Całkowite opuszczenie pociągu Milenie zajęło odrobinę więcej czasu niż reszcie, wszak wiedźma musiała jeszcze odebrać z wagonu towarowego psy, które mimo, że odwiedzane, ucieszyły się z widoku swej pani, a także ze świeżego powietrza. Kobieta była pewna, że będzie musiała im to wynagrodzić dobrym polowaniem.
Elias opuścił właśnie wagon kiedy usłyszał sygnał. Potrząsnął głową starając się rozgonić nieprzyjemne uczucie inwazji. Podążył w kierunku mężczyzny upewniając się najpierw, że jego towarzysze podążają za nim. Zbliżywszy się do ich kontaktu uchylił kapelusza.
- Witam… - rozejrzał się po peronie - To nas pan oczekuje.
- Goście z Nowego Jorku?- zapytał i wyciągnął dłoń na powitanie.- Horace jestem. Horace Grimes do usług. Witamy w Fort Worth. Podróż zapewne była męcząca? Współczuję, niemniej wybierając się na Zachód trzeba przywyknąć do niewygód.
Smok nie czekał z wyjściem na Matthew, im szybciej mógł się rozprostować tym lepiej, zwłaszcza że w przedziale wciąż pachniało krwią. Podszedł do osobnika, który zakomunikował, że na nich czeka. Złożył ręce w tradycyjnym geście powitania i lekko skłonił głowę.
- Amithaba, miło Pana poznać Panie Grimes. - Przywitał się krótko, używając nazwiska, które zasłyszał.
Milena dołączyła do grupy po dłuższej chwili, stając za mężczyznami i na razie bez przedstawienia wsłuchując się do czego doszli.
- Taaa… - miejscowy mag wyraźnie nie wiedział jak zareagować słysząc te obce słowo. Przesunął spojrzeniem zgromadzonych osobach. - Więc, jesteście głodni? Spragnieni? Czy może potrzebujecie spoczynku?
- Ano… - odparł Elias - Kilka kojotów, próbowało się dostać na pociąg. - zerknął na pozostałych - Zakładam, że hotel jest pana, skoro pan składa ofertę?
- Teoretycznie hotel jest tylko dla pracowników umysłowych kolei. Inżynierów, kierowników, notariuszy…- odparł konfidencjonalnym tonem Grimes.-... i nie jest hotelem. Ale de facto to “karczma” dla magów należących do mojej fundacji i ich przyjaciół. Plusem tego, że odpoczynek tam będzie za darmo… minus jest taki, że nie ma tam służby. Ścielić musicie sobie sami, przynosić wodę do balii też. Posiłki poza obiadem, też trzeba będzie przygotowywać sobie samemu.
Milena wzruszyła ramionami.
- Tym lepiej - podała mężczyźnie dłoń - Milena Hagendahl - przedstawiła się - wie pan czy wywieszono już świeżą porcję listów gończych? I czy trafiły w świat?
- Aaaa nieee… to dopiero jutro. Taka popołudniowa imprezka po spędzie bydła. Zaprowadzę was na miejsce, gdy przyjdzie czas na to. W sumie to rzut kamieniem od biura burmistrza.- wyjaśnił z uśmiechem Horace.
- A widzisz Horace - wiedźma uśmiechnęła się w tak diabelski sposób, że momentalnie swą mimiką obudziła inkwizycyjne wspomnienia tradycji w okolicznych chórzystach - nam zależy na czymś trochę innym - spojrzała porozumiewawczo po towarzyszach.
- Czy powinienem wiedzieć? Wydaje mi się że nie. - odparł nowo poznany mag.
- Jeśli cokolwiek zaburzy znacznie teren którym uważasz, że się opiekujesz, to cię poinformujemy. To do tego się nie zalicza - uspokoiła wiedźma.
- Ja się tym terenem nie opiekuję. Tylko musicie uważać, by nie podpaść Oświeconym z pułku. Nie mam nic gorszego niż wkurzony mag mający za sobą militarną siłę i autorytet państwa. - wyjaśnił Horace.
-Na moje przyzwyczajenia, takie warunki to wręcz luksus. - Odezwał się David, gdy Milena na chwilę przerwała. - Nie planujemy nikomu podpadać Panie Grimes, ale jak wiadomo życie pisze różne scenariusze. A tutaj karma splata się tak chaotycznie, że pewnych tarć zapewne nie da się uniknąć.
- Nooo to…- zaczął Horace rozglądając się dookoła. - Może resztę spraw omówimy już w hotelu, co? To niedaleko… zabraliście już swoje rzeczy?
Verbena widzą brak zainteresowania sweym niezwerbalizowanym pomysłem, kiwnęła głową nowo poznanemu magowi.
Smok poprawił tylko torbę podróżną na ramieniu.
-Niech Pan prowadzi.
Pozostali milczeli, więc Horace uznał że podobnie jak David mają wszystko przy sobie.
- No to za mną.- rzekł i ruszył przodem uznając, że podążą za nim.
Posty
-
[WOD/MAG] Magowie na Dzikim Zachodzie -
Kultyści - Lato 2519Heinrich, Lilly, Dorna, Raisa
Żeby być szczerym Heinrich nie przepadał za miłym nurglitom miejscom, ani za tą całą akcją z obślizgłymi robalami, ale jednocześnie rozumiał, że jest ona konieczna i do realizacji celów jemu koniecznych, tak więc chcąc nie chcąc przyszedł do tej wylęgarni. Interesowało go po prawdzie jedynie poznać ich opinię na temat misy, jaka w końcu przedstawiała ich pieszczoszki.
- Widzę, że rozrosła się hodowla. - odezwał się swoim chrapliwym głosem - Z ciekawości: czym je karmicie?
- Czerwie to zwykle nie jedzą. Szukają miejsca a potem zaczynają wytwarzać kokon. Dorosłe muchy pijął wodę z miodem. Miód je wabi. Ale po trochu są magiczne więc nie odczuwają tak głodu i pragnienia tak jak żywe stworzenia. - Jędza ostatni raz spojrzała na ogromne czerwie w pudle i wskazała gestem na sąsiednie skrzynie i kosze w jakich były te wyraźnie mniejsze. Reprezentowały różne stadia, od samych robali, przez nieruchome kokony aż po coś pośredniego. Podeszła do klatek w jakich zwykle trzymano małe zwierzęta jak króliki, kury czy kaczki. W nich brzęczały albo czyściły skrzydełka muchy. Jedne wielkości mewy albo kota inne małego psa. Wewnątrz widać było miski z wodą i rozcieńczonym miodem. Raisa z dumą prezentowała to wszystko niczym gospodarz swoją hodowlę. Chętnie pozwalała oglądać gościowi to wszystko. Dorna trzymała się nieco z tyłu, nie ingerując bezpośrednio w rozmowę.
- Ostatnie sny dużo o waszych pupilkach mi sugerują. - Heinrich wyciągnął na ręku zamówioną miskę - Zamówiłem to u garncarki, po jakiej chodzą czerwie z gliny. Pomyślałem, że może wam przypadnie do gustu i będzie przydatne. Nawet Fabienne możliwie też sobie takie zamówi.
- O. Ładna. - Raisa zaczęła oglądać podaną jej misę. Wzięła ją w swoje sękate, spracowane dłonie jakie wydawały się tak szare, że wiecznie brudne. Przesunęła palcami po falistych żłobieniach jakie przypominały wijące się czerwie. Pogładziła dłonią za rączki uformowane jako dwa, tłuste robaki. - To jest ładne. Można te nasze dzieci poczuć pod własną dłonią. - Podniosła głowę i uśmiechnęła się z zadowoleniem do byłego łowcy czarownic. - I to mówisz, jakaś garncarka dla ciebie zrobiła? - Wydawała się zaciekawiona pochodzeniem naczynia. W końcu odstawiła je na stół ale jeszcze się przyglądała. - Hmm… - Nagle zmrużyła oczy i jeszcze raz zaczęła dotykać różnych fragmentów naczynia. Na twarzy wyszedł jej wyraz skupienia. - Ciekawe. Nieco zaburza Eter. Ale słabo. Jakby stało obok magicznego przedmiotu albo ktoś blisko jakiś czar rzucił. - Przyznała z zafascynowaniem. I jeszcze raz puściła przedmiot gdy widocznie uznała, że już nic więcej się o nim nie dowie. Teraz podeszła do niego Dorna i zaczęła go z ciekawością oglądać.
- Można by w nim przenosić czerwie. - Zaproponowała podnosząc głowę na rozmawiającą dwójkę.
- Tak, można by. Może i lady Fabienne też by zamówiła. Ona jest taka plugawa. Mimo swojego ślicznego wyglądu. No i urodziła nam najdorodniejsze czerwie jakie dotąd mamy! Zasługuje aby ją jakoś nagrodzić. I zasiać ponownie. Niech rodzi. Potrzebujemy jak najwięcej much a czas ucieka. Im więcej będziemy ich mieć w godzinie gniewu tym silniejszy będzie nas atak. - Wiedźma pokiwała swoją szarą, rozczochraną głową i w bretońskiej szlachciance widziała głównie cenną nosicielkę czerwi z jakich miały się wykluć muchy.
- A ta garncarka jak ma takie zwinne ręce to też przydatna. Można u niej więcej takich mis zamówić. Dla nas, dla Fabienne, dla naszych potrzeb. I ciekawie, że akurat te czerwie tak jej dobrze wychodzą. Bardzo podobne do naszych. Sam zobacz. - Po chwilowej zmianie tematu, wróciła do rozmowy o młodej rzemieśniczce. Wróciła do skrzyń i schyliła się aby wyjąć jednego z czerwi. Wróciła z nim do misy i przyłożyła do rączki. Ten gliniany robak i ten żywy, wyglądały bardzo podobnie. Tylko ten z rączki był brązowy i się nie ruszał. - Może przypadek. A może ona też jakoś czuje zew którejś z Sióstr. - Starucha pokiwała głową na znak, że warto to rozważyć.
- Zauważyłem jakieś zaburzenia eteru. - przyznał po chwili - W tej pracowni, ale... Nie byłem w stanie ani dokładniej zlokalizować, ani czegoś więcej z nich się dowiedzieć.
- No tak. Nie wiem zbyt dokładnie, zaburzenia są dość słabe. Albo słabe było u źródła albo minęło wiele czasu. Ale są. Ta dziewczyna albo umie używać mocy albo ma jakiś obdarzony mocą przedmiot. Może i dlatego jest podatna na zew Sióstr. Takie ładne robaki robi to pewnie nie jest przypadek. - Starucha pokiwała swoją rozczochraną głową, na znak, że dostrzega w tym pewną ciekawą zbieżność.Heinrich, Petra i Fabienne
- Och, oczywiście że wszystko dobrze, bardzo miło was widzieć! - Heinrich wyglądał naprawdę na zadowolonego z wizyty - Zapraszam, zapraszam! - powiedział przesuwając się z wejścia i pozwalając kobietom pierwszym wkroczyć w progi - To naprawdę świetna okazja, że do mnie już teraz zawitałyście, szlachetne panie!
Obie szlachcianki z pogodnymi uśmiechami na swoich uroczych twarzach, weszły do mieszkania. Bretonka zachowywała się jakby była tu pierwszy raz a nie zaledwie kilka dzwonów temu z samego rana. Petra starała się nie rozglądać zbyt nachalnie ale i tak nie mogła powstrzymać naturalnego odruchu, aby się nie rozejrzeć przelotnie tu czy tam. Postawiła koszyk z łakociami na stole i posłała gospodarzowi uprzejmy uśmiech.
- Oh to drobiazg. Rozmawiałyśmy z koleżankami i Fabienne wpadła na pomysł, że tą akcję wsparcia dla zasłużonych weteranów, można by zacząć od ciebie Heinrichu. - Petra wskazała na koleżankę, dbając jednocześnie aby przynajmniej oficjalnie nie wyszła jej inicjatywa z tą wizytą. Bladolica koleżanka bez mrugnięcia okiem pociągnęła dalej tą kulturalną wersję jaka pomagała młodszej zachować odpowiedni poziom reputacji.
- Myślę, że Henri zasługuję aby go odpowiednio wesprzeć i potraktować. Któż inny jak nie taki dzielny oficer co tyle lat mężnie służył Imperium. Mam nadzieję, że teraz się nie rozgniewa i nas nie ukarze za zakłócanie mu spokoju nad morzem. Jeśli tak Heinri, to proszę, nie miej za złe Petrze ja z pokorą zniosę każdą reprymende. - Lady Fabienne nie traciła swojego bretońskiego akcentu jaki wśród szlachetnie urodzonych, często uchodził za pożądany, piękny i poetycki. A u niej był po prostu naturalny. Jej spojrzenie przybrało nieco ironicznej barwy gdy mówiła o tym gniewie i karaniu. Zwłaszcza jak się było świadkiem jej preferencji. Teraz jednak płynnie wchodziła w rolę przyzwoitki i starszej koleżanki wobec von Schneider. Blondynka tego podtekstu chyba nie wyłapała, bo spojrzała jeszcze na gospodarza jakby sprawdzała czy jednak nie są mu natrętne.
Heinrich pokuśtykał do szafki ze szklankami by ustawić je przy miejscach zajętych przez kobiety.
- Ależ oczywiście, że nie sprawiacie mi nieprzyjemności. Oby tylko moja osoba jej wam nie czyniła. - powiedział wyjmując kompot śliwkowy jaki ustawił na stole.
Obie kobiety, skromnie usiadły przy stole i przyjęły podarunek od gospodarza. - Wyborny ten kompot Heinri. W sam raz na spieczone gardło. - Bretonka podziękowała za poczęstunek, jakby było nim wino z przednich piwnic jej ojczyzny. Blondynka poszła w jej ślady.
- To prawda Heinrichu, w sam raz, a mi tak gardło spierzchło od tego rozmawiania. Fabi mówiła, że ona sama ma bardzo delikatne podniebienie ale ty potrafisz to docenić. Ja to aż jej zazdroszczę, też bym chciała mieć tak wyrafiowany gust jak ona. - Petra mówiła szybko i z wyraźną ekscytacją. Wskazała na swoją przyzwoitkę używając podobnych słów o jakich gospodarz rozmawiał z czarnowłosą dziś rano. Ta uśmiechnęła się wyrozumiale jakby słowa koleżanki sprawiły jej przyjemność.
- Ja bardzo chętnie bym wam towarzyszyła. Ale niedługo będę musiała wrócić do powozu. Mówiłam ci Petro, mam parę listów do napisania. A cały dzień taki zajęty, że nie miałam kiedy do nich usiąść. - Szlachcianka zgrabnie przygotowała grunt do tego, że niedługo opuści pozostałą dwójkę.
Heinrich pokiwał głową na zgodę.
- Mam nadzieję Petro, że nie będzie dla ciebie nieprzyjemnością towarzyszyć kulawemu.
- Alez skąd Heinrichu, to będzie dla mnie przyjemność móc zostać i posłuchać o wyczynach takiego bohatera Imperium. - Petra uśmiechnęła się promiennie do gospodarza. Fabienne także. Jednak Bretonka wstała i zwróciła się do nich obojga.
- To ja niestety będę musiała was zostawić bo muszę napisać te listy co wam mówiłam. - I wciąż z uśmiechem, płynnie odwróciła do wyjścia z mieszkania.
Heinrich jako gospodarz odprowadził Fabienne żegnając się z nią z zachowaniem szlacheckich zasad i dopiero po tym powrócił do Petry wpierw zgarniając ze stołu szklankę po swojej koleżance z kultu.
- Zastanawiam się czy nie będę cię odciągał od twoich studiów.
- Nie obawiaj się Heinrichu, nie mam dziś żadnych lekcji. Więc mogę całkowicie się poświęcić tobie i twoim historiom. Może wyciągnę z nich naukę jaką będę mogła użyć na lekcjach w akademii albo zaimponować moim koleżankom z kółka poetyckiego. - Blondynka uśmiechnęła się do gospodarza, dajac znać, że jest mu przychylna i widzi tą wizytę w kolorowych barwach.
- Bardzo mi miło. Choć pamiętaj, że ja w marynarce nie byłem i w porównaniu do twojej wiedzy o artylerii moja o niej jest nikła.
- Ja to rozumiem Heinrichu. Jeszcze trochę pamiętam Nuln. No i wiem, że marynarka to domena morskich wybrzeży a w głębi lądu to najwyżej rzekami statki pływają. No i nie każdy jest marynarzem albo artylerzystą. Ja to rozumiem Heinrichu. Ale pewnie i tak miałeś mnóstwo przygód zanim przybyłeś do nas aby odpocząć nad morzem. - Starannie ufryzowana blond głowa Petry, pokiwała się. I widać było, że jest gotowa na opowieści z głębi lądu. Jak tylko mogła, starała się uśmiechem i spojrzeniem zachęcić weterana do tych opowieści.
Były Łowca Czarownic wykorzystał swoją wiedzę z czasów oficerskich przeplataną strzępkami najsoczystych i niebezpiecznych historii dotyczących walki z wrogami Imperium, jacy byli teraz jego kompanami. Wiedział jakie to ironiczne, ale postanowił dodawać smaczek nudnemu życiu żołnierza. Także doświadczenie składania grupy mającej wspomóc w walce z herezją i potrzeba czasem połknięcia własnej dumy tylko ku sklejeniu całości w naoliwioną maszynę. Zależało mu wywołać ekscytację w Petrze, a jednocześnie nie podawać jej zbyt dokładnych szczegółów jakie mogłyby pomóc zorientować się o jakich wydarzeniach tak naprawdę mówi.
Młoda szlachcianka słuchała tych opowieści z zapartym tchem. Jakby Heinrich był profesjonalnym bardem albo pisarzem. Widać było, że może od początku panna von Schneider była mu przychylna ale w trakcie snucia tych historii, udało mu się rozbudzić jej ekscytację jeszcze bardziej. Siedziała przy stole wpatrzona w niego jak w obraz dzielnego obrońcy Imperium co stawiał czoła wielu niebezpieczeństwom. Nie wiadomo kiedy mijał pacierz za pacierzem. Gdzieś w międzyczasie musiał dolać jej kompotu do kubka ale to nie przeszkadzało im w rozmowie. Dość jednostronnej zresztą. Gdy Heinrich skończył widział zachwyt na twarzy Petry.
- Oh Heinrichu, ty jesteś prawdziwym bohaterem Imperium! Prawdziwym obrońcą. - Rzekła z rozpromienionym wzrokiem. - Zasługujesz na naszą pomoc bardziej niż ktokolwiek inny. Nie zechciałbyś może opowiedzieć tych wspaniałych historii na naszym kółku poetyckim? - Była ciekawa czy nie wystąpiłby jako gość w gronie jej koleżanek z towarzystwa. O ile Heinrich wiedział to także Pirora, Fabienne i Soria brały udział w tych spotkaniach.
Szczerze to Heinrich był zaskoczony, że tak dobrze mu poszło, jak de facto się nie przygotowywał. Może jeżeli na to spotkanie by właśnie przemyślał jakie wpleść kłamstewka byłoby także dobrze?
- Oczywiście, oczywiście. - odpowiedział Petrze - O ile to nie odciągnie cię od twoich nauk jakie muszą być miłe twemu ojcu.
Szybko pożegnał się z Petrą by nie przeciągać spotkania powyżej limitu czasu jaki był oczekiwany dla skromnej damy. Jeszcze przed odjazdem szlachcianek zasugerował Fabienne, że może następnego dnia zabrać ją do garncarki, dla której zaszczyt pracy dla Bretonki będzie prawdziwym szokiem.
-
Popiół i ŚniegMoriz postanowił odpuścić sobie picie tej nocy czy granie w karty. Zdał sobie sprawę, że cała ta podróż wraz z potrzebą ciągłego obserwowania sytuacji wokół grupy wyciągnęła z niego siły. Ostatnia warta była przewidziana dla niego samego, więc nie miał zamiaru odmówić sobie odpoczynku przed nią, tak więc postanowił szybko udać się na spoczynek jak tylko uspokoi własne potrzeby rozejrzenia się po okolicy, aby poznać możliwość ścieżki ewakuacji z miejsca w razie kłopotów. Zarwanie nocy po tej podróży było naprawdę kiepskim pomysłem zważając na przydzielenie wart, tak więc zadowoleniem wykorzystał czas snu i przyszła jego kolej obserwacje pleców towarzyszy.
Co okazało się niestety jak jedno wielkie marnotrawstwo czasu... choć czasem lepiej stracić czas niż ryzykować stratę głowy.
Współpraca z Łowcą Czarownic miała jedną niezaprzeczalną korzyść - nie mogli narzekać na braki pożywienia i ugoszczenia w mieścince. oczywiście cała gościnność była wymuszona i raczej nikt nie spodziewałby się szczerości, a jedynie zakwaterowanie było wędzone potrzebą zachowania głowy i tak długo grupa będzie cieszyć się jakikolwiek przyjemnościami, jak długo Sneider będzie utrzymywał swoją władzę. Oczywiście byłoby to źle widziane gdyby ludzie z tej wsi nie gościli dobrze Łowcy Czarownic, ale przecież coś tu musiało być nie tak, że Sneider zechciał się zjawić. Przecież nie chodziło po prostu o śmierć poborcy podatkowego.
Moriz wiedział, że takie śmierci się zdarzały i zupełnie inaczej radzono sobie, a przynajmniej próbowano sobie radzić, z owymi nieprzyjemnościami na imperialnych ziemiach. Gdyby zawsze wysyłano Łowcę Czarownic Moriz na pewno by od tak się w coś podobnego nie ładował. Są w końcu sytuacje jakich należy unikać i nie wchodzić głową w środek ognia.
Śniadanie było nieczęstym sycącym doświadczeniem, a w dodatku do wyspania - Moriz naprawdę czuł się dobrze. Dodatkowo podczas śniadania wyszło, że karypel pójdzie, możliwie z innymi, porozmawiać z matką dziecka i może dzieckiem w ich domu oraz chce z kapłanem nim Sneider się do nich doklei, więc on nie musiał się przejmować chociaż tym. Mógł już w świetle dnia poszukać jakichkolwiek poszlak, jakie zapaliłyby mu samemu sygnał ostrzegawczy, szczególnie w okolicach o jakich dziecko ich ostrzegało... a może smark będzie sam biegał poza domem i uda się go bez matki porwać na spytki?
-
Funny Stafik
Mood. -
[WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarzeTe, dziadu, nie podskakuj lepiej, bo se kręgosłup nadwyrężysz.
-
[WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarzeZawsze mogę jeszcze dopisać, jako że jego ton jest niedopuszczalny! I jeżeli powie o złocie... to fuck him!
-
[Pathfinder 1e, 18+] Popielny DwórJuż za długo zwlekałam by doca wrzucić. Myślałam, że coś napiszę jeszcze, ale choroba pokrzyżowała plany to tylko z doca poszło.
-
[Pathfinder 1e, 18+] Popielny DwórKAY IDZIE DO FERNA
Kaylie ponownie znalazła się w rezydencji barona, tym razem wciskając w siebie wyciągnięty od Otto rogalik, jako że swoje śniadanie zostawiła już Filii. Mając pełne usta zastanawiała się kiedy był pierwszy pocałunek jej i Khala... I zrozumiała, że nie byłaby to tak romantyczna okazja. Może lepsze byłoby jego pierwsze rozklejenie się przy niej? Nie... To mógłby źle przyjąć. Cholera z tymi datami. Kto by do nich wagę przywiązywał?
Wieszcz oczywiście się jej spodziewał, kto by pomyślał. Jak ona tych gości nie lubiła za to! Nawet jeżeli aktywnie nie podglądali to nieaktywnie wystarczyło by być irytujące dla drugiej strony.
Napychała usta kolejnym wypiekiem z Dworu idąc do wskazanych przez strażników komnat, po drodze "podziwiając" poziom bezguścia jakim Baron ozdobił swoje domostwo.
Prostak.
Strażnicy patrzyli na zbliżającą się Galtiankę.
-Aaah… to miał na myśli… Lord Fern panią oczekuję, znajduje się w bibliotece, zna pani drogę?
- Znam, znam... A co takiego tym razem powiedział? - zapytała z lekkim rozbawieniem.
- Że odwiedzi nas "kobieta pochłaniająca dziedzictwo swej kultury". Przyznam, nie to sobie wyobrażałem.
Kaylie jedynie pokręciła głową i udała się do biblioteki, ale nie przestała napychać się rogalikami. Oddała swoje śniadanie Filii, co miała innego robić?
W bibliotece Fern przeglądał jakieś księgi kiedy przez drzwi przeszła kobieta. Spojrzał na nią i delikatnie się zaśmiał.
- Nie musiałaś pożerać wszystkiego na szybkość. Poczekałbym.
- Nie wchodzi się między książki z jedzeniem. - powiedziała przełykając ostatni kęs.
- Kobieta z szacunkiem do wiedzy. - uśmiechnął się - Więc, o co chodzi? Widziałem jedynie, że mnie odwiedzisz.
- Chodzi o ratunek daty ślubu, do jakiego konieczna jest magia. Bardzo istotnego ślubu o bardzo istotnej dacie. Ślubu naszej komendant straży.
- Filii? A cóż się stało? - wieszcz wydawał się jednocześnie zmartwiony i podekscytowany.
- Jej narzeczony został przywołany do Absalom i zazębia się to z ich ustaloną datą ślubu. Dotarcie na miejsce, załatwienie spraw i powrót to będzie zbyt długo, aby się wyrobił. - wyjaśniła.
- Wezwany do Absalom… - wieszcz się zastanowił - … pewnie jakieś wewnątrzkościelne sprawy. No dobrze, to co ja mam z tym wspólnego?
- Zastanawialiśmy się czy posiadasz w swoich arsenale magicznym magię pozwalającą na teleportację choćby bliżej Absalom.
Elf strzelił językem na tą propozycję.
- Uuu… teleportacja bliżej Absalom… tak i nie. W sensie byłbym w stanie rzucić zaklęcie, problem w tym, że nigdy nie parałem się magią tej natury. - Fern zastanowił się - Wiem skąd zdobyć odpowiedni zwój, ale zajmie mi to do jutra. Oczywiście pomogę.
- Och, dziękuję! - Kaylie uśmiechnęła się uroczo - Ile będzie kosztować?
- Proszę, nie przejmuj się tym. Filia to bliska przyjaciółka, jeżeli mnie potrzebuje, cena nie gra roli. - elf się uśmiechnął - Szczerze, trochę się ekscytuje całą sprawą. Bo wzięła mnie absolutnie z zaskoczenia.
- To pomyśl jacy my byliśmy zaskoczeni jak przyszła do nas do Dworu cała zdenerwowana i załamana. Jadłam teraz, bo pocieszałam ją moim słodkim śniadaniem. - przedstawiła sytuację - I pomyśleliśmy o tobie.
- Dziękuję… trochę boli, że oni o mnie nie pomyśleli, ale Filia stara się nie robić problemów innym. - uśmiechnął się - Przekaż jej, że oczywiście pomogę. Coś jeszcze może chciałaś? Bardziej od siebie?
- Nie, na razie nie mam nic na myśli dla siebie. - zaprzeczyła grzecznie - Dziękuję już na zaś też od Filii.KAY POWRACA DO DWORU
Arkanistka wracała uradowana dobrze załatwioną sprawą. Khal będzie szczęśliwy, gdy usłyszy że nie musi nic płacić! Nie mogła się doczekać zobaczyć jego reakcji...
Niestety nie miało być tak, jak sobie oczekiwała.Już w sali głównej zobaczyła samą Filię... jaka jednak nie piła! Najwyraźniej rozsmakowała się w rogalikach, jakie Kaylie jej oddała jeszcze na górze, bo musiała od Otto więcej uprosić, jako że miała je przed sobą.
- Tak smakują? - odezwała się podchodząc do komendant.
- Smaka mi narobiłaś… - odparła komendant z delikatnym uśmiechem - Do tego ten tutaj… - machnęła ręką w kierunku Otto - Ciągle nie chce mi dać alkoholu…
- I dobrze. Widziałaś zapijaczonych? Zawsze wielki bęben. W suknię ślubną nie wejdziesz taka opita i jeszcze po rogalikach. - zaśmiała się z niej.
- Ej! To nie ja się nimi zajadam codziennie! - naburmuszyła się komendant. Spojrzała na Kaylie i przez chwilę otworzyła i zamknęła usta jakby chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała. Najwyraźniej bała się zapytać o sytuację z Fernem.
- Ferna zasmuciło, że do niego nie przyszłaś o pomoc. - w końcu wtrąciła - A pomoże z wielką chęcią. Nawet jest podekscytowany tym zadaniem. Do jutra mu zajmie zdobycie zwoju.
Filia podskoczyła i uściskała Kaylie całując jej policzek.
- Dziękujędziękujędziękuję!
Kaylie trwała zakleszczona w uścisku i pocałunkach podekscytowanej Filii.
- Nie wiem czy wszystko wyjdzie śpiewająco w Absalom, oczywiście... - spróbowała ostudzić kobietę - Ale większa teraz szansa, prawda? I chyba jako komendant straży powinnaś przystopować i zachować więcej powagi w miejscach publicznych?
- Oj cii… - przytuliła ją jeszcze raz - Naprawdę jestem ci wdzięczna za to wszystko co robisz, oboje robicie. Viktor wydaje mi się, że poszedł pogadać z tym waszym trzecim towarzyszem.
- Ja tylko poszłam do Ferna i dałam ci słodkości, to on wszedł w skórę wielkiego braciszka co broni siostrzyczki. Nawet był skory zapłacić, jeżeli Fern by tego zażądał. Chciał stanąć na głowie dla ciebie i to nie po to, by cię uwieść.
- To byłoby dziwne… sądzisz, że gdyby nie pokrewieństwo to by próbował? Z czystej ciekawości pytam.
- Nie sądzę, że poprzez pieniądze... A czy by próbował... Nie wiem... - westchnęła - My w sumie znamy się trochę ponad dwa tygodnie, odejmując małą misję kilka lat temu…
- Dwa… tygodnie? I ty już jesteś pewna, że to ten? Bogowie… musi być naprawdę dobry.
- Najlepszy jakiego kiedykolwiek miałam. I nie mówię tylko o łóżku. - potwierdziła pewnie.
Filia prychnęła.
- No, no… aż kusisz, aby posłuchać. - komendant przekomarzała się z Galtianką - Davion również jest wspaniały… we wszystkim. Ja po prostu miałam dłuższy czas, aby się z nim zapoznać zanim motylki zaczęły mi się wić w brzuchu.
- Wydaje mi się, że nie doceniasz starań jakie okazuje ci Viktor... Najwyraźniej widzi w tobie rodzinę, a to pewnie... więcej niż ode mnie teraz może otrzymać. - ostatnie słowa wypowiedziała przygaszona - Może wciąż jesteś do niego nieufna, nie wiem, ale to on jest tym co pierwszy rzucił ci się na pomoc.
- Nie zrozum mnie źle. Ufam jemu jeżeli idzie o mnie. Po prostu widziałam wiele dziewczyn, które płakało po nocach bo facet je nakręcił i porzucił dla "lepszej". - mina jej skwaśniała jakby mówiła z doświadczenia - Chyba kiedy nie widzę… swojej wersji związku, zaczynam martwić się o kobietę w nim.
- Jeżeli będę płakać... to z własnego wyboru. On mi wprost powiedział kim i jaką osobą jest. Nie zniechęciło mnie do prób... Najwyżej mnie kiedyś straż zgarnie z rynsztoka pijaną. Ale to pewnie nie będzie nic, czego nie mogłabym uniknąć, tylko jeżeli bym chciała.
- Mogę obiecać, że jeżeli sprawi, że będziesz płakać… żadne pokrewieństwo go przede mną nie ochroni. Możesz mu to przekazać. - objęła Galtiankę jedną ręką - Widzisz się jako druhnę?
Kaylie zawahała się.
- Nie wiem czy to dobry pomysł, jeżeli odbędzie się ślub po egzekucji... - szepnęła - Ktoś może mnie skojarzyć.
- Kaci też mają prawo żyć. - odparła Filia - Do tego, większość gości to członkowie straży, plus moja rodzina. Nikt nie będzie cię oceniał.
- A co z Viktorem? - zapytała - Czy będzie drużbą Daviona?
- To oni będą musieli ze sobą ustalić. Jeżeli ci zależy to mogę z nim o tym pogadać. Chociaż… - zniżyła głos do konspiracyjnego - Nie chcesz mieć tej małej przewagi nad nim? Że ty będziesz częścią ceremonii, a on, wielki pan adwokat, trzecie pióro Cheliax, może się tylko przyglądać?
- Filia! - Kaylie wyglądała na oburzoną - Gdyby nie on ciągle byś oczy łzami zalewała i nie byłoby jakichkolwiek szans! Mnie by nawet w sytuacji mogło nie być, a on by sam na głowie stanął by wam pomóc ze ślubem!
- Oj ci. To mój brat, mam prawo się z nim przekomarzać… nigdy nie miałam okazji. Ale dobrze, postaram się mu załatwić miejsce jako drużba. Chyba, że wypali z jakąś głupotą jak "Jak przeprowadzę ceremonię."
- Na przekomarzanie się będzie czas po ustaleniu relacji. I pamiętaj: gdyby nie jego działanie nie mielibyście nawet skrawka nadziei na ten ślub w danym terminie.
- Dobrze, dobrze. Wybacz… chyba nadzieja sprawiła, że trochę bardziej psotna się zrobiłam. Moja oferta co do druhny nadal stoi.
- Przyjmę acz tylko jak Viktor będzie drużbą. - uśmiechnęła się złośliwie.
Komendant trąciła ramię Galtianki.
- Patrzcie ją. Warunki stawia. Postaram się.
- Jedyną możliwością jeżeliby Viktor odmówił... ale w sumie zastanawiam się czemu ja? Musisz mieć jakieś znajome, jakie znasz dłużej niż mnie.
- Dziewczyny ze straży. Miałam zamiar dać im się pobić o miejsce. Ty natomiast właśnie oddałaś mi wielką przysługę i nie chodzi tylko o poczęstowanie się śniadaniem. - uśmiechnęła się do Kaylie - Jeżeli to co się dzieje między tobą i Viktorem jest prawdziwe… to będziesz moją siostrą co nie?
- Tak, ale... Ja naprawdę po prostu zrobiłam tylko tyle o co mnie Viktor poprosił, nie był to mój pomysł, sama też byś mogła poprosić Ferna... To raczej przypadkowe.
Filia spojrzała na Kaylie z delikatnym smutkiem.
- Słuchaj, jeżeli nie chcesz to cię nie zmuszę. Szczerze nie zależy mi na tym, kto kim jest na całej ceremonii… równie dobrze może mnie zaślubić jakiś pijaczyna, którego tego poranka wyłowię z rynsztoka. Jednak chciałam zaoferować to ponieważ… no wiem, że nie zawsze się układa między nami. Chciałam zacząć jakoś to odbudować.
- Oczywiście, że chcę tylko nie chciałabym zabierać miejsca komuś kto bardziej by z tobą był związany czy dłużej cię znał. - wyjaśniła.
- Nie martw się, nie zabierasz.POWRÓT DO URZĄDZANIA ŚWIĄTYNI
Po opuszczeniu Dworu Kaylie znowu znalazła się przy wejściu do budynku świątyni Azazela, w jakim wyraźnie ktoś był. Drzwi pozostały uchylone, a głos natchnionego kapłana odbijał się od ścian. Głos, jaki miała wrażenie że rozpoznaje, choć teraz bardzo poszedł w nuty kaznodziei...
Galtianka nie śpieszyła się w jego stronę. Patrzyła na zimne i gołe ściany, jakie miała udekorować, gdy poczuła jak żołądek jej się ściska z obrzydzenia. Co ona robiła? Używała swojej magii dla miejsca kultu diabła...
Uchwyciła głowicę Rhaasta i wysłała do niego mentalną rozżaloną myśl: "Co ja czynię?"
"Ułatwiasz sobie życie?" padła odpowiedź "Wiem, że za bardzo tego nie chcesz, ale zdrowiej chyba będzie mu pójść na rękę… poza tym, masz wolność artystyczną co nie?"
Kaylie zwiesiła głowę czując się absolutnie pokonana. Była równie niewolna teraz, co mając kajdany na sobie w Cheliax. To samo uczucie, kompletnej zależności i braku wyboru.
Podłamana ruszyła w stronę natchnionego głosu kapłana.
"Hej, mam pomysł. W sumie pytanie. Ile z historii Azazela znasz?" głos miecz miał w sobie psotną nutkę.
"...chyba niewiele? Khal mi opowie. A co?"
Kaylie czuła uśmiech Rhaasta.
"A bo nie wszystkie jej elementy wspomina mile, a ty masz ją zaprezentować co nie? Chociażby tak, żeby tylko on o nich wiedział?"
*A ty skąd o nich wiesz?"
"Czas spędzony z twoim dziadkiem, plus wpływ Azazela na moją esencję. Ty wiesz, że twój chłopak chce go tu przyzywać?"
"Zakładałam taką możliwość..."
"No to, z tego co pamiętam o przyzywaniu, Azazel powinien mieć oczy gdzieś…" miecz zaczął tłumaczyć kobiecie umiejscowienie diabła oraz dzielić się kłopotliwymi aspektami jego historii.
Kaylie weszła do kaplicy w trakcie nauczań jakie Khal odprawiał dla wiernych w jeszcze nieprzygotowanym kościele. Nie zbliżyła się i nie stanęła obok innych, a zajęła miejsce wsparta o ścianę naprzeciw przemawiającego kapłano-prawnika. Prócz słuchania go i obserwowania wydarzenia sporo swojej uwagi poświęcała samemu pomieszczeniu jakie miała udekorować.
Dwie świątynne ławy ustawione były w szerokie “V”, pozwalające wszystkich obecnym być w podobnej bliskości do kapłana, który sam siedział na stosie nieużytych jeszcze bel drewna. Wyglądał swojsko i jak “jeden z nich”, nawet w szatach koloru czerwieni i czerni, spoglądając na nich z lekkiej wyższości.
- A co jak my wiemy, kto zawinił, ale Prawo będzie się z tym wlec i wlec, zanim samo do tego dojdzie?
- Wtedy przyjdziecie do mnie - uśmiechnął się Viktor - Nie obiecuję, że będę miał zawsze czas dla błahych spraw, ale dla poważnych będziecie mieć we mnie wsparcie. A szerzej to ujmując… Jednego dnia ty będziesz “pewien” winy sąsiada, jutro sąsiad będzie “pewny” twojej, a jak się pomylicie już tego nie cofniecie.- Słuszny Osąd jest jak sędzia nad zwaśnionymi ludźmi. Nie może on pozwolić, by każdy sam wymierzał sprawiedliwość – “bo jest pewny” – bo wtedy racja pójdzie za siłą, a nie prawdą. Nie można wierzyć “na słowo”, bo zawsze jedno “słowo” stoi naprzeciw drugiemu…
Dyskusja trwała jeszcze dobry kwadrans, zanim Viktor ją zakończył. Kilka chwil potem
do Kaylie wciąż docierały odgłosy kolejnej rozmowy. Jednak już nie całe słowa, a sam ich podźwięk.
- Dziś chyba będziemy kończyć, jak myślisz? - zagadał Viktor, na przywitanie, gdy ją znalazł w głębi świątyni, jakieś dziesięć minut później.
Kaylie spojrzała na kapłana unoszc lekko głowę gdy podszedł.
- Po to tu przyszłam. Myślałam, że jesteś ze swoimi... znajomymi. - dłonią pokazała wysokość swojego łokcia.
Viktor uniósł brew nie do końca rozumiejąc co Kaylie ma na myśli.
- Ah… ci znajomi. Nie, nie. Trzódka była ciekawa. Wygląda, że mam już solidny rdzeń kościoła.
- Po prostu zniknąłeś tak nagle... - powiedziała cicho - Szczerze nie zakładałam, że cię tu znajdę, chciałam zrobić ten wygląd.
- Nagle? Nie nazwałbym tego tak, ale niech będzie. Zacznijmy dziś od mojego biura, dobrze?
- Jak sobie życzysz, Mistrzu.
W głosie Kaylie słychać było nuty sugerujące drażnienie się z nim.
- Wspaniale - przytaknął z uśmieszkiem, podejmując grę.
- Czy masz jakieś życzenia odnośnie gabinetu, Arcykapłanie? Pierwszy i jedyny?
- Mam dla ciebie ryciny. Styl lokalny, z elementami tylko stricte z Zachodniego Wybrzeża.
- Z Asmodeuszem może?
- Bardziej ornamenty, niż per se diabły. Zobaczysz na górze.
- Więc mam ci po prostu biuro zrobić. Jasne. Biurko, szafy na dokumenty i książki, wieszak na ubrania wierzchnie.
- Potem przejdziemy do mojego prywatnego pokoju i będzie więcej szaf, moje łoże, drugie biurko… długo by wymieniać wszystko. Po prostu chodźmy. Ja rzucę moje zaklęcia wspomagające i zostanę z tobą, aby wyjaśnić o co mi chodzi, gdy będzie to konieczne.
Początkowo Kaylie zaczęła iść. ale szybko zatrzymała się w pół kroku.
- ...łóżko? Znaczy... Ty już tak serio o tym postanowiłeś...?
- Kay… rozmawialiśmy o tym już dawno. Będę miał tu swoją sypialnię. Będziesz w niej mile widziana, a i tak wiele nocy będę spędzał w twoim pokoju we Dworze. Ale chcę mieć coś stricte swojego.
Galtianka spuściła głowę i spojrzała w ziemię wyraźnie przybita.
- Więc... co ostateczne?
Viktor ujął ją za ramiona i spojrzał w oczy.
- Kruszyno. Wyjaśnij mi skąd podkówka. Wciąż będziemy ze sobą spędzać noce, wciąż będziemy ze sobą spędzać czas. To nic nie zmienia między nami. Wyjaśnij mi czego nie widzę…
- Że będziesz tu pewnie spędzał więcej nocy i ja będę zostawać sama...
- I już zdążyłem Ciebie zaprosić abyś spędzała je tutaj ze mną, czyż nie?
- Tak, ale... - przygryzła wargę - Ja w sumie nie pamiętam, abym była traktowana jak szlachta, wiesz? Najpierw byłam młodziutka to tylko służba... później szkolenie... a później już wygnanie i... Dopiero Otto...
- I nie zamierzam ci tego odebrać. Wciąż będziemy tam nocować, wciąż będziemy korzystać z gestu wróżkowego króla. Jednak jeśli byś czuła, że on ciebie nie szanuje to wolałabyś mieć coś własnego i nie być na łasce jego humorów, prawda?
- Zależy czy bym mogła... - mruknęła smutno - Obawiam się... czy to już nie zwiastuje... rozluźnienia... więzi... - każde słowo wypowiadała ciszej od poprzedniego, bojąc się całości ich wydźwięku.
- Rozluźnienia więzi? Kay, niech piekło zamarznie… wymyślasz scenariusze i się ich boisz. Chcę mieć coś własnego, bo Otto mnie nie szanuje. Tyle. To wszystko. Nie ma to nic wspólnego z tym co jest między nami. Rozumiesz?
- Ale mogłoby doprowadzić do tego... - odwróciła wzrok - ...sama już nie wiem... Może też boję się zostać sama.
Viktor nachylił się i ucałował ją w czoło.
- Nie zostajesz sama. Nie odrzucam ciebie. Nie zaprzestajemy prób sprawienia, abyśmy działali. Nic się nie zmienia. Tylko to, że mam opcje i jak z Otto się pożrę to mam gdzie pójść… no i będę miał sypialnię zaraz obok biura kancelarii, co też na pewno się przyda.
- Ale przecież ty nie śpisz... - przypomniała.
Viktor zmrużył brwi.
- T-tak… ale ty śpisz. I jak będę pracował do późna to będziesz miała opcję spać obok. Poza tym sypiam co te dwa-trzy dni.
- Ale będą te noce, gdy cię nie będzie... - szepnęła i głęboko odetchnęła - Ale jest jak jest, prawda?
- Yhym… i one będą zupełnie niezależnie od mojej sypialni przy kancelarii.
Kaylie nie odpowiedziała ruszając w stronę pokoi dla Khala jedynie odwróciwszy się ku niemu by spojrzeć czy idzie za nią. Wtedy nagłe pchnięcie przyparło ją do ściany świątyni. Nie było gwałtowne, ale miało swój autorytet. Już w głębokim pocałunku skrzyżował jej nadgarstki wysoko nad jej głową i uchwycił je oba swoją dłonią, drugą przyciągając jej biodra do swoich.
Kobieta mimo początkowego zaskoczenia szybko zaczęła rozpływać się w niespodziewanym pocałunku.
Całował ją długo aż oboje dech zaczęli tracić, nim się oderwał.
- Bez smutania mi, proszę. Jesteśmy w tym wszystkim razem i na przekór światu walczymy o swoje szczęście. Chcę widzieć więcej werwy. Capisce?
Zapytał ale nie czekał na odpowiedź, a puścił ją (w sposób dający pewność, że nie utraci ona równowagi) i poszedł do biura przodem.
Arkanistka czuła gorąco na swoich policzkach walcząc z uśmiechem jaki wykręcał jej usta. Po kilku oddechach Khal usłyszał za sobą słowa kochanki:
- Oui maître.
- Quoi? Nie słyszałem. Głośniej, proszę! - Rzucił z wyzwaniem za plecy, wcale się nie zatrzymując.
- Oui...! Con. - ostatnie słowo powiedziała jakby z przekąsem.
Viktor zatrzymał się i spojrzał na nią marszcząc brwi podejrzliwie… rozumiał ton, ale definitywnie jeszcze nie znał galtaińskiego na tyle aby wiedzieć, że go obraziła… Pomachał palcem ostrzegawczo, ale złagodził to puszczonym oczkiem i skierował się znów do pokoju.
Biuro było przestronne i ułożone w nim były duże ilości surowców. Nie szkła i deski, ale bryły drzewa, piasek krzemowy, barwniki, stal, cyna, żelazo i ołów w ciężkich sztabach, oraz nawet kilka nieregularnych kostek marmuru. Kaylie łatwo też dostrzegała nieregularne nisze w ścianach. Przestrzenie na skrytki, dla ważniejszych dokumentów… albo na zmyłki. Większość na zmyłki.
Patrzyła z zamyśleniem na całość pokoju próbując go sobie wyobrazić urządzonego.
- Czy w tych przestrzeniach będą trzymane zwłoki?
- O tak prymitywne sposoby byś mnie oskarżała? Czuję się urażony… - chichot zadudnił w jego piersi, gdy wstępował do środka.
- Tu będzie stało moje biurko. Wszystkie ściany praktycznie wytapetowane regałami. Nigdy za dużo półek. W tej, tej i tej niszy zmontujemy sejfy. Za moimi plecami witraż. Tak aby pamiętano, że jestem również arcykapłanem. Tu skrzynia, tu szafa na ubiory robocze.
- A biurko tak wysokie by klęcząca osoba mogła się pod nim zmieścić, tak? - zapytała próbując brzmieć jak ktoś, komu nie zależy.
- Ma ono być wielkie, ciężkie i pełne ukrytych komór. Ma reprezentować moje stanowisko oraz być użytecznym narzędziem. Wszystko inne jest drugorzędne, ale… zastosowanie o którym mówisz naturalnie się kreuje jako efekt uboczny wcześniej wymienionych cech.
- Oczywiście. Oczywiście. Jak mogłam zapomnieć. - powiedziała ciągle siląc się na całkowity brak zainteresowania.
- Dobrze. Więc musimy najpierw zużyć materiały z tej grupy, aby zrobić miejsce…Zaczęli pracę. Znacznie więcej było w tym opowiadania i oglądania rycin, niż faktycznego czarowania, ale taka była właśnie charakterystyka tej pracy. Zaklęcie to cztery do sześciu sekund. Precyzyjne zrozumienie co było oczekiwane mogło zajmować nawet kwadrans. Najwięcej uwagi poświęcone było biurku, ale łoże też okazało się dla Viktora ważne. Umysł Kaylie, zasilany zarówno błogosławieństwami i magią tajemną kierował zaklęcia wytwarzania w sposób tworzący dzieła sztuki, które na królewskie salony mogłyby trafić. I o to właśnie chodziło.
- Doskonała robota - chwalił Viktor, widząc końcowy efekt. W oczach tańczyły mu ogniki radości. - W Cheliax bym się nie powstydził takiego wyposażenia. Może nawet mam najwspanialszy gabinet w cały Evercrest? Dziękuję Ci, Kaylie. Jeszcze raz: doskonała robota.
Mówić, że Kaylie była zawstydzona to nie mówić całej prawdy. Spuściła głowę trochę jakby coś źle zrobiła i wymruczała.
- To nic...
- Potem przetestujemy materac. Zajmiesz się resztą świątyni? Fisuś ci pomoże, wie wszystko co jest do zrobienia. Kozioł nauczył mnie rytuału przeciw-dywinacyjnego i chcę nim objąć te dwa pomieszczenia. Zajmie to kilka godzin.
- Jest tu gdzieś niewidzialny? Czy też patrzy na nas jak jesteśmy razem? - zapytała.
Viktor zachichotał dudniąco.
- No Fisuś, pokażesz się? - zapytał, a po chwili wężowy łepek wychylił się zza jego kołnierza.
- Zaznaczyć pragnę, że nie jestem przy waszych rozmowach częściej niż jest Rastafa. A technicznie jesteśmy istotami tej samej kategorii.
- Nie pytam o zwykłe rozmowy... - uśmiechnęła się - Chodzi o takie z akcją.
- Zrozumiałem… - odpowiedział Fisuś nie do końca zgodnie z prawdą - Odpowiedź pozostaje ta sama.
- Tak samo jak on uważasz, że to obrzydliwe? - zapytała wprost.
- Jeśli nie liczyć więzi empatycznej z Viktorem to jest to dla mnie czynność z tej samej kategorii co, powiedzmy, takie bieganie wokół jeziora. Nikt by mnie do tego nie zmusił, ale jak kto to lubi…
- Więc skoro ty odczuwasz co odczuwa... - nie dokończyła.
- To nie do końca tak… Na ogół trochę odczuwam, a więcej wiem... aczkolwiek przyznam, że część viktorowej satysfakcji do mnie dociera - wężyk wygiął się w jakiś taki sposób, że przypominało to gest wzruszenia ramionami.
Kaylie spojrzała na Khala.
- Nie wstydzisz się, że węża nakręcasz?
- Nie wstydzisz się, że swój miecz gorszysz? - odpowiedział zaczepnie.
- On nie musi patrzeć, a w końcu nie mamy aż tak... osobistej więzi. Nie wiem czy w ogóle rozumie i odczuwa moje uczucia.
- Nie dam ci odpowiedzi na tę konkretną zagadkę. Rhaast sam swoje przeszedł, ale ostatnio chyba próbował być milszym?
- Na tyle ile się da... Jest w sumie milszy do mnie. Szokujące, jakby nie on.
- Daj mu czas i doceń próby, a będzie tylko lepiej.
- Gdyby był czymś innym obawiałabym się, że coś knuje. - spojrzała na Fisusia - Jak ten mały tutaj.
- Ale nigdy się nie dowiecie co! - wąż wystawił język przekomarzająco i schował się za koszulą.
- Cieszę się, że i wasza relacja się poprawiła - uśmiechnął się Viktor.
- Ty wiesz, że masz pomagać mi w modelowaniu przestrzeni, Fisuś? Nie chowając się za koszulą Khala przecież. - przypomniała i zwróciła się do kapłana - Wątpiłeś?
- Skorzystam z prawa do składania zeznań… ale ona ma rację, Sir Fistaszku. Masz robotę do wykonania.
Viktor wyciągnął rękę i wąż wypełzł mu przez rękaw…
Po tym Kaylie przysunęła rękę i mały gad wsunął się pod jej rękaw.
- On wie tyle samo o naszych panu i władcy co ty? - zapytała z ironią opisując Azazela, jakiego w sumie wyśmiewała w jego świątyni.
- Ja tu wciąż jestem - wysyczał Fisuś głosem nieco stłumionym przez warstwy ubioru.
- Ale ja mogę być lepiej dysponowany do odpowiedzi na to pytanie - odpowiedział chowańcowi i spojrzał na Kaylie - Fisuś ma łatwiejszy kontakt z Kozłem Ofiarnym niż ja i ponad to wierzę, że rozumie go równie dobrze jak ja.
- Albo lepiej…
- Z tym bym polemizował, ale na pewno jesteśmy w tej samej kategorii poznawczej - zachichotał i spojrzał na Kaylie nieco poważniej - Nie chciałbym ciebie zanadto naciskać, ale bogowie mają szczególny wgląd w swoje świątynie i traktują je osobiście. Potrzebowałbym abyś przystopowała z przekorą i “humorem” gdy jesteśmy w jej murach. Możesz to dla mnie zrobić?
Kaylie zmarszczyła brwi.
- A boisz się, że będzie cię rozliczał z efektu?
- Boję się, że to nie JA będę rozliczany. I mówię o przekorze sprzed chwili, nie twojej pracy ZA chwilę. Nie spodziewam się abyś zostawiła jakąś niespodziankę, która by mi w przyszłości utrudniła życie.
- O czym ty mówisz? - przewróciła oczami - Nie zrobiłam niczego takiego, co postawiłoby mnie w złej sytuacji. Nie sprzeciwiam się mu.
- Nie mam nawet ochoty wchodzić w dyskusję o tym. Wiesz dobrze, że byłaś ironiczna. Chcesz być? Proszę bardzo… ale proszę ciebie… poza jego świątynią. To chyba nie takie trudne, prawda?
- Przecież go tu nie ma! - zaprotestowała.
- A tylko poprzez swoją obecność tu mógłby usłyszeć twoje słowa?
- Nie przeprowadziłeś żadnego rytuału, aby miał połączenie w te mury! - zaprotestowała.
- A sądzisz, że jakiegokolwiek rytuału by potrzebował, aby – w swojej pierwszej świątyni – mógł usłyszeć twoje słowa?
- To miejsce nie zostało mu poświęcone, więc jest jak każdy inny budynek. - upierała się i ze skrzywieniem spuściła głowę - Prawda?
- Wydaje ci się, że DLA NIEGO jest to jak każdy inny budynek?
- No nie, ale... w sumie jeszcze nic takiego tu się nie dzieje...
- I jesteś gotowa zaryzykować jego gniew, na mocy “w sumie to chyba nie będzie ciekawy”?
- Gniew... Jeszcze nie widziałam by ten diabeł był zły. Nie tak sobie wyobrażałam to... - mimo słów rozejrzała się oczami po pomieszczeniu jakby w lekkiej obawie.
- A czy wątpimy w jego zdolność do gniewu?
- Pewnie jest zdolny... - mruknęła pod nosem.
- Więc skoro przyjmujemy możliwość, że słyszy nas. Przyjmujemy możliwość, że usłyszane wzbudzi to jego gniew… Zakładam już, że jego gniew nie byłby przyjemny… czy nie warto oszczędzić sobie szansy na tę nieprzyjemność?
- ...tak... - burknęła niechętnie patrząc w ziemię.
Podszedł bliżej i ucałował ją w czoło.
- Dziękuję. Naprawdę nie chcę źle. To po prostu nieco autorytarna forma troski o ciebie. Jak będziesz tak przekorna względem niego we Dworze to nie usłyszysz mojego protestu. Czy taki układ brzmi rozsądnie?
- Ale masz zamiar tu mieszkać, a jednocześnie chcesz bym tu była często. - zamarudziła.
- Hmmm… trafny argument. Ale mój pokój nie będzie, de facto częścią świątyni, pomimo, że się w niej znajduje. Jestem pewny, że adresowanie czegoś takiego jak przed chwilą, w tym prywatnym pokoju, byłoby poniżej godności Kozła. Jak mówiłem… świątynia to szczególny przypadek. Pokój – nie.
- Robisz wyjątki dla swojej wygody bym chciała tu przychodzić.
- Mówiłem ci, to nie reguła a troska. Świątynie to szczególne miejsce dla bogów. Mój pokój nim nie jest.
- Czyli będziemy mogli robić cokolwiek i jakkolwiek w nim? Nawet wykrzykiwać bluźnierstwa, hmm?
- Byleby nie było słyszane w świątyni. Źle by to wyglądało… - uśmiechnął się do niej konspiracyjnie.
- Och, jej. To by ktoś był w świątyni poza nami?
- Jest możliwa taka sytuacja. Również możliwe są wieszczenia rywalizujących religii na obszarach których nie obejmę rytuałem antydywinacyjnym. Z głupszych powodów wygrywałem sprawy w Cheliax.
- Zaglądałeś do sypialni? - Kaylie zakryła usta w udawanym szoku - Jak przeciwna strona z żonami, mężami i kochankami? Gdzie twoja godność?
Viktor zamrugał oczami trzy razy teatralnej w konsternacji.
- Co takiego? Z czym się je tą “godność”. Dziwne koncepty przedstawiasz. I może tak, może nie, ale mogło mi się zdarzyć podsłuchać czyjąś rozmowę, w dosyć prywatnej sytuacji i dzięki temu ugruntować zwycięstwo w sporze handlowym.
- Więc wcale nie trzeba być dobrym prawnikiem! Wystarczyło wtykać nosa w prywatne sprawy jak jakiś szpieg! - pokręciła głową z niechęcią - A miałam cię za kogoś respektującego prawo i nie zniżającego się do tak ulicznych sztuczek.
Viktor wzruszył ramionami.
- Wyprowadzę ciebie z tego głębokiego niezrozumienia innym razem. Dziś mamy robotę. Zajmiecie się resztą świątyni. Chciałbym jutro już ją oficjalnie otworzyć.
- Słyszałeś Fisuś? Pan arcykapłan wydał polecenie. - ironizowała z uśmieszkiem.
Głośne chrapnięcie wydobyło się spod jej koszuli.
- Hę? Co?! Ah, no tak… tak długo chrzaniliście, że już sobie drzemkę uciąłem!
- Dobra, dobra… Oba cwaniaki: won - Viktor gestem brody wskazał drzwi - Wszyscy mamy swoją robotę, a niektórzy mają jej więcej potem.
- Gówno masz, a nie robotę! Idziemy Fisuś, my się przydamy! - powiedziała "urażonym" tonem i zabrała chowańca ze sobą, aby ozdabiać świątynię.
- A jak! - zawołał głosik spod jej koszuli, gdy wychodzili zostawiając rozbawionego Viktora, trochę nie rozumiejącego skąd ten nagły front się uformował.
- Więc wiesz dużo o przeszłości Azazela? - arkanistka odezwała się do chowańca, gdy oceniała zapotrzebowanie na ławy w świątyni - Przyda mi się do stworzenia płaskorzeźb i malunków naściennych.
- Tak jakby, ale nie będzie dużo scen z przeszłości Kozła Ofiarnego. Viktor nie chce estetyki jak ze świątyni Asmodeusza. Bliżej Abadara z diabelskimi elementami. Czy może ciebie to, po prostu, osobiście interesuje? Bo mogę opowiedzieć i tak…
- Interesuje, a na pewno też jakieś sceny są istotne, choć niewiele i lekko. Nie trzeba od razu robić tego jak u Asmodeusza. - wyjaśniła głaszcząc łepek węża.
- W porządku, ale wiele nie usłyszysz. Azazel strzeże swojej przeszłości, bardziej skupiając się na teraźniejszości. Wiadomo – bo on sam się nią dzielić nie chce –, że pierwotnie był aniołem o imieniu Fenuel. Zszedł na przedsionek Otchłani, aby chronić resztę wymiarów przed pochodem demonów. Wiesz jak to jest… Otchłań zawsze się chce rozrastać i zostawiona sama sobie pochłonie wszystko. Nieokreślony czas później został oskarżony o jakąś bzdurę przez niebiosa… wtedy piekła z niebami bliżej kooperowały… został zamknięty w planarnym odpowiednim więzienia na pięć tysięcy lat i stosunkowo niedawno dopiero wyszedł. To z tego pobytu przyjął przydomek Kozioł Ofiarny. Aby przejąć tę historię jako swoją… ale nic nie budzi w nim takiego szału jak zrzucanie na kogoś winy, by ratować się z własnego błędu.
- Dlaczego Asmodeusz akurat jego miałby poświęcać? Czym mu podpadł?
- Możesz go o to zapytać, mnie tam nie było.
- Nie mam za dobrych relacji z Azazelem, powinieneś o tym wiedzieć. Jako że masz większe zrozumienie tego diabła... Trzymasz go w wysokiej opinii? Poważasz go?
- … zgodnie z moją wiedzą NIKT nie ma z nim na tyle dobrych relacji, aby odpowiedział mu na pytanie o swoją przeszłość. Łatwiej byłoby z Księciem Ciemności, lub Baelzebubem pewnie… ale Kozioł by tego nie przyjął dobrze. Nie mogę o nim wiele powiedzieć, ale wiem, że on się stara. To jest istota, która aktywnie walczy ze swoją naturą i wygrywa. To jest chwalebne i ma w tym moje uznanie. Jest zauważalnie oderwany od rzeczywistości gdy idzie o niuanse tego świata, ale ma dość inteligencji aby ufać Viktorowi, że on je opanuje. Jednocześnie ogół już widzi całkiem poprawnie i wyciąga z tego poprawne wnioski. Ponadto jest w nich całkowicie szczery… albo dobrze gra, ale to jest niefalsyfikowalna możliwość z punktu widzenia śmiertelników. Ogólnie… zgadzam się w stu procentach z Viktorem. Nie kocham Kozła Ofiarnego, ale uznaję go za mojego patrona i popieram jego wizję.
/- Dla mnie on jest i zawsze będzie diabłem, choć tego nie chce przyznać. Jego diabelskość zawsze wysuwa swój paskudny pysk na wierzch. To jego natura i całkowicie pokonać jej nie jest w stanie. - przesunęła dłoń po całym długim grzbiecie węża - Aż dziwne, że takie jajeczko malutkie i niewinne stworzył.
- I to od razu definiuje go jako istotę, że jest diabłem?
- A myślisz, że jest inaczej? - zaczęła delikatnie drapać wężową skórkę.
- No ja nie wiem… - odpowiedział z naciskiem wygrzebując się z na wierzch jej dłoni. Jego turkusowa skóra się napięła i przekształciła. Zczerwieniała i uformowała kończyny. Kaylie musiała trochę się zaprzeć, gdy nabierał masy. Piekielny imp wstał i rozłożył ręce oraz skrzydła, prezentując swoją całą postać.- … ty mi powiedz czy dla ciebie jestem i zawsze będę diabłem i niczym więcej.
- Malutkim diablątkiem, co najwyżej. - niezrażona zaczęła go miziać za skrzydłami - Nie starym, paskudnym diabłem co chce udawać anioła.
Fisus przymknął oczy przyjmując pieszczotę i zmienił się z powrotem w węża.
- I widzisz? Sama już dyferencjujesz pomiędzy różnymi stopniami diabelstwa. Oboje… ugh… mam na myśli, że i ja i on… errmmm… psia kość… miałem to już ułożone w głowie, to czemu mi się język plącze? Tff… Viktor sprawia, że to takie łatwe się wydaje… chodzi o to, że jeśli może być “mały uroczy diabeł” i “duży zły diaboł” to znaczy, że sam fakt bycia diabłem przestaje być definiujący. Przynajmniej totalnie… rozumiesz co mam na myśli?
- Rozumiem... ale to dla mnie nie poprawia sytuacji Azazela. - powiedziała pieszcząc chowańca.
- Chcesz go nienawidzić? Jasne. Masz ku temu swoje powody… ale nie mów “diabeł i tyle”. Diabły to nawet nie rasa, ale kategoria ras. Są bardzo różne, jak na moim przykładzie możemy zaobserwować.
- Jego bym nie mogła pieszczochać jak ciebie. - powiedziała przyjaźnie.
- A to akurat jego strata… Nie wie co dobre. W porządku… świątynia. Bo zaraz nam pół dnia zejdzie… Zacznijmy może od gargulców, co sądzisz? -
Zakrwawiony pergaminRehabilitacja się skończyła, ale choroba wzięła, więc myśleć nie idzie.
-
[WFRP 2ed] BögenhafenNadja nie odpowiedziała mytnikowi słowem, ale jej przewrócenie oczami wyrażało opinię jaką teraz o nim miała.
-
[WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze@marrrt wyjdziemy z miasta i sobie z nim "porozmawiamy", nie?
-
[WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarzemoglibyście w końcu zapracować na swój los.
Mógłbyś MG przypomnieć swoje stanowisko względem PvP?;D
Dokładnie to!
-
Powitania, pożegnania i powroty@rerebirth Hai!

-
Kultyści - Lato 2519
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
Czas: 2519.07.28; Wellentag; ranek
Heinrich i Fabienne
- Oczywiście, że byłoby świetnie gdyby doszło do spotkania. - odpowiedział - Życzysz sobie wejść do mnie, czy czas cię nagli? - zapytał wpierw.
- Jeśli mnie zaprosisz to chętnie skorzystam. Za radą Pirory chciałam się z tobą rozmówić zanim się spotkam z Petrą. Bo jeśli obie przyjedziemy do ciebie to może nie być tak prosto porozmawiać bez udziału naszej słodkiej i ślicznej Petry. - Bretonka uśmiechnęła się wdzięcznie do gospodarza i odpowiedziała swoim melodyjnym akcentem.
- Ależ proszę, proszę. - odsunął się dość sztywnym ruchem, choć chyba po raz pierwszy nie sprawiającym mu prawdziwego dyskomfortu - Będzie mi niezmiernie miło gościć taką personę w moich bardzo skromnych progach.
Niczym wdzięczny gospodarz zaprowadził kobietę do drewnianego stolika w swoim niewielkim saloniku.
- Byłabyś chętna na jakiś napitek? Bardziej czy mniej doprawiony?
- Może więcej wody jeśli można. Chyba wciąż mam zbyt delikatne podniebienie na te wasze imperialne trunki. My w Bretonii jednak bardziej je rozcieńczamy. Wtedy można je pić cały dzień i nie wchodzą tak do głowy. - Czarnowłosa milady z wdziękiem podeszła do wskazanego miejsca przy stole i spoczęła przy nim. I pozwoliła aby Heinrich mógł pełnić rolę uprzejmego pana domu.
Sam Heinrich natomiast nawet bez wsparcia laski poruszał się po mieszkaniu, wyraźnie starając się przyzwyczajać do przemieszczania z dodatkowym metalem obciążającym jego ruchy.
- Jak sobie zażyczysz. - powiedział wyciągając nalewkę z leśnik jagód na spirytusie i stawiając naczynie obok kryształowej szklanki, sam przechodząc by nabrać wody do dzbanka - Czy już twoje znajome wcześniej wykorzystały to delikatne bretońskie podniebienie?
Zalał szklankę mniej niż w połowie nalewką, a resztę nalał wody i zamieszawszy kryształem zaniósł go przed kobietę.
- Ależ Heinri. - Bretońska milady znów wypowiedziała jego imię na modłę swojej ojczyzny. Do tego obdarzyła go rozbawionym uśmiechem i flirciarskim spojrzeniem. - Chyba oboje wiemy, że moje delikatne, bretońskie podniebienie służyło nie tylko moim koleżankom. I nie tylko podniebienie. - Wydawała się być rozbawiona jego uwagą. Chętnie wzięła ozdobną szklankę jaką jej podał ale poczekała aż sam spocznie aby mogli swobodnie rozmawiać. - Choć przyznam, że do tej pory nasza słodka Petra nie korzystała z mojego podniebienia ani w żaden inny sposób. Ale z tego co ją znam i usłyszałam od Priory to jeszcze może się to zmienić. Pirora od dłuższego czasu jest jej przychylna i myślała o niej aby ją przyciągnąć bliżej nas. Ot, po prostu tyle się działo, że zeszło to na dalszy plan. Aż pojawił się pewien weteran jaki przykuł uwagę naszej słodkiej blondyneczki. - Milady zgrabnie wróciła do swojej znajomej szlachcianki. I zdawała się doceniać zarówno walory jej ciała jak i miejsce jakie mogłaby zająć gdyby w pełni przystąpiła do kultu.
Heinrich nie usiadł przed Bretonką, a stał obok wsparty o rant blatu stołu, co mogło przynosić na myśl przyzwyczajenia pozostałe z czasów, gdy takie rozmowy prowadziłby z pozycji siły otrzymanej z łaski Cesarza Imperium i po prostu wychodziło to co pewien czas choć tym razem to sam powinien być po wrogiej stronie konfliktu.
- Mam do Petry inne plany niźli wy miałybyście. - odpowiedział szczerze - Nie jestem zainteresowany w rozbudzaniu jej chęci ciała i nieprzystojnych aktach, jednak na pewno byłoby miło, gdybym mógł z nią porozmawiać bez świadków.
Szlachcianka przez chwilę zadzierała głowę aby przyjrzeć się twarzy gospodarza. Po czym ją opuściła i upiła łyk z ozdobnej szklanki. Przez chwilę wyglądała jakby zastanawiała się nad odpowiedzią. - No cóż, Heinri. Nasze plany nie muszą się wykluczać. Ty masz swoje plany co do Petry a my swoje. - Wzruszyła ramionami jakby nie dostrzegała tu sprzeczności interesów. - A nawet jak widzisz, możemy sobie pomóc nawzajem. Ale pewnie byłoby nam łatwiej, jakbyś zdradził jakie masz wobec niej zamiary. No a jak chcesz dziś zostać z nią sam a sam to raczej powinno udać się to zorganizować. - Milady zachowywała się ugodowo, jakby nie chciała aby próżnili się o jej blond koleżankę.
Heinrich zatrzymał się wpatrzony w ścianę przed sobą.
- Jest drogą do dotarcia do swojego ojca i uzyskania lepszego wejścia do akademii. - powiedział szczerze - Zależnie od siły jej zainteresowań nauką, także można to wykorzystać aczkolwiek to on jest główną nagrodą. Znajomość z nim otworzy także wejście w naukowe zainteresowania miasta.
- Nauką to się chyba Tobias interesuje. - Bretonka zmarszczyła swoje zadbane brwi jakby nie zamierzała się o to kłócić. Chociaż mogła się orientować, że belfer ze zboru Starszego jest zapewne jednym z lepiej wykształconych kultystów. - Ale rozumiem cię Henri. Zapewne pozyskanie jej ojca byłoby nam na rękę. Ja go trochę znam, głównie przez mojego męża. Czasem jak jest w mieście, to uczestniczył w różnych balach czy uroczystościach na jakich bywał także Gunther. No a ja mu towarzyszyłam. Jeszcze lepiej się znają Schneiderowie z van Zee. Gert z Ghunterem są w podobnym wieku, tak samo jak ich córki. A Petra od dawna przyjaźni się z Kamilą. Kamilę też staramy się pozyskać dla naszej sprawy. Zdaje się lady Soria, całkiem jej zawróciła w głowie, więc sytuacja dobrze rokuje. Jednak jeszcze brakuje nam ostatnieg kroku czy paru, dlatego nie było Kamili na naszym małym, pikniku w lesie. - Szlachcianka chętnie zaczęła tłumaczyć powiązania pomiędzy jej koleżankami i ich rodzinami.
- Więc myślę, że to dobry pomysł aby spróbować przez Petrę, dotrzeć do jej ojca. Gdyby do nas przystąpił, miałby zapewne dużo większe możliwości niż Tobias. A ty czy ja, przecież nie musimy działać takimi samymi metodami. Są różne ścieżki prowadzące do tego samego celu. Jeśli jakoś bym ci mogła w tym pomóc Heinri to powiedz jak. Być może będziemy mogli sobie pomóc nawzajem. - Fabienne wydawała się popierać jego pomysł, nawet jeśli sama miała inne sposoby i cele niż były łowca heretyków.
- Petra także posiada zainteresowania, jakie po ojcowskiej krwi musiała przejąć. Nie wiem jak wielkie będą, ale zamierzam się im przyjrzeć. Nie posiadam waszego powabu, co jednak nie wyklucza mnie z tej gry. Taak... - uśmiechnął się do swoich myśli, co musiało być niepokojącą oznaką jeżeli wciąż zajmowałby się łowieniem heretyków, a nie byciem jednym.
- Jeśli byś miał ochotę na taką powabną grę to dziś jak przyjadę z Petrą, to możemy zagrać jakąś partyjkę. - Na bladolicej twarzy Bretonki, pojawił się filuterny uśmiech. Pozwoliła aby ta myśl zakiełkowała w głowie starszego kolegi zanim kontynuowała. - Ale jeśli nie to rozumiem. Tobias czy Silny też nie zawsze korzystają z naszych zaproszeń. Nie przejmuj się mną, wrócę do powozu. I tak miałam parę listów do napisania a pewnie w teatrze nie będę miała kiedy. - Dała znać, że nie zamierza forsować swoich preferencji na gospodarza i jest gotowa pójść dzisiaj na współpracę w sprawie spotkania we trójkę. - A czy życzysz sobie Heinri abym coś przekazała Petrze zanim tu do ciebie przyjedziemy? - Popatrzyła na niego z zaciekawieniem.
- A jak byś to widziała? - zapytał zdziwiony.
- Mogę z nią w teatrze porozmawiać i spróbować jakoś przygotować na nasze wspólne spotkanie. Albo nie wtrącać się i pozwolić biec wydarzeniom swoim torem aż tu przyjedziemy do ciebie. - Szlachcianka odpowiedziała spokojnie i bez wahania.
- Sam jestem ciekawy jak te wydarzenia przebiegną, więc pozwólmy im się toczyć niezakłóconym. - powiedział i podszedł do zamówionej misy, aby postawić ją przed Bretonką - Chciałbym byś pomogła mi w jednej zagadce... Czy cokolwiek odczuwasz w związku z tym elementem garncarstwa? Czy jest zupełnie ci obojętny?
Bladolica szlachcianka uśmiechnęła się ciepło do swojego gospodarza i pokiwała głową na znak zgody. A gdy postawił na stolę misę od Fridy z ciekawością się jej zaczęła przyglądać. Uniosła dłoń aby przesunąć swoimi smukłymi, zadbanymi palcami po rączkach i zdobieniach.
- Bardzo oryginalne. I te rączki. Wyglądają jak te nasze przyjemniaczki. - Podniosła głowę na Heinricha i uśmiechnęła się gdy dotknęła dłonią swojego brzucha. - Te wzorki to też takie robaczki. Skąd to masz? Fascynujące jak to pasuje do tych naszych przyjemniaczków. Zupełnie jak naczynie zrobione dla nich. - Wyglądała, że od razu dostrzegła ten związek z hodowlą czerwi w brzuchach swoim i niektórych koleżanek. I wydawała się nim zafascynowana.
- Miałem dużo snów dotyczących garncarki, po jakiej właśnie takie czerwie chodziły. Zamówiłem naczynie co też Otto poradził... ale w sumie nie wiem co więcej z tego wyciągnąć. - przyznał ze wstydem w głosie.
- Ja polubiłam jak po mnie chodzą. A te we mnie to też prawdziwa przyjemność. Wielu rzeczy próbowałam w takich figlach ale przyznam, że te przyjemniaczki to coś nowego. Bardzo mi przypadły do gustu. - Szlachcianka uśmiechała się z zadumą i głaskała wyżłobione w misie czerwie. - A jeśli ta twoja garncarka ci się śniła z czerwiami i jeszcze robi takie cacka, to zapewne nie jest to przypadek. - Podniosła głowę aby spojrzeć na kolegę z kultu. - Myślę, że przynajmniej takie wyroby, mogłyby się spodobać muszym matkom. Teo tak nas nazywa. Ta cukiernik co ją Otto z nami niedawno zapoznał. Ma ta misa swój urok. Pasuje do nas. No i jak jeszcze ci się ta garncarka śniła… Cóż, mnie też się zdarzają sny. O czerwiach, orgiach i zwierzoludziach. Sam widzisz, że sporo z tego mi się sprawdziło. Oddi to miała sny o ciąży z kimś innym niż ludzki mężczyzna, jeszcze zanim do nas przyjechała. Teraz to sądzi, że może właśnie chodzić o te czerwie. Albo o zwierzoludzi. Już musi luzować gorset bo jej brzuch zaczyna rosnąć. Ja zresztą też. Ale trudno mi się oprzeć aby wciąż nie przyjmować w siebie kolejnych dawek jaj. Nawet jak rozum podpowiada co innego. A zaczęło się od snów Henri. Więc może i ta twoja garncarka ma coś z tymi czerwiami wspólnego. Skąd ją znasz? - Bretońska milady chętnie wdała się w ten temat i jak zwykle wypowiadała się o nim bardzo pozytywnie. A samą rzemieślniczką i jej wyrobami wydawała się bardzo zainteresowana.
- Prawie codziennie słyszę jak jej koło garncarskie pracuje przez ulicę. - wskazał na okno - Jesteśmy w sumie po sąsiedzku.
- Oh no to się dobrze składa. To ci raczej nie ucieknie. I jak robi takie cacka to może coś jeszcze u niej zamówisz? Lub jak chcesz to mogę pójść z tobą. Też bym chętnie zamówiła taką misę albo coś podobnego z takim motywem. Ciekawe czy ona też ma robacze sny. Jeśli jest podatna na zew którejś z Sióstr, to bardzo możliwe, że by mogła je mieć. - Fabienne szybko odpowiedziała swoim melodyjnym, bretońskim akcentem. Wydawała się brać za dobrą monetę, że owa rzemieślniczka jest tak swobodnie dostępna.
- Mogę cię do niej zabrać, będzie na pewno zachwycona, że wyższy stan tak do niej przychodzi.
- Nie zdziwiłabym się jakby tak było. Teo wciąż rozdziawia buzię ze zdziwienia i zachwytu gdy może z nami obcować za zamkniętymi drzwiami. Chętnie ją odwiedzę skoro to taka interesująca kobieta. No ale to może jak cię później odwiedzimy z Petrą. Lub kiedy indziej jeśli wolisz odwiedzić tą utalentowaną garncarkę bez panny Schneider. Bo obawiam się, że na mnie już czas. Jeszcze muszę wrócić do naszej kochanej Pirory zanim pojedziemy do teatru a jeszcze nie wiem czy będziemy jechać do Kamili i Oddie czy już w teatrze się z nimi spotkamy. - Bretonka była zaciekawiona rzemieślniczką jaką opisał jej Henri. Jednak w tej chwili nie była w stanie poświęcić jej czas skoro była już umówiona ze swoimi błękitnokrwistymi koleżankami. Wstała z krzesła i uśmiechnęła się życzliwie do byłego łowcy heretyków.
Heinrich postanowił jeszcze dowiedzieć się co Sigismundus będzie miał opinie na temat robaczych naczyń. To w końcu pieszczoszki od jego siostry są na nich uwiecznione. Może i on będzie chciał je ustawić w swojej kolekcji lub doda jakieś własne przemyślenia, jakie nie bądą ociekały chucią jak u dziewczyn.
-
Sezon 2.2
Magia i Magya

Wampirzyca z niechęcią ciężko uniosła się na posłaniu by usiąść na nim. Czytała po raz kolejny i kolejny treść SMSa. Raze... Raze... Skąd ona znała to imię? Skąd?
Mokra ziemia zakrywa powoli oczy
To wróg?
Ziemia mokra od krwi...
Sojusznik... Raze...Powoli wybrała numer osoby jaka wysłała wiadomość.
-Hej!- odezwał się znajomy głos Raze’a.- Zainteresowana nadal machaniem nożem jak zawodowiec? Bo mam kogoś kto może cię nauczyć. Odpłatnie, acz… William obiecał pokryć koszty, więc w zasadzie darmo dla ciebie.
- Serio? - Ann nagle musiała się rozbudzić na te słowa - Opowiadaj o co chodzi!
-Facet nazywa się Jun Chen… albo Junior. Zależy kogo spytasz. Jest bardzo dobry w machaniu scyzorykami. I zgodził się pokazać ci parę sztuczek, za odpowiednią cenę. Will się zgodził na jego stawkę.- wyjaśnił Raze.
- Brzmi świetnie! Rozumiem, że gdzieś w Nowym Jorku?
-Raczej przywiozę go do ciebie. Ponoć ostatnio i tak za często bywasz w mieście.- odparł żartobliwie Raze.
- Ktoś doniósł na mnie, co? - prychnęła żartobliwie - Akurat lepiej byś dostawę tu zrobił, bo akurat wczoraj poświęciłam swoje auto w walce z Sabatowcami.
-Serio? To wy tam na wsi w Sabat autami rzucacie?- zapytał żartobliwie Raze.
- Głównie nasz Książę. Ja tylko autem przyszpiliłam takiego do drzewa i spłonął.
-Słodko.- skwitował tę wypowiedź Raze.- Tak czy siak, wpadnę z nim jutro w nocy do willi Williama. I… pamiętaj, że Junior jest nieuświadomiony. Nie dawaj mu podejrzeń do tego, że jesteś czymś więcej niż kapryśną siostrzyczką Willa.
- Och. - zdziwienie było słyszalne w jej głosie - Ciepłego przyciągniesz? Skąd ty go masz?
-Popytałem wśród znajomych. - rzekł wesoło Gangrel.- Pewnie się domyślasz, że wśród wampirów sztuka walki nożem nie jest popularna.
- Dobrze, że ostrzegłeś. To też będzie trzeba przypilnować by do lodówki nie zaglądał. - zastanowiła się - Lub przypadkiem do mojego pokoju. Sztuki nie zrozumie.
-To nie jest facet, którego dziewczyna powinna sprowadzać do swojego pokoju.- zaśmiał się Raze.- To gangster.
- Mam udawać głupiutką siostrzyczkę? Czy pokazywać jakiekolwiek umiejętności?
- Nie musisz, po prostu nie pokazuj swojej nadnaturalnej natury.- przypomniał jej Raze.
- Jasne, jasne... Camarilla potrafi zabijać całą zabawę, nie? - zażartowała.
- Może być jeszcze użyteczny w przyszłości…- odparł wampir i zapytał.- To co Sabat szukał u was? Tych opętanych Bestią Nosferatu?
- Nie wiem. Oni dość często nas odwiedzają. Może się stęsknili? - Ann nie wiedziała czy Joshua by chciał, aby powiedziała więcej.
- Może…- Raze nie wydawał się przekonany jej odpowiedzią. Ale nie drążył dalej. - Muszę kończyć, do jutra Ann.
- Do jutra! - pożegnała się z nim i zakończyła rozmowę.
- Do jutra. Nie rozwalcie tam Róży do mojego przybycia. Fajna to knajpka.- dodał na pożegnanie Gangrel.Ann przeciągnęła się i poprawiła ubranie. Bycie martwym oszczędzało wielu nieprzyjemności ciała, jak potu po spaniu w ubraniu. Ruszyła pomiędzy ciałami zaćpanych hippisów na poszukiwanie Garry'ego. To był zaiste wielki labirynt ciał zghulowanych ćpunów.
Trochę jej zajęło znalezienie Gangrela. Niby posiadłość była podobnej wielkości co mieszkanie Willa, ale… może… jednak była większa? Na pewno była artystycznie przerabiania/demolowana przez wyznawców “mistrza”. Dziwne że Garry się na to godził. W końcu nie pasowało to do natury jego klanu… ten artystyczny nieład pasował bardziej do Toreadorów i Malkavian. W każdym razie układ pomieszczeń różnił się od domu Blake’a więc trochę musiała lawirować między pomieszczeniami, nim dotarła do Garry’ego po jego posiłku.
Dlatego też wampir uśmiechnął się szeroko mówiąc. - Aaaaannn… cooo taaam… Jak ci się spało?
- Nie najgorzej. Zjadłeś z jakiegoś wyznawcy? - zapytała rozbawiona - Bo wyraźnie był trochę "doprawiony" twój posiłek.
- Nas nie dotyczą uboczne skutki prochów. Jeden z plusów bycia nieumarłym. Polecam. - odparł Garry. - Co noc dobry humor.
- A co z naszym gościem z dnia wczorajszego? - zapytała wprost - Bo jestem bardzo ciekawa kto to.
- Jest karmiony… i jest z nim lepiej. Ale jeszcze nie nadaje się do przesłuchania.- ocenił Garry i sięgnął do kieszeni.- Ale mam coś dla ciebie. Jego prawo jazdy.
Ann chętnie wzięła prawo jazdy zaciekawiona kto zacz. Christian Jorgen, bladolicy białowłosy. Wampir… “krzyczało” zdjęcie. Pozer zapewne. Prawo jazdy wystawiono w Albany, ale adres zamieszkania był w White Plains.
- Ciekawe... Nadię zaprzęgnę do sprawdzenia tego prawa jazdy.
- Ok. Jest twoje. Nic innego ciekawego przy nim nie znaleźliśmy. - wzruszył ramionami Garry.- Ciuchy miał markowe. Żadnego bubla z przeceny.
- Dzięki.
Ann zadzwoniła do Nadii wciąż trzymając przed oczami upaprane w krwi prawo jazdy.
-Hej. Jak wam wczoraj poszło?- Nadia zaczęła od pytania.- Dużo musiałaś regenerować?
- Ja? Nic. Ja nie ucierpiałam. - powiedziała dumnie - Ten jeden nawiał, jakiegoś mamy co go gonili, teraz się regeneruje. Musiałam na chamów sabatników poświęcić auto.
- Niech ci to nie wejdzie w nawyk. Z tego co wiem, zdołałaś już całkiem sporo samochodów uszkodzić odkąd przybyłaś do Stillwater.- rzekła żartobliwie Nadia.
- Wolę uszkodzić nawet wszystkie samochody w Stillwater, niż dać własną skórę na wykarbowanie.
- To rozsądne podejście do sytuacji. Przypuszczam jednak że nie dzwonisz, by wyprosić ode mnie kluczyki do któregoś z moich wozów? Wątpię byś też tęskniła za mną. To uczucie wyparowało dawno wraz z moją krwią.- odparła Tremere.
- Ciągle cię lubię, choć nie tak szaleńczo, kochana. Czyżbyś żałowała sama, że nie zjawiam się tak często? Masz słabostkę do mnie? - zapytała przymilnie.
- Nie mam słabostki. Absolutnie. - obruszyła się deczko Nadia. Trochę zbyt intensywnie jak na kogoś obojętnego. - Niemniej jeśli już dzwonisz do jakiegoś maga będąc w romantycznym nastroju, to… jest to ów śmiertelnik co wynajmuje jedną z chatek Willa?
Ann uśmiechnęła się krzywo z rozbawieniem. No tak, Nadia była silna.
- Nie dzwonię do ciebie w romantycznym nastroju, nieważne jak byś chciała. - zaśmiała się - Dzwonię, bo chciałabym byś sprawdziła prawo jazdy wampira, jakiego Sabat gonił i u nas się rozbił. Mamy go na razie u Garry'ego, ale nie może gadać jeszcze, leczy się.
- Biedaczek.- odparła ironicznie wampirzyca.- A bardziej ofiara losu. To jak się ten pechowiec nazywa?
Bezklanowa spojrzała na trzymane prawo jazdy i zaczęła wyczytywać z niego dane, czasem poprawiając się jak zbyt zamazane były litery.
- Chcesz też numer?
-Wszystko… hmm…Jorgen Christian. Nigdy o nim nie słyszałam. To znaczy, że to noname. Wampir nie mający większego znaczenia w Camarilli. Jeśli z niej się wywodzi. Równie dobrze mógłby to być Anarch, lub renegat Sabatu.- zamyśliła się Nadia.
- Sprawdzisz kim oficjalnie ten Jorgen jest?
- Tak. Żaden problem. Zajmie mi to tak z pół godzinki, może nieco dłużej.- oceniła Nadia.
- Dzięki wielkie. Musimy w końcu znowu się spotkać osobiście. Jesteś po prostu zawsze zakopana w Stillwater. - powiedziała ze smutkiem.
- A ty mieszkasz… gdzie? Bo chyba jeszcze nie przeprowadziłaś się do Nowego Jorku.- zapytała ironicznie Nadia.
- Ostatnio często do Nowego Jorku jeżdżę. No i jakoś do ciebie nie zbaczam.
- I jak ci się widzi to Wielkie Jabłko? Zakazany dla ciebie owoc?- zapytała żartobliwie Tremere.
- O wiele lepiej niż w Stillwater. Lepiej się czuję otoczona tymi wszystkimi wielkimi budynkami, ludźmi, wydarzeniami…
- Plebsem.- skwitowała Tremere. - Pytanie jak długo ta nostalgia by działała. Nowy Jork też potrafi się znudzić.
- Och, nie przesadzaj. Tam przynajmniej zawsze coś się dzieje i można obejrzeć ten "plebs" w swoim naturalnym środowisku!
- Mamy inne doświadczenia z tłuszczą. Moje są bardziej… nieprzyjemne.- przyznała Nadia.- Traumatyczne nawet. W teorii przynajmniej. Bo nie przejmuję się czymś tak trywialnym jak trauma.
- Oczywiście, oczywiście. Niemniej zawsze by ci się przydał ktoś, kto odseparuje od nieprzyjemności przesuwania się obok takich, co nie?
- Nazywam ich ghulami.- zaśmiała się Nadia.- Gdy byłam w Nowym Jorku, nie byłam już początkującą Kainitką. Miałam sługi i szofera.
- Ja sugeruję, że może by się przydał ktoś jeszcze by pilnować cię... z każdej strony. - szepnęła drażniącym się z nią tonem.
- Od tego miałam strachliwych uczniów innych Tremere.- stwierdziła ironicznie Nadia i dodała po chwili namysłu. - Hmm… ta cała sprawa dojdzie do uszu księcia. Tego z Nowego Jorku. I pewnie czeka nas kolejna wizyta ze strony ich Szeryfa.
- Przetrwamy. Nie pierwszy ni ostatni raz za nami tęsknią... Ale nie sądziłam, że dałaś się tak uczniakom z każdej strony... Niegrzeczna panienka z ciebie.
Teraz nie było wątpliwości, że Ann miała na myśli inny rodzaj osobistego pilnowania i odseparowania od nieprzyjemności.
-Eehmm… Nie każdemu tylko seks w głowie. Niektórzy zdążyli zardzewieć, poza tym… większość Tremere była kiepska w łóżku i za życia.- odparła Kainitka sarkastycznie.
- Więc ogarniesz sprawę? Dzięki, kochana. Nie wiem czemu mają do ciebie jakieś problemy, jesteś urocza.
- Zabawna sprawa. Od dawna nikt tak mnie nie określał.- tymi słowami Tremere zakończyła rozmowę.
Ann zaśmiała się pod nosem chowając komórkę. Pora było zobaczyć osobiście tego "Adonisa".
“Lazaret” w posiadłości Garry’ego był w piwnicy… i śmierdział kocim moczem. Bo i kotów kręciło się tu wiele. Wisiało tu że mnóstwo ziół podwieszanych z sufitu. Co Ann kojarzyło się z siedzibą wiedźmy. Zauważyła jakieś beczułki, oraz zapalone kadzidełka. I dwójkę wyznawców Gangrela w kącie zajmujących się kopulacją. Cóż… przynajmniej starali się być cicho. Wampirzyc jakoś nie kusiło sprawdzić jakiej płci jest para owych gołych zadków.
Jej spojrzenie podążało do zawieszonych kroplówek z których krew spływała do ciała. Obecnie nagiego i pokiereszowanego. Twarz wampira przypominała piekielną układankę powoli zrastającej się na jej oczach. Obecnie miał tylko jedno oko i żuchwę w trzech częściach.
Nad jego bezpieczeństwem czuwał spory kocur, wielkości sporego psa i niewątpliwie wzmocniony krwią pana tych włości. Przyglądał się podejrzliwie Ann, w przeciwieństwie do drugiego ludzkiego “strażnika”, który siedział półnagi… za to z obrzynem na kolanach.
- Teraz to piękny nie jesteś. - odezwała się w kierunku pokiereszowanej masy mięsa - Choć już jakoś wyglądasz jak coś więcej niż kawałek wołowiny z rzeźni. - spojrzała na człowieka trzymającego obrzyna - Czy to jakaś niepisana zasada Garry'ego, abyście wszyscy nadzy chodzili?
- Niiieee… ale ubrania to faszyzm krępujący ekspresję… matka natura stworzyła nas gołych.- wybełkotał strażnik.
- I nie przeszkadza ci ta... kupa mięsa jakiej teraz pilnujesz?
- Niee… czemu? Tu jest przyjemnie… - rzekł z uśmiechem mężczyzna patrząc na Ann zamglonym wzrokiem.- Lilly czasem przychodzi i przynosi porządnego jointa.
- I wcale cię nie porusza stan tego... czegoś? Że wciąż... drga?
- Nieee… wszystko jest ooook…- strażnik uśmiechnął się szeroko, niewątpliwie lekko naćpany. Po co w ogóle Garry go tu sprowadził? Przecież ten ćpun nie upilnowałby nieboszczyka. Odruchowo Ann spojrzała w kierunku bacznie obserwującego ją kota. No tak… to nie facet był tu strażnikiem, a zwierzak właśnie. Mężczyzna był zmyłką.
Dziewczyna podeszła powoli bliżej tej kupy mięsa by się jej przyjrzeć. Ostrożnie stawiała kroki by nie przejść poza granicę jaką ustawił pazurzasty obrońca tego miejsca. Chciała zobaczyć czy wampir jakkolwiek zareaguje, choć ruchem oka, na jej przybliżenie się, oraz ogarnąć czy masakryczne obrażenia jakich doznał pochodzą na pewno tylko z traumatycznego wypadku drogowego.
Przez chwilę wydawało się, że jego oko śledziło ją… ale równie dobrze mogła to być jej wyobraźnia podsycana pobożnymi życzeniami. Nie poruszył się wcale… zresztą nie miał czym. Jego kończyny były w tej chwili jedną miazgą oplecioną bandażami.
- Użyteczny kawał mięsa, nie ma co... - westchnęła Ann.
Wampirzyca opuściła lazaret wybierając numer do Williama. Nie miała opcji samej się stąd ruszyć…
- Hej. Jak tam ci się spało u Garry’ego?- zapytał na powitanie Toreador.
- Przeżyłam te nagie tyłki jego zaćpanego kultu. - mruknęła - Ale jestem uziemiona teraz.
- Coś mi się obiło o uszy. Przyjechać po ciebie?- zapytał Toreador. Zanim jednak Ann odpowiedziała posłyszała odgłos wjeżdżającego na posesję pojazdu policyjnego.
- Chyba właśnie Joshua zajechał. Najwyżej od niego wysępię podwózkę.
- Mogę wpaść.- zaoferował William.
- Jeżeli przy okazji skręcimy do Nadii... Stęskniła się za mną, cholera jedna.
- Ok. Będę za pół godziny… może być?- zapytał Toreador, podczas gdy Ann przekonywała się, że ma rację. To rzeczywiście Joshua przyjeżdżał.
- Świetnie, to idę naszego władcę przywitać, pa! - po tych słowach rozłączyła się i szybko poszła przywitać Joshuę.
Wampir właśnie rozmawiał z którymś wyznawców Garry’ego. Musiał oczywiście przy tym poradzić sobie z faktem, że ów mężczyzna nie miał pełnego kontaktu z rzeczywistością i gadał w sposób typowy dla Malkavian.
Ann podeszła do Szeryfa i wzięła go pod rękę.
- Josh! Jak to miło, że do tego community zawitałeś! - spróbowała mu dać opcję ucieczki od naćpanego wyznawcy.
- Przyszedłem sprawdzić co z wczorajszą ofiarą, czy się do czegoś nadaje. Chciałem wiedzieć co Sabat odstawia w mojej domenie.- wyjaśnił szeryf.
- Wydaje mi się, że wodził okiem za mną jak się pojawiłam, ale wciąż to kupa mięsa i kośćca. Mogę cię zaprowadzić byś sam zobaczył ten obrazek co by jakiś Tzimisce miał na stole.
- Nie. To nie będzie potrzebne. Wodził za tobą… wzrokiem? To dobry znak.- ocenił Kainita.
- Na razie ma tylko jedno oko, ale mam wrażenie, że za mną podążało spojrzeniem. Jest na krwi w kroplówkach i powoli składa się... Przyznam, że to jakiś niezły osobnik musiał być. Młodsi raczej tak by z tego nie wyszli. Zadzwoniłam do Nadii by sprawdziła jego prawo jazdy jakie Garry znalazł przy nim.
- Nawet stary wampir po takim łomocie może się złożyć nie do końca poprawnie. I nie mówię tu o ciele… tylko umyśle. On nie jest tak trwały jak nasze cielesne powłoki.- zastanowił się głośno Joshua. - Miejmy nadzieję, że nie stanie się po tym honorowym Malkavem. Mam do niego sporo pytań.
- A skąd pewność, że już wcześniej Malkavem nie był? - zażartowała - Niemniej wiemy, że Sabat to naprawdę musiał chcieć co zniszczyć do końca... tylko czemu nie był w stanie? Chyba że nie chciał tego zrobić szybko? Jak sądzisz?
- Chyba że chciał go sprowadzić z powrotem. Psy gończe lubią poszarpać nieco zdobycz nim zaniosą ją z powrotem swoim panom.- wyjaśnił ponuro wampir.
- Więc zgubili "chew toy". Tylko aż tutaj? Czy mogli mieć jakiś powód by tu gonić? Lub ofiara wiała w stronę ciebie, jako uciekiniera?
- Moje powiązania z Sabatem zostały przecięte lata temu. Bardziej martwi mnie to, że to już drugi “uciekinier” w tych stronach. Nadal przecież gdzieś tu się kręci ten Tzimisce.- westchnął Joshua.- Może on coś wie.
- Może Stillwater zostanie też przytułkiem dla uciekinierów z Sabatu? - wyszczerzyła się pokazując zęby.
- Ciężko się tu ukrywać przed Sabatem. To mała mieścina. Nawet ten nasz “sojusznik” nie chowa się w mieście tylko w zapomnianych szybach i tunelach górniczych.- odparł szeryf.
- No to przynajmniej będą ci uciekinierzy jednocześnie ochroną przed Sabatem. Taka milicja Stillwater.
- Nie liczyłbym na to… - odparł Kainita kręcąc głową.- Gdy sam urwałem się z Sabatu, byłem równie słaby jak ty po przebudzeniu.
- Ale mamy tu też innych, więc ilością ich ubijemy!
- Akurat przewaga liczebna to atut Sabatu.- stwierdził Joshua i spytał.- Tooo… nie ma sensu teraz odwiedzać ocalonego?
- Raczej nie, choć zawsze warto spróbować docenić jego stan jako sztukę nowoczesną z dziedziny chirurgii lub przynajmniej byś na darmo tu nie zajechał. Może na twój widok nagle się poskłada?
- Daruję sobie artystyczną medycynę Garry’ego.- Brujah obrócił się kierując ku pojazdowi policyjnemu.
- Czemu w sumie Clyde’a do tego nie zaprzągnąłeś? Ma jakieś doświadczenie medyczne, nie? - zawołała za Szeryfem.
- Znaczy do składania do kupy zwłok?- zamyślił się Joshua i przesunął dłonią po okolicy.- Jeszcze się nie domyśliłaś? Zgadnij co się stało, gdy ostatni raz Clyde zatrzymał się u Garry’ego?
- Uhm... Skorzystał z jego naćpanego haremu?
- Balował przez trzy noce… zapominając o wszystkich obowiązkach i swoim “życiu”. - potwierdził jej przypuszczenia.
- Niech mu już opadnie chętka pośmiertna. - parsknęła z irytacją.
- Zaczyna już mieć problemy z potencją, więc jest nadzieja. - odparł żartem Joshua i poprawiwszy kapelusz kowbojski na głowie.- A ty co dziś planujesz na tę noc? Zabalować u Garry’ego?
- Nie, nie, już za długo byłam tu uwiązana z tymi gołymi tyłkami wszędzie. Willy po mnie ma przyjechać i do Nadii po drodze zajedziemy. Stęskniła się za mną. - wyszczerzyła się - A do tego może Tremere do mnie zadzwoni z informacjami jakie mogła zdobyć o naszej kupce mięsa z jego prawa jazdy.
- Jeśli to prawda… to znalazłaś drogę do jej serduszka. Epickie osiągnięcie. - zaśmiał się Joshua i wyjaśnił.- Nadia za nikim nie tęskni. Na pewno za nikim z Nowego Jorku, a i tutaj…
zawsze miałem wrażenie, że resztę swoich kamratów w Stilwater ledwo toleruje.
- A może to nie tylko jej problem, ale także kamratów? Ego na pewno przeszkadza, co też zmuszono mnie schować... Bezklanowiec nie może go mieć przy klanowych w takim Nowym Jorku. Nadia jest ciężka i nie każdy się do niej przebije. Nie każdy też wytrzyma jej ataki złości i irytacji. Przebywanie blisko niej to głaskanie ognia. - wzruszyła ramionami - Ale da się przetrwać.
- Co kto lubi. Ja tu nie jestem niańką dla niedopasowanych tylko Księciem i szeryfem. Nie mam cierpliwości do podwładnych.- rzekł Kainita wsiadając do auta. - Zresztą to nie ona sprawia mi kłopoty.
- A kto najbardziej? Larry? - zapytała jeszcze.
- Larry wygrywa o kilka długości przed Lukrecją.- przyznał jej rację.
Wkrótce pojawiło się znajome auto, a za kierownicą siedział jej opiekuńczy Toreador. Zatrzymał się bokiem tuż przed Ann, potem rzekł szarmancko.
-Twój powóz czeka madame.
Ann z radością podeszła do samochodu i weszła do środka wypowiadając francuską formułkę podziękowania za przysługę.
- Jak ci było beze mnie? Wytuliłeś mojego ghula?
- Rozmawialiśmy… trochę…- wymamrotał Blake, a Ann byłaby pewna, że gdyby był żywy, to by się zarumienił. Po czym zmienił temat.- A jak ci się podobała gościnność Garry’ego?
- Bardzo.... - wyraźnie szukała odpowiedniego słowa - Wiejska? Wszyscy tu są zaćpani, masa golizny i niewiele myślenia w tych głowach. Ćpają, kopulują wszędzie, aż szok, że nie ma tu masy niemowlaków.
- Jak się jakieś trafią. Załatwiamy im z Joshuą nowy dom. - wyjaśnił Toreador ruszając.- Dobrze że Garry utrzymuje swoich poddanych w stanie błogości. Dzięki temu nie zauważają wielu… symptomów naginania Maskarady jakie się u niego dzieją. Sekta to dobra przykrywka, zwłaszcza dla Ventrue czy Toreadorów.
- Ventrue mają sekty?
- Niektórzy mieli.- odparł William.- Lub mają? Nie wiem jak to jest obecnie w Nowym Jorku czy innych miejscach. Ventrue nie są tak charyzmatyczni jak mój klan i nie mają odpowiedniej Prezencji by olśniewać… niemniej wielu wśród nich urodziło się wrodzonym wdziękiem i w połączeniu z talentem do dominacji. Spójrz na Lukrecję… jest burdelmamą, lecz jej mały interes działa jak sprawna sekta.
- Więc zajedziemy do Nadii, nie? - zapytała po chwili milczenia.
- Pojedziemy. - zgodził się Kainita ruszając.
Dotarli na tyły biblioteki i zatrzymali się. William spojrzał na budynek.
\ - Kiedyś… mieszkał tu Nosferatu. W podziemiach biblioteki.
- I co się z nim stało? - zapytała.
- Przeniósł się do kopalni, gdy jego klan tam się urządził. - wyjaśnił smutnym głosem William.
- Więc możliwie, że go już spotkałam, nie?
- Tak. To… niestety możliwe.- przyznał Toreador wysiadając.
Ann wyskoczyła za nim i szybko dobiegła do dzwonka, by skontaktować się z Nadią.
- Kto tam?- usłyszała znajomy głos Tremere.
- Widzisz przez te swoje kamery. - odpowiedziała Ann - Mówiłam ci, że wpadnę.
- Mam tu mały kryzys. Nie mam czasu na gapienie się w kamery.- odparła Nadia otwierając drzwi.
- Zaskakująco spokojna. - odezwała się do Williama i weszła do środka.
- Pewnie skończyły się jej… wymówki by nie robić tego co jej zlecono.- zastanowił się Toreador podążając za nią.Mylił się. Gdy zeszli na dół zobaczyli.. chaos kilka przewróconych regałów, książki porozrzucane na prawo i lewo. Charliego bawiącego się w stolarza amatora i sarkającą na niego bibliotekarkę.
Ann weszła rozglądając się ciekawsko.
- Remont! Jakiego koloru będą tapety?
- Korniki.- odparła cierpko Nadia.- Całe kolonie korników. To moja wina, nie zwracałam uwagi na stan regałów. Nie zwracałam uwagi na książki…i… jeden z regałów pękł i powalił pozostałe.-
- Jak gigantyczne domino. Szkoda, że nie nagrałem na komórkę. - zażartował Charlie i został spiorunowany… wzrokiem przez poirytowaną Tremere.
- Byłoby zabawniej gdyby te regały na Nadię spadły i ją było trzeba wyciągać spod nich! -tym razem to Ann zachichotała - What you're doing step bro…
- Emmm… stolarkę? Nadia nie wpuści tu śmiertelników, a jej ghulice nie mają pojęcia jak używać młotka.- wyjaśnił Charlie, a Nadia sarknęła w irytacji.- PRZYSZLIŚCIE tu po coś, prawda?
- Czekałam i czekałam na telefon, a nie zadzwoniłaś z efektami poszukiwań. - westchnęła z teatralnym bólem.
- Byłam zajęta. Ale mam to co chciałaś. Christian Jorgen pracownik naukowy w filii uniwersytetu nowojorskiego w Albany oraz asystent na pół etatu w miejscowej galerii sztuki. - stwierdziła Nadia zerkając na ekran komputera. - Dwa mandaty za przekroczenie prędkości. Kilka pomniejszych artykułów z dziedziny medycyny, ale dotyczyło one… Casi… a Kazimira Funka. Polaczka który został pochowany w Albany. Raczej notatki biograficzne zlecone przez gazetę niż pełnoprawne artykuły o chemii. Specjalizował się w bowiem historii powszechnej i studiował historię sztuki. Mam jego adres w Albany i tablice rejestracyjne samochodu. Ooo… całkiem spora sumka na koncie.
- To będzie można z niego kasę za przechowanie w Stillwater ściągnąć. A przy okazji pojawiłam się, abyś nie uznała, że porzuciłam w ogóle. - pokazała język Tremere.
- Pracownik naukowy. Czyżby twój klan?- zapytał Toreador.
- Możliwe, aczkolwiek… historia niekoniecznie wiąże się tylko z naszymi zainteresowaniami.- przyznała Nadia.
- Możesz dowiedzieć się przez swój klan czy mają takie imię i nazwisko w rejestrach?- zapytał ponownie Wiliam.
Nadia westchnęła głośno.- Mogę. W teorii. W praktyce… moi mnie nie lubią. Mogą celowo zwlekać z odpowiedzią. O ile są w stanie ustalić ten detal. Tak naprawdę tylko prominentni członkowie klanu są notowani. Nie narybek.
- To może oficjalną drogą, przez Joshuę? - zasugerowała Ann.
- To nic nie da. To wewnętrzne sprawy klanu.- odparła Nadia i wzruszyła ramionami.- Zresztą wątpię, by to był Tremere. Wygląda na Toreadora raczej… może Ventrue.
- Czy w Albany przypadkiem nie rządzi książę z twojego klanu?- zapytał Nadię William.
- Zdefiniuj… rządzi.- uśmiechnęła się ironicznie Nadia. - W Albany Camarilla jest słaba, a Anarchy liczne i wyszczekane. W dodatku miejscowa sfora tych buntowników przeniknięta jest nie tylko Sabatnikami ale i… kreaturami bardziej parszywymi. Lewakami i komunistami. Albany to burdel, w którym nikt nie rządzi. I tłuką się po ulicach. Chyba że coś się zmieniło odkąd opuściłam Nowy Jork, ale wątpię…
- To co, Nadiuszka? Idziemy tam zrobić porządek? - wyszczerzyła się Ann zachęcająco.
- Tam nie da się zrobić porządku bez armii…- wzruszyła ramionami Kainitka. - Mój klan próbował i cóż… brakuje tam “ludzi”. Jest nas tam po prostu za mało.
- Więc będziecie tu odwalać stolarkę i tyle? Resztę nocy? - zapytała Ann.
- Albany to wyprawa na kilka nocy podróży.- machnęła ręką Tremere. - Dwie o ile dobrze pamiętam.
- Pytam serio. Co zamierzacie robić?
- W kwestii Albany?- zapytał William retorycznie i wyjaśnił. - Nic. W kwestii naszego gościa… Nadia wyśle zapytanie, acz nie spodziewałbym się zbyt wiele po Nowym Jorku. Jutro już nasz gość nadawać się będzie do przesłuchania i wtedy dowiemy się prawdy.
\ - Prawdopodobnie prawdy. - dodała Nadia sceptycznie. - Tak czy siak dziś już… może pomożecie Charliemu?
- Czemu nie. Minęły lata odkąd praktykowałem stolarkę.- stwierdził dumnie poeta.
- Jak i ty zakasasz rękawy! - odparła Caitiffka z szerokim uśmiechem.
- Jestem arystokratką. Nie zajmuję się pracą manualną. - stwierdziła cierpko Nadia. Toreadorowi jakoś bycie rycerzem nie przeszkadzało w zabraniu się do pracy. I choć nie był profesjonalnym rzemieślnikiem, widać było że miał doświadczenie w tej robocie.
- Kochana moja, pan rycerz nie marudzi. - wskazała na Williama - A nie chcemy teraz kłótni kto ma lepsze urodzenie, bo on na pewno starsze. Do tego... chyba chcesz szybko to ogarnąć jeszcze dzisiaj? Może choć magią pomóż, w pracach co by potrzebowały spawarek, wiertarek czy coś.
- Nie jestem taką magiczką. - mruknęła Nadia i zamyśliła się patrząc na pracujące przy meblach wampiry.- Wiesz, co? Wydaje mi się, że tobie się nudzi bardziej niż jemu. Skocz więc do Lukrecji i przekaż jej informacje. Ona może wiedzieć więcej na temat tego co się dzieje w Albany. Może któreś z jej szpiegów przekazało jej soczyste ploteczki… Może nawet będzie wiedziała coś na temat tego Christiana. Inny trop… - bardziej sarknęła niż westchnęła Tremere. - To ravnoska wiedźma i jej tarot. Jeśli jesteś zdesperowana.
- A myślałam, że za mną tęskniłaś! - wykrzywiła usta w urazie - A mnie wyrzucasz precz? Nie godzi się, chamko! - spojrzała jakby bardzo zraniona.
- Ja za nikim nie tęsknię. Jestem zimna jak głaz. - stwierdziła tak jakoś bez przekonania Tremere. - Poza tym nie chcesz im pomóc, a ja mam… robotę.
Tą samą co zawsze zapewne. Rozkodowanie biblii za pomocą matematyki.
- Neeeerd... - Ann przysunęła się bliżej Nadii - Niech ci będzie, to ja sobie idę, o! - i tym gestem "urażona" skierowała się do wyjścia.
Po przekroczeniu drzwi Róży znalazła się w znajomym sobie otoczeniu. Było tu parę miejscowych i paru podróżnych. Była Lukrecja za barem oraz… Vincent LaCroix rozkoszujący się trunkiem i skupiony na zgłębianiu starej księgi przy butelce markowego koniaku stojącej na jego stoliku. Lukrecji oczywiście nie było na parterze, oznaczało więc to że przesiaduje na piętrze. Zapewne w swoim gabinecie.
Ann prawie automatycznie podeszła do Vincenta i oparła się rękoma na blacie jego stołu.
- Co czytasz? - zapytała czując jak wewnętrznie merda ogonem na widok maga.
- Concepts de thaumaturgie et de nature.- rzekł mag pocierając podbródek. - Jean Paul Baularde. XIX wiek, Quebec. Możliwe że oryginał, prawdopodobnie jednak ówczesna kopia wykonana przez jego ucznia. Tom magiczny, ale dotyczący nowoczesnej magyi. Mniej konkretnych formuł, a więcej filozofii.
- Brzmi fajnie... - powiedziała bez ironii w głosie - Cała jest w języku łacińskim?
- Francuskim… starofrancuskim. Łacina wypada z użycia w okolicy romantyzmu bodajże. - wyjaśnił mag.
- Mmm... - spojrzała w stronę schodów prowadzących do gabinetu Lukrecji - Będziesz jeszcze tutaj trochę, prawda?
- Relaksuję się tutaj.- odparł Vincent z uśmiechem.
- Świetnie! Muszę na razie pogadać z szefową przybytku, wrócę niedługo! - rzuciła i szybko ruszyła na piętro, w jakim Lucia miała swoją pustelnię.
Drzwi były zamknięte. Zawieszka na drzwiach oznajmiała wszystkim “NIE PRZESZKADZAĆ”, co mogło oznaczać, że Lukrecja oglądała serial.
Ann przytuliła się uchem do drzwi i palcami lekko wybiła melodyjkę jednocześnie podśpiewując.
- Luci, luciiii. Ploteeeeczki!
- Możesz wejść. - odparła łaskawie wampirzyca, a gdy Ann przekroczyła drzwi dodała. - I nie jestem żadna Luci. Tylko Lukrecja.
Oczywiście żadnego serialu na laptopie nie było. Pewnie zdążyła go schować na pasku zadań.
- A więc… kogo żeście wczoraj przytargali do Garry’ego? - zapytała Ventrue.
- Lukrecja to takie pompatyczne... - odparła Ann zamykając drzwi - A Luci nosi za sobą pozytywne uczucie. - usiadła od razu na miejscu przed Lukrecją - A przytaszczyliśmy... kawał mięcha. Jeżeli myślałaś, że twoje obrażenia ostatnio były ciężkie... to się mylisz. Obrażenia tej osoby... ciągle nie ma jak się komunikować z nikim. Ma jedno oko, żuchwę w trzech częściach. I w sumie wygląda jak sztuka nowoczesna w wykonaniu Tzimisce. Ale ruszał okiem.
- Jest wampirem. Nie żyje. Nas nie można zabić, a jedynie zniszczyć.- wzruszyła ramionami Lukrecja odchylając się do tyłu i wygodnie rozsiadając w fotelu. Uśpiła swój komputer dodając. - Pewnie wydobrzeje w parę nocy, jeśli będzie dobrze karmiony.
- Jest podłączony do kroplówek z krwią i jeżeli nie ukradł nikomu prawa jazdy to znamy jego personalia! Możliwe, że to Tremere, bo pracownik naukowy z Albany.
- Z Albany? Czy tam ich książę nie jest przypadkiem Tremere? I czy to przypadkiem nie jest parszywe miejsce dla Camarilli? - mruknęła do siebie Lukrecja próbując sobie przypomnieć szczegóły.
- Jest... I masa Anarchów czy coś... wiesz więcej może?
- Camarilla nie jest tam liczna ani silna. - stwierdziła po namyśle wampirzyca.- Anarchy tam są liczne i agresywne. I niechętne innym organizacjom. Po nocach giną tam Kainici nawet w czasie, gdy panuje rozejm. Albany to gorsza dziura niż Stillwater.
- Ten uciekał przed Sabatem. Christian Jorgen było na prawie jazdy. Mówi ci coś?
- Crist…ian… Jorg…en..- smakowała te słowa lekko przymykając oczy.- Hmm… nie… nie wydaje mi się, bym miała okazję go poznać. Pewnie chłopak na posyłki któregoś z klanów z Albany.
- Może to jeden z tamtejszych Tremere... A w sumie twoi informatorzy ci nic o Albany nie mówili ostatnio? Po coś Sabatowcy konkretnie jego gonili go aż do naszego terenu.
- Obawiam się, że to co dzieje się w domenie księcia, pozostaje w domenie księcia. Żaden władca nie przyzna się do problemów w swojej domenie, chyba że sytuacja go przerośnie.- wyjaśniła wampirzyca i dodała. - Moje źródełka są w Nowym Jorku i wiem o sytuacji z draugrami , ploteczki z ulicy i wieści o zabójcy ghuli na którego poluje Falconi i ruchawce u Giovanni. Albany… nikogo nie interesuje. Za daleko jest.
- Szkoda, szkoda... - Ann zerknęła na zamkniętego laptopa Lukrecji - Co teraz oglądałaś?
- Zajmowałam się pracą.- oburzyła się wampirzyca taką sugestią i dodała zmieniając temat.- Dam znać moim plotkarom w Wielkim Jabłku. Może coś się dowiedzą przy okazji o sytuacji w Albany. Nadia nie może? To w końcu sprawy jej klanu.
- Jesteśmy zamknięci, bardziej czy mniej, w Stillwater z różnych powodów. Nadiuszka jest po prostu bardzo nielubiana i chamy nie podzielą się szybko informacjami z nią.
- Biedna egzekutorka Primogena. Aż jej współczuję.- odparła ironicznie Lukrecja i westchnęła. - Z drugiej strony znam Tremere. To sekta wewnątrz sekty, wewnątrz sekty. Tylko Giovanni są bardziej tajemniczy.
- Ona jest ciężka w kontaktach, ale da się ją polubić. - stwierdziła Ann i uśmiechnęła się z rozbawieniem - Ciebie też, Luci.
- Wiem wiem… droczę się z tobą. My wygnańcy i pechowcy musimy trzymać się razem na tym zadupiu.- przyznała Lukrecja.
- To nawet jeżeli teraz pracowałaś... To i tak pytam. Co ostatnio oglądasz? - zapytała najwyraźniej zaciekawiona.
Ann… otworzyła prawdziwą puszkę Pandory. Bo Lukrecja rozgadała się na temat ulubionych seriali i minęły dwie godziny nim caitifka zdołała opuścić jej biuro.
Ann nie umęczyła się przez Lukrecję, może nawet jej to na dobre w relacjach z nią wyjdzie? Niemniej skakała po stopniach na dół, żeby zobaczyć czy mag ciągle tam siedzi.
Vincent nadal tam siedział, a może nawet lekko przysypiał czekając na nią. A z pewnością już skończył czytać, bo księga leżała zamknięta na stoliku.
Wampirzyca postarała się cicho podejść za nim i wyszeptać do niego:
- Gdybym była kimś innym... to pocałowałabym cię w szyję.
- Cieszę się więc, że panujesz nad swoim apetytem. - odparł żartobliwie mag i dodał w zamyśleniu.- Powinienem przewidzieć, że pochłoną was kobiece ploteczki.
- Buduję dobre relacje z innymi. - uśmiechnęła się.
- Dobre relacje bywają przydatne.- przyznał mag poprawiając okulary na nosie. - Nasi przyjaciele z loży, starają się naciskać na mnie, bym nawiązał przyjazne kontakty z miejscowymi futrzakami. Ponoć macie do nich dojście.
- Mooożeee... - przedłużyła słowo - A co z naszą... wspólną... - ściszyła głos.
- Jest pełna możliwości.- odparł enigmatycznie Vincent i potarł kark.- Chcesz kolejnej randki?
- Jak mogłabym tobie odmówić? - oparła policzek na dłoni uśmiechając się jednocześnie przymilnie jak i w pewnym stopniu ironicznie.
- Jutro? Tutaj?- zaproponował Vincent. - No chyba że nie masz czasu.
- Wystroić się? - zapytała podekscytowana.
- Podobno skasowałaś jakieś auto. Z pewnością masz ważniejsze sprawy na głowie niż ja.- odparł z uśmiechem Vincent.
- Oj tam. Nie jestem nikim ważnym... Choć może jutro bym chciała sprawdzić co nowego się nam w mieście pojawiło. - zasępiła się - a jak wygląda możliwość... Z naszymi sprawkami z innymi twoimi znajomymi, hm? - powiedziała ciszej.
- Na razie cisza z ich strony. Co nie znaczy że nic nie robią. Włam do satelity Technokracji to jednak wyzwanie, nawet dla maga. - wyjaśnił Vincent i zamyślił się. - A czemu sama nie spytasz? Wydają się być twoimi dobrymi znajomymi.
- Dobrymi znajomymi bym nie nazwała, nie mamy takich kontaktów częstych. - wzruszyła ramionami - A co do jutra to pewnie będę wolna i tak w późniejszym czasie.
- I tak intensywniejsze niż ja. - odparł mag spoglądając na Ann. - Na pewno później będziesz wolna? Ostatnio dużo się dzieje w okolicy.
- Zapewne, zapewne. - uśmiechnęła się uroczo.
- Ja… jak widzisz, się nieco tu nudzę. - odparł z uśmiechem mężczyzna. - Niewystarczająco co prawda, by wpakować się w to co Loża knuje.
- Cóż... Rozumiem cię. - pokiwała głową - Więc…
- Więc jak ci mija noc?- zapytał żartobliwie mag. - Dowiedziałaś się czegoś soczystego?
- Powoli jak zwykle. - wzruszyła ramionami - Istnieję.
- Powinnaś nauczyć się doceniać spokój i nudę. - doradził mag z uśmiechem.- Prędzej czy później się skończą. Jeśli już się nie skończyły? Przynajmniej szpital nie robi nam kłopotów. Jego sfera wpływ jest nadal w granicach barier, które założyłem.
- Niemniej gościa mamy. A raczej papkę, jaka próbuje się w kisiel stworzyć i później mięso. Gonili go Sabatowcy i miał wypadek samochodowy, skończył jak żarcie w puszce konserwy wgniecione sprężarką ciśnieniową. - dodała - A jeden z nich nawiał. Ten, co się przyglądał po prostu.
- Nadzorca… pewnie już jest poza granicami waszej domeny z raportem dla swoich…- mag zamarł na moment wpatrując się w obszar tuż obok Ann. I pokręcił głową z dezaprobatą.- Wieża? Doprawdy? Bardzo plebejskie.-
Spojrzał na wampirzycę.- Tarot wyciągnął się w odwróconą wieżę. Widzi zgubę w najbliższej… lub dalszej przyszłości. Mój awatar podchodzi dość elastycznie do koncepcji… czasu.
Ann spojrzała bardzo zdziwiona i zerknęła tam, gdzie patrzył mag.
- Jest coś przy mnie? - pomachała dłonią obok siebie - Czy mogę to dotknąć? Czy jest wrogie? - zapytała z leciutkim niepokojem. Nie lubiła nie widzieć możliwego zagrożenia.
- Jest. Na innym… mentalnym planie egzystencji. Mój awatar. I nie. Nie masz z nim żadnej styczności. Nikt nie ma. Poza mną.- wyjaśnił mag.
- Więc... To jakby twoje osobiste schorzenie psychiczne? Czy on w ogóle coś poza tym robi?
- Wedle wszystkich wydumanych teorii jakie słyszałem, awatary są przewodnikami magów. Ich mentorami w drodze do oświecenia.- wyjaśnił z kwaśnym uśmiechem Vincent.- W praktyce są, jakby to ująć, kluczami w stacyjce samochodu. Bez awatara mag nie może czarować. Poza tym ich “mentorstwo” jest przeceniane. Są bardziej upierdliwy niż mądrzy. W dodatku mój uwielbia zagadki bardziej niż standardowy przedstawiciel. Bo “gada” zagadkami obrazkowymi.
- I... Tremere ich nie mają, tak? Nadia coś o tym przebąkiwała... ale nie do końca rozumiem. Oni przecież używają zaklęć.
- Oni używają magii krwi. Wygląda to zjawiskowo, ale jeśli chodzi o technikalia to niczym nie różni się od twoich sztuczek z cieniem.- wyjaśnił Vincent z ironicznym uśmieszkiem.- I co najważniejsze, magia krwi Tremere nie wymaga niczego poza byciem wampirem. Teoretycznie każdy Kainita może ją opanować, łącznie z tobą. Dlatego tak strzegą jej sekretów.
- Naprawdę? Ja też bym mogła używać ich magii? To takie proste? - zapytała zdziwiona.
- Tak. W teorii tak. - zgodził się z nią Vincent.- I dlatego tak zazdrośnie strzegą jej tajemnic.
- Ja tam wolę moje cienie. Nie widziałam innego jaki by ich używał. Choć ponoć Książę Nowego Jorku może. - stwierdziła z jakąś dumą.
- Jeśli zobaczysz, to uciekaj. Nie ma Lasombr wśród Camarilli, nie wiem czy są jakieś wśród Anarchów. Więc tylko Sabat tańczy wśród cieni. I chętnie ubije taką renegatkę jak ty. Dla przykładu. - wyjaśnił Vincent. - Nie daj się zwieść hasłom. Nieważne jak nazywa się organizacja, Starsi przewodzący jej zawsze dążą do pełnej kontroli nad resztą wampirów. To leży w waszej naturze bez względu na przynależność klanową.
- Odszczepieńców Lasombra też nie ma? - zapytała zaciekawiona - Przecież są innych Klanów. I to nie tak jakbym uciekła z ich Klanu czy ukradła im te cienie. One... Po prostu były zawsze ze mną.
- O żadnych nie słyszałem. Być może żywot mają krótszy od śmiertelników.- wzruszył ramionami mag i dodał cicho. - No… Kainici to nie system prawny Śpiących. Nie ma czegoś takiego jak okoliczności łagodzące. Wyrok i kara są bezlitosne, nawet jeśli niesprawiedliwe.
- A czasami bardzo wymyślne. Książę metropolii jest znany z płodnego nimi umysłu.
- Z tego co słyszałem to nie jest osoba z którą warto zadzierać. Lub którą można pokonać jeśli… prawdą jest to co nim opowiadają.- przyznał Vincent.
- A co ty, jako mag, słyszałeś o nim?
- Moje informacje są dość skąpe i mało wiarygodne. Większą wiedzę mam o Nowym Orleanie, czy Los Angeles. Niemniej… ponoć był już Kainitą w Rzymie za czasów upadku Kartaginy. Co oznacza dość niskie pokolenie. A zatem jest stary i potężny, jeśli to prawda. Co jednak tak potężny Kainita robi na takim zadupiu jakim są USA. Nie ma co udawać. Prestiż i potęga Camarilli jest skupiona w Europie.- zamyślił się Vincent.
- Nie wiem czy temu dawać wiarę, czy nie... Więc po prostu z tym nie dyskutuję. Wolę nie ryzykować własnym istnieniem, bo postanowię zaprzeczać lub dam się wciągnąć w fałsz. Lepiej pozostać ostrożnie przytakującym oficjalnej wersji jednocześnie będąc otwartym na inne wersje. - Ann wzruszyła ramionami - Lepiej nie obserwować zbyt głośno.
\ - Nie wiem nawet czy istnieje jakaś oficjalna wersja.- zaśmiał się cicho Vincent. - Pewnie, gdybyś zaczęła drążyć temat usłyszałabyś inne wersje. Ktoś taki jak Książę lubi mieszać różne legendy ze sobą, by ukryć za ich parawanem prawdę.
Ann przysunęła krzesło bliżej Vincenta.
- A czy ty... być umiał magią odkryć prawdę? - zapytała cicho.
- To zależy od prawdy. - wzruszył ramionami mag i spojrzał na Ann. - Jeśli chodzi o Księcia. Nie próbowałbym.
- A spojrzeć w przeszłość umiesz?
- Czas to temat którego nie ruszałem.- przyznał wprost Vincent.- Poruszanie się umysłem po osi czasu bywa… kłopotliwe.
- A kto mówi o Księciu? - machnęła ręką - Ja bym chciała wiedzieć kto mnie Stworzył.
- Nie jestem stanie tego odkryć. Nawet gdybym uzyskał z twojej pamięci oblicze. O ile jest to możliwe… to przecież nie wiedziałbym do kogo te oblicze należy.- przyznał wprost mag. - Nie mam znajomości w Sabacie.
- Ale może byś mógł wyciągnąć je z mojej pamięci, ono tam jest! - przekonywała - Nigdy nie mogę się na nim skupić by je przywołać, jest zamazane... Było ciemno, wśród drzew, w lesie, ale mogłam widzieć kto mnie mordował metodycznie, bez pośpiechu!
Ann wyraźnie była zafiksowana na możliwość i musiało jej dramatycznie zależeć na pamięci, jaka jej się wysmykiwała między palcami. Patrzyła na maga z desperackim błaganiem.
- Zobaczę co da się zrobić… jutro. Muszę wszystko przygotować. Przyjdź koło północy.- zgodził się Vincent.
Radość rozświetliła od dawna martwe oczy Ann. Przysunęła się jeszcze bliżej by zarzucić ramiona na szyję Vincenta i silnie zacząć go przytulać.
- Niczego ci nie obiecuję. - wydusił z siebie z trudem “tulony” mężczyzna. - Nie wiem czy coś z tego wyjdzie. Twój stan różni się od śmiertelnika.
- Sama twoja chęć pomocy już wiele dla mnie znaczy! - Ann wyraźnie w rozradowaniu nie zobaczyła, że "utula" zbyt mocno śmiertelnika - Tyle razy obrazy wymykały mi się przez palce!
- No.. no.. już wystarczy tego… ściskania.- odparł mężczyzna z wyraźnym trudem.
Ann na raz puściła maga.
- Przepraszam, przepraszam! Zapomniałam!
- Nie przejmuj się tym.- mruknął Vincent poprawiając okulary. A potem sięgnął po papierosa i zapalił z niemal nabożnym skupieniem.- I nie rób sobie zbyt dużych nadziei. Jestem magiem, nie cudotwórcą.
- Ale magia to chyba takie małe cuda, prawda?
- To naginanie reguł rzeczywistości pod własny kaprys. Tyle że jak ze sprężyną, jest granica do jakiej można nagiąć rzeczywistość zanim ta pęknie.- odparł Vincent ćmiąc papierosa.- Poza tym, choć znam się co nieco na manipulowaniu umysłem to nigdy… nie próbowałem w nim grzebać i naprawdę mieszać. Ot, stosowałem subtelne sugestie pomagając sobie w dyplomatycznych zadaniach. Nic szczególnie inwazyjnego.
- To ma choć pomóc mi zobaczyć to, co pewnie schowałam w umyśle. Bycie mordowanym nie jest zwykłym problemem dorastania. - jakby z przyzwyczajenia chwyciła szklankę z alkoholem stojącą przed Vincentem, ale zatrzymała się nim z niej upiła - No tak...
Mag zobaczył, że gdy odstawiała szklankę szkło naczynia nie pokazało odbicia kobiety.
- Niczego nie obiecuję. Nigdy nie byłem śledczym w mojej fundacji, więc nie mam doświadczenia w penetracji umysłów.- mag próbował ostudzić jej nadzieje.
- A nawet tyle to więcej niż mogłabym mieć nadzieję. - stwierdziła uśmiechnięta - A czego byś w zamian oczekiwał? Wiadomo, nasze trwanie to jedno wielkie koło interesu i z wami musi być podobnie.
- Nic mi nie przychodzi do głowy. W sumie będzie to miła odmiana, po doglądaniu pieczęci i przewidywaniu kiedy to się wszystko sypnie.- westchnął ponuro Vincent.
- A zakładasz, że się sypnie w przeciągu stulecia?
- Zakładam że może się sypnąć w każdej chwili. - przyznał mag, drapiąc się po podbródku. - Całe miejsce to ciągły konflikt dwóch przeciwstawnych sił i istnieje tylko dlatego, że są one w równowadze. Wystarczy jednak że szala się przechyli i wszystko sypnie się jak domek z kart.
- Jakich sił? I co wtedy się stanie?
- Entropii i Statyki. Na moje oko… centrum tego szpitala to zamrożona w czasie i przestrzeni eksplozja? Coś tragicznego emanuje ze środka. Nie jest to moje poletko, więc więcej w tym zgadywania niż… dowodów.- wyjaśnił Vincent.
- Więc trzeba innych magów zaalarmować!
- Ależ oni wiedzą o tym doskonale. - odparł Vincent ćmiąc papierosa.- Niestety dawno minęły dni naszej chwały. Wiara śpiących w magię nie jest już tak potężna jak kiedyś. I nikt nie chce ryzykować skóry, by rozwiązać problem który nie przyniesie mu zysku. To jak śmierdzące jajo… lepiej podrzucić je komuś innemu, niż samemu się nim zająć.
- Ale jeżeli to niebezpieczne i może zagrażać poza Stillwater...
- To jest niebezpieczne i może zagrażać… tak naprawdę trudno mi ocenić skalę zagrożenia. Poza tym, że pewnie jest duże. - przyznał Vincent. - Niemniej ani Fundacje, ani koterie wampirze, ani nawet stada wilkołaków nie są organizacjami charytatywnymi. A i mało który mag, wampir czy wilkołak jest chętny narażać swoje życie dla dobra ogółu. A likwidacja tego punktu zapalnego nie będzie ani łatwa, ani bezpieczna… i z pewnością nie przyniesie nikomu prestiżu.
- Ale chyba jest opcja, że by się i na nich rozszerzyło, prawda?
- Nie wiem. Wiem, że na razie jest pod kontrolą… jak ten sarkofag na elektrowni atomowej Ukrainie. Ten w Czarnobylu.- wzruszył ramionami Vincent drapiąc się po podbródku. - Po prostu… czasem się zastanawiam czy to moje pieczęcie trzymają wszystko w ryzach. Czy może robią za placebo.
- A jak by wyglądało gdyby puściły? - zapytała z ciekawością.
- Prawdopodobnie efekt rozszerzałby się na coraz większy obszar. Eksplodował lub implodował.- zaczął rozważać cicho mężczyzna. - Tak naprawdę to nie wiem. I szczerze powiedziawszy, żeby dowiedzieć musiał zaryzykować wejść do niego… i mieć na tyle szczęścia by się wydostać cały i zdrowy.
- Powinni się inni tym zainteresować, chyba że magom nie zależy, aby ludzi w niewiedzy trzymać jak nam?
- Czasami ignorancja bywa błogosławieństwem. Ostatnie czego nam potrzeba, to banda amatorów grzebiąca przy tym, na czym się nie znają. - stwierdził sarkastycznie Vincent. - Pół biedy jeśli się sami zabiją, gorzej jeśli wywołają jakąś reakcję łańcuchową w szpitalu. Coś, czego mógłbym nie być w stanie okiełznać.
- Więc tym bardziej trzeba coś zrobić by nikt nieświadomy w to nie wlazł i nie wyrządził szkód, co się do Nowego Jorku aż rozszerzą!
- Tylko w nocy szpital jest niebezpieczny. Za dnia można po nim łazić bez żadnego ryzyka.- wyjaśnił jej mag. I spytał patrząc jej wprost oczy.- A kto niby miałby coś zrobić? Ja? Ty? Ta grupka entuzjastycznych młodzików z salonu gier? A może Tremere. O nie… tylko nie Tremere. Wolałbym, że ci cosplayerzy Zakonu Hermesa nie mieszali się w to… w końcu mówimy tu o prawdziwym Paradoksie, wymagającym prawdziwej magyi a nie kuglarskich sztuczek.
- Ale przecież w Nowym Jorku są magowie z tą... magyą. - silnie zaakcentowała słowa - Loża i ci inni. Jeżeli wyleje się przez twoje bariery to ich też może zaboleć.
- Owszem… acz jesteś gotowa zaufać Loży? Twój mistrz zaufał i jak na tym wyszedł?- zapytał retorycznie Vincent.
- Są też ci spoza Loży. - przypomniała - Co mamy z nimi akcję wywołać.
- Technokracja przede wszystkim jest tam siłą równą Loży. A ci spoza Loży których znamy, to dobre dzieciaki i ich opiekunowie pewnie coś potrafią. Niemniej nie miej złudzeń. Likwidacja tego zagrożenia to coś może przerosnąć i mnie i mentorów tych dzieciaków. Poza tym… nie mam pieniędzy na taką akcję.- wzruszył ramionami Vincent.
- Może moi by mieli fundusze.
- “Moi”?- zapytał mag.
- Wampiry. Jeżeli byliby skorzy, bo to w sumie zagrożenie i dla Stillwater. - szepnęła.
- Taaaa… wampiry. Z tego co wiem o waszej rasie to hojność nie leży w waszej naturze. Ani poświęcenie.- odparł ironicznie mag.- Jesteś młoda i niedoświadczona i biedna. Toteż nie wiesz jakimi sknerami są stare wampiry. Poza tym…- westchnął smętnie.-... moja rodzima Fundacja nie należy do biednych czy słabych. Skoro więc nie zdecydowała się na coś więcej niż tylko opanowanie sytuacji w nadziei, że problem sam się rozwiąże, to oznacza że definitywne jego rozwiązanie jest bardzo kosztowne i bardzo ryzykowne.
- Mówię o wampirach ze Stillwater. To będzie ich osobiście dotykać.
- Nie mam zbyt wiele kontaktów w Nowym Jorku. Ale nic nie szkodzi popytać. - zastanowił się mag.- Aczkolwiek bym na wiele nie liczył. Ryzyko jest ogromne. Tego chyba nie da usunąć z zewnątrz. Trzeba wejść do środka w nocy.
- Nie liczę. Jestem w końcu małym paproszkiem na tej szachownicy czy coś... - wzruszyła ramionami - To kiedy jutro następna randka? Gdzie mnie zabierzesz?
- Nie wiem. Pomyślimy. Pewnie w Nowym Jorku. Pewnie odwiedzimy jakichś miejscowych magów przy okazji.- zastanowił się Vincent.
- Niiiiby nie powinnaaaam... Ale jakby robię zadania dla Joshuy to się da wymigać, szczególnie jeżeli do magów się zajdzie. - powiedziała niewinnie.
- Pojedziesz ze mną, więc traktuj to jako wymówkę. Poza tym, gdyby chcieli cię ukarać z tego powodu to już by to zrobili. - wzruszył ramionami mag. - Najwyraźniej nikomu na tym nie zależy.
- Nie płaczę przecież. - uśmiechnęła się - Ciekawe czy rycerz skończył z półkami na książki dla Nadii, czy ona wciąż krzyczy na biedaków.
- Rycerz?- zapytał zdziwiony mag.- Mówisz o twoim… Toreadorze?
- Zgadłeś, dokładnie o nim! - pokiwała głową - Ten urokliwy młodzieniec pamięta czasy rycerstwa.
- Wiem o tym. - przyznał Vincent.- Mam swoje kontakty wśród twojej rasy. Wiem co nieco o okolicznych wampirach.
- To co wiesz o mnie? - uśmiechnęła się słodko kładąc brodę na dłoniach.
- Podopieczna Tremere, którego zamknięto w “wieży” za konszachty z magami i wywołanie kryzysu. Jedna z tych zagubionych duszyczek, które zwykle lądują wśród anarchów lub w kanałach. Tobie udało się uniknąć obu tych możliwości. Jesteś wygodna dla wielu osób, bo teoretycznie poza ich systemem kastowym.- zaczął mówić LaCroix. - Wolnym elektronem, któremu można zlecić dowolne zlecenia. I… którego można usunąć bez robienia rwetesu w jednym z klanów, jeśli zajdzie taka potrzeba.
- Takie to okrutne! - zachichotała.
- Takie jest życie. Pod całym humanitarnym bełkotem o człowieczeństwie… jesteśmy drapieżnikami walczącymi o miejsce na szczycie piramidy.- odparł filozoficznie mag.
- Czy magowie też mają Piramidę jak Tremere mają? - zapytała z ciekawością.
- Zakon Hermesa ma… choć od czasu powstania Technokracji część praktyk zarzucono, a i hierarchia i więzi osłabły poza Europą. Bo w Europie stare zasady trzymają się mocno, a mistrzowie domów trzymają resztę za pysk. W Stanach jest nieco luźniej, członkowie zakonu są bardziej lojalni wobec fundacji niż wobec domów. Ja na przykład jestem członkiem Domu Fortunae, a wampiry Tremere były kiedyś jednym z domów Zakonu Hermesa. Domem Tremere. I Piramida krwiopijców wzorowana jest na starych tradycjach Zakonu.- wyjaśnił Vincent.- Natomiast inne Tradycje… tu już bywa różnie. Ale zdecydowanie nie są tak sztywne jak mój Zakon i Klan twojego mistrza.
- Tradycje? To inne domy Hermesa?
- Tradycje to nie to samo co Domy. Tradycje to konkretne koncepcje odmiennie podchodzą do samej magyi. Jak Verbena bawiąca się kociołkami niczym wiedźma, czy twoja znajoma hakerka… z pewnością Wirtualna Adeptka. - zaciągnąwszy się papierosem mężczyzna dodał.- Domy to frakcje wewnątrz Zakonu Hermesa. Inne Tradycje są zbyt luźno zorganizowane by mieć wewnętrzne partie polityczne walczące o władzę. Mamy Dom Flambeau, Dom Janissary, Dom Fortunae, Dom Tytalus, Dom… nie pamiętam pozostałych. Są dla mnie przeznaczenia, bo nie mają przedstawicieli w Fundacji której członkiem jestem.
- Więc... Tremere... byli domem, tak?
- Bardzo samodzielnym… z tego co jest zapisane w tekstach.- przyznał Vincent. - Z ambitnym przywódcą, który wybrał dość drastyczny sposób na przedłużenie swojego życia. Wampiryzm. Nie będę zanudzał cię szczegółami, bo w zasadzie nie są nam znane. Te informacje są ukryte w archiwach tego klanu i w pamięci tych Kainitów którzy byli świadkami upadku tych magów i narodzenia się tych wampirów. Dla nas historia domu Tremere jest przestrogą przed nadmiernym zawierzeniem we własne możliwości i łamaniem zasad w imię własnego ego.
- Tremere na pewno tego ego nie stracili. - zachichotała... jakby wampiry ogólnie go nie miały.
- Nie wiem ile prawdziwych Tremere dotrwało do naszych czasów.- wzruszył ramionami Vincent. - A ile zostało dorekrutowanych ze zbuntowanych magów, byłych uczniów i każdego, kto w ich oczach miał potencjał. Wampiry mogą być i długowieczne, ale nie są nieśmiertelne… a Tremere mają więcej wrogów niż przyjaciół.
- Są nieśmiertelni... tu chodzi o brak niezabijalności. - uśmiechnęła się trochę rozbawiona.
- Nie znam żadnego prawdziwego Tremere. Żadnego z tamtych czasów, więc nie wiem jacy oni byli.- Vincent zgasił dopalającego się papierosa w popielniczce na stole. - Więc trudno mi wnioskować jacy byli. A są… “tajemniczy” w wyjątkowo dziecinny sposób.
- Polubiłbyś Nadię gdybyś z nią dłużej poprzebywał.
- Może… wygląda na to, że jest jeszcze dość młoda by pamiętać jak to jest być magiem. - odparł z uśmiechem Vincent.- Ale z czasem pewnie zapomni. Mimo atutu nieśmiertelności nie chciałbym być w jej sytuacji.
- I inni Tremere jej w sumie nie lubią, a ona ich. - zachichotała - Ja ją lubię, choć złośnica. I jej magia jest... inna?
- Nie wiem. - przyznał Vincent. - Tremere nie są wylewni jeśli chodzi o ich “magię” krwi.
Mag gestami palców zaznaczył jak umownym jest tu termin “magia”.
- Tremere głównie są znani z krzesania ognia z powietrza... ona robi coś... z urządzeniami elektrycznymi.
- Elementarne sztuczki… wszystko to Siły. - stwierdził sceptycznym tonem mag.
- Ona potrafi odblokować jakieś urządzenie po prostu magią!
- A ty robisz sztuczki z cieniami, a William jest bardzo szybki, a Nosferatu są niewidzialne… moc krwi można wykorzystać na wiele sposobów. - Vincent jakoś nie wydawał się zafascynowany zdolnościami Nadii.
- Czy wszyscy magowie są tak przeraźliwie nudni jak ty teraz? - Ann wydawała się zirytowana jego brakiem zainteresowania.
- Jeśli chodzi o magię Tremere, to tak… większość z nas jest tak nudna. Bo Tremere nam nie imponują. - wyjaśnił Vincent i sięgnął po karty tasując je. - Ja nie potrafię krzesać ognia z powietrza, ani używać elektryczności, ani zamieniać wody w lód. Moja magyia może więc ci się wydawać nudna, bo mało widowiskowa. A prawda jest taka, że uważam ten obszar manipulowania rzeczywistością za… bardzo prostacki. Wolę bardziej subtelne podejście do tematu.
- Ja po prostu jeszcze nie słyszałam o Tremere robiących taką magię jak ona.
- To co uważa się za ich specjalizację to manipulacja krwią we własnym ciele i w innych. To jest de facto podstawowa dziedzina ich mocy… inne są pochodnymi.- wyjaśnił Vincent i wyciągnął dwie karty. Położył je na stoliku… tuż przy bukiecie kwiatów. Przekręcając jedną z nich sprawiał, że natychmiast więdły. Przekręcając drugą… budził je do życia.
- Czy ty odczyniasz nekromancję? - zapytała zaskoczona.
- Nekromancja to… pusty termin.- machnął ręką Vincent.- Weźmy martwe ciało… możesz je “ożywić” siłami i sterować niczym marionetką, możesz przyzwać ducha… jakiegokolwiek ducha i po prostu opętać zwłoki. Niemniej jeśli cię interesują zombie to tam skąd pochodzę najczęściej zombie nie robi się z martwych tylko z żywych. Kapłani voodoo używają specjalnych toksyn, by pozbawić ofiarę wolnej woli i wprowadzić w pseudokatatoniczny stan. Jeśli zaś pytasz czy mogę zmienić wampira w żywą istotę to… nie. Nie potrafię. Nie znam nikogo, kto by potrafił.
- Po prostu myślałam, że tylko Giovanni mogą być nekromantami... czy to znaczy, że według twoich standardów są magami?
- Już ci przecież powiedziałem, czemu Tremere tak zaborczo strzegą swoich sekretów. To samo dotyczy Giovanni. Ich sztukę może opanować każdy wampir, teoretycznie przynajmniej. To wszystko jest we krwi. A wedle waszych legend ostatecznie ścieżka krwi prowadzi do jednego wspólnego przodka… Kaina. Tak więc cokolwiek umie jeden Kainita, drugi… teoretycznie może się nauczyć. Teoretycznie, bo nikt nie ma smykałki do wszystkiego. A co do… magów. Tremere nie władają prawdziwą magyią, a Giovanni tym bardziej nie. - stwierdził ironicznie Vincent.
- Ale umieją przyzwać duchy! To nie jest magia?
- Są różne sposoby na obdarcie kota ze skóry.- wzruszył ramionami mag.- Jeśli każdy nadnaturalny efekt definiujesz jako magię to tak. To jest magia. Także i twoje sztuczki z cieniem, to też magia. Zadowolona?
- Nie, bo mówisz to tylko bym się odczepiła, a tak nie sądzisz. - burknęła - Nie wiem jak sama krew może coś takiego zrobić. - powiedziała pokazując jak tak naprawdę sama nie wie co i czemu umie robić.
- Moja definicja magyi to naginanie rzeczywistości do moich potrzeb. Zmiana reguł, a nie dostosowanie się do nich jak robią to czarownicy. Tych możesz uznać za magów. Czarują dostosowując się do zasad i… są niebezpieczni dla siebie i otoczenia. - odparł Vincent ignorując fakt, że to nie czarownicy zmienili stary psychiatryk w “tykającą bombę”.
- Jak niebezpieczni? Tak jak jest teraz zakład psychiatryczny?
- Tam rządził infernalista… sądząc po tekstach raportów z archiwów. Możliwe nawet, że Nephandi. Możesz mi wierzyć, że przy takich przeciwnikach… my magowie ściągamy rękawiczki. I ryzyko paradoksu staje się wtedy racjonalną ceną za zniszczenie takiego gada. - wyjaśnił cicho Vincent zimnym tonem głosu.- Gdy spotkasz Nephandi… to albo zabij go szybko, albo uciekaj jeszcze szybciej. Trzeciej opcji nie ma.
- A kto to jest Nephandi? - zapytała bez zrozumienia czemu tak się tym przejmuje.
- Nephandi to magowie z wypaczonymi awatarami. - wyjaśnił Vincent i sięgnął po kolejnego papierosa.- Ich cel to deprawacja… wszystkiego. Są źli dla samego zła i bardzo potężni… tym bardziej, że nie krępują ich żadne więzy moralne, żaden rozsądek. Są… jak… Baali u wampirów. Tyle, że nie są legendą jak oni, tylko faktem.
- Czczą Szatana? - zapytała zdziwiona.
- Czczą, paktują i wiążą się z demonami i innymi demonicznymi bytami. Szatan jest tylko jedną z dostępnych opcji. Przechodzą przez rodzaj bramy do piekieł podczas inicjacji i powracają odmienieni. - wyjaśnił Vincent przy okazji dedukując. - Przypuszczam, że czczą i paktują z tym, co spotkali za tym portalem do czeluści.
- Po co to robią? Też dla nieśmiertelności?
- Są źli dla samego zła. Spaczeni mentalnie. Żaden z nich nie jest nieśmiertelny. A przynajmniej nie słyszałem o takim przypadku. Torturują ludzi dla własnej przyjemności. Jest w nich trochę z Tzimisce, ale… z Tzimisce możesz negocjować i ich sadystyczne zapędy tych wampirów są… bardzo ludzkie niestety. Im Nephandi staje się potężniejszy tym mniej w nich człowieczeństwa.- wyjaśnił posępnie mag. - Przypuszczam, że nawet mitycznym Baali bliżej do wartości ludzkich niż potężnym Nephandi.
- Czyli są źli od narodzin?
- Niektórzy tak. Inni zostają przemienieni przez tych… pierwotnych.- przyznał Vincent. - Nie będę ci mieszał głowy terminologią i szczegółami, bo w zasadzie nie jestem specjalistą w tych kwestiach. Moja wiedza jest dość powierzchowna.
- I jeden jest w szpitalu?
- Jeden był w szpitalu. - przyznał Vincent i zamyślił się.- O szczegóły powinnaś zapytać kiedyś Williama lub Joshuę. Byli wtedy na miejscu. Z pewnością znają tamtą historię lepiej niż ja.
- I była wtedy walka magów? - zapytała z ekscytacją.
- Tak twierdzą raporty. Te nieliczne które mamy.- odparł mężczyzna zapalając papierosa.- Raporty oparte głównie na słowach świadków. Bo żaden mag nie wyszedł z tego szpitala żywy.
- William i Joshua po prostu byli publiką?
- Nie wiem…- wzruszył ramionami Vincent.- Jedyne co dostałem do przeczytania to parę suchych dokumentów, a nie szczegółowych opowieści. Znam tylko ogólne fakty, a nie detale.
- To na pewno Williama i Joshuę zapytam. - spojrzała w stronę wyjścia - Powinnam już chyba sprawdzić czy poganiaczce niewolników zrobili już remont i czy tylko na półkach się skończyło.
- Ja też muszę już wracać. Potrzebuję snu.- przypomniał jej Vincent.
- Ale jutro tu będziesz?
- Mhmm…- potwierdził mag. - Będę tu.
Idąc znów do biblioteki Ann zauważyła wychodzącego z niej Toreadora. Najwyraźniej, albo skończył naprawiać, albo znudziła mu się zabawa stolarza.
- Willi! - Ann podbiegła do wampira - Jak stolarka?
- Skończyliśmy. Miło było popracować fizycznie. Czuję że mam wenę. - rzekł wesoło mężczyzna.
- To świetnie. Nadia dużo krzyczała?
- Nie. Za to dużo klęła pod nosem.- wzruszył ramionami wampir.- Sama jest sobie winna. Powinna podchodzić do swoich obowiązków poważnie i dbać o swoje leże.
- Mówiłeś jej to?
- Cenię swoje gardło. I nie chciałbym jutrzejszej nocy spędzić na jego odrastaniu.- zażartował William.
- Czy ty aby nie jesteś silniejszy od niej?
- … prawdopodobnie silniejszy…- przyznał Toreador mimochodem.
- Więc czego się jej boisz? - puknęła go łokciem w ramię.
- Nie boję się. Acz rycerzowi nie wypada uderzyć damy. - wytłumaczył William.
- Nawet jak pierwsza zaatakuje?
- Nawet wtedy. Zresztą takie drobne rany wypada mężnie znosić. Bądź co bądź trzeba nieźle się natrudzić, by naprawdę wyrządzić szkodą wampirowi. - wytłumaczył jej Toreador.
- Przecież może też o dumę chodzić.
- Duma jest… przereklamowana. - odparł cicho William.- Płaciłem jej cenę zbyt często, by jeszcze ją cenić.
I ruszył do samochodu.- Noc już późna. Wracamy do domu?
- Jak zawsze... Kiedyś mogłam chociaż siedzieć nocami aż do rana i nie przejmować się czasem...
-
Pytania, problemy i życzeniaJa jestem za usunięciem.
-
Zakrwawiony pergaminRehabilitacja mi zabiera dzień i siły, więc nie jestem bardzo aktywna.
-
[WFRP 2ed] Bögenhafen- Mogę spróbować, ale nie wiem jak mi to wyjdzie. Zbroi nie rozprawiczałam. - Nadja wzruszyła ramionami - A dziadek już się na kasę ślini, też mi szlachetny mąż. Trzeba pozbierać prowiant i ekwipunek na podróż, nie wpierw szukać monet. Gdzie w ogóle najbliższe miasto, w jakim można monety zużyć? I jak szybko uznają, że pokradliśmy? Do twojego mieszkanka mogę się udać... Ergo! Pomóż też z tymi kolczugami!
-
[WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarzeNadja się po prostu poddała rezygnując tłumaczenia, och jak wielkiemu charakterem, panu czemu się w tej sytuacji znalazła. Nie chciała języka strzępić. xD
-
[WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarzeJak powie o kradzieży tej kasy to Nadja będzie HELL NO. xD Myślałam, że powie już teraz i się przygotowywałam. :<