Hai wszystkim nowym! 
@ketharian Ostrzeżono go pewnie!
Hai wszystkim nowym! 
@ketharian Ostrzeżono go pewnie!
Kiedy pierwsza wściekłość zeszła z Michaiła począł on zauważać niepokojące oznaki na twarzy kobiety. Oznaki rozbawienia całą sytuacją.
- Luby... - westchnęła głęboko, a jej usta przyozdobił niepasujący do sytuacji rozanielony uśmiech, jak wspomnienia ją zalały - A na chuj mam ci to powiedzieć? I tak naprawdę... Czemu? Czemu miałabym cokolwiek mówić takiemu idiocie, co w gównie szuka złota, jakie leży obok?
Ann z niezaprzeczalną radością przygotowała się na przybycie ludzkiego mentora pamiętając o zachowaniu całej tej masakarady rozkapryszonej pannicy co chce się nauczyć być niebezpieczną. Wyszła do nowoprzybyłej w markowej bluzie, markowych spodniach i na pewno drogich rękawiczkach z jakiś zbyt drogich sklepów... Wyglądała jak na filmach.
- Cześć Ann, dobrze cię widzieć. Twój sugardaddy jest w domu?- zapytał na powitanie Raze uśmiechając się szeroko.
- Jeeest, jest. - odpowiedziała przeciągając sylaby - Też chcesz by cię sponsorował?
- Taaa… tyle, że ja wolałbym nie obciągać mu laski kotku.Kiepsko mi to wychodzi.- rzekł z szerokim uśmiechem Raze i wskazał na swojego towarzysza. - To jest Jun. I jest tak dobry w obracaniu nożem, że można sądzić że z nim sypia.
- Bo sypiam. Z nożem pod poduszką. - wyjaśnił z uśmiechem Jun i dopytał. - Chcesz się uczyć bronić z nożem w ręku, czy… chcesz naprawdę zrobić nim krzywdę. Bo to dwa różne podejścia.
- Robić nim krzywdę, oczywiście! - odparła z radością jaka przypisana była mean girls from schools.
- Ok.- Jun nie wydawał się do końca przekonany zapewne biorąc za jedną z tych pustych lasek, które chciałyby być badass, a zemdlałyby przy patroszeniu ryby. Niemniej wyciągnął dwa szerokie noże z pochew przy pasie. Podał jeden Ann. - To nóż taktyczny SEAL. Niekoniecznie najlepszy do pojedynków na noże, ale za to wielofunkcyjny. Chodźmy w las. Potrenujemy na jakimś drzewie.
Ann wyglądała na wyraźnie rozradowaną, gdy zabierała mężczyznę w las. Ciągle oglądała nóż jaki jej dał starając się grać rolę głupiej siksy co sama nie wie na co się pisze.
Wkrótce rozpoczęła się nauka na drzewie jako manekinie. I wtedy Ann pojęła czemu wampiry nie cenią noży. Jun dużo mówił o celowaniu we wrażliwe punkty ciała mające wyłączyć przeciwnika z walki. Krtań, wątroba, płuca, nerki… jak dosięgnąć serca. Problem polegał na tym, że pomijając serce żaden z tych organów nie miał znaczenia dla wampira. A i nawet ukłucie nożem w serce niewiele by zrobiło. Potrzebny byłby duży drewniany kołek, najlepiej osikowy, jak dyktowała tradycja. Wampiry nie ceniły noży, bo ukłucie noża nie stanowiło dla nich zagrożenia.
Niemniej dziewczyna grała zainteresowanie, by w końcu zapytać:
- A obrona nim czym się różni?
- To krótkie ostrze. Obrona w tym przypadku jest głównie atakiem i przewidywaniem jak przeciwnik uderzy. Może ruchami noża…- machnął zamaszyście ręką Jun.- … zmusić przeciwnika od ostrożności, ale nóż nie służy do obrony. Bardziej do odstraszania.
Dziewczyna pokiwała głową niby uważna uczennica.
- Jedna sprawa, którą powinnaś pamiętać. Gdybym uczył cię samoobrony, to twoim celem byłoby zmuszenie przeciwnika do odstąpienia. Zadanie takich ran, które nie byłyby groźne dla życia, ale wystarczyłyby żeby bandzior zwiał z podkulonym ogonem..- wyjaśnił Jun bawiąc się nożem.- To co cię uczę, psy określają przekroczeniem obrony koniecznej. Za takie użycie noża w walce można już trafić do aresztu, a nawet do ciupy na kilka latek.
- Jeżeli cię powiążą! - radośnie powiedziała nie wspominając, że szeryf jest ich... a może to oni szeryfa? To Książę Stillwater w końcu.
- Jeśli cię powiążą… planujesz jakieś morderstwo?- zapytał wprost Jun.
- Planuję być gotowa na możliwość jeżeli by naszła konieczność... ale nie mam planów wymordowania tutejszej podstawówki, jeżeli cię to martwi. - wzruszyła ramionami - Po prostu życie to życie. Czasem trzeba reagować na wydarzenia, nie?
- To prawda. Niemniej jeśli ja planowałbym kogoś zabić, to nie użyłbym noża. Tylko Raze’a… albo innego najemnika. Najlepiej takiego, którego trudno byłoby ze mną powiązać.- wyjaśnił Jun.
- Można też po prostu posiadać dużo kasy. - odparła radośnie.
- To prawda.- przyznał Jun. - Kasa rozwiązuje wiele problemów.- Po czym zmienił temat. - W każdym razie, ćwicz co ci pokazałem. Jak przyjadę znów, sprawdzę jak ci idzie. I jeśli zrobisz postępy to nauczę cię czegoś nowego. A teraz wracajmy do środka, nie wiem jak u ciebie, ale mój tyłek zamarzł na tym mrozie.
Rozmowa Williama i Raze’a przerwana została gdy Jun i Ann weszli do środka. William od razu podszedł do wampirzycy, objął ją poufale chwytając za tyłek i pocałował w policzek. - I jak się bawiłaś skarbie?
Ann zachichotała wtulając się w szyję wampira.
- Och, świetnie! Dziękuuuję...! - powiedziała i ucałowała Williama obok ust, jakby obiecując dalsze wydarzenia później.
- Więc, jak się spisała ?- Raze zwrócił się do Juna, a ten wzruszył ramionami. - Na razie nie było źle, ale na tym etapie trudno powiedzieć.
- Ok. To my się zwijamy na razie.- dodał Raze z uśmiechem. - Nie możemy zostać do jutra. Mam interesy do załatwienia w Nowym Yorku.
- My też mamy interesy, prawda kotku? - zapytała Williama. Wampir skinął głową uśmiechając się czule. A Jun dał kuksańca Raze’owi znacząco się uśmiechając. Gangrel odpowiedział uśmiechem i słowami. - Nie masz nawet pojęcia jak… - po czym dodał po chwili do Juna. - Dobra, to chodźmy i zostawmy zakochane ptaszki razem. Na razie Will.
Obaj wyszli, a Will spojrzał na Ann.- Dobrze się bawiłaś?
- Nie tak dobrze jakbym chciała, oczywiście. - stwierdziła - Ale nie mogłam przecież przesadzać przy śmiertelnym. Jestem grzeczna.
- I dobrze. Nie ma co się popisywać przed śmiertelnikami. Wielu łowców wampirów zaczynało jako świadkowie takich popisów.- dodał uprzejmie William i dodał dumnie. - Szykuję się do wydania nowego wydania moich wierszy. Zainteresowana posłuchaniem kilku z nich?
- Jestem umówiona z magiem, tym Vincentem i chciałam cię poprosić byś mnie zawiózł do Róży. Niechętnie ominie mnie sprawa z wampirem co uciekał Sabatowi... - była zadowolona, że tym razem ma prawdziwą wymówkę.
- Ów wampir nigdzie się nie wybiera. Nasz książę ma do niego pytania, a Książę… też się zaciekawił.- rzekł William ruszając w kierunku wieszaka po kurtkę. Nie dlatego, że ją potrzebował, lecz dla pozorów.
- Ale ominie mnie przesłuchanie. - westchnęła sama się zbierając.
- Rozmowa. On nie jest o nic oskarżony.- przypomniał jej William otwierając drzwi przed dziewczyną. - I jest prawdopodobnie jednym z nas. Jest członkiem Camarilli.
- Tylko prawdopodobnie! - zaśmiała się dziewczyna wychodząc na zewnątrz.
<Róża>
Vincent już na nią czekał. Z butelką burbonu i papierosem. Wyglądał na nieco zdenerwowanego. Albo zaniepokojonego. Przed sobą miał kilkanaście notatek i przyglądał się kartkom ćmiąc papierosa.
Ann za to weszła cała w skowronkach i nawet cmoknęła Vincenta w policzek nim usiadła przed nim opierając brodę na dłoniach.
- Coś nie w sosie jesteś.
- Usiądź. - rzekł poważnym tonem Vincent i nalał sobie alkoholu. - Otóż. Mogę wejść w twoje wspomnienia, spenetrować je i wydobyć informacje. Mogę… ale tego nie zrobię. Mogę bowiem tak zrobić tylko teoretycznie. Nie mam doświadczenia w wyciąganiu informacji, nawet jeśli widziałem jak ktoś inny to robi. Bez odpowiedniego przygotowania jestem rzeźnikiem, a do tego potrzebny jest chirurg. Mam więc… inny plan. Który nie zakończy się rozwaleniem twojej psyche w kawałki. Bo o ile ciało się ci może zregenerować, to umysł już nie.
- ...to... mógłbyś po prostu zdewastować moją psychikę? - zdziwiła się - Więc jeżeli nie to, to jaki masz plan?
- Taki który ewentualnie może zdewastować ci psychikę.- odparł Vincent popijając trunek.- Otóż, zamiast na chama wdzierać ci się do głowy i przetrząsać wspomnienia, mogę wejść tylną furtką poprzez majaki senne i pozwolić ci przeżyć owo wspomnienie jako sen. Tyle że wspomnienia przeżywane poprzez sny, są filtrowane przez emocje. Więc ogólnie to byłby koszmar na jawie. Nie wiem na ile to twoje emocje zniekształcą prawdę, ale jest szansa że z grubsza będziesz wiedziała jak wyglądał ten który cię zmienił w wampirzycę. Nie będzie to szczególne przyjemne doświadczenie i możesz potem dostać jakiejś traumy, ale to z dwojga złego to lepsze rozwiązanie.
- Świetnie! - zgodziła się od razu - Poradzę sobie. Co noc mam koszmary, więc to nie może być gorsze.
- Koszmar na jawie. Mówimy tu o świadomym śnieniu.- wyjaśnił różnicę Vincent i zapalił papierosa. - To bardziej nieprzyjemne przeżycie, gdy zamiast podświadomości to twoja świadomość wędruje przez sen.
- Bardziej nieprzyjemne od bycia zakopywanym... em... jakby żywcem po śmierci?
- Nie. Ale zdajesz sobie sprawę, że to właśnie będzie motywem przewodnim twojego koszmaru? - zapytał retorycznie mag ćmiąc papierosa.
- To raczej będzie jego zakończenie. Najpierw mój "tatuś" musi mnie upolować, zadźgać i Przemienić... Później do dołu wrzuci.
- Noc przemiany. Od początku do końca. Nie mogę zrobić emocjonalnej kotwicy dla snu z dokładnej godziny.- wyjaśnił Vincent ćmiąc papierosa. - Czyli przeżyjesz wszystko jeszcze raz. Tylko będzie straszniej , niż było naprawdę.
- Czemu straszniej? - zdziwiła się.
- Emocją jakie powiązałaś z pewnością z tym wspomnieniem jest strach. I ta emocja wypaczy nieco… albo wypaczy bardzo to wspomnienie. - odparł Vincent ćmiąc papierosa. - Czyniąc je jeszcze bardziej nieprzyjemnym i bardziej surrealnym.
- Teraz jestem lekko zaniepokojona... - przyznała - Ale wiesz... - przysunęła usta do ucha Vincenta - W pokoju maluję krwią po ścianach, jak koszmary mnie pchną w to... Więc wiesz... -
Nie wspomniała skąd bierze krew.
- Lukrecja obedrze mnie z kasy. I tak będzie fukała na wysmarowanie kredą pokoju w jej hotelu. - westchnął mag jakoś nie poruszony jej słowami.
- Poproszę Willa by zapłacił jej za to co się stanie z mojego powodu. - obiecała.
- Ok. Jesteś gotowa?- zapytał mag zbierając swoje notatki na kupę.
- Jak nigdy.
Mag zaprowadził ją na górę, do wynajętego przez niego pokoju. Tam na środku podłogi nakreślony został kredą skomplikowany wzór, składający się z kręgów i łączących ich kresek. Jakichś tajemniczych znaków i zapalonych świeczek. Vincent wskazał miejsce na środku tego wzoru, pustego koła znajdującego się w centrum.
-Tam usiądż.- rzekł zamykając za nią drzwi.
Ann posłusznie usiadła na wskazanym miejscu.
- Jesteś pewien, że na wampira zadziała?
- Powinno. Nie będziesz pierwszą wampirzycą której mieszałem w głowie. No i już się przekonałaś, że mogę przymusić cię do nie wchodzenia tam, gdzie nie chcę byś weszła.- przypomniał Vincent tasując karty.
- Czy to będzie długo trwało? Jak wtedy? Jak sen?
- Realnie potrwa to dwie trzy godziny. Ale sen ma własną logikę i czas we śnie ulega rozciągnięciu.- usiadł przed nią i wyciągnął kartę z talii. - Proszę na nią spoglądać i z kupić się, gdy będę… nazwijmy to czarowaniem.
Karta przedstawiała rzekę krwi pomiędzy dwoma sztyletami. Na samym dole była kąpiąca/topiąca się w niej niewiasta. Nieco powyżej sztyletów były dwa wilkołaki. Nad nimi był zielonkawy księżyc z twarzą kobiety.
Świat znikł. Ann znalazła się wśród ludzi zamkniętych w ciężarówce, a może owiec, królików? Niektóre twarze miały bardzo zwierzęce cechy, długie uszy, zęby, zwierzęce oczy i zwierzęce rysy. Panował smród i chłód. Ludzie byli apatyczni. Ann jechała czując się ściskana w tym tłumie kloszardów, miażdżona niemal. Słyszała szum szeptów, rozpoznawała niektóre wypowiedzi. “Jestem głodny” “Zabiją nas” “Jedna działka, potrzebuję jednej działki.” Nie wiedzieli jak długo już jechali i kiedy to się skończy. Ann wiedziała, bo już raz to przeżyła.
Chociaż była już kimś innym to jednak wspomnienia uczuć powoli napływały. Czuła głód... Ale nie był to ludzki głód. Czy ona w ogóle pamiętała jak się go odczuwa? Na pewno czuła strach... Tylko razem wydawał się strachem bardziej prymitywnym, strachem zwierzęcia.
Po chwili drzwi się otworzyły, a za nimi były bestie. I to dosłownie. Nie widziała wampirów, widziała pokraczne humanoidalne sylwetki. Zgarbione i z długimi łapami zakończonymi pazurami, świecące na czerwono oczy, rzędy kłów w pyskach. Nie wydawały poleceń, tylko warczały jak dzikie bestie. Jednak tłum prowadzony na rzeź zdawał się je rozumieć i wylał się niczym fala z paki ciężarówki, porywając Ann ze sobą. Śmiertelną i ciepłą Ann, słabą… łatwy cel.
Wydawało jej się, że czuje uderzenia młotem w klatce piersiowej, drżenia rąk i nóg. Chciała się skulić, być niewidoczna.
Cień gdzieś na granicy wzroku, wysoki, długi. Kobiecy głos. - Czas zacząć ucztę.
Bestie po prostu rzuciły się na ludzkie bydło, które zaczęło się rozbiegać w panice. jeden po drugim. Ludzie ginęli w ten sam sposób, gardła były rozrywane… krew była pita. Potwory nie przejmowały się ucieczką śmiertelników. Nie byłoby zabawy, gdyby dawali się potulnie zarzynać.
Poczuła panikę, jaką potrafiła odczuwać już wcześniej we snach... panikę z przeszłości. I ta panika dodała jej odwagi, gdy pchnęła nogi do ucieczki, z dala od krwi, z dala od śmierci, z dala od zapachu cierpienia i strachu. Między schronienie gęstych liści, byle dalej, byle szybciej. Zapach krwi słabnie zastępowany zapachem mordej ściółki…
Za sobą słyszała krzyki zarzynanych owiec, świni, a nie ludzi. Las pachniał krwią i moczem, a może to ona nimi pachniała? Na pewno śmierdziała strachem. Za sobą, kątem oka widziała drgające ciała humanoidalnych zwierząt wrzucane przez bestie do dołów śmierci. Przed sobą, pokrzywione drzewa kpiące z jej próby ucieczki. Bo przecież nie można uciec przed potworami, nie można uciec przed śmiercią.
A jednak próbowała, bo tak bardzo chciała żyć. Uciekła już wcześniej, ucieka i teraz. Miała jeszcze tyle życia przed sobą! Tyle planów! Musiała uciec!
Tylko dokąd? Jak tylko wpadła w las, znalazła się w klatce. Wszystkie drzewa były takie same, wszystkie z niej kpiły i chichotały. Czarne cienie wznoszące się ponad nią. Nagle zimne kobiece palce zacisnęły się na jej gardle dusząc głos. Została pochwycona od tyłu, kiedy? Jak? Dusiła się ściskana brutalnie za szyję. “Daleko się zapuściłaś.” głos kobiecy, zimny. beznamiętny… jakby nie była człowiekiem, a bakterią pod mikroskopem.
https://i.pinimg.com/originals/b8/6b/a8/b86ba81a53724a9b15bf66fc1fe30a82.jpg
Chuda, blada kreatura o niemal łysej czaszce i opalizująco fioletowych oczach i czarnych szponach. Czasami wydaje się całkiem ludzka, częściej jej rysy się nieludzko wydłużając zmieniając oblicze diabelską karykaturę wychudzonej kobiety. “Zmusiłaś mnie do gonitwy pionku. I dlatego pocierpisz przed przed przemianą w coś użytecznego.” Wybijała nóż w ciało pochwyconej Ann, tak by zadać jak najwięcej bólu, nie uszkadzając witalnych organów.
Ann wrzeszczała. Broniła się. Błagała, choć nie wiedziała co tak naprawdę błaga. Potwora czy człowieka?
- Dlaczego?! Błagam! Daruj! Zrobię co chcesz!
“Oczywiście, że zrobisz.” zimny kobiecy głos, zimny dotyk stali przeszywający bólem wnętrznosci. “Wykrwawiasz się i cierpisz. I tego właśnie od ciebie oczekuję.”
Rozumiała, że jej głos słabnie. Dłonie chwytające tnące skórę ostrze także trzymały coraz słabiej, choć nadal próbowały toczyć tę nierówną walkę. Czuła metaliczną krew wypływającą kącikami ust, czuła jak zaczyna ona zalewać płuca i coraz ciężej się oddycha, gdy zaczyna wydychać szkarłat. Próbowała mówić, ale to było nieskładne, a nawet szept powodował ból. Ostatnie składne słowo brzmiało "Dlaczego..."
Nie otrzymała odpowiedzi, za to poczuła straszliwy ból, gdy kły wbiły się w jej krtań wysysając wraz krwią resztki życia. Potem coś wlało się do ust Ann, coś ciepłego i metalicznego w smaku.
“Nie zawiedź mnie pionku. Bądź użyteczna.” Ciemność, zimno, śmierć…
Pobudka nastąpiła w grobie. Ann pamiętała tłoczące się wokół niej ciała wampirów, równie oszalałe z głodu jak ona. Tym razem tak nie było. Tym razem ciała stopiły się w jedną masę twarzy, dłoni, oczu zębów. Prawdziwie tzimitze’owską kreaturę otaczającą ją z każdej strony, chwytającą rękami, kąsającą, szepczącą jej szaleńcze sekrety i próbującą ją wchłonąć w siebie… uczynić ją częścią tej przerażającej masy stopionych ze sobą nieszczęśników.
Tonęła w tej masie. Dusiła się choć nie umierała. Drapała, gryzła. Czuła zapach krwi i emocji, czuła strach i zwierzęcy głód. Chciała rozszarpywać, chciała płynąć w czerwieni i ją pochłaniać całą swoją istotą. Była niepowstrzymanym drapieżnikiem na szczycie łańcucha pokarmowego, mogła niszczyć i zdobywać.
Musiała tylko zjeść tych, co ją chcieli utopić.
Wyciągnięcie się z tej masy zabrało dużo sił i jeszcze więcej kosztowało złości i bólu... Aż w końcu rozkleiła się z ostatnim ciałem i wyciągnęła na zewnątrz.
Noc zamigotała dziesiątkami barw, niemal oślepiając Ann. Wszystko nagle stało się kalejdoskopem wirujących plam barwnych. Było to niemal chorobliwe uczucie. Gdy wirowanie spowalniało i plamy wydawały się ostrzejsze, zorientowała się że siedzi w pozycji klęczącej w kręgu wyrysowanym przez maga. Sam Vincent siedział przed nią tasując karty i wyciągając co chwila jedną z nich. Nie wyglądało to na czarowanie, a raczej na zabijanie nudy. Nie miała czasu zresztą na rozmyślanie o tym, bo ją mocno zemdliło. Pochyliła się drżąc i zaczęła wymiotować krwią. Vincent przyglądał się temu beznamiętnie, jakby właśnie tego się spodziewał. Poczekał aż przestanie wymiotować i zapytał. - No i jak? Zobaczyłaś to co chciałaś? Możemy powtórzyć rytuał jutro, jeśli zajdzie taka potrzeba, ale dziś już nie… wystarczająco mocno testowaliśmy dziś twój umysł.
Ann drżała jak osika. Vincent widział w jej oczach pomieszanie strachu i zwierzęcej motywacji przeżycia. Dotykała ukryte pod ubraniem części ciała, a na boku na wysokości płuca pojawiła się czerwona plama jaka przeciekła przez zakrywający zwykle opatrunek.
- Widziałam ją... - szepnęła drżącym głosem z szeroko otwartymi oczyma - Widziałam…
- To dobrze. Miejmy nadzieję, że sen nie zniekształcił jej rysów.- odparł flegmatycznie mag tasując karty.
Wampirzyca silnie obejmowała się rękoma, ciągle nie mogąc strącić z siebie szoku przeżyć. Wbijała sobie paznokcie w ramiona raniąc się do krwi. Vincent ostrożnie podszedł i przytulił ją do siebie.- No już, już… zła pani sobie poszła.
Niskie warknięcie rozległo się z gardła Ann.
- Nic nie rozumiesz... - głos dziewczyny miał w sobie coś zwierzęcego - Nie możesz... Bo żyjesz…
- Nie to nie.- Vincent po prostu odstąpił od dziewczyny i podszedł do łóżka na którym to usiadł czekając, aż ona dojdzie do siebie.
Minęło trochę czasu nim Ann się uspokoiła... przynajmniej nerwowo. Choć bez ostrzeżenia rzuciła się na maga i zaczęła w niego histerycznie płakać krwawymi łzami.
Vincent tym razem się nie odzywał, jedynie głaskał ją po włosach jakby była małą dziewczynką.
Sama Ann za to zachowywała się jak małe dziecko, potrzebujące przytulenia, gdy wtulała się tak... i wyraźnie nie myślała go puścić. Minęło tak z dwie godziny siedzenia razem, Vincent nic przez ten czas się nie odzywał czekając cierpliwie. W końcu jednak spytał.-Już lepiej?-
- ... Chcę zostać z tobą…
- Ok. Tyle że długo nie zostaniemy.- westchnął Vincent.- Trochę nocy straciliśmy na rytuał. A przy okazji… dał ci on coś? Czy chcesz go jutro powtórzyć?
- Dał mi... - przyznała wtulona - A powtórzyć... Może? Nie wiem... Zawsze mogłabym więcej się dowiedzieć, prawda?
- Nie. Tego nie mogę zagwarantować. Możesz równie dobrze torturować się koszmarami przez kilka nocy nie zyskując żadnych nowych informacji.- wyjaśnił Vincent nie wypuszczając jej z objęć.
- To chyba sobie odpuszczę. - powiedziała - Nie chcę tego znowu przechodzić.
- Mądra decyzja.- zgodził się z nią mag i spytał. - Co planujesz zrobić z informacjami jakie zdobyłaś? Siedząc tu lub w Nowym Jorku i tak swojej twórczyni nie spotkasz.
- Ja... Nie wiem... - powiedziała szczerze - Chciałam zobaczyć kto jest odpowiedzialny za mój stan... ale planu jako takiego nie mam. Jestem kundlem, pamiętasz? Nie wiem czy magowie mają takich jak ja, wyrzutków społecznych, jakich większość ledwo toleruje, o ile w ogóle. Nie mam wielkich wpływów i znajomości, potęgi.
- Mamy swoje uprzedzenia, ale nie mogąc produkować potomków tak jak wy, nie stać nas na otwarty ostracyzm. Co najwyżej na protekcjonalność. - odparł ironicznie Vincent.
- Nie jest rzadkie, że część po prostu nas ubija... chociaż nasze istnienie to w końcu ich wina, a nie nasza. - skrzywiła się - Wy nie zabijacie swoich "bękarcich magów"?
- Zabijamy maruderów, magów których Cisza… których szaleństwo deformuje rzeczywistość wokół nich. Zabijamy infernalistów, zabijamy tych którzy są zagrożeniem dla magów i Śpiących. Nie ma też czegoś takiego jak bękarci mag… są Osieroceni, magowie którzy zazwyczaj ulegli Przebudzeniu z dala od jakichkolwiek Fundacji i nie należą do żadnych Tradycji. Ci są poszukiwani i włączani w struktury naszych organizacji i szkoleni.- Vincent zapalił papierosa.- Nie wiem czemu nie jesteś w stanie tego pojąć. Magów się nie tworzy, magowie się rodzą i ulegają Przebudzeniu. I jest ich zdecydowanie mniej niż wampirów. Każdy nowy członek jest dla nas cenny.
- Po prostu... to zastanawiające. Nie da się stworzyć maga? Nauczyć z książek? Przecież jest taki z Stillwater... Dał mi sztylet.
- To nie mag. To czarnoksiężnik, kultysta. - odparł Vincent wzdychając. - Przywiązany do rytuałów, które musi wykonawać co do joty. I chodząca bomba czasowa. Prędzej czy później jakaś Fundacja będzie musiała przyjechać, zabić go i posprzątać katastrofę, który niewątpliwie wywoła.
- Zabić go? To naprawdę konieczne? - Ann nie była zadowolona.
- Infernaliści rekrutują się często spośród takich jak on.- odparł Vincent. - I nie mówię o prewencyjnym go ubiciu. Nie jesteśmy potworami. Ale… prędzej czy później noga mu się podwinie i skończy jako zagrożenie dla siebie i innych. Taki jest ich los.
- Z tego co kojarzę to... ma związek z jedną z nas, więc... - wzruszyła ramionami.
- To bez znaczenia.- machnął dłonią Vincent. - Jak już przyjdzie nam interweniować to sytuacja będzie poważna. Coś takiego jak tutejszy szpital, tylko na mniejszą skalę. Bądź co bądź nie ma takiej mocy jak prawdziwy mag.
- Mówisz jak klanowe wampiry o bezklanowcach... - Ann wyraźnie to nie podobało się - PRAWDZIWE…
- Mówię jak mag o czarowniku. - odparł Vincent zapalając papierosa. - Mówię jak wampir o wilkołaku. Ten tutejszy sztukmistrz nie jest gorszym rodzajem maga. Jest czymś innym, tak jak Tzimisce. Słyszałaś kiedyś powiedzenie… o tym, że jest wiele sposobów na obdarcie kota ze skóry? To się sprawdza w tej kwestii. Wampir, mag, mumia, wilkołak… każde z tych stworzeń może osiągnąć ten sam efekt stosując inną metodę.
Ann odetchnęła głęboko.
- Dzięki za możliwość…
- Życie jest parszywe i niesprawiedliwe. Nawet po śmierci.- przyznał Vincent wydychając chmurę papierosowego dymu. - Spodziewałaś się czegoś innego? Rycerze w lśniących zbrojach poszli do piachu gdzieś w XV wieku. Nie ma co liczyć na ideały.
- Nie, to Sabat... Po prostu chciałam wiedzieć. Znać twarz. - przyznała - Upewnić się czy to naprawdę Lasombra... a nie dziwny zbieg okoliczności, jaki zdarza się z bezklanowcami.
- Aaa to… nie ma sprawy. Cieszę że udało ci się za pierwszym razem. Domyślam się jak nieprzyjemne to było wspomnienie. - odparł uprzejmie Vincent. - Skąd wiesz, że to jednak Lasombra?
- Cienie... One... Otaczały... Tak sądzę…
- To dobry znak. Sen mógł przeinaczyć nieco to co widziałaś… ale prawda może ukryta za tą symboliką.- zgodził się z nią mag.
- Co teraz zamierzasz robić?
- Dzisiaj? Spać zapewne. Wynająłem pokój obok.- przyznał się Vincent.- Całe to czarowanie to też wysiłek z mojej strony. Przygotowanie wszyskiego, zaplanowanie.
- Powiem Williamowi by opłacił za ciebie ten pokój, żeby Luci się nie złościła... - obiecała.
- Nie ma potrzeby. Opłata pójdzie na konto mojej Fundacji. Chętnie uszczuplę ich zasoby w podzięce za to zesłanie. - zażartował Vincent ćmiąc papierosa. - Poza tym, będąc potomkiem arystokratycznego rodu, nie jestem biedakiem.
Wampirzyca ponownie przytuliła maga.
- Tak bardzo bym chciała móc odczuwać uczucia żywych... Ciekawe co bym odczuwała do ciebie.
- Cóż… magnetyczny pociąg ku mojej charyzmatycznej osobie.- odparł z bezczelnym uśmieszkiem Vincent ćmiąc papierosa.
- Mówili ci już, że jesteś nadętym dupkiem?
- Wiele razy, ale jako nadęty dupek, rzadko ich słucham.- odparł z flegmatycznym uśmieszkiem mag.
- Teraz na pewno nie mam ochoty pić z ciebie i się bawić. - wzruszyła ramionami - Więc możesz sobie spać spokojnie. Ja wracam do swojego geja.
- Do następnej nocy.- mężczyzna cmoknął ją czule w zimne czoło.
Jestem już wolna, mogę pisać. ^^
Powinien być zadowolony z siebie, że jego przeczucie i wzrok go nie zawiodły i nie skazał niewinnej duszy na osąd Łowcy Czarownic. W pewnym stopniu był, jednak sytuacja jaka miała miejsce wokół w pewnym stopniu zaczynała przytłaczać banitę. Nigdy wcześniej w podobnych nie uczestniczył, większość czasu skryty przez listowie lasu, ograniczony do kontaktów z grupami złożonymi z osób, jakie tak jak i on unikały przedstawicieli imperialnej władzy.
- Jeżeli byśmy mieli w zamyśle spalić na raz całą wioskę... - odezwał się jak skończył Tomasino - ...to czy nie poczekalibyśmy na osłonę nocy, by ogień rozpuścić gdy będziecie spać? Czy bylibyśmy chętni przedstawieniem własne karki na siekierę wystawiać, gdy moglibyśmy podejść do tego z głową i tę głowę zachować? - wyłożył widoczny bezsens takiego działania, jednocześnie mówiąc twardym tonem.
Heinrich słuchał wypowiedzi Tomasa w zamyśleniu. Mówiąc szczerze niepokoił go sen z kobietą z tym pierścieniem, jaki łączył się ze studentką z zajęć rysunku, jakiej prace przyprawiały belfra w ból głowy i nie wiedział czy naprawdę ma chęć na nie pójść. W ogóle jako kto? Jaki byłby powód?
- Tylko jako kto miałbym się zjawić na zajęciach z rysunku w Akademii? Tak zupełnie bez powodu byłoby przynajmniej zastanawiające.
- Tym się nie przejmuj. To jest najmniejszy problem. Mogę ci załatwić wejście jako obserwator. Możesz przecież być kimś na tyle bogatym i znudzonym, że chciałby się nauczyć rysunku. Albo rozeznać się w programie nauczania dla swoich dzieci czy dla przyjaciela co ma dzieci. To naprawdę da się załatwić na wiele sposobów, jak masz jakiś co ci pasuje to powiedz kolego, to postaram się to uwzględnić w kalkulacjach. Dobrze, że ci o tym wcześniej powiedziałem bo nie wiem już co myśleć o tych snach i rysunkach. Ale jestem pewien, że to nie może być przypadek. Sam wiesz, że to Siostry przemawiają przez te sny i nie tylko do nas z rodziny. Przecież nawet lady Odette miała sny co w końcu wezwały ją tutaj a ten teatr naszych koleżanek to był tylko pretekst aby tu przyjechała. A przecież ona była w Saltmundzie, poza naszym miastem. Więc i ktoś kto jest tutaj, na miejscu, tym bardziej może być podatny na zew. Tylko jeszcze nie wiem jak ugryźć te rysunki i Gisele. - Belfer mówił szybko i nieco rozkojarzonym głosem. Widać było, że te dzisiejsze sny mocno dały mu się we znaki i bardzo się nimi przejął. Teraz próbował się uspokoić i jakoś naradzić z kolegą co czynić dalej.
- Tak, obserwator byłby dobry. - zdecydował Heinrich - A Gisele w mógłbym sam też poobserwować i własne wnioski wyciągnąć, jako znudzony bogaty jegomość.
- To już zostawiam tobie. Jak się z nią znajdziesz na tych samych zajęciach to już będziesz mógł to rozegrać wedle uznania kolego. - Tobias machnął ręką, że ma na tym polu zaufanie do Heinricha. - Bardzo się cieszę, że się zgodziłeś. Przydałby mi się ktoś ze świeżym umysłem i niezależnym punktem widzenia. Nie znasz Gisele więc będziesz mógł sobie wyrobić zdanie od początku. Ona też cię nie zna. Wolisz to spotkanie jeszcze dzisiaj czy może jutro? - Chciał jeszcze wiedzieć jak to organizacyjnie załatwić aby kolega mógł swobodnie uczestniczyć w zajęciach rysunku.
- Może być dzisiaj. - zgodził się Heinrich.
Nadja nie czekała na rozwój sytuacji, gdy uciekać trzeba było. Pognała do środka jak i reszta, jedynie z żalem wspominając dawne wojenne wyprawy, jakie co innego by tętent kopyt sugerował. Wtedy to były posiłki lub wróg. Teraz nie było pewności.
Spoko, wtorek już niedługo. 
Heinz się skrzywił. Oczywiście, jak coś miało się zesrać, zesra się. Oby Randal był łaskawy...
- Wiesz, że to wszystko wasza wina? - zapytał chłodno Moriza - Łowcy to fanatycy. Rzucają ię na pierwszy ochłap podejrzenia o wszystko co wymyka się z ich wąskich ram akceptowalności. Straciliśmy szanse na rozpracowanie siatki i mamy całą wieś przeciw nam. To jest, jeśli faktycznie tu dzieje się coś złego. Oby... - przewrócił oczami - ...nizioł wrócił z dobrymi wieściami.
Oczywiście "dobre wieści" to był bardzo ulotny termin, bo co w tej sytuacji mogłoby być dobre?
Rudy prychnął w irytacji, ściągnął czapkę i przeczesał włosy dłonią patrząc w sufit.
- Sigmarze miej nas w opiece.
- Nie obchodzi mnie twoja trauma z łowcami. - odezwał się Moriz zimno - Miałem od razu go informować o tym, co zobaczę i to zrobiłem. Chciałeś się bawić w detektywa z Chaosem czy innym ścierwem? Może temu trzeba takich Łowców, by nadchętni obywatele nie brali w swoje ręce rzeczy, jakich nie rozumieją.
- Zobaczymy co przyniesie nizioł... - odparł lodowato Heinz - ...zobaczymy co dalej. Teraz, sprawdźmy którędy jeszcze mogą chcieć się wedrzeć. Mam ochotę na piwo. Kto wie, czy nie moje ostatnie.
- Umiesz strzelać z tej broni z prochem? Bo tam przy szynkwasie była taka jedna nabita. Ja w ogóle nie rozumiem tych rzeczy, ale robią swoje.
- Jestem poniekąd uczonym. - odpowiedział mu brodacz - Nie żołnierzem Imperium. Przeczesajmy to miejsce, ta broń się przyda.
- Czy w sumie ten niziołek nie gadał, że jest kimś tam z armii? - przypomniał sobie Moriz - Nie zwróciłem mocnej uwagi na te wszystkie tytuły.
Kraus się skrzywił, po czym westchnął ciężko.
- Ta, wojskowy. Jakiś kapral czy coś... powinien umieć z tego skrzelić.
- To krypel się wykaże. - Moriz uśmiechnął się krzywo do siebie na wspomnienia załatwiania problemów z wojskowymi na drogach.
- Oby. - odparł ponuro Heinrich - Sprawdźmy dokładnie parter czy nie ma innych dróg wejścia.
Nasz świętoszek co chce z podatków kraść...
Nie da się za hosting płacić na więcej niż rok.
Poganka nie odpowiedziała od razu. Może ważyła słowa, może chciała je przekazać jak najlepiej? Może to był jedynie objaw zmęczenia fizycznego i psychicznego.
- Jesteś jednym z Kroczących Nocą.
Dziewczyna uśmiechnęła się krzywo z nieprzystającym do sytuacji rozbawieniem.
- Czyli naprawdę nie wiesz. Nie wiesz, że oni by mogli pomóc twojemu dziecku. - pokręciła głową - W sumie to zabawne jak o tym myślę. Jesteś wygłodniałym, szamoczącym się po klatce zwierzęciem, które nie wie, że pan na zewnątrz trzyma mięso.
Pisz, a nie leniwisz.
Ja przepraszam, serio przeoczyłam, poprawię dopisując wyżej. Jest za gorąco na myślenie. Mea culpa. ^^;
//Edit poszedł. Na dole też poprawiłam.
Jak dla mnie ma to w sumie sens, że Urlich nie powinien wiedzieć tego co Nadja.
Ja nawet nie czytałam innych kawałków, bo to spoilery dla reszty.
- Urlich swojego złota szuka. Chyba będzie coś ze ścianą robił? A dziadyga to nie wiem gdzie jest. - Nadja nie wyglądała na fankę mytnika - Planu jako takiego nie mamy...
Jak Nadja tęskniła za podróżowaniem z armią... Nawet za wszelkimi niedogodnościami i trudami ogarniania przestrzeni dla żołnierzy. Tęskniła za lepszymi namiotami oficerskimi nawet jeżeli sami oficerowie z lubością wykorzystywali swoją władzę nad "zwykłą dziwką obozową" za jaką ją widzieli. Tęskniła nawet za niższymi rangą wojakami, jacy wspominali o braku za swoimi żonami i dziatkami, aby dla poprawy humoru zanurzyć się w radości oferowanej przez Nadję...
Przy okazji sprzedając dziewczynie chorobę czy dzieciaka. Ach, dobre czasy.
Nie to co... TERAZ?!
- ZIEMIA DRŻY! - krzyknęła nagle - Co oni robią?!
Nadja odwróciła się w stronę gabinetu Urlicha. Spojrzała w górę w przestrachu, że oni coś tam robią w środku i zaraz im się to całe na łeb zawali. - Wiejcie stamtąd! Ziemia drży!
Spróbuję dziś odpisać.