Przejdź do treści

Świat

Tematy spoza tego forum. Poglądy i opinie przedstawione tutaj mogą nie odzwierciedlać tych, które reprezentują członkowie tego forum.

A world of content at your fingertips…

Think of this as your global discovery feed. It brings together interesting discussions from across the web and other communities, all in one place.

While you can browse what's trending now, the best way to use this feed is to make it your own. By creating an account, you can follow specific creators and topics to filter out the noise and see only what matters to you.

Ready to dive in? Create an account to start following others, get notified when people reply to you, and save your favorite finds.

Zarejestruj się Zaloguj się
  • Dust MephitD
    Początkowe doświadczenie postaci (w momencie utworzenia wątku):

    Stockfisch Kanelboller - 13549
    Zaknafein 'Zak' Oblodra - 13989
    Alanis - 13899
    Harghar - 6500
    Horpach - 6500
    Unaz Orug - 13592


    Alanis, Zak, Horpach, Harghar, Stockfish +202 xp za pokonanie ogromnego sześcianu Unaz +91 xp za pokonanie ogromnego sześcianu
  • GladinG

    Tak więc biblioteka... do tego w ten czy inny sposób może powiązana z fantasy? Skoro mamy wątek o polecanych filmach, to może i miejsce na pogadanie o książkach? Polecajek, a może do pochwalenia się swoimi zbiorami? Wiem, że niektórzy chętnie wrzucają fotki swoich kolekcji na discorda i pewnie ucieszą się z tego tematu 😄

    centered paragraph

    Dla tych, którzy są zbyt młodzi (i może ich ominęło), podaję łącze do filmiku wyjaśniającego tytuł wątku:
    https://www.youtube.com/watch?v=4RMh4GtxBuA

    Rozpocznę się od pochwalenia najnowszą

    GURPS Discworld Also!

    centered paragraph

    książką wzbogacającą moją skromną kolekcję systemu GURPS i pierwszym dodatkiem do głównego podręcznika Świata Dysku. Świeżo dzisiaj otrzymana, trafia właśnie do kolejki książek do przejrzenia. Nie mogę się doczekać! 😄

    Nie ukrywam, że liczę na to, iż w przyszłości albo poprowadzę, albo zagram jeszcze w Świat Dysku.

    Na sesję ze Świata Dysku nadal możecie głosować w mojej sondzie.

    A „...poprowadzę (...) jeszcze” ponieważ świetnie się bawiłem w przygodach Straży pożarnej Ankh Morpork na naszym starym forum.

    @Marrrt @Stalowy @Rewik @Cioldan @Mike


    Częściowo kontynuując moją odpowiedź na pytanie @Piołun'a o książki warte polecenia, a częściowo odnosząc się do wpisu Jaremy. Piekara, Inkwizytor @Jarema napisał: Ja, inkwizytor Trochę książek z tego cyklu przeczytałem. Nawet robiąc sobie listę książek do polecenia, wynotowałem i tę pozycję. Książkę można polecić, ale jednak z zastrzeżeniem. Przede wszystkim, seria o Inkwizytorze jest serią obrazoburczą. Osobom wrażliwym na punkcie wiary chrześcijańskiej nie polecam sięgania po nią. Cykl opowiada o świecie, w którym Chrystus po ukrzyżowaniu zstąpił z tego krzyża i siał zniszczenie wśród niewiernych ogniem i mieczem, a jego gorliwymi wykonawcami byli apostołowie. Druga uwaga, to ilość młodzieńczych fantazji erotycznych, jaką autor pozwala realizować swojemu głównemu bohaterowi. I to realizować często gęsto z udziałem duchownych, mniszek, etc. Tutaj już nie tylko osoby wrażliwe religijnie, ale również wyczulone na tematy erotyczne, w szczególności na fantazje młodych mężczyzn, mogą lekturę odebrać źle. Pozostałym czytelnikom mogę polecić serię, a przynajmniej kilka pierwszych tomów. Później dla mnie zrobiło się nieco nudno. Piekara, jak wielu innych autorów, stworzył kilka dobrych opowiadań, a potem nie poradził sobie z kreowaniem szerszego obrazu świata i coraz większą liczbą napisanych pozycji. Powtarzalność głównego bohatera w kolejnych opowiadaniach zanudziła mnie, jako czytelnika. Do tego w którymś momencie autor jakby przestraszył się obrazoburczości swoich opowiadań i próbuje się z tego wykaraskać, tym samym tracąc charakterystyczny rys cyklu. Ale kilka początkowych tomów polecam, z zastrzeżeniami j.w. Natomiast nie są to książki, które mam w domowej biblioteczce ani takie, które planuję do niej zakupić. Sapkowski. Wiedźmin @Jarema napisał: Trylogia Husycka — chyba nawet lepsza niż Wiedźmin O trylogii husyckiej nie wypowiem się. Prawdopodobnie nie czytałem, chociaż może miałem w rękach? Skoro polecasz, zanotuję sobie do sprawdzenia, chociaż do samego autora nie mam aż tak mocnego przekonania. Więcej poniżej. [image: 1uz0xR0.jpeg] Nie jestem pewien, ale całkiem możliwe, że najpierw w rękę wpadły mi „Komiksy”, albo chociaż pierwszy z nich „Droga bez powrotu”. Natomiast same opowiadania wkrótce potem. Czy polecę je każdemu do przeczytania? Tak. Opowiadania wg mnie były bardzo fajne a wykreowana postać Geralta jest znana na całym świecie. Z tego powodu dla czytelnika fantasy to pozycja obowiązkowa. Tak więc dwa tomy opowiadań polecam. Potem mam odczucia podobne do tych opisanych powyżej w przypadku Piekary. Autor tworzył świetnie opowiadania, a potem rzucił się na głęboką wodę i napisał pięcioksiąg. Z tego pięcioksięgu 2 książki były dobre. Wydaje mi się, że to była pierwsza i trzecia z cyklu, ale ze względu na upływ czasu, nie jestem na 100% pewien. [image: mlZsUt8.jpeg] Natomiast jestem na 100% pewien, że piąty tom był absolutną porażką. Był fatalny. Odebrałem go tak, jakby autor miał termin na jego napisanie (kontrakt z wydawnictwem) i absolutnie nie miał pomysłu, co napisać. Więc napisał cokolwiek. Andrzej Pilipiuk. Jakub Wędrowycz @Jarema napisał: Andrzeja Pilipiuka, a szczególnie serię przygód Jakuba Wędrowycza I tutaj trafiłeś w pozycję, którą również uważam za godną polecenia. Przy czym zastrzegam, że mało czytałem. Jeden tom na pewno, ale dwa lub trzy Fajnie, że ten wątek ruszył, bo przypomniał mi właśnie o takich pozycjach, które mnie zaciekawiły, a potem gdzieś umknęło. Jakub Wędrowycz kojarzy mi się nieco z Babcią Weatherwax z Pratchetta. Wędrowycz jest postacią swojską, siermiężną, a przy tym potrafiącą bimbrem i kosą przeganiać demony. Polski, wiejski, lokalny żul w gumofilcach, broniący świata przed istotami z innych wymiarów. Nieco podobnie z Babcią Weaterwax. Ani ładna, ani młoda, nosząca na nogach wygodne i użyteczne trepy, zbierająca jako opłatę stare ubrania, z rozsypującą się miotłą i chatą a jednak najpotężniejsza czarownica. Tak, Wędrowycza polecam, warto spróbować. Co do innych dzieł, to musiałem otworzyć sobie wykaz twórczości Pilipiuka i skróty fabuły tych pozycji, które wydały mi się znajome. Zidentyfikowałem serię Oko Jelenia oraz Kuzynki. Żadna z tych pozycji nie spodobała mi się jednak na tyle, abym uznał je godne polecenia. Jeżeli ktoś ma ochotę zapoznać się z polską twórczością bieżącego wieku, to proszę. Ale jeżeli macie mniej czasu do dyspozycji niż książek do przeczytania, to poza Wędrowyczem resztę bym odpuścił. Marcin Przybyłek. Gamedec [image: CmJofid.jpeg] Skoro już o polskiej scenie fantastycznej tego wieku mowa, to poleciłbym cykl Gamedec Marcina Przybyłka. Kiedy publikował pierwsze opowiadania około 20 lat temu, zawarte tam wizje były zbyt odległe, by brać je na poważnie. Dziś nie jestem tego już taki pewien. Oprócz przyjemnej lektury przygód Torkila Aymore'a możemy dziś zastanawiać się nad tym, jak odległa jest wizja przenoszenia naszej świadomości w świat wirtualny, obdarzania fikcyjnych postaci wirtualnych fizyczną kopią mózgu i generalnie miksowania mózgu, ciała, świadomości, świata wirtualnego w dowolnych kombinacjach. Aczkolwiek podobnie jak u wyżej wymienionych polskich autorów mam wrażenie, że im dalej Przybyłek brnął w kreację świata i postaci, tym bardziej obniżał loty. Dwa pierwsze tomy opowiadań są moim zdaniem dużo lepsze, niż kolejne. Przy okazji dowiedziałem się, że już dekadę temu wydano 5 kolejnych książek z tego uniwersum. No, no... kolejna rzecz do wrzucenia na listę lektur Ależ się cieszę z tego wątku. Na początku bieżącego roku miałem problem z tym, co czytać. A tu proszę, jakie się perspektywy otwierają, buduje się lista do czytania na cały 2027r Maria Lidia Kossakowska. Zastępy Anielskie. Skoro jakoś samo tak wyszedł blok polskich pisarzy XXI wieku (z gościnnym występem Sapkowskiego), to chciałem dodać piątą pozycję wartą polecenia. Trochę miałem problem. Przypominałem sobie kogo jeszcze czytałem. „Pan Lodowego Ogrodu” Grzędowicza mi nie siadł. „Achaja” Ziemiańskiego była w miarę spoko, zwłaszcza początki, ale też nie na tyle, aby wybiło się to powyżej pozostałych autorów. Komuda? Nie. Dukaj? Też nie. Kossakowska... Chyba bardziej niż ci powyżej. Ciekawy był cykl Zastępy Anielskie opowiadający o problemach aniołów (tudzież diabłów i ludzi) w(e) (wszech)świecie, który stracił Boga. Z innych jej książek jest cykl Takeshi, który może się też podobać. Ja spasowałem po pierwszym tomie albo w trakcie drugiego. Nie wciągnął mnie wtedy na tyle, ale moja żona uważa ten cykl za jej najlepszy, a i inne dzieła tejże aktorki sobie chwali. Natomiast „Ruda Sfora” wprowadza czytelnika w świat wierzeń Jakutów. Książka interesująca głównie właśnie przez to, że przedstawia mitologię nam nieznaną. Na tych 5 pozycjach kończę mój wpis, tym razem quasi-polecajek. @Piołun napisał: w "Niezwyciężonym" Chyba tego nie czytałem. Dodaję do listy „Do przeczytania”. Dzięki Gladin napisał: Bloodborn Przy okazji. Ponieważ stała na półce druga część, „Bloodforged”, to od razu ją przeczytałem. Moja jej ocena jest jeden punkt wyżej od części pierwszej, ale właściwie pozostają wszystkie te same zastrzeżenia, co przy „Bloodborn”.
  • KetharianK

    text alternatywny


    PROJEKT „KRYPTA 99”


    Jakiś czas temu mieliśmy na Discordzie RT krótką dyskusję na temat długoterminowego projektu dla nowych użytkowników, przede wszystkim osób zupełnie zielonych w temacie PBF, które mogłyby liczyć na coś w stylu tutorialu będącego niekończącą się sesją otwartą. Padło kilka propozycji relatywnie popularnych systemów jak WFRP, D&D, ale ja osobiście wciąż pozostaję najbardziej przekonany do Fallouta i to tej konkretnej propozycji poświęcony jest tutejszy wątek.

    Projekt opierałby się na graczach w rolach mieszkańców krypty Vault-Tecu, świeżo otwartej po dwóch wiekach izolacji. Gracze braliby udział w misjach eksploracyjnych na powierzchni lub rozwiązywali problemy wewnątrz Krypty, biorąc udział w krótkich sesjach będących zarazem tutorialami pebeefowymi. Setting Fallouta wydaje się nieskończonym generatorem takich właśnie małych questów, a sama Krypta równie nieskończonymi zasobami nowych postaci do wzięcia przez kolejnych uczestników takich warsztatów.

    Tyle wprowadzenia do założeń. Projekt wciąż pozostaje w sferze odległych planów, ale w międzyczasie pojawiło się na RT kilku nowych userów, którzy odbili się od bieżących rekrutacji i zniknęli. Mając ich w pamięci chciałbym przynajmniej rozpocząć prace nad projektem nazwanym roboczo „Krypta 99” mając nadzieję, że uda się go w bliskiej przyszłości uruchomić.

    Mechanika będzie się według wstępnych założeń opierać na systemie Fallout od Modiphiusa, ale w bieżącej chwili dużo ważniejsze jest światotworzenie. Wyobrażam sobie ten kawałek uniwersum Fallouta jako coś zupełnie nowego, z dala od Kalifornii lub Massachusetts. Szukam lokacji w obrębie Stanów, która pozwoli przy zachowaniu ogólnego klimatu Fallouta wprowadzić nowe autorskie frakcje, lokacje czy bestiariusz. Można byłoby stworzyć w tych okolicznościach coś naprawdę fajnego, ale jest to praca przerastająca moje własne możliwości przy obecnym stopniu zaangażowania w inną działalność na forum.

    I tu pojawił się pomysł zaczerpnięcia z pomysłów innych użytkowników, jeśli ktoś chciałby dorzucić coś do siebie. Nie obiecuję, że wykorzystam każdy jeden pomysł, ale sądzę, że wiele idei da się zaadaptować w ten czy inny sposób. Nie obiecuję też, że dożyjemy inauguracji tej sesji, bo projekt wciąż pozostaje w fazie „wczesnej alfy”, ale jeśli idea tutorialowej sesji otwartej miałaby faktycznie kiedyś wystartować, trzeba powoli zabrać się za dłubanie fundamentów.

    A jeśli doczytaliście aż do tego miejsca, chciałbym często niezobowiązująco rzucić pierwszą porcją pytań.

    Gdzie moglibyśmy usytuować Vault? Jestem przekonany, że warto umiejscowić go w pobliżu linii wybrzeża i coraz częściej myślę o Florydzie, ale ciekawią mnie Wasze pomysły.

    Jaki rodzaj eksperymentu społecznego byłby przeprowadzany przez naukowców Vault-Tecu w tej akurat krypcie?

    Jaki ustrój polityczny / społeczny mógłby regulować życie codzienne krypciarzy po upływie dwóch wieków w izolacji?

    Zachęcam do burzy mózgów, może faktycznie coś fajnego się z tego urodzi, chociaż czuję się w obowiązku raz jeszcze podkreślić, że nie mogę dać nikomu stuprocentowej gwarancji, iż to wypali.


    czytaj więcej →
    Przy warunkach dołączenia do sesji otwartej dałbym widełki ilości postów na które ktoś by się pisał. Np. 3-4 posty. 5-10 postów. > 11 postów. Ma to co najmniej dwa plusy. Primo trochę motywuje gracza gdy się na coś zadeklaruje, bo projekt ma początek i koniec. Secundo MG wie jak ma podejść do BG i jak szybko go wrzucić na głęboki olej akcji. Na przykładzie sesji Alien (polecam!) rozważyłbym tezę, że nie wszyscy nowi szukają gry wstępnej, a przeciwnie chcą od razu głównego dania. To nie przytyk do Ciebie Ketharian! Sam się nad tym zastanawiam i a propos tematu Krypty próbuję dojść do konstruktywnych wniosków, czemu Holt, William, Nadia i Davy przepadli mimo świetnej fabuły i minimum wymogu znajomości mechaniki.
  • PiołunP

    No dobrze. Zaczynamy moi mili. Dzięki raz jeszcze wszystkim za zgłoszenia i witam oficjalnie w sesji Kroczący we Wichrze. Karty są przyjęte, choć część z was musi wysłać małe uzupełnienia. Skład mamy zamknięty, a ekspedycja może ruszać na północ.

    Pierwszy post fabularny otworzy sesję jeszcze w Waszyngtonie. Nasi miejscowi z Barrow, Richard i Micah, dołączą do reszty grupy nieco później, mniej więcej w drugim lub trzecim poście przygody, kiedy ekspedycja dotrze już do Barrow. Da mi to też czas omówić dynamikę ich znajomości. Jeśli @decybelka i @marrrt nie macie ochoty przypadkiem sami tego omówić, sam mogę wam to nakreślić odgórnie. Dajcie znać co wolicie!

    Sekcje komentarzy zostawiam na pytania do mechaniki, ustalenia, deklaracje pomocnicze, niejasności i wszystko inne. Jeśli jakaś scena będzie wymagała rzutu, to dam znać o tym w spoilerze pod postem fabularnym. Zachęcam do samoczynnego próbowania rzutów, gdy będziecie chcieli jakoś nietuzinkowo podejść do sceny.

    Mam założonego discorda do sesji i wyśle zaproszenia, acz obecność na nim jest nieobowiązkowa. Jeśli będą jakieś sceny wymagające obecności osób, które nie są na discordzie, założe nam chatroom na forum do takowej i zrobi się jakąś wymiane zdań.

    Na dniach pojawi się także dział z waszymi kartami postaci, gdzie tak jak zapowiadałem, zorganizuje nam karty w formie graficznej, przynajmniej tę część, która się nie zmienia. Do zmiennych wartości i ekwipunku, będziemy mieć to rozpisane pod kartami i będziecie mogli sami nanosić zmiany.

    Dobrze. Na start nie będę Was zasypywał dodatkowymi informacjami. To, co Wasi bohaterowie wiedzą, dostaniecie w fabule i materiałach ekspedycji. Reszta przyjdzie z czasem.

    Powodzenia. I ubierzcie się ciepło.


    Jest i post ode mnie, dziekuję za cierpliwość!
  • PiołunP

    Edytuj ten post w celu napisania początku sesji.


    Wprowadzony do poczekalni przez ochroniarza Miles rozejrzał się z zaciekawieniem po pomieszczeniu, ściągając uprzednio kapelusz dla zachowania kultury osobistej. Mężczyzna nieszczególnie miał okazję podziwiać, czy nawet przebywać w budynkach federalnych, miał więc doskonałą okazję chłonąć całą ich wyższość i powagę. Uśmiechnął się pod nosem i kiwnął sam do siebie z uznaniem, doceniając symetrykę układu drzwi z poszczególnymi meblami i dekoracjami. Zerknął jeszcze z przyzwyczajenia na sufit, który to za sprawą ornamentacji potrafił być najbardziej zaskakującym elementem architektury wnętrz, ale fotografowi pozostawił jedynie gorzkie poczucie rozczarowania. Być może jednak funkcjonalność i surowość była tym, czego powinien się spodziewać w podobnym miejscu. Zbliżył się do grupki osób czekających przy tych samych drzwiach, które wcześniej wskazał mu jeden z niezwykle poważnych ochroniarzy. Tak się akurat złożyło, że Miles zdążył dołączyć do grupy indywiduów akurat w momencie wymiany krótkich uprzejmości. -Miles Carson, fotoreporter z Arkham w Massachusetts, miło państwa poznać. Zakładam że czekamy na to samo spotkanie? - przedstawił się kulturalnie z wyraźną ekscytacją i pozytywną energią wyczuwalną w głosie, być może nieco kontrastującą z aurą otoczenia. Mężczyzna około trzydziestki o dość łagodnej urodzie, którego z łatwością można by ocenić na co najmniej pięć lat młodszego. Twarz starannie ogolona i gładka, średniej długości proste, brązowe włosy elegancko zaczesane do tyłu i utrwalone pomadą ze wsparciem noszonego jeszcze kapelusza. Miał na sobie długi, ciemnobrązowy, wełniany płaszcz za kolana, garniturowe spodnie oraz skórzane, garniturowe buty. Był to ten najdroższy zestaw odzieży, jaki Miles zdołał wygrzebać ze swojej szafy, wykorzystywany przede wszystkim na wszelkie biznesowe spotkania wyższej wagi. Nawet jeśli wielu mogłoby określić jego wizerunek jako dość typowy i przeciętny, nie można było oprzeć się przekonaniu, że w sposobie bycia mężczyzny było coś interesującego i przyciągającego. Wymienił pewne, ciepłe i przyjacielskie spojrzenie wraz z energicznym uściskiem dłoni z każdą osobą, Zatrzymał swoją uwagę na ułamek sekundy przy Alice, przyglądając się jej twarzy uważnie i intensywnie nad czymś myśląc. Nie był w stanie stwierdzić dlaczego, ale twarz tej kobiety wydawała mu się bardzo znajoma. -Przepraszam, czy my się przypadkiem nie znamy? - zapytał z zaciekawieniem, ale odpowiedź musiała zapewne poczekać na odpowiedni moment, bowiem właśnie w tym momencie postanowiono zaprosić wszystkich do środka… Miles nie do końca wiedział czego mógł spodziewać się po samym spotkaniu, choć wszelkie dotychczasowe znaki mogły dawać już pewne sugestie. Czy można było jednak w pełni przygotować się do spotkań na poziomie federalnym, nie będąc w zasadzie nikim w jakikolwiek sposób powiązanym z rządowym światem? Rozmowy w różnych grupach społecznych i na różnych szczeblach miały swoje specyficzne zasady i panujący klimat. W tym przypadku najbardziej odczuwalną cechą, z jaką spotkał się Carson, była wszechobecna śmiertelna powaga i drętwość. Mężczyzna odnosił wrażenie, że wszelkie jego interpersonalne umiejętności w tym momencie zderzyłyby się z bardzo grubym i twardym murem, a nawet mogłyby niebezpiecznie zrykoszetować z powrotem w jego stronę. W szczególności, kiedy jeden z ich rozmówców wypinał dumnie pierś z co najmniej tuzinem imponujących odznaczeń. Fotoreporterowi nie pozostało nic innego, jak tylko zaakceptować zasady panującej tutaj społecznej gry i się do nich dostosować. Miał mimo wszystko na uwadze swoje prywatne cele i nie zamierzał zawieść zaufania szanownego grona pracodawców. Wysłuchał z uwagą informacji przedstawionych im przez wysoko postawionych mężczyzn, po czym wraz z zebranymi tutaj członkami nowej ekspedycji dołączył się do rzetelnego przeglądania przygotowanych odgórnie materiałów dowodowych. Trudno było nie zgodzić się z panią profesor w kwestiach “czystego spojrzenia na sprawę” w momencie, kiedy pewne sugestie i hipotezy zostały wstępnie przez komisję przedstawione. Miles jednak nie należał do grona akademickich wyjadaczy i nie byłby w stanie naukowo podejść do wytknięcia wszelkich nieścisłości z zebranych informacji tak jak to zrobiła profesor Alice. Było mu raczej bliżej do spojrzenia na sprawę z perspektywy przeciętnego zjadacza chleba o pospolitym intelekcie, ale dość konkretnym fachu. -Dziękuję. - rzucił spokojnie odbierając przekazywane mu zdjęcia z wyprawy, na których zawiesił oko nieco dłużej z nieukrywanym zainteresowaniem. -Fachowa robota, mogę państwa zapytać kto był autorem? - zwrócił się bezpośrednio do komisji analizując fotografie dość dokładnie pod kątem technicznym niż artystycznym. Jakość nie budziła wątpliwości, choć Carson był przekonany, że byłby w stanie uchwycić miejsce katastrofy czy konstrukcję z lepszego, lepiej oddającego powagę sytuacji, kąta. Przyłożył dłoń do brody i pomasował ją w zamyśleniu, przekazując zdjęcia dalej i odbierając następnie telegramy i dokumenty, z których treścią dokładnie się zapoznał. Same dokumenty nie budziły w nim jakichkolwiek wątpliwości, sprawiały wrażenie dość typowego dla podobnej wyprawy raportu. Inaczej sprawa miała się natomiast co do samych telegramów, z których dało się wyłapać pewną nieścisłość w formułowaniu komunikatów. Gdyby tylko dać się ponieść wyobraźni, można by wysnuć z ich treści dość mroczną konkluzję, zapewne jednak odpowiedź była o wiele prostsza niż ta, którą mógłby podsuwać nazbyt fantazjujący umysł. -Pozwolę sobie jeszcze zwrócić państwa uwagę na zdjęcie konstrukcji. Zdjęcia mają to do siebie, że mogą w dość zmyślny sposób fałszować rzeczywisty obraz. Nie wchodząc w techniczne sprawy, otóż ta konstrukcja prawdopodobnie jest większa niż może się wydawać na pierwszy rzut oka. Mało tego, prawdopodobnie rozciąga się dalej pod lodem, a może i nawet pod ziemią, co by zresztą potwierdzały wzmianki o “dolnym poziomie”. Myślę że spokojnie można założyć, że to raptem niewielka część większej struktury ukrytej pod warstwą lodu. Niestety i dla mnie wygląda dość obco, nie przypomina znanych mi kultur, ani nie potrafię ocenić jej pierwotnej funkcji. - przedstawił spokojnie Miles, wodząc palcem po zdjęciu odkrytej konstrukcji, starając się zobrazować jej potencjalny ogrom. -Co zaś tyczyłoby się telegramów… Prawdę mówiąc, treść ostatniego telegramu ma zgoła inny charakter. Nie ma tu już mowy o sprzęcie czy o niedysponowanych członkach, wręcz jasno napisano że nie oczekują dalszych instrukcji. Proszę wybaczyć śmiałość mojego pytania, ale czy mają państwo pewność, że mieszkańcy Barrow nie podchodzą agresywnie do tej ekspedycji? Możliwe że ostatnia wiadomość została wysłana przez inną osobę, stąd jej odmienny charakter, natomiast dobrze by było wiedzieć z jakim powitaniem i odbiorem możemy zetknąć się na miejscu. Sami państwo rozumieją, to kwestia też i naszego bezpieczeństwa, a sam szanowny tutaj… - zerknął ukradkiem na jedną z plakietek z imieniem ustawioną przy dość groźnym mężczyźnie - …pan pułkownik Hargrove, zapewne znalazłby odpowiednie wojskowe określenie na zachowanie wśród podwładnych podobne do tego, jakie przedstawiono w ostatnim zdaniu ostatniego telegramu. Dezercja. Obecność wojskowego absolutnie nie była na tym spotkaniu przypadkowa, a Miles z pełnią swojego wścibskiego charakteru wolał się upewnić z jakim nastawieniem przywitają ich lokalni mieszkańcy, nim zdarzy mu się węszyć tam gdzie nie trzeba.
  • slann22S

    Slann
    Książę zwrócił się do Honoraty.

    • Załatwienie samochodu, sługus i tak zostanie ukarany przez śmierć swojego mistrza. Właściwie to możecie mu zaproponować możliwość stworzenia mi, oni bywają całkiem zabawnie przez pierwsze kilka miesięcy, ale tylko wtedy gdy macie na to Ochotę… Właściwie to możecie spróbować wydobyć z niego informacje na temat jakiś ukrytych pieniędzy Janusza, jak mi je oddacie w gotówce, to po odliczeniu swojego procenta Wymienię mnie na monety ze srebra i złota, które trudno będzie wykryć urzędowi skarbowemu, taki skarb na czarną godzinę. Mi ciężko zdobyć odpowiednią ilość waszych pieniędzy, a czasem Potrzebuję kupić rzeczy u was. I oczywiście drogi Sebastian nie będę uczestniczył w poszukiwaniach samochodu,

    Niedługo potem Spotkanie się zakończyło i wszyscy rozeszli się do domu.

    Sebastiana I koło łowieckie
    Kilka dni po całym spotkaniu Mirosław Antonowski zwany przez Sebastiana Konserwantem Podrzucił Sebastianowi zaproszenie od koła Łowieckiego do którego Przecież Sebastian Należał, Czy skorzysta z tego zaproszenia?

    Prośba Nysa
    Tego samego dnia, którego Sebastian dostał zaproszenie, po południu Nysa wysłało do Honoraty SMS z wiadomością.
    “Mam dla ciebie interes!”

    Nieoczekiwane spotkanie Adama.
    Gdy pewnego razu Adam wyszedł spacerować aby się przewietrzyć zobaczył GO! Był przystojny, wysportowany, długich włosach barwy miedzi opadających na ramiona… Podszedł do wilkołaka I Powiedział Melodyjnym głosem.

    • Przepraszam, czy wiadomo panu cokolwiek miejscu pobytu Janusza Kowalskiego? Jest mój ojcem, chociaż bardzo kiepskim, ale gdzieś pokrywał wszystkie swoje pieniądze i moja matka nie ma środków na utrzymanie, Czy mógłby pan wskazać miejsce jego pobytu?

    Sprawa wózkowicza
    Ustalenie miejsca pobytu wózkowicza nie było trudne, Wystarczyło wejść na Facebooka I zobaczyć kto najszybciej broni firmy…

    Nieoczekiwany księgowy
    Pewnego dnia wieczorem gdy już zamykali i nie było gości zapukał do nich drobny mężczyzna, który rozpoznali tego moroi który pracował dla Janusza ( nie sługusa) Zwrócił się do nich błaganie.

    • Przepraszam, ale wiem że to wy byliście U Janusza, bo Wyczułem od was zapach Gdy wróciłem do pracy następnego dnia gdy zniknął. Ja wiem że on był Dhampirem, i zyskał większe moce z mojej winy, ale on trzymał moje papiery… Proszę czy widzieliście je i Czy możecie mi je oddać?

    Odcinek 2 Szmaragdowy Lotos - teaser
    Nie mógł się doczekać, aż znowu zasmakuje szmaragdu. To co dostarczała pani Kwiatkowska było wspaniałye Tak bardzo zwiększało jego moc! Wszystkie siostry przezywały go guślarzem, a teraz Mógł się nazywać prawdziwym magiem, kimś znacznie lepszą od jakieś wiedźmy! Teraz na dodatek poznał nowy czar, który teraz wypróbuje. Rozwinął kartkę i przeczytał inkantację. Wystrzeliło go w powietrze tak gwałtownie, że miał wrażenie że skręci mu kark! Widział jak niebo zbliża się ku niemu tak wielką szybkością! Potem jednak stanęło i nagle zaczął spadać. W tym momencie przypomniał sobie, że nie zna właściwego zaklęcia , który pozwoliłoby bezpiecznie wylądować. Z głośnym wszystkim zaczął zbliżać się ku ziemi.

    Był to kolejny dzień Pracy w kawiarni, ruch był umiarkowany, więc nie mieli wiele roboty, co miało swoje oczywiste wady i zalety. Niespodziewanie na ulicę prosto z nieba z wrzaskiem spadł jakiś mężczyzna rozbryzgując się po całej jezdni.

    Adam
    Adam miał duży uśmiech na twarzy, podziwiając przystojnego mężczyznę... aż ten się do niego odezwał.

    • Ojej, ja... - nie wiedział co powiedzieć - Hm... słyszałem pewne plotki... - zaczął ostrożnie - Tutaj w pobliżu jest park, usiądźmy sobie na ławce i pogadajmy, okej? - uśmiechnął się nieco tylko krzywo. Chryste, ile problemów...

    Honorata
    Książę do Honoraty
    Wiedźma pozwoliła sobie na chwilkę, żeby jej mózgowy twardy dysk zanotował życzenia Księcia. Wyglądało na to, że zamierzał wyssać Janusza metaforycznie i dosłownie z czego się dało- Pieniądze i fura? Jeśli znajdziemy to załatwimy. Rozumiem

    Prośba Nysa
    Honorata wyruszyła do Nysy z upieczonymi cynamonkami, żeby wyciągnąć lepsze bonusy z interesu kiedy już do niej dotrze się rozmówić. Jakkolwiek liczyła, że od magicznej dostanie mniej mroczno- wysysające zadanie. Dobrze by było nadrobić straty za szybę.

    Sprawa wózkowicza

    • Adam dałbyś radę coś ustalić, skąd ten wierny pisze? Mi do tego byłby potrzebny z co najmniej włos delikwenta... Albo delikwentki. Chyba, że któryś z was złapal więcej materiału wózkowicza, żebym mogła próbować namierzenia.

    Nieoczekiwany księgowy

    • Niby gdzie mogliśmy zabraać papiery, których nie widziałam? - spytała wiedźma. - Kawy? Herbaty?

    Odcinek 2 Szmaragdowy Lotos - teaser
    Widząc ludzki rozbryzg przed kawiarnią Honorata mogła potraktować ogarnięcie przodkom skutecznych barier obronnych.

    • Adam, zobacz jak jest źle... Może trzeba będzie dzwonić po pogotowie, a nie tylko policję

    Sebastian
    Książę do Honoraty

    Sebuś nie odzywał się pozwolił Honoracie dokończyć spotkanie.

    Nieoczekiwany księgowy

    • Nie wiem o czym, Pan mówi, w ogóle nie znałem takiego człowieka, żadnych dokumentów na oczy nie widziałem i w ogóle mnie tam nie było. Niech Pan wejdzie, napije się herbaty, bo chyba coś się Panu pomyliło, ale zaraz wszystko wyjaśnimy - Zaprosił księgowego, podkręcając jednocześnie muzykę z głośników w kawiarni.

    Jeżeli księgowy skorzysta z zaproszenia, Seba spojrzy się mu w oczy

    • Muszę sprawdzić, czy masz jakiś podsłuch, zanim przejdziemy do rozmów, o interesach o niczym nie wiem, do niczego się nie przyznaje, dopóki się nie upewnię, że nie próbujesz nas złapać, na przyznaniu się, do czegokolwiek nawet twojego szefa nie widziałem. Szefowo sprawdźcie, czy nie ma jakieś magicznej wersji podsłuchu nie wiem zbadajcie aurę, czy co ? - Ostatnią część zdania skierował, do Pani Honoraty cała sytuacja zdawała się mu śmierdzieć tak jakby księgowy próbował im narobić smrodu, żeby się zestrachali i przyznali do zabójstwa.

    Jeżeli księgowy nie będzie próbował ich w coś wkopać, sposób zachowania zbira ulegnie zmianie, zdejmie maskę cywila kelnera Sebastiana i założy maskę Śruby przestępcy złodzieja, który chce ubić interes:

    • Słuchajcie no księgowy, załóżmy, że wiem o czym, mówicie i że jestem w stanie te dokumenty dla was zdobyć.... Co będziemy z tego mieć ? Kowalski podobno miał jakieś konto na kajmanach, do którego nikt nie miał dostępu czy jeżeli bym teoretycznie zdobyłbym wam te papiery, dalibyście radę wypłacić znaczną sumę gotowizny z kont zmarłego ? Bo mam klienta, który byłby tym zainteresowany... - Napił się melisy z dużego kubka, który sobie przygotował, dając facetowi szanse na odpowiedź, albo Szefostwu(Adamowi i Honoracie) na dodanie czegoś od siebie.

    Sprawa wózkowicza

    • Ja na pewno chcę go dopaść gdzieś na osobności i nastraszyć mam całą mowę o nazistowskich oficerach i plan, żeby zrobić, mu szramę na policzku chcę, żeby wszyscy wiedzieli, że naszego terenu się nie rusza - W jego tonie słychać było stal. Mówił jako Śruba postrach dzielnicy, który broni swojego terenu! Może nie był już członkiem gangu, ale w pewnych aspektach wciąż myślał jak obywatel półświatka.

    Klub myśliwych

    Między Bogiem a prawdą to Sebastian bał się pijanych leśnych dziadków, którzy nie dowidzą i mogą na polowaniu pomylić go z dzikiem. Nie czuł szczególnej potrzeby mordowania zwierzaków, skoro mógł kupić mięso w dyskoncie albo u rzeźnika, ale potrzebował legalnego dostępu do broni palnej, bo nigdy nie wiadomo kiedy natknie się na wrogiego wilkołaka guhola czy inne kurestwo, na które jego bejsbol i ulubiony nóż to będzie za mało.

    Poszedł więc na spotkanie obwieszony odblaskami od góry do dołu, żeby nawet ślepy go z dzikiem nie pomylił. Będzie okazja, to kupi amunicje, a jeżeli trzeba iść na polowanie, to też pójdzie, schowa poglądy do kieszeni, zabije jakiegoś jelenia czy innego dzika i nawet spróbuje pomóc, oprawić kto wie może jakieś bebechy, poroże czy skóra przydadzą się Pani Honoracie do magii ? Trzeba jej będzie kiedyś spytać.

    Odcinek 2 Szmaragdowy Lotos - teaser

    • Szefowo, a nie możemy tego trupa zaciągnąć do środka i udawać, że nic się nie stało ? Nie ma szans, żeby jeszcze żył z tej wysokości to umarł jeszcze zanim się rozpląsał "Terminal velocity" i takie tam? Nie potrzebujecie trupa do czarowania ? Albo moglibyśmy go rozpuścić w kwasie i udawać, że nic się nie stało, bo NAPRAWDĘ nie chcę wzywać glin i żeby nasza kochana kawiarenka zyskała opinie "dziwnego groźnego miejsca, gdzie rzuca się cegłami w okna i trupy spadają z nieba" - Śmierć człowieka zupełnie go nie ruszyła. Czekając na odpowiedź Szefostwa, podszedł do sprzętu grającego i puścił z uśmiechem piosenkę The Weather Girls "It's Raining Men".

    Slann
    Spotkanie w Nysa
    Gdy tylko Honorata zapukała do drzwi Nysa otworzyło jej. I zobaczyła jejgo mieszkanie w świecie ludzi. Wiedźma Piekarnicza musiała przyznać że panował tam iście nerdowski nieład. Wszędzie widziała mnóstwo figurek w większości jednak zniszczonych, na ścianie plakat kapitan Marvel oraz Green Arowa. Najdroższą rzeczą było stanowisko do gier komputerowych.

    • Znakomicie! Jesteś mi potrzebna, Abym mogło Stworzyć eliksir miłosny! - Gdy to powiedziało, to na jejgo twarzy Pojawił się Rumieniec, i dodało. - To nie tak! On jest potrzebny do rozmnażania! - I gdy zdało sobie sprawę z tego że znowu coś palnęło, zrobiło wielkie oczy skryło twarz w dłoniach.

    Seba i wyprawa myśliwska
    Po drodze na miejsce polowania, Sebastian spotkał Mirosława Antonowskiego, który go zaprosił na to polowanie. Pan konserwant uścisnął rękę rozejrzał się w około i powiedział ściszonym głosem.

    • No dobra! Sprawa wygląda tak! My nie pijemy, Bo my tu jesteśmy w interesach No bo wiesz, jak oni popiją to my wytniemy mięsa tyle ile się da i sprzedamy ludziom tak po domach! Możesz też dać kawałek szynki z dzika tej swojej dziewczynie, wiesz tej co w piekarni Pracuje… Albo jakieś innej. Ja lubię porządne mięso z supermarketu, takie zdrowe, ale są ludzie którzy mówią że dobry kawałek szynki z dzika jest najlepszą drogą do serca…

    Nieoczekiwany księgowy
    Drobny mężczyzna usiadł zesztywniał gdy go przeszukiwali, wyraźnie tego nie lubił, ale nic nie ukrywał i gdy wszystko się skończyło to poprosił o herbatę i powiedział ściszonym głosem.

    • Ja pochodzę ze Zmierzchu, ale tam na… Moroi czasem źle traktują Moroi, jak rodzone sługi, a ja nie chciałam mieć do czynienia z magią i takimi rzeczami i chciałam być kimś normalnym jak księgowy więc tutaj się po cichu przeprowadziłam… I zacząłem pracować u Janusza, bo on o nic nie pytał, albo przynajmniej tak sądziłem, ale okazało się że mnie śledzi, Ale z nieco z innego powodu… Bo ja czasami krwawię… - Popatrzę znacząco na Honoratę, a potem dodał. I chyba chciał użyć tego aby nie szantażować bo takich rzeczy nie mam w papierach, ale okazało się że jest Dhampirem i gdy znalazł moje tampony, to wysłał z nich krew, a wtedy dhampiry zyskują moc jak prawdziwe Vampyry… Domyślił się kim jestem i zaczął mnie szantażować wezwie łowców czy kogoś takiego… Więc musiałem dawać mu swoją… Mogę pomóc szukać gdzie jest to konto, nie ma problemu…

    Adama rozmowa
    Mężczyzna uśmiechnął się ciepło i zgodził się. Gdy jednak usiedli nq ławce w parku to powiedział.

    • Mój ojciec na początku zabraniał mi karmić gołębie, chociaż co bardzo lubiłem, bo to było zajęcie dla starych bab, Harry Potter zaczął ze mną i karmić… A z pewnego dnia wyjął wiatrówkę i zastrzeliło się gołębi, i potem w domu razem jej obiecaliśmy i musiałem je potem zjeść… Szczerze mówiąc średnio za nim tęsknię. A słyszałeś jakieś plotki na temat tego co się z nim stało?

    Sprawa wózkowicza
    Po głębszej analizie jego profilu, okazało się że prowadził stronę na temat dokonań Janusza Kowalskiego, który miałby ci zostawię największym Polakiem tych czasów, pisał to nawet opowiadanie o nim i o jego geniuszu przecinek i twierdził że w istocie dokonał on wstąpienia na wyższy plan egzystencji!... Planował też założyć kościół Wielkiego Janusza.

    Człowiek który spadł z niebios.
    Rzeczywiście Adam miał rację, z człowieka który spadł z Niebios wiele nie pozostało, ale niestety Zdarzyło się to w dzień, t właściwie cała ulica widziała ten upadek, i ludzie zaczęli wyglądać całkiem i wskazywać na zwłoki Z zaciekawieniem, nawet Jakiś chłopiec wybiegł z całą z zabawkową łopatką i zaczął je delikatnie tnącać jakbyś chciał je Obrócić na drugą stronę.

    Sebastian
    Nieoczekiwany sprzymierzeniec księgowego

    Gdy Seba zorientował się o co chodzi jego usposobienie zupełnie się zmieniło... Stał się przyjazny - Nie przejmuj się Ziomuś jak dla mnie jak czujesz się facetem to jesteś facetem niezależnie od tego kto co ma w spodniach. Twoje sekrety są z nami bezpieczne masz prawo mieszkać gdzie chcesz i mówić o sobie jak chcesz i jakby ci ktokolwiek ci sprawiał problemy to zgłoś się do mnie pomogę po kosztach. Nie jestem z alfabetowej mafii ale teraz nie muszę udawać świętego oburzenia to uważam się za Sojusznika i biorę tą rolę na poważnie - Pozostała dwójka łowców wiedziała że Śruba rzadko kiedy oferował obcym podobne wsparcie skoro tak mówił znaczy że dużo na ten temat myślał i sprawa była dla niego ważna.

    • Sorry za tą wrogość Stary ale skoro dorastałeś za Bramą to sam wiesz jaki świat potrafi być... Czekaj zajrzę to skrytki zobaczę czy jest w tym co zabrałem z Janusza jak pozbywaliśmy jeżeli nie ma to może Pani Honorata mogłaby zrobić magię ? W sensie jakby to jego dokumenty są to jakby wziąć włosa to może doprowadzą do dokumentów ? - Zapytał wiedźmy ale najpierw poszedł sprawdzić swoje schowki bo złodziejskim przywczajeniem zawsze chomikował portfele i dokumenty coby mógł lewą pożyczkę chwilówkę brać na czyjeś danę wespół z kredyciażem oszustem z którym się dzielił po pół ale teraz stracił kontakty. Kiedy zerkną do skrytki przypomniał sobie że nic od Janusza nie wziął bo był zaaferowany całą sytuacją.

    Człowiek co spadł z nieba

    Sebastian zwykle nie dotykał się do cudzych dzieci jako zasada bo za dużo zboków na tym świecie ale tym razem sytuacja była szczególna - Młody to nie zabawka! ZIUUUU! Z powrotem do osoby opiekuńczej! Proszę Państwa czyje to dziecko?!- Chwycił chłopczyka pod pachy i uniósł nad ziemię udając że lecą samolotem. W obecnej sytuacji nieco niefortunne ale teraz o tym, nie myślał ważne żeby chłopiec nie dotykał więcej zwłok i krwi.
    Głos miał fałszywie radosny tonem jakim mówiło się do dzieci i zwierzaków bo chciał ograniczyć maleństwu traumy więc nie mógł reagować zbyt negatywnie przy odrobinie szczęścia smark nic nie zapamięta.

    Sebastian nawet gimnazjum nie skończył ale lubił czytać różne gazety. książki i podręczniki więc o psychorozwoju dzieci też kiedyś coś tam słyszał.


    Śruba wiedział że czytanie tych artykułów na feminotece kiedyś się przyda! // - O to! TO! Szefowa ma rację drogie Panie chętnie bym go dla was sparaliżował ale to nie chodzi o moją męską szowinistyczną satysfakcję i pragnienie przemocy tu chodzi o WASZĄ satysfakcję proszę powiedzieć czego pragniecie jako zadośćuczynienie a ja to na tym dziadzie wymuszę bo przynosi wstyd facetom. Wolałbym go nie zabijać ani nie robić permanentnej krzywdy bo to ciężej ukryć przed policja... - Powiedział następnie spojrzal na faceta jakby był gównem które przylepiło się do drogiego buta sportowego ... - Ale dam się przekonać jeżeli NAPRAWDĘ tego pragniecie - dokończył złowróżbnie. Zupełnie do niczego nie pasujące rozważania teololo Sebixa! Spojrzał się na modlącego Adama jak na wariata // - Czemu akurat katolicyzm? Skoro wiemy że istnieją potwory i wampiry czy inne monstra to może rodzimowierstwo, byłoby lepsze ? Chociaż to raczej zabawa w archeologię i poezje bo Mieszko Zdrajca wybił swoich w zamian za państwo choć wielkiego wyboru to on nie miał... Hindusów szanuje ale jakoś nie przemawia do mnie ich menażeria kiedyś byłem wierzącym katolikiem ale jak stałem się, młodocianym łobuzem zaczęło się rozjeżdżać z moimi doświadczeniami życiowymi większość kiboli jest prawicowych więc udawałem - Wzruszył ramionami. // - Zastanawiam się czy mimo wszystko nie zacząć modlić się do Mykosz jak do Magna Mother może do jakiegoś bóstwa wojowników albo starogreckich a może warto stworzyć własnych ? Mógłbyś się modlić do ducha wielkiego wilka ziomuś ? - Podpowiedział Adamowi. W sumie to sytuacja, nie pasowała na dyskusje teologiczne ale może dzięki temu wyglądał na jeszcze większego wariata ?
  • Janusz PodziemiJ

    Słuchajcie, założyłem nam przygodę na longreście autorstwa @psionik, żeby umożliwić Wam rzucanie kośćmi - link tutaj, choć podejrzewam, że będziecie musieli utworzyć konta i podać mi loginy, żebym mógł Was dodać.

    Przetestujemy, jak będzie nam się sprawdzać. @psionik, jak masz jakieś rady dla nowicjuszy, to chętnie skorzystamy.

    Jak ktoś nie chce rzucać i woli, żebym ja rzucał, to też dajcie znać. 🙂 Żaden problem.


    Hej, dorzuciłem tajne rzuty, w razie jakbyście potrzebowali zagrać małą konspirę. Normalne rzuty są normalnie widoczne, ukryte pozwalają widzieć jedynie komentarz/tytuł i wynik, bez formuły (chyba, że się jest autorem lub MG), a teraz dochodzą rzuty tajne. Jeśli nie jesteś autorem ani MG nawet nie zobaczysz, że cokolwiek było rzucane. Poniżej różnica: [image: 1792858322647-7e238707-ca1a-49f9-a59a-73a4b4edfe85-image.jpeg] Jeśli skorzystacie z kart postaci, to będzie można rzucać bezpośrednio z nich (domyślnie normalne rzuty, można wybrać inne), a MG mając NPC/potworach domyślnie rzuca w formie ukrytej (żeby gracze nie wiedzieli jakie statystyki mają przeciwnicy). Jeśli macie jakieś uwagi, to zawsze z chęcią przyjmę.
  • GordianG

    PROLOG

    99f99898-cfe9-4493-98f1-4cae1bdb6fb1-image.png

    Przeznaczenie... Jakąż to ono rolę odgrywa w życiu człowieka? Czy w ogóle istnieje? Czy nasz los jest czymś odgórnie ustalonym, a wolna wola jest jedynie pozorem? Złudzeniem? Cienką zasłoną, za którą kryje się jakiś boski plan? A może jest odwrotnie i to my sami decydujemy o wszystkim, a ,,przeznaczenie" to tylko wygodne słowo na nazwanie czegoś, co nie potrafimy zrozumieć?

    Zatem czy to przeznaczenie, czy też zwykły przypadek sprawił, że pięcioro nieznajomych ludzi, pozornie niemających ze sobą nic wspólnego, rozrzuconych po różnych częściach miasta, ludzi o odmiennych historiach, sekretach i marzeniach, przeczytało ten sam artykuł w gazecie i postanowiło na niego odpowiedzieć? Kto wie... Może to zbieg okoliczności, a może - pierwsze ogniwo w łańcuchu zdarzeń, który właśnie zaczynał być wykuwany?

    San Francisco początku roku 1932 nie należało do najprzyjemniejszych miejsc na Ziemi. Miasto, którego krwiobieg jeszcze kilka lat wcześniej stanowiły handel, żądza przygody i złudna obietnica dobrobytu, teraz zdawało się zupełnie martwe. Wielki Kryzys uderzył tu z całą bezwzględnością: banki upadały, sklepy zamykały się jeden po drugim, a na ulicach, pod drzwiami dworców i kościołów pojawiało się coraz więcej ludzi wraz z tabliczkami z błagającymi o choćby drobny datek. Ludzi, którzy jeszcze kilka lat temu wiedli całkiem normalne życie.

    Chłodna mgła znad zatoki wciskała się w miasto niemal każdego poranka, spowijając wzgórza i drewniane domy wilgotnym, mlecznym półmrokiem. W porcie skrzypiały maszty statków, a ciężkie dźwigi powoli przesuwały skrzynie z towarami z odległych krajów: herbatą z Chin, gumą z Indonezji, ryżem z Filipin. Zapach soli mieszał się z zapachem smoły, ropy i ryb. Bo port, mimo wszystko, wciąż pracował. Był największym międzynarodowym portem na całym zachodnim wybrzeżu i dla wielu ludzi stanowił ostatnią nadzieję. Przypływali tu marynarze z Azji, robotnicy z południa, awanturnicy, przemytnicy, ludzie uciekający przed przeszłością i tacy, którzy desperacko szukali przyszłości.

    Na nabrzeżach można było spotkać ich wszystkich: bezrobotnych śpiących na ławkach przykrytych gazetami, byłych farmerów, których ziemię zabrały banki, marynarzy z tatuażami wyblakłymi od słońca i morskiej wody, chińskich kupców z Chinatown czy hazardzistów liczących na to, że szczęście się do nich uśmiechnie i odmieni ich los.

    Gazety sprzedawane były wszędzie, niemal na każdym rogu. Chłopcy w znoszonych czapkach wykrzykiwali najnowsze nagłówki, wymachując plikami świeżo wydrukowanych arkuszy:
    Sensacyjny wykład! Naukowiec twierdzi, że yeti istnieje! Ekspedycja do Związku Radzieckiego! Kupujcie Chronicles, tylko 10 centów!
    Dla większości był to tylko kolejny dziwaczny artykuł. Ot kolejny taki, który miał przyciągnąć uwagę i sprzedać te kilka egzemplarzy więcej. Ale nie dla tej piątki... Oni przeczytali go bardzo uważnie i równie poważnie go potraktowali:

    51de3fa7-d214-4694-aea7-78c7043fd4ed-image.png

    Czym to ogłoszenie było dla nich? Obietnicą? Szansą? Ostatnią deską ratunku? Być może nawet tego nie wiedzieli. Jedno zaś nie ulegało żadnej wątpliwości - to początek historii, która odmieni ich życie.

    @agnes @cygan @ketharian @elvis @kaworu


    Violet miała wrażenie, że Jokohama zmieniła się diametralnie odkąd odwiedzili madame. Prawda jednak była całkiem inna - to Violet, korzystając z maski, postrzegała świat zupełnie inaczej. To co wcześniej wydawało skomplikowane i niezrozumiałe, jakby wpadło na swoje miejsce w układance. Ignorowała przebąkiwania Eleonory i Waltera, że powinna zwrócić własność madame. Zresztą problem nieco łagodził fakt, że inżynier przekonał madame do dołączenia do ekspedycji. Korzystając z maski, zanim ktoś stanowczo każe ją oddać, Violet wyruszyła na poszukiwania części do pojazdu. Szyldy i nazwy ulic dzięki artefaktowi nie miały już przed nią tajemnic. Poza tym niewątpliwie dopisywało jej szczęście. Udało jej się znaleźć opuszczony magazyn, a w nim części potrzebne do zbudowania pojazdu, którym planowali przemierzać tajgę. Z pomocą pałkarzy spakowali je na statek, gdzie będą mieli dość czasu, by rozpocząć pracę nad budową wehikułu. Cóż, to chyba całkiem dobre zastosowanie maski w porównaniu z tym, jak mogłaby jej użyć nie stroniąca od alkoholu i flirtu właścicielka, a już tym bardziej w porównaniu z tym, do czego mógłby chcieć jej użyć Tanaka - Violet wzdrygnęła się na samą myśl. A jednak coś nie dawało jej spokoju. Wiedziała, że Eleonora i Walter nie pochwalają tego, że zabrała maskę. Prędzej czy później przypomną madame to, co przyćmił nadmiar trunków. Niepokoiło ją też smutne spojrzenie Johna. Była niemal pewna, że on również potepiłby jej czyn, dlatego bała się opowiedzieć mu, co wydarzyło się na bankiecie. Mimo to przyglądał się jej z uwagą, jakby przejrzał jej tajemnicę. Violet czuła nieprzyjemny ucisk w żołądku na myśl, że domyśla się, co zrobiła. Jakby bała się, że... go rozczaruje?
  • Pipboy79P

    Oryginalny tytuł: Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

    Miejsce: Kislev; pn. Kislev; Północny Lynsk; bród na Krasicyno
    Czas: 2521.03.01 Aubentagl; południe
    Warunki: - na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, pogodnie, ciepło

    Krzepka, szosrstka dłoń w pośpiechu dobiła wyciorem pocisk po raz ostatni. Pomimo pośpiechu ruchy obu dłoni nie wahały się co świadczyło o sporej wprawie w tej czynności. Następnie ramię okryte grubą, ochronną warstwą przeszywalnicy i płytkami solidnej, imperialnej stali uniosło się w górę. ~ To już ostatnia. Oby się udało! Sigmarze dopomóż! ~ w głowie mężczyzny przemknęła krótka prośba do boskiego patrona. Po czym palec pociągnął za spust i pistolet lekko szarpnął, huknął a w powietrze trysnął kłąb gryzącego dymu. Mężczyzna z uwagą obserwował pocisk ale ten był niewielki, szybki i w ogólnym dymie i kurzawie jaka tu panowała szybko mu zniknął w oczu. Poprzednia nie wypaliła ale wcześniej te kilka wyjątkowych strzałów zadziałało. Ivan mu wcisnął ten pistolet na początku walki i “prikazem” a trochę prośbą aby strzelał w niebo. To miał być sygnał dla innych, że tu toczy się walka i potrzebują pomocy. Wcześniej Friedrich von Keyserling, ostlandzki baron i imperialny poseł z misją dyplomatyczną w Kislevie wystrzelił pozostałe zmodyfikowane naboje. Iwan wiedział, że umie się posługiwać bronią palną to pewnie dlatego mu wręczył ten pistolet. Poza tym Friedrich jako imperialny gość, poseł i herold, był niejako poza kislevską hierarchią i jurysdykcją. Ani to mu nie wypadało ingerować w poczynania gospodarzy ani im nie wypadało wydawać poleceń. Ale teraz, dzisiaj, już któryś tak przeklęto długi dzwon wszystko się zmieniło gdy zostali zajadle zaatakowani, przez zaskakującą duże siły wroga.

    - Jest! Dzięki ci Sigmarze! - nie mógł powstrzymać się od krótkiego uśmiechu radości gdy raca na niebie wybuchła czerwonym dymem i była widoczna nawet przez ten prochowy dym i kurzawę czynioną przez walczących na ziemi. To był kolejny kłopotliwy dylemat tej sytuacji. Wiedział, że Kislevici celowo trzymali go z tyłu nie chcąc dopuścić aby coś stało się ich gościowi a do tego posłowi. On też miał do dyspozycji tylko swoją skromną eskortę jaka w tej chwili coraz bardziej przypominała ostatnią garstkę obrońców. Zadarli głowy gdy dojrzeli czerwoną, dymną gwiazdę pod całkiem pogodnym dzisiaj niebem.

    - Wytrwamy! Pomoc wkrótce nadejdzie! - krzyknął do nich w reikspiel a ci pokiwali głowami ale miny były dostosowane do sytuacji. Czyli poważne. Zaraz krzyknął to samo po kislevsku aby dodać otuchy swoim towarzyszom. On sam nie miał już więcej rac więc zaczął przeładowywać pistolet zwykłą kulą. I starał się wyglądać, że wszystko jest w porządku i pod kontrolą. I zastanawiać się jak do tego doszło?

    Wracał właśnie z misji dyplomatycznej delikatnej natury więc potrzeba było wysłać kogoś doświadczonego. A któż by mógł być bardziej doświadczony niż Ostlandczyk o silnej domieszce kislevskiej krwi płynnie mówiący w tym języku? Więc wysłano właśnie jego, barona Friedricha von Keyserlinga.

    https://i.imgur.com/cKonIeY.jpg

    Jechał w górę Północnego Lynsku gdy spotkał tych właśnie Kislevitów. Co go zaskoczyło to na wyprawie wojennej. Postanowił do nich dołączyć bo i tak było mu po drodze. A z tak dużym oddziałem powinno być bezpieczniej. Dowiedział się od nich, że kierują się ku brodowi na rzecze jaki przekroczyła jakaś banda grabieżców z północy. Szli sprawdzić co się dzieje przy tym brodzie i go zablokować. Ale spodziewali się jeszcze przybycia kawalerii. Ta powinna odnaleźć i rozbić tych rabusiów o ile już przeszli na południe albo rozbić ich gdy przybędą nad bród. Większość oddziałów to była kozacka piechota i wozy jakie potrafili ustawić “w kosz” czyli tworzyć coś w rodzaju przenośnego fortu z jakich mogli skutecznie się bronić nawet przeciwko znacznie liczniejszemu przeciwnikowi. Humory nieco im psuła świadomość, że musieli ruszać gdy akurat trwał wiosenny festyn podczas równonocy gdy świętowano pożegnanie czasu Ulryka i oczekiwano początku tego lżejszego i łagodniejszego sezonu. A tu padł alarm i trzeba było ruszać do tego brodu. Wczoraj nie zdążyli tam dotrzeć. Więc dzisiaj zwinęli oboz w zimnym, prawie zimowym poranku i wznowili przerwany marsz. A niedługo potem czujki doniosły, że widać grupę jeźdźców. Jeszcze przez chwilę nie było wiadomo czy to ci rabusie czy to kawaleria jaka miała do nich dołączyć. Ale szybko przekonali się, że to ci pierwsi. I było ich dużo więcej niż się spodziewali! Co więcej tamci też ich dostrzegli i skierowali konie ku nim najwyraźniej nie mając zamiaru kryć się czy uciekać. Kislevici szybko rozbiegli się ustawiając w pośpiechu wozy, aby się zebrać do kupy w oddziały ale widać było, że jeśli przeciwnik uderzy od razu to będzie kiepsko. A w razie jak ten się zbliżał słychać było coraz wyraźniejszy, złowróżbny tętent koni i widać było coraz więcej szczegółów.

    https://i.imgur.com/FSDA7Ai.jpg

    Konni grabieżcy z północy zasypali ich strzałami ze swoich łuków. Padli pierwsi ranni i zabici ludzie oraz konie. Ale nie aż tak wielu. Wozy dawały przyzwoitą osłonę nawet jeśli nieco improwizowaną. Wąsaci żołnierze przypadli do wozów i odpowiedzieli ogniem ze swoich flint, arkebuzów i łuków. Teraz pierwsi jeźdźcy spadli z siodeł lub krzyknęli z bólu. Ale walka trwała dalej. Konni utworzyli ruchomy krąg z jakiego ostrzeliwali te dość przypadkowo pogrupowane oddziały. Kislevitom nie udało się zrobić to co zwykle robili podczas defensywy czyli wyprząc wszystkie konie, spiąć ze sobą wszystkie wozy linami i łańcuchami i obsadzić wozy piechotą jaka mogła się ostrzeliwać a na bliski dystans walczyć rohatynami, szablami i toporami. Taktyka najeźdźców też jednak miała swoje mocne strony. Zwłaszcza jak im się udało przyłapać piechotę na odkrytym terenie ledwo co kryjącą się za przypadkowo rozstawionymi wozami. Jeździli dookoła nich zasypując ich strzałami. Co więcej strzelali w przeciwną stronę, w plecy tych co się kryli po przeciwnej stronie wozów a nie tych co byli bliżej nich twarzami zwróceni do nich i częściowo skryci za wozami. Od początku na oko Friedricha nie wyglądało to dobrze bo przeciwników było zaskakująco wielu. To nie była jakaś przypadkowa banda rabusiów tylko całkiem spory najazd. A z każdym kolejnym pacierzem zdawali się zyskiwać coraz większą przewagę. Kislevitów od początku było mniej. A i ubywało ich prędzej niż konnych grabieżców. Co nie wróżyło zbyt dobrze imperialnym wysłannikom i ich wschodnim towarzyszom.

    W końcu przeciwnik rozzuchwalił się albo uznał, że zmiękczył obrońców na tyle, że zaatakował bezpośrednio. Jeźdźcy na jedną komendę zrobili zwrot ku obrońcom i runęli na nich z wszystkich stron. Wyjąc jak zwierzęta, dmąc w wojenne rogi jakie nie były w stanie zagłuszyć tętentu tabuna koni jaki z impetem pędził na obrońców. Dowódca Kislevitów, Iwan Dirko, pokrzywkiwał na swoich aby w tym ostatnim momencie zewrzeć obronę i dodać otuchy.

    - Wytrwajcie! To tchórze! Wyczują opór, twardej kislevskiej ręki to się cofnął! Wytrwajcie! - krzyczał do swoich po kislevicku. Ale wtedy jakby dostrzegł imperialnego posła jaki gotował swoje pistolety do boju bo zapowiadało się na to, że walka zaraz przeniesie się na bezpośredni dystans i będzie okazja ich użyć. Wtedy rzucił mu ten dziwny pistolet i kazał strzelać w niebo.

    To strzelał. Tamten atak odparli. Z trudem, walka już trwała między wozami. Te rozproszyły piechurów i kawalerzystów na mniejsze grupki a nawet pojedynczych walczących. Obrońcy strzelali i dźgali a jak się dało to strzelali z bliska stojąc na wozach. Konni odpowiadali im tym samym tylko szyjąc z bliska z łuków. Ostatecznie jednak to Kislevici okazali te przysłowiowe parę chwil determinacji więcej i zostali na placu boju. Zaś jeźdźcy odjechali aby się pozbierać. Ale czuli w powietrzu krew i zwycięstwo. Obrońcy dostali wyraźne cięgi. Najeźdźców też sporo trupów i dogorywających leżało między wozami ale w skali do całości jeźdźców to było to nie tak dużo. Dysproporcja sił zrobiła się jeszcze bardziej niekorzystna niż na początku walki. A Friedrich co jakiś czas unosił pękaty pistolet i posyłał w niebo czerwoną racę. To miało być wezwanie do pomocy dla kawaleryjskiej odsieczy. Ta wiara oraz upór godny Ostlandczyków napędzał obrońców. Liczyli, że jeśli wytrwają dostatecznie długo to doczekają tej odsieczy. Ale być może mogli mieć kłopot z ich zlokalizowaniem lub nie zdawali sobie sprawy w jak poważnych są tarapatach. To miała im rozjaśnić ta czerwona raca na niebie. Friedrich więc strzelał gdy sam nie był zajęty użyciem własnych pistoletów do wroga. Jego chłopcy zaś jego dragoni dzielnie stali przy nim siejąc słuszny pogrom gdzie sięgnęły ich bandolety albo rapiery. Jednak w skali całej bitwy nie mogło to zmienić jej niekorzystnych dla nich proporcji. Potem nastąpił kolejna fala pierzastego gradu o stalowych ostrzach. I znów bezpośredni atak. A on wystrzelił swój ostatni kolorowy nabój. Obserwował z zadartą głową jak przez kurzawę i chmury prochowego dymu rozbłyska krwiście, czerwony obłok. Ostatni rozpaczliwy krzyk dogorywającego właśnie oddziału. Oddziału w jakim był i on. Jako gość i herold z zaprzyjaźnionego państwa i sojusznika. Ale nie sądził aby najeźdźcom robiło to jakąś różnicę. Opuścił głowę, wyjął własne pistolety, chwilę celował i strzelił.

    - Dalej chłopcy! Niech nasi bracia Kislevici nie umierają dziś samotnie! Pokażmy im jak walczy Imperium! Jak walczy Ostland! Na koń! - poderwał swoich ludzi do ostatniego wysiłku. Stracił nadzieję, że wyjdą z tego żywi. Więc cisnął ją precz. Jak miał ginąć to z honorem! Z podniesionym czołem aby mógł stanąc dumnie przed swoimi przodkami w Ogrodzie Morra z których tak wielu też padło w bitwach. W walce, z podniesionym czołem. Widać dziś nadszedł jego dzień. Wsiadł na konia i spojrzał na garstkę swoich dragonów. Wszyscy mieli żółto - czerwone tuniki na pancerzach oznaczające, że są heroldami i posłami. Ale pod spodem mieli pancerze i ryngraf albo metalową pieczęć z dumną, upartą byczą głową, symbolem ich rodzinnego Ostlandu. Teraz zakrzyknęgli gromki licząc, że dowódca poprowadzi ich do ostatniej szarży na wroga.

    - Panie baronie! Słyszy pan?! - krzyknął nagle jeden z nich i uniósł się w strzemionach. Niektórzy dragoni także. Z początku nic nie było słychać. Poza kotłowaniną bitwy oczywiście. Krzyki ludzi. Te wojenne i te rannych i właśnie trafianych. Rżenie koni. Takie bolesne od kopnięć w boki, ciężki oddech po długim wysiłku, i żałosne skomlenie gdy któryś z wierzchowców został właśnie ugodzony. Do tego świsty cięciw, szczęk broni, głuche uderzenia o drewniane tarcze czy burty wozów. Ale ponad tym wszystkim…

    - Trąby! Trąby! To nasi! To nasi! Jesteśmy uratowani! - krzyknął któryś z dragonów. Friedrich musiał przyznać mu rację. Też wyłapał ten przenikliwy dźwięk piszczałek jakie były w stanie przebić się przez kotłowaninę bitwy w jakiej grzęzły ludzkie głosy czy rżenie koni zlewając się w jeden, wielki tumult. Odgłos instrumentów był jeszcze daleki ale nie ustawał. To musiała być ta kislevska kawaleria jaka miała do nich dołączyć przy brodzie! Zresztą i reszta bitwy też na to w końcu dostrzegła. Walki zaczęły się rwać ale gdy Kislevici zaczynali krzyczeć z radości i wiwatować to jeźdźcy stopniowo urywali się od nich wydając się zaniepokojeni. Wreszcie uszli zostawiając zdziesiątkowanych obrońców pośród przewróconych wozów, zabitych koni i ludzi. Odpłynęli poza zasięg skutecznego strzału z łuku i większość z nich zaczęła się formować w większe oddziały. Tyłem do obrońców. Teraz już wszyscy musieli słyszeć odgłosy wojennych trąb. Zbliżały się. Teraz sytuacja się odwróciła. To najeźdźcy ze wschodu nerwowo ustawiali swoje szyki przed przeciwnikiem jaki zbliżał się szybko a jakiego się tu nie spodziewali.

    - Mówiłem wam! Mówiłem! Wystarczy wytrwać odpowiednio długo a kawaleria przybędzie! - krzyczał triumfalnie pułkownik Dirko do swoich ludzi. Krew mu się lała z rozciętego łba więc wyglądał dość makabrycznie. I nieco się chwiał ale próbował to zamaskować trzymając się burty wozu. Kislevici wznieśli okrzyki szczerej radości.

    - Sztandar w górę! Sztandar w górę! Pokażcie naszym, że my tu wciąż trwamy i walczymy! Pokażcie im wszystkim! Sztandar w górę! - krzyknął kislevski pułkownik i któryś z jego ludzi podbiegł do zawieszonego przy jego wozie sztandaru, ujął go i zaczął nim wymachiwać.

    https://i.imgur.com/VD51wic.png

    W świetle chłodnego ale słonecznego dnia ten żółto - błękitny sztandar był dobrze widoczny. Friedrich nie widział zbyt wielu detali gdy ten przypadkowy chorąży tak nim energicznie machał ale wczoraj podczas jazdy miał okazję mu sie przyjrzeć w ciągu dnia wspólnej podróży. Przedstawiał Kislevitę w tym ich charakterystycznym kontuszu i szarawarach. Czerwonej czapce, szablą u boku i flintą na ramieniu. Z wolnym ramieniem dumnie wspartym na biodrze. I obramowanego licznymi sztandarami, armatami i buławami. Sztandar wojenny chorągwi Kozaków Leńskich. Teraz powiewał na przekór krytycznej sytuacji jaką tu przed chwilą mieli, czekając na odsiecz kawalerii. Tą jednak na razie nie widzieli bo co było dość nietypowe ale przesłaniała im wroga kawaleria jaka szykowała się do starcia dwóch konnych armii.

    - Ruszyli! - rozeszło się przez kislevskie oddziały na i wokół wozów. Słychać było jak trąby grają krótki, przenikliwy sygnał. A potem tętent. Tenten wielu setek koni jakie ruszyły zgranym rytmem. Tenten ciężkiej kawalerii stworzonej do przełamujących uderzeń. Wschodni najeźdźcy też ruszyli. Friedrich widział ich plecy. Ruszyli na spotkanie tej szarży. Korzystając z tego, że był w siodle i chyba te wozy były na jakimś lekki wzniesieniu imperialny poseł uniósł sie w strzemionach to coś widział sponad tych rozpędzonych głów szarżujących grabieżców.

    - Co? Nie, co oni… Co oni robią? Nie, to nie tak! Są za rzadko, nie będzie efektu… Są zbyt rozproszeni… - udało mu się dojrzeć tą linię rozpędzonej kawalerii jaka pędziła ku nim. Tylko z tą ławą kawalerii przeciwnika po drodze. Zdumiało go jednak to, że ładnie szli, równo, jako doświadczony kawalerzysta od razu rozpoznał zdyscyplinowanych jeźdźców jacy potrafią manewrować jak jeden oddział. Już pędzili swoje konie ale dopiero zbierając się do galopu. Ale pędzili bardzo rozproszeni. Przerwy między jeźdźcami były zbyt duże. Mógł się między nimi zmieścić ze dwa, może nawet trzy konie jeśli wziąć poprawkę na odległość z jakiej ich obserwował. A przecież kawaleria miała wtedy największy impet uderzenia gdy uderzała klinem, jak młot rozgniewanego Sigmara, wtedy najlepsze oddziały trafione takim uderzeniem szły w drzazgi. A ci… Jechali tak rozproszeni! Źle! Nie tak! Przecież nie będzie efektu uderzenia pancernej pięści!

    W tym czasie oba wrogie oddziały skróciły do siebie dystans na tyle, że konni łucznicy unieśli swoje łuki i wypuścili swoje strzały. I od razu zaczęli napinać łuki do kolejnej porcji pierzastego deszczu jaki wznosił się pod niebo a potem zwalniał i znów przyspieszał spadając z coraz większym impetem na rozpędzonych lansjerów. Jednak ku pewnemu zaskoczeniu Friedricha mało która strzała trafiła któregoś Kislevitę. Przerwy między nimi były zbyt duże. Co więcej znów odezwały się zuchwałe trąby. I druga linia jeźdźców uniosła w odpowiedzi kusze. W niebo poszybowała teraz fala bełtów. Te miały o wiele bardziej płaską trajektorię lotu więc leciały niżej. Za to były szybsze i mocniejsze. Wschodni jeźdźcy nie jechali strzemię w strzemię ale i tak było ich na tyle wielu, że byli dość mocno zagęszczeni. Więc i bełty miały w czym wybierać. Przez najeźdźców uderzających pod znakiem ośmioramiennej gwiazdy Chaosu przeszedł jęk gdy co niektórzy krzyknęli z bólu albo zwalali się z siodła gdy trafienia były poważniejsze. Ta rozpędzona ława zachwiała się od tego zamieszania ale pędziła dalej. Zaś kislevscy trębacze znów dali jakiś sygnał. I wtedy Friedrich ujrzał coś co nie spodziewał się, że jest możliwe. Może gdzieś w cyrku, na występach jakiejś grupy woltyżerów. Ale nie na rozpędzonej, żołnierskiej masie w trakcie bitwy. A jednak. A jednak widział jak niespodziewanie, z każdym kolejnym końskim susem ta rozpędzona kawaleria zaczęła równać do chorągwi jaka była w centrum szyku. Z każdym krokiem te szerokie odstępy jakie tak zaskoczyły i zirytowały imperialnego obserwatora skracały się. Na jego oczach ta rozpędzona, pancerna masa zaciskała się w pancerną pięść. Tuż przed zderzeniem się obu kawaleryjskich armii to już był zwarty, kawaleryjski oddział prowadzony biało - czerwonymi proporcami na szczycie lanc.

    https://i.imgur.com/mRkGlPr.jpeg

    - Niemożliwe… To niemożliwe… Jak oni to robią? - Friedrich nie mógł wyjść z podziwu u zdumienia nad tym popisem wyszkolenia i dyscypliny o jakiej co prawda słyszał już nie raz ale pierwszy raz widział ją na własne oczy podczas prawdziwego starcia. A to właśnie nastąpiło. Ta pancerna pięść trzasnęła w rozpędzoną kawaleryjską masę wroga. I ta poszła w drzazgi. Tak jak oczekiwał ostlandzki baron niewiele rzeczy na polu bitwy potrafiło przetrwać impet rozpędzonej ciężkiej kawalerii. Ci najeźdźcy ze wschodu widocznie do nich nie należeli. Ale było ich sporo. A lansjerom po pierwszym uderzeniu pękły drzewka. Więc sięgnęli po pistolety, szable, nadziaki, koncerze. Oraz własny pęd, dumę, odwagę i niezachwianą pewność siebie. Tego też zabrakło ich przeciwnikowi któremu pierwsze, miażdżące uderzenie przetrąciło kark. I mało który śmiał przeciwstawić się kislevskiej zemście. Najeźdźcy szybko poszli w rozsypkę ratując się ucieczką. Zaś kisleviccy piechociarze Dirko zaczęli wiwatować na ich cześć. Rzucali czapki do góry, wyrzucali ręce do góry i krzyczeli. Friedrich starał się zapanować nad swoimi emocjami ale też się do nich w końcu przyłączył. Już się szykował, że jeszcze dziś spotka się w Ogrodach Morra ze swoimi przodkami a tu jednak jeszcze nie. Jeszcze nie dziś. Na razie to było po bitwie. Imperialny poseł nie mógł się powstrzymać aby nie spiąć konia ostrogami i nie ruszyć przywitać się na czele swojej skromnej eskorty dragonów z dowódcą kislevskich kawalerzystów jacy właśnie podjechali do piechociarzy i częściowo rozbitych wozów. Pułkownik Iwan Dirko już z nim się witał i rozmawiał nie kryjąc radości.

    - A to panie bracie są nasi goście z Imperium. To właśnie pan baron tak umnie was tu wezwał tymi racami. - widocznie obaj kislevscy oficerowie mówili właśnie o nim bo spojrzeli w jego stronę gdy nadjeżdżał.

    - To jest pan baron Friedrich von Keyserling z Ostlandu. Niby imperialny ale gada i walczy jak nasz. - Iwan musiał mieć świetny humor i dość rubasznie przedstawił imperialnego posła jakiego pierwszy raz spotkał wczoraj. Ostlandczyk skłonił się podzielając ten entuzjazm z powodu zwycięstwa ale czekał na dalszy ciąg prezentacji.

    - A to jest pan pułkownik Piotr Wolski, chorągwi pskowskich lansjerów. To właśnie z nim mieliśmy się spotkać przy brodzie. Spotkalśmy się może nieco przed ale nie narzekam. - Iwan gładko kontynuował to przedstawianie sobie obu szlachciców, rycerzy i kawalerzystów. Teraz i kislevski pułkownik skłonił się swojemu imperialnemu koledze. Uśmiechał się spod wąsa przyjemnie ale dość oszczędnie.

    - Wspaniała szarża panie pułkowniku! Wspaniała! Jak żyję czegoś takiego nie widziałem! I te kusze, i ta synchroniczność! Jak woltyżerka w najlepszym cyrku! I jeszcze ten manewr scalający tuż przed uderzeniem! Wspaniałe, po prostu wspaniałe! - imperialny baron podjechał bliżej aby złożyć gratulacje kislevskiemu oficerowi. Ten przyjął to spokojnie i pokiwał głową. Ale jakoś nie tryskał entuzjazmem tak jak on albo Dirko.

    - Strzelanie nawiją. Tak na to mówimy. Takie strzelanie ponad głowami lansjerów. A to scalenie tak. Póki chorągiew jest rozproszona to wszelkie strzelanie mniej na nią działa. A my to sporo mamy zabaw z różnymi strzelcami. Tylko myk polega na tym aby się zebrać do kupy w odpowiednim momencie. To tak, długo to ćwiczymy aby działało to jak należy. - odparł pułkownik Wolski kiwając głową i uśmiechając się tym łagodnym spojrzeniem orzechowych oczu.

    - Hej ale pułkowniku! Jak rozbiliśmy tych gamoni to może już nie trzeba iść nad ten bród? Przecież ich pobiliśmy! Niech psie syny wracają do suki i kobyły jakie ich wydały na świat! - zawołał wesoło Iwan zadzierając nieco swoją wygoloną głowę aby spojrzeć to na jednego to na drugiego kawalerzystę.

    - Trzeba tam jechać. To tylko jedna z band. Jest ich więcej. Dużo więcej. Trzeba nam tam jechać i zablokować bród póki nie przybędą posiłki. - pułkownik Wolski pokiwał w zadumie głową patrząc gdzieś daleko w step albo potężną rzekę jaka przepływała w pobliżu. Ale zdradził w końcu te wieści jakie miał. I raczej nie należały do pozytywnych. Miny obu rozmówcom zrzedły.

    - A więc to prawda? Pogłoski były prawdziwe? Tym razem to coś większego? - zapytał von Keyserling. To była właśnie ta delikatna misja z jaką go tu przysłano. Zwiadowcy, maruderzy, szpiedzy, uciekinierzy jacy przybywali z Krainy Trolli mówili, że na północy zbiera się armia. Wielka armia. Tak wielka jaką od dawna tam nie widziano. Z początku nie dawano temu wiary ale jak się powtarzały i powtarzały to w końcu wysłano kislevskich konnych zwiadowców a z Wolfenburga przysłano właśnie jego aby na miejscu zbadał sprawę czy to jakieś niedorzeczne plotki czy wręcz przeciwnie. Coś jednak może być na rzeczy. I okazało się jednak, że jednak jest. I na południe ruszyło coś większego niż zwykły najazd rabunkowej bandy jaką właśnie rozbili. Ale wszystko wskazywało, że ma być ich więcej. Dużo więcej cytując Wolskiego.

    - Tak. Chyba tak. Iwan posprzątaj tu. Zbierz swoje wozy i ludzi i ruszaj za nami tak szybko jak dacie rady. My jedziemy na bród. - hetman pokiwał głową po raz ostatni i przygotował dyspozycje na drugą połowę dnia. Nie miał zamiaru tu zostawiać ze swoją chorągwią tylko ruszać w górę rzeki aby zablokować bród tak długo jak się da. Pułkownik Dirko widząc jak się sprawy mają splunął w świeżą, wiosenną trawę i spojrzał w zadumie na północ.

    - A ja? - zapytał Keyserling. Z jednej strony miał ochotę dalej podążać za tymi dzielnymi Kislevitami. Z drugiej jednak jego misja ciążyła mu na sercu i wiedział, że powinien jak najszybciej wrócić do Wolfenburga i tam zdać raport z powagi sytuacji.

    - A ty heroldzie? Ty jedź. Wracaj do domu. Wracaj do Imperium. I powiedz tam. Powiedz tam, że Kislev tu jest, trwa i walczy. Powiedz im, że przelewamy tu naszą krew za wolność waszą i naszą. Z odwiecznym wrogiem, z tyranią pełną strachu, cierpienia, z narodami niewolników co mają dla innych tylko niewolę bo nie znają wolności. Powiedz im, że czekamy na dopełnienie pradawnych sojuszy i przysiąg. Czekamy na imperialne złoto, ołów i stal. Na krew i wiarę. Aby tak jak za czasów. Magnusa Wspaniałego stanąć razem ramię w ramię. I dać odpór odwiecznemu wrogowi. Powiedzieć “Nie” niewoli, strachowi i tyrani! My, wolni ludzie Kisleva, będziemy walczyć o naszą wolność. Być może zginiemy, być może przetrwamy, to już wola bogów. Ale nie damy się zniewolić. Nie damy się ujarzmić. Będziemy walczyć o każdą piędź ziemi. I do naszego ostatniego tchu. Jedź heroldzie, wracaj do domu i powiedz tam wszystkim o tym wszystkim. Powiedz im a my tu będziemy trwać i walczyć czekając na pomoc naszych imperialnych sióstr i braci. - z początku pułkownik Wolski mówił głównie do imperialnego oficera oraz do stojącego obok regimentarza piechociarzy. Ale w miarę jak mówił to i konnych i pieszych gromadziło się wokół dowódców coraz więcej. W ich oczach na nowo rozpalał się ogień dumy i patriotyzmu. Kiwali głowami, wznosili okrzyki a gdy oficer lansjerów skończył wybuchła wielka wrzawa. Sam Friedrich też wyczuwał powagę chwili a nawet nutkę wzruszenia.

    - Dobrze! Będę jechał tak szybko jak się da! I będę świadczył wasze czyny i słowa! Że najdzielniejszy i najszlachetniejszy z narodów wzywa swych braci i siostry do walki z odwiecznym wrogiem! - herold złożył tą obietnicę i też przemówił gromkim głosem aby nie tylko obaj oficerowie go mogli usłyszeć. Taka obietnica spotkała się z gromkim aplauzem ze strony konnych i pieszych żołnierzy.


    Stefan słysząc słowa porucznik o zauważeniu przy bramie jakiegoś regimentu poczuł jednoczeście odrobinę ulgii, w końcu oznaczało to, że najprawdopodobniej pułk zajmuje już silną pozycje w mieście. Jednocześnie wiedział, że razem z Albrechtem są teraz po uszy w gównie, doskonale pamiętał jak traktowany był jeniec którego widzieli w bramie zajazdu. Czuł jak zaczyna się pocić kiedy oficerowie zasypali go serią pytań, jakimś cudem udało mi się nie położyć ręki na ostrzu noża za pasem. W końcu rzucił odpowiedź udając niewiedzę: Tak jak mówiłem Pani porucznik do miasta weszliśmy w kilkanaście osób, żadnego regimentu tam nie widziałem. Pewnie pojawiły się kolejne osoby co przeżyły wspomniany atak pomiotów. Tak jak mówiłem mogę ich zachęcić do dołączenia się. pozwolę się tylko spytać o to ilu tych buntowników w przybliżeniu jest? Żeby wiedzieli w co się pakują i nie biadolili później że ich na minę wprowadziłem. Po wyjściu oficer zajął się sprzątaniem swoich narzędzi, podczas tego odezwał się jeszcze do doktora: Przepraszam ale wcześniej po chamsku się Panu doktorowi nie przedstawiłem. Nazywam się Stefan Jeager. W sumie to tak samo nietaktownie zachowałem się względem Pani porucznik…? - Stefan postarał się zadać to pytanie neutralnym tonem i stojąc plecami do sierżanta i innych obecnych żołnierzy. Jednocześnie miał nadzieję, że intensywność z jaką spoglądał na medyka i mowa ciała wystarczą do zasygnalizowania mu pytania i że jest ono dla Stefana ważne. Czarnowłosa porucznik przed wyjściem, popatrzyła przez chwilę na Stefana. I uśmiechnęła się półgębkiem nieco ironicznie. Ale nic nie powiedziała. Gdy zaś Jaeger odezwał się do chirurga to ten przyjrzał mu się uważnie. Po czym ponad jego ramieniem spojrzał na sierżanta Lupo i resztę żołnierzy. Miło mi cię poznać młody człowieku. Jestem doktor Gerlach Sonnewalde. Dziękuję za pomoc. Szkoda, że musisz już iść i nie możemy poznać się lepiej. Może w spokojniejszych czasach. Wpadnij kiedyś do mnie na Bursztynową to napijemy się jabłecznika i porozmawiamy. - Siwowłosy medyk uśmiechnął się łagodnie. Mówił cichym, spokojnym głosem. Mył przy tym ręcę w misce z krawą woda a potem wycierał je w niezbyt czysty ręcznik. Ale zwykle tak to wyglądało w polowych warunkach. Stefan zaś skojarzył, że Bursztynowa to była na tym adresie z kartki. -Mieszka Pan na Bursztynowej doktorze,tak?- odparł ostlandczyk jednocześnie wyciągając jedną ręką z kieszeni skraj obciętej wcześniej kartki i skierował swój wzrok w jej kierunku wymownie. Wysłuchał odpowiedzi medyka ,po czym zadał jeszcze jedno pytanie lekko ściszonym głosem: A pan doktorze może wie, ilu tych buntowników jest, mniej więcej oczywiście? Prowadzony na dół ostlandczyk zastanawiał się co z nimi będzie. Widział jak obchodzili się z jeńcami co nie napawało optymizmem, z drugiej strony nie próbowali ich póki co rozbroić... . W ogóle cała sytuacja z buntem wydawała mu się podejrzana, zdawał sobie sprawę, że bunty w wojsku się zdarzają, ale był pewien że pan doktor Sonnewalde nie dał mu kartki z adresem w celu spotkania się na lekarskie pogaduchy. Cała sytuacja miała drugie dno i wiedział że bez rozwikłania tych tajemnic jego regiment będzie zagrożony ciosem w plecy. Cholerne podstępy i manipulacje przeklętych chaosytów zupełnie jak w Nuln albo w tym cholernym lesie gdzie znaleźliśmy Czerwonego Maga...- Stefan przerwał nagle swoje zwyczajowe narzekania. Wspomnienie wydarzeń z walki z demonami i wiedźmą która potrafiła przejąć kontrolę nad dowolną osobą aby siać zamęt w szeregach imperialnych żołnierzy. Może tutaj dzieje się tak samo? - myśl ta spowodowała, że Stefan bezwiednie zatrzymał się na schodach co wywołało gniewne szturchnięcie ze strony prowadzącego ich podoficera: -Co Ty robisz!? Ruszaj się, nie mamy czlego dnia żołnierzy! Stefan natychmiast ocknął się z chwilowego stuporu, ruszył naprzód i wymamrotał pośpieszne przeprosiny. Przepraszam za to, nagle trafiło mnie wspomnienie z niedawnej walki... muszę Panu zadać z pozoru głupie pytanie, ale proszę mi uwierzyć może być bardzo istotne dla całego tego burdelu z którym macie nieprzyjemność walczyć w tym mieście - Stefan zaczął trochę nieskładnie mówić do podoficera jednocześnie posłusznie idąc w dół schodów. Czy Ci żołnierze co się zbuntowali to byli już od dawna jakimiś malkontentami? Sprawiali kłopoty i nie chcieli walczyć?Czy może wprost przeciwnie zawszebyli pewnymi, karnymi żołnierzami aż tu nagle trach! Z dnia na dzień rzucili Wam się do gardeł jakby postradali zmysły, albo przynajmniej ich dowódcy czy dowódca nagle zwariował? Jeager słuchał słów porucznik i starał się zanotować w pamięci wszystko co mówiła. Cieszył się z widoku swojego dowódcy ale jednocześnie nie miał najmniejszego pojecia co ten im o nim i Albrechcie powiedział. Czy byli już całkiem spaleni czy może zupełnie odwrotnie sprzedał im jakąś bajkę w którą oni muszą się wkomponować bez znania jej treści. Dlatego pozdrowił swojego imiennika tylko skiniwniem głowy. Kiedy oficer skończyła mówić odezwał się po skłonieniu głowy: Pani porucznik przekaże wszystko co pani powiedziała...odpowiednim osobą, muszę się jednocześnie zapytać czy macie albo czy możemy ustalić jakieś hasło w celu identyfikowania się z Pani żołnierzami na terenie miasta? Żeby nie doszło do niepotrzebnych incydentów albo żebyśmy się nie dali podejść tym buntownikom. Wy ich rozpoznacie bez problemu ale moi...towarzysze mogą dać się podejść jak dzieci we mgle. Ostlandczyk odchrząknął i ciągnął dalej: -Po za tym Pani, jeśli dobrze rozpoznaje sytuacje to ruszacie do decydującej walki z tymi buntownikami, tak? Chodzi mi o to, że jeśli mamy sobie pomóc to przede wszystkim propowałbym poczekać z atakiem na przybycie wsparcia z naszej strony. Mówiła Pani że mają oni podobne siły do waszych, jak rozumiem są okopani w centrum miasta. Nie ujmując niczego odwadze Pani ludzi zapewne przydała by się Wam każda pomoc, żeby ograniczyć straty.
  • GaranilG

    To jest temat specjalnie po to, żebyście mogli tu powrzucać wszystkie swoje memy, wybrane najlepsze cytaty postaci, wszystko co zabawne i związane z sesją.
    Oraz obrazki wygenerowane przez AI, które powodują bogactwo audiowizualne oraz wzrost cen RAMu.


    Muszę-bo-się-uduszę. Odkąd została mi wypluta ta grafika, nie mogę się pozbierać. Dostałam taki Dark Romanse, że zatkało mnie nie mniej, niż gdy mama dała mi mentosa i mi utknął w gardle. A mama powiedziała jedynie "ojtam przejdzie ci, jakoś przełkniesz" (dobra, może to nie jest dobry dobór słowa biorąc pod uwagę posuwisto-zwrotny charakter obrazka). [image: 7E3mw75.png] To dostałam, gdy poprosiłam o "obrazek pasujący do snu". No nie mam Chatowi za złe, bo naprawdę nie sformuowałam "czego chcę", często liczę na jego inwencje twórczą (jestem zawsze ciekawa, co wymyśli). I cóż, tak... Ten sen opisany w sesji (znajduje się w moim poście) może sugerować takie rzeczy. Nie mniej jednak chciałam go zinterpretować poprawnie dla tych, którzy tutaj zbłądzili: Sen Wiktorii opowiada o utracie kontroli. Nie o romansie. Nie ma tam nic romantycznego ani erotycznego. Wygląd i zachowanie "wilka" ma obrazować naruszenie granic i utratę sprawczości, którą coś blokuje. Sen jest metaforyczny. Osadzony w baśniowym świecie Czerwonego Kapturka (ze względu na symbolikę koloru czerwonego - ostrzeżenie, niebezpieczeństwo, ale też dlatego, że miałam wenę). To tyle. Dziękuję PS: Leon S. Kennedy to Maks.
  • NabuchodonozorN

    Niedawno, zanim jeszcze przyszedłem tutaj zacząłem kampanię online D&D gdzie gram bardem- gnomem nazwiskiem Luk Bania.

    Cóż. Bard tworzy i śpiewa. Na potrzeby sesji (na razie odbyła się tylko jedna) tworzę więc teksty.

    Zacznijmy od czegoś lekkiego. Bard śpiewa po karczmach, więc potrzebuje karczemnych przyśpiewek.

    Piosenka Karczemna
    Chodźcie chodźcie z każdej strony
    Niechaj pije kto spragniony

    HEJ! HEJ! Do pełna lej!

    Wznieście kufle i kielichy
    Bo napitek jest nielichy

    HEJ! HEJ! Do pełna lej!

    Witam miło wszystkich gości
    Pijcie z nami! Przyjemności!

    HEJ! HEJ! Do pełna lej!

    Chodźcie chłopy chodźcie dziewki
    i spróbujcie tej nalewki

    HEJ!HEJ! Do pełna lej!

    Chodźcie chodźcie dam wam piwa
    tego trunku nie ubywa

    HEJ! HEJ! Do pełna lej!

    A dla swojskich mam bimbera
    on was miło sponiewiera

    HEJ! HEJ! Do pełna lej!

    Jak to mało mam gorzałę
    będzie grzanie doskonałe

    HEJ! HEJ! Do pełna lej!

    Zaś wybrednych raczę winem
    I nikogo nie ominę

    HEJ! HEJ! Do pełna lej!

    Ktoś na słodko? Oto miodzik
    On z pewnością Wam dogodzi

    HEJ! HEJ! Do pełna lej!

    Tym co mieszać nieco wolą
    już nalewam whisky z colą

    HEJ! HEJ! Do pełna lej!

    Picie z wami gładko wchodzi
    i z pewnością nie zaszkodzi

    HEJ! HEJ! Do pełna lej!

    Ten kto stoi pije dalej
    Bo się pić chce w tym upale

    HEJ! HEJ! Do pełna lej!

    Jak kto leży sobie właśnie
    Niech wypije zanim zaśnie

    HEJ! HEJ! Do pełna lej!

    Śpi ktoś to też wlejcie jemu
    będzie pił po przebudzeniu

    HEJ! HEJ! Do pełna lej!

    A gdy żona da po głowie
    Kto odważny niech jej powie

    HEJ! HEJ! Do pełna lej!

    Na sen na codzienne życie
    Pij i czuj się znakomicie

    HEJ! HEJ! Do pełna lej!

    Karczmarz ciągle wam nalewa
    a Luk Bania wam zaśpiewa

    HEJ! HEJ! Do pełna lej!

    Więc wypijcie także za nich
    trunków drogich i tych tanich

    HEJ! HEJ! Do pełna lej!

    PS:
    Jakby kogoś dziwiła "wódka z colą" to jest to w piosence na prośbę jednego z graczy. Jak to powiedział MG: "Jakaś odmiana sweet water pod nazwą cola z Triboaru? Może być" 😉


    Skoro wykonania AI tu nie przeszkadzają to napisałem swojego czasu kilka ballad. Jeśli ci się do czegoś spodobają to proszę. https://youtu.be/Pe8f2IcypyY https://youtu.be/TlTyHSqjPOk https://suno.com/s/sEwe783REaS6AUHB
  • GaranilG

    Tutaj możecie przedstawić swoje postaci - pełne avatary, opisy wyglądu i być może charakteru, według waszego widzi mi się, a być może nawet najlepsze cytaty waszych postaci podczas historii. Może nawet co ważniejsze wydarzenia, skrótowo? to już zależy od was.


    [image: 06878c5213ce9f309bfceedee1c5929d.jpg] Wiecznie usmiechnięty. No, prawie. Nie mniej uśmiech, w tej czy innej formie, jest tym co go wyróżnia. Zapytany dlaczego się uśmiecha pomimo wszechogarniającego gówna i trudów szkolenia odpowiadał proste "Mogło być gorzej". W zastanowienie dawało to co do tej pory przeżył, ale sam się nie rozwodził. Pochodził z rodziny rzemieślniczej. Rzeźników i masarzy w Nordlandzie, choć jego rodzina miała czysto chłopskie pochodzenie kilka dobrych pokoleń temu w Middenlandzie. Znał się na mięsie, a w szczególności szynkach i kiełbasie. Nie ukrywał, że poróżnił się z rodziną i ruszył wykrawać własną przyszłość co skutkowało zaciągnięciem się do taboru. Miejscu, gdzie był w stanie zarobić lepszą monetę niż żołd szeregowego, czy nawet starszego szeregowego na miesiąc... po odjęciu wydatków. Pytany co go skusiło, lekko mówiąc, do obrania wojaczki za żonę? Mówił, że to jedyna słuszna rzecz jaką może zrobić młody człowiek i że w tym miejscu się sprawdzi. Nie rozwodził się wiele nad tym stwierdzeniem, ale zawsze napominał, że jeśli czegoś potrzeba, a regulamin pozwala, to jest w stanie to zdobyć. Co do ceny, czy czasie dostarczenia? Nie mówił wiele, a właściwie tyle co nic, bo jak sam zauważył "Będziemy mieć swoje obowiązki." Jego uśmiech jest jednak jego najbardziej wyrazistą cechą i na palcach dłoni można policzyć okazje kiedy na jego twarzy nie widniał. Zawsze wysłucha, ale nie śpieszy do rad, czy zabierania głosu, choć dopyta by lepiej zrozumieć. Jest bardziej gąbką chłonącą otoczenie, niż tym co daje o sobie przypomnieć w każdej możliwej chwili, a jednak jak zabierze głos to jest słyszalny. Siłą rzeczy, bo rzadko go zabiera i jak już to w sposób prosty, konkretny i łopatologiczny nie dający miejsca na nieporozumienia.
  • DeklineD

    Nie pamiętacie dokładnie, za co was zamknięto. W Bögenhafen ostatnio nikt nie pytał o powody – wystarczyło być w złym miejscu i złym czasie. Cela była niska, wilgotna i przesiąknięta zapachem pleśni, starego potu oraz strachu. Tej nocy nikt was nie niepokoił. Tej nocy coś się urwało.

    text alternatywny

    Z jakiegoś powodu budzicie się w nocy, w ciszy, ciężkiej i nienaturalnej jak na więzienie. Kraty są zamknięte, a korytarz za nimi pusty, pogrążony w półmroku. Z oddali dobiega głuche bicie dzwonów i przytłumione krzyki, jakby miasto wołało o pomoc, której nikt już nie udziela. Przez zakratowane okno wpada słabe, migotliwe światło, a w powietrzu unosi się zapach dymu zmieszany z czymś metalicznym.

    Nie jesteście sami. W celi siedzi jeszcze czterech ludzi. Trzech z nich milczy – skuleni pod ścianami, z pustymi oczami, jakby przestali reagować na świat. Czwarty jest inny. Wychudzony, brudny, ale zbyt uważny. Siedział tu już wcześniej, przed Waszym przybyciem. Porusza ustami bezgłośnie, jakby powtarzał słowa, których nie wolno wypowiedzieć.

    Gdy w końcu na was spogląda, nie pyta kim jesteście. Mówi tylko, że „to nie jest noc na czekanie” i że “cisza w takich miejscach zawsze coś oznacza”. Potem milknie i nasłuchuje, jak pies wyczuwający burzę. Gdzieś głęboko w więzieniu rozlega się nagły trzask, jakby coś ciężkiego spadło na podłogę. Po chwili znów zapada cisza – jeszcze gorsza niż wcześniej.

    Zapach dymu staje się wyraźniejszy. Czas ciągnie się nienaturalnie wolno. Jeśli straż nie wróci, nikt was stąd nie wyciągnie. A jeśli wróci… być może lepiej, żeby tak się nie stało.


    Wychudzony więzień kiwa się w miejscu, drapie paznokciami po kamieniu, aż spod nich sypie się biały pył. Uśmiecha się do czegoś, czego tu nie ma. Głos ma chropowaty, jakby dawno nie używał go do rozmów z ludźmi.

    • Kamień… kamień nie śpi. On słyszy kroki, zanim one się wydarzą.
    • Najpierw dół… zawsze dół. Miasto przyszło później, jak robactwo do rany.
    • Strażnicy? - prycha cicho. - Jeden z nich nigdy nie nosił kluczy. Mówił, że drzwi wiedzą, kiedy mają się otworzyć. I wiecie co? Miał rację.
    • Kapie… kapie… - mlaska nerwowo. - Ale nie z góry. Nigdy z góry. Woda pamięta drogę, którą przeszła.
    • Szczury uciekają równo, jak wojsko. Nie przed nami. Przed czymś, co już wstało.
    • Dym to tylko zapowiedź. Prawdziwy ogień rodzi się w ciszy.
    • Imiona gniją szybciej niż ciała… miejsca nie gniją nigdy.

    Nagle przestaje się kołysać i patrzy na was z lodowatą, nienaturalną jasnością.

    • Jeśli ktoś dziś będzie słuchał uważnie, może jutro nie będzie musiał krzyczeć.

    Na tyle, na ile zdołaliście się zorientować, miasto wznosi się nad morzem, u wylotu rzeki, na jedynym w tej przeklętej okolicy fragmencie stabilnego gruntu – nagiej skale, wystającej z bagien niczym zęby trupa. Wszystko wokół, jak okiem sięgnąć, to cuchnące mokradła: mgły wiszące dniami i nocami, gnijące drzewa, topieliska bez dna. Bagna pochłonęły już niejedną armię, której dowódcy uwierzyli mapom, przewodnikom albo własnej pysze. Po dziś dzień mówi się, że w cichsze noce słychać tam szczęk zbroi i krzyki tonących.

    Na wyspę prowadzą cztery drogi - przynajmniej według oficjalnych opisów.

    Pierwsza to kamienna grobla, jedyna lądowa droga do miasta. Wąska, wyniesiona ponad bagno, popękana od lat i przesiąknięta krwią bardziej niż deszczem. Na jej końcu wznoszą się bramy, masywne i ponure, za którymi zawsze czeka straż - czujna i daleka od litości.

    Druga droga prowadzi od strony morza. Port jest potężny,i obstawiony tak, że samo wpłynięcie do basenu portowego bez zaproszenia jest czystym szaleństwem. Nawet jeśli ktoś zdołałby ominąć łańcuchy, baterie balist i wieże obserwacyjne, pozostaje jeszcze wewnętrzny mur portowy - gruby, wysoki i stale patrolowany. Morze tu nie jest sprzymierzeńcem; zdradliwe prądy i nagłe sztormy zdają się sprzyjać obrońcom bardziej niż ludziom.

    Trzeci sposób…próba dotarcia do miasta przez bagna i rzekę. Pieszo – bagno wciągnie cię po pas, po pierś, po szyję, zanim zdążysz zrozumieć, że grunt pod stopami nigdy nie był prawdziwy. Łodzią – ostre jak brzytwa skały przy ujściu rzeki rozrywają kadłuby, a zdradliwe wiry wciągają wszystko, co ośmieli się podpłynąć zbyt blisko murów. Ci, którym „się udało”, nie zostawili po sobie żadnych świadków.

    Czwarty sposób natomiast nie istnieje.
    I każdy, kto twierdzi inaczej, prędzej czy później znika.

    W Bögenhafen stacjonuje armia - oficjalnie po to, by strzec porządku w regionie, nieoficjalnie, by nikt nie zapomniał, kto tu naprawdę rządzi. Kilka oddziałów straży miejskiej zajmuje się codziennymi problemami: bójkami, kontrabandą, ciałami wyłowionymi z kanałów. Nad wszystkim czuwa lokalna władza - niewidoczna, odległa i doskonale poinformowana.

    Miasto tętni handlem. Gildie kupieckie rywalizują ze sobą otwarcie i po cichu, kompanie morskie werbują ludzi szybciej, niż morze ich zabiera, świątynie bóstw wszelkiej maści przyjmują wiernych. Kilku magusów działa tu legalnie - a reszta skrywa się w zaułkach, piwnicach i ruinach starszych niż samo miasto.

    Pomiędzy tym wszystkim kłębi się pospólstwo: uchodźcy, awanturnicy, dłużnicy, marzyciele i desperaci. Każdy przybył tu po coś innego: złoto, władzę, zapomnienie, albo tylko po to, by zniknąć w tłumie.

    W powszechnej opinii mieszkańców Bögenhafen jest miastem nie do zdobycia - miastem-państwem-twierdzą. Jedyną rzeczą, która naprawdę może mu zagrozić, jest zaraza. Dlatego miasto podzielono na strefy i dzielnice, oddzielone murami i bramami, które można zamknąć szybciej, niż ogień wypalający choróbstwo zdąży zgasnąć. A gdy choroba się rozprzestrzenia… cóż. Ogień jest skuteczny. Tak samo jak zapomnienie.

    I właśnie dlatego nikt tu nie śpi spokojnie.


    Dla Arbuza i Zell Spoiler Ekipie medyków udało się znaleźć skórzane pasy, które wyśmienicie nadawały się do unieruchomienia pacjenta. Rozerwanie ich było praktycznie niemożliwe, przy użyciu siły własnych mięśni, podobnie jak wysunięcie zeń nadgarstków. Podana została kulka z antymonu. Nadja oczyściła całe ciało Kurta. Mały leżał teraz zupełnie nagi, podobnie jak reszta ich towarzysza. W tym stanie łatwiej było dokonać inspekcji. Oboje nie mieli wątpliwości że na powierzchni skóry nie ma żadnej rany, w przeciwieństwie do blizn, których było całkiem sporo. Podobnie jak wcześniej, nie zauważyli również świeżych blizn. Cały proces był powolny i żmudny, ponieważ Ulrich i Nadja podświadomie bali sie nadziania na coś czego spodziewali się nie znaleźć. Na działanie kulki trzeba było jeszcze poczekać, to też medycy zajęli się metalowym obiektem który tkwił w nodze. Ciężko powiedzieć co to naprawde było, wyglądało jak coś pomiedzy kawałkiem blachy a marnej jakości nożem. Cześć elementu owinięta była powiązanymi strzępami szmat, które wisiały zeń nierównomiernie - nie wiadomo czy w skutek zużycia czy niedbałego obwiązania. To mogła być broń. Znów oboje mieli dziwne wrażenie że przed obmywaniem pacjenta, obcy element był wbity inaczej. Dla Keta Spoiler Hieronim przemierzał, a właściwie przeciskał się przez stosunkowo gęsto zapełnioną dzielnice. Dla tłumu był niewidzialny, póki ktoś nie spostrzegł że kij którym starzec się podpiera jest w rzeczywistości włócznia, a pod łachmanami to nie garb tylko kusza. Bosh dotarł do murów świątyni. Brama była zamknięta, choć wraz z ogrodzeniem, łatwa do przekroczenia, z uwagi na nieznaczną jej wysokość. W drewnianej, okutej żelazem bramie, było mniejsze, otwarte okienko. Otwór był na tyle duży, aby stojący po drugiej stronie mężczyzna był widoczny w połowie swej okazałości, lecz na tyle mały, żeby przejście na drugą stronę nie było zbyt proste - chyba że ktoś rzuci się na szczupaka. [image: 1792769813200-40b79edf-b2e0-435a-9666-31893b32b8cc-image.jpeg] Dla Krema Spoiler Meżczyzna nie odpowiedział nic, miast tego ruszył w stronę wskazanego przybytku. Karczma nie była zbyt okazała, lecz z drugiej strony, patrząc po klienteli, nie każdego byłoby stać na wizytę w takim miejscu. Gości było mało i każdy mógł znaleźć kąt dla siebie. Oswald został zaprowadzony za winkiel, gdzie przy stole siedział lekko grubszy i podstarzały człowiek, który swój zawód miał wypisany na twarzy - handlarz lub przemytnik. Obok niego siedział drugi facet, aparycją, rozmiarami i wiekiem zbliżony do tego co przyprowadził Brauna do karczmy. Na stole stało kilka kufli piwa, w różnym stopniu opróżnienia, oraz dwie misy, jedna prawie pełna a druga prawie ze wylizana. - Helmut Graff - przedstawił sie nie wstając - Nie ukrywam sie, bo nie mam przed kim a i tak każdy mnie zna, rozumie się. - Powiedzmy że widzieliśmy na własne oczy co wyczyniał ten Wasz koleszka. Wszyscy również wiemy że to tylko kwestia czasu aż zaraza dotrze do naszej dzielnicy. Jako człowiek byznesu, mam własne łodzie, niestety odcięte od mojego bezpośredniego nadzoru. Potrzebujemy kilku zmyślnych i kilku bitnych, aby móc sie nimi opiekować bardziej bezpośrednio. Helmut zrobił wymowną pauze podczas której osuszył do końca jeden z kufli. - Jedz, ciężko się myśli na głodnego. Posil się i gadaj co myślisz. Czy Twoje ziomki, tak bardzo zaprzyjaźnione z miłościwie nam grożącymi dadzą rade podziałać bardziej w cieniu? Albo i na świeczniku, jeśli coś by nam nie poszło? [image: 1792769958541-e52e52a2-03a5-462b-a255-b86fa9a0491d-image.jpeg]
  • MarikaM

    Choć jeszcze nie mamy pierwszego posta w sesji (co zamierzam w miarę szybko nadrobić, aczkolwiek wybaczcie — nie dzisiaj), to każdy zdołał już odebrać od posłańca i odczytać swój spersonalizowany list od Kendry Lorrimor (jedna osoba nawet jej odpisała 😮). Także myślę, że mogę was już oficjalnie powitać w tej przygodzie (i miejmy nadziei kampanii).

    Przyznam, że na ostatniej prostej trochę straciłam wiarę, że sesja w ogóle dojdzie do skutku. Więc nieco zaniedbałam przygotowania i nie zaczęłam nawet szkicować otwierającego posta (stąd zapowiedziane lekkie opóźnienie). Co zabawne, zakładając rekrutację, myślałam, że uda się zebrać pełen skład w jakieś dwa tygodnie. A tu taka niespodzianka... wyszło niemal rzutem na taśmę 😬

    Ale nieważne. Istotne, że się udało. I co kluczowe — nie na siłę. Zaręczam, że jakby Karty Postaci były poniżej moich minimalnych oczekiwań, to zwyczajnie darowałabym sobie ten cały effort. Na szczęście nie było ku temu powodu, a niektórzy wręcz wykonali dalece nadprogramową robotę 🙂

    Przygoda, jak i cała kampania, idealnie trafiają w mój gust artystyczny. Dlatego od dawna chciałam ją rozegrać w całości. Niestety za każdym razem, gdy brałam w niej udział jako graczka, wszystko zabawa kończyła się po kilku kolejkach 😞 Więc teraz prowadzę z myślą — i silną determinacją — by to wreszcie naprawić (coś tam, coś tam o prowadzeniu do skarbu, którego nie można posiąść). Tym bardziej, że to naprawdę świetna historia. Pierwsza księga otrzymała nawet prestiżową Gold ENnie Award, czyli taki odpowiednik Oskara dla gier TTRPG.

    Przygoda Nawiedzenie Harrowstone to semi-sandboxowy survival horror z elementami śledczymi. Niemniej, jak zauważają sami autorzy, to wciąż Pathfinder, nie Zew Cthulhu. Więc waszym postaciom bliżej raczej do Conana, któremu dreszcz trwogi przebiega po plecach, lecz mimo to prze dalej, niż biednego Badacza Tajemnic, który na widok pierwszej lepszej maszkary traci zmysły i ucieka z krzykiem. Po prostu bohaterowie, ale niepozbawieni rys, z krwi i kości, a nie z plastiku.

    Jako że gramy pisemnie przez forum, to warto mieć cały czas w głowie, że to będzie maraton, nie sprint. Aczkolwiek będę dbała, o to byśmy zachowali jakieś consistency, bo bez tego nawet najlepsza sesja jest w stanie się posypać.

    Wątek z materiałami sesyjnymi będę starała się na bieżąco uzupełniać o nowe informacje. Jednak nie będzie to pełnoprawna sesyjna wiki, a mini leksykon zawierający elementarne informacje. Jestem erpegową tradycjonalistką i wolę jak gracze sami tworzą sobie notatki. Tym bardziej że sesja kładzie spory nacisk na elementy śledcze, a zatem zbieranie informacji i wyciąganie wniosków. Oczywiście jakby komuś wyleciał z głowy jakiś istotny fakt, to nie ma problemu, przypomnę.

    Co tam jeszcze... Hm, jeśli wszyscy będą korzystać z wgrywanych do panelu sesyjnego portretów postaci, to możemy pomyśleć o jakiejś dedykowanej, jednolitej ramce/oprawce. Oczywiście wszystko za jednogłośną zgodą.

    Tak samo pod dyskusję możemy poddać ewentualny serwer Discord. Stół do rzucania kośćmi na Rolz już założyłam, link jest schowany w regulaminie w materiałach do sesji.

    To chyba wszystko (?). Pozostaję otwarta na wasze ewentualne pytania i sugestie.

    @piołun @panicz @grizzo @miraaz


    Dialog raczej nie wypali, jedna osoba już odpisała, a druga, jak widać, pewnie nie będzie miała czasu. Dajcie więc zwykłe posty z pytaniami. Poza aspektem rozrywkowym chodziło mi też o to, by postacie się jakoś poznały. Nie tylko z imienia, ale też kompetencji. To ułatwi im przyszłą współpracę.
  • ElenorsarE

    Cześć.

    Chciałbym sprawdzić, czy byliby tutaj chętni na sesję w Heroes of Might & Magic TTRPG. Na początek planowałbym poprowadzić gotowy scenariusz z podręcznika głównego Skarby dla zuchwałych, który został przygotowany jako wprowadzenie do systemu i pozwala poznać jego najważniejsze elementy.

    Akcja rozgrywałaby się w Antagarichu, w okresie znanym z HoM&M III. Król Nicolas Gryphonheart nie żyje, Erathia znajduje się w trudnym położeniu, a wojna i zwiazany z nią chaos coraz mocniej odbijają się na całym regionie. Sam scenariusz umiejscowiony jest w Cloverfield na Ziemiach Spornych, niedaleko granicy z Eeofolem. Jest to region, przez który od dawna przewijają się wpływy różnych państw i stronnictw, a obecna sytuacja tylko dodatkowo wszystko komplikuje. Więcej na razie nie zradzam, bo częścią przygody będzie właśnie odkrywanie tego, co właściwie dzieje się w okolicy.

    Trzeba też zaznaczyć, że system HoM&M TTRPG trochę różni się od typowego RPG, w którym gracz prowadzi po prostu jednego bohatera przemierzającego świat. Tutaj tworzony przez nas bohater jest jednocześnie dowódcą własnej armii. Dlatego poza samą postacią znaczenie mają także jednostki, którymi dowodzimy, wspólne miasto drużyny, jego rozwój, zdobywane zasoby, eksplorowanie mapy oraz większe bitwy.

    Rozgrywka podzielona jest na kilka rodzajów faz: przygotowania, eksplorację, zadanie, karczmę i bitwę. Nie oznacza to, ze zawsze będziemy przechodzić przez nie po kolei. Jest to raczej sposób uporządkowania różnych rodzajów scen i jak w nich będziemy działać. Drużyna może wiec przygotowywać wyprawę, decydować gdzie wysłać swoje siły, eksplorować nieznany teren, wykonywać bardziej klasyczne zadania samymi Herosami, a ostatecznie stanąć na czele swoich armii w większym starciu.

    Same bitwy również nie są klasycznym bitewniakiem z przesuwaniem dziesiątek figurek po planszy. Opierają się przede wszystkim na realizacji celów strategicznych, działaniach herosów oraz wykorzystaniu ich jednostek.

    Mechanicznie system korzysta głownie z pulki kości k20 i liczenia sukcesów, a podczas gry pojawiają się również różne zasoby pozwalające wpływać na wynik wydarzeń. Szczegóły mechaniki byłyby jednak do poznania już w trakcie rozgrywki. Zakładam przy tym, że znajomość systemu nie będzie wymagana i mogą zgłosić się osoby, które nigdy nie miały z nim kontaktu. Sam również będę prowadził Heroes TTRPG po raz pierwszy, dlatego chciałbym potraktować ten scenariusz jako wspólną naukę systemu, tym bardziej część mechanik trzeba będzie odpowiednio dostosować do stylu gry PBF. Nie trzeba również posiadać własnego podręcznika. Potrzebne materiały i informacje będę zapewniał w trakcie gry, tak aby każdy miał dostęp do tego, czego aktualnie potrzebuje do stworzenia Herosa i podejmowania decyzji. Jeżeli ktoś zna HoMM III, będzie mu oczywiście łatwiej odnaleźć się w świecie, ale znajomość całego lore również nie będzie wymagana.

    Sama sesja odbywałaby się na forum, ale poza tym chciałbym korzystać z Discorda jako zaplecza do szybkich ustaleń, pytań dotyczących zasad, organizacji gry, kostnicy czy zwykłych rozmów poza sesją. Właściwa rozgrywka nadal odbywałaby się na forum.

    Planowałbym tez inne podejście do rekrutacji niż klasyczny konkurs kart. W Heroes TTRPG drużyna powinna mieć wspólny cel, wspólne miasto oraz powód, dla którego Herosi w ogóle działają razem. Nie chciałbym więc sytuacji, w której każdy przygotowuje wcześniej rozbudowaną kartę i historię postaci, a dopiero później próbujemy na siłę połączyć pięć zupełnie niezależnych pomysłów. Dlatego najpierw zostałaby wybrana grupa graczy, a dopiero później wspólnie ustalibyśmy ogólną koncepcję drużyny, jej cel oraz charakter miasta. Na tej podstawie każdy tworzyłby już własnego Herosa. Nie oznacza to też, że wszyscy gracze muszą należeć do jednego stronnictwa. Drużyna może składać się z przedstawicieli Porządku, Chaosu i stronnictw neutralnych, o ile Herosi mają sensowny powód, żeby ze sobą współpracować.

    Tak jak pisałem wcześniej, na początek chciałbym rozegrać tylko "Skarby dla zuchwałych" i zobaczyć, jak sam system sprawdza się w formule PBF oraz czy taki sposób prowadzenia odpowiada zarówno mnie, jak i graczom. Jeżeli wszystko będzie działało i po zakończeniu scenariusza nadal będziemy chcieli grać, możliwym kolejnym krokiem byłaby kampania "Echa Ciszy". Rozgrywa się ona w tych samych realiach historycznych, w czasie wydarzeń związanych z Odrodzeniem Erathii. Na razie traktowałbym to jednak tylko jak ewentualną możliwość dalszej gry.

    W sondzie przede wszystkim interesuje mnie czy bylibyście zainteresowani takim PBF-em? Dodatkowo ciekawi mnie, z jakiej krainy najbardziej chcielibyście stworzyć własnego Herosa. Można oczywiście wskazać więcej niż jedną opcję.

    1. Porządek:
    • Erathia - Zamek
    • AvLee - Bastion
    • Bracada - Forteca
    1. Chaos:
    • Deyja - Nekropolis
    • Eeofol -Inferno
    • Nighon - Loch
    1. Neutralni:
    • Krewlod - Twierdza
    • Tatalia - Cytadela

    Jeżeli macie jakieś pytania albo uwagi dotyczące samego pomysłu systemu lub tego, jak widzielibyście taką rozgrywkę w formie PBF, śmiało piszcie.


    Myślałem, że w większe szczegóły mechaniki wejdę na poziomie ewentualnej rekrutacji i samej rozgrywki, jednak widzę, że warto wyjaśnić kilka rzeczy już tutaj, bo rzeczywiście mogą budzić wątpliwości. Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że sam podręcznik nie przenosi gry komputerowej jeden do jednego. Wiele elementów zostało uproszczonych lub przedstawionych w bardziej abstrakcyjny sposób, aby pasowały do gry fabularnej. Odnosząc się do faz, rozgrywka została podzielona na pięć faz, które określają zarówno to co robią Herosi, jak i z jakich zasad w danym momencie korzystamy: Faza przygotowań - odbywa się przede wszystkim w mieście. Herosi planują kolejne działania, zbierają informacje, rozmawiają z postaciami niezależnymi czy wysyłają jednostki na zwiad. Tutaj odbywa się również zarzadzanie miastem, czyli inwestowanie w jego rozwój, rozbudowa budynków oraz rekrutowanie i uzupełnianie jednostek. Faza eksploracji - Herosi opuszczają miasto wraz ze swoimi armiami i przemieszczają się po mapie heksowej. Mogą odkrywać nowe miejsca, wysyłać oddziały na zwiad, przejmować kontrolę nad punktami zapewniającymi zasoby, rekrutować napotkane jednostki czy reagować na różne wydarzenia z okolicy. Faza zadania - najbardziej przypomina klasyczne RPG. Herosi działają tutaj bez wsparcia swoich armii, na przykład podczas badania ruin, rozmów z NPC, wykonywania konkretnych misji czy rozwiazywania problemów, które wymagają osobistego zaangażowania. Faza karczmy - jest czymś w rodzaju pomniejszonej fazy przygotowań podczas wyprawy. Pozwala odpocząć, wyleczyć urazy, uzupełnić osprzęt oddziałów, zebrać plotki albo wysłać jednostki na zwiad w najbliższej okolicy, bez konieczności wracania do miasta. Faza bitwy - Herosi stają na czele swoich armii i próbują realizować określone cele strategiczne. Może to być zdobycie bramy, zajęcie ważnej pozycji czy powstrzymanie wrogiego oddziału. Gracz decyduje, jakie działania podejmuje jego Heros i jakie rozkazy wydaje swoim jednostkom, a mechanika rozstrzyga skuteczność tych działań. Fazy nie musza następować po sobie w określonej kolejności. Można na przykład rozpocząć od przygotowań, wyruszyć z armią na eksplorację, podczas której Herosi zdecydują się samodzielnie zbadać jakieś miejsce, przechodzą do fazy zadania, a następnie wrócić do dalszej eksploracji. Herosi mogą ruszyć sami również bezpośrednio z miasta pozostawiając w nim swoje armie. Jeżeli chodzi o samo zarządzanie jednostkami, to nie dowodzimy pojedynczymi żołnierzami, tylko całymi oddziałami. Jednostka w rozumieniu mechaniki może oznaczać grupę łuczników, hordę szkieletów czy pojedynczego, potężnego stwora. Osobnym przypadkiem jest kompanion, czyli indywidualny towarzysz Herosa. Heros wydaje takim oddziałom rozkazy, a ich działania rozstrzygane są odpowiednimi testami. Przykładowo podczas przygotowań może wysłać zwiadowców, żeby sprawdzili określony obszar, a ja na podstawie wyniku testu opiszę, z jakimi informacjami wrócili i czy napotkali jakieś problemy. W trakcie bitwy nie rozgrywamy jej poprzez przemieszczanie jednostek po heksowej mapie, jak w grze komputerowej. Rozkazy będą dotyczyły przede wszystkim realizacji celów strategicznych, a znaczenie będzie miała między innymi odległość od danego celu oraz zasięg działań Herosów i ich oddziałów. To co pytałeś o młyn zaznaczony na mapie, to będzie po prostu część fazy eksploracji. Herosi i ich armie wyruszają w to miejsce, ale nie oznacza to konieczności szczegółowego opisywania każdego etapu marszu. Wystarczy deklaracja, dokąd chcą się udać i ewentualnie w jaki sposób zamierzają to zrobić. Następnie opiszę, co zastali na miejscu, co udało się odkryć i czy pojawiały się jakieś komplikacje. Dopiero wtedy gracze zdecydują, co robią dalej i tutaj można rozegrać bardziej rozbudowaną scenę fabularną. Stopień szczegółowości zależałby od znaczenia sytuacji dla fabuły oraz tego, na czym aktualnie zależy drużynie Odnośnie złota i surowców, to TTRPG nie występuje taki sam podział jak w grze komputerowej. Zamiast liczyć osobno poszczególne surowce i konkretne ilości złota, mamy Majętność miasta, która reprezentuje zasoby i możliwości gospodarcze. Wracając do przykładowego młyna, zdobycie nad nim kontroli może zapewnić dodatkowy punkt Majętności podczas kolejnych faz przygotowań, a znaleziony skarb jednorazowo zwiększa jej pulę. Majętność można później wykorzystać między innymi do rozbudowy miasta czy pozyskiwania dodatkowych jednostek. Kwestia budowania wyglądałaby w taki sposób, że kiedy drużyna decyduje się na rozbudowę konkretnych elementów, będzie to przede wszystkim deklaracja mechaniczna. Nie widzę potrzeby, żeby każdy musiał opisać proces organizacji od robotników do końca budowy. Jeżeli jednak ktoś będzie miał pomysł, żeby opisać to fabularnie, jak najbardziej będzie mógł to zrobić, a sam opis można połączyć z innymi działaniami Herosa podczas fazy przygotowań. Mniej więcej w ten sposób widziałbym przełożenie systemu na PBF. Część działań będzie rozstrzygana mechanicznie, a część poprzez normalne odpisy fabularne. Nie każda decyzja dotycząca miasta, armii czy przemieszczania się po mapie musi prowadzić do osobnej sceny. Natomiast tam, gdzie pojawią się rozmowy, konflikty, ważne wydarzenia czy działania samych Herosów, będzie miejsce na klasyczne odgrywanie postaci. Spoiler [image: Test-umiej-tno-ci.png] Jeżeli chodzi o dostosowanie mechaniki do PBF, dobrym przykładem jest powyższy schemat testu umiejętności. Przechodzenie przez każdy jego krok w osobnych postach mogłoby sprawić, że jeden test zajmowałby kilka dni. Dlatego rozważam dwa rozwiązania. Pierwszym byłoby zawieranie w opisie nie tylko zamiaru Herosa, ale również warunkowych deklaracji mechanicznych. Przykładowo: "Próbuję przekonać strażnika, żeby wpuścił nas do środka. Jeśli PT wyniesie 3 lub więcej, dobieram dodatkową k20 za Zagrożenie. Jeżeli będzie taka możliwość, korzystam też z <konkretnego> przymiotu. Jeśli próba się nie powiedzie, spróbuję zaproponować mu zapłatę." Drugą możliwością byłoby wykorzystanie Discorda do obsługi samej mechaniki. Gracz zamieszcza na forum wstępną deklarację działania, a następnie na Discordzie podaję PT i zakres ryzyka. Gracz decyduje, czy zwiększa pulę kości, ja określam, czy ponoszę PT, a gracz podejmuje decyzję o wykorzystaniu przymiotu. Następnie wykonujemy rzut, sprawdzamy wynik i wracamy na forum, gdzie opisujemy fabularne rozstrzygnięcie. Oba rozwiązania mają ograniczyć przestoje związane z mechaniką, nie odbierając miejsca na normalne odgrywanie postaci. Na razie są to jednak pomysły, które trzeba będzie przetestować w praktyce i sprawdzić, co najlepiej sprawdzi się podczas rozgrywki na forum.
  • slann22S

    Rodryg

    • Jak ją znajdziemy to się jej spytamy, sama nie jestem pewna jak poważnie mamy do tego podejść. - Odpowiedziała Ramiel, liczyła że uda się całą sytuację rozwiązać dość szybko i bezboleśnie. Zaśmiała się pod nosem słysząc tłumaczenie Eleril gdy już przestała bujać w obłokach.

    Gdy już się ogarnęły i zeszły na dół przedstawiły sytuację ojcu porwanej, jego reakcja była dość osobliwa. Zaczynała myśleć że całym porwaniem chyba najbardziej przejmowała się Karendis, sama chciała poznać tego całego porywacza i mu coś powiedzieć.

    • Chyba wszyscy tutaj będą mieć wiele pytań do tego całego porywacza. Co do samej Nys i umacniania więzi małżeńskich, mam przeczucie że to by nie wyszło porywaczowi na zdrowie. - Oczywiście nie była pewna co Nys myśli o swoim zaaranżowanym małżeństwie ale na pewno chciała zobaczyć wyraz jej twarzy jak pozna swą narzeczoną.

    Slann
    Pan Koniecświacki powiedział.

    • To podobno bardzo miło i szlachetna niewiasta, dlatego bawię się że Panna Nys Raczej nie byłaby Sroga wobec podrywacza.
      Ramiel oraz Eleril zaczęły kaszleć.
    • On miałby szczęście, jeśli ktokolwiek mógłby rozpoznać po wszystkim jego zwłoki. Chociaż też nie byłby główną A tak się wesela, albo może raczej jego egzekucja. - powiedziała Ramiel.
    • Jak to mówią, De Leone zawsze spłacają swoje długi. - Gadała Eleril, jej siostra popatrzyła na nich z naganą, a Grimm wydawała się Zdezorientowana!

    Rodryg
    Elphira też pozwoliła sobie na odkaszlnięcie słysząc stwierdzenie o Nys i komentarze reszty.

    • Cóż Nys tutaj nie ma więc rozwiązanie tej sprawy jest w naszych rękach. Ma może pan jakieś podejrzenia kto może stać za porwaniem ? Jakiś związek z ostatnimi wydarzeniami ? - Spytała choć raczej nie liczyła na konkretną odpowiedź zważając okoliczności.

    Slann
    Pan Koniecświack zastanowił się przez chwilę, a potem powiedział.

    • No wiesz to chyba bardzo z tamtą umową którą zawarliśmy… Widać jednak naprawdę chcą zdobyć Runę.
      -[i] Czy to znaczy że spotkamy tego kota człowieka który zaatakował tamtą wioskę szczuro ludzi? Mi się wydawało, że on był trochę mądrzejszy.

    Rodryg

    • Ta we wspomnieniu zdawał się bardziej bezwzględny i wyrachowany… może to ktoś z jego rodziny ? - Palnęła nie przekonana do tego że porywacz może być tą samą osobą co zamordowała Szczepana Ogonowicza w czasie ich gościny u Piskiewiczów. Przy okazji może przetestuje kostur który jej sprezentowali w podzięce za pomoc w obronie ich domu.
    • Coś mi tu nie gra… może to jakiś podstęp gdzie udaje głupszego i bardziej niekompetentnego byśmy były nieostrożne ?
      Wciąż spodziewała się podstępu lub zasadzki na miejscu a to mógł być tylko wybieg by uśpić ich czujność.

    Slann
    Ramiel Wzruszyła ramionami i powiedziała.

    • Wiesz, może to rodzeństwo albo coś takiego… Jak wszyscy wiemy rodzeństwa bywają bardzo różne… - Bardka popatrzyła znacząco na obydwie diablice…

    Rodryg

    • Ta nie musisz mi tego mówić. Nie zmienia faktu że wolę być ostrożna zważając że może się to skończyć nieprzyjemnie, zwłaszcza jeśli ma kogoś bardziej kompetentnego do pomocy. - Odpowiedziała, dobrze byłoby się przygotować do tej konfrontacji lub przynajmniej zorientować się w terenie.

    Elphira rozumiała zaniepokojenie Karendis sytuacja była dość osobliwa, szkoda że Koniecświacki nie raczył wspomnieć o tym wcześniej. No ale raczej nie było jak się wycofać zwłaszcza że -Jak funkcjonuje ? Chyba u wszystkich jest podobnie z życiem w związku bez ślubu ? Jak jest u elfów ? Czy pytasz o Ustalav ? To chyba zależy od hrabstwa no i zawsze znajdą się obrońcy moralności i przyzwoitości którzy będą kręcić nosem. - Odparła na pytanie Eleril która wyraźnie zainteresowała się tematem. ~***~ Elphira zastanawiała się czy Stadnicki podejmuje tak wszystkich swoich gości czy tylko tych na których chce wywrzeć odpowiednie wrażenie. Ubiór służby był dość “specyficzny” w sensie odkrywał więcej ciała niż zakrywał, nie była pewna czy był to gust gospodarza na codzień czy jego pomysł na tą okazję. Podobnie nie była pewna co myśleć o szkielecie, czy była to norma czy też jego córka próbowała się popisać przed gośćmi. -Glosicielkę ładu ? To dość osobliwy tytuł, zastanawiam się jakie historie pan słyszał o mojej osobie. niestety sama w sumie nie wiem wiele o panu.
  • KrakovK

    Na Bachanalia Fantastyczne udało mi się dotrzeć po raz pierwszy - ta Zielona Góra jest jednak daleko i bardzo nie po drodze. I to jest największa wada tego konwentu (nie tylko moim zdaniem, ten argument się powtarzał w rozmowach). Poza tym było przyzwoicie i pod względem organizacji i programu. Impreza odbywa się na kampusie Uniwersytetu Zielonogórskiego, w trzech budynkach ale położonych rzut beretem od siebie. Do tego trochę terenów zielonych, na których w sobotę było parę ogólnodostępnych atrakcji w ramach Pikniku Rodzinnego i sporych rozmiarów ogrzewany namiot pełniący rolę Klubu Konwentowego. Zwłaszcza ten ostatni jest czymś co wyróżnia tę imprezę. Zwykle bowiem konwent ma swoją Knajpę Konwentową, a jej rolę pełni jakiś najbliższy pub (albo dwa). Przy czterocyfrowej liczbie uczestników nie ma szans by wszyscy się zmieścili w jednym lokalu, więc zwykle ludzie w mniejszych grupkach rozłażą się po okolicy. Tutaj takim miejscem integracji był wspomniany namiot (i jego okolice) dzięki czemu większość konwentowiczów mogła się bawić w jednym miejscu. Minus był oczywiście taki, że gwar rozmów chwilami utrudniał komunikowanie się i najlepiej gadało się na zewnątrz. Niemniej samą koncepcję szanuję.

    Sam konwent wyróżnia się jeszcze tym, że średnia wieku uczestników jest jakby wyższa niż na innych imprezach. Ma to swoje odzwierciedlenie w programie - niby jest jakiś blok mangi i anime, ale raczej nieduży. "Anime dziewczynek" i cosplayerów praktycznie nie widać. Sporo za to dorosłych ludzi, którzy najwyraźniej przyjeźdżają tu od lat i robią to może nawet bardziej dla spotkania znajomych twarzy niż dla programu. To ostatnie pewnie dodatkowo wzmocnił fakt, że tegoroczne BF-y były też Polconem.

    Motywem przewodnim tegorocznych Bachanaliów była fantastyka rodem z Francji, ale muszę przyznać, że związane z tym punkty programu jakoś nie trafiły do mojego harmonogramu. Zajrzałem tylko na wystawę francuskiego komiksu. Drugim ważnym elementem wydarzenia były obchody różnego rodzaju rocznic. Czterdziesta edycja Bachanaliów, czterdziesty Polcon, 25-lecie ZSFP (Związku Stowarzyszeń Fandom Polski) i 250 lat polskiej fantastyki. No sporo się nazbierało.

    Najciekawsze punkty programu, na których byłem?

    • Postapo po japońsku. Dlaczego koniec świata nie zawsze jest tragedią?
      Krótki przegląd japońskich komiksów, które dotykają w jakiś sposób tematu postapokalipsy, ale robią to w inny sposób niż Mad Max czy Fallout. Zamiast walki o przetrwanie więcej w nich melancholii, szukania normalności na gruzach świata. Choć były też i mroczniejsze przykłady.

    • Dlaczego Fantasy jest głupie?
      Wspólnie z prelegentem przyglądaliśmy się różnego rodzaju absurdom i nielogicznym rozwiązaniom wszechobecnym w fantasy, dzięki którym ten podgatunek dorobił się łatki "tej głupszej / mniej poważnej fantastyki" w porównaniu z SF. Wbrew tytułowi nie chodziło wyłącznie o darcie łacha z fantasy, było całkiem merytorycznie.

    • Biskupi-piraci z Wyspy Man
      Dwie opowieści o dwóch postaciach, których dzieliły setki lat, ale łączyło zamiłowanie do piractwa i to, że obaj skończyli jako biskupi na zależnej od Korony Brytyjskiej wyspie Man. Kawałek historii, o której nie miałem pojęcia. Do tego trochę o samej wyspie Man, Celtach i tamtejszych zwyczajach. Jak irlandzka tradycja, by z okazji Samhain (Halloween) podpalać dom swojego władcy...

    Gala Rozdania Nagród im Janusza A. Zajdla
    Należą jej się dwa słowa. Z jednej strony zorganizowana w bardzo fajnym miejscu, bo w Planetarium Wenus. W pewnej odległości od kampusu, na którym odbywał się sam konwent, ale były ogarnięte autobusy, dzięki którym każdy mógł się tam dostać bez problemu. Na samą galę wszyscy wchodzili po czerwonym dywanie, co było miłym akcentem. Niestety sama gala była jedną z gorszych na jakich byłem. Pozbawiona zupełnie części artystycznej (być może przez to, że poza Nagrodami Zajdla było też parę innych rzeczy do rozdania i gości zabierających głos, więc nie było sensu dodatkowo przedłużać), za to z dwojgiem prowadzących, którzy bardzo próbowali być zabawni, ale efekty były odwrotnie proporcjonalne do wysiłków.

    Podsumowując:
    Fajny konwent i przyzwoity Polcon, ale raczej nieprędko tam wrócę. Po prostu jest dużo imprez, które są bliżej i dojazd jest przyjemniejszy. Ale jak nie macie do Zielonej Góry tak daleko jak ja to polecam 🙂

    P.S. Mieli takie ładne Gwiezdne Wrota 🙂
    df6ea008-42ca-47fe-96b1-f3ffde241110-image.jpeg


  • KetharianK

    text alternatywny


    WRECKER’S POINT


    Tydzień temu Cubicle 7 wypuściło cyfrową wersję dodatku do WFRP 5ed “Wrecker’s Point”, razem z możliwością preorderu wersji fizycznej. Podręcznik poświęcony jest słabo zaludnionej części prowincji Nordlandu, uchodzącej za najbardziej wysunięte na północ terytorium Imperium. Oblewany lodowatymi wodami Morza Szponów, graniczący z niedostępnymi dla ludzi lasami Laurelornu na południu i trzęsawiskami Pustkowi na zachodzie, Przylądek Wraków łączy z resztą Imperium jedynie wąski pas wybrzeża na wschodzie. Życie w tej srogiej krainie jest pełne wyzwań i zagrożeń ze strony kapryśnej pogody, rabusiów wraków, rosnących w siłę goblinów i żądnych krwi norsmeńskich najeźdźców. Władza rodu van der Kratt wydaje się chwilami iluzoryczna, a budujący garnizon Nordlandu w zaściankowym Dunkelkiefer ambitny generał von Emmerhuld może jedynie pomarzyć o przekroczeniu granic Marienburga, bacznie obserwowany na każdym kroku przez szpiegów Dyrektoratu - i tylko napływający z Salzenmundu ulrykańsci osadnicy wydają się cieszyć z możliwości zamieszkania w tym zapomnianym przez cywilizację miejscu.

    96-stronicowy dodatek zawiera następującą treść:

    • Historię Przylądka Wraków od czasów pierwszych kolonii elfów w zamierzchłej przeszłości poprzez znamienne w skutkach przybycie równie starożytnego wędrownika z dalekiego południa po powtarzające się najazdy barbarzyńców z Norski i wreszcie burzliwe czasy obecne;

    • Szczegółowy opis czterech największych osad wraz z ich mapami i szczegółowymi informacjami na temat znaczących mieszkańców;

    • Przewodnik po torfowiskach, jeziorach, rzekach, wyspach, lasach i ruinach Przylądka Wraków, w wielu przypadkach wzbogacony o fabularne zahaczki oraz lokalny bestiariusz;

    • Prezentację imperialnych przywódców krainy, ich relacji z dworem elektorskim w Salzenmund oraz planów wobec Przylądka;

    • Opis elfów z północnych krańców Laurelornu, ich enklawy, postaci Kai Fanmaris oraz relacji Eonirów z ludzkimi sąsiadami;

    • Opis Reavazów, goblińskiego plemienia naśladującego z powodzeniem ludzkich piratów i grasującego nie tylko na lądzie, ale i na pełnych raf wodach wokół Przylądka;

    • The Threshold of Dominion, scenariusz pozwalający wprowadzić na Przylądek drużynę ścigających zuchwałego złodzieja bohaterów, nieświadomych jeszcze istnienia upiorów tamtejszej przeszłości, które tylko czekają na to, aż jakiś głupiec przywoła je do życia.


    text alternatywny


    Tyle oficjalnego opisu, teraz kilka słów komentarza prywatnego. Generalnie jestem zadowolony z tego dodatku, podoba mi się jego zawartość i mam już w głowie kilka pomysłów na sesję w tym miejscu - ale zdaję sobie sprawę z tego, że jestem zagorzałym fanem Starego Świata i żądny nowości najpewniej nie jestem w stanie zachować obiektywizmu. Wiem, że istnieją liczni gracze/MG, których odstręczają szczegółowe prezentacje świata, bo wolą poruszać się w obszarze nakreślonym w ograniczony sposób, co daje im swobodę światotworzenia - szanuję to, ale ja jestem zwolennikiem całkowicie odmiennego podejścia; lubię szczegółowo opisany świat, żeby móc w nim tworzyć dopasowaną do realiów opowieść bez konieczności wymyślania detali. “Wrecker’s Point” jest napisany dla osób takich jak ja, z mnóstwem nawet drobnych szczegółów, które same w sobie są kopalnią dalszych pomysłów. Całościowo, oceniam ten dodatek jako bardzo przyjemny sandbox z licznymi równoległymi wątkam fabularnymii: militaryzacja Przylądka w ramach operacji wytępienia goblinów, aktywność przemytników i wrakowników, klątwa rodu van der Kratt, intrygi szpiegowskie Marienburga, starożytna legenda o Pallidusie, napływ ulrykańskich osadników uciekających przed represjami ze strony dworu elektora Gaussera, zagrożenie ze strony kilku norsmeńskich plemion i jeszcze kilka innych wątków, których nie wymienię, a które warte są własnej przygody.

    Niemniej w trakcie lektury znalazłem kilka rzeczy, które mi się nie spodobały. Po pierwsze, sprawiający wrażenie zbędnego, a wciśniętego na siłę motyw dalekomorskiej armady Kitaju, która stoczyła na wodach opodal Przylądka bitwę z flotą Skaelingów. Według mnie fragment lore zupełnie niepotrzebny i nie pasujący do klimatu tego miejsca. Po drugie, brak wyobraźni autorów w temacie wojskowości. Podręcznik przedstawia “small army of Nordland” obozującą w Dunkelkiefer opisując jej liczne kompanie jako jednostki liczące po… 8-25 żołnierzy. Imperialny garnizon na Przylądku Wraków ma podjąć równorzędną walkę z dużym plemieniem goblinów, a także przygotować się do ofensywy na Pustkowie po marienburskiej stronie granicy, a tymczasem jego liczebność nie przekracza w całości 150 żołnierzy - to nie mała armia, tylko bida z nędzą, te cyfry wymagają zdroworozsądkowej korekty ze strony MG. I po trzecie, mapa całego Przylądka. Jestem wielkim fanem map w stylu zaprezentowanym w materiałach 4ed dla regionu Ubersreiku, tych stworzonych w bardziej współczesny nowoczesny i bardzo czytelny sposób, który chyba się jednak nie przyjął w C7 - efektem czego nie jestem zadowolony z mapy z niniejszego dodatku, chociaż na pewno przypadnie ona do gustu miłośnikom kartografii w stylu zamierzchłym

    Tak czy owak, będzie grane, to już przesądzone.

    text alternatywny


    @Ketharian napisał: nie jestem zadowolony z mapy z niniejszego dodatku, chociaż na pewno przypadnie ona do gustu miłośnikom kartografii w stylu zamierzchłym Nie wiem do jakiego zamierzchłego stylu nawiązujesz, ale mapy z tego dodatku nie przypominają mi zamierzchłych wydań młotka. Są jakimś novum raczej.
  • The_OnlyT

    Jak w tytule, temat przeznaczony na komentarze dot. sesji.
    Pierwszy post zawiśnie dzisiaj. Pozdrawiam!


    No widzisz, Zir, już nic nie musisz robić! Obsługa załatwiła wszystko za Ciebie!
  • The_OnlyT

    O trzech takich, co nie chcieli zdechnąć

    You will be faced with many challenges throughout your lifetime, and the most difficult of these will be dealing with your fellow man.
    – Cameron, Fallout 2

    Wolf – Rozruch

    Najpierw ciemność, ale nie taka zwyczajna, nie ta, którą widzi się po zamknięciu oczu – zamiast tego głęboka, lepka pustka siedząca gdzieś pod czaszką, jakby ktoś zgasił świat od środka. Potem przyszło kliknięcie, suche i mechaniczne, jak przekaźnik łapiący styk, i coś zaczęło się budzić. Nie Wolf. Coś. Wzrok nie wrócił od razu; zamiast tego składał się kawałkami. Najpierw ziarno i śnieg, później ostre krawędzie, zarysy stali, plamy ciepła na zimnych ścianach. Mężczyzna leżał. Nie. To nie to słowo. Był przymocowany. Zamocowany? Metalowe obręcze trzymały tors, rozchylone żebra oplatały czarne przewody, spod skóry przebijało się nikłe pomarańczowe światło. „Pacjent” czuł spaloną izolację, własną krew i zapach środka odkażającego, którego nie wąchał od lat, może od czasu tej polowej lecznicy pod Vegas, gdzie Doc Ramirez wyciągał odłamki z brzucha Ryżego, pijany jak bela i śpiewający pod nosem coś o Kalifornii, choć nikt z nich nigdy tam nie był. Ryży śmiał się wtedy, że jak z tego wyjdzie, otworzy bar. Potem Wolf zobaczył jego twarz jeszcze raz, ale już inną. Zakrwawioną, nieruchomą, pół czaszki w błocie. Obraz zniknął. Zastąpiła go Maggie z karabinem przewieszonym przez ramię, Steve rechoczący przy ognisku, manierka zmieniająca ręce. Miejsca i ludzie tracili ostrość. Mieszali się ze sobą. Płonący konwój. Zawalona stacja benzynowa. Nocny posterunek, z którego nikt poza Wolfem nie wrócił. Piwnica. Tak, piwnica została dłużej. Ściany. Huk. Zdrada. Strzały. Czyjś głos. Własne ręce coraz cięższe. Ten moment, w którym ciało nagle przestało go słuchać.

    Natłok migawek uleciał, stłamszony nagłym szarpnięciem. Nad klatką piersiową mężczyzny poruszyło się cienkie mechaniczne ramię, segmentowane jak odnóże owada. Wycofało się powoli, prawie ostrożnie. Zaraz potem pojawił się głos – płaski i bezbarwny, nie z głośnika, tylko gdzieś w głowie: Częściowa rekonstrukcja zakończona. Oznaczenie jednostki: brak. Przydatność operacyjna: prawdopodobna. Dopiero teraz mężczyzna zauważył, że brakowało mu lewego oka. Prawe łapało ostrość. Wolf spróbował nabrać powietrza i coś rozerwało mu się pod żebrami z mokrym, paskudnym szarpnięciem. Ból przyszedł natychmiast, potężny i znajomy, ale po chwili coś go „ściszyło”. Nie usunęło… raczej odłożyło na bok jak komunikat, którym będzie można (trzeba?) zająć się później. Wtedy dotarło do niego, że nie znajdował już tam, gdzie zginął. Tak, zginął. Nie bał się tej myśli. Wokół ciągnęło się wnętrze jakiejś maszyny. Pojazdu? Częściowo zasypanego piaskiem pół warsztatu, pół rzeźni. Coś go znalazło. Zabrało. Uznało, że jeszcze się nadawał...

    text alternatywny

    Na chwilę oddalił się myślami od tej abstrakcyjnej sceny. Próbował sobie przypomnieć, ile razy już powinien był nie żyć. Mina pod Tucson. Szarpanina o paliwo, kiedy nóż wszedł pod żebra. Tamta noc, gdy jako oddział mieli upilnować magazynu do świtu, chociaż po drugiej stronie kanału zadrutowanego bydła było ze trzy razy więcej. Właściwie to prawie po każdej durnej robocie, którą Earl nazywał „łatwym zarobkiem”, a która kończyła się świstem kul, krwią i kimś, kogo później trzeba było zakopać płytko, bo ziemia była za twarda. Losowe twarze z przeszłości znowu zaczęły migać mu pod powiekami. Jedna po drugiej, czasem wyraźne, czasem rozmazane, niemal symboliczne: krzywy uśmiech, papieros, zmęczone oczy, czyjś głos mówiący „jeszcze kawałek?”. Nie wiedział, ilu z nich wciąż żyło. Czy ten sukinsyn, Big Steve, przeżył? Jakby w odpowiedzi na to pytanie, na skraju pola widzenia Wolfa pojawił się szereg zielonych symboli. Niczym komenda wprowadzona do jakiegoś na wpół zezłomowanego posterunkowego terminalu. PRIORYTET DRUGORZĘDNY: BIG STEVE. Zaraz potem wszystko zadrżało. Maszyna zajęczała. Piach zaczął bić o płaty metalu na zewnątrz. W oddali rozległ się pomruk silnika, potem drugi. Może trzeci? Ktoś zmierzał w jego stronę. Ale ten sam ktoś nie wiedział, że trup właśnie usiadł. Wilk umarł w piwnicy – przynajmniej tak powinno być. To, co otworzyło oko na pustyni, miało jego pamięć. Jego blizny, jego złość i zaskakująco długą listę niedokończonych spraw. Na tę chwilę musiało mu to wystarczyć.


    – To gadaj. – Wolf odwrócił się plecami do stołu i ruszył ku schowkowi, którego wcześniej nie zdążył otworzyć. Pozostawił więźnia sam na sam z własną wyobraźnią, podrygującym mechanicznym ramieniem i coraz cichszym buczeniem urządzeń budzących się wokół stołu. – Steve ma ludzi na północy! – rzucił za nim panicznie najemnik. – Zaopatrzone magazyny przy starej drodze! Mogę ci pokazać! Tylko zdejmij to gówno! Cyborg milczał. Przystanął przy zasuwie i przejechał palcami po jej krawędzi. Z bliska wyglądała gorzej, niż pamiętał. Nie tylko zaspawano ją od zewnątrz – ze szczelin na obrzeżach wychodziły jakieś czarne włókna wrośnięte w metal jak korzenie. Wolf sarknął, splunął i wsunął nóż w jeden z otworów. Zacisnął swoje metalowe łapsko na krawędzi niczym cholerny chwytak, a potem z całej siły szarpnął. To był… błąd. Nadal nie miał wyczucia. Schowek ustąpił natychmiast. Coś w środku puściło razem z metalem i wydało dźwięk bardziej przypominający rozrywaną tkankę niż pękającą uszczelkę. Wygięte wieko praktycznie przestrzeliło mu koło głowy, pokonało odległość między schowkiem a stołem operacyjnym i przygrzmociło w jeden z tlących się zielenią rejestratorów obok nogi najemnika. Ale ten nawet tego nie zauważył. Zestaw ostrzy, który właśnie wysunął się ze „Złotej Rączki”, pochłaniał całą jego uwagę. Jeśli facet chował jeszcze resztki jakiejś szczurzej odwagi, to te właśnie uleciały. – NIE, NIE, NIE, STARY, NO MÓWIĘ CI WSZYSTKO! – wrzasnął więzień. Wolf skrzywił się, jakby hałas przeszkadzał mu w pracy. – To mów szybciej – odparł niezobowiązująco Wolf, badając zawartość pudełka. Za plecami usłyszał pierwszy ostry syk metalu przesuwającego się po czymś twardszym od skóry. Ale była to kwestia drugorzędna wobec nowego znaleziska. To nie klasyfikowało się jako arsenał, przynajmniej nie w tradycyjnym sensie. W środku leżał uporządkowany zestaw elementów przeznaczonych dla ludzkiego – albo przynajmniej humanoidalnego – ciała. Segmenty matowo czarnego pancerza, kanciaste i dopasowane do kończyn oraz torsu, z drobnymi portami igłowymi po wewnętrznej stronie. Moduł optyczny, znacznie smuklejszy niż reflektor osadzony obecnie w jego oczodole. Jednostka przypominająca iniektor kręgosłupowy, z przewodami zakończonymi metalowymi igłami. I wreszcie krótki, brutalnie prosty kolec interfejsu, którego przeznaczenie nie pozostawiało wielkiego pola dla wyobraźni. Podstawa czaszki. Gdzie indziej niby miał wejść? Implant zareagował niemal natychmiast: PAKIET MODYFIKACYJNY: RAMA BOJOWA. OBECNA INSTALACJA NIEPEŁNA. POTENCJALNA ZGODNOŚĆ: WYSOKA. – Ha. Oczy-kurwa-wiście. Idź na całość, młody! Teraz nawet twoje druty będą odrutowane! – rzucił z przekąsem, na wpół do implantu, a na wpół do nieistniejącej publiki. Dopiero wtedy zauważył ciszę za plecami. Odwrócił się. Najemnik nadal leżał na stole, ale już się nie szarpał. Oddychał płytko, był rozluźniony, oczy miał zamknięte, a nad nim nieruchomo wisiało mechaniczne ramię. Sukinsyn zemdlał. Po chwili podwieszone u sufitu ustrojstwo obróciło się w stronę Wolfa. PRZETWARZANIE: WSTRZYMANE. KOLEJNY PODMIOT PRIORYTETOWY: DOSTĘPNY. Cyborg odnotował komunikat wyświetlony w swoim polu widzenia i przeniósł wzrok z niego na zawartość schowka. Pancerz. Lepsza optyka. Cały zestaw zabawek, których jeszcze nie tak dawno nie chciałby nawet dotknąć. A jego dawni kumple z Posterunku? Odprawiliby nad tym szajsem cholerne egzorcyzmy! Ale on w tym momencie rozważał zgarnięcie Kikuta ze stołu i ułożenie się na nim samemu…