Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
MarrrtM

Marrrt

@Marrrt
Mecenas
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
358
Tematy
1
Udostępnień
0
Grupy
1
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • AI w językowej służbie MG
    MarrrtM Marrrt

    Zrobiłem eksperyment odnośnie wykorzystania AI jako partnera do burzy mózgów..

    Na moje nieszczęście dostrzegłem na forum (już nie pamiętam gdzie dokładnie, ale chyba Discordzie) wrzuconą przez kogoś dla żartu okładkę książki, która w niechciany sposób wbiła mi się w pamięć i już tam niestety raczej zostanie. Książka miała tytuł... "Dupogobliny z Auschwitz". W internecie można łatwo wygooglać skrót fabuły, który utwierdził mnie w przekonaniu, że nie chcę z tym dziełem mieć do czynienia. Ale teraz sobie o nim przypomniałem i uznałem, że nada się do eksperymentu. Wkleiłem chatowiGPT opis fabuły i poprosiłem go by ocenił ten opis w kontekście pomysłu na książkę. Znaleziony w internetach skrót fabuły brzmiał w następujący sposób: Ostrzegam tylko, że tego nie da się odprzeczytać.

    "W kraju, w którym pada czarny śnieg w kształcie swastyk, istnieje koszmarny obóz znany jako Auschwitz. Prowadzony jest przez faszystowską rasę obcych, zwaną Dupo-Gobliny, które uprowadzają dzieci z sąsiedniego świata. Bohaterami są dwaj więźniowie – bliźniacy o imionach 999 i 1001. Żeby przeżyć muszą jeść skórę dzieci i pracować cały dzień przy budowie rowerów oraz seks-lalek z martwych dzieci. Pewnego dnia, kiedy Dupo-Gobliny upiły się sokiem z fermentujących dzieci, bliźniacy postanawiają uciec. Ale nie będzie to wcale takie łatwe. Będą musieli pokonać toaletowe ropuchy, dupowe lalki i chirurgiczny eksperyment, który powoli zamienia ich w hybrydy dzieci z goblinami."

    Pierwsza odpowiedź AI była nader wyczerpująca. Nie krył, że fabuła jest problematyczna, ale nie próbował w żaden sposób jej skrytykować. Co więcej w kolejnych punktach zaczął krok po kroku przedstawiać mocne strony fabuły i proponował jak je eksploatować.

    Poprosiłem go by ocenił tę fabułę w skali od 1-10 na tle fabuł znanych sobie dzieł. W pierwszym akapicie ocenił na 3. W następnym szybko "dowartościował" mnie, że jego zdaniem ma widoki na 6-7 po zastosowaniu pewnych modyfikacji. Dopiero gdy jasno wyraziłem swoją krytykę, zaczął być ostrożnie, choć już wyraźnie krytyczny wiedząc, że nie rani moich uczuć.

    I powiem Wam, że mam z tym zgrzyt. Cenię sobie ludzką wyobraźnię. Nie wyobrażam sobie by nakładać na nią jakiekolwiek kajdany. Ale są ścieżki, które pisarz powinien jednak zarzucić. AI tego pisarzowi nie zaproponuje. Co więcej, w czym uświadomił mnie Gladin i co sprawdziłem, AI łatwo przekonać do swoich racji. Wniosek jest taki, że to co nazywamy burzą mózgów z AI, tak naprawdę wcale nią nie jest i ma kompletnie inne zastosowanie. Nie stawia na twórczą relację i krytykę, a na raczej bezwzględną akceptację i dalszą eksplorację. I to miejsc takich, gdzie krasnoludy kopały zbyt długo i zbyt głęboko aż w końcu obudziły Balroga.

    Oczywiście dupogobliny to skrajny przykład, ale myślę, że w pewien sposób pokazuje, że konsultując się z AI odrywamy się od zewnętrznej rzeczywistości i maleńkimi krokami pogrążamy we własnym mroku. Bo prawda jest taka, że czasem wymyślamy coś głupiego. A AI będzie nas (przekonanych, że pomysł przeszedł burzę mózgów) w tym głupim kierunku zachęcać.

    Niestety nas grafomanów PBF dotyczą 2 bolączki, na które AI jest jak kojący balsam. Primo choć trudno nam się do tego przyznać, źle znosimy krytykę swojego grafomaństwa. Secundo mamy skrytą tendencję do megalomanii z racji ocierania się o twórczość. AI-konsultant jest gotowym rozwiązaniem i jednocześnie ścieżką donikąd wobec tych przywar. Zawsze nas pochwali i nigdy nie da lekcji pokory.
    Pytanie, czy rozsmakowani w swoich klimatach nie będziemy aby mieć coraz mniej cierpliwości, dystansu i wyrozumiałości dla cudzych treści, które coraz częściej mamy ochotę “scrollować”.

    Dyskusje RPG

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    MarrrtM Marrrt

    Prymula Brandybuck

    - Och… Uroczo! - skwitowała Prymula gdy na miejscu okazało się, że w istocie przybyli do Bag End jako ostatni. Nie było jednak w tym “uroczo” ani cienia sarkazmu, o nie. Bynajmniej. Pod tym słowem skrywało się przede wszystkim, okraszone miłym dla oka uśmiechem, pozdrowienie i uprzejma aprobata, dla pozostałych gości Bilba. Dwójki młodych Tuków, a także cóż-to-za-zamysł-by-pragnąć-jej-towarzystwa-przy-kameralnym-poczęstunku Lobelli, oraz wielkie-nieba! Milo Makarego.

    Rorimak uczynnie pomógł siostrze wysiąść z zaprzęgniętej w dwa bułane kucyki kolaski. Hobbitka skorzystała z jego ręki po czym ujęła pod ramię równie odświętnie ubranego Droga, który poprowadził parę ku drzwiom gdzie czekała reszta. Wspaniały, acz rozsądnie skromny kapelutek na jej starannie upiętej koafiurze musiał budzić uznanie i wyrażał szacunek dla gospodarza, dla którego siostra Panicza na Brandy Hallu, postanowiła ozdobić, uczcić i podziękować za zaproszenie i spotkanie.

    Każdemu z obecnych skinęła delikatnie głową na powitanie, wymawiając imię i komplementując a to imponującą parasolkę Lobelli, to spódnicę Tukówny. Dla Makarego miała słowo, że całe wieki nie był w Bucklandzie, a rada by go widzieć, bo dęby Starego Lasu coś ostatnio osowiały i ogrodnik Brandybucków nie wie czy to kornik, czy inna choroba, czy co innego. Paladinowi zaś miała rzec, że w Słupkach zatrzymał się zagraniczny kupiec z osobliwą galanterią ze wschodu, ale widok jego nieobutych stóp wzbudził tylko jej milczący, acz pełen aprobaty uśmiech.

    Gdy Bilbo powitał ich w progu, Drogo pożegnał Odo Bolgera, który przywiózł ich kolaską i miał się zatrzymać u swego przyjaciela w Hobbitonie.


    - Natychmiast przestańcie wszyscy! - Prymula nie wytrzymała w końcu tego co zaproponował im gospodarz, a także tego, że nikt nie zaprotestował, a przeciwnie Paladin i Milo jęli rozważać realizację tej “przygody”. Zaraz jednak zakryła usta po tym niestosownym wybuchu, tym bardziej, że wszystkiemu świadkiem była Lobelia, która słowa nie wyrzekła, a jedynie czujnie uchem i okiem strzygła co kto mówi i robi. Aż jej srebrna łyżeczka pomiędzy palcami tańczyła - Wybaczcie proszę. Bilbo, kochany… chyba nie mówisz poważnie. Z pewnością kryje się za tym drobne nieporozumienie. Poznaliśmy z Drogo Malwę. To przemiła starsza pani. Pojedziemy do niej, jeśli to dla ciebie ważne i poprosimy o tę mapę. To elfie lusterko, które ci z Drogo podarowaliśmy nada się na wymianę.

    Oddawanie prezentów, należy podkreślić, było w całkowicie dobrym tonie. Ba! Więcej! Jakaż była niespodzianka dla obdarowującego gdy jego prezent wracał do niego po latach od kompletnie niespodziewanego innego obdarowującego!

    - Zrobimy to zatem jak należy. Poprawnie jak porządni hobbici. Kto to widział, by słodka fortuno, po nocy z psami się szarpać jak jakiś obwoźny handlarz guzików by potem… - odetchnęła trzy razy głęboko i powoli tak jak doktór polecał w takich chwilach - w ł a m a ć się do kogoś.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • [CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
    MarrrtM Marrrt

    Było po ósmej rano, gdy solos siedział w wagonie kolejki metropolitalnej patrząc na migający za oknami krajobraz miejskiej dżungli. W gębie czuł klasycznego piwnego kapcia, przed którym nie uratował go wczorajszy zamówiony przez Brazil chińczyk. Wsunął, i owszem, michę ryżu, ale kompulsywne zajadanie adrenaliny chrupsami zalewanymi browcem nie mogło się obyć bez konsekwencji. Gdy się obudził rankiem miał ochotę puścić pawia. Nie z musu. Dla komfortu, żeby później nie męczyło. Ale machnął tylko ręką gołąbkom przed telewizorem i wytoczył się z mieszkania. Przed wyjściem zdążył jeszcze tylko zerknąć na wciąż opowiadającego o swoim dealu z Kretami HiFiego i dać wymownym gestem “widzę cię” do zrozumienia, że zauważył jego gnata i żeby technik niczego głupiego nie kombinował. Potem zabrał tylko ze sobą paprotkę, którą wcześniej uratował z garażu Shivy. Wtedy gdy wychodził z kwadratu pomysł wydawał się dobry... Teraz pewnie wyglądał z nią jak pierdolnięty. Jebać.

    Prawie usypiał z Shivą na kolanach i gębą rozpłaszczoną na szybie gdy Kiroshi wywaliło nową wiadomość na smarthinga. Lupe. Laska poznana w E-Drze. Fajna dupa. Nawet nie upierdliwa. Raz go spławiła i kręciła z Dingo. Ale potem się znów złożyło… No i teraz dostał fotę. Łydki w trykocie. I pytajnik.

    Uśmiechnął się. Sprawdził grafik w Żabce.

    Wtorek? 7?

    Wzruszenie ramion. Ale zaraz też serduszko. Fajna niuńka.

    Jakaś starsza kobieta usiadła obok Żaby, ale zaraz wstała i przesiadła się gdzie indziej. Chwilę później to samo zrobił koleś z irokezem. Jakby sam lepiej waniał, chuj jeden. Shawn zerknął na nich niechętnie, ale ostatecznie znów przykleił mordkę do szyby. Jebać. Żeby świat składał się z tylko takich problemów to byłoby naprawdę zajebiście! Ale nie użalał się nad sobą. Nie lubił tego. Użalanie się to jak samogwałt na smutno. Z resztą jak się przyjrzeć to nie miał specjalnie ku temu powodów większych niż inni. Na przykład martwy Valentinos, którego kroić pomógł HiFi’emu. Albo Switch, który… kurwa to dobre… switchnął sobie imię z Grega na Raze’a. I dobrze. Raze lepsze. Kto by się chciał nazywać Greg… Ale z tą Keirą co nie żyła, a żyła i z Brazil, która żyła a jakoś tak krzywo to Switchowi teraz wyszło. No ale to jego problem…
    Pingnięcie poinformowało go o kasie za nagranie ze strzelaniny. Brazil ogarnęła bezbłędnie. Odjął od kasy kurs, a resztę podzielił na kumpli. Poza Raze'm bo ciul sobie winien. HiFi'm bo nie pojechał. I Leifem, bo typ nie był w paczce. Potem przymknął oko i przyciął komara. I nawet nikt go nie obrobił. Ha. Spróbowałby.


    Na miejsce dojechał przed dziesiątą. Wielkie gmaszysko znajdowało się po drugiej stronie Night City w Pacifice. Z pośród dziesiątek szyldów różnych korporacji i instytucji znajdujących się w środku, solosa interesował wyłącznie Medpacific zajmujące 3 piętra w środku megawieżowca. Był to instytut badawczy, który dzięki współpracy z kilkoma firmami ubezpieczeniowymi miał łatwy dostęp do obiektów testowych. Obiektów, czyli w tym przypadku ludzi po ciężkich urazach neurologicznych. Takich jak Neil. Deirdre łożyła sporo kasy, żeby mógł tu być. I odkładała na w chuj drogi zabieg, który miał postawić brata na nogi. Shawn dorzucał się ile akurat miał. Zwykle nie wiele. Bo niewiele miał. Nie składało się. Choć się starał. Po to się lał po mordzie po Kabuki. I po to tę fuchę w Żabce ogarnął. A teraz podwyżka się kroiła… Nie żałował na brata. Neil zawsze był najlepszy z ich trójki. Najstarszy i najlepiej rokujący. Trochę jak Switch. Bo ostatecznie też znalazł się w nieswojej strefie zgniotu. Kurwa… Zawsze się Shawnowi włączało gdybanie w takich chwilach. Gdybanie, z którego nic nie wynikało. A fakty były proste jak konstrukcja Streetmastera. Shawn wpadł w Czysty Świt. Gang dla dużych chłopców bawiących się w białą supremację. Razem z kumplami. Jakoś w to wsiąkli. Blokerka jest nudna, a z kursu mundurówki Shawna wywalili. No to przychodzą do głowy głupie pomysły. Z początku fun. Ale zawsze się znajdzie ktoś kto temu wszystkiemu dorobi ideologię. I raz, dwa, kurwa trzy byli częścią Czerwonego Legionu. No i zaczął się zjazd. Neil go z tego wyciągnął. Nie prosił go. Ale brat to uparty sukinsyn był. Poszło na ostro. I Shawn wziął stronę brata. Jeden trup, trzech inwalidów. Z czego Neil to jeden z nich, bo mu francuz potylicę wgniótł do mózgu. I Shawn wypadł z gangu. W porę, bo miesiąc później Chakasi zrobili Świtowi CocoJumbo z białych dup. Nie było co zbierać. A teraz… Teraz wpisawszy w recepcji swoje dane złożył w depozycie broń i zarejestrował się jako odwiedzający. Winda czekała.

    Jakieś ciarki go przechodziły ilekroć się tu zjawiał. Ci wszyscy ludzie... Każdy w więzieniu. Murów i ciała. Nie lubił tu przyjeżdżać. Kto by lubił… Wolałby Neila stąd zabrać gdziekolwiek. Dobre. Gdziekolwiek. Tylko, że nie było gdzie. Deirdre była uparta, zołzowata i czasem głupia, ale umiała liczyć. Nigdy nie miał z nią dobrych relacji, a jeszcze od tamtego czasu zawsze mu truła w chuj więcej. O ile już się odzywała. Czyli prawie wcale. Wolałby jej też tu dziś nie…

    - To jakiś żart?

    Była od niego niższa z lekką tendencją do przybierania wagi. Przyzwoicie ubrana, kasztanowie krótkie włosy spięte w elegancki bob. Bez widocznych cyberwszczepów, choć wiedział, że pod puklami ma gniazdo. Jako urzędaska musiała mieć do autoryzacji. Westchnął.

    - Cześć Deirdre.

    Obrzuciła go wzrokiem od stóp do głów, zatrzymując na chwilę spojrzenie na Shivie. Właśnie wychodziła z pokoju Neila. Widzenia były tylko w niedzielę i tylko o określonych godzinach.

    - To ma być to twoje ogarnięcie? Człowieku… Śmierdzisz jak ostatni menel. A wyglądasz… po co przyjechałeś?

    - Naprawdę? Tak będzie za każdym razem? Ja powiem, że to też mój brat, a Ty, żebym spierdalał i się rozejdziemy. To możemy miejmy to już za sobą. Wejdę, pogadam chwilę i spierdalam.

    - Tak. Tak będzie prościej.

    Może mu się wydawało, ale to ostatnie dodała tonem już nie tak pełnym obrzydzenia.

    Minął ją i wszedł do środka. Pokój 4 osobowy. Neil leżał przy ścianie. Wyglądał zupełnie normalnie. Może schudł trochę, był w tym klinicznym fartuchu, a podłączona obok kroplówka i zbiornik na mocz były dość wymowne, ale gdyby nie to, można by uznać, że ot leżał sobie facet przed telewizorem i odpoczywał. Jego spojrzenie spoczęło na Żabie, a kąciki ust jakby odrobinę się uniosły.

    - Cześć braciak… - powiedział Shawn bez specjalnych ceregieli siadając na łóżku i biorąc tablet do rąk. Gałki oczne Neila poruszyły się pod wpływem wydawanych poleceń, a na tablecie pojawił się napis.

    Cześć młody. Ciężka noc?

    Shawn uśmiechnął się pod nosem i postawił Shivę na stoliku obok fiolek do iniekcji.
    - Widziałeś newsy z Visty? No. To obczaj, ale gdy to całe gówno jebło to byłem w samym środku. Spokojnie. Nie miałem z tym nic wspólnego. Czyściutki jak łza. Kumpla ściągaliśmy.

    Gałki oczne znów zadrgały. Neil załapał się do popołudniówki. Na porządną kamerę uzbierał, żeby nie robić byle gównianych nagrań z Kiroshi. Zawsze go ciągnęły miejsca gdzie jest gorąco.
    Widziałem. Grubo. 50 ciał naliczyli. Farciarz jesteś. Jak zawsze.

    - Aj weź z tym fartem. Co chwila coś się pierdoli. Jakaś szmata się mnie czepia o skasowany ryj na pitfightach, kumplowi oko zapierdolili, kumpela posiała wypożyczone Aigo, które muszę zholować i jeszcze ta chryja na Vista.

    Dasz se radę. A co to za roślinka?

    - Aaa… to Shiva. Tak się nazywa. Wiem. Głupie. Tak mi do łba rano wpadło.

    Niezłe. “Roślina”. Miło.

    Shawn przełknął ślinę i zamknął oczy uświadomiwszy sobie co palnął.
    - Kurwa… Ja… Nie…

    Żebyś widział swoją minę. Zgrywam się młody. Wyluzuj. Cieszę się z niej. Tu jest albo biało, albo czerwono i zieleń to ja na Discovery oglądam. Miła odmiana. I gest. Ostatnio browara przyniosłeś. Postaw ją na stoliku.

    - A chuja… sam se postaw żartownisiu jebany - mruknął tonem na siłę sugerującym obrażenie, ale w gruncie rzeczy wdzięcznym.

    Choć po jednej z ostatnich rozmów jakie miał z bratem wiedział, że ten zgryw to taki połowiczny był raczej. Czasem jak to bracia niewiele musieli do siebie mówić, żeby się zrozumieć. A spojrzenie Neila i zawarta w nim wtedy niema prośba były bardzo wymowne. Daj mi pół roku. Tyle mu Shawn powiedział nim wyszedł. Podczas następnych odwiedzin nie wracali do tego. Ale solos wiedział, że niepisana umowa zapadła.

    No to opowiedz co tam się stało na Viście.

    No i Shawn opowiedział. Zawsze tak robił. Taki mieli zwyczaj. Neil za bardzo życia nie miał. Nawet podpięcie do sieci miał ograniczone i kodować też nie umiał. To i nudził się przeokrutnie. Tyle dobrego, że jego rehabilitantka niezła szprycha. Shawn więc resztę czasu wykorzystał na opowiadanie co u niego. A Neil słuchał. Czasem coś skomentował. Czasem podpowiedział. No. Potem weszła jeszcze raz Deirdre, która z jakimś białym kitlem gadała wcześniej. I była pora spierdalać.

    Przelał na konto siorki kolejne 6 stów z tego co mu zostało i kolejką pojechał na Vistę po Aigo. W sumie ciekawiło go jak ten krajobraz po bitwie dziś wygląda. Bo psiarnia musiała chyba ugadać sprzątanie z Trenosami i Valentinosami. Z resztą chuj wie. Będzie jak będzie, a wóz trzeba odstawić.

    Rozgrywka cyberpunk cyberpunk2077

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    MarrrtM Marrrt

    Prymula Brandybuck
    |-text alternatywny

    Było jej odrobinę przykro, że ani Paddy, ani Milo nie pojechali z nimi do ich rodzinnego Tukonu. Panowie najwyraźniej uznali, że ciekawiej będzie podróżować po bezdrożach bez obu hobbitek i rannego Drogo. Co ponownie rozbudziło wznieconą wczoraj w prymulkowej duszy iskrę… ciekawości. Swoją drogą nie mogła sobie odmówić wrażenia, że Lobelia w jakiś taki Bracegirdlowy sposób dawała się lubić. Nawet jeśli ciepła w jej spojrzeniu było tyle ile czarodziejach przewidywalności.
    - Czy myślisz Lobelio, że spróbują… włamać się do Domu Mathom? - spytała tonem pozornie bezbarwnym, ale dla kogoś tak spostrzegawczego jak Lobelia, czytelnie pełnym sprzecznych uczuć od obawy po rozdrażnienie.

    ***

    Mimo licznych prób, z klasą i niewątpliwym taktem wyszli zwycięsko ze wszystkich napotkanych prób zagajenia przez mieszkańców Nadwodzia. Nawet Lobelii nie dało się zarzucić grubiaństwa o jakie ją chyba niesłusznie jednak posądzano. Zanosiło się więc na całkiem spokojną i zaskakującą przyjemną przejażdżkę gdy nagle dało się słyszeć wołanie o pomoc i… bzyczenie?

    - Dziękuję bardzo. Drogo. Lobelio. Zapalcie sobie śmiało. Dla mnie to nieco zbyt wczesna pora. - Nie dodała już uprzejmie, że jej osobiście dym fajkowy przeszkadzał nieco. Choć nie aż tak jakby byli w norce. Jednak w powożonej przez Odo kolasce było przyjemnie i przewiewnie. I gdy Drogo i wychodząca z kolaski Lobelia zapalili swoje fajki uznała, że to był dobry pomysł i z pewnością narzeczonemu na zdrowie dobrze zrobi.

    - Jestem z tobą Lobelio - powiedziała Prymulka wysiadając pośpiesznie z kolaski - Drogo, upewnij się, że Odo zostanie z Tobą.

    - Ależ Prymko! - zaprotestował pan Baggins - To może być niebezpieczne jeśli Noakes rozdrażnił pszczoły.

    - Może o tym nie wiesz kochany. Ale w wieku Esme zwano mnie Zaklinaczką Pszczół.
    Nie było to kłamstwo. Choć tylko raz zdarzyło się, że ją tak nazwano, przez starą piosenkę, której ją babcia nauczyła. Prawdą też było, że Prymula nigdy pszczół się nie bała i lubiła te stworzenia. Zaraz więc przypomniała sobie słowa, które po chwili złotoustym głosem Prymuli popłynęły po ogrodzie.

    Urocza panna młoda,
    gdy ślubny włoży tren,
    swym pszczółkom wieść niech poda!
    Inaczej, pierzchną hen!

    Odlecą hen pierzchną jak sen,
    w świat pomkną w rojnej czeredzie!
    ale kto kłamstwem nie zwodzi pszczół,
    to pszczoła go nie zwiedzie!

    O chrzcinach czy pogrzebie,
    wieść smutną czy wesołą,
    z za mórz przybyłą do ciebie,
    wyjawić musisz pszczołom!

    Przez wrota do stodoły
    wlatywać pozwól im zawsze,
    bo tak ciekawe są pszczoły,
    jak człek, a może ciekawsze!

    Pod drzewem zły przytułek,
    gdy grom się zacznie jawić!
    Gdzie krążą roje pszczółek,
    nikogo nie nienawidź!

    Bo one wnet odlecą het
    i nigdy już nie wrócą.
    Lecz kto nie smuci nigdy pszczół,
    pszczółki go nie zasmucą...

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • Krzyk Pustki
    MarrrtM Marrrt

    Pajęczyna pęknięć pojawiła się niemal przed obliczem Caleba gdy rozbitek otworzył ogień, a śluza zagrała gamą odgłosów odgniatanej blachy. Zewnętrzne poszycie wytrzymywało zderzenie z kosmicznym gruzem wielkości buldożera. Ale wewnętrzne powłoki były bardziej miękkie i mniej przystosowane do strzelaniny.

    Adam uskakuje na bok. Sadza reaguje błyskawicznie. Jest już przy panelu rozdzielczym. A Caleb Hannigan stoi przed wejściem do śluzy i patrzy w naruszoną strukturę plastalowego szkła. Ciemność we wnętrzu kapsuły. Gdzieś tam majaczy ruch. Android w ukryciu przed napastnikiem przygotowuje się do konfrontacji.

    Caleb odwraca się do Sadzy i skinieniem głowy daje zgodę na kontynuowanie dehermetyzowania. Nie potrwa to długo, ale nie dość szybko, by napastnik nie uszkodził bezcennego androida, albo samej śluzy.

    - Jeśli nie rzuci broni, wyłączyć w śluzie oświetlenie na mój znak, panie Kalashnikov.
    Trzeba było zwiększyć szanse Adama, który lepiej widział i słyszał w ciemności niż ludzie. Podniósł rękę obserwując wydarzenia w śluzie.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    MarrrtM Marrrt

    Neutralny grymas na twarzy Caleba nie wyrażał z początku zupełnie niczego. Patrzył na trupa o rybich oczach i wzdętych trzewiach, by przenieść zaraz wzrok na jednoosobową koję do hipersnu. Nie było w tym widoku aż tyle grozy. Trup nie był znowu niczym tak bardzo egzotycznym w górnictwie kosmicznym. Kosmos nie współpracował. Ludzie o tym szybko się przekonywali. Grozę generowała wyobraźnia. Która szybko i bez pytania podsuwała obrazy z wnętrza kapsuły z całego tego czasu gdy dzień po dniu towarzysz samotnego żołnierza stawał się naocznym uosobienie śmierci. A także to czego nikt nie chciał sobie wyobrażać. Postawienie się na miejscu żołnierza. Bez pewności, czy pomoc przyjdzie po tygodniu, miesiącu, roku, czy nigdy.
    - Dobry Boże… - mruknął cicho Hannigan, po czym westchnął i skinął inżynierowi atmosferycznemu, który właśnie poinformował swój log o śladach strzelaniny. Wniosków nasuwało się co najmniej kilka, ale dwa wydawały się najbardziej oczywiste. Kłótnia o jednoosobową kapsułę. Lub próba ratowania rannego. To pierwsze było najbardziej logiczne i właśnie to zakładał Hannigan - Dziękuję panie Crowe. Lepiej będzie jednak kontynuować obdukcję w ambulatorium. Chociaż…

    Sięgnął po interkom.

    - Adam, przygotuj nosze i worek ochronny. Na ciało.

    Rozłączył się i spojrzał na pobladłego Joshuę.

    - Panie Gleeson. Po odprawie w ambulatorium pomoże Pan Adamowi. Zabezpieczycie i przeniesiecie ciało tego człowieka do hangaru - Hannigan uznał, że trup w ambulatorium narażał pracę androida na kompletnie niepotrzebne ryzyko skażenia w dość krytycznym dla bezpieczeństwa załogi stanowisku. Dodatkowo można było wydzielić sekcję i odciąć w niej ogrzewanie co zatrzyma dalsze gnicie. Jednocześnie nie podobało mu się, że młodszy inżynier wyraźnie migał się od pracy. Zastanawiał się, czy nie kazać mu przeszukać cywilnego uniformu trupa, ale uznał, że na obecną chwilę personalia denata nie są do niczego potrzebne. - Tymczasem zamykamy kapsułę. I śluzę. Opiekun zablokuje dostęp. Wrócicie do pracy po powrocie z ambulatorium.
    Co rzekłszy dał sygnał do wyjścia.

    Wysłaną do niego wiadomość przez agentkę le Fey skomentował westchnieniem. Miał szczerą nadzieję, że wywabi tę żmiję z gniazda gdzie zapewne nadaj jątrzy w protokołach Opiekuna. Liczył, że będzie ciekawa żołnierza i ponownie otrzyma możliwość podjudzania załogi. To była sprytna przynęta. Delilah okazała się jednak sprytniejszą żmiją. Trudno. Niech jątrzy.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    MarrrtM Marrrt

    Na cokolwiek liczył uwięziony człowiek, kompletnie nie trafił z adresatem. Mnożenie możliwości było tym na co Hannigan był odporny. Nie to, że nie dopuszczał do siebie możliwości mniej prawdopodobnych scenariuszy. Ale nauczony był postępowania w kosmosie metodycznie. Krok po kroku. A nie chaotycznego miotania się od jednej zmiennej do drugiej.

    - Nie panie Purcell. Nie wpuszczę pana na mostek. Tylko dzięki sprawności naszego pokładowego androida i trzeźwości umysłu załogi, nie zabił pan nikogo z nas i nie uszkodził statku. A pana historii nic nie potwierdza. Równie dobrze to pan może być załogantem drugiej jednostki i przejął pan personalia swojej ofiary z Bleinerta. Zostanie pan umieszczony w kriośnie i przekazany posterunkowi na Borodino. To wszystko.

    Mieli 30 gotowych komór dla górników. Adam powinien się szybko uwinąć z procedurą, toteż kapitan niezwłocznie poinformował androida o nowym rozkazie. Cokolwiek się stało z brakującym pistoletem, lepiej żeby ten człowiek nie miał okazji go użyć.

    Rozgrywka

  • AI w ilustratorskiej służbie MG
    MarrrtM Marrrt

    Jest tak słodki, że nawet pal licho, że oczy osłania przed słońcem, które ma za plecami! I jeszcze na imię ma... Wulf:)
    Bierz się za opowiadanie Keth:)

    Dyskusje RPG

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    MarrrtM Marrrt

    Prymula Brandybuck

    - Nie. To nie będzie odpowiednie.

    Prymula Brandybuck odłożyła na swoje miejsce zakurzony nieco i zdecydowanie nieelegancki świecznik z jakimś fikuśnym znaczkiem siedmiu gwiazd. Jakby jedna gwiazda nie była dość wymowna. Dostała go na urodziny od Biffa Hornblowera dokładnie 3 lata temu i nie mogła znaleźć dlań od tego czasu odpowiedniego właściciela. Nie była żadną tam mathomistką, ale zwyczaj sprawiania prezentów uważała za bardzo miły bez względu na ich praktyczne zastosowanie. Przeciwnie nawet. Kuriozalność tychże przedziwnych bibelotów była dlań elementem wielce pożądanym i im bardziej pozbawiony znaczenia był taki przedmiot tym był wspanialszym prezentem, nad którym w dobrym tonie było dziwować się i kręcić z politowaniem głową, nad tym, czego to świat nie wymyślił. Doprawdy zadziwiające było ileż to te krasnoludy i Duże Ludzie natworzyły tych bzdurnostojek. Monstrualne rękawice, brzydkie pierścienie, okropne bronie, kanciaste kandelabry, krzywe lusterka, czy kryształowe zastawy nienadający się absolutnie do żadnego posiłku. W muzeum Mathomów w Michele Delving, do którego zabrał ją Drogo na wiosnę widziała nawet srebrną pelerynkę! Srebrną! Jakby z łyżeczek do herbaty zrobioną! Słodka fortuno… na jaką okazję niby miałby ktoś założyć srebrną pelerynkę? Chyba tylko po to, żeby zniknąć…

    Spojrzała znacząco na Droga. Głuptas nigdy nie pamiętał o prezentach. Znacząco odchrząknęła by domyślił się, że potrzebuje jego rady.

    - Krasnoludzki pucharek, czy elfikowe lusterko? - zapytała uprzejmym tonem jak zwykle zajętego nie tym co trzeba przyszłego małżonka - Ach Drogo, tak się cieszę, że odwiedzimy Twojego kuzyna. To doprawdy nieładnie co o nim opowiadają i nie powinieneś dawać wiary tym okropnym pomówieniom. Jedna przygoda z krasnoludami wszak wiosny nie czyni i głowę dam, że to Lobelia tak go na języki bierze… Czy dobrze wyglądam? Rory! - zawołała w stronę pokoju przyszłego pana na Brandy Hallu - Czy jesteś gotowy braciszku? Och, nieładnie jest się spóźniać… Nie możemy pozwolić by Tukowie przyszli wcześniej! Choć radam ich oboje widzieć. Młodzi i jak to mówią… kiełbie we łbie… Ty słyszałeś Drogo, że Paladin ostatnio zaczął buty nosić! Och chodźmy już!

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • [CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
    MarrrtM Marrrt

    Żaba
    text alternatywny

    - Tygrys? Chiński? - Shawn aż się zatchnął, a potem zaśmiał - Oooo Dingo. Ty tu kurna jesteś jednak pierdolnięty. Kocham cię stary, ale jesteś pierdolnięty. Przecież to bydlę zanim cię zabije to nieźle poharata. A i nie wiadomo, czy w ogóle zabije a pewniej zostawi bez nerki, śledziony i połowy twarzy. W zeszłorocznym Solo of Fortune… lipcowym chyba… z gołym holo tej AI-blondyny co teraz wszystko reklamuje… no nie ważne… był przegląd takich robo psów i kotów. Do ochrony. I powiem ci nie chciałbym wpaść na takie cacka… Patrz tego gościa - wskazał za okno gdy vanem mijali goluteńkiego, wymalowanego na biało typka, którego z przodu i z tyłu okrywał tylko transparent z napisem “Wrogowie Gołębicy się zbliżają!”. Koleś stał przy skrzyżowaniu z miną błogą jak na jakimś odpale i okręcał się to w jedną to w drugą stronę, żeby pokazać transparent przejeżdżającym autom. - Ale zjeb…

    Houston podążył spojrzeniem za wzrokiem Shawna.
    - Król jest nagi, a? - prychnął - Czasem się zastanawiam czy tacy jak on nie są w najlepszej sytuacji. Wywalone na wszystko, pełna wolność i hajda na ulicę. Ale to tylko pic, kolejna iluzja. A ten koleś pewnie do wieczora skończy w banku ciał.

    Minęli cudaka, a przez moment ich spojrzenia ze wzrokiem bladego skrzyżowały się, po czym Dingo skręcił na południe, a Shawn rozłożył fotel i wyciągnął się wygodnie pozwalając by wydarzenie wyleciało z jego głowy równie łatwo jak do niej wpadło i wrócił do tematu.

    - Nie Dingo. Mam swoje łapska, gnata przy boku. Na chuja miałbym myśleć o śmierci.

    - No, ale byłeś kiedyś tak blisko prawdziwego zwierzęcia? Tak blisko, że mogło cię użreć? - spytał żartobliwie nomada - Słyszałem o tych robo-pobróbach. Dla mnie to tylko dowód, że natura jednak wie co robi, co nie? Najlepszy design to nie nowoczesne, wygładzone maszyny, tylko tradycyjne cztery łapy i pysk. Tylko, że to wszystko kieruje się algorytmem, programem, zamiast instynktem. Nie tak jak my, drapieżniki ulicy!
    Dingo zaśmiał się, ukazując zęby w drapieżnym uśmiechu.

    - Nooo… się wie! - przyznał solos po czym strzelili żółwika, a Shawn walnął się pięścią w tors - Nie jakieś tam pedalskie furrasy! Tylko tu w środku drapieżniki! Dawaj…

    Po czym obaj otworzyli swoje okna i przeciągle zawyli jak dzikie psy.

    - A jebać tych Brzytwiarzy!

    - Jebać!
    Na końcu ulicy pojawiła się prostokątna bryła warsztatu.

    ***

    Dziuplę opuścili szybko i sprawnie, a następnie metrem podjechali na kwadrat. Po drodze tylko zrobili mały przystanek w Żabce po jakieś chrupsy na twardych tłuszczach i więcej browarów w razie gdyby zapas Shivy miał się szybko skończyć. Z resztą w dobrym guście było wypić za biedną netrunnerkę. Shawn wychodząc wymienił ze swoim zmiennikiem na weekendowej wachcie kilka niezbyt ważnych informacji z roboty i 10 minut później dotarli do mieszkania.

    Rozgrywka cyberpunk cyberpunk2077

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    MarrrtM Marrrt

    Prymula Brandybuck
    text alternatywny

    Zawsze lubiła domy. Panowało po zachód od Brandywiny przekonanie, że właściwym domem dla hobbita mogła być tylko norka. Prymula jak na Brandybuckównę przystało, nie podzielała tego zdania. Dom dawał znacznie więcej możliwości. Poza urządzeniem wnętrza, które i w norkach i w domach bywało wszelakie (a gościła niegdyś w ulokowanym pod groblą smajalu Oldbucków podmywanym przez rzekę i z przykrością stwierdziła, że nawet trolla by tam nie zadomowiła!), dom pozwalał dodatkowo na popisowe wykończenie elewacji. I trzeba było przyznać, że Państwo Slowfoot w tej kwestii stawali na wysokości zadania. Dom Mathom był uroczym miejscem. Była tego zdania teraz, była wtedy gdy odwiedzili go z Drogo i była jako dziewczęcie gdy zdarzyło jej się kosztować pieczonych ziemniaków z ogniska pana Bingo lata temu.

    Dygnęła wdzięcznie przed gospodynią, rumieniąc się lekko co mogło świadczyć o jej wrodzonej skromności, ale po prawdzie wywołane było myślą, że mieliby włamać się do domu Pani Slowfoot. Z niejaką obawą zerkała też na psa, którego czarne oczka nie wzbudzały jej zaufania. Nigdy nie przepadała za psami. Za kotami z resztą też nie. Ani za innymi drobnymi stworzeniami. Największą bodaj estymą darząc kucyki.

    - Milo jest nazbyt skromny proszę Pani - rzekła zerkając na starszego Tuka z uśmiechem i zrozumieniem dla jego ekscentryczności, która zrzuciła obowiązek przedstawienia towarzystwa na karby pań, a przecież w dobrym guście było by czynił to najstarszy z obecnych panów. Był jednak Milo przy tym tak słodki, że nie sposób go było winić - Proszę nam wybaczyć, że tak bez listownej zapowiedzi się zjawiamy Pani Slowfoot i to w dniu powszednim. Bardzo tuszę, że to nie kłopot, a jeśli tak, to oczywiście zjawimy się kiedy indziej. Oto są po mojej prawej stronie Esmeralda i Paladin Tukowie z Tukonu. Po lewej zaś wielce szacowna panna - bardzo, ale to bardzo delikatny uśmieszek pojawił się na ustach Prymuli przy słowie “panna” - Lobelia Bracegirdle, oraz mój brat Rorimak Brandybuck. Ja zaś jestem Prymula Brandybuck.

    Spuściła zasłonę czarnych rzęs i spojrzenie jak na dobrą hobbitkę przed starszą panią przystało nie próbując się nawet powołać na fakt, że już się widziały i poznały, co mogłoby być odebrane za spoufalanie się.

    - A sprowadza nas sprawa, która i dla nas jest poniekąd zaskoczeniem. Podczas naszego spotkania odnośnie - znów się zarumieniła choć tym razem już bez cienia fałszu. Celowo jednak pominęła szanowną osobę przyszłego małżonka w następnej wypowiedzi by jego nazwisko nie naprowadziło Pani Slowfoot na niepożądane tory - mojego zamążpójścia, rozmowa nam zeszła na historie rodzicieli i przodków. Nic zobowiązującego i zaskakującego, ale… wtedy padło na brylantowe spinki Gerontiusa Tuka. A raczej domniemanych czarów jakie miałyby się nad nimi roztaczać. Esmeralda, oraz Paladin są przekonani, że czary takie w istocie miały miejsce. Natomiast ja i mój brat… Zawsze sądziliśmy, że każda dobra historia warta jest podkolorowania. Rozsądzić nie było jak, choć przecież zwady między nami żadnej nie ma i nie będzie. Och nie… Ale wspólnie uznaliśmy, że zagadnienie to jest bardzo ciekawe i jeśli w Tukonie nie znajdziemy wyjaśnienia to chyba tylko w Domu Mathom. Bo przecież Gerontius był Thanem i wielokrotnie bywał w Michel Delving. Może zostawił w spadku owe spinki? Albo pomóc by mogła jakaś opowieść od szanownego Pana Slowfoot? Albo coś innego co by rozwiało wątpliwość?

    Prymula sama aż się zdziwiła jak gładko przyszło jej kłamać w żywe oczy Pani Slowfoot, co wywołało w jej sercu dziwną mieszankę wstydu i podekscytowania.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • [CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
    MarrrtM Marrrt

    text alternatywny

    Wbrew temu co pomyślał sobie HiFi, a o czym solos oczywiście nie mógł wiedzieć, Żaba nie wybrał numeru Switcha dlatego, że się o niego obawiał. Raze nie był w ciemię bity i radził sobie w półświatku Night City. Wiedział komu można nadskakiwać, a kiedy lepiej podkulić ogon. I Żaba doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Nie wybrał też numeru Switcha bynajmniej z powodu jakichś nagłych złych przeczuć zaczerpanych bezprawnie z poziomów świadomości przynależnych prędzej netrunnerom niż zwykłemu ochroniarzowi. Owszem, coś mu się nie podobało w tym dzisiejszym wieczerze. Ale nie miało to związku z fikserem, a bardziej z faktem… że coś za łatwo im dziś wszystko przyszło. Gdyby jednak HiFi zapytał Żabę po kiego wała nęka w takim razie kumpla w piątkowy wieczór pingami, dowiedziałby się, że Shawn najzwyczajniej w świecie po prostu lubił Artemidę. I widział, że siksę coś nosi, kręci się w te i we wte, co chwila wraca niby mimochodem do tematu Raze’a, ale sama, no jakżeby, przecież się nie będzie się wprost dopraszać, żeby oni się tematem DLA NIEJ zainteresowali. Nie mówiąc już o zadzwonieniu samodzielnie na co hakerka była oczywiście zbyt uparta. Więc jechała lodami po męskich dumach.

    - Ależ ty potrafisz być upierdliwa - odparł wywracając oczami - Nie odebrał. Widocznie zajęty. Oddzwoni. Albo napisze na wspólnym. A jak nie, to przyjdzie. Zawsze w końcu przychodzi, nie?
    Jeszcze się przecież nie zdarzyło, żeby Raze’a trzeba było ratować. Raz Żabę musieli przywieźć z ostrego, bo dostał takie manto, że 3 dni oka nie otwierał, a nieubezpieczonego już mieli łapiduchy do kanału wrzucić. Innym razem Artemida gdzieś się tak zaszyła w tym swoim matriksie, że nie mogła wrócić. Pamiętał też jak Switch ich ściągnął pod warsztat Dingo gdzie nomadę prawie starzy kumple dorwali. A i Mack jak się okazało, że miał za coś grubo na pieńku z prawem, to właśnie Raze ogarnął temat. A o HiFi’m to już nawet nie wspominając. Technik był tym śliskim, lepkim czymś, co często sklejało ich watahę, ale i do czego lepiły się kłopoty co chwila, choć strach było mu konkretną sytuację wypomnieć, bo zaraz punktował, że to wcale nie tak i wcale nie było dramatu.

    Co rzekłszy spojrzał na rzeczonego HiFi’ego i rzucił mu browara.
    - Już zostaw dziś te interesy i się napij stary! I nie rób takiej miny jakbyś się do E-Dry nie wybierał. Piąteczek mamy, a Wy jakby Wam ktoś chomika zajebał.
    Sam zaś wziął Smarthinga by napisać na wspólnym, do Raze’a, żeby dał znać czy czekać na niego z wyjściem do E-Dry.

    I.

    Switch nie otrzymał wiadomości. Ani od razu ani po chwili. Ani w ogóle.
    - Co jest? Pod ziemię się zapadł, czy SmartThing mu zdechł?

    Rozgrywka cyberpunk cyberpunk2077

  • Gry, które wciągnęły was bez reszty
    MarrrtM Marrrt

    Kilka z powyższych tytułów podbijam. Fallouty 1/2/Vegas. This war of mine. Dead Space. Call of Cthulhu: Dark Corners of the Earth.

    Dodam od siebie:
    Knights of the old republic.
    Co tu dużo mówić. Świetna historia z początków świata Star Wars. Ogromny nacisk na relacje bohatera/bohaterki z resztą drużyny, która jest niezwykle barwna i żywa. Do tego wciągająca fabuła, która wręcz błaga o sprawdzanie różnych sposobów na rozwiązywanie questów. 100 % emocji.

    Children of Morta
    Ponownie świetna historia. Gracz prowadzi całą rodzinę, której świętym zadaniem jest obrona Góry przed pradawnym zepsuciem przybierającym postać potworów. Niezwykle fajne przerywniki z ich życia codziennego stanowią ukoronowanie levelów pokonywanych w stylu Diablo.

    Heavy Rain
    Kryminał, który szczególnie wgryza się w emocje jeśli jest się rodzicem. Choć zakończeń jest kilkanaście nie byłem w stanie obejrzeć tych złych. No po prostu nie byłem.

    Star Wars Jedi Fallen Order & Survivor
    Może nie cudo. Ale kurde ze dwa razy uroniłem łezkę śledząc historię Kestisa więc się liczy.

    Penumbra 1 i 2
    Survival horror w najczystszej postaci. I ponownie ciekawa historia okraszona inuicką mitologią. Do tej pory mam ciary po starciu z Clarencem.

    Amnezja
    Kolejna seria horrorów od tego samego wydawcy, choć w nieco innym klimacie. Szczególnie mi przypadła do gustu Amnesia Rebirth.

    Life is Strange
    Trochę kryminał... trochę serial o dziewczynie z supermocą. Ponownie jednak arcywciągająca historia i jej bardzo naturalne relacje z BN-ami.

    Hydepark

  • [CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
    MarrrtM Marrrt

    Shawn Frog Camara

    - Wzbudzamy litość - stwierdził Żaba parkując gruchota. Pół godziny drogi wystarczyło, żeby się uspokoił. Przynajmniej na tyle, żeby już nie truć - Ja bym się w każdym razie na nas nie połasił. Ale wolę tu nie siedzieć dłużej niż trzeba i się nie przekonać, czy się mylę.

    Odwrócił się na tylne siedzenie do Macka, Artemidy i głowy Leifa wystającej z bagażnika.
    - SlimWire, tak? Dobra. Zrobimy tak... Ja i Brazil pójdziemy do tamtych ćpunów na rogu. Zapytamy kto tu lewe recepty może wypisać. Dingo i Mack wypytają tamte cizie pod latarnią kto tu ulicą trzęsie i z kim gadać w razie by się chciało jakiś ekstra serwis. A Leif siądzie za kółkiem i czeka i paczy po kogo trzeba szybko podjechać w razie się sprawia spierdoli. No. I co się kurwa może nie udać?

    Spojrzał jeszcze na Artemidę.
    - Weź se tylko te włosy... no zmierzw. I mejkap rozmaż. Bo na ćpunkę to nie wyglądasz i jeszcze nas za gliny wezmą.

    Rozgrywka cyberpunk cyberpunk2077

  • Krzyk Pustki
    MarrrtM Marrrt

    Imię: Caleb Hannigan
    Rola: Kapitan
    Wiek: 44

    text alternatywny

    Kapitan Hannigan objął dowództwo nad USCS Kardashian 6 misji temu i dał się poznać jako człowiek nieco ponad normę przestrzegający regulaminu z rzadka tylko dopuszczając odstępstwa i niemal nigdy w kwestiach bezpieczeństwa co przysporzyło mu opinii człowieka upierdliwego i sztywnego. Cechy te nie znajdują co prawda odzwierciedlenia w kambuzie i mesie, bo kapitan dość swobodnie zachowuje się przy załodze i pasażerach, ale faktem jest, że wystawił już kilka dyscyplinarnych nagan za bardziej, lub mniej błahe przewinienia, czym nie zjednuje sobie specjalnej sympatii podkomendnych. Za niego robi to natomiast kot, który wraz z kapitanem zadomowił się na USCS Kardashian i nosi imię Chaplin. Ani kapitan, ani kot zdają się nie zwracać na siebie nawzajem specjalnej uwagi i zwierzę jest dokarmiane przez różnych członków załogi, ale niewątpliwie jest między nimi jakaś więź lub podobieństwo.
    Częściej zakłada fiasko niż sukces, woli dowalić czasem niepotrzebnej roboty i nie lubi korporacyjnych agentów. Co prawda nikt ich nie lubi, ale Caleb jakby trochę bardziej. Nie tyka alkoholu i nie pali. Na górnictwie jak twierdzi zna się na tyle na ile musi, a jego specjalizacją jest astronawigacja. Zdaje się, że nie ma rodziny, co jednak nie jest rzadkością w profesjach często korzystających z kriosnu, po którym czasem ciężko rozpoznać bliskich.

    Co bardziej dociekliwi mogli wydobyć informacje, że patent kapitański zdobył też stosunkowo niedawno i wydaje się, że USCS Kardashian jest jego pierwszą jednostką, a wcześniejsze rekordy wskazywałyby na przerwaną karierę w kosmicznym lotnictwie cywilnym.
    Wścibscy natomiast dowiedzą się, że Hannigan korzysta z wydawanych przez Adama środków. Chyba na bezsenność.

    Hannigan nosi się swobodnie, choć najczęściej chodzi w firmowej kurtce Kelland, albo czarnym wełnianym swetrze i typowej kapitańskiej czapka. Goli się głównie przed lądowaniem i kriosnem więc szybko "zarasta". Z siłowni korzysta tyle ile musi, by doprowadzić się do stanu używalności po kacu pohibernacyjnym toteż nie jest jakoś bardzo wysportowany.

    Materiały

  • Krzyk Pustki
    MarrrtM Marrrt

    Caleb Hannigan śnił swój własny jakże precyzyjnie powtarzający się sen. Śnił, że nie śpi i zasnąć nie może. Miał wrażenie, że całe wieki próbował uciec w ten półstan między życiem, a śmiercią. Zamknięty w komorze ledwo żywy, zdjęty hormonalnym paraliżem i ledwo przytomny, ale jednak na tyle by mieć tego świadomość co podobno jest niemożliwe i tylko mu się śniło. Aż w końcu jawa zlała się z rzeczywistością zamglonej wizji dawno nieotwieranych oczu. Jego kriokomora otwierała się w akompaniamencie sygnałów i komunikatów i nie był to sen. Sylwetka przed komorą powoli nabierała ostrości i właściwych choć nadal astygmatycznych barw, które wygenerować potrafi tylko zajechane życiem ludzkie oko.

    Kapitan odetchnął głębiej tworząc przed sobą obłoczki pary wodnej w nadal zziębniętym pomieszczeniu sypialni i poruszył ciałem. Był zmęczony kriosnem. Zawsze był cholernie zmęczony. Niby nic mu nie dolegało. Ani torsje, ani zawroty głowy. Zawsze tak było. Po prostu był wykończony. Zamrugał i rozpoznał Adama. Ledwo dostrzegalnie skinął mu głową. Gałki oczne oficera medycznego drżały prawie niezauważalnie co było charakterystycznym znakiem ściągania danych z komputera przed raportem. Adam nie był specjalnie imponującym syntetykiem. Ale kapitan Hannigan był wielce wdzięczny Kelland za przydzielenie go na stałego członka załogi. Byłby nawet za najstarszy model Doctora Joe od Seegsona. Przy nim jednak Adam był cudem techniki.

    Powoli podniósł się z kapsuły zbierając własne myśli i podłączając do swojego “komputera” który opornie i powoli informował go o tym gdzie jest, co tu robi i za co powinien się zabrać. Dopiero teraz poczuł ciężar na kolanach, na których coś się poruszyło.
    - Zjeżdżaj Chaplin - mruknął odzywając się pierwszymi słowami. Czasem był pewien, że to przez tego kota tak marnie śpi mimo zapewnień instrukcji kriokomory i techników, że czworonożny towarzysz nie ma wpływu na jakość hipersnu. Ale wiedział, że go nie wyrzuci.

    Kot chyba podzielał nastrój kapitana, bo poruszał się bardzo niechętnie, a z jego gardzieli dobiegały nieswoiste dźwięki wyrażające całą masę uczuć, od niezadowolenia, poprzez zniecierpliwienie, a na głodzie kończąc. Co przypomniało kapitanowi, że im szybciej wypije kawę i zje śniadanie tym lepiej.
    - No już - z trudem wystawił kota na podłogę i wstał na równe nogi.
    Mimo początkowego niezadowolenia, zwierzak stanąwszy na łapach, przeciągnął się z budzącą zazdrość lekkością i zaczął kręcić po sypialni zaczynając od otarcia się o nogi oficera medycznego.

    Pozostałe kabiny były jeszcze w stanie rozbudzania i jarzyły się prawidłowym bursztynowym światłem. Caleb przez chwilę czuł dezorientację patrząc na niestandardową ilość kabin jak dla skromnej załogi Kardashiana, ale ostatecznie pamięć kapitana nieprzyjemnie rozwiała wątpliwości cierpko brzmiącym słowem. P a s a ż e r o w i e.

    - Dzień… dzień dobry, Adam - Zawsze zwracał się do oficera medycznego po imiennym akronimie. Szanował preferencje syntetyków do bycia traktowanymi jak sztuczni ludzie, a nie roboty użytkowe. Zdawał sobie sprawę, że właśnie taki odruch ma wywołać celowe nadanie im ludzkich twarzy, ale nie miało to dla niego znaczenia - Jakie ETA do Borodino?

    - Tak, kapitanie. Wszystkie funkcje życiowe załogi mieszczą się w akceptowalnych parametrach. Nie wykryłem uszkodzeń kriokomór ani destabilizacji systemów podtrzymywania życia.
    Milknie na moment.
    Potem pochyla się nieznacznie, jakby nie chciał, by reszta załogi usłyszała kolejne słowa.

    - ...jednak komputer pokładowy wybudził nas o 78 dni za wcześnie z powodu niezidentyfikowanego sygnału ratunkowego.

    Hannigan zamknął na chwilę oczy i westchnął. Każdy kapitan i członek załogi musiał się liczyć z tym co może się wydarzyć, ale statystycznie się nie wydarza. Kosmos był wielki. Przelatujące obok siebie jednostki były rzadkością nawet na popularnych rejsowych i tranzytowych trasach co wynikało z odmiennych trajektorii uzależnionych od niezbędnych asyst grawitacyjnych jakie dawały gwiazdy i mijane planety. Nie wspominając o niemal odludnym odcinku między Gliese, a Borodino. Dlatego każdy kapitan i członek załogi niemal nie brał takiej sytuacji pod uwagę.

    - Podaj czas odebrania pierwszego sygnału - powiedział powoli przypominając sobie kodeks kosmiczny - … sygnaturę nadawcy… i częstotliwość. Wojskowa, czy cywilna?

    - Pięćdziesiąt siedem minut temu - odpowiedział zwyczajowo uprzejmym tonem Adam - Bardzo słabe źródło sygnału, na niekodowanej częstotliwości służb bądź wojska. Brak aktywnego transpondera, wyłącznie lakoniczna prośba o ratunek.

    Android przesuwał swoim wzrokiem po reszcie ludzi, z mniejszym lub większym entuzjazmem próbujących opuścić miejsca, w których spali od ponad dwóch miesięcy.

    - Źródło sygnału powinno być w zasięgu sensorów statku, kapitanie - kontynuował syntetyk - Wnioskuję, że to bardzo mały obiekt. Nie posiadam dalszych danych pozwalających na bardziej złożoną analizę sytuacji, musi pan aktywować uruchomienie czujników.

    Hannigan mruknął coś pod nosem przyjmując do wiadomości słowa Adama. Android medyczny pomimo swojej elektronicznej inteligencji i szerokiej autonomii działania pozostawał w świetle przepisów Kellanda narzędziem nie posiadającym prawa do przejmowania większości kompetencji żywej załogi i nie mógł uruchomić pełnej aparatury kombajnu bez uprzedniej zgody kapitana.

    Jasnowłosa reprezentantka Lasalle stanęła na nogach zaskakująco szybko i jeszcze szybciej wyczuła coś niepokojącego w procesie wybudzania, bo z miejsca ruszyła w stronę Hannigana.

    Skinął głową androidowi potwierdzając, że przyjął i zrozumiał, po czym ubiegając korporatkę, której niecierpliwy wyraz twarzy przyprawiał go o ból głowy przypominając odbytą rozmowę w barze na Gliese, odezwał się do załogi:

    - Opiekun odebrał sygnał S.O.S. Za pół godziny widzę wszystkich w mesie na odprawie. Panie Kalashnikov, panie O’Collan, 5 minut wcześniej proszę na mostek. Pani Volkov, zdąży pani wykonać diagnostykę anteny? Musimy potwierdzić, czy to nie błąd.

    Hannigan mimo iż nie był posuniętym w wieku dinozaurem, prawdopodobnie mnóstwo czasu spędził w kriośnie, bo piastował tradycyjnej formie “panowania” i “paniowania” przy wydawaniu poleceń. Choć odzywanie się po imieniu w mesie, czy w portach przychodziło mu równie łatwo. Ale dzięki temu łatwo było odróżnić polecenia służbowe od zwykłej rozmowy.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    MarrrtM Marrrt

    Wysłuchał wszystkich uwag i odpowiedzi bez słowa czekając aż każdy się wypowie. Wyraz jego twarzy niemal nie drgnął poza momentem na początku gdy odezwała się korpoagentka. I w taki sposób jakby łyknął omyłkowo zamiast kawy, popłuczyny, które stary kantynowy ekspres co jakiś czas zwykł z siebie wypluwać. Skinął jednak głową Delili, która postarała się by nie mógł jej ignorować. W końcu gdy już nikt nie miał niczego do dodania ponownie się odezwał.

    - Pani Volkov słusznie zauważyła, że mówię nieśpiesznie i może trochę zbyt wyraźnie - powiedział pozwalając sobie na nieznaczny uśmiech zrozumienia żartu jednym tylko kącikiem ust - Ma to na celu abyśmy wszyscy zrozumieli powagę sytuacji. Za nieuzasadnione nieudzielenie pomocy, lub odmowę wykonania rozkazów z udzieleniem pomocy związanych, kodeks prawa kosmicznego przewiduje do trzech lat pozbawienia wolności - powiedział pozornie do korpoagentki Le Fey, bo patrząc jej w oczy, ale w sposób dedykowany przede wszystkim do pasażerów i załogi, którym jej celowe jątrzenie mogło w sposób druzgocący namieszać w głowach - Ponadto i co istotniejsze skazanym odebrane zostaną wszystkie licencje i certyfikaty do pracy w sektorze kosmicznym. Każdy kto będzie się chciał odwołać, będzie musiał stanąć samemu przeciw prawnikom marynarki. Bo Kelland nie odpowiada karnie za nasze działania. Jest ubezpieczona. - po czym dodał już niby grzecznie, ale w tonie wyraźnie pouczającym - Psze pani.

    I tak jak Delilah sprytnie sporo gróźb zostawiła w niedomówieniu, tak i on nie musiał dodawać co czeka załogantów bez papierów do wykonywania jedynej roboty na jakiej się znali. Praca górnika w koloniach korporacyjnych. Bo chyba nikt się nie łudził, że prawnicza machina Kellanda stanie w ich obronie. A górnikom nie przysługuje medyczny android pokroju Adama, a czasem nawet środki antyradiacyjne.

    Spojrzał następnie na konwojenta, który w jego mniemaniu zareagował zbyt ostro. Kapitan uznał jednak, że taka wojskowa przeciwwaga do wykonywania procedury, przyda się załodze i bardziej przemówi do obowiązkowości niż mglista wizja konsekwencji za niedopełnienie obowiązków. Poza tym Holt był zatrudniony przez Kelland. A to było bardzo wygodne na statku gdzie Caleb był kapitanem.

    - Dziękuję za sugestię Panie Holt. Jest cenna. Panie Crowe proszę się pochylić nad tym co mogą nam powiedzieć sensory o kapsule. Co do samej kapsuły. To jednoosobowy model. Nie ma mowy o grupie spanikowanych ludzi. A z jednym sobie poradzimy. - myślał przez chwilę bębniąc palcami po stole kantyny po czym dokończył - Przyjmujemy kapsułę śluzą boczną. Ostatecznie. Hangar to plan awaryjny. A teraz, koniec odprawy. Proszę przejąć swoją baby Panie O’Collan. Za chwilę dołączę na mostku… czy on śpi?

    Na koniec kapitańskie spojrzenie utkwiło z niedowierzaniem na skulonym w kącie młodym naukowcu, który w poniekąd zrozumiały sposób po wybudzeniu z kriosnu zdawał się drzemać. Caleb pokręcił głową i rzucił w przestrzeń nad stołem - Niech go ktoś obudzi.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    MarrrtM Marrrt

    Podręcznikowo. Caleb Hannigan sam umiał pilotować. Robił to nawet gdy manewry wymagały drugiego pilota. Ale musiał przyznać, że nie zrobiłby podejścia lepiej niż ten pistolet. I to mimo wałęsającego się obok fotela pilota Chalplina.
    - Dobrze panie O’Collan. Bardzo dobrze. Wszyscy bardzo dobrze. Niech pan utrzymuje naszą pozycję stacjonarną z dala od Bleinerta póki nie postanowimy co dalej. Gdy kapsuła zostanie zadokowana, proszę go zacząć okrążać od starburty w bezpiecznej odległości z dala od aktywnej strefy obrony, żebyśmy mogli ocenić wizualnie zniszczenia z drugiej strony.

    Patrzył przez chwilę na daremne wysiłki Sadzy świetlnego wywołania reakcji ze strony kapsuły, lub tendera. Nic. Napromieniowany sarkofag jak to ujął Elias. Fatalnie dla biednych marynarzy na Bleinercie. Ale to by rozwiązywało sporo problemów, bo tak jak słusznie zauważyła korpoagentka, wysokie odczyty promieniowania (jeśli się potwierdzą dla samego Bleinerta) dają solidny argument, by nie sprawdzać, czy ktoś przeżył i nie ryzykować własnego życia. Wtedy nie pozostanie do zrobienie nic więcej jak zacumować na sztywno i połączyć jednostki bez otwierania. I powoli kontynuować podróż na Borodino. Najwyżej nie dowiozą agentki Le Fey na czas. Ale wtedy stać ich na to będzie.
    Pozwolił sobie na krótką myśl ile problemów by mu w życiu rozwiązał taki obrót spraw. Od równi pochyłej… być może z powrotem? Zaraz jednak przegnał tę myśl. Nie żeby się przed sobą samym wstydził wykorzystania okazji. Nie. Po prostu pod tym względem w pełni zgadzał się z Sadzą. Jeśli cokolwiek mogło pójść nie tak, to pójdzie napewno. Zwłaszcza, że zgodnie z kalendarzem mieli piątek. Co prawda 15, a nie 13, ale kosmos w żaden dzień tygodnia nie lubił ludzi. I pomyślawszy to kapitan zaraz się skrzywił wizualizując sobie pierwszą, dość poważną przeszkodę.

    - Pani Volkov, jeszcze jedno - zwrócił się w stronę stanowiska radiostacji - Proszę sprawdzić, czy kapsuła nie wysyła jeszcze jakiegoś innego automatycznego sygnału.
    Przez chwilę wyglądał jakby zastanawiał się, czy rozwinąć tę prośbę, lub doprecyzować i ostatecznie dodał - coś dzięki czemu Bleinert odróżnił ją od wrogiej jednostki.

    Potem zwrócił się do ich pokładowego naukowca.
    - W porządku Panie Crowe, może pan dołączyć. Ale nie chcę widzieć przy śluzie nikogo więcej. Tłok nam tam nie pomoże. A śluza boczna to nie mesa. Miejsca nie ma zbyt dużo. W razie czego zostaniecie wezwani.


    Idąc korytarzami Kardashian w stronę śluzy bocznej słuchał dźwięków jakie wytwarzał kombajn. Poszycie wydawało z siebie charakterystyczne głuche odgłosy gdy Sadza przy manipulatorach sterował przechwyconym obiektem. Zawsze ile razy już Caleb nie leciał, miały w sobie coś paskudnego. Coś w rodzaju przypomnienia, że od miliardów mil śmiertelnej próżni oddziela ich raptem 2 cale stali, która fabryczne kucie widziała dziesiątki lat temu, a ostatni serwis miał za zadanie wyłącznie dopełnienie zgodności w papierach. Kelland nie miał powodu by władowywać w sprzęt więcej pieniędzy niż było to konieczne. Efekt był taki jak wszędzie i zawsze. Wszędzie niedoróbstwo i zaniedbania. Wszędzie ludzkie skurwysyństwo. I na dodatek wszędzie taka Le Fey, która tylko czekała, która niczym pies gończy korporacyjnych systemów pilnowała, by człowiek w tej machinie czuł się elementem obcym i wrażym.
    Zatrzymał się nagle i skrzywił. Nie wziął pigułek od Adama. Nie było czasu. Procedura. Kurrrwa… Natłok myśli. Zawsze taki sam. Nic z niego nie rozumiał. Kompletne bagno. Jakby jego mózg musiał się wypróżnić.
    Podtrzymując się ściany, przech parę chwil dochodził do siebie. W końcu ruszył dalej.


    Przynajmniej jedna z wątpliwości, które miał Caleb została rozwiana gdy kapsuła okręciła się do nich widocznym oznakowaniem USS Bleinert. Nie był to uciekinier z jednostki, która eksplodowała, tylko, tak jak inni myśleli, z tendera.

    - Pomysł, żeby odciąć śluzę jest dobry - przytaknął Sadzy i Crowe’owi, którzy sceptycznie patrzyli na wejście, za którym był krótki korytarz wiodący do kapsuły - Ale nie chcę się zdawać na same odczyty. Chcę mieć oczy w środku. Adam. Zakładamy, że w środku jest rozbitek. Najpewniej nieprzytomny. A jedyne czego się obawiamy to skażenie radioaktywne. Ty na nie jesteś odporny. Będziesz w śluzie z miernikiem Geigera gdy otworzymy kapsułę i dokonasz wstępnej oceny. Otwieramy.

    - Kapsuła przechwycona - poinformował załogę na mostku przez interkom.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    MarrrtM Marrrt

    Odesławszy Gleesona, którego upomniał o odłożenie klucza, Caleb odczytał przesłany do niego mimowolnie komunikat korpoagentki Le Fey. Potarł dłonią brodę zastanawiając się ile z tej pasażerki może być jeszcze problemów. Bo głowę dałby sobie uciąć, że dla ludzi jej pokroju nie istnieje odpowiedź "nie" i nie da się ona spławić ich pokładowemu komputerowi. Uznał, że najlepiej będzie jeśli...

    Alarm radiacyjny.
    Nadia.

    - Tak, pani Volkov?
    Wysłuchał meldunku. I chyba trochę odetchnął. Wolał widzieć i znać komplikacje zawczasu niż odkrywać je gdy jest za późno. A doświadczenie mu podpowiadało, że i tak i tak jakieś się pojawią. Tym razem Nadia wykryła je wcześniej.

    Chwilę później obrazu dopełnił raport pilota. Odkryta przez Davy'ego wyrzutnia torped, oraz wyraźne uszkodzenie poszycia Bleinerta były kolejnymi elementami układającymi się w jakąś całość, której Caleb jeszcze nie potrafił rozszyfrować. Tak czy inaczej oba odkrycia były tym, czego kapitan się spodziewał zarządzając oblot z bezpiecznej odległości.

    - Bleinert raczej nie mógł ostrzelać drugiej jednostki - myślał głośno - zostałyby szczątki. Bardziej to wygląda na przeciążenie reaktora i implozję. Blisko. To by tłumaczyło tę chmurę. Dobrze. Proszę ustawić nas i zawiesić nieruchomo w pozycji ekranowania przez tender. A potem ustawić na auto. Potem widzimy się wszyscy... Panie Crowe? - Hannigan przełączył na interkom ze śluzy, który zasygnalizował połączenie z jego stanowiskiem. Wysłuchał co miał do powiedzenia inżynier atmosferyczny. Cień zniecierpliwienia przemknął mu po twarzy jakby nie uśmiechało mu się bieganie na każde odkrycie wyraźnie poddenerwowanej załogi. Ale nie zmieniło to odpowiedzi - Już idę panie Crowe. Ale proszę mi oszczędzić epitetów.

    Wychodząc ze stanowiska dowodzenia, nie podejrzewał, że Elias wyraził się trafnie i bez specjalnej przesady. Ale podejrzewał, że o czymś jednak zapomniał.
    - Po zabezpieczeniu mostka, widzę Was w ambulatorium. - dodał jeszcze do Davy'ego i Nadii.

    Rozgrywka

  • [CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
    MarrrtM Marrrt

    Taryfiarz był spoko. Żadnych pytań, zdziwienia, marudzenia. Zresztą spróbowałby marudzić. Choć mógłby, bo mu Switch trochę pewnie kanapę juchą upieprzy. A jak nie juchą to tym w czym był utytłany po opuszczeniu śmietnika. Ale za taką stawkę kierowca był mądrze milczący i zlewający. Co Żaba musiał docenić, bo dość już sobie wrogów dziś narobił. Mimo że patrząc na postępujące odliczanie taryfikatora, miał ochotę zrobić sobie nowego wroga. Pozwolił sobie odpłynąć wspomnieniem do Szóstek i gdy zamknął oczy, uświadomił sobie, że nadal mruga mu ikonka z czerwoną kropką!

    - O kurwa... nie uwierzycie... - powiedział nagle do kumpli z tyłu - Nagrałem to wszystko!

    Nie zastanawiając się wiele przewinął sobie kadry do początku strzelaniny. Dłonie mu się zacisnęły instynktowo... Kurwa, że też lśnienia nie włączył! Choć nie. Tak jest lepiej. Surowiej. Czuć brutalną perfekcję komandosów. I pewnie i tak mieli blokady włączone.

    Rozgrywka cyberpunk cyberpunk2077
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa