Przejdź do treści

Świat

Tematy spoza tego forum. Poglądy i opinie przedstawione tutaj mogą nie odzwierciedlać tych, które reprezentują członkowie tego forum.

A world of content at your fingertips…

Think of this as your global discovery feed. It brings together interesting discussions from across the web and other communities, all in one place.

While you can browse what's trending now, the best way to use this feed is to make it your own. By creating an account, you can follow specific creators and topics to filter out the noise and see only what matters to you.

Ready to dive in? Create an account to start following others, get notified when people reply to you, and save your favorite finds.

Zarejestruj się Zaloguj się
  • SindarinS

    Nad Środkową Durą niebo nigdy nie było do końca błękitne – stanowiło raczej mozaikę rdzawych spodów mostów i cieni rzucanych przez Górne Miasto. Deszcz, który tu docierał, był już tylko drobną, wszechobecną mżawką, która osiadała na skórzanych płaszczach przechodniów niczym lśniąca patyna, większa jego część spływała raczej jako strugi wody z wyżej położonych dachów i krawędzi, trafiając co bardziej nieostrożnych przehodniów. Przez plusk wody przebijał się głuchy stukot wind towarowych, szum przelatujących niebostatków i odgłosy pracy warsztatów, często wrzących od aktywnoście przez całą dobę.

    Uliczne wiecznolatarnie, ze szkłem przybrudzonym pylem i sadzą,, rzucały na mokry bruk długie, bursztynowe refleksy, znacznie liczniejsze niż sporadyczne promienie zachodzącego słońca. Tłum był tu gęsty i jego najbardziej wyróżniającą cechą był brak wyróżnających cech, emanował wręcz anonimowością – rzemieślnicy, drobni handlarze i najemnicy o czujnych spojrzeniach mijali się bez słowa, każdy pochłonięty własnym celem - wśród innych osób, a zarazem kompletnie samotny. To nie było miejsce beznadziei, jak jego niższa dzielnica, ale twardych realiów, gdzie zapach smaru do maszyn mieszał się z aromatem potraw serwowanych prosto z ulicznych wózków.

    Gdy droga przeszła w labirynt Szaleństwa Haretha, surowa geometria Dury ustąpiła miejsca architektonicznemu, nomen omen, szaleństwu. Tutejszs budowle zdawały się przeczyć zdrowemu rozsądkowi, a czasem nawet regułom geometrii – wieże wyginały się ku sobie jak starzy przyjaciele, mosty prowadziły donikąd, a wąskie, chybotliwe przejścia zawieszone nad otchłanią drżały lekko pod wpływem magii lewitacyjnej, która wydawała się być jedyną siłą trzymającą tę dzielnicę w ryzach. To miejsce miało w sobie jednocześnie coś z wesołego jarmarku i gorączkowego snu szaleńca.

    hareths folly.png

    Między balkonami rozpięte były liny z praniem i kolorowe, choć nieco spłowiałe proporce, które łopotały na wietrze wiejącym z niższych poziomów. Szaleństwo Hareth oferowało rozrywkę tym, którzy szukali zapomnienia, ale nie stać ich było nawet na myśl o luksusach Podnieba. Z oddali dobiegały dźwięki przeróżnych, nierzadko rozstrojonych, instrumentów, a zapach deszczu ustępował miejsca woni palonego kadzidła, wina, piwa, tytoniu i innych używek, znanych tylko wtajemniczonym. Każdy krok po ażurowych mostach przypominał fokumentnie, że w Sharn grawitacja jest jedynie sugestią, a całe życie toczy się na krawędzi.

    W samym sercu tego architektonicznego chaosu, wciśnięta między dwa pochylone bloki szarego granitu, znajdowała się tawerna Król Ognia. Jej szyld – ciężka, miedziana korona, wokół której wciąż tańczyły drobne, magiczne iskry – skrzypiał miarowo na wietrze, rzucając na wejście ciepły, pomarańczowy blask. Była to latarnia dla tych, którzy chcieli na chwilę uciec przed wilgocią i cieniem Środkowej Dury.

    Po pchnięciu ciężkich, dębowych drzwi, w odwiedzających uderzała fala suchego, korzennego gorąca. W centralnym punkcie sali, wewnątrz wielkiego, żelaznego pierścienia, płonął ogień, który nie dymił i nie przygasał – jego płomienie miały barwę głębokiego złota, oświetlając salę znacznie lepiej niż jakiekolwiek lampy. Jego mniejsze wersje oświetlały każdy ze stolików wewnątrz, tworząc niesamowitą grę światła i cieni. Inspiracja ognistym piekłem Fernii w wystroju była oczywista nie tylko dla znawców sfer żywiołowych.

    King of Fire.png

    Wnętrze było pełne gości, co akurat nie było niczym zaskakującym, biorąc pod uwagę porę dnia i pogodę na zewnątrz. „Król Ognia” był oazą w takich warunkach – miejscem, gdzie blask paleniska zacierał różnice między profesjami, a przemoczone płaszcze mogły wreszcie wyschnąć w cieple magii, która od lat stanowiła serce tej tawerny. Ale jeśli ktoś odwiedzał go latem, w trakcie Wyścigu Ośmiu Wiatrów, to obecny tłok był dla niego niczym - w końcu dzisiaj dało się przejść przez główną salę, potrącając nie więcej niż trzy osoby..
    Jako jasny dowód na ogromną wielokulturowość Dury, liczne stoliki obsadzone były przez przedstawicieli niemal każdej rasy zamieszkującej Sharn, wywodzących się z przeróżnych środowisk. Lokalni tragarze z Bazaru, narzekający przy piwie na siedzących po drugiej strony sali, raczących się winem kupców. Marynarze z Domu Lyrandar hałaśliwie opijający jakieś sukcesy, ku niezadowoleniu paru gnolli i goblinów próbujących grać w karty tuż obok. Grupa urzędników, relaksująca się po ciężkim dniu przekładania papierków z miejsca na miejsce, obserwowana przez dwójkę zbrojnokutych. Przynajmniej kilku poważnych typów w w większości mokrych kapturach zaciągniętych na głowy, siedzących samotnie w nielicznych co bardziej zacienionych miejscach. Meduza w zdobionej opasce na oczy, flirtująca z wyraźnie niepewnym tego co się właśnie dzieje człowiekiem. Kilku lykanów dyskutujących zawzięcie z bogato odzianym krasnoludem, ku rozbawieniu dowcipkującego nieopodal gnomiego tercetu. Temu wszystkiem przyglądało się stojące za barem z niemal idealnie czarnego drewna małżeństwo niziolków, będące właścicielami tego przybytku - nie usługiwali gościom, ograniczając się do wydawania krótkich poleceń obsłudze, która śmigała z kuflami, kielichami, szklanicami i talerzami przystawek.
    Każdy stolik w głównej sali wydawał się prezentować inną historię, z których większość miała pozostać tajemnicą. Jedna z nich warta jednak była w tym momencie większej uwagi.

    W oddzielnej alkowie, będącej jednocześnie tarasem wychodzącym na Centralny Płaskowyż, ustawiono większy stolik, mogący bez trudu pomieścić i do tuzina osób. Póki co widać było pojedynczą sylwetkę - na co dzień jednego z najlepszych (a swoim zdaniem najlepszy) śledczych w Sharn, postrach złoczyńców i źródło irytacji Domu Medani. A dziś? Nadawca wielu listów, postawiony pod ścianą, szukający wsparcia nawet u tych, którzy nim gardzą, pierwszy raz w życiu ...zagubiony? A może tylko takiego udający?
    Alestair de Saint-Cyran rozsiadł się tak, by mieć kryte plecy i dobry widok zarówno na otwartą przestrzeń, jak i główną salę. Wokół jego twarzy kłębił się delikatny dym z jednego z jego samodzielnie skręcanych papierosów, wypełnianych mieszanką tytoniu i moce raczą wiedzieć czego jeszcze. Na blacie, obok na wpół opróżnionej szklanki, piętrzyło się kilka teczek na dokumenty. Khoravar spokojnie obserwował gości tawerny i tylko dobrze go znający wiedzieli, że za tym pozornie leniwym wzrokiem krył się umysł analizujący każdy szczegół w zastraszającym tempie - niewykluczone, że zdążył już poznać historię każdego ze stolików, każdej kłótni i dyskusji, a nawet rozwiązać problemy ich uczestników. Zamiast tego ograniczył się jedynie do wypatrzenia znajomych twarzy w tłumie i skinienia im głową w zapraszającym geście.


    Chwilę wcześniej... - A dzięki, dzięki… Wy równieżście się starali. Łatwo nam nie było, oj nie… Można się było napocić, albo kości przekrzywić.. Borin zerknął na ramię zbrojnokutego, które przed chwilą prowizorycznie opatrzył, a teraz już wyglądało jak nowe. - Teraz, jeśli pozwolicie, wolałbym uniknąć dalszego rozlewu krwi… albo smaru. Jeśli Boromarowie dotrą tu przed strażą miejską, a na wachcie akurat trafi się kapitan bardziej…. temperamentny, to zrobi się z tego bardzo nieprzyjemna sytuacja. Westchnął i zaczął powoli zwijać pasek narzędziowy. - Dlatego zabierz tylu swoich, ilu zdołasz. Zbierzcie rannych i wynoście się stąd, póki jesteście w stanie. Swoją porcję przemocy dzisiaj już miałem i niemiła mi dokładka. Zbrojnokuty obejrzał się tylko w stronę zmasakrowanego trupa drugiego ochroniarza. - Z Trzydziestki niewiele już zostało, a Syrrix tu nie ma. Kontrakt był na nią, pozostali się nie liczą - powoli podniósł się na nogi - Ale jeszcze raz dzięki, tym razem za ostrzeżenie, długo tu nie zostanę. - No to w ramach podziękowania weźże kogo zdołasz na plecy i przenieś ich ze dwie przecznice stąd, najlepiej do jakiegoś rowu, zaułka czy innego miejsca, które zmniejszy szansę, że Boromarom w ręce wpadną. Da im to jeszcze szansę przeżyć i trochę oleju sobie między uszy wlać z wiekiem. Zaczynając od tamtej Reilru, jeśli możesz… chyba oficeruje, a takich to się gorzej traktuje. - Dziwna prośba, ale skoro nalegasz - konstrukt wzruszył ramionami w geście, który musiał podpatrzeć u innych ras. Ruszył w stronę nieprzytomnej gnollki i z wysilkiem zarzucił ją sobie na ramię, co spotkało się z groźnym warknięciem ostatniego przytomnego gnolla. Zbrojnokuty, nie wydawał się tym przejęty - miał swoje zadanie i szedł już w stronę wyjścia. - Ty się, Thraz, nie buntuj mi tutaj, tylko pomóż mu, bo szkoda czasu na takie przedstawienia! Chwytaj kogo możesz i ewakuujcie się stąd czym prędzej, bo jak Boromarowie się pojawią to nie na popołudniową herbatkę was zaproszą! Gnoll przez chwilę obserwował krasnoluda z głuchym warczeniem, ale widać że wystarczyła mu na przemyślenie swojej sytuacji. Dobro sfory ostatecznie wygrało z dumą - powoli podniósł się na nogi, dźwignął leżącego jak worek ziemniaków towarzysza ruszył za zbrojnokutym. Borin obserwował wychodzącą parkę. Westchnął powątpiewając lekko czy to była dobra decyzja. Pakt Znir doceni troskę o życie swoich ludzi? Czy za słabość i “zaproszenie” uzna? Co Boromarowie pomyślą o ratowaniu żyć ich konkurentów? To plus wydarzenia z rana w Brzegu… mogło okazać się rysą na ich relacjach. - Będzie co będzie. Najwyżej to rozwiążę… Spojrzał dalej po Królu Ognia i do loży, gdzie chwilę temu towarzysze zlecieli ratować Alestaira. - Proponuję się stąd zwijać jak sugeruje gospodarz. - warknął Gundrik rozluźniając się trochę. Nadal trzymał w dłoniach swoją broń, załadowaną i gotową do strzału. Nie patrzył na Borina tylko na potencjalnych przeciwników, miejsca skąd mógł nadejść atak… smocze znamię zdążyło przygasnąć pozostawiając tylko na ramieniu kurtki wypaloną dziurę. - Idziemy na balkon. Sprowadzę nas na dół śladem pozostałych. - Jeśli miłe to twoim uszom… - zaczął Borin do gospodarza - …to za kilka godzin, albo jutro, jeśli sytuacja nie pozwoli, zawitać mogę i zreperować zniszczone meble. Dobry jestem w takie zabawy. - Mam od tego fachowców na kontrakcie - odparł niziołek, niechętnie odnosząc się do propozycji. Borin spojrzał na Gundrika, kiwnął mu głową i ruszył za nim. Idąc zgrabnie i płynnie młodszy krasnolud omiótł jeszcze raz wzrokiem główne pomieszczenie. - Jeden ślad młotka na tych mebelkach i ubezpieczenie szlag trafi. Tak tylko mówię. - rzucił do Borina i machnął lekko ręką na co ukształtowana w łódź tafla energii wpłynęła za krasnoludami na balkon. - Zapraszam na pokład. - Ah, dziękuję, dziękuję. Oddaję się w twoje ręce, kapitanie - zachichotał starszy krasnolud wchodząc na magiczny transport.
  • PiołunP

    Uroczyście witam was wszystkich na sesji Popiół i Śnieg!

    To miejsce przeznaczone jest na wszelkie sprawy około sesyjne, tzn. pytania, ustalenia, krótkie narady czy zwykłe luźne rozmowy związane z grą. Jeśli coś będzie wymagało doprecyzowania albo pojawi się potrzeba przedyskutowania jakiegoś elementu, róbmy to właśnie tutaj.

    Na początek chciałbym Wam podziękować za nadesłane Karty Postaci. Widać w nich włożoną pracę i pomysł, co bardzo cieszy. Mam nadzieję, że wspólnie stworzymy coś naprawdę klimatycznego i że będzie to dla nas wszystkich po prostu dobra zabawa.

    Mam też świadomość, że kilka kwestii związanych z homerule’ami wymaga jeszcze doprecyzowania. Musicie dać mi chwilkę bym zebrał to wszystko do kupy. Pojawi się dział, gdzie będzie można podglądnąć naszę Homerule.

    Przy okazji mam jedną drobną prośbę dotyczącą wątku z przygodą. Nie dodawajcie proszę w postach dodatkowych avatarów ani imion postaci. Miniaturka oraz informacje generowane przez panel forumowy są w zupełności wystarczające i zapewniają przejrzystość. W razie potrzeby większe avatary są dostępne w panelu sesji, a pełny podgląd postaci będzie znajdować się w dziale „Karty Postaci Bohaterów”. Nie ma potrzeby dublowania tych grafik.

    Pierwszego posta fabularnego możecie spodziewać się już niedługo.

    Mam pierwszą rzecz do obgadania. Czy wszyscy są za, byśmy dodatkowo do tej sesji stworzyli sobie kanał na discordzie, do szybkich pytań, czy też może ktoś nie jest fanem takiego rozwiazania?


    @Wired napisał: Myślałem, że w ramach scenariusza ogarniemy jeszcze źródło mutacji w strumieniu. Tak, to będzie w epilogu. Nie ma co się jednak rozdrabniać na dodatkową scenę. Ja oczywiście również wszstkim dziękuję
  • BrilchanB

    [B]Influence Cobalta Seniora zasiane[/B]

    Mephisto uniósł rękę jak uczeń zgłaszający się do odpowiedzi:
    -[I] A nie jest tak, że aktualnie Blue Collar jest zarządzana przez Cobalta Dash, a my wszyscy podlegamy bezpośrednio jemu? Czy w takim razie z wszelkimi propozycjami nie powinniśmy najpierw iść do niego? Zwłaszcza to kogo zatrudni? [/I]

    Gabrielle Hawke założyła ręce na biodra zanim wymieniła:
    -[I] Bo mój dziadek nie miał bogatych rodziców, którzy fundnęli mu studia i fundusz na firmę, tylko sam zarobił na swoją agencję i fundacje? Przetrwał na ulicy jak go wywalili z domu kiedy miał 11 lat? A bez dyplomu jakieś przereklamowanej uczelni zna 3 języki obce. A ktokolwiek przygarnął dziadka w Chicago to przynajmniej, bo go chcieli, a nie komuś pękła guma. Miał bliski kontakt z Mrocznym Feniksem i przeżył? Zamiast marudzić na to jak “kiedyś było wspiera swoją” fundacją LGBT, cywilnych mutantów i ogarnia social media? Bo to nie jest kwestia jednorazowej gafy, tylko różnic stylu, które są zbyt wykluczające.
    -W porządku, rozumiem… -[/I] Hawkman uśmiechnął się smutno -[I] Opowiadam rzeczy brzmiące jak niestworzone, zadawałem się z ludźmi działającymi na pograniczu prawa i jestem wdzięczny, że mi pomogli kiedy nie miałem nic, czytam książki, które lądują na listach zakazanych. Jeśli wolisz, żebym nie przebywał z twoim wnukiem sam na sam to rozumiem.

    ALE już poprosił mnie o spotkanie informacyjne, uważam, że skoro jest na tym świecie, skoro jestem jedną z osób, które nawaliły z Mrocznym Feniksem, to Cobaltowi Blue się należą informacje. Choć skoro obaj jesteśmy w wieku kiedy coraz więcej przyjaciół jest na cmentarzu to możemy pogadać przy kawie… Cokolwiek było między nami… Austachy, to nie dotyczy mojej wnuczki. Masz tą szlifierkę na beton?
    -Niby czemu miałbym mieć? [/I]- burknął Dallen senior- [I] Cieszę się wnuku, że na tyle chociaż rozumiesz swoją sytuację. Młodzież winna jest szanować opinie starszych albowiem przemawia przez nich doświadczenie. Ej, Hawke a ty dokąd? [/I]

    Hawkman przewrócił oczami, przesunął się ku dziurze po Dianie:
    -[I] No to skoro jestem tutaj po cywilnemu, to powinienem dać się uratować jako cywil, żeby oszczędzić na chryjach… Albo dać młodzieży dorobić punktów. Gabby, skoro poczekamy na szlifierkę możesz iść ze mną. Równie dobrze możemy pooglądać po co przyszliśmy. Zwłaszcza, że jeśli nie daj jeden eksponat uszkodzili, to ja będę musiał wypisywać papiery do 3 muzeów. Liczcie do 100 i możecie iść po mnie i legitymację Sewer Rata. Kto wie może mam ją w kieszeni? W końcu jestem znany z kleptomanii? A właśnie! Pamiętasz, że twój zakaz na wejście do chicago został odwołany z 18 lat temu. Skoro druga strona paktu nie żyje. [/I]

    [B] Przejdźmy gdzie indziej? [/B]
    Dean wyglądał tak jakby chciał być gdziekolwiek indziej niż przy starym Cobalcie. Przeniósł uwagę ostatecznie na resztę drużyny :
    -[I] No cóż… Z tego co mówił Sewer Rat to tam nadal kręci się jeden starszy cywil. Wypadałoby go bezpiecznie wyprowadzić z Muzeum. Sprawdzić czy ktoś się jeszcze nie schował. A i ja jeszcze nie widziałem Cementona, a raport trzeba spisać. Nie powinniśmy się też oddalać od Strzygi, a Pan Cobalta powinien znać procedury lepiej od nas. To co idziemy? Pomożemy też Sewer Ratowi pozbierać jego rzeczy [/I]

    [i]- Hm… mogę nas wszystkich skierować w stronę starszego pana i Cementona, to żaden problem. -[/I] powiedział Sewer Rat - [I] I choć wątpię, by Strzydze stała się jakaś krzywda, to lepiej może się nie rozdzielać? Proszę pójdźcie za mną, wszędzie Was zaprowadzę, znam drogę [/I]- powiedział, po czym pomachał ręką w powietrzu, aby zachęcić swoich nowych znajomych do podążenia za nim.
    -[I] Tak, tak - nie chcemy zdarzeń jak ze slashera - pierwszy umiera ten kto powie “Zaraz wracam”, rozdziela się, czy należy do mniejszości… No widzę, że znasz się na rzeczy Sewer Rat [/I]- Mephisto w przyjacielskim geście klepał po plecach nowo poznanego bohatera. -[I] Jesteś rozsądnym człowiekiem. Świetnie. Przemyśl i się prześpij z dalszymi decyzjami. Też kiedyś robiłem solo, ale rozumiem, że niektórzy mają powody w tym zostać [/I]
    …tym bardziej, że po chwili zaczął pisać do Człowieka przy Monitorze:
    [I]”Weź znajdź mi co się da o działalności Sewer Rat. Wszelkie oznaki niezrównoważenia do zgłoszenia. Jeśli dasz radę to i cywilną wersję” [/I]

    [b]Diana w muzeum[/b]
    Strzyga usłyszała za sobą głos Hawkmana:
    -[I] Panienka… ekhm szanowna Strzyga i mi kopsnie egzemplarz? To coś ciekawego? [/I]- wskazał na egzemplarz “Ludzkich przepisów”. Wnuczka podtrzymywała go pod ramię.
    -[I] Dziadku, odpuść… [/I]- wymamrotała- [I] Jak nic ukradła… Już lepiej chodźmy do tej gabloty w dziale herosów [/I]
    -[i] A ja nie znam tego muzeum… Jestem tutaj pierwszy raz więc niczego nie pokażę… Ja tam kiedyś czytałam o Beef-manie, ale to może być anegdota. A książka jest o średniowiecznej kuchni, taka edukacyjna dla całej rodziny i ja nie kradnę [/i] - Powiedziała Diana Patrząc groźnie Na młodą skrzydlatą dziewczynę.

    Skrzydlata spróbowała wykrzesać z siebie równie groźne spojrzenie, co zniwelowało, że była dużo drobniejsza od rudowłosej. Dianie wydawało się, że mogła najwyżej przerastać Joan Murphy.
    -[I] Ucielo, to że ja kradłem za młodu nie znaczy, że każdy to robił. Nawet z biedy… [/I]- Hakman zabrzmiał na rozbawionego -[I] A który Beefman, Strzygo? Znałem jednego Beefa i parę razy dla niego stałem na czatach do muzeum... Kto by pomyślał, że teraz to JA będę odpowiadał za eksponat muzealny? Potrzebuję sprawdzić czy nadal stoi w dziale “Superherosów” mój pierwszy kostium. Bo nie daj coś się z nim stało, to grozi mi raportowanie do 3 instytucji kulturalny. Durne, ale się zobowiązałem… Może szanowna Strzyga pójdzie z nami? [/I]

    Dashing Cobalt Blue pytania zadaje Dziadkowi

    Eddie poczuł pewną sympatię dla Hawkmena i jego wnuczki po tym małym biogramie który ta ostatnia zaprezentowała, skojarzyło mu się to z piosenką “She’s Rebel” zespołu Green Day choć płeć podmiotu lirycznego się nie zgadzała reszta pasowała do Pana Jastrzębia bardzo zgrabnie. Wodniak puścił sobie cicho melodie w zapętleniu na jednej ze słuchawek co pomogło jego nadaktywnemu ADHD-owemu mózgowi zachować nieco więcej skupienia czego potrzebował bo zamierzał skorzystać z tego że został z seniorem rodu Dallenów sam na sam i zadać mu ważne pytanie:
    [i] Dziadku dręczy mnie jeden problem a skoro jesteś taki kochany i dzielisz się z nami swoim doświadczeniem to chciałbym poprosić cię o radę: Czuje się zagubiony! Mam zabić świadomą istotę nawet jeżeli to jest demon zrodzony ze zła który chce zostać złym bogiem to mam wątpliwości moralne a Matka Biologiczna jest boginią więc ma nieludzką perspektywę i moralność… Dlatego poprosiłem Pana Hawkmena o opowieść na temat jego walki z Królem Feniksem, bo muszę się przygotować do tej walki, ale będę szczery, Dziadku czuję się wściekły i skrzywdzony że Matka zdecydowała się mnie urodzić tylko po to żeby nasz świat miał broń przeciwko jakiemuś złemu bóstwu! A przecież twoje zasady i reguły według których żyją herosi Helcyon City to “Nie zabijaj” co mam zrobić ? Co ty byś zrobił na moim miejscu Dziadku - Edulan pozwolił aby rozpacz i zmartwienie które na co dzień krył przed innymi pokazały się w jego wzroku i głosie.*[/I]

    // Mechanika używam ruchu Legacy: Words of the Past więc Dziadek musi dać Eddiemu szczerą odpowiedź i poradę.

    Cobalt Senior prychnął:
    -[I] Ależ Mroczny Feniks to jest magiczny pasożyt. Magiczny, więc ma efektywniejsze działanie , ale w gruncie rzeczy nie myśli o niczym więcej niż tylko jak się najwięcej nażreć. Nie ma w tym nic z inteligencji. Im dłużej dać temu żyć tym więcej osób zaszkodzi. Żadna z ofiar nie zrobiła się mądrzejsza.

    Wiem po przykładzie syna Hawkmana… Niby dorosły z dyplomem i rodziną, a nic nie pomyślał, że to dziwne skąd na niego spadła ta moc ognia. Czy czar, meteoryt czy nieudany eksperyment? Od razu zaczął się bawić jako “Feniks”. A parę miesięcy później oszalał siejąc strach i zniszczenie. Do rozumu jakoś Hawkman też nie przemówił ani synowi ani Mrocznemu Feniksowi, więc tym bardziej skąd myśl, że to coś ma rozum? I będą następni dopóki ktoś tego nie zatrzyma[/I]


    Poważne Taco Diana podrapała się po głowie i zaczęła wyjaśniać. - Mówiąc szczerze, to Eddiego nie jestem taka pewna, bo chyba oni zostali jakoś zmodyfikowani przypadkowo… I tak, to był Eryk, No właśnie największy problem jest taki że oni wszyscy ze sobą nie przepadają, co wszystko tylko utrudnia. A to mama Deana to w ogóle wie o wszystkim?! - Kultyści Diana nawet nie chciała rozmawiać tylko poszła do tego który posiadał boomboxa, aby wyrwać mu go z rąk i rozbić od najbliższą twardą powierzchnię. Spoiler Biere Infu
  • GordianG

    PROLOG

    99f99898-cfe9-4493-98f1-4cae1bdb6fb1-image.png

    Przeznaczenie... Jakąż to ono rolę odgrywa w życiu człowieka? Czy w ogóle istnieje? Czy nasz los jest czymś odgórnie ustalonym, a wolna wola jest jedynie pozorem? Złudzeniem? Cienką zasłoną, za którą kryje się jakiś boski plan? A może jest odwrotnie i to my sami decydujemy o wszystkim, a ,,przeznaczenie" to tylko wygodne słowo na nazwanie czegoś, co nie potrafimy zrozumieć?

    Zatem czy to przeznaczenie, czy też zwykły przypadek sprawił, że pięcioro nieznajomych ludzi, pozornie niemających ze sobą nic wspólnego, rozrzuconych po różnych częściach miasta, ludzi o odmiennych historiach, sekretach i marzeniach, przeczytało ten sam artykuł w gazecie i postanowiło na niego odpowiedzieć? Kto wie... Może to zbieg okoliczności, a może - pierwsze ogniwo w łańcuchu zdarzeń, który właśnie zaczynał być wykuwany?

    San Francisco początku roku 1932 nie należało do najprzyjemniejszych miejsc na Ziemi. Miasto, którego krwiobieg jeszcze kilka lat wcześniej stanowiły handel, żądza przygody i złudna obietnica dobrobytu, teraz zdawało się zupełnie martwe. Wielki Kryzys uderzył tu z całą bezwzględnością: banki upadały, sklepy zamykały się jeden po drugim, a na ulicach, pod drzwiami dworców i kościołów pojawiało się coraz więcej ludzi wraz z tabliczkami z błagającymi o choćby drobny datek. Ludzi, którzy jeszcze kilka lat temu wiedli całkiem normalne życie.

    Chłodna mgła znad zatoki wciskała się w miasto niemal każdego poranka, spowijając wzgórza i drewniane domy wilgotnym, mlecznym półmrokiem. W porcie skrzypiały maszty statków, a ciężkie dźwigi powoli przesuwały skrzynie z towarami z odległych krajów: herbatą z Chin, gumą z Indonezji, ryżem z Filipin. Zapach soli mieszał się z zapachem smoły, ropy i ryb. Bo port, mimo wszystko, wciąż pracował. Był największym międzynarodowym portem na całym zachodnim wybrzeżu i dla wielu ludzi stanowił ostatnią nadzieję. Przypływali tu marynarze z Azji, robotnicy z południa, awanturnicy, przemytnicy, ludzie uciekający przed przeszłością i tacy, którzy desperacko szukali przyszłości.

    Na nabrzeżach można było spotkać ich wszystkich: bezrobotnych śpiących na ławkach przykrytych gazetami, byłych farmerów, których ziemię zabrały banki, marynarzy z tatuażami wyblakłymi od słońca i morskiej wody, chińskich kupców z Chinatown czy hazardzistów liczących na to, że szczęście się do nich uśmiechnie i odmieni ich los.

    Gazety sprzedawane były wszędzie, niemal na każdym rogu. Chłopcy w znoszonych czapkach wykrzykiwali najnowsze nagłówki, wymachując plikami świeżo wydrukowanych arkuszy:
    Sensacyjny wykład! Naukowiec twierdzi, że yeti istnieje! Ekspedycja do Związku Radzieckiego! Kupujcie Chronicles, tylko 10 centów!
    Dla większości był to tylko kolejny dziwaczny artykuł. Ot kolejny taki, który miał przyciągnąć uwagę i sprzedać te kilka egzemplarzy więcej. Ale nie dla tej piątki... Oni przeczytali go bardzo uważnie i równie poważnie go potraktowali:

    51de3fa7-d214-4694-aea7-78c7043fd4ed-image.png

    Czym to ogłoszenie było dla nich? Obietnicą? Szansą? Ostatnią deską ratunku? Być może nawet tego nie wiedzieli. Jedno zaś nie ulegało żadnej wątpliwości - to początek historii, która odmieni ich życie.

    @agnes @cygan @ketharian @elvis @kaworu


    Klub yakuzy Reed i jego kompani nie potrzebowali dodatkowej zachęty - słysząc zamierzenie złowrogie słowa trapera natychmiast wzięli nogi za pasy, w drodze do wyjścia strzelając na wszystkie strony oczami. Carter odczekał, aż wszyscy opuszczą lokal i dopiero wówczas przeciął ostrożnym krokiem zadymioną i pełną orientalnych dźwięków przestrzeń klubu w drodze do stolika zajmowanego przez Watanabe. Był świadomy niejednoznacznych spojrzeń innych siedzących przy stoliku mężczyzn, kiedy stanął obok krzesła Reba i z przepraszającą miną pochylił się ku uchu. - Profesor Chance bardzo się martwi pańską nieobecnością, Watanabe-san. @lubesz
  • DeklineD

    Nie pamiętacie dokładnie, za co was zamknięto. W Bögenhafen ostatnio nikt nie pytał o powody – wystarczyło być w złym miejscu i złym czasie. Cela była niska, wilgotna i przesiąknięta zapachem pleśni, starego potu oraz strachu. Tej nocy nikt was nie niepokoił. Tej nocy coś się urwało.

    text alternatywny

    Z jakiegoś powodu budzicie się w nocy, w ciszy, ciężkiej i nienaturalnej jak na więzienie. Kraty są zamknięte, a korytarz za nimi pusty, pogrążony w półmroku. Z oddali dobiega głuche bicie dzwonów i przytłumione krzyki, jakby miasto wołało o pomoc, której nikt już nie udziela. Przez zakratowane okno wpada słabe, migotliwe światło, a w powietrzu unosi się zapach dymu zmieszany z czymś metalicznym.

    Nie jesteście sami. W celi siedzi jeszcze czterech ludzi. Trzech z nich milczy – skuleni pod ścianami, z pustymi oczami, jakby przestali reagować na świat. Czwarty jest inny. Wychudzony, brudny, ale zbyt uważny. Siedział tu już wcześniej, przed Waszym przybyciem. Porusza ustami bezgłośnie, jakby powtarzał słowa, których nie wolno wypowiedzieć.

    Gdy w końcu na was spogląda, nie pyta kim jesteście. Mówi tylko, że „to nie jest noc na czekanie” i że “cisza w takich miejscach zawsze coś oznacza”. Potem milknie i nasłuchuje, jak pies wyczuwający burzę. Gdzieś głęboko w więzieniu rozlega się nagły trzask, jakby coś ciężkiego spadło na podłogę. Po chwili znów zapada cisza – jeszcze gorsza niż wcześniej.

    Zapach dymu staje się wyraźniejszy. Czas ciągnie się nienaturalnie wolno. Jeśli straż nie wróci, nikt was stąd nie wyciągnie. A jeśli wróci… być może lepiej, żeby tak się nie stało.


    Wychudzony więzień kiwa się w miejscu, drapie paznokciami po kamieniu, aż spod nich sypie się biały pył. Uśmiecha się do czegoś, czego tu nie ma. Głos ma chropowaty, jakby dawno nie używał go do rozmów z ludźmi.

    • Kamień… kamień nie śpi. On słyszy kroki, zanim one się wydarzą.
    • Najpierw dół… zawsze dół. Miasto przyszło później, jak robactwo do rany.
    • Strażnicy? - prycha cicho. - Jeden z nich nigdy nie nosił kluczy. Mówił, że drzwi wiedzą, kiedy mają się otworzyć. I wiecie co? Miał rację.
    • Kapie… kapie… - mlaska nerwowo. - Ale nie z góry. Nigdy z góry. Woda pamięta drogę, którą przeszła.
    • Szczury uciekają równo, jak wojsko. Nie przed nami. Przed czymś, co już wstało.
    • Dym to tylko zapowiedź. Prawdziwy ogień rodzi się w ciszy.
    • Imiona gniją szybciej niż ciała… miejsca nie gniją nigdy.

    Nagle przestaje się kołysać i patrzy na was z lodowatą, nienaturalną jasnością.

    • Jeśli ktoś dziś będzie słuchał uważnie, może jutro nie będzie musiał krzyczeć.

    Na tyle, na ile zdołaliście się zorientować, miasto wznosi się nad morzem, u wylotu rzeki, na jedynym w tej przeklętej okolicy fragmencie stabilnego gruntu – nagiej skale, wystającej z bagien niczym zęby trupa. Wszystko wokół, jak okiem sięgnąć, to cuchnące mokradła: mgły wiszące dniami i nocami, gnijące drzewa, topieliska bez dna. Bagna pochłonęły już niejedną armię, której dowódcy uwierzyli mapom, przewodnikom albo własnej pysze. Po dziś dzień mówi się, że w cichsze noce słychać tam szczęk zbroi i krzyki tonących.

    Na wyspę prowadzą cztery drogi - przynajmniej według oficjalnych opisów.

    Pierwsza to kamienna grobla, jedyna lądowa droga do miasta. Wąska, wyniesiona ponad bagno, popękana od lat i przesiąknięta krwią bardziej niż deszczem. Na jej końcu wznoszą się bramy, masywne i ponure, za którymi zawsze czeka straż - czujna i daleka od litości.

    Druga droga prowadzi od strony morza. Port jest potężny,i obstawiony tak, że samo wpłynięcie do basenu portowego bez zaproszenia jest czystym szaleństwem. Nawet jeśli ktoś zdołałby ominąć łańcuchy, baterie balist i wieże obserwacyjne, pozostaje jeszcze wewnętrzny mur portowy - gruby, wysoki i stale patrolowany. Morze tu nie jest sprzymierzeńcem; zdradliwe prądy i nagłe sztormy zdają się sprzyjać obrońcom bardziej niż ludziom.

    Trzeci sposób…próba dotarcia do miasta przez bagna i rzekę. Pieszo – bagno wciągnie cię po pas, po pierś, po szyję, zanim zdążysz zrozumieć, że grunt pod stopami nigdy nie był prawdziwy. Łodzią – ostre jak brzytwa skały przy ujściu rzeki rozrywają kadłuby, a zdradliwe wiry wciągają wszystko, co ośmieli się podpłynąć zbyt blisko murów. Ci, którym „się udało”, nie zostawili po sobie żadnych świadków.

    Czwarty sposób natomiast nie istnieje.
    I każdy, kto twierdzi inaczej, prędzej czy później znika.

    W Bögenhafen stacjonuje armia - oficjalnie po to, by strzec porządku w regionie, nieoficjalnie, by nikt nie zapomniał, kto tu naprawdę rządzi. Kilka oddziałów straży miejskiej zajmuje się codziennymi problemami: bójkami, kontrabandą, ciałami wyłowionymi z kanałów. Nad wszystkim czuwa lokalna władza - niewidoczna, odległa i doskonale poinformowana.

    Miasto tętni handlem. Gildie kupieckie rywalizują ze sobą otwarcie i po cichu, kompanie morskie werbują ludzi szybciej, niż morze ich zabiera, świątynie bóstw wszelkiej maści przyjmują wiernych. Kilku magusów działa tu legalnie - a reszta skrywa się w zaułkach, piwnicach i ruinach starszych niż samo miasto.

    Pomiędzy tym wszystkim kłębi się pospólstwo: uchodźcy, awanturnicy, dłużnicy, marzyciele i desperaci. Każdy przybył tu po coś innego: złoto, władzę, zapomnienie, albo tylko po to, by zniknąć w tłumie.

    W powszechnej opinii mieszkańców Bögenhafen jest miastem nie do zdobycia - miastem-państwem-twierdzą. Jedyną rzeczą, która naprawdę może mu zagrozić, jest zaraza. Dlatego miasto podzielono na strefy i dzielnice, oddzielone murami i bramami, które można zamknąć szybciej, niż ogień wypalający choróbstwo zdąży zgasnąć. A gdy choroba się rozprzestrzenia… cóż. Ogień jest skuteczny. Tak samo jak zapomnienie.

    I właśnie dlatego nikt tu nie śpi spokojnie.


    Zaaplikowany mu przez cyrulika, z fachowością fizjoterapeuty plaskacz, oraz chwila wytchnienia jaką zapewnił krótki przystanek pod bramą pozwoliły cyrkowcowi na ponowną ewaluację swojego żywota. Nie. Nie lubił cierpieć. Nie lubił gdy coś go bolało. Bał się bólu wręcz panicznie. A dzięki tchórzliwej naturze los aż do dziś mu go oszczędzał. Los mógł sobie myśleć, że Ergo tam pod zakładem cyrulika szukał śmierci. Ale to nie było prawdą. Jego zachowanie tam, było wypadkową niezbyt lotnego umysłu i wrodzonej krnąbrności wspartej brakiem poszanowania do nakazów i hierarchii. Sum jednak lubił żyć. I jeśli ów złośliwy los dał mu teraz okazję do tego o co się chwilę wcześniej prosił, to nie znaczyło przecież, że konsekwentnie Sum zamierza z niej skorzystać. - Wiejmy stąd! Wiejmy! - tym razem ułapił się ramienia cyrulika, po czym zawołał do Nadii - Daj mi kuszę... jak będziecie ciągnąć, ja będę mógł strzelać. Pomijając karkołomność jaką było zdanie ciężkiej wojskowej kuszy, rannemu cyrkowcowi, który miałby z niej strzelać podczas podrygów na noszach do ruchomych celów, byłoby to z pewnością bardzo widowiskowe.
  • SindarinS

    Kiedy?
    4.09 - 6.09.2026 (piątek - niedziela)

    Gdzie?
    Wydział Filologiczny Uniwersytetu Łódzkiego
    ul. Pomorska 171/173
    90-236 Łódź

    Strona:
    https://kapitularz.pl/
    text alternatywny


    Dawaj relacje. Jakieś zdjęcia musiałes zrobić.
  • WiredW

    Temat na promocje, obniżki i wyprzedaże książek w formie papierowej lub zdigitalizowanej.


    Na Allegro do kupienia Vampire Wars za 65zł ze świata Warhammer. To rozsądna cena moim zdaniem. Książka po angielsku. Łącze. Nie jestem w żaden sposób związany z tą ofertą, mam już tę książkę, a dzielę się informacją, bo pojawiła mi się w ramach obserwowanych wyszukiwań.
  • GordianG

    Cześć 😉 Tu będą wszystkie komentarze i materiały do naszej gry. Możecie przedstawić swoje postacie i niedługo będziemy zaczynać. Jest to też miejsce, w którym możemy dyskutować różne rzeczy oraz komentować naszą kampanię - mogą to robić także osoby, które nie grają.

    Kolejka: Tak, jak pisałem w ogłoszeniu, każdy powinien napisać przynajmniej dwa odpisy w tygodniu. Jak na chwilę obecną uważam, że wprowadzanie kolejki odpisów nie ma sensu, po prostu niech pisze ten, kto uważa że aktualnie ma coś do powiedzenia. Też nie ma sensu się nawzajem blokować i ograniczać.
    Długość odpisów: Bez znaczenia.
    Forma odpisu: Dialogi proszę wyróżnić pogrubieniem, myśli postaci - kursywą, resztę zwykłym stylem.
    Rzuty: Proponuję, żeby wykonywać je na forumowym discordzie przy użyciu wgranego tam bota, ale nie jest to konieczne. W przypadku rzutów innych, niż na walkę i interakcje społeczne, informację, którą zdobędziecie w wyniku sukcesu, oznaczę spoilerem. Jeśli wyrzucicie sukces, możecie przeczytać. Jeśli nie - no to nie. Będę się starał stosować zasadę "fail forward", ale nie obiecuję, że zawsze mi się to uda.

    Na razie tyle, a jak mi coś jeszcze przyjdzie do głowy, to napiszę xD

    @kaworu @elvis @ketharian @cygan


    Okej ja chyba poczekam z moim postem na odpowiedź Madame, bo to w sumie ważne jest
  • slann22S

    Było już późne popołudnie, słońce zmierzało już ku horyzontowi gdy we Wielkiej i wspaniałej rezydencji rodu Newman, Gdzie rodzina właśnie zbierała się do zjedzenia obiadokolacji. U szczytu wielkiego stołu zasiadał dziadek Mathew Newman. Patriarcha rodu posiadał długie wąsy, i siwe włosy opadające na kart z łysiejącej głowy. Wąsy i nos dominowały na jego zazwyczaj zaciętym obliczu. Miał zgarrbioną sylwetkę od wielu lat pracy przy wydobyciu boksytu. Dłonie były wykrzywione przez reumatyzm, ale nadal tliło się w nim bardzo wiele dawnego wigoru. Nosił surdut zupełnie nie pasujący do niego, który wygląda jakby na nim wisiał. Pracowicie jadł królika w sosie śmietanowo marchewkowym, dzisiejszy posiłek.
    Po jego prawej stronie zasiadał jego syn Sergius. Potężnie zbudowany człowiek, z dużymi jak u ojca wąsami, który który w młodości pracował w kopalni i na ranczu rodzinnym, a teraz zajmował się administrowaniem rodzinnego biznesu. Obok niego siedziała jego żona Kate, dobrze zbudowana kobieta o słomianych włosach, matka trójki żyjących dzieci.
    Naprzeciw niej zasiadał wysoki żylasty mężczyzna czyli Jacob Newman, brat Sergiusza który niedawno wrócił ze swojej wyprawy do dziczy. Miał na plecach nadal skórę lwa, którego ustrzelił, Dalej siedziała Shan Dhar, dosyć wysoka kobieta w wieku dwudziestu pięciu lat o migdałowych oczach, oraz, co było Nietypowe u ludzi o takich rysach twarzy, Rudych włosach i błękitnych oczach. Mówiła z dziwnym akcentem i podobno pochodziła z Południowej dziczy. Wróciłaś się podobno ja ci pomniejszę i rodziny która osiadła poza kotliną, i została asystentką podziękowa ale też pomagała Zarządzaniu dworem. Niektórzy szeptali na jej temat, niezbyt pochlebnie, ale Kate bardzo ostro broniła honoru tej dziewczyny.
    Dalej stała Stacy Newman, a obok tej jej siostra Stephanie, ubrana we wściekle różową sukienkę, co wywoływało podejrzenia całej jej rodziny bo wszyscy znali jej zdanie temat takich ubrań. Naprzeciw nich zasiadał Ich kuzyn Mark, Miły chłopak, syn Jacoba, Rok temu stracił matkę, chociaż jego rodzice nigdy nie darzyli się zbytnią sympatią, Co za nią bardzo tęsknią.
    Na końcu się siedziało dwoje najmłodszych członków rodu czyli Thomas i Antonia Newman.
    Antonia była żywiołową dziewczynką z warkoczykami, a Thomas jedenastoletnim chłopcem który bardzo lubił przypominać o tym, że jego zdaniem jest dziedzicem i przyszłości ogrodu. Był tutaj jeszcze kamerdyner Rashe, Terisianin którego wujek dokonał sławnego zamachu w domu Ladrianów, i który myślał, że Służąc z rodziny nowobogackich znajdzie pracę do czasu aż ludzi zapomną o tamtym wypadku, kompletnie nie przypuszczał jednak że trafi do takiej rodziny…
    Stacy tuż przed obiadem otrzymała list nieznanej osoby mówiące że koło dziesiątej powinna znaleźć się na Polach Odrodzenia, w zagajniku Ostatniego Tańca…
    - Wnusiu, Mam dla ciebie wspaniałą wiadomość! - powiedział Matthew Newman. * - Umówimy cię na wieczorek zapoznawczy z Landelem Hastingsem, ostatnio dziedzicem rodu! Powinniście się dogadać, bo jego matka też pochodziła… No sama wiesz, tak jak twoja!-
    Jacob uniósł brew i zapytał.
    *- Czy to nie ten chłopak, który podobno jest w tak złym stanie zdrowia, że od dziesięciu lat Umiera.-
    Dziadek pokiwał głową zadowoloną miną i powiedział zachwyconym głosem.
    *- No właśnie Chłopak szybko umrze, a potem Stacey odziedziczy tytuł i majątek! - **Zachichotał złośliwie a potem jeszcze dodał. - Jak się dziewczyna postara, to jeszcze w czasie w nocy poślubnej. -
    Zapadło na chwilę bardzo głębokie milczenie, a potem Sergiusz powiedział.
    - Moja córka wyjdzie za kogo chce! -
    *- Ważne tylko, żeby tylko się o nią troszczył! - dodała Kate
    - Przepraszam że się wtrącam, ale człowiek, o którym mówią że umiera od dziesięciu lat, zapewne osiągnął absolutne mistrzostwo w nie umieraniu! - Powiedziała Shan bardzo łagodnym i spokojnym głosem nie odrywając wzroku od talerza.
    Kolacja trwała dalej, zakończyła się podaniem lodów na deser, które dziadek kazał podać rozpuszczone, bo nie po co wydaje pieniądze na ogrzewanie mieszkania aby potem chłodzić się jedzeniem zamarzniętego pożywienia!

    Gdy zapadała Zmierzch, to zaczęła się po cichu szykować do drogi, zwłaszcza że i tak większość rodziny, a zwłaszcza jej tata Byli zajęci. Wtedy to przebieralni wszedł chłopiec, w kaszkiecie i stroju robotnika, i dopiero po chwili rozpoznała że to Stepanie.
    - Widziałam jak dostałaś list… Idę z tobą! Potrzebna ci porządna nieprzyzwoitka! -


    Rozmowa z starszą Konstabl Marasi westchnęła i powiedziała. *- To ty mnie zaatakowałaś, sugerując to że jestem wredną zołzą bo jestem nieszczęśliwa nie będąc taką jak ty…Nie wymagam od ciebie wiele więcej, ale mam wrażenie, że już jesteś zamieszana w sprawy wykraczające poza nasz świat… * Przyjęcie U Księcia - dziedziniec Arthus Poczerwieniał, a Miriam powiedziała. - Nie jestem pewna osoba ci chodzi, ale na zdrową serem dobra jest zdrowa dieta, a na dłonie taki maści które możesz kupić we Wiosce, No wiesz u Terisian… - - Ja tylko dbam o swoje zdrowie i to mnie tak bardzo jak powinienem.- - Powiedział Arthus. Rozmowa z Hitomi Dziewczyna o oczach kształtu migdałów Zaśmiała się perliście i powiedziała - Och to nie żart! Rozmawiałam już z twoim kuzynem, i nie odmówił, a jestem pewna że na wiele sposobów nasz związek byłby dla niego korzystny… A może by też działał terapeutyczny, to jest bardzo ważne bo inaczej skończę tak jak moja podła siostra…- Bliskie spotkanie Juliesowego stopnia… Pierwsza rzecz, która powinna wzbudzić niepokój u Stacey było To, że im bardziej usiłowała, uspokajać księcia, to tym bardziej czuła, że jej emocje wzbierają. Książę podbiegł do niej, odsunął wachlarz, a potem zawołał ze szczerą radością. - Stasiek! Wielce rada jest moja osoba widząc ciebie tutaj… Co żeś robisz w tym wielce prymitywnym a zacofanym kraju!- - Ale to nie żaden Stasiek, tylko Stacey Newman… - Powiedziała Miriam, a książę pokiwał głową ze zrozumieniem. - Tak więc teraz jesteś Stacey i jesteś Dziewczyną, Co mojej osobie przed twoimi oczyma stojącej jest to absolutnie obojętne… Jestem wielce tolerancyjny wobec osób pośledniejszego rodzaju! - - Ale, że jak teraz jest Dziewczyną… - powiedziała zdezorientowana Miriam… - Tak już teraz jest, i trzeba przyznać, że jest wielce ładna dziewczyną, aczkolwiek dawnego Stażka Moje te dwa oczy nadal w niej widzą… Jak każdy kto potrafi Paczeć - Kilku mężczyzn, to że wcześniej wrócili oczami za nią, teraz potakiwało księciu.
  • slann22S

    Rodryg

    • Jak ją znajdziemy to się jej spytamy, sama nie jestem pewna jak poważnie mamy do tego podejść. - Odpowiedziała Ramiel, liczyła że uda się całą sytuację rozwiązać dość szybko i bezboleśnie. Zaśmiała się pod nosem słysząc tłumaczenie Eleril gdy już przestała bujać w obłokach.

    Gdy już się ogarnęły i zeszły na dół przedstawiły sytuację ojcu porwanej, jego reakcja była dość osobliwa. Zaczynała myśleć że całym porwaniem chyba najbardziej przejmowała się Karendis, sama chciała poznać tego całego porywacza i mu coś powiedzieć.

    • Chyba wszyscy tutaj będą mieć wiele pytań do tego całego porywacza. Co do samej Nys i umacniania więzi małżeńskich, mam przeczucie że to by nie wyszło porywaczowi na zdrowie. - Oczywiście nie była pewna co Nys myśli o swoim zaaranżowanym małżeństwie ale na pewno chciała zobaczyć wyraz jej twarzy jak pozna swą narzeczoną.

    Slann
    Pan Koniecświacki powiedział.

    • To podobno bardzo miło i szlachetna niewiasta, dlatego bawię się że Panna Nys Raczej nie byłaby Sroga wobec podrywacza.
      Ramiel oraz Eleril zaczęły kaszleć.
    • On miałby szczęście, jeśli ktokolwiek mógłby rozpoznać po wszystkim jego zwłoki. Chociaż też nie byłby główną A tak się wesela, albo może raczej jego egzekucja. - powiedziała Ramiel.
    • Jak to mówią, De Leone zawsze spłacają swoje długi. - Gadała Eleril, jej siostra popatrzyła na nich z naganą, a Grimm wydawała się Zdezorientowana!

    Rodryg
    Elphira też pozwoliła sobie na odkaszlnięcie słysząc stwierdzenie o Nys i komentarze reszty.

    • Cóż Nys tutaj nie ma więc rozwiązanie tej sprawy jest w naszych rękach. Ma może pan jakieś podejrzenia kto może stać za porwaniem ? Jakiś związek z ostatnimi wydarzeniami ? - Spytała choć raczej nie liczyła na konkretną odpowiedź zważając okoliczności.

    Slann
    Pan Koniecświack zastanowił się przez chwilę, a potem powiedział.

    • No wiesz to chyba bardzo z tamtą umową którą zawarliśmy… Widać jednak naprawdę chcą zdobyć Runę.
      -[i] Czy to znaczy że spotkamy tego kota człowieka który zaatakował tamtą wioskę szczuro ludzi? Mi się wydawało, że on był trochę mądrzejszy.

    Rodryg

    • Ta we wspomnieniu zdawał się bardziej bezwzględny i wyrachowany… może to ktoś z jego rodziny ? - Palnęła nie przekonana do tego że porywacz może być tą samą osobą co zamordowała Szczepana Ogonowicza w czasie ich gościny u Piskiewiczów. Przy okazji może przetestuje kostur który jej sprezentowali w podzięce za pomoc w obronie ich domu.
    • Coś mi tu nie gra… może to jakiś podstęp gdzie udaje głupszego i bardziej niekompetentnego byśmy były nieostrożne ?
      Wciąż spodziewała się podstępu lub zasadzki na miejscu a to mógł być tylko wybieg by uśpić ich czujność.

    Slann
    Ramiel Wzruszyła ramionami i powiedziała.

    • Wiesz, może to rodzeństwo albo coś takiego… Jak wszyscy wiemy rodzeństwa bywają bardzo różne… - Bardka popatrzyła znacząco na obydwie diablice…

    Rodryg

    • Ta nie musisz mi tego mówić. Nie zmienia faktu że wolę być ostrożna zważając że może się to skończyć nieprzyjemnie, zwłaszcza jeśli ma kogoś bardziej kompetentnego do pomocy. - Odpowiedziała, dobrze byłoby się przygotować do tej konfrontacji lub przynajmniej zorientować się w terenie.

    Nie chcąc psuć dziewczynom bardzo wygodnego ułożenia nie miała innego wyboru jak ostrożnie się przychylić by ucałować fechmistrzynię w głowę. -Oczywiście że zatańczymy z tobą na ślubie, tak właściwie to z Ramiel myślałyśmy o tym cię trochę podszkolić w tańcu. Nie powinno być to trudne z twoją gibkością i wyczuciem rytmu. No i jak odkryłyśmy niedawno twój talentem do zgrywania się z partnerką, co prawda na razie w łóżku ale czuję że na parkiecie będzie podobnie.
  • PaniczP

    Serwus,

    Co ma być to będzie, ale jak coś będzie, to tutaj o tym napiszę. Trochę trzeba będzie to poskładać do kupy i zobaczymy, czy zbierze się skład do pełni, ale zaczepiam nam tu ten spinacz na zaś.


    Racja. Ja ze swojej strony mogę dodać tylko tyle, że chyba zaczynam dorastać bo ostatnio tylko praca - sen - praca - sen. fakt, że do dorosłości brakuje mi tylko hobby pod tytułem alkoholizm i depresja... po prostu mózg mi nie działał na tyle aby lepszego posta skleić ostatnio, przepraszam.
  • JohnyTRSJ

    MG-Awatar300.jpg


    MG-Awatar100.jpg
    Szarzyzna

    Powódź roku 1997 przelała i zalała Wrocław, Opole i wiele innych miejscowości. Cała Polska żyła relacjami z telewizji, gdzie całe centra, całe śródmieścia, całe "morza" wieżowców były zalane przez brudną rzeczną wodę. Sceny wysadzania wałów, kajakarze pływający po ulicach i zatrzymujący się przed znakami stopu. Krótkofalarze - amatorzy utrzymują łączność. I wiele innych.

    Są zabici.

    Powódź na rzece Bóbr miała o wiele mniejsze skutki. Zapora pilchowicka zrzucała wodę przelewającą się ponad koroną konstrukcji. Sokołów Śląski wyszedł z tego w sumie obronną ręką. Wzburzone wody niosące wymyte nadbrzeżne drzewa uszkodziły jeden z przyczółków kładki dla pieszych. Krytycznym momentem było spiętrzanie się wody i drzew przy moście drogowym, na szczęście udało się usunąć zator i most nie poniósł żadnych uszkodzeń. Zalanych zostało jedynie kilkanaście piwnic. Zalało ogródki działkowe nad rzeką, kilka altanek zostało kompletnie zniszczonych. Stare miasto nie zostało zalane (jest położone na niewielkim, naturalnym wzgórzu), podobnie nie zostały zalane inne części miasteczka. Wzburzona woda wymyła i powaliła drzewa rosnące wzdłuż brzegów, łąki na południe miasteczka zamieniły się w mokradła, które na początku września nadal były... mokre.

    W sumie to najbardziej budynków ucierpiał Miejski Dom Kultury który, położony najniżej, miał kompletne zalane piwnice. Rezultatem było zamknięcie go (a także mieszczącego się tam kina "Piast") do końca sierpnia.

    ***

    Wrocław, tydzień wcześniej.

    Padało. Nie był to orzeźwiający letni deszczyk, tylko niemalże ulewa. Wyboista trylinka tonęła w strugach wody Było już ciemno. Krzywy chodnik, szare budynki, krzywe latarnie dające żółtawą poświatę dopełniały wygląd śródmiejskiego kwartału. Ludzie już dawno pochowali się w domach lub znaleźli schronienie w innych miejscach.

    Obaj byli młodzi i z ambicjami, i byli złodziejami. Mercedes stojący na tyłach wrocławskiego hotelu był duży, ciemny, na niemieckich blachach. Żaden używany samochód taryfiarza. Ten był nowy. I na pewno na wypasie. Mieli plan. I zaczęli go realizować.

    Plan spalił na panewce, gdy tylko bez alarmu sforsowali zamek i wpakowali się do środka. W tym samochodzie nie byli sami, a to co zobaczyli sprawiło, że cała odwaga z nich wyparowała. Było tylko czyste paraliżujące przerażenie. To była ostatnia rzecz, jaką zobaczyli w swoim życiu.
    Potem nie było już nic.

    Dla nich.

    W pewnym sensie.

    ***

    Sokołów Śląski

    Zamek Falkenstein był przed 1945 rokiem rodową siedzibą rodu Hochtalbergów. Leżące u podnóża zamku miasteczko Falkenberg/Bober po wyzwoleniu i przyłączeniu Ziem Wyzwolonych do Polski stało się piastowskim Sokołowem Śląskim. Przejście frontu zimą 1944/1945 było krótkie, miasto i zamek były praktycznie niebronione, przez co wojenna zawierucha oszczędziła zabudowę miasta. Sam zamek Falkenstein niszczał. Po dziewiętnastowiecznej przebudowie był to pałac o fasadzie w stylu neogotyku angielskiego. W latach trzydziestych dobudowano do niego parterowe skrzydło mające bardziej nowoczesną formę.

    Na początku lat siedemdziesiątych była to już ruina. Praktycznie bez dachu, z uszkodzonymi stropami, piwnicami pełnymi gruzu. Wszystko, co dało się zrabować, wyzwolono tuż po wojnie. Ale komitet wojewódzki miał wizję, miał plan. Siermiężne czasy Gomułki były przeszłością, teraz pierwszym sekretarzem był towarzysz Gierek - aby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej. Zaczęto remont zamku i rozbudowę na ośrodek wypoczynkowy dla dużego zakładu pracy gdzieś z Polski centralnej. Naprawiono dach, niemalże na nowo założono położony na zboczu zdziczały park. Ciężkim sprzętem wykopano i wylano fundamenty pod nowe skrzydło. Przed nadejściem kryzysu zdołano wybrukować betonowymi płytami alejki w parku (który to w sumie był miejski) oraz zaizolować piwnice nowego skrzydła. Potem inwestycja stanęła, niby coś tam robiono, ale prace nie posuwały się naprzód. Ze zgromadzonych materiałów budowlanych powstało w okolicy kilka domów jednorodzinnych.

    Wprowadzenie stanu wojennego w grudniu 1981 zakończyło tę farsę. Zamek ponownie niszczał, plac budowy zarósł samosiejkami, miejsce stało się niezłą meliną dla miejscowych pijaczków, a i okoliczna młodzież zaadaptowała teren jako miejscówkę na wagary, swobodne palenie papierosów i picie alkoholu.

    Do czasu.

    Krążące od dłuższego czasu pogłoski o odbudowie pałacu zaczęły się potwierdzać w ostatnim tygodniu sierpnia, kiedy teren został ponownie ogrodzony, wysprzątano śmieci i zaczęły się powolne prace. Przy czym działali tam dopiero archeolodzy lub ktoś do nich podobny. Podobno przyjechał jakiś stary Niemiec i wyłożył na to kasę. Podobno zwrócono mu ten zamek, albo sprzedano. Nikt w sumie nic nie wiedział. W prasie lokalnej nie było żadnych szczegółów.

    ***

    Sokołów Śląski, 1 września 1997, rano

    Początek roku szkolnego w tym roku wypadł w poniedziałek. Oznaczało to jeszcze cztery pełne dni lekcji w tym tygodniu. Na ulice miasteczka wyszli uczniowie i uczennice ubrani na galowo, albo przynajmniej w białą koszulę do białych dżinsów w drodze na rozpoczęcie roku. Niektórzy wysiadali z autobusów PKS-u, pewna grupa dojechała pociągiem. Ale większość mieszkała w Sokołowie i po prostu poszli do szkół na piechotę. Nawet przejście obok problematycznego bloku socjalnego zamieszkałego przez mniejszość romską był tym razem bezproblemowy, ponieważ przed budynkiem stał policyjny polonez, a para policjantów próbowała coś wyjaśnić. Z mieszkańcami albo mieszkańcom.

    Uszkodzona kładka nadal była uszkodzona i zamknięta.

    I Liceum ogólnokształcące w Sokołowie Śląskim, imienia II Armii Wojska Polskiego, miało trochę nietypową architekturę. Od strony frontu, od ulicy Dworcowej, był to poniemiecki, ceglany, piętrowy budynek, połączony z lewej strony z równie starą salą gimnastyczną (nie była zbyt duża). Od tyłu tego ceglanego budynku szkoły dobudowana była duża, dwupiętrowa (podpiwniczenie, parter, I piętro i II piętro) otynkowana, szara "tysiąclatka", budynek jakich wiele w kraju od lat sześćdziesiątych.

    Główne wejście od strony ulicy było zakazane. Uczniowie wchodzili z boku, w łącznik między starym, a nowym budynkiem, potem wychodzili ponownie na zewnątrz i szli do sali gimnastycznej. Ci co przybyli wcześniej stali na dziedzińcu w mniejszych lub większych grupkach (na samym końcu ktoś pewnie palił).

    W samej sali gimnastycznej na czas rozpoczęcia roku szkolnego ustawiono przy dłuższej ścianie stoły za którymi siedzieli nauczyciele. Uczniowie zostali ustawieni szerokim półkolem na całej długości sali. Dwóch nauczycieli "kierowało ruchem", ponaglając i ustawiając uczniów mniej więcej klasami.
    - Na koniec sali! Nowi uczniowie ustawiają się na na końcu po lewej! Na koniec! - łysiejący nauczyciel w swetrze stojący przy wejściu co jak mantrę powtarzał te zdania, gdy kolejny stojący na końcu ustawiał ich tak, aby przynajmniej pierwszy rząd stał równo.

    Patrząc od strony uczniów nauczyciele siedzący za stołem albo ze spokojem obserwowali uczniów, rozmawiali ze sobą, jedna nauczycielka szybko pisała w zeszycie. Dwie kobiety, jedna w farbowanych na blond włosach i kwiecistej sukience i druga, starsza w ciemnoszarej garsonce, stały pośrodku. Jedna z nich była dyrektorką. Paulina Kwiatkowska wiedziała to od brata, że dyrektorka, Dorota Rusicka, jest tą w kwiecistej sukience (ze względu na ilość materiału można było mówić bardziej o sukni, bo pani Rusicka do szczupłych nie należała).

    Niektórzy zerkali na zegarki, gdy w końcu nauczyciel zamknął drzwi do sali, a pani dyrektor poprosiła o ciszę. Musiała mówić głośno, szkoła nie była wyposażona w żaden mikrofon i głośniki.
    - Drodzy uczniowie (...) - rozpoczął się apel, podniesiony głos pani dyrektor brzmiał miejscami nieco piskliwie.
    Przemówienie było... typowe. Każdy z was słyszał ich wiele. Pani dyrektor wspominała o wakacjach, tragedii tegorocznej powodzi, nowym roku szkolnym, nadziejach, oczekiwaniach. Nie wiadomo, ile to jeszcze potrwa.

    Kto stoi wśród pierwszoklasistów?


    [image: xtCeVz4.png] Alicja Filipowicz Niepotrzebnie tak długo patrzyła przez okno i próbowała coś zdziałać mocą, w którą wciąż trochę powątpiewała. Wyciągnięta ręka i skupienie nic nie wskórały. Istoty przypominające łysych mężczyzn poruszały się dalej do przodu, za cel obierając sobie jej przyjaciół. Ci na całe szczęście zdążyli wbiec do domu i zamknąć za sobą drzwi. Alicja czuła dziwne mrowienie. Coś się działo, coś próbowało zadziałać, ale nie miała nad tym żadnej kontroli. Nie panowała nad tym i kompletnie nie wiedziała, co właściwie robiła. Rano z kubkiem było niechcąco - teraz starała się coś zdziałać celowo i niestety nie działało. Rozbolała ją głowa i zrobiło jej się niedobrze. Chciała cofnąć się od okna, ale zamiast tego oparła się o parapet i zaczerpnęła powietrza. Musiała chwilę odsapnąć. Niedługo później do pokoju Alicji wpadł zaaferowany Krzysiek i nim w ogóle zdążyła jakoś zareagować, zapytać o plan czy dowiedzieć się czegokolwiek, dostrzegła w dole coś, czego miała już nigdy w życiu nie zapomnieć. Najczarniejsza ciemność, pełna pierwotnego zła, patrzyła prosto na nią, ziejąc z oczu jednego z mężczyzn, którego okulary odleciały gdzieś w bok, rzucone magiczną siłą. Zmroziło ją. Całe jej ciało zdrętwiało, niezdolne nawet wydać z siebie okrzyku przerażenia, który ugrzązł w gardle. Chciała uciekać, ale nie mogła. Chciała odwrócić wzrok, ale nie potrafiła. Czuła, że zapada się w tę głęboką ciemność, jak książkowa Alicja w króliczą norę. I być może przepadłaby całkowicie, gdyby nie Krzysiek, który szarpnął za jej ramię, co wyrwało ją z tego przedziwnego, hipnotycznego stanu. Potem rzeczy zadziały się szybko. Alicja, szarpnięta przez Krzyśka, postąpiła kilka kroków w tył. Nie zauważyła jednak leżącego na ziemi Polaroida, który upadł Krzyśkowi kilka chwil wcześniej. Potknęła się i poleciała w tył, zdziwiona tym, co widziała przed sobą. Jednocześnie, kiedy kopnęła lekko aparat, ten pstryknął zdjęcie. Błysnął flesz. I kiedy Alicja upadała boleśnie na tyłek, z Polaroida wychodziło zdjęcie, które na zawsze uwieczniło moment, w którym Krzysztof Komeda sikał przez okno jej pokoju. - Powaliło cię?! - rzuciła do niego, kiedy zbierała się z podłogi. Podniosła Polaroida ojca, a zdjęcie, które się wysunęło, wcisnęła w tylną kieszeń dżinsów. Dopiero później miała się dowiedzieć, co na nim było, bo jak już wstała, stała odwrócona tyłem do Krzyśka, a przodem do wyjścia z pokoju. - Spadamy na dół do reszty! Na dole trwało oblężenie twierdzy. Alicja tylko spojrzała z uniesioną brwią na Mikołaja, który siłował się z meblami. Nie było czasu zastanawiać się, jak to wszystko wytłumaczy ojcu, kiedy ten wróci. O ile jeszcze tu będzie… - Słuchajcie, nie wiem, czy barykadowanie drzwi coś pomoże. Równie dobrze mogą rozbić szybę i wejść oknem. Może zanim wpadną na ten genialny pomysł, to uciekniemy przez garaż mojego ojca?
  • GaranilG

    darpol.png

    Muzyka!

    Dzisiejszy poranek w siedzibie korporacji "Darpol SA" zaczął się jakoś tak ciężko i to jeszcze przed 10-tą. Woźny jak zwykle przeciera po raz n-ty pierwszy tę samą podłogę, które nigdy nie udało mu się domyć i która nigdy nie może być czysta dłużej niż 5 minut. Główny korytarz.
    Przechodząca obok sekretarka usłyszała dochodzący ze słuchawek woźnego przebój Big Cyca "Nienawidzę Szefa" i uśmiechnęła się. I był to uśmiech korporacyjny, nieszczery, a ona już robiła w głowie notatkę, czy można to w jakiś sposób wykorzystać, żeby po woźnym wspiąć się o jeden szczebel w drabinie korporacyjnej kariery.

    Maksymilian był już w pracy. Zdążył umyć od 8 całkiem sporo okien, upuścić jedną (na szczęście pustą) butelkę po środku do mycia szyb (najtańszym), oraz oblać się wspomnianym płynem, zanim kierownik jego działu kazał mu natychmiast wrócić do środka budynku, bez podania powodu.

    Karol był na 20 piętrze. Właśnie wczołgał się do tunelu technicznego w ścianie i miał rozkręcić obudowę jednego z wentylatorów, które odmawiały posłuszeństwa. Awaria wentylatorów w tym konkretnym budynku to nie było niestety nic nowego. W pewnym momencie ktoś trącił go w but.
    -Zostaw to, mamy problem. Chodź. - Oznajmił Sebastian. Korpo-szczur będący bywalcem palarni, którego Karol znał z widzenia i okazjonalnej wymiany zdań.

    Michał wszedł do budynku z torbą medyczną, wezwany do nagłego ataku duszności u jednego z pracowników. Szybko okazało się, że to nic poważnego, obyło się bez intubacji i skończyło na dawce leku rozkurczowego. Ale Policja zdążyła zablokować drzwi. Nie chcieli go już wypuścić. Na szczęście Zbyszek został w karetce i mógł odjechać.

    Wiktoria znajdowała się w swoim gabinecie. Rozmawiała właśnie z jednym z pracowników z działu IT, konkretnie z Michałem Zielińskim z działu IT. Znała go i jego przypadek aż za dobrze. Świetny fachowiec, znający systemy firmy jak własną kieszeń, ale przy tym nieufny wobec innych i niemalże stale na skraju paranoi, pomimo leków, które brał sumiennie i regularnie. Może to "nie był" atak paranoi, ale martwił się o wydarzenia zasłyszane w wiadomościach... o epidemii. Zbyt dobrze pamiętał Covid-19.

    Nagle zatrzeszczał radiowęzeł budynku. To się nie zdarzało. Najstarsi pracownicy nie pamiętali, kiedy ostatnio miało miejsce nadanie jakiegoś komunikatu w całym biurowcu używając tego, poniekąd archaicznego, systemu.
    -Uwaga, uwaga. Na polecenie Administratora Budynku Darpol S.A. Marka Borkowskiego, w związku z ogłoszoną kwarantanną, wszyscy mają się zgłosić natychmiast do lobby budynku.-

    ***

    Wszyscy obecni w budynku zebrali się na parterze w przestronnym lobby. Widzieli jak niebiescy oklejają wejścia i szyby parteru budynku taśmą, oraz rozkładają znaki, mówiące o kwarantannie.
    Na improwizowane podwyższenie wykonane ze stołu i krzesła, wszedł mężczyzna w garniturze
    Marek Borkowski2.png

    -Szanowni Państwo, bardzo proszę o chwilę uwagi. Nazywam się Marek Borkowski i jestem odpowiedzialny za funkcjonowanie tego budynku. Wiem, że sytuacja może wydawać się… nietypowa. Chcę jednak Państwa zapewnić, że mamy do czynienia z działaniami prewencyjnymi.
    Służby zewnętrzne wprowadziły czasowe ograniczenia w przemieszczaniu się — jest to standardowa procedura w przypadku podejrzenia zagrożenia epidemiologicznego.
    Na ten moment nie ma żadnych potwierdzonych informacji o realnym niebezpieczeństwie dla Państwa zdrowia. Bardzo proszę o zachowanie spokoju i pozostanie na swoich piętrach, zgodnie z wytycznymi ochrony. W budynku dostępna jest woda, zaplecze sanitarne oraz podstawowe środki bezpieczeństwa. Służby publiczne zobowiązały się dotarczyć prowiant i wszystkie niezbędne rzeczy. Musimy odbyć 24-godzinną kwarantannę. Dołożę wszelkich starań, aby ta niedogodność nie była nadmiernie uciążliwa.
    Jesteśmy w stałym kontakcie z odpowiednimi służbami i będziemy Państwa informować na bieżąco.
    Najważniejsze w tej chwili jest zachowanie porządku. Chaos nikomu nie pomoże.
    -

    Wśród pracowników przeszedł szmer.
    -Dlaczego nie możemy wyjść?!-
    -Co to za choroba?-

    Paru pracowników wyciągnęło telefony i zaczęło nagrywać Borkowskiego.
    Ochrona zareagowała dość nerwowo, wchodząc w tłum, zabraniając nagrywać, nakazując usunięcie materiałów.

    Administrator po prostu zignorował trudne pytania.
    -Zapewniam, że sytuacja jest pod kontrolą. Proszę się rozejść do swoich zajęć i wrócić do swoich prac, natomiast jeżeli ktoś jest "z zewnątrz" i nie ma dla niego pracy, zapraszam do pokoju socjalnego.-

    Maksymilian, Karol, Michał i Wiktoria stali przypadkiem obok siebie w zgromadzonym w lobby tłumie ludzi. Sebastian, który przyszedł z Karolem, westchnął. -Taa, nie ma zagrożenia, ale spędzę was wszystkich do lobby, żeby to zagrożenie na pewno powstało. - mruknął ironicznie. Możnaby przysiąc, że gdyby tylko mógł, to tu i teraz zapaliłby papierosa. -Zastanawiałem się kiedy jebnie, ale miałem nadzieję, że będę wtedy w domu. - Dodał.

    I tak się to właśnie zaczęło...
    a43ede50-a9fa-49c2-afb6-2d6615eb579e.png


    Maksymilian „Maks” Kruk [image: 1782306220432-token_1.png] Wspinaczka betonową klatką schodową była monotonną torturą. Maksymilian, przyzwyczajony do wielogodzinnego wiszenia w uprzęży i ciężkiej pracy na wysokościach, miał żelazną kondycję, ale pokonanie blisko ośmiuset stopni w dusznym, odciętym od wentylacji szybie potrafiło zmielić mięśnie. Powietrze gęstniało z każdym piętrem, śmierdząc kurzem, zaschniętym potem i tymi ohydnymi, rozmokłymi w wodzie niedopałkami, które zalegały w kątach. Maks szedł równym, wyuczonym tempem, oszczędzając siły, podczas gdy reszta grupy dosłownie rozpadała się na jego oczach – rzężący z braku tlenu medyk, wypluwający płuca palacz i HR-ówa, która w akcie desperacji pokonywała betonowe stopnie boso. Teraz, gdy wreszcie dotarli pod właściwe drzwi, Maks wykorzystał moment, w którym Wiktoria włączyła swój wyuczony, dyplomatyczny ton, by zrzucić z siebie zmęczenie i ostatecznie wyrównać oddech. Zignorował gładkie słowa płynące z jej ust i skupił się na tym, co umiał najlepiej – na chłodnej ocenie fizycznej przeszkody. Omiatał wzrokiem futrynę, analizując strukturę drzwi. Szukał słabych punktów, odsłoniętych zawiasów czy luzów w zamku, ale szybko ocenił, że sforsowanie tej puszki jego stalowym łomem bez zrobienia potwornego hałasu graniczyło z cudem. Drzwi były pancerne i osadzone wzorowo, istny bunkier w środku biurowca. Skoro wejście siłowe odpadało, musiał kontrolować jedyny słaby punkt tej konstrukcji. Bezszelestnie przysunął się do ściany, stając tuż z boku, na granicy pola widzenia Judasza. Płynnym, wyuczonym ruchem odpiął pałkę od pasa. Zważył ją w dłoni, gotowy w ułamku sekundy wsunąć płaską końcówkę w szczelinę i zablokować metalową zasuwkę, gdyby paranoiczny informatyk nagle postanowił uciąć negocjacje i zatrzasnąć im to okno na świat. Przez chwilę kalkulował nawet, pod jakim kątem musiałby wsunąć dłoń, by w razie odmowy chwycić faceta za ubranie i unieruchomić go przy wizjerze, ale otwór był na to zdecydowanie za mały. Chociaż może.... Maks nie odezwał się ani słowem. Zacisnął palce na rękojeści narzędzia, wtopił się w półmrok korytarza i z napiętymi mięśniami czekał na reakcję Zielińskiego. Pozwolił Wiktorii grać jej kartami, samemu pozostając w gotowości. W końcu to on tutaj będzię musiał odgrywać tego złego policjanta
  • Pipboy79P

    Oryginalny tytuł: Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

    Miejsce: Kislev; pn. Kislev; Północny Lynsk; bród na Krasicyno
    Czas: 2521.03.01 Aubentagl; południe
    Warunki: - na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, pogodnie, ciepło

    Krzepka, szosrstka dłoń w pośpiechu dobiła wyciorem pocisk po raz ostatni. Pomimo pośpiechu ruchy obu dłoni nie wahały się co świadczyło o sporej wprawie w tej czynności. Następnie ramię okryte grubą, ochronną warstwą przeszywalnicy i płytkami solidnej, imperialnej stali uniosło się w górę. ~ To już ostatnia. Oby się udało! Sigmarze dopomóż! ~ w głowie mężczyzny przemknęła krótka prośba do boskiego patrona. Po czym palec pociągnął za spust i pistolet lekko szarpnął, huknął a w powietrze trysnął kłąb gryzącego dymu. Mężczyzna z uwagą obserwował pocisk ale ten był niewielki, szybki i w ogólnym dymie i kurzawie jaka tu panowała szybko mu zniknął w oczu. Poprzednia nie wypaliła ale wcześniej te kilka wyjątkowych strzałów zadziałało. Ivan mu wcisnął ten pistolet na początku walki i “prikazem” a trochę prośbą aby strzelał w niebo. To miał być sygnał dla innych, że tu toczy się walka i potrzebują pomocy. Wcześniej Friedrich von Keyserling, ostlandzki baron i imperialny poseł z misją dyplomatyczną w Kislevie wystrzelił pozostałe zmodyfikowane naboje. Iwan wiedział, że umie się posługiwać bronią palną to pewnie dlatego mu wręczył ten pistolet. Poza tym Friedrich jako imperialny gość, poseł i herold, był niejako poza kislevską hierarchią i jurysdykcją. Ani to mu nie wypadało ingerować w poczynania gospodarzy ani im nie wypadało wydawać poleceń. Ale teraz, dzisiaj, już któryś tak przeklęto długi dzwon wszystko się zmieniło gdy zostali zajadle zaatakowani, przez zaskakującą duże siły wroga.

    - Jest! Dzięki ci Sigmarze! - nie mógł powstrzymać się od krótkiego uśmiechu radości gdy raca na niebie wybuchła czerwonym dymem i była widoczna nawet przez ten prochowy dym i kurzawę czynioną przez walczących na ziemi. To był kolejny kłopotliwy dylemat tej sytuacji. Wiedział, że Kislevici celowo trzymali go z tyłu nie chcąc dopuścić aby coś stało się ich gościowi a do tego posłowi. On też miał do dyspozycji tylko swoją skromną eskortę jaka w tej chwili coraz bardziej przypominała ostatnią garstkę obrońców. Zadarli głowy gdy dojrzeli czerwoną, dymną gwiazdę pod całkiem pogodnym dzisiaj niebem.

    - Wytrwamy! Pomoc wkrótce nadejdzie! - krzyknął do nich w reikspiel a ci pokiwali głowami ale miny były dostosowane do sytuacji. Czyli poważne. Zaraz krzyknął to samo po kislevsku aby dodać otuchy swoim towarzyszom. On sam nie miał już więcej rac więc zaczął przeładowywać pistolet zwykłą kulą. I starał się wyglądać, że wszystko jest w porządku i pod kontrolą. I zastanawiać się jak do tego doszło?

    Wracał właśnie z misji dyplomatycznej delikatnej natury więc potrzeba było wysłać kogoś doświadczonego. A któż by mógł być bardziej doświadczony niż Ostlandczyk o silnej domieszce kislevskiej krwi płynnie mówiący w tym języku? Więc wysłano właśnie jego, barona Friedricha von Keyserlinga.

    https://i.imgur.com/cKonIeY.jpg

    Jechał w górę Północnego Lynsku gdy spotkał tych właśnie Kislevitów. Co go zaskoczyło to na wyprawie wojennej. Postanowił do nich dołączyć bo i tak było mu po drodze. A z tak dużym oddziałem powinno być bezpieczniej. Dowiedział się od nich, że kierują się ku brodowi na rzecze jaki przekroczyła jakaś banda grabieżców z północy. Szli sprawdzić co się dzieje przy tym brodzie i go zablokować. Ale spodziewali się jeszcze przybycia kawalerii. Ta powinna odnaleźć i rozbić tych rabusiów o ile już przeszli na południe albo rozbić ich gdy przybędą nad bród. Większość oddziałów to była kozacka piechota i wozy jakie potrafili ustawić “w kosz” czyli tworzyć coś w rodzaju przenośnego fortu z jakich mogli skutecznie się bronić nawet przeciwko znacznie liczniejszemu przeciwnikowi. Humory nieco im psuła świadomość, że musieli ruszać gdy akurat trwał wiosenny festyn podczas równonocy gdy świętowano pożegnanie czasu Ulryka i oczekiwano początku tego lżejszego i łagodniejszego sezonu. A tu padł alarm i trzeba było ruszać do tego brodu. Wczoraj nie zdążyli tam dotrzeć. Więc dzisiaj zwinęli oboz w zimnym, prawie zimowym poranku i wznowili przerwany marsz. A niedługo potem czujki doniosły, że widać grupę jeźdźców. Jeszcze przez chwilę nie było wiadomo czy to ci rabusie czy to kawaleria jaka miała do nich dołączyć. Ale szybko przekonali się, że to ci pierwsi. I było ich dużo więcej niż się spodziewali! Co więcej tamci też ich dostrzegli i skierowali konie ku nim najwyraźniej nie mając zamiaru kryć się czy uciekać. Kislevici szybko rozbiegli się ustawiając w pośpiechu wozy, aby się zebrać do kupy w oddziały ale widać było, że jeśli przeciwnik uderzy od razu to będzie kiepsko. A w razie jak ten się zbliżał słychać było coraz wyraźniejszy, złowróżbny tętent koni i widać było coraz więcej szczegółów.

    https://i.imgur.com/FSDA7Ai.jpg

    Konni grabieżcy z północy zasypali ich strzałami ze swoich łuków. Padli pierwsi ranni i zabici ludzie oraz konie. Ale nie aż tak wielu. Wozy dawały przyzwoitą osłonę nawet jeśli nieco improwizowaną. Wąsaci żołnierze przypadli do wozów i odpowiedzieli ogniem ze swoich flint, arkebuzów i łuków. Teraz pierwsi jeźdźcy spadli z siodeł lub krzyknęli z bólu. Ale walka trwała dalej. Konni utworzyli ruchomy krąg z jakiego ostrzeliwali te dość przypadkowo pogrupowane oddziały. Kislevitom nie udało się zrobić to co zwykle robili podczas defensywy czyli wyprząc wszystkie konie, spiąć ze sobą wszystkie wozy linami i łańcuchami i obsadzić wozy piechotą jaka mogła się ostrzeliwać a na bliski dystans walczyć rohatynami, szablami i toporami. Taktyka najeźdźców też jednak miała swoje mocne strony. Zwłaszcza jak im się udało przyłapać piechotę na odkrytym terenie ledwo co kryjącą się za przypadkowo rozstawionymi wozami. Jeździli dookoła nich zasypując ich strzałami. Co więcej strzelali w przeciwną stronę, w plecy tych co się kryli po przeciwnej stronie wozów a nie tych co byli bliżej nich twarzami zwróceni do nich i częściowo skryci za wozami. Od początku na oko Friedricha nie wyglądało to dobrze bo przeciwników było zaskakująco wielu. To nie była jakaś przypadkowa banda rabusiów tylko całkiem spory najazd. A z każdym kolejnym pacierzem zdawali się zyskiwać coraz większą przewagę. Kislevitów od początku było mniej. A i ubywało ich prędzej niż konnych grabieżców. Co nie wróżyło zbyt dobrze imperialnym wysłannikom i ich wschodnim towarzyszom.

    W końcu przeciwnik rozzuchwalił się albo uznał, że zmiękczył obrońców na tyle, że zaatakował bezpośrednio. Jeźdźcy na jedną komendę zrobili zwrot ku obrońcom i runęli na nich z wszystkich stron. Wyjąc jak zwierzęta, dmąc w wojenne rogi jakie nie były w stanie zagłuszyć tętentu tabuna koni jaki z impetem pędził na obrońców. Dowódca Kislevitów, Iwan Dirko, pokrzywkiwał na swoich aby w tym ostatnim momencie zewrzeć obronę i dodać otuchy.

    - Wytrwajcie! To tchórze! Wyczują opór, twardej kislevskiej ręki to się cofnął! Wytrwajcie! - krzyczał do swoich po kislevicku. Ale wtedy jakby dostrzegł imperialnego posła jaki gotował swoje pistolety do boju bo zapowiadało się na to, że walka zaraz przeniesie się na bezpośredni dystans i będzie okazja ich użyć. Wtedy rzucił mu ten dziwny pistolet i kazał strzelać w niebo.

    To strzelał. Tamten atak odparli. Z trudem, walka już trwała między wozami. Te rozproszyły piechurów i kawalerzystów na mniejsze grupki a nawet pojedynczych walczących. Obrońcy strzelali i dźgali a jak się dało to strzelali z bliska stojąc na wozach. Konni odpowiadali im tym samym tylko szyjąc z bliska z łuków. Ostatecznie jednak to Kislevici okazali te przysłowiowe parę chwil determinacji więcej i zostali na placu boju. Zaś jeźdźcy odjechali aby się pozbierać. Ale czuli w powietrzu krew i zwycięstwo. Obrońcy dostali wyraźne cięgi. Najeźdźców też sporo trupów i dogorywających leżało między wozami ale w skali do całości jeźdźców to było to nie tak dużo. Dysproporcja sił zrobiła się jeszcze bardziej niekorzystna niż na początku walki. A Friedrich co jakiś czas unosił pękaty pistolet i posyłał w niebo czerwoną racę. To miało być wezwanie do pomocy dla kawaleryjskiej odsieczy. Ta wiara oraz upór godny Ostlandczyków napędzał obrońców. Liczyli, że jeśli wytrwają dostatecznie długo to doczekają tej odsieczy. Ale być może mogli mieć kłopot z ich zlokalizowaniem lub nie zdawali sobie sprawy w jak poważnych są tarapatach. To miała im rozjaśnić ta czerwona raca na niebie. Friedrich więc strzelał gdy sam nie był zajęty użyciem własnych pistoletów do wroga. Jego chłopcy zaś jego dragoni dzielnie stali przy nim siejąc słuszny pogrom gdzie sięgnęły ich bandolety albo rapiery. Jednak w skali całej bitwy nie mogło to zmienić jej niekorzystnych dla nich proporcji. Potem nastąpił kolejna fala pierzastego gradu o stalowych ostrzach. I znów bezpośredni atak. A on wystrzelił swój ostatni kolorowy nabój. Obserwował z zadartą głową jak przez kurzawę i chmury prochowego dymu rozbłyska krwiście, czerwony obłok. Ostatni rozpaczliwy krzyk dogorywającego właśnie oddziału. Oddziału w jakim był i on. Jako gość i herold z zaprzyjaźnionego państwa i sojusznika. Ale nie sądził aby najeźdźcom robiło to jakąś różnicę. Opuścił głowę, wyjął własne pistolety, chwilę celował i strzelił.

    - Dalej chłopcy! Niech nasi bracia Kislevici nie umierają dziś samotnie! Pokażmy im jak walczy Imperium! Jak walczy Ostland! Na koń! - poderwał swoich ludzi do ostatniego wysiłku. Stracił nadzieję, że wyjdą z tego żywi. Więc cisnął ją precz. Jak miał ginąć to z honorem! Z podniesionym czołem aby mógł stanąc dumnie przed swoimi przodkami w Ogrodzie Morra z których tak wielu też padło w bitwach. W walce, z podniesionym czołem. Widać dziś nadszedł jego dzień. Wsiadł na konia i spojrzał na garstkę swoich dragonów. Wszyscy mieli żółto - czerwone tuniki na pancerzach oznaczające, że są heroldami i posłami. Ale pod spodem mieli pancerze i ryngraf albo metalową pieczęć z dumną, upartą byczą głową, symbolem ich rodzinnego Ostlandu. Teraz zakrzyknęgli gromki licząc, że dowódca poprowadzi ich do ostatniej szarży na wroga.

    - Panie baronie! Słyszy pan?! - krzyknął nagle jeden z nich i uniósł się w strzemionach. Niektórzy dragoni także. Z początku nic nie było słychać. Poza kotłowaniną bitwy oczywiście. Krzyki ludzi. Te wojenne i te rannych i właśnie trafianych. Rżenie koni. Takie bolesne od kopnięć w boki, ciężki oddech po długim wysiłku, i żałosne skomlenie gdy któryś z wierzchowców został właśnie ugodzony. Do tego świsty cięciw, szczęk broni, głuche uderzenia o drewniane tarcze czy burty wozów. Ale ponad tym wszystkim…

    - Trąby! Trąby! To nasi! To nasi! Jesteśmy uratowani! - krzyknął któryś z dragonów. Friedrich musiał przyznać mu rację. Też wyłapał ten przenikliwy dźwięk piszczałek jakie były w stanie przebić się przez kotłowaninę bitwy w jakiej grzęzły ludzkie głosy czy rżenie koni zlewając się w jeden, wielki tumult. Odgłos instrumentów był jeszcze daleki ale nie ustawał. To musiała być ta kislevska kawaleria jaka miała do nich dołączyć przy brodzie! Zresztą i reszta bitwy też na to w końcu dostrzegła. Walki zaczęły się rwać ale gdy Kislevici zaczynali krzyczeć z radości i wiwatować to jeźdźcy stopniowo urywali się od nich wydając się zaniepokojeni. Wreszcie uszli zostawiając zdziesiątkowanych obrońców pośród przewróconych wozów, zabitych koni i ludzi. Odpłynęli poza zasięg skutecznego strzału z łuku i większość z nich zaczęła się formować w większe oddziały. Tyłem do obrońców. Teraz już wszyscy musieli słyszeć odgłosy wojennych trąb. Zbliżały się. Teraz sytuacja się odwróciła. To najeźdźcy ze wschodu nerwowo ustawiali swoje szyki przed przeciwnikiem jaki zbliżał się szybko a jakiego się tu nie spodziewali.

    - Mówiłem wam! Mówiłem! Wystarczy wytrwać odpowiednio długo a kawaleria przybędzie! - krzyczał triumfalnie pułkownik Dirko do swoich ludzi. Krew mu się lała z rozciętego łba więc wyglądał dość makabrycznie. I nieco się chwiał ale próbował to zamaskować trzymając się burty wozu. Kislevici wznieśli okrzyki szczerej radości.

    - Sztandar w górę! Sztandar w górę! Pokażcie naszym, że my tu wciąż trwamy i walczymy! Pokażcie im wszystkim! Sztandar w górę! - krzyknął kislevski pułkownik i któryś z jego ludzi podbiegł do zawieszonego przy jego wozie sztandaru, ujął go i zaczął nim wymachiwać.

    https://i.imgur.com/VD51wic.png

    W świetle chłodnego ale słonecznego dnia ten żółto - błękitny sztandar był dobrze widoczny. Friedrich nie widział zbyt wielu detali gdy ten przypadkowy chorąży tak nim energicznie machał ale wczoraj podczas jazdy miał okazję mu sie przyjrzeć w ciągu dnia wspólnej podróży. Przedstawiał Kislevitę w tym ich charakterystycznym kontuszu i szarawarach. Czerwonej czapce, szablą u boku i flintą na ramieniu. Z wolnym ramieniem dumnie wspartym na biodrze. I obramowanego licznymi sztandarami, armatami i buławami. Sztandar wojenny chorągwi Kozaków Leńskich. Teraz powiewał na przekór krytycznej sytuacji jaką tu przed chwilą mieli, czekając na odsiecz kawalerii. Tą jednak na razie nie widzieli bo co było dość nietypowe ale przesłaniała im wroga kawaleria jaka szykowała się do starcia dwóch konnych armii.

    - Ruszyli! - rozeszło się przez kislevskie oddziały na i wokół wozów. Słychać było jak trąby grają krótki, przenikliwy sygnał. A potem tętent. Tenten wielu setek koni jakie ruszyły zgranym rytmem. Tenten ciężkiej kawalerii stworzonej do przełamujących uderzeń. Wschodni najeźdźcy też ruszyli. Friedrich widział ich plecy. Ruszyli na spotkanie tej szarży. Korzystając z tego, że był w siodle i chyba te wozy były na jakimś lekki wzniesieniu imperialny poseł uniósł sie w strzemionach to coś widział sponad tych rozpędzonych głów szarżujących grabieżców.

    - Co? Nie, co oni… Co oni robią? Nie, to nie tak! Są za rzadko, nie będzie efektu… Są zbyt rozproszeni… - udało mu się dojrzeć tą linię rozpędzonej kawalerii jaka pędziła ku nim. Tylko z tą ławą kawalerii przeciwnika po drodze. Zdumiało go jednak to, że ładnie szli, równo, jako doświadczony kawalerzysta od razu rozpoznał zdyscyplinowanych jeźdźców jacy potrafią manewrować jak jeden oddział. Już pędzili swoje konie ale dopiero zbierając się do galopu. Ale pędzili bardzo rozproszeni. Przerwy między jeźdźcami były zbyt duże. Mógł się między nimi zmieścić ze dwa, może nawet trzy konie jeśli wziąć poprawkę na odległość z jakiej ich obserwował. A przecież kawaleria miała wtedy największy impet uderzenia gdy uderzała klinem, jak młot rozgniewanego Sigmara, wtedy najlepsze oddziały trafione takim uderzeniem szły w drzazgi. A ci… Jechali tak rozproszeni! Źle! Nie tak! Przecież nie będzie efektu uderzenia pancernej pięści!

    W tym czasie oba wrogie oddziały skróciły do siebie dystans na tyle, że konni łucznicy unieśli swoje łuki i wypuścili swoje strzały. I od razu zaczęli napinać łuki do kolejnej porcji pierzastego deszczu jaki wznosił się pod niebo a potem zwalniał i znów przyspieszał spadając z coraz większym impetem na rozpędzonych lansjerów. Jednak ku pewnemu zaskoczeniu Friedricha mało która strzała trafiła któregoś Kislevitę. Przerwy między nimi były zbyt duże. Co więcej znów odezwały się zuchwałe trąby. I druga linia jeźdźców uniosła w odpowiedzi kusze. W niebo poszybowała teraz fala bełtów. Te miały o wiele bardziej płaską trajektorię lotu więc leciały niżej. Za to były szybsze i mocniejsze. Wschodni jeźdźcy nie jechali strzemię w strzemię ale i tak było ich na tyle wielu, że byli dość mocno zagęszczeni. Więc i bełty miały w czym wybierać. Przez najeźdźców uderzających pod znakiem ośmioramiennej gwiazdy Chaosu przeszedł jęk gdy co niektórzy krzyknęli z bólu albo zwalali się z siodła gdy trafienia były poważniejsze. Ta rozpędzona ława zachwiała się od tego zamieszania ale pędziła dalej. Zaś kislevscy trębacze znów dali jakiś sygnał. I wtedy Friedrich ujrzał coś co nie spodziewał się, że jest możliwe. Może gdzieś w cyrku, na występach jakiejś grupy woltyżerów. Ale nie na rozpędzonej, żołnierskiej masie w trakcie bitwy. A jednak. A jednak widział jak niespodziewanie, z każdym kolejnym końskim susem ta rozpędzona kawaleria zaczęła równać do chorągwi jaka była w centrum szyku. Z każdym krokiem te szerokie odstępy jakie tak zaskoczyły i zirytowały imperialnego obserwatora skracały się. Na jego oczach ta rozpędzona, pancerna masa zaciskała się w pancerną pięść. Tuż przed zderzeniem się obu kawaleryjskich armii to już był zwarty, kawaleryjski oddział prowadzony biało - czerwonymi proporcami na szczycie lanc.

    https://i.imgur.com/mRkGlPr.jpeg

    - Niemożliwe… To niemożliwe… Jak oni to robią? - Friedrich nie mógł wyjść z podziwu u zdumienia nad tym popisem wyszkolenia i dyscypliny o jakiej co prawda słyszał już nie raz ale pierwszy raz widział ją na własne oczy podczas prawdziwego starcia. A to właśnie nastąpiło. Ta pancerna pięść trzasnęła w rozpędzoną kawaleryjską masę wroga. I ta poszła w drzazgi. Tak jak oczekiwał ostlandzki baron niewiele rzeczy na polu bitwy potrafiło przetrwać impet rozpędzonej ciężkiej kawalerii. Ci najeźdźcy ze wschodu widocznie do nich nie należeli. Ale było ich sporo. A lansjerom po pierwszym uderzeniu pękły drzewka. Więc sięgnęli po pistolety, szable, nadziaki, koncerze. Oraz własny pęd, dumę, odwagę i niezachwianą pewność siebie. Tego też zabrakło ich przeciwnikowi któremu pierwsze, miażdżące uderzenie przetrąciło kark. I mało który śmiał przeciwstawić się kislevskiej zemście. Najeźdźcy szybko poszli w rozsypkę ratując się ucieczką. Zaś kisleviccy piechociarze Dirko zaczęli wiwatować na ich cześć. Rzucali czapki do góry, wyrzucali ręce do góry i krzyczeli. Friedrich starał się zapanować nad swoimi emocjami ale też się do nich w końcu przyłączył. Już się szykował, że jeszcze dziś spotka się w Ogrodach Morra ze swoimi przodkami a tu jednak jeszcze nie. Jeszcze nie dziś. Na razie to było po bitwie. Imperialny poseł nie mógł się powstrzymać aby nie spiąć konia ostrogami i nie ruszyć przywitać się na czele swojej skromnej eskorty dragonów z dowódcą kislevskich kawalerzystów jacy właśnie podjechali do piechociarzy i częściowo rozbitych wozów. Pułkownik Iwan Dirko już z nim się witał i rozmawiał nie kryjąc radości.

    - A to panie bracie są nasi goście z Imperium. To właśnie pan baron tak umnie was tu wezwał tymi racami. - widocznie obaj kislevscy oficerowie mówili właśnie o nim bo spojrzeli w jego stronę gdy nadjeżdżał.

    - To jest pan baron Friedrich von Keyserling z Ostlandu. Niby imperialny ale gada i walczy jak nasz. - Iwan musiał mieć świetny humor i dość rubasznie przedstawił imperialnego posła jakiego pierwszy raz spotkał wczoraj. Ostlandczyk skłonił się podzielając ten entuzjazm z powodu zwycięstwa ale czekał na dalszy ciąg prezentacji.

    - A to jest pan pułkownik Piotr Wolski, chorągwi pskowskich lansjerów. To właśnie z nim mieliśmy się spotkać przy brodzie. Spotkalśmy się może nieco przed ale nie narzekam. - Iwan gładko kontynuował to przedstawianie sobie obu szlachciców, rycerzy i kawalerzystów. Teraz i kislevski pułkownik skłonił się swojemu imperialnemu koledze. Uśmiechał się spod wąsa przyjemnie ale dość oszczędnie.

    - Wspaniała szarża panie pułkowniku! Wspaniała! Jak żyję czegoś takiego nie widziałem! I te kusze, i ta synchroniczność! Jak woltyżerka w najlepszym cyrku! I jeszcze ten manewr scalający tuż przed uderzeniem! Wspaniałe, po prostu wspaniałe! - imperialny baron podjechał bliżej aby złożyć gratulacje kislevskiemu oficerowi. Ten przyjął to spokojnie i pokiwał głową. Ale jakoś nie tryskał entuzjazmem tak jak on albo Dirko.

    - Strzelanie nawiją. Tak na to mówimy. Takie strzelanie ponad głowami lansjerów. A to scalenie tak. Póki chorągiew jest rozproszona to wszelkie strzelanie mniej na nią działa. A my to sporo mamy zabaw z różnymi strzelcami. Tylko myk polega na tym aby się zebrać do kupy w odpowiednim momencie. To tak, długo to ćwiczymy aby działało to jak należy. - odparł pułkownik Wolski kiwając głową i uśmiechając się tym łagodnym spojrzeniem orzechowych oczu.

    - Hej ale pułkowniku! Jak rozbiliśmy tych gamoni to może już nie trzeba iść nad ten bród? Przecież ich pobiliśmy! Niech psie syny wracają do suki i kobyły jakie ich wydały na świat! - zawołał wesoło Iwan zadzierając nieco swoją wygoloną głowę aby spojrzeć to na jednego to na drugiego kawalerzystę.

    - Trzeba tam jechać. To tylko jedna z band. Jest ich więcej. Dużo więcej. Trzeba nam tam jechać i zablokować bród póki nie przybędą posiłki. - pułkownik Wolski pokiwał w zadumie głową patrząc gdzieś daleko w step albo potężną rzekę jaka przepływała w pobliżu. Ale zdradził w końcu te wieści jakie miał. I raczej nie należały do pozytywnych. Miny obu rozmówcom zrzedły.

    - A więc to prawda? Pogłoski były prawdziwe? Tym razem to coś większego? - zapytał von Keyserling. To była właśnie ta delikatna misja z jaką go tu przysłano. Zwiadowcy, maruderzy, szpiedzy, uciekinierzy jacy przybywali z Krainy Trolli mówili, że na północy zbiera się armia. Wielka armia. Tak wielka jaką od dawna tam nie widziano. Z początku nie dawano temu wiary ale jak się powtarzały i powtarzały to w końcu wysłano kislevskich konnych zwiadowców a z Wolfenburga przysłano właśnie jego aby na miejscu zbadał sprawę czy to jakieś niedorzeczne plotki czy wręcz przeciwnie. Coś jednak może być na rzeczy. I okazało się jednak, że jednak jest. I na południe ruszyło coś większego niż zwykły najazd rabunkowej bandy jaką właśnie rozbili. Ale wszystko wskazywało, że ma być ich więcej. Dużo więcej cytując Wolskiego.

    - Tak. Chyba tak. Iwan posprzątaj tu. Zbierz swoje wozy i ludzi i ruszaj za nami tak szybko jak dacie rady. My jedziemy na bród. - hetman pokiwał głową po raz ostatni i przygotował dyspozycje na drugą połowę dnia. Nie miał zamiaru tu zostawiać ze swoją chorągwią tylko ruszać w górę rzeki aby zablokować bród tak długo jak się da. Pułkownik Dirko widząc jak się sprawy mają splunął w świeżą, wiosenną trawę i spojrzał w zadumie na północ.

    - A ja? - zapytał Keyserling. Z jednej strony miał ochotę dalej podążać za tymi dzielnymi Kislevitami. Z drugiej jednak jego misja ciążyła mu na sercu i wiedział, że powinien jak najszybciej wrócić do Wolfenburga i tam zdać raport z powagi sytuacji.

    - A ty heroldzie? Ty jedź. Wracaj do domu. Wracaj do Imperium. I powiedz tam. Powiedz tam, że Kislev tu jest, trwa i walczy. Powiedz im, że przelewamy tu naszą krew za wolność waszą i naszą. Z odwiecznym wrogiem, z tyranią pełną strachu, cierpienia, z narodami niewolników co mają dla innych tylko niewolę bo nie znają wolności. Powiedz im, że czekamy na dopełnienie pradawnych sojuszy i przysiąg. Czekamy na imperialne złoto, ołów i stal. Na krew i wiarę. Aby tak jak za czasów. Magnusa Wspaniałego stanąć razem ramię w ramię. I dać odpór odwiecznemu wrogowi. Powiedzieć “Nie” niewoli, strachowi i tyrani! My, wolni ludzie Kisleva, będziemy walczyć o naszą wolność. Być może zginiemy, być może przetrwamy, to już wola bogów. Ale nie damy się zniewolić. Nie damy się ujarzmić. Będziemy walczyć o każdą piędź ziemi. I do naszego ostatniego tchu. Jedź heroldzie, wracaj do domu i powiedz tam wszystkim o tym wszystkim. Powiedz im a my tu będziemy trwać i walczyć czekając na pomoc naszych imperialnych sióstr i braci. - z początku pułkownik Wolski mówił głównie do imperialnego oficera oraz do stojącego obok regimentarza piechociarzy. Ale w miarę jak mówił to i konnych i pieszych gromadziło się wokół dowódców coraz więcej. W ich oczach na nowo rozpalał się ogień dumy i patriotyzmu. Kiwali głowami, wznosili okrzyki a gdy oficer lansjerów skończył wybuchła wielka wrzawa. Sam Friedrich też wyczuwał powagę chwili a nawet nutkę wzruszenia.

    - Dobrze! Będę jechał tak szybko jak się da! I będę świadczył wasze czyny i słowa! Że najdzielniejszy i najszlachetniejszy z narodów wzywa swych braci i siostry do walki z odwiecznym wrogiem! - herold złożył tą obietnicę i też przemówił gromkim głosem aby nie tylko obaj oficerowie go mogli usłyszeć. Taka obietnica spotkała się z gromkim aplauzem ze strony konnych i pieszych żołnierzy.


    Ostlandczyk przed podejściem do pacjenta zrzucił z siebie wierzchnie odzienie i podwinął rękawy koszuli. Po tym na ile mógl obmył ręce w dużej misie z wodą. Cała sytacja przypomniała mu jego służbę w świątyni Pani Miłosierdzia w Nuln. Po wielu miesiącach nauki i wykonywania innych prostrzych prac dopuszczono go tam do podobnego asystowania choć z tego co pamiętał nie przy tak ciężkich przypadkach. Ocena jego osoby wydana przez medyka zabolałaby bardziej gdyby rzeczywiście chciał w tej grupie zagrzać miejsce, a tak zdecydował się na razie puścić uwagę medyka płazem. Dostawszy od tego polecenie zaniesiania kartki z zaleceniami dla operowanego przyjął ją z uśmiechem na twarzy, kończąc jednocześnie mycie rąk w misie po zabiegu. Przeczytał na głos zalecenia dla potwierdzenia czy dobrze je odczytuje, co było przyjętą praktyką w świątyni w której się uczył. po tym odwrócił się do pani porucznik która potwierdziła zadanie zlecone mu przez chirurga i rzucił szybkie: Tak Jest! Po czym ruszył wykonać polecenie skinajać głową Wieselowie aby poszedł za nim. W końcu dwie pary oczu wypatrzą więcej niż jedna, a Stefan był zdecydowany postarać się zapamiętać jak najwięcej szczegółów o swoich obecnych gospodarzach w trakcie trwającego spotkania.
  • MarikaM

    [D&D One] Adventure Path: Carrion Crown. The Haunting of Harrowstone

    obrazek

    „Wieczór spłynął na Ravengro wraz z ostatnim chłodem zimy. Mgła podnosiła się znad pól i wolno wpełzała pomiędzy surowe domostwa, zasnuwając brukowane ulice popielatym miazmatem. Na posępnym wzgórzu ponad miasteczkiem sterczały poczerniałe mury przeklętego Harrowstone. Nawet z daleka ruiny więzienia wyglądały jak miejsce, którego ziemia dawno powinna była się pozbyć.

    Kendra Lorrimor siedziała samotnie przy biurku ojca. W pokoju pachniało woskiem, starym papierem i dymem z dogasającego kominka. Na półkach ciągnęły się rzędy ksiąg, których grzbiety pokrywały obce nazwiska i symbole zapisane w martwych językach, jakich wolała nie przywoływać w myślach. Jej ojciec zawsze twierdził, że wiedza sama w sobie nie jest niebezpieczna. Tego wieczoru nie była już tego tak pewna.

    Przed nią leżała czysta kartka. Kendra przez dłuższą chwilę trzymała pióro nieruchomo, wsłuchując się w ciszę domu. Od śmierci ojca ta cisza nabrała zupełnie innej, fizycznej gęstości. Jak gdyby pokoje, pozbawione jego kroków i głosu, zaczęły zaborczo zatrzymywać wszelkie dźwięki dla siebie.

    Wreszcie z wolna zaczęła pisać. Zapraszała adresata do Ravengro na pogrzeb profesora Petrosa Lorrimora, robiąc to spokojnie, z uprzejmym formalizmem, niemal chłodno. Informowała o dacie uroczystości i prosiła, by przybył odpowiednio wcześnie. Nie wspominała o tym, gdzie znaleziono ojca. Ani o kamiennym gargulcu, którego fragment zmiażdżył jego czaszkę. A tym bardziej o upiornym Harrowstone. Napisała jedynie, że śmierć nastąpiła nagle i w nieszczęśliwych okolicznościach.

    Zawahała się, ważąc kolejne słowa. Potem dodała, że chciałaby, aby adresat pozostał w Ravengro przynajmniej przez kilka dni. Nie był to kaprys. Petros zostawił instrukcje, których nie rozumiała. W jego testamencie z pewnością znajdowało się coś więcej niźli dom, książki i oszczędności; czekała na niego specjalna wiadomość. Albo raczej: ostatnia prośba.

    Kendra ponownie zanurzyła pióro w inkauście. I wtedy usłyszała trzy stuknięcia.

    Dobiegły zza drzwi gabinetu. Ktoś pukał.

    Lodowaty skurcz ścisnął jej żołądek, a dłoń odruchowo zacisnęła się na obsadce pióra tak mocno, aż zbielały jej knykcie. Nie ruszyła się z miejsca, raptownie wstrzymując oddech. Z czubka stalówki powoli oderwała się kropla czarnego inkaustu i z cichym plaśnięciem spadła na kartkę. Zanim ciemny, brzydki kleks zdążył do końca wpić się we włókna papieru, rozległy się kolejne trzy stuknięcia.

    Powolne i cierpliwe.

    Kendra zerwała się na równe nogi, lecz kiedy otworzyła drzwi, korytarz był całkowicie pusty. Tylko płomień dalekiej świecy zadrżał w nagłym przeciągu.

    Wróciła do biurka. Inkaust zdążył już lekko zaschnąć, więc gdy dopisywała tuż obok rozlanej plamy ostatnie słowa, jej pismo stało się ostre i drapiące.

    „Bardzo proszę, przyjedź.”

    Nie była pewna, dlaczego zaraz potem dodała:

    „Nie chcę być sama.”

    Już miała wymazać te dwa zdania, skreślone w przypływie słabości, gdy za oknem odezwał się lelek kozodój. Jego głos przeciął noc ostrym, jednostajnym krzykiem. W Ustalavie opowiadano, że te ptaki pojawiają się w pobliżu umierających. Jedni uważali to za ludowy zabobon, inni jednak byli zdania, że lelek nie przybywa tam, gdzie ktoś umiera, lecz tam, gdzie śmierć jeszcze nie skończyła swojej pracy.

    Kendra długo patrzyła na list. W końcu złożyła go, zapieczętowała czarnym woskiem, odcisnęła rodowy pierścień i zgasiła świecę.

    W ciemności przez moment wydawało jej się, że w głębi domu rozległ się cichy szelest przewracanej kartki.

    Jakby ktoś czytał razem z nią…”

    text alternatywny

    text alternatywny

    tekst alternatywny

    System: Dungeons & Dragons One/5.5e. SRD.
    Setting: Golarion. A w związku z tym jego panteon, języki, rasy, nacje, historia, geografia, polityka i nomenklatura.
    Typ sesji: W założeniu kampania. Ale zaczniemy na spokojnie, od pierwszej księgi.
    Gatunek / Konwencja: Śledczo-przygodowy gothic survival horror w dark heroic fantasy.
    Ton sesji: Poważny i ponury (nie jest to wymóg w sekcji komentarzy do sesji).
    Przewidywana długość sesji: Rozegranie pierwszej księgi powinno zająć od 4 do 18 miesięcy, zależnie od poziomu zaangażowania uczestników w historię i stabilności tempa odpisów. Szacuję sześć razy tyle, gdyby udało się rozegrać całą kampanię.

    tekst alternatywny

    Punkt wyjścia fabuły: Pojawienie się BG w Ravengro 13 Pharast 4711 AR w związku ze śmiercią profesora Petrosa Lorrimora. Bohaterowie spotykają się podczas jego uroczystości pogrzebowej, a następnie zostają zaproszeni przez córkę zmarłego do zapoznania się z jego ostatnią wolą.
    Główny temat / motyw przewodni: Śmierć, żałoba, pamięć o zmarłych i konsekwencje prób przekraczania granicy między życiem a śmiercią. Drugorzędnymi motywami są tajemnica, izolacja, obłęd, paranoja oraz cena, jaką płaci się za wiedzę.
    Rodzaj przygody: Semi-sandbox z dungeon crawlem, śledztwem, eksploracją oraz elementami survival horroru.
    Rola postaci graczy w historii: BG są osobami, które z różnych powodów zostały zaproszone na pogrzeb Petrosa Lorrimora, ekswykładowcy Uniwersytetu Lepidstadt i zażartego wroga oraz badacza sił zła. Osobiste relacje z uczonym, zainteresowania lub wcześniejsze doświadczenia uzasadniają ich obecność w Ravengro na listowne zaproszenie jego córki, Kendry Lorrimor. Wraz z rozwojem fabuły zostaną wciągnięci w sprawy, którymi denat zajmował się za życia, początkowo z powodów osobistych, a z czasem również z konieczności i odpowiedzialności za innych.
    Najważniejsze informacje, które gracz powinien znać przed stworzeniem postaci: Kampania jest osadzona w Ustalavie i mocno opiera się na konwencji gotyckiego horroru. Adventure Path będzie regularnie dotykać tematyki śmierci, nieumarłych, okultyzmu, przemocy, izolacji, paranoi oraz makabry. Każdy BG musi posiadać wiarygodne powiązanie z Petrosem Lorrimorem, powód wyruszenia na jego pogrzeb oraz przygotowane uzasadnienie, dla którego zdecyduje się pozostać w Ravengro i zaangażować w wydarzenia kampanii. Postać niekoniecznie musi darzyć sympatią uczonego, równie dobrze może być rywalem, który go szanuje. Podobnie nie musi być dobra ani heroiczna, ale musi być zdolna do współpracy z drużyną i aktywnego uczestniczenia w fabule. Po więcej informacji odsyłam do darmowego, oficjalnego Przewodnika Gracza.

    tekst alternatywny

    Poziom startowy: 3.
    Metoda Awansu: Kamienie Milowe.
    Cechy: Point Buy (27 Punktów).
    Rasy / Species: Wszystkie oficjalne występujące w materiałach dotyczących Golarionu (np. człowiek, krasnolud, dhampir) oraz pozostałe, możliwe do logicznego zaadaptowania do settingu (np. Genasi Wody -> Undine, Tabaxi -> Catfolk). Gdyby brakowało odpowiednika, na którym bardzo wam zależy, możemy spokojnie dogadać się w kwestii homebrew rasy (np. zrobić Fetchlinga z „odelfionego” Shadar-Kai).
    Klasy: Wszystkie oficjalne. Nieoficjalne za moją zgodą.
    Pochodzenie / Background: Wszystkie oficjalne. Te, które nie doczekały się odświeżenia, odtwarzamy metodą z Dungeon Master's Guide. Podobnie można zaadaptować Campaign Traits z Przewodnika Gracza.
    Podklasy / Subclasses: Wszystkie oficjalne, poza tymi nielicznymi niepasującymi do settingu.
    Boskie Domeny, Pakty Czarnoksiężników i Paladyńskie Przysięgi: Domena kapłana musi być zgodna z podlegającą bóstwu patronującemu. Można to sprawdzić na stronie danego bóstwa na PathfinderWiki. Patron czarnoksiężnika (in universe: Witch/Wiedźmy) nie działa charytatywnie, może oczekiwać od niego przysług i działania zgodnego z duchem oraz literą paktu. Pośrednikiem między wiedźmą a patronem jest chowaniec (w związku z czym postać dostaje ode mnie za darmo czar Find Familiar). Złamanie przysięgi paladyńskiej może poskutkować tymczasową utratą powiązanych mocy, a w skrajnych przypadkach zmianą subklasy lub klasy.
    Przydatne umiejętności: Sztuka Przetrwania, Wiedza Tajemna, Percepcja, Zastraszanie, Śledztwo, Intuicja, Oszustwo, Skradanie Się, Perswazja, Atletyka, Religia, Przyroda, Akrobatyka, Zwinne Dłonie, Historia.
    Punkty Wytrzymałości: Maksymalne na 1 poziomie, potem:
    Kość Wytrzymałości k6: 4 + KON.
    Kość Wytrzymałości k8: 5 + KON.
    Kość Wytrzymałości k10: 6 + KON.
    Kość Wytrzymałości k12: 7 + KON.
    Ekwipunek początkowy: Z pochodzenia i klasy.
    Waluta początkowa: 200 sztuk złota. Można zagospodarować ją na dodatkowy ekwipunek zgodnie z cennikiem Podręcznika Gracza z 2024 roku i dokumentem Sane Magical Prices. Dodatkowo pistolet czarnoprochowy wyceniam na 165 sztuk złota, a arkebuz na 95 sztuk złota.
    Dozwolone podręczniki / materiały: Wszystkie oficjalne wydawnictwa do D&D One. Third-party/Homebrew/UA za moją zgodą.
    Multiclassing: Tak.
    Zasady opcjonalne: Fear and Mental Stress (DMG’24, str. 70), Renown (DMG’24, str. 92), Injuries (DMG’14, str. 272), Massive Damage (DMG’14, str. 273), Morale (DMG’14, str. 273), Hitting Cover (DMG’14, str. 272), Action Options (DMG’14, str. 271), Initiative Score (PHB'24, str. 369).

    tekst alternatywny

    Wymagana zgodność postaci z settingiem i fabułą: Tak.
    Czy drużyna ma być tworzona jako spójna grupa: Nie, ale postacie mogą się znać.
    Czy dozwolone są postacie złe / amoralne: Tak.
    Czy postacie muszą mieć powód, by współpracować: Tak. Obowiązuje imperatyw teamplayu.
    Czy dozwolone są konflikty między postaciami: Tak. Konflikty poglądów, interesów i charakterów będą mile widziane, o ile służyć będą odgrywaniu postaci i nie będą uniemożliwiały rozegrania wspólnej kampanii. Taki konflikt nie może być pretekstem do celowego szkodzenia postaci innego gracza, sabotowania sesji ani wymuszania odejścia innego gracza z sesji.

    tekst alternatywny

    Format Karty Postaci: MythWeavers (Template: Dungeons & Dragons 5e) lub D&D Beyond (Sources: 5.5e Core & Expanded Rules).
    Historia Postaci Gracza: W momencie startu sesji BG mają 3 poziom, więc na pewno już coś w swoim życiu przeszli, czegoś dokonali, posiadają przyjaciół lub rywali itd. Napiszcie o tym. Zaznaczę, że niezależnie od konwencji lubię bohaterów, którzy nie są pozbawieni wad i życiowych porażek. Wszak każdy dobry twórca wie, że to przywary, pomyłki, wpadki i niedostatki najlepiej napędzają fabułę. Warto też dorzucić opis wyglądu i charakteru. Nie zaszkodzi również podać znaki szczególne, a także zaznaczyć czy jest lewo- czy praworęczna. Szczególnie mile widziane będą jakieś konkretne lęki, fobie, obawy, dziwactwa, sekrety, słabości czy inne rzeczy możliwe do wykorzystania podczas sesji.
    Wymagana długość historii: Minimum 500 słów. Może być wysłana oddzielnie, przez PW lub zamieszczona w Google Documents.

    tekst alternatywny

    Liczba graczy: 3-4.
    Liczba miejsc rezerwowych: Dowolna. Ale pierwotna drużyna będzie najmocniej osadzona w scenariuszu.
    Kryteria przyjęcia graczy: Spełnienie wymagań formalnych. Jakość zgłoszenia. Preferuję roleplayerów.
    Czy decyduje kolejność zgłoszeń: Tak, aczkolwiek pod jednym warunkiem: że dostanę wystarczającą liczbę bardzo mocnych zgłoszeń jeszcze przed zakończeniem rekrutacji.
    Czy wymagane jest wcześniejsze doświadczenie z systemem i światem: Nie. Chętnie pomogę skłonnym do nauki.
    Czy wymagane jest doświadczenie w Play-by-Post: Nie. Wszystko wytłumaczę.
    Minimalny wiek uczestników: 18 lat. Ale kluczowa jest psychiczna dojrzałość, nie wpis w metryce.
    Sposób zgłoszenia: Można wpisać się w komentarzu do tej rekrutacji. Ale pełne zgłoszenie wysyłacie jako PW.
    Termin zakończenia rekrutacji: 05.10.2026. O ile nie zakończy się przedterminowo.
    Termin ogłoszenia wyników: 06.10.2026. O ile nie zakończy się przedterminowo.

    tekst alternatywny

    Częstotliwość odpisów: Do 5 dni na odpis dla graczy, od 3 do 7 dni dla MG.
    Minimalna długość odpisu: Wystarczająca, by postać podjęła działanie i zaakcentowała swój udział w scenie.
    Co dzieje się w przypadku braku odpisu: Dwukrotny brak odpisu bez wcześniejszej informacji może skutkować usunięciem z sesji. W przypadku zapowiedzianej nieobecności postać może zostać czasowo przejęta przez MG albo wycofana ze scen zgodnie z indywidualnymi ustaleniami z graczem.
    Czy MG może wykonać działania postaci podczas nieobecności gracza: Tak, choć wyłącznie w zakresie koniecznym do utrzymania płynności rozgrywki. MG nie będzie bez zgody gracza podejmowała postacią decyzji dotyczących jej celów, relacji, moralności ani innych działań o trwałych konsekwencjach.
    Dopuszczalna długość nieobecności: Nieobecności trwające do miesiąca są dopuszczalne po wcześniejszym poinformowaniu MG. Dłuższe nieobecności będą rozpatrywane indywidualnie.
    Sposób prowadzenia walk: Domyślnie pełna mechanika i mapki w Google Drawings. Niektóre walki-zapychacze rozegramy storytellingowo.
    Sposób wykonywania rzutów: Do ustalenia. Albo ja wykonuję wszystkie rzuty, albo chętni/każdy rzuca za siebie na Rolz.
    Sposób deklarowania działań: Najlepiej w spoilerze odpisu sesyjnego. Ewentualnie w sekcji komentarzy sesyjnych.
    Światotworzenie w postach: Dozwolone w granicach rozsądku.
    Czy dopuszczalne będą edycje postów: Tak, ale wyłącznie w celu korekty błędów językowych.
    Dla zachowania płynności i przyspieszenia rozgrywki sekwencje dungeoncrawlowe zostaną zautomatyzowane w przypadkach, gdy scenariusz nie oferuje postaciom istotnej decyzyjności.

    tekst alternatywny

    Komunikator: Discord, o ile wszyscy wyrażą chęć.
    Dokumenty Google: Tak, do dialogów. O ile nie zastosujemy w tym celu Discord.
    Bot do rzutów: Rolz. Pokój utworzę po starcie sesji.

    text alternatywny

    Zakaz / ograniczenia dotyczące PvP: Zakazane.
    Zasady dotyczące bleedu: W toksycznej odmianie absolutnie zakazany.
    Zasady dotyczące metagamingu: Absolutnie zakazany.
    Zasady dotyczące powergamingu i munchkinizmu: Niezalecane.
    Zasady dotyczące prowadzenia cudzych postaci: Zakazane, o ile sam gracz nie pozwoli.
    Wiedza gracza a wiedza postaci: Znajomość oryginalnego Adventure Path, jego lokacji, BN-ów, potworów lub rozwiązań zagadek nie oznacza automatycznie, że postać posiada tę wiedzę. W przypadku znajomości Carrion Crown należy zgłosić ten fakt przed rozpoczęciem gry. Metagra związana ze znajomością przygody będzie traktowana tak samo, jak każdy inny metagaming.
    Śmierć postaci: Śmierć BG jest możliwa i może mieć trwałe konsekwencje dla historii. Nie zakładam jednak śmierci jako kary za pojedynczy zły rzut. W sytuacjach, w których postać może zginąć wskutek decyzji gracza, będę przedstawiać konsekwencje w sposób pozwalający na świadome podjęcie ryzyka.
    Zasady rozwiązywania konfliktów pozasesyjnych: Jeśli by do czegoś takiego doszło, ostateczną decyzję podejmuje MG po wysłuchaniu wszystkich stron.

    tekst alternatywny

    Triggery (dla całej kampanii): Rasizm, Klasizm, Seksizm, Ksenofobia, Ostracyzm Społeczny, Gore, Mord, Brutalność i Przemoc (także wobec dzieci/zwierząt), Groza, Tortury, Śmierć, Żałoba, Szaleństwo i Utrata Zmysłów, Czarna Magia, Sekty, Profanacja, Opętania, Eksperymenty Medyczne, Kanibalizm, Body Horror, Wątki Apokaliptyczne, Bezczeszczenie Zwłok, Wampiryzm (szeroko rozumiany), Spłonięcie Żywcem, Implikowana Przemoc Seksualna, Fanatyzm Religijny.
    Tematy wykluczone: Fetyszyzacja i szczegółowe opisy przemocy seksualnej (zwłaszcza wobec nieletnich). Grooming. Fetyszyzacja szowinizmu, sadyzmu i bestialstwa. Przesadna seksualizacja postaci płci dowolnej.
    Inne rzeczy wykluczone: Nie zezwalam na używanie w postach fabularnych typowo współczesnych: wyrażeń slangowych, wulgaryzmów i przekleństw.
    Poziom brutalności: Wysoki.
    Poziom horroru: Wysoki. Horror będzie elementem faktycznie wpływającym na rozgrywkę, a nie wyłącznie elementem dekoracyjnym. Mechaniki strachu i obłędu mogą powodować ograniczenia mechaniczne wynikające z sytuacji fabularnej. Udział w horrorze oznacza zgodę na to, że postać może odczuwać strach, stres lub dezorientację.
    Treści seksualne: Dopuszczam fade to black.
    Karta X / inne narzędzie bezpieczeństwa: Wprowadzę na wyraźny wniosek graczy. Akceptuję X-card, Lines & Veils oraz możliwość zgłoszenia problematycznej treści przez PW. Gracz nie musi uzasadniać przyczyny zgłoszenia dyskomfortu. W przypadku użycia Karty X scena zostaje zmieniona, pominięta albo wygaszona bez konieczności tłumaczenia się. Niemniej uczulam na to, jaki to rodzaj sesji. Jeśli kogoś triggery miałyby obejmować połowę listy, to lepiej zwyczajnie darować sobie zgłaszanie.

    tekst alternatywny

    Użycie SI: Zezwalam.
    Dozwolone zastosowania: Korekta tekstu (tj. wykrywanie błędów ortograficznych, interpunkcyjnych i gramatycznych), pomoc językowa i merytoryczna (przy obligatoryjnej konsultacji z PathfinderWiki), źródło inspiracji, ilustracje, wideo, gif, audio.
    Niedozwolone zastosowania: Generowanie całych postów fabularnych, historii i karty postaci, silna redakcja tekstu itp.
    Czy ilustracje generowane przez SI są dozwolone: Tak, jeśli będą staranne i dopasowane do art direction sesji/settingu/genre.
    Czy użycie SI należy ujawnić: Niekoniecznie. I tak zauważę.


    Wiem, że jest. Ale changeling z Golarionu nie jest zmiennokształnym z rasy Fey podobnym do doppelgangera. Jest widzącym w ciemności half-hag o różnokolorowych oczach, pazurach, twardej skorze i talencie do wiedźmiej magii.
  • GordianG

    PROLOG


    Wieczorne słońce powoli chowało się za wysokimi koronami drzew Drakwaldu, pozostawiając po sobie jedynie czerwoną poświatę rozlewającą się po niebie. Droga, którą od wielu dni podążaliście na południe, biegła wzdłuż granicy lasu. Po drugiej stronie ścieżki rozlegały się łagodne pagórki i porośnięte trawą polany, lecz od strony Drakwaldu wszystko ginęło w cieniu starych dębów i sosen.

    Zmierzaliście wszyscy do domu po tym, jak wcześniej powołano was do armii. Inwazja Archaona na Imperium skończyła się jednak szybciej, niż w ogóle zdołaliście dotrzeć na front. Wieści o zwycięstwie grafa Borisa Todbrigena pod Middenheim dotarły do was wraz z rozkazem wycofania się. Większość żołnierzy została zdemobilizowana. Mogliście wracać do domu. Ten był jednak daleko...

    Miejsce, w którym aktualnie się znajdowaliście, wydawało się wystarczająco dobre, aby właśnie tutaj zakończyć dzisiejszą część waszej wędrówki. Do najbliższej osady było jeszcze kilka godzin drogi, a noc w tych stronach zapadała szybko. Zmęczenie dawało się wam wszystkim we znaki.

    Pozostawało jednak zrobić to, co każdy rozsądny podróżnik robi przed nadejściem ciemności. Trzeba było wybrać miejsce na ognisko, przygotować drewno na całą noc, rozłożyć posłania, upewnić się że nic nie zaskoczy was po zmroku a także zorganizować pożywienie i kolejne warty. Odcięci od zaopatrzenia wojskowego, teraz musieliście polegać już tylko na sobie. I zapewne właśnie to zbliżyło was do siebie.
    Las milczał. Nie było słychać ani śpiewu ptaków, ani odgłosów zwierzyny. Jedynie wiatr poruszał gałęziami gdzieś wysoko nad ziemią. Wiedzieliście jednak, że las jest bardzo niebezpieczny. Był dla was aktualnie źródłem zarówno przetrwania, jak i lęku. Słyszeliście bowiem, że niedobitki armii Chaosu krążą gdzieś po Drakwaldzie, próbując się przegrupować. I mimo tej świadomości obecności wielu niebezpieczeństw jednocześnie wszyscy wiedzieliście, że to, czego potrzebowaliście do przetrwania najbliższej nocy, znajdowało się właśnie tam - między drzewami...

    ChatGPT Image 31 lip 2026, 14_26_42.png

    @ketharian @piołun @wired @silentsuicide @dekameron @garanil


    - Idę - odparł magowi dość sucho Kalten - ale nalegam by pistoletu nie używać i zrobić to możliwie szybko. Ten las to ich dom i czterech jedynie przy ogniu nie oznacza, że w okolicy nie ma czterdziestu. - Mogę pożyczyć łuk - zadeklarował Rolfowi - Daleko to stąd tropicielu? - zapytał Wulfa, zastanawiając się czy brać sarnę i łuk ze sobą, czy może mogą tu zostać i poczekać aż wróci. Po namyśle uznał że zabierze je w pobliże wroga by po nie nie wracać. Schował łuk do kołczanu wiszącego z tyły obok prawie pustego plecaka, przesunął odrobinę torbę naramienną i łapiąc za obydwie nogi barkiem i wolną od tarczy ręką dźwignął sarninę zarzucając ją sobie na ramię. W najgorszym wypadku jeśli ich zaskoczą będzie rzucał mięsem - dosłownie.
  • Dust MephitD
    Początkowe doświadczenie postaci (w momencie utworzenia wątku):

    Stockfisch Kanelboller - 13549
    Zaknafein 'Zak' Oblodra - 13989
    Alanis - 13899
    Harghar - 6500
    Horpach - 6500
    Unaz Orug - 13592


    Zak +50 xp za oddanie głów goblińskich dezerterów na posterunku Harghar +50 xp za odkrycie brakującej wężowej głowy posągu Horpach +100 xp za dochodzenie co zaszło u wejścia do przekopu oraz, odkrycie magicznych właściwości lustra na końcu tunelu.
  • PiołunP

    text alternatywny

    Drzwi karczmy otworzyły się z hukiem, wpuszczając do środka podmuch śniegu, mrozu i zmierzchu. Na chwilę płomień w palenisku przygiął się nisko, rozmowy urwały się w pół słowa, a spojrzenia powędrowały ku progu, gdzie właśnie wtoczyło się dwóch ludzi wyrwanych szponom zamieci. Pierwszy wspierał drugiego ciężarem ramienia. Wysoki, okryty śniegiem, z kapeluszem zsuniętym nisko na oczy i płaszczem sztywnym od lodu. Drugi chwiał się ledwie przytomny, w zimowych szatach pociemniałych od krwi.

    Przez kilka uderzeń serca nikt nie rozumiał jeszcze, kto naprawdę wszedł do izby, ale trwało to doprawdy krótką chwilę. Gdy śnieg zaczął topnieć na płaszczu przybysza, odsłaniając skórzane pasy, dobrze utrzymaną broń, święte symbole i ponure znaki urzędu, ludzie zaczęli cofać wzrok i z niezwykłą intensywnością wpatrywać się w swoje kufle, jakby te były najciekawszą rzeczą na świecie. Do karczmy wszedł Łowca Czarownic z rannym kapłanem Sigmara, a takie wejścia rzadko poprzedzały cokolwiek dobrego.

    Zajmuję ten stół – oznajmił. Nie była to prośba, ani nawet rozkaz wypowiedziany z gniewem. Głos przybysza zabrzmiał cicho, płasko i spokojnie, ale może właśnie dlatego zadziałał tak dobrze. Mężczyźni siedzący przy ławie obok tej, przy której od tygodnia trwała czwórka wędrowców, podnieśli się niemal odruchowo. Nikt nie próbował oponować. Łowca Czarownic poświęcił ułamek chwili, by zlustrować, kto siedzi przy stole obok tego, na którym miał zamiar łatać swojego towarzysza. Kogo zobaczył?

    text alternatywny

    Przy sąsiednim stole siedział rudowłosy młodzik o żylastej posturze i twarzy nazbyt poważnej jak na swój wiek. Milczał przy kubku, w praktycznym, znoszonym stroju podróżnym, który dawno przestał wyglądać porządnie, ale wciąż spełniał swoje zadanie. Obok niego trwał wychudzony człowiek lasu, schowany pod ciężkim, ciemnym kapturem, z oczami zmęczonymi, czujnymi i przywykłymi do wypatrywania śladów wśród leśnych ostępów. Nieco z boku siedział milczący wędrowiec o pociągłej, zszarzałej twarzy, poruszający spojrzeniem oszczędnie, lecz uważnie, częściej ku drzwiom, oknom i cieniom niż ku ludziom. Czwarty był niziołkiem w zieleni Hochlandu, z zadbanym wąsem, wojskowym sznytem i kapeluszem, który dodawał mu zarówno wzrostu, jak i polotu. U jego nóg leżało potężne psisko z Kisleva, spokojne tylko pozornie, z łbem wspartym na łapach i jednym okiem uchylonym na tyle, by mieć baczenie na to, co dzieje się wokół jego pana.

    Łowca Czarownic położył kapłana na sąsiednim stole obok tej czwórki. Ci, którzy tam siedzieli, podnieśli się niemal natychmiast. Dwóch było traperami, sądząc po futrach, łukach opartych o ścianę i przykrej woni dymu leśnych ognisk, która nawet w karczemnym zaduchu trzymała się ich ubrań. Trzeci był zwyczajnym miejscowym pijaczyną, człowiekiem o czerwonych oczach i zapadłych policzkach, których nabawił się od taniego piwa i przesiadywania w spelunach takich jak ta. Jeszcze przed chwilą bełkotał coś, zmroczony alkoholem, ale gdy zrozumiał, kto stoi nad nim w mokrym płaszczu i kapeluszu z szerokim rondem, rychło otrzeźwiał, i to lepiej niż po kuble lodowatej wody. Jeden z traperów uniósł ręce, pokazując puste dłonie. Drugi zgarnął z blatu swój nóż, kawałek sera i skórzaną rękawicę, którą zostawił przy kuflu. Nie zrobili tego z oburzeniem. Nie było w tym nawet gniewu. Był tylko stary, dobrze znany odruch ludzi Imperium, którzy przez całe życie uczyli się, że pewnym jej dygnitarzom lepiej ustępować z drogi.

    Karczmarz nagle ożył. Dopiero gdy złożono ciało kapłana na jednym z jego stołów, odzyskał władzę nad własnym ciałem. Stał za kontuarem z szeroko otwartymi oczami, grubymi palcami wciąż zaciśniętymi na cynowym kuflu wypełnionym piwem, który właśnie miał komuś zanieść. Nazywał się Bernolt Gruber, choć większość stałych bywalców mówiła do niego po prostu Gruber albo jeszcze prościej, Gruby. Był człowiekiem ciężkim, miał ogorzałą twarz, a brzuch opinał mu poplamiony fartuch. Słynął z tubalnego głosu, którym zwykł opierdalać wszelkie mendy, ekhmm... to znaczy klientów, w każdym rogu swojej karczmy. Teraz jednak ten głos, gdy wreszcie się wydobył, miał w sobie niepodobną do niego, piskliwą nutę.

    Gerolt! – ryknął w stronę zaplecza. – Rudi! Ruszcie się, przeklęte lenie!
    Z kuchni dobiegł brzęk naczynia, po nim kobiecy głos, gniewny i zdławiony, a potem zza kotary wysunął się człowiek zbudowany jak belka nośna. Gerolt, karczemny wykidajło, miał jedną brew przeciętą starą blizną i dłonie tak duże, że kufel wyglądał w nich jak cebrzyk dla dziecka. Za nim pojawił się młodszy chłopak, chudy, piegowaty, z rękami mokrymi od pary i łupin cebuli. Obaj zatrzymali się na widok przybyszy, lecz Gruber już wskazywał im ławę i rannego.
    Do izby z tą ławą i kapłanem na niej. Weźcie ten pokój przy składziku. Jest pusty od wczoraj. Tylko ostrożnie, na młot Sigmara, ostrożnie. Greta! – wydarł się znów, tym razem w stronę kuchni. – Gorącej wody, czystych płócien i bimbru. Tego z dolnej półki, nie tego, co leję parobkom.
    Kobieta w kuchni odpowiedziała mu słowami, których żaden kapłan nie powinien był słyszeć, nawet ranny i nieprzytomny. W innych okolicznościach ktoś by się zaśmiał. Tego wieczoru nikt się jednak nie zaśmiał.

    Kapłan został złożony na ławie z należytą ostrożnością i czcią. Łowca musiał wielce szanować tego człowieka. Głowa sługi Sigmara opadła mu na bok, odsłaniając bladą szyję, zaschnięte plamy krwi na kołnierzu i ciemne linie sakralnych tatuaży, które znikały pod rozciętą tkaniną. Amulet z małym srebrnym młotem zsunął się z jego piersi i powoli tonął w kałuży krwi wzbierającej na deskach ławy. Ciepło izby musiało uwolnić to, co mróz zdążył na chwilę zatamować. Jego pancerz, prosty, ale solidny, zdobiły zalakowane pieczęcie przytrzymujące skrawki pergaminu ze świętej księgi Acta Sigmari, żywota Sigmara Młotodzierżcy spisanego w klasycznej mowie. Wszystkie bez wyjątku były ubłocone, popękane i pociemniałe od wilgoci. Mężczyzna poruszył ustami. Może się modlił. Może przeklinał. A może tylko próbował złapać oddech, co w tej chwili samo w sobie musiało stanowić niemały wyczyn.

    Pomocnicy karczmarza nie próbowali zdejmować kapłana z ławy. Byłoby to głupie i mogłoby tylko pogorszyć stan rannego. Zamiast tego Gerolt chwycił jeden koniec ciężkiego mebla, Rudi drugi, zerkając nerwowo na krew sączącą się między deskami i na bladą twarz rannego, która przy każdym poruszeniu stawała się jeszcze bledsza. Łowca Czarownic ruszył pierwszy. Otworzył przed nimi drzwi do izby, przytrzymując je ramieniem. Dopiero wówczas zauważył, że młodszy pomocnik nie radzi sobie z ciężarem. Rudi zacisnął zęby, ale ręce drżały mu coraz bardziej, a ława przechyliła się niebezpiecznie, zmuszając kapłana do cichego, zduszonego jęku.

    Łowca po prostu przesunął się bez słowa, odtrącił chłopaka barkiem na tyle stanowczo, by ten zrozumiał, że ma zejść z drogi, i sam przejął ten koniec ławy. Jego dłonie, wciąż ciemne od krwi, zacisnęły się na drewnie. Dopiero wtedy ruszyli dalej, powoli, ostrożnie, krok po kroku, niosąc rannego w głąb gospody, do wydzielonej izby. Drzwi zamknęły się za nimi z hukiem.

    Ludzie w sali głównej zaczęli nieśmiało podnosić wzrok i spoglądać po sobie z niepokojem. Nastrój zmienił się niepomiernie. Zmieniła się sama izba, choć przecież wciąż była tą samą niską, duszną komorą, z tym samym czarnym od sadzy stropem i tymi samymi oknami, za którymi śnieżyca tarła pazurami o szkło. A jednak coś niewidzialnego zawisło w powietrzu, cięższe od dymu i zimniejsze od chłodu na zewnątrz.

    Ludzie nie lubili Łowców Czarownic. Nie była to nienawiść, o której mówiło się głośno, bo nikt rozsądny nie obdarzał takich ludzi jawną niechęcią. Był to raczej stary, głęboko schowany lęk, którego mieszkańcy Imperium wyuczyli się na rynkach większych miasteczek, przy szubienicach, katowskich pniach i stosach, które płonęły jasno nawet w deszczowe dni. Niemal każdy widział kiedyś proces albo dwa. Widział ludzi prowadzonych z workiem na głowie, słyszał odczytywane win, których nie rozumiał, patrzył na sąsiadów, krewnych albo znajomych z jarmarku, gdy znikali w świętym ogniu, krwi i dymie. Sprawiedliwość Sigmara bywała szkarłatna, a dowody zła często należały do tych rzeczy, których prosty człowiek nie miał prawa oglądać ani pojmować. Często nie przedstawiano nawet żadnych i na słowo trzeba było uwierzyć świętym mężom w kapeluszach z szerokim rondem.

    Dlatego trudno było dziwić się bywalcom karczmy, że ścisnęli się na ławach nieco mocniej, jakby chcieli stać się mniejsi i mniej godni zauważenia. Rozmowy przygasły do szeptów, a potem i szepty umarły, zostawiając tylko trzask ognia i jęk wiatru za oknem.

    Minęło dobrych kilka minut, nim ludzie spróbowali wrócić do wcześniejszych czynności. Pierwszy poruszył się Gruber. Stał dotąd za kontuarem, wpatrzony otępiale w zamknięte drzwi izby. W końcu oprzytomniał, zamrugał ciężko i ruszył z kuflem piwa do jednego ze stołów. Postawił go przed przypadkowym człowiekiem, bo za nic w świecie nie pamiętał już, komu właściwie miał go zanieść. Obdarowany nie protestował. W takich czasach darmowe piwo było jednym z niewielu cudów, których nie należało kwestionować.

    Dopiero po tym sala powoli zaczęła odzyskiwać ruch. Ktoś znów ujął karty w palce, choć przez chwilę patrzył na nie tak, jakby zapomniał zasad gry. Ktoś przysunął kufel bliżej ust, ktoś nałożył sobie potrawki na talerz. Rozmowy wróciły przyciszone, ostrożne, pełne spojrzeń rzucanych ku drzwiom izby i ku wejściu, przez które wdarła się śnieżyca. Temat Łowcy Czarownic wyrósł na językach ciżby szybko i nieuniknienie, jak pleśń na wilgotnym chlebie.

    Najpierw odezwał się człowiek siedzący przy oknie, chudy handlarz z nosem czerwonym od mrozu, twierdząc, że na trakcie do Carroburga widział, jak łowcy spalili kobietę, bo urodziła dziecko z błoną między palcami. Potem ktoś inny przypomniał historię młynarza, którego powieszono przed jego domem za to, że ponoć skrzydła jego młyna obracały się nawet w bezwietrzne noce. I to w przeciwną stronę. Zaraz po nim starszy woźnica nachylił się nad stołem i opowiedział o psiarczyku z jednego z folwarków, zastrzelonym za karmienie psów spaczonym mięsem. Bestiom miały potem ponoć wyrosnąć skrzydła, skórzaste i mokre jak u nietoperzy, choć przyznał, że nie widział tego na własne oczy, tylko słyszał od kogoś, kto słyszał od kogoś innego. Każda opowieść była cichsza od poprzedniej, ale nie mniej ciężka. Zrobiło się paskudnie. Gadanie po próżnicy miał już przerwać sam karczmarz, przypominając co głośniejszym, że chyba im życie niemiłe, gdy z pomieszczenia, w którym zamknął się Łowca Czarownic, wyszedł Gerolt.

    Wykidajło zamknął drzwi ostrożnie, z nietypową dla siebie delikatnością. Przez chwilę stał przy nich z szeroką dłonią opartą na klamce, a twarz miał bledszą niż zwykle. Potem podszedł do Grubera, który właśnie wrócił za kontuar, i pochylił się ku niemu. Nie był jednak człowiekiem stworzonym do szeptów. Jego głos, nawet zduszony, poniósł się po izbie wystarczająco wyraźnie.
    Zwierzoludzie. Zaatakowali ich na trakcie. Może parę godzin stąd – oznajmił tonem, w którym niepokój przykryto zbyt cienką warstwą opanowania.

    Zdanie przecięło gwar tak skutecznie, jak wcześniej uczyniło to wejście Łowcy Czarownic. Gerolt zorientował się za późno. Zacisnął usta, lecz szkoda została już wyrządzona. Gruber chwycił go za rękaw i syknął coś gniewnie, ale ludzie zdążyli usłyszeć dość.
    Zwierzoludzie.
    Nie gobliny, które można było wyobrażać sobie jako zielone, pokraczne stworzenia z kiepskimi łukami. Nie bandyci, których dało się przekupić, zastraszyć albo położyć mieczem, jeśli miało się wprawę i szczęście. Zwierzoludzie należeli do innej kategorii okropieństw. Do tych, o których mówiło się ciszej, zwłaszcza po zmroku. Ci, którzy mieli na zewnątrz konie albo muły, zaczęli naradzać się coraz głośniej, czy nie zaryglować drzwi stodoły, albo czy nie przenieść zwierząt bliżej karczmy, albo czy może przeciwnie, wyprowadzić je za budynek i ukryć od strony lasu. Jakby którekolwiek z tych rozwiązań mogło mieć znaczenie, gdyby z ciemności naprawdę wyszły kreatury Chaosu.

    W powstałym zamieszaniu mało kto zauważył chwilę, w której karczmarz został wezwany do izby z rannym. Właściwie Łowca nawet po niego nie posłał. Drzwi po prostu uchyliły się na tyle, by w szczelinie pojawił się cień, a Gruber zrozumiał. Otarł dłonie o fartuch, choć były suche, i ruszył z miną człowieka, który wolałby właśnie odziedziczyć burdel z chorymi dziwkami i długi zmarłego krewnego, niż udać się na pogawędkę z Łowcą Czarownic. Drzwi zamknęły się za nim z niepokojącym skrzypieniem, a czas w karczmie zgęstniał.

    Gruber zabawił w izbie długo. Gdy wreszcie wyszedł, twarz miał ciemniejszą niż przedtem, a każdy, kto na niego spojrzał, mógł odnieść wrażenie, że karczmarz jest wielce strapiony. Był człowiekiem, który spędził życie na liczeniu. Jego rachunki oscylowały głównie wokół zysków, strat, beczek w piwnicy, garnków w kuchni i ludzi, których należało obsłużyć. Teraz również coś sobie policzył i wynik najwyraźniej bardzo mu się nie spodobał.

    Rozejrzał się po sali, choć w gruncie rzeczy od początku wiedział, do kogo podejdzie. W tej karczmie nie było wielu takich, którzy mogli podołać zadaniu, jakie zamierzał im przedstawić. Ruszył więc ku stołowi, przy którym od tygodnia siedziała trójka ludzi i niziołek w barwach Hochlandu. Przy ostatnich krokach zwolnił nieco, jakby zawahał się jeszcze przez moment, lecz w końcu pochylił się nad nimi i przeszedł do rzeczy.
    Łowca potrzebuje ludzi, żeby ruszyć dalej – powiedział bez wstępu.
    Jego głos był niższy niż zwykle, pozbawiony karczemnej pewności siebie. Patrzył przede wszystkim na przepatrywacza, ale mówił do całej czwórki. Przez ten tydzień spędzony przy jednej ławie zdążył uznać ich za jedną kompanię, czy rzeczywiście nią byli, czy nie.
    Musi dotrzeć do Dunkelwaldu.

    Nazwa mieściny padła cicho. Nie zrobiła takiego wrażenia jak „zwierzoludzie”, bo większość obecnych nigdy o niej nie słyszała. Tylko przepatrywacz skinął lekko głową, dając do zrozumienia, że wie, gdzie szukać tego miejsca. Gruber potarł kark i tak czy siak wytłumaczył mniej więcej, co to za miejsce.
    To sioło. Małe. Nieoznaczone na porządnych mapach, bo i po co komu oznaczać miejsce, gdzie ludzie osiedli chyba tylko po to, żeby odpocząć sobie od innych ludzi i od świata. Parę tuzinów drwali i łowców z rodzinami. Mniej niż setka. To oni prędzej ruszają gdzieś z towarem, niż ktoś fatyguje się do nich. Latem trafiają tam głównie ci, którzy potrafią czytać drogowskazy wyryte na kamieniach przy drodze. Zimą kamieni nie widać. Ścieżki też nie widać. Wszystko zasypał śnieg, więc sam nie trafi. Człek, który miał go prowadzić, zginął w ataku.

    Zmarszczył brwi, próbując wyczytać z ich twarzy, jak zapatrują się na mały spacer przez śnieg. Przez ostatni tydzień wyduszał z nich każdy grosz i był w tym dalece mniej przyjazny. Teraz sprawiał raczej wrażenie człowieka, który ze wszystkich sił pragnie, by ktoś inny przejął jego problem. W jego oczach i postawie odbijał się niepokój ciężki niczym żelazny całun.
    Zapłaci... – dodał po chwili. – ...i to w złocie, jak twierdzi. A ja dorzucę coś od siebie, jeśli jutro nie będę już miał go pod swoim dachem.
    To ostatnie powiedział ciszej, lecz z większą szczerością niż wszystko wcześniej. Gruber nie wyglądał w tej chwili jak człowiek targujący się o przysługę, ale jak gospodarz, który wyczuł, że pod jego dachem osiadło nieszczęście.
    Tacy goście źle robią interesom. Widmo spotkania zwierzoludzi może zatrzyma mi tu ciżbę jeszcze na parę dni, ale jeśli szanowny jegomość zbyt długo się zasiedzi, znajdą się i tacy, co spróbują szczęścia na szlaku, byle dalej od niego.
    Nie poprosił ich wprost, ale prośba tkwiła w jego postawie, w palcach zaciśniętych na krawędzi stołu i w spojrzeniu uciekającym raz po raz ku drzwiom izby, za którymi czekał Łowca Czarownic.

    Awanturnicy spojrzeli po sobie. Przez ostatni tydzień ich sakiewki topniały szybciej niż śnieg naniesiony do izby na podeszwach butów. Każdy kolejny wieczór pod dachem, każdy kufel i każda miska gorącej strawy kosztowały krocie, a będzie jeszcze trzeba zapłacić za tę noc. Nie mogli sobie zbytnio pozwolić na to, by ktoś inny zajął się tym problemem. Zresztą mówiono tu o złocie, nie srebrze. Być może chwila niewygody była warta fatygi i ryzyka?

    Zgodnie stwierdzono, że decyzja nie musi przecież zapaść od razu. Co szkodzi wejść i zobaczyć, jak wygląda oferta? Rudowłosy młodzik, człowiek lasu pod ciemnym kapturem, milczący wędrowiec o czujnych oczach i niziołek w zieleni Hochlandu podnieśli się jeden po drugim, a wielki kislevski pies ustawił się przy nodze niziołka. Kilka osób w sali odprowadziło ich wzrokiem. Była w tych spojrzeniach pewna ulga, ale też i pewna doza współczucia.

    Gruber ruszył przodem. Karczemny gwar został za ich plecami, przytłumiony przez wąski korytarzyk prowadzący do izby na parterze. Było tam niżej, chłodniej i ciaśniej. Na ścianach wisiały zapasowe derki, kilka starych narzędzi i wyschnięty wieniec z ziół, który dawno stracił zapach, jeśli kiedykolwiek go miał. Spod drzwi sączyła się cienka smuga bladego światła. Nie miała w sobie nic z ciepła paleniska.

    W środku pachniało krwią, gorącą wodą, alkoholem i mokrym ubraniem. Zapach przypominał ten z pola bitwy, lecz zamknięty był w zdecydowanie zbyt małym pokoju. Kapłan leżał na ławie, którą przykryto kocem i płótnem. Jego szaty zostały rozcięte, odsłaniając opatrzoną ranę biegnącą pod żebrami, paskudną i głęboką. Skóra wokół szycia była sina, gdzieniegdzie czarna od brudu i zakrzepłej krwi. Mężczyzna miał twarz zapadniętą od zmęczenia. Jego policzki ostro zarysowywały się na tle twarzy, a wargi miał spierzchnięte, lecz oddychał.

    Klęczał przy nim Łowca Czarownic. Nie wyglądał już jak ten sam człowiek, który wszedł do karczmy wraz z zawodzeniem wiatru. Bez płaszcza wydawał się młodszy, ale nie przydawało mu to łagodności. Miał niewiele ponad trzydzieści lat, może trzydzieści kilka. Jasne włosy przykleiły mu się od wilgoci do skroni. Twarz miał pociągłą i zmęczoną, lecz niezniszczoną. Była w nim pewna twarda nuta, zahartowana stal i zimno, które nosił jak element zbroi. Jego dłonie były czerwone od krwi, ale poruszały się pewnie. Kończył właśnie nakładać bandaż, owijając płótno ciasno, równo i przede wszystkim... pewnie. Miał w tym wielką wprawę, jakby w poprzednim życiu był felczerem.

    Na stole leżał jego kapelusz: szeroki, ciężki, z piórem nasiąkniętym wodą i szerokim rondem. Na klamrze, która go opinała, widniała żelazna brosza przedstawiająca podwójną kometę. Znak Sigmara. Obok spoczywał pistolet ozdobiony świętymi symbolami, z wytartą drewnianą rękojeścią, oraz miecz, którego pochwa nosiła ślady długiego używania. Pod rozpiętym kaftanem widać było kolczą koszulę i elementy dobrego, solidnego pancerza. Zrazu dało się poznać, że był to pancerz wykonany przez kogoś, kto rozumiał, że stal ma ratować życie, a nie budzić zachwyt.

    Nie odwrócił się od razu, gdy weszła czwórka awanturników. Dokończył bandaż, wsunął koniec płótna pod poprzednią warstwę i dopiero wtedy pochylił głowę nad kapłanem. Jego usta poruszyły się cicho. Nie było pewności, czy wypowiada modlitwę, obietnicę, czy może chodziło jeszcze o coś innego. W bladej poświacie okna, gdzie śnieg osiadał na zewnętrznym parapecie jak popiół na cmentarnych grobach, ten gest miał w sobie osobliwą godność. Łowcy Czarownic rzadko kojarzyli się z miłosierdziem. Ten też nie wydawał się miłosierny. A jednak przez ten jeden moment było jasne, że ranny kapłan nie jest dla niego tylko towarzyszem podróży ani narzędziem misji.

    Kiedy w końcu podniósł wzrok, cisza w izbie nieznacznie stężała. Jego oczy były jasne, chłodne i nieprzyjemnie uważne. Wolno przesunął wzrok po każdym z obecnych, w sposób, który kogoś mniejszego ducha mógł przyprawić o ciarki. Oceniał. Dokładnie lustrował każdy detal, broń, buty, dłonie, twarze, postawę, ślady podróży i inne szczegóły, które ktoś przeszkolony mógł dostrzec w ludzkiej sylwetce. Karczmarz wszedł za czwórką, chcąc upewnić się, że Łowcy niczego nie brakuje. Mężczyzna sięgnął do sakiewki, wyjął dwie złote korony i położył je na stole. Monety zabrzęczały cicho.

    Dziękuję, Herr Gruber. Oto zapłata za wodę, izbę i pomoc – powiedział. – Teraz proszę wyjść.
    Karczmarz spojrzał na złoto, potem na Łowcę, i szybciutko zwyciężył w nim rozsądek. Zabrał monety, skinął głową z niezgrabną pokorą i zamknął za sobą drzwi. Łowca Czarownic wstał powoli. Był krzepki, wysoki i roztaczał wokół siebie aurę autorytetu. Jego ruchy zdradzały zmęczenie, choć próbował je ukryć. Może od wielu godzin nie spał. Może od paru dni. Mimo to stał prosto, jakby sama myśl o słabości była uchybieniem wobec urzędu, który nosił.

    text alternatywny

    Klaus Sneider – przedstawił się wreszcie. – Imperialny Łowca Czarownic, zaprzysiężony przez Imperatora Karla Franza, Protektora Imperium.
    Nie zabrzmiało to bynajmniej chełpliwie. Nie potrzebował tego. Tytuł miał być informacją, ale był też ostrzeżeniem, i wszyscy w izbie mogli to zrozumieć. Wskazał rannego krótkim ruchem dłoni.
    To Leopold Mann, kapłan Sigmara. Człowiek wierny, twardszy niż powinien i, jak widać, jeszcze niegotów stanąć przed Morrem.
    Wypowiedział te słowa oschle, lecz ręka, którą poprawił koc przy ramieniu rannego, nie była ręką człowieka obojętnego. Gest trwał krótko, ale wystarczył, by odsłonić szczelinę w pancerzu surowości. Sneider mógł być fanatykiem, urzędnikiem ognia i stryczka, człowiekiem od wyroków, lecz nie był zrobiony z samego żelaza. A jeśli był, to tej nocy żelazo zdążyło pęknąć w jednym miejscu.
    Sięgnął po szmatę zanurzoną w misce i starł krew z palców. Nie zmyła się całkiem. Wniknęła pod paznokcie, osiadła w załamaniach skóry, jakby chciała zostać tam na dłużej. Sneider patrzył na swoje dłonie przez moment z nieodgadnionym wyrazem twarzy, po czym odłożył szmatę.

    Nie będę udawał, że sprowadzono was tutaj na czcze pogaduszki – rzekł. – Karczmarz twierdzi, że jest wśród was przepatrywacz znający drogę przez zasypany trakt. A i reszta z was nie pierzchnie, gdy napotkamy pierwsze przeciwności losu. Prawdę mówi?
    Zapytał, a kiedy zadowolił się odpowiedzią, płynnie przeszedł do sedna historii, tłumacząc, gdzie właściwie planuje ich zabrać i co robi w tych stronach.

    Zostaliśmy wysłani z Zamku Lenkstert, które tymczasowo jest nowym przyczółkiem władzy w okolicy po upadku Wolfenburga – ciągnął po chwili. – Jak zapewne wiecie, kogoś mojego urzędu nie posyła się dla sprawy błahej. Są rzeczy, które można zostawić miejscowym kapłanom, starszyźnie i tak dalej. Ale to, co dzieje się w miejscu, do którego zmierzamy, prawdopodobnie ma związek z siłami Chaosu...
    Zamilkł i pozwolił, by różnica między jednym a drugim wybrzmiała bez dodatkowych objaśnień. Za drzwiami ktoś w sali głównej zaśmiał się nerwowo, po czym natychmiast ucichł. Sneider nawet nie drgnął.

    Zmierzam do Dunkelwald – powiedział wreszcie. – Mała osada w niedalekiej okolicy. Kilkadziesiąt dusz, które skupiają się na handlu drewnem, skórami i mięsem. Prawdę powiedziawszy, zapomniana wieś, o której nawet mało słyszeli poborcy podatkowi. Jednym słowem zapadła dziura, gdzie psy szczekają dupami.
    Pozwolił sobie na żartobliwą uwagę, która z jego ust brzmiała wcale nieśmiesznie, bo wypowiedział ją z gniewem. Potem podszedł do stołu i oparł na nim dłonie. Drewno skrzypnęło cicho pod naciskiem.
    Do Lenkstert dotarły jednak niepokojące wieści. Ostatni poborca, który tam zawitał, uciekł w nocy, obawiając się o swoje życie. Mówił, że sioło to jest norą kultystów, jeno przebranych za poczciwych obywateli. Podobno nie zgadzają się także wpisy z księgi narodzeń i zgonów. Poznikało trochę ludzi. Niestety, zanim ktoś z głową na karku zdążył zebrać szersze zeznania, serce stanęło biednemu Emrichowi. A robił w swoim fachu jedynie dziesięć lat, trzeba wam wiedzieć. Zgroza, którą przeżył, musiała zaciążyć jego sercu i duszy.

    W tej chwili jego twarz wydawała się jeszcze bardziej surowa, lecz nie była twarzą człowieka, który czerpie przyjemność z grozy własnych słów. Raczej kogoś, kto znał już zbyt wiele historii zaczynających się w podobny sposób.
    Mann i ja mieliśmy się tam przejechać i zbadać sprawę. Oddzielić ziarno od plew, głupotę od herezji i tak dalej. Zdarza się, że nawet zgłoszenia przekazywane przez urzędników są, no cóż, pochopne – rzucił, choć raczej nie było widać po nim, by uważał, że urzędnik wydał zły osąd.
    Mieliśmy eskortę – dodał po chwili. – Niewielką, lecz wystarczającą na drogę. Kilku zbrojnych, dwóch konnych, chłopaka od zapasów i miejscowego przewodnika, który mówił, że będzie w stanie przeprowadzić nas przez te śniegi. Wszystko szło dobrze pomimo silnej śnieżycy. Namioty i ekwipunek na takie wyprawy wydaje się z najlepszych materiałów, ale to nie zima miała zebrać żniwo wśród moich ludzi...
    Jego palce zacisnęły się lekko na krawędzi stołu. Choć żaden grymas nie przeszedł mu przez twarz i nawet nie westchnął, w tym drobnym ruchu dało się poznać, że nie poradził sobie jeszcze w pełni z tym, co wydarzyło się parę godzin temu na przełęczy. Trudno się dziwić. I tak szło mu zaskakująco dobrze.

    Zwierzoludzie wyszli na nas z zamieci. Nie z lasu, nie z traktu, nie z miejsca, gdzie rozsądny człowiek wypatruje zasadzki. Wyłonili się ze zwierciadła bieli i oddam głowę, że jej intensywność jest sprawką ich plugawych rytuałów. W każdym razie zaskoczyli nas. Najpierw zobaczyliśmy rogi, czarne na tle śniegu. Potem racice, a później rozgorzała walka, w której nie mieliśmy żadnych szans. Na każdą dwójkę, którą położyłem mieczem, pojawiała się następna trójka. Usłyszałem krzyk konia, potem dostałem w głowę, potem... reszta potoczyła się szybko.
    Mówił spokojnie, lecz widać było, że trochę kosztuje go zachowanie takiej fasady. W każdym razie oszczędził im opisu rozrywanych ciał i innych rzeczy, których dopuścili się zwierzoludzie.
    Przewodnik zginął pierwszy albo drugi. Trudno powiedzieć. W takich chwilach kolejność śmierci przestaje mieć znaczenie dla kogokolwiek poza Morrem. Leopold dostał pod żebra, kiedy próbował podnieść jednego z konnych. Chłopak od zapasów uciekł w drzewa. Być może dotarł daleko. Być może wciąż biegnie. Być może śnieg okazał się dla niego łaskawszy niż bestie.
    Nie było w tym kpiny. Tylko ponura nadzieja, że koniec chłopaka był nieco spokojniejszy niż reszty. Sneider odsunął się od stołu i spojrzał ku oknu. Za szybą zamieć szorowała po szkle, jakby tysiące lodowych paznokci próbowały znaleźć szczelinę do wewnątrz, by zdusić ciepło w środku.
    Zostaliśmy we dwóch. Jakoś udało nam się trochę odczołgać, a śnieżyca, ta sama, która wcześniej ich ukryła, teraz ukryła nas. Sigmar w swojej opatrzności osłonił nas przed bestiami w dalszej drodze i jakoś udało nam się tutaj dostać.
    Odwrócił się znów ku stojącym w izbie.
    Nie jestem człowiekiem, który wierzy w przypadek. Jeśli Mann oddycha, jeśli ja stoję tutaj zamiast leżeć z twarzą w śniegu, to znaczy, że droga jeszcze się nie skończyła. Sigmar widocznie chce, bym dalej podążał swoją drogą.
    Wypowiedział to bez podniesionego głosu, ale z taką pewnością, że zawstydziłby niejednego akolitę Młotodzierżcy. Była w tym wiara prawdziwa, twarda i nierozcieńczona, ale zarazem coś niebezpiecznie bliskiego pysze.

    Przez chwilę patrzył na czwórkę wędrowców stojących w izbie, a blade światło z okna czyniło jego twarz jeszcze surowszą.
    Potrzebuję przewodnika – powiedział wreszcie. – Kogoś, kto zna las, drogę i te przeklęte zimowe ścieżki.
    Jego spojrzenie zatrzymało się na przepatrywaczu, lecz zaraz objęło całą czwórkę, jakby nie zamierzał pozwolić, by którykolwiek z nich schował się za plecami drugiego.
    Wygląda na to, że potrzebuję też ostrzy. Oczu. Uszu. Ludzi, którzy potrafią trzymać broń w dłoni i patrzeć w ciemność bez natychmiastowej potrzeby odwracania wzroku. Nie szukam świętych mężów, a i wy nie wyglądacie mi na takowych. Nie obchodzą mnie jednak teraz wasze występki. Sprawa jest pilniejsza od jakichkolwiek małostkowych rzeczy, którymi mogliście się obarczyć w przeszłości. Wiele osób miało powody, by w ostatnich latach przetestować swoją dobrą duszę, ale teraz gra toczy się o wyższą stawkę i jestem skłonny przymknąć oko na małe przewinienia. Żaden z was nie jest przecież poszukiwany?
    Zapytał. Kącik jego ust poruszył się nieznacznie, ale oczy pozostały czujne. Nikt nie zdradził się z kryminalną przeszłością, więc pozwolił sobie na coś, co mogło uchodzić za płytki uśmiech, grymas, który na moment znalazł szczelinę w żelaznej twarzy.

    Przesunął dłonią po krawędzi stołu. Krew na jego palcach zdążyła już ściemnieć, wchodząc w pęknięcia skóry jak brud.
    Doprowadzicie mnie do Dunkelwaldu. Tam pozostaniecie przy mnie tak długo, jak będzie wymagało tego śledztwo. Do waszych obowiązku będzie należało pilnowanie moich pleców, drogi odwrotu i spełnianie moich drobnych poleceń. Nie wymagam od nikogo wiary ponad tę, którą powinna być w każdy mieszkańcu Imperium. Nie będziecie też pomagać mi w czynieniu sądów, o ile sami nie zechcecie. Podsumowując, wymagam posłuszeństwa w sprawach, które zazwyczaj nie wykraczają poza standardowe czynności przewodników i najemników. To chyba nie brzmi najgorzej? - zapytał retorycznie.
    Dopiero wtedy sięgnął do sakiewki. Przesunął palcem po monetach w środku, ale nawet ślepy zauważyłby, że ma ich sporo. Naprawdę sporo. Trzeba tu dodać, że sakiewkę należałoby raczej nazwać sakwą.

    Trzydzieści karlów od głowy – powiedział. – Za drogę do Dunkelwaldu i ochronę podczas wykonywania moich obowiązków.
    Pozwolił, by suma wybrzmiała. W karczmie, po tygodniu bezczynności i wydawania srebra, trzydzieści karlów nie było małą sumką. Wystarczająco dużą, by człowiek zaczął ważyć z nią ryzyko, głód, mróz i własną niechęć do Łowców Czarownic.
    Jeśli sprawa zakończy się tak, jak zakończyć się powinna, zapłacę również za drogę powrotną. Piętnaście karlów od głowy. Bez targów po fakcie. Bez karczemnych sztuczek i dodatków za wszelkie niedogodności, jakie mogłyby nas spotkać.
    Posłał im zimne spojrzenie lodowatych oczu. Nie dodał, że odmowa byłaby może rozsądna. Nie musiał. Wiedział to on i wiedzieli to oni. Mógł jeszcze popytać innych w karczmie i może nawet by kogoś znalazł, ale jedno było pewne. Sneider nie zamierzał odpuścić sobie tej wycieczki, a jeśli nie znajdzie chętnych za złoto, istniało niemałe prawdopodobieństwo, że będzie próbował innych metod werbunku. Takich, których nikt nie chciał w gruncie rzeczy poznawać.

    Łowca Czarownic czekał na odpowiedź, stukając niespokojnie w blat stołu.


    Walka była szybka i brutalna, drwale dali się im we znaki bardziej niż mogli się spodziewać. Tomasimo ranny po ostatnim pojedynku z mutantami wolał trzymać się w oddali, wlazł na pobliski wóz i z niego wybierał kolejne cele dla swojej procy. Wybór był poniekąd słuszny, patrząc jak Heinz o mało nie przytrafił starcie życiem i obserwując krew spływającą po twarzy Klausa. Krwią zabiitych się nie przejmował, tym bardziej gdy zapach ozonu w powietrzu wydobył się z rąk starszej kobiety. Magia? Splunął na ziemię niziołek. a więc i wiedźmę tu mieli. To zapomniane przez bogów miejsce nie przestawało go zadziwiać. - Ile takich wiosek jest teraz w Imperium po Inwazji Chaosu? - zadumał się, ale mało czasu było na rozmyślania, zieloni zbliżali się ze wzgórza i o ile w prorocze sny mało wierzył to ciarki go przechodziło na myśl, że coś zesłało omen Heinrichowi. Może Morr, a może nie Morr... nie tylko o Panie Zmarłych mówiono że zna przyszłość. Zebrali się jak najszybciej się dało, uradowani że ich kuc i koń nie uciekły podczas pożaru. Zwierzę drżało ze strachu i z wielkim trudem udawało się je prowadzić przez uliczki pośród pożaru. Szczęśliwie wyszli z wioski dość szybko i już bez większych problemów. Sneider miał rację, co do wojskowej oceny zniszczenia wioski i zapasów przed napadem zielonoskórych, ale nie zmniejszało to guli w gardle jaką każdy z nich czuł. Nie po to zostawał żołnierzem by mordować cywilów, choć dobrze wiedział z opowieści, że i takie obowiązki bywają. Smród palonego mięsa zostanie z nim już na zawsze, zniszczona wioska wyglądała w jego oczach gorzej niż rozpalane wcześniej stosy. Morze ognia i cierpienia, śmierć niewielu by reszta mogła żyć w bezpiecznym Imperium. Gorzki, naprawdę gorzki smak miała służba ludzkości. Niziołek nic nie mówił tylko patrzył w milczeniu i maszerował aż znaleźli osłonę przed zimnem i miejsce na nocleg. Po kąpieli zaoferował zajęcie się ranami kompanów, darmo, kto chciał i wierzył że wojsko nauczyło go nie tylko strzelać z rusznicy, mógł dać się oddać pod jego rękę, miał opatrunki, bandaże, spirytus do przemywania ran a nawet zabezpieczone w lnie czyste szczypce do wyjmowania odłamków strzał. Gdy skończył poszedł zadbać o kuca, wyczesać, dać mu i koniowi Pietera obroku i wody w misce, psa też nakarmił i napoił, każąc mu wartować przy kopytnych. Może zielonych mieli z głowy, ale wilki w lasach były nadal. Słowa Łowcy Czarownic jedynie skwitował żołnierskim - Ku chwale Imperium! i skinięciem głową w uznaniu co do zasady dotrzymywania słowa jaką kierował się Sneider. Honor przecież mamy tylko jeden. Wziął pieniądze i po ustaleniu wart po prostu zdjął pancerz i padł spać, był wykończony.
  • SantorineS

    Witam wszystkich graczy w sesji! 😄

    Kwestie organizacyjne

    Sugestie co do pisania postów:

    • dialogi bez kursywy,
    • obrazki w postach prosiłbym, aby wyśrodkować,
    • doc, w którym będziemy rozpisywać walki, podam na wspólnym czacie
    • mniej więcej dziesięć zdań, można więcej, można ciut mniej. Liczą się konkretne plany i deklaracje.

    Zasoby, z których warto korzystać

    • https://2e.aonprd.com/ - mechanika, na której polegamy.
    • https://pf2easy.com/ - alternatywna strona.

    PF2Easy nie ma wszystkiego, co ma Nethys, ale za to ma ładniejszy interfejs i lepszą wyszukiwarkę.

    Tempo sesji

    5 dni dla graczy i 5 dni dla MG (choć dotychczas udawało mi się dowieźć swoje posty znacznie wcześniej). Prosiłbym o zgłaszanie mi wcześniej nieobecności lub przynajmniej komunikację, że Was nie będzie, jeśli nie wyrobicie sie w terminie, jeśli Wam się zdarzy.

    Możliwe, że tempo z mojej strony będzie nieco wolniejsze. W takim wypadku zamiast zwykłego terminu, podam swój zaraz po ostatnim odpisie gracza w kolejce.

    Poziomy ran

    Przypominam także poziomy ran dla postaci neutralnych i przeciwników podczas walki:
    100% - W pełni zdrowia (brak statusu postaci)
    Do 80% - Draśnięty
    Do 50% - Ranny
    Do 30% - Poważnie ranny
    Do 10% - Krytycznie ranny
    Mniej niż 10% - Na skraju śmierci

    ~

    Na ten moment, rozpisałem scenę, gdzie postacie znajdują Lwią Lożę - jesteście od Loży jakieś 200-300 metrów, na ścieżce, która wiedzie prosto do niej. Wokół góry i bezdroża i nie ma nic poza Lożą. W dali widzicie dwie postacie, zapewne gospodarzy Lwiej Loży, którzy machają Wam na powitanie. Umyślnie wrzucam scenę, w której nie dzieje się jeszcze nic i w której macie szansę przygotować się, przedstawić swoje postacie lub uknuć jakiś plan, jeśli chcecie 🙂

    Życzę wszystkim przyjemnej gry.

    Czekam na komplet postów do 04.07.26 .


    Podsumowawszy: Ponieważ decyzji co do podziału przedmiotów nie było, te przedmioty ostatecznie trafiają do domyślnych person, które nakreśliłem w tabelce w poprzedniej turze Niszczycie pentagram, per deklaracja Zairy. Przesuwacie łóżka obok ołtarza, takowoż deklarowane przez Zairę. Nikt nie kwestionował położenia sideł zastawionych przez Dorlivina, więc zostają tak, jak są: jedno przy tajemnym przejściu, jedno przy wejściu do korytarza do jaskini i jedno przy wejściu do jaskini. Sloty zaklęć odnawiają się po dłuższym odpoczynku. @piołun wymienia Kraghulowi feat i zaklęcia. Jaithe i Zakareth pozostają przy swoich. Podczas odpoczynku Jaithe odcyfrowuje spory kawałek dziennika Auldegrunda - szczegóły w fabule. Co do kawałku “chcąc też przypomnieć sobie czy w okolicy są miejsca które by się nadawały na rytułały czy też miejsca z cienką wartswą bariery między wymiarowej, albo podatne na układ konstylacji. święte miejsce, lub jaskinie które taką energię koncentrują bo konstylacja jest idalnie na równa z nim.” → Jaithe nie ma pojęcia o takich miejscach w okolicy. Dorlivin dodaje resztki trucizny do sideł per sugestia Zairy. Podczas odpoczynku wszyscy leczą swoje rany i są teraz w pełni zdrowia. Początek walki: Słyszycie, jak ktoś wpada w pierwszą z pułapek Dorlivina. Słyszycie zaklęcia, wygląda na to, że ta banda leczy się. Zaraz na początku walki: kultyści otwierają drzwi skalnego korytarza na oścież, rzucają jakąś eksplodującą butelkę przed siebie, drugie z sideł Dorlivina pada. Rozpoczynacie walkę. Zapraszam na Google Doc
  • MorphM

    "When people told themselves their past with stories, explained their present with stories, foretold the future with stories, the best place by the fire was kept for... [The Storyteller] Morph"

    PROLOG

    -Salut, piękna duszo. Zbłądziłaś? Nie szkodzi. Usiądź, proszę i rozgość się.
    Ogień w kominku już płonie, w końcu po lecie. Nieprawdaż? Herbata nadal gorąca. Pozwól, że poczęstuję cię czarkę. Hipsterzy splugawili także i ten rytuał. Na szczęście nie oznacza to, że my nie możemy celebrować go, jak za dawnych czasów. Usiądź. Rozgość się. Zapraszam.

    Wiesz… zawsze mnie bawiło, kiedy ludzie mówią, że trafili gdzieś przypadkiem. Przecież każde dziecko wie, że nie ma przypadków. Są tylko znaki. A coś mi mówi, że twoja obecność tutaj jest jednym z nich.
    Być może szukałaś czegoś zupełnie innego. Być może przyszłaś tylko na chwilę.
    Ale skoro już tu jesteś… Zostań, proszę, mam ci coś do pokazania.
    Dziesięć historii. Dziesięć światów. Dziesięć dróg, którymi możesz wyruszyć.
    Nawet nie pytaj dokąd prowadzą. Zdradzę ci sekret - sam jeszcze nie jestem pewien. Właściwie… to wszystko tak naprawdę zależy od ciebie. I tylko od ciebie.
    Wszak każda historia potrzebuje swojego bohatera, ale i kogoś, kto o nim opowie. Aha… i nie zapomnij - przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę.

    Oto Morphameron.
    Dziesięć konceptów fabularnych. Zerknij, przeczytaj, skomentuj i zdecyduj,którą historię mam ci opowiedzieć? Która z nich woła cię najgłośniej?

    Hypatia 9 - Awakening protocol error

    Hypatia.jpg

    W pierwszej chwili widziałem tylko karminowe mroczki i rozdygotane plamy. Poprzez gęste opary wydobywające się z uszkodzonego przewodu chłodzącego, świat wokół wyglądał jak na kwasowym tripie. Tylko proszę, nie pytaj skąd wiem, jak wygląda świat na kwasowym tripie. Po prostu wiem. Ok?
    Ledwo wybudzone z lodowego snu zmysły, wariowały od natłoku bodźców. Sam nie wiem, co w tamtej chwili było najgorsze - wściekłe wycie alarmowych syren, agresywne pulsowanie czerwonych świateł, czy ten nieludzki jęk wydobywający się z gardła duszącego się człowieka.
    Nie myślałem. Działałem instynktownie. Niemal, jak doskonale zaprogramowana maszyna. Było to tym bardziej dziwne, że nie wiedziałem ani jak mam na imię, kim jestem, ani gdzie się znajduję.
    Rozdałem maski pozostałym wybudzony, po czym doskoczyłem do konsoli sterowania. Komputer pokładowy meldował o dekompresji części pomieszczeń, awarii systemów podtrzymywania życia, wycieku z reaktora i dziesiątki innych drobnych usterek. Istny, kurwa, armagedon. Nie było czasu, ani czasu na rozmowy, ani aby zastanawiać się nad swoją utraconą biografią. Każdy z nas czuł gdzieś z tyłu głowy tępy, fantomowy ból po utraconej pamięci. Kim jesteśmy, skąd przybyliśmy i dokąd lecieliśmy, nie było najważniejszą rzeczą w tej chwili. Najpierw trzeba było zabezpieczyć statek, by utrzymać się przy życiu. Dopiero potem można było próbować ocalić wspomnienia o nas samych.
    Wokół nas rozciągała się nieskończona czerń obojętnego na wszystko kosmosu. A w jego wnętrzu - my - garstka ludzi walczących o przeżycie.

    BG budzą się z kriogenicznego snu na dryfującym, ciężko uszkodzonym statku międzygwiezdnym. Alarmy wyją, systemy podtrzymywania życia ulegają kolejnym awariom, a komputer pokładowy odlicza czas do całkowitej utraty zdolności operacyjnych jednostki. BG nie pamiętają, kim są, nie znają celu misji ani tego, ani dlaczego znaleźli się tak daleko od domu.
    Nadrzędnym celem jest przetrwanie. Uruchomienie systemów podtrzymywania życia. Ustabilizowanie statku. Dopiero potem będą mogli poszukać odpowiedzieć na pytanie, które z każdą minutą staje się coraz bardziej niepokojące.
    Co wydarzyło się podczas ich krio-snu?

    Hypatia 9 to survival sci-fi przechodzący w metafizyczny horror.

    Ostatni rozdział

    Ostatni rozdzial.jpg
    Wakacje na Mazurach, marzenie wszystkich dzieciaków, mieszkających w latach 90-tych w blokach z wielkiej płyty. Pachnące wolnością, ciągnące się aż po horyzont lasy, codzienne kąpiele w jeziorze i gonitwy do późnego wieczora. Wtedy wydawało się, że najgorsze, co może spotkać dzieciaki, to bura od sąsiada któremu podkradali jabłka lub przegrana w chowanego. A jednak w tamte wakacje wydarzyło się coś, o czym przez lata nikt nie odważył się mówić.
    Jan Wiśniewski – tajemniczy pisarz, którego powieść, bazująca na traumie z dzieciństwa, stała się literackim fenomenem – zaprasza dawnych przyjaciół do domu, gdzie wszystko się zaczęło. Czeka tam na nich, nie tylko nierozwiązana, zagadka tajemniczej śmierć sprzed lat, bolesne wspomnienia, których nigdy do końca nie zapomnieli, ale przede wszystkim nowa historia w której odegrają rolę głównych bohaterów.

    BG to grupa ludzi, która znała się w dzieciństwie. Jednego roku spędzali razem wakacje na mazurskiej wsi. Tego lata wydarzyła się tragedia. Siostra Janka, Sara, zginęła w czasie zabawy w chowanego. Po latach Jan opowiedział o tych wydarzeniach w książce, którą napisał. napisał Powieść ta przyniosła mu sporo pieniędzy i wielki sukces. Sukces na tyle duży, że przygniótł go on swym ciężarem. Kilka miesięcy po premierze książki, Jan wycofał się niemal natychmiast z życia publicznego. Jedni mówili, że wyjechał za granicę. Inni rozpowiadali, że zapił się i szlaja po kolejowych dworcach. Jeszcze inna wersja mówiła, że sukces zbudowany na rodzinnej tragedii, przypłacił pobytem w szpitalu psychiatrycznym.
    Po ponad ćwierć wieku od tamtych pamiętnych wakacji, BG otrzymują zaproszenie od Jana, aby spędzili kilka dni w jego towarzystwie w domku na Mazurach, który właśnie kupił.

    Ostatni rozdział - psychologiczny folk horror w mazurskim krajobrazie.

    Sen o Warszawie - Nokturn IV

    Sen o Warszawie.jpg

    Kurier Warszawski 22 października 1925 roku, w dziale Kronika Towarzyska pisał:
    

    “Niezwykły Wieczór Artystyczny u Hrabiego Rzewuskiego”
    Warszawskie koła artystyczne i towarzyskie z niemałym zainteresowaniem oczekują zapowiadanego na przyszły tydzień zamkniętego wieczoru w pałacu hrabiego Aleksandra Rzewuskiego. Gospodarz, znany mecenas sztuki, kolekcjoner antyków oraz zagorzały pasjonat okultyzmu i metafizyki, zaprosił grono przedstawicieli arystokracji, świata literackiego oraz nauki na prezentację najnowszego dzieła młodego i obiecującego malarza, Antoniego Wierzbickiego.
    Artysta, którego twórczość od pewnego czasu wzbudza gorące dyskusje na warszawskich salonach, utrzymuje, iż jego obrazy nie są wyłącznie owocem talentu i wyobraźni. Wedle własnych zapewnień korzysta on podczas pracy z tak zwanej ideoplazmy, niematerialnej substancji która wydobywa się z jego ciała w czasie transu spirytystycznego, mającej rzekomo utrwalać obrazy niewidzialne dla ludzkiego oka.
    Pokazowi towarzyszyć ma demonstracja samego procesu twórczego, co czyni wydarzenie jednym z najoryginalniejszych przedsięwzięć artystycznych obecnego sezonu. Nie brakuje jednak głosów sceptycznych, uznających całą sprawę za zręcznie przygotowaną mistyfikację, obliczoną na modną dziś fascynację okultyzmem i zjawiskami mediumicznymi.
    Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z przełomem w sztuce współczesnej, czy jedynie z wyszukaną prowokacją artystyczną, jedno wydaje się pewne — o Antonim Wierzbickim i jego tajemniczym obrazie, Warszawa mówić będzie jeszcze długo.”

    Sesja Zewu Cthulhu, choć na pewno niekoszerna. Warszawa roku 1925. BG to ludzie z wyższych sfer, zaproszeni na wieczorek artystyczny do hrabiego Rzewuskiego. W czasie seansu, oczywiście dojdzie do bardzo nietypowych wydarzeń, które zmuszą BG do rozpoczęcia śledztwa i zanurzenia się w uliczny półświatek apaszy, hermetyczne środowisko warszawskich chasydów oraz jeśli starczy im odwagi, do zajrzenia w najbardziej mroczne zakątki stolicy.

    Sen o Warszawie - kosmiczna groza w warszawskiej scenerii.

    Biała łuna

    Biala Luna.jpg

    6 stycznia 1940, okolice Suomussalmi
    Meldunek dowódcy 9 Dywizji Piechoty:
    "Samolot rozpoznawczy Fokker C.X, wykonujący lot obserwacyjny nad pozycjami wojsk sowieckich, nie powrócił do bazy. Ostatni kontakt radiowy wskazywał rejon jeziora Kiantajarvi. Wysłać patrol celem odnalezienia wraku, i zabezpieczenia dokumentacji."

    W grudniu 1939 roku sowiecka 163 Dywizja Strzelecka weszła w głąb Finlandii. Kilkanaście dni później fińska 9. Dywizja Piechoty pod dowództwem płk. Hjalmara Siilasvuo odcięła wojskom radzieckim wszelkie drogi odwrotu. Chcąc udaremnić ewentualny kontratak wojsk radzieckich, płk. Siilasvuo zarządził liczne loty zwiadowcze.
    BG to członkowie drużyny kaukopartiotoiminta, patrolu dalekiego zasięgu, którego zadaniem jest odnalezienie wraku samolotu. W czasie patrolu zmierzą się oni nie tylko z potwornym mrozem, porywistym wiatrem, dziką przyrodą, jednostkami wroga, ale też czymś w czego istnienie, aż trudno uwierzyć.

    Biała Łuna - historyczny survival horror w lovecraftowskim sosie.

    Monada: Poza polem widzenia

    Monada.jpg

    USA, rok 1999. Axiom Defense Technologies, to prywatna firma, która od lat realizuje kontrakty w zakresie ochrony, stałego nadzoru i monitorowania obiektów o podwyższonym rygorze bezpieczeństwa.
    Od kilku miesięcy Axiom Defense Technologies prowadzi obserwację obiektu o nazwie Sektor Nadzoru Alfa VT-05 (Vermont Territory). Pod tym korpo szyfrem kryje się olbrzymi fragment lasu w stanie Vermont. To praktycznie odcięty od świata kompleks leśny, nad którym wiecznie wiszą gęste, nieprzeniknione mgły, spowijające nierzadko nawet korony drzew. Wszędzie panuje niemal drażniąca zmysły, niepokojącą ciszą. Teren ten wedle plotek i legend od wieków owiany jest mroczną sławą. Stare indiańskie podania mówią o uwięzionych w kniei bytach i starożytnych siłach, których ludzie nigdy nie powinni byli niepokoić. Do nich należy dodać współczesne opowieści o tajemniczych zaginięciach, mrocznych obrzędach praktykowanych przez nielicznych mieszkających w okolicy ludziach oraz korporacyjnych ploteczkach o byłych strażnikach, którzy po samotnych dyżurach w tym sektorze stracili zmysły.
    Aby zachęcić pracowników do zgłaszania się na ochotnika do dyżurów w tym sektorze, zarząd ADT przyznaje sowite premie za każdą odbytą tam służbę. Co zamiast wygasić plotki i niepokoje, tylko je wzmocniło.

    BG nie należą do ludzi tchórzliwych, a nawet jeśli, to argument finansowy działa na nich na tyle mocno, że zgłaszają się do dyżurów w tym sektorze. BG jako obserwatorzy obsadzają odizolowane, wieże strażnicze znajdujące się głęboko w lesie. Ich jedynym zadaniem jest ciągła obserwacja terenu, skrupulatne przestrzeganie rygorystycznych procedur i składanie rutynowych raportów dwa razy na dobę. Kilka miesięcy służby minęło spokojnie i wręcz monotonnie. Nikt jednak nie narzekał, bo pensja za kilka dni czuwania wynagradzała nudę i samotność.
    Kolejna zmiana przebiega jednak zdecydowanie inaczej od poprzednich.

    Monada - psychologiczny survival horror o samotności, potędze natury i tajemnicach sprzed wielu, wielu lat.

    Lot 20-966

    Lot 20-969.jpg

    Porównanie hali odlotów na lotnisku w Beijing do gniazda os, byłoby niedopowiedzeniem. Pomnóż wielkość tego gniazda przez liczbę Grahama, ponapierdalaj w niej kijem i wtedy może… może będziesz w stanie wyobrazić, jak wygląda zwykły, szary i deszczowy wtorek na tym chińskim terminalu lotniczym.
    Na szczęście do kiedy pracuje dla Tianlong Consortium, to przez główną halę tylko przemykam. Runnerzy mogą pierdolić o wolności, walce z system i tym całym swoim alternatywnym życiu w zgodzie z naturą, ale gdyby tylko mieli możliwość skorzystać z luksusów prywatnej odprawy i zasiąść w komfortowym fotelu na pokładzie korporacyjnego jeta, szybko zmieniliby zdanie.

    Lot 20-966 miał być zwykłą podróżą służbową. Korporacyjny odrzutowiec, trzydzieści osób na pokładzie, ochrona, pracownicy działu HR, freelancerzy. Spokojny, niemal relaksacyjny lotu z Beijing do Johannesburga, niespodziewanie zmienia się w koszmar i brutalną walkę o życie. Nad Mozambikiem rakieta rozrywa kadłub, a maszyna spada na terytorium kraju pogrążonego od kilku lat w wojnie domowej. Ci, którzy przeżyli, zostają odcięci od świata, bez łączności, bez wsparcia i z minimalną ilością wody i jedzenia.. Wokół płonącego wraku szybko pojawiają się ludzie, dla których katastrofa jest nie tragedią, lecz okazją.
    Ocaleni będą musieli przedostać się przez kraj rozrywany walkami, przemierzając tereny kontrolowane przez wojsko, partyzantów i lokalnych watażków. Każdy sztuka amunicji, każda kropla wody i każda działająca bateria mogą zdecydować o tym, czy dożyją następnego dnia.

    Cyberpunkowa survivala sesja akcji z polityczną intrygą w tle.

    Nie-Nie-Bo

    NIeNieBo ok.jpg

    -Czy do ochujałeś do reszty, Zico? - warknął niczym wściekły pitbull, Igor, pełniący od ponad roku rolę menadżera klubu Nie-Nie-Bo. Miejsca ważne nie tylko dla Warszawy, ale i całej podziemnej Polski. Klub legenda, nie tylko z uwagi na swój wystrój, prestiż, zapraszane muzyczne gwiazdy, ale przede wszystkim z uwagi na pełnienie funkcji oazy dla tych którzy chcieli się spotkać w spokojnych i bezpiecznych warunkach. Wszyscy wiedzieli, że Sowiński gwarantuje nie tylko luksusową przestrzeń, najlepsze kurwy w czasie coffee break, ale też parasol od policji i wszystkich innych służb.
    -Szef się nie denerwuje, to szkodzi na serce - odparł lekko rozbawiony wkurwem menadżera, barczysty ochroniarz.
    -Jak mam się, kurwa, nie denerwować? Widzisz to? Widzisz? No spójrz! Widzisz to? - rozdygotaną dłonią wskazywał na otwarty i co gorsza pusty sejf.
    Zico wzruszył ramionami.
    -No… - mruknął potwierdzająco.
    -A wiesz co się stanie, jak Sowiński dowie się, że ktoś zajebał depozyt? Pozwól, że cię kurwa, oświecę. Najpierw wydłubie nam oczy. Później obetnie jaja, powyrywa paznokcie i przestrzeli kolana. A to tylko na przystawkę, że się tak wyrażę. Albo jak on to nazywa - “zachętę do szczerości” Jeśli nie znajdziemy depozyty i tych, co go zajebali, to Sowiński nie tylko wybebeszy nas, ale i nasze rodziny do trzeciego pokolenia wstecz. Kumasz?
    Zico zrobił zamyśloną minę i już miał odpowiedzieć, że kuma, gdy do biura wparował Cegła, zwany przez złośliwych także Pustkiem.
    -Mamy ich szefie - powiedział wymachują z dumą małą kartą pamięci.
    -Mów co to jest? - zapytał purpurowy z wściekłości Igor. Nie miał teraz ani sił, ani chęci na durne zagadki.
    -Cwaniaczki odłączyli monitoring, ale Leon, to barman.. Taki wysoki blondyn.. Kojarzy szef?
    -Mów kurwa co to jest, bo… - menedżer nie dokończył, zaciskając pięści z rozsadzającej go furii.
    -No Leon rozmieścił w klubie swoje kamery i tutaj mam z nich nagranie - wyjaśnił Cegła.
    -Powinienem zapytać na jaki chuj Leon ma swój prywatny monitoring w moim klubie. Z uwagi jednak na fakt, że to może być nasza ostatnia deska ratunku, jakoś to przemilczę. Dawaj mi to! - krzyknął otwierając laptopa.
    -Ja pierdolę! - krzyknął Zico, nachylając się nad ramieniem menedżera, aby zerknąć na ekran - To przecież…
    -Tak! Przecież sam widzę kto to jest. Nie sap mi tutaj nad uchem, tylko bierz chłopaków i znajdzie go.

    Polska 2026 - Warszawa. Igor Mostowski jest właścicielem klub Nie-Nie-Bo. Właściwie to tylko słupem na którego klub jest zarejestrowany w urzędach. Nie-Nie-Bo to znana imprezownia na praskim brzegu. Tutaj bawią hipsterzy, bananowa młodzież, influencerska śmietanka, ale też bywa tutaj wielu znanych ludzi półświatka. Klub jest uważany za swego rodzaju eksterytorialne miejsce, gdzie można w spokoju omówić interesy, znaleźć robotę itd. Klub należy bowiem do Zygmunta Sowińskiego, byłego SB-ka, który najpierw po odejściu z UOP-u zajął się prowadzeniem firmy ochroniarskiej, a potem wszedł mocno w rynek nocnych klubów.
    BG wcielają się w rolę agentów ABW, którzy w ramach nieformalnego zadania mają odnaleźć tych, którzy okradli Sowińskiego. Ten bowiem ze starych czasów ma liczne znajomości w agencji.

    Modern horror w nadwiślańskiej stolicy.

    Ebenus Heksaedr

    EBENUS BOX.jpg

    Przez ostatnie kilkanaście kilometrów krajobraz wyglądał, jak ucieleśnienie śmieci. Tego, co tu zaszło nie potrafił wyjaśnić żaden kapłan, druid, czy uczony. Trawy i drzewa wyschły, rzeki zniknęły, a opuszczone domostwa wyglądały tak, jakby od dziesięcioleci nikt nie przekroczył ich progów — choć jeszcze niedawno płonął ogień w ich kominkach. Ziemia pod stopami nie była już ziemią, jaką znali. Drobny, karmazynowy piaskiem, który unosił się i wirował przy każdym kroku niczym popiół.
    Pośrodku tego martwego obszaru stał kamień. Czarny, ogromny i absolutnie gładki, pozbawiony drzwi, okien, znaków czy choćby jednej rysy. Nie rzucał cienia. Nie odbijał światła. Po prostu był — jak przedmiot pozostawiony przez kogoś, kto znał zasady tego świata znacznie lepiej niż ci, którzy przyszli je badać. I dopiero gdy zbliżyliście się na tyle, że jego czarne ściany zaczęły wypełniać całe pole widzenia, na jednej z nich pojawiła się cienka, idealnie biała linia. Przebiegła pionowo od góry do dołu, po czym druga, pozioma, przecięła ją niemal w połowie.
    Sześcian objawił prawdę. Drzwi stanęły otworem. Pozostaje jedno pytanie - czy znajdą w sobie odwagę, aby wejść do środka?.

    Czarny sześcian pojawił się znikąd. Przyniósł ze sobą śmierć i zagładę. W jednej chwili w promieniu kilkunastu kilometrów, wszelkie życie przestało istnieć. Wszelkie życie! Ludzie, zwierzęta, owady, gady, rośliny, a nawet woda dosłownie wyparowały i pozostał po nich karmazynowy pył.
    Zaniepokojony król wysłał najlepszych magów, druidów i naukowców, aby zbadali to zjawisko. Żaden nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Teorii oczywiście pojawiło się mnóstwo, ale żadna z nich nawet nie zbliżyła się do prawdy, a co ważniejsze, żadna z nich nie wskazywała konkretnego rozwiązania problemu. A problem z każdym kolejnym dniem robił się coraz większy i bardziej palący. Okazało się bowiem, że Strefa Pyłu, jak nazwano teren wokół czarnego sześcianu rozszerzała się. Na szczęście nie jakoś szybko i agresywnie, ale jednak jej zasięg cały czas się powiększał.
    czywistym stało się, że trzeba było dostać się w pobliże tajemniczego obiektu. BG to śmiałkowie, którzy jako pierwsi dotarli w jego pobliże.

    Ebenus Heksaedr to wariacja na temat Planescape'a i dwóch filmów o tym samym tytule Cube z 1969 i 1997.

    The King in the Silver Mask

    SILVER OK.jpg

    Święty spokój nad równiną, przerażał. Potoki krwi wsiąkały w ziemię wraz z padającym nieprzerwanie deszczem. Książę Jorn w niejednej bitwie brał udział i niejedno pobojowisko widział. Zdawać by się mogło, że nic nie jest w stanie zrobić na wrażenia. Nawet jednak on, stał w milczeniu, a jego twarz wyglądała, jak pośmiertna maska. Pozbawiona wyrazu, z nieobecnym wzrokiem i blada jak księżyc w pełni.
    -To koniec… - odezwał się Franxis, książę Lubercji, prowincji położonej najdalej na północ do stolicy. Widok rozbitej armii, stosy trupów i płonące baszty na królewskim zamku sprawiły, że nie był on w stanie nawet kończyć myśli.
    Za plecami książąt wokół lichego ogniska siedziało kilku ostańców. Spoglądali oni co i rusz na swych dowódców i nadstawiali ucha, by posłyszeć z ich ust, choćby najmniejsze słowo pociechy lub nadziei. Nic takiego nie padło. Złowieszcze “to koniec” niosło się po pokrytych stosami trupów wzgórzach.
    -Nawet jeśli.. - warknął książę Lambert, zaciskając dłonie na jelcu miecza na którym się wspierał - Nie wolno nam się poddać.
    -Sinolicy rozbił nasze armie w pył. Zdobył stolicę, którą teraz plądrują jego żołdacy. . Króla zapewne nie żyje, albo co gorsza… - wyliczał księże Franxis.
    -Tym bardziej naszym obowiązkiem jest dalsza walka.
    -Jak? Została nas garstka.
    -W otwartym boju nie mamy szans z armią automatów Sinolicego. Musimy zmienić metody działania i zaszyć się…
    -Mamy się kryć po lasach, jak jacyś tchórze, czy banici? - dopytywał z niedowierzaniem książę Jorn.
    -Tak - odparł twardym i zdecydowanym głosem książę Lambert - Przynajmniej dopóki nie znajdziemy sposobu, jak pomścić króla i nie dowiemy się, jaki jest cel Sinolicego.

    Miejsce akcji - mroczna baronia odcięta od świata przez Mgłę. Rządzi nią król Jormund i jego rada lenników. Królestwo zostaje niespodziewanie zaatakowane i w szybkim czasie podbita przez tajemniczego Srebrnolicego. Potężnego maga, wojownika i władcę z sąsiedniej domeny, który znalazł sposób, aby podróżować przez Mgłę. Dzięki użyciu broni palnej i praktycznie niezniszczalnej armii konstruktów dokonuje błyskawicznego podboju. BG to pokonani książęta, którzy utracili swoje ziemie i armie. Muszą rozpocząć partyzancką walkę o odzyskanie ojczyzny. Ich jedyną nadzieją wydaje się prastara legenda mówiąca o potężnym artefakcie, ukrytym w głębi przeklętej puszczy strzeżonej przez budzące grozę driady.

    Strategiczno, mistyczno, magiczna przygoda w świecie, gdzie mgła nigdy nie opada.

    Jednostka 13 - Martwa godzina

    13.jpg

    Jednostka 13
    ████████████████████████████████████████
    STATUS: OGRANICZONY / NIEAUTORYZOWANE
    KOPIOWANIE ZABRONIONE
    ████████████████████████████████████████
    RAPORT OPERACYJNY — OTWARCIE
    Jednostka: 13
    Sygnatura: J13/OP-00/Δ
    Data: ██.██.20██
    Godzina: 02:17
    Autor: [DANE USUNIĘTE]
    Dystrybucja: PERSONEL AKTYWNY / POZIOM DOSTĘPU ≥ 2

    1. CEL DOKUMENTU
      Niniejszy raport stanowi:
      formalne wprowadzenie Jednostki 13 aktywności operacyjnej, potwierdzenie ciągłości zadaniowej mimo braku struktury nadrzędnej, ostrzeżenie dla personelu.
      To nie jest briefing. Nie jest to rozkaz. To raport z aktualnego stanu faktycznego

    2. STATUS JEDNOSTKI
      Jednostka 13 nie figuruje w żadnym aktualnym rejestrze operacyjnym.
      Nie posiada:

    • budżetu,
    • oficjalnego dowództwa,
    • zaplecza prawnego.

    Posiada:

    • dostęp do wybranych zasobów archiwalnych,
    • nieformalne wsparcie aktywnych kontaktów i nieformalnych sympatyków,
    • zgodę milczącą.

    Wszystkie wcześniejsze struktury porównywalne (Komórki 1, 4, 7, 9B, 11) uznaje się za:
    NIEAKTYWNE / ROZWIĄZANE / UTRACONE
    Brak jakichkolwiek danych o członkach personelu.

    1. SYTUACJA OGÓLNA
      W okresie ostatnich ██ miesięcy odnotowano:
    • wzrost zdarzeń klasyfikowanych jako NIETYPOWE / PO ZMROKU,
    • powtarzalność wzorców znanych z archiwów Komórki 9B,
    • brak reakcji ze strony struktur oficjalnych.

    Zdarzenia te:

    • nie są przypadkowe,
    • nie są lokalne,
    • nie są już w fazie obserwacyjnej.
    1. AKTYWACJA
      Jednostka 13 uznaje się za AKTYWNĄ od momentu zapoznania się personelu z niniejszym raportem.
      Nie nastąpi:
    • oficjalna ceremonia zaprzysiężenia,
    • przekazanie rozkazów,
    • mianowanie dowódcy.

    Decyzje operacyjne podejmowane są:

    • zespołowo,
    • doraźnie,
    • na własną odpowiedzialność.
    1. ZASADY OPERACYJNE (WYCIĄG)
      Nie eskaluj, jeśli nie jest to konieczne.
      Nie ujawniaj istnienia Jednostki.
      Nie próbuj zrozumieć wszystkiego.
      Nie działaj sam.
      Jeśli Coś zaczyna z tobą rozmawiać — przerwij kontakt.

    Złamanie zasad skutkowało w przeszłości:

    • utratą personelu,
    • kompromitacją struktur,
    • zdarzeniami wtórnymi.
    1. BIEŻĄCY INCYDENT (PUNKT ZACZEPNY)
      Oznaczenie: ZDARZENIE ███ / „Martwa Godzina”
      Lokalizacja: [DANE CZĘŚCIOWO USUNIĘTE]
      Opis wstępny:
    • trzy zgony,
    • brak śladów włamania,
    • brak śladów walki,
    • świadkowie nieoficjalnie zgłaszają „obecność” między 02:00 a 03:00.

    Zdarzenie wykazuje zgodność z:

    • protokołami Komórki 4 (72%),
    • zapiskami Komórki 9B (██%).

    Nie podjęto działań oficjalnych.

    RAPORT SYTUACYJNY – STAN ŚWIATA
    (wersja robocza, obieg ograniczony)
    Rok 2000 minął bez wydarzeń, które można by nazwać końcem świata. Systemy informatyczne przetrwały zmianę daty, infrastruktura nie uległa załamaniu, a życie społeczne, po krótkim lęku, szybko wróciło do normy. W sensie formalnym nie doszło do żadnego globalnego kryzysu.
    Jednocześnie, w latach następujących bezpośrednio po przełomie tysiącleci, w wielu miastach na świecie zaczęto odnotowywać zjawiska, które nie mieściły się w obowiązujących kategoriach analitycznych. Nie były to incydenty o skali masowej ani zdarzenia jednorazowe. Ich wspólną cechą była lokalność, powtarzalność i trudność w jednoznacznym zaklasyfikowaniu.
    Zdarzenia te obejmowały zgony bez widocznych przyczyn, zniknięcia osób bez pozostawienia żadnych śladów oraz miejsca, w których dochodziło do zaburzeń postrzegania czasu i przestrzeni. Świadkowie składali zeznania niespójne językowo, choć zgodne co do ogólnego charakteru obserwowanych zjawisk. W oficjalnym obiegu przypisywano je przestępczości, wypadkom lub zaburzeniom psychicznym. W obiegu nieformalnym zaczęto mówić o „pęknięciach” w strukturze rzeczywistości.
    Pęknięcia nie mają charakteru stabilnych przejść ani zdefiniowanych anomalii. Są to raczej obszary, w których rzeczywistość wykazuje obniżoną spójność, umożliwiając przenikanie bytów i zjawisk niepochodzących z lokalnego porządku świata. Przenikające Istoty wykazują zróżnicowany stopień materialności, świadomości i zdolności adaptacyjnych. Nie wszystkie przejawiają wrogie intencje, jednak każda ich obecność wiąże się z naruszeniem stabilności otoczenia i generuje wtórne konsekwencje społeczne oraz psychologiczne.
    Zjawiska te w zdecydowanej większości pozostają niezauważone przez populację. Mechanizmy psychologiczne, administracyjne i medialne skutecznie redukują ich widoczność, nadając im uproszczone lub zastępcze wyjaśnienia. Dane statystyczne ulegają korekcie, a narracje publiczne dostosowują się do akceptowalnych schematów. W rezultacie problem nie znika, lecz rozprzestrzenia się w sposób rozproszony i trudny do uchwycenia.

    JEDNOSTKA XIII
    Rok 1999 - upłynął pod znakiem paniki milenijnej. Na szczęście pierwszego stycznia, nie nastąpił ani koniec świata, ani nie było żadnego ogólnoświatowego krachu komputerowego. Jednocześnie, w latach następujących bezpośrednio po przełomie tysiącleci, w wielu miastach na świecie zaczęto odnotowywać zjawiska, które nie mieściły się w obowiązujących kategoriach analitycznych.
    Zdarzenia te obejmowały zgony bez widocznych przyczyn, zniknięcia osób bez pozostawienia żadnych śladów oraz miejsca, w których dochodziło do zaburzeń postrzegania czasu i przestrzeni. Świadkowie składali zeznania niespójne językowo, choć zgodne co do ogólnego charakteru obserwowanych zjawisk. W oficjalnym obiegu przypisywano je przestępczości, wypadkom lub zaburzeniom psychicznym. W obiegu nieformalnym zaczęto mówić o „pęknięciach” w strukturze rzeczywistości.
    Pęknięcia nie mają charakteru stabilnych przejść ani zdefiniowanych anomalii. Są to raczej obszary, w których rzeczywistość wykazuje obniżoną spójność, łamanie praw fizyki i logiki.
    Podejmowano liczne próby reakcji instytucjonalnej. Tworzono zespoły zadaniowe, komórki analityczne oraz programy pilotażowe, których celem było monitorowanie i neutralizowanie tych nietypowych zjawisk. Żadna z tych struktur nie utrzymała się w długim horyzoncie czasowym.
    Większość ludzi nie widzi tych anomalii. Ludzki umysł wygładza sprzeczności, administracja koryguje dane, media proponują proste wyjaśnienia. Tylko nieliczni dostrzegają wzorce, a jeszcze mniej decyduje się coś zrobić.

    Jednostka 13 powstała właśnie dla nich. Jednostka 13 to nieformalna, zdecentralizowana i tajna struktura powstała na gruzach, specjalnego międzyagencyjnego zespołu powołanego przez prezydenta USA w marcu 2000 roku.
    BG wcielają się w członków nowo powstałej komórki, a ich zadaniem jest zbadanie sprawy serii tajemniczych zjawisk, które mają miejsce w obrębie aglomeracji Chicago. Ich wspólnym elementem jest fakt, że wszystkie wydarzyły się między drugą, a trzecią w nocy.

    Jednostka 13 - metafizyczny modern horror.

    EPILOG

    MORPH sonda 5.jpg

    Tym sposobem dotarliśmy do końca. Przy gawędzie czas szybko płynie, a ja ledwo zdążyłem opowiedzieć prolog. Teraz twój ruch, piękna duszo.
    Która z legend zaciekawiła cię najbardziej? W której z nich, chcesz wcielić się w głównego herosa i zmierzyć się ze wszystkimi zgotowanymi przez złośliwy Los przeszkodami.

    Decyduj! Przygoda nie będzie czekać wiecznie.


    Nic tu się już więcej nie wydarzy, więc tak tylko krótko i informacyjnie. Pewnie w okolicach weekendu pojawi się rekrutacja do XIII-tki. Tyle ode mnie na ten moment. Dzięki wszystkim za głosy, pochwałki i inne takie. Stay tuned!