Było po ósmej rano, gdy solos siedział w wagonie kolejki metropolitalnej patrząc na migający za oknami krajobraz miejskiej dżungli. W gębie czuł klasycznego piwnego kapcia, przed którym nie uratował go wczorajszy zamówiony przez Brazil chińczyk. Wsunął, i owszem, michę ryżu, ale kompulsywne zajadanie adrenaliny chrupsami zalewanymi browcem nie mogło się obyć bez konsekwencji. Gdy się obudził rankiem miał ochotę puścić pawia. Nie z musu. Dla komfortu, żeby później nie męczyło. Ale machnął tylko ręką gołąbkom przed telewizorem i wytoczył się z mieszkania. Przed wyjściem zdążył jeszcze tylko zerknąć na wciąż opowiadającego o swoim dealu z Kretami HiFiego i dać wymownym gestem “widzę cię” do zrozumienia, że zauważył jego gnata i żeby technik niczego głupiego nie kombinował. Potem zabrał tylko ze sobą paprotkę, którą wcześniej uratował z garażu Shivy. Wtedy gdy wychodził z kwadratu pomysł wydawał się dobry... Teraz pewnie wyglądał z nią jak pierdolnięty. Jebać.
Prawie usypiał z Shivą na kolanach i gębą rozpłaszczoną na szybie gdy Kiroshi wywaliło nową wiadomość na smarthinga. Lupe. Laska poznana w E-Drze. Fajna dupa. Nawet nie upierdliwa. Raz go spławiła i kręciła z Dingo. Ale potem się znów złożyło… No i teraz dostał fotę. Łydki w trykocie. I pytajnik.
Uśmiechnął się. Sprawdził grafik w Żabce.
Wtorek? 7?
Wzruszenie ramion. Ale zaraz też serduszko. Fajna niuńka.
Jakaś starsza kobieta usiadła obok Żaby, ale zaraz wstała i przesiadła się gdzie indziej. Chwilę później to samo zrobił koleś z irokezem. Jakby sam lepiej waniał, chuj jeden. Shawn zerknął na nich niechętnie, ale ostatecznie znów przykleił mordkę do szyby. Jebać. Żeby świat składał się z tylko takich problemów to byłoby naprawdę zajebiście! Ale nie użalał się nad sobą. Nie lubił tego. Użalanie się to jak samogwałt na smutno. Z resztą jak się przyjrzeć to nie miał specjalnie ku temu powodów większych niż inni. Na przykład martwy Valentinos, którego kroić pomógł HiFi’emu. Albo Switch, który… kurwa to dobre… switchnął sobie imię z Grega na Raze’a. I dobrze. Raze lepsze. Kto by się chciał nazywać Greg… Ale z tą Keirą co nie żyła, a żyła i z Brazil, która żyła a jakoś tak krzywo to Switchowi teraz wyszło. No ale to jego problem…
Pingnięcie poinformowało go o kasie za nagranie ze strzelaniny. Brazil ogarnęła bezbłędnie. Odjął od kasy kurs, a resztę podzielił na kumpli. Poza Raze'm bo ciul sobie winien. HiFi'm bo nie pojechał. I Leifem, bo typ nie był w paczce. Potem przymknął oko i przyciął komara. I nawet nikt go nie obrobił. Ha. Spróbowałby.
Na miejsce dojechał przed dziesiątą. Wielkie gmaszysko znajdowało się po drugiej stronie Night City w Pacifice. Z pośród dziesiątek szyldów różnych korporacji i instytucji znajdujących się w środku, solosa interesował wyłącznie Medpacific zajmujące 3 piętra w środku megawieżowca. Był to instytut badawczy, który dzięki współpracy z kilkoma firmami ubezpieczeniowymi miał łatwy dostęp do obiektów testowych. Obiektów, czyli w tym przypadku ludzi po ciężkich urazach neurologicznych. Takich jak Neil. Deirdre łożyła sporo kasy, żeby mógł tu być. I odkładała na w chuj drogi zabieg, który miał postawić brata na nogi. Shawn dorzucał się ile akurat miał. Zwykle nie wiele. Bo niewiele miał. Nie składało się. Choć się starał. Po to się lał po mordzie po Kabuki. I po to tę fuchę w Żabce ogarnął. A teraz podwyżka się kroiła… Nie żałował na brata. Neil zawsze był najlepszy z ich trójki. Najstarszy i najlepiej rokujący. Trochę jak Switch. Bo ostatecznie też znalazł się w nieswojej strefie zgniotu. Kurwa… Zawsze się Shawnowi włączało gdybanie w takich chwilach. Gdybanie, z którego nic nie wynikało. A fakty były proste jak konstrukcja Streetmastera. Shawn wpadł w Czysty Świt. Gang dla dużych chłopców bawiących się w białą supremację. Razem z kumplami. Jakoś w to wsiąkli. Blokerka jest nudna, a z kursu mundurówki Shawna wywalili. No to przychodzą do głowy głupie pomysły. Z początku fun. Ale zawsze się znajdzie ktoś kto temu wszystkiemu dorobi ideologię. I raz, dwa, kurwa trzy byli częścią Czerwonego Legionu. No i zaczął się zjazd. Neil go z tego wyciągnął. Nie prosił go. Ale brat to uparty sukinsyn był. Poszło na ostro. I Shawn wziął stronę brata. Jeden trup, trzech inwalidów. Z czego Neil to jeden z nich, bo mu francuz potylicę wgniótł do mózgu. I Shawn wypadł z gangu. W porę, bo miesiąc później Chakasi zrobili Świtowi CocoJumbo z białych dup. Nie było co zbierać. A teraz… Teraz wpisawszy w recepcji swoje dane złożył w depozycie broń i zarejestrował się jako odwiedzający. Winda czekała.
Jakieś ciarki go przechodziły ilekroć się tu zjawiał. Ci wszyscy ludzie... Każdy w więzieniu. Murów i ciała. Nie lubił tu przyjeżdżać. Kto by lubił… Wolałby Neila stąd zabrać gdziekolwiek. Dobre. Gdziekolwiek. Tylko, że nie było gdzie. Deirdre była uparta, zołzowata i czasem głupia, ale umiała liczyć. Nigdy nie miał z nią dobrych relacji, a jeszcze od tamtego czasu zawsze mu truła w chuj więcej. O ile już się odzywała. Czyli prawie wcale. Wolałby jej też tu dziś nie…
- To jakiś żart?
Była od niego niższa z lekką tendencją do przybierania wagi. Przyzwoicie ubrana, kasztanowie krótkie włosy spięte w elegancki bob. Bez widocznych cyberwszczepów, choć wiedział, że pod puklami ma gniazdo. Jako urzędaska musiała mieć do autoryzacji. Westchnął.
- Cześć Deirdre.
Obrzuciła go wzrokiem od stóp do głów, zatrzymując na chwilę spojrzenie na Shivie. Właśnie wychodziła z pokoju Neila. Widzenia były tylko w niedzielę i tylko o określonych godzinach.
- To ma być to twoje ogarnięcie? Człowieku… Śmierdzisz jak ostatni menel. A wyglądasz… po co przyjechałeś?
- Naprawdę? Tak będzie za każdym razem? Ja powiem, że to też mój brat, a Ty, żebym spierdalał i się rozejdziemy. To możemy miejmy to już za sobą. Wejdę, pogadam chwilę i spierdalam.
- Tak. Tak będzie prościej.
Może mu się wydawało, ale to ostatnie dodała tonem już nie tak pełnym obrzydzenia.
Minął ją i wszedł do środka. Pokój 4 osobowy. Neil leżał przy ścianie. Wyglądał zupełnie normalnie. Może schudł trochę, był w tym klinicznym fartuchu, a podłączona obok kroplówka i zbiornik na mocz były dość wymowne, ale gdyby nie to, można by uznać, że ot leżał sobie facet przed telewizorem i odpoczywał. Jego spojrzenie spoczęło na Żabie, a kąciki ust jakby odrobinę się uniosły.
- Cześć braciak… - powiedział Shawn bez specjalnych ceregieli siadając na łóżku i biorąc tablet do rąk. Gałki oczne Neila poruszyły się pod wpływem wydawanych poleceń, a na tablecie pojawił się napis.
Cześć młody. Ciężka noc?
Shawn uśmiechnął się pod nosem i postawił Shivę na stoliku obok fiolek do iniekcji.
- Widziałeś newsy z Visty? No. To obczaj, ale gdy to całe gówno jebło to byłem w samym środku. Spokojnie. Nie miałem z tym nic wspólnego. Czyściutki jak łza. Kumpla ściągaliśmy.
Gałki oczne znów zadrgały. Neil załapał się do popołudniówki. Na porządną kamerę uzbierał, żeby nie robić byle gównianych nagrań z Kiroshi. Zawsze go ciągnęły miejsca gdzie jest gorąco.
Widziałem. Grubo. 50 ciał naliczyli. Farciarz jesteś. Jak zawsze.
- Aj weź z tym fartem. Co chwila coś się pierdoli. Jakaś szmata się mnie czepia o skasowany ryj na pitfightach, kumplowi oko zapierdolili, kumpela posiała wypożyczone Aigo, które muszę zholować i jeszcze ta chryja na Vista.
Dasz se radę. A co to za roślinka?
- Aaa… to Shiva. Tak się nazywa. Wiem. Głupie. Tak mi do łba rano wpadło.
Niezłe. “Roślina”. Miło.
Shawn przełknął ślinę i zamknął oczy uświadomiwszy sobie co palnął.
- Kurwa… Ja… Nie…
Żebyś widział swoją minę. Zgrywam się młody. Wyluzuj. Cieszę się z niej. Tu jest albo biało, albo czerwono i zieleń to ja na Discovery oglądam. Miła odmiana. I gest. Ostatnio browara przyniosłeś. Postaw ją na stoliku.
- A chuja… sam se postaw żartownisiu jebany - mruknął tonem na siłę sugerującym obrażenie, ale w gruncie rzeczy wdzięcznym.
Choć po jednej z ostatnich rozmów jakie miał z bratem wiedział, że ten zgryw to taki połowiczny był raczej. Czasem jak to bracia niewiele musieli do siebie mówić, żeby się zrozumieć. A spojrzenie Neila i zawarta w nim wtedy niema prośba były bardzo wymowne. Daj mi pół roku. Tyle mu Shawn powiedział nim wyszedł. Podczas następnych odwiedzin nie wracali do tego. Ale solos wiedział, że niepisana umowa zapadła.
No to opowiedz co tam się stało na Viście.
No i Shawn opowiedział. Zawsze tak robił. Taki mieli zwyczaj. Neil za bardzo życia nie miał. Nawet podpięcie do sieci miał ograniczone i kodować też nie umiał. To i nudził się przeokrutnie. Tyle dobrego, że jego rehabilitantka niezła szprycha. Shawn więc resztę czasu wykorzystał na opowiadanie co u niego. A Neil słuchał. Czasem coś skomentował. Czasem podpowiedział. No. Potem weszła jeszcze raz Deirdre, która z jakimś białym kitlem gadała wcześniej. I była pora spierdalać.
Przelał na konto siorki kolejne 6 stów z tego co mu zostało i kolejką pojechał na Vistę po Aigo. W sumie ciekawiło go jak ten krajobraz po bitwie dziś wygląda. Bo psiarnia musiała chyba ugadać sprzątanie z Trenosami i Valentinosami. Z resztą chuj wie. Będzie jak będzie, a wóz trzeba odstawić.