
Alicja Filipowicz

Świdrujący dźwięk alarmu wybudził Alicję ze snu. Z niechęcią przetarła oczy i z grymasem na twarzy spojrzała na grający zegarek. Ociężałym ruchem przydusiła przycisk na kwadratowym pudełku, by zatrzymać alarm, i jeszcze przez kilka minut leżała bezmyślnie, wpatrując się w plastikowe wskazówki leniwie przesuwające się po tarczy.
Miała dziwne wrażenie, że czas tego ranka płynął inaczej. Jakby się jej przyglądał.
To nie tak, że nie lubiła wstawać. I nie tak, że nie lubiła szkoły. Kiedy była dzieckiem, uwielbiała poranki - jak przez mgłę pamiętała leniwe śniadania przy jednym stole, z mamą, tatą i bratem. Do przedszkola, a potem do podstawówki chodziła chętnie. Lubiła się uczyć, lubiła spotykać przyjaciół.
Do czasu, aż wszystko to stało jej się zupełnie obojętne. Do czasu aż coś w niej - i wokół niej - zaczęło cicho pękać.
Przewróciła oczami i zebrała się z łóżka. Chwyciła dżinsy wiszące na oparciu krzesła, ze starej, drewnianej szafy wyciągnęła wieszak z białą, elegancką bluzką, z szuflady zabrała świeżą bieliznę i z tym zestawem pomaszerowała do łazienki.
W domu było pusto i cicho. Nie była to zwykła cisza poranka - raczej taka, która zdawała się zalegać w kątach i pod sufitem. Ojciec pewnie zabrał się do warsztatu jeszcze ze wschodem słońca, a jej brat - jeśli nie przymknęli go na noc - albo spał na melinie u jakiegoś kumpla, albo… Alicja nie kończyła tej myśli.
Dla niej oznaczało to jedno: święty spokój i łazienkę tylko dla siebie.
Zanim zeszła na parter, wróciła jeszcze na moment do swojego pokoju. Obwiązała wokół szyi czarny rzemyk, na który nawleczona była prosta, okrągła zawieszka z wyżłobionym kwiatem. Kiedy metal dotknął skóry, poczuła znajomy chłód. Na palce wsunęła kilka srebrnych pierścionków, a na ramiona narzuciła wytartą flanelową koszulę - na wypadek, gdyby było chłodniej, niż zapowiadali.
W kuchni nie czekało na nią śniadanie. Czekała pustka i cisza, przerywana jedynie monotonnym pomrukiem lodówki. Alicja wrzuciła do plecaka jabłko - jedyne, co znalazła i co nadawało się do jedzenia.
Znowu zapomniał o zakupach, pomyślała. Zanotowała w pamięci, żeby kupić coś po drodze. Na wypadek, gdyby ojciec znów zniknął w warsztacie na cały dzień, jakby dom był tylko przystankiem, a nie miejscem, do którego się wraca.
Przed wyjściem wepchnęła do plecaka trampki, a zamiast butów założyła stare, wytarte, ale wciąż zadziwiająco szybkie i sprawne wrotki. Niedbale przeczesała blond włosy i chwyciła za klamkę.
Gdy tylko znalazła się na świeżym powietrzu, wcisnęła „play” na walkmanie, jakby to był przycisk odcinający ją od świata. „Ready to Go” zespołu Republica rozbrzmiało w słuchawkach, kiedy ruszyła asfaltową drogą.
Minęła jakiegoś emeryta jadącego na rowerze.
Pewnie do kościoła, pomyślała, widząc jego zdziwioną minę, gdy mknęła obok na wrotkach. Przez chwilę odniosła wrażenie, że odwraca się za nią za długo, jakby chciał się upewnić, że naprawdę tam była.
Jechała z niebezpieczną prędkością i czuła, że żyje. Wiatr rozwiewał jej włosy, poły flanelowej koszuli powiewały swobodnie, a świat zwężał się do drogi przed nią i rytmu muzyki w słuchawkach.
Jazda pozwalała uciec - od natrętnych myśli, codziennych zmartwień, oczekiwań, konsekwencji, od beznadziejności, która ją otaczała.
Od wszystkiego, co wywróciło jej życie do góry nogami, kiedy jej matka ciężko zachorowała.
W drodze do szkoły prawie potrąciła jakiegoś ucznia idącego pieszo na rozpoczęcie roku. Nie była pewna, kto to był - zdążyła tylko zobaczyć rozmazaną twarz i szeroko otwarte oczy. Zanim zniknęła za zakrętem, odwróciła się i pokazała środkowy palec, krzycząc:
- Jak leziesz, niedorozwoju?!
Kiedy dotarła pod budynek swojej nowej szkoły - a zarazem nowego rozdziału w swoim życiu - przysiadła na moment na ławce.
Nie była zmęczona jazdą, ale zdecydowanie wygodniej ściągało się wrotki, siedząc. Minęło ją kilka znajomych twarzy, którym rzuciła zdawkowe „cześć”. Kiedyś te relacje coś znaczyły. Teraz były tylko echem. Kolejna rzecz na liście tych, na które miała po prostu-
- Wyjebane! - rzuciła, gdy zatrzymała się przy niej Klaudia Dobrowolska.
Chodziły razem do jednej klasy w podstawówce. Klaudia zawsze była nienagannie ubrana, dobrze się uczyła, a jej rodzice byli lekarzami. Pech chciał, że postanowiła podzielić się swoją nienaganną opinią na temat, według niej, nagannego stroju Alicji.
W odpowiedzi dostała gniewne spojrzenie i perfekcyjnie wyartykułowane przekleństwo.
Kiedy Klaudia się oddaliła, Alicja założyła z powrotem słuchawki. Flanelową koszulę ściągnęła i przewiązała w pasie, odsłaniając elegancką białą bluzkę kontrastującą z przetartymi dżinsami i trampkami. Przewinęła kasetę do początku.
„Ready to Go” popłynęło jeszcze raz.
Alicja ruszyła w stronę drzwi szkoły, na rozpoczęcie. Z muzyką w słuchawkach planowała kompletnie się odciąć i tylko czekała, by móc znowu założyć wrotki i odjechać.






