Słowa Pietera trafiły do ludzi, ale nie zdołały przebić się przez cały ten gniew, strach i wzajemną nieufność. Jego poręczenie miało znaczenie i przepatrywacz mógł być pewien, że mieszkańcy je zapamiętają. Wciąż jednak było to słowo człowieka, który nie ukrywał szacunku dla Łowcy Czarownic i stał przy nim z bronią w ręku. Niektórzy słuchali, inni patrzyli na niego jak na najemnika, który skamle o mutacjach, by wyciągnąć ze sakiewki Sneidera więcej monet dla siebie.
Moriz próbował odwołać się do prostszego rozsądku. Gdyby mieli zamiar spalić całą wieś, nie staliby przecież przed uzbrojonym tłumem, wystawiając własne karki pod siekiery. Mogliby poczekać na noc, zamknąć ludzi w domach i rozniecić ogień, zanim ktokolwiek zrozumiałby, co się dzieje. Prawie nikt nie dał się jednak przekonać. Zbyt wiele było w nich gniewu, a chłodna logika tej argumentacji w ogóle do nich nie przemawiała. Właściwie takie postawienie sprawy bardziej rozjuszyło niektórych. Wychodziła z tego pewna lekcja dla Moriza. Nie należało opętanej żądzą krwi tłuszczy mówić, że można było pozabijać ich we śnie. To nie mogło rokować dobrze, bowiem część z nich, rozpalona emocjami, zrozumiała i usłyszała tylko tyle, ile chciała.
Dopiero Tomasimo przełamał ich opór. Niziołek wybrał inną strategię oratorską. Przemawiał jako żołnierz, który widział Chaos na własne oczy i nie musiał wyobrażać sobie skutków jego działania. Opowiadał o mutantach wychodzących z lasów, o ludziach walczących ramię w ramię ze zwierzoludźmi i o skazie, która nie kończyła się na zdeformowanym ciele. Każde kolejne zdanie wbijało się w ludzi jak klin. Nie przemawiał do ich dumy ani honoru. Uderzał w coś znacznie silniejszego. W strach o własne życie.
Kiedy wskazał Martę, wzrok tłumu ponownie powędrował ku jej twarzy. Dwie źrenice poruszały się w jednej tęczówce, każda jakby próbowała patrzeć w inną stronę, a widok, którego wcześniej im oszczędzała, zaszywając sobie powiekę i nosząc opaskę, coś zmienił. Tak dotkliwa mutacja poruszała coś ukrytego głęboko w duszy każdego z nich. To było nienaturalne i złe. Wszyscy to rozumieli. Paru chłopów opuściło widły, kierując ostre końce ku ziemi. Nastrój tłumu zmieniał się i pękał. Nie była to jeszcze ostateczna wiktoria, ale mimo wszystko postęp.
– On ma rację – odezwał się ktoś z drugiego szeregu. – A jeśli to się przenosi?
Pytanie zakorzeniło się w umysłach kilku osób. Ludzie zaczęli spoglądać na siebie, przypominając sobie wszystkie dziwne rzeczy z ostatnich tygodni. Widać było, że niektórzy nieznacznie próbują odsunąć się od sąsiadów. Jedna z matek przyciągnęła dzieci bliżej siebie i odsunęła się od mężczyzny stojącego obok.
Kapłan Berengar widział, co się dzieje. Wysunął się bardziej do przodu, ściskając siekierę w dłoni. Ostrze pozostawało skierowane ku ziemi, ale rósł w nim bojowy duch. Za wszelką cenę chciał odzyskać inicjatywę, bowiem zrozumiał, że powoli traci posłuch wśród ludzi, których przez lata prowadził.
– To wasi sąsiedzi! – zawołał. – Ludzie, z którymi pracowaliście, jedliście i grzebaliście zmarłych! Marta leczyła wasze dzieci. Odbierała wasze porody. Co z wami? Wystarczy teraz jedno słowo obcego, by wydać ją na stos? Co z tego, że coś zmieniło się na jej ciele? Przecież to dalej nasza Marta, do cholery!
Jego głos nie trącił już kaznodziejską nutą. Brzmiały w nim desperacja oraz gniew. Próbował zatrzymać grunt osuwający mu się spod nóg, ale było już nieco za późno. Wielu wieśniaków spuściło wzrok albo odwróciło głowy, lecz nikt nie odpowiedział.
Tomasimo nie musiał już niczego dodawać. Wystarczająco jasno przedstawił im drugą możliwość. Zabicie Łowcy Czarownic oznaczało otwarcie drogi mrocznym siłom. Skaza Chaosu przyciągnie w te strony zwierzoludzi, a nawet jeśli nie, prędzej czy później zjawią się kolejni ludzie Imperium. Tym razem nie z propozycją, lecz z ogniem i wojskiem. Ostatecznie nie mieli wyboru. Byli pod ścianą, a zabicie ich oraz Łowcy Czarownic sprowadziłoby na nich jedynie odroczoną w czasie zgubę.
Sneider pozwolił tej myśli dojrzeć. Stał spokojnie, trzymając linę Marty i obserwując wieśniaków z uwagą. Z zadowoleniem zauważył, że pułapka zaczyna się zamykać. Było dokładnie tak, jak się spodziewał. Dopiero kiedy większość broni opadła, a ludzie zaczęli patrzeć na sąsiadów bardziej podejrzliwie niż na niego, zwrócił się do sołtysa.
– Herr Rauch. Czas spełnić swoją część umowy. Proszę wyłuszczyć, kto jeszcze zamieszany jest w działania kultu.
Sołtys Otto przełknął ślinę. Jeszcze w karczmie wypowiadał się znacznie pewniej. Tam nie musiał patrzeć w twarze ludzi, których zamierzał sprzedać. Teraz jednak wiedział, że jeśli się zawaha, Sneider nie będzie miał żadnego powodu, by dotrzymać obietnicy. Wyszedł krok naprzód, rozejrzał się po tłumie i zaczął mówić o tych, którzy wiedzieli najwięcej, a może tylko o takich, którzy w ostatnich latach najbardziej mu się naprzykrzyli. Ostatecznie Sneider nie miał zamiaru weryfikować jego słów.
– Ojciec Holtz spotykał się z Martą – powiedział Otto, nie patrząc kapłanowi w oczy. – Był z nią blisko, a wszyscy dobrze wiedzą, jak kończy się obcowanie cielesne z mutantkami. Pozwolił, by własna chuć stała się ważniejsza od jego ducha. W dodatku w swoim bluźnierstwie zapędził się na tyle daleko, by urządzać schadzki w świętej kaplicy. Zaprawdę mówię, nie jest już godzien przewodzić naszej wspólnocie i winien spłonąć na stosie.
To powiedziawszy, splunął, jakby samo mówienie o kapłanie napawało go obrzydzeniem.
Po tłumie przeszedł głuchy pomruk. Berengar spojrzał po mieszkańcach, czekając, aż ktoś zaprotestuje. Przez lata błogosławił ich dzieci, pomagał rannym i dzielił zapasy kaplicy podczas zimy. Teraz jednak ludzie unikali jego wzroku, jakby sama pamięć o tym wszystkim stała się niewygodna. Jeden z mężczyzn, odważniejszy dzięki sąsiadom stojącym za jego plecami, uniósł widły.
– Wyjdź na środek, Berengar. Nie utrudniaj tego.
Kapłan spojrzał na niego długo, a potem na resztę mieszkańców. Nikt nie ruszył się w jego stronę. Nikt też nie stanął obok niego.
– Jeśli chcecie mnie zabrać, podejdźcie i zróbcie to sami – odpowiedział. – Nie będę pomagał wam udawać, że to nie wy wydajecie mnie na śmierć.
Mężczyzna z widłami nie wykonał nawet kroku. W tłumie zapadła ciężka cisza. Berengar splunął w śnieg, poprawił chwyt na siekierze i sam wyszedł przed pierwszy szereg. Nie zrobił tego jak skazaniec poddający się wyrokowi. Stanął kilka kroków od Sneidera, bokiem do Łowcy, a twarzą do własnych ludzi, jasno pokazując, że jeśli ktoś zamierza zaprowadzić go na stos, będzie musiał wcześniej go pokonać.
Sneider przyjął to jedynie lekkim skinieniem głowy.
– Kto jeszcze, Herr Rauch?
Sołtys błądził wzrokiem po mieszkańcach, szukając kolejnej osoby, którą mógłby wymienić bez narażania się pozostałym. W końcu po wszystkim miał nadal mieszkać w Dunkelwaldzie i nim zarządzać. Ostatecznie jego spojrzenie zatrzymało się na żonie karczmarza.
– Greta Kappel.
Krzyk jej męża natychmiast przeciął plac.
– Nie! Otto, ty pierdolony szczurze!
Kappel zaczął przeciskać się przez tłum, ale ludzie stojący najbliżej Grety już pochwycili ją za ramiona. Kobieta szarpała się, zapierała obcasami w śniegu i już miała zacząć krzyczeć, gdy sołtys podsumował również jej występki.
– To dla ciebie pracują praczki w siole. Mały biznes na boku miał pomóc ci stać się niezależną. Chciałaś odejść od męża. Nie udawaj, że to kłamstwo, Greto. Chyba wszyscy o tym wiedzieliśmy, oprócz twojego męża. Gdy pojawiły się pierwsze podejrzenia, że z wodą jest coś nie tak, czy zaprzestałaś? Nie. Liczyło się srebro, które z tego miałaś. To twoja chciwość skazała wielu z tych ludzi na piętno Mrocznych Bogów. Za to właśnie zasługujesz na stos.
Kobieta zaczęła się rzucać, wykrzykując, że niczego nie ukrywała. Oskarżała Ottona o kłamstwo, próbę ratowania własnej skóry i wydawanie niewinnych ludzi. Karczmarz rozepchnął dwóch sąsiadów i prawie dotarł do żony. Zabrakło mu kilku kroków. Chłop stojący z boku chwycił łopatę oburącz i uderzył go drewnianym trzonkiem w bok głowy. Kappel runął ogłuszony w śnieg bez jednego słowa.
Greta zawyła i próbowała wyrwać się w jego stronę, ale trzymający ją mężczyźni nie pozwolili jej nawet uklęknąć przy mężu. Tłum bezceremonialnie i brutalnie wypchnął ją w stronę kapłana, który obserwował to wszystko, nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje. Chcąc nie chcąc, zdyszana i zapłakana, stanęła na środku obok niego.
Otto wypowiedział trzecie nazwisko.
– Stary Albrecht. Mówiliśmy ci, że wywieszanie tych guślarskich talizmanów w lasach źle się skończy. Nie wiem, na ile to, co robiłeś, sprowadziło na nas nieszczęście, ale wiem, dlaczego cały czas nosisz czapkę. Z pewnością nie dlatego, że marznie ci głowa. Myślałeś, że nikt nie zauważył, ale kilku z nas wie, że wyrosły ci dodatkowe uszy, plugawcze. Mieszkałeś na skraju wsi nie z wyboru. Nie chcieliśmy cię tutaj, a teraz w końcu odejdziesz na zawsze. Niech ogień Sigmara oczyści twoją duszę.
Tym razem nikt nikogo nie popychał. Tłum rozstąpił się sam, a staruszek wyszedł spomiędzy ludzi własnym krokiem. W jednej dłoni trzymał małą siekierkę do rozłupywania drewna, w drugiej butelczynę mętnego bimbru. Pociągnął długi łyk, otarł usta rękawem i spojrzał na sołtysa z takim spokojem, że Otto mimowolnie cofnął się o pół kroku.
– Zawsze wiedziałem, że śliski chujek z ciebie, Otto – powiedział Albrecht. – Nie wiedziałem tylko, że w końcu ktoś wyposaży cię w jaja. Ciekawe, jak by ci szło, gdyby nie ta grupka.
Zmierzył wzrokiem najemników Łowcy i z ulgą przyjął fakt, że nie było wśród nich tego od kurty. Nie miał ochoty wrazić siekierki akurat w niego. Polubił chłopaka.
Powiedziawszy swoje, ściągnął futrzaną czapę. W siwych włosach początkowo nie było widać niczego niezwykłego, dopóki sam ich nie odgarnął, ukazując dodatkowy zestaw uszu. Tłum zaczął szeptać, ale on nie czekał na niczyją odpowiedź. Podszedł do Berengara, skinął mu głową z szacunkiem i odwrócił się do niego plecami, tak by mogli osłaniać się wzajemnie. Kapłan wziął od niego butelkę, napił się krótko i oddał bez słowa. W tym jednym geście zawierało się wszystko.
Wokół wskazanej trójki zaczęło zamykać się półkole. Wieśniacy nie mieli odwagi podejść i ich pochwycić, ale nie zamierzali też pozwolić im odejść. Widły, siekiery i topory podniosły się nieco, tworząc nierówną ścianę z drewna i żelaza. Greta przestała się szarpać. Patrzyła tylko na leżącego w śniegu męża, oddychając szybko i płytko.

Berengar przesunął wzrokiem po mieszkańcach.
– Tchórze – powiedział cicho, lecz wszyscy go usłyszeli. – Całe lata mówiłem wam, że wilk nie przetrwa samotnie. Stado winno bronić słabszych. Wystarczyło pokazać wam ogień, a już zaczęliście gryźć swoich.
Kilku ludzi opuściło wzrok. Inni zacisnęli mocniej dłonie na broni, jakby kapłan obrażał ich samym przypomnieniem, czym właśnie się stali. Gdy jedna z kobiet wykrzyknęła, że Marta była mutantką, Berengar odpowiedział bez wahania:
– Marta nadal jest sobą. Ma w sobie dobro i troskę. Nie zasługuje na to, co chcecie jej wyrządzić.
– Skąd możesz to wiedzieć?! – padło z tłumu.
Głosy zaczęły nakładać się na siebie, a półkole poruszyło się niespokojnie. Sneider przerwał wrzawę, unosząc dłoń. Nie wszyscy ucichli od razu, ale wystarczyło, że powiedział spokojnie, iż winni zostali wskazani, a reszta wsi ma teraz możliwość okazania lojalności Imperium. Jeśli zmarnują tę szansę przez sentyment do skażonych, sami wybiorą los, przed którym próbowali się uchronić.
Berengar odwrócił się do niego.
– Nie masz tu władzy.
Sneider rozejrzał się po mieszkańcach, którzy jeszcze chwilę wcześniej stali za kapłanem, a teraz otaczali go z bronią w dłoniach.
– Chyba się mylisz. Jak mówiłem wcześniej, to ja jestem tutaj prawem – odpowiedział. – Herr Falk. Herr Richter oraz Herr Ashfield. Zabezpieczcie skazanych. Bez zbędnej krwi, jeśli okażą rozsądek.
Tomasimo stał obok z garłaczem. To jego słowa złamały opór tłumu i pozwoliły mieszkańcom uwierzyć, że wydanie trojga sąsiadów było koniecznością, wręcz ich powinnością, a nie zdradą. Teraz ci sami ludzie obserwowali, co zrobi. Widząc bojowe nastawienie trójki wyznaczonych na śmierć, podniósł broń wyżej. Pieter i Moriz również dobyli oręża, czując, co się szykuje.
– Proszę nie utrudniać, ojcze Berengar – powiedział Sneider. – To i tak przesądzone. O wiele godniej umrzeć w oczyszczających płomieniach.
Kapłan poprawił chwyt na siekierze. Albrecht dopił resztę bimbru, rzucił butelkę w śnieg i stanął szerzej, osłaniając Gretę oraz plecy kapłana. Kobieta pochwyciła z ziemi widły, które ktoś wcześniej porzucił w rezygnacji.
– Tylko spróbujcie – mruknął Berengar. – Kto pierwszy?
Grał na czas. Zaraz po zadaniu pytania zaczął mamrotać słowa modlitwy. Czyżby prosił Ulryka o błogosławieństwo? Za chwilę mieli się przekonać. Sneider przekazał sznur trzymający Martę jednemu ze swoich ludzi i dobył kordelasa. Ostrze błysnęło, odkrywając nagą stal. Później wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Wskazani na śmierć, choć pozostawali w mniejszości, rzucili się do ataku.

Heinrich został w karczmie sam, jeśli nie liczyć tego, co pozostało po gwałtownych wydarzeniach ostatniej godziny. Głosy z placu docierały do środka stłumione przez ściany i zamknięte okiennice. Czasami dochodził go jakiś krzyk, ale Heinz nie próbował rozróżniać słów. Nie potrzebował kolejnych powodów, by czuć się źle. Snując się po izbie, próbował zebrać myśli. Przesunął krzesło, poprawił jedną z barykad, sprawdził drzwi za szynkwasem, choć dobrze wiedział, że wszystko było zabezpieczone. Robił cokolwiek, byle tylko zająć ręce i nie zastanawiać się nad tym, co właśnie działo się na placu.
Za ladą odkrył niewielkie drzwiczki, które na pierwszy rzut oka wyglądały jak część obicia. Zamek był otwarty, być może Kappel nie zdążył go zamknąć, gdy wszystko zaczęło się walić. W środku, za kilkoma pospolitymi flaszkami i dzbankiem kwaśnego cydru, znajdował się prywatny zapas karczmarza. Trzy butelczyny od razu przyciągały wzrok. Pierwsza zawierała brandy dobrego rocznika, ciemną i klarowną, z wytartą, ale wciąż czytelną etykietą. Druga kryła w sobie stary dwójniak, ciężki i słodki, przeznaczony raczej dla bogatych kupców niż wiejskich pijaczków. Trzecia była najmniejsza, wykonana z grubego, zielonkawego szkła i opatrzona krasnoludzkimi znakami. Potrójnie destylowana siwucha. Trunek, którym można było człowieka rozgrzać albo zwalić z nóg, zależnie od liczby wychylonych szklaneczek i głowy pijącego.
Razem musiały być warte małą fortunę. Pewnie z pół tuzina złociszy. Kappel najwyraźniej odkładał je na wesele, pogrzeb, wizytę ważnego gościa albo dzień, w którym świat miał się skończyć. No cóż. To ostatnie wcale nie musiało być dla niego tak odległe. Heinrich przez dłuższą chwilę patrzył na butelki. Kuszące. Cierpliwe. Obiecujące kilka godzin spokoju, podczas których nic nie będzie miało większego znaczenia. Wystarczyło sięgnąć, wyrwać korek i pozwolić, by alkohol uciszył sumienie, strach oraz wszystkie myśli, których prawdopodobnie nie chciał teraz doświadczać.
Kiedy rozważał, czy nie odpieczętować którejś z butelczyn, zauważył błysk na podłodze. Coś leżało pod skrajem stołu, częściowo zasłonięte przez nogę przewróconego stołka. Heinrich schylił się i podniósł niewielki przedmiot. Był to pierścień. Konkretniej srebrny sygnet, ciężki jak na swój rozmiar i wykonany z zaskakującą precyzją. Na jego tarczy znajdował się misternie wyrzeźbiony znak, którego linie wypełniono ciemnoczerwoną emalią. Heinrich potrzebował tylko chwili, by go rozpoznać.
Symbol Khorne’a.
Niemal wyrzucił sygnet z dłoni. Palce rozluźniły się odruchowo, ale pierścień nie spadł. Został na jego skórze, zimny i ciężki, jakby ważył znacznie więcej, niż powinien. Skąd się tutaj wziął?

W ciągu ostatniej godziny wszyscy poruszali się po karczmie. Przesuwali stoły, barykadowali drzwi, biegali do piwnicy i na piętro. Sołtys klęczał przy Brunie i go wiązał. Pieter stał przy wejściu. Tomasimo krążył za szynkwasem. Moriz pomagał przy oknach. Sneider przechodził tędy przynajmniej kilka razy. Sygnet mógł wypaść każdemu. Równie dobrze mógł jednak leżeć tutaj od wczoraj. Od tygodnia. Od miesięcy.
Heinrich stał pośrodku karczmy z symbolem Boga Krwi w dłoni. Nagle butelki z alkoholem wydały mu się jeszcze bardziej kuszące. Z zewnątrz dochodziły krzyki ludzi, a wrzawa narastała coraz bardziej. Nie był już pewien, o co w tym wszystkim właściwie chodziło, ale jednego był pewien. Zabrnęło to za daleko.