Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
SantorineS

Santorine

@Santorine
Developer
Informacje
Posty
310
Tematy
0
Udostępnień
0
Grupy
1
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    SantorineS Santorine

    @Dekline

    Żaden problem, więcej takich wkrętów proszę 😜

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    SantorineS Santorine
    Ulrich Rotzniesser
    Portrait

    – Chwała Sigmarowi! – Rotzniesser machinalnie odparł na powitanie kapłana zachrypłym głosem.

    Czuł się fatalnie: rana w brzuchu pulsowała tępym, nieznośnym bólem, Rotzniesser wiedział zaś, że z każdą chwilą z jego trzewi upływała jucha i potrzeba było medyka jakiego, aby zatamować krwawienie i zadbać o to, by nie wdało się zakażenie. Nie raz wiercił Ulrich bowiem dziury w brzuchach i choć agonalne jęki jego ofiar słuchał niby pieśń, sam wolał żyć, by móc owe dziury wiercić dalej.

    Myślał też o dziwnym głosie, który usłyszał i który go doprowadził do tego stanu. Poniechał. Będzie czas na to.

    – Moiściewy, zwą mnie Ulrich – tu skłonił się w pas. – Podróżny z Marienburga. Na wasze usługi, choć ranien jestem.

    Gadać mógł więcej, ale zostawił rzecz. Zamierzał pozwolić pozostałym przekonać klechę i jego pobratymców, żeby wstawili się za nimi. Klasztornicy zdawali się rozumieć, że nie wszyscy zostali przemienieni, zatem… Zabijanie nieznajomych było nie w interesie? Oczywisty wniosek. Ale od kiedy to rozum chadzał wespół z klechami?

    Cyrulik zdawał się umieć gadać, może klecha zapatrzy się w to, co ze swych mądrych ksiąg wyczytał? Albo kto inny podprowadzić gadkę umiał? Oby tylko prędzej, zanim go zemdli z tej rany.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    SantorineS Santorine

    Ewentualnie jeśli kompani w akcie miłosierdzia przepuszczą Ulricha, bo krwawi niby zarżnięty wieprz, to skwapliwie skorzysta z tej oferty.

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    SantorineS Santorine

    Ulrich-zbój pozwala kompanom mniej wprawnym w rzemiosło obijania mordy wejść do środka, a zresztą i tak będzie musiał zarżnąć wszystkich przeciwników, więc może sobie jeszcze postać nieco.

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    SantorineS Santorine
    Ulrich Rotzniesser
    Portrait

    Biegł teraz w stronę świątyni, kiedy nagle - cóż to, u diabła? - zaiste, chyba sam diabeł wypełzł z piekieł i porwał go w zaułek. Rozgrzany już tempem walki Ulrich splunął, a kiedy spluwał, odwinął się i dźgnął prosto w brzuch. Zwyczajowo, bezwiedie, wypuścił wiązankę solidnych przekleństw bez ładu i składu. Co to było? Jakiś cudak, jakiś stwór: nie raz słyszał, że były i też takie, stworzone przez złe bogi dziwadła.

    – Oby cię pokrzywiło, sucza twoja mać! – Ulrich gniewnie wykrzyknął w stronę dziwnego, szponiastego stwora.

    Rzucił okiem tu i ówdzie. Pościg był tuż-tuż, a ten cholerny stwór ani myślał witać się z Morrem, czy z kim tam się witają pokraki jego rodzaju, kiedy już zginą.

    Świątynia! Teraz już nie mieli żadnego wyboru. Kusznicy niepokoili, ale co mieli zrobić? Zawrócić? Niepodobna! Ale czy oni, zabrudzone, umorusane krwią draby, będą coś znaczyć coś dla świętoszków, klasztorników od Sigmara? Trzeba było łgać, wołać imiona świętych, żeby strażnicy w twierdzy się nad nimi zlitowali.

    Za późno było już na wymyślne taktyki (tych wszakże nie znał tak czy inaczej). Sprzedawszy pożegnalne uderzenie swemu przeciwnikowi, biegł w stronę świątyni, gotów w każdej chwili unieść swą tarczę, jeśli by jaki z kuszników do zabawy chciał posłać bełta w niego.

    – Ratujcie, ludzie, dobrzy kapłani Sigmaraaa! – krzyknął w stronę tamtych, tarczą próbując zasłonić kpiący uśmiech, który sam mu się układał mimo woli. – Wspomóżcieee!


    Ulrich-zbój próbuje biec w stronę świątyni i nie dać się związać walką. Kiedy dobiegnie do świątyni, zajmuje pozycję na linii frontowej, żeby osłaniać towarzyszy, chyba, że tamci będą mieć złe zamiary, to przypada do muru, tudzież drzwi.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Pytania, problemy i życzenia
    SantorineS Santorine

    W ustawieniach jest "Domyślny stan oglądania kategorii", który można ustawić na ignorowane, poza tym jak Gladin pisał, jest jeszcze strona https://forum.rolltelling.pl/user/dekline/watched . Na swojej stronie widzę tylko te, które ja osobiście obserwuję, niczego poza tym. @dekline

    Forum księga życzeń

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    SantorineS Santorine

    @Dekline napisał w [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze:

    Oni dalej na was lecą, przynajmniej ta 10tka, także prosiłbym wziąć pod rozwagę długość odpisu w odniesieniu do czasu w grze jeśli nie chcecie czekać do czasu aż w was wjadą.

    W sensie im krótszy odpis, tym lepiej?

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    SantorineS Santorine
    Ulrich Rotzniesser
    Portrait

    Ulrich ciął z zapałem. Miecz świszczał, klinga przebijała powietrze, by za każdym razem wgryzać się w nieosłonione korpusy jego przeciwników. Jucha rozlała się, zapachniało rzeźnią, a z gardła zbójcy rozbrzmiał rubaszny śmiech.

    – Kurwa, ale to gówienko jest dobre, kurwa, ha-ha-ha! – chlasnął jeszcze raz spod tarczy, choć ów wymyślny młyniec w zasadzie nie miał żadnego sensu. Na koniec ciął jeszcze parę razy powietrze, nie nasyciwszy się jeszcze krwią, którą rozlał właśnie.

    Ale roboty było więcej. Wszak walczyć z całym miastem nie sposób było, nawet tak cudowny miecz, którym mógłby pełnić katowskie rzemiosło za darmo wyszczerbiłby się gnatach.

    Zarżnął wreszcie kolejnego. Spojrzał za ramię - ktoś dostał i się turlał po ziemi, poza tym, komitywa wydawała się maszerować na podobieństwo regularnego plutonu, nawet ta dziewka, co raz ją w myślach brał.

    Co dalej? Cofnąć się i spróbować pomóc tamtemu? Cofać się, brzmiało niby ryzyko, a przecież Rotzniesser uwielbiał pewny zysk, pewne żeliwo. I jak miałby mu pomagać, skoro w jednej łapie miał tarczę, a w drugiej miecz?

    “Pewnikiem przydam się bardziej, jak więcej krwi z gardeł wytoczę!” – pomyślał łotr. – “Niech tam te mądre felczery czy oświeconi mężowie decydują!”

    I jął się rąbania ludzi ponownie, ale jeno tyle rąbać zamierzał, by dyla wkrótce dać mógł. Zdało się, że czas im się kończył.


    Jeśli Ulrich-zbój jest w stanie jakoś pomóc, zabijając paru, to próbuje siekać mieczem. Jeśli ma być okrążony, cofa się w stronę świątyni. Podobnie wycofuje się w stronę świątyni, jeśli zobaczy jeszcze więcej luda, czyli znaki, że nie będą mogli się już przebić.

    W gruncie rzeczy, jeśli może zabić paru za darmo i nie pomagać, to też zostaje na nieco dłużej 👍

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    SantorineS Santorine
    Ulrich Rotzniesser
    Portrait

    Ubrawszy kolczugę i mając na podorędziu tarczę, razem wyśmienitym mieczem wyciągniętym z plugawego, sączącego krwią bebecha kapitana straży, czuł, że ma kontrolę. Jakąś. Przynajmniej, jeśli przyjdzie mu umrzeć, zrobi to machając owym mieczem. Za każdym razem, kiedy jakaś sylwetka obcego przybliżała się, jego wychudła łapa wędrowała do rękojeści.

    Pomysł z udaniem się do świątyni uważał za co najmniej wątpliwy. Klechy i wzywanie Sigmara nie pomogą im teraz. Z drugiej strony, czy mogli dokądkolwiek iść? Całe miasto wydawało się być przesiąknięte dziwną zarazą.

    Było jeno kwestią czasu, zanim wreszcie okrążyli ich. Ulrich szybko rozglądał się i liczył ludzi, którzy przybliżali się. Ostrze kapitańskiego miecza wydostało się z pochwy, Ulrich sieknął powietrze, na próbę.

    – Czas wyrąbać se drogę do tej świątyni, te-he-he. Może mi odpust za grzechy jaki dają, jak odrobię łby paru dziadom proszalnym, fhe-he-he. Za mną, łatwo im odpór damy!

    I puścił się w stronę grupy, która blokowała przejście do świątyni.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    SantorineS Santorine

    @Wired napisał w [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze:

    ale fakt, mam wrażenie że zaspokoiłem krwiożerczość MG na jakiś czas.

    Apetyt rośnie w miarę jedzenia 😉

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    SantorineS Santorine

    Ulrich-oprych nie będzie oponował i zgodzi się także, aby pójść do świątyni Sigmara, więc jego głos można liczyć także za tym. Przeprawa przez wodą brzmi dla niego jako wyjątkowo zły pomysł.

    Przy okazji, założy też kolczugę - skoro pozostali zakładają, to nie cackamy się 😉

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    SantorineS Santorine
    Ulrich Rotzniesser
    Portrait

    Oprych, mając już na podorędziu zdobyczną kolczugę, przeciął parę razy powietrze mieczem. Klinga świszczała złowrogo, świadcząc o jej kunszcie.

    – Dobre to gówno – rzekł Rotzniesser. – Co tu się odwalić miało, że wszyscy karku dali, tego wiedzieć nijak… Zaraz jakaś albo jakieś cholerne czary? – zastanawiał się głośno. – Eee… Gadki szkoda. Wypieprzajmy stąd, zanim się zawali.

    Kiedy wyszli ze strażnicy na zewnątrz, powszechna cisza i pustka zdenerwowały Ulricha bardziej, niż gdyby miał się tutaj na nich zasadzić tabun straży. Domysły o pladze lub też nagłym skrzywieniu umysłu przez całe miasto zdawały się potwierdzać. Dlaczego tak właśnie się stało, Ulrich nie zamierzał dochodzić. Potrzeba było po prostu uciekać.

    – Kurwa! – syknął, kiedy zza strażnicy uniosła się chmura czarnego dymu. – Wynośmy się stąd czym prędzej, zanim strażnica w powietrze wyleci.

    Ale co robić dalej? Uciekać? Przeklęte miasto wydawało się być niby forteca, dzielnice poprzecinane murami, całość zaś okolona kolejnym jeszcze murem. Przeczekać zarazę? Nie wchodziło w grę, jeśli tylko zjawi się ktoś, kto ujrzy w nich więźniów strażnicy, zawisną albo znowu zostaną uwiężeni.

    – Przeprawę? – odniósł się do słów Ergo. – Na statkach się nie znam, pływać też nie podołam w takim nurcie – rzekł Ulrich. – Trza nam uciec mostem na południe. Chodźmy, może okaże się, że w tym zamęcie wszystko pootwierane, a nuż się powiedzie?

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    SantorineS Santorine

    @Dekline napisał w [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze:

    Santorine, zbroje bierzesz ale nie zakładasz czy nie bierzesz w ogóle?

    Jeśli umknęło wcześniej: biorę i nie zakładam.

    @Dekline napisał w [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze:

    Kto bierze tarczę?

    Ta tarcza nadal do wzięcia, czy przepadło? Zakładam, że przepadło, bo to już następna tura. Jeśli nie przepadło, to bym wziął. Przydałoby się mi to.

    Widzę, że mapa ma legendę, ale czy tylko ja nie widzę cyferek na mapie? Hmm...

    Poza tym, jak sądzicie, czy nie warto by było ugrać jakiś plan? Ulrich-oprych nie umie pływać ani żaglować, więc nie ma pojęcia, jak stąd odpłyniemy. Reflektowałbym zatem za drogą lądową, a przynajmniej dopóty, dopóki nie okaże się, że jest zamknięta. Co myślicie? ❔

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    SantorineS Santorine

    Zaraz, nie ma przeszywanic z tymi kolczugami? 😮 Właśnie przeczytałem ten kawałek. W takim razie Ulrich sobie daje spokój z zakładaniem tej kolczugi.

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • Kultyści - Lato 2519
    SantorineS Santorine

    – Dajże no… - nachylił się ze strzykwą. – Zara będzie po wszystkim… – rzekł, zamierzając zasiać dziewkę.

    Po chwili konsternacji, pierwsza położyła się na podłodze ta czarnowłosa. I lekko rozchyliła uda. Lars podszedł bliżej i się przygladał. Zresztą Raisa też. Tylko ona notowała coś w swoim papierze. Dwie, pozostałe dziewczęta trzymały się ze dwa kroki dalej. I też patrzyły na poczynania brodatego wojownika. Zasiewanie może nie było tak przyjemne i spektakularne jak wczoraj z Laylą bo służki traktowały to jakby z konieczności musiały przyjąć w siebie lekarstwo. Chyba nadal wierzyły, że wypłasza ono robaki jakie się w nich w tajemniczy sposób zalęgły. Jednak jak leżały spokojnie to samo używanie strzykw było dość proste. Trzeba było ją wepchnąć do środka, powoli wsunąć a potem równomiernie i bez pośpiechu, naciskać tłok aby wlać jaja do środka. Gdy doszedł do końca, to się glinaną rurkę wyjmowało i można było proceder powtórzyć z nową dawką.
    Dziewczęta przyjmowały to dość spokojnie. Trochę krzywiły się gdy czuły jak płyn wlewa się w ich trzewia. Ale wytrzymały. Zdziwiły się, że tym razem jest dużo więcej niż po dwie jak to robili u nich w wiosce. Jednak starucha wyjaśniła im, że muszą mieć pewność a im więcej lekarstwa tym ta szansa na pozbycie się robaków rośnie. Egon musiał tylko zdecydować ile chce w nie wlać. Po osiem, dziewięć czy dziesięć strzywk. Larsowi też to się spodobało więc poprosił go aby i jemu dał spróbować. Wziął się za kolejną dziewkę a strzykw było w torbie tyle, że we dwóch mogli z niej korzystać a szybciej szło. Na końcu została jeszcze ta rudowłosa ale i z nią poszło gładko. Udało im się zasiać wszystkie trzy brzuchy. Z ich łon ściekały na podłogę kleiste zacieki. Takim samym śluzem jakim oblepione były jaja i czerwie.
    - Dobrze. A teraz z drugiej strony. Po trzy albo cztery. - Zakomenderowała Raisa wyraźnie zadowolonym głosem. Dla dziewcząt było to jednak coś nowego i czego się nie spodziewały.
    - Musicie się odwrócić i wypiąć. - Podpowiedział im Lars co mają zrobić. One znów się speszyły.
    - Jak to z drugiej? Ale dlaczego? Przecież z drugiej nie mamy robaków. - Blondynka odważyła się zadać pytanie.
    - Na razie nie. Ale one tam w środku przechodzą z jednej dziury do drugiej. I nie możemy ryzykować. - Raisa miała przygotowaną odpowiedź jaka znów przekonała służki do współpracy. Posłusznie przyjęły pożądaną pozycję i czekały na porcję lekarstwa także i z tej tylnej strony.
    – Słuchajcie się mądrej Raisy, ona mnie leczyła nie jeden raz, przeto wie, jak się te rzeczy robi – rzekł Egon, wtórując starej. – Ja żem słyszał, że jeśli raz się zakazi, to może być i tak, że one larwy mogą się roznieść po wszystkie twory ciała, a onuż, uważajcie, szczególnie lubują się w tych kobiecych, bo w nich zawsze jest odpowiednio ciemno, mokro i ciepło – ciągnął. – I że wszędzie mogą być, nawet i usta.

    Tu skinął w stronę Larsa, który, miał nadzieję, wesprze go w przekonywaniu dziewek, bowiem wolał po dobroci, a nie siłą. Sam wszak nie wątpił, że we trójkę-czwórkę dokonają dzieła.

    Egon dał parę razy także spróbować Larsowi, bowiem myśli wojownika oddalały się już nieco do kolejnych spraw. Rzeczy nabierały rozpędu, a skoro tak, to trzeba było czym prędzej zadbać, aby toczyły się właściwym dla siebie torem.

    Słowa gladiatora chyba trochę przestraszyły służki. Widocznie nie chciały mieć w sobie żadnych robaków i już bez sprzeciwów pozwoliły wlać w siebie lekarstwo ze strzywk. Lars wspomógł Egona w tych aplikacjach. A Raisa zapisywała ile, której i z jakiej strony tych dawek władowali. Wydawało się, że całość zleciała całkiem szybko i sprawnie. Gdy skończyli służki wycierały usta od klejącego śluzu i spluwały nim na podłogę, krzywiąc się przy tym z niesmaku. Potem zaczęły się ponownie ubierać w spódnice. Stara wiedźma wydawała się być bardzo zadowolona z tego zasiewu i zostawiła je w spokoju w tym zagraconym pokoju. A sama, kolebiąc się niezdarnie, odprowadziła dwóch rosłych mężów po schodach, z powrotem do kuchni na parterze gdzie było wyjście na to zabłocone podwórze.
    - Ładnie wam poszło chłopcy. Za trzy, cztery dni wyjdzie z nich obfity miot. Pewnie znów te małe ale za to wiele ich będzie. Tak bogatego zbioru na raz to jeszcze nie mieliśmy. No i jak chcecie to weźcie te strzykwy. Może będziecie mieli okazję napełnić nimi jakieś brzuchy. A jak się napełnia z innej strony to też już umiecie. No i jak spotkacie Astrid albo inną szlachciankę co by chciała je wziąć, chociaż jedną czy dwie, to poproście aby to zrobiły albo chociaż tu się pokazały tym wieśniaczkom bo sami widzieliście. One wciąż myślą, że będą na służbie u jakiejś pani a tu to tylko ja i Dorna. Z czego Dorna nie bardzo może im się pokazać na oczy. - Mówiła do nich jak do swoich wnuczków i wyglądała na zadowoloną. Podała im torbę z napełnionymi strzykwami jakich mogli użyć gdyby trafiła im się taka okazja.

    – Służba by nam się przydała, dopóki nie będzie zadawać pytań – rzekł Egon. – Ale tu z tym chyba nie będzie problemów, nie? Astrid ostatnio rzekła coś, że chciałaby wrócić na dwór jarla ze swą świtą… No to już będzie miała, rzecz się sama rozwiąże.

    “A dziewczynom się spodoba służba u Astrid bardziej, niż ta śmierdząca apteka” - dodał w myślach z przekąsem, z niechęcią przypominając sobie, że będzie musiał przejść znowu przez błotniste podwórze.

    – Dzięki ci, nie zawiedziemy cię – rzekł jeszcze Egon, lekko potrząsając torbą pełną strzykw. – To co, Lars, idziemy?

    ---

    Z racji tego, że Lars znał miasto o wiele słabiej od Egona, to na tego drugiego spadła rola przewodnika. Jednak do tej pory klatkami na kury czy gołębie się nie interesował więc musiał się zastanowić gdzie by można pójść. Najpewniejszym adresem wydawał się Plac Targowy. Co prawda dziś nie był dzień targowy ale i tak tam, w centrum miasta, było najwięcej sklepów a więc i szansa, że uda się kupić co potrzeba albo chociaż zasięgnąć języka. Jak tam we dwóch dotarli to w którymś sklepie znaleźli klatki. Szybko okazało się, że nie są takie drogie ale nawet na dwóch to mogli zabrać po dwie, może cztery klatki. Nie były zbyt ciężkie ale niewygodne do noszenia, zwłaszcza, że z powrotem do apteki to był całkiem spory kawał do przejścia.

    Przy okazji jednak mogli sobie obejrzeć ratusz. Bo z tego co Egon pamiętał to Fanriel wspominała raczej o wieży a nie kazamatach. A zwykle tak mówiło się o lochu w ratuszu. Tam trzymano tych przestępców jacy czekali na osąd lub spodziewano się, że lada chwila wyrok zostanie wykonany. Słabą stroną tej sytuacji było to, że w zimie, Egon z Łasicą, całkiem nieźle poznali kazamaty ale w ratuszu to gladiator nie bywał. Dobrą to, że ratusz był w dzień dostępny dla każdego i chociaż wyglądał solidnie to jednak nie miał takich walorów obronnych jak mały zamek którym w istocie były kazamaty.

    Właściwie póki był dzień to można było wejść do środka przez główne drzwi. Ale zapewne zwierzoczłeka to trzymano gdzieś w lochach jakie nie były dostępne ot tak. Parter był wysoki i niewiele w nim było małych okienek. Co utrudniało wdarcie się do środka. Dopiero na piętrze były zwyczajne okna. Mniejsze niż te co były w kamienicach ale większe niż wąskie strzelnice w zamkach. Gdzieś tam na co dzień pracowała Adrienne jaka wczoraj w teatrze dała się poznać od bardzo uległej strony. Ale już wczoraj Hubert mówił, że po takich harcach to zapewne jego niewolnica “przeziębi się” i będzie musiała w domu odpocząć po tych zabawach. Sam grubas niedaleko miał swój sklep. Miał dobrą lokalizację, w pobliżu centrum miasta. Nie wiadomo czy teraz w nim był. Do Pirory właściwie też było niedaleko. Tylko w przeciwną stronę. Na dobrą sprawę to cukiernia Lebkuchenów też nie była odległa od placu. A od nich miała być ta chętna na zasiew brunetka jaką wczoraj lady Fabienne wskazała gladiatorowi.

    Egon, zorientowawszy się co do klatek, uczynił wysiłek, by zapamiętać, gdzie jest handlarz. Nie chciał ich kupować już teraz i nie chciał się także dzielić z handlarzem lokacją apteki. W ogóle nie chciał, żeby ktoś mógł połączyć fakt apteki i klatek, bowiem aptekarze raczej nie byli znani z przechowywania żywego inwentarza, a szczególnie w takich ilościach, jakie niedługo zamierzali kupować.

    – Wrócimy tutaj zaraz – rzekł Egon, żegnając się z handlarzem.

    Ratusz, na pierwszy rzut oka, wydawał się niby kazamaty, tylko takie bardziej przystępne i zdecydowanie łatwiejsze do uderzenia. Z drugiej strony, czy w istocie napadanie na ratusz dla samotnej pokraki należącej (lub nie) do Gnaka, która zapewne i tak zapije się na śmierć tydzień później tudzież zostanie zarżnięta przez swych pobratymców miało jakiekolwiek znaczenie?

    Egon obszedł ratusz raz, niby to od niechcenia, sprawdzając, w jaki sposób wygląda. Ani chybi, jeśli wypadnie tutaj uderzyć, trzeba było zaopatrzyć się w drabinę, choć… Być może kanały także mogły być raz jeszcze źródłem drogi? Ratusz pewnikiem z kanalizacji korzystać musiał, kanalizacja zaś była zapewne mniej więcej na poziomie równym z lochami.

    Cóż, pierwszy rzut oka wykonał, jak zamierzał.

    – Trza mi będzie spytać się Adrienne albo jej znajomych, jak to wygląda – rzekł do Larsa. – Do środka nie wchodzę jeszcze, nie chcę, by ktoś się zorientował, że rozglądam się. W ogóle zostawmy ten ratusz na razie. Zobaczymy po rozmowie z Gnakiem.

    Skończywszy oglądanie ratusza, zawrócił do handlarza klatkami, żeby wziąć parę z nich do apteki.

    – Skończymy rzecz z klatkami, musimy udać się do Munira – rzekł Egon. – Prosta rzecz, trzeba się z nim pożegnać, żeby dobre wrażenie zrobić, bo wkrótce będziemy z nim handlować. Czy dostaniemy towar od Gnaka, czy też jakoś sami złowimy, Munir zapłaci nam sowicie. Ale chodźmy do niego i się z nim jeszcze rozmówmy.

    ---

    Kamienica Pirory; salon; południe

    Obaj z Larsem, nie mieli trudności z kupieniem kilku klatek. Na więcej nie starczyło im rąk a z Placu Targowego do apteki Sigismundusa był spory kawałek miasta do przejścia. Norsmen był jednak rad, że w ogóle znaleźli sklep z takimi bibelotami i w każdej chwili mogli tam wrócić i dokupić więcej. Zaś w aptece Raisa ucieszyła się, że będzie miała gdzie umieścić nowe muchy gdy już się wyklują z kokonów. Zaś dwóm wojownikom zostało wrócić na Bursztynową 17. Jeśli mieli nadzieję jeszcze zastać arabskiego kupca to tylko u niej. A i tak nie było wiadomo czy już nie zawinął się na swój statek. W końcu wczoraj mówił, że zamierza spędzić tylko jedną noc w tym porcie a potem płynąć dalej na wschód Morza Szponów.

    Gdy dotarli do drzwi głównych kamienicy i zastukali już słońce przeszło przez najwyższy punkt na niebie, chociaż dalej mniej więcej było południe. Otworzyła im służąca Averlandki i poprosiła aby zaczekali w holu. Przez chwilę stali we dwóch gdy ona pewnie poszła ich zapowiedzieć u swojej pani. Gdy wróciła, zaprosiła ich na pietro do salonu. Gdy za nią tam poszli w środku zastali blondwłosą gospodynię jaka siedziała u szczytu stołu. Zaś Astrid, Munir i Layla jedli z nią obiad. Cała trójka spojrzała z zaciekawieniem na obu przybyszy.
    - Witajcie koledzy. Proszę, siadajcie. Jeśli jesteście głodni to się częstujcie. - Pirora zaprosiła ich do stołu i kazała służącej przynieść dodatkowe nakrycia. Bo wolne krzesła i jadła to było pod dostatkiem. A, że od późnego śniadania już trochę dzwonów minęło to i obaj wojownicy czuli pewne ssanie w żołądku. - Wyspaliście się? - Zagaiła do nich uprzejmie jak na dobrą gospodynię przystał. Służba zaś zaczęła przynosić porcelanowe naczynia i srebrną zastawę. Egon na co dzień nie jadał w takich luksusach.

    – Ano, pośniadałem uczciwie – Egon machnął ręką, jako że rzecz o jedzeniu wcale go nie interesowała, jako że kolejne z rzeczy musiał niedługo zrobić.

    Tu zwrócił się do Munira:

    – Witajcie, mości Munirze! – zawołał. – Tuszę, że sen był dobry? Jak się podoba w Neues Emskrank?

    - Witaj, witaj przyjacielu! - Arabski kupiec uśmiechnął się jowialnie do Egona. - Miasta wiele nie widziałem ale gościna u lady Pirory bardzo miła. Miło mi było ją poznać. Jak was wszystkich zresztą. No ale interesy mnie gonią więc niedługo będę musiał opuścić wasze urocze towarzystwo. - Kupiec teraz spojrzał na blondwłosą gospodyni jakiej podziękował za gościnę. Ale też i dla jej gości miał życzliwy uśmiech.
    - Po obiedzie nasz drogi gość będzie już nas opuszczał. Ale lady Layla z nami zostanie na jakiś czas. - Pirora odparła mu podobnie ciepłym uśmiechem i wskazała na siedzącą obok niego egzotyczną piękność.
    – Zaiste – rzekł Egon, przybierając polubowny ton. – Z chęcią odprowadzimy ciebie do okrętu, jako że przywiedliśmy ciebie tutaj. Rad bym jeszcze nieco porozmawiać o interesach, choć zdaje się, że już dobiliśmy targu. Tedy oporządź się według swego uznania, Munirze, a my z chęcią dotrzymamy tobie towarzystwa, jeśli jeno pozwolisz.

    - Oh oczywiście przyjacielu. Bardzo chętnie skorzystam z waszej propozycji. - Brodacz uśmiechnął się życzliwie do gladiatora. Egon z Larsem mieli wreszcie okazję zjeść coś konkretnego z tych ozdobnych talerzy. Rozmowy przy stole były raczej luźne. Pirora jako dobra gospodyni, obiecywała, że się udzieli Layli gościny a samego Munira zaprasza ponownie aby koniecznie ich odwiedził jak będzie wracał z Erengradu. Wężowa kapłana trochę rozmawiała z nim po arabsku a trochę z Larsem po bretońsku. Astrid była ciekawa czy kupiec bywa czasem w Norsce ale okazało się, że nie. A gdy obiad dobiegł końca, wszyscy wstali i zaczęli się ze sobą żegnać. Pirora odprowadziła ich do schodów oraz udostępniła swój powóz jaki miał ich zwieźć do portu. Wewnątrz zostali we trzech, Munir, Lars i Egon. Gdy powóz ruszył kupiec popatrzył na dwóch wojowników jacy usiedli na przeciwko niego.
    - No to przyjaciele mamy ostatni moment aby porozmawiać. - Zagaił do nich patrząc z zaciekawieniem to na jednego, to drugiego.
    – Rzeknij no, zacny Munirze – rzekł Egon – kiedy do nas zawitasz raz jeszcze? Jak żeśmy już ustalili, wkrótce dostarczymy do ciebie żywego towaru, tedy dobrze, żebyśmy wiedzieli, kiedy spotkamy się raz jeszcze…

    - Kiedy znów do was zawitam w wasze goścnne progi? - Kupiec powtórzył pytanie ale zaczął gładzić się po brodzie gdy zaczął robić obliczenia. - No cóż, podróż do Erengradu powinna zająć ze trzy dni czyli powinienem tam dopłynąć na początku przyszłego tygodnia… Tam parę dni aby pozałatwiać swoje sprawy… I z powrotem znów ze trzy dni… Czyli bym był z powrotem pewnie w następny Festag. No wiadomo, rożne rzeczy mogą na morzu i w porcie się zdarzyć więc mgę być dzień przed albo po. - Oznajmił w końcu po tym zastanowieniu. Co oznaczało, że sam oceniał, że wróci tu za jakieś półtorej tygodnia.

    Egon rzucił krótkie spojrzenie w stronę Larsa. Półtorej tygodnia nie było jakimś szmatem czasu, żeby odpowiednio zebrać i oporządzić wszystko, ale, z drugiej strony, przecież w ogóle nie mieli czasu, bo dni do turnieju upływały nieubłaganie.

    – Będziemy pamiętać, dzięki ci – Egon z ukontentowaniem pokiwał głową. – Jak kiedy natkniesz się na jakieś młódki, możesz nam podprowadzić, zaopiekujemy się.

    I było to wszystko.

    ~

    Kiedy tylko odprowadzili Munira do jego korabiu i kiedy wreszcie ludzie kupca odwiązali cumy, i kiedy tylko burta poczęła oddalać się od nadbrzeża, Egon odwrócił się, nagle skupiony na wykonaniu planu.

    – Jutro wypadnie nam wyprawa na kurhan, choć w zasadzie już teraz moglibyśmy poczynić przygotowania. Pójdźmy raz jeszcze na targ i poszukajmy jakiegoś dobrego młota albo innych narzędzi, którymi rozwalimy tą ścianę. Weźmy też jakieś nosze albo płótno, nie wiem, czy czasem nie będzie tak, że będziemy musieli zabrać zgniłego trupa czarownika z kurhanu… Lepiej być przygotowanym na wszystko. Nie wiem też, czy czasem po drodze nie będziemy musieli nałapać łyczków, żeby ich krew ofiarować onemu czarownikowi, żeby przebudzić się.

    Egon czuł, że przebudzenie czarownika, który w swoim nieumarłym śnie spoczywał setki lat, wcale nie będzie takie łatwe.

    W miarę czasu zamierzał także uruchomić swe kontakty i spytać znajome złodziejki, czy przypadkiem nie usłyszały czegoś o zbliżającym się turnieju.

    Rozgrywka import

  • Kultyści - Lato 2519
    SantorineS Santorine

    Egon powstał, nagle rozbudzony. Sen! Przypominał sobie detale snu - Raisa, która zdawała się być z niego zadowolona, zwierzoludzie i ów czarny wojownik. Egon próbował sobie przypomnieć oblicze czarnego woja… Ale nie. Nic konkretnego. Przez parę dłuższych chwil odtwarzał w pamięci to, co zaszło w jego śnie. Głaz ze złotymi żyłkami… Niewątpliwie, musiał być to jeden z tych, które mieli odszukać.

    Poniechał jednak snów i wizji. Roztarł swoją głowę, bo czuł się, jakby dostał solidnie dostał w łeb gwiazdą zaranną.

    Począł niemalże po omacku szukać swego odzienia. Zamierzał stąd wyjść.

    Ubranie znalazł częściowo wewnątrz tej szafy w jakiej spał. Ale aby dokończyć ubieranie się musiał odsunąć jej drzwi i wyjść na zewnątrz. Tam od razu zobaczył trójkę Norsmenów jacy rozmawiali ze sobą. I też byli tylko częściowo ubrani. Spojrzeli na niego. Lars zaśmiał się rubasznie. Miał na sobie tylko spodnie i koszulę ale coś nie śpieszył się aby ubrać resztę

    - Oho! Patrzcie kto wstał na ten piękny dzień! - Wyszczerzył się radośnie do Egona. Astrid też patrzyła na niego z zaciekawieniem. Miała już spódnicę a ta była inna niż imperialnych kobiet. Jednoczęściowa, góra i dół w jednolitym, morskim kolorze. Kobiety z południa zwykle chodziły w spódnicy i oddzielnej górze. Córka jarla nie miała jeszcze jednak zapiętego pasa i tych wszystkich ozdób i dodatków jakie zwykle na sobie nosiła. Bjorn był w samych spodniach i boso. Widać było już nieco zaróżowione rany jakie otrzymał od martwiaków w grobowcu Śpiącego.
    - Często macie takie zabawy jak wczoraj w tym teatrze? - Astrid była ciekawa zwyczajów południowców. Sądząc po uśmiechu to przypadły jej do gustu.

    Egon wzruszył ramionami na tą uwagę.

    – Pierwszy raz tu jestem – rzekł, zgodnie z prawdą. – Choć ze słyszenia żem się dowiedział, że i zabawy w teatrze niby częste… Mhm, nieważne zresztą. Trza mi coś zjeść i się napić, w gardle piecze mi, niby diabli mi do niego rzygali…

    Nagle, Egon przypomniał sobie o rzeczach, które zrobić potrzebował. Dziś zapowiadał się dzień, w którym odwiedzą Gnaka, ale potrzebował także i inne rzeczy zacząć oporządzać. Odette, która mogła coś wiedzieć o turnieju. A i jego własne kontakty chciał odwiedzić.

    – Mamy coś do zjedzenia? A i łaźnia by się nadała… – rzekł gladiator, który po wczorajszym czuł się niby w nocy ktoś wyciągnąć jego kości i włożył je z powrotem do ciała.

    - No pewnie jest coś w kuchni. Właśnie mieliśmy tam iść. - Lars wzruszył ramionami i wziął się za ubieranie kubraka. Pozostała dwójka też dokończyła ubieranie się i zeszli na parter do kuchni. Służba podała im solidny choć niezbyt wyszukany posiłek. Dało się jednak napełnić kałdun czymś przyjemnie ciepłym i sytym.

    - A co z nimi? - Lars zapytał wskazując na jedną z niewolnic jaka wczoraj przypłynęła z nimi ze statku Munira. Dzisiaj pracowała w kuchni razem ze służbą Pirory.
    – Można by je zasiać, trza mi jeno więcej strzykw. Tedy do Raisy mus mi się udać. Jeśli zaś byśmy profit z nich ciągnąć, można by je nająć do bordelu… Ale nie wiem, czy larwy Oster mogłyby się tu okazać przeszkodą… Hmm. Być może i nie.

    – Dziś mi trafi się spotkać z Gnakiem – rzekł Egon do Larsa. – Trza będze go spytać o sprawy kultu i naszego interesu. No i… Wiadomo, niedługo trzeba będzie wybrać się na kurhany, choć zapewne to jutro.

    Trójka Norsmenów popatrzyła na niego. Chociaż Bjorn zapewne i tak nie zrozumiał mowy w reikspiel. Ale pozostała dwójka zerknęła na pracującą przy kuchni niewolnicę. - Ja rozmawiałam z tą Bretonką. Z tą z czarnymi włosami. - Astrid dotknęła swoich włosów chociaż miała jasno blond, kontrastowo różne kolorem od szlachcianki z zachodu. - No i ona bardzo chwaliła sobie tą ciążę z czerwiami. Mówiła, że to niesamowite doznanie. I jakoś w chędożeniu nie przeszkadza. Nawet myślałam aby wczoraj pójść z nią no ale gdzieś mi zniknęła z oczu. Chyba poszła z jakimiś dwiema innymi dziewkami. No ale pytała czy dzisiaj wieczorem będę na tej orgii ze zwierzoludźmi bo zapraszała no i mówiła, że ona to będzie. No chyba pójdę. A wy? - Córka jarla odezwała się pierwsza i podzieliła się z kolegami swoją wczorajszą rozmową z Fabienne. Sama nie miała doświadczeń z czerwiami Oster ale powołała się na doświadczenia bretońskiej szlachcianki.

    - No my to raczej będziemy nie Egon? - Lars przeniósł wzrok z koleżanki na gladiatora. - Nie dość, że dużo chędożenia się szykuje ze żwawymi pannami. To jeszcze mamy z Gnakiem interes do omówienia. Te leśne pokraki pewnie znają las jak własną kieszeń. To może coś by się dało sklecić z tym łowieniem niewolników dla nas czy Munira. A właśnie. Z nim też trzeba by pogadać albo chociaż pożegnać się aby zrobić dobre wrażenie. Wczoraj wrócił tutaj ale mówił, że dziś będzie chciał wracać na statek i popłynąć dalej do Erengradu. Dobrze, że Layla zostaje z nami. - Norsmen miał całkiem pragamtyczne podejście do tych spraw i naturalną żyłkę do interesów. Dlatego nawet dziś wieczorem nie omieszkał skorzystać z okazji do skorzystania z chętnych panien ale nie zapominał, że mają pewne sprawy do załatwienia ze zwierzoludźmi.

    - Ta wasza Łasica i ta ruda to chyba mają doświadczenia w burdelach. To ich można by zapytać jak chcecie te dziewki tam podesłać. No chyba, że Pirora ma jakieś chody i coś wie w temacie. Ale dwie z nich są nasze a dwie Munir podarował Layli. To jakby tych dwóch też użyć jako ladacznic to z nią trzeba by gadać. Ona chyba też chyba wróciła tutaj tylko w innym powozie. - Astrid dodała jeszcze coś od siebie. Byli co prawda w kuchni ale kamienica Pirory miała kilka pięter więc pewnie jeszcze niewielu znaczniejszych gości głównej gospodyni spotkali. Lady Soria mieszkała u niej jako stały gość a Layla i Munir byli od wczoraj jej gośćmi. Więc pewnie też powinni gdzieś tu być.

    – Mmm, jeśli w chędożeniu nie przeszkadza, to im lepiej, przynajmniej zarobią na siebie… I na nas – Egon pokiwał głową z uznaniem, myśląc o tym, co zrobić dalej. – U Gnaka mus nam być na pewno. Jego zwierzoczłeki na pewno zorientują się, jak porywać ludzi z sioła, a szczególnie jakie dorodne dziewki, które zasiać trza będzie… A może i tak być, że Gnak może wiedzieć, gdzie w głuszy jest on głaz Norry, co go Annika szukała. Będziemy mieć i czas, to Annikę przeniesiemy pod pieczę Gnaka, może kiedy będzie biegła, to wytropią ją bestie należące do Gnaka, my zaś kamień znajdziemy…

    – No. Ale to później. Najpierw trza mi iść do Raisy po strzykwy.

    Tu przystanął, raz jeszcze dawszy parę chwil na pomyślunek co do niewolnic.

    – Layla da zasiać swoje niewolnice, skoro sama siebie nie oponowała – rzekł wojownik. – Ale trzeba będzie wybadać każdą z nich. Dwie zaiste zostaną dla Layli jako jej służba, bowiem to znaczna persona z dalekich stron. Ale jak będą mogły co innego robić, na służbę do możnych iść albo drabów skórować z grosiwa, to czemużby nie?

    - A co to za Annika? Była wczoraj? - Lars zmrużył oczy ciekaw kim jest wspomniana z imienia kobieta. Egon zorientował się, że Norsmeni jak dopiero od wczoraj są w mieście to jeszcze nie zdążyli poznać wszystkich kultystów ani osób jakoś z nimi powiązanych. Właściwie byłą pacjentkę hospicjum to tej nocy widział pierwszy raz we śnie a na żywo to jej jeszcze nie spotkał. Do tej pory z oczywistych względów, najwięcej miał z nią do czynienia Otto i lady Fabienne jaka przyjęła ją na służbę. Teraz czarnowłosa dziewczyna mieszkała u bretońskiej milady.
    - No Layla wczoraj ładnie się z nami bawiła. I chyba spodobało jej się to zasiewanie. To chyba powinna się zgodzić zasiać i swoje dziewki. No ale i tak trzeba by jej zapytać skoro należą do niej. W końcu to kapłanka i szlachcianka. Lepiej aby była nam przychylna. - Astrid mniej więcej zgodziła się z wnioskami gladiatora co do zasiewania niewolnic ale dało się wyczuć, że wolała aby polubownie załatwić tą sprawę z egzotyczną milady.
    - No to po śniadaniu można pójść na górę i jej zapytać. Albo jak Egon wróci z tymi strzykwami. - Morski łupieżca zgodził się z nimi obojgiem ale traktował to jak poboczny temat. - Ten Gnak może coś chcieć na wymianę. Przy takich negocjacjach dobrze jest wesprzeć propozycję jakimś podarkiem. Pewnie na monetach im nie zależy. Bo co oni z nimi zrobią w lesie? - Uśmiechnął się na koniec mówiąc o wyraźnej różnicy w podejściu do wartości dóbr między ludźmi a zwierzoludźmi. U tych pierwszych geldy były uniwersalnym środkiem wymiany u tych drugich właściwie były bezwartościowe.
    - Zwierzoludzie to wypić i poswawolić lubią. No i niewolników. Chociaż raczej nie mają oni u nich zbyt długiego żywota. Więc jakichś silnych, młodych albo dorodne dziewoje to mnie by było szkoda im oddawać. Ale pewnie jakichś trzeba będzie jeśli już wejdziemy z nimi w układy. Też bym chciała jakichś niewolników. Wróciłabym do Norsci jako wielka pani. Wyjechałabym jako jedna z córek jarla a wróciłabym bogata, sławna i z niewolnikami. - Blondynka w prostej, fioletowej sukni podzieliła się swoimi przypuszczeniami co do wchodzenia w spółki ze zwierzoludźmi. A przy okazji miała też swoje dalekosiężne plany co do wyprawy do krainy południowców. - A może oni by wiedzieli coś o tych kopcach na południu? Ja znam tylko sagę o nich ale nie wiem gdzie to dokładnie jest. Saga tego nie mówi. Poza tym, że tam były kopce dawnych wodzów, kapłanów i książąt więc mogą tam być wielkie łupy. Myślałam, że to może ten kopiec Śniącego no ale on jest tuż przy morzu to raczej nie. No i jest tylko jeden. - Przy okazji wpadła na pomysł o co jeszcze można by zapytać kopytnych gdy będzie okazja.
    - I z naszym kolegą coś trzeba zrobić. - Norsmen lekko skinął głową w stronę Bjorna. - Wczoraj pohulał to dziś jest spokojny. Dziś wieczorem pewnie też pohula. No ale ogólnie to on słabo znosi pobyć w mieście. U nas żyje w chacie w lesie. Więc na dniach trzeba by go wypuścić poza miasto. - Wyjaśnił jak się sprawy mają z siedzącym obok barbarzyńcą.

    – Bjorn? – Egon parsknął śmiechem krótko, bowiem barbarzyńca z północy zaiste zachowywał się niby niedźwiedź wypuszczony między ludzi. – Za miastem jest krąg wojowników, w którym żem bywał, kiedy nadal brałem pieniądze za walki. Zdaje mi się, że niektórzy z wojów mieli tam parę szałasów i dziupli, mógłby się tam schronić. I walczyć, jeśli mu tak się podoba. Przywołalibyśmy go w razie potrzeby.

    Tu odniósł się do kwestii, czym będzie się płacić Gnakowi:

    – Słyszałem, że jeden z cudaków Gnaka został schwytany w mieście. Takich to nie pilnują za mocno, ale może być tak, że Gnak chciałby go z powrotem. Mmm, jak zajdziemy do Raisy i Sigismundusa, to moglibyśmy zobaczyć, gdzie trzymają w mieście. Jeśli będzie jakaś klatka albo jeśli się rozpytamy, to moglibyśmy zobaczyć, gdzie go trzymają. Ale nie prędzej, zanim się z Gnakiem zgadamy. Może nie obchodzić się tymi pojmanymi.

    Tu rzekł do Astrid:

    – Dobrze rzeczesz, jeśli rzecz z tym handlem żywym towarem dobrze pójdzie, kto wie, może i całą świtę przywiedziesz do domu – pokiwał głową. – To co, Lars? Pośniadamy i pójdziemy do Raisy.

    - O. To miałby się gdzie ukryć? To poczekaj, powiem mu. - Norsmen ucieszył się, że dla kamrata z północy znalazłaby się jakaś kryjówka poza miastem. Przeszedł na język ludów północy i zaczął coś tłumaczyć dzikusowi, przy okazji wskazując kciukiem na siedzącego obok gladiatora. Ten szybko spojrzał na niego ale słuchał co morski korsarz ma do powiedzenia. Kiwał głową i w końcu też włączył się do wymiany zdań w obcym dla Egona języku. Ale i bez tłumaczenia widział po gestykulacji, mimice i barwie głosu, że berserkerowi się spodobało. Przejął inicjatywę i zaczął coś gwałtownie opowiadać. Uderzył się przy tym kilka razu pięścią w pierś i zaraz zrobił ciosy jakby uderzał toporem. - Mówi, że mu pasuje i chętnie będzie walczył jak będzie z kim. - Astrid przetłumaczyła Egonowi półgłosem aby dwaj koledzy nie musieli przerywać rozmwy. Chwilę potem mimika i gesty tropiciela zmieniły się. Blondynka zaśmiała się z rozbawienia. - A teraz mówi jak wczoraj chędożył tą rudą koleżankę Łasicy. Sama też ich przez chwilę widziałam jak poszedłeś gdzieś na chwilę a my szliśmy na górę. Brał ją już na parterze w jakiejś komórce. - Wyglądała na rozbawioną ale Bjorn faktycznie pkazywał jakby brał kogoś bardzo energicznie swoimi biodrami. A potem przyciskał czyjąć głowę do swojego krocza. I zdzielił czyjeś pośladki albo wymiętolił jędrny biust. Drugiego Norsmena też to rozbawiła bo rechotał się nieprzyzwoicie. Nawet córce jarla spodobała się ta rubaszna i nieprzyzwoita opowieść.

    - O, to mówisz, ze miejscowi złapali jakiegoś zwierzoludzia? No ciekawe, ciekawe. Można Gnakowi o tym powiedzieć. Zobaczymy co zrobi. Chociaż jak to ktoś z innego stada to może go to nie obejść. Oni są dość plemienni. Wcale nie rzadko walczą między sobą. Tylko potężny wódz, czarownik albo zew bogów jest w stanie zjednoczyć na dłużej. No ale zobaczymy co Gnak na to powie. Jeśli tego co złapali nie zabili od razu to pewnie trzymają go z jakiegoś powodu. Albo na jakąś okazję. Przynajmniej w Bretonii tak robili. - Lars podzielił się swoimi przemyśleniami i doświadczeniami na temat kopytnych. Na razie podchodził do niej dość ostrożnie. Astrid zaś uśmiechnęła się ciepło do Egona na myśl, że nie widzi przeszkód aby wróciła do Norsci z jakimiś niewolnikami.

    - Jeśli bym miała jakieś niewolnice to też mogę dać je zasiać. Właściwie jak chcecie to mogę dać zasiać Helgę. - Zaoferowała się jakby też chciała się przysłużyć jakoś do sprawy roznoszenia dziedzictwa Oster. - No i jak chcecie to mogę ją zawołać i pójdzie z wami do Raisy. - Zaproponowała ugodwym tonem. Lars trochę się zdziwił bo jeszcze parę dni temu na plaży, córka jarla była zdecydowanie przeciwna takiemu pomysłowi.

    Południe; apteka Sigismundusa; parter

    Z racji tego, że Norsmeni dopiero co przybyli do miasta to Egon musiał robić za przewodnika. Chociaż Lars jak szedł przez miasto to z entuzjazmem rozpoznał jakiś sklep gdzie kupował linę, karczmę w której przegrał swoją kolczugę podczas gry w kości i zamtuz gdzie spotkał ognistą, rudowłosą łaziebną to poza tym raczej nie znał miasta. Gladiator zaś wcześniej nie był w aptece nurglity. Ale jak jeszcze u Pirory rozpytał jak tam dojść to dość dobrze rozpoznał kwartał miasta a jak byli na miejscu to za za drugim czy trzecim rogiem trafili na Gnojną. A tam już parę kamienic dalej znaleźli aptekę. Była zamknięta na cztery spusty. Ale u Averlandki uprzedzono ich o tym. Sigismundus oficjalnie wyjechał w interesach i zammnął swój przybytek i nie było tam nikogo. A nieoficjalnie to trzeba było wejść od tyłu, przejść przez bagienne podwórze pełne rozbitych mebli i gratów. Symbilizowało rozkład i przygnębienie jakie były jednym z symboli boskiego patrona nurglitów. Mieli mocno ubłocone buty jak dotarli do tylnych drzwi i zapukali tajnym sygnałem ich kultu. Przez chwilę nic się nie działo. Po czym usłyszeli stuk otwieranego skobla i przez otwarła im zakapturzona, postać jaka wpuściła ich do środka. Gdy weszli i zamknęli drzwi to zdjęła kaptur. Okazało się, że to Dorna, szaroskóra mutantka z kolczastymi włosami. Uśmiechnęła się nieco i zaprosiła ich do środka. Tam na zapleczu spotkali Raisę.
    - O! Witajcie, witajcie! Jak się czujecie chłopcy? Pohulaliście, poswawoliliście wczoraj? - Zapytała tak serdecznie jakby mimo starczej szpetoty byli jej wnuczkami. Lars zaśmiał się w odpowiedzi i radośnie spojrzał na kolegę.

    Ubłocony Egon z powątpiewającym wyrazem twarzy rzucił jeszcze raz spojrzenie na podwórze, które wyglądało na podobieństwo jakiejś dziczy też bagien, wcale nie tak różnych niż te, które otaczały kurhan, który odwiedzili przedwczoraj.

    – Hulanka porobiona, wszak nie zależało mi na niej – rzekł Egon, który co prawda przyjemnie wychędożył trójkę kobiet, to nie tracił z oczu swej misji. – Mam ci ja lepsze wieści… Udało mi się zasiać jajami Oster kapłankę z południa – rzekł Egon, wyjmując pustą strzykwę zza połów płaszcza.

    - A jak! Hędożyliśmy dziewki aż wióry leciały! - Zarechotał Norsmen poklepując kolegę po ramieniu. A to wszystko sprawiło, że na pomarszczonej twarzy staruchy pojawił się szczery uśmiech. Zwłaszcza jak usłyszała słowa Egona i zobaczyła pustą strzykwę.
    - Oh to cudownie chłopcy! Cudownie! Dziewki są po to aby tacy dzielni woje jak wy mogli je chędożyć! - rzekła do nich życzliwie i pokiwała swoją głową okrytą szaroburą chustą. A podeszła do gladiatora biorąc w sękatą dłoń pustą rurkę z wypalonej gliny. Zważyła ją w dłoni jakby namacalnie się chciała przekonać, że jest już pusta.
    - Oh brawo Egonie! Zasiałeś wiedźmę! Brawo! Świetnie się spisałeś! Na pewno wyjdzie z niej jakiś ciekawy miot. A jak nie to jakiś zwykły. Tak czy siak nic nie tracimy. - Pogłaskała brodacza po policzku i zachowywała się bardzo podobnie jak we śnie z ostatniej nocy. Nawet jeśli z pewnymi różnicami. - A ile w nią tego wlałeś? - Podniosła pustą strzykwę i była wyraźnie tego ciekawa.
    - Jedną. - Tym razem Norsmen ubiegł kolegę w odpowiedzi. Stara czarownica westchnęła z pewnym rozczarowaniem. Ale szybko wróciła do zadwolonego tonu.
    - Szkoda, że tylko jedną. To zbyt dużego miotu nie wyda. A to jej pierwszy to jeszcze nie wiadomo czy będzie miała te duże czy małe. Jak duże to dobrze, bo wtedy są większe i silniejsze ale jest ich mniej i wolniej rosną. A jak małe to dobrze, bo wtedy są mniejsze i słabsze ale jest ich więcej i szybciej rosną. Jakby wam się chłopcy udało zasiać ją ponownie to śmiało. Mówiłam wam, wcale nie mamy wiele czasu. Potrzebna nam każda strzykwa w każdej dziurze i to jak najprędzej. Przecież te ciążę to tylko pierwszy krok, potem jeszcze muszą wyjść na zewnątrz, dojrzeć w kokonie i jak wyjdą jako muchy to zanim będą w pełni dojrzałe i rozwinięte to też mija z tydzień albo dwa. Ale dobrze, że zasialiście wiedźmę. Wiedźmy i elfki powinny dać jakiś wyjątkowy miot. W ogóle widzieliście te muchy? - Starucha rozgadała się na temat hodowli i zdawała sie do niej podchodzić jak hodowca właśnie. Traktując kobiety jako materiał do noszenia w sobie czerwi.
    - No ja nie widziałem. A masz je gdzieś tutaj? - Lars przyznał się do niewiedzy w tym temacie. Ona zaś pokiwała głową.
    - Tak, tak, są na dole. Chodźcie pokażę wam. - Machnęła sękatą dłonią, odwróciła się i kołysząc się wyprowadziła ich z kuchni na zaplecze apteki. - Przyszliście w samą porę. Te trzy dziewki z wioski wczoraj urodziły po pierwszym miocie. Zalałam je tylk po dwie strzykwy bo więcej nie miałam więc urodziły razem ze trzydzieści sztuk. Wszystkie rodzą te małe. To dobrze, jest więcej i szybciej rosną. Właśnie je miałam zasiewac ponownie. Teraz mam więcej strzykw to je zasieję do oporu. Chyba, że wy chcecie potrenować? - Odwróciła się do idących za nią mężczyzn jakby właśnie jej przyszła do głowy taka możliwość aby się podszkolili w tym rzemiośle. Norsmen wzruszył ramionami i popatrzył pytająco na kolegę. Ale akurat były drzwi i starucha musiała odwrócić sie aby je otworzyć i przeszli dalej.
    - Trochę mam z nimi kłopotu. W wiosce obiecaliśmy im, że pójdą na służbę do wielkiej pani. A tu jestem tylko ja i Dorna. Dorna to dobra dziewczyna. Sama się zasiała z każdej strony jeszcze zanim ja tu przyszłam. - Ciepło wspomniała niezbyt ładną mutantkę jaka im otworzyła drzwi. - No więc chłopcy jakaś szlachcianka albo Astrid nie wzięłaby ich na służbę? Albo chociaz tutaj by się pokazała aby im powiedzieć, że to jej dom i tu mają służyć. Nie macie tam jakichś szlachcianek co by się zgodziły na coś takiego? - Przyznała się, że przydałaby jej się taka pomoc aby swobodniej poczynać sobie z dziewczętami z rybackiej wioski.
    – Zasiać więcej? Czemu nie? – Egon zatarł ręce. Co prawda gladiator nie spodziewał się, że wlewanie szarawej, lepkiej, zimnej masy jaj do łona kobiet będzie niejaką uciechą, ale jednak tak się stało. – Wyćwiki mi tu nigdy nie dość… Ha. Ale ja nie o tym.

    Szedł z Raisą w stronę kolejnych strzykw.

    – Zasiałem jeno Laylę, bo tyle czasu miałem jeno. Ale nic straconego: jej służba i dwie z naszych niewolnic będziemy zasiewać, przeto przyszedłem, żeby więcej strzykw zebrać. A i też w nadchodzących dniach spodziewam się, że z Gnakiem i z Larsem złowimy więcej żywego towaru, który zasiejemy. Rzeknij no, ile masz tutaj tych strzykw? Jeśli pójdzie wszystko po mojemu, to zasiewać będziemy całe tabuny, z dwóch, a i choćby trzech stron. Musimy się na to przygotować.

    - Strzykw jest dużo. Zwłaszcza jak będziecie przynosić te puste do napełnienia. Ale jak ma być tych nosicielek jeszcze więcej to można u garncarza zamówić więcej. To dość prosta robota. Zwykła, wypalona rura z tłokiem w środku. Jaj też jest sporo to na razie starczy. No i mamy już nieco dorosłych okazów much. One już same mogą składać jaja. To możemy liczyć na nowe dostawy. O ile się będą chciały rozmnażać. - Pod względem zaplecza do zasiewania to na razie Raisa była spokojna, że im nie zbraknie. Zatrzymała się na chwile jakby się nad czymś zastanawiała.
    - Jak chcecie jakieś zasiać to tak, dam wam więcej strzykw. Tylko muszę po nie zejść do piwnicy aby je napełnić. Tam też są muchy i reszta hodowli. - wskazała paluchem na podłogę - A te trzy są tam. - Pokazała na jakieś drzwi do innego pomieszczenia na parterze. Po czym odwróciła się frontem do obu wojowników. - A jak macie więcej służek do zasiana to bardzo dobrze. Mówiłam wam, liczy się każda strzykwa w każdej dziurze. Ale pewnie tylko Layla jest wiedźmą. A mówię wam, że tylko wiedźmy i elfki mają szansę na jakiś wyjątkowy miot. Dlatego jakby się udało zasiać Laylę jeszcze raz to byłoby bardzo dobrze. - Pokiwała głową zgadzając się sama ze sobą.

    - A ja miałam piękny sen. Śniło mi się, że jest wiele zbrzuchaconych czerwiami kobiet. Niektóre trzymały je przy piersiach i karmiły jak własne dzieci. A przy nich latały muchy. Jak strażnicy albo rodzina. Członkowie jednego stada. Eh to był taki piękny sen. Oby okazał się proroczy. Musimy zrobić co się da aby był. Wszystko to służy Siostrom. Jak uda nam się je sprowadzić to te wszystkie duperele w tym mieście przestaną być ważne. Nie będa mogli się równać z potęgą Sióstr. A te muchy to przecież ich wspólne dzieci, część ich dziedzictwa. To zaszczyt móc je hodować po tylu mileniach od kiedy Siostry chodziły tutaj po ziemi. - Starucha rozmarzyła się gdy mówiła o tym co jej się śniło ostatniej nocy. I pokiwała w zadumie głową nad tak piękną wizją.

    Egon poniechał wizji Raisy, bowiem fantazje i mary dzienne tego rodzaju miały to do siebie, że nie zawsze mogły się spełnić. Oczywiście, Egon zamierzał walczyć, by do czasu turnieju miotów much było tyle, ile pcheł na szczurach podczas czarnej zarazy, co do tego nie miał wątpliwości.

    – Dobrze, dobądź jeszcze pięć strzykw, jedną na Laylę, dwie na jej służbę i dwie na nasze niewolnice… Jak długo wytrzymują owe strzykwy, rzeknij? Czy jaja mogą znajdować się w takiej strzykwie długo?

    Wyrzykłszy to, postąpił parę kroków naprzód, za Raisą, żeby zobaczyć, jak wygląda hodowla.

    - Pięć? - Brwi staruchy poszły do góry jakby ją zdziwiło takie zamówienie. Ale zaraz uśmiechnęła się dobrotliwie jak kislevska babuszka do swoich dorodnych, kochanych wnuczków jakim jest w stanie wiele wybaczyć. - Widzę chłopcy, że może świetnie umiecie machać toporem. Ale w tej hodowli to dopiero zaczynacie. Jednak nie lękajcie się. Pokażę wam jak to się robi. Chodźcie za mną. - Popatrzyła na nich na przemian, wezwała gestem palca i odwrociła się aby wznowić marsz korytarzem. Lars spojrzał na Egona, wzruszył ramionami i poszedł za nią. Brodaczowi zostało iść za nimi. A stara jędza zaczęła swoją opowieść jak jeszcze szła niezdarnie przez korytarz.
    - Pięć to można wlać w jeden brzuch za jednym razem. I nic się nie powinno stać. Może brzuch trochę będzie widać. - Mówiła gdy otworzyła kolejne drzwi. Za nimi ukazały się schody w dół, prowadzące do jakiejś piwnicy. - Ogólne zasada jest taka, że jedna strzykwa to brzuch jak w jednym miesiącu ciąży. Szkoda, że nie przyszliście wczoraj. Bym wam pokazała te dziewki cośmy je zabrali ze wsi. Jak miały w sobie po dwie to na pół pacierza przed porodem pewnie nic byście nie poznali, że mają coś w środku. Nawet jakby nago były. Wiecie ile można w miarę bezpiecznie wlać w jeden brzuch? - Schodziła po schodach i dla obu zdrowych, rosłych wojowników było to mozolne tempo. Ale Lars nie narzekał.
    - No ile? - Wydawał się być trochę zaciekawiony a trochę wyczuwał, że to pomoże pociągnać dyskusję dalej.
    - To trochę płynne. Ale w zapiskach Sigismundusa są notatki o ośmiu, dziewięciu, dziesięciu. Tyle planował ale wyjechał zanim zdążył przeprowadzić te eksperymenty. Tyle powinna znieść taka nosicielka w miarę bezpiecznie. Rozmawiałam z tą Bretonką. Ładnie mówiła o tej ciąży. Była chętna na kolejne zasianie. Ale one się boją aby brzuch było widać. No a żeby nie było to jak z kobietą w zwykłej ciąży. Drugi, trzeci miesiąc to niewiele jeszcze widać. Więc dwie, trzy strzykwy to tyle co nic. Czwarty, piąty to już coś widać. Ale jeszcze można to ukryć pod luźnym ubraniem albo udawać chorobę pod pierzyną. Więc głównie chodzi czy taka ladacznica musi ukrywać taki brzuch czy nie. Te nasze trzy co tu są na górze nie będa wychodzić. Tuta będą. Więc dla nich przygotowałam to. - Przeprowadziła ich podczas tego monologu przez krótki korytarz piwniczny do większego pomieszczenia na jego końcu. Miały trzy jakby komórki alb cele. Dwie miały drzwi otwarte i były puste. Trzecia, ta po lewej, miała drzwi zamknięte. Jednak wiedźma zaprowadziła ich do mocno zuzytego ale solidnego stołu. Na nim leżała cała bateria strzykw. Z kilkadziesiąt. Jak można było sądzić po wysuniętych tłokach to prawdopodobnie były pełne.
    - Co to jest? - Lars trochę się zdziwił widząc tyle tego w jednym miejscu. Raisa zarechotała ze złosliwej radochy.
    - Planowałam zasiać każdą z nich po osiem, dziewięć dziesięć. I po kilka z dwóch ostatnich stron. Dorna ostatnio sama się zasiała po cztery z tych dwóch pomocniczych stron. Ale jeszcze nie urodziła miotu to nie wiadomo ile z tego wyjdzie. - Wyjaśniła czemu te strzykwy są pogrupowane właśnie w taki sposób. Teraz było jasne, że te kilkanaście z nich jest przeznaczone dla każdej z rybaczek. - One rodzą te małe. Jak je zasiać dzisiaj po te osiem, dziewięć, dziesięć to jutro będą miały brzuchy jak w trzecim miesiącu. Czyli pewnie nic nie będzie widać. Pojutrze jak w szóstym. Czyli coś już będzie widać ale one nigdzie nie wychodzą. A za trzy dni jak w dziewiątym ale to juz będzie ostatni dzień i będą rodzić. Z jednej strzykwy powinno wyjść po kilka, może pół tuzina ale pewnie mniej, czerwi. Więc z każdego brzucha może nam za parę dni dać ponad trzysieści czerwi. Czyli tyle co wczoraj wszystkie trzy urodziły przez cały dzień. - Podała im przybliżone szacunkie jakie miała co do hodowli larw w brzuchach trzech rybaczek jakie zabrali z wioski parę dni temu. - I to samo z innymi. Jeśli jakaś jest chętna i pojdzie na współpracę albo można ją ukryć to nie ma co jej brzucha oszczędzać. No jak nie da rady ukryć no to wtedy te trzy, cztery może pięć można w nią wlać w jej brzuch. - Zakończyła swój wywód i popatrzyła na dwóch rosłych wojowników co teraz z tym wszystkim poczną.
    – Hmm… – Egon pomrukiwał, kiedy Raisa opowiadała o swych strzykwach. – Tedy możemy brać po dziesięć, po dwadzieścia strzykw? – wojownik liczył, że uda się zasiać kobiety dodatkowo. – Jeśli prawdę rzeczesz, już dziś zasiejemy służbę Layli i nasze. A i zostanie jeszcze dużo na branki, co znajdziemy na naszych wojażach.

    Egon spojrzał na rzędy strzykw.

    – Nie boicie się, że ktoś was spostrzeże, jeśli to transportujecie? – zapytał. – Trza mi będzie wziąć sporo do Pirory, skoro można.

    Raisa obdarzyła gladiatora takim spojrzeniem jakby nie do końca była pewna o co on pyta. To ją jednak zatrzymało tylko na chwilę. - Te tutaj są dla tych trzech na górze. Po osiem, dziewięć, dziesięć na brzuch. Po dwie, trzy, cztery w pozostałe dwie dziury. - Wskazała na rzędy strzykw leżących na starym stole. Faktycznie były pogrupowane w trzy rzędy jakby każdy przeznaczony dla jednej nosicielki. Łącznie było po kilkanaście sztuk dla każdej z nich. Więc na stole było ich pewnie z pół setki. Wszystkie gotowe do użycia. - Tam macie torby. Tylko ostrożnie wkładajcie bo to tylko palona glina więc kruche jak dzban. Nie rzucajcie tym, nie siadajcie na tym i obchodźcie się delikatnie. - Pokazała swoim sękatym paluchem na ścianę. Tam na zwykłych kołkach wisiały jakieś worki, torby i płachty jakie można było użyć do transportu strzykw.
    - Tu mam jeszcze trochę. Sigismundus zamówił ich więcej na zapas. - Starucha podeszła do drewnianej, otwartej skrzynki jakich się używało do transportu dóbr wszelakich, od owoców, przez ryby i buty. W tej jednak były strzykwy. Tylko puste, z tłokiem wewnątrz. Łącznie mogło być ich z kilkanaście sztuk, może ze dwa tuziny. Wiedźma dała im się przyjrzeć. Lars z ciekawości nawet wziął jedną, obejrzał, wysunął tłok, wsunął ale poza tym większej finezji z tym nie było. Więc odłożył ją z powrotem do skrzynki.
    - Jak pójdziemy z tymi ze stołu i zasiejemy te trzy z wioski to wrócimy tutaj. Napełnimy je jajami i możecie je zabrać ze sobą. Tylko ich nie popsujcie i nie zniszczcie. Bo są dość delikatne. Jak użyjecie ich do zasiania to przyjdźcie znowu i znowu je napełnimy. - Wyjaśniła im jak sobie wyobraża wspołpracę w tym zasiewaniu i hodowli.
    - I każdą dziewkę w sam brzuch można zasiać od razu i osiem albo dziesięć dawek. Tylko w parę dni będzie miała brzuch jak arbuz. Jeśli to jej nie przeszkadza albo macie ją jak ukryć to śmiało. Powinna wyjść z tego bez szwanku. No jak jednak musi ten brzuch ukryć no to trzy, cztery, może pięć w brzuch. - Pokazała gestem jakby na swoim brzuchu miała teraz taki arbuz. No faktycznie tak wielki brzuch wyglądał na ciążę tuż przed rozwiązaniem i nie było szans go ukryć. A miał rosnąć w parę dni a nie większość roku.
    - No a tu mamy jaja. - Stęknęła i schyliła się wyciągając spod szafy miskę przykrytą kocem. Gdy ściągnęła koc, prostując się przy okazji z ulgi, oczom wojownikom pokazała się masa drobnych kulek. Każda wielkości mniej więcej grochu. Wszystkie oblepione były lepkim śluzem. Podobny wyciekł wczoraj z łona Layli gdy Egon wyjął z niej strzykwę. Raisa schyliła się i wzięła jedną kulkę między palce. Lepkość od razu oblepiła końce jej palców ale wiedźma nie zwracała na to uwagi. Uniosła zarodek życia pod światło. Wtedy obaj mężczyźi zorientowali się, że kulka jest półprzejrzysta. I w środku widać ciemniejszą zwiniętą kreskę, jak mini rogalik. Wielkością przypominał czerwia zwykłej muchy. Starucha zrobiła gest ku nim obu jakby była gotowa im przekazać to jajo aby sami mogli jemu się przyjrzeć.
    - A pytałeś Egonie ile strzykwy można trzymać z tymi jajami. - Raisa uśmiechnęła się w łagodny sposób. - Spójrz na te jaja. - Poprosiła go wskazując na misę pełną z nich. Dalej stała na podłodze przy szafie. - Te jaja są starsze niż wasze Imperium. Widzisz jaka jest potęga Sióstr i naszych bogów? Może pokonać całe milenia! - Starucha wpadła w moment religijnego zachwytu nad tym z jak pradawnym artefaktem mają do czynienia. - Tylko mogą wyschnąć na powietrzu i słońce im szkodzi. Jeśli będą w strzykwach to powinny tam przeleżeć gotowe do użycia tyle ile trzeba. Ale póki nie są potrzebne to trzymać je w jakiejś torbie, w ciemnym, wilgotnym miejscu. Jak to. - Wyjaśniła im jak powinni przechowywać te strzykwy wskazując na piwniczne lub podobne warunki. Co nie wydawało się jakoś szczególnie wyszukanymi wymogami.
    - Ale chłopcy zobaczcie tutaj. - Sięgnęła po niewielki dzbanek. Przechyliła go i z niego wysypała na swoją sękatą, spracowaną dłoń kilka niewielkich kulek. Wyglądały podobnie do tych z misy tylko były trochę mniejsze i miały żywsze kolory. - To też jaja. Złożyły je parę dni temu te muchy co już dorosły. Jak przyszedł tu ten mnich z jednym okiem i dał im spróbować nieco esencji lady Sorii. Wtedy wytrysnęły tymi jajami. Dorna mi opowiadała. Ale teraz coś nie chcą się rozmnażać. - W porównaniu z tymi nowymi jajami, te z miski wyglądały jakby przez milenia napęczniały od wilgoci i zbladły. Ale poza tym były podobne.

    – Brzmi zacnie – Egon z uznaniem pokiwał głową. Zdało się, że Raisa była naprawdę dobrze zaopatrzona i można było rzec, że cokolwiek było pod apteką Sigismundusa, spokojnie mogło wystarczyć na ich zamiary.

    Egon zabrał strzykwy, żeby zasiać troje kobiety, a także wziął pozostałe do siebie.

    – To, idziemy? – zapytał. – Czas leci, a zasiać trzeba, ile można!

    - Tak, chłopcy, bardzo dobrze. Musimy wykonywać wolę Sióstr. - Starucha rozpromieniła się, słysząc entuzjazm gladiatora. Niczym dobra babcia pogłaskała go po ramieniu w nagrodę. Norsmen też się zaśmiał z tego wszystkiego. - Ale jak już tu jesteście to chodźcie zobaczyć hodowlę. Zasłużyliście. - rzekła do nich jakby chciała im wynagrodzić ich wsparcie dla hodowli roju. Dała znać aby poszli za nią i podeszła do tej zamkniętej celi. Teraz Egon zauważył, że kraty zrobione z desek są wzmocnione drutem, kocami i siatkami. Raisa wyjęła klucz i otworzyła zamek. Pierwsza weszła do środka. Wyglądało jak mała komórka albo cela. Tak samo jak te dwie obok co były otwarte. Pod tym względem niczym się od nich nie różniła. Tylko w niej były jakieś skrzynki. Wiedźma podeszła właśnie do nich.
    - Widzicie chłopcy? To są te czerwie co wczoraj wyszły z tych trzech. To te małe. Jeszcze nie zdążyły zrobić kokonów. - Wskazała im na skrzynię. W niej wiły się larwy. Wyglądały podobnie do czerwi zwykłych much. Tylko w porównaniu do nich były ogromne. Szamanka nie brzydziła się wziąć jednej z nich w dłonie aby lepiej ją zademonstrować kolegom. Czerw jakby szukał drogi ucieczki albo badał nowe otoczenie. Ale był długości dwóch, trzech pięści. Jak solidne pęto kiełbasy. Tylko ruszał się. I był oblepiony podobnym śluzem co jaja. Raisa dała im się napatrzeć po czym ostrożnie odłożyła stworzenie do skrzynki.
    - Teraz produkują dużo śluzu bo z niego będa robić kokon. A tu są te duże. - Przeszła obok do innej skrzynki. I stamtąd wyjęła kolejnego czerwia. Ten był jeszcze większy. Też się wił na jej rękach to trochę trudno było złapać jego ogólną długość ale mógł mieć i z ćwierć metra, zaczynał przypominać spasionego ale krótkiego węża. - To od tej ladacznicy co nie jest w kulcie ale lubi mieć w sobie te czerwie. Widzicie? Nawet ladacznica może być porządną i pożyteczną kobietą. Szkoda, że Astrid tego nie rozumie. Przecież jest córką jarla, powinna dawać przykład. Albo chociaż, żeby Helgę dała zasiać. - Pomarszczona kobieta znów dała znać swojemu niezadowoleniu, że młodsza i zgrabniejsza blondynka nie chciała dać się zasiać ani na plaży ani w rybackiej wiosce. Lars spojrzał na Egona jakby sprawdzał czy chce jej powiedzieć o porannej rozmowe z blond skaldem. Ale już wiedźma odłożyła tego dużego czerwia z powrotem do reszty i przeszła jeszcze kawałek dalej.
    - A tu są kokony. W nich się przepoczwarzają i jak skończą to wychodzą młode muchy. Też są małe i duże. Ale lepiej ich nie dotykać aby nie przeszkadzać w przemianie. - Pokazała im kolejny etap rozwoju ich hodowanego oręża. Kokony przypominały owalne coś. Jak się nie wiedziało co to jest to niezbyt dało się domyślić co to może być. Gdy się jakiś przez chwilę obserwowało dało się zauważyć, że tam w środku coś pulsuje albo się rusza. Przez co wyglądało na coś miękkiego i żywego. Ale niezbyt było widać co to właściwie może być. W końcu Raisa odwróciła się do wewnętrznej ściany. Większość z nich zajmował rząd regałów ale zasłonięty kocami jak kotarami. Starucha odsunęła jeden z nich i pokazały się klatki. Takie jak na gołębie, psy czy prosiaki. Tylko wewnątrz nich były muchy. Egon od razu rozpoznał, że to właśnie takie śniły mu się ostatniej nocy.

    Egon przemierzał rzędy, czasem jeno kiwając głową. Widział on plon tego zasiewania po raz pierwszy i, choć wojownik widział w swym życiu wiele makabrycznych rzeczy i widział ledwo żywych wojów, którzy umierali na polu bitwy, to jednak zmutowane czerwie i muchy widział po raz pierwszy. Co prawda czuł, że chyba powinienem zareagować obrzydzeniem, ale przecież równie dobrze mógł zrobić to samo, widząc strzykwę pełną lepkich jaj wytryskającą prosto w łono Layli. Niektóre części człowieczeństwa traciło się jedna po drugiej.

    Na pierwszy rzut oka wyglądały mniej więcej jak zwykłe muchy. Duża głowa, ssawka w pysku, odwłok, skrzydła, włochate, patykowate nogi po bokach. Tylko były ogromne! I w dwóch rozmiarach. Te mniejsze miały odwłok gdzieś na pół kota, może trochę więcej. W porównaniu do dorosłego człowieka wydawały się małe ale i tak były nieporównywalnie większe niż muchy wielkości kawałka palca. Te większe były ze dwa razy większe. Mogły mieć nawet z pół metra długości. No i jednak jak się im przyjrzeć to miały pewne różnice od domowych much. Przy pysku miały szczypce jak szerszenie. Proporcje ciała i barwy miały różne. Dodatkowe sztywne włoski przypominały ości ryby, czasem któraś miała dodatkowe odnóże albo parę. Jedne wydawały się krótsze inne smuklejsze. Ale mniej więcej wyglądały jak muchy i takie Egon widział we śnie jak atakowały salę balową.
    - Te czerwonawe są od Norry, te liliowe od Sorii, zielonkawe od Oster a fioletowe od Vesty. A te nijakie to bez przewagi pierwiastka którejś z nich. - Po chwili jaką stara wiedźma dała im się napatrzeć dodała parę detali. Rzeczywiście u wszystkich much dominowały ciemne, złowróżbne barwy. Ale połysk miały w kilka powtarzających się odcieniach. - I jak widzicie chłopcy klatki się kończą. Część Sigismundus zabrał ze sobą a tu hodowla się rozwija to by się przydało zdobyć nowe. - Dodała jeszcze na zakończenie tego zwiedzania.
    – Hmm… – Egon schylił nieco głowę, patrząc to na wijące się larwy, to na bzyczące muchy. – Zdaje się, że plan rozwoju hodowli był iście trafiony – tu przygryzł wargi i na próbę włożył palec do klatki.

    – Rzeknij mi no, Raiso, dwie rzeczy. Gadasz, że klatek brakuje, ale czy to nie robota dla kowala? Teraz mamy nieco grosza za łaską lady Sorii, a i wkrótce będziemy mieć więcej, kiedy ja z Larsem wypuścimy się na sioła obok Neues Emskrank i kiedy złowimy tuziny i tuziny dziewek do dupczenia i do zasiewania jajami Oster ze wszystkich stron. Jakże to, w Neues Emskrank klatek brakuje?

    – A, i jeszcze rzecz druga… Jak waleczne są owe muchy, szczególnie te czerwone? Może być, że magią spętawsze albo i podobnie, słuchać rozkazów będą? Lady Soria zdała się, że mogłaby coś wiedzieć o takich rzeczach. Jednak bestie są dorodne, jeśli jeno takie wypuścić na szlachciurów, to dwóch takich rozchlasta bebech i gardła, niby żbiki…

    - Oh tak wnusiu, to wielki zaszczyt zajmować się dziedzictwem Oster i pozostałych Sióstr. Po tylu mileniach niebytu, wracają do nas. A każda zasiana strzykwa zbliża nas do ich powrotu. A jak zbierzecie więcej nosicielek to cudownie chłopcy. Jak chcecie je sobie chędożyć to chędożcie. Mnie to już nie interesuje. No ale wy jesteście młodzi, jurni to jeszcze wam się chce. Ja tylko bym je chciała do zasiania. Zresztą sami widzicie, że to proste. Zaraz pójdziemy na górę to będziecie mogli sami się przekonać. No i zresztą, sami wczoraj zasialiście Laylę no to co? Trudne to było? - Wiedźma rozpromieniła się słysząc jak ambitne plany na pochwycenie więcej kobiet mają obaj wojownicy. W pełni ich popierała nawet jeśli jeszcze trochę czasu pewnie musiało minąć zanim się wybiorą na łowy. Lars też się zaśmiał jakby i jemu te pochwały staruchy i pomysł na interes przypadł do gustu.
    - To by nawet nam pasowało. Munirowi można sprzedać mężów. Zwykle za mężów jest lepsza cena niż za kobiety. Zwłaszcza jak są zdolni do pracy. Do wyrębu lasu, w pole czy kopalni to kobiety raczej nie wezmą. To by nam się lepiej opłacało ich mu sprzedać niż kobiety. Jeszcze jakby jaki kowal się trafił czy rzemieślnik. To jeszcze lepiej. A za kobiety to i tak byśmy dostali niższą cenę. - Morski łupieżca z północy dostrzegł w tym pozytywną okoliczność, jaka nie kolidowała z ich ogólnym planem współpracy z arabskim kupcem. Więc teraz i jego starucha pogłaskała czule po dłoni jakby był jej dorodnym wnuczkiem.
    - A z tymi klatkami to ja nie wiem wnusiu. - Przyznała się do niewiedzy gdy wróciła do tego o co gladiator pytał. - Jestem tu od wczoraj. Dopiero się ze wszystkim zapoznaję. I z hodowlą i notatkami Sigismundusa. O, widzicie ten kalendarz? - Zaczęła im tłumaczyć ale przerwała, pokazując wiszący na ścianie papier. Egon nie był piśmienny ale po numerach w każdej kratce domyślił się, że to kalendarz. Widział też, że są tam jakieś zapiski ale tych już nie mógł przeczytać. - Jak on tu był to był porządek. Wszystko jest zapisane. Niestety Dorna nie jest piśmienna więc nic nie robiła. I ten mnich, z jednym okiem tu bywał. Brał strzykwy do zasiewania ladacznic. To dobrze. Dobrze, że chociaż on. Dzięki niemu mamy jakąś ciągłość z tymi miotami. No ale zapisków nie robił. Nawet ta blada Bretonka. Sama mi mówiła, że jest zasiania i nawet by była chętna na jeszcze. No ale w zapiskach jej nie ma. Więc nie wiadomo kiedy została zasiana ani ile ma w sobie dawek. Teraz to pewnie już czerwie ma. Eh, ci młodzi, wiecznie im się gdzieś spieszy i są tacy nieuważni… - Postała chwilę przy tym ściennym kalendarzu i pokręciła głową. Z jednej strony cieszyła się, że Otto przejął po odjeździe Sigismundusa opiekę aby zasiewać jakieś kobiety. Z drugiej nieco irytowało ją, że nie w zapiskach powstała dziura. Otrząsnęła się i wróciła do poprzedniego tematu.
    - No ale te klatki jakie tu widzicie to jeszcze po Sigismundusie zostały. A tu widzicie, i nowe larwy i kokony doszły. Na razie są w skrzynkach ale jak się wyklują dorosłe muchy to trzeba będzie je przenieść do klatek. A już dużo miejsca nie zostało. Dorna jest zbyt odmieniona aby ją gdzieś posłać po nowe. A ja miasta w ogóle nie znam. Nie dalibyście rady chłopcy przynieść mi ich trochę? Potrzebne są aby mieć gdzie te dorosłe muchy trzymać. - Poprosiła ich o pomoc w tej sprawie. Norsmen spojrzał na kolegę.
    - Ja też niewiele pamiętam z tego miasta. Ale to miasto. Więc gdzieś jakieś klatki na króliki, kury, gołębie, powinny być do kupienia. Na jakiś targ się trzeba przejść. Albo Łasicy czy kogoś z waszych miejscowych zapytać. To chyba nie powinno być drogie. - Chociaż Lars nie znał za bardzo miasta to jednak wydawał się uważać, że taka pomoc nie powinna być jakaś trudna. Zwłaszcza jakby wsparła ich tubylcza część kultystów.

    - A teraz pytasz wnusiu czy da się nimi jakoś kierować… - Raisa po tym jak się do nich uśmiechnęła wdzięcznie za obiecaną pomoc to zaczęła się zastanawiać nad ostatnimi pytaniami gladiatora. - W tej chwili to raczej nie. Wyszły z ludzkiego łona więc będą atakować ludzi. Może też krasnoludów, elfy czy niziołki. Ale tego nie jestem pewna. Więc nas też by pewnie zaatakowały. O zresztą sam widzisz. - Wskazała bo akurat jak Egon wsadził palec przez pręty klatki to z początku nic się nie działo. Jakby będąca w środku mucha w ogóle tego nie zauważyła. Jednak w końcu dostrzegła coś nowego w swoim terenie. I z początku zbliżyła łeb do palca. Potem zaczęła badać tą krótką rurką jaka wystawała jej z pyska. Trochę było podobne do tego jak psy, koty czy myszy obwąchciwały coś nowego. Jednak zaraz potem mucha użyła szczypiec. Te zacisnęły się na palcu gladiatora jak igły ale na szczęście był to jakby próbny chwyt i stworzenie zaraz go puściło. Wtedy zdążył cofnąc rękę zanim mucha zdążyła ponowić atak. Egon dostrzegł na palcu dwie, czerwone kropki i powoli pojawiające się krople krwi. Mucha ożywiła się i zaczęła stukać w klatkę i bzyczeć skrzydłami jakby chciała się z niej wydostać.
    - One teraz są dość spokojne. Niewiele się dzieje. Ale jakby je wypuścić, jakby poczuły zapach wielu ludzi, krew, adrenalinę, strach to myślę, że powinny zaatakować. Być może nosicielki by nie zaatakowały. Być może mogłyby wyczuć jakoś, że ma czerwie w środku. Zwłaszcza jakby dużo ich miała. Być może. A być może nie robiłoby im to różnicy. Chociaż w zapiskach jest sugestia, że nosicielka ma czasem wpływ na swój miot. Zwłaszcza elfka albo wiedźma. Dlatego tak mi zależało na zasianiu Layli lub jakiejś skośnouchej. - Pomarszczona starucha, mówiła teraz wolniej i w zamyśleniu, jakby musiała się skupić nad tym zagadnieniem.
    - No chyba, że lady Soria. Jak ktoś miałby nimi kierować to pewnie ona. No i jakby zgodziła się dać zasiać to pewnie jej miot byłby naprawdę wyjątkowy. Co prawda ona nie jest śmiertelniczką więc nie jestem pewna czy muchy które z niej by wyszły, atakowałyby ludzi. Ale kto wie? Jakby była w stanie nad nimi zapanować to by mogła je posłać na kogo zechce. - Teraz wiedźma była jeszcze poważniejsza a Lars zdziwiony gdy usłyszał o kim ona mówi.
    - A magia, kto wie? Te stworzenia częściowo są żywe ale jakaś ich cząstka pochodzi z tamtego wymiaru. Być może udałoby się opracować jakiś czar lub rytuał… Ale to by trzeba się na tym skupić. Związać te stworzenia, okiełznać ich wolę, narzucić swoją. Nie wiem… Może… Czasu mało i tyle spraw… Jakby tu czcigodna Merga była to może ona… Tak, ona by pewnie dała radę opracować taki czar. Chociaż nie wiem czy by zdążyła, czasu jest niewiele. - Na tym polu była najmniej pewna. Wydawało się, że sam pomysł opracowania czaru do kierowania muchami rozważała na poważnie, jednak nie była pewna czy się by wyrobiła z czasem. - W tym śnie widziałam ciężarne nosicielki z czerwiami w środku jak stały a muchy latały przy nich jak mężowie przy swoich żonach. Jak szczęśliwa rodzina. Ciężarna samica i samiec. Więc może da się jakoś doprowadzić aby muchy nas nie atakowały albo chociaż nosicielek nie. Wtedy chociaż one by mogły poruszać się wśród nich w miarę bezpiecznie. Ale nie jestem pewna. W końcu to tylko sen. Z drugiej strony sen od Sióstr. - Westchnęła, że sama jest w kropce i w wielu rzeczach porusza się po omacku bo są dla niej nowe. A zapiski Sigismundusa i rozmowy z Mergą, nie dawały klarownej odpowiedzi na te pytania.

    Egon słuchał słów Raisy. Cóż, prawdą to było, much Oster nie sposób było kontrolować, jednak być może, jeśli rozmówiłby się z Sorią co do tego… Ona - myślał Egon - była wprawna w temu podobne gusła, zatem byłaby możliwość, żeby coś tutaj sporządzić. Z drugiej strony, jeśli tylko muchy Oster mogłyby zostać wypuszczone w odpowiednim momencie na turnieju, czy rzeczywiście potrzebowali jakąkolwiek kontrolę? Wystarczyło, żeby insektowate bestie odwróciły uwagę możnych i wojów, kiedy objawi się czarny rycerz. Inną rzeczą, jaka jawiła się Egonowi, to wypuszczenie wielkich much bez kontroli było jednorazowym przedsięwzięciem, bo on biegać za wielkimi muchami wcale nie zamierzał.

    – Pogadam z Sorią – rzekł Egon, rzucając także spojrzenie na Larsa, że także dostrzegał frukta, które rysowały się przed ich wyprawą łupieżczą. – Hmm… Zdaje się, że mamy wszystko… Strzykwy weźmiemy i zasiejemy te nasze, ale też przejdźmy się na targowisko i zobaczmy, czy sprzedają klatki. Koniec końców, zajdziemy do kowala i złożymy zamówienie, jednak myślę, że ktoś nam sprzeda one klatki.

    – Ale zanim tam pójdziemy, przejdźmy się jeno do tej wieży, żeby zobaczyć tego złapanego zwierzoczłeka od Gnaka. Zobaczmy, jaka jest obstawa i czy łatwo się na to da uderzyć… – rzekł jeszcze Egon, który miał już niejaką wprawę w odbijaniu ludzi z więzień od czasu uwolnienia Mergi.

    - No tak, można się przejść. Na te orgie za miastem to i tak jakoś pod koniec dnia będziemy się zbierać. - Lars zgodził się ze słowami kolegi. I przyznał, że niezbyt ma plany na resztę dnia w tym nowym dla siebie mieście. Raisa pokiwała głową i wyszli z tej celi przeznaczonej na hodowlę much. Przeszli przez piwniczny korytarz i schody, wracając na parter. Teraz jednak starucha zaprowadziła ich na kolejne schody, na górne piętra. - Kazałam tym trzem nie schodzić na dół. Dorna jest zbyt odmieniona aby im się pokazać na oczy. A podejrzane by było jakby cały czas chodziła w kapturze w środku domu. - Wyjaśniła im po drodze. I weszli za jej kolebiącą się niezdarnie sylwetką na piętro. - I jeszcze przydałaby się Astrid albo inna szlachcianka. W końcu powiedzieliśmy im, że zabieramy je na służbę do takiej pani. Teraz one pytają kiedy ta pani przyjdzie. - Dodała jeszcze i zaraz potem otworzyła jedne z drzwi. Wyglądało na jakiś pokój przerobiony na magazyn. Trzy młode rybaczki siedziały na stołkach albo podłodze i przebierały jakieś zioła, suszone owoce czy coś takiego. Spojrzały w stronę przybyłej trójki.
    - No dziewuszki! Czas wziąć lekarstwo! - Stara powiedziała to jakby robiła jakieś ogłoszenie. Trzy młodsze kobiety spojrzały po sobie trochę niepewnie.
    - Ale przecież już brałyśmy to lekarstwo. - Blondynka zauważyła nieśmiało.
    - A kiedy przyjdzie lady Astrid? - Czarnulka zaraz po niej zadała pytanie i wszystkie trzy spojrzały wyczekująco na starą wiedźmę. Ta odwróciła się do obu mężów z miną “A nie mówiłam?”. Jednak zaraz znów zwróciła się do służek.
    - Milady przyjdzie później, na razie ma ważne sprawy. I jak wy chcecie się jej na oczy pokazać jak cały czas macie robaki w środku? Za którymś razem wypadną z was przy niej albo jej znamienitych gościach i co? Wstyd i skandal! No już! Kładźcie się i zdejmujcie spódnice! - Starucha huknęła na nie z mieszaniną ponaglenia i nieustępliwości. Trzy kobiety speszyły się i popatrzyły po sobie nawzajem.
    - Ale przy nich? - Rudowłosa wskazała wzrokiem na obu rosłych mężów. Wyglądało jakby się krępowała rozbierać przy mężczyznach. Tak samo jak koleżanki.
    - Oj nie udawaj świętoszki co nigdy nie zadzierała spódnicy przed mężczyzną! No już! Nie mamy całego dnia! - Wiedźma ponagliła dziewczęta i te po chwili wahania, z pewnym oporem ale zaczęły zdejmować z siebie spódnice. Po paru chwilach stały nagie od pasa w dół, nieco zawstydzone i niepewne co teraz będzie się działo.
    - No to chłopcy wlejcie w dziewczęta to lekarstwo. A ja będę zapisywać ile. Trzeba być dokładnym. Tylko ostrożnie. Bez pośpiechu. - Raisa wzięła jakiś papier i pióro jakby naprawdę miała zamiar notować ten zasiew. Lars zaśmiał się wesoło i klepnął Egona aby wyciągał te strzykwy z torby co je wziął z piwnicy.

    Egon sięgnął do tobołu, gdzie wziął uprzednio strzykwy.

    – Milady Astrid przyjdzie wkrótce – rzekł wojownik krótko, obracając strzykwy w swej dłoni. – Ja bym rzekł, żem jest wprawny, niby felczer za pozwoleniem jego mości burmajstra, wszak już nie raz żem lekarstwo aplikował – zełgał, nie bacząc wcale, czy jego łganie wiarygodne będzie.

    – Dziewczęta drogie, przeciem tu nie przyszedł, żeby was usiec – tu z gardła Egona dobył się lubieżny rechot. – Rozłóżcie nieco jeno nogi, żebym łatwo dojście miał…. Nic takiego.

    Egon zapamiętał, żeby następnym razem, kiedy będzie rozmawiał z Astrid, rzec jej o trzech dziewkach w aptece Sigismundusa – niewielka to rzecz, a może? Egon nie podejrzewał, żeby łaski jakiejkolwiek z dziewek mogły w jakiś znaczący sposób przechylić szalę spraw, które działy się w Neues Emskrank.

    Rozgrywka import

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    SantorineS Santorine

    @Dekline napisał w [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze:

    Miecz tego co sobie go wbił w brzuch?

    Zgadza się. Chociaż może nadinterpretowałem ten fragment, ostatecznie nikt klamki nie spróbował 🙂

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    SantorineS Santorine
    Ulrich Rotzniesser
    Portrait

    Ulrich, wygramoliwszy się z klapy, rozejrzał się wokół. Spodziewał się oporu, krzyków, krwi i wyjątkowo tęgiej walki, wszechobecna pustka zaś sprawiła, że nabrał podejrzeń co do tego, co może się tu dziać.

    – Ejże, ludzie, pomóżcie mi kto... – rzekł Ulrich. – Trza zawalić klapę, po temu, żeby czasem ten łyczek, co tam był, czasem nam w plecy nie wbił czego...

    Zanim jednak zaczął przesuwać stół, podskoczył do miejsca, które zdawało się służyć do przygotowywania posiłków. Wziął nóż, który natychmiast przewiązał do pasa podręcznym rzemieniem. Ukontentowany, że ma więcej, niż zakrzywiony gwóźdź, jął się przesunięcia stoła.

    Kiedy rzecz się ogarnie tylko, zamierzał wziąć także kolczugę i uzbroić się w on miecz, który dojrzał przez dziurkę klucza. Spodziewał się, że wyjście z mamra pociągnie ze sobą potężny bój, tym gorszy, że tamci na zewnątrz wydawali się być tak samo niespełna rozumu, jak drab w lochu. Czemu tak było? Poniechał domysłów, prawda miała bowiem zły zwyczaj bycia jeszcze okropniejszą od wyobraźni.


    Najbliższe plany:

    1. Ulrich zabiera nóż z kuchni
    2. Przesuwa stół na klapę, jeśli jest jeszcze parę sprzętów (skrzynie i podobne), wrzuca na klapę
    3. Ubiera kolczugę
    4. Próbuje otworzyć drzwi, żeby dostać się do miecza.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze
    SantorineS Santorine

    @dekline

    Parę pytań:

    1. Kiedy podchodzę i patrzę na kolczugę, to wygląda jak normalna kolczuga? Z jakiegoś powodu strażnicy jak jeden mąż pozbyli się pancerza...
    2. W okolicy (wspólne pomieszczenie, część gospodarcza) jest coś, co można zwalić na klapę, żeby tamten z dołu nie wpadł tutaj? I jeśli jest, to jak ciężkie 😛
    3. Wspomniałeś o sprzętach kuchennych i narzędziach warsztatowych - w takim razie znajdą się jakieś łomy, noże, ewentualnie metalowe pręty i temu podobne rzeczy przydatne do wyważania drzwi? Ten miecz by się przydał...
    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen

  • [WFRP 2ed] Bögenhafen
    SantorineS Santorine
    Ulrich Rotzniesser
    Portrait

    Oklepawszy mordy, aż miło, oprych-Ulrich pokraśniał z nagle odzyskanego animuszu. Spuszczanie łomotu drabom, tutaj, w tym przeklętym mamrze, na tym wygnaniu! Schował gwóźdź z powrotem do kabzy, potrząsając kułakiem jeno:

    – Ino bez sztuczek, bo następnym razem taki miły nie będę!

    Okręcił się jak fryga. Ten wielki, zwany Kurtem, zdawał się wrzeszczeć coś, aby mu pomóc.

    – Dawaj, bracie! – Ulrich krzyknął – Czas sforsować ten mur...

    I jął się ku pomocy Kurtowi i pozostałym, aby sforsować kraty wreszcie.

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy