Przejdź do treści
  • Krzyk Pustki

    Rozgrywka
    35
    6 Głosy
    35 Posty
    574 Wyświetlenia
    PiołunP
    Elias siedział przy stole z kubkiem kawy w dłoniach, o ile dało się to nazwać kawą. Miał zniesmaczoną minę, jakby ta „przemysłowa ciecz” ledwo przechodziła mu przez gardło. Automat pokładowy Kardashiana wyprodukował coś czarnego, gorzkiego i rozwodnionego. Kofeinową abominację. No cóż, abominacja czy nie, będzie musiała wystarczyć. Po takim czasie w lodówce taka lura i tak była lepsza od tego świństwa, którym zalewali ich w hypersnie. Ostrożnie uniósł kubek do ust, powąchał, skrzywił się i dolał do środka odrobinę z piersiówki, zasłaniając naczynie ręką dla niepoznaki, mając nadzieję, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Jakaś jego cząstka wiedziała jednak, że wszyscy wiedzą, tylko po prostu mają to w dupie albo postanowili mu odpuścić z racji wieku i jego wszczepów. – Teraz przynajmniej ma jakieś właściwości odkażające – mruknął bardziej do siebie niż do Nadii czy Joshuy. Wciąż czuł pod skórą resztki hypersnu. Mięśnie były miękkie, gardło drapało, a syntezator w krtani czasem łapał drobne zakłócenie, zostawiając w jego głosie metaliczny pogłos. Oddychał już równiej, ale nie ufał temu. Własnym płucom ufał mniej więcej tak samo jak raportom kwartalnym korporacji. Z konieczności. Nigdy z przekonania. Kiedy Hannigan wszedł do mesy razem z O’Collanem i Kalashnikovem, Crowe podniósł wzrok znad kubka. Nie trzeba było być geniuszem, żeby wiedzieć, jak się sprawy mają. Kapitan wyglądał jak dyplomata szykujący się do przekazania kurewsko kiepskich wieści. Davy standardowo emanował energią, której Elias nie rozumiał, a Siergiej wyglądał jak Siergiej. Rosjanie byli przyzwyczajeni do faktu, że zawsze coś może się spierdolić i niespecjalnie wpływało to na ich osobę. Elias nie odezwał się. Pił kawę małymi łykami i słuchał, wyławiając najważniejsze fakty. Sygnał SOS był autentyczny. Chodziło o kapsułę ratunkową. Jednostką był USS Bleinert, którego nazwa nic mu nie mówiła. Brak odpowiedzi. A to oznaczało, że za około cztery godziny będą po ręce w gównie. Świetnie. Westchnął przez nos. A więc jednak. Nie awaria wewnętrzna, nie fałszywe przebudzenie. Ktoś tam, w pustce kosmosu, miał problem i był to ten najgorszy rodzaj problemu, bo prawo, procedury oraz resztki ludzkiej przyzwoitości, które chcąc nie chcąc jeszcze posiadał, natychmiast robiły z niego problem wspólny. Jego problem. Na wzmiankę o napromieniowanej chmurze gruzu, pyłu i gazu za zaopatrzeniowcem Crowe uniósł głowę odrobinę wyżej. W jego twarzy nie pojawił się entuzjazm. Raczej coś gorszego. Zainteresowanie specjalisty. Kiedy kapitan zwrócił się do niego bezpośrednio, odstawił kubek. – Przyjąłem, kapitanie – powiedział zachrypniętym, nierównym głosem. – Moduł górniczy, spektroskopy wydobywcze. Skład gazów, pyłów, izotopy, rozrzut, temperatura resztkowa – wymienił na głos, by lepiej to sobie utrwalić. Taką miał metodę. Było nie było, był staruszkiem i trzeba było używać sztuczek mnemonicznych, żeby nie wypaść blado przy reszcie ekipy. – Sprawdzę, czy to wygląda na zderzenie, eksplozję, awarię reaktora, czy chodzi o jakieś inne gówno. Przez chwilę bębnił palcami po kubku. Potem zerknął w stronę Delilah, kiedy ta zaczęła mówić o polisie, promieniowaniu i odpowiedzialności. Nie był fanem jej stylu wysławiania się. Ogólnie nie lubił ludzi z korporacji, ale coś w tej całej gadce o promieniowaniu miało sens. W końcu siołom radiacyjnym nie robiło różnicy, kto jest kim. Równo rozdawały chorobę popromienną między korporacyjną księżniczkę, kapitana, pilota i starego, zdezelowanego toksykologa z piersiówką w kieszeni. – Pani le Fey ma rację co do jednego – odezwał się po chwili, nie podnosząc głosu. – Nie chciałbym dodawać do listy moich drinków koktajli antyradiacyjnych. Są trochę zbyt mdłe jak na mój gust i źle mieszają się z alkoholem. – pozwolił sobie na żart. – W raporcie końcowym ocenię skalę ryzyka. Spojrzał jeszcze krótko na Holta, kiedy ochroniarz zaczął mówić o broni i niepewnych elementach. Elias nie miał w tej kwestii nic do skomentowania. Każdy miał na tym statku jakąś rolę, a pewność siebie, tak ważna, kiedy leci się przez pustkę w wielkiej metalowej skrzyni, wymagała wiary w coś istotnego, najczęściej związanego właśnie z tą rolą. On sam wierzył w swoją zdrową paranoję i sprawdzanie odczytów, toteż zazwyczaj milczał, gdy inni prawili o tym, co jest najważniejsze. Wzdrygnął się, kiedy Chaplin wskoczył na stół. Kot miał minę, jakby był właścicielem statku, który tylko chwilowo toleruje obecność personelu. Elias spojrzał na niego nieprzychylnie, kiedy ten przeszedł obok jego kubka i prawie strącił ogonem jego lurę. Może to była tylko kawowa abominacja, ale to była jego kawowa abominacja, no i wlał do niej trochę swojego specyfiku, który nie mógł się przecież zmarnować. – Sio, futrzasty demonie – mruknął. – Idź drażnić innych poważnych naukowców. Kot oczywiście nie odpowiedział, co w innych warunkach czyniłoby go jednym z bardziej pożądanych rozmówców w mesie. Po odprawie Crowe podniósł się powoli. Coś strzyknęło mu w kolanie, coś zapiekło w płucach. Jego ciało od dawna było jak źle poskładana maszyneria, w której zapalała się jedna czerwona kontrolka po drugiej. Ile jeszcze da radę tak latać? Chyba czas pomyśleć o jakiejś emeryturze. Zignorował ból i pociągnął łyk kawy z prądem. Miał swoje lekarstwo, a teraz naprawdę nie było czasu na negocjacje z własnym ciałem. Kiedy dotrą do celu, zadba o zdrowie. Zabrał kubek, wsunął do kieszeni mały analizator, poprawił kołnierz kitla i ruszył w stronę wyjścia. [image: YhXgmC9.png] Korytarze Kardashiana były już żywsze niż zaraz po wybudzeniu. Wentylatory pracowały równiej, światła przeszły w standardowy tryb, a z głębi kadłuba dochodził niski pomruk dobrze działających systemów. Elias szedł wolno, ale bez wahania. W jednej dłoni trzymał kubek z kawą, drugą przesuwał czasem po ścianie, jakby czytał statek przez drgania poszycia. Ludzie na starej Ziemi chodzili tak czasem wśród żywopłotów, gładząc liście. Może był to jakiś odruch zakodowany w pamięci komórek? Kabina modułu górniczego przywitała go chłodem i zapachem starego smaru. Rzędy paneli diagnostycznych, stanowiska analizy próbek, konsole spektroskopów i górniczych skanerów składu zajmowały większość pomieszczenia. Normalnie ten sprzęt służył do odróżniania rudy od bezwartościowej kosmicznej skały. Dzisiaj miał być lupą detektywa i pomóc im zrozumieć, co się stało. Crowe usiadł przy głównej konsoli, przetarł rękawem ekran i stuknął palcem w panel aktywacyjny. – Opiekunie – powiedział. – Przekieruj na stanowisko górnicze pełny pakiet sensorów dotyczący napromieniowanej chmury za USS Bleinert. Najpierw surowe dane. Jak będę chciał, żebyś coś podsumował, powiem ci. To była ważna dyrektywa, którą zazwyczaj kończył każde zdanie, gdy współpracował z komputerem. W przeciwnym wypadku ten podawał mu wszystko na srebrnej tacy, robiąc z niego idiotę. [image: Pc28dzi.jpeg] Konsola zamrugała. – Chcę widmo gazów, pyłu, metali, izotopów, promieniowanie, wektory rozrzutu, temperaturę resztkową i wszystko, co da się wyciągnąć z Fermi, Chandry oraz spektroskopów wydobywczych. Osobno stabilne pierwiastki, osobno produkty rozpadu, osobno związki organiczne, jeśli cokolwiek takiego jeszcze tam pływa. Przez moment obracał w palcach dymogryza. Nie zapalił. Jeszcze nie. Wsunął go tylko między zęby i w skupieniu mielił wargami końcówkę. – Drugi zakres to kapsuła ratunkowa. Pełny skan powierzchni, gęstości, śladów chemicznych i termicznych, kiedy tylko wejdzie w sensowną rozdzielczość. Interesują mnie materiały wybuchowe, paliwa, utleniacze, aerozole, nieszczelności, skażenia, anomalie masy i wszystko, co nie pasuje do standardowego modelu puszeczki, która nam tam lata. Kiedy skończył wydawać szereg komend, oparł łokcie o blat i nachylił się nad konsolą. Pierwsze linie danych zaczęły pełznąć po ekranie. Odpalił fajkę i patrzył na ciągi znaków mrugające zielonkawym światłem. Wypuścił małą mgiełkę dymu, która zaraz została wessana przez systemy wentylacyjne. Pociągnął łyk kawy, skrzywił się i odstawił kubek obok panelu. – No dobra – mruknął. – Pokaż, co tam masz, kotku.
  • 21 dni Kwarantanny

    Rozgrywka
    18
    3
    4 Głosy
    18 Posty
    307 Wyświetlenia
    Arthur FleckA
    Michał czuł się jak duch włóczący się bez celu po szklanym więzieniu. Sieć - jego jedyne okno na świat - milczała. Z uporem maniaka co chwilę odświeżał X-a i Wykop i choć serwisy były zbieraniną foliarzy i antyszczepionkowców o dziwo tym razem nie znalazł żadnego punktu zaczepienia, żadnych faktów ani nawet niepotwierdzonych plotek. Dowiedział się jedynie, że Darpol to nie jedyny budynek w stolicy, który został objęty kwarantanną a służby medyczne zostały postawione w stan najwyższej gotowości. W końcu odpalił Facebooka i to był błąd, kurewski błąd. Ekran wyświetlił mu to, czego bał się najbardziej. Ola z noworodkiem i jej uśmiechnięty mąż, trzymający ją w objęciach. Zdjęcie uderzyło go prosto w splot słoneczny i przypomniało, że jest już tylko wrakiem, bez żadnego powodu by trzymać się na powierzchni. Na odwyku przekonywali go, że najgorsze już za nim. Że ma dopiero trzydzieści osiem lat i wystarczająco dużo czasu, żeby poskładać ten burdel do kupy. Że każdy dzień w trzeźwości to czysta karta. Ale Michał wiedział, że to tylko naiwne pieprzenie dla ludzi, którzy potrzebują tanich pocieszeń. Pod skórą czuł, że nie ma dla niego ratunku i nie czeka go już nic dobrego. Bo wszystko co dobre zdążył już przeżyć a potem to zniszczyć. W głowie usłyszał melodię która będzie mu towarzyszyć już chyba do końca jego dni. Ta dziewczyna, którą miałem Chciała w życiu tylko mnie Teraz z innym jest na stałe Każdy kocha tak jak chce Na chwiejnych nogach pomaszerował prosto do męskiego kibla. Odkręcił kran i przechlapał twarz zimną wodą gapiąc się w lustrze na swoje zmęczone odbicie. Mózg nałogowca zaczął podrzucać mu pomysły. Gdzie w tym biurowcu dyrektorzy trzymają koniak? Na którym piętrze znajdzie piersiówkę w szufladzie biurka? Gdzieś tu musiał być alkohol. Gdziekolwiek. O ile wszystko byłoby prostsze gdyby się po prostu znieczulił, przestał się przejmować i zastanawiać. Niech inni się martwią, on nic nie jest winien światu. Przestań kurwa, przestań. Trzeźwy Michał przebił się przez żałosne podszepty pijaka. Uniósł pięść gotowy wymierzyć cios prosto w taflę lustra, z której gapiła się na niego udręczona dusza, Tantal umierający z pragnienia, uwięziony w piekle trzeźwości. Powstrzymał się w ostatniej chwili. Przetarł papierem mokrą twarz i wrócił na korytarz. Odświeżył X, potem Wykop, potem znów X. Na Facebooka zabrakło mu odwagi. Po czternastej usłyszał komunikat z radiowęzła i zjechał windą na dół. Lobby wyglądało jak mrowisko. Policjanci w maskach i rękawiczkach rozdawali z palet foliówki z jakimś gównianym prowiantem, a korposzczury ustawiali się w coraz dłuższym ogonku. Michał zmarszczył czoło. Zbijanie się w stado na tak małej przestrzeni, kiedy w budynku mógł krążyć nieznany patogen to samobójstwo. Wystarczyło jedno kaszlnięcie w tej kolejce, żeby cała ta prewencja straciła sens. Nie zamierzał do nich dołączać. Ruszył korytarzem w drugą stronę. Stał tam podświetlony automat z przekąskami. Medyk wsadził dłoń do kieszeni kurtki, szukając drobnych. Wygrzebał pognieciony paragon i dwie pięciozłotówki. Wrzucił monetę w wąską szczelinę i wcisnął przycisk z numerem przypisanym do Snickersa. Skoro o alkoholu mógł na razie zapomnieć to chociaż nafaszeruje się cukrem. Sprężyna za szybą drgnęła. Przesunęła batonik do przodu, ten zsunął się z krawędzi, ale zamiast wpaść do podajnika, zaklinował się między szybą a metalową półką. -Co jest kurwa? Uderzył otwartą dłonią w pleksiglas, ale baton ani drgnał. Już miał chwycić automat oburącz i nim szarpnąć kiedy nagle obok niego pojawiła się Wiktoria Wrońska.
  • Serce tajgi [Zew Cthulhu]

    Rozgrywka sercetajgi
    89
    2
    3 Głosy
    89 Posty
    2k Wyświetlenia
    GordianG
    JOHN I WALTER Riksze wiozące całą grupę do hotelu ruszają pośpiesznie ulicami Yokohamy. Żadne z was nie doświadczyło nigdy czegoś podobnego. Pojazd ciągnięty przez człowieka wydaje się być czymś pomiędzy taksówką a... wyjątkowo ponurym żartem. Siedząc na niewielkim siedzeniu, podczas gdy przed wami drobnym truchtem biegł ciągnący was mężczyzna, trudno było pozbyć się uczucia niezręczności. Sam i Rosa wyglądali tak, jakby właśnie zobaczyli kogoś, kto rozdeptał małemu dziecku zamek z piasku na plaży. Mruknęli coś o "nieludzkim kapitalizmie" i zdecydowali się iść na pieszo, rzucając gniewne spojrzenia na całą resztę. "Pałkarze" zdawali się jednak nie mieć podobnych rozterek... No ja pierdolę, że te żółtki samochodu na oczy nie widziały, to się domyślałem, ale że ludzi zamiast koni używają... - zarechotał Biggy, rozsiadając się tak, że jego rikszarz aż obejrzał się na niego z niepokojem. U nas z czarnuchami tak powinni zrobić. Przynajmniej do czegoś się przydadzą... Tylko jak cię wywali, to będzie twoja wina - mruknął Franny z pewnym niepokojem. Zamknij japę, Franny, i podziwiaj widoki! - odpowiedział mu beztrosko Biggy. A widoki rzeczywiście były warte uwagi. Im dalej od portu, Yokohama zaczęła coraz bardziej przypominać miejsce, które mogliście sobie wyobrażać, myśląc o Japonii. Nie dało się tego porównać z żadnym amerykańskim miastem. Ulice były wąskie, budynki dość niskie. Właściwie nie było tu budynków wielopiętrowych, o wieżowcach już nie wspominając. Ren opowiadał wam, że tutejsze budownictwo tak wygląda, ponieważ Japonia bardzo często doświadcza trzęsień ziemi. Nad waszymi głowami wisiały pionowe szyldy pokryte znakami, które wydawały się dla was być niczym skomplikowane wzory, jakieś dzieła sztuki. Co kilka przecznic pojawiały się niewielkie kapliczki, bramy torii albo kamienne posążki, zapewne jakichś bóstw, stojące zwyczajnie pomiędzy sklepami i warsztatami. Miasto pachniało inaczej. Nie był to smród benzyny i dymu z fabryk, do którego przywykliście w Kalifornii. Tutaj w powietrzu mieszały się zapachy ryb, gotowanego ryżu, węgla drzewnego, herbaty i czegoś słodkiego, czego żadne z was nie potrafiło nazwać. Co chwilę mijaliście uliczne stragany, na których sprzedawcy przygotowywali jedzenie na oczach klientów, nakładając je z wysokich garnków, z których buchała gęsta para. Gdzieś obok starsza kobieta sprzedawała wachlarze, a kilka metrów dalej mały chłopiec siedział na małym dywaniku na ziemi i naprawiał sandały ludziom, którzy podeszli. Wielu przechodniów odwracało głowy w waszym kierunku. Patrzyli zwłaszcza na Biggy'ego. Trudno było się dziwić - nawet w Ameryce był człowiekiem zwracającym uwagę, ale tutaj... musiał wyglądać zupełnie jak przybysz z innej planety. Zwróciliście uwagę też na to, że było tu niepokojąco dużo ludzi w mundurach. Pojawiali się właściwie wszędzie, niemal na każdej ulicy, idąc w kilkuosobowych grupach. Co prawda nie zachowywali się w żaden sposób agresywnie, ale ich obecność była stała i oczywista. Ludzie reagowali na nich dość odruchowo, bez słowa ustępując im z drogi i kłaniając się nisko. Minęliście również szkołę, do której właśnie szła prowadzona przez starszą kobietę grupka dzieci. Recytowali jakiś wierszyk, a kiedy obok nich pojawiła się grupka żołnierzy, wszyscy natychmiast zesztywnieli. Dla większości z was wyglądało to niewinnie, ale Walter, który był na froncie Wielkiej Wojny i widział już podobne obrazki, przeżył niespodziewane deja vu. W końcu zabudowa zaczęła się zmieniać. Coraz gęściej pojawiały się budynki w stylu zachodnim, z szerokimi oknami, ceglanymi elewacjami i szyldami w języku angielskim, niemieckim i francuskim. No, kurwa, wreszcie cywilizacja! - oznajmił Biggy z ulgą. Powiedział człowiek, który parę chwil temu próbował gwizdnąć ośmiornicę od ulicznego handlarza... - odpowiedział mu Franny. Bo wyglądała zajebiście! - zaśmiał się Biggy. Riksze zwolniły, a przed wami piętrzył się hotel. Dość wysoki jak na tutejsze standardy budynek z jasnej cegły i kamienia wyróżniał się z okolicznej zabudowy. Nad wejściem wisiał elegancki szyld z napisem zarówno po angielsku, jak i po japońsku (dzięki czemu każdy z obecnych zdobywa +k10 japońskiego). Przed drzwiami stał portier w eleganckim i idealnie skrojonym mundurze, który powitał was na wejściu po angielsku. Dzień dobry, mieli państwo rezerwację? - spytał, kłaniając się. Tak, tak... - odpowiedział profesor, grzebiąc w kieszeniach, aż w końcu wyjął z niej małą karteczkę i podał portierowi. Ten spojrzał na nią, kiwnął głową i uśmiechnął się. - Zapraszam - otworzył drzwi. Ja pierdolę... - wydyszał jakby z lekkim niedowierzaniem Biggy, stojąc nadal na środku ulicy. Co? - spytał Franny. Chyba pierwszy raz w życiu będę spał gdzieś, gdzie nie ma szczurów... Jeszcze nie widziałeś pokoju, więc nie ciesz się za szybko - odrzekł Red. Właśnie dlatego powiedziałem "chyba"... Franny prychnął pod nosem. Podobno w takich miejscach dają darmowe ręczniki. Jeśli będą też tutaj, to zabieram dwa... Tylko dwa? - spytał Biggy, z wyczuwalną pewną kpiną w głosie. Nie jestem zachłanny - odpowiedział spokojnie Franny. Przekroczyliście próg hotelu i niemal natychmiast poczuliście się nieswojo: wysoki sufit, polerowana drewniana podłoga, miękki dywan, mosiężne lampki, wiszące lustra, zapach palonej kawy i drogich cygar... Wszystko to wydawało się dla was, prostych ludzi z Kalifornii lub Alaski, czymś jeszcze bardziej egzotycznym, niż sama Japonia. Nawet Sam i Rosa, kiedy was dogonili, wydawali się być mniej pewni siebie, niż zwykle. I oto kolejny przejaw kultury kapitalizmu, lub raczej jej braku. Bogacze opływają w luksusy, popalając cygara, a biedni muszą ciągnąć riksze... - Rosa nie mogła się powstrzymać od komentarza. Razem z Samem i trochę zagubionym Natem stanęli na progu i stwierdzili, że nie spędzą nocy w takim miejscu. Ale to wszystko jest już opłacone! - zdenerwował się Chance. Trudno - odpowiedział stanowczo Sam. - To twój problem, jeśli wolisz wydawać pieniądze na wyzyskiwaczy klasy robotniczej. Ale my nie weźmiemy w tym udziału. Będziemy spać na ulicy lub w noclegowni, gdziekolwiek gdzie nie będziemy przez to wspierać wyzysku. I wyszli. Chance stał przez chwilę w miejscu, wpatrzony w drzwi, którymi trzasnął Sam, ale w końcu wzruszył ramionami. On jeden zresztą zdawał się nie być nijak speszony tym miejscem. Podszedł do recepcji i w kilka minut załatwił formalności. No dobrze, moi drodzy - powiedział wyraźnie ucieszony. - Pokoje są gotowe - odrzekł i przystąpił do rozdawania kluczy. - Wszystkie dwuosobowe. Panienki oczywiście razem, dam im klucze później. Panie Carter, proszę klucz, będzie pan z panem Watanabe, kiedy ten wróci. Pan Murdock... z panem... Frannym? A pan Red z panem Biggym. O nie, kurwa! - wysyczał Biggy. Co "nie"? - zdenerwował się Red. Bo będziesz chrapał! Ja nie chrapię! Jak to, kurwa, nie? Chrapiesz jak silnik tamtego statku! - wyglądali, jakby zaraz mieli się pobić. No dobrze, dobrze, to niech będzie pan Ticky z panem Biggym, a pan Red ze mną. Może być? - starał się uspokoić sytuację Chance. Ci tylko spojrzeli po sobie i wzruszyli ramionami. - Doskonale! No, to rozgośćcie się, odpocznijcie, umyjcie się i nie zapomnijcie o tym, że wieczorem idziemy na przyjęcie! No, a ponieważ udało mi się wynegocjować zwrot za tamtą trójkę - oznajmił z dumą - proponuję, żebyśmy spotkali się za godzinę lub dwie na lunchu. Tu, w hotelowej restauracji. Posiedzimy sobie, zagramy w karty, a wieczorem przyjęcie. A jutro... wrócimy do poszukiwania Nakamury - uśmiechnął się szeroko i odszedł w kierunku pokoju, najwidoczniej przekonany, że właśnie rozwiązał wszystkie problemy. REN Podczas gdy reszta grupy udała się do hotelu lub na zakupy, Ren postanowił na chwilę odłączyć się od pozostałych. W przeciwieństwie do większości towarzyszy nie czuł się tutaj zagubiony, wręcz przeciwnie - po raz pierwszy od lat czuł się jak w domu. Niemniej, Jokohama była nieco inna, niż ją zapamiętał. Z jednej strony pełna dźwięków i zapachów z dzieciństwa, z drugiej - bardziej zatłoczona i nerwowa. Na wielu budynkach wisiały flagi, na ulicach widział mnóstwo żołnierzy. Miasto żyło swoim rytmem, ale oprócz tego było w nim coś jeszcze. Coś nieco bardziej obcego. Najpierw jednak należało się zająć sprawami praktycznymi. Amerykańskie dolary były tutaj użyteczne tylko w określonych miejscach i określonych kręgach. A jeśli grupa miała spędzić w Japonii więcej niż kilka godzin, potrzebowała jenów. A skoro i tak musiał znaleźć kantor, być może przy okazji uda się dowiedzieć czegoś więcej. Profesor Chance najwyraźniej zamierzał szukać Kazuo Nakamury, pokazując jego fotografię przypadkowym przechodniom. Ren podejrzewał, że istnieją skuteczniejsze metody. Poprawił kołnierz płaszcza i ruszył w głąb miasta, pozostawiając za sobą hotel, grupę i ich coraz bardziej chaotyczną ekspedycję. Przed nim rozciągała się Jokohama — ogromna, głośna i pełna ludzi. A gdzieś pośród nich być może znajdował się pierwszy ślad prowadzący do człowieka, którego szukali.
  • Kartoteka

    Przeniesiony Materiały
    4
    0 Głosy
    4 Posty
    159 Wyświetlenia
    SindarinS
    Bohaterowie niezależni - Przestępcza Piątka Z akt Alestaira Saint-Cyran Scrimshaw, zwany Kościanym Gargulcem lub Kościejem [image: 1779358146870-gargoyle-kopia.png] Gargulec Pochodzenie: Droaam Wiek: 47 lat Cechy szczególne: Skóra barwy kości słoniowej (rodzaj bielactwa?) Skazany za: - Wielokrotne morderstwa - Zniszczenia infrastruktury - Terroryzm Zabójca na zlecenie - żadnej z 23 potwierdzonych ofiar nie zabił, cytując, “za darmochę”. Morderstwa wydaje się traktować jak sport i powód do dumy w przypadku wyjątkowo udanych. Nie jest powiązany z żadnymi zorganizowanymi grupami, pracuje dla tych, którzy płacą, bez wybrzydzania. Powtarzalny sposób działania, celne strzały z ukrycia w miejscu publicznym, w ciągu dnia. Wywoływana tym panika sprawiała mu ogromną przyjemność, a do tego ułatwia ucieczkę. Udało się go złapać dopiero po prowokacji z Quelltrai w roli przynęty. Taklinn Soldorak [image: 1779358160160-taklinn-kopia.png] Krasnolud Pochodzenie: Mror Wiek: niepewny, przynajmniej 130 lat Cechy szczególne: Widoczny symbiot dłoni i oka Skazani za: - Przemyt - Porwania - Znaczne uszkodzenia ciała - Morderstwa Jeśli miałbym kogokolwiek nazwać mianem szalonego naukowca, to właśnie ich. Chorobliwa fascynacja istotami zwanymi daelkyrami wzięła się pewnie z długiej historii walk z klanem Soldorak, ale coś wymknęło się spod kontroli zdrowego rozsądku. Klan milczy w ich sprawie, próby zdobycia informacji spełzły na niczym. Przemyt nielegalnych substancji do Sharn był tylko wstępem do porwań w celu przeprowadzania odrażających eksperymentów na inteligentnych istotach - biorąc pod uwagę to, co zastałem w laboratorium w Trybach, ci którzy ich nie przeżyli mieli szczęście. Efekty tych udanych widać gołym okiem, a dzięki licznym symbiotom są znacznie niebezpieczniejsi niż może się wydawać. Gersi Ir’Cannith [image: 1779358191951-gersi-kopia.png] Człowiek Pochodzenie: Cyre Wiek: 35 lat Cechy szczególne: brak Skazana za: - Okaleczenia - Kradzieźe - Niszczenie mienia Domu Dawna pracownica Kuźni Stworzenia w Whitehearth - udało jej się przetrwać Dzień Żałoby, obecnie wypadła z łask Domu Cannith. Sympatyczna i wygadana, intrygująca rozmówczyni, aż ciężko uwierzyć, że odpowiada za poważne i permanentne okaleczenie przynajmniej ósemki zbrojnokutych. Wedle jej słów, stworzenie ich jako istot z duszą było poważnym błędem i sprowadziło zagładę na Cyre, a ona nie pozwoli, by ten kataklizm uderzył też w Sharn. Jedynym rozwiązaniem jest odebranie im dusz, czyli umysłu i wolnej woli. Dom Cannith oficjalnie odciął się od jakichkolwiek powiązań z nią dopiero gdy niemal zniszczyła jeden z ich zakładów produkcyjnych. Dupki. Mange [image: 1779358219965-mange.png] Lykan Pochodzenie: Sharn Wiek: 29 lat Cechy szczególne: tatuaże na dłoniach, blizna pod okiem, wydatne kły Skazany za: - Kierowanie grupą przestępczą - Wymuszenia - Pobicia - Morderstwa - Bezczeszczenie zwłok Zaczynał jako mięśniak do wynajęcia, wyrabiając sobie reputację na tyle paskudną, że szybko przyciągnął do siebie grupę równie nieprzyjemnych typów. Przez dobre kilka miesięcy trzęśli sporym kawałem Trybów, wprowadzając tam istne prawo dżungli. Albo podporządkowywałeś się Mange’owi, albo w najlepszym razie kończyłeś poturbowany z połamanymi nogami. Jeśli byłeś konkurentem albo nieostrożnym strażnikiem miejskim, mogłeś skończyć pożarty. Dosłownie. Klan Boromar i Kościół Srebrnego Płomienia byli równie zainteresowani próbami ujęcia go, co zdarza się wyjątkowo rzadko. Gdyby mi się nie udało, pewnie skończyłoby się lokalną krucjatą. Wampir z Northedge [image: 1779358261111-wampir-kopia.png] Khoravar Pochodzenie: Nieznane Wiek: Nieznany, najpewniej poniżej setki Cechy szczególne: skaryfikacje pokrywające całe ciało Skazany za: - Wielokrotne morderstwa ze szczególnym okrucieństwem - Dewastacja obiektów religijnych - Bezczeszczenie zwłok Absolutny szaleniec - jest przekonany, że jest dziedzicem Znamienia Śmierci i mesjaszem Krwi Vol, który udowodni, że nieśmiertelność można uzyskać poprzez krew. Chwila rozmowy wystarcza, żeby mieć pewność o jego kompletnej niepoczytalności, i żeby chcieć wyszorować sobie mózg w ługu. Nie udało się z niego wyciągnąć nawet informacji odnośnie imienia czy pochodzenia, wydawał się nie przejmować tak prozaicznymi rzeczami. Zabił niemal tuzin osób różnych ras, a każde morderstwo poprzedzał wielodniowymi torturami - zwłoki rozwieszał w świątyniach w Northedge, kompletnie pozbawione krwi, która to z kolei służyła mu za farbę do “ozdabiania” tych przybytków. Zdolny sangwimanta, odniosłem wrażenie, że te skaryfikacje mają realny wpływ na jego fizyczną formę.
  • Podsumowania listy życzeń

    Przypięty Zablokowany Sondy
    2
    4 Głosy
    2 Posty
    107 Wyświetlenia
    SindarinS
    Maj 2026 D&D (1) Harry Potter / Hogwart (3) Tales from the Loop (1) Autorskie fantasy (1) Warhammer 2ed (1) Kryształy Czasu (1) Gasnące Słońca (1, o ile Bonifacy poprowadzi) Dowolny horror SF (1) Degenesis (1) Cyberpunk (ale nie RED) (1) Aberrant (1)
  • Serce tajgi [Zew Cthulhu] - komentarze

    Komentarze sercetajgi
    156
    1 Głosy
    156 Posty
    2k Wyświetlenia
    GordianG
    no to brakuje nam tylko deklaracji @elvis co dokładnie robi
  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2

    Rozgrywka
    68
    4 Głosy
    68 Posty
    2k Wyświetlenia
    eToE
    Hazar słysząc ostrzeżenie nie próżnował tylko brał się do roboty. - Szwar… - rzekł półtonem aby zwrócić na siebie uwagę problematycznego górnika. Jednocześnie głownię młota położył na swoim drugim ramieniu tak aby mieć dłoń na tyle blisko brody żeby położyć palec wskazujący na ustach. Pokazując górnikowi gestem aby był cicho i się pilnował patrzył mu jednocześnie prosto w oczy. Następnie spokojnie, aby wydawać jak najmniej dźwięków, wziął przykład z paladyna przemieszczając się w dogodne miejsce do obrony, zasłonił się tarczą będąc w defensywnej postawie i gotowości do dalszego działania w miarę potrzeb.
  • Powitania, pożegnania i powroty

    Hydepark
    150
    5 Głosy
    150 Posty
    2k Wyświetlenia
    JhnWJ
    @erivan cześć! Skąd Cię do nas przywiało? Planujesz poszukać sesja jako gracz czy coś poprowadzić?
  • Bohaterowie niezależni

    Materiały
    4
    0 Głosy
    4 Posty
    63 Wyświetlenia
    PiołunP
    [image: BPnksEN.png] Elsbeth Kappel Rasa: człowiek Wiek: około trzydziestu lat Profesja: Karczmarka Wygląd: Dość atrakcyjna kobieta o bystrych oczach i mocnych dłoniach, które nie bały się w życiu ciężkiej pracy. Jest wyraźnie młodsza od męża, co we wsi pewnie bywało już tematem niejednej plotki. Nosi prostą suknię, fartuch i chustę narzuconą na ramiona. Unosi się za nią zapach dymu, cebuli oraz wszelkiej maści ziół, które dodaje do potraw. Porusza się po gospodzie pewnie i szybko, co najmniej jakby pracowała tam od paru lat. Charakter: Praktyczna, przenikliwa i znacznie bardziej opanowana od męża. Potrafi być uprzejma, nawet zalotna, ale tylko, gdy mąż nie patrzy. Lepiej niż Kappel rozumie ludzi i szybciej wyczuwa niebezpieczeństwo. W gospodzie trzyma wiele spraw w ryzach, choć pozwala mężowi udawać, że to on rządzi.
  • Rolltelling poleca: Tryb Hardkor

    Przypięte do 31.08.2026, 14:40 Zablokowany Twórczość
    1
    1
    3 Głosy
    1 Posty
    39 Wyświetlenia
    AdministratorA
    Z przyjemnością chcielibyśmy poinformować, iż Rolltelling objął patronatem medialnym powieść Tryb Hardkor aktorstwa Michała Zientka. [image: 1780497409381-e84dff8c-35e0-4c31-a690-12bf22b7c208-image.jpeg] Zapraszamy do podróży w fascynujące połączenie klimatów znanych chociażby z Ready Player One wraz z cyberpunkowymi inspiracjami, a wszystko to podane w pierwszoosobowej narracji gdzie dynamika akcji płynie w sposób niemal filmowy... Jeśli myśląc o filmie mamy na myśli przerywnik z gry AAA. Więcej informacji oraz darmowy fragment znajdziecie tutaj: Facebook
  • Mapki i szkice

    Materiały
    2
    0 Głosy
    2 Posty
    25 Wyświetlenia
    PiołunP
    Dodatkowo mapka karczmy dla rozeznania, z podziałem na piętra. [image: PSYcqzH.jpeg]
  • Dama w opałach

    Przeniesiony Twórczość
    47
    1
    0 Głosy
    47 Posty
    468 Wyświetlenia
    DeklineD
    Masz szczęście że ja też. Dopiero przeczytałem. Jest dobrze
  • Daggerheart: Serce Wieczności - komentarze

    Komentarze
    109
    0 Głosy
    109 Posty
    1k Wyświetlenia
    MarrrtM
    @Pan-Elf napisał: @slann22 nie czekaj, można lecieć dalej "Lecieć" powiadasz:) Raczej "czym prędzej odlatywać";D
  • Tryb hardkor

    Twórczość
    4
    3 Głosy
    4 Posty
    82 Wyświetlenia
    MikeM
    Fragment powieści dostępny do czytania https://www.facebook.com/profile.php?id=61590585744247
  • Kultyści - Lato 2519

    Rozgrywka import
    319
    1 Głosy
    319 Posty
    2k Wyświetlenia
    ZellZ
    Heinrich, Lilly, Dorna, Raisa Żeby być szczerym Heinrich nie przepadał za miłym nurglitom miejscom, ani za tą całą akcją z obślizgłymi robalami, ale jednocześnie rozumiał, że jest ona konieczna i do realizacji celów jemu koniecznych, tak więc chcąc nie chcąc przyszedł do tej wylęgarni. Interesowało go po prawdzie jedynie poznać ich opinię na temat misy, jaka w końcu przedstawiała ich pieszczoszki. - Widzę, że rozrosła się hodowla. - odezwał się swoim chrapliwym głosem - Z ciekawości: czym je karmicie? - Czerwie to zwykle nie jedzą. Szukają miejsca a potem zaczynają wytwarzać kokon. Dorosłe muchy pijął wodę z miodem. Miód je wabi. Ale po trochu są magiczne więc nie odczuwają tak głodu i pragnienia tak jak żywe stworzenia. - Jędza ostatni raz spojrzała na ogromne czerwie w pudle i wskazała gestem na sąsiednie skrzynie i kosze w jakich były te wyraźnie mniejsze. Reprezentowały różne stadia, od samych robali, przez nieruchome kokony aż po coś pośredniego. Podeszła do klatek w jakich zwykle trzymano małe zwierzęta jak króliki, kury czy kaczki. W nich brzęczały albo czyściły skrzydełka muchy. Jedne wielkości mewy albo kota inne małego psa. Wewnątrz widać było miski z wodą i rozcieńczonym miodem. Raisa z dumą prezentowała to wszystko niczym gospodarz swoją hodowlę. Chętnie pozwalała oglądać gościowi to wszystko. Dorna trzymała się nieco z tyłu, nie ingerując bezpośrednio w rozmowę. - Ostatnie sny dużo o waszych pupilkach mi sugerują. - Heinrich wyciągnął na ręku zamówioną miskę - Zamówiłem to u garncarki, po jakiej chodzą czerwie z gliny. Pomyślałem, że może wam przypadnie do gustu i będzie przydatne. Nawet Fabienne możliwie też sobie takie zamówi. - O. Ładna. - Raisa zaczęła oglądać podaną jej misę. Wzięła ją w swoje sękate, spracowane dłonie jakie wydawały się tak szare, że wiecznie brudne. Przesunęła palcami po falistych żłobieniach jakie przypominały wijące się czerwie. Pogładziła dłonią za rączki uformowane jako dwa, tłuste robaki. - To jest ładne. Można te nasze dzieci poczuć pod własną dłonią. - Podniosła głowę i uśmiechnęła się z zadowoleniem do byłego łowcy czarownic. - I to mówisz, jakaś garncarka dla ciebie zrobiła? - Wydawała się zaciekawiona pochodzeniem naczynia. W końcu odstawiła je na stół ale jeszcze się przyglądała. - Hmm… - Nagle zmrużyła oczy i jeszcze raz zaczęła dotykać różnych fragmentów naczynia. Na twarzy wyszedł jej wyraz skupienia. - Ciekawe. Nieco zaburza Eter. Ale słabo. Jakby stało obok magicznego przedmiotu albo ktoś blisko jakiś czar rzucił. - Przyznała z zafascynowaniem. I jeszcze raz puściła przedmiot gdy widocznie uznała, że już nic więcej się o nim nie dowie. Teraz podeszła do niego Dorna i zaczęła go z ciekawością oglądać. - Można by w nim przenosić czerwie. - Zaproponowała podnosząc głowę na rozmawiającą dwójkę. - Tak, można by. Może i lady Fabienne też by zamówiła. Ona jest taka plugawa. Mimo swojego ślicznego wyglądu. No i urodziła nam najdorodniejsze czerwie jakie dotąd mamy! Zasługuje aby ją jakoś nagrodzić. I zasiać ponownie. Niech rodzi. Potrzebujemy jak najwięcej much a czas ucieka. Im więcej będziemy ich mieć w godzinie gniewu tym silniejszy będzie nas atak. - Wiedźma pokiwała swoją szarą, rozczochraną głową i w bretońskiej szlachciance widziała głównie cenną nosicielkę czerwi z jakich miały się wykluć muchy. - A ta garncarka jak ma takie zwinne ręce to też przydatna. Można u niej więcej takich mis zamówić. Dla nas, dla Fabienne, dla naszych potrzeb. I ciekawie, że akurat te czerwie tak jej dobrze wychodzą. Bardzo podobne do naszych. Sam zobacz. - Po chwilowej zmianie tematu, wróciła do rozmowy o młodej rzemieśniczce. Wróciła do skrzyń i schyliła się aby wyjąć jednego z czerwi. Wróciła z nim do misy i przyłożyła do rączki. Ten gliniany robak i ten żywy, wyglądały bardzo podobnie. Tylko ten z rączki był brązowy i się nie ruszał. - Może przypadek. A może ona też jakoś czuje zew którejś z Sióstr. - Starucha pokiwała głową na znak, że warto to rozważyć. - Zauważyłem jakieś zaburzenia eteru. - przyznał po chwili - W tej pracowni, ale... Nie byłem w stanie ani dokładniej zlokalizować, ani czegoś więcej z nich się dowiedzieć. - No tak. Nie wiem zbyt dokładnie, zaburzenia są dość słabe. Albo słabe było u źródła albo minęło wiele czasu. Ale są. Ta dziewczyna albo umie używać mocy albo ma jakiś obdarzony mocą przedmiot. Może i dlatego jest podatna na zew Sióstr. Takie ładne robaki robi to pewnie nie jest przypadek. - Starucha pokiwała swoją rozczochraną głową, na znak, że dostrzega w tym pewną ciekawą zbieżność. Heinrich, Petra i Fabienne - Och, oczywiście że wszystko dobrze, bardzo miło was widzieć! - Heinrich wyglądał naprawdę na zadowolonego z wizyty - Zapraszam, zapraszam! - powiedział przesuwając się z wejścia i pozwalając kobietom pierwszym wkroczyć w progi - To naprawdę świetna okazja, że do mnie już teraz zawitałyście, szlachetne panie! Obie szlachcianki z pogodnymi uśmiechami na swoich uroczych twarzach, weszły do mieszkania. Bretonka zachowywała się jakby była tu pierwszy raz a nie zaledwie kilka dzwonów temu z samego rana. Petra starała się nie rozglądać zbyt nachalnie ale i tak nie mogła powstrzymać naturalnego odruchu, aby się nie rozejrzeć przelotnie tu czy tam. Postawiła koszyk z łakociami na stole i posłała gospodarzowi uprzejmy uśmiech. - Oh to drobiazg. Rozmawiałyśmy z koleżankami i Fabienne wpadła na pomysł, że tą akcję wsparcia dla zasłużonych weteranów, można by zacząć od ciebie Heinrichu. - Petra wskazała na koleżankę, dbając jednocześnie aby przynajmniej oficjalnie nie wyszła jej inicjatywa z tą wizytą. Bladolica koleżanka bez mrugnięcia okiem pociągnęła dalej tą kulturalną wersję jaka pomagała młodszej zachować odpowiedni poziom reputacji. - Myślę, że Henri zasługuję aby go odpowiednio wesprzeć i potraktować. Któż inny jak nie taki dzielny oficer co tyle lat mężnie służył Imperium. Mam nadzieję, że teraz się nie rozgniewa i nas nie ukarze za zakłócanie mu spokoju nad morzem. Jeśli tak Heinri, to proszę, nie miej za złe Petrze ja z pokorą zniosę każdą reprymende. - Lady Fabienne nie traciła swojego bretońskiego akcentu jaki wśród szlachetnie urodzonych, często uchodził za pożądany, piękny i poetycki. A u niej był po prostu naturalny. Jej spojrzenie przybrało nieco ironicznej barwy gdy mówiła o tym gniewie i karaniu. Zwłaszcza jak się było świadkiem jej preferencji. Teraz jednak płynnie wchodziła w rolę przyzwoitki i starszej koleżanki wobec von Schneider. Blondynka tego podtekstu chyba nie wyłapała, bo spojrzała jeszcze na gospodarza jakby sprawdzała czy jednak nie są mu natrętne. Heinrich pokuśtykał do szafki ze szklankami by ustawić je przy miejscach zajętych przez kobiety. - Ależ oczywiście, że nie sprawiacie mi nieprzyjemności. Oby tylko moja osoba jej wam nie czyniła. - powiedział wyjmując kompot śliwkowy jaki ustawił na stole. Obie kobiety, skromnie usiadły przy stole i przyjęły podarunek od gospodarza. - Wyborny ten kompot Heinri. W sam raz na spieczone gardło. - Bretonka podziękowała za poczęstunek, jakby było nim wino z przednich piwnic jej ojczyzny. Blondynka poszła w jej ślady. - To prawda Heinrichu, w sam raz, a mi tak gardło spierzchło od tego rozmawiania. Fabi mówiła, że ona sama ma bardzo delikatne podniebienie ale ty potrafisz to docenić. Ja to aż jej zazdroszczę, też bym chciała mieć tak wyrafiowany gust jak ona. - Petra mówiła szybko i z wyraźną ekscytacją. Wskazała na swoją przyzwoitkę używając podobnych słów o jakich gospodarz rozmawiał z czarnowłosą dziś rano. Ta uśmiechnęła się wyrozumiale jakby słowa koleżanki sprawiły jej przyjemność. - Ja bardzo chętnie bym wam towarzyszyła. Ale niedługo będę musiała wrócić do powozu. Mówiłam ci Petro, mam parę listów do napisania. A cały dzień taki zajęty, że nie miałam kiedy do nich usiąść. - Szlachcianka zgrabnie przygotowała grunt do tego, że niedługo opuści pozostałą dwójkę. Heinrich pokiwał głową na zgodę. - Mam nadzieję Petro, że nie będzie dla ciebie nieprzyjemnością towarzyszyć kulawemu. - Alez skąd Heinrichu, to będzie dla mnie przyjemność móc zostać i posłuchać o wyczynach takiego bohatera Imperium. - Petra uśmiechnęła się promiennie do gospodarza. Fabienne także. Jednak Bretonka wstała i zwróciła się do nich obojga. - To ja niestety będę musiała was zostawić bo muszę napisać te listy co wam mówiłam. - I wciąż z uśmiechem, płynnie odwróciła do wyjścia z mieszkania. Heinrich jako gospodarz odprowadził Fabienne żegnając się z nią z zachowaniem szlacheckich zasad i dopiero po tym powrócił do Petry wpierw zgarniając ze stołu szklankę po swojej koleżance z kultu. - Zastanawiam się czy nie będę cię odciągał od twoich studiów. - Nie obawiaj się Heinrichu, nie mam dziś żadnych lekcji. Więc mogę całkowicie się poświęcić tobie i twoim historiom. Może wyciągnę z nich naukę jaką będę mogła użyć na lekcjach w akademii albo zaimponować moim koleżankom z kółka poetyckiego. - Blondynka uśmiechnęła się do gospodarza, dajac znać, że jest mu przychylna i widzi tą wizytę w kolorowych barwach. - Bardzo mi miło. Choć pamiętaj, że ja w marynarce nie byłem i w porównaniu do twojej wiedzy o artylerii moja o niej jest nikła. - Ja to rozumiem Heinrichu. Jeszcze trochę pamiętam Nuln. No i wiem, że marynarka to domena morskich wybrzeży a w głębi lądu to najwyżej rzekami statki pływają. No i nie każdy jest marynarzem albo artylerzystą. Ja to rozumiem Heinrichu. Ale pewnie i tak miałeś mnóstwo przygód zanim przybyłeś do nas aby odpocząć nad morzem. - Starannie ufryzowana blond głowa Petry, pokiwała się. I widać było, że jest gotowa na opowieści z głębi lądu. Jak tylko mogła, starała się uśmiechem i spojrzeniem zachęcić weterana do tych opowieści. Były Łowca Czarownic wykorzystał swoją wiedzę z czasów oficerskich przeplataną strzępkami najsoczystych i niebezpiecznych historii dotyczących walki z wrogami Imperium, jacy byli teraz jego kompanami. Wiedział jakie to ironiczne, ale postanowił dodawać smaczek nudnemu życiu żołnierza. Także doświadczenie składania grupy mającej wspomóc w walce z herezją i potrzeba czasem połknięcia własnej dumy tylko ku sklejeniu całości w naoliwioną maszynę. Zależało mu wywołać ekscytację w Petrze, a jednocześnie nie podawać jej zbyt dokładnych szczegółów jakie mogłyby pomóc zorientować się o jakich wydarzeniach tak naprawdę mówi. Młoda szlachcianka słuchała tych opowieści z zapartym tchem. Jakby Heinrich był profesjonalnym bardem albo pisarzem. Widać było, że może od początku panna von Schneider była mu przychylna ale w trakcie snucia tych historii, udało mu się rozbudzić jej ekscytację jeszcze bardziej. Siedziała przy stole wpatrzona w niego jak w obraz dzielnego obrońcy Imperium co stawiał czoła wielu niebezpieczeństwom. Nie wiadomo kiedy mijał pacierz za pacierzem. Gdzieś w międzyczasie musiał dolać jej kompotu do kubka ale to nie przeszkadzało im w rozmowie. Dość jednostronnej zresztą. Gdy Heinrich skończył widział zachwyt na twarzy Petry. - Oh Heinrichu, ty jesteś prawdziwym bohaterem Imperium! Prawdziwym obrońcą. - Rzekła z rozpromienionym wzrokiem. - Zasługujesz na naszą pomoc bardziej niż ktokolwiek inny. Nie zechciałbyś może opowiedzieć tych wspaniałych historii na naszym kółku poetyckim? - Była ciekawa czy nie wystąpiłby jako gość w gronie jej koleżanek z towarzystwa. O ile Heinrich wiedział to także Pirora, Fabienne i Soria brały udział w tych spotkaniach. Szczerze to Heinrich był zaskoczony, że tak dobrze mu poszło, jak de facto się nie przygotowywał. Może jeżeli na to spotkanie by właśnie przemyślał jakie wpleść kłamstewka byłoby także dobrze? - Oczywiście, oczywiście. - odpowiedział Petrze - O ile to nie odciągnie cię od twoich nauk jakie muszą być miłe twemu ojcu. Szybko pożegnał się z Petrą by nie przeciągać spotkania powyżej limitu czasu jaki był oczekiwany dla skromnej damy. Jeszcze przed odjazdem szlachcianek zasugerował Fabienne, że może następnego dnia zabrać ją do garncarki, dla której zaszczyt pracy dla Bretonki będzie prawdziwym szokiem.
  • Bastion 2521 - Walka o Ostland (Warhammer 2-ed)

    Komentarze
    16
    2 Głosy
    16 Posty
    258 Wyświetlenia
    CioldanC
    ja weekendy wyjazdowe i w porę nie ogarnąłem. Post poszedł i raczej wszystko jasne. "Świta Duivela" zostaje z regimentem, przydadzą im się dodatkowe osoby do pomocy. Chyba, że Kolesnikov chciałby zabrać elfki, to oczywiście pójdą, ale Duivel sam tego pomysłu nie rzuci.
  • Popiół i Śnieg

    Komentarze
    91
    0 Głosy
    91 Posty
    964 Wyświetlenia
    KetharianK
    To w takim razie dodam, że nie tylko GreK to robi i już zmykam!
  • Krzyk Pustki

    Materiały
    9
    2 Głosy
    9 Posty
    248 Wyświetlenia
    ReRebirthR
    [image: jg.jpg] Imię i nazwisko: Joshua Gleeson Wiek: 24 lata Profesja: inżynier Wprowadzenie: — Czyli nie zostaniesz? — Wiesz, że nie mogę. Młoda i ponętna czarnoskóra dziewczyna objęła go w pasie i przyległa do jego ciała, chcąc niewątpliwie utrudnić mu decyzję, którą musiał podjąć niemalże z przymusu. — Jak tylko sytuacja się poprawi obiecuję, że wrócę. — I co wtedy? Zaczniemy znów od nowa? - zapytała smutnym, depresyjnym tonem. — Nie wiem — odrzekł szczerze — Ale może po prostu odlecimy stąd i osiądziemy na jakiejś spokojnej, farmerskiej kolonii... Młoda dziewczyna puściła go i spojrzała z ukosa. — To czemu nie zabierzesz mnie teraz? Joshua westchnął. Jak najbardziej przeszło mu to przez myśl nie raz. Wiedział, że rozłąka nie będzie ani łatwa, ani krótka. Może gdyby udało się zdobyć odpowiednie papiery... Sytuację wyprostował niespodziewany gość, który od dobrej chwili najwyraźniej przyblokował automatyczne drzwi i oparty o framugę przysługiwał się ich ckliwemu rozstaniu. — Trochę za późno na to. Żeby skombinować takie papiery potrzeba dobrych kilku dni, a tobie czas kończy się za trzy godziny. — Enyo... Cholera, nie musiałeś. Wszystko mam ogarnięte. Ubrany w zbyt wąski frak i jeszcze bardziej niedopasowane spodnie typu rurki, blondas elegancik zawsze był pedantyczny i nieufny, ala charakter jego pracy premiował czujnych. —Transport? Papiery? Sprzęt? Papiery? Pampersy hibernacyjne? — Cholera Enyo... Że co, pampersy jakie? — Nieważne. Aerodyna będzie tu za dwie godziny. Mam też informację. Miko chce z tobą porozmawiać. Ciało Joshuy wyprostowało się jak porażone taserem. — Mi... Miko? Ale... Myślałem, że. — Że cię nienawidzi? — wtrąciła się dziewczyna —To prawda, ale mimo wszystko to twoja... — Gdzie chce się spotkać?! — wypalił nerwowym tonem — Czeka na zewnątrz — odparł ze spokojem Enyo, po czym rozłożył ręce i odszedł od śluzy. Ta zaczęła zamykać się powoli. Nie zdążyła. Joshua mimo kołatania schorowanego serca wiedział, że musi się z tym zmierzyć. Wziął głęboki oddech, zmrużył powieki i ruszył na miejsce spotkania. Wiedział, że każda minuta teraz to być może ta ostatnia szansa by nie został sam w całym kosmosie. Siedzieli teraz na dachu starego garażu dla transportowców. Przez dobre kilka minut milczeli. Ołowiane, zasnute toksycznymi chmurami niebo nad kolonią wydawało się cięższe i niższe niż zwykle. Miko kopnęła zardzewiały wentylator, posyłając go w dół ze stukotem, który echem rozszedł się po pustym zaułku. — Więc to tak? Znowu spierdalasz? — rzuciła w końcu, nie patrząc na niego. Jej głos był ostry jak krawędź blachy, ale Joshua znał ją zbyt dobrze, by nie wyłapać w nim żalu. — Miko, tłumaczyłem ci... To tylko na jakiś czas — zaczął szybko Joshua, uruchamiając swój stały, słowotokowy mechanizm obronny. — Podłapałem świetny kontrakt jako inżynier na frachtowcu. Zarobię trochę kredytów i wyciągnę nas z tego bagna. Przecież i tak zamykają tę dziurę. Każdy dzień tutaj to czekanie na wyrok, kiedy korporacja w końcu odetnie nam tlen i prąd. Dziewczyna prychnęła, krzyżując ręce na piersi. — Jasne. Kontrakt. Ty i twoje gładkie gadki. Myślisz, że jestem ślepa? Ten pośpiech, ten twój nowy elegancik Enyo... Słyszałam plotki, Josh. Żandarmeria węszy w sektorze. Ktoś odjebał oficera Colonial Marines. A ty akurat teraz, nagle, potrzebujesz nowej roboty, żeby na gwałt opuścić układ? Znowu się zajebałeś gównem? — Bzdury! — żachnął się, nie zwracając uwagi na wulgaryzmy, były dla niej typowe.— Po prostu... nie zgrałem się z wojskiem. Wylali mnie, bo nie pasowałem do ich zakuwanych w pancerze łbów. To wszystko. Chcę tylko naszej przyszłości, rozumiesz? Z dala od tego przeklętego pyłu. Zawsze miał gadane, ale Miko potrafiła przejrzeć go na wylot. Ta tylko potarła ramię, wpatrując się w mroczne majaki rdzewiejącej rafinerii. — Tego samego pyłu, który zabił matkę — powiedziała po chwili już spokojniej, ciszej, niemal do siebie. — Ty chcesz naszej przyszłości, a ja nawet nie wiem, czy ty masz jeszcze jakąkolwiek własną. Joshua westchnął ciężko i przysunął się do niej. Odruchowo potarł lewe przedramię — to samo, które ojciec złamał mu lata temu. Spojrzał na jej gładką, nieco pokrytą drobnymi bliznami twarz. — Wiesz... Zawsze dbaliśmy o siebie nawzajem. Od dzieciaka. Zobaczysz, ułoży się. — Ta... Ty dbałeś o mnie, a stary dbał o to, żebyś ty miał co wspominać — mruknęła cierpko, zerkając na bliznę tuż pod jego okiem. — Czasem myślę, że gdyby tamtego wieczoru pijany nie złamał ci tej ręki i prawie nie wybił oka, nigdy byśmy z tego patologicznego syfu nie uciekli. — Przynajmniej u sąsiada w warsztacie nie było bicia, tylko smar, kable i klucze francuskie — Joshua uśmiechnął się blado na wspomnienie ich dawnego azylu. — Bez narzędzi starego Connorsa nigdy nie nauczyłbym się majsterkować. Nie miałbym teraz fachu w ręku i nie miałbym szans na miejsce na tym statku. — I nie uciekałbyś teraz w kosmos — skwitowała bezlitośnie Miko, choć kącik jej ust minimalnie drgnął w górę. Przez chwilę znów zapadła cisza, przerywana jedynie odległym wyciem syren na niższych poziomach dogorywającej kolonii. Joshua postanowił zagrać odważniej, by ostatecznie rozładować napięcie. — Nie rób z siebie takiej bezbronnej ofiary, siostrzyczko. Nie zawsze ja musiałem zgrywać bohatera. Pamiętasz, co odwaliłaś z tym młodocianym gangiem z Sektora Gamma Cztery, jak mnie dorwali za stacją pomp? Miko wreszcie się uśmiechnęła, szeroko i drapieżnie. — Zaskoczyłam skurwieli, co? — Zaskoczyłaś?! — Joshua zaśmiał się szczerze, czując jak kamień spada mu z serca. — Rozebrałaś się do naga w środku brudnego zaułka! Stanęli jak wryci! Zanim zdołali podnieść szczęki z podłogi, ty już biegłaś prosto na terytorium chłopaków z Rdzawej Szajki, ciągnąc tych napalonych idiotów za sobą! — I wpadli prosto w ich łapy — dodała z satysfakcją, wyraźnie ożywiona wspomnieniem. — A my co zrobiliśmy? — Siedzieliśmy dokładnie tak jak teraz, na dachu — Joshua rozejrzał się z nostalgią. — Patrzyliśmy z góry, jak te dwa gangi nawzajem się wyżynają. Miko spojrzała mu prosto w oczy. Jej twarda, zadziorna maska na ten jeden, krótki moment całkowicie opadła. — Nie daj się tam zabić, Josh. Nieważne, co zrobiłeś i przed kim naprawdę uciekasz. Po prostu... nie daj się zabić. I jeśli faktycznie masz zamiar kiedyś wrócić, upewnij się, że masz obok siebie miejsce dla mnie. — Obiecuję, Młoda. Wyciągnę nas stąd oboje. Joshua wstał, wyciągając do niej rękę, którą uścisnęła z całych sił. Wiedział, że ją okłamuje, nie kłamał jednak w jednym — zamierzał przetrwać i po nią wrócić. USCS Kardashian Joshua jest najmłodszym stażem członkiem załogi USCS Kardashian. To jego pierwsza misja. Stara się nie wchodzić w konflikty i unikać zwracania na siebie uwagi. Niechętnie opowiada o sobie, choć gdy już zacznie gadać, może mówić długo i o wszystkim i niczym zarazem. Wedle danych pokładowych to utalentowany i certyfikowany przez Akademię Weyland-Yutani inżynier 2-go stopnia dla promów kosmicznych i lądowników. Ma także roczne szkolenie wojskowe w Colonial Marines, ale jest obecnie zwolniony ze służby. Jego hobby to majsterkowanie i kolekcjonowanie starych nośników audio. Nie lubi dymu z papierosów i gdy ktoś budzi go w środku nocy. Boi się kotów i utonięcia. Choruje na serce i musi brać stale leki.
  • [Monster of Week] Kraina zmierzchu

    Rozgrywka
    86
    1 Głosy
    86 Posty
    1k Wyświetlenia
    slann22S
    Mariusza problemy miłosne Mariusz wpatrywał się przez chwilę w Honoratę, położył głowę na blacie, a potem powiedział. - Ja tylko chciałem zarabiać na życie liczeniem, spotkać kogoś miłego kogo sam sobie wybiorę, i jeść codziennie owoce… Czemu wszystko musi być takie trudne! - Potem nagle sobie o czymś przypomniał i popatrzył na Honoratę smutnymi oczami i powiedział. - Udało mi się dowiedzieć gdzie są moje dokumenty, razem ze wszystkimi zabrał je syn Janusza.-* Specjalna misja Adama - Ona jest szalona! - Zawołała Zuzanna I wtedy roztaczając wokół siebie wyładowania elektryczne roomba rzuciła się na wilkołaka. Teraz robimy Ruch specjalny na Tough 10+ Odkurzacz zostaje zniszczony 7-9 Odkurzacz zostaje zniszczony ale Adam otrzymuje dwa obrażenia. 6- Odkurzacz zostaje zniszczony ale Adam otrzymuje dwa obrażenia i wywołuje pożar w mieszkaniu. Magiczna randka Klitka się zaśmiała i potem powiedziała. - Och nie! Jesteś bardzo szarmanckim człowiekiem! Może nie jak rycerz, ale trochę jak Robin Hood! Tylko, że jak ja się upiję, to po prostu mogę na przykład wyjść na dach i zacząć śpiewać piosenkę Gdybym był bogaty! - Wizyta dzieci Nieco przed randką nastał dzień, w którym Dzieci miały nocować u drużyny dzielnych łowców potworów. Przywieziono je o wpół do siódmej, najpierw była to pastor Jane z Żoną. Pastorka uśmiechnęła się do drużyny, ale jej żona, na osobności powiedziała. - Domyślam się, czym się zajmujecie jeśli mojej córce spadnie włosy z głowy to… - Niedługo potem Antoni Mirosławski przyprowadził swojego synka Tomka, przywitał ze swoją koleżanką. Potem dziewczynka pokazała książkę którą przyniosła nazywającą się Sceny z Życia Smoków. - To jest taka książka o smokach, które jedzą zupę ogórkową, jeden z nich gra na saksofonie, I w tym saksofonie mieszkał łysy pies, fioletowy kot i nietoperze! -
  • Funny Stafik

    Hydepark
    11
    0 Głosy
    11 Posty
    273 Wyświetlenia
    ZellZ
    [image: 1780083577348-image.png] Mood.