Warczące na grobowy pochód stado rozpierzchło się, pogonione nadludzkim głosem kapłana. Przyjemnie było patrzeć, jak ci szubrawcy karleją, cofają się, jak uchodzi z nich gniew, a w ucieczce chcą osłonić się od zwierzecęgo lęku pozorami kultury. Wymówką, pomyłką, niedomówieniem. Przemyśleniem sprawy. Pokracznym ukłonem zapowiadającym zejście ze sceny.
Vald chłonął to wszystko żarłocznie, przebiegając spojrzeniem po każdym, kto stanął barykadą na ostatniej drodze Profesora. Zapamiętywał twarze, ruchy i szczegóły, jakby miał odmalować każdy detal na obrazie. Gibsa praktycznie rozrysował sobie na planszy notując, jak prowadzi kończyny, jak odgina się w tył przy wzburzeniu, jak gestykuluje dłońmi i bardziej obciąża lewą nogę przy ruchu.
Obserwował każdy z ruchomych punktów, dopóki nie zniknęły w cmentarnej szarości. W końcu uwolniony z napięcia, wypuścił cicho powietrze i z szacunkiem schylił głowę przed krasnoludem. Pochód mógł trwać i poniesiona na nowo trumna dopłynęła kresu drogi.
Vald odstąpił od niej powoli, delikatny i należycie stonowany w ruchach. W środku czuł złość i wzbierającą żółć. Złość na bydlaków, którzy znieważyli jego przyjaciela i złość na siebie. Że nie mógł teraz skupić się na deszczowej kontemplacji śmierci, na słowach Kendry, na wspomnieniach i odpowiednio posępnym spojrzeniu przy sypaniu ziemi na trumnę.
Że zamiast uspokoić myśli i wzrok, cały czas wypatrywał zagrożenia i szukał śladów Gibsowego stada. Że nie ma kontroli, jakiej od siebie wymaga. Że miota się pod emocją, zamiast dostojnie smutnieć i dać Kendrze pokrzepienie jakimś pięknym wspomnieniem o Profesorze. A nieboszczykowi, w zgodzie z tą nekromancją, którą prawdziwie się parał – historią – przedłużyć życie przez pamięć. Dobrą mową czy epitafium zapadając w głowy tych, którzy dzisiaj szli dalej.
Zły na siebie, pokornie skłonił się nad trumną, sypiąc garść ziemi i odszedł w tłum. Ulżyło mu dopiero, kiedy grabarze ubili ziemię na mogile. Goście zaczęli znikać w deszczu, wzmagając ciszę i pewność, że historia Profesora dobiegła końca.
– Tyle o ile, Profesorze. – Pomyślał, na krótkie mgnienie uśmiechając się pod nosem.
Petros Lorrimor był człowiekiem nietuzinkowym. O ile nie lubił zadęcia i pompy, o tyle nie zwykł też traktować rzeczy, które dla innych były ważne czy święte lekko. Nawet, jeśli sam uznawał je za banialuki. Choć wielu dał się poznać jako poważny i oficjalny, nie stronił od groteski i miał poczucie humoru, które brało na rogi sprawy, jakie niektórzy obchodzili z nabożnym lękiem.
Jakkolwiek Profesor współczułby każdemu znajomemu pogrążonemu w żałobie i składał wymowne kondolencje, zawsze dostojnie dojrzały w obliczu śmierci, tak Vald był przekonany, że w swoim odejściu na pewno widziałby przestrzeń na coś więcej niż lamenty. Pewnie zawczasu nie spodziewałby się, że może to być miejsce na tajemnicę i śledztwo, ale ucieszyłby się.
Tak przynajmniej sądził jego dawny student, gdy znalazł się już w domu mentora, znów blisko jego pogodnego ducha, a dalej od tych, którzy chcieli go podeptać. Myśli uspokoiły się, a wspomnienia na widok tysiąca ksiąg, których znajome grzbiety Vald widział w szkolnej bibliotece chyba wieki temu zaczęły grzać.
– Szanowne Panie. – Vald złożył lekki, dzielony na trzy ukłon, w stronę Kendry, niziołki i tajemniczej zakonnicy. – Szanowni Panowie.
– Wielki to zaszczyt być pod jednym dachem z ludźmi, których Profesor nazywał przyjaciółmi. – Na bladą twarz wpłynął skromny uśmiech. – Jestem Vald Bendic. Przed wieloma laty byłem studentem Profesora. Jednym z wielu, pewnikiem nie wśród jego najwybitniejszych uczniów. Ale Profesor, tak oddany samemu nauczaniu, jak i nauce – co przy uczonym jego formatu mówi niemało – zawsze miał czas i serce dla studentów, których porwały jego pasje.
– Zaszczepił we mnie zamiłowanie do historii i kultury tych ziem. Choć studiowałem prawo i przez parę lat to był mój zawód... – Vald niemal prychnął na odległość i dziwność wspomnienia, które przez lata stanowiło o jego osobie. – To od wielu lat żyję zupełnie inaczej. Na co dzień z dala od liter i ludzi. Jako myśliwy, można powiedzieć.
– Profesor był przez te ostatnie dekady moim głosem ze świata i – powiem to z dumą, bo sam tak mnie nazywał – przyjacielem. Korespondowaliśmy, kiedy tylko się dało, co może nie było relacją tak bliską i częstą, jaka może była zaszczytem tu obecnych, ale dla mnie niezwykle cenną.
– Jestem – Panie, Panowie – do waszych, jako przyjaciół Profesora, usług. Przede wszystkim zaś. – Vald symbolicznie podniósł się na ten fragment przemowy. – Pani, Pani Kendro. Ostatnie listy od Pani Ojca wzbudziły już mój niepokój, więc jeśli jest coś w jego śmierci, co można wyjaśnić, nie pozostawię tego nierozstrzygniętym.
Dopytania pozostałych jasno stanowiły o tym, że oni też nie chcieli zostawiać sieroty wśród wątpliwości i nie opuszczą sprawy wypadku bez wyjaśnienia. Vald pociągnął łyk wina, pokrzepiony oddaniem przyjaciół Profesora. Tym, że wliczał się w ich grono i że nie stał sam wobec sprawy.
To, że grono stanowili krasnolud, niziołka i zielonooki czarownik, a on tylko – dawny żak, którego życie rzuciło w dzicz – był zwykłym człowiekiem, nie odbierało śmiałości. Przeciwnie, pasowało do Profesora i jego historii, w której to co z ksiąg, splatało się z tym, co za miedzą.