

    – Gotów! – krzyknął Rathor.

    Dorlivin tylko skinął głową z ponurą determinacją.

    Podróżnicy wbiegli z powrotem do komnaty uczt. Stał tam. Auldegrund i dwóch przybocznych kultystów, których nie widzieli wcześniej.

    Czerwony blask w oczach krasnoludzkiego diabolisty zwrócił się na podróżników wbiegających do sali uczt. Po jego prawej i lewej ręce stało dwóch łowców, którzy byli ubrani w szaty nieco odmienne, niż kultyści, których spotkali wcześniej. Być może ci tutaj byli jakimś rodzajem wybranych lub ich ranga była wyższa, niż pozostali?

    Szponiaste dłonie Auldegrunda dzierżyły łuk sporządzony z ciemnego drewna, na którym błyskały czerwone runy Księcia Piekieł. Skórznia krasnoluda uwalana była krwią, zaś za rudą brodą diabolisty skrywał się kpiący uśmiech. Para czarnych rogów wyrastała z jego łysej czaszki. Zdawało się, że krasnolud był nim tylko z nazwy; musiał zostać spaczony przez tego, z kim zawarł kontrakt.

    – Wasza agonia będzie słodka… – zaśmiał się diabolista. – Czas zakończyć Łów!

    – Pokonałem ciebie już raz, drugi raz też rozpłatam ci łeb tym młotem! – wrzeszczał Dorlivin, który rzucił się na pierwszego z kultystów.

    Krasnolud walił z furią parę razy młotem, a wrzask bólu wydobył się z gardła diabolicznego łucznika.

    – Ty! – warknął Auldegrund. – Kiedy skończę z wami, dla ciebie będę miał specjalne miejsce… Zawiodłeś mnie, Dorlivinie…

    Powietrze wokół Auldegrunda zapłonęło. Stary krasnolud zaczął mamrotać jakieś zaklęcie, obok dźwierzy zaś powietrze zawirowało, formując portal. Płonąca bestia przypominająca lwa wyskoczyła z wiru i zaryczała, pędząc prosto na Zairę! Elfia łuczniczka uskoczyła w ostatniej chwili przed szarżą stwora z piekieł.

    Orczy szaman zaintonował parę słów i zakreślił znaki w przestrzeni. Litery zwoju, który miał w swych dłoniach rozjarzyły się białym płomieniem, a pergamin natychmiast stanął w ogniu. Niebieski glif zawisł na chwilę przed Kraghulem. Słowa mocy zawibrowały w komnacie uczt, zaraz potem zaś w pobliżu Auldegrunda i jego kultystów potężny jęk eksplodował z okrutną mocą; Auldegrund zaśmiał się tylko, jednak dwóch jego przybocznych zdawało się być poważnie rannymi z tego jeno zaklęcia!

    – Słabe psy – prychnął z pogardą na nich. – Nie potrzebuję waszej pomocy, sam zarżnę mą zwierzynę.
    Zaraz potem ork zakreślił przed sobą tarczę, spodziewając się ataku przywołanej przez Auldegrunda bestii.

    Wedle pierwotnie przyjętej strategii, Zaira miała strzelać z dystansu - nad głową Dorlivina i innych. Do takiego działania była przygotowana. Jednak niespodziewane pojawienie się ognistego lwa, wyskakującego z magicznego portalu, wymusiło inne działania. Po pierwszym uniku i częściowym zastawieniem się krzesłem, szybko posyłała jedną strzałę za drugą.

    Zaira, nagle zaatakowana przez płonącego lwa, nie czekała. Odstąpiła najpierw, biorąc na swój cel wielką bestię przywołaną przez krasnoluda-diabolistę. Wzięła dwie strzały ze swego kołczana i w paru szybkich ruchach wystrzeliła salwę w stronę bestii. Ryk bólu i konfuzji odpowiedział, kiedy tylko cięciwa jęknęła. Nieludzko celne strzały uderzyły lwa, ten zaś zaryczał z furią, nagle brocząc wiadrami krwi. Strzały Zairy uderzyły głęboko i celnie!

    Spaczona przez magię zaklinaczka poczęła kreślić w przestrzeni symbole, zaś jej ręce zaiskrzyły purpurową energią. Mroczna energia pomknęła w powietrzu prosto na Auldegrunda, ten jednak zacisnął zęby.– Przeklęta suko! – warknął krasnolud, który mimowolnie stał się rozedrgany z powodu nienaturalnej grozy.

    Zaraz potem, Jaithe wydała z siebie przerażający ryk w stronę lwa. Ten syknął i odstąpił nieco.

    Drugi z kultystów Auldegrunda zaintonował głośno dziwne słowo, a czarna poświata otoczyła go, niby dym. Część ran kultysty zasklepiła się! Kiedy tylko skończył inkantować swą mantrę, szybko sięgnął po strzałę w swym kołczanie. Trafił! Dorlivin jęknął z bólu, kiedy grot strzały wbił się w jego skórznię.

    Pierwszy z kultystów powtórzy zaklęcie tego pierwszego i skierował je na rannego. Zakapturzony człek zdawał się odzyskiwać siły, uprzednio niemalże zabity przez zaklęcie Kraghula. Wypuścił jedną strzałę na Zairę. Ta zaś została draśnięta, grot strzały wbił się jej w ramię.

    Zakareth z bitewnym zawołaniem pobiegła do płonącego lwa. Uderzyła swym bitewnym kosturem dwa razy, jednak, przekleństwo! Zaledwie drasnęła lwa przywołanego przez Auldegrunda, który zarechotał prześmiewczo na jej atak.

    – Czas na RATHORA!!! – wrzasnął Rathor, który wziął rozbieg i skoczył na kultystę po lewej stronie diabolisty.

    Pancerz jęknął, rumor potoczył się po sali uczt. Kolosalne uderzenie wojownika zbiło kultystę z nóg, który przygrzmocił o kamienną posadzkę czaszką, wrzeszcząc.

    – Dalej, stary dziadzie! Pokaż, co potrafisz! – zakpił z krasnoluda. – To mnie chcesz, przeklęty karle!

    Dorlivin dopadł do powalonego kultysty i począł srogo uderzać swym młotem. Razy świszczały w powietrzu niczym sztaba żelaza uderzająca o kowadło! Podróżnicy tylko usłyszeli trzask łamanych żeber, wreszcie, krasnolud zwinął się i z całej siły załomotał w szyję draba. Tamten rzygnął krwią i znieruchomiał, jeno pośmiertne drgawki miotały jego zmasakrowanym ciałem.

    – Giń, gnido – z pogardą splunął Dorlivin. – Zaraz czas na ciebie, stary diable.

    – Myślisz, że to wszystko…? – Auldegrund zarechotał. – To DOPIERO POCZĄTEK!
    Krasnolud machnął swą szponiastą dłonią na lwa, który chlasnął dwa solidne razy w Zakareth. Celnie! Choć płonąca bestia była niemal martwa, posłuszna była woli swego pana i wymieniała ciosy z kapłanką, która została poważnie poturbowana.

    Auldegrund wysyczał do Rathora:

    – Pamiętam ciebie… Pamiętam, że nie chciałeś umrzeć, nawet, jak obdarłem ich ze skóry. Dziś to samo czeka ciebie!

    Łuk Auldegrunda stanął w płomieniach, a od strony diabolisty rozdźwięczały mroczne szepty. Cięciwa dzierżonego przez krasnoluda łuku jęknęła, a zaklęta strzała pomknęła prosto w orka! Eksplozja rozdźwięczała w sali uczt, Rathor zaś jęknął z bólu, poważnie ranny. Zaczął krwawić!

    – To wszystko, stary sukinsynu? Jesteś następny… – wysapał Rathor i zakaszlał parę razy.

    Orczy szaman natychmiast wyciągnął jeden ze zwojów leczących i wyrecytował słowa zaklęcia. Złota energia zajaśniała nad Rathorem, część jego ran zaklepiła się!

    Kapłanka Wielkiego zewnętrznego Boga rzuciła zaklęcie mrocznego Błogosławieństwa na wszystkich wokół i zaatakowała srebrnym mieczem lwa.

    Zaira wstrzymała się. Uważnie obserwowała Auldegrunda i kultystę.

    Spaczona przez magię zaklinaczka uczyniła parę gestów dłoniami, a ciemna, brudna energia pomknęła w stronę orczego wojownika. Mała eksplozja mułu i cienistej brei w jakiś sposób zasklepiła część ran Rathora.

    – Dzięęęki! – odkrzyknął Rathor, który wymieniał ciosy to z Auldegrundem, to z drugim kultystą.

    Łuk drugiego łowcy po prawej ręce Auldegrunda przez parę chwil rozbłysł krwawą energią. Wyciągnął on z kołczana dwie strzały, które płonęły poświatą i wystrzelił je w Zairę. Ta jednak zwinęła się i upadła przez parę drobnych chwil. Strzały ominęły elfkę.

    Ciemna energia zawirowała wokół Zakareth, Jaithe zaś i Zaira usłyszały dźwięk złowrogich szeptów, który kazał im zabić diabolistę i wlewając w nich jakiś rodzaj nieświętej siły. Kapłanka Nyarlathotepa uderzyła swym mieczem na odlew, a srebrna klinga weszła głęboko w płonącego lwa. Ten zaryczał w agonii i w jednej jeno chwili zajął się całkiem pożogą, aby wreszcie rozwiać się w pióropusz popiołów.

    Zaira wybrała natychmiast na swój cel drugiego z kultystów. Jęknęła cięciwa, a elfka, wyuczona precyzji przez swych przodków w borze, wypuściła dwa groty. Jeden z nich z sykiem uderzył w kultystę pod żebro. Ten rzygnął potężnie krwią, zraniony znacznie.

    – Chcesz ze mną, walczyć, przeklęty diable! – ork ryknął na Auldegrunda, rzucając mu wyzwanie. – Dziś nikt nie stanie między nami! Nikt!

    Rathor skoczył i zakręcił młyńca swym srebrnym korbaczem. Seria uderzeń trafiła w diabelskiego kultystę; każdy z potężnych razów kwitowany był mokrym, głuchym uderzeniem, kiedy zaś ork skończył, człek nagle stracił równowagę i padł, nieruchomiejąc.

    Dorlivin, korzystając z flanki, którą dał mu Rathor, jakimś cudem przedarł się przez drapiącego i miotającego przekleństwami Auldegrunda i wypadł na mróz i wiatr na zewnątrz.
    – Giń, sukin… Co jest!? – krzyknął Dorlivin.

    Młot uderzał w Auldegrunda, jednak skóra półdiabła wydawała się przyjmować każdy z ciosów niby skała miecz. Auldegrund został zaledwie co draśnięty!

    – Ahahahaa! – zarechotał Auldegrund. – Myślałeś, że tak łatwo pójdę do grobu, Dorlivinie? Wydrapię ci oczy, przeklęty!
    – Ty! – wrzasnął na Zakareth Auldegrund. – Jak śmiesz zabijać to, co stwarzam… Spójrz… Tutaj!
    Auldegrund zakreślił naprędce płonący glif i posłał skumulowaną energię w stronę Zakareth. Ta zaparła się w sobie, czując, jak napierająca, zła wola chce skruszyć jej umysł. Ledwie przetrzymała, czując, jak wokół jej głowy zaciskają się żelazne kleszcze woli półdiabła.

    Zaraz potem Auldegrund wypuścił jedną strzałę w kapłankę Nyarlathotepa, ta jednak ustąpiła. Zdawać się mogło, że Auldegrund, oflankowany przez Rathora i Dorlivina, stracił swe skupienie.

    Orczy szaman wyciągnął kolejny ze swych zwojów i począł tym razem intonować dziwny, świszczący język. Małe, widmowe bestie zmaterializowały się wokół krasnoluda, który zaczął kaszleć, niby Rathor.

    Jaithe raz jeszcze ułożyła swe dłonie w znajomy symbol, a mroczna energia otoczyła Auldegrunda. Ten zacisnął zęby, nienaturalna groza wywołana przez zaklinaczkę odniosła swój efekt!

    Kapłanka Nyarlathotepa uniosła swą dłoń, w której zawirowała ciemnoszara, mulista energia. Część jej ran zasklepiła się natychmiast, kiedy biegła już w stronę Auldegrunda.

    Zaira, nagle wzmocniona mroczną energią Zakareth, przez dłuższą chwilę przyglądała się krasnoludowi-diaboliście. Wbiegła na podest przy kominku i wzięła dwie srebrne strzały ze swego kołczana. Dwa groty wizgnęły przez powietrze, zaś jeden z nich uderzył w skórznię krasnoluda! Auldegrund zaryczał z bólu, żywy ogień wydostał się z jego gardzieli.

    Rathor wył zaś, miotając klątwy i próbując skierować uwagę krasnoluda na siebie. Srebrna kula korbacza uderzyła w krasnoluda.

    – Znam ten korbacz! – ryknął Auldegrund. – Należał do…
    – Zginiesz, przeklęty diable!! – potężny ryk Rathora zagłuszył słowa Auldegrunda.
    Odpowiedział mu rechot półdiabła. Zdawało się jednak, że srebro wyrządzało poważne szkody na czarciej skórze Auldegrunda: strzały Zairy i trafienia Rathora krwawiły czarną, nienaturalną juchą.

    Dorlivin, korzystając z flanki, walił swym młotem, ile mógł, jednak nijak nie mógł przebić się przez grubą skórę czarciego mutanta. Sapiąc z frustracją, wrzeszczał wyjątkowo wymyślne wiązanki przekleństw.

    – ALOCERZE…!!! – tubalny głos Auldegrunda zawibrował w komnacie. – PRZYJDŹ, ALOCERZE! WYPEŁNIJ MNIE SWĄ MOCĄ!

    O dziwo, w komnacie uczt natychmiast zrobiło się znacznie cieplej, Zakareth i Zaira usłyszały, gdzieś na pograniczu świadomości, złowrogie szepty, które poczęły przetaczać się po komnacie. W kątach sali zaskwierczały płomienie, jedno z krzeseł u szczytu stołu nagle stanęło w płomieniach. Wrzeszczący z furii krasnolud zapłonął krwawym ogniem, a z jego pleców wyrwała się wielka para błoniastych skrzydeł. Oczy Auldegrunda zalśniły straszliwym blaskiem. Część ran krasnoluda zasklepiła się.

    – Ha-haha… Teraz… Alocerze! Przyjmij ofiarę z tej zwierzyny!

    Auldegrund uderzył swymi skrzydłami i uniósł się w górę, pod sklepienie sali uczt. Jego czarny łuk otoczyła poświata. Strzała półdiabła pomknęła przez przestrzeń i trafiła Zairę! Mała eksplozja, niby bomba, zadźwięczała nieprzyjemnie obok elfki, która poczuła, jak gdyby to nie strzała łuku, ale mały pocisk balisty tknął ją. Zaira krwawiła! Potężne rany wyrządzone przez diabolistę spłynęły krwią.

    – Prawdziwy łowca zawsze ma plan. Spróbujcie mnie dorwać… – szalony śmiech wyrwał się z gardła Auldegrunda.

    Kraghul podbiegł bliżej i dotknął swego kościanego fetyszu. Znajome zaklęcie, tym razem przybrawszy postać widmowego sejmitara, uderzyło w Auldegrunda, ten jednak z łatwością uchylił się przed Kraghulem.

    – Będziecie świadkami… Mocy Alocera! – krzyknął Auldegrund.

    Jaithe dziwnym, głębokim głosem wyśpiewała nieznane słowo, zaś Zaira odczuła, jak część jej ran zabliźnia się. Tak samo jak Kraghul, spaczona przez magię przybliżyła się w aurę Zakareth.

    Zakareth uniosła swój miecz, który nagle został otoczony czarną poświatą, która kontrastowała ze srebrem klingi. Czarny promień uderzył w latającego diabolistę, który zaryczał z bólu.

    Zaira, wcześniej dotknięta potężnym uderzeniem strzały półdiabła, wypuściła grad strzał w płonącą postać przy sklepieniu sali uczt. Niestety! Srebrne groty, jeden po drugim, wgryzały się w drewniany element sklepienia. Krasnolud z nieludzką zwinnością uchylił się przed strzałami elfki.

    Orczy wojownik, widząc, że nie mógł za nic zyskać przystępu do krasnoluda-diabolisty, uniósł swą tarczę i załomotał w nią swym korbaczem, rzucając niewymyślne klątwy. Jednocześnie Rathor wycofał się pośród towarzyszy, ciągle obserwując płonącą postać. Ork zdawał się węszyć, że miało się stać coś… Niezwykłego.

    – Do mnie, Dorlivin! – wykrzyknął Rathor, a krasnolud posłusznie podbiegł. – W kupie damy radę!

    Latający diabeł zaśmiał się okrutnie. Łuk Auldegrunda zapłonął raz jeszcze, a grot strzały zaświszczał w powietrzu, zostawiając po sobie łunę ognia i dymu. Pocisk, niby mała kula ognia, już-już miał eksplodować w Zakareth, jednak…

    – Nie tak szybko! – wrzasnął ork, który w ostatniej chwili wbiegł w linię pocisku strzały. Grot eksplodował, zaś Rathor zapłonął przez parę długich chwil, krzywiąc się z bólu.
    Ork przetrwał jednak i osłonił całkowicie kapłankę!
    – Znam twoje sztuczki, diabli pomiocie! – wycedził przez zęby ork.
    – HA-HA-ha-haa? – Auldegrund z początku zareagował dzikim rechotem.

    Coś zmieniło się jednak w atmosferze. Diabolista ze zgrozą spojrzał gdzieś daleko za podróżników, jak gdyby ujrzał coś, czego oni nie widzieli. Nagle, jego skrzydła trzasnęły głośno i rozwiały się w popioły, półdiabeł runął zaś na dół. Podróżnicy usłyszeli nagle róg myśliwski, odmienny jednak od tego, który dotarł do ich uszu po raz pierwszy w Lwiej Loży. Ten był w jakiś sposób bardziej gardłowy i pierwotny i zdawał się dochodzić… Spod ziemi?
    Płomienie nagle pochłonęły Auldegrunda, który zdawał się tracić kontrolę nad ogniem wokół niego. Krasnolud począł wrzeszczeć z bólu i wykrzykiwać jakieś dziwne słowa, które Jaithe rozpoznała za urywane fragmenty inkantacji piekielnych.

    Skorzystawszy z okazji, Kraghul wykrzyknął słowa zaklęcia. Wielki głaz zmaterializował się przed orczym szamanem, który pomknął prosto w sylwetkę półdiabła. Ten jednak, jak gdyby wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem, uchylił się przed zaklęciem w ostatniej chwili. Głaz z rumorem eksplodował pod ścianą, kamienne odłamki, niby szrapnel, niegroźnie wizgnęły obok uszu Auldegrunda.

    Jaithe podbiegła krótki dystans i wymamrotała słowa zaklęcia; z jej dłoni raz jeszcze eksplodowało mroczne wężowisko, które sięgnęło Auldegrunda.

    Wreszcie, Zakareth, z bojowym okrzykiem wzięła krótką szarżę. Srebrny miecz zapłonął ciemną energią, która buzowała niby najgorsza pożoga. Wzięła potężny zamach. Trafiła! Klinga zaśpiewała w przestrzeni, a czarny płomień wybuchł Auldegrundowi w twarz.
    Nagle, Auldegrund całkiem pokrył się wywołanymi przez siebie płomieniami. Nieludzki, głęboki głos półdiabła wypełnił całą salę uczt, zaś podróżnicy musieli cofnąć się o parę kroków, bowiem pożoga nabierała mocy, jak gdyby Zakareth, Jaithe, Zaira i Kraghul nie znaleźli się w środku dziczy Varisii, jeno byli w środku lasu tkniętego najgorszym z pożarów.

    Nagle, ponury, mroczny głos zawibrował w sali uczt:
    – Czas… Byś spłacił swój dług…
    – Co? Nie… Nie… NIEEE!!! – desperacki wrzask wydarł się z gardzieli Auldegrunda, podczas gdy płomienie wokół niego wirowały i gęstniały.

    Nagły pożar, zasilany jakąś dziwną, nienaturalną energią, potężniał z każdą chwilą. Ryk płomieni coraz bardziej zagłuszał wrzaski bólu Auldegrunda, zaś podróżnicy mogliby przysiąc że w miejscu, gdzie stał miotający się diabolista, pojawiła się szczelina. Ta, choć z początku mała, stawała się coraz większa i większa, a straszliwy żar wydobywał się z wnętrza, jak gdyby pomiot Rovaguga począł dąć w potępieńczym zapale właśnie w nią. Było tego już za dużo.

    Podróżnicy wybiegli na zewnątrz: Rathor i Dorlivin, Zaira i Zakareth, Jaithe i Kraghul. Jakże mroźna była noc w Varisii, kiedy wydostali się wreszcie na zewnątrz! Drzewa chwiały się, poruszane lodowatym wichrem, zaś blada tarcza pełni księżyca świeciła jasno.

    Tymczasem wnętrze Lwiej Loży trawił nienaturalny ogień, który ryczał, jak jakiś dziwny stwór. Kraghul mógłby przysiąc, że gdzieś tam, w wirujących płomieniach, był jeszcze głos Auldegrunda, który oddalał się coraz bardziej i bardziej, w dół, w stronę ponuro dźwięczącego rogu myśliwskiego.
    Wreszcie, kiedy tylko ponury róg wybrzmiał, we wnętrzu sali uczt rozległa się mała seria eksplozji. Zawiał wiatr.

    Potem zaś wszystko ustało.

    Po dłuższych paru chwilach, kiedy okazało się ostatecznie, że Lwia Loża nie eksploduje jakąś nienaturalną magią tudzież sam Alocer nie wyjdzie z wnętrza, podróżnicy rzucili okiem do środka.
    Sala uczt, choć niedawno zgrzebnie wystrojona z prostolinijnością krasnoludów Ponurorytu, teraz stała w ruinie. Resztki wielkiego stołu dopalały się w kawałkach, pożarte przez intensywny ogień, taksydermia zaś w groteskowy sposób przypominała wykręcone, czarne ciała ludzkie. Elementy drewnianej nadbudowy zostały strawione przez płomienie, wszystko zaś dymiło gęstymi, czarnymi tumanami, które przyprawiały o kaszel godny samego Rathora. Skała, okopcona i czarna, sprawiała upiorne wrażenie. Parę ogni, które płonęło na resztkach krzeseł i stołu dopalały się szybko. Lodowaty wiatr z zewnątrz z wolna gasił ogniska.

    – W taki sposób ginie ostatni z rodu Ponurorytu – z pogardą rzekł Rathor.

    Rozgrywka pathfinder 2e golarion

  • Sharn - Mrocznymi Scieżkami
    SantorineS Santorine

    Podróż niebostatkiem Thalamer powitał z wdzięcznością. Choć specjalizacją najemnego maga był pewien plan związany z wojną i aspektem bitew, Thal wolał za każdym razem rzeźniczą robotę zostawiać Varokowi, samemu hołdując bardziej praktykom godnym uczonego. Oczywiście, nie oznaczało to, że Thal nie lubił rozlewać krwi. Problem z krwią polegał na tym, że brudziła ona rękawiczki, nie mówiąc już o innych płynach pochodzenia naturalnego, które trudno doprać można było na tkaninach wszelakich. Posoka bowiem, kiedy przestawała być świeża, pozostawiała brązowe plamy na białych elementach surduta.

    – Martwy sobowtór ani chybi należał do Pięciu Twarzy – rzekł Thalamer do swych towarzyszy, skubiąc końcówkę wąsa. – Skoro był jeden, ciekaw jestem, ilu więcej Alestairów może biegać po ulicach Miasta Wież. Spodziewałbym się, wielu. Ten tutaj, uważacie, drodzy koledzy, może okazać się co najmniej przydatny. Powinniśmy z czasem zabezpieczyć ciało i, hm, zorientować się być może co interesujących, stricte akademickich metod sprawdzenia pamięci mózgu tudzież podobnych jemu enwironów. I, uważacie, rzecz, która wydaje mi się niebezpieczna… Tamte łachudry, zbiry i osoby pospolitego gminu. Zdawało mi się, że jeden z nich miał znamię Domu Tarkanan. Ach, niedobrze, niedobrze… Ale przynajmniej nie mieli ciała. Może być i tak, że zaczną węszyć. Hmm… I co owe szakale mogły zrabować.

    Thal tylko mógł podejrzewać, co dla osobników tego rodzaju mogło oznaczać ciało spadające z wyższych poziomów miasta.

    – Węszę kłopoty, które z tego wynikną – uśmiech Thala stał się nieco kwaśny, kiedy zastanawiał się nad konsekwencjami tego wszystkiego.

    ~

    Thalamer bywał, czasem, w Centralnym Menthis. Rzadko wszakże. Choć akcent z Cyre, jego własny, brzmiał w jego uszach miło i znajomo, przypominał mu także o tym, co stało się z jego własnym krajem nie tak dawno temu. Daleko mu było także od klimatów zwykłych w tym miejscu sybarytów, których zamiłowanie sztuki często przeradzało się w entuzjazm do alchemicznego narkotyku zwanego Smoczą Krwią. Thal zaś nie ufał środkom zmieniającym umysł i ciało, poza nielicznymi, które warzyli jego przyjaciele.

    Thalamer jednak doceniał jednak jedzenie i, oczywiście, kobiety, w tawernie Gwiezdny Smok.

    Biuro Alestaira

    Do Wieży Kashik zachadzał rzadko. Ponoć atrium jakieś, być może? Dobre dla dekadencji w Centralnym Menthis! Zapach tytoniu jednak sprawił, że Thalamer miał ochotę na zapalenie jednej z cygaretek Alestaira. Może w jego gabinecie zostaną jakieś, z łutem szczęścia, wcale nie oszabrowane przez nikogo?

    Wolno, spodziewając się niebezpieczeństwa, Varok i Thalamer szli do lokalu Alestaira. Thalamer rzucił cicho do Varoka:

    – Hejże, stary, może zostaniesz na zewnątrz i przypilnujesz, żeby nieproszone persony nie wchodziły?

    Varok zwrócił swoje stalowe oblicze na Thalamera.

    – Co?
    – Jak przyjdzie ktoś, to nie przepuszczaj.

    Thal nie omieszkał uczynić też uwagi co do wyczyszczonej tabliczki:

    – Hmm. Dziwna rzecz, tablica wyczyszczona na połysk… – rzekł mag, który spodziewał się, że będzie tak samo przyprószona kurzem, jak płaszcz Alestaira. – Czyżby ktoś wypolerował tablicę, żeby wiadomo było, żebyśmy przyszli tutaj? Miejmy się na baczności…

    Thalamer, węsząc potencjalną zasadzkę, z początku został na zewnątrz. Zainteresował się nagle zamkiem, na który rzucił zaklęcie wykrycia magii. Zastanawiał się, czy zamek był w jakiś sposób naruszony lub też czy też nosił na sobie sygnatury jakiegoś rodzaju zaklęcia, które mogło go otworzyć.

    Pojedyncza lampa oświetlała drżącym światłem otoczenie, jednak Thal nadal miał dziwne przeczucie, że być może mógł być to jakiś wybieg. Spojrzał: czy były tutaj ślady walki? Czy na lampie były wgniecenia? I, cóż, na wszystkie diabły robiło tutaj ramię golema? Thal nie przypominał sobie, żeby Alestair kiedykolwiek miał do czynienia cokolwiek z konstruktami.

    Wreszcie, na samym końcu, rzucił okiem na mapę ze sznurkami - typowy Aleistar, pomyślał z przekąsem Thalamer. Czy naprawdę szukanie Scrimshawa wymagało pompy tego rodzaju, znaczy się, szpilek połączonych sznurkiem. Mag ugryzł się w język, by nie wygłosić kąśliwej uwagi.

    Rozgrywka

  • Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka
    SantorineS Santorine

    Kultyści wlewali się do komnaty czci Alocera. Pierwszy z nich przestąpił rozwarte drzwi i pułapkę Dorlivina, która została uprzednio rozbrojona. Człek dzierżył łuk, ale poniechał: z jego gardła dobyło się coś na rodzaj ryku pomieszanego z nieznanym słowem, zaś ze szponiastych dłoni wydobył się czarny promień ognia wycelowany w Kraghula. Trafnie! Kraghul poczuł ból, kiedy tylko cienisty ogień sięgnął jego piersi!

    Drugi z kultystów krzyknął:
    – Za Pana Piekieł!
    Jego łuk rozbłysnął przez oddech krwawą energią. Wybrał sobie na swój cel Zairę. Lśniąca strzała jednak tylko drasnęła elfkę, jednak, kiedy tylko grot utkwił w jej ramieniu, tamten zakreślił przed sobą symbol. Szara poświata tarczy zalśniła wokół kultysty.

    Spaczona magią zaklinaczka wydłużyła swe dłonie, które przez parę tchnień stały się nienaturalnie długie, niczym gałęzie. Jaithe zaśpiewała monotonnie słowa starego zaklęcia, a z jej pokracznie wydłużonych ramion eksplodowała chmara czarnych macek. Ustawieni w tunelu kultyści Alocera wrzasnęli niby jeden mąż, kiedy nawałnica cienistych macek uderzyła we wszystkich jednocześnie. Niektórzy poczęli krwawić.

    – Torag skręci wam karki, przeklęte diabły! – ryk krasnoluda dobył się z jego piersi.
    Dorlivin przypadł do pierwszego z kultystów Alocera i uderzył obuchem solidnie w łeb jednego z nich, aż tamten się cofnął.

    Czciciele Alocera nie pozostali mu dłużni. Kobieta o szpetnych rysach wydała z siebie parę gardłowych warknięć, które brzmiały zwierzęco. Zielony promień łuczniczki uderzył w krasnoluda, który cofnął się o pół kroku nad przepaść.
    – Cóż to!? – Dorlivin spojrzał na swą dłoń.
    Nagle, krasnolud począł poruszać się znacznie wolniej, jak gdyby postarzał się o parę dekad. W ostatniej jednak chwili zasłonił się, kiedy strzała syknęła w powietrzu.

    Kraghul potrząsnął swym kościanym fetyszem, który tym razem zalśnił złotą energią. Emanacja objęła jego samego i pozostałych: Dorlivina, Rathora, Zairę, Jaithe i Zakareth; w jakiś sposób zaklęcie orczego szamana nadawało gibkości i siły do uderzeń jego towarzyszy.

    – Czas, żebyście zobaczyli, czym jest PRAWDZIWA SIŁA TWIERDZY BELKZEN! – metal zbroi Rathora zabrzęczał po śliskiej posadzce jaskini.
    Ork wzniósł tarczę, wykrzykując jakieś przekleństwa i kpiny w stronę jedego z kultystów ukrytego w jaskini. Uderzył rękojeścią korbacza w tarczę i zamachnął się, jednak tamten uniknął głowy korbacza, który z łoskotem uderzył w skalną posadzkę.
    – Pfch, tchórzu – sapnął z pogardą Rathor.

    Kultysta, którego zwyzywał Rathor wcześniej krzyknął jakieś zaklęcie na niego. Zgniłozielony promień pomknął do orka, ten jednak odbił część swoją tarczą i zaparł się w sobie. Grot strzały odbił się od tarczy Rathora, który wrzasnął w odwecie:
    – To wszystko? Ha!

    Zakareth czuła się poirytowana tym, że teraz to będą musieli jeszcze walczyć z kultystami, ale przynajmniej szanowała i za to, że nie byli przywiązani do formy ciała. z którą przyszli na świat.
    Kapłanka Nyarlathotepa dała susa przed siebie, a jej kostur bojowy zapłonął ciemnoszarym ogniem. Pierwszy z zakapturzonych łowców zmitygował jednak cios!

    Zaira wzięła na swój cel najbardziej wysuniętego na wschód czciciela Alocera i wypuściła dwie strzały. Trafiła! Potężne uderzenie przebiło skórznię, a jej ofiara rzygnęła krwią i sapnęła ciężko. Jucha popłynęła z celnej rany ciurkiem, tworząc karmazynowe kałuże.

    Poważnie ranny kultysta wrzasnął przeciągle, nagle robiąc w tył zwrot. Przecisnął się obok swoich kamratów i zniknął w skalnym korytarzu, a każdy z jego śladów pozostawiał plamy krwi.

    – Wracajże! – wrzeszczał Rathor. – Jeszcze nie skończyłem ciebie zabijać, psi synu!

    Kolejny z kultystów jednak nie odpuszczał. Jego szponiasta dłoń zapłonęła pomarańczowym płomieniem, który skierował na Dorlivina. Krasnolud zwinął się i skulił. Niemalże udało mu się umknąć przed zabójczym promieniem! Wraża energia zasyczała w przestrzeni, osmalając jego ramię, zaś ten skrzywił się z bólu.

    Zaklinaczka przesadziła drewniany ołtarz ku czci Piekielnego Księcia, zaś jej dłonie zapłonęły po raz kolejny czarnym płomieniem. Tym razem głos Jaithe zawibrował potężniej, odbijając się echem po zimnych ścianach jaskini. Dorlivin, Rathor i Zakareth ledwo uniknęli nawałnicy duchowych macek, które zawarły się wokół kultystów. Potężne zaklęcie sprawiło, że od strony diabolistów wyrwały się wrzaski nagłej paniki. Rany, nagle pękające na skórzniach trysnęły fontannami juchy. Zaklęcie Jaithe całkowicie zmasakrowało kultystów!

    Dorlivin przypadł do kolejnego z zakapturzonych, waląc swym młotem na lewo i prawo. Krasnolud jednak widocznie słaniał się na nogach: jego siła została wyssana przez widmowe zaklęcie!

    Szpetna łuczniczka zlokalizowana z tyłu tunelu nagle spojrzała, jak wygląda sytuacja i pomknęła za jej towarzyszem. Kolejny przeciwnik zrejterował.

    Kraghul dotknął swego kościanego fetyszu, a złota emanacja eksplodowała z jego wnętrza. Zaklęcie dotknęło wszystkich. Szaman spojrzał dłużej na jednego z kultystów, próbując przypomnieć sobie cokolwiek o istotach, które przed nim stały, jednak… Nic. Może to był ferwor walki? Kraghul nie potrafił powiedzieć nic więcej ponad to, że był to jakiś rodzaj diabelskiego odmieńca.
    Na koniec, szaman zakreślił nad soba tarczę.

    Orczy wojownik ryknął przeciągle. Łańcuch korbacza zaświszczał złowrogo w powietrzu, zaś kolczasta kula wylądowała prosto na twarzy zakapturzonego diabolisty. Łeb eksplodował na podobieństwo dojrzałego jabłka przeszytego przez bełt kuszy, zaś bezgłowy korpus upadł, jak ścięty konar, rozbryzgując kałuże krwi i mózgu.

    Kiedy tylko odłamki czaszki jego towarzysza śmignęły obok jego ucha, ostatni z kultystów, który był na miejscu spojrzał wokół siebie. Był sam! Człowiek zrobił natychmiast w tył zwrot i począł biec szparko w stronę wyjścia.

    Kroki uciekających kultystów oddalały się coraz bardziej i bardziej, podczas gdy karmazynowa plama zabitego diabolisty szybko przemieniała się w pokaźną kałużę krwi.

    – To mają być jego pomagierzy? – Rathor warknął. – Przypominam sobie, że bastard Auldegrund był twardszy niż to, co jest.

    Ork począł kaszleć maniakalnie, nagle zmożony swoją chorobą. Dorlivin zakasał młot za pas, zaś zaklęcia rzucone przez podróżników poczęły tracić swą moc: fetysz Kraghula stracił swój poblask, a krasnolud zacisnął swoją dłoń w kułak parę razy.

    – Wszak odzyskuję siły! – rzekł Dorlivin hardo. – Mmm. Zdaje mi się, że rzeczy jeszcze nie koniec. Stary drab próbuje wybadać teren, coś takiego…
    – Oby – Rathor przestał kaszleć i splunął krwią za siebie. – Auldegrund może myśleć, że pokonał Rathora raz, ale Rathor powraca, żeby wbić mu w łeb, że zemsta orków z Belkzen nierychliwa, ale zawsze dosięga.

    Orczy wojownik zabębnił korbaczem o swoją tarczę.

    A wtedy…

    Usłyszeli znowu róg myśliwski. Długi, zawodzący dźwięk przetoczył się raz przez korytarze Lwiej Loży, wibrując ponuro i zwiastując nadejście Auldegrunda.

    Usłyszeli donośny, tubalny głos, którego skrzeczący timbre miał w sobie coś nieludzkiego:

    – Mój łów nie zakończy się tutaj! Chodźcie żesz do mnie i stańcie do walki, a zarżnę was jak kundle!

    Rathor i Dorlivin spojrzeli po sobie.

    – To on – rzekł Rathor z ponurą determinacją.

    Rozgrywka pathfinder 2e golarion

  • Polowanie w Lwiej Loży - Komentarze
    SantorineS Santorine

    Podsumowawszy:

    • Ponieważ decyzji co do podziału przedmiotów nie było, te przedmioty ostatecznie trafiają do domyślnych person, które nakreśliłem w tabelce w poprzedniej turze 😉
    • Niszczycie pentagram, per deklaracja Zairy.
    • Przesuwacie łóżka obok ołtarza, takowoż deklarowane przez Zairę.
    • Nikt nie kwestionował położenia sideł zastawionych przez Dorlivina, więc zostają tak, jak są: jedno przy tajemnym przejściu, jedno przy wejściu do korytarza do jaskini i jedno przy wejściu do jaskini.
    • Sloty zaklęć odnawiają się po dłuższym odpoczynku. @piołun wymienia Kraghulowi feat i zaklęcia. Jaithe i Zakareth pozostają przy swoich.
    • Podczas odpoczynku Jaithe odcyfrowuje spory kawałek dziennika Auldegrunda - szczegóły w fabule. Co do kawałku “chcąc też przypomnieć sobie czy w okolicy są miejsca które by się nadawały na rytułały czy też miejsca z cienką wartswą bariery między wymiarowej, albo podatne na układ konstylacji. święte miejsce, lub jaskinie które taką energię koncentrują bo konstylacja jest idalnie na równa z nim.” → Jaithe nie ma pojęcia o takich miejscach w okolicy.
    • Dorlivin dodaje resztki trucizny do sideł per sugestia Zairy.
    • Podczas odpoczynku wszyscy leczą swoje rany i są teraz w pełni zdrowia.

    Początek walki:

    • Słyszycie, jak ktoś wpada w pierwszą z pułapek Dorlivina. Słyszycie zaklęcia, wygląda na to, że ta banda leczy się.
    • Zaraz na początku walki: kultyści otwierają drzwi skalnego korytarza na oścież, rzucają jakąś eksplodującą butelkę przed siebie, drugie z sideł Dorlivina pada.
    • Rozpoczynacie walkę.

    Zapraszam na Google Doc 🙂

    Komentarze

  • Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka
    SantorineS Santorine

    Indagowany przez Jaithe, Dorlivin prychnął.
    – Nie wychodziłem z tej sali przez całe moje życie – fałszywy krasnolud uśmiechnął się nie bez jadu. – Gdzie ten bastard się podziewa, trudno rzec.

    ~

    Dziennik Auldegrunda i leczenie ran

    W czasie, kiedy podróżnicy leczyli rany swoje i dwóch nowych towarzyszy: Dorlivina i Rathora, Jaithe poświęciła cenny czas na odcyfrowanie zapisków pana Lwiej Loży, Auldegrunda. W międzyczasie, jej kompani przesunęli łóżka z komnat gości w okolice ołtarza Alocera - cóż, upiorna to była sypialnia, jednak w okolicznościach, w których znaleźli się, nie mieli niczego lepszego. W tym samym czasie, Zaira z Rathorem zabarykadowali tajemne przejście, uprzednio niszcząc pentagram przywołania.

    ~

    Trzeba było przyznać, że pismo starego krasnoluda zawierało sporo błędów gramatycznych i przekreśleń. Auldegrund zdawał się spisywać swój dziennik z manierą kogoś, kto próbował być rozmyślny i działać powoli, a jednocześnie drżące z podniecenia pióro miało w sobie niezaprzeczalny element obłędu.

    Tu i ówdzie w dzienniku można było znaleźć zwinięte i załączone fragmenty ksiąg. Niektóre, oczywiście, były o diabolizmie rodem z Cheliax, jednak parę - szczególnie te, które Jaithe znalazła u samego początku były odpisami kronikarzy, którzy dokumentowali dzieje rodu Ponurorytu, rodu, do którego należał Auldegrund Ponury.

    Zaklinaczka dowiedziała się, że kiedy Korvosa odłączyła się od Starego Cheliax u początku Ery Zaginionych Omenów, nie wszyscy, którzy hołdowali infernalnym tradycjom porzucili je. Niektórzy, tak jak ród Auldegrunda Ponurego, pojęli secesję Korvosy za afront.

    “Rewolucja wtedy została zdławiona” - pisał Auldegrund, komentując incydent w mieście, który zdarzył się parę lat po 4633 AR. “Dziad mój i jego dzieci zostały wybite do ostatniej nogi, a z nimi zapomniana został tradycja Krwawego Łowu. Jeno paru uszło z życiem i poczęło podróżować wzdłuż rzeki Jeggare, na północ. Reputacja mego dziada sprawiła, zdecydował ominąć Janderhoff.”

    “...tutaj, pod Obłędnymi Górami, rozpoczęli swe dzieło… Ale ciężko było, jak donoszą manuskrypta, Pan Łowów ciężko doświadczał tych, którym patronował… Teraz zaś jestem sam, jest 4705 AR” - brzmiał kolejny z wpisów.
    “Dorlivin nie żyje. Bestie rozerwały go na strzępy i żywcem poczęły pożerać, sam widziałem, kiedy z ludźmi podeszliśmy pod gniazdo. Wrzeszczał jeszcze. Kusze zrobiły robotę, ale złapaliśmy jedną z wywern dopiero dalej na grani. Dziwna rzecz, czemu były trzy? Z dziada pradziada żaden z nas nie widział więcej niż parę…”

    “Dziś staniesz się czymś więcej, niż byłeś za życia, bracie. Rozgrzebałem grób, te kości posłużą w rytuale. Jestem ostatni z rodu, ale dziś, dziś Ród Ponurorytu odrodzi się w cieniu Pana Łowu. Znalazłem kryptę mojego dziada i wszystko, co zapisał…”

    “...sześciu mnichów dało karku. Gracko poderżnąłem gardła każdemu z nich, uciekali wszakże, jak radziła księga. Język i mózg pierwszego rozdzieliłem na całe pasy. Kiedy żem skórę oprawiał, sługa Pana Łowów spojrzał na mnie. Pakt jest zawarty. Każda głowa ofiarowana na ołtarzu Krwawego Łowu zbliży mnie do UMYSŁU Pana Watahy. Ród odrodzi się, tegom pewien po dzisiejszym ofiarowaniu. Już żem nawet wysłał wiadomość do Domu Thrune…”

    “UMYSŁ Pana Watahy tknął mnie dziś wieczór. Znam jego rozkaz i spisałem nowy rytuał. Czas na nowy Krwawy Łów, czas zakreślić znaki i obliczyć planety…”

    “Wiadomość już wysłana. Dość musiałem się nachodzić za tymi bastardami zza Korvosy. Pogromcy goblinów w Popielnym Lesie? Nadadzą się, ano tak… Wyszykowałem już wspaniały rzeźnicki nóż na tą okazję. Klinga łaknie krwi.”

    To było wszystko. Jaithe odkryła, że w dzienniku zostało wyrwane parę stron w sekcjach, które zawierały przydługawe odpisy z ksiąg diabolistycznych, a także na samym końcu, jak gdyby stary krasnolud nie był w stanie zdecydować się, jaki powinien być jego następny krok lub też jak gdyby wahał się co do czegoś.

    Kiedy Jaithe skończyła odcyfrowywać notatki, które po sobie zostawił Auldegrund, podróżnicy, a także Rathor i Dorlivin zostali uleczeni ze swoich ran.

    ~

    Dorlivin zakłada sidła

    W czasie, kiedy podróżnicy odpoczywali, Dorlivin tymczasem wydobył spod stołu rytualnego małą klatkę, w której uprzednio podróżnicy znaleźli narzędzia do zakładania sideł. Klatka wypełniona była małymi elementami, w których fałszywy krasnolud grzebał przez dłuższe parę chwil.

    – Za dużo tego nie ma, ale chyba styknie – rzekł Dorlivin, naciągając na próbę żyłki i przetrząsając mrowie małych elementów. – Hmm.

    Krasnolud wyciągnął z wnętrza parę fiol wypełnionych pomarańczowym i zielonym płynem, a także parę sprężyn i zacmokał z zadowoleniem znawcy.

    – Ano… Z tego to idzie złożyć parę takich małych, paskudnych, zjadliwych sukinkotów – Dorlivin rzucił fiolą parę razy i lustrując jej wnętrze. Rozumicie, towarzysze?
    Krasnolud zrobił wymowną pantomimę, która przedstawiała upadającą fiolę i wybuch.
    – Ale trza przemyślunku… Ale zrobić idzie!
    – Pfch – prychnął Rathor. – Te sztuczki nie są prawdziwe wojownika twierdzy Belkzen.
    – Szczęście, że nim nie jestem – wyrzekł krasnolud, który włożył szklane fiole z powrotem do swego pojemnika i uniósł się z klęczek. – A zatem… Do roboty.
    Zaira, która, powróciwszy z wcześniejszego zniszczenia pentagramu i barykadowania tajemnego przejścia, zaproponowała dodanie trucizny do sideł, spotkała się z aprobatą krasnoluda.
    – Dodam to do sideł – zgodził się Dorlivin. – Ale może być nieco słabsze. Trutka już leży tu jakiś czas, straciła moc od czasu uczty.
    Koniec końców, Dorlivin założył trzy pułapki: jedną zaraz przy wejściu do Lwiej Loży, drugą w korytarzu prowadzącym do jaskini, trzecią zaś zaraz przy drzwiach w komnacie z obrazami ku czci Alocera.

    ~

    Łowcy Alocera

    KTOŚ nadchodził. Z początku było to tylko niejasne przeczucie, że właśnie coś miało się zdarzyć, aby, wreszcie –
    Daleki róg myśliwski rozbrzmiał złowrogo. Tubalny dźwięk zawibrował, najpierw z bardzo daleka, niemalże nie do odróżnienia od wichru dącego nad srebrnymi szczytami Obłędnych Gór. Parę dłuższych chwil później, róg zabrzmiał po raz wtóry, tym razem już znacznie bliżej, być może pośród drzew wokół Lwiej Loży. I wreszcie, na samym końcu, ktoś zadął w róg po raz trzeci, głośno i donośnie, a ponury dźwięk potoczył się echem po całej Loży, a ryk potoczył się aż przez ciemne zakamarki jaskini. Ktoś stał przed wrotami do Lwiej Loży.

    Jaithe, Zaira, Kraghul i Zakareth, a także Dorlivin i Rathor natychmiast poderwali się ze swych legowisk.

    Kroki. Ktoś skradał się przez dłuższy czas, a potem…

    WWRRRUUMM… KRAK!!!

    Nagła eksplozja przetoczyła się przez komnaty i jaskinię Lwiej Loży, akompaniowana przez dalekie syki i pojękiwania. Sidła Dorlivina zadziałały! Jednak parę chwil później, pośród rumoru, podróżnicy usłyszeli rytualne zaśpiewy i coś na kształt trzasków energii. Coś działo się po drugiej stronie drzwi.

    I potem więcej ciszy. Szepty.

    Zaraz potem, zamknięte drzwi eksplodowały. Ktoś, kto rozwarł drzwi na oścież, rzucił jakąś małą bombę zaraz przed siebie. Seria eksplozji odbiła się echem przez jaskinię, światło, swąd siarki. Drugie z sideł krasnoluda zatrzasnęło się, nie czyniąc nikomu krzywdy!

    Cztery sylwetki ubrane w skórznie przykryte szarymi, wytartymi i utytłanymi w błocie szatami wkroczyły do środka.
    Wyglądało na to, że to byli ludzie. Lub też, precyzyjniej było powiedzieć, że kiedyś, w którymś momencie, byli ludźmi. Szpony, podobne zwierzęcym, dzierżyły krótkie, myśliwskie łuki, zaś szare płaszcze, skrywające skórznie, nosiły na sobie ślady krwi. Na pancerzach wyryte były jakieś runy, zdaje się, zapisane Piekielnym.

    – Na Toraga! – wrzasnął Dorlivin. – Tacyście mądrzy? Chodźcie, posmakujecie mego młota! Za ród Ponurorytuuu!!!
    – Psy Auldegrunda!? – ryknął Rathor, wymachując swym korbaczem. – Wzięliście mnie raz, drugi raz powrócicie do swego parszywego pana w Piekle!

    Rozgrywka pathfinder 2e golarion

  • Polowanie w Lwiej Loży - Komentarze
    SantorineS Santorine

    @Mekow napisał:

    Zakładam, że Dorlivin nie pamięta gdzie został stworzony i skąd tu przybył. Zgadza się?

    Zgadza się, Dorlivin nie ma pojęcia, gdzie został stworzony - obudził się w sali uczt.

    @Mekow napisał:

    Przed zastawieniem sideł i pułapki, przenieść łóżka do miejsca obozowania

    Bez problemu 🙂

    @Mekow napisał:

    Dodać barykadę przy drzwiach do pomieszczenia z pentagramem (od strony jaskini). Jeśli chcemy pilnować przy głowach dzików, to taką barykadę którą da się założyć w kilka sekund.

    Spoko, barykada będzie miała twardość drewna w tej tabeli .

    Mój odpis raczej jutro, ewentualnie dzisiaj po północy 😸

    Komentarze

  • Polowanie w Lwiej Loży - Komentarze
    SantorineS Santorine

    Dzięki 🙂

    Ponieważ jest dzisiaj ostatni dzień na dodanie posta, parę kwestii.

    Przedmioty

    Poniżej tabelka, w której nakreślam, kto wziął jaki przedmiot (póki co bez decyzji) i domyślnie, do kogo przedmiot trafi.

    Przedmiot Postać Domyślnie
    1 Lesser Elixir of Life ? Rathor
    1 x Lesser Potion of Retaliation ? Zaira
    1 x Lesser Potion of Retaliation ? Rathor
    Moderate Energy Mutagen (Cold) ? Zakareth
    Zwój zaklęcia Noise Blast ? Kraghul

    Sidła i lokacje graczy

    Dorlivin domyslnie założy sidła zaraz przy wejściu, potem przy wejściu do tunelu prowadzącego do ołtarza Alocera i jeszcze jedną pułapkę przy sekretnym przejściu. Jeśli chcecie je gdzieś indziej, macie wybór 😉

    Po drugie - przesuwam postacie z sali głównej do ołtarza Alocera - trochę ciasno, ale jesteście pokryci z dwóch stron przez pułapki Dorlivina.

    Oczywiście, jeśli chcecie to zmienić w jakiś sposób, dajcie mi znać.

    Inną, być może trochę lepszą lokacją byłaby centralna komnata, gdzie macie wgląd do środka sali przez judasze.

    Mapka

    Komentarze
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa