Początkowe doświadczenie postaci (w momencie utworzenia wątku):
Stockfisch Kanelboller - 13549
Zaknafein 'Zak' Oblodra - 13989
Alanis - 13899
Harghar - 6500
Horpach - 6500
Unaz Orug - 13592
Tematy spoza tego forum. Poglądy i opinie przedstawione tutaj mogą nie odzwierciedlać tych, które reprezentują członkowie tego forum.
A world of content at your fingertips…
Think of this as your global discovery feed. It brings together interesting discussions from across the web and other communities, all in one place.
While you can browse what's trending now, the best way to use this feed is to make it your own. By creating an account, you can follow specific creators and topics to filter out the noise and see only what matters to you.
Ready to dive in? Create an account to start following others, get notified when people reply to you, and save your favorite finds.
Zarejestruj się Zaloguj sięTak więc biblioteka... do tego w ten czy inny sposób może powiązana z fantasy? Skoro mamy wątek o polecanych filmach, to może i miejsce na pogadanie o książkach? Polecajek, a może do pochwalenia się swoimi zbiorami? Wiem, że niektórzy chętnie wrzucają fotki swoich kolekcji na discorda i pewnie ucieszą się z tego tematu

Dla tych, którzy są zbyt młodzi (i może ich ominęło), podaję łącze do filmiku wyjaśniającego tytuł wątku:
https://www.youtube.com/watch?v=4RMh4GtxBuA
Rozpocznę się od pochwalenia najnowszą
książką wzbogacającą moją skromną kolekcję systemu GURPS i pierwszym dodatkiem do głównego podręcznika Świata Dysku. Świeżo dzisiaj otrzymana, trafia właśnie do kolejki książek do przejrzenia. Nie mogę się doczekać! 
Nie ukrywam, że liczę na to, iż w przyszłości albo poprowadzę, albo zagram jeszcze w Świat Dysku.
Na sesję ze Świata Dysku nadal możecie głosować w mojej sondzie.
A „...poprowadzę (...) jeszcze” ponieważ świetnie się bawiłem w przygodach Straży pożarnej Ankh Morpork na naszym starym forum.

Jakiś czas temu mieliśmy na Discordzie RT krótką dyskusję na temat długoterminowego projektu dla nowych użytkowników, przede wszystkim osób zupełnie zielonych w temacie PBF, które mogłyby liczyć na coś w stylu tutorialu będącego niekończącą się sesją otwartą. Padło kilka propozycji relatywnie popularnych systemów jak WFRP, D&D, ale ja osobiście wciąż pozostaję najbardziej przekonany do Fallouta i to tej konkretnej propozycji poświęcony jest tutejszy wątek.
Projekt opierałby się na graczach w rolach mieszkańców krypty Vault-Tecu, świeżo otwartej po dwóch wiekach izolacji. Gracze braliby udział w misjach eksploracyjnych na powierzchni lub rozwiązywali problemy wewnątrz Krypty, biorąc udział w krótkich sesjach będących zarazem tutorialami pebeefowymi. Setting Fallouta wydaje się nieskończonym generatorem takich właśnie małych questów, a sama Krypta równie nieskończonymi zasobami nowych postaci do wzięcia przez kolejnych uczestników takich warsztatów.
Tyle wprowadzenia do założeń. Projekt wciąż pozostaje w sferze odległych planów, ale w międzyczasie pojawiło się na RT kilku nowych userów, którzy odbili się od bieżących rekrutacji i zniknęli. Mając ich w pamięci chciałbym przynajmniej rozpocząć prace nad projektem nazwanym roboczo „Krypta 99” mając nadzieję, że uda się go w bliskiej przyszłości uruchomić.
Mechanika będzie się według wstępnych założeń opierać na systemie Fallout od Modiphiusa, ale w bieżącej chwili dużo ważniejsze jest światotworzenie. Wyobrażam sobie ten kawałek uniwersum Fallouta jako coś zupełnie nowego, z dala od Kalifornii lub Massachusetts. Szukam lokacji w obrębie Stanów, która pozwoli przy zachowaniu ogólnego klimatu Fallouta wprowadzić nowe autorskie frakcje, lokacje czy bestiariusz. Można byłoby stworzyć w tych okolicznościach coś naprawdę fajnego, ale jest to praca przerastająca moje własne możliwości przy obecnym stopniu zaangażowania w inną działalność na forum.
I tu pojawił się pomysł zaczerpnięcia z pomysłów innych użytkowników, jeśli ktoś chciałby dorzucić coś do siebie. Nie obiecuję, że wykorzystam każdy jeden pomysł, ale sądzę, że wiele idei da się zaadaptować w ten czy inny sposób. Nie obiecuję też, że dożyjemy inauguracji tej sesji, bo projekt wciąż pozostaje w fazie „wczesnej alfy”, ale jeśli idea tutorialowej sesji otwartej miałaby faktycznie kiedyś wystartować, trzeba powoli zabrać się za dłubanie fundamentów.
A jeśli doczytaliście aż do tego miejsca, chciałbym często niezobowiązująco rzucić pierwszą porcją pytań.
Gdzie moglibyśmy usytuować Vault? Jestem przekonany, że warto umiejscowić go w pobliżu linii wybrzeża i coraz częściej myślę o Florydzie, ale ciekawią mnie Wasze pomysły.
Jaki rodzaj eksperymentu społecznego byłby przeprowadzany przez naukowców Vault-Tecu w tej akurat krypcie?
Jaki ustrój polityczny / społeczny mógłby regulować życie codzienne krypciarzy po upływie dwóch wieków w izolacji?
Zachęcam do burzy mózgów, może faktycznie coś fajnego się z tego urodzi, chociaż czuję się w obowiązku raz jeszcze podkreślić, że nie mogę dać nikomu stuprocentowej gwarancji, iż to wypali.
No dobrze. Zaczynamy moi mili. Dzięki raz jeszcze wszystkim za zgłoszenia i witam oficjalnie w sesji Kroczący we Wichrze. Karty są przyjęte, choć część z was musi wysłać małe uzupełnienia. Skład mamy zamknięty, a ekspedycja może ruszać na północ.
Pierwszy post fabularny otworzy sesję jeszcze w Waszyngtonie. Nasi miejscowi z Barrow, Richard i Micah, dołączą do reszty grupy nieco później, mniej więcej w drugim lub trzecim poście przygody, kiedy ekspedycja dotrze już do Barrow. Da mi to też czas omówić dynamikę ich znajomości. Jeśli @decybelka i @marrrt nie macie ochoty przypadkiem sami tego omówić, sam mogę wam to nakreślić odgórnie. Dajcie znać co wolicie!
Sekcje komentarzy zostawiam na pytania do mechaniki, ustalenia, deklaracje pomocnicze, niejasności i wszystko inne. Jeśli jakaś scena będzie wymagała rzutu, to dam znać o tym w spoilerze pod postem fabularnym. Zachęcam do samoczynnego próbowania rzutów, gdy będziecie chcieli jakoś nietuzinkowo podejść do sceny.
Mam założonego discorda do sesji i wyśle zaproszenia, acz obecność na nim jest nieobowiązkowa. Jeśli będą jakieś sceny wymagające obecności osób, które nie są na discordzie, założe nam chatroom na forum do takowej i zrobi się jakąś wymiane zdań.
Na dniach pojawi się także dział z waszymi kartami postaci, gdzie tak jak zapowiadałem, zorganizuje nam karty w formie graficznej, przynajmniej tę część, która się nie zmienia. Do zmiennych wartości i ekwipunku, będziemy mieć to rozpisane pod kartami i będziecie mogli sami nanosić zmiany.
Dobrze. Na start nie będę Was zasypywał dodatkowymi informacjami. To, co Wasi bohaterowie wiedzą, dostaniecie w fabule i materiałach ekspedycji. Reszta przyjdzie z czasem.
Powodzenia. I ubierzcie się ciepło.
Slann
Książę zwrócił się do Honoraty.
Niedługo potem Spotkanie się zakończyło i wszyscy rozeszli się do domu.
Sebastiana I koło łowieckie
Kilka dni po całym spotkaniu Mirosław Antonowski zwany przez Sebastiana Konserwantem Podrzucił Sebastianowi zaproszenie od koła Łowieckiego do którego Przecież Sebastian Należał, Czy skorzysta z tego zaproszenia?
Prośba Nysa
Tego samego dnia, którego Sebastian dostał zaproszenie, po południu Nysa wysłało do Honoraty SMS z wiadomością.
“Mam dla ciebie interes!”
Nieoczekiwane spotkanie Adama.
Gdy pewnego razu Adam wyszedł spacerować aby się przewietrzyć zobaczył GO! Był przystojny, wysportowany, długich włosach barwy miedzi opadających na ramiona… Podszedł do wilkołaka I Powiedział Melodyjnym głosem.
Sprawa wózkowicza
Ustalenie miejsca pobytu wózkowicza nie było trudne, Wystarczyło wejść na Facebooka I zobaczyć kto najszybciej broni firmy…
Nieoczekiwany księgowy
Pewnego dnia wieczorem gdy już zamykali i nie było gości zapukał do nich drobny mężczyzna, który rozpoznali tego moroi który pracował dla Janusza ( nie sługusa) Zwrócił się do nich błaganie.
Odcinek 2 Szmaragdowy Lotos - teaser
Nie mógł się doczekać, aż znowu zasmakuje szmaragdu. To co dostarczała pani Kwiatkowska było wspaniałye Tak bardzo zwiększało jego moc! Wszystkie siostry przezywały go guślarzem, a teraz Mógł się nazywać prawdziwym magiem, kimś znacznie lepszą od jakieś wiedźmy! Teraz na dodatek poznał nowy czar, który teraz wypróbuje. Rozwinął kartkę i przeczytał inkantację. Wystrzeliło go w powietrze tak gwałtownie, że miał wrażenie że skręci mu kark! Widział jak niebo zbliża się ku niemu tak wielką szybkością! Potem jednak stanęło i nagle zaczął spadać. W tym momencie przypomniał sobie, że nie zna właściwego zaklęcia , który pozwoliłoby bezpiecznie wylądować. Z głośnym wszystkim zaczął zbliżać się ku ziemi.
Był to kolejny dzień Pracy w kawiarni, ruch był umiarkowany, więc nie mieli wiele roboty, co miało swoje oczywiste wady i zalety. Niespodziewanie na ulicę prosto z nieba z wrzaskiem spadł jakiś mężczyzna rozbryzgując się po całej jezdni.
Adam
Adam miał duży uśmiech na twarzy, podziwiając przystojnego mężczyznę... aż ten się do niego odezwał.
Honorata
Książę do Honoraty
Wiedźma pozwoliła sobie na chwilkę, żeby jej mózgowy twardy dysk zanotował życzenia Księcia. Wyglądało na to, że zamierzał wyssać Janusza metaforycznie i dosłownie z czego się dało- Pieniądze i fura? Jeśli znajdziemy to załatwimy. Rozumiem
Prośba Nysa
Honorata wyruszyła do Nysy z upieczonymi cynamonkami, żeby wyciągnąć lepsze bonusy z interesu kiedy już do niej dotrze się rozmówić. Jakkolwiek liczyła, że od magicznej dostanie mniej mroczno- wysysające zadanie. Dobrze by było nadrobić straty za szybę.
Sprawa wózkowicza
Nieoczekiwany księgowy
Odcinek 2 Szmaragdowy Lotos - teaser
Widząc ludzki rozbryzg przed kawiarnią Honorata mogła potraktować ogarnięcie przodkom skutecznych barier obronnych.
Sebastian
Książę do Honoraty
Sebuś nie odzywał się pozwolił Honoracie dokończyć spotkanie.
Nieoczekiwany księgowy
Jeżeli księgowy skorzysta z zaproszenia, Seba spojrzy się mu w oczy
Jeżeli księgowy nie będzie próbował ich w coś wkopać, sposób zachowania zbira ulegnie zmianie, zdejmie maskę cywila kelnera Sebastiana i założy maskę Śruby przestępcy złodzieja, który chce ubić interes:
Sprawa wózkowicza
Klub myśliwych
Między Bogiem a prawdą to Sebastian bał się pijanych leśnych dziadków, którzy nie dowidzą i mogą na polowaniu pomylić go z dzikiem. Nie czuł szczególnej potrzeby mordowania zwierzaków, skoro mógł kupić mięso w dyskoncie albo u rzeźnika, ale potrzebował legalnego dostępu do broni palnej, bo nigdy nie wiadomo kiedy natknie się na wrogiego wilkołaka guhola czy inne kurestwo, na które jego bejsbol i ulubiony nóż to będzie za mało.
Poszedł więc na spotkanie obwieszony odblaskami od góry do dołu, żeby nawet ślepy go z dzikiem nie pomylił. Będzie okazja, to kupi amunicje, a jeżeli trzeba iść na polowanie, to też pójdzie, schowa poglądy do kieszeni, zabije jakiegoś jelenia czy innego dzika i nawet spróbuje pomóc, oprawić kto wie może jakieś bebechy, poroże czy skóra przydadzą się Pani Honoracie do magii ? Trzeba jej będzie kiedyś spytać.
Odcinek 2 Szmaragdowy Lotos - teaser
Slann
Spotkanie w Nysa
Gdy tylko Honorata zapukała do drzwi Nysa otworzyło jej. I zobaczyła jejgo mieszkanie w świecie ludzi. Wiedźma Piekarnicza musiała przyznać że panował tam iście nerdowski nieład. Wszędzie widziała mnóstwo figurek w większości jednak zniszczonych, na ścianie plakat kapitan Marvel oraz Green Arowa. Najdroższą rzeczą było stanowisko do gier komputerowych.
Seba i wyprawa myśliwska
Po drodze na miejsce polowania, Sebastian spotkał Mirosława Antonowskiego, który go zaprosił na to polowanie. Pan konserwant uścisnął rękę rozejrzał się w około i powiedział ściszonym głosem.
Nieoczekiwany księgowy
Drobny mężczyzna usiadł zesztywniał gdy go przeszukiwali, wyraźnie tego nie lubił, ale nic nie ukrywał i gdy wszystko się skończyło to poprosił o herbatę i powiedział ściszonym głosem.
Adama rozmowa
Mężczyzna uśmiechnął się ciepło i zgodził się. Gdy jednak usiedli nq ławce w parku to powiedział.
Sprawa wózkowicza
Po głębszej analizie jego profilu, okazało się że prowadził stronę na temat dokonań Janusza Kowalskiego, który miałby ci zostawię największym Polakiem tych czasów, pisał to nawet opowiadanie o nim i o jego geniuszu przecinek i twierdził że w istocie dokonał on wstąpienia na wyższy plan egzystencji!... Planował też założyć kościół Wielkiego Janusza.
Człowiek który spadł z niebios.
Rzeczywiście Adam miał rację, z człowieka który spadł z Niebios wiele nie pozostało, ale niestety Zdarzyło się to w dzień, t właściwie cała ulica widziała ten upadek, i ludzie zaczęli wyglądać całkiem i wskazywać na zwłoki Z zaciekawieniem, nawet Jakiś chłopiec wybiegł z całą z zabawkową łopatką i zaczął je delikatnie tnącać jakbyś chciał je Obrócić na drugą stronę.
Sebastian
Nieoczekiwany sprzymierzeniec księgowego
Gdy Seba zorientował się o co chodzi jego usposobienie zupełnie się zmieniło... Stał się przyjazny - Nie przejmuj się Ziomuś jak dla mnie jak czujesz się facetem to jesteś facetem niezależnie od tego kto co ma w spodniach. Twoje sekrety są z nami bezpieczne masz prawo mieszkać gdzie chcesz i mówić o sobie jak chcesz i jakby ci ktokolwiek ci sprawiał problemy to zgłoś się do mnie pomogę po kosztach. Nie jestem z alfabetowej mafii ale teraz nie muszę udawać świętego oburzenia to uważam się za Sojusznika i biorę tą rolę na poważnie - Pozostała dwójka łowców wiedziała że Śruba rzadko kiedy oferował obcym podobne wsparcie skoro tak mówił znaczy że dużo na ten temat myślał i sprawa była dla niego ważna.
Człowiek co spadł z nieba
Sebastian zwykle nie dotykał się do cudzych dzieci jako zasada bo za dużo zboków na tym świecie ale tym razem sytuacja była szczególna - Młody to nie zabawka! ZIUUUU! Z powrotem do osoby opiekuńczej! Proszę Państwa czyje to dziecko?!- Chwycił chłopczyka pod pachy i uniósł nad ziemię udając że lecą samolotem. W obecnej sytuacji nieco niefortunne ale teraz o tym, nie myślał ważne żeby chłopiec nie dotykał więcej zwłok i krwi.
Głos miał fałszywie radosny tonem jakim mówiło się do dzieci i zwierzaków bo chciał ograniczyć maleństwu traumy więc nie mógł reagować zbyt negatywnie przy odrobinie szczęścia smark nic nie zapamięta.
Sebastian nawet gimnazjum nie skończył ale lubił czytać różne gazety. książki i podręczniki więc o psychorozwoju dzieci też kiedyś coś tam słyszał.
Słuchajcie, założyłem nam przygodę na longreście autorstwa @psionik, żeby umożliwić Wam rzucanie kośćmi - link tutaj, choć podejrzewam, że będziecie musieli utworzyć konta i podać mi loginy, żebym mógł Was dodać.
Przetestujemy, jak będzie nam się sprawdzać. @psionik, jak masz jakieś rady dla nowicjuszy, to chętnie skorzystamy.
Jak ktoś nie chce rzucać i woli, żebym ja rzucał, to też dajcie znać.
Żaden problem.
PROLOG

Przeznaczenie... Jakąż to ono rolę odgrywa w życiu człowieka? Czy w ogóle istnieje? Czy nasz los jest czymś odgórnie ustalonym, a wolna wola jest jedynie pozorem? Złudzeniem? Cienką zasłoną, za którą kryje się jakiś boski plan? A może jest odwrotnie i to my sami decydujemy o wszystkim, a ,,przeznaczenie" to tylko wygodne słowo na nazwanie czegoś, co nie potrafimy zrozumieć?
Zatem czy to przeznaczenie, czy też zwykły przypadek sprawił, że pięcioro nieznajomych ludzi, pozornie niemających ze sobą nic wspólnego, rozrzuconych po różnych częściach miasta, ludzi o odmiennych historiach, sekretach i marzeniach, przeczytało ten sam artykuł w gazecie i postanowiło na niego odpowiedzieć? Kto wie... Może to zbieg okoliczności, a może - pierwsze ogniwo w łańcuchu zdarzeń, który właśnie zaczynał być wykuwany?
San Francisco początku roku 1932 nie należało do najprzyjemniejszych miejsc na Ziemi. Miasto, którego krwiobieg jeszcze kilka lat wcześniej stanowiły handel, żądza przygody i złudna obietnica dobrobytu, teraz zdawało się zupełnie martwe. Wielki Kryzys uderzył tu z całą bezwzględnością: banki upadały, sklepy zamykały się jeden po drugim, a na ulicach, pod drzwiami dworców i kościołów pojawiało się coraz więcej ludzi wraz z tabliczkami z błagającymi o choćby drobny datek. Ludzi, którzy jeszcze kilka lat temu wiedli całkiem normalne życie.
Chłodna mgła znad zatoki wciskała się w miasto niemal każdego poranka, spowijając wzgórza i drewniane domy wilgotnym, mlecznym półmrokiem. W porcie skrzypiały maszty statków, a ciężkie dźwigi powoli przesuwały skrzynie z towarami z odległych krajów: herbatą z Chin, gumą z Indonezji, ryżem z Filipin. Zapach soli mieszał się z zapachem smoły, ropy i ryb. Bo port, mimo wszystko, wciąż pracował. Był największym międzynarodowym portem na całym zachodnim wybrzeżu i dla wielu ludzi stanowił ostatnią nadzieję. Przypływali tu marynarze z Azji, robotnicy z południa, awanturnicy, przemytnicy, ludzie uciekający przed przeszłością i tacy, którzy desperacko szukali przyszłości.
Na nabrzeżach można było spotkać ich wszystkich: bezrobotnych śpiących na ławkach przykrytych gazetami, byłych farmerów, których ziemię zabrały banki, marynarzy z tatuażami wyblakłymi od słońca i morskiej wody, chińskich kupców z Chinatown czy hazardzistów liczących na to, że szczęście się do nich uśmiechnie i odmieni ich los.
Gazety sprzedawane były wszędzie, niemal na każdym rogu. Chłopcy w znoszonych czapkach wykrzykiwali najnowsze nagłówki, wymachując plikami świeżo wydrukowanych arkuszy:
Sensacyjny wykład! Naukowiec twierdzi, że yeti istnieje! Ekspedycja do Związku Radzieckiego! Kupujcie Chronicles, tylko 10 centów!
Dla większości był to tylko kolejny dziwaczny artykuł. Ot kolejny taki, który miał przyciągnąć uwagę i sprzedać te kilka egzemplarzy więcej. Ale nie dla tej piątki... Oni przeczytali go bardzo uważnie i równie poważnie go potraktowali:

Czym to ogłoszenie było dla nich? Obietnicą? Szansą? Ostatnią deską ratunku? Być może nawet tego nie wiedzieli. Jedno zaś nie ulegało żadnej wątpliwości - to początek historii, która odmieni ich życie.
Oryginalny tytuł: Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Miejsce: Kislev; pn. Kislev; Północny Lynsk; bród na Krasicyno
Czas: 2521.03.01 Aubentagl; południe
Warunki: - na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, pogodnie, ciepło
Krzepka, szosrstka dłoń w pośpiechu dobiła wyciorem pocisk po raz ostatni. Pomimo pośpiechu ruchy obu dłoni nie wahały się co świadczyło o sporej wprawie w tej czynności. Następnie ramię okryte grubą, ochronną warstwą przeszywalnicy i płytkami solidnej, imperialnej stali uniosło się w górę. ~ To już ostatnia. Oby się udało! Sigmarze dopomóż! ~ w głowie mężczyzny przemknęła krótka prośba do boskiego patrona. Po czym palec pociągnął za spust i pistolet lekko szarpnął, huknął a w powietrze trysnął kłąb gryzącego dymu. Mężczyzna z uwagą obserwował pocisk ale ten był niewielki, szybki i w ogólnym dymie i kurzawie jaka tu panowała szybko mu zniknął w oczu. Poprzednia nie wypaliła ale wcześniej te kilka wyjątkowych strzałów zadziałało. Ivan mu wcisnął ten pistolet na początku walki i “prikazem” a trochę prośbą aby strzelał w niebo. To miał być sygnał dla innych, że tu toczy się walka i potrzebują pomocy. Wcześniej Friedrich von Keyserling, ostlandzki baron i imperialny poseł z misją dyplomatyczną w Kislevie wystrzelił pozostałe zmodyfikowane naboje. Iwan wiedział, że umie się posługiwać bronią palną to pewnie dlatego mu wręczył ten pistolet. Poza tym Friedrich jako imperialny gość, poseł i herold, był niejako poza kislevską hierarchią i jurysdykcją. Ani to mu nie wypadało ingerować w poczynania gospodarzy ani im nie wypadało wydawać poleceń. Ale teraz, dzisiaj, już któryś tak przeklęto długi dzwon wszystko się zmieniło gdy zostali zajadle zaatakowani, przez zaskakującą duże siły wroga.
- Jest! Dzięki ci Sigmarze! - nie mógł powstrzymać się od krótkiego uśmiechu radości gdy raca na niebie wybuchła czerwonym dymem i była widoczna nawet przez ten prochowy dym i kurzawę czynioną przez walczących na ziemi. To był kolejny kłopotliwy dylemat tej sytuacji. Wiedział, że Kislevici celowo trzymali go z tyłu nie chcąc dopuścić aby coś stało się ich gościowi a do tego posłowi. On też miał do dyspozycji tylko swoją skromną eskortę jaka w tej chwili coraz bardziej przypominała ostatnią garstkę obrońców. Zadarli głowy gdy dojrzeli czerwoną, dymną gwiazdę pod całkiem pogodnym dzisiaj niebem.
- Wytrwamy! Pomoc wkrótce nadejdzie! - krzyknął do nich w reikspiel a ci pokiwali głowami ale miny były dostosowane do sytuacji. Czyli poważne. Zaraz krzyknął to samo po kislevsku aby dodać otuchy swoim towarzyszom. On sam nie miał już więcej rac więc zaczął przeładowywać pistolet zwykłą kulą. I starał się wyglądać, że wszystko jest w porządku i pod kontrolą. I zastanawiać się jak do tego doszło?
Wracał właśnie z misji dyplomatycznej delikatnej natury więc potrzeba było wysłać kogoś doświadczonego. A któż by mógł być bardziej doświadczony niż Ostlandczyk o silnej domieszce kislevskiej krwi płynnie mówiący w tym języku? Więc wysłano właśnie jego, barona Friedricha von Keyserlinga.

https://i.imgur.com/cKonIeY.jpg
Jechał w górę Północnego Lynsku gdy spotkał tych właśnie Kislevitów. Co go zaskoczyło to na wyprawie wojennej. Postanowił do nich dołączyć bo i tak było mu po drodze. A z tak dużym oddziałem powinno być bezpieczniej. Dowiedział się od nich, że kierują się ku brodowi na rzecze jaki przekroczyła jakaś banda grabieżców z północy. Szli sprawdzić co się dzieje przy tym brodzie i go zablokować. Ale spodziewali się jeszcze przybycia kawalerii. Ta powinna odnaleźć i rozbić tych rabusiów o ile już przeszli na południe albo rozbić ich gdy przybędą nad bród. Większość oddziałów to była kozacka piechota i wozy jakie potrafili ustawić “w kosz” czyli tworzyć coś w rodzaju przenośnego fortu z jakich mogli skutecznie się bronić nawet przeciwko znacznie liczniejszemu przeciwnikowi. Humory nieco im psuła świadomość, że musieli ruszać gdy akurat trwał wiosenny festyn podczas równonocy gdy świętowano pożegnanie czasu Ulryka i oczekiwano początku tego lżejszego i łagodniejszego sezonu. A tu padł alarm i trzeba było ruszać do tego brodu. Wczoraj nie zdążyli tam dotrzeć. Więc dzisiaj zwinęli oboz w zimnym, prawie zimowym poranku i wznowili przerwany marsz. A niedługo potem czujki doniosły, że widać grupę jeźdźców. Jeszcze przez chwilę nie było wiadomo czy to ci rabusie czy to kawaleria jaka miała do nich dołączyć. Ale szybko przekonali się, że to ci pierwsi. I było ich dużo więcej niż się spodziewali! Co więcej tamci też ich dostrzegli i skierowali konie ku nim najwyraźniej nie mając zamiaru kryć się czy uciekać. Kislevici szybko rozbiegli się ustawiając w pośpiechu wozy, aby się zebrać do kupy w oddziały ale widać było, że jeśli przeciwnik uderzy od razu to będzie kiepsko. A w razie jak ten się zbliżał słychać było coraz wyraźniejszy, złowróżbny tętent koni i widać było coraz więcej szczegółów.

https://i.imgur.com/FSDA7Ai.jpg
Konni grabieżcy z północy zasypali ich strzałami ze swoich łuków. Padli pierwsi ranni i zabici ludzie oraz konie. Ale nie aż tak wielu. Wozy dawały przyzwoitą osłonę nawet jeśli nieco improwizowaną. Wąsaci żołnierze przypadli do wozów i odpowiedzieli ogniem ze swoich flint, arkebuzów i łuków. Teraz pierwsi jeźdźcy spadli z siodeł lub krzyknęli z bólu. Ale walka trwała dalej. Konni utworzyli ruchomy krąg z jakiego ostrzeliwali te dość przypadkowo pogrupowane oddziały. Kislevitom nie udało się zrobić to co zwykle robili podczas defensywy czyli wyprząc wszystkie konie, spiąć ze sobą wszystkie wozy linami i łańcuchami i obsadzić wozy piechotą jaka mogła się ostrzeliwać a na bliski dystans walczyć rohatynami, szablami i toporami. Taktyka najeźdźców też jednak miała swoje mocne strony. Zwłaszcza jak im się udało przyłapać piechotę na odkrytym terenie ledwo co kryjącą się za przypadkowo rozstawionymi wozami. Jeździli dookoła nich zasypując ich strzałami. Co więcej strzelali w przeciwną stronę, w plecy tych co się kryli po przeciwnej stronie wozów a nie tych co byli bliżej nich twarzami zwróceni do nich i częściowo skryci za wozami. Od początku na oko Friedricha nie wyglądało to dobrze bo przeciwników było zaskakująco wielu. To nie była jakaś przypadkowa banda rabusiów tylko całkiem spory najazd. A z każdym kolejnym pacierzem zdawali się zyskiwać coraz większą przewagę. Kislevitów od początku było mniej. A i ubywało ich prędzej niż konnych grabieżców. Co nie wróżyło zbyt dobrze imperialnym wysłannikom i ich wschodnim towarzyszom.
W końcu przeciwnik rozzuchwalił się albo uznał, że zmiękczył obrońców na tyle, że zaatakował bezpośrednio. Jeźdźcy na jedną komendę zrobili zwrot ku obrońcom i runęli na nich z wszystkich stron. Wyjąc jak zwierzęta, dmąc w wojenne rogi jakie nie były w stanie zagłuszyć tętentu tabuna koni jaki z impetem pędził na obrońców. Dowódca Kislevitów, Iwan Dirko, pokrzywkiwał na swoich aby w tym ostatnim momencie zewrzeć obronę i dodać otuchy.
- Wytrwajcie! To tchórze! Wyczują opór, twardej kislevskiej ręki to się cofnął! Wytrwajcie! - krzyczał do swoich po kislevicku. Ale wtedy jakby dostrzegł imperialnego posła jaki gotował swoje pistolety do boju bo zapowiadało się na to, że walka zaraz przeniesie się na bezpośredni dystans i będzie okazja ich użyć. Wtedy rzucił mu ten dziwny pistolet i kazał strzelać w niebo.
To strzelał. Tamten atak odparli. Z trudem, walka już trwała między wozami. Te rozproszyły piechurów i kawalerzystów na mniejsze grupki a nawet pojedynczych walczących. Obrońcy strzelali i dźgali a jak się dało to strzelali z bliska stojąc na wozach. Konni odpowiadali im tym samym tylko szyjąc z bliska z łuków. Ostatecznie jednak to Kislevici okazali te przysłowiowe parę chwil determinacji więcej i zostali na placu boju. Zaś jeźdźcy odjechali aby się pozbierać. Ale czuli w powietrzu krew i zwycięstwo. Obrońcy dostali wyraźne cięgi. Najeźdźców też sporo trupów i dogorywających leżało między wozami ale w skali do całości jeźdźców to było to nie tak dużo. Dysproporcja sił zrobiła się jeszcze bardziej niekorzystna niż na początku walki. A Friedrich co jakiś czas unosił pękaty pistolet i posyłał w niebo czerwoną racę. To miało być wezwanie do pomocy dla kawaleryjskiej odsieczy. Ta wiara oraz upór godny Ostlandczyków napędzał obrońców. Liczyli, że jeśli wytrwają dostatecznie długo to doczekają tej odsieczy. Ale być może mogli mieć kłopot z ich zlokalizowaniem lub nie zdawali sobie sprawy w jak poważnych są tarapatach. To miała im rozjaśnić ta czerwona raca na niebie. Friedrich więc strzelał gdy sam nie był zajęty użyciem własnych pistoletów do wroga. Jego chłopcy zaś jego dragoni dzielnie stali przy nim siejąc słuszny pogrom gdzie sięgnęły ich bandolety albo rapiery. Jednak w skali całej bitwy nie mogło to zmienić jej niekorzystnych dla nich proporcji. Potem nastąpił kolejna fala pierzastego gradu o stalowych ostrzach. I znów bezpośredni atak. A on wystrzelił swój ostatni kolorowy nabój. Obserwował z zadartą głową jak przez kurzawę i chmury prochowego dymu rozbłyska krwiście, czerwony obłok. Ostatni rozpaczliwy krzyk dogorywającego właśnie oddziału. Oddziału w jakim był i on. Jako gość i herold z zaprzyjaźnionego państwa i sojusznika. Ale nie sądził aby najeźdźcom robiło to jakąś różnicę. Opuścił głowę, wyjął własne pistolety, chwilę celował i strzelił.
- Dalej chłopcy! Niech nasi bracia Kislevici nie umierają dziś samotnie! Pokażmy im jak walczy Imperium! Jak walczy Ostland! Na koń! - poderwał swoich ludzi do ostatniego wysiłku. Stracił nadzieję, że wyjdą z tego żywi. Więc cisnął ją precz. Jak miał ginąć to z honorem! Z podniesionym czołem aby mógł stanąc dumnie przed swoimi przodkami w Ogrodzie Morra z których tak wielu też padło w bitwach. W walce, z podniesionym czołem. Widać dziś nadszedł jego dzień. Wsiadł na konia i spojrzał na garstkę swoich dragonów. Wszyscy mieli żółto - czerwone tuniki na pancerzach oznaczające, że są heroldami i posłami. Ale pod spodem mieli pancerze i ryngraf albo metalową pieczęć z dumną, upartą byczą głową, symbolem ich rodzinnego Ostlandu. Teraz zakrzyknęgli gromki licząc, że dowódca poprowadzi ich do ostatniej szarży na wroga.
- Panie baronie! Słyszy pan?! - krzyknął nagle jeden z nich i uniósł się w strzemionach. Niektórzy dragoni także. Z początku nic nie było słychać. Poza kotłowaniną bitwy oczywiście. Krzyki ludzi. Te wojenne i te rannych i właśnie trafianych. Rżenie koni. Takie bolesne od kopnięć w boki, ciężki oddech po długim wysiłku, i żałosne skomlenie gdy któryś z wierzchowców został właśnie ugodzony. Do tego świsty cięciw, szczęk broni, głuche uderzenia o drewniane tarcze czy burty wozów. Ale ponad tym wszystkim…
- Trąby! Trąby! To nasi! To nasi! Jesteśmy uratowani! - krzyknął któryś z dragonów. Friedrich musiał przyznać mu rację. Też wyłapał ten przenikliwy dźwięk piszczałek jakie były w stanie przebić się przez kotłowaninę bitwy w jakiej grzęzły ludzkie głosy czy rżenie koni zlewając się w jeden, wielki tumult. Odgłos instrumentów był jeszcze daleki ale nie ustawał. To musiała być ta kislevska kawaleria jaka miała do nich dołączyć przy brodzie! Zresztą i reszta bitwy też na to w końcu dostrzegła. Walki zaczęły się rwać ale gdy Kislevici zaczynali krzyczeć z radości i wiwatować to jeźdźcy stopniowo urywali się od nich wydając się zaniepokojeni. Wreszcie uszli zostawiając zdziesiątkowanych obrońców pośród przewróconych wozów, zabitych koni i ludzi. Odpłynęli poza zasięg skutecznego strzału z łuku i większość z nich zaczęła się formować w większe oddziały. Tyłem do obrońców. Teraz już wszyscy musieli słyszeć odgłosy wojennych trąb. Zbliżały się. Teraz sytuacja się odwróciła. To najeźdźcy ze wschodu nerwowo ustawiali swoje szyki przed przeciwnikiem jaki zbliżał się szybko a jakiego się tu nie spodziewali.
- Mówiłem wam! Mówiłem! Wystarczy wytrwać odpowiednio długo a kawaleria przybędzie! - krzyczał triumfalnie pułkownik Dirko do swoich ludzi. Krew mu się lała z rozciętego łba więc wyglądał dość makabrycznie. I nieco się chwiał ale próbował to zamaskować trzymając się burty wozu. Kislevici wznieśli okrzyki szczerej radości.
- Sztandar w górę! Sztandar w górę! Pokażcie naszym, że my tu wciąż trwamy i walczymy! Pokażcie im wszystkim! Sztandar w górę! - krzyknął kislevski pułkownik i któryś z jego ludzi podbiegł do zawieszonego przy jego wozie sztandaru, ujął go i zaczął nim wymachiwać.

https://i.imgur.com/VD51wic.png
W świetle chłodnego ale słonecznego dnia ten żółto - błękitny sztandar był dobrze widoczny. Friedrich nie widział zbyt wielu detali gdy ten przypadkowy chorąży tak nim energicznie machał ale wczoraj podczas jazdy miał okazję mu sie przyjrzeć w ciągu dnia wspólnej podróży. Przedstawiał Kislevitę w tym ich charakterystycznym kontuszu i szarawarach. Czerwonej czapce, szablą u boku i flintą na ramieniu. Z wolnym ramieniem dumnie wspartym na biodrze. I obramowanego licznymi sztandarami, armatami i buławami. Sztandar wojenny chorągwi Kozaków Leńskich. Teraz powiewał na przekór krytycznej sytuacji jaką tu przed chwilą mieli, czekając na odsiecz kawalerii. Tą jednak na razie nie widzieli bo co było dość nietypowe ale przesłaniała im wroga kawaleria jaka szykowała się do starcia dwóch konnych armii.
- Ruszyli! - rozeszło się przez kislevskie oddziały na i wokół wozów. Słychać było jak trąby grają krótki, przenikliwy sygnał. A potem tętent. Tenten wielu setek koni jakie ruszyły zgranym rytmem. Tenten ciężkiej kawalerii stworzonej do przełamujących uderzeń. Wschodni najeźdźcy też ruszyli. Friedrich widział ich plecy. Ruszyli na spotkanie tej szarży. Korzystając z tego, że był w siodle i chyba te wozy były na jakimś lekki wzniesieniu imperialny poseł uniósł sie w strzemionach to coś widział sponad tych rozpędzonych głów szarżujących grabieżców.
- Co? Nie, co oni… Co oni robią? Nie, to nie tak! Są za rzadko, nie będzie efektu… Są zbyt rozproszeni… - udało mu się dojrzeć tą linię rozpędzonej kawalerii jaka pędziła ku nim. Tylko z tą ławą kawalerii przeciwnika po drodze. Zdumiało go jednak to, że ładnie szli, równo, jako doświadczony kawalerzysta od razu rozpoznał zdyscyplinowanych jeźdźców jacy potrafią manewrować jak jeden oddział. Już pędzili swoje konie ale dopiero zbierając się do galopu. Ale pędzili bardzo rozproszeni. Przerwy między jeźdźcami były zbyt duże. Mógł się między nimi zmieścić ze dwa, może nawet trzy konie jeśli wziąć poprawkę na odległość z jakiej ich obserwował. A przecież kawaleria miała wtedy największy impet uderzenia gdy uderzała klinem, jak młot rozgniewanego Sigmara, wtedy najlepsze oddziały trafione takim uderzeniem szły w drzazgi. A ci… Jechali tak rozproszeni! Źle! Nie tak! Przecież nie będzie efektu uderzenia pancernej pięści!
W tym czasie oba wrogie oddziały skróciły do siebie dystans na tyle, że konni łucznicy unieśli swoje łuki i wypuścili swoje strzały. I od razu zaczęli napinać łuki do kolejnej porcji pierzastego deszczu jaki wznosił się pod niebo a potem zwalniał i znów przyspieszał spadając z coraz większym impetem na rozpędzonych lansjerów. Jednak ku pewnemu zaskoczeniu Friedricha mało która strzała trafiła któregoś Kislevitę. Przerwy między nimi były zbyt duże. Co więcej znów odezwały się zuchwałe trąby. I druga linia jeźdźców uniosła w odpowiedzi kusze. W niebo poszybowała teraz fala bełtów. Te miały o wiele bardziej płaską trajektorię lotu więc leciały niżej. Za to były szybsze i mocniejsze. Wschodni jeźdźcy nie jechali strzemię w strzemię ale i tak było ich na tyle wielu, że byli dość mocno zagęszczeni. Więc i bełty miały w czym wybierać. Przez najeźdźców uderzających pod znakiem ośmioramiennej gwiazdy Chaosu przeszedł jęk gdy co niektórzy krzyknęli z bólu albo zwalali się z siodła gdy trafienia były poważniejsze. Ta rozpędzona ława zachwiała się od tego zamieszania ale pędziła dalej. Zaś kislevscy trębacze znów dali jakiś sygnał. I wtedy Friedrich ujrzał coś co nie spodziewał się, że jest możliwe. Może gdzieś w cyrku, na występach jakiejś grupy woltyżerów. Ale nie na rozpędzonej, żołnierskiej masie w trakcie bitwy. A jednak. A jednak widział jak niespodziewanie, z każdym kolejnym końskim susem ta rozpędzona kawaleria zaczęła równać do chorągwi jaka była w centrum szyku. Z każdym krokiem te szerokie odstępy jakie tak zaskoczyły i zirytowały imperialnego obserwatora skracały się. Na jego oczach ta rozpędzona, pancerna masa zaciskała się w pancerną pięść. Tuż przed zderzeniem się obu kawaleryjskich armii to już był zwarty, kawaleryjski oddział prowadzony biało - czerwonymi proporcami na szczycie lanc.

https://i.imgur.com/mRkGlPr.jpeg
- Niemożliwe… To niemożliwe… Jak oni to robią? - Friedrich nie mógł wyjść z podziwu u zdumienia nad tym popisem wyszkolenia i dyscypliny o jakiej co prawda słyszał już nie raz ale pierwszy raz widział ją na własne oczy podczas prawdziwego starcia. A to właśnie nastąpiło. Ta pancerna pięść trzasnęła w rozpędzoną kawaleryjską masę wroga. I ta poszła w drzazgi. Tak jak oczekiwał ostlandzki baron niewiele rzeczy na polu bitwy potrafiło przetrwać impet rozpędzonej ciężkiej kawalerii. Ci najeźdźcy ze wschodu widocznie do nich nie należeli. Ale było ich sporo. A lansjerom po pierwszym uderzeniu pękły drzewka. Więc sięgnęli po pistolety, szable, nadziaki, koncerze. Oraz własny pęd, dumę, odwagę i niezachwianą pewność siebie. Tego też zabrakło ich przeciwnikowi któremu pierwsze, miażdżące uderzenie przetrąciło kark. I mało który śmiał przeciwstawić się kislevskiej zemście. Najeźdźcy szybko poszli w rozsypkę ratując się ucieczką. Zaś kisleviccy piechociarze Dirko zaczęli wiwatować na ich cześć. Rzucali czapki do góry, wyrzucali ręce do góry i krzyczeli. Friedrich starał się zapanować nad swoimi emocjami ale też się do nich w końcu przyłączył. Już się szykował, że jeszcze dziś spotka się w Ogrodach Morra ze swoimi przodkami a tu jednak jeszcze nie. Jeszcze nie dziś. Na razie to było po bitwie. Imperialny poseł nie mógł się powstrzymać aby nie spiąć konia ostrogami i nie ruszyć przywitać się na czele swojej skromnej eskorty dragonów z dowódcą kislevskich kawalerzystów jacy właśnie podjechali do piechociarzy i częściowo rozbitych wozów. Pułkownik Iwan Dirko już z nim się witał i rozmawiał nie kryjąc radości.
- A to panie bracie są nasi goście z Imperium. To właśnie pan baron tak umnie was tu wezwał tymi racami. - widocznie obaj kislevscy oficerowie mówili właśnie o nim bo spojrzeli w jego stronę gdy nadjeżdżał.
- To jest pan baron Friedrich von Keyserling z Ostlandu. Niby imperialny ale gada i walczy jak nasz. - Iwan musiał mieć świetny humor i dość rubasznie przedstawił imperialnego posła jakiego pierwszy raz spotkał wczoraj. Ostlandczyk skłonił się podzielając ten entuzjazm z powodu zwycięstwa ale czekał na dalszy ciąg prezentacji.
- A to jest pan pułkownik Piotr Wolski, chorągwi pskowskich lansjerów. To właśnie z nim mieliśmy się spotkać przy brodzie. Spotkalśmy się może nieco przed ale nie narzekam. - Iwan gładko kontynuował to przedstawianie sobie obu szlachciców, rycerzy i kawalerzystów. Teraz i kislevski pułkownik skłonił się swojemu imperialnemu koledze. Uśmiechał się spod wąsa przyjemnie ale dość oszczędnie.
- Wspaniała szarża panie pułkowniku! Wspaniała! Jak żyję czegoś takiego nie widziałem! I te kusze, i ta synchroniczność! Jak woltyżerka w najlepszym cyrku! I jeszcze ten manewr scalający tuż przed uderzeniem! Wspaniałe, po prostu wspaniałe! - imperialny baron podjechał bliżej aby złożyć gratulacje kislevskiemu oficerowi. Ten przyjął to spokojnie i pokiwał głową. Ale jakoś nie tryskał entuzjazmem tak jak on albo Dirko.
- Strzelanie nawiją. Tak na to mówimy. Takie strzelanie ponad głowami lansjerów. A to scalenie tak. Póki chorągiew jest rozproszona to wszelkie strzelanie mniej na nią działa. A my to sporo mamy zabaw z różnymi strzelcami. Tylko myk polega na tym aby się zebrać do kupy w odpowiednim momencie. To tak, długo to ćwiczymy aby działało to jak należy. - odparł pułkownik Wolski kiwając głową i uśmiechając się tym łagodnym spojrzeniem orzechowych oczu.
- Hej ale pułkowniku! Jak rozbiliśmy tych gamoni to może już nie trzeba iść nad ten bród? Przecież ich pobiliśmy! Niech psie syny wracają do suki i kobyły jakie ich wydały na świat! - zawołał wesoło Iwan zadzierając nieco swoją wygoloną głowę aby spojrzeć to na jednego to na drugiego kawalerzystę.
- Trzeba tam jechać. To tylko jedna z band. Jest ich więcej. Dużo więcej. Trzeba nam tam jechać i zablokować bród póki nie przybędą posiłki. - pułkownik Wolski pokiwał w zadumie głową patrząc gdzieś daleko w step albo potężną rzekę jaka przepływała w pobliżu. Ale zdradził w końcu te wieści jakie miał. I raczej nie należały do pozytywnych. Miny obu rozmówcom zrzedły.
- A więc to prawda? Pogłoski były prawdziwe? Tym razem to coś większego? - zapytał von Keyserling. To była właśnie ta delikatna misja z jaką go tu przysłano. Zwiadowcy, maruderzy, szpiedzy, uciekinierzy jacy przybywali z Krainy Trolli mówili, że na północy zbiera się armia. Wielka armia. Tak wielka jaką od dawna tam nie widziano. Z początku nie dawano temu wiary ale jak się powtarzały i powtarzały to w końcu wysłano kislevskich konnych zwiadowców a z Wolfenburga przysłano właśnie jego aby na miejscu zbadał sprawę czy to jakieś niedorzeczne plotki czy wręcz przeciwnie. Coś jednak może być na rzeczy. I okazało się jednak, że jednak jest. I na południe ruszyło coś większego niż zwykły najazd rabunkowej bandy jaką właśnie rozbili. Ale wszystko wskazywało, że ma być ich więcej. Dużo więcej cytując Wolskiego.
- Tak. Chyba tak. Iwan posprzątaj tu. Zbierz swoje wozy i ludzi i ruszaj za nami tak szybko jak dacie rady. My jedziemy na bród. - hetman pokiwał głową po raz ostatni i przygotował dyspozycje na drugą połowę dnia. Nie miał zamiaru tu zostawiać ze swoją chorągwią tylko ruszać w górę rzeki aby zablokować bród tak długo jak się da. Pułkownik Dirko widząc jak się sprawy mają splunął w świeżą, wiosenną trawę i spojrzał w zadumie na północ.
- A ja? - zapytał Keyserling. Z jednej strony miał ochotę dalej podążać za tymi dzielnymi Kislevitami. Z drugiej jednak jego misja ciążyła mu na sercu i wiedział, że powinien jak najszybciej wrócić do Wolfenburga i tam zdać raport z powagi sytuacji.
- A ty heroldzie? Ty jedź. Wracaj do domu. Wracaj do Imperium. I powiedz tam. Powiedz tam, że Kislev tu jest, trwa i walczy. Powiedz im, że przelewamy tu naszą krew za wolność waszą i naszą. Z odwiecznym wrogiem, z tyranią pełną strachu, cierpienia, z narodami niewolników co mają dla innych tylko niewolę bo nie znają wolności. Powiedz im, że czekamy na dopełnienie pradawnych sojuszy i przysiąg. Czekamy na imperialne złoto, ołów i stal. Na krew i wiarę. Aby tak jak za czasów. Magnusa Wspaniałego stanąć razem ramię w ramię. I dać odpór odwiecznemu wrogowi. Powiedzieć “Nie” niewoli, strachowi i tyrani! My, wolni ludzie Kisleva, będziemy walczyć o naszą wolność. Być może zginiemy, być może przetrwamy, to już wola bogów. Ale nie damy się zniewolić. Nie damy się ujarzmić. Będziemy walczyć o każdą piędź ziemi. I do naszego ostatniego tchu. Jedź heroldzie, wracaj do domu i powiedz tam wszystkim o tym wszystkim. Powiedz im a my tu będziemy trwać i walczyć czekając na pomoc naszych imperialnych sióstr i braci. - z początku pułkownik Wolski mówił głównie do imperialnego oficera oraz do stojącego obok regimentarza piechociarzy. Ale w miarę jak mówił to i konnych i pieszych gromadziło się wokół dowódców coraz więcej. W ich oczach na nowo rozpalał się ogień dumy i patriotyzmu. Kiwali głowami, wznosili okrzyki a gdy oficer lansjerów skończył wybuchła wielka wrzawa. Sam Friedrich też wyczuwał powagę chwili a nawet nutkę wzruszenia.
- Dobrze! Będę jechał tak szybko jak się da! I będę świadczył wasze czyny i słowa! Że najdzielniejszy i najszlachetniejszy z narodów wzywa swych braci i siostry do walki z odwiecznym wrogiem! - herold złożył tą obietnicę i też przemówił gromkim głosem aby nie tylko obaj oficerowie go mogli usłyszeć. Taka obietnica spotkała się z gromkim aplauzem ze strony konnych i pieszych żołnierzy.
To jest temat specjalnie po to, żebyście mogli tu powrzucać wszystkie swoje memy, wybrane najlepsze cytaty postaci, wszystko co zabawne i związane z sesją.
Oraz obrazki wygenerowane przez AI, które powodują bogactwo audiowizualne oraz wzrost cen RAMu.
Niedawno, zanim jeszcze przyszedłem tutaj zacząłem kampanię online D&D gdzie gram bardem- gnomem nazwiskiem Luk Bania.
Cóż. Bard tworzy i śpiewa. Na potrzeby sesji (na razie odbyła się tylko jedna) tworzę więc teksty.
Zacznijmy od czegoś lekkiego. Bard śpiewa po karczmach, więc potrzebuje karczemnych przyśpiewek.
Piosenka Karczemna
Chodźcie chodźcie z każdej strony
Niechaj pije kto spragniony
HEJ! HEJ! Do pełna lej!
Wznieście kufle i kielichy
Bo napitek jest nielichy
HEJ! HEJ! Do pełna lej!
Witam miło wszystkich gości
Pijcie z nami! Przyjemności!
HEJ! HEJ! Do pełna lej!
Chodźcie chłopy chodźcie dziewki
i spróbujcie tej nalewki
HEJ!HEJ! Do pełna lej!
Chodźcie chodźcie dam wam piwa
tego trunku nie ubywa
HEJ! HEJ! Do pełna lej!
A dla swojskich mam bimbera
on was miło sponiewiera
HEJ! HEJ! Do pełna lej!
Jak to mało mam gorzałę
będzie grzanie doskonałe
HEJ! HEJ! Do pełna lej!
Zaś wybrednych raczę winem
I nikogo nie ominę
HEJ! HEJ! Do pełna lej!
Ktoś na słodko? Oto miodzik
On z pewnością Wam dogodzi
HEJ! HEJ! Do pełna lej!
Tym co mieszać nieco wolą
już nalewam whisky z colą
HEJ! HEJ! Do pełna lej!
Picie z wami gładko wchodzi
i z pewnością nie zaszkodzi
HEJ! HEJ! Do pełna lej!
Ten kto stoi pije dalej
Bo się pić chce w tym upale
HEJ! HEJ! Do pełna lej!
Jak kto leży sobie właśnie
Niech wypije zanim zaśnie
HEJ! HEJ! Do pełna lej!
Śpi ktoś to też wlejcie jemu
będzie pił po przebudzeniu
HEJ! HEJ! Do pełna lej!
A gdy żona da po głowie
Kto odważny niech jej powie
HEJ! HEJ! Do pełna lej!
Na sen na codzienne życie
Pij i czuj się znakomicie
HEJ! HEJ! Do pełna lej!
Karczmarz ciągle wam nalewa
a Luk Bania wam zaśpiewa
HEJ! HEJ! Do pełna lej!
Więc wypijcie także za nich
trunków drogich i tych tanich
HEJ! HEJ! Do pełna lej!
PS:
Jakby kogoś dziwiła "wódka z colą" to jest to w piosence na prośbę jednego z graczy. Jak to powiedział MG: "Jakaś odmiana sweet water pod nazwą cola z Triboaru? Może być" 
Tutaj możecie przedstawić swoje postaci - pełne avatary, opisy wyglądu i być może charakteru, według waszego widzi mi się, a być może nawet najlepsze cytaty waszych postaci podczas historii. Może nawet co ważniejsze wydarzenia, skrótowo? to już zależy od was.
Nie pamiętacie dokładnie, za co was zamknięto. W Bögenhafen ostatnio nikt nie pytał o powody – wystarczyło być w złym miejscu i złym czasie. Cela była niska, wilgotna i przesiąknięta zapachem pleśni, starego potu oraz strachu. Tej nocy nikt was nie niepokoił. Tej nocy coś się urwało.

Z jakiegoś powodu budzicie się w nocy, w ciszy, ciężkiej i nienaturalnej jak na więzienie. Kraty są zamknięte, a korytarz za nimi pusty, pogrążony w półmroku. Z oddali dobiega głuche bicie dzwonów i przytłumione krzyki, jakby miasto wołało o pomoc, której nikt już nie udziela. Przez zakratowane okno wpada słabe, migotliwe światło, a w powietrzu unosi się zapach dymu zmieszany z czymś metalicznym.
Nie jesteście sami. W celi siedzi jeszcze czterech ludzi. Trzech z nich milczy – skuleni pod ścianami, z pustymi oczami, jakby przestali reagować na świat. Czwarty jest inny. Wychudzony, brudny, ale zbyt uważny. Siedział tu już wcześniej, przed Waszym przybyciem. Porusza ustami bezgłośnie, jakby powtarzał słowa, których nie wolno wypowiedzieć.
Gdy w końcu na was spogląda, nie pyta kim jesteście. Mówi tylko, że „to nie jest noc na czekanie” i że “cisza w takich miejscach zawsze coś oznacza”. Potem milknie i nasłuchuje, jak pies wyczuwający burzę. Gdzieś głęboko w więzieniu rozlega się nagły trzask, jakby coś ciężkiego spadło na podłogę. Po chwili znów zapada cisza – jeszcze gorsza niż wcześniej.
Zapach dymu staje się wyraźniejszy. Czas ciągnie się nienaturalnie wolno. Jeśli straż nie wróci, nikt was stąd nie wyciągnie. A jeśli wróci… być może lepiej, żeby tak się nie stało.
Wychudzony więzień kiwa się w miejscu, drapie paznokciami po kamieniu, aż spod nich sypie się biały pył. Uśmiecha się do czegoś, czego tu nie ma. Głos ma chropowaty, jakby dawno nie używał go do rozmów z ludźmi.
Nagle przestaje się kołysać i patrzy na was z lodowatą, nienaturalną jasnością.
Na tyle, na ile zdołaliście się zorientować, miasto wznosi się nad morzem, u wylotu rzeki, na jedynym w tej przeklętej okolicy fragmencie stabilnego gruntu – nagiej skale, wystającej z bagien niczym zęby trupa. Wszystko wokół, jak okiem sięgnąć, to cuchnące mokradła: mgły wiszące dniami i nocami, gnijące drzewa, topieliska bez dna. Bagna pochłonęły już niejedną armię, której dowódcy uwierzyli mapom, przewodnikom albo własnej pysze. Po dziś dzień mówi się, że w cichsze noce słychać tam szczęk zbroi i krzyki tonących.
Na wyspę prowadzą cztery drogi - przynajmniej według oficjalnych opisów.
Pierwsza to kamienna grobla, jedyna lądowa droga do miasta. Wąska, wyniesiona ponad bagno, popękana od lat i przesiąknięta krwią bardziej niż deszczem. Na jej końcu wznoszą się bramy, masywne i ponure, za którymi zawsze czeka straż - czujna i daleka od litości.
Druga droga prowadzi od strony morza. Port jest potężny,i obstawiony tak, że samo wpłynięcie do basenu portowego bez zaproszenia jest czystym szaleństwem. Nawet jeśli ktoś zdołałby ominąć łańcuchy, baterie balist i wieże obserwacyjne, pozostaje jeszcze wewnętrzny mur portowy - gruby, wysoki i stale patrolowany. Morze tu nie jest sprzymierzeńcem; zdradliwe prądy i nagłe sztormy zdają się sprzyjać obrońcom bardziej niż ludziom.
Trzeci sposób…próba dotarcia do miasta przez bagna i rzekę. Pieszo – bagno wciągnie cię po pas, po pierś, po szyję, zanim zdążysz zrozumieć, że grunt pod stopami nigdy nie był prawdziwy. Łodzią – ostre jak brzytwa skały przy ujściu rzeki rozrywają kadłuby, a zdradliwe wiry wciągają wszystko, co ośmieli się podpłynąć zbyt blisko murów. Ci, którym „się udało”, nie zostawili po sobie żadnych świadków.
Czwarty sposób natomiast nie istnieje.
I każdy, kto twierdzi inaczej, prędzej czy później znika.
W Bögenhafen stacjonuje armia - oficjalnie po to, by strzec porządku w regionie, nieoficjalnie, by nikt nie zapomniał, kto tu naprawdę rządzi. Kilka oddziałów straży miejskiej zajmuje się codziennymi problemami: bójkami, kontrabandą, ciałami wyłowionymi z kanałów. Nad wszystkim czuwa lokalna władza - niewidoczna, odległa i doskonale poinformowana.
Miasto tętni handlem. Gildie kupieckie rywalizują ze sobą otwarcie i po cichu, kompanie morskie werbują ludzi szybciej, niż morze ich zabiera, świątynie bóstw wszelkiej maści przyjmują wiernych. Kilku magusów działa tu legalnie - a reszta skrywa się w zaułkach, piwnicach i ruinach starszych niż samo miasto.
Pomiędzy tym wszystkim kłębi się pospólstwo: uchodźcy, awanturnicy, dłużnicy, marzyciele i desperaci. Każdy przybył tu po coś innego: złoto, władzę, zapomnienie, albo tylko po to, by zniknąć w tłumie.
W powszechnej opinii mieszkańców Bögenhafen jest miastem nie do zdobycia - miastem-państwem-twierdzą. Jedyną rzeczą, która naprawdę może mu zagrozić, jest zaraza. Dlatego miasto podzielono na strefy i dzielnice, oddzielone murami i bramami, które można zamknąć szybciej, niż ogień wypalający choróbstwo zdąży zgasnąć. A gdy choroba się rozprzestrzenia… cóż. Ogień jest skuteczny. Tak samo jak zapomnienie.
I właśnie dlatego nikt tu nie śpi spokojnie.
Choć jeszcze nie mamy pierwszego posta w sesji (co zamierzam w miarę szybko nadrobić, aczkolwiek wybaczcie — nie dzisiaj), to każdy zdołał już odebrać od posłańca i odczytać swój spersonalizowany list od Kendry Lorrimor (jedna osoba nawet jej odpisała
). Także myślę, że mogę was już oficjalnie powitać w tej przygodzie (i miejmy nadziei kampanii).
Przyznam, że na ostatniej prostej trochę straciłam wiarę, że sesja w ogóle dojdzie do skutku. Więc nieco zaniedbałam przygotowania i nie zaczęłam nawet szkicować otwierającego posta (stąd zapowiedziane lekkie opóźnienie). Co zabawne, zakładając rekrutację, myślałam, że uda się zebrać pełen skład w jakieś dwa tygodnie. A tu taka niespodzianka... wyszło niemal rzutem na taśmę 
Ale nieważne. Istotne, że się udało. I co kluczowe — nie na siłę. Zaręczam, że jakby Karty Postaci były poniżej moich minimalnych oczekiwań, to zwyczajnie darowałabym sobie ten cały effort. Na szczęście nie było ku temu powodu, a niektórzy wręcz wykonali dalece nadprogramową robotę 
Przygoda, jak i cała kampania, idealnie trafiają w mój gust artystyczny. Dlatego od dawna chciałam ją rozegrać w całości. Niestety za każdym razem, gdy brałam w niej udział jako graczka, wszystko zabawa kończyła się po kilku kolejkach
Więc teraz prowadzę z myślą — i silną determinacją — by to wreszcie naprawić (coś tam, coś tam o prowadzeniu do skarbu, którego nie można posiąść). Tym bardziej, że to naprawdę świetna historia. Pierwsza księga otrzymała nawet prestiżową Gold ENnie Award, czyli taki odpowiednik Oskara dla gier TTRPG.
Przygoda Nawiedzenie Harrowstone to semi-sandboxowy survival horror z elementami śledczymi. Niemniej, jak zauważają sami autorzy, to wciąż Pathfinder, nie Zew Cthulhu. Więc waszym postaciom bliżej raczej do Conana, któremu dreszcz trwogi przebiega po plecach, lecz mimo to prze dalej, niż biednego Badacza Tajemnic, który na widok pierwszej lepszej maszkary traci zmysły i ucieka z krzykiem. Po prostu bohaterowie, ale niepozbawieni rys, z krwi i kości, a nie z plastiku.
Jako że gramy pisemnie przez forum, to warto mieć cały czas w głowie, że to będzie maraton, nie sprint. Aczkolwiek będę dbała, o to byśmy zachowali jakieś consistency, bo bez tego nawet najlepsza sesja jest w stanie się posypać.
Wątek z materiałami sesyjnymi będę starała się na bieżąco uzupełniać o nowe informacje. Jednak nie będzie to pełnoprawna sesyjna wiki, a mini leksykon zawierający elementarne informacje. Jestem erpegową tradycjonalistką i wolę jak gracze sami tworzą sobie notatki. Tym bardziej że sesja kładzie spory nacisk na elementy śledcze, a zatem zbieranie informacji i wyciąganie wniosków. Oczywiście jakby komuś wyleciał z głowy jakiś istotny fakt, to nie ma problemu, przypomnę.
Co tam jeszcze... Hm, jeśli wszyscy będą korzystać z wgrywanych do panelu sesyjnego portretów postaci, to możemy pomyśleć o jakiejś dedykowanej, jednolitej ramce/oprawce. Oczywiście wszystko za jednogłośną zgodą.
Tak samo pod dyskusję możemy poddać ewentualny serwer Discord. Stół do rzucania kośćmi na Rolz już założyłam, link jest schowany w regulaminie w materiałach do sesji.
To chyba wszystko (?). Pozostaję otwarta na wasze ewentualne pytania i sugestie.
Cześć.
Chciałbym sprawdzić, czy byliby tutaj chętni na sesję w Heroes of Might & Magic TTRPG. Na początek planowałbym poprowadzić gotowy scenariusz z podręcznika głównego Skarby dla zuchwałych, który został przygotowany jako wprowadzenie do systemu i pozwala poznać jego najważniejsze elementy.
Akcja rozgrywałaby się w Antagarichu, w okresie znanym z HoM&M III. Król Nicolas Gryphonheart nie żyje, Erathia znajduje się w trudnym położeniu, a wojna i zwiazany z nią chaos coraz mocniej odbijają się na całym regionie. Sam scenariusz umiejscowiony jest w Cloverfield na Ziemiach Spornych, niedaleko granicy z Eeofolem. Jest to region, przez który od dawna przewijają się wpływy różnych państw i stronnictw, a obecna sytuacja tylko dodatkowo wszystko komplikuje. Więcej na razie nie zradzam, bo częścią przygody będzie właśnie odkrywanie tego, co właściwie dzieje się w okolicy.
Trzeba też zaznaczyć, że system HoM&M TTRPG trochę różni się od typowego RPG, w którym gracz prowadzi po prostu jednego bohatera przemierzającego świat. Tutaj tworzony przez nas bohater jest jednocześnie dowódcą własnej armii. Dlatego poza samą postacią znaczenie mają także jednostki, którymi dowodzimy, wspólne miasto drużyny, jego rozwój, zdobywane zasoby, eksplorowanie mapy oraz większe bitwy.
Rozgrywka podzielona jest na kilka rodzajów faz: przygotowania, eksplorację, zadanie, karczmę i bitwę. Nie oznacza to, ze zawsze będziemy przechodzić przez nie po kolei. Jest to raczej sposób uporządkowania różnych rodzajów scen i jak w nich będziemy działać. Drużyna może wiec przygotowywać wyprawę, decydować gdzie wysłać swoje siły, eksplorować nieznany teren, wykonywać bardziej klasyczne zadania samymi Herosami, a ostatecznie stanąć na czele swoich armii w większym starciu.
Same bitwy również nie są klasycznym bitewniakiem z przesuwaniem dziesiątek figurek po planszy. Opierają się przede wszystkim na realizacji celów strategicznych, działaniach herosów oraz wykorzystaniu ich jednostek.
Mechanicznie system korzysta głownie z pulki kości k20 i liczenia sukcesów, a podczas gry pojawiają się również różne zasoby pozwalające wpływać na wynik wydarzeń. Szczegóły mechaniki byłyby jednak do poznania już w trakcie rozgrywki. Zakładam przy tym, że znajomość systemu nie będzie wymagana i mogą zgłosić się osoby, które nigdy nie miały z nim kontaktu. Sam również będę prowadził Heroes TTRPG po raz pierwszy, dlatego chciałbym potraktować ten scenariusz jako wspólną naukę systemu, tym bardziej część mechanik trzeba będzie odpowiednio dostosować do stylu gry PBF. Nie trzeba również posiadać własnego podręcznika. Potrzebne materiały i informacje będę zapewniał w trakcie gry, tak aby każdy miał dostęp do tego, czego aktualnie potrzebuje do stworzenia Herosa i podejmowania decyzji. Jeżeli ktoś zna HoMM III, będzie mu oczywiście łatwiej odnaleźć się w świecie, ale znajomość całego lore również nie będzie wymagana.
Sama sesja odbywałaby się na forum, ale poza tym chciałbym korzystać z Discorda jako zaplecza do szybkich ustaleń, pytań dotyczących zasad, organizacji gry, kostnicy czy zwykłych rozmów poza sesją. Właściwa rozgrywka nadal odbywałaby się na forum.
Planowałbym tez inne podejście do rekrutacji niż klasyczny konkurs kart. W Heroes TTRPG drużyna powinna mieć wspólny cel, wspólne miasto oraz powód, dla którego Herosi w ogóle działają razem. Nie chciałbym więc sytuacji, w której każdy przygotowuje wcześniej rozbudowaną kartę i historię postaci, a dopiero później próbujemy na siłę połączyć pięć zupełnie niezależnych pomysłów. Dlatego najpierw zostałaby wybrana grupa graczy, a dopiero później wspólnie ustalibyśmy ogólną koncepcję drużyny, jej cel oraz charakter miasta. Na tej podstawie każdy tworzyłby już własnego Herosa. Nie oznacza to też, że wszyscy gracze muszą należeć do jednego stronnictwa. Drużyna może składać się z przedstawicieli Porządku, Chaosu i stronnictw neutralnych, o ile Herosi mają sensowny powód, żeby ze sobą współpracować.
Tak jak pisałem wcześniej, na początek chciałbym rozegrać tylko "Skarby dla zuchwałych" i zobaczyć, jak sam system sprawdza się w formule PBF oraz czy taki sposób prowadzenia odpowiada zarówno mnie, jak i graczom. Jeżeli wszystko będzie działało i po zakończeniu scenariusza nadal będziemy chcieli grać, możliwym kolejnym krokiem byłaby kampania "Echa Ciszy". Rozgrywa się ona w tych samych realiach historycznych, w czasie wydarzeń związanych z Odrodzeniem Erathii. Na razie traktowałbym to jednak tylko jak ewentualną możliwość dalszej gry.
W sondzie przede wszystkim interesuje mnie czy bylibyście zainteresowani takim PBF-em? Dodatkowo ciekawi mnie, z jakiej krainy najbardziej chcielibyście stworzyć własnego Herosa. Można oczywiście wskazać więcej niż jedną opcję.
Jeżeli macie jakieś pytania albo uwagi dotyczące samego pomysłu systemu lub tego, jak widzielibyście taką rozgrywkę w formie PBF, śmiało piszcie.
Rodryg
Gdy już się ogarnęły i zeszły na dół przedstawiły sytuację ojcu porwanej, jego reakcja była dość osobliwa. Zaczynała myśleć że całym porwaniem chyba najbardziej przejmowała się Karendis, sama chciała poznać tego całego porywacza i mu coś powiedzieć.
Slann
Pan Koniecświacki powiedział.
Rodryg
Elphira też pozwoliła sobie na odkaszlnięcie słysząc stwierdzenie o Nys i komentarze reszty.
Slann
Pan Koniecświack zastanowił się przez chwilę, a potem powiedział.
Rodryg
Slann
Ramiel Wzruszyła ramionami i powiedziała.
Rodryg
Na Bachanalia Fantastyczne udało mi się dotrzeć po raz pierwszy - ta Zielona Góra jest jednak daleko i bardzo nie po drodze. I to jest największa wada tego konwentu (nie tylko moim zdaniem, ten argument się powtarzał w rozmowach). Poza tym było przyzwoicie i pod względem organizacji i programu. Impreza odbywa się na kampusie Uniwersytetu Zielonogórskiego, w trzech budynkach ale położonych rzut beretem od siebie. Do tego trochę terenów zielonych, na których w sobotę było parę ogólnodostępnych atrakcji w ramach Pikniku Rodzinnego i sporych rozmiarów ogrzewany namiot pełniący rolę Klubu Konwentowego. Zwłaszcza ten ostatni jest czymś co wyróżnia tę imprezę. Zwykle bowiem konwent ma swoją Knajpę Konwentową, a jej rolę pełni jakiś najbliższy pub (albo dwa). Przy czterocyfrowej liczbie uczestników nie ma szans by wszyscy się zmieścili w jednym lokalu, więc zwykle ludzie w mniejszych grupkach rozłażą się po okolicy. Tutaj takim miejscem integracji był wspomniany namiot (i jego okolice) dzięki czemu większość konwentowiczów mogła się bawić w jednym miejscu. Minus był oczywiście taki, że gwar rozmów chwilami utrudniał komunikowanie się i najlepiej gadało się na zewnątrz. Niemniej samą koncepcję szanuję.
Sam konwent wyróżnia się jeszcze tym, że średnia wieku uczestników jest jakby wyższa niż na innych imprezach. Ma to swoje odzwierciedlenie w programie - niby jest jakiś blok mangi i anime, ale raczej nieduży. "Anime dziewczynek" i cosplayerów praktycznie nie widać. Sporo za to dorosłych ludzi, którzy najwyraźniej przyjeźdżają tu od lat i robią to może nawet bardziej dla spotkania znajomych twarzy niż dla programu. To ostatnie pewnie dodatkowo wzmocnił fakt, że tegoroczne BF-y były też Polconem.
Motywem przewodnim tegorocznych Bachanaliów była fantastyka rodem z Francji, ale muszę przyznać, że związane z tym punkty programu jakoś nie trafiły do mojego harmonogramu. Zajrzałem tylko na wystawę francuskiego komiksu. Drugim ważnym elementem wydarzenia były obchody różnego rodzaju rocznic. Czterdziesta edycja Bachanaliów, czterdziesty Polcon, 25-lecie ZSFP (Związku Stowarzyszeń Fandom Polski) i 250 lat polskiej fantastyki. No sporo się nazbierało.
Najciekawsze punkty programu, na których byłem?
Postapo po japońsku. Dlaczego koniec świata nie zawsze jest tragedią?
Krótki przegląd japońskich komiksów, które dotykają w jakiś sposób tematu postapokalipsy, ale robią to w inny sposób niż Mad Max czy Fallout. Zamiast walki o przetrwanie więcej w nich melancholii, szukania normalności na gruzach świata. Choć były też i mroczniejsze przykłady.
Dlaczego Fantasy jest głupie?
Wspólnie z prelegentem przyglądaliśmy się różnego rodzaju absurdom i nielogicznym rozwiązaniom wszechobecnym w fantasy, dzięki którym ten podgatunek dorobił się łatki "tej głupszej / mniej poważnej fantastyki" w porównaniu z SF. Wbrew tytułowi nie chodziło wyłącznie o darcie łacha z fantasy, było całkiem merytorycznie.
Biskupi-piraci z Wyspy Man
Dwie opowieści o dwóch postaciach, których dzieliły setki lat, ale łączyło zamiłowanie do piractwa i to, że obaj skończyli jako biskupi na zależnej od Korony Brytyjskiej wyspie Man. Kawałek historii, o której nie miałem pojęcia. Do tego trochę o samej wyspie Man, Celtach i tamtejszych zwyczajach. Jak irlandzka tradycja, by z okazji Samhain (Halloween) podpalać dom swojego władcy...
Gala Rozdania Nagród im Janusza A. Zajdla
Należą jej się dwa słowa. Z jednej strony zorganizowana w bardzo fajnym miejscu, bo w Planetarium Wenus. W pewnej odległości od kampusu, na którym odbywał się sam konwent, ale były ogarnięte autobusy, dzięki którym każdy mógł się tam dostać bez problemu. Na samą galę wszyscy wchodzili po czerwonym dywanie, co było miłym akcentem. Niestety sama gala była jedną z gorszych na jakich byłem. Pozbawiona zupełnie części artystycznej (być może przez to, że poza Nagrodami Zajdla było też parę innych rzeczy do rozdania i gości zabierających głos, więc nie było sensu dodatkowo przedłużać), za to z dwojgiem prowadzących, którzy bardzo próbowali być zabawni, ale efekty były odwrotnie proporcjonalne do wysiłków.
Podsumowując:
Fajny konwent i przyzwoity Polcon, ale raczej nieprędko tam wrócę. Po prostu jest dużo imprez, które są bliżej i dojazd jest przyjemniejszy. Ale jak nie macie do Zielonej Góry tak daleko jak ja to polecam 
P.S. Mieli takie ładne Gwiezdne Wrota 


Tydzień temu Cubicle 7 wypuściło cyfrową wersję dodatku do WFRP 5ed “Wrecker’s Point”, razem z możliwością preorderu wersji fizycznej. Podręcznik poświęcony jest słabo zaludnionej części prowincji Nordlandu, uchodzącej za najbardziej wysunięte na północ terytorium Imperium. Oblewany lodowatymi wodami Morza Szponów, graniczący z niedostępnymi dla ludzi lasami Laurelornu na południu i trzęsawiskami Pustkowi na zachodzie, Przylądek Wraków łączy z resztą Imperium jedynie wąski pas wybrzeża na wschodzie. Życie w tej srogiej krainie jest pełne wyzwań i zagrożeń ze strony kapryśnej pogody, rabusiów wraków, rosnących w siłę goblinów i żądnych krwi norsmeńskich najeźdźców. Władza rodu van der Kratt wydaje się chwilami iluzoryczna, a budujący garnizon Nordlandu w zaściankowym Dunkelkiefer ambitny generał von Emmerhuld może jedynie pomarzyć o przekroczeniu granic Marienburga, bacznie obserwowany na każdym kroku przez szpiegów Dyrektoratu - i tylko napływający z Salzenmundu ulrykańsci osadnicy wydają się cieszyć z możliwości zamieszkania w tym zapomnianym przez cywilizację miejscu.
96-stronicowy dodatek zawiera następującą treść:
Historię Przylądka Wraków od czasów pierwszych kolonii elfów w zamierzchłej przeszłości poprzez znamienne w skutkach przybycie równie starożytnego wędrownika z dalekiego południa po powtarzające się najazdy barbarzyńców z Norski i wreszcie burzliwe czasy obecne;
Szczegółowy opis czterech największych osad wraz z ich mapami i szczegółowymi informacjami na temat znaczących mieszkańców;
Przewodnik po torfowiskach, jeziorach, rzekach, wyspach, lasach i ruinach Przylądka Wraków, w wielu przypadkach wzbogacony o fabularne zahaczki oraz lokalny bestiariusz;
Prezentację imperialnych przywódców krainy, ich relacji z dworem elektorskim w Salzenmund oraz planów wobec Przylądka;
Opis elfów z północnych krańców Laurelornu, ich enklawy, postaci Kai Fanmaris oraz relacji Eonirów z ludzkimi sąsiadami;
Opis Reavazów, goblińskiego plemienia naśladującego z powodzeniem ludzkich piratów i grasującego nie tylko na lądzie, ale i na pełnych raf wodach wokół Przylądka;
The Threshold of Dominion, scenariusz pozwalający wprowadzić na Przylądek drużynę ścigających zuchwałego złodzieja bohaterów, nieświadomych jeszcze istnienia upiorów tamtejszej przeszłości, które tylko czekają na to, aż jakiś głupiec przywoła je do życia.

Tyle oficjalnego opisu, teraz kilka słów komentarza prywatnego. Generalnie jestem zadowolony z tego dodatku, podoba mi się jego zawartość i mam już w głowie kilka pomysłów na sesję w tym miejscu - ale zdaję sobie sprawę z tego, że jestem zagorzałym fanem Starego Świata i żądny nowości najpewniej nie jestem w stanie zachować obiektywizmu. Wiem, że istnieją liczni gracze/MG, których odstręczają szczegółowe prezentacje świata, bo wolą poruszać się w obszarze nakreślonym w ograniczony sposób, co daje im swobodę światotworzenia - szanuję to, ale ja jestem zwolennikiem całkowicie odmiennego podejścia; lubię szczegółowo opisany świat, żeby móc w nim tworzyć dopasowaną do realiów opowieść bez konieczności wymyślania detali. “Wrecker’s Point” jest napisany dla osób takich jak ja, z mnóstwem nawet drobnych szczegółów, które same w sobie są kopalnią dalszych pomysłów. Całościowo, oceniam ten dodatek jako bardzo przyjemny sandbox z licznymi równoległymi wątkam fabularnymii: militaryzacja Przylądka w ramach operacji wytępienia goblinów, aktywność przemytników i wrakowników, klątwa rodu van der Kratt, intrygi szpiegowskie Marienburga, starożytna legenda o Pallidusie, napływ ulrykańskich osadników uciekających przed represjami ze strony dworu elektora Gaussera, zagrożenie ze strony kilku norsmeńskich plemion i jeszcze kilka innych wątków, których nie wymienię, a które warte są własnej przygody.
Niemniej w trakcie lektury znalazłem kilka rzeczy, które mi się nie spodobały. Po pierwsze, sprawiający wrażenie zbędnego, a wciśniętego na siłę motyw dalekomorskiej armady Kitaju, która stoczyła na wodach opodal Przylądka bitwę z flotą Skaelingów. Według mnie fragment lore zupełnie niepotrzebny i nie pasujący do klimatu tego miejsca. Po drugie, brak wyobraźni autorów w temacie wojskowości. Podręcznik przedstawia “small army of Nordland” obozującą w Dunkelkiefer opisując jej liczne kompanie jako jednostki liczące po… 8-25 żołnierzy. Imperialny garnizon na Przylądku Wraków ma podjąć równorzędną walkę z dużym plemieniem goblinów, a także przygotować się do ofensywy na Pustkowie po marienburskiej stronie granicy, a tymczasem jego liczebność nie przekracza w całości 150 żołnierzy - to nie mała armia, tylko bida z nędzą, te cyfry wymagają zdroworozsądkowej korekty ze strony MG. I po trzecie, mapa całego Przylądka. Jestem wielkim fanem map w stylu zaprezentowanym w materiałach 4ed dla regionu Ubersreiku, tych stworzonych w bardziej współczesny nowoczesny i bardzo czytelny sposób, który chyba się jednak nie przyjął w C7 - efektem czego nie jestem zadowolony z mapy z niniejszego dodatku, chociaż na pewno przypadnie ona do gustu miłośnikom kartografii w stylu zamierzchłym
Tak czy owak, będzie grane, to już przesądzone.

You will be faced with many challenges throughout your lifetime, and the most difficult of these will be dealing with your fellow man.
– Cameron, Fallout 2
Wolf – Rozruch
Najpierw ciemność, ale nie taka zwyczajna, nie ta, którą widzi się po zamknięciu oczu – zamiast tego głęboka, lepka pustka siedząca gdzieś pod czaszką, jakby ktoś zgasił świat od środka. Potem przyszło kliknięcie, suche i mechaniczne, jak przekaźnik łapiący styk, i coś zaczęło się budzić. Nie Wolf. Coś. Wzrok nie wrócił od razu; zamiast tego składał się kawałkami. Najpierw ziarno i śnieg, później ostre krawędzie, zarysy stali, plamy ciepła na zimnych ścianach. Mężczyzna leżał. Nie. To nie to słowo. Był przymocowany. Zamocowany? Metalowe obręcze trzymały tors, rozchylone żebra oplatały czarne przewody, spod skóry przebijało się nikłe pomarańczowe światło. „Pacjent” czuł spaloną izolację, własną krew i zapach środka odkażającego, którego nie wąchał od lat, może od czasu tej polowej lecznicy pod Vegas, gdzie Doc Ramirez wyciągał odłamki z brzucha Ryżego, pijany jak bela i śpiewający pod nosem coś o Kalifornii, choć nikt z nich nigdy tam nie był. Ryży śmiał się wtedy, że jak z tego wyjdzie, otworzy bar. Potem Wolf zobaczył jego twarz jeszcze raz, ale już inną. Zakrwawioną, nieruchomą, pół czaszki w błocie. Obraz zniknął. Zastąpiła go Maggie z karabinem przewieszonym przez ramię, Steve rechoczący przy ognisku, manierka zmieniająca ręce. Miejsca i ludzie tracili ostrość. Mieszali się ze sobą. Płonący konwój. Zawalona stacja benzynowa. Nocny posterunek, z którego nikt poza Wolfem nie wrócił. Piwnica. Tak, piwnica została dłużej. Ściany. Huk. Zdrada. Strzały. Czyjś głos. Własne ręce coraz cięższe. Ten moment, w którym ciało nagle przestało go słuchać.
Natłok migawek uleciał, stłamszony nagłym szarpnięciem. Nad klatką piersiową mężczyzny poruszyło się cienkie mechaniczne ramię, segmentowane jak odnóże owada. Wycofało się powoli, prawie ostrożnie. Zaraz potem pojawił się głos – płaski i bezbarwny, nie z głośnika, tylko gdzieś w głowie: Częściowa rekonstrukcja zakończona. Oznaczenie jednostki: brak. Przydatność operacyjna: prawdopodobna. Dopiero teraz mężczyzna zauważył, że brakowało mu lewego oka. Prawe łapało ostrość. Wolf spróbował nabrać powietrza i coś rozerwało mu się pod żebrami z mokrym, paskudnym szarpnięciem. Ból przyszedł natychmiast, potężny i znajomy, ale po chwili coś go „ściszyło”. Nie usunęło… raczej odłożyło na bok jak komunikat, którym będzie można (trzeba?) zająć się później. Wtedy dotarło do niego, że nie znajdował już tam, gdzie zginął. Tak, zginął. Nie bał się tej myśli. Wokół ciągnęło się wnętrze jakiejś maszyny. Pojazdu? Częściowo zasypanego piaskiem pół warsztatu, pół rzeźni. Coś go znalazło. Zabrało. Uznało, że jeszcze się nadawał...

Na chwilę oddalił się myślami od tej abstrakcyjnej sceny. Próbował sobie przypomnieć, ile razy już powinien był nie żyć. Mina pod Tucson. Szarpanina o paliwo, kiedy nóż wszedł pod żebra. Tamta noc, gdy jako oddział mieli upilnować magazynu do świtu, chociaż po drugiej stronie kanału zadrutowanego bydła było ze trzy razy więcej. Właściwie to prawie po każdej durnej robocie, którą Earl nazywał „łatwym zarobkiem”, a która kończyła się świstem kul, krwią i kimś, kogo później trzeba było zakopać płytko, bo ziemia była za twarda. Losowe twarze z przeszłości znowu zaczęły migać mu pod powiekami. Jedna po drugiej, czasem wyraźne, czasem rozmazane, niemal symboliczne: krzywy uśmiech, papieros, zmęczone oczy, czyjś głos mówiący „jeszcze kawałek?”. Nie wiedział, ilu z nich wciąż żyło. Czy ten sukinsyn, Big Steve, przeżył? Jakby w odpowiedzi na to pytanie, na skraju pola widzenia Wolfa pojawił się szereg zielonych symboli. Niczym komenda wprowadzona do jakiegoś na wpół zezłomowanego posterunkowego terminalu. PRIORYTET DRUGORZĘDNY: BIG STEVE. Zaraz potem wszystko zadrżało. Maszyna zajęczała. Piach zaczął bić o płaty metalu na zewnątrz. W oddali rozległ się pomruk silnika, potem drugi. Może trzeci? Ktoś zmierzał w jego stronę. Ale ten sam ktoś nie wiedział, że trup właśnie usiadł. Wilk umarł w piwnicy – przynajmniej tak powinno być. To, co otworzyło oko na pustyni, miało jego pamięć. Jego blizny, jego złość i zaskakująco długą listę niedokończonych spraw. Na tę chwilę musiało mu to wystarczyć.