Przejdź do treści

Świat

Tematy spoza tego forum. Poglądy i opinie przedstawione tutaj mogą nie odzwierciedlać tych, które reprezentują członkowie tego forum.

A world of content at your fingertips…

Think of this as your global discovery feed. It brings together interesting discussions from across the web and other communities, all in one place.

While you can browse what's trending now, the best way to use this feed is to make it your own. By creating an account, you can follow specific creators and topics to filter out the noise and see only what matters to you.

Ready to dive in? Create an account to start following others, get notified when people reply to you, and save your favorite finds.

Zarejestruj się Zaloguj się
  • SantorineS

    Witam wszystkich graczy w sesji! 😄

    Kwestie organizacyjne

    Sugestie co do pisania postów:

    • dialogi bez kursywy,
    • obrazki w postach prosiłbym, aby wyśrodkować,
    • doc, w którym będziemy rozpisywać walki, podam na wspólnym czacie
    • mniej więcej dziesięć zdań, można więcej, można ciut mniej. Liczą się konkretne plany i deklaracje.

    Zasoby, z których warto korzystać

    • https://2e.aonprd.com/ - mechanika, na której polegamy.
    • https://pf2easy.com/ - alternatywna strona.

    PF2Easy nie ma wszystkiego, co ma Nethys, ale za to ma ładniejszy interfejs i lepszą wyszukiwarkę.

    Tempo sesji

    5 dni dla graczy i 5 dni dla MG (choć dotychczas udawało mi się dowieźć swoje posty znacznie wcześniej). Prosiłbym o zgłaszanie mi wcześniej nieobecności lub przynajmniej komunikację, że Was nie będzie, jeśli nie wyrobicie sie w terminie, jeśli Wam się zdarzy.

    Możliwe, że tempo z mojej strony będzie nieco wolniejsze. W takim wypadku zamiast zwykłego terminu, podam swój zaraz po ostatnim odpisie gracza w kolejce.

    Poziomy ran

    Przypominam także poziomy ran dla postaci neutralnych i przeciwników podczas walki:
    100% - W pełni zdrowia (brak statusu postaci)
    Do 80% - Draśnięty
    Do 50% - Ranny
    Do 30% - Poważnie ranny
    Do 10% - Krytycznie ranny
    Mniej niż 10% - Na skraju śmierci

    ~

    Na ten moment, rozpisałem scenę, gdzie postacie znajdują Lwią Lożę - jesteście od Loży jakieś 200-300 metrów, na ścieżce, która wiedzie prosto do niej. Wokół góry i bezdroża i nie ma nic poza Lożą. W dali widzicie dwie postacie, zapewne gospodarzy Lwiej Loży, którzy machają Wam na powitanie. Umyślnie wrzucam scenę, w której nie dzieje się jeszcze nic i w której macie szansę przygotować się, przedstawić swoje postacie lub uknuć jakiś plan, jeśli chcecie 🙂

    Życzę wszystkim przyjemnej gry.

    Czekam na komplet postów do 04.07.26 .


    Wypadły mi dwie jedynki? No to zużyte!
  • KetharianK

    SYRENI ŚPIEW NEONÓW

    Moi drodzy, jak widzicie, proces przerzucania sesji - chociaż powolny - to jednak postępuje i już niebawem dobiegnie końca. Sytuacja drużyny jest w miarę wyklarowana - Brazil i Mack znajdują się w H10, Dingo z Frogiem i HiFi właśnie aktywowali zabezpieczenie garażu Shivy, a Switch uwikłał się w spotkanie z niebezpiecznymi albinosami. Do najbliższego weekendu powinniście móc już przeczytać na forum nowe aktualizacje w swoich wątkach fabularnych.

    Myślałem chwilę nad przeniesieniem w identycznym sposób wątku komentarzy na LI, ale dla zaoszczędzenia czasu być może skopiuję tylko wybrane posty, z pominięciem tych nawiązujących do procesu budowy KP czy stuprocentowego offtopu.

    Tak czy owak, sesja trwa nadal i lada moment ruszy z kopytka po poświąteczno-lastinnpadowym okresie.

    Jakieś pytania bądź sugestie na ten moment?


    W porządku, wymyśliłem Mackowi zajęcie (przynajmniej na pewien czas), zaraz dorzucę rzut na przeszukiwanie baz danych.
  • KetharianK

    CYBERPUNK 2077

    SYRENI ŚPIEW NEONÓW

    text alternatywny

    Night City, czerwiec 2077

    Konwój nadjechał od południa, międzystanową I-19 od strony przejścia granicznego San Bernardino. Składały się nań dwa ciężkie ciągniki siodłowe Kenwortha w popielatym kolorze, eskortowane przez cztery wozy opancerzone tej samej barwy. Skierowane przez strażników granicznych SoCalu na specjalny pas inspekcyjny, ruszyły w dalszą drogę zaraz po tym jak pierwszy wóz eskorty połączył się zdalnie z terminalem dowódcy zmiany posterunku wysyłając mu kody autoryzacyjne, o których człowiek ten co prawda kiedyś słyszał, ale które dopiero tego dnia ujrzał na własne oczy na wyświetlaczu swojego cybernetycznego implantu.

    Autoryzacja tak wysokiego stopnia nie pozostawiała funkcjonariuszowi SoCalu zbyt wiele pola do manewru. Zwięzłe rozkazy kapitana dały temu wyraz pół minuty później. Nie zerwano żadnej plomby na przyczepach Kenworthów, nie uruchomiono stacjonarnych skanerów rentgenowskich ani detektorów chemicznych straży granicznej, a strzegące bramek automatyczne wieżyczki zostały natychmiast zdezaktywowane.

    Żaden z widocznych w kabinach ludzi nie wysiadł ze swojego pojazdu, żaden nawet nie opuścił szyby. Wszyscy patrzyli przed siebie, na ledwie dostrzegalne studnie świetlne unoszące się ponad niewidocznym jeszcze miastem. Wyglądali niczym bliźniacy różniący się jedynie drobnymi szczegółami aparycji, krótko ostrzyżeni, noszący czarne ubrania i okulary przeciwsłoneczne. Podniesione wcześniej słupki zaporowe wsunęły się z powrotem w nawierzchnię jezdni i sześć pojazdów ruszyło przez bramki przejścia mijając długie rzędy innych wozów kontrolowanych z niezwykłą skrupulatnością przez uzbrojonych po zęby pograniczników SoCalu.

    Załogi zaparkowanych po przeciwnej stronie muru patrolówek Militechu odprowadziły konwój spojrzeniami zrodzonymi po części ze znudzenia, po części z zawodowej ciekawości. Kilku korporacyjnych żołnierzy sięgnęło po cyfrowe lornetki, inni zaczęli filmować przejeżdżające obok parkingu wozy kamerami cyberoczu. Niektórzy z nich wykonali w ciągu następnych paru minut dyskretne połączenia telefoniczne informując o obecności konwoju nie tylko swoich przełożonych w siedzibie Militechu w NC.

    Jednym z rozmówców był właściciel stacji benzynowej na wysokości podmiejskich farm Biotechniki, w rzeczywistości dobrze zakamuflowany informator Raffen Shiv. Wystarczyło kilka słów. Najbliższa czujka nomadycznego gangu przechwyciła konwój piętnaście kilometrów dalej próbując zidentyfikować jego ładunek za pomocą specjalistycznych dronów. Nomadzi rzadko kiedy porywali się na silnie uzbrojone konwoje, ale zwyczajna ciekawość nie pozwalała przejść im obok tajemniczego transportu obojętnie.

    Tego dnia ciekawość ta miała pozostać niezaspokojona.

    Żaden z czterech dronów nie zdołał się zbliżyć do śledzonych pojazdów na mniej niż sześćset metrów. Na dachach nieoznakowanych pancerek znajdowały się obsługiwane przez SI wieżyczki działek elektromagnetycznych, współpracujące ze zintegrowanymi miniaturowymi radarami obserwacji okrężnej. System ochronny konwoju wyemitował jedno cyfrowe ostrzeżenie. Jadący sąsiednimi pasami kierowcy - personel farm Biotechniki, turyści zmierzający do legendarnej metropolii na weekendowy wypad, nieliczni mieszkańcy wyludnionych miasteczek na Badlandsach dorabiający w Night City - stali się świadomi tego ostrzeżenia, jeśli włączyli wcześniej w swoich oczach aplikację Nadświatu i aktywowali podgląd na Lśnienie.

    Na wyświetlaczach ich implantów pojawiła się czerwona poświata ostrzegawczych napisów pulsująca złowieszczo wokół pojazdów konwoju, dostrzegalna jedynie w świecie cyfrowym za pomocą kompatybilnych z Lśnieniem urządzeń.

    Wieżyczki dwóch pierwszych wozów eskorty obróciły się błyskawicznie w kierunku nadlatujących bezzałogowców, wystrzeliły po dwie krótkie serie wielkokalibrowych pocisków. Spośród czterech strąconych w ciągu półtorej sekundy dronów tylko jeden zdążył zrobić czytelne zdjęcie niewielkiego logo umieszczonego na kabinie pierwszego Kenwortha, ciągu czarnych liter wpisanych w czarny okrąg.

    Pentex United.

    Zestrzelenie bezzałogowców wywołało panikę wśród innych użytkowników autostrady, próbujących za wszelką cenę oddalić się od konwoju. Jeden z pojazdów, czerwony SUV wiozący do Night City rodzinę turystów z San Diego, wypadł z pasa po staranowaniu przez ciężarówkę na północnokalifornijskich tablicach rejestracyjnych, uderzył w betonowe barierki i spłonął doszczętnie w ciągu kilkunastu minut. Karty ratunkowe Trauma Team pasażerów SUVa aktywowały się wskutek zaniku funkcji życiowych właścicieli wysyłając sygnał naprowadzający, dopóki nie uległy zwęgleniu.

    Kiedy aerodyna TT lądowała obok płonącego samochodu, konwój Pentex United znajdował się już trzydzieści kilometrów dalej przejeżdżając przez Czerwone Wzgórza na obwodnicę Santo Domingo. Większość kierowców założyła z góry, że ciężkie pojazdy zjadą z drogi szybkiego ruchu na zachód na wysokości Rancho Coronado, w pełne strzeżonych magazynów ulice Arroyo, gdzie zwykli składować wartościowe ładunki kontrahenci biznesowi Arasaki. Lecz błyskający pomarańczowymi migaczami i emitujący poprzez Lśnienie informację o uprzywilejowanym statusie konwój pojechał dalej na północ, obwodnicą poprzez Charter Hill na wschodnie obrzeża Japantown. Poruszające się w zdyscyplinowany sposób i z minimalną wzajemną odległością pojazdy pokonały most na kanale Parsonsa, wjechały do południowego Northside w chwili, kiedy gorąca ciemność nocy opadła do końca na rozpalone neonową poświatą miasto.

    Kierowcy sześciu pojazdów wyłączyli w jednym momencie pomarańczowe migacze i połączenie z Nadświatem przywracając swoim wozom pozory anonimowości.

    Kilka minut później konwój zniknął bez śladu, rozmył się w ciemnych ulicach przemysłowego dystryktu pełnego nieużytkowanych od lat zakładów, zbankrutowanych fabryk i przetwórni, niszczejących spalarni śmieci, pustych magazynów i zdewastowanych stacji transformatorowych.

    Jak gdyby ważące ponad sześćdziesiąt ton ciągniki siodłowe Kenwortha i ich eskorta przestały istnieć, wessane do czarnej dziury, jaką jawiło się niektórym ludziom rozległe Northside.


    Hartley "Mack" Mackinaw Megablok, przedpołudnie Skończył kawę, wypłukał kubek. Jeszcze zanim zapowiedziany Leif pojawił się u nich w mieszkaniu Mack spokojnie zdążył skoczyć te kilka pięter niżej na małe zakupy, zapełniając swoją część lodówki na mniej więcej dwa dni. Odżałował te kilka eurodolców na śniadanie w chińskiej budce, która chyba była otwarta przez całą dobę. Ponownie w mieszkaniu. Dawno tego nie robił, ale po wczorajszych wydarzeniach chciał sprawdzić, czy na swojej (już dawno byłej) uczelni nadal ma dostęp. Musiał sobie przypomnieć tę cholerną pierwszą pomoc, coś mu ręce i mózg musiały zardzewieć ostatnim razem. Zamiast szukać w sieci czegokolwiek, co by się choć jakoś nadawało, uderzył prosto do źródła. Tam na pewno coś znajdzie. Nawet jeżeli się okaże, że jego account już dawno skasowano, to może znajdzie ogólnodostępne materiały - nie szukał niczego o neurochirurgii, tylko jebanej pierwszej pomocy, to musi tam być. Co z tego że on studiował weterynarię, ale pierwsza pomoc była zawsze dla wszystkich z kierunków medycznych i okołomedycznych. Podszkoli się. Uda mu się.
  • slann22S

    Cynthia

    • Odnoszę wrażenie, że co prowincja to inne trucizny. O Ariyannie mówią, że mężowie muszą być dobrzy dla żon, bo mają za dobry dostęp do trucizn. O Hematycie, że to "gniazdo żmij".
      Alma raczyła mi powiedzieć, że Filomena HArvest jest wielce miłą osobą, skoro poczęstowała ją czekoladką. JEDNAK mam paskudne wrażenie, że Filomena zrobiła to dla czystej zgrywy. Harvestom dałam do zrozumienia, żeby sprawdzili swoją fabryczkę czekoladową czy kogoś nie wkurzyli. Bo niestety będą pierwszymi podejrzanymi jeśli dojdzie do kolejnego otrucia.

    Slann
    Farash Pokiwała głową znacząco, a potem się zamyśliła i powiedziała z wielką ostrożnością.

    • U nas to raczej taki sport, bo większość i tak potrafi się w ten czy inny sposób zabezpieczyć przed otruciem, ale musisz zrozumieć że dla nas truciznę były też sposoby na przetrwanie. Pamiętaj że nasz kraj dopiero niedawno przyłączył się do smoczego imperium a niestety trucizny to najlepszy sposób za walkę ze smokiem… I tak, u nas są trucizny, którymi można zabić smoka.

    Cynthia
    Cynthia również pokiwała głową:

    • Mój brat by się zachwycił- w dzieciństwie próbował zyskać odporność na trucizny. Jakoś go odratowaliśmy [/A w Ariyannie poznałam 2 rody szlacheckie, które zawdzięczają szlachectwo otruciu Chimery. Chociaż podaję pod wątpliwość jak bardzo były wielkie- jak nic ich potomkowie wyolbrzymiają z każdym pokoleniem. A jeden student za wynalezienie odtrutki. Co prowincja to inna trutka, a i żeby pokonać Chimerę trzeba coś o sile rażenia wystarczającej na smoki.

    Ja z kolei nie zamierzam, żeby z trudem osiągnięty sojusz zniweczył niewydarzona dziewucha, która uważa, że coś udowodni bawiąc się truciznami. Władzę jakiej nie miała jako bękart marionetkowego króla? Jak w Ashgaracie stoicie z prawami dzieci z nieprawego łoża?

    Slann
    Farasz uśmiechnęła się i powiedziała.

    • Mój brat kazał mi uderzać po głowie, aby uodpornić się na ból, aż do czasu gdy rodzice nam tego zabronili… Teraz pilnuję podziemi pod zamkiem, aby przypadkiem nic się stamtąd nie wydostało… Wiesz, u nas podziemiach żyją naprawdę straszne potwory! Niektórzy mówią, że trzymano tam niegdyś chimery, a inni że Potwory które miały z nimi walczyć, albo walczyć ze smokami! - Rycerka zamyśliła się przez chwilę, A potem dodała.
    • My mamy trucizny zdolne wytruć całą salę balową, a w odpowiedniej ilości całe miasteczko… Za najgroźniejszy uznawany jest pyłek szarego lotosu, chociaż to tak naprawdę grzyb, który sprawia że na kilka minut ludzie wpadają w szał, i próbują zabijać wszystko wokoło i często w trakcie pęka im serce z wysiłku, A nawet jeśli nie to często mają połamane lub doznają uszkodzeń mózgu. - Potem się zamyśliła, i powiedziała uśmiechając się szeroko. - Możesz dać jej środek na przeczyszczenie na przyjęciu, ewentualnie sprawić żeby ją oskarżono o zdradę małżeńską… Znam kilka naprawdę uwodzicieli i uwodzicielek… Nie w ten sposób!

    Cynthia
    Cynthia machnęła ręką również się uśmiechając:

    • Och miałam też swoje kontakty wśród uwodzicieli w Ariyannie. Płci obojga. Świetni są w wyciąganiu informacji, czy poznawaniu ludzi od innej strony niż pokazują przede mną. Niestety obstawiam, że może nie zadziałać na Harvestów. Wyrobili osobne mięśnie na utrzymywanie swoich masek w ryzach.

    Nie ma co Szlachetna silić się na tłumaczenie- zarządzanie prowincją, terenami z potworami wymaga pewnych działań. Ariyanna leży przy Niezamylanym Wyłomie- po prostu raz na jakiś czas coś z nich wypełźnie, tylko nie zawsze da się przewidzieć jak silne. Nie mówiąc, że jak ma dojść do negocjacji z dobrymi kompromisami dla obu stron, jeśli obie strony nie postrzegają siebie nawzajem za równe w sile?


    Iris uśmiechnęła się boleśnie. - Sama sobie zrobiłam… Serce człowieka i serce smoka… - Rozchyliła bluzkę, którą nosis, pokazując, że między piersi wbity miała kawałek kryształu, podobny do tego jaki znajduje się sercach smoków… Ostry odłamek został wbity niczym sztylet… - Umierała, a nie chciała żeby tamten potwór, któremu służy Adrian pożarł jej serce… A ja Musiałam coś zrobić, aby się uratować siostrzyczko… Wracaj do domu… Nie mieszaj się w to!- - Może się nie znam, ale wydaje mi się, że wszystko co powiedziała, to dla was cholerna herezja!- powiedziała Farasz.
  • slann22S

    Rodryg

    • Jak ją znajdziemy to się jej spytamy, sama nie jestem pewna jak poważnie mamy do tego podejść. - Odpowiedziała Ramiel, liczyła że uda się całą sytuację rozwiązać dość szybko i bezboleśnie. Zaśmiała się pod nosem słysząc tłumaczenie Eleril gdy już przestała bujać w obłokach.

    Gdy już się ogarnęły i zeszły na dół przedstawiły sytuację ojcu porwanej, jego reakcja była dość osobliwa. Zaczynała myśleć że całym porwaniem chyba najbardziej przejmowała się Karendis, sama chciała poznać tego całego porywacza i mu coś powiedzieć.

    • Chyba wszyscy tutaj będą mieć wiele pytań do tego całego porywacza. Co do samej Nys i umacniania więzi małżeńskich, mam przeczucie że to by nie wyszło porywaczowi na zdrowie. - Oczywiście nie była pewna co Nys myśli o swoim zaaranżowanym małżeństwie ale na pewno chciała zobaczyć wyraz jej twarzy jak pozna swą narzeczoną.

    Slann
    Pan Koniecświacki powiedział.

    • To podobno bardzo miło i szlachetna niewiasta, dlatego bawię się że Panna Nys Raczej nie byłaby Sroga wobec podrywacza.
      Ramiel oraz Eleril zaczęły kaszleć.
    • On miałby szczęście, jeśli ktokolwiek mógłby rozpoznać po wszystkim jego zwłoki. Chociaż też nie byłby główną A tak się wesela, albo może raczej jego egzekucja. - powiedziała Ramiel.
    • Jak to mówią, De Leone zawsze spłacają swoje długi. - Gadała Eleril, jej siostra popatrzyła na nich z naganą, a Grimm wydawała się Zdezorientowana!

    Rodryg
    Elphira też pozwoliła sobie na odkaszlnięcie słysząc stwierdzenie o Nys i komentarze reszty.

    • Cóż Nys tutaj nie ma więc rozwiązanie tej sprawy jest w naszych rękach. Ma może pan jakieś podejrzenia kto może stać za porwaniem ? Jakiś związek z ostatnimi wydarzeniami ? - Spytała choć raczej nie liczyła na konkretną odpowiedź zważając okoliczności.

    Slann
    Pan Koniecświack zastanowił się przez chwilę, a potem powiedział.

    • No wiesz to chyba bardzo z tamtą umową którą zawarliśmy… Widać jednak naprawdę chcą zdobyć Runę.
      -[i] Czy to znaczy że spotkamy tego kota człowieka który zaatakował tamtą wioskę szczuro ludzi? Mi się wydawało, że on był trochę mądrzejszy.

    Rodryg

    • Ta we wspomnieniu zdawał się bardziej bezwzględny i wyrachowany… może to ktoś z jego rodziny ? - Palnęła nie przekonana do tego że porywacz może być tą samą osobą co zamordowała Szczepana Ogonowicza w czasie ich gościny u Piskiewiczów. Przy okazji może przetestuje kostur który jej sprezentowali w podzięce za pomoc w obronie ich domu.
    • Coś mi tu nie gra… może to jakiś podstęp gdzie udaje głupszego i bardziej niekompetentnego byśmy były nieostrożne ?
      Wciąż spodziewała się podstępu lub zasadzki na miejscu a to mógł być tylko wybieg by uśpić ich czujność.

    Slann
    Ramiel Wzruszyła ramionami i powiedziała.

    • Wiesz, może to rodzeństwo albo coś takiego… Jak wszyscy wiemy rodzeństwa bywają bardzo różne… - Bardka popatrzyła znacząco na obydwie diablice…

    Rodryg

    • Ta nie musisz mi tego mówić. Nie zmienia faktu że wolę być ostrożna zważając że może się to skończyć nieprzyjemnie, zwłaszcza jeśli ma kogoś bardziej kompetentnego do pomocy. - Odpowiedziała, dobrze byłoby się przygotować do tej konfrontacji lub przynajmniej zorientować się w terenie.

    Grimm zrobiła rozmarzoną i błogą minę. Elphi czuła, jak pod jej palcami twardnieją sutki dziewczyny. Eleril wygięła się podsuwjąc pośladki pod dłoń czarodzieki, a potem zapytała. *- Pomożesz mi zaspokoi Grimm palcami? - i wsunęła dłoń pomiędzy uda łowczyni potworów… Żona Elphiry podpłynęła do niej od tyły i jedną dłonią masowała jej podbrzusze, a drugą gładziła piersi.
  • GordianG

    Warhammer - Ścieżki przeklętych

    obrazek

    Siły Chaosu powoli ustępują. Wielka armia Archeona została rozbita pod Middenheim. Niedobitki plugawych istot kryją się jeszcze w mrocznych lasach Middenlandu, jednak armia imperialna systematycznie likwiduje ostatnie obozy najeźdźców. W powietrzu wyraźnie wyczuwalna jest woń triumfu. Chaos jednak nie zamierza tak łatwo złożyć broni, a zagrożenie tym razem nadejdzie z najmniej spodziewanej strony.

    ***

    Zagramy w trzyczęściową kampanię do drugiej edycji Warhammera. Gramy w jej domyślnym settingu, to znaczy zaraz po Burzy Chaosu. Nie jest wymagana znajomość świata, bardziej konwencja tej gry - z uniwersum chętnie pomogę. Początkowe postacie mogą być rasy i profesji dowolnej (aczkolwiek jakby ktoś chciał grać akolitą lub kapłanem Ulryka lub przynajmniej ulrykaninem, mogłoby być ciekawie xD), na pierwszym lub ewentualnie drugim poziomie profesji (1500 pd do rozdania na początek). Ta kampania to taki miszmasz wszystkich możliwych rzeczy: trochę walki, trochę eksploracji, trochę śledztwa, trochę intrygi, właściwie to po trochu wszystkiego. Założenie jest takie, że na początku wojny zostaliście wcieleni do armii imperialnej i ruszyliście w kierunku sił Chaosu, jednak graf Boris Todbrigen z Middenheim poradził sobie z Archeonem jeszcze zanim zdążyliście tam dotrzeć. Armia została rozpuszczona i teoretycznie możecie wrócić do domu, ale jest jednak coś, co każe wam zostać. Co? A to się już przekonacie... Zaczynać będziemy w małej wiosce w Middenlandzie, na brzegu Drakwaldu, gdzie rozbiliście swój obóz. Zakładam, że się już znacie, a przynajmniej połączył was ów krótki epizod w armii. Chciałbym też zauważyć, że ta kampania ma już swoje lata i w czasach, w których powstała, nie zawracano sobie głowy czymś tak przyziemnym jak "motywacja bohaterów", wychodząc z założenia, że są oni bohaterami i właśnie z tego powodu rzucają się w wir przygody.

    ZGŁOSZENIA TYLKO NA PRIV!!!

    Podsumowanie

    • System: Warhammer, domyślnie 2ed, ale osobiście wolałbym prowadzić to na czymś prostszym. Zwłaszcza sesje pisane, gdzie jeśli dojdzie do walki, mogą się one ciągnąć w nieskończoność. Więc najprawdopodobniej będziemy rozgrywać je prostymi rzutami i narracyjnie (hit=zabity), poza walkami z bossami, które rozgrywamy z pełnymi zasadami. Wiem, że to może trochę zabić to, co tygryski w starym, dobrym młotku lubią najbardziej, czyli bardzo wysoki poziom trudności, ale trudno - nie wyobrażam sobie prowadzić każdej walki z pełnymi zasadami. Chyba, że ma ktoś jakiś lepszy pomysł, wtedy wysłucham i zdecyduję.
    • Ilość graczy: 3-5
    • Kryteria przyjęcia graczy: Kto pierwszy, ten lepszy. Liczy się jednak nie samo zgłoszenie, ale zaakceptowanie przeze mnie karty postaci. Jeśli ktoś nie potrafi - piszcie, pomogę, choć w internecie jest tyle poradników i generatorów, nawet jak ktoś nie ma podręcznika, że idzie się o to potknąć. Polecam użyć tej z uwagi na wypisane wszystkie zdolności wraz z ich efektami.
    • Platforma: forum
    • Częstotliwość odpisów: Nie chcę wyznaczać sztywnych granic, bo i tak później życie wszystko weryfikuje. Ale jeśli nie pojawi się odpis przez dwa tygodnie, zacznę drążyć i zastrzegam sobie wówczas prawo do usunięcia z gry.
    • Dokumenty Google: Raczej nie, chyba że zdecydujemy się trzymać tam karty postaci.
    • Użycie AI: Jest to dla mnie okej, tylko pilnujcie proszę jakości tego tekstu, bo chatgpt lubi czasem np. zrobić angielskie wstawki. Generalnie proszę o zachowanie pewnej dozy poprawności językowej, więc jeśli ktoś ma z tym problem, lepiej już skorzystać z AI.
    • Przewidywana długość sesji: Nie wiem, trudno mi przewidzieć, ale długo. Prowadziłem na żywo tylko pierwszą część i było to około 8-10 sesji.
    • Termin zakończenia rekrutacji: Koniec lipca lub wyczerpanie limitu graczy.

    Aktualny stan rekrutacji:

    1. Dekameron
    2. Silentsuicide
    3. Kynikos
    4. Ketharian
    5. Piołun

    @Gordian Jest sens robić kartę, czy nie? Generalnie jak będzie więcej miejsc, to albo ktoś musi być na ławce rezerwowych, albo konkurs kart, albo nagięcie zasad do większego teamu. Szczerze powiedziawszy, chodzi za mną zrobienie postaci w archetypie takiego tarczownika - obrońcy, który trzyma linię przed drużyną, lub naciera szarżą, dosłownie wgniatają wroga impetem (i tarczą) w ścianę za nim.
  • DeklineD

    Nie pamiętacie dokładnie, za co was zamknięto. W Bögenhafen ostatnio nikt nie pytał o powody – wystarczyło być w złym miejscu i złym czasie. Cela była niska, wilgotna i przesiąknięta zapachem pleśni, starego potu oraz strachu. Tej nocy nikt was nie niepokoił. Tej nocy coś się urwało.

    text alternatywny

    Z jakiegoś powodu budzicie się w nocy, w ciszy, ciężkiej i nienaturalnej jak na więzienie. Kraty są zamknięte, a korytarz za nimi pusty, pogrążony w półmroku. Z oddali dobiega głuche bicie dzwonów i przytłumione krzyki, jakby miasto wołało o pomoc, której nikt już nie udziela. Przez zakratowane okno wpada słabe, migotliwe światło, a w powietrzu unosi się zapach dymu zmieszany z czymś metalicznym.

    Nie jesteście sami. W celi siedzi jeszcze czterech ludzi. Trzech z nich milczy – skuleni pod ścianami, z pustymi oczami, jakby przestali reagować na świat. Czwarty jest inny. Wychudzony, brudny, ale zbyt uważny. Siedział tu już wcześniej, przed Waszym przybyciem. Porusza ustami bezgłośnie, jakby powtarzał słowa, których nie wolno wypowiedzieć.

    Gdy w końcu na was spogląda, nie pyta kim jesteście. Mówi tylko, że „to nie jest noc na czekanie” i że “cisza w takich miejscach zawsze coś oznacza”. Potem milknie i nasłuchuje, jak pies wyczuwający burzę. Gdzieś głęboko w więzieniu rozlega się nagły trzask, jakby coś ciężkiego spadło na podłogę. Po chwili znów zapada cisza – jeszcze gorsza niż wcześniej.

    Zapach dymu staje się wyraźniejszy. Czas ciągnie się nienaturalnie wolno. Jeśli straż nie wróci, nikt was stąd nie wyciągnie. A jeśli wróci… być może lepiej, żeby tak się nie stało.


    Wychudzony więzień kiwa się w miejscu, drapie paznokciami po kamieniu, aż spod nich sypie się biały pył. Uśmiecha się do czegoś, czego tu nie ma. Głos ma chropowaty, jakby dawno nie używał go do rozmów z ludźmi.

    • Kamień… kamień nie śpi. On słyszy kroki, zanim one się wydarzą.
    • Najpierw dół… zawsze dół. Miasto przyszło później, jak robactwo do rany.
    • Strażnicy? - prycha cicho. - Jeden z nich nigdy nie nosił kluczy. Mówił, że drzwi wiedzą, kiedy mają się otworzyć. I wiecie co? Miał rację.
    • Kapie… kapie… - mlaska nerwowo. - Ale nie z góry. Nigdy z góry. Woda pamięta drogę, którą przeszła.
    • Szczury uciekają równo, jak wojsko. Nie przed nami. Przed czymś, co już wstało.
    • Dym to tylko zapowiedź. Prawdziwy ogień rodzi się w ciszy.
    • Imiona gniją szybciej niż ciała… miejsca nie gniją nigdy.

    Nagle przestaje się kołysać i patrzy na was z lodowatą, nienaturalną jasnością.

    • Jeśli ktoś dziś będzie słuchał uważnie, może jutro nie będzie musiał krzyczeć.

    Na tyle, na ile zdołaliście się zorientować, miasto wznosi się nad morzem, u wylotu rzeki, na jedynym w tej przeklętej okolicy fragmencie stabilnego gruntu – nagiej skale, wystającej z bagien niczym zęby trupa. Wszystko wokół, jak okiem sięgnąć, to cuchnące mokradła: mgły wiszące dniami i nocami, gnijące drzewa, topieliska bez dna. Bagna pochłonęły już niejedną armię, której dowódcy uwierzyli mapom, przewodnikom albo własnej pysze. Po dziś dzień mówi się, że w cichsze noce słychać tam szczęk zbroi i krzyki tonących.

    Na wyspę prowadzą cztery drogi - przynajmniej według oficjalnych opisów.

    Pierwsza to kamienna grobla, jedyna lądowa droga do miasta. Wąska, wyniesiona ponad bagno, popękana od lat i przesiąknięta krwią bardziej niż deszczem. Na jej końcu wznoszą się bramy, masywne i ponure, za którymi zawsze czeka straż - czujna i daleka od litości.

    Druga droga prowadzi od strony morza. Port jest potężny,i obstawiony tak, że samo wpłynięcie do basenu portowego bez zaproszenia jest czystym szaleństwem. Nawet jeśli ktoś zdołałby ominąć łańcuchy, baterie balist i wieże obserwacyjne, pozostaje jeszcze wewnętrzny mur portowy - gruby, wysoki i stale patrolowany. Morze tu nie jest sprzymierzeńcem; zdradliwe prądy i nagłe sztormy zdają się sprzyjać obrońcom bardziej niż ludziom.

    Trzeci sposób…próba dotarcia do miasta przez bagna i rzekę. Pieszo – bagno wciągnie cię po pas, po pierś, po szyję, zanim zdążysz zrozumieć, że grunt pod stopami nigdy nie był prawdziwy. Łodzią – ostre jak brzytwa skały przy ujściu rzeki rozrywają kadłuby, a zdradliwe wiry wciągają wszystko, co ośmieli się podpłynąć zbyt blisko murów. Ci, którym „się udało”, nie zostawili po sobie żadnych świadków.

    Czwarty sposób natomiast nie istnieje.
    I każdy, kto twierdzi inaczej, prędzej czy później znika.

    W Bögenhafen stacjonuje armia - oficjalnie po to, by strzec porządku w regionie, nieoficjalnie, by nikt nie zapomniał, kto tu naprawdę rządzi. Kilka oddziałów straży miejskiej zajmuje się codziennymi problemami: bójkami, kontrabandą, ciałami wyłowionymi z kanałów. Nad wszystkim czuwa lokalna władza - niewidoczna, odległa i doskonale poinformowana.

    Miasto tętni handlem. Gildie kupieckie rywalizują ze sobą otwarcie i po cichu, kompanie morskie werbują ludzi szybciej, niż morze ich zabiera, świątynie bóstw wszelkiej maści przyjmują wiernych. Kilku magusów działa tu legalnie - a reszta skrywa się w zaułkach, piwnicach i ruinach starszych niż samo miasto.

    Pomiędzy tym wszystkim kłębi się pospólstwo: uchodźcy, awanturnicy, dłużnicy, marzyciele i desperaci. Każdy przybył tu po coś innego: złoto, władzę, zapomnienie, albo tylko po to, by zniknąć w tłumie.

    W powszechnej opinii mieszkańców Bögenhafen jest miastem nie do zdobycia - miastem-państwem-twierdzą. Jedyną rzeczą, która naprawdę może mu zagrozić, jest zaraza. Dlatego miasto podzielono na strefy i dzielnice, oddzielone murami i bramami, które można zamknąć szybciej, niż ogień wypalający choróbstwo zdąży zgasnąć. A gdy choroba się rozprzestrzenia… cóż. Ogień jest skuteczny. Tak samo jak zapomnienie.

    I właśnie dlatego nikt tu nie śpi spokojnie.


    Kurt odprowadził uciekającego szabrownika wzrokiem, po czym powoli skinął głową. Wszystko zaczęło układać mu się w całość. Strażnik przy świątyni usłyszał słowa Hieronima i ustąpił. Ten człowieczek nie tylko ustąpił, ale uciekł na samo wspomnienie Sigmara. Widocznie byli ludzie, do których Sigmar jeszcze docierał. I byli tacy, którzy odwrócili się od niego tak daleko, że zostało im już tylko uciekać. Kurt spojrzał na Boscha z uznaniem. Im dłużej go słuchał, tym mniej rzeczy wydawało mu się przypadkowych. — Dobrze gadasz. Powiedział to z pełnym przekonaniem. — Chodźmy.
  • DeklineD

    <...>
    bla bla bla dłuższy post


    Kurt oczywiście idzie za głosem swojego duchowego przewodnika
  • Pan ElfP

    Podobał mi się bardzo wątek na LastInn, w którym mogliśmy wpisywać sobie nasze życzenia w co byśmy pograli. Czemu by nie wskrzesić tego wątku?
    Niekoniecznie nasze życzenia zostaną spełnione, ale kto wie? Może kogoś czyjeś życzenia zainspirują do założenia rekrutacji 🙂

    Zacznę ja, skoro już założyłem wątek.

    1. Superbohaterowie. Chodzą za mną od jakiegoś czasu. Coś w stylu X-Menów, których uwielbiam.
    2. Wiedźmin.
    3. Śródziemia nigdy za dużo.

    Zagrałbym sesję na dzikim zachodzie. Najchętniej klasyczne poszukiwanie złodzieja, który okradł bank lub jako grupka nastolatków chcących zgarnąć nagrodę z listu gończego.
  • MarrrtM

    Chciałbym się z Wami podzielić… może nie obserwacją, bo jaki świat jest każdy widzi, ale wrażeniem z tej obserwacji. Ostatnio w oczy mi wpadł wycinek wywiadu z Olgą Tokarczuk. Można twórczość tej pani lubić, można nie lubić. Nie sposób jednak nie docenić. A przez to nie pochylić się nad jej wypowiedzią, której sednem jest, że wykorzystuje AI w swojej twórczości. Wywołała ta wypowiedź bardzo słuszną moim zdaniem burzę w internetach. Wznosząc się zaś na masach kotłującego się powietrza chciałbym zarzucić tu na wędkę pytanie o światek PBF.

    Czy AI powinno być elementem PBF?

    Moje zdanie jest w tej kwestii stronnicze. Nawet nie będę udawać, że staram się być obiektywny. AI weszło już dość jawnie i na pełnej parze w grafiki. Zdolni gracze i mistrzowie pełnymi garściami czerpią z rezerwuaru dobrodziejstwa jakim stała się szybka kalka graficzna z wyobraźni na papier. Sesje pękają w szwach od grafik postaci z tymi charakterystycznymi dla AI obliczami nie wyrażającymi moim skromnym zdaniem kompletnie niczego poza naszym karykaturalnym odbiciem w oczach robota. Kijem Wisły się nie zawróci. Maszyna do pisania kiedyś też była narzędziem szatana. Ale pierwotny artyzm graficzny już teraz dogorywa i zadowalamy się łatwo, szybko i indywidualnie pichconą wtórną mielonką pozyskaną z tego co zżarły modele graficzne. Ale mówimy tu o modelach AI graficznych, których wykorzystanie nie jest… hmmm… sercem PBF.

    Wróćmy do narzędzia pracy pani T., czyli modelu językowego. Nie trzeba być pisarzem, żeby wiedzieć jak ciężki to kawałek chleba żyć ze swojego pióra. Gro niewielkiej i tak ceny książki/audiobooka i tak zjada wydawca. Czemu się wzdragać przed myślą, że AI pisarzowi/MG/graczowi zwiększy wydajność?
    Z dwóch przyczyn. 1) Z przyczyny osobistej. 2) I jakkolwiek górnolotnie to nie zabrzmi, ad maiorem dei gloriam.

    1. Nie wiem jak Wy ale ja podchodzę zarówno do książki, jak do gry jak do formy… relacji. RPG i książka to dzieło wyobraźni. A wyobraźnię postrzegam jak sferę nader osobistą. Czasem nawet intymną. Jako gracz i czytelnik czuję się trochę jak głodny stołownik, który przychodzi do kucharza ciekaw co też mu on przyrządzi. Może mi to smakować, albo nie. Ale nie mogę niedocenić starań kucharza. Co najwyżej więcej do niego nie zawitam. I tak są autorzy i MG, których kijem nie dotknę choć szanuję ze względu na ich tytaniczny wkład własny. Ale jeśli kucharz zaserwuje mi zupę instant, albo pizzę z mrożonki, to z całym szacunkiem dla żywności przetworzonej, czuję się oszukany. Bo ja tę wyobraźnie przed nim otwieram, a dostaję wygenerowaną przy użyciu kilku chwil papkę.

    2. Pani T. ma wyrobione nazwisko. Może tworzyć dzieła z wykorzystaniem AI znacznie szybciej i wydajniej nie siląc się na konieczność przebicia głową przez mur wydawniczy, czy selfpublishing. Jednocześnie coraz mniej tworzy własnymi siłami. Koszt zdrowotny, czasowy, pieniężny. Wszystkie przemawiają za maksymalizacją zawartości AI względem własnej. Randomowy pisarz może sięgnąć po ten sam algorytm językowy i tworzyć jakościowo podobne treści, ale nie nazywa się Tokarczuk. Nic nowego. Odcinanie kuponów. Śpiewka stara jak świat. Taki mamy klimat. Ale RPGi, a zwłaszcza PBF to fun twórczy, a nie zarobkowy. Nie zarabiamy na poświęconym tu czasie ani złotówki. Co więcej, poświęcony tu czas moglibyśmy przeznaczyć na pracę i więcej zarobić. Piszemy tu dla szeregu czysto egoistycznych przyjemności: 1) bycia przeczytanym, 2) łapek w górę 3) interakcji na poziomie wyobraźni 4) przeczytanie czyjejś odpowiedzi na własną twórczość i pętli własnej odpowiedzi na tę odpowiedź. 5)... napewno jest jakieś 5, ale nie mam pomysłu. Nie ma się co oszukiwać. PBF jest najpróżniejszą częścią społeczeństwa RPG. Chwalta nas! I tak jak pani T. w pogoni za optymalizacją efektów (więcej dobrych książek - więcej kasy) ulegamy pokusie optymalizacji efektów (więcej dobrych postów - więcej przyjemności). Tylko, że zarówno te książki jak i te posty tak naprawdę to robi się pulpa z tego co już było. Pani T. przestaje pisać i już tylko rzuca pomysłami zrównując się randomem. My przestajemy pisać. Świat nie rozpieszcza. Goni. Zdrowie. Kasiura. Rodzina. Jeśli można osiągnąć ten sam (albo lepszy!) efekt mniejszym nakładem sił własnych to czemu nie? Tylko, że ilość pulpy pisarskiej i graficznej pozostaje constans na wiele lat, bo modele się obżarły z zapasem. Nie ma nowej, bo “nowa” to przemielona stara. I jako ojciec nastolatków jestem przerażony, że w świecie moich dzieci "twórczością" będzie się nazywało to co na prośbę człowieka stworzył taki utyty model językowy.

    Dlatego finiszując moją walkę z wiatrakami chciałbym rzucić pod rozwagę znakowanie sesji. Z zawartością językowego AI i bez zawartości językowego AI. Wiem, że oszukiciarza, który i tak wykorzysta AI językowe, ale będzie się zarzekał, że sam pisze i tak się nie wykryje, ale… Przynajmniej nie będzie legitymizowania tego procederu.


    @JhnW napisał: Mężczyźni mają tylko wyższe odchylenie standardowe. Co przekłada się na różnice ilościowe ale nie proporcjonalność w grupach gdy mówisz, że jest kogoś dużo. Wired napisał: W temacie IQ widać to jak się porówna wyniki mężczyzn i kobiet, u kobiet jest więcej wyników bliżej mediany, a mniej na krańcach (mniej osób o bardzo wysokim i o bardzo niskim IQ). Ok, masz rację co do proporcji wewnątrz pojedynczego wykresu. Zgubiłem kontekst naszej rozmowy bo chodziło mi o ilość i przeszedłem do porównania różnych wykresów nawiązując do początku dyskusji. Proporcje jednej grupy (pojedynczy wykres) zachowują się tak jak mówisz. Gdy jednak porównujemy różne grupy poddane badaniu (Europejczycy vs Afrykańczycy, mężczyźni vs kobiety, czy od czego zaczęła się dyskusja dana grupa dzisiaj vs grupa w przeszłości) to mając kilka różnych wykresów możemy dojść do wniosku że np. więcej ludzi ilościowo było w przeszłości w krańcach wykresów (czyli więcej ludzi o wysokim IQ) a do tego dane sprzed normalizacji pokazują że i mediana była wyżej i stąd wniosek że ludziom spada IQ i jest odwrócony efekt Flynna.
  • GordianG

    PROLOG

    99f99898-cfe9-4493-98f1-4cae1bdb6fb1-image.png

    Przeznaczenie... Jakąż to ono rolę odgrywa w życiu człowieka? Czy w ogóle istnieje? Czy nasz los jest czymś odgórnie ustalonym, a wolna wola jest jedynie pozorem? Złudzeniem? Cienką zasłoną, za którą kryje się jakiś boski plan? A może jest odwrotnie i to my sami decydujemy o wszystkim, a ,,przeznaczenie" to tylko wygodne słowo na nazwanie czegoś, co nie potrafimy zrozumieć?

    Zatem czy to przeznaczenie, czy też zwykły przypadek sprawił, że pięcioro nieznajomych ludzi, pozornie niemających ze sobą nic wspólnego, rozrzuconych po różnych częściach miasta, ludzi o odmiennych historiach, sekretach i marzeniach, przeczytało ten sam artykuł w gazecie i postanowiło na niego odpowiedzieć? Kto wie... Może to zbieg okoliczności, a może - pierwsze ogniwo w łańcuchu zdarzeń, który właśnie zaczynał być wykuwany?

    San Francisco początku roku 1932 nie należało do najprzyjemniejszych miejsc na Ziemi. Miasto, którego krwiobieg jeszcze kilka lat wcześniej stanowiły handel, żądza przygody i złudna obietnica dobrobytu, teraz zdawało się zupełnie martwe. Wielki Kryzys uderzył tu z całą bezwzględnością: banki upadały, sklepy zamykały się jeden po drugim, a na ulicach, pod drzwiami dworców i kościołów pojawiało się coraz więcej ludzi wraz z tabliczkami z błagającymi o choćby drobny datek. Ludzi, którzy jeszcze kilka lat temu wiedli całkiem normalne życie.

    Chłodna mgła znad zatoki wciskała się w miasto niemal każdego poranka, spowijając wzgórza i drewniane domy wilgotnym, mlecznym półmrokiem. W porcie skrzypiały maszty statków, a ciężkie dźwigi powoli przesuwały skrzynie z towarami z odległych krajów: herbatą z Chin, gumą z Indonezji, ryżem z Filipin. Zapach soli mieszał się z zapachem smoły, ropy i ryb. Bo port, mimo wszystko, wciąż pracował. Był największym międzynarodowym portem na całym zachodnim wybrzeżu i dla wielu ludzi stanowił ostatnią nadzieję. Przypływali tu marynarze z Azji, robotnicy z południa, awanturnicy, przemytnicy, ludzie uciekający przed przeszłością i tacy, którzy desperacko szukali przyszłości.

    Na nabrzeżach można było spotkać ich wszystkich: bezrobotnych śpiących na ławkach przykrytych gazetami, byłych farmerów, których ziemię zabrały banki, marynarzy z tatuażami wyblakłymi od słońca i morskiej wody, chińskich kupców z Chinatown czy hazardzistów liczących na to, że szczęście się do nich uśmiechnie i odmieni ich los.

    Gazety sprzedawane były wszędzie, niemal na każdym rogu. Chłopcy w znoszonych czapkach wykrzykiwali najnowsze nagłówki, wymachując plikami świeżo wydrukowanych arkuszy:
    Sensacyjny wykład! Naukowiec twierdzi, że yeti istnieje! Ekspedycja do Związku Radzieckiego! Kupujcie Chronicles, tylko 10 centów!
    Dla większości był to tylko kolejny dziwaczny artykuł. Ot kolejny taki, który miał przyciągnąć uwagę i sprzedać te kilka egzemplarzy więcej. Ale nie dla tej piątki... Oni przeczytali go bardzo uważnie i równie poważnie go potraktowali:

    51de3fa7-d214-4694-aea7-78c7043fd4ed-image.png

    Czym to ogłoszenie było dla nich? Obietnicą? Szansą? Ostatnią deską ratunku? Być może nawet tego nie wiedzieli. Jedno zaś nie ulegało żadnej wątpliwości - to początek historii, która odmieni ich życie.

    @agnes @cygan @ketharian @elvis @kaworu


    Gdy ruszyłem w stronę portu, mijałem domy, które coraz bardziej się przesedzały na rzecz magazynó i składów. Opuszczałem więc teren mieszkalny i wchodziłem w produkcyjny. Zazwyczaj to w takich dzielnicach się słyszy o dziwnych rzeczach, mordach, czy też przemytach. Choć wiedziałem że takie rzeczy się dzieją wszęzdzie, to tutaj miałem jakieś mieszane uczucie niepewności. Zapach smoły, soli i owoców morza nie zbyt pomagał mi uspokoić umysł. Moje spojrzenia były ukradkowe na wszystko, próbując zlustrować każdy detal otoczenia wyszukując się niebezpieczeńśtwa. Choć był dzień, i widno, to jednak nie czułem się tak rozluźniony jakby mogło się wydawać. Ten efekt pozostał przez spotkanie w urzędzie. W środku tej dzielnicy, a raczej obok niej dalej, ukryła się inna całkowicie odmienna uliczka. Lampiony, dzwięki dobiegające z kawiarń, restauracji i herbaciarń uderzył w twarz a wciąż nie mogłem w to uwierzyć. Stanąłem przez chwilę podziwiająć widok, po czym ruszyłem dalej. Szukając mojego klubu. Lokal ten wydawał się być z wyższych sfer, spojrzałem na swój ubiór, i stwierdziłem że nie jest aż tak bogacko elegancki, lecz jest on na tyle elegancki że nie powinno być problemu. Wszedłem do środka. Zapachy tutaj były inne niż na dworze, gęstrze od aromatu kawy, perfum oraz tytoniu. Powolnie się rozejrzałem, nie chcąc pokazywać że się rozglądam, i ruszyłem pomiędzy stoliki, a większość z nich była zajęta. Zauważyłem drzwi które były nie ruszane, i miało się odczucie że tam jest jakiś... szef, lub ktoś ważny. Czy nasz jegomość jest na tyle ważny aby mieć własny pokój? Czy może to siedziba jakiegoś gangu. Ta druga opcja była najbardziej prawdopodobna. Dosiadłem się do baru, i analizowałem otoczenie, próbując odnaleźć człowieka który mógłby być naszym informatorem.
  • PiołunP

    Uroczyście witam was wszystkich na sesji Popiół i Śnieg!

    To miejsce przeznaczone jest na wszelkie sprawy około sesyjne, tzn. pytania, ustalenia, krótkie narady czy zwykłe luźne rozmowy związane z grą. Jeśli coś będzie wymagało doprecyzowania albo pojawi się potrzeba przedyskutowania jakiegoś elementu, róbmy to właśnie tutaj.

    Na początek chciałbym Wam podziękować za nadesłane Karty Postaci. Widać w nich włożoną pracę i pomysł, co bardzo cieszy. Mam nadzieję, że wspólnie stworzymy coś naprawdę klimatycznego i że będzie to dla nas wszystkich po prostu dobra zabawa.

    Mam też świadomość, że kilka kwestii związanych z homerule’ami wymaga jeszcze doprecyzowania. Musicie dać mi chwilkę bym zebrał to wszystko do kupy. Pojawi się dział, gdzie będzie można podglądnąć naszę Homerule.

    Przy okazji mam jedną drobną prośbę dotyczącą wątku z przygodą. Nie dodawajcie proszę w postach dodatkowych avatarów ani imion postaci. Miniaturka oraz informacje generowane przez panel forumowy są w zupełności wystarczające i zapewniają przejrzystość. W razie potrzeby większe avatary są dostępne w panelu sesji, a pełny podgląd postaci będzie znajdować się w dziale „Karty Postaci Bohaterów”. Nie ma potrzeby dublowania tych grafik.

    Pierwszego posta fabularnego możecie spodziewać się już niedługo.

    Mam pierwszą rzecz do obgadania. Czy wszyscy są za, byśmy dodatkowo do tej sesji stworzyli sobie kanał na discordzie, do szybkich pytań, czy też może ktoś nie jest fanem takiego rozwiazania?


    Jak coś jestem bardzo słabo dostępny i tylko z komy co najmniej do niedzieli.
  • PaniczP

    Yeol, pełniej i poprawnie nazywany Republiką Zjednoczonych Prowincji Yeol, najczęściej w ustach mówiących Wspólnym pojawiał się jako Wolna Liga. To była klarowność (sam Yeol odwoływał a to do rzeki, a to do krainy, a to do znowu czegoś tam, co lokalsi znali jak pacierz, ale nikt poza nimi). To był konkret (nie trzeba było mnożyć tych członów, przypadków i zastanawiać się, co to niby ta rebuplika). To była nazwa, którą posługiwano się zagranicą, gdy rozpowiadano o znaleziskach Ścieżki Slerotina i obietnicach, które ofiaruje śmiałkom. I to była nazwa, którą śmiałkowie spotykali już na miejscu, na yeolskiej ziemi, gdy tłumaczono im lokalne zwyczaje.

    My, Wolni, mówili o sobie chłopi i mieszczanie, jesteśmy uparci. Jesteśmy uparci i dumni. Wierzymy, że na tej ziemi każdy może zbudować swoją fortunę. Że wszyscyśmy równi w kołysce, ale po to żywim, by wzrosnąć własną pracą ponad innych. By pokazać, że człek swego losu kowalem.

    Przybysze słyszeli o tym. Czasem dziwowali się trochę, widząc masy tych niewzrośniętych ponad resztę, steranych w halach, manufakturach i na latyfundiach, pełnych wiary, że słuszna ich ścieżka, ale moment wciąż nie ten. Tych wzrośniętych zwykle nie było widać na polach czy ulicach, choć dzielili tę samą wiarę.

    Czasem talent i pracowitość Yeoli zdumiewały, gdy co jedno to narzucone im novum, które nakreślały lokalne rady wprowadzano w domach i na roli, na ulicach i warsztatach, a mało tego jeszcze, bo czasem i w kościołach. Nowinki i ulepszenia służyły ludziom, a każdy chciał dołożyć swoją cegiełkę do powodzenia społeczności. Raz, że lepiej przecie by żyło się wszystkim pełniej i dostatniej, a dwa, że jak można odstawać, gdy inni szli twardo do przodu.

    Wolna Liga wzrosła na ludziach czynu. Takich, którzy w dzikości nowej ojczyzny wykarczowali sobie przestrzeń do życia wprost z chaszczy. Przybywali falami, następne pokolenia w kolejnych stuleciach i dekadach, zbiegając do okolonej górami krainy na uboczu Flanaess. Chłopi umykający spod pańszczyzny, niewolnicy zbiegli z plantacji, dłużnicy kryjący się przed prawem, banici i wyrzutkowie. Ci, którzy nie pasowali sąsiadom i ci, którym nie pasowali sąsiedzi. Tacy, którzy stracili wszystko i musieli zaczynać od nowa i tacy, którzy coś tam uciułali i zaczynać chcieli po swojemu. Tam, gdzie w bród wolnej ziemi i nie trzeba dzielić morgi między siedmiu kuzynów.

    My, Wolni, mówili o sobie ci, którzy mieszkali w Lidze od pokoleń, jesteśmy gościnni. Gość w dom, bóg w dom. Każdy podróżny to przecie może być Fharlanghn.

    Przybysze czuli to, gdy nie raz korzystali z serdeczności gospodarzy śpiąc po ich stodołach, chatach, a bywało, że i mieszkaniach, współdzieląc z nimi wieczerzę.

    Jesteśmy gościnni, mówili tak samo ci, których keolandzki często ciągle dźwięczał od północnego akcentu, bo to kraj, gdzie każdy skądś przybył. Nam też była tu niedawno droga zza gór i poznaliśmy gościnność sąsiadów.

    Nie chcemy tu obcych, mówili ci sami, ci pierwsi i ci drudzy, których dzieliły pokolenia w dolinie. Przychodzą i chcą jeno brać i brać, jakby każdemu się należało. Przybyli kiwali głowami, chłonąc lokalną mowę. Zabierają robotę, a to nie jest taki czas, żeby o innych się martwić, mówili inni i mówili ci sami. Mamy własne problemy, a teraz czasy niepewne. Niedobra to rzecz i lepiej, co by Rada coś z tym zrobiła, bo inaczej nam samym przyjdzie... A chłop tu mocny i na głowę wleźć sobie nie da!

    Przybysze czasem potakiwali, potulni i niechętni scysjom. Czasem wręcz byli zgodni, pewni, że przecież to nie o nich i ich to nie dotyczy. Ale inni parskali, pukając się w czoło. Czy to nie Wy, Wolni, mówili, chwilę temuście mówili, że Ścieżka to taka szansa, jakiej świat jeszcze nie widział? Że z Niebios dana szansa i bogactw tyle, że na Ligę idzie złota era? Że trze'a by świat zainteresował się i popuścił trzosa?

    Spojrzenia kłóciły się w Lidze, ale czasem zlepiały w jeden misz-masz, zależnie od tego, kto zasiadł przy stole i co podano. Wojna w pobliżu granic i spiski Szkarłatnych Braci. Trzeba było uważać, bo czas niepewny. Nie dać wciągnąć się w wojnę i nowym krajanom uważnie patrzeć na ręce. Ale kiedy Bracia, psubracia, ha-tfu!, dokonywali swoich rzezi i bezeceństw, czyli godziło się być obojętnym? Stawiać zasieki zamiast pomagać?

    A sprawa Ścieżki, a Drusdygg, a Czarne Wrota? Miejsca, o których w Yeol dotąd nikt przecie nie słyszał (poza tymi, którzy żyli w samym Drusdygg i u progu dzikiej doliny)... Teraz zjeżały debatę przy stołach od Yatili po Piece. Szansa to, szansa, głosili jedni, a drudzy (albo ci sami, jeśli inaczej wstali) ganili: Nie wolno w głupotę popadać! Przylezą Keole, królewicze, obce, rozbiorą, wydoją!

    Kompanie i spółki ściągały ludzi do Ligi, wkraczając w gospodarczy boom, który wzrósł na razie na samych nadziejach Ścieżki. Za nimi ściągali węszący swej szansy, którzy chcieli podłączyć się pod operacje w Drusdygg. Byli podobni Yeolom, którzy przybywali tu od pokoleń.

    Spragnieni swej szansy, charakterni, odważni, niepokorni i głodni. Dlatego budzili nadzieje u tych, którzy wierzyli w szanse dawane przez Ścieżkę. I w magię wzrostu, który mieli napędzać.

    I z tego samego powodu budzili obawy. U innych i u tych samych. Bywało, że budzili lęk.

    Drusdygg, gdzie strumień przybyszów znajdował ostateczne ujście, czuło to najmocniej. I tu przekonali się już, a mieli przekonać jeszcze dosadniej, że nowi są Ligi prawdziwą szansą.

    I śmiertelnym dlań zagrożeniem.


    Otiak krążył wśród wojowników jak dżuma, zwalając z nóg i przeciągając na czarną stronę jednym dotknięciem. Był nieprzejednanym żywiołem, który nic sobie nie robił z ludzkich prób zatrzymania. Ostrzeliwali go wszyscy: Seweryn, Eutalo, Bolvar, Varlund. Magiczne pociski ze wszech rodzajów energii, świętej i nieświętej, lepili Morwen, Hazar, Marius i Saskia. Razy spadały na wielorybie cielsko z hukiem, ryjąc krwawe szramy w glutowatej skorupie potwora. Ale ciągle było mu mało. Część uderzeń znosił, jakby spadały nań letnim deszczem, a nie gradem potężnych, metalowych uderzeń. Kilka bełtów odbiło się od wywijających na prawo i lewo macek, zmuszając strzelców do repetowania, gdy zębiska bestii szykowały już zacisk na kolejnej ofierze. Szło powoli, niebezpiecznie powoli, ale krok po kroku, udawało się jednak ukruszyć nieco życia z Otiakowej skały. A to szczęśliwy strzał Seweryna wprost w pysk, a to drażniąca macki magia Utopca. Do tego Saskia, która wymodliła znienacka świelistą smugę, okalającą teraz Pożeracza jasnością, jak scenicznego aktora. Ognista wiązka wyrzucona z dłoni Morwen osmoliła cielsko maszkary, a zbroje okładały ją metodycznie, choć – mimo nieludzkiej siły – nie zawsze skutecznie. Randal czuł jak dłoń pod pawężem mięknie pod uderzeniami stwora i wiedział, że musi się wycofać, albo garda całkiem padnie, a ostatni paladyński opór niegodziwościom tego świata postawi już tylko sama zbroja w przepastnym żołądku otiaka. Rycerz rozpoczął odwrót, korzystając z natarcia sojuszników. Nawet jeśli nie byli skuteczni, mącili w wynaturzonym móżdżku stwora, dając drużynie taktyczną przewagę. Ten zaczynał atakować coraz bardziej w amoku. Rzucił się na powrót w stronę Varlunda, którego próbował dosięgnąć macką, ale sierżant podskoczył jakby robił manewr na skakance. Zbudował sobie łokieć dystansu, by nie dać się dziabnąć zębiskom bestii, ale przed następną macką nie miał już gdzie się schronić i rąbnięty przez biodro, zawył jak raniony kojot i potoczył się bezładnie do tyłu. W oczy żołnierza zajrzała śmierć i każdy widział, że stary wisi już na ostatnim strzępku życia. Kto mógł, rzucił się dołożyć swoją cegiełkę do kaźni otiaka. Cholerstwo musiało wreszcie zginąć nim nie zabierze kogoś ze sobą! Lara odciągnęła ze sobą wyratowanego złodzieja, dalej od zagrożenia i zaraz wróciła, szybko sypiąc proch do wystrzału. Może gdyby strzeliła szybciej powstrzymałaby Pożeracza nim połamał Varlunda? Nie sposób dociec – potwór wciąż tam był, a jego głód nie znał ukojenia. *** Paszcza dalej szczękała nierównymi zębiskami, ziejąc smrodem i głębokim zaprzeczeniem piękna symetrii. W świetlistej glorii otiak wyglądał wyjątkowo plugawie. Bluźnierstwo przeciw naturze postawione na złoty piedestał biło obrzydlistwem po oczach bardziej niż wcześniej. Marius aż ryknął złowrogo, czy to przerażony, czy rozeźlony na stałą, niezmywalną obecność bestii, a za jego słowami popłynęła moc, która wstrząsnęła stworem. Morwen znała ten czar, ale w takim wykonaniu widziała go po raz pierwszy. Plugawy Żart, Wiedźmi Rechot, Paskudny Śmiech Tashy czy – jak kiedyś nazwała go sama autorka – Drażniący Chichot Iggwilv. Magia mąciła ofierze w głowie, zwalając ją z nóg i porywając w chore napady śmiechu, które mogły trwać i trwać. Wielu czarodziejów łączyło zaklęcie ze słowami naturalnego języka, a bardowie upodobali sobie wplatać w nie kpiny i żarty, ale w tak drastycznej formie Morwen dotąd go nie widziała. Cel nie musiał nawet rozumieć języka, ani w ogóle słyszeć słów, a magia i tak robiła swoje, wbijając pojmanego w urok w stan maniakalnego śmiechu i umysłowego bezładu. Chyba, że przezwycięży zaklęcie. Otiak słyszał – bo i ten jego zmysł był mocno rozwinęty i podatny na bodźce – ale nogi pod nim nie drgnęły. Nie było drgawek, tupania, szalonego tańca, ani bezładnych wymachów macek. Bestia sapnęła tylko i zawinęła się tyłem do Mariusa, szykując szarżę na towarzystwo zebrane wokół Hazara. Krasnolud zaśmiał się złowrogo, jakby to on sam wpadł pod Plugawy Rechot, machając samobójczo na stwora, by nacierał. Wojownik wiedział, że bestia zmiecie go z powierzchni ziemi, jednak nie tchórzył. Mimo całej swej burzliwej historii był w końcu krasnoludem. Mavir ulotnił się gdzieś w międzyczasie, a reszta górników bezpiecznie odprowadzała jeńców po schodach, ale sztygar nie stał w walce sam. Szwar, z nietęgą miną, ale kilofem dalej w łapach, stał obok szefa. Saskia, choć nie po drodze było jej z gotowym obijać szabrownikó Hazarem, czarowała dalej, dorzucając świętego ognia do gasnącej wokół otiaka powłoki. Grebo, który zobaczył, że jedno pacnięcie macką i Varlund zejdzie z tego świata, a za nim pójdą krasnolud i kolejni, porzucił ataki z dystansu i rycząc niegorzej niż rury Wielkiego Dechu przy wypluciu mefitów, rzucił się na pożeracza z toporkiem. Lara strzelała z tyłu, strzelał Bolvar, ktoś krzyczał, inny czarował, szczękały kusze, tupały nogi. Zbroje waliły w osaczonego coraz mocniej otiaka niby w mokrą szmatę, a macki bestii zacinały dookoła, łupiąc płytki z podłóg i zginając w kontrze metal żywych pancerzy. Ballo poczuł, że życie Otiaka Pożeracza Dzieci iskrzy się niepewnym żywiołem i potrzebuje popchnięcia. W jedną stronę, albo drugą. Mnich wciągnął głęboko powietrze, świadomy ryzyka. Był większy niż ktokolwiek w okolicy i pewnie silniejszy niż większość. Miał zręczność, jaka przy tej masie była niespotykana, a lata treningów utwardziły jego ciało niby dębowe drewno. I miał świadomość, że frontalny atak na otiaka – jeśli dać bestii szansę skontrować – skończy się dla niego śmiercią, albo ciężkim kalectwem. Ale miał też świadomość pola bitwy. Tego, co dzieje się wokół. Przepływów życia i energii. Widział ruchy kompanów, śledził ich gesty, czytał z nieodczytywalnej fizjonomii otyugha, co dzieje się w jego bryle. Varlund odczołgiwał się na bok, ale nie miał dość czasu. Hazar był osłabiony, zbyt wolny do odskoku. Tarcza też nic by nie dała... Potwór słabł, a jego duch gasł, ale głód w nim ciągle buchał po skraj bytu. Otiak chciał pożerać, co żywe i Ballo musiał zatrzymać go jeszcze ten moment dłużej, nim drużyna i zbroje nie ugaszą w końcu żarłoczności przydeptując bestię do ziemi. Białe Serce uderzył się po udach i z pędem, jakby zjeżdżał na saniach, zwalił się na pożeracza. Ale... Zodalu, czymże była ta bestia? Ballo natarł z uderzeniami pięści, jakie zrąbałyby dębową ławę... A stwór odbił łapy mnicha macką jakby od niechcenia, odklepując je z irytacją, która miała poprzedzić wbicie zapaśnika w ziemię jak kołka. Ale Ballo nie był tu sam. Randal, wcześniej prawie złamany ciężarem uderzenia otiaka, teraz powracał z furią, wkładając w pchnięcie oszczepem całą swoją energię. Rzut miotnął pociskiem i samym paladynem, który aż zakręcił się, ledwo wyłapując równowagę przed upadkiem. Siła zrobiła swoje. Oszczep strzyknął jak chrząstka i pękł na kawałki, ale większa, centralna część ze stalowym grotem wbiła się w bulwiastą wypustkę na łbie otiaka, zrywając osłonę z łusek i zaskorupiałego brudu. Tam, gdzie nie zadziałał czar, tam potężne uderzenie zgięło nogi potwora i wraz słoniowe kulasy popędziły bezładnie naprzód. Ballo odczuł ten moment. Przecięta nić życia puściła z jękiem, a potwór potoczył się jeszcze przez chwilę, grożąc zmiażdżeniem wszystkich po drodze i upadł, powoli tężejąc. Macki pełzały jeszcze przez chwilę wokół, niby puszczone samopas, ale w końcu i one ucichły. Ogień z naftowej bańki dogasał, a dźwięki Ścieżki na powrót schodziły z rejestrów walki i rozpaczy niżej. Nieco niżej. Na bliższy codzienności awanturników poziom napięcia i zagrożenia. [image: 6381191-1e1f05f6-86d9-11f1-9039-5a9009d57bc5]
  • KetharianK

    text alternatywny

    W przedsprzedaży pojawił się dzisiaj kolejny sourcebook do wyczekiwanej przez wszystkich PIĄTEJ edycji WFRP. Fizyczne kopie podręcznika będą dostępne od pierwszego kwartału 2027, ale zamawiający je w przedsprzedaży otrzymują już dzisiaj wersję cyfrową.

    96 stron, ładna oprawa graficzna (jak wszystkie wcześniejsze podręczniki Cubicle 7). Wrzucam poniżej spis treści oraz jedną z ilustracji na zachętę.


    text alternatywny


    text alternatywny


    Aaa.... czyli to jest podręcznik do edycji 4.5? [image: a055.gif]
  • BrilchanB

    [B]Influence Cobalta Seniora zasiane[/B]

    Mephisto uniósł rękę jak uczeń zgłaszający się do odpowiedzi:
    -[I] A nie jest tak, że aktualnie Blue Collar jest zarządzana przez Cobalta Dash, a my wszyscy podlegamy bezpośrednio jemu? Czy w takim razie z wszelkimi propozycjami nie powinniśmy najpierw iść do niego? Zwłaszcza to kogo zatrudni? [/I]

    Gabrielle Hawke założyła ręce na biodra zanim wymieniła:
    -[I] Bo mój dziadek nie miał bogatych rodziców, którzy fundnęli mu studia i fundusz na firmę, tylko sam zarobił na swoją agencję i fundacje? Przetrwał na ulicy jak go wywalili z domu kiedy miał 11 lat? A bez dyplomu jakieś przereklamowanej uczelni zna 3 języki obce. A ktokolwiek przygarnął dziadka w Chicago to przynajmniej, bo go chcieli, a nie komuś pękła guma. Miał bliski kontakt z Mrocznym Feniksem i przeżył? Zamiast marudzić na to jak “kiedyś było wspiera swoją” fundacją LGBT, cywilnych mutantów i ogarnia social media? Bo to nie jest kwestia jednorazowej gafy, tylko różnic stylu, które są zbyt wykluczające.
    -W porządku, rozumiem… -[/I] Hawkman uśmiechnął się smutno -[I] Opowiadam rzeczy brzmiące jak niestworzone, zadawałem się z ludźmi działającymi na pograniczu prawa i jestem wdzięczny, że mi pomogli kiedy nie miałem nic, czytam książki, które lądują na listach zakazanych. Jeśli wolisz, żebym nie przebywał z twoim wnukiem sam na sam to rozumiem.

    ALE już poprosił mnie o spotkanie informacyjne, uważam, że skoro jest na tym świecie, skoro jestem jedną z osób, które nawaliły z Mrocznym Feniksem, to Cobaltowi Blue się należą informacje. Choć skoro obaj jesteśmy w wieku kiedy coraz więcej przyjaciół jest na cmentarzu to możemy pogadać przy kawie… Cokolwiek było między nami… Austachy, to nie dotyczy mojej wnuczki. Masz tą szlifierkę na beton?
    -Niby czemu miałbym mieć? [/I]- burknął Dallen senior- [I] Cieszę się wnuku, że na tyle chociaż rozumiesz swoją sytuację. Młodzież winna jest szanować opinie starszych albowiem przemawia przez nich doświadczenie. Ej, Hawke a ty dokąd? [/I]

    Hawkman przewrócił oczami, przesunął się ku dziurze po Dianie:
    -[I] No to skoro jestem tutaj po cywilnemu, to powinienem dać się uratować jako cywil, żeby oszczędzić na chryjach… Albo dać młodzieży dorobić punktów. Gabby, skoro poczekamy na szlifierkę możesz iść ze mną. Równie dobrze możemy pooglądać po co przyszliśmy. Zwłaszcza, że jeśli nie daj jeden eksponat uszkodzili, to ja będę musiał wypisywać papiery do 3 muzeów. Liczcie do 100 i możecie iść po mnie i legitymację Sewer Rata. Kto wie może mam ją w kieszeni? W końcu jestem znany z kleptomanii? A właśnie! Pamiętasz, że twój zakaz na wejście do chicago został odwołany z 18 lat temu. Skoro druga strona paktu nie żyje. [/I]

    [B] Przejdźmy gdzie indziej? [/B]
    Dean wyglądał tak jakby chciał być gdziekolwiek indziej niż przy starym Cobalcie. Przeniósł uwagę ostatecznie na resztę drużyny :
    -[I] No cóż… Z tego co mówił Sewer Rat to tam nadal kręci się jeden starszy cywil. Wypadałoby go bezpiecznie wyprowadzić z Muzeum. Sprawdzić czy ktoś się jeszcze nie schował. A i ja jeszcze nie widziałem Cementona, a raport trzeba spisać. Nie powinniśmy się też oddalać od Strzygi, a Pan Cobalta powinien znać procedury lepiej od nas. To co idziemy? Pomożemy też Sewer Ratowi pozbierać jego rzeczy [/I]

    [i]- Hm… mogę nas wszystkich skierować w stronę starszego pana i Cementona, to żaden problem. -[/I] powiedział Sewer Rat - [I] I choć wątpię, by Strzydze stała się jakaś krzywda, to lepiej może się nie rozdzielać? Proszę pójdźcie za mną, wszędzie Was zaprowadzę, znam drogę [/I]- powiedział, po czym pomachał ręką w powietrzu, aby zachęcić swoich nowych znajomych do podążenia za nim.
    -[I] Tak, tak - nie chcemy zdarzeń jak ze slashera - pierwszy umiera ten kto powie “Zaraz wracam”, rozdziela się, czy należy do mniejszości… No widzę, że znasz się na rzeczy Sewer Rat [/I]- Mephisto w przyjacielskim geście klepał po plecach nowo poznanego bohatera. -[I] Jesteś rozsądnym człowiekiem. Świetnie. Przemyśl i się prześpij z dalszymi decyzjami. Też kiedyś robiłem solo, ale rozumiem, że niektórzy mają powody w tym zostać [/I]
    …tym bardziej, że po chwili zaczął pisać do Człowieka przy Monitorze:
    [I]”Weź znajdź mi co się da o działalności Sewer Rat. Wszelkie oznaki niezrównoważenia do zgłoszenia. Jeśli dasz radę to i cywilną wersję” [/I]

    [b]Diana w muzeum[/b]
    Strzyga usłyszała za sobą głos Hawkmana:
    -[I] Panienka… ekhm szanowna Strzyga i mi kopsnie egzemplarz? To coś ciekawego? [/I]- wskazał na egzemplarz “Ludzkich przepisów”. Wnuczka podtrzymywała go pod ramię.
    -[I] Dziadku, odpuść… [/I]- wymamrotała- [I] Jak nic ukradła… Już lepiej chodźmy do tej gabloty w dziale herosów [/I]
    -[i] A ja nie znam tego muzeum… Jestem tutaj pierwszy raz więc niczego nie pokażę… Ja tam kiedyś czytałam o Beef-manie, ale to może być anegdota. A książka jest o średniowiecznej kuchni, taka edukacyjna dla całej rodziny i ja nie kradnę [/i] - Powiedziała Diana Patrząc groźnie Na młodą skrzydlatą dziewczynę.

    Skrzydlata spróbowała wykrzesać z siebie równie groźne spojrzenie, co zniwelowało, że była dużo drobniejsza od rudowłosej. Dianie wydawało się, że mogła najwyżej przerastać Joan Murphy.
    -[I] Ucielo, to że ja kradłem za młodu nie znaczy, że każdy to robił. Nawet z biedy… [/I]- Hakman zabrzmiał na rozbawionego -[I] A który Beefman, Strzygo? Znałem jednego Beefa i parę razy dla niego stałem na czatach do muzeum... Kto by pomyślał, że teraz to JA będę odpowiadał za eksponat muzealny? Potrzebuję sprawdzić czy nadal stoi w dziale “Superherosów” mój pierwszy kostium. Bo nie daj coś się z nim stało, to grozi mi raportowanie do 3 instytucji kulturalny. Durne, ale się zobowiązałem… Może szanowna Strzyga pójdzie z nami? [/I]

    Dashing Cobalt Blue pytania zadaje Dziadkowi

    Eddie poczuł pewną sympatię dla Hawkmena i jego wnuczki po tym małym biogramie który ta ostatnia zaprezentowała, skojarzyło mu się to z piosenką “She’s Rebel” zespołu Green Day choć płeć podmiotu lirycznego się nie zgadzała reszta pasowała do Pana Jastrzębia bardzo zgrabnie. Wodniak puścił sobie cicho melodie w zapętleniu na jednej ze słuchawek co pomogło jego nadaktywnemu ADHD-owemu mózgowi zachować nieco więcej skupienia czego potrzebował bo zamierzał skorzystać z tego że został z seniorem rodu Dallenów sam na sam i zadać mu ważne pytanie:
    [i] Dziadku dręczy mnie jeden problem a skoro jesteś taki kochany i dzielisz się z nami swoim doświadczeniem to chciałbym poprosić cię o radę: Czuje się zagubiony! Mam zabić świadomą istotę nawet jeżeli to jest demon zrodzony ze zła który chce zostać złym bogiem to mam wątpliwości moralne a Matka Biologiczna jest boginią więc ma nieludzką perspektywę i moralność… Dlatego poprosiłem Pana Hawkmena o opowieść na temat jego walki z Królem Feniksem, bo muszę się przygotować do tej walki, ale będę szczery, Dziadku czuję się wściekły i skrzywdzony że Matka zdecydowała się mnie urodzić tylko po to żeby nasz świat miał broń przeciwko jakiemuś złemu bóstwu! A przecież twoje zasady i reguły według których żyją herosi Helcyon City to “Nie zabijaj” co mam zrobić ? Co ty byś zrobił na moim miejscu Dziadku - Edulan pozwolił aby rozpacz i zmartwienie które na co dzień krył przed innymi pokazały się w jego wzroku i głosie.*[/I]

    // Mechanika używam ruchu Legacy: Words of the Past więc Dziadek musi dać Eddiemu szczerą odpowiedź i poradę.

    Cobalt Senior prychnął:
    -[I] Ależ Mroczny Feniks to jest magiczny pasożyt. Magiczny, więc ma efektywniejsze działanie , ale w gruncie rzeczy nie myśli o niczym więcej niż tylko jak się najwięcej nażreć. Nie ma w tym nic z inteligencji. Im dłużej dać temu żyć tym więcej osób zaszkodzi. Żadna z ofiar nie zrobiła się mądrzejsza.

    Wiem po przykładzie syna Hawkmana… Niby dorosły z dyplomem i rodziną, a nic nie pomyślał, że to dziwne skąd na niego spadła ta moc ognia. Czy czar, meteoryt czy nieudany eksperyment? Od razu zaczął się bawić jako “Feniks”. A parę miesięcy później oszalał siejąc strach i zniszczenie. Do rozumu jakoś Hawkman też nie przemówił ani synowi ani Mrocznemu Feniksowi, więc tym bardziej skąd myśl, że to coś ma rozum? I będą następni dopóki ktoś tego nie zatrzyma[/I]


    Taco! Diana przeglądała się kaktusem w zamyśleniu a potem odpowiedziała Ariannie. *- Twój brat jest w porządku, tylko opowiadał o tym, że twój szwagier jest podejrzany normalny. Ja też się nie znam, ale to chyba nie jest jakiś wielki problem…Chyba będziemy musieli porozmawiać we troje z Deanem… - * Diana zastanawiała się Jak pewne sprawy wyjaśnić… Kimkolwiek była Ari dla Deana… Side-Quest - O nie! Ja się nie piszę na to! I tak wam wystarczająco wiele problemów na głowie! Przywitanie z całą rodziną. Diana machnęła ręką i wyjaśniła. - Raczej nie, tutaj czeka na nas ważne zadanie Bea… Takie co twój brat zlecił! - Potem popatrzyłam na mężczyznę po matce i położyłabym dłoń na ramieniu i powiedziała. *- Barry, Pamiętaj aby myśleć pozytywnie i zawsze patrzeć na jaśniejszą stronę życia!-!
  • KetharianK

    text alternatywny


    BAZA DANYCH DLA SESJI CP2077



    Zasady autorskie

    Tabelka krytycznej porażki dla broni palnej uwzględniająca stopień niezawodności broni, zastąpi tę z podręcznika:

    1 - wypiąłeś przez pomyłkę magazynek, musisz załadować broń na nowo;
    2-5 ryzyko zacięcia broni, wykonaj test niezawodności;
    6-7 - ryzyko uszkodzenia wewnętrznego mechanizmu broni (wykonaj test NZ - udany, broń się tylko zacina; nieudany - broń nie nadaje się do użytku do czasu udanej naprawy rusznikarskiej);
    8 - ryzyko zniszczenia broni (wykonaj test NZ; udany, broń jest tylko uszkodzona i wymaga naprawy rusznikarskiej; nieudany, broń jest permanentnie zniszczona);
    9 - ryzyko wybuchu broni/amunicji (test NZ, udany, broń jest tylko zniszczona; nieudany, wybucha zadając użytkownikowi obrażenia równe parametrowi broni x2;
    10 - coś spektakularnie szokującego i makabrycznego zarazem, wymyśla MG.


    Klasy cenowe dla cybernetyki

    Klasa A (300% cen z podręcznika): fabrycznie nowy sprzęt na gwarancji, zarejestrowany, z firmowymi updatami oprogramowania;

    Klasa B (200%): legalny sprzęt z drugiej ręki, z zachowanymi numerami seryjnymi, bez gwarancji, może mieć wady użytkowe;

    Klasa C (100%): czarnorynkowe wszczepy z mniej lub bardziej trwale usuniętymi numerami, ze zdjętymi blokadami biometrycznymi, z dużą dozą prawdopodobieństwa pochodzące z kradzieży bądź nawet przemocowej ekstrakcji z ciał właścicieli. Tego rodzaju cybernetyka może być powiązana z przypadkami napaści i zabójstw i rutynowo jest konfiskowana, jeśli zostanie zidentyfikowana podczas kontroli policyjnych.


    Zasady zbierania pedeków

    Cyberpunk jest z zasady systemem bardzo zabójczym, nie ma tu Punktów Przeznaczenia i im podobnych asów w rękawie, a sama mechanika jest dość śmiercionośna, dlatego PD często bywają traktowane drugorzędnie - ale nie w naszym przypadku. Zrobimy zatem tak - możecie poświęcić kilka godzin (wartość uśredniona), aby uczyć się jakiegoś skilla z książek lub cyfrowego Retrobooka, aby zdobyć 1k3 PD umiejkowych per lekcja (możecie w ten sposób zdobyć skilla i podnieść go na maks +2). Możecie pobierać lekcje od jakiegoś nauczyciela za 2k3 PD od lekcji maks do poziomu skilla nauczyciela. Oraz możecie zbierać pedeki za praktyczne testowanie swoich umiejętności w grze na bazie taryfikatora, gdzie wynik 2-5 na kostce to 1 PD, 6-9 to 2 PD, a 10 to 3 PD (za krytyczny sukces).

    W CP2020 pedeki wykorzystuje się tylko do zdobywania i podnoszenia umiejętności. Atrybuty startowe (z wyjątkiem Szczęścia) można ewentualnie podnosić dzięki cybernetyce albo zmniejszać wskutek chorób, niepełnosprawności czy innych przykrych przyczyn. Nie istnieją żadne atuty do wykupu za pedeki znane z innych systemów, żadne specjalne talenty - tylko umiejętności.

    Pisałem o tym już wcześniej, ale zaznaczę raz jeszcze: Wasi bohaterowie mają dużo możliwości, aby się czegoś nauczyć, mają dostęp do wielu źródeł wiedzy podnoszących ich kwalifikacje - jest wręcz zalecane, aby ciągle się czegoś uczyli. Istnieje kilka sposobów na zdobywanie wiedzy opisanych poniżej.

    Po pierwsze, możecie uczyć się czegoś samemu z Internetu albo książek. Internet 2077 AD jest jeszcze gorszy niż nasz współczesny, pełen patostreamerów, sieciowych celebrytów, odmóżdżających stron i deep fejków, ale wciąż można w nim znaleźć materiały do samodzielnej nauki. Dużo łatwiej o stare książki i magazyny, wciąż dostępne na niezliczonych targowiskach Night City w obiegu z drugiej ręki. I tu od razu uwaga na temat nauczania publicznego - generalnie edukacja publiczna stoi na kiepskim poziomie, w myśl korporacyjnej filozofii niewyedukowanego społeczeństwa podatnego na manipulację i pchanego wszechobecnym praniem mózgów w objęcia nienasyconego konsumpcjonizmu. Elity kształcą swoje dzieci w prywatnych szkołach przygotowując je do zarządzania tępą tłuszczą na dołach społecznej piramidy.

    Tak więc ślęcząc nad książką lub drzazgą z danymi można dzięki kilku lekcjom nauczyć się czegoś nowego, jeśli specyfika umiejętności pozwala na pozyskiwanie wiedzy w taki sposób. Jak już wspomniałem, jedna książka zapewnia 1k3 PD, a zdobycie 10 PD oznacza pozyskanie umiejętności na +1.

    Przykład A. HiFi chciałby się nauczyć programowania, a wstydzi się poprosić Brazil o pomoc - może zatem w czasie wolnym (jedna lekcja dziennie) czytać o tym w sieci i zdobywać w ten sposób pedeki, które pozwolą mu w pewnym momencie na zdobycie umiejętności na poziomie 1 (ale maksymalnie na +2).

    Drugą metodą jest pobieranie nauk, płatne bądź niepłatne, które dla jednej lekcji z nauczycielem generuje 2k3 PD (bo nie trzeba się głowić nad książkowym zapisem, tylko słuchać korekt i rad mentora). Gdyby HiFi poprosił o lekcje Brazil, mógłby robić dwukrotnie lepszy postęp w nauce (a w zamian czyścił z włosów odpływ prysznica).

    I tu dochodzimy do punktu podnoszenia umiejętności poprzez ich ćwiczenie. Za każdym razem, kiedy Wasi bohaterowie korzystając z jakiegoś skilla wykonują rzut kostkami, dostają w jego efekcie 1-3 PD i kiedy nazbierają ich wystarczająco wiele, mogą podnieść skilla o jeden poziom. Teoretycznie możecie ćwiczyć poprzez powtarzalność czynności jedynie te umiejętności, które już posiadacie, ale zrobiłem wyjątek dla kilku związanych z interakcjami społecznymi - możecie zatem testować na poziomie +0 skille takie jak Perswazja, Postrzeganie Emocji, Zastraszanie, Uwodzenie, Zdolności Przywódcze i Spostrzegawczość. Tu też posłużę się przykładem. HiFi chce przemówić Brzytwiarzom do rozumu i nakłonić ich do wyniesienia się z miejsca spotkania. Może w tym celu zrobić test Perswazji nawet jeśli nie posiada tego skilla - po prostu jeśli odegra w fabularce scenę konwersacji z boosterami opartą na przekonywaniu, potraktuję to jak uzasadnienie dla wykonania rzutu dla skilla +0. I oczywiście na początku będzie to pasmo porażek, czasami może nawet bardzo bolesnych, bo będę sumował tylko atrybut i wynik rzutu 1k10 - ale HiFi będzie powoli ciułał pedeki za te próby, aż w końcu wskoczy na poziom +1, a potem wyższe.


    Korekta zasad PT w testach strzelania

    Progi trudności dla testów wszelakich wyglądają następująco: 10, 15, 20, 25, 30, ale w przypadku strzelania to 10, 14, 20, 25, 30. Zmieniłem tę 14 na 15, to ewidentnie błąd korekty. Druga łatka dotyczy zasad dla ognia ciągłego (serii pełnej) - zasady mówią, że trafienie następuje wskutek udanego testu strzelania, ale cel zostaje trafiony tyloma pociskami, ile wynosi ilość oczek wyrzucona ponad PT. Dla przykładu, wyrzucając 15 na PT 15 zaliczasz pomyślnie test strzelania, ale pierwsza kula trafia dopiero przy wyniku 16. Tutaj łatka rzecze, że wynik testu równy PT to pierwsza kula w celu, a każde oczko więcej to dodatkowy celny pocisk.

    I być może niektórzy z Was zauważyli, że w przypadku części broni ich szybkostrzelność jest wyższa od pojemności magazynka, na przykład Uzi 101 Supra HiFiego ma szybkostrzelność 35, a mieści 30 naboi - chodzi tu o magazynki fabryczne, które można zastępować większymi zamiennikami.


    [image: IMG-1781.jpg] @grek mi o czymś przypomniał w jednej z PW, mianowicie o bieżącej powtórce z metropolitalnych gangów. W Little China, gdzie mieszkacie oraz w sąsiednim Kabuki i położonym bardziej na południe Japantown rządzą niepodzielnie Tygers Claws. To amerykańska yakuza, bardzo bogata, kierująca się brutalnym kodeksem honorowym i czerpiąca zyski z prostytucji, narkotyków, hazardu, handlu ludźmi i ludzkimi organami, nielegalną cybernetyką i softem, zwłaszcza braindansami. Na północ od Little China i Kabuki rozciąga się przemysłowe Northside, tutaj prym wiodą cyberpsychopaci z Maelstromu uzupełniani o pomniejsze gangi w rodzaju Brzytwiarzy, Kosiarzy czy Szczurów; wszyscy bez wyjątku to psychole żerujący na słabych i bezbronnych, chętnie wdający się w wojny pomiędzy sobą bądź Tygersami. Latynoski dystrykt Heywood, położony na południe od ścisłego centrum NC, kontrolowany jest przez Valentinos, Tren de Agua, Chupacabras i kilka innych mniejszych gangów utrzymujących w miarę stabilny pokój z sąsiadującymi od północy i wschodu Tygersami, ale toczących regularne wojny z gangami Santo Domingo, przede wszystkim z ponadprzeciętnie zmilitaryzowanym 6th Street. Latynoskie gangi czerpią zyski z handlu narkotykami i ludźmi, kontrabandy, haraczu, porwań i zabójstw na zlecenie, w mniejszym stopniu z prostytucji czy wyłudzeń. W przeciwieństwie do yakuzy czy całkowicie zdegenerowanych cyberboosterów z Northside, gangi latynoskie mogą uchodzić czasami za gangi strażnicze, dbające o dobrostan lokalnej populacji (zwłaszcza Valentinos). Santo Domingo to południowa część metropolii, gdzie nie ma prawie żadnych wieżowców, gdzie ciągną się w zamian całe mile tanich osiedli robotniczych albo kwartały korporacyjnych magazynów. To strefa wielkiego ubóstwa i wyjątkowego braku perspektyw na przyszłość dla mieszkańców i dlatego 6th Street oraz powiązane z nimi gangi południowego NC nie mają dużego problemu z rekrutowaniem nowych członków w tym rejonie. 6th Street to gang paramilitarny założony po Wojnie Unifikacyjnej przez pozostawionych samym sobie weteranów tamtego konfliktu. Z biegiem czasu organizacja przeistoczyła się w gang kryminalny, skoncentrowany przede wszystkim na przemycie i handlu bronią, medykamentami, cybernetyką oraz dobrami luksusowymi, w mniejszym stopniu na płatnej protekcji czy wyłudzeniach. 6th Street ściśle współpracuje z klanami nomadów parającymi się przemytem, obecnie zaś napiera na Heywood w ramach ekspansji na terytoria latynoskie. Na zachód od głównej części NC mamy upadłą dzielnicę Pacifica, odłączoną administracyjnie od Night City w celu poprawienia statystyk policyjnych, ale faktycznie będącą częścią metropolii. Tutaj prym wiodą Voodoo Boyz, owiany złą sławą enigmatyczny haitański gang specjalizujący się w sieciowaniu i czerpiący ogromne zyski z przestępstw internetowych. Pomiędzy Pacificą i Santo Domingo znajdują się ruiny gigantycznego stadionu oraz przylegającej do niego dzielnicy, które nazywają się obecnie Dogtown i które są strefą eksterytorialną NC kontrolowaną przez separatystów z Barghestu, rządzących w zmilitaryzowanej enklawie zaopatrywanej przez zrzuty z dronów NUSA. Są też części miasta względnie wolne od gangów, przede wszystkim ścisłe centrum, gdzie jest gęsto od policji korporacyjnej; luksusowe osiedla dla elit w North Oak; strefa przemysłowa Arasaki w Northside czy skrzętnie strzeżony kosmoport. Powyższa prezentacja nie wyczerpuje listy gangów Night City, a jedynie przybliża Wam / przypomina te najistotniejsze z punktu widzenia bieżącej fabuły. Na samej górze posta ilustracja Valentinos w miejscu zbiórki przed jakąś grubszą akcją, pochodząca z karty do karcianego Cyberpunka, który zebrał w tegorocznym Kickstarterze ponad 28 milionów dolarów.
  • PiołunP

    text alternatywny

    Drzwi karczmy otworzyły się z hukiem, wpuszczając do środka podmuch śniegu, mrozu i zmierzchu. Na chwilę płomień w palenisku przygiął się nisko, rozmowy urwały się w pół słowa, a spojrzenia powędrowały ku progu, gdzie właśnie wtoczyło się dwóch ludzi wyrwanych szponom zamieci. Pierwszy wspierał drugiego ciężarem ramienia. Wysoki, okryty śniegiem, z kapeluszem zsuniętym nisko na oczy i płaszczem sztywnym od lodu. Drugi chwiał się ledwie przytomny, w zimowych szatach pociemniałych od krwi.

    Przez kilka uderzeń serca nikt nie rozumiał jeszcze, kto naprawdę wszedł do izby, ale trwało to doprawdy krótką chwilę. Gdy śnieg zaczął topnieć na płaszczu przybysza, odsłaniając skórzane pasy, dobrze utrzymaną broń, święte symbole i ponure znaki urzędu, ludzie zaczęli cofać wzrok i z niezwykłą intensywnością wpatrywać się w swoje kufle, jakby te były najciekawszą rzeczą na świecie. Do karczmy wszedł Łowca Czarownic z rannym kapłanem Sigmara, a takie wejścia rzadko poprzedzały cokolwiek dobrego.

    Zajmuję ten stół – oznajmił. Nie była to prośba, ani nawet rozkaz wypowiedziany z gniewem. Głos przybysza zabrzmiał cicho, płasko i spokojnie, ale może właśnie dlatego zadziałał tak dobrze. Mężczyźni siedzący przy ławie obok tej, przy której od tygodnia trwała czwórka wędrowców, podnieśli się niemal odruchowo. Nikt nie próbował oponować. Łowca Czarownic poświęcił ułamek chwili, by zlustrować, kto siedzi przy stole obok tego, na którym miał zamiar łatać swojego towarzysza. Kogo zobaczył?

    text alternatywny

    Przy sąsiednim stole siedział rudowłosy młodzik o żylastej posturze i twarzy nazbyt poważnej jak na swój wiek. Milczał przy kubku, w praktycznym, znoszonym stroju podróżnym, który dawno przestał wyglądać porządnie, ale wciąż spełniał swoje zadanie. Obok niego trwał wychudzony człowiek lasu, schowany pod ciężkim, ciemnym kapturem, z oczami zmęczonymi, czujnymi i przywykłymi do wypatrywania śladów wśród leśnych ostępów. Nieco z boku siedział milczący wędrowiec o pociągłej, zszarzałej twarzy, poruszający spojrzeniem oszczędnie, lecz uważnie, częściej ku drzwiom, oknom i cieniom niż ku ludziom. Czwarty był niziołkiem w zieleni Hochlandu, z zadbanym wąsem, wojskowym sznytem i kapeluszem, który dodawał mu zarówno wzrostu, jak i polotu. U jego nóg leżało potężne psisko z Kisleva, spokojne tylko pozornie, z łbem wspartym na łapach i jednym okiem uchylonym na tyle, by mieć baczenie na to, co dzieje się wokół jego pana.

    Łowca Czarownic położył kapłana na sąsiednim stole obok tej czwórki. Ci, którzy tam siedzieli, podnieśli się niemal natychmiast. Dwóch było traperami, sądząc po futrach, łukach opartych o ścianę i przykrej woni dymu leśnych ognisk, która nawet w karczemnym zaduchu trzymała się ich ubrań. Trzeci był zwyczajnym miejscowym pijaczyną, człowiekiem o czerwonych oczach i zapadłych policzkach, których nabawił się od taniego piwa i przesiadywania w spelunach takich jak ta. Jeszcze przed chwilą bełkotał coś, zmroczony alkoholem, ale gdy zrozumiał, kto stoi nad nim w mokrym płaszczu i kapeluszu z szerokim rondem, rychło otrzeźwiał, i to lepiej niż po kuble lodowatej wody. Jeden z traperów uniósł ręce, pokazując puste dłonie. Drugi zgarnął z blatu swój nóż, kawałek sera i skórzaną rękawicę, którą zostawił przy kuflu. Nie zrobili tego z oburzeniem. Nie było w tym nawet gniewu. Był tylko stary, dobrze znany odruch ludzi Imperium, którzy przez całe życie uczyli się, że pewnym jej dygnitarzom lepiej ustępować z drogi.

    Karczmarz nagle ożył. Dopiero gdy złożono ciało kapłana na jednym z jego stołów, odzyskał władzę nad własnym ciałem. Stał za kontuarem z szeroko otwartymi oczami, grubymi palcami wciąż zaciśniętymi na cynowym kuflu wypełnionym piwem, który właśnie miał komuś zanieść. Nazywał się Bernolt Gruber, choć większość stałych bywalców mówiła do niego po prostu Gruber albo jeszcze prościej, Gruby. Był człowiekiem ciężkim, miał ogorzałą twarz, a brzuch opinał mu poplamiony fartuch. Słynął z tubalnego głosu, którym zwykł opierdalać wszelkie mendy, ekhmm... to znaczy klientów, w każdym rogu swojej karczmy. Teraz jednak ten głos, gdy wreszcie się wydobył, miał w sobie niepodobną do niego, piskliwą nutę.

    Gerolt! – ryknął w stronę zaplecza. – Rudi! Ruszcie się, przeklęte lenie!
    Z kuchni dobiegł brzęk naczynia, po nim kobiecy głos, gniewny i zdławiony, a potem zza kotary wysunął się człowiek zbudowany jak belka nośna. Gerolt, karczemny wykidajło, miał jedną brew przeciętą starą blizną i dłonie tak duże, że kufel wyglądał w nich jak cebrzyk dla dziecka. Za nim pojawił się młodszy chłopak, chudy, piegowaty, z rękami mokrymi od pary i łupin cebuli. Obaj zatrzymali się na widok przybyszy, lecz Gruber już wskazywał im ławę i rannego.
    Do izby z tą ławą i kapłanem na niej. Weźcie ten pokój przy składziku. Jest pusty od wczoraj. Tylko ostrożnie, na młot Sigmara, ostrożnie. Greta! – wydarł się znów, tym razem w stronę kuchni. – Gorącej wody, czystych płócien i bimbru. Tego z dolnej półki, nie tego, co leję parobkom.
    Kobieta w kuchni odpowiedziała mu słowami, których żaden kapłan nie powinien był słyszeć, nawet ranny i nieprzytomny. W innych okolicznościach ktoś by się zaśmiał. Tego wieczoru nikt się jednak nie zaśmiał.

    Kapłan został złożony na ławie z należytą ostrożnością i czcią. Łowca musiał wielce szanować tego człowieka. Głowa sługi Sigmara opadła mu na bok, odsłaniając bladą szyję, zaschnięte plamy krwi na kołnierzu i ciemne linie sakralnych tatuaży, które znikały pod rozciętą tkaniną. Amulet z małym srebrnym młotem zsunął się z jego piersi i powoli tonął w kałuży krwi wzbierającej na deskach ławy. Ciepło izby musiało uwolnić to, co mróz zdążył na chwilę zatamować. Jego pancerz, prosty, ale solidny, zdobiły zalakowane pieczęcie przytrzymujące skrawki pergaminu ze świętej księgi Acta Sigmari, żywota Sigmara Młotodzierżcy spisanego w klasycznej mowie. Wszystkie bez wyjątku były ubłocone, popękane i pociemniałe od wilgoci. Mężczyzna poruszył ustami. Może się modlił. Może przeklinał. A może tylko próbował złapać oddech, co w tej chwili samo w sobie musiało stanowić niemały wyczyn.

    Pomocnicy karczmarza nie próbowali zdejmować kapłana z ławy. Byłoby to głupie i mogłoby tylko pogorszyć stan rannego. Zamiast tego Gerolt chwycił jeden koniec ciężkiego mebla, Rudi drugi, zerkając nerwowo na krew sączącą się między deskami i na bladą twarz rannego, która przy każdym poruszeniu stawała się jeszcze bledsza. Łowca Czarownic ruszył pierwszy. Otworzył przed nimi drzwi do izby, przytrzymując je ramieniem. Dopiero wówczas zauważył, że młodszy pomocnik nie radzi sobie z ciężarem. Rudi zacisnął zęby, ale ręce drżały mu coraz bardziej, a ława przechyliła się niebezpiecznie, zmuszając kapłana do cichego, zduszonego jęku.

    Łowca po prostu przesunął się bez słowa, odtrącił chłopaka barkiem na tyle stanowczo, by ten zrozumiał, że ma zejść z drogi, i sam przejął ten koniec ławy. Jego dłonie, wciąż ciemne od krwi, zacisnęły się na drewnie. Dopiero wtedy ruszyli dalej, powoli, ostrożnie, krok po kroku, niosąc rannego w głąb gospody, do wydzielonej izby. Drzwi zamknęły się za nimi z hukiem.

    Ludzie w sali głównej zaczęli nieśmiało podnosić wzrok i spoglądać po sobie z niepokojem. Nastrój zmienił się niepomiernie. Zmieniła się sama izba, choć przecież wciąż była tą samą niską, duszną komorą, z tym samym czarnym od sadzy stropem i tymi samymi oknami, za którymi śnieżyca tarła pazurami o szkło. A jednak coś niewidzialnego zawisło w powietrzu, cięższe od dymu i zimniejsze od chłodu na zewnątrz.

    Ludzie nie lubili Łowców Czarownic. Nie była to nienawiść, o której mówiło się głośno, bo nikt rozsądny nie obdarzał takich ludzi jawną niechęcią. Był to raczej stary, głęboko schowany lęk, którego mieszkańcy Imperium wyuczyli się na rynkach większych miasteczek, przy szubienicach, katowskich pniach i stosach, które płonęły jasno nawet w deszczowe dni. Niemal każdy widział kiedyś proces albo dwa. Widział ludzi prowadzonych z workiem na głowie, słyszał odczytywane win, których nie rozumiał, patrzył na sąsiadów, krewnych albo znajomych z jarmarku, gdy znikali w świętym ogniu, krwi i dymie. Sprawiedliwość Sigmara bywała szkarłatna, a dowody zła często należały do tych rzeczy, których prosty człowiek nie miał prawa oglądać ani pojmować. Często nie przedstawiano nawet żadnych i na słowo trzeba było uwierzyć świętym mężom w kapeluszach z szerokim rondem.

    Dlatego trudno było dziwić się bywalcom karczmy, że ścisnęli się na ławach nieco mocniej, jakby chcieli stać się mniejsi i mniej godni zauważenia. Rozmowy przygasły do szeptów, a potem i szepty umarły, zostawiając tylko trzask ognia i jęk wiatru za oknem.

    Minęło dobrych kilka minut, nim ludzie spróbowali wrócić do wcześniejszych czynności. Pierwszy poruszył się Gruber. Stał dotąd za kontuarem, wpatrzony otępiale w zamknięte drzwi izby. W końcu oprzytomniał, zamrugał ciężko i ruszył z kuflem piwa do jednego ze stołów. Postawił go przed przypadkowym człowiekiem, bo za nic w świecie nie pamiętał już, komu właściwie miał go zanieść. Obdarowany nie protestował. W takich czasach darmowe piwo było jednym z niewielu cudów, których nie należało kwestionować.

    Dopiero po tym sala powoli zaczęła odzyskiwać ruch. Ktoś znów ujął karty w palce, choć przez chwilę patrzył na nie tak, jakby zapomniał zasad gry. Ktoś przysunął kufel bliżej ust, ktoś nałożył sobie potrawki na talerz. Rozmowy wróciły przyciszone, ostrożne, pełne spojrzeń rzucanych ku drzwiom izby i ku wejściu, przez które wdarła się śnieżyca. Temat Łowcy Czarownic wyrósł na językach ciżby szybko i nieuniknienie, jak pleśń na wilgotnym chlebie.

    Najpierw odezwał się człowiek siedzący przy oknie, chudy handlarz z nosem czerwonym od mrozu, twierdząc, że na trakcie do Carroburga widział, jak łowcy spalili kobietę, bo urodziła dziecko z błoną między palcami. Potem ktoś inny przypomniał historię młynarza, którego powieszono przed jego domem za to, że ponoć skrzydła jego młyna obracały się nawet w bezwietrzne noce. I to w przeciwną stronę. Zaraz po nim starszy woźnica nachylił się nad stołem i opowiedział o psiarczyku z jednego z folwarków, zastrzelonym za karmienie psów spaczonym mięsem. Bestiom miały potem ponoć wyrosnąć skrzydła, skórzaste i mokre jak u nietoperzy, choć przyznał, że nie widział tego na własne oczy, tylko słyszał od kogoś, kto słyszał od kogoś innego. Każda opowieść była cichsza od poprzedniej, ale nie mniej ciężka. Zrobiło się paskudnie. Gadanie po próżnicy miał już przerwać sam karczmarz, przypominając co głośniejszym, że chyba im życie niemiłe, gdy z pomieszczenia, w którym zamknął się Łowca Czarownic, wyszedł Gerolt.

    Wykidajło zamknął drzwi ostrożnie, z nietypową dla siebie delikatnością. Przez chwilę stał przy nich z szeroką dłonią opartą na klamce, a twarz miał bledszą niż zwykle. Potem podszedł do Grubera, który właśnie wrócił za kontuar, i pochylił się ku niemu. Nie był jednak człowiekiem stworzonym do szeptów. Jego głos, nawet zduszony, poniósł się po izbie wystarczająco wyraźnie.
    Zwierzoludzie. Zaatakowali ich na trakcie. Może parę godzin stąd – oznajmił tonem, w którym niepokój przykryto zbyt cienką warstwą opanowania.

    Zdanie przecięło gwar tak skutecznie, jak wcześniej uczyniło to wejście Łowcy Czarownic. Gerolt zorientował się za późno. Zacisnął usta, lecz szkoda została już wyrządzona. Gruber chwycił go za rękaw i syknął coś gniewnie, ale ludzie zdążyli usłyszeć dość.
    Zwierzoludzie.
    Nie gobliny, które można było wyobrażać sobie jako zielone, pokraczne stworzenia z kiepskimi łukami. Nie bandyci, których dało się przekupić, zastraszyć albo położyć mieczem, jeśli miało się wprawę i szczęście. Zwierzoludzie należeli do innej kategorii okropieństw. Do tych, o których mówiło się ciszej, zwłaszcza po zmroku. Ci, którzy mieli na zewnątrz konie albo muły, zaczęli naradzać się coraz głośniej, czy nie zaryglować drzwi stodoły, albo czy nie przenieść zwierząt bliżej karczmy, albo czy może przeciwnie, wyprowadzić je za budynek i ukryć od strony lasu. Jakby którekolwiek z tych rozwiązań mogło mieć znaczenie, gdyby z ciemności naprawdę wyszły kreatury Chaosu.

    W powstałym zamieszaniu mało kto zauważył chwilę, w której karczmarz został wezwany do izby z rannym. Właściwie Łowca nawet po niego nie posłał. Drzwi po prostu uchyliły się na tyle, by w szczelinie pojawił się cień, a Gruber zrozumiał. Otarł dłonie o fartuch, choć były suche, i ruszył z miną człowieka, który wolałby właśnie odziedziczyć burdel z chorymi dziwkami i długi zmarłego krewnego, niż udać się na pogawędkę z Łowcą Czarownic. Drzwi zamknęły się za nim z niepokojącym skrzypieniem, a czas w karczmie zgęstniał.

    Gruber zabawił w izbie długo. Gdy wreszcie wyszedł, twarz miał ciemniejszą niż przedtem, a każdy, kto na niego spojrzał, mógł odnieść wrażenie, że karczmarz jest wielce strapiony. Był człowiekiem, który spędził życie na liczeniu. Jego rachunki oscylowały głównie wokół zysków, strat, beczek w piwnicy, garnków w kuchni i ludzi, których należało obsłużyć. Teraz również coś sobie policzył i wynik najwyraźniej bardzo mu się nie spodobał.

    Rozejrzał się po sali, choć w gruncie rzeczy od początku wiedział, do kogo podejdzie. W tej karczmie nie było wielu takich, którzy mogli podołać zadaniu, jakie zamierzał im przedstawić. Ruszył więc ku stołowi, przy którym od tygodnia siedziała trójka ludzi i niziołek w barwach Hochlandu. Przy ostatnich krokach zwolnił nieco, jakby zawahał się jeszcze przez moment, lecz w końcu pochylił się nad nimi i przeszedł do rzeczy.
    Łowca potrzebuje ludzi, żeby ruszyć dalej – powiedział bez wstępu.
    Jego głos był niższy niż zwykle, pozbawiony karczemnej pewności siebie. Patrzył przede wszystkim na przepatrywacza, ale mówił do całej czwórki. Przez ten tydzień spędzony przy jednej ławie zdążył uznać ich za jedną kompanię, czy rzeczywiście nią byli, czy nie.
    Musi dotrzeć do Dunkelwaldu.

    Nazwa mieściny padła cicho. Nie zrobiła takiego wrażenia jak „zwierzoludzie”, bo większość obecnych nigdy o niej nie słyszała. Tylko przepatrywacz skinął lekko głową, dając do zrozumienia, że wie, gdzie szukać tego miejsca. Gruber potarł kark i tak czy siak wytłumaczył mniej więcej, co to za miejsce.
    To sioło. Małe. Nieoznaczone na porządnych mapach, bo i po co komu oznaczać miejsce, gdzie ludzie osiedli chyba tylko po to, żeby odpocząć sobie od innych ludzi i od świata. Parę tuzinów drwali i łowców z rodzinami. Mniej niż setka. To oni prędzej ruszają gdzieś z towarem, niż ktoś fatyguje się do nich. Latem trafiają tam głównie ci, którzy potrafią czytać drogowskazy wyryte na kamieniach przy drodze. Zimą kamieni nie widać. Ścieżki też nie widać. Wszystko zasypał śnieg, więc sam nie trafi. Człek, który miał go prowadzić, zginął w ataku.

    Zmarszczył brwi, próbując wyczytać z ich twarzy, jak zapatrują się na mały spacer przez śnieg. Przez ostatni tydzień wyduszał z nich każdy grosz i był w tym dalece mniej przyjazny. Teraz sprawiał raczej wrażenie człowieka, który ze wszystkich sił pragnie, by ktoś inny przejął jego problem. W jego oczach i postawie odbijał się niepokój ciężki niczym żelazny całun.
    Zapłaci... – dodał po chwili. – ...i to w złocie, jak twierdzi. A ja dorzucę coś od siebie, jeśli jutro nie będę już miał go pod swoim dachem.
    To ostatnie powiedział ciszej, lecz z większą szczerością niż wszystko wcześniej. Gruber nie wyglądał w tej chwili jak człowiek targujący się o przysługę, ale jak gospodarz, który wyczuł, że pod jego dachem osiadło nieszczęście.
    Tacy goście źle robią interesom. Widmo spotkania zwierzoludzi może zatrzyma mi tu ciżbę jeszcze na parę dni, ale jeśli szanowny jegomość zbyt długo się zasiedzi, znajdą się i tacy, co spróbują szczęścia na szlaku, byle dalej od niego.
    Nie poprosił ich wprost, ale prośba tkwiła w jego postawie, w palcach zaciśniętych na krawędzi stołu i w spojrzeniu uciekającym raz po raz ku drzwiom izby, za którymi czekał Łowca Czarownic.

    Awanturnicy spojrzeli po sobie. Przez ostatni tydzień ich sakiewki topniały szybciej niż śnieg naniesiony do izby na podeszwach butów. Każdy kolejny wieczór pod dachem, każdy kufel i każda miska gorącej strawy kosztowały krocie, a będzie jeszcze trzeba zapłacić za tę noc. Nie mogli sobie zbytnio pozwolić na to, by ktoś inny zajął się tym problemem. Zresztą mówiono tu o złocie, nie srebrze. Być może chwila niewygody była warta fatygi i ryzyka?

    Zgodnie stwierdzono, że decyzja nie musi przecież zapaść od razu. Co szkodzi wejść i zobaczyć, jak wygląda oferta? Rudowłosy młodzik, człowiek lasu pod ciemnym kapturem, milczący wędrowiec o czujnych oczach i niziołek w zieleni Hochlandu podnieśli się jeden po drugim, a wielki kislevski pies ustawił się przy nodze niziołka. Kilka osób w sali odprowadziło ich wzrokiem. Była w tych spojrzeniach pewna ulga, ale też i pewna doza współczucia.

    Gruber ruszył przodem. Karczemny gwar został za ich plecami, przytłumiony przez wąski korytarzyk prowadzący do izby na parterze. Było tam niżej, chłodniej i ciaśniej. Na ścianach wisiały zapasowe derki, kilka starych narzędzi i wyschnięty wieniec z ziół, który dawno stracił zapach, jeśli kiedykolwiek go miał. Spod drzwi sączyła się cienka smuga bladego światła. Nie miała w sobie nic z ciepła paleniska.

    W środku pachniało krwią, gorącą wodą, alkoholem i mokrym ubraniem. Zapach przypominał ten z pola bitwy, lecz zamknięty był w zdecydowanie zbyt małym pokoju. Kapłan leżał na ławie, którą przykryto kocem i płótnem. Jego szaty zostały rozcięte, odsłaniając opatrzoną ranę biegnącą pod żebrami, paskudną i głęboką. Skóra wokół szycia była sina, gdzieniegdzie czarna od brudu i zakrzepłej krwi. Mężczyzna miał twarz zapadniętą od zmęczenia. Jego policzki ostro zarysowywały się na tle twarzy, a wargi miał spierzchnięte, lecz oddychał.

    Klęczał przy nim Łowca Czarownic. Nie wyglądał już jak ten sam człowiek, który wszedł do karczmy wraz z zawodzeniem wiatru. Bez płaszcza wydawał się młodszy, ale nie przydawało mu to łagodności. Miał niewiele ponad trzydzieści lat, może trzydzieści kilka. Jasne włosy przykleiły mu się od wilgoci do skroni. Twarz miał pociągłą i zmęczoną, lecz niezniszczoną. Była w nim pewna twarda nuta, zahartowana stal i zimno, które nosił jak element zbroi. Jego dłonie były czerwone od krwi, ale poruszały się pewnie. Kończył właśnie nakładać bandaż, owijając płótno ciasno, równo i przede wszystkim... pewnie. Miał w tym wielką wprawę, jakby w poprzednim życiu był felczerem.

    Na stole leżał jego kapelusz: szeroki, ciężki, z piórem nasiąkniętym wodą i szerokim rondem. Na klamrze, która go opinała, widniała żelazna brosza przedstawiająca podwójną kometę. Znak Sigmara. Obok spoczywał pistolet ozdobiony świętymi symbolami, z wytartą drewnianą rękojeścią, oraz miecz, którego pochwa nosiła ślady długiego używania. Pod rozpiętym kaftanem widać było kolczą koszulę i elementy dobrego, solidnego pancerza. Zrazu dało się poznać, że był to pancerz wykonany przez kogoś, kto rozumiał, że stal ma ratować życie, a nie budzić zachwyt.

    Nie odwrócił się od razu, gdy weszła czwórka awanturników. Dokończył bandaż, wsunął koniec płótna pod poprzednią warstwę i dopiero wtedy pochylił głowę nad kapłanem. Jego usta poruszyły się cicho. Nie było pewności, czy wypowiada modlitwę, obietnicę, czy może chodziło jeszcze o coś innego. W bladej poświacie okna, gdzie śnieg osiadał na zewnętrznym parapecie jak popiół na cmentarnych grobach, ten gest miał w sobie osobliwą godność. Łowcy Czarownic rzadko kojarzyli się z miłosierdziem. Ten też nie wydawał się miłosierny. A jednak przez ten jeden moment było jasne, że ranny kapłan nie jest dla niego tylko towarzyszem podróży ani narzędziem misji.

    Kiedy w końcu podniósł wzrok, cisza w izbie nieznacznie stężała. Jego oczy były jasne, chłodne i nieprzyjemnie uważne. Wolno przesunął wzrok po każdym z obecnych, w sposób, który kogoś mniejszego ducha mógł przyprawić o ciarki. Oceniał. Dokładnie lustrował każdy detal, broń, buty, dłonie, twarze, postawę, ślady podróży i inne szczegóły, które ktoś przeszkolony mógł dostrzec w ludzkiej sylwetce. Karczmarz wszedł za czwórką, chcąc upewnić się, że Łowcy niczego nie brakuje. Mężczyzna sięgnął do sakiewki, wyjął dwie złote korony i położył je na stole. Monety zabrzęczały cicho.

    Dziękuję, Herr Gruber. Oto zapłata za wodę, izbę i pomoc – powiedział. – Teraz proszę wyjść.
    Karczmarz spojrzał na złoto, potem na Łowcę, i szybciutko zwyciężył w nim rozsądek. Zabrał monety, skinął głową z niezgrabną pokorą i zamknął za sobą drzwi. Łowca Czarownic wstał powoli. Był krzepki, wysoki i roztaczał wokół siebie aurę autorytetu. Jego ruchy zdradzały zmęczenie, choć próbował je ukryć. Może od wielu godzin nie spał. Może od paru dni. Mimo to stał prosto, jakby sama myśl o słabości była uchybieniem wobec urzędu, który nosił.

    text alternatywny

    Klaus Sneider – przedstawił się wreszcie. – Imperialny Łowca Czarownic, zaprzysiężony przez Imperatora Karla Franza, Protektora Imperium.
    Nie zabrzmiało to bynajmniej chełpliwie. Nie potrzebował tego. Tytuł miał być informacją, ale był też ostrzeżeniem, i wszyscy w izbie mogli to zrozumieć. Wskazał rannego krótkim ruchem dłoni.
    To Leopold Mann, kapłan Sigmara. Człowiek wierny, twardszy niż powinien i, jak widać, jeszcze niegotów stanąć przed Morrem.
    Wypowiedział te słowa oschle, lecz ręka, którą poprawił koc przy ramieniu rannego, nie była ręką człowieka obojętnego. Gest trwał krótko, ale wystarczył, by odsłonić szczelinę w pancerzu surowości. Sneider mógł być fanatykiem, urzędnikiem ognia i stryczka, człowiekiem od wyroków, lecz nie był zrobiony z samego żelaza. A jeśli był, to tej nocy żelazo zdążyło pęknąć w jednym miejscu.
    Sięgnął po szmatę zanurzoną w misce i starł krew z palców. Nie zmyła się całkiem. Wniknęła pod paznokcie, osiadła w załamaniach skóry, jakby chciała zostać tam na dłużej. Sneider patrzył na swoje dłonie przez moment z nieodgadnionym wyrazem twarzy, po czym odłożył szmatę.

    Nie będę udawał, że sprowadzono was tutaj na czcze pogaduszki – rzekł. – Karczmarz twierdzi, że jest wśród was przepatrywacz znający drogę przez zasypany trakt. A i reszta z was nie pierzchnie, gdy napotkamy pierwsze przeciwności losu. Prawdę mówi?
    Zapytał, a kiedy zadowolił się odpowiedzią, płynnie przeszedł do sedna historii, tłumacząc, gdzie właściwie planuje ich zabrać i co robi w tych stronach.

    Zostaliśmy wysłani z Zamku Lenkstert, które tymczasowo jest nowym przyczółkiem władzy w okolicy po upadku Wolfenburga – ciągnął po chwili. – Jak zapewne wiecie, kogoś mojego urzędu nie posyła się dla sprawy błahej. Są rzeczy, które można zostawić miejscowym kapłanom, starszyźnie i tak dalej. Ale to, co dzieje się w miejscu, do którego zmierzamy, prawdopodobnie ma związek z siłami Chaosu...
    Zamilkł i pozwolił, by różnica między jednym a drugim wybrzmiała bez dodatkowych objaśnień. Za drzwiami ktoś w sali głównej zaśmiał się nerwowo, po czym natychmiast ucichł. Sneider nawet nie drgnął.

    Zmierzam do Dunkelwald – powiedział wreszcie. – Mała osada w niedalekiej okolicy. Kilkadziesiąt dusz, które skupiają się na handlu drewnem, skórami i mięsem. Prawdę powiedziawszy, zapomniana wieś, o której nawet mało słyszeli poborcy podatkowi. Jednym słowem zapadła dziura, gdzie psy szczekają dupami.
    Pozwolił sobie na żartobliwą uwagę, która z jego ust brzmiała wcale nieśmiesznie, bo wypowiedział ją z gniewem. Potem podszedł do stołu i oparł na nim dłonie. Drewno skrzypnęło cicho pod naciskiem.
    Do Lenkstert dotarły jednak niepokojące wieści. Ostatni poborca, który tam zawitał, uciekł w nocy, obawiając się o swoje życie. Mówił, że sioło to jest norą kultystów, jeno przebranych za poczciwych obywateli. Podobno nie zgadzają się także wpisy z księgi narodzeń i zgonów. Poznikało trochę ludzi. Niestety, zanim ktoś z głową na karku zdążył zebrać szersze zeznania, serce stanęło biednemu Emrichowi. A robił w swoim fachu jedynie dziesięć lat, trzeba wam wiedzieć. Zgroza, którą przeżył, musiała zaciążyć jego sercu i duszy.

    W tej chwili jego twarz wydawała się jeszcze bardziej surowa, lecz nie była twarzą człowieka, który czerpie przyjemność z grozy własnych słów. Raczej kogoś, kto znał już zbyt wiele historii zaczynających się w podobny sposób.
    Mann i ja mieliśmy się tam przejechać i zbadać sprawę. Oddzielić ziarno od plew, głupotę od herezji i tak dalej. Zdarza się, że nawet zgłoszenia przekazywane przez urzędników są, no cóż, pochopne – rzucił, choć raczej nie było widać po nim, by uważał, że urzędnik wydał zły osąd.
    Mieliśmy eskortę – dodał po chwili. – Niewielką, lecz wystarczającą na drogę. Kilku zbrojnych, dwóch konnych, chłopaka od zapasów i miejscowego przewodnika, który mówił, że będzie w stanie przeprowadzić nas przez te śniegi. Wszystko szło dobrze pomimo silnej śnieżycy. Namioty i ekwipunek na takie wyprawy wydaje się z najlepszych materiałów, ale to nie zima miała zebrać żniwo wśród moich ludzi...
    Jego palce zacisnęły się lekko na krawędzi stołu. Choć żaden grymas nie przeszedł mu przez twarz i nawet nie westchnął, w tym drobnym ruchu dało się poznać, że nie poradził sobie jeszcze w pełni z tym, co wydarzyło się parę godzin temu na przełęczy. Trudno się dziwić. I tak szło mu zaskakująco dobrze.

    Zwierzoludzie wyszli na nas z zamieci. Nie z lasu, nie z traktu, nie z miejsca, gdzie rozsądny człowiek wypatruje zasadzki. Wyłonili się ze zwierciadła bieli i oddam głowę, że jej intensywność jest sprawką ich plugawych rytuałów. W każdym razie zaskoczyli nas. Najpierw zobaczyliśmy rogi, czarne na tle śniegu. Potem racice, a później rozgorzała walka, w której nie mieliśmy żadnych szans. Na każdą dwójkę, którą położyłem mieczem, pojawiała się następna trójka. Usłyszałem krzyk konia, potem dostałem w głowę, potem... reszta potoczyła się szybko.
    Mówił spokojnie, lecz widać było, że trochę kosztuje go zachowanie takiej fasady. W każdym razie oszczędził im opisu rozrywanych ciał i innych rzeczy, których dopuścili się zwierzoludzie.
    Przewodnik zginął pierwszy albo drugi. Trudno powiedzieć. W takich chwilach kolejność śmierci przestaje mieć znaczenie dla kogokolwiek poza Morrem. Leopold dostał pod żebra, kiedy próbował podnieść jednego z konnych. Chłopak od zapasów uciekł w drzewa. Być może dotarł daleko. Być może wciąż biegnie. Być może śnieg okazał się dla niego łaskawszy niż bestie.
    Nie było w tym kpiny. Tylko ponura nadzieja, że koniec chłopaka był nieco spokojniejszy niż reszty. Sneider odsunął się od stołu i spojrzał ku oknu. Za szybą zamieć szorowała po szkle, jakby tysiące lodowych paznokci próbowały znaleźć szczelinę do wewnątrz, by zdusić ciepło w środku.
    Zostaliśmy we dwóch. Jakoś udało nam się trochę odczołgać, a śnieżyca, ta sama, która wcześniej ich ukryła, teraz ukryła nas. Sigmar w swojej opatrzności osłonił nas przed bestiami w dalszej drodze i jakoś udało nam się tutaj dostać.
    Odwrócił się znów ku stojącym w izbie.
    Nie jestem człowiekiem, który wierzy w przypadek. Jeśli Mann oddycha, jeśli ja stoję tutaj zamiast leżeć z twarzą w śniegu, to znaczy, że droga jeszcze się nie skończyła. Sigmar widocznie chce, bym dalej podążał swoją drogą.
    Wypowiedział to bez podniesionego głosu, ale z taką pewnością, że zawstydziłby niejednego akolitę Młotodzierżcy. Była w tym wiara prawdziwa, twarda i nierozcieńczona, ale zarazem coś niebezpiecznie bliskiego pysze.

    Przez chwilę patrzył na czwórkę wędrowców stojących w izbie, a blade światło z okna czyniło jego twarz jeszcze surowszą.
    Potrzebuję przewodnika – powiedział wreszcie. – Kogoś, kto zna las, drogę i te przeklęte zimowe ścieżki.
    Jego spojrzenie zatrzymało się na przepatrywaczu, lecz zaraz objęło całą czwórkę, jakby nie zamierzał pozwolić, by którykolwiek z nich schował się za plecami drugiego.
    Wygląda na to, że potrzebuję też ostrzy. Oczu. Uszu. Ludzi, którzy potrafią trzymać broń w dłoni i patrzeć w ciemność bez natychmiastowej potrzeby odwracania wzroku. Nie szukam świętych mężów, a i wy nie wyglądacie mi na takowych. Nie obchodzą mnie jednak teraz wasze występki. Sprawa jest pilniejsza od jakichkolwiek małostkowych rzeczy, którymi mogliście się obarczyć w przeszłości. Wiele osób miało powody, by w ostatnich latach przetestować swoją dobrą duszę, ale teraz gra toczy się o wyższą stawkę i jestem skłonny przymknąć oko na małe przewinienia. Żaden z was nie jest przecież poszukiwany?
    Zapytał. Kącik jego ust poruszył się nieznacznie, ale oczy pozostały czujne. Nikt nie zdradził się z kryminalną przeszłością, więc pozwolił sobie na coś, co mogło uchodzić za płytki uśmiech, grymas, który na moment znalazł szczelinę w żelaznej twarzy.

    Przesunął dłonią po krawędzi stołu. Krew na jego palcach zdążyła już ściemnieć, wchodząc w pęknięcia skóry jak brud.
    Doprowadzicie mnie do Dunkelwaldu. Tam pozostaniecie przy mnie tak długo, jak będzie wymagało tego śledztwo. Do waszych obowiązku będzie należało pilnowanie moich pleców, drogi odwrotu i spełnianie moich drobnych poleceń. Nie wymagam od nikogo wiary ponad tę, którą powinna być w każdy mieszkańcu Imperium. Nie będziecie też pomagać mi w czynieniu sądów, o ile sami nie zechcecie. Podsumowując, wymagam posłuszeństwa w sprawach, które zazwyczaj nie wykraczają poza standardowe czynności przewodników i najemników. To chyba nie brzmi najgorzej? - zapytał retorycznie.
    Dopiero wtedy sięgnął do sakiewki. Przesunął palcem po monetach w środku, ale nawet ślepy zauważyłby, że ma ich sporo. Naprawdę sporo. Trzeba tu dodać, że sakiewkę należałoby raczej nazwać sakwą.

    Trzydzieści karlów od głowy – powiedział. – Za drogę do Dunkelwaldu i ochronę podczas wykonywania moich obowiązków.
    Pozwolił, by suma wybrzmiała. W karczmie, po tygodniu bezczynności i wydawania srebra, trzydzieści karlów nie było małą sumką. Wystarczająco dużą, by człowiek zaczął ważyć z nią ryzyko, głód, mróz i własną niechęć do Łowców Czarownic.
    Jeśli sprawa zakończy się tak, jak zakończyć się powinna, zapłacę również za drogę powrotną. Piętnaście karlów od głowy. Bez targów po fakcie. Bez karczemnych sztuczek i dodatków za wszelkie niedogodności, jakie mogłyby nas spotkać.
    Posłał im zimne spojrzenie lodowatych oczu. Nie dodał, że odmowa byłaby może rozsądna. Nie musiał. Wiedział to on i wiedzieli to oni. Mógł jeszcze popytać innych w karczmie i może nawet by kogoś znalazł, ale jedno było pewne. Sneider nie zamierzał odpuścić sobie tej wycieczki, a jeśli nie znajdzie chętnych za złoto, istniało niemałe prawdopodobieństwo, że będzie próbował innych metod werbunku. Takich, których nikt nie chciał w gruncie rzeczy poznawać.

    Łowca Czarownic czekał na odpowiedź, stukając niespokojnie w blat stołu.


    Kraus miał proste zadanie. Pilnować, więc pilnował... ale pilnować na sucho nie wypadało... Chodził więc sprawdzał, upewniał się i jakoś tak zawędrował w okolice szynkwasu... a tam? Skarb. Pieprzony cholerny skarb obiecujący słodką beztroskę... Uśmiechnął się łagodnie. Prawda prawdą ciężki wybór... Chciwa strona jego natury mówiła zajumać i sprzedać, ale z drugiej strony? Wiedział, że było to dobre, a okazja napić się czegoś takiego szybko się nie nadarzy... Dumał więc i w ten, błysk. Oko powędrowało w stronę sali głównej... Parę kroków od niego... Kiedy podniósł przedmiot poczuł jakby jego dusza miała zamiar wyrwać się z jego ciała razem z krwią. Znał ten symbol, aż nadto dobrze.... Pan Krwi i Czaszek... Z trudem przełknął ślinę. To nie wróżyło nic, a nic dobrego. W innych okolicznościach? Znaleźliby kupca... który dałby sporo złota... lecz teraz? Teraz wiedział jedno, jeśli tu były Krwawe sługi to mieli przerąbane. Khornici to byli jedyni słudzy Chaosu z którymi nie było najmniejszych szans na dogadanie się i wyłganie przed kłopotami... Była tylko jedna opcja tego co należało zrobić. Jedna jedyna ze wszystkich zdająca się być słuszną. Włożył pierścień głęboko w kieszeń i ruszył na zewnątrz. Potrzebował przekazać wieści Sneiderowi...
  • slann22S

    Slann
    Książę zwrócił się do Honoraty.

    • Załatwienie samochodu, sługus i tak zostanie ukarany przez śmierć swojego mistrza. Właściwie to możecie mu zaproponować możliwość stworzenia mi, oni bywają całkiem zabawnie przez pierwsze kilka miesięcy, ale tylko wtedy gdy macie na to Ochotę… Właściwie to możecie spróbować wydobyć z niego informacje na temat jakiś ukrytych pieniędzy Janusza, jak mi je oddacie w gotówce, to po odliczeniu swojego procenta Wymienię mnie na monety ze srebra i złota, które trudno będzie wykryć urzędowi skarbowemu, taki skarb na czarną godzinę. Mi ciężko zdobyć odpowiednią ilość waszych pieniędzy, a czasem Potrzebuję kupić rzeczy u was. I oczywiście drogi Sebastian nie będę uczestniczył w poszukiwaniach samochodu,

    Niedługo potem Spotkanie się zakończyło i wszyscy rozeszli się do domu.

    Sebastiana I koło łowieckie
    Kilka dni po całym spotkaniu Mirosław Antonowski zwany przez Sebastiana Konserwantem Podrzucił Sebastianowi zaproszenie od koła Łowieckiego do którego Przecież Sebastian Należał, Czy skorzysta z tego zaproszenia?

    Prośba Nysa
    Tego samego dnia, którego Sebastian dostał zaproszenie, po południu Nysa wysłało do Honoraty SMS z wiadomością.
    “Mam dla ciebie interes!”

    Nieoczekiwane spotkanie Adama.
    Gdy pewnego razu Adam wyszedł spacerować aby się przewietrzyć zobaczył GO! Był przystojny, wysportowany, długich włosach barwy miedzi opadających na ramiona… Podszedł do wilkołaka I Powiedział Melodyjnym głosem.

    • Przepraszam, czy wiadomo panu cokolwiek miejscu pobytu Janusza Kowalskiego? Jest mój ojcem, chociaż bardzo kiepskim, ale gdzieś pokrywał wszystkie swoje pieniądze i moja matka nie ma środków na utrzymanie, Czy mógłby pan wskazać miejsce jego pobytu?

    Sprawa wózkowicza
    Ustalenie miejsca pobytu wózkowicza nie było trudne, Wystarczyło wejść na Facebooka I zobaczyć kto najszybciej broni firmy…

    Nieoczekiwany księgowy
    Pewnego dnia wieczorem gdy już zamykali i nie było gości zapukał do nich drobny mężczyzna, który rozpoznali tego moroi który pracował dla Janusza ( nie sługusa) Zwrócił się do nich błaganie.

    • Przepraszam, ale wiem że to wy byliście U Janusza, bo Wyczułem od was zapach Gdy wróciłem do pracy następnego dnia gdy zniknął. Ja wiem że on był Dhampirem, i zyskał większe moce z mojej winy, ale on trzymał moje papiery… Proszę czy widzieliście je i Czy możecie mi je oddać?

    Odcinek 2 Szmaragdowy Lotos - teaser
    Nie mógł się doczekać, aż znowu zasmakuje szmaragdu. To co dostarczała pani Kwiatkowska było wspaniałye Tak bardzo zwiększało jego moc! Wszystkie siostry przezywały go guślarzem, a teraz Mógł się nazywać prawdziwym magiem, kimś znacznie lepszą od jakieś wiedźmy! Teraz na dodatek poznał nowy czar, który teraz wypróbuje. Rozwinął kartkę i przeczytał inkantację. Wystrzeliło go w powietrze tak gwałtownie, że miał wrażenie że skręci mu kark! Widział jak niebo zbliża się ku niemu tak wielką szybkością! Potem jednak stanęło i nagle zaczął spadać. W tym momencie przypomniał sobie, że nie zna właściwego zaklęcia , który pozwoliłoby bezpiecznie wylądować. Z głośnym wszystkim zaczął zbliżać się ku ziemi.

    Był to kolejny dzień Pracy w kawiarni, ruch był umiarkowany, więc nie mieli wiele roboty, co miało swoje oczywiste wady i zalety. Niespodziewanie na ulicę prosto z nieba z wrzaskiem spadł jakiś mężczyzna rozbryzgując się po całej jezdni.

    Adam
    Adam miał duży uśmiech na twarzy, podziwiając przystojnego mężczyznę... aż ten się do niego odezwał.

    • Ojej, ja... - nie wiedział co powiedzieć - Hm... słyszałem pewne plotki... - zaczął ostrożnie - Tutaj w pobliżu jest park, usiądźmy sobie na ławce i pogadajmy, okej? - uśmiechnął się nieco tylko krzywo. Chryste, ile problemów...

    Honorata
    Książę do Honoraty
    Wiedźma pozwoliła sobie na chwilkę, żeby jej mózgowy twardy dysk zanotował życzenia Księcia. Wyglądało na to, że zamierzał wyssać Janusza metaforycznie i dosłownie z czego się dało- Pieniądze i fura? Jeśli znajdziemy to załatwimy. Rozumiem

    Prośba Nysa
    Honorata wyruszyła do Nysy z upieczonymi cynamonkami, żeby wyciągnąć lepsze bonusy z interesu kiedy już do niej dotrze się rozmówić. Jakkolwiek liczyła, że od magicznej dostanie mniej mroczno- wysysające zadanie. Dobrze by było nadrobić straty za szybę.

    Sprawa wózkowicza

    • Adam dałbyś radę coś ustalić, skąd ten wierny pisze? Mi do tego byłby potrzebny z co najmniej włos delikwenta... Albo delikwentki. Chyba, że któryś z was złapal więcej materiału wózkowicza, żebym mogła próbować namierzenia.

    Nieoczekiwany księgowy

    • Niby gdzie mogliśmy zabraać papiery, których nie widziałam? - spytała wiedźma. - Kawy? Herbaty?

    Odcinek 2 Szmaragdowy Lotos - teaser
    Widząc ludzki rozbryzg przed kawiarnią Honorata mogła potraktować ogarnięcie przodkom skutecznych barier obronnych.

    • Adam, zobacz jak jest źle... Może trzeba będzie dzwonić po pogotowie, a nie tylko policję

    Sebastian
    Książę do Honoraty

    Sebuś nie odzywał się pozwolił Honoracie dokończyć spotkanie.

    Nieoczekiwany księgowy

    • Nie wiem o czym, Pan mówi, w ogóle nie znałem takiego człowieka, żadnych dokumentów na oczy nie widziałem i w ogóle mnie tam nie było. Niech Pan wejdzie, napije się herbaty, bo chyba coś się Panu pomyliło, ale zaraz wszystko wyjaśnimy - Zaprosił księgowego, podkręcając jednocześnie muzykę z głośników w kawiarni.

    Jeżeli księgowy skorzysta z zaproszenia, Seba spojrzy się mu w oczy

    • Muszę sprawdzić, czy masz jakiś podsłuch, zanim przejdziemy do rozmów, o interesach o niczym nie wiem, do niczego się nie przyznaje, dopóki się nie upewnię, że nie próbujesz nas złapać, na przyznaniu się, do czegokolwiek nawet twojego szefa nie widziałem. Szefowo sprawdźcie, czy nie ma jakieś magicznej wersji podsłuchu nie wiem zbadajcie aurę, czy co ? - Ostatnią część zdania skierował, do Pani Honoraty cała sytuacja zdawała się mu śmierdzieć tak jakby księgowy próbował im narobić smrodu, żeby się zestrachali i przyznali do zabójstwa.

    Jeżeli księgowy nie będzie próbował ich w coś wkopać, sposób zachowania zbira ulegnie zmianie, zdejmie maskę cywila kelnera Sebastiana i założy maskę Śruby przestępcy złodzieja, który chce ubić interes:

    • Słuchajcie no księgowy, załóżmy, że wiem o czym, mówicie i że jestem w stanie te dokumenty dla was zdobyć.... Co będziemy z tego mieć ? Kowalski podobno miał jakieś konto na kajmanach, do którego nikt nie miał dostępu czy jeżeli bym teoretycznie zdobyłbym wam te papiery, dalibyście radę wypłacić znaczną sumę gotowizny z kont zmarłego ? Bo mam klienta, który byłby tym zainteresowany... - Napił się melisy z dużego kubka, który sobie przygotował, dając facetowi szanse na odpowiedź, albo Szefostwu(Adamowi i Honoracie) na dodanie czegoś od siebie.

    Sprawa wózkowicza

    • Ja na pewno chcę go dopaść gdzieś na osobności i nastraszyć mam całą mowę o nazistowskich oficerach i plan, żeby zrobić, mu szramę na policzku chcę, żeby wszyscy wiedzieli, że naszego terenu się nie rusza - W jego tonie słychać było stal. Mówił jako Śruba postrach dzielnicy, który broni swojego terenu! Może nie był już członkiem gangu, ale w pewnych aspektach wciąż myślał jak obywatel półświatka.

    Klub myśliwych

    Między Bogiem a prawdą to Sebastian bał się pijanych leśnych dziadków, którzy nie dowidzą i mogą na polowaniu pomylić go z dzikiem. Nie czuł szczególnej potrzeby mordowania zwierzaków, skoro mógł kupić mięso w dyskoncie albo u rzeźnika, ale potrzebował legalnego dostępu do broni palnej, bo nigdy nie wiadomo kiedy natknie się na wrogiego wilkołaka guhola czy inne kurestwo, na które jego bejsbol i ulubiony nóż to będzie za mało.

    Poszedł więc na spotkanie obwieszony odblaskami od góry do dołu, żeby nawet ślepy go z dzikiem nie pomylił. Będzie okazja, to kupi amunicje, a jeżeli trzeba iść na polowanie, to też pójdzie, schowa poglądy do kieszeni, zabije jakiegoś jelenia czy innego dzika i nawet spróbuje pomóc, oprawić kto wie może jakieś bebechy, poroże czy skóra przydadzą się Pani Honoracie do magii ? Trzeba jej będzie kiedyś spytać.

    Odcinek 2 Szmaragdowy Lotos - teaser

    • Szefowo, a nie możemy tego trupa zaciągnąć do środka i udawać, że nic się nie stało ? Nie ma szans, żeby jeszcze żył z tej wysokości to umarł jeszcze zanim się rozpląsał "Terminal velocity" i takie tam? Nie potrzebujecie trupa do czarowania ? Albo moglibyśmy go rozpuścić w kwasie i udawać, że nic się nie stało, bo NAPRAWDĘ nie chcę wzywać glin i żeby nasza kochana kawiarenka zyskała opinie "dziwnego groźnego miejsca, gdzie rzuca się cegłami w okna i trupy spadają z nieba" - Śmierć człowieka zupełnie go nie ruszyła. Czekając na odpowiedź Szefostwa, podszedł do sprzętu grającego i puścił z uśmiechem piosenkę The Weather Girls "It's Raining Men".

    Slann
    Spotkanie w Nysa
    Gdy tylko Honorata zapukała do drzwi Nysa otworzyło jej. I zobaczyła jejgo mieszkanie w świecie ludzi. Wiedźma Piekarnicza musiała przyznać że panował tam iście nerdowski nieład. Wszędzie widziała mnóstwo figurek w większości jednak zniszczonych, na ścianie plakat kapitan Marvel oraz Green Arowa. Najdroższą rzeczą było stanowisko do gier komputerowych.

    • Znakomicie! Jesteś mi potrzebna, Abym mogło Stworzyć eliksir miłosny! - Gdy to powiedziało, to na jejgo twarzy Pojawił się Rumieniec, i dodało. - To nie tak! On jest potrzebny do rozmnażania! - I gdy zdało sobie sprawę z tego że znowu coś palnęło, zrobiło wielkie oczy skryło twarz w dłoniach.

    Seba i wyprawa myśliwska
    Po drodze na miejsce polowania, Sebastian spotkał Mirosława Antonowskiego, który go zaprosił na to polowanie. Pan konserwant uścisnął rękę rozejrzał się w około i powiedział ściszonym głosem.

    • No dobra! Sprawa wygląda tak! My nie pijemy, Bo my tu jesteśmy w interesach No bo wiesz, jak oni popiją to my wytniemy mięsa tyle ile się da i sprzedamy ludziom tak po domach! Możesz też dać kawałek szynki z dzika tej swojej dziewczynie, wiesz tej co w piekarni Pracuje… Albo jakieś innej. Ja lubię porządne mięso z supermarketu, takie zdrowe, ale są ludzie którzy mówią że dobry kawałek szynki z dzika jest najlepszą drogą do serca…

    Nieoczekiwany księgowy
    Drobny mężczyzna usiadł zesztywniał gdy go przeszukiwali, wyraźnie tego nie lubił, ale nic nie ukrywał i gdy wszystko się skończyło to poprosił o herbatę i powiedział ściszonym głosem.

    • Ja pochodzę ze Zmierzchu, ale tam na… Moroi czasem źle traktują Moroi, jak rodzone sługi, a ja nie chciałam mieć do czynienia z magią i takimi rzeczami i chciałam być kimś normalnym jak księgowy więc tutaj się po cichu przeprowadziłam… I zacząłem pracować u Janusza, bo on o nic nie pytał, albo przynajmniej tak sądziłem, ale okazało się że mnie śledzi, Ale z nieco z innego powodu… Bo ja czasami krwawię… - Popatrzę znacząco na Honoratę, a potem dodał. I chyba chciał użyć tego aby nie szantażować bo takich rzeczy nie mam w papierach, ale okazało się że jest Dhampirem i gdy znalazł moje tampony, to wysłał z nich krew, a wtedy dhampiry zyskują moc jak prawdziwe Vampyry… Domyślił się kim jestem i zaczął mnie szantażować wezwie łowców czy kogoś takiego… Więc musiałem dawać mu swoją… Mogę pomóc szukać gdzie jest to konto, nie ma problemu…

    Adama rozmowa
    Mężczyzna uśmiechnął się ciepło i zgodził się. Gdy jednak usiedli nq ławce w parku to powiedział.

    • Mój ojciec na początku zabraniał mi karmić gołębie, chociaż co bardzo lubiłem, bo to było zajęcie dla starych bab, Harry Potter zaczął ze mną i karmić… A z pewnego dnia wyjął wiatrówkę i zastrzeliło się gołębi, i potem w domu razem jej obiecaliśmy i musiałem je potem zjeść… Szczerze mówiąc średnio za nim tęsknię. A słyszałeś jakieś plotki na temat tego co się z nim stało?

    Sprawa wózkowicza
    Po głębszej analizie jego profilu, okazało się że prowadził stronę na temat dokonań Janusza Kowalskiego, który miałby ci zostawię największym Polakiem tych czasów, pisał to nawet opowiadanie o nim i o jego geniuszu przecinek i twierdził że w istocie dokonał on wstąpienia na wyższy plan egzystencji!... Planował też założyć kościół Wielkiego Janusza.

    Człowiek który spadł z niebios.
    Rzeczywiście Adam miał rację, z człowieka który spadł z Niebios wiele nie pozostało, ale niestety Zdarzyło się to w dzień, t właściwie cała ulica widziała ten upadek, i ludzie zaczęli wyglądać całkiem i wskazywać na zwłoki Z zaciekawieniem, nawet Jakiś chłopiec wybiegł z całą z zabawkową łopatką i zaczął je delikatnie tnącać jakbyś chciał je Obrócić na drugą stronę.

    Sebastian
    Nieoczekiwany sprzymierzeniec księgowego

    Gdy Seba zorientował się o co chodzi jego usposobienie zupełnie się zmieniło... Stał się przyjazny - Nie przejmuj się Ziomuś jak dla mnie jak czujesz się facetem to jesteś facetem niezależnie od tego kto co ma w spodniach. Twoje sekrety są z nami bezpieczne masz prawo mieszkać gdzie chcesz i mówić o sobie jak chcesz i jakby ci ktokolwiek ci sprawiał problemy to zgłoś się do mnie pomogę po kosztach. Nie jestem z alfabetowej mafii ale teraz nie muszę udawać świętego oburzenia to uważam się za Sojusznika i biorę tą rolę na poważnie - Pozostała dwójka łowców wiedziała że Śruba rzadko kiedy oferował obcym podobne wsparcie skoro tak mówił znaczy że dużo na ten temat myślał i sprawa była dla niego ważna.

    • Sorry za tą wrogość Stary ale skoro dorastałeś za Bramą to sam wiesz jaki świat potrafi być... Czekaj zajrzę to skrytki zobaczę czy jest w tym co zabrałem z Janusza jak pozbywaliśmy jeżeli nie ma to może Pani Honorata mogłaby zrobić magię ? W sensie jakby to jego dokumenty są to jakby wziąć włosa to może doprowadzą do dokumentów ? - Zapytał wiedźmy ale najpierw poszedł sprawdzić swoje schowki bo złodziejskim przywczajeniem zawsze chomikował portfele i dokumenty coby mógł lewą pożyczkę chwilówkę brać na czyjeś danę wespół z kredyciażem oszustem z którym się dzielił po pół ale teraz stracił kontakty. Kiedy zerkną do skrytki przypomniał sobie że nic od Janusza nie wziął bo był zaaferowany całą sytuacją.

    Człowiek co spadł z nieba

    Sebastian zwykle nie dotykał się do cudzych dzieci jako zasada bo za dużo zboków na tym świecie ale tym razem sytuacja była szczególna - Młody to nie zabawka! ZIUUUU! Z powrotem do osoby opiekuńczej! Proszę Państwa czyje to dziecko?!- Chwycił chłopczyka pod pachy i uniósł nad ziemię udając że lecą samolotem. W obecnej sytuacji nieco niefortunne ale teraz o tym, nie myślał ważne żeby chłopiec nie dotykał więcej zwłok i krwi.
    Głos miał fałszywie radosny tonem jakim mówiło się do dzieci i zwierzaków bo chciał ograniczyć maleństwu traumy więc nie mógł reagować zbyt negatywnie przy odrobinie szczęścia smark nic nie zapamięta.

    Sebastian nawet gimnazjum nie skończył ale lubił czytać różne gazety. książki i podręczniki więc o psychorozwoju dzieci też kiedyś coś tam słyszał.


    Misja - Kochana, to JEST, o ile się orientuję, proszek zwiększający moc magiczną. ALE, jeśli go zażyjesz, możesz umrzeć jak ten człowiek z niebios, co nam spadł. PROSZĘ, ZOSTAW TO W SPOKOJU I DAJ HONORACIE DO ANALIZY - prawie wykrzyknął, bojąc się, że Zosia zrobi coś głupiego i umrze. Dziwne dziecko - Dobra, idę do tej całej kobiety sprawdzić, co się dzieje. Seba zostań tu i przypilnuj tej dziewczynki, boję się ją zostawić samą - pwoiedział, po czym ruszył w stronę kobiety, która dokuczała dziewczynce.
  • Pipboy79P

    Siemka 🙂 Witam wszystkich na naszym nowym forum 🙂 Dziękuję Santo i obsłudze za ogromną pomoc w ogarnięciu tematu przenosin naszej sesji na to nowe forum 🙂

    • Co do technikaliów. Ja kończę swój urlop. Jutro będzie mój lotniskowy dzień. Więc nieco zabiegany na ten moment jestem.

    • Obecna tura (T 68) nadal trwa. Skończy się jak się skończy. Ale bez przesady, dobrze abym w przyszły lub kolejny weekend mógł usiąść do swojej misiowej tury. Kolejna zacznie się zapewne kolejnego dnia rano więc w obecnej dobrze by było pokończyć wszystkie wieczorno-nocne sprawy.

    • Jak tura będzie skończona to można tutaj przenosić te scenki z doc w post.

    • I chyba tyle na ten moment. Jbc to pytajcie 🙂


    @santorine i @zell To, żebyście nie stali bezczynnie cały tydzień to napisałem Wam po scence. Są w doc. Egon ma w sumie ciąg dalszy wydarzęń z brzegu czyli powrót szalupą na "Jutrzenkę" i burzę mózgów jak ugrać to wydarzenie. Heinrich ma wizytę z Tobiasem na Akademii, przechadzkę turystyczną przez nią i na koniec wizytę w "garderbie" modelek gdzie spotykają Łasicę.
  • ZellZ

    Nie wgrywałam wam avatarów jakbyście sami chcieli próbować jak to działa. 🙂 Muagorowi i Sirionowi wgrałam, bo oni chyba przestali z nami grać, zobaczymy.


    Jestem już wolna, mogę pisać. ^^