Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
PiołunP

Piołun

@Piołun
Informacje
Posty
86
Tematy
7
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias Crowe. Deklaracja 2. kolejki

    • chilowanie i odczyt danych przy kawce i fajeczce
    • przekazanie wyników kapitanowi
    Komentarze

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias siedział przy stole z kubkiem kawy w dłoniach, o ile dało się to nazwać kawą. Miał zniesmaczoną minę, jakby ta „przemysłowa ciecz” ledwo przechodziła mu przez gardło. Automat pokładowy Kardashiana wyprodukował coś czarnego, gorzkiego i rozwodnionego. Kofeinową abominację. No cóż, abominacja czy nie, będzie musiała wystarczyć. Po takim czasie w lodówce taka lura i tak była lepsza od tego świństwa, którym zalewali ich w hypersnie. Ostrożnie uniósł kubek do ust, powąchał, skrzywił się i dolał do środka odrobinę z piersiówki, zasłaniając naczynie ręką dla niepoznaki, mając nadzieję, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Jakaś jego cząstka wiedziała jednak, że wszyscy wiedzą, tylko po prostu mają to w dupie albo postanowili mu odpuścić z racji wieku i jego wszczepów.
    – Teraz przynajmniej ma jakieś właściwości odkażające – mruknął bardziej do siebie niż do Nadii czy Joshuy.

    Wciąż czuł pod skórą resztki hypersnu. Mięśnie były miękkie, gardło drapało, a syntezator w krtani czasem łapał drobne zakłócenie, zostawiając w jego głosie metaliczny pogłos. Oddychał już równiej, ale nie ufał temu. Własnym płucom ufał mniej więcej tak samo jak raportom kwartalnym korporacji. Z konieczności. Nigdy z przekonania.

    Kiedy Hannigan wszedł do mesy razem z O’Collanem i Kalashnikovem, Crowe podniósł wzrok znad kubka. Nie trzeba było być geniuszem, żeby wiedzieć, jak się sprawy mają. Kapitan wyglądał jak dyplomata szykujący się do przekazania kurewsko kiepskich wieści. Davy standardowo emanował energią, której Elias nie rozumiał, a Siergiej wyglądał jak Siergiej. Rosjanie byli przyzwyczajeni do faktu, że zawsze coś może się spierdolić i niespecjalnie wpływało to na ich osobę.

    Elias nie odezwał się. Pił kawę małymi łykami i słuchał, wyławiając najważniejsze fakty. Sygnał SOS był autentyczny. Chodziło o kapsułę ratunkową. Jednostką był USS Bleinert, którego nazwa nic mu nie mówiła. Brak odpowiedzi. A to oznaczało, że za około cztery godziny będą po ręce w gównie. Świetnie. Westchnął przez nos. A więc jednak. Nie awaria wewnętrzna, nie fałszywe przebudzenie. Ktoś tam, w pustce kosmosu, miał problem i był to ten najgorszy rodzaj problemu, bo prawo, procedury oraz resztki ludzkiej przyzwoitości, które chcąc nie chcąc jeszcze posiadał, natychmiast robiły z niego problem wspólny. Jego problem.

    Na wzmiankę o napromieniowanej chmurze gruzu, pyłu i gazu za zaopatrzeniowcem Crowe uniósł głowę odrobinę wyżej. W jego twarzy nie pojawił się entuzjazm. Raczej coś gorszego. Zainteresowanie specjalisty. Kiedy kapitan zwrócił się do niego bezpośrednio, odstawił kubek.
    – Przyjąłem, kapitanie – powiedział zachrypniętym, nierównym głosem. – Moduł górniczy, spektroskopy wydobywcze. Skład gazów, pyłów, izotopy, rozrzut, temperatura resztkowa – wymienił na głos, by lepiej to sobie utrwalić. Taką miał metodę. Było nie było, był staruszkiem i trzeba było używać sztuczek mnemonicznych, żeby nie wypaść blado przy reszcie ekipy.
    – Sprawdzę, czy to wygląda na zderzenie, eksplozję, awarię reaktora, czy chodzi o jakieś inne gówno.

    Przez chwilę bębnił palcami po kubku. Potem zerknął w stronę Delilah, kiedy ta zaczęła mówić o polisie, promieniowaniu i odpowiedzialności. Nie był fanem jej stylu wysławiania się. Ogólnie nie lubił ludzi z korporacji, ale coś w tej całej gadce o promieniowaniu miało sens. W końcu siołom radiacyjnym nie robiło różnicy, kto jest kim. Równo rozdawały chorobę popromienną między korporacyjną księżniczkę, kapitana, pilota i starego, zdezelowanego toksykologa z piersiówką w kieszeni.
    – Pani le Fey ma rację co do jednego – odezwał się po chwili, nie podnosząc głosu. – Nie chciałbym dodawać do listy moich drinków koktajli antyradiacyjnych. Są trochę zbyt mdłe jak na mój gust i źle mieszają się z alkoholem. – pozwolił sobie na żart.
    – W raporcie końcowym ocenię skalę ryzyka.

    Spojrzał jeszcze krótko na Holta, kiedy ochroniarz zaczął mówić o broni i niepewnych elementach. Elias nie miał w tej kwestii nic do skomentowania. Każdy miał na tym statku jakąś rolę, a pewność siebie, tak ważna, kiedy leci się przez pustkę w wielkiej metalowej skrzyni, wymagała wiary w coś istotnego, najczęściej związanego właśnie z tą rolą. On sam wierzył w swoją zdrową paranoję i sprawdzanie odczytów, toteż zazwyczaj milczał, gdy inni prawili o tym, co jest najważniejsze.

    Wzdrygnął się, kiedy Chaplin wskoczył na stół. Kot miał minę, jakby był właścicielem statku, który tylko chwilowo toleruje obecność personelu. Elias spojrzał na niego nieprzychylnie, kiedy ten przeszedł obok jego kubka i prawie strącił ogonem jego lurę. Może to była tylko kawowa abominacja, ale to była jego kawowa abominacja, no i wlał do niej trochę swojego specyfiku, który nie mógł się przecież zmarnować.
    – Sio, futrzasty demonie – mruknął. – Idź drażnić innych poważnych naukowców.
    Kot oczywiście nie odpowiedział, co w innych warunkach czyniłoby go jednym z bardziej pożądanych rozmówców w mesie.

    Po odprawie Crowe podniósł się powoli. Coś strzyknęło mu w kolanie, coś zapiekło w płucach. Jego ciało od dawna było jak źle poskładana maszyneria, w której zapalała się jedna czerwona kontrolka po drugiej. Ile jeszcze da radę tak latać? Chyba czas pomyśleć o jakiejś emeryturze. Zignorował ból i pociągnął łyk kawy z prądem. Miał swoje lekarstwo, a teraz naprawdę nie było czasu na negocjacje z własnym ciałem. Kiedy dotrą do celu, zadba o zdrowie. Zabrał kubek, wsunął do kieszeni mały analizator, poprawił kołnierz kitla i ruszył w stronę wyjścia.

    ***

    Korytarze Kardashiana były już żywsze niż zaraz po wybudzeniu. Wentylatory pracowały równiej, światła przeszły w standardowy tryb, a z głębi kadłuba dochodził niski pomruk dobrze działających systemów. Elias szedł wolno, ale bez wahania. W jednej dłoni trzymał kubek z kawą, drugą przesuwał czasem po ścianie, jakby czytał statek przez drgania poszycia. Ludzie na starej Ziemi chodzili tak czasem wśród żywopłotów, gładząc liście. Może był to jakiś odruch zakodowany w pamięci komórek?

    Kabina modułu górniczego przywitała go chłodem i zapachem starego smaru. Rzędy paneli diagnostycznych, stanowiska analizy próbek, konsole spektroskopów i górniczych skanerów składu zajmowały większość pomieszczenia. Normalnie ten sprzęt służył do odróżniania rudy od bezwartościowej kosmicznej skały. Dzisiaj miał być lupą detektywa i pomóc im zrozumieć, co się stało. Crowe usiadł przy głównej konsoli, przetarł rękawem ekran i stuknął palcem w panel aktywacyjny.
    – Opiekunie – powiedział. – Przekieruj na stanowisko górnicze pełny pakiet sensorów dotyczący napromieniowanej chmury za USS Bleinert. Najpierw surowe dane. Jak będę chciał, żebyś coś podsumował, powiem ci.
    To była ważna dyrektywa, którą zazwyczaj kończył każde zdanie, gdy współpracował z komputerem. W przeciwnym wypadku ten podawał mu wszystko na srebrnej tacy, robiąc z niego idiotę.

    text alternatywny

    Konsola zamrugała.
    – Chcę widmo gazów, pyłu, metali, izotopów, promieniowanie, wektory rozrzutu, temperaturę resztkową i wszystko, co da się wyciągnąć z Fermi, Chandry oraz spektroskopów wydobywczych. Osobno stabilne pierwiastki, osobno produkty rozpadu, osobno związki organiczne, jeśli cokolwiek takiego jeszcze tam pływa.
    Przez moment obracał w palcach dymogryza. Nie zapalił. Jeszcze nie. Wsunął go tylko między zęby i w skupieniu mielił wargami końcówkę.
    – Drugi zakres to kapsuła ratunkowa. Pełny skan powierzchni, gęstości, śladów chemicznych i termicznych, kiedy tylko wejdzie w sensowną rozdzielczość. Interesują mnie materiały wybuchowe, paliwa, utleniacze, aerozole, nieszczelności, skażenia, anomalie masy i wszystko, co nie pasuje do standardowego modelu puszeczki, która nam tam lata.

    Kiedy skończył wydawać szereg komend, oparł łokcie o blat i nachylił się nad konsolą. Pierwsze linie danych zaczęły pełznąć po ekranie. Odpalił fajkę i patrzył na ciągi znaków mrugające zielonkawym światłem. Wypuścił małą mgiełkę dymu, która zaraz została wessana przez systemy wentylacyjne. Pociągnął łyk kawy, skrzywił się i odstawił kubek obok panelu.
    – No dobra – mruknął. – Pokaż, co tam masz, kotku.

    Rozgrywka

  • Bohaterowie niezależni
    PiołunP Piołun

    text alternatywny

    Elsbeth Kappel

    Rasa: człowiek
    Wiek: około trzydziestu lat
    Profesja: Karczmarka

    Wygląd:
    Dość atrakcyjna kobieta o bystrych oczach i mocnych dłoniach, które nie bały się w życiu ciężkiej pracy. Jest wyraźnie młodsza od męża, co we wsi pewnie bywało już tematem niejednej plotki. Nosi prostą suknię, fartuch i chustę narzuconą na ramiona. Unosi się za nią zapach dymu, cebuli oraz wszelkiej maści ziół, które dodaje do potraw. Porusza się po gospodzie pewnie i szybko, co najmniej jakby pracowała tam od paru lat.

    Charakter:
    Praktyczna, przenikliwa i znacznie bardziej opanowana od męża. Potrafi być uprzejma, nawet zalotna, ale tylko, gdy mąż nie patrzy. Lepiej niż Kappel rozumie ludzi i szybciej wyczuwa niebezpieczeństwo. W gospodzie trzyma wiele spraw w ryzach, choć pozwala mężowi udawać, że to on rządzi.

    Materiały

  • Bohaterowie niezależni
    PiołunP Piołun

    text alternatywny

    Hermann Kappel

    Rasa: człowiek
    Wiek: około pięćdziesięciu lat
    Profesja: Karczmarz

    Wygląd:
    Niski, przysadzisty mężczyzna z łysiejącą głową, rzadką brodą i twarzą zaczerwienioną od nieustannego podpijania cydru. Nosi prostą, znoszoną odzież i fartuch poplamiony tłuszczem oraz jabłkowym osadem. Przy pasie zwykle ma pęk kluczy, mały nożyk i szmatę do wycierania kufli.

    Charakter:
    Obrotny, skąpy i ostrożny. Lubi zarobić, ale jeśli coś miałoby przynieść mu kłopoty, potrafi nagle zapomnieć o skąpstwie. Przy obcych stara się być uprzejmy, choć szybko traci pewność siebie w obecności ludzi takich jak Sneider. Wie sporo o mieszkańcach Dunkelwaldu, ale trudno wydobyć z niego informacje. W jego hierarchii ważności najpierw znajduje się karczma, później pieniądze, a na końcu żona. W tej kolejności.

    Materiały

  • Mapki i szkice
    PiołunP Piołun

    Dodatkowo mapka karczmy dla rozeznania, z podziałem na piętra.

    text alternatywny

    Materiały

  • Mapki i szkice
    PiołunP Piołun

    Na potrzeby lepszej orientacji wygenerowałem nam mapę osady. Proporcje nie są idealne, ale pomijając te niedoskonałość, będzie nam się nieco łatwiej poruszać.

    text alternatywny

    Materiały

  • Popiół i Śnieg
    PiołunP Piołun

    text alternatywny

    Sok z jabłka spłynął po brodzie Sneidera, zanim ktokolwiek sensownie odpowiedział. Łowca po niemożliwie długiej chwili otarł go leniwie kciukiem. Potem skinął na dwóch parobków Kappela, którzy akurat pilnie sprzątali drugi kąt izby, starając się, jak tylko mogli, zlać z otoczeniem. Na nieszczęście dla nich, nie udało im się.
    – Wy dwaj pójdziecie ze mną. Odwiedzimy mieszkańców i zaprosimy ich na pogawędkę w karczmie.
    Nie zapytał, czy mają czas. Pewnie nawet go to nie obchodziło. Jeden z parobków spojrzał na Kappela, drugi na Elsbeth, ale żadne z gospodarzy nie powiedziało niczego, co mogłoby uratować ich od obowiązku towarzyszenia Łowcy. Właściwie karczmarz tylko przełknął ślinę i odwrócił wzrok ku kuflom, które wyczyścił poprzedniego wieczora, po czym zabrał się za ich ponowne polerowanie. Jego żona z kolei obrała inną taktykę. Udawała, że w ogóle nic się nie stało. Zniknęła za szynkwasem i po chwili wróciła, stawiając na stole dzban z gorącą herbatą.
    – Pijcie, póki ciepła. Z bylicą, miętą i jabłkową skórką. To pokrzepiający napar rodzinnej receptury – rzuciła i mrugnęła zalotnie do Heinricha, kiedy jej mąż nie patrzył.
    Herbata była gorzkawa, kwaśna i trochę ziemista, ale rozchodziła się po trzewiach przyjemnym ciepłem. Przydałoby się jej trochę miodu, ale nikt go nie podał. Nalała jej każdemu bez pytania, choć większość osób w izbie sprawiała wrażenie, jakby wolała teraz coś mocniejszego. Towarzystwo Sneidera tak działało na ludzi.

    Tomasimo nie dostał odpowiedzi na swoje pytanie. Nie całkiem. Łowca łypnął na niego i odburknął coś, że "to jego sprawa co robi po nocy", a na komentarz o metodach śledczych, swoim zwyczajem odrzekł "że jak będą informacje odnośnie śledztwa, to się o nich dowiedzą". Bardzo elokwetnie Łowca dał mu do zrozumienia, żeby się nieinterosował. Świetny pracodawca, nie ma co. Zmienił obiek rozważań i nalał odrobinę wody ze swojego bukłaka oraz obejrzał ją w świetle dnia. Kwestia wody też zajmowała mu umysł. Już wieczorem nie wyglądała zachęcająco, ale teraz było to wyraźniejsze. Nie była mętna jak błoto ani zielona od stęchlizny. Raczej szarawa. Smak miała zimny, metaliczny, z gorzkim posmakiem w ostatniej nucie. Jeśli niziołek zapytał o wodę karczmarza, ten wzruszył ramionami.
    – Zimowa woda – mruknął. – Zawsze trochę bierze od kamienia. Nikt jeszcze od niej nie umarł, panie nizioł.
    Stwierdził i nie wracał już do tematu.

    Gdy kończyli śniadanie, Sneider miał już na sobie płaszcz i kapelusz. Dwaj parobcy stali przy drzwiach w zimowych kurtach z kwaśnymi minami. Całą swoją postawą dawali wyraz niezadowoleniu z polecenia, ale Łowca zdawał się tego w ogóle nie zauważać. Wyszedł z nimi na mróz i przez okno można było zauważyć, jak idzie do pierwszych drzwi w siole, wydając parobkom polecenie, by kołatali do sąsiadów. Nie wyglądało, by musiał nakłaniać kogokolwiek do swojej woli. Czekał, aż ktoś otworzy, mówił kilka zdań i szedł dalej. Wieś zaczęła poruszać się niespokojnie. Psy szczekały krótko i milkły, gdy Sneider przechodził blisko nich. Wychodziło na to, że zwierzęcy instynkt ostrzegał przed nowym typem drapieżnika w okolicy. To był nieprzyjemny poranek dla ludu Dunkelwaldu. Początek dnia, który miał dużo zmienić w ich życiu.

    https://i.imgur.com/BsVqiZn.png

    Henrich

    Albrecht skrzywił się na wieść o ogólnym posłuchu. Zmrużył groźnie oczy i splunął raz jeszcze na ziemię brudną plwociną.
    – Posłuch, kurwa jego mać – mruknął. – Za stary jestem na to, by jakieś młode szczyle, nawet królewskie szczyle, mnie na rozmówki wzywały. Walczyłem dla Imperium w czasach, gdy ten Łowca Czarownic wyciągał sobie jeszcze smarki z nosa i wkładał je sobie do dupy. Na rozmówki będzie wzywać. Patrzcie jaki…
    I tak narzekał jeszcze dalej, ale wraz z potokiem słów widać było, że zbiera się do drogi. Potrzebował tylko dać upust swojemu niezadowoleniu, a na nieszczęście Heinricha ten był akurat pod ręką, by go wysłuchać.
    – No dobrze. Pójdziem. Ale nie omieszkam powiedzieć Łowcy, co myślę o takim zachowaniu. Nie będzie nikt na rozmówki wzywać starego Albrechta Seilera. Oj, nie będzie.
    I to obiecawszy, poszli. Pozbierał rzeczy z ganku, schował siekierkę, skóry Heinricha zaniósł do domu i zawarł drzwi na duży, mosiężny klucz. Potem narzucił na siebie kożuch, zgarnął czapkę i ruszył z Heinrichem w stronę placu.

    Szli wolno, bo Seiler nie zamierzał spieszyć się dla niczyjej wygody. Miał być to ostatni przejaw buntu przeciw wezwaniu Łowcy Czarownic i nieco dziecinnie małostkowe zachowanie ze strony starca. Może było trochę prawdy w tym, że na starość w części zachowań upodabniamy się do dzieci? Po drodze mamrotał coś pod nosem o podatkach, ludziach ze wsi i o tym, ile to on dobrego nie zrobił dla sioła. O tym, że kiedyś to było, że starych się nie szanuje, że kiedyś bardziej ganiano dzieci rózgą, a teraz to rozpuszczone tałatajstwo. Jednym słowem ględził, a Heinz musiał, chcąc nie chcąc, słuchać starczych narzekań. Wszystko urwało się jednak nagle, gdy nadepnął na coś pod śniegiem.

    To było coś dziwnego. Nie pękło jak gałąź. Nie chrupnęło jak lód. Ustąpiło miękko, obrzydliwie, z głuchym trzaskiem drobnych kości. Kiedy odsunął but i rozgarnął śnieg, zobaczył kruka. Martwego. Ptak leżał na boku, czarny, z piórami posklejanymi od szronu i błota. Dziób miał lekko otwarty. Jedno skrzydło sterczało nienaturalnie, przysypane cienką warstwą śniegu. Nie wyglądał na rozszarpanego przez lisa ani trafionego kamieniem. Po prostu padł, jakby zabrakło mu życia.
    Seiler zaklął krótko.
    – Nie ruszaj go gołą ręką chłopcze.

    text alternatywny

    Dopiero gdy Heinrich rozejrzał się uważniej, zobaczył następne. Jeden pod płotem. Dwa przy zaspie obok starej beczki. Kolejny wśród zmarzniętych chwastów. Czarne kształty leżały tu i tam, częściowo przykryte śniegiem. Im dłużej patrzył, tym więcej ich dostrzegał. Dwadzieścia. Może trzydzieści. Jak mógł nie zauważyć ich wcześniej? Czy spadły niedawno? Część z nich leżała bliżej sadu, część przy drodze ku starej prasie, kilka bezpośrednio pod nagimi gałęziami jabłoni. Martwe kruki znaczyły śnieg plamami czerni.
    Albrecht stał bez ruchu. Cała złość odpłynęła z jego twarzy, zostawiając wyraz głębokiej konsternacji.
    – Nie widziałem ich wczoraj. Co się im stało? – zapytał lekko drżącym głosem.
    Nie wyglądał już tak pewnie i butnie. Właściwie im dłużej Heinrich przyglądał się jego twarzy, tym większe miał wrażenie, że stary Albrecht… po prostu się bał.

    https://i.imgur.com/BsVqiZn.png

    Moriz

    Mężczyzna, korzystając z porannego zamieszania, ruszył w stronę placu i drzewa obwieszonego wilczymi kośćmi i wstążkami. Nie pchał się pod kaplicę z Tomasimo, bo czuł, że niziołek nie wywie się za dużo. Kapłani to wyniośli, zgorzkniali ludzie, którzy rzadko dzielą się swoimi sekretami. Dzieci były inne i tu właśnie upatrywał swojej szansy. Dziecięca szczerość i prawdomówność była odświeżająca i wydawała się najprostszym sposobem, by wywiedzieć się, co w trawie piszczy, jeśli można było sobie pozwolić na taką analogię. Po kilku minutach błądzenia po wsi odnalazł Johana między domami, niedaleko drzewa.
    Nie był sam.

    Była z nim dwójka innych dzieci. Dziewczynka w wełnianej chuście i drugi chłopiec, młodszy albo po prostu mniejszy, z policzkami czerwonymi od zimna. Bawili się. Tak przynajmniej można było to nazwać, jeśli człowiek miał w sobie wystarczająco dużo dobrej woli. Chłopcy zbierali patyki, łamali je na krótsze kawałki i układali wokół dziewczynki, która stała na niewielkim, ubitym kopczyku śniegu z miną tak naburmuszoną, że wyglądała bardziej na urażoną niż przestraszoną. Ręce miała związane z przodu cienkim sznurkiem. Związane po dziecięcemu, luźno i krzywo. Mogłaby wysunąć dłonie w każdej chwili, gdyby tylko uznała, że zabawa przestała jej odpowiadać.
    – Nie tak – powiedział Johan do młodszego chłopca. – Patyki muszą być niżej. Jak dasz wysoko, to się od razu przewróci.
    – Ja nie chcę być czarownicą – burknęła dziewczynka.
    – Nie jesteś czarownicą. Jesteś ofiarą dla przebłagania bogów.
    – To jeszcze gorzej.
    – Nie marudź. Wczoraj ja byłem mutantem.

    text alternatywny

    Młodszy chłopiec parsknął śmiechem, ale zaraz zerknął w stronę domów, jakby nawet w zabawie wiedział, że pewnych słów nie powinno się mówić zbyt głośno. Na ziemi leżały jeszcze dwa kawałki kory, kilka wilczych kostek i stary, pęknięty kubek, do którego dzieci nasypały śniegu, który zaczął już topnieć. Co miał przedstawiać? Mogła to być woda święcona, krew lub cokolwiek, co w dziecięcej głowie pasowało do palenia na stosie. Nad nimi wisiały martwe gałęzie Wilczego Drzewa, poruszając lekko kośćmi i wstążkami.
    Johan pierwszy zauważył Moriza. Przestał układać patyki. Nie uciekł, ale zesztywniał i wyglądał na wystraszonego oraz może trochę… zaciekawionego. Dziewczynka wykorzystała moment i zdjęła z rąk sznurek.
    – To głupia zabawa. Idę do domu – powiedziała i odeszła dalej naburmuszona, znikając za krawędzią jednego z domów.
    Johan nie zwrócił na nią uwagi. Wpatrywał się tylko w Moriza.
    – Mama mówiła, że mam z wami nie gadać – powiedział w końcu, choć nie zapowiadało się na to, by był grzecznym chłopcem. Chyba nie miał zamiaru posłuchać rodziców w tej kwestii.

    https://i.imgur.com/BsVqiZn.png

    Tomasimo

    Tymczasem niziołek dał Tyciemu powąchać ślad Sneidera. Pies nad wyraz szybko podjął trop, co musiało oznaczać, że woń Łowcy się odznacza. Dobrze. Wyglądało na to, że zadanie będzie łatwiejsze, niż myślał. Pies najpierw zakręcił się przy wejściu do karczmy, potem przy schodach, później znów przy progu, a w końcu wyszedł na zewnątrz. Plac okazał się pewnym wyzwaniem. Nocne wyjście Łowcy mieszało się tu z porannym ruchem mieszkańców, zapachem koni, dymu, mokrej słomy i wszystkich tych drobnych rzeczy, które dla ludzkiego nosa były tylko wiejskim odorkiem, a dla psa bardzo skomplikowanym bukietem zapachów. Tyci szukał. Krążył, wracał, raz poszedł w stronę studni, raz odbił ku dębowi, potem zatrzymał się i prychnął. W końcu jednak wybrał. Poprowadził Tomasimo ku ścieżce na górkę. Tam śnieg był mniej rozdeptany, a ślady z nocy i poranka nie zdążyły się rozwiać ani zmieszać z czymś innym. Ścieżka prowadziła do kaplicy. Była węższa niż droga między domami i miała w sobie coś uporczywego, bo prowadziła lekko pod górę i była kamienista.

    Po drodze Tomasimo zauważył więcej wilczych szczątków. Nie tyle, co przy dębię. Tam ozdoby stanowiły kwestię obyczaju, który wzmacniał wspólne miejsce. Tutaj kości i kły wisiały rzadziej, bardziej dyskretnie, przy krzewie, na gałęzi, przy jednym z niskich słupków wyznaczających drogę. Czasem był to pojedynczy kieł na rzemieniu. Czasem kilka drobnych kostek związanych sznurkiem. Czasem pazur, wypłowiały od zimy, niemal zlewający się ze śniegiem. Nie wyglądało to jak ozdoba. Bardziej jak znaki mające wzmacniać pamięć drogi do uświęconego miejsca. Czemu nie zauważył ich wczoraj? Czy był aż tak zmęczony?

    Gdy dotarł, kaplica była zamknięta. Drzwi milczały tak samo jak poprzedniego wieczora. Drewniana wilcza głowa nad wejściem patrzyła spod znad wejściowego łuku bez wyrazu. Tyci obszedł próg, powąchał deski, potem przeniósł nos ku ścieżce prowadzącej do małej chaty obok. Tam zapach był świeższy. Tomasimo zapukał. Przez chwilę nie było odpowiedzi. Potem coś ociężale poruszyło się w środku. Deski jęknęły. Ktoś odsunął rygiel powoli, bez pośpiechu, i drzwi uchyliły się.

    Ojciec Berengar Holtz stał w progu w białej nocnej szacie, narzuconej niedbale na starcze ciało. Był bosy, a właściwie prawie bosy, bo jedną stopę miał wsuniętą w stary chodak. Drugiego widocznie nie znalazł, wstając. Twarz miał surową, pooraną wiekiem i zmęczeniem, lecz to nie wiek rzucał się najbardziej w oczy. Miał podbite oko. Jedna powieka była spuchnięta, ciemna od świeżego sińca. Warga brzydko mu nabrzmiała. Na białej koszuli widać było kilka plam krwi, niewielkich, ale wyraźnych, jakby pociekło mu z nosa albo ust i nie zdążył wszystkiego obmyć. Nie wyglądał jak po karczemnej bójce. Raczej jak ktoś, kogo zaskoczono i kto dostał kilka razy, ale bardzo konkretnie. Kapłan spojrzał na Tomasimo, potem na psa, a na twarzy wyrósł mu nieprzyjazny grymas.
    – Czego? – spytał chrapliwie.

    https://i.imgur.com/BsVqiZn.png

    Pieter

    Przepatrywacz oddał się bardziej przyziemnym obowiązkom i nie miał ochoty na zadania dla chętnych. Łowca zapłaci im za ten wypad i drobną pomoc na miejscu, ale dręczenie biednych ludzi pytaniami, jeśli ten wyraźnie im tego nie rozkazał, nie było w jego stylu. Został w karczmie, a później zajrzał do stajni zadbać o swojego wierzchowca. Ten koń był warty więcej niż całe zlecenie i nie zamierzał go zaniedbać. Pracował w ciszy, a jego koń nie prychał ani nie parskał. Może dlatego z taką łatwością zauważył postać wchodzącą ukradkiem do stajni.

    To był trzeci z parobków. Ten sam, który kręcił się poprzedniego wieczora w gospodzie. Tego Sneider szczęśliwie nie zagonił do obchodu wsi, ale dlaczego tutaj zajrzał? Pieter przyjrzał mu się, a chłopak na razie go nie widział. Był chudy, z włosami przyklapniętymi od wilgoci i rękami czerwonymi od zimna. Wszedł do stajni z naręczem siana, ale zamiast od razu rzucić je do żłobu, zaczął zerkać na konie, juki i sprzęt. Nie grzebał jeszcze, ale Pieter odniósł wrażenie, że się do tego przymierzał. Przepatrywacz zastygł i przypatrywał się chłopakowi, aż ten zrobił wyraźny ruch, którego nie dało się z niczym pomylić. Nachylił się ku pakunkom, otworzył juki i zaczął w nich grzebać. Coś, jakiś szósty zmysł kazał mu się jeszcze obejrzeć i wtedy ich spojrzenia się skrzyżowały. Chłopak zorientował się za późno. Zamarł z ręką w pół drogi, jak mysz przyłapana na worze mąki.
    – Ja tylko przyszedłem z sianem, panie – powiedział szybko.

    Może umiał kłamać. Dobre kłamstwo zawiera część prawdy, bo faktycznie przyszedł z sianem, ale nijak nie mógł się wybronić tymi słowami. Na gust Pietera jego ręka była zbyt głęboko w sakwach, by to mogło przejść. Napięcie narastało. Cisza stawała się niezręczna. W stajni jeden z koni przestąpił z nogi na nogę. Parobek przełknął ślinę.
    – Nie chciałem nic ukraść, panie, po prostu we wsi mówią, że drogi są nieprzejezdne. Żeście nie mogli przyjechać stąd, skąd twierdzi Łowca. Chciałem sprawdzić – tłumaczył się, ale Pieter dalej bezlitośnie patrzył na niego, potęgując napięcie i wzmagając u chłopaka potrzebę dalszego tłumaczenia.

    – Jeśliście przybyli z Łowcą, powinniście być wojskowymi z Lenkster, ale przepraszam za język, panie, ni chuja nimi nie jesteście. Kurt mówi, że równie dobrze możecie być grupą zbirów, którzy się podszywają. Że sam Łowca może podszywać się pod urząd, zdejmując z trupa ubrania i oręż.
    To brzmiało już sensowniej, ale dalej trudno było ocenić, czy chłopak kłamie jak z nut, czy rzeczywiście mieszkańcy przez noc spreparowali sobie konspiracyjną teorię. Co by nie było, parobek na tym nie skończył. Za wyjaśnieniem kryła się również prośba o litość.
    – Nie mówcie proszę Panu Kappelowi, że zaglądałem do waszych juków. Błagam pana. Zedrze mi skórę. Jeśliście przybyli w uczciwej sprawie, rozumiecie nasze obawy, prawda?
    Spróbował ostatniej karty i zamilkł. Nie miał już nic do dodania. Obserwował czujnie Pietera, wahając się między pokorą, a szybką ucieczką.

    https://i.imgur.com/BsVqiZn.png

    Na zewnątrz wieśniacy wyłazili powoli i niechętnie z chat na rozkaz Sneidera. Jedni szli do karczmy od razu, posłusznie i z pochylonymi głowami. Inni zwlekali, stali przy furtkach, udawali, że muszą jeszcze zamknąć kury, przynieść drwa albo zrobić coś jeszcze innego. Parobcy prowadzeni przez Łowcę pukali do kolejnych drzwi. Kappel wyglądał zza okna własnej gospody ze strapioną miną. Godzina, którą Łowca wyznaczył im na własne sprawunki, kurczyła się szybko.

    Nad Dunkelwaldem osiadły ciężkie, ciemne chmury, dusząc i tak wątłe, mętne światło, które sączyło się z zimowego nieba. Sprawa stawała się coraz bardziej gęsta, a wątki odrywały się od miodu prawdy plastrami. Martwe kruki przy sadzie. Dzieci bawiące się w stos pod Wilczym Drzewem. Pobity kapłan Ulryka. Miejscowy złodziejaszek zaglądający im do juków. A ponad tym wszystkim Sneider, chodzący od drzwi do drzwi, z dwoma parobkami za plecami, zapraszający nieuprzejmie na spytki.

    To nie miało szans skończyć się dobrze, ale najgorsze… miało dopiero nadejść.

    Rozgrywka

  • Popiół i Śnieg
    PiołunP Piołun

    Nie krzyczymy @grek 🙂 Mi osobiście miło, że ktoś nas podczytuje. Dzięki za komentarz!

    Komentarze

  • Popiół i Śnieg
    PiołunP Piołun

    text alternatywny

    Jako że Sneider miał plan szybkiego ułożenia się do snu, a niziołek chciał z nim zamienić słowo, musiał chcąc nie chcąc zacząć od spaceru na górę z Łowcą. Izba na piętrze była niska, ciasna i pachniała starym drewnem oraz mokrą wełną. Mimo, iż sala główna na dole była rozgrzana aż do przesady, ciepło stamtąd nie docierało tutaj zbyt dobrze. Było chłodnawo i Łowca będzie musiał zrobić pożytek z koców i pledów. Posłania stały blisko siebie, okno miało ciężkie okiennice i prosty rygiel, a deski podłogi skrzypiały. Nie było możliwości wyjść w nocy po cichu, co, jak niziołek odczytywał z grymasu na twarzy Łowcy, nie podobało mu się. Nie była to może luksusowa komnata, ale po dwóch dniach marszu w śniegu i nocy w zadymionej jaskini było z czego się cieszyć.

    Sneider wpuścił go do swojej izby tylko na chwilę, kiedy Tomasimo wspomniał, że ma do przekazania coś, co lepiej powiedzieć na osobności. Pomieszczenie, które wybrał dla siebie Łowca, było mniejsze niż ich, jak przekonał się później, ale położone przy korytarzu tak, że dawało dobry widok na schody. Kiedy wszedł, zrazu zaczął wykładać rzeczy ze swojego ekwipunku na stół. W ten sposób jego kapelusz, rękawice, pistolet i kilka drobiazgów wyjętych z sakiew szybko znalazły się na blacie. Miecz oparł o ścianę w zasięgu ręki, a później usiadł, wysłuchując tego, co miał do powiedzenia niziołek. O dziwo informacje o chłopcu przy studni i jego słowach nie odmalowały na jego obliczu widocznego zaskoczenia. Nie przerwał mu aż do końca, a później popatrzył na niziołka spod zmęczonych powiek.
    – Dzieci czasem powtarzają to, czego dorośli boją się powiedzieć – rzekł w końcu. – A czasem plotą trzy po trzy, bo ktoś je nastraszył dla zabawy. Rano ustalimy, które z tych dwóch.
    Choć wyglądało, jakby zbagatelizował sprawę, niziołek mógł zauważyć, że odnotował sobie coś w głowie oraz że coś zmieniło się w jego spojrzeniu.
    – Dobrze, że mi jednak o tym powiedzieliście. To ważne. Będę potrzebował podobnej bystrości, kiedy rano zaczniemy właściwą robotę – dodał. – A teraz dajcie mi proszę spocząć. Dzień mnie znużył – powiedział, po czym odprawił go krótkim ruchem dłoni.

    Kiedy wrócił, na dole Kwaśnego Jabłka było już pusto, nie licząc jego towarzyszy, karczmarza, żony gospodarze i jednego parobka. Nie trzeba było nikogo wypraszać. Wieść o przybyciu Łowcy Czarownic zrobiła swoje. Karczmarz miał na nazwisko Kappel, co wyszło w czasie introdukcji po tym, jak Tomasimo poszedł z Łowcą na górę. Jego żona przedstawiła się jako Elsbeth. Grupa posiliła się w międzyczasie ciepłą strawą. Zebrali się na górę, idąc śladem Sneidera. Dzień także ich znużył. Zanim jednak poszli, było widać, że Heinrich długo wpatruje się w okno, obserwując wieś. Szczególnie zainteresowały go zioła, które były jego konikiem, ale dumał też długo nad gałęziami drzewa obwieszonego kośćmi i wstążkami. W końcu jednak ustąpił, dając pole zmęczeniu. Miał zabrać pierwszą wartę, więc zabrał się za to. Przed snem miał jeszcze zejść na dół, zamienić słowo z karczmarzem i może wychylić jakiś trunek na dobry sen, ale na razie oddał prym niziołkowi, który ewidentnie był żywo zaintrygowany całą sytuacją. Niebezpiecznie mocno zdaniem Heinricha, ale każdy miał prawo robić ze swoim życiem to, co chciał.

    text alternatywny

    Gdy Tomasimo zszedł z Tycim, rezygnując z porcji snu podczas wartą Heinricha, karczmarz krzątał się teraz za szynkwasem, udając, że tak właśnie wygląda zwyczajny wieczór w jego gospodzie. Elsbeth zbierała kubki po tych, którzy wyszli w pośpiechu, i co jakiś czas zerkała ku schodom. Tomasimo miał w sobie dość rozumu, by nie zaczynać jak Łowca. Kufel cydru, drobna moneta, uprzejmy ton i dobre maniery mogły zdziałać więcej niż to, co zaprezentował Sneider. Zresztą niziołek nie miał takiej pozycji, by próbować inaczej. Kappel wysłuchał jego zapytania, przybierając bardzo ostrożny, czujny wyraz twarzy. Nie wiedział, kim są do końca towarzysze Łowcy i nawet jeśli przedstawili się wcześniej, trzeba było ich traktować z dozą ostrożności.
    – Nerwowy, mówicie? – powtórzył karczmarz, kiedy Tomasimo wspomniał o Sneiderze i wilkach. – Panie nizioł, nerwowy to ja jestem. Zwłaszcza jak mi beczka skwaśnieje przed festynem albo jak świnia zachoruje przed ubiciem. On jest… – urwał i zerknął ku schodom. – ...On jest beczką prochu postawiona blisko płonącego domu. Będą z tego same problemy. Same problemy – powtórzył, czyszcząc cynowy kubek, który już błyszczał jak nowy.

    Elsbeth postawiła na stole kubki i dzban z cydrem. Zapach napitku był ostry, kwaśny, jabłkowy i trochę ziemisty. Widać zima nie zdołała do końca wygonić z niego smaku jesieni. Nie był to szlachetny napitek, ale raczej coś, co miejscowi pili po pracy. Dla Tomasimo było jednak w sam raz.
    – Zawsze dobrze świadczy o kimś, jeśli nie zaciąga u kogoś rachunku – powiedziała kobieta na chęć zapłaty niziołka i szybko zebrała monety. – Proszę bardzo – dodała, po czym nalała sobie, jemu i swojemu mężowi. Bogowie świadkiem, że tego potrzebowali po wizycie Łowcy.

    Tomasimo zrobił, co mógł, żeby rozmowa nie skończyła się na zaglądaniu do cynowego kubka. Zagadnął o wieś, o kaplicę, o wilki, o dąb na placu i o to, czy miejscowy kapłan obraziłby się za późną wizytę. Elsbeth słuchała, sącząc cydr, ale karczmarz zaszarżował na kubek i szybko go opróżnił.
    – Naszym duchowym dobrodziejem jest kapłan Berengar Holtz – powiedział karczmarz. – Powiernik prawdy Ulryka. Twardy. Stary. Nie taki stary, żeby nie mógł komuś przyłożyć, gdy trzeba. Wiecie, panie nizioł, kapłani Ulryka nigdy tak naprawdę nie tracą ikry. To coś związanego z ich wiarą. W każdym razie to porządny człek. Mieszka w kaplicy.
    – W chacie obok – sprostowała Elsbeth. – Ale więcej czasu spędza tam niż u siebie.
    – No właśnie mówię.
    – Nie. Gadasz, że w kaplicy, ty stary capie. W kaplicy się nie mieszka.
    Kappel zacisnął usta, ale nie zganił żony. Widać było w tej interakcji stary, dobry układ małżeński. Na pytanie o wizytę po zmroku oboje zareagowali prawie tak samo. Kappel spojrzał w kubek, Elsbeth ku oknu.
    – Po ciemku do kaplicy się nie chodzi – powiedziała.
    – Bo zamknięta – dodał szybko karczmarz.
    – Herr Berengar nie lubi, jak mu się przeszkadza przy modłach.
    Zapadła krótka cisza. W palenisku pękło polano, sypiąc garścią iskier pod czarne od sadzy sklepienie kominka. Przez chwilę słychać było tylko bulgot czegoś gęstego w garnku za drzwiami kuchni i ciche skrobanie myszy za ścianą. Kappel poprawił kubek na blacie, choć stał prosto. Elsbeth odwróciła wzrok ku oknu, za którym śnieg lepił się do szyby.

    Po chwili rozmowa skierowała się na temat miejscowego dębu. Słychać było ulgę w ich głosach i radość ze zmiany tematu.
    – A to jest Wilcze Drzewo – rzekł Kappel. – Ludzie przywiązują się do starych drzew, panie nizioł, a ten dąb ma symboliczne znaczenie dla naszej wsi. Jest starszy od karczmy, oczywiście jest też starszy ode mnie, ale także od mojego ojca i ojca mojego ojca. To szlachetne drzewo i nasi przodkowie wybudowali wokół niego osadę. Chyba tak się kiedyś robiło, co nie? – zapytał. Tomasimo widział większy kawałek świata i mógł mieć z czymś takim do czynienia.
    – Kły i kości pochodzą z trucheł wilków, które padły w okolicy naszej osady – dodała Elsbeth. – Część przejezdnych myśli, że to trofea z polowań, ale nie. Jeśli nie musimy, nie poluje się tutaj na wilki.
    Karczmarz podrapał się po brodzie.
    – Wilk to zwierzę Ulryka. Mówi się, że watachy wokół chronią nasz siół i raczej to racja. Jeśli masz olej w głowie i nie chcesz, żeby potem nocą śnił ci się Pan Zimy z toporem nad łóżkiem, to nie tykasz wilków. Zdarza się, że parę głodnych takich czyha na jakąś owcę lub dziecko, to wiadomo, człek musi bronić swego, ale tak to nie. Nie zabijamy. Jak znajdziesz padłego w lesie, bierzesz co lepszego zostało. Wieszasz to na dębie. To znak, że jesteśmy częścią tych stron. Że prosimy, by Ulryk otaczał pieczą Dunkelwald.
    – Hołd – powiedziała Elsbeth prościej.
    – Toż mówię, że hołd. Tak, hołd też, ale i przestroga dla wrogów naszego sioła, panie nizioł. Jedno drugiego nie wyklucza.

    Na wzmiankę o zagrożeniach Kappel podrapał się po łysej głowie. Miejscowi mieli pewną legendę i ten miał zamiar ją wyłożyć. Jako karczmarz obsługujący czasem nie-miejscowych miał swoją ulubioną opowiastkę.
    – Jest w naszych stronach legenda, panie nizioł. Biały wilk, którego widziało wielu miejscowych. Wielki ponad wszelką miarę. Bardziej stwór niż zwierzę. Co parę lat znajdzie się jakiś głupiec, który uzna, że jest najlepszym wśród naszych łowców. Chłopiec pragnący chwały. Bierze włócznię i łuk, a potem idzie zapolować na białego wilka. Mówią, że jak go zabijesz sam, w równej walce, to Ulryk spojrzy na ciebie łaskawiej. Jeden człowiek, jedno zwierzę. Kto mocniejszy, ten wraca.
    – Większość nie wraca – rzuciła Elsbeth, upijając łyk cydru.
    – Tak. Większość nie wraca, ale cześć przypałęta się się z powrotem – dodał Kappel. – Ale najczęściej całe te łowy chuja dają i chłopaki wracają z niczym z podmrażanymi palcami. Wilk nie pokazuje się każdemu Panie Nizoł i rzadko można go spotkać.

    To było wszystko. Tomasimo mógł zagadywać ich dobry cały wieczór, ale chciał też rozejrzeć się po okolicy, dlatego gdy skończył wypytywanie, posiedział jeszcze chwilę z karczmarzem i jego żoną, wychylił trochę cydru i pod pretekstem przejścia się, wyszedł z Tycim na zewnątrz. Igiełki mrozu zrazu zaczęły kąsać jego twarz. Plac był pusty. W oknach tliły się wątłe światła świec, ale tylko w nielicznych. Wieś kładła się szybko albo, co bardziej prawdopodobne, wcześniej wstawała, nawet w zimie. Nad dachami wisiał dym ulatniający się z kominów. Śnieg na drodze zmienił się w szarobrązową breję. Nikt nie stał jawnie pod oknem. Zdawało się, że wieś nie zwraca uwagi na przybycie obcych, chociaż kiedy Tomasimo obchodził karczmę, jedna okiennica po drugiej stronie placu domknęła się wolno, prawie bez dźwięku.

    Studnia działała, choć późne zebranie się do niech trochę utrudniło Tomasimo sprawę. Wiadro przymarzło do obrzeża i trzeba było trochę nim szarpnąć, zanim puściło. Nabrał wody do bukłaka, lecz nie był na tyle spragniony, by jej spróbować. Była za zimna i trochę mętna, więc wymieszał ją z cydrem, który zabrał z karczmy. Trochę lichych procentów mogło zwalczyć zły posmak. Była to powszechna praktyka.

    Gdy nabierał wody, wpatrywał się kątem trochę na dąb, który stał obok. Kły i kości poruszały się lekko na wietrze jak ciche, kościane dzwoneczki. Były różnorodne. Część z nich była stara, wyblakła, niemal biała. Inne były ciemniejsze, młodsze, ale żadne nie wyglądały na świeżo odarte z ciała, co pewnie trzeba było tłumaczyć niedawnymi strasznymi warunkami pogody. Nie było krwi. Nie było smrodu. Tylko kości, sznurki, rzemienie, trochę wstążek. Niektóre z wstążek wyglądały na nowe, ale tylko parę. Zawiązane mocniej, mniej wypłowiałe od reszty. Może ktoś niedawno prosił Ulryka o opiekę.

    Tyci krążył przy nodze Tomasimo, węszył, czasem podnosił łeb ku kaplicy na górce. Kaplica była ciemna. Ścieżka prowadząca do niej wspinała się między drzewami i płotem, częściowo przysypana śniegiem, ale nie całkiem dziewicza. Ktoś przechodził tam za dnia, może więcej niż jedna osoba. Drzwi były zamknięte. Nad nimi, w słabym świetle wieczoru, widać było prostą, drewnianą głowę wilka, wyciosaną ciężką ręką miejscowego człowieka. Rzeźba odznaczała się jakąś surową powagą. Tomasimo zapukał w odrzwia, ale odpowiedziała mu cisza.

    Mógł przyłożyć ucho do drzwi. Jeśli tak, nie było kroków po drugiej stronie. Kapłan, jeśli się modlił, musiał to robić w absolutnej ciszy. Tomasimo słyszał tylko wiatr między gałęziami, odległe skrzypienie drewna i dyszenie swojego psa, który stał obok z uszami postawionymi wysoko. Podszedł również do chaty obok kaplicy, ale tam także nie było znaków życia. Nici z przywitania się i sprawdzenia, co tam u kapłana. Jeśli dziecko ostrzegające, by nie iść do kaplicy nocą, miało rację, albo nie była to ta noc, albo było jeszcze za wcześnie. Kapłan był tego wieczora gdzie indziej lub usilnie udawał, że nie ma go na miejscu, przez co upewnienie się o jego obecności równało się z wtargnięciem. Po powrocie do karczmy Tomasimo wplątał się w łańcuch wart. I tak był stratny nieco o swoją część snu, toteż śpieszno mu było przymknąć powieki.

    text alternatywny

    Tymczasem Heinrich po skończeniu swojej kolejki w łańcuchu wart mógł prowadzić własne rozeznanie po swojemu. Nie miał może zdolności Tomasimo w kwestii urabiania sobie ludzi, ale też nie zaczął od tego. Czekając na sposobność, zszedł na dół i wyłożył dobra zdobyte ostatniej nocy, czyli głównie skóry i mięso. Wyjaśnił, że potrzeba mu skórzanej kurty, a na pewno ktoś miejscowy zna się na robocie. Kappel znacznie częściej prowadził dysputy o takich sprawach i nie miał problemu pokierować go tam, gdzie trzeba.
    – Kurtę? – powtórzył karczmarz, oglądając Heinricha od góry do dołu. – U mnie raczej nie, ale wiem, do kogo was posłać.
    Jego żona wychyliła się z kuchni, gdzie kończyła już doprowadzać przestrzeń do porządku.
    – Albrecht Seiler pewnie da mu najlepszą. Stary łajdak ubrał połowę myśliwych w siole. Nie wiem, co poczniemy, gdy go zabraknie – powiedziała Elsbeth.
    Kappel westchnął.
    – Tak. Seiler. Mieszka przy dolnym sadzie, bliżej starej prasy. Ma tam swoją chatkę. Nie słuchajcie jednak mojej żony. Kiedyś robił porządne rzeczy. Kurtki dla drwali, rękawice, pasy, łaty, kołnierze, co kto potrzebował. Teraz więcej łata niż szyje, bo ludziom brakuje monet. Jak mu pokażecie skóry i coś dorzucicie, może obejrzy. Może ma starą kurtę do przerobienia, a może pośle was w diabły. Stary maruda już tak często do nas nie zachodzi, tylko jak mu czegoś trzeba.

    Heinrich podziękował i raz jeszcze wyjrzał przez okno jak wcześniej. Pęki ziół zawieszone tu i tam w takiej ilości nie dawały mu spokoju. W Imperium zielarstwo działało prężnie, ale w Dunkelwaldzie miało się wrażenie, że ludzie dostali lekkiego hopla. Zioła dawano głównie w przejściach oraz przy oknach, jakby kiedyś jakiś guślarz poradził im, jak wystrzegać się „złego” w ogólnym tego słowa znaczeniu, a fakt, że czuli oni taką żywą potrzebę ochrony, był niepokojący.

    Heinrich wrócił do karczmarza i próbował się wywiedzieć podobnych rzeczy jak jego poprzednik, ale jego własna wiedza powiedziała mu w zasadzie to, co chciał wiedzieć. Jako że nie znalazł żadnej osoby do rekonesansu, a też tak późnym wieczorem miało to mały sens, zdecydował się na regeneracyjny sen i wcześniejszą pobudkę. Przechylając kieliszek z karczmarzem, udał się na górę, gdzie przespał resztę nocy.

    text alternatywny

    Jeśli warta w korytarzu karczmy miała sens, to Pieter nie do końca go dostrzegał. Schody skrzypiały, drzwi do izby Sneidera znajdowały się niedaleko, jedyne przejście do ich izby dawało się obserwować z głównej sali, gdzie przynajmniej biło jeszcze ciepło paleniska i zawsze świeciło się parę kaganków. Zanim rozpoczęli warty, sprawdził okiennice. Były w porządku, zamykano je od środka i zamknięcie było solidne. Każdy z nich ułożył broń na wszelki wypadek niedaleko posłania, choć wydawało się, że to zbytek ostrożności. Kto chciał spać, spał. Kto miał czuwać, czuwał. Pod podłogą czasem pękło świeżo dodane polano do ognia, gdzieś w stajni koń parsknął głośniej, a kuchnia działała, póki Elsbeth nie uznała, że wszystko błyszczy i pora udać się na spoczynek. Prawdopodobnie warta Pietera byłaby nudna, ale gdzieś w środku niej otworzyły się drzwi od izby Sneidera. Łowca wyszedł w płaszczu, kapeluszu i rękawicach. Miał broń przy pasie, ale nie wyglądał, jakby ruszał na bitwę. Skinął w stronę przepatrywacza. Nie wyjaśnił niczego. Zszedł po schodach, a chwilę później drzwi wejściowe skrzypnęły cicho i zamknęły się za nim.

    text alternatywny

    Długo nie wracał. Minął czas, w którym człowiek zdążyłby wyjść za karczmę, ulżyć sobie i wrócić. Pieter mógł zastanawiać się, gdzie poszedł Łowca, ale to wymagałoby obudzenia reszty, być może po nic. Czekał, a różnica między tym, czy warto kogoś alarmować, a nie, zacierała się. Kiedy już mógł mieć ochotę kogoś obudzić, drzwi karczmy na dole otworzyły się. Sneider wrócił i wczłapał się na górę ciężko po schodach. Przepatrywacz mu się przyjrzał i nie uszło jego uwagi, że ten był lekko ubrudzony krwią. Na palcach, przy mankiecie i na jednej rękawicy ciemniały smugi, które nawet w słabym świetle korytarza trudno było wziąć za błoto. Śnieg topniał mu na ramionach. Twarz miał bladą i zaciętą. Coś w jego wzroku mówiło, że jeśli Pieter chciałby to przegadać, należało zrobić to rano.

    text alternatywny

    Moriz nie szukał tej nocy kontaktu, ani nie myślał zaglądać do dzbana. Po całym dniu marszu i wszystkim, co wydarzyło się poprzedniego wieczora przy pieczarze, miał dość rozsądku, by zażyć zasłużonego odpoczynku. Zjadł skromnie, wypił tyle, ile trzeba było, żeby przepłukać gardło, i trzymał się raczej ubocza, z plecami blisko ściany oraz wzrokiem przesuwającym się po drzwiach, oknach i schodach, swoim zwyczajem wypatrując niebezpieczeństw. Tych jednak nie było, karczma rzeczywiście opustoszała tej nocy.

    Przed snem wyszedł jeszcze na krótko na zewnątrz, bardziej z nawyku sprawdzania przestrzeni oraz z potrzeby układania sobie drogi ucieczki z każdego miejsca, w którym przyszło mu spać. Zawsze może się przydać. Nigdy nie wiadomo. Obejrzał pobieżnie obejście, linię płotów, stajnię i drogę prowadzącą ku placowi. Dunkelwald wydawał się spokojnym miejscem i po prawdzie mówiąc, gdyby nie historia Łowcy, w ogóle nie wchodziłby w stan gotowości. Udzielała mu się jednak podejrzliwość ich pracodawcy. We wsi było zbyt cicho, a on stale miał wrażenie bycia obserwowanym.

    Po spacerze przed snem wrócił do reszty i zadeklarował ostatnią wartę. Nie pił więcej. Chciał się wyspać, jeśli bogowie i ludzie pozwolą, bo rano zamierzał odnaleźć chłopaka, który ostrzegł ich przed kaplicą, i przepytać go bez matki stojącej nad karkiem. Tymczasem pora była zamknąć oczy i czekać na swoją wartę. Kiedy został obudzony przez Pietera, ułożył się wygodnie na korytarzu i próbował łypać na kąty, ale karczma naprawdę spała i nic nie wydarzyło się podczas jego warty. Co za strata czasu.

    text alternatywny

    Gospodarze w Kwaśnym Jabłku wstawali wcześnie. Po otwarciu oczu, zrazu z dołu doszedł ich zapach owsianki, cebuli, dymu i kwaśnej woni cydru, który musiał tak dobrze wsiąknąć w drewniane sklepienie karczmy, że pewnie nie dałoby się go wygnać nawet pożarem. Na placu przed gospodą widać było, że wieś także się budzi. Parę osób zaszło po wodę do studni, starsza kobiecina rozstawiała kram z jajkami, ktoś wyszedł z koszykiem po drewno, które opierało się odłogiem o jego dom. Nie działo się nic alarmującego.

    Sneider był już na nogach. Nie wspomniał o nocnym wyjściu. Ręce miał czyste, może lekko zaczerwienione, ale na pewno nie poranione, co znaczyło, że wczorajsza krew na dłoniach nie była jego, co odnotował Pieter. Nie wyglądał na wypoczętego i zregenerowanego, ale głos miał przytomny i rzetelny.
    – Przed południem zaczynamy – oznajmił. – Gdzieś za godzinkę, półtorej. Róbcie, na co macie ochotę, ale później będę was potrzebował. Jeśli kogoś spotkacie, możecie powiedzieć, że korona wzywa lud na ogólny posłuch. Karczma będzie naszym domem spytek. Możecie jawnie mówić, że Łowca Czarownic wzywa. Kto się nie zjawi o czasie, może się liczyć z karą i tym, że sam zapukam. Ludzie z reguły nie lubią, gdy pukam do ich drzwi, więc liczę, że stawią się tłumnie.

    Spojrzał po nich kolejno.
    – Bawcie się dobrze. Mam przeczucie, że to będzie dobry dzień. Koniecznie odnotujcie, jeśli zobaczycie kogoś uciekającego chyłkiem. Najmę kogoś do budowy symbolicznego stosu. Nawet jeśli go nie użyję, to wielce działa na wyobraźnię. Kto wie, może wszystko wyjaśni się szybko i ogrzejemy się dziś wieczorem wspólnie w blasku ognia na zewnątrz. No dobrze. To wszystko.
    Oznajmił i wgryzł się w zielono-czerwone jabłko, a sok wypłynął mu z kącików ust i spłynął po brodzie.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    A teraz widzę, że deklaracji nam trzeba. Zawarłem w poście, ale dla porządku:

    Elias - deklaracja 1. kolejki

    Rutynowe diagnozowanie powietrza, sprawdzanie działalności filtrów powietrza i aparatury podtrzymującej życie na statku. Do tego dwa kieliszki naparu, który nazwijmy "Specjałem Eliasa" oraz jeden syntetyczny papierosik. Modne spóźnienie, lecz bardzo krótkie, na odprawę. Ewentualnie przyjście na końcu zaraz przed.

    Komentarze

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    text alternatywny

    Pierwsze, co wróciło, to smak. Metal, stary plastik i coś słodkawego, chemicznego, jakby ktoś przepłukał mu gardło płynem do konserwacji filtrów. Nie otwierał oczu. Coś mu mówiło, jakiś szósty zmysł, że coś się spierdoliło. Nie wiedział jeszcze co, ale leżenie tak z zamkniętymi powiekami było bez sensu, dlatego zmusił się do otwarcia oczu. Majaczyła nad nim osłona kriogeniczna, mokra od skroplonej pary, pobrużdżona szronem i mdłym światłem kontrolek.

    Przez kilka sekund nie wiedział, czy oddycha sam, czy wspomaga go jeszcze aparatura komory, ale w końcu jego płuca się odezwały. Zakaszlał głęboko i brzydko, wypluwając brunatny płyn konserwujący jego krtań podczas głębokiego snu, który zawsze schodził w pierwszej kolejności. Nie było to zwykłe chrząknięcie po śnie, jakie mieli inni, tylko coś bardziej jak próba spuszczenia oleju z rzężącego silnika. Tak to jest, jeśli próbujesz połączyć tkankę ze wszczepami. Zawsze za coś płacisz. Crowe zgiął się w pasach, zacisnął palce na krawędzi kapsuły i przeczekał falę bólu z twarzą skrzywioną bardziej z irytacji niż strachu. Syntezator w krtani zaskoczył po chwili cichym, paskudnym trzaskiem, jak stary głośnik, który ktoś kopnął dla zachęty. Podobno tak Rosjanie naprawiali cały swój kosmiczny sprzęt. Patrzył, jak czasem robi to Siergiej i musiał przyznać, że była to cholernie dobra metoda.

    – Żyję – wychrypiał do nikogo konkretnego. – Dalej żyję. Niewiarygodne.
    Odpiął pasy drżącymi palcami. W głowie miał watę, w ustach syf, a w mięśniach czuł tę charakterystyczną pustkę po długim czasie nieużywania. Usiadł za szybko i natychmiast tego pożałował. Świat przechylił się o kilka stopni, choć szybko wrócił na właściwe miejsce. Naukowiec oparł łokcie na kolanach i oddychał chwilę przez nos, krótko, oszczędnie, próbując zebrać się do kupy.

    Powietrze było zimne. Za zimne. To od razu zapaliło kontrolki w jego umyśle. Raptownie nabrał sił. Oblizał spierzchnięte usta i wziął głęboki wdech, by przeanalizować sprawę. Powietrze było wilgotne od odparowującego chłodziwa, z cienką nutą ozonu i rozgrzanej elektroniki. Pod spodem czuł jeszcze coś. Nie zapach, nie do końca. Raczej brak właściwej woni, do której przywykł. Filtry dopiero wchodziły na roboczy cykl, przepływ nie był jeszcze równy. Zamruczał z zadowolenia. Z Kardashian było wszystko w porządku. Jego kotka budziła się po prostu jak stary palacz po źle przespanej nocy.

    Crowe uniósł wzrok na Adama. Android stał między kapsułami w tym swoim nieskazitelnie czystym wdzianku, którego Crowe tak nie lubił. Przypominał mu o tym, jaki sam kiedyś był. Teraz dbanie o takie detale było zbyt uciążliwe. Syntetyk wyróżniał się na tle załogi jak księżniczka w burdelu, ale może to i lepiej. Nie lubił tych modeli, którym zbyt dobrze wychodziło naśladowanie ludzi. Adam mówił coś o stabilnym tętnie, saturacji, która była w normie, i braku objawów odrzutu neurologicznego. Elias parsknął cicho, co natychmiast zmieniło się w kolejny kaszel. Cholerne androidy.

    – Saturacja w normie – powtórzył pod nosem. – Masz chyba zepsuty ten komputerek. W moim ciele nic od dawna nie jest w normie – rzucił i przypomniał sobie ból w klatce piersiowej przed wylotem.
    Obiecał, że zrobi pełną diagnostykę. No to chyba będzie trzeba przełożyć wizytę o parę lat. Westchnął i zmarszczył brwi, gdy spojrzał na wyświetlacz przy kapsule.

    15.08.2183.

    Czyli jednak przeczucie go nie zawiodło. Coś się spierdoliło. Przez chwilę tylko tępo patrzył na cyfry. Twarz miał jeszcze zbyt martwą po hypersnie, żeby pozwolić sobie na luksus ekspresji. Mimo wszystko jedno oko, to naturalne, zwęziło się lekko. Drugie odpowiedziało cichym kliknięciem diagnostycznej nakładki. Za wcześnie. Oczywiście, że za wcześnie.

    Wokół ludzie dochodzili do siebie po swojemu. Biedna Delilah chyba wstała lewą nogą i się tym przejęła, ale nie wyglądało na to, żeby ktoś ją oceniał. Sam miał to gdzieś. Zbyt źle się czuł, by oceniać innych. Davy, ich ranny ptaszek, jak zwykle ćwierkał wesoło. Elias nie do końca rozumiał tego człowieka, ale doceniał dobry humor u ludzi. Dobrze równoważył jego fatalizm. Wydało mu się, że po twarzy Siergieja przemknął grymas strachu. Normalne. Sam miał coś podobnego, gdy jego wszczepy nie załączały się na czas. Na resztę nie spojrzał. Było już wiadomo, że to nie standardowe, łagodne wybudzenie, więc wszyscy będą czuli się jak gówno w słoiku, którym ktoś raptownie wstrząsnął. Coś się stało i wiedział, że kapitan za chwilę wyłoży im sprawę. Nie pomylił się. Hannigan dał im znać, że odebrali sygnał S.O.S.

    Elias powoli przetarł twarz dłonią. Skóra pod palcami była zimna i lepka. Bardzo chciał teraz zapalić, choć to jeszcze nie była ta pora. Jeszcze bardziej chciał łyku z piersiówki. Obie te rzeczy były nieprofesjonalne i prawdopodobnie zabronione po przebudzeniu, ale miał to w dupie. Gdy tylko wejdzie do swojej kajuty, zrobi sobie konkretnego drinka.

    – Fajnie – mruknął. – Świetnie. Czyli co? Ktoś będzie musiał tam zajrzeć. I oczywiście tym kimś będziemy my? Dla jasności, firma zapłaci nam za nadgodziny? – zapytał, ale nie miał wielkich nadziei.

    Zsunął nogi na podłogę. Kolana ugięły się pod nim tak, że żeby się nie przewrócić, musiał się przytrzymać. Odezwała się stara rana. Przeczekał pierwszy zawrót głowy, potem sięgnął do schowka po swój przybrudzony kitel terenowy. Narzucił go na siebie powoli, sprawdzając po kieszeniach znajome kształty: fiolki, paski testowe, marker, mały próbnik, zapasowe uszczelki, porysowany analizator. Metal piersiówki stuknął cicho o obudowę kieszeni. Ten dźwięk uspokoił go bardziej, niż powinien.

    Kiedy Adam wspomniał o możliwym skażonym personelu i procedurach medycznych, Crowe podniósł głowę.
    – Adam – odezwał się zachrypniętym, nierównym głosem. – Jak będziesz szykował medyczną, odłóż mi pełny odczyt atmosfery z ostatnich sześciu godzin. Pomieszczenie z komorami, mesa, mostek, główne kanały. Nie interesuje mnie, czy system mówi, że jest w porządku. Jestem starej daty i muszę wszystko sprawdzić sam – wyłożył, choć podobne prośby nie były nowością.

    Nie czekał na odpowiedź dłużej, niż musiał. Podniósł z dna kapsuły niewielki analizator, potrząsnął nim raz, jakby budził wkurwione, agresywne zwierzątko, i spojrzał na jego ekran. Urządzenie zamrugało, pokazało błąd kalibracji, potem niechętnie wróciło do życia.
    – No już, skurwysynu – mruknął do niego ciszej. – Działaj, kupo gówna – rzucił i walnął dłonią w sprzęt.
    Ekran zamrugał i załadował się. A jednak te ruskie metody działały.

    Crowe ruszył w stronę wyjścia wolniej niż reszta, ale nie zniżył się do tego, by prosić kogokolwiek o pomoc. Przy grodzi zatrzymał się jeszcze na moment i obejrzał za siebie. Wyglądało na to, że drużyna w miarę dobrze przeżyła wcześniejsze wyciągnięcie z lodówki. Miło się pracuje z profesjonalistami.
    – Trzydzieści minut – powiedział do siebie. – Dobrze. W sam raz, żeby dowiedzieć się, czym tam teraz oddychamy i walnąć sobie na jedną i drugą nóżkę.
    Wsunął analizator do kieszeni, poprawił kołnierz kitla i poszedł się doprowadzić do stanu, który przy odrobinie złej woli dało się nazwać używalnym.

    Rozgrywka

  • Popiół i Śnieg
    PiołunP Piołun

    @wired spokojnie, nic cię nie wciągnie 🙂 pytam dla jasności 😉

    Komentarze

  • Popiół i Śnieg
    PiołunP Piołun

    @Wired rozliczymy to tak...

    Tomasimo: -2 racje prowiantu
    Obrok: -50 obciążenia z zapasu obroku
    Bukłak: Woda faktycznie do uzupełnienia w wiosce easy, więc ok. Korzystasz za studni w tym przypadku tak?

    Komentarze

  • Popiół i Śnieg
    PiołunP Piołun

    text alternatywny

    Bezkrwawe zwycięstwo mogło pokrzepić morale, ale tej nocy nie można było zaliczyć już do spokojnych. Nie przyszły żadne wilki, dzwoneczki przy potykaczach Pietera dzwoniły cichutko przy mocniejszych podmuchach wiatru, ale nic więcej tej nocy już nie nadeszło. Mimo wszystko sen długo nie chciał na nich zejść. Nie tak, jak powinien po ciężkim dniu marszu i krótkiej, brudnej walce. W powietrzu wisiał fetor spalenizny nijak niepodobny do tego, który mogli znać z palenisk, kuźni i zimowych izb. Był to tłusty, gryzący, kwaśny odór, stanowiący mieszankę palonego futra i czegoś chorego, co mimo oczyszczającego błogosławieństwa płomieni zdawało się nie chcieć odejść razem z dymem.

    Ogień w pieczarze trzaskał cicho. Śnieg za wejściem odbijał pomarańczowy blask. Konie długo jeszcze parskały niespokojnie, ilekroć wiatr odwracał się i przynosił z zewnątrz resztki woni spalonego ścierwa. Tyci czuwał blisko Tomasimo, z łbem opartym na łapach, ale uszami pracującymi przy każdym szmerze. Sneider spał niewiele, wiercąc się nerwowo. Siedział plecami przy kamieniu, z kapeluszem zsuniętym nisko i bronią w zasięgu dłoni, tak nieruchomo, że w półmroku mógłby uchodzić za część jaskini, gdyby nie oddech i sporadyczny błysk oka spod kapelusza.

    Nad ranem mróz stwardniał. Odczuli to. Zmęczenie osiadło w ciałach ciężej niż poprzedniego dnia, wdzierając się przez mięśnie do kości. Przyszedł blady, szary i nieżyczliwy świt. Światło sączyło się między drzewami, odsłaniając ślady nocnej walki. Mogli raz jeszcze spojrzeć na rozdeptany śnieg, ciemne plamy krwi, odciski łap, smugi po ciągniętych truchłach wilków, które oporządzał Heinrich... i czarną resztkę po spalonym basiorze, częściowo już przysypaną świeżym puchem.

    Po śniadaniu okraszonym wilczym mięsem zgasili ognisko, przysypując je śniegiem. Pieter zdjął potykacze. Moriz sprawdził konie, rzemienie, juki i broń. Skóry zabrane przez Heinricha zesztywniały od mrozu, cuchnęły wilkiem i krwią, ale część z tego, co zebrał, może się jeszcze do czegoś nada. Będzie trzeba nad tym popracować, gdy dotrą do wioski. To, co zostało z wilków, oddali naturze. Heinrich dla ułatwienia roboty wieczorem ułożył zwierzęta pokotem. Widok ten trochę tłumił apetyt przy śniadaniu, ale wyglądało na to, że padlinożercy będą zadowoleni. Parę kruków zebrało się już nawet na drzewach i czekało tylko na ich odejście.

    Sneider zażyczył sobie przejrzeć ich dłonie, zwłaszcza Heinricha. Zrobił to krótko i bez czułości. Podobnie bystro przyjrzał się ich twarzom. Szukał skaleczeń, zaczerwienień, ropy, dziwnych plam, czegokolwiek, co mogłoby sugerować, że skaza Chaosu jakoś na nich przeszła. Wyglądało na to, że nic nie znalazł. W końcu po tych oględzinach dalej byli żywi. Nie ulegało wątpliwości, że gdyby coś znalazł, nie potraktowałby ich ulgowo. Pewnie nawet by nie mrugnął, gdyby trzeba było doraźnie wrazić nóż w serce. Mimo wszystko po zakończonej inspekcji nie wyglądał również na człowieka uspokojonego.
    – Myjcie łapy po każdej takiej walce. Dobrze wam radzę – rzucił tylko. – Lepiej zedrzeć skórę z palców, niż czekać, aż zacznie schodzić sama.

    text alternatywny

    Ruszyli. Droga do Dunkelwaldu nie niosła ze sobą żadnych niespodzianek. I dobrze, bo po nocy z wilkami nawet zwykły marsz wydawał się wystarczającą próbą. Szli wolniej, częściej niż wczoraj łapiąc zadyszkę. Kto spał, spał mało lub niespokojnie. Mimo wszystko Sneider wymagał od nich zachowania wzmożonej czujności. Łajdak posunął się nawet do tego, by ich sprawdzać, nerwowo reagując na przemykającą od czasu do czasu łanię czy daniela. Nawet bez jego prowokacji byli dość czujni. Ciemna toń gęstwin działała na wyobraźnię. Las rozciągał się po obu stronach traktu, cichy, a wiatr wiejący między gałęziami świszczał upiornie, niosąc złowróżbną melodię kniei.

    Mapa Ulmanna dalej się sprawdzała. Komuś, kto nie zwraca uwagi na detale, mogło się wydawać, że chodzą w kółko. Śnieg spłaszczał krajobraz, przykrywał charakterystyczne elementy. Dlatego nawet Pieter musiał od czasu do czasu sięgnąć po mapę, by nie postradać drogi. Tak oto kilka kresek na pergaminie oszczędziło im zejścia w zły jar, kilka znaków pozwoliło odnaleźć kamień graniczny pod zaspą, a raz także stary pień z wyciętym symbolem, prawie całkiem skuty lodem i niewidoczny dla kogoś, kto nie wiedział, że powinien patrzeć właśnie tam.

    Trakt z wolna schodził niżej. Dzikość lasu nie ustąpiła nagle, ale mogli zauważyć już pierwsze ślady stałej bytności miejscowych. Pomiędzy świerkami i bukami zaczęły pojawiać się nacięcia od siekier. Mogli dostrzec stare pniaki, zbutwiałe stosy gałęzi, sterty porąbanego drewna przykryte śniegiem i zapomniane sanie drwali, przewrócone na bok przy zamarzniętym rowie. W jednym miejscu mijali niską szopę, której dach zapadł się pod ciężarem śniegu. W innym – dziwnie ułożony kopiec kamieni, na którym ktoś zatknął wilczy kieł przewiązany wytartym rzemieniem. Sneider zatrzymał się przy nim na chwilę i burknął coś niezrozumiale pod nosem. Nie kazał tego zniszczyć. Zbliżali się do sioła spod znaku Ulryka i kto wie, ile podobnego tałatajstwa znajdą głębiej.

    W południe przeszli przez zamarznięty strumień. Lód przy brzegach był mleczny i spękany, lecz pośrodku trzymał jeszcze na tyle mocno, by przeprowadzić konie pojedynczo. Pod nim czarna woda płynęła dalej, cicha i uparta, niosąc liście i cienkie gałązki. Później droga ponownie wspięła się łagodnie. Obeszli niski pagórek i wyłonił się przed nimi widok, który latem musiał być pewnie powodem czyjejś dumy.
    Zamarznięty sad jabłoni.
    Najpierw kilka drzew, potem całe rzędy. Niskie, powykręcane drzewa stały po obu stronach drogi, czarne, nagie, z gałęziami rozłożonymi jak chude palce. Śnieg leżał na nich w cienkich pasmach. Na ziemi, pod zaspami, widać było miejscami zamarznięte, zgniłe owoce, brązowe i pomarszczone, których nikt nie zdążył zebrać albo nie było komu. Niektóre wisiały jeszcze na gałęziach, twarde od mrozu, sczerniałe.

    Dalej stały prymitywne prasy, przykryte płachtami i śniegiem. Drewniane kadzie obrócone do góry dnem. Szopy o szerokich drzwiach, z których w cieplejsze miesiące pewnie toczono beczki. Nawet zimą, pod mrozem, dało się wyczuć pod dymem i wilgocią kwaśnawy zapach starych jabłek, sfermentowanej pulpy i drewna nasiąkniętego cydrem.
    – Drwale i cydr – mruknął Sneider. – Wesoli, kurwa, sadownicy.
    Zaklął, dając w powątpiewanie sielankową wizję, jaka mogła się roztaczać przed mniej pesymistycznymi członkami drużyny. Sneider przyjechał znaleźć tu kultystów i znając opinie o Łowcach Czarownic, pewnie sobie jakiegoś znajdzie, choć trzeba mu było oddać, że dotąd starał się obiektywnie patrzeć na rzeczywistość.

    Spojrzeli dalej. Za sadami wyłaniał się Dunkelwald. Tak naprawdę wpierw był dym. Cienki, szary, unoszący się z kilku tuzinów kominów. Potem doszło szczekanie psa, krótkie i urwane, i tak w miarę zbliżania poczęli dostrzegać niskie, strome dachy, obciążone śniegiem, skupione ciasno przy trakcie i wokół niewielkiego placu. Chaty były drewniane, ciemne od smoły i dymu, z podmurówkami z polnego kamienia. Przy wielu z nich wisiały wiązki drewna, pęki ziół, suszone skórki jabłek, stare sidła i narzędzia do pracy w lesie. Płoty stały krzywo, naprawiane tym, co akurat wieśniacy mieli pod ręką, czy to deską, kołkiem, kawałkiem sanek, czasem nawet obręczą od beczki.

    Pośrodku osady znajdowała się studnia z daszkiem, obok niej stary dąb, martwy albo prawie martwy, z pniem obwieszonym wyblakłymi wstążkami i, jakże by inaczej, wilczymi kłami. Na północ od placu, wyżej, między ciemnymi pniami, majaczyła kaplica. Nie była duża. Kamienna podstawa, drewniana górna część, stromy dach, wilcza głowa wyrzeźbiona nad wejściem albo tylko przybita pod daszkiem. Z tej odległości trudno było ocenić. W gasnącym świetle wyglądała jak coś, co bardziej pilnuje wsi, niż jej błogosławi.

    Ludzie nie wychodzili im naprzeciw. Twarze pojawiały się w oknach i znikały. Ktoś uchylił drzwi, zobaczył kapelusz Sneidera i zamknął je powoli, jakby szybki zryw już mógł zostać uznany przez Łowcę Czarownic za przewinę. Dwóch parobków przy stosie drewna przerwało robotę. Jeden odruchowo zdjął czapkę. Drugi nie zdążył, więc pierwszy szarpnął go za rękaw. Dziecko przebiegające między chatami zamarło na środku drogi, po czym uciekło za płot. Gdzieś za stodołą zaszczekał pies, ale zaraz ktoś syknął na niego ostro. Sneider nie komentował. Być może był przyzwyczajony do podobnie ciepłych przywitań. Szedł środkiem drogi, spokojnie, roztaczając groźną aurę, która sprawiała, że ludziom jeżył się włos na skórze.

    – Mus nam karczmy trzeba – powiedział tylko. – Zmierzcha, a za nami długi dzień. Rano zaczniemy właściwie. Zresztą ludzie przez noc mają brzydki zwyczaj chować swoje sekrety na prędce, przez co następnego dnia łatwiej je odkryć. Głupcy nie rozumieją, że nie czytam w myślach. Pewnych rzeczy bym się nie domyślił, gdyby nie próbowali ich tak niezdarnie ukryć. To była jedna z moich pierwszych lekcji jako Łowcy Czarownic. Zapamiętajcie sobie. Bardzo życiowe.
    Wyłożył i poszedł w stronę największego budynku we wsi.

    text alternatywny

    Karczma stała przy placu, większa od pozostałych budynków, tak jak podejrzewał, choć była przy tym tylko trochę mniej biedna. Nosiła nazwę Pod Kwaśnym Jabłkiem, wymalowaną nierównymi literami na desce wiszącej nad drzwiami. Na szyldzie ktoś kiedyś namalował zielonkawe jabłko z wykrzywioną miną i kropelką soku przy ogonku. Farba spłowiała, ale grymas owocu jakoś oparł się pogodzie. Przynajmniej na razie. Pod szyldem zwisały dwa małe, zamarznięte wianuszki z gałązek jabłoni.

    Budynek miał szeroką izbę od frontu, niskie okna z mętnymi szybkami i dobudowaną stajnię po lewej stronie. Z tyłu widać było większą szopę albo skład, zapewne na beczki, narzędzia i zapasy. Przy jednej ścianie stały trzy opróżnione beczki po cydrze, teraz przysypane śniegiem. Z komina unosił się dym, a spod drzwi sączyła się wąska smuga ciepłego światła. Sneider wszedł pierwszy. Otworzył drzwi, wszedł do środka i zniknął w pomarańczowym świetle, zostawiając na zewnątrz resztę drużyny z końmi, psem i jukami.

    Wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego, co sprawiło, że kilku z nich mogło napiąć nerwowo mięśnie, a dłoń instynktownie ruszyła w stronę rękojeści. Za ich plecami odezwał się chłopiec. Mógł mieć dziewięć, może dziesięć lat. Stał w za dużej kurcie, pewnie po bracie, z czerwonym nosem, w czapce naciągniętej prawie na oczy. Pojawił się tak cicho, jakby od dawna stał między studnią a martwym dębem, tylko wcześniej nikt nie zwrócił na niego uwagi.
    – Nie idźcie nocą do kaplicy – powiedział.
    Krótko. Trochę tak, jak dziecko mówi rzecz zasłyszaną od dorosłych, której nie powinno powtarzać, ale jednak powtarza, bo leży to w dziecięcej naturze. Nim ktokolwiek zdążył dobrze odpowiedzieć, z najbliższej chaty wyszła kobieta w grubej spódnicy i chustce. Nie biegła, ale szła szybko. Chwyciła chłopca za rękę, przyciągnęła do siebie i spojrzała po podróżnych z wymuszonym, nerwowym uśmiechem.
    – Bujną ma wyobraźnię – powiedziała. – Dzieciaki tak mają. Johan, co ci mówiłam o zaczepianiu ludzi i bajaniu na jawie, co? Przepraszamy bardzo. Prawda, Johan?
    Bardziej oznajmiła, niż zapytała. Chłopiec chciał jeszcze coś powiedzieć, ale ścisnęła mu dłoń mocniej.
    – Do domu.
    Pociągnęła go za sobą. Drzwi zamknęły się chwilę później, niezbyt głośno, ale ostatecznie. W oknie poruszyła się firanka, po czym zgasło światło. To było dziwne... ale zanim ktokolwiek zdążył skomentować, z wnętrza karczmy dobiegł głos Sneidera.
    – Wprowadzać konie do stajni. Na Sigmara, pizga jak w Nordlandzie. Ruszajcie się.
    Ponaglił ich i trzasnął drzwiami.

    Stajnia przy Kwaśnym Jabłku była niska, ciepła tylko od stłoczonych w niej zwierząt, ale po całym dniu marszu nawet taki dach zdawał się dobrodziejstwem. W środku stały już dwa miejscowe konie, parę krów, mały wózek, trochę narzędzi i beczki ustawione pod ścianą. Przy żłobach leżały jabłkowe wytłoki, zamarznięte w brązowawe bryły. Kuc Tomasimo stanął blisko przy koniach, jakby chciał podkraść trochę ich ciepła. Tyci obwąchał próg, prychnął na kota siedzącego na belce i wrócił do swojego pana.

    Wnętrze gospody było niskie, zadymione i ciemniejsze, niż zapowiadało światło pod drzwiami. Główna izba miała szerokie palenisko po prawej stronie, z kamiennym okapem czarnym od sadzy. Przed nim stały dwie długie ławy i ciężki stół porysowany nożami, kuflami oraz śladami po latach częstego użytkowania. Po lewej znajdował się szynkwas, solidny, toporny, zrobiony chyba z tego samego drewna, z którego miejscowi stawiali mostki nad strumieniami. Za nim wisiały cynowe kubki, gliniane dzbany, kilka pękatych butli i mała beczułka z zatkniętym kranikiem. W powietrzu unosił się zapach dymu, kwaśnych jabłek a jakże, mokrej wełny, tłuszczu i piwa.

    W głębi izby były schody prowadzące na piętro. Wąskie, skrzypiące, z poręczą wygładzoną od rąk. Pod schodami stały beczki i kosze. Za izbą główną widać było uchylone drzwi do kuchni, skąd dochodził odgłos mieszania w garnku i zapach cebuli smażonej na tłuszczu. Dalej musiały być komory, spiżarnia i zejście do piwnicy, bo z podłogi przy ścianie wystawała ciężka klapa z żelaznym uchwytem. Przy niej leżała mokra szczotka, jakby ktoś niedawno próbował zetrzeć ślady błota albo rozlanego napitku.

    W izbie siedziało kilku miejscowych. Drwal z ręką w opatrunku. Stara kobieta otoczona rzędem pustych butelek. Dwóch młodych mężczyzn pochylonych nad miską polewki. Kiedy weszli obcy, rozmowy urwały się nierówno. Gdy jednak do środka wszedł Sneider, efekt był podobny jak sprzed dwóch dni. Bohaterowie mogli zacząć sobie wyobrażać, że Łowca ma już wyuczone tiki i przygotowaną paletę groźnych min, którymi częstuje innych, wszystko specjalnie przygotowane na takie właśnie wejścia.

    Karczmarz był człowiekiem niskim i szerokim, z policzkami czerwonymi od dymu z ognia w palenisku. Miał fartuch przewiązany pod brzuchem, rzadką brodę i kalkulujący wzrok. Obok niego krzątała się kobieta znacznie szczuplejsza, o niesłychanej urodzie. Widać, jakaś swatka dodała sobie jeden do jednego i zabrączkowała miejscową piękność z obrotnym karczmarzem. Widok dość częsty i dla niektórych przykry. To ona pierwsza spojrzała na broń, potem na buty, potem na kapelusz Sneidera.
    – Miejsca potrzebujemy – powiedział Łowca Czarownic, zdejmując rękawice. – Zabawimy u was na parę dni.
    Karczmarz przełknął ślinę.
    – Miejsce jest, panie. Trochę ciasno, bo zima, ludzie po drogach, drwale z lasu, ale coś się znajdzie.
    – Ja nie pytałem, czy się znajdzie, ale miło, żeście trochę bardziej rezolutni i nie muszę sięgać po metody perswazji. Ile będzie?
    To pytanie padło zbyt szybko, żeby karczmarz zdążył udawać gościnność.
    – Za dwie izby na górze... – zaczął ostrożnie. – Trzy szylingi od głowy. Stajnia osobno. Ogień, posłanie, wieczerza... napitek, jeśli trzeba. Cydr mamy własny, choć kwaśny, jak nazwa każe. Lepszy latem, zimą już bardziej dla odważnych.
    Sneider spojrzał na niego bez uśmiechu.
    – Trzy szylingi od głowy?
    Karczmarz odchrząknął.
    – Czysta izba, panie. Dach nie cieknie. Prawie. Zimą wszystko drogie. Taki urok zimowych zagajniczków.
    Przy szynkwasie ktoś parsknął cicho, ale zaraz udał kaszel.
    Sneider oparł rękawice na blacie.
    – Dobrze. Nie będziemy się targować jak przekupy na targu. Mam nadzieję, że siennik nie gryzie, inaczej sobie pogadamy.
    – A nie gryzie, nie gryzie – odpowiedział karczmarz po chwili niepewnie. – Chyba że ktoś sam ze sobą pchły przyniesie. To zadbany przybytek.
    Żona za jego plecami zamknęła oczy na krótką chwilę. Wyglądała na zmartwioną i chyba modliła się do wszystkich bogów, żeby jej mąż się już zamknął.
    Sneider patrzył na niego długo, ważąc chyba, czy nie poczuć się urażonym, ale nie okazał się tak małostkowy. Zamiast tego uśmiechnął się, ale nie był to uśmiech, który chciałoby się oglądać często, i nie miał w sobie nic z życzliwości. Potem przesunął wzrok po izbie, po miejscowych twarzach, po schodach, po klapie do piwnicy, po koszach z jabłkami i po drzwiach kuchni.
    – Jedna izba dla mnie. Druga dla moich towarzyszy. Stajnia dla zwierząt. Wieczerza. Wrzątek. I nikogo obcego na piętrze.
    Karczmarz otworzył usta.
    – Dobry panie, jak to nikogo obcego na piętrze?! To ja muszę ludzi poprzenosić, a jak poprzenosić, to będzie gadane, a jak będzie gadane...
    – To będzie gadane... niezbyt mnie to obchodzi. Jutro dopiero sobie pogaworzę z ludźmi – oznajmił, a po sali przebiegły nerwowe szepty. Część ludzi zmroczonych alkoholem dopiero teraz pojęła, dlaczego Łowca Czarownic zawitał do Dunkelwaldu i chyba miała ochotę szybko sprawdzić, czy nie ma czegoś pilnego do roboty w domu.
    Przez chwilę stali naprzeciw siebie przy szynkwasie. Za oknami Dunkelwald ciemniał, a śnieg zaczął znów osiadać na szybach drobnymi, mokrymi plamkami. W głównej izbie nikt nie wrócił jeszcze do rozmowy. Wszyscy czekali.
    Karczmarz w końcu westchnął.
    – Dobrze. Podejrzewam, że interes i tak będzie wystawiony na małą próbę przez parę dni. Nie obraźcie się, panie, ale wizyty ludzi z waszego szlachetnego zakonu szybko zabijają interesy.
    – Zapewniam, że nie tylko interesy. Ale nie bójcie się. Nie będziecie stratni. Pod koniec zostawię zadatek za to, że nie utrudniacie. Sowitą premię. Więcej, niż byście wycisnęli z miejscowych przez te parę dni. To wszystko. A teraz do dzieła.

    Karczmarzowi nie trzeba było powtarzać. Porwał żonę na zaplecze, zaprzągł parę parobków do szykowania wszystkiego i nie było go widać przez chwilę. W tym czasie karczma opustoszała całkiem i zaledwie po kwadransie mogli „cieszyć się” niespotykaną nigdy wcześniej prywatnością. Karczma na wyłączność? Można by to było polubić, gdyby nie towarzyszyła temu opustoszeniu taka mroczna atmosfera. Łowca podszedł do nich i przekazał klucz od właściciela, mierząc ich uważnym spojrzeniem. Każdemu spojrzał w oczy i nie odwrócił wzroku. Na wargach wykwitł mu lekko niepokojący półuśmieszek.
    – Dobrze mi się na razie z wami współpracuje. To odświeżające. Wyśpijcie się, ale trzymajcie dla porządku wartę w swojej izbie. Nie zapominajcie, po co tu jesteśmy. Jutro zabierzemy się do pracy. Wejdziecie trochę w moje buty i też sobie popytacie. Jeśli nie macie pytań, to idę udać się na spoczynek.
    Zapytał i czekał na ich kwestie, całkowicie ignorując fakt, że sam dla siebie wybrał osobną izbę i trudno mu będzie przez to dostosować się do własnej rady. No nic, może miał inne sposoby na zachowanie czujności w nocy.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Hej hej wszystkim!

    Bardzo cieszę się na wspólną grę i wypatruje możliwości fajnych interakcji.

    @Marrrt napisał w Krzyk Pustki:

    Chciałbym prosić wszystkich załogantów o podanie od ilu misji służą na Kardashian. Celowo nie pytam od ilu lat, bo przy kriośnie lata to rzecz względna:)

    Załóżmy, że od 3 lub 4 misji. Raczej trzeba myśleć o mojej postaci, jako o stałym elemencie załogi już.

    @Marrrt napisał w Krzyk Pustki:

    W ramach sesji zero, muszę również poinformować, że w talentach oficera jest "pull rank". Jeszcze nie wiem, czy wezmę ten talent, ale poniżej jego opis:
    You can use your COMMAND skill to order other non-officer PCs and NPCs around, as long as they belong to the same organization as you. To force someone to follow your orders and perform a specific action, roll COMMAND against the target’s MANIPULATION. If successful, the target must follow your order, even if it means harm or danger to themselves.

    Nie będę miał z tym problemu w tej sesji. Jest taka umiejętność przewidziana i testuje się ją, więc spoko. Faktycznie w jakiś kampaniach wolałbym mieć ostateczną kontrolę nad swoją postacią, ale zamierzam otwarcie podejść do eksperymentów w tej. Uważam, że dobrze zrobiłeś dając wcześniej info o tym 🙂


    Od siebie dodam, że jako Scientist wziąłem talent Analiza. Będę czasem dociekliwi, ale jak kości nie pójdą, to proszę nie bijcie za podniesienie przez to ogólnego poziomu stresu. Obiecuje używać tej opcji tylko w jakiś momentach gdzie ma to sens, a nie jak popadnie 😉

    A i jeszcze grafika z kapsułą jak proszono --> link

    Komentarze

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Imię i nazwisko: Elias Crowe
    Wiek: 52 lata
    Profesja: naukowiec pokładowy / specjalista toksykologii atmosferycznej

    text alternatywny

    Elias Crowe jest członkiem załogi USCSS Kardashian odpowiedzialnym za toksykologię atmosferyczną, jakość powietrza, filtrację, obiegi zamknięte oraz wszelkie skażenia, które mogą pojawić się w układach podtrzymywania życia. W praktyce oznacza to, że zajmuje się tym, czym reszta załogi oddycha, co pije i monitoruje cały syf na statku.

    Miał w życiu parę poważnych wypadków, czy to na statku, czy podczas pracy w koloniach korporacyjnych. Firmowa medycyna poskładała go skutecznie, ale bez większej troski o estetykę. Ma diagnostyczną nakładkę przy jednym oku, ślady po dawnym wypadku i ochrypły głos, który wspomagany jest przez syntezator mowy w krtani. Nie obnosi się z tym szczególnie, ale też nie udaje, że nic się nie stało.

    Nosi przybrudzony, jasny kitel terenowy narzucony na robocze ubranie, a jego kieszenie są zwykle wypchane fiolkami, próbnikami, markerami, paskami testowymi i drobnym sprzętem pomiarowym. W jednej z kieszeni trzyma metalową piersiówkę z własnym destylatem, którego składu lepiej nie pytać, a jeszcze lepiej nie analizować przy użyciu certyfikowanego sprzętu.

    Crowe pali syntetyczne dymogryzy nikotynowe stanowczo za dużo jak na człowieka, który zawodowo zajmuje się jakością powietrza. Jest ponury, cyniczny i charakterny, z nieprzyjemnym nawykiem zakładania najgorszego scenariusza. Niestety dla otoczenia, wystarczająco często ma rację. Nie przepada za ludźmi lekceważącymi procedury, ignorującymi alarmy i mówiącymi „spokojnie, nic się nie stanie”. Kiedy Crowe mówi, że "coś mu śmierdzi", zwykle nie jest to metafora.

    Materiały

  • Pytania, problemy i życzenia
    PiołunP Piołun

    Jeśli chodzi o organizacyjną kwestie takiego pomysłu i miałby się w niej liczyć głos ogółu, jestem raczem za sondą w tej kwestii, ale jeśli głosowanie w jakiejkolwiek formie miałoby się odbyć tutaj, to też oczywiście swój głos oddaje za swoim pomysłem 🙂

    Forum księga życzeń

  • [ALIEN] Krzyk Pustki (rekrutacja)
    PiołunP Piołun

    @arthur-fleck brzmi uroczo. Muszę wziąć udział kiedyś w podobnym ekperymencie (chyba właśnie biorę, choć na kapkę mniejszą skale). Od czasu do czasu jako ciekawostka jest super. Jeśli mogę spytać trochę offtopowo, czy wszyscy dobrze przyjeli i zakceptowali taki obrót zdażeń? Sam nie mam z takowym problemu, ale zarówno jako MG i gracz oraz w pracy poznałem trochę osobowości. Ludzie lubią swoje wykreowane charaktery, a slasher jest dość specyficzną formą rozgrywko-rozrywki 🙂

    Archiwum alien

  • Popiół i Śnieg
    PiołunP Piołun

    @mortarel brakuje twojego posta w dziale z KP postaci. @zell proszę pamiętaj by edytować w tej sekcji PSy. Zużyłaś wszystkie, więc trzeba to zaznaczyć. Na razie skaczemy po dniach, i szybko się resetują, ale powoli dochodzimy do momentu, w którym ten luksus zniknie i będę tam zaglądał, by sobie przypomnieć ile zużyliście.

    Komentarze

  • Pytania, problemy i życzenia
    PiołunP Piołun

    Jak realne jest życzenie, by ta szara obwoluta wokół grafik dodawanych do postów zniknęła? Nie ukrywam, że pliki png, które z założenia mają zlewać się z tłem na tym cierpią, a ja z kolei cierpię na estetyczną nerwicę natręctw, którą trudno mi uleczyć.

    Forum księga życzeń
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa