Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
PiołunP

Piołun

@Piołun
Mecenas
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
320
Tematy
13
Udostępnień
0
Grupy
1
Obserwujący
1
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Kroczący we Wichrze
    PiołunP Piołun

    Kochani, jest pościk. Ten zjadł mi naprawdę sporo czasu, więc wrzucam już to, co mam, żebyśmy mogli ruszyć dalej.

    Na ten moment czekamy najpierw na posty od @garanil oraz @sznyclove. Kiedy obaj odpiszą, zielone światło ma już cała reszta.

    To, kto coś zobaczył i jak wiele zdołał dostrzec, wynikało z ukrytych rzutów. Były robione uczciwie i normalnie rozliczone mechanicznie, więc nie jest to kwestia ręcznego wytypowania kogokolwiek przeze mnie pod scenę. Chce zaznaczyć, żeby nie było.

    Na odpisy dajmy sobie 4 dni od dzisiaj, czyli do 1 listopada włącznie. Zahacza to o święto wszystkich świetych, więc jak ktoś potrzebuje ekstra czasu, dawać znać!

    Przepraszam z góry za ewentualne błędy, nierówności albo dziwny kształt sceny. Post wyszedł fest długi i składałem go po kawałku przez dwa dni, głównie w przerwach. Jak znajdę chwilę, to jeszcze będę poprawiał rzeczy, które mi wpadną w oko.

    Na razie chciałem po prostu wrzucić to, co mam. Miłej lektury!

    Komentarze

  • Kroczący we Wichrze
    PiołunP Piołun

    Washington, D.C., Stany Zjednoczone Ameryki,

    7 stycznia 1935 roku, godz. 12:03, 38°54′N, 77°02′W

     
    Przez kilka chwil po serii pytań nikt się nie odzywał. Członkowie komisji patrzyli na zebranych ciężkim, oceniającym wzrokiem. Było widać, że część pytań przyjęli bez zastrzeżeń, inne jednak wyraźnie nie przypadły im do gustu albo dotykały kwestii, o których z różnych względów nie chcieli mówić zbyt otwarcie. Najbardziej ponury wyraz osiadł na twarzy pułkownika Hargrove’a. Wyglądał, jakby właśnie przełknął coś wyjątkowo niesmacznego. Mężczyźni wymienili między sobą kilka krótkich, porozumiewawczych spojrzeń, przewracając kolejne kartki i przesuwając dokumenty po blacie, jakby w milczeniu ustalali, co jeszcze mogą, a co powinni powiedzieć.

    Caldwell przesunął ołówkiem po papierze z cichym, suchym szelestem, zostawiając kilka krótkich znaków na marginesie notatnika. Profesor Bell poprawił okulary i bezwiednie przysunął ku sobie fotografię odsłoniętej konstrukcji, najwyraźniej wracając myślami do jednego z zadanych pytań. Hargrove tymczasem sięgnął do kieszeni munduru po srebrną papierośnicę, nie odrywając chłodnego spojrzenia od profesor Benedict. Otworzył ją kciukiem, stuknął jednym z papierosów o metalowy brzeg i wsunął go między wargi. Zapałka zapłonęła krótkim, żółtawym światłem, na moment odznaczając ostre rysy jego twarzy w półmroku sali. Nad wszystkim trwało jednostajne tykanie zegara.

    Whitmore odczekał jeszcze moment, po czym jako pierwszy przełamał ciężar ciszy, odnosząc się do pytań Jonathana.
    – Tak. Dysponujemy informacjami późniejszymi niż ostatni telegram ekspedycji, choć nie powiedziałbym, żeby były szczególnie rozstrzygające. – Jego głos pozostał spokojny, choć mówił nieco ciszej niż wcześniej. – Wykorzystaliśmy pilotów wykonujących loty zaopatrzeniowe do Barrow, by przy okazji rozeznali się w sytuacji na miejscu. Ich działania miały uzupełnić raport tamtejszego U.S. Commissionera.
    Na moment splótł dłonie na blacie.
    – Po powrocie wspominali, że wśród części miejscowej ludności daje się zauważyć pewne... osobliwe zachowania. Narastającą nerwowość, niechęć do rozmów o ekspedycji, a także powtarzające się opowieści i przesądy, które mieszkańcy zdają się wzajemnie podsycać.
    Hargrove skrzywił się lekko, jakby temat budził w nim jakiś rodzaj repulsji i pogardy. Najwyraźniej należał do ludzi, twardo stąpających po ziemi i miał własne, niepochlebne zdanie o ludziach krzewiących zabobony. W każdym razie on na chwilę przejął rozmowę.
    – Mówiąc prościej, w małej, odizolowanej społeczności na końcu świata, gdzie przez większą część zimy niewiele się dzieje, katastrofa samolotu i odkrycie nieznanych ruin mogą być, delikatnie mówiąc, doskonałym podłożem dla niepokoju. – Zaciągnął się papierosem. – Na Boga, dopóki nie przeczytałem tych raportów, nie sądziłem, że ktokolwiek może mieć więcej przesądów niż marynarze. Proszę do tego dodać noc polarną, wielotygodniową izolację, a nietrudno o zbiorową nerwowość albo zwyczajną paranoję.
    Wypuścił z ust cienką smugę dymu i przez chwilę przyglądał się żarowi papierosa. Potem przeniósł wzrok na Whitmore’a i oddał mu pole, choć w jego spojrzeniu było coś ostrzegawczego.
    – Także... tak. – odchrząknął. – Sami państwo rozumieją, że podobne opowieści trudno traktować jako materiał do raportu. W relacjach przekazanych nam przez pilotów miejscowi wspominali o złym miejscu, niespokojnej ziemi, głosach niesionych przez zimowy wiatr i innych tego rodzaju relacjach. Jako przedstawiciele poważnych instytucji nie możemy opierać oficjalnych ustaleń na podobnych relacjach.
    Zakończył Whitmore i przeniósł wzrok na kolegę, który wiedział więcej o członkach pierwszej ekspedycji, bowiem pozostała jeszcze ta kwestia poruszona przez Agenta Swansona. Caldwell odłożył ołówek i przesunął ku sobie teczkę z raportami. Przez chwilę wertował dokumenty, przesuwając opuszkiem po kolejnych stronach. W końcu zatrzymał się na jednej z nich, zwilżył palec i przewrócił kartkę.
    – Jeśli chodzi o dwóch niedysponowanych członków zespołu... – zaczął, pochylając się nad maszynopisem. – Pierwszy przypadek opisano jako wyczerpanie połączone z powierzchownymi odmrożeniami i ogólnym osłabieniem. Nic, czego nie można by się spodziewać po pracy w takich warunkach, zwłaszcza przy niedostatecznym odpoczynku.
    Przesunął wzrokiem niżej.
    – Drugi członek ekspedycji miał gorączkę, dreszcze i okresowe zawroty głowy. W raporcie wspomniano też o problemach ze snem. Nie opisano jednak jego stanu jako krytycznego i nie wnioskowano o ewakuację medyczną.
    Na moment uniósł wzrok znad papierów.
    – Chodzi tutaj o technika Samuela Price’a oraz geolożkę Margaret Hale. To wszystko, co mamy w dokumentacji. Późniejsze meldunki nie wracają już do ich stanu zdrowia.

    Nikt nie skomentował tej ostatniej uwagi. Hargrove strzepnął popiół do ciężkiej popielniczki stojącej przy rogu mapy. Bell, wciąż wpatrzony w fotografię konstrukcji, przesunął ją o kilka cali bliżej światła. Po chwili rozmowę przejął Caldwell, przechodząc do kwestii poruszonych przez Rodneya. Zanim jednak odpowiedział na wnioski mechanika, musiał najpierw odszukać właściwe informacje w dokumentach. Przesunął ku sobie jedną z teczek, odnalazł odpowiedni raport i przebiegł wzrokiem kilka pierwszych akapitów.
    – Pańska ocena przynajmniej częściowo pokrywa się z tym, co zapisali ludzie, którzy jako pierwsi dotarli do samolotu. Maszyna była poważnie uszkodzona, ale nie w stopniu, który pozwalałby z góry zakładać śmierć wszystkich znajdujących się na pokładzie.
    Przewrócił stronę.
    – Zresztą, przy wraku nie znaleziono ani żywych pasażerów, ani ciał. Ani jednego.
    Na chwilę przerwał, przetrawiając ten szczegół.
    – Znaleziono natomiast ślady wskazujące, że pasażerowie opuścili samolot już po katastrofie. Początkowo zakładano więc, że ocaleni próbowali dotrzeć do Barrow albo znaleźć schronienie gdzieś w okolicy. Rozpoczęto poszukiwania i właśnie w ich trakcie natrafiono na wejście do zakopanej struktury. Samych zaginionych jednak nie odnaleziono.
    Caldwell zamknął raport i pozostawił na nim dłoń.
    – Przyczyna samej katastrofy również nie została jednoznacznie ustalona. Wraku nie przebadano w sposób, który pozwalałby sporządzić pełną ekspertyzę techniczną. W tamtym momencie priorytetem było odnalezienie ludzi, a kiedy kolejne poszukiwania nie przyniosły rezultatu, uwaga siłą rzeczy przesunęła się na odkrytą strukturę.
    Przez moment spoglądał na zamkniętą teczkę, po czym wzruszył lekko ramionami.
    – Nie jestem skłonny doszukiwać się w tej katastrofie czegoś niezwykłego. Maszyny używane w tamtejszych warunkach są narażone na mróz, oblodzenie, trudne lądowania i cały szereg usterek. Być może zawiodła technika, być może człowiek. Bez dokładnych oględzin wraku pozostaniemy przy przypuszczeniach.
    Podniósł wzrok na Rodneya.
    – Co do ludzi... chciałbym wierzyć, że znaleźli jakieś schronienie, ale po takim czasie trzeba patrzeć na sprawę realistycznie. Jeżeli nie dotarli do Barrow ani do żadnej z placówek w okolicy, śnieg już dawno zatarł wszelkie ich ślady. Bez nowych informacji obawiam się, że ich los może pozostać niewyjaśniony.

    Po tym przyszła pora odpowiedzieć na pytania Alice. Kiedy przyszło do tego, Bell odsunął fotografię od lampy i zdjął okulary, przecierając szkła skrajem chusteczki. Nie wyglądał na urażonego jej uwagami. Przeciwnie, w jego twarzy pojawiło się coś na kształt zawodowego zainteresowania, jakby dopiero teraz rozmowa weszła na grunt, na którym rzeczywiście czuł się swobodnie.
    – Ma pani rację co do jednego, profesor Benedict. Określenie „świątynia” jest na tym etapie zbyt daleko idące. – Założył okulary z powrotem i położył dwa palce na fotografii. – Zostało użyte w raporcie przez jednego z członków pierwszej grupy i, jak to często bywa, termin zaczął żyć własnym życiem. Nie odnaleziono żadnego przedmiotu, przynajmniej nie ma na razie wzmianki o tym w raportach, który moglibyśmy bez zastrzeżeń uznać za wyposażenie używane w obrzędach religijnych, podobnie jak nie dysponujemy inskrypcją ani przedstawieniem, które pozwalałoby określić przeznaczenie tego miejsca.
    Przesunął fotografię nieco w stronę Alice.
    – Mamy regularny układ przestrzeni, powtarzalność znaków i kilka elementów, które mogą sugerować, że przynajmniej część konstrukcji nie pełniła funkcji czysto użytkowej. To jednak nadal hipoteza. Być może mamy do czynienia z miejscem zgromadzeń, być może z budowlą o przeznaczeniu symbolicznym, a być może z czymś zupełnie innym. Nie widzę powodu, by przy obecnym stanie materiału bronić określenia użytego przez doktora Warrena jako ustalonego faktu. Jest doświadczonym archeologiem i możliwe, że miał ku temu przesłanki, których nie zdążył jeszcze zawrzeć w bardziej szczegółowym opracowaniu, ale o tym dowiecie się więcej na miejscu.
    Hargrove skrzywił się i wypuścił z ust cienką smugę dymu.
    – Fascynujące. Naprawdę istotne i ważkie dla naszej sprawy. Nie ma co. – rzucił sucho. – Kłócenie się o słówka. Typowe dla naukowców.
    Przeniósł wzrok z Alice na fotografię konstrukcji.
    – Na tę chwilę nie ma większego znaczenia, czy ktoś nazwał to świątynią, magazynem czy czymkolwiek innym. Ważne jest to, że nasi specjaliści nie potrafili dotąd przekonująco powiązać tej budowli z niczym, czego należałoby się spodziewać w tamtym rejonie.
    Strzepnął popiół do popielniczki.
    – Chcemy wiedzieć, co stało się z naszymi ludźmi i czy na Terytorium Alaski rzeczywiście odkryto coś, co, jak zapewniają mnie panowie po tej stronie stołu, może zmusić nas do poprawienia kilku linijek w podręcznikach historii.
    Spojrzał na Alice twardo.
    – Proszę więc nie marnować naszego czasu na spory o nazewnictwo.
    Bell rzucił mu krótkie, niezadowolone spojrzenie, lecz nie podjął dyskusji. Whitmore natomiast przesunął dłonią po krawędzi stołu i przejął rozmowę.
    – Co do mieszkańców Barrow, tutaj możemy odpowiedzieć pani znacznie konkretniej.
    Otworzył teczkę i przez chwilę przeglądał spięte wewnątrz notatki.
    – Informacje, które do nas dotarły, pochodzą przede wszystkim z raportów miejscowego U.S. Commissionera, Stanleya R. Morgana. To on pozostaje naszym najważniejszym oficjalnym kontaktem administracyjnym w Barrow i to przez jego ręce przeszła większość bardziej uporządkowanych informacji dotyczących nastrojów w osadzie.
    Przesunął palcem wzdłuż jednej z kartek.
    – Morgan rozmawiał z kilkoma mieszkańcami osobiście. W przypadkach, w których język mógł stanowić przeszkodę, korzystał z pomocy miejscowego tłumacza, Noaha Anguniaqa. Anguniaq jest Iñupiaq, pracuje przy miejscowej szkole i pomaga również przy misji prezbiteriańskiej. Zna zarówno angielski, jak i język miejscowych, a od lat pośredniczy w kontaktach pomiędzy nimi a ludźmi przybywającymi z zewnątrz.
    Whitmore podniósł wzrok na Alice.
    – Nie mamy powodów przypuszczać, żeby relacje zostały źle przetłumaczone. Problem leży raczej gdzie indziej.
    Na moment zawiesił głos.
    – Morgan zbierał informacje jako urzędnik, nie jako antropolog. Interesowało go przede wszystkim to, czy mieszkańcy widzieli członków ekspedycji, czy zauważyli coś w pobliżu stanowiska, czy ktoś próbował wrócić do Barrow i czy istnieje bezpośrednie zagrożenie dla ludzi znajdujących się w okolicy. To, co miało charakter wierzeniowy albo folklorystyczny, trafiało do raportów raczej w formie krótkich adnotacji.
    Hargrove parsknął cicho.
    – Czyli poświęcono temu i tak zbyt wiele uwagii.
    Whitmore puścił uwagę mimo uszu i nawet na niego nie spojrzał.
    – W każdym razie Morgan zanotował kilka powtarzających się motywów, na które sami zwróciliśmy uwagę. Niechęć do samego miejsca, powtarzające się ostrzeżenia przed zbliżaniem się do niego, a także szczególne znaczenie, jakie mieszkańcy przypisują silnemu wiatrowi i rzekomym odgłosom, które ma ze sobą nieść.
    Whitmore pozwolił sobie na ledwie zauważalny uśmiech. Hargrove pokręcił głową.
    – Czyli dokładnie to, o czym mówiłem. Miejscowe banialuki. Katastrofa, rozkopany lód i trochę gorszej pogody stały się pożywką dla kilku historii, które, powtarzane z ust do ust, szybko obrosły w kolejne szczegóły. W przesądnej społeczności niewiele trzeba, by zwykły niepokój przerodził się w zbiorową histerię.
    Whitmore zamknął teczkę.
    – Pułkownik przedstawia jedną z możliwych interpretacji. Pani, profesor Benedict, będzie mogła wyrobić sobie własną.
    Przez chwilę spoglądał na nią ponad stołem.
    – Morgan powinien nadal posiadać swoje notatki oraz wiedzieć, z kim dokładnie rozmawiał. Anguniaq z kolei będzie najwłaściwszą osobą, jeżeli zechce pani wrócić do tych relacji bezpośrednio, zwłaszcza tam, gdzie znaczenie wypowiedzi mogło zależeć od języka albo miejscowego kontekstu.
    Hargrove uniósł lekko brew.
    – Proszę jednak pamiętać, że miejscowe przesądy nie są dla nas istotne i nie należy wstrzymywać przez nie całej ekspedycji.
    Whitmore westchnął cicho i odwrócił wzrok, choć przez krótką chwilę w jego spojrzeniu dało się dostrzec wyraźny błysk irytacji. Najwyraźniej nie wszystkie poglądy pułkownika były mu równie bliskie, lecz z jakiegoś powodu wolał nie okazywać tego otwarcie.

    Po chwili ciszę przełamał Bell. Pozostały jeszcze pytania Milesa, a fotografie były materiałem, któremu sam poświęcił wcześniej sporo uwagi.
    – Za większość dokumentacji fotograficznej odpowiadał Thomas Avery. Nie jest zawodowym fotoreporterem, ale ma doświadczenie w dokumentacji terenowej i właśnie dlatego powierzono mu ten obowiązek podczas pierwszej ekspedycji.
    Wskazał palcem kilka odbitek rozłożonych na stole.
    – Pierwsze zdjęcia wykonano jeszcze podczas rekonesansu po odnalezieniu wraku, przez kogoś innego, prawodpodobnie działającego z ramienia Commissionera Morgana. Późniejsze pochodzą już z właściwych prac przy stanowisku. Avery prowadził notatki do kolejnych ujęć, numerował materiał i pilnował, by dokumentacja powstawała na bieżąco.
    Bell przesunął jedną z fotografii nieco bliżej Milesa.
    – Nie wywoływano ich jednak przy samym stanowisku. Byłoby to zwyczajnie niepraktyczne. W Barrow przygotowano dla Avery’ego prowizoryczną ciemnię w jednym z pomieszczeń szkoły. Tam wywoływał negatywy i wykonywał robocze odbitki, które później dołączano do raportów. Z posiadanych przez nas informacji wynika, że pomiędzy stanowiskiem a Barrow najczęściej woził go Samuel Nageak, miejscowy musher.
    Na moment zawahał się, jakby przypominając sobie układ materiałów.
    – To, co widzą państwo tutaj, jest tylko wyborem. Do Waszyngtonu przesłano odbitki uznane za najważniejsze. Pełniejszy zestaw materiału, wraz z negatywami i notatkami Avery’ego, powinien nadal znajdować się w Barrow, w pomieszczeniu używanym przez ekspedycję. O ile oczywiście nikt od tamtej pory go nie przenosił.
    Bell spojrzał na Milesa z cieniem zainteresowania.
    – Jeżeli fotografia jest pańskim fachem, zapewne wyciągnie pan z tych materiałów więcej niż my tutaj.
    Na sugestię Carsona dotyczącą możliwej wrogości miejscowych Hargrove zareagował znacznie mniej entuzjastycznie.
    – Nie mamy żadnych dowodów na agresję mieszkańców wobec ekspedycji. – odpowiedział twardo. – Unikanie miejsca odkrycia to jedno. Groźby, sabotaż albo napaść to coś zupełnie innego. Niczego takiego nie odnotowano.
    Przesunął wzrok po zebranych, a potem zatrzymał go na Milesie.
    – Miejscowi mogą uważać stanowisko za przeklęte, nawiedzone czy jakkolwiek zechcą to nazwać. Dopóki ograniczają się do trzymania od niego z daleka, nie traktujemy ich jako zagrożenia.

    Kiedy Miles wspomniał o możliwości, że ostatnia depesza mogła pochodzić od innego człowieka, Hargrove przez chwilę przyglądał się leżącemu na stole telegramowi.
    – Tu musimy rozdzielić dwie rzeczy. Wiemy, kto technicznie przekazał wiadomość dalej. Obsługą łączności w Barrow zajmuje się kapral Walter J. Briggs z Army Signal Corps i to przez tamtejszą stację przechodziły wcześniejsze meldunki ekspedycji.
    Wskazał końcem papierosa na depeszę.
    – Nie oznacza to jednak, że Briggs znał autora każdego komunikatu. Jego zadaniem było przyjąć wiadomość przekazaną przez ekspedycję i nadać ją dalej, zachowując jej treść możliwie dokładnie. Często bywało, że przywoził mu ją musher, a nie członek ekipy ekspedycyjnej.
    Zmrużył lekko oczy.
    – Na miejscu będziecie mogli z nim porozmawiać. Powinien mieć dziennik stacji, godziny odbioru i nadania oraz informacje o tym, w jaki sposób poszczególne komunikaty do niego docierały. Jeżeli zaistniały jakieś dziwne okoliczności związane z wysłaniem ostatniego telegramu, Briggs będzie najlepszym człowiekiem, żeby go podpytać.
    Strzepnął popiół do popielniczki i spojrzał po czwórce ekspertów.
    – Poleci z państwem również nasz człowiek, choć nie będzie aktywnie uczestniczył w państwa śledztwie. Jeżeli na miejscu czegoś zabraknie albo napotkają państwo opór ze strony administracji czy personelu wojskowego, będzie można załatwić to przez niego.
    Hargrove odsunął pustą szklankę.
    – Porucznik Charles M. Reed, Army Signal Corps. Odpowiada za dokumenty, sprzęt, sprawy organizacyjne oraz kontakt z miejscową stacją. Dopilnuje, żeby po przybyciu do Barrow mieli państwo dostęp do ludzi i materiałów, do których dostęp mieć powinni.
    Zawiesił głos.
    – Nie jest przewodnikiem ani śledczym. Nie będzie państwu zaglądał przez ramię. Jego zadaniem jest usuwać przeszkody, nie podejmować za państwa decyzje. Właściwie to będzie odpowiadał oficjalnie przed Agentem Swansonem.
    Whitmore skinął głową.
    – Proszę zdać się na niego. To zaradny człowiek. Jeśli potrzebny będzie dodatkowy transport, dostęp do dokumentów albo formalne potwierdzenie państwa uprawnień, załatwi to.

    text alternatywny

    Caldwell zebrał leżące przed sobą dokumenty, po czym sięgnął pod stół po grubą, szarą teczkę spiętą parcianym paskiem. Położył ją na blacie i przesunął w stronę zebranych. Na okładce, poniżej kilku urzędowych pieczęci, widniał maszynopis:

    AKTA EKSPEDYCJI BARROW
    1934–1935

    – To pozostanie z państwem przez cały czas trwania wyprawy – powiedział. – W środku znajdują się kopie dokumentów, które będą państwu potrzebne na miejscu: upoważnienia, lista członków pierwszej ekspedycji, dotychczasowa korespondencja, fotografie, skrócone raporty, dane kontaktowe oraz podstawowe informacje dotyczące transportu i zaopatrzenia.
    Oparł dłoń na okładce.
    – Proszę jednak traktować tę teczkę nie tylko jako zbiór materiałów. Od momentu wyjazdu staje się ona również bieżącą dokumentacją państwa działań. Raporty, nowe zeznania, kopie depesz, fotografie, notatki terenowe i wszystko, co uznają państwo za istotne, powinno trafiać właśnie tutaj.
    Przesunął teczkę jeszcze kilka cali w ich stronę.
    – Po zakończeniu sprawy wróci do Waszyngtonu razem z państwem.
    Hargrove zerknął na nią znad dogasającego papierosa.
    – Najlepiej w stanie grubszym niż obecnie.

    text alternatywny

    Washington, D.C. → Fairbanks, Terytorium Alaski

    8–13 stycznia 1935 roku, 38°54′N, 77°02′W → 64°50′N, 147°43′W

     
    Waszyngton opuścili następnego ranka. Początkowo nic w tej podróży nie zapowiadało jeszcze owego osobliwego poczucia oddalenia, które miało z czasem ogarnąć ich wszystkich, choć zapewne żadne z nich nie potrafiłoby później wskazać chwili, w której zwyczajna podróż poczęła przeobrażać się w coś przypominającego powolne wycofywanie się poza granice uporządkowanego świata. Za pociągowymi szybami przesuwały się miasta i miasteczka, ceglane dworce, farmy skute zimowym chłodem, fabryczne kominy oraz szosy, które z wysokości niewielkich wzniesień można było śledzić aż po horyzont. Wszędzie widoczny był jeszcze ów znajomy ślad ludzkiego panowania. Linie telegraficzne biegnące wzdłuż torów, ogrodzenia przecinające pola, światła rozrzucone pomiędzy nagimi drzewami oraz dym unoszący się nad dachami, niskich domostw. Nawet śnieg, gdziekolwiek zalegał, wydawał się tutaj w pewien sposób ujarzmiony. Zalegał przy drogach i gospodarstwach, choć miejscowi poczciwcy próbowali na wszelaki sposób walczyć z wkradającą się wszermiar bielą. Z każdym dniem jednak znaki ludzkiej ingerencji zdawały się coraz mniej widoczne.

    Nie dało się wyraźnie określić niczego, co mogłoby być okrzyknięte mianem ostatniej grnaicy. Nie było ostatniego miasta ani ostatniej drogi, za którą zaczynała się pustka. Cywilizacja rozpadała się stopniowo, jak światło gasnące o zmierzchu. Najpierw wielkie dworce ustępowały mniejszym, te zaś pojedynczym peronom otoczonym zimowym bezruchem. Miasta kurczyły się do osad, osady do kilku zabudowań, aż w końcu nawet one stawały się czymś dostrzeganym jedynie przelotnie. Tory, które przez znaczną część kontynentu zdawały się wieść zawsze ku jakiemuś następnym skupisku ludzkiego życia, zostały w końcu za nimi, a dalsza droga prowadziła już głównie przez powietrze, które na ogół pochłaniała mlecznobiała mgła.

    Wszelkie rozkłady jazdy i godziny odlotów, tak precyzyjnie i z taką ufnością zapisane jeszcze na papierach sporządzonych w Waszyngtonie, traciły stopniowo swą pozorną władzę w miarę, jak podróż posuwała się na północny zachód. Niemal każdy kolejny etap przynosił nowe opóźnienie. Zmieniali maszyny, oczekiwali na poprawę pogody, przesiadywali po kilka godzin w drewnianych poczekalniach i przygodnych kwaterach, których nazw jeszcze kilka dni wcześniej żadne z nich nie miałoby powodu znać. Terminy przesuwano z powodów, które z perspektywy mieszkańca Wschodniego Wybrzeża mogły wydawać się niemal błahostkami. Silniejszy wiatr, zbyt niski pułap chmur, oblodzenie pasa, brak świeżych danych ze stacji meteorologicznej. Lecz tutaj podobne drobiazgi decydowały o wszystkim.

    Podróżowali lekko. Każdy z członków ekspedycji miał przy sobie tylko prywatny bagaż, odzież wystarczającą na pierwsze dni, najbardziej potrzebne narzędzia oraz rzeczy, których z oczywistych względów nie chciano powierzać osobnemu transportowi. Właściwe wyposażenie wyprawy podróżowało osobno. Skrzynie z żywnością, paliwem, namiotami, zapasową odzieżą, narzędziami, instrumentami pomiarowymi, materiałami fotograficznymi, miały dotrzeć do Barrow innym transportem, który wyruszł przed nimi. Porucznik Reed wyjaśnił tę decyzję jeszcze przed wyjazdem ze stolicy z właściwą sobie rzeczowością. Na północnych trasach każdy dodatkowy funt miał znaczenie. Maszyny, którymi mieli podróżować w ostatnich etapach, nie pozwalały na luksusy. Później, kiedy pod skrzydłami zaczęły rozciągać się obszary pozbawione dróg i osiedli, myśl o tych skrzyniach zdążających osobnymi szlakami ku temu samemu odległemu punktowi, nabierała sensu.

    Zmiana krajobrazu dokonywała się powoli, niemal niedostrzegalnie, a jednak z każdym kolejnym etapem podróży zmian tych nie dało się już ignorować. Po pewnym czasie pod nimi nie było już niczego noszącego ślady ludzkiej ingerencji. Zniknęły drogi, zabudowania, pola i tory. Pozostały jedynie rozległe, ciemne masy lasów, zamarznięte rzeki przecinające ziemię bladymi, nieregularnymi liniami oraz coraz szersze połacie śniegu, pozbawione jakiegokolwiek punktu, względem którego można byłoby oszacować odległość. Z wysokości przestrzeń traciła miarę. Dopiero widząc coś podobego człowiek mógł z niepokojącą jasnością pojąć, jak bardzo jego wyobrażenie o rozmiarze świata zależało od urbanistycznej geometrii miast. Równe odcinki ulic, domów i okalających ich płotów, organizowały przestrzeń podług ludzkiego umiłowania porządku. Tutaj nie było niczego podobnego. Nie istniała żadna miara prócz samej ziemi, a wobec niej wszystko, co ludzkie, wydawało się nagle niepokojąco małe.

    text alternatywny

    Do Fairbanks dotarli po południu trzynastego stycznia. Przy lądowisku ciągnęły się hangary, magazyny i proste zabudowania gospodarcze, pomiędzy którymi krzątali się ludzie okutani w ciężkie kurtki. Przy jednej z ceglanych ścian ustawiono beczki z paliwem w równych, ciasnych rzędach. Piętrzyły się jedna na drugiej. Gdzieś dalej pracował silnik, którego głuchy pomruk niósł się po zamarzniętym placu. Po dniach spędzonych w drodze przez mniejsze lub większe pustkowia widok ten przyniósł niejaką ulgę. Nie dlatego, że Fairbanks mogło uchodzić za miejsce wygodne czy przyjazne. Przeciwnie, wszystko tutaj było przygaszone i niepomiernie surowe. Niemniej byli tu ludzie. Było to ostatnie miejsce, nieco bardziej ujażmione przez człowieka. Dalej leżało już tylko Barrow. Niegościne pustkowie należące do naprawdę wytrwałych i szukających zapomnienia. Samo brzmienie tej nazwy, tak często powtarzanej podczas odprawy w Waszyngtonie, nabierało teraz innej wagi. Na mapie był to jedynie punkt na krańcu kontynentu, kilka liter umieszczonych przy brzegu oceanu. Chyba nikt do końca nie rozumiał z czym wiąże się ta podróż. Aż do teraz.

    Ostatni etap zaplanowano na następny poranek. Czternastego stycznia, zanim Fairbanks zdołało na dobre obudzić się do życia, czwórka członków ekspedycji wraz z porucznikiem Reedem ponownie znalazła się na lotnisku. Mróz przemienił wczorajszy śnieg w twardą i skrzypiącą skorupę. Ich oddechy natychmiast po opuszczeniu ust, zamieniały się w blade obłoki, które szybko porywał wiatr. Niewielka maszyna oczekująca przy pasie nie robiła wrażenia pojazdu zdolnego do przeciwstawienia się ogromowi ziemi rozciągającej się na północ. W jej wnętrzu znalazło się tylko to, co uznano za niezbędne. Nie czekało ich już żadne większe miasto. Było tylko kilkaset mil zimowej Alaski, a gdzieś u jej kresu leżała niewielka osada przy brzegu Oceanu Arktycznego, pogrążona w osobliwej północnej ciemności.

    text alternatywny

    Nad doliną rzeki Colville, Terytorium Alaski

    14 stycznia 1935 roku, około godz. 11:47, 69°10′N, 151°00′W

     
    Wnętrze maszyny, do której przyszło im wsiąść na ostatnim etapie drogi ku północy, nie posiadało niczego z owego umiarkowanego komfortu i pozornej elegancji, do jakiego współczesny człowiek przywykł w podróży. Wszystko tutaj wydawało się podporządkowane surowej konieczności i rachunkowi ciężaru. Kabina była ciasna, niska i niemal ascetycznie prosta. Twarde, wąskie fotele ustawiono blisko siebie, metalowe wsporniki i okucia pozostawały lodowato chłodne pomimo pracującego ogrzewania, a niewielkie okna drżały nieustannie, jak gdyby sama konstrukcja maszyny z wysiłkiem znosiła nieprzerwany napór powietrza. Hałas silnika był przy tym tak wszechobecny, iż po krótkim czasie stawał się niemal jedynym doznaniem pasażera takiej maszyny. Głuchy, jednostajny łoskot przenikał przez kadłub, siedzenia i podłogę, aż można go było czuć w zębach i żebrach, a każda próba rozmowy wymagała podniesionego głosu i kończyła się często na kilku urwanych słowach pochłoniętych przez mechaniczny warkot. Na obrzeżach szyb zbierał się szron, z początku cienki i niemal przezroczysty, później gęstszy, rozrastający się ku środkowi w nieregularnych wzorach przypominających osobliwe, geometryczne arabeski, których przypadkowość nie przeszkadzała umysłowi doszukiwać się w nich jakiegoś bezcelowego, a jednak upartego porządku. Pod nogami i za oparciami spoczywały podręczne torby, zwinięte płaszcze, termosy oraz kilka niewielkich pakunków, które pasażerowie zdecydowali się zabrać ze sobą. Porucznik Reed trzymał przy sobie dokumenty i przez dłuższy czas usiłował je przeglądać, acz w końcu dał za wygraną, powierzając swoje skupienie przewijającej się za oknem przestrzeni. Początkowo można było jeszcze odnaleźć w niej znajome punkty odniesienia, lecz te znikały jeszcze szybciej niż na wcześniejszych etapach ich podróży. Ostatecznie byli już na dalekiej północy.

    Dopiero po pewnym czasie można było w pełni pojąć osobliwość tej szerokości geograficznej, na której noc nie tyle zapadała, ile zdawała się trwać bez końca. Niebo nie było wprawdzie zupełnie czarne. Patrząc w stronę południa można było dostrzec utrzymującą się miejscami przygaszoną, granatowoszarą poświatę. Nikłą i odległą, jak gdyby dzień istniał jeszcze gdzieś poza granicą widzialnego świata, lecz nie potrafił już sięgnąć dalej na północ. Tarcza słońca nie wynurzała się ponad horyzont. Tylko jego łuna trwała zawieszona nad horyztonem sącząc osobliwą półciemność, silną na tyle, by odróżnić ziemię od nieba, a zarazem zbyt słabą, by wyłonić z mroku ich zwykłe kształty i proporcje.

    Właśnie w owej niepewnej godzinie pogoda poczęła się zmieniać, choć zrazu nic nie zapowiadało gwałtowniejszego załamania. Pilot kilkakrotnie pochylał się nad przyrządami, zatrzymując na nich wzrok nieco dłużej niż przedtem, i dokonywał drobnych korekt kursu tak płynnie, że większość pasażerów ledwie mogła je odczuć. Mimo tych ostrożnych zabiegów na krawędziach przeszklonych wzierników, gdzie dotąd osiadał jedynie delikatny szron, zaczęła narastać twardsza, mleczna warstwa lodu, a cały kadłub od czasu do czasu przechodził lekkim drżeniem, wyraźnie odmiennym od jednostajnych wibracji silnika. Za oknami tymczasem obraz świata z wolna stawał się coraz mniej czytelny. Początkowo śnieg ukazywał się jedynie w pojedynczych, wąskich smugach. Z każdą minutą gęstniał jednak, aż rozproszone pasma zaczęły zlewać się w jedną niespokojną masę, która nie tyle opadała z nieba, ile szczelnie oplatała samolot. W krótkich prześwitach pomiędzy kolejnymi falami bieli można było jeszcze dostrzec ciemniejszy zarys ziemi, lecz i ten wkrótce rozpłynął się zupełnie, pochłonięty przez wirujący śnieg. W miarę jak pogoda pogarszała się wokół nich, maszyna poczęła coraz wyraźniej poddawać się prądom powietrza. Nie były to jeszcze owe gwałtowne turbulencje, po których człowiek instynktownie chwyta się najbliższego oparcia, lecz raczej uporczywe, nieregularne szarpnięcia, wskutek których kadłub raz po raz na chwilę odchylał się od kursu, by niemal natychmiast powrócić nań pod spokojną ręką pilota. Luźniejsze bagaże przesuwały się po podłodze, pasy napinały się na krótką chwilę, a gdzieś w cienkim poszyciu metal odpowiadał na napór wichru głuchym trzeszczeniem.

    Warunki jednak wciąż się pogarszały. Śnieg zgęstniał do tego stopnia, iż wzrok bezwiednie tracił zdolność odróżniania tego, co znajdowało się blisko, od tego, co mogło leżeć setki jardów dalej. Co pewien czas w tej rozszalałej bieli otwierała się na mgnienie oka ciemniejsza przestrzeń, lecz znikała, nim można było nadać jej jakikolwiek kształt. I właśnie wtedy coś nagle rozbłysło, podświetlając połać śniegu jak białą skórę nocy. Nie poprzedził tego żaden grzmot ani nawet głuche pomrukiwanie odległego wyładowania, które mogłoby przygotować zmysły na to, co miało nastąpić. Co bardziej osobliwe, blask nie pojawił się również w żadnym określonym miejscu. Nie przeciął horyzontu ani nie spłynął ku ziemi na kształt pioruna. Przez jedno krótkie, trudne później do opisania, mgnienie, zdawał się być wszędzie naraz, jak gdyby nie rozświetliło się niebo, lecz sama ciemność została rozdarta na części i ukazała pod spodem jakąś bladą, lodowatą jasność. Świat poza szybami zastygł w owym świetle z przerażającą wyrazistością. Wszystko utraciło zwyczajną głębię i miękkość konturów. Śnieg, chmury i niewidoczna dotąd powierzchnia ziemi zostały nagle sprowadzone do ostrych, martwych płaszczyzn, jak na prześwietlonej kliszy, której światłoczuła emulsja uchwyciła świat nie takim, jakim zna go ludzkie oko, lecz jakiś obcy jego pozór, złożony wyłącznie z gwałtownych przeciwieństw bieli i czerni.

    text alternatywny

    Rodney Carter patrzył wówczas przez boczną szybę i właśnie jemu przypadło ujrzeć najwięcej z tego, co ów osobliwy blask wydobył na moment z zamieci. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą istniała jedynie bezładna kotłowanina śniegu i ciemności, stało coś, co w pierwszym odruchu wydało mu się gargantuiczne. Nie potrafiłby jednak powiedzieć, dlaczego. W tej martwej, pozbawionej perspektywy bieli nie było niczego, wobec czego wzrok mógłby rozsądzić prawidła perspektywy. Właściwie miał wrażenie, że w jakiś okrutny sposób percepcja płatała mu figla, bowiem uchwycona jego wzrokiem sylwetka mogła znajdować się niepokojąco blisko i należeć do człowieka niezwykłego wzrostu, lecz mogła też stać o całe mile dalej, wyniesiona ponad zamieć na wysokość, której sama możliwość zdawała się niedorzeczna. A jednak wrażenie ogromu przyszło natychmiast, zanim jeszcze rozum zdołał upomnieć się o jakiekolwiek dowody. Postać była także potwornie smukła. Nie wychudzona w sposób, jaki można by przypisać chorobie czy głodowi, lecz wydłużona według proporcji, które oko rozpoznawało jako podobne ludzkim, a zarazem od nich odległe. Dwie nogi, czarne na tle biało-niebieskiej jasności, zdawały się ciągnąć nazbyt długo pod wąskim tułowiem, który ginął wyżej w śnieżnym zamęcie. Nie sposób było rozpoznać twarzy ani nawet głowy z dostateczną pewnością. Błysk pozostawił Carterowi jedynie ogólny zarys czegoś pionowego, chudego i osobliwie przechylonego naprzód, jak gdyby cała ta wysoka figura uginała się pod naporem wichru. W uchwyconej na moment migawce nie grało jednak coś jeszcze. Z jakiegoś powodu wicher zdawał się zatrzymywać owej istoty. Ten sam napór powietrza, który targał maszyną jak dzieciącą zabawką, nie pozostawiał na owej figurze żadnego widocznego śladu walki. Nie chwiała się. Nie osłaniała. Jej upiorny przemarsz nie przypominał ruchu kogoś, kto usiłuje przedrzeć się przez burzę, lecz raczej czegoś, dla czego burza była środowiskiem naturalnym. I wówczas Carter pojął, choć nie potrafiłby później powiedzieć, na czym właściwie oparł tę pewność, że postać nie stała.
    Kroczyła.
    Chwilę później światło zgasło, a wraz z nim zniknęło wszystko prócz śniegu i ciemności. Rodney jeszcze przez moment wpatrywał się w szybę, usiłując odnaleźć choćby cień tego, co widział, lecz nie dostrzegł już niczego. Rozsądek niemal natychmiast podsunął najprostsze wyjaśnienie. Zmęczenie, migotanie światła, śnieg i wzrok od wielu godzin wystawiony na jednostajny ruch. Omam, chwila słabości, jeden z tych krótkich kaprysów zmysłów.

    Miles Carson siedział pod innym kątem i ujrzał mniej. Jemu błysk odsłonił przede wszystkim dwie ciemne, nienaturalnie długie linie przecinające białą zawieję oraz górną część czegoś smukłego i pionowego, co przez moment mogło wydać się cieniem, słupem śniegu albo szczególnie dziwnym załamaniem światła. Dopiero później pojawiło się nieprzyjemne przeświadczenie, iż patrzył na część tej samej figury, którą dostrzegł Carter. Przeświadczenie, które połączyło ich w momencie, w którym mężczyźni odwrócili spojrzenie od okien, nawiązując kontakt wzrokowy i mieli w sobie ten sam ładunek niepewności.

    Kolejny silniejszy podmuch uderzył w maszynę tak nagle, że Kapral Reed, dotąd siedzący względnie spokojnie, odruchowo wsparł dłoń o oparcie przed sobą. Samolot przechylił się, zawisł przez krótką, nieprzyjemną chwilę w pozycji, która mogła wydawać się stanowczo zbyt głęboka, po czym wrócił na kurs pod szybką korektą pilota.
    Porucznik uniósł głowę ku kabinie.
    – Na litość boską, powiedzcie mi tylko, że dolecimy do Barrow w jednym kawałku.
    Pilot nie odpowiedział od razu. Zajęty sterami, pozwolił maszynie przejść przez jeszcze jedno szarpnięcie, po czym dopiero obejrzał się przez ramię.
    – Dolecimy. Spokojna głowa, choć przysięgam, że nie wiem skąd to nagłe załamanie pogody.
    Nie była to odpowiedź, która mogła kogokolwiek szczególnie uspokoić, lecz najwyraźniej Reed uznał, że starczy. Mruknął coś pod nosem, poprawił się w fotelu i już miał ponownie zwrócić uwagę na widok za oknem, kiedy jego wzrok natrafił na twarze Cartera i Carsona.
    Zatrzymał się.
    Przez moment nie przyglądał im się z osobliwym skupieniem, dostrzegając w ich wyrazach twarzy... no właśnie co? Nie tyle strach, ile ślad czegoś, co uznał za szok. Spojrzał najpierw na jednego, potem na drugiego.
    – Co do diabła zobaczyliście? Coś wartego zaraportowania? – zapytał bacznie się im przyglądając.

    Rozgrywka

  • Kroczący we Wichrze
    PiołunP Piołun

    Przepraszam, że nie dałem terminu odpisów, ani nie odpowiedziałem na pytania. Cóż ze mnie za niezorganizowany MG. Jeez. Nieładnie nieładnie Piołun. Poprawie się w następnej turze. No dobrze.

    Kolejka powinna być do wczoraj, ale skoro @sznyclove dał znać, oczywiście się przedłużyło. Jestem dość elastyczny w poślizgach 1-2 dniowych i raczej nie robie z tego tytułu problemu. Brakuje jego odpisu do kompletu.

    @Decybelka napisał:

    To ja mam w sumie pytanie, czy w tych próbach poprzedniego kontaktu ze strony miejscowych mógł brać udział mój bohater, czy raczej chodziło Ci o miejscowych "oficjeli" i "urzędasów" vel innych "agencików"?

    Raczej wolalbym, aby twoja postać nie była w to zaangażowana, choć przyznaje, że głównie dlatego, iż ułatwiłoby mi to pracę 🙂 Jeśli pozwolisz, raczej będzie chodzić o tych jak to ładnie ujełaś "oficjeli" i "urzędasów" vel innych "agencików" 🙂

    Komentarze

  • XIII - Martwa godzina
    PiołunP Piołun

    @Morph napisał:

    @piołun @bardiel - z kolei od was chciałbym usłyszeć przede wszystkim czy podejmujecie jakieś działania w obliczu nalotu FBI na mieszkanie O'Hary. Druga rzeczy, to oczywiście deklaracje w sprawie sieci i stacji roboczej O'Hary. Możliwości są przedstawione w poście. Na upartego jest jeszcze jedna, czyli rozebranie całego zestawu i zabranie go do bazy.

    zdecydowałem się na pójście w stronę "na upartego" czyli rozebranie tego co realnie da się rozebrać i zabranie. Poczyniłem też post w tym kierunku 🙂

    Komentarze

  • XIII - Martwa godzina
    PiołunP Piołun

    Daniel przez dłuższą chwilę patrzył na zapisane przez nich informacje, a potem ponownie na czarną skrzynkę ukrytą we wnęce. Im więcej odkrywali, tym dziwniej wyglądała cała sprawa. Komputer O’Hary nie był po prostu samotnym stanowiskiem schowanym na strychu. Regularnie łączył się z czymś poza mieszkaniem, a wszystko wskazywało na to, że Derek miał dostęp do części sieci XIII, do której raczej nie powinien móc dostać się sam. Ktoś musiał mu w tym pomóc albo przynajmniej dokładnie go poinstruować.
    – Chyba jestem za drugą opcją – odezwał się w końcu, zerkając na Simona. – Może spróbujmy najpierw ustalić, co jest po drugiej stronie tego połączenia.

    Nie widział większego sensu w dalszym grzebaniu w zabezpieczeniach tylko dlatego, że być może byli w stanie je obejść. Im bardziej skomplikowany okazywał się cały system, tym mniej podobał mu się pomysł sprawdzania metodą prób i błędów, co O’Hara przygotował na wypadek nieproszonego gościa. Wiedzieli już, że jego komputer regularnie komunikował się z czymś poza mieszkaniem. Teraz ważniejsze wydawało się ustalenie, gdzie prowadziło to połączenie i kto znajdował się po jego drugiej stronie.
    – Jestem cholernie ciekawy, kto mu to zbudował i dał dostęp do sieci XIII. Masz jakieś pomysły? – zapytał, zabierając się do pracy. Odsunął się nieco od stanowiska i jeszcze raz spojrzał na poprowadzone wokół niego przewody. Na pierwszy rzut oka wyglądały jak kolejny element technicznego bałaganu, ale po bliższych oględzinach było dokładnie odwrotnie.

    Daniel już otwierał usta, żeby zasugerować, jak najlepiej zabrać się do dalszej pracy, kiedy z dołu dobiegł ciężki głos.
    – FBI! Otwierać!
    Zamilkł natychmiast i posłał szybkie spojrzenie w stronę Simona. Nie spanikował. Lata spędzone w wojsku nauczyły go, że w takich chwilach najgorsze, co można zrobić, to pozwolić zaskoczeniu przejąć kontrolę. W jego głowie coś przeskoczyło niemal automatycznie i z technika przeobraził się w wojskowego. Pojawienie się federalnych drastycznie ograniczało ich możliwości. Daniel zerknął w stronę włazu prowadzącego na korytarz. Z dołu dochodziły kolejne głosy oraz odgłosy poruszających się ludzi. Nie wiedział jeszcze, ilu dokładnie agentów znajdowało się w budynku, jak szybko dostaną się do mieszkania ani kiedy zainteresują się samym strychem, ale jedno było już jasne. Czas na spokojne oględziny właśnie się skończył.

    Daniel przez moment jeszcze patrzył na stanowisko, szybko przeliczając w głowie, co właściwie mogli zrobić w czasie, który im pozostał. Zostawienie wszystkiego w obecnym stanie oznaczało ryzyko, że za kilka minut dostęp do sprzętu O’Hary zostanie im całkowicie odcięty. Z drugiej strony nie mieli już warunków, żeby spokojnie rozbierać całą instalację. Spojrzał na Simona.
    – Ile z tego jesteśmy w stanie zabrać na szybko? – zapytał cicho. – Mamy najwyżej parę minut.

    Sam zaczął już zbierać ich własny sprzęt i upewniać się, że wszystkie przechwycone dane zostały zapisane. Jeśli mieli wynieść coś więcej, wolał zostawić Simonowi decyzję, które elementy da się odłączyć bez ryzyka ich uszkodzenia. Czarna skrzynka, nośniki danych, może któryś z dodatkowych modułów. Cokolwiek, co później pozwoliłoby im odtworzyć część pracy O’Hary albo dokładniej przeanalizować jego połączenia.
    – Skup się, Simon, i pryskamy stąd. Musimy zniknąć, zanim ktoś na dole przypomni sobie, że ten budynek ma też strych.
    Daniel jeszcze raz spojrzał w stronę włazu. Jeśli droga na korytarz pozostawała wolna, zamierzał zejść z Simonem i spróbować opuścić budynek, zanim sytuacja zdąży się bardziej skomplikować. W najgorszym razie mogli udawać, że po prostu wychodzą z jednego z mieszkań. W końcu żaden z nich nie miał wypisanego na czole „agent XIII”. Pakując naprędce swoje graty, poczuł, jak mocno serce tłucze mu się w piersi. Dawno nie działał pod taką presją czasu i z tak wyraźnym zastrzykiem adrenaliny, ale gdzieś pod napięciem czaiło się też coś jeszcze. To ryzyko i balansowanie na ostrzu noża podobały mu się bardziej, niż byłby skłonny przyznać.

    Rozgrywka

  • Horror/Slasher - Letni Obóz Wakacyjny
    PiołunP Piołun

    Totalnie fajny pomysł. Od dawna chciałem spróbować czegoś takiego 🙂

    Sondy

  • Projekt „Krypta 99”
    PiołunP Piołun

    Ja mógłbym zgłosić się do przetestowania pomysłu, który wcześniej zaproponowałem, ale na razie w formie testu i eksperymentu, bez wielkich deklaracji.

    Na początek przygotowałbym kilka krótkich scenariuszy demonstracyjnych. Najlepiej czuję się w WFRP 2ed., ale mógłbym spróbować skonstruować jeden scenariusz w taki sposób, żeby dało się go poprowadzić zarówno na 2ed., jak i 4ed., podmieniając jedynie mechanikę. Do tego zrobiłbym po jednym demie do Wampira i Zewu Cthulhu oraz coś z półki SF. Tutaj nie mam jeszcze systemu, w którym czułbym się równie swobodnie, ale jest z czego wybierać.

    Celowo mówię o teście, bo wydaje mi się, że zanim zaczniemy budować wokół tego jakąś większą infrastrukturę, warto sprawdzić kilka podstawowych rzeczy w praktyce.

    Po pierwsze, jakie w ogóle będzie zainteresowanie. Może się okazać, że nowi użytkownicy chętnie skorzystają z krótkiej sesji na próbę, ale równie dobrze może się okazać, że nawet przy zróżnicowanej ofercie nie będzie chętnych. Wtedy będziemy mieli odpowiedź bez inwestowania mnóstwa pracy w projekt, który nie rozwiązuje realnego problemu.

    Po drugie, chciałbym sprawdzić, ile faktycznie kosztuje MG prowadzenie takiego dema pod względem czasu i energii, jeśli ma już przygotowane sceny, materiały i ogólny przebieg przygody. W mojej wyobraźni sesja zaprojektowana na około 10 postów MG, z gotowymi materiałami, nie powinna być wielkim obciążeniem, ale praktyka może szybko zweryfikować to założenie.

    Po trzecie, warto zobaczyć, jak najlepiej rozwiązać stronę organizacyjną. W mojej głowie sesje pilotażowe mogłyby mieć osobny dział i niekoniecznie musiałyby być podliczane w profilu użytkownika tak samo jak pełnoprawne sesje MG. Było by śmieszne mieć w profilu 10 sesji jako mg o tej samej nazwie. To oczywiście drobiazg, ale jeśli test miałby się przyjąć, dobrze od początku zobaczyć, jakie rozwiązania są wygodne dla administracji i prowadzacego.

    Najważniejsze byłoby jednak sprawdzenie czwartej rzeczy, tj. czy ukończenie takiego pilota rzeczywiście zwiększa szansę, że nowy użytkownik zostanie na forum i później zgłosi się do normalnej rekrutacji. Bo to właściwie jest dla mnie główny sens całego pomysłu. Nie chodzi o produkowanie krótkich sesji dla samego ich istnienia, tylko o stworzenie łatwego pierwszego kontaktu z PBF i obniżenie bariery wejścia.

    Traktowałbym więc całość bardziej jako eksperyment. Jeśli administracja byłaby zainteresowana, mógłbym przy tym trochę podłubać i przygotować pierwszą niewielką bazę dem. Zajmie mi to trochę czasu, ale jeśli miałoby to realnie pomóc w rozwoju community, jestem skłonny spróbować.

    Chciałbym po prostu, żeby było nas tutaj więcej i żeby więcej osób miało okazję przekonać się do formy PBF. Jeśli krótkie sesje demonstracyjne mogą w tym choć trochę pomóc, warto moim zdaniem sprawdzić to w praktyce, zanim zaczniemy projektować coś znacznie większego.

    Dyskusje RPG

  • Projekt „Krypta 99”
    PiołunP Piołun

    Rozumiem zamysł tego pomysłu, ale widzę w nim parę wad, z których największa jest taka, że nie każdy ma ochotę zaczynać swój tutorial akurat od wchodzenia w świat Fallouta (moim zdaniem całkiem fajny), by poznać styl gry PBF. Jeśli mógłbym wyjść z kontrpropozycją, to zamiast budować jeden duży, stały projekt tutorialowy, poszedłbym chyba w stronę krótkich sesji demonstracyjnych różnych systemów, czegoś w rodzaju "dema rozgrywki".

    Może nieco idealistycznie myśle, a może nie? Zależy od organizacji, ale forum mogłoby zebrać pulę MG, którzy byliby chętni od czasu do czasu poprowadzić nowej osobie bardzo krótki, zamknięty scenariusz dla 1–2 graczy, przewidziany przykładowo na maksymalnie około 10 postów MG. Nie chodziłoby o początek kampanii, tylko o historię napisaną specjalnie jako demo. Szybkie wejście w sytuację, kilka decyzji, trochę odgrywania, podstawowa mechanika, jakaś komplikacja i normalne zakończenie.

    Widzę w tym parę zalet. Przede wszystkim próg wejścia byłby naprawdę niski. Gracz nie musiałby deklarować się od razu na wielomiesięczną rozgrywkę, tworzyć rozbudowanej postaci ani poznawać dużej części settingu. Mógłby też wybrać z gotowych postaci. Jednocześnie dostałby okazję, żeby zobaczyć, jak wygląda rytm PBF, deklarowanie działań, dialog z MG, rzuty, interakcje między graczami i ogólnie forumowa kultura grania. Co istotne, wybrał by z puli scenariuszy i systemów, które go interesują.

    Do tego można byłoby przygotować zestaw naprawdę dobrych, sprawdzonych mini-scenariuszy. Na początek powiedzmy po jednym czy dwóch dla kilku popularniejszych systemów. Z czasem powstałaby mała biblioteka takich demonstracyjnych przygód, które kolejni MG mogliby prowadzić następnym osobom. By nie obciążać za bardzo MG wolontariuszy, dema mogłyby być nieco liniowe i mieć część tekstów do postów przygotowanych, choć każdorazowo zmieniałoby się parę zdań pod wybory gracza.

    Wydaje mi się, że taki projekt byłby też łatwiejszy organizacyjnie. Nie wymaga jednego ogromnego settingu, stałej obsady ani utrzymywania jednej nieskończonej sesji. Jeśli jakiś MG akurat nie ma czasu, po prostu nie bierze danego pilotażu. Jeśli pojawia się ktoś nowy, można uruchomić dla niego osobną, krótką historię, która jest w 70-80% gotowa. Oczywiście pod warunkiem, że zdecyduje się skorzystać z takiej powitalnej sesji.

    Czyli zamiast jednego tutorialowego świata mielibyśmy raczej coś w rodzaju „Pierwszej Sesji” albo „Demo PBF”. Kilku MG, kilka systemów i zestaw krótkich scenariuszy, które można odpalić wtedy, kiedy faktycznie pojawi się ktoś chcący spróbować forumowego grania. Kto wie, może byłaby to też fajna alternatywa dla osób, które nigdy nie były MG by się spróbować i sprawdzić jak to jest po drugiej stronie, bez wielkiego zobowiązania.

    Rzucam pomysł luźno w ramach burzy mózgów. Nie do końca rozwija pomysł krypty do której się przymieżacie, ale może warto zastanowić się nad alternatywami?

    Dyskusje RPG

  • Heroes of Might & Magic TTRPG
    PiołunP Piołun

    Mógłbyś napisać coś więcej o tym jak fabularnie widzisz konstruowanie odpisów w takiej rozgrywce? Myślę, że fanów "hirołsów" jest tutaj bez liku, ale rogrywka w praktyce jest dla mnie nieco kłopotliwa do wyobrażenia. Rozumiem, że wcielamy się w dowódce, ale resztę już trochę mniej. Jak opisujemy fabularnie zarządzanie jednostkami? Albo wypad na mapę do młyna lub po luzem leżące na ziemi 500 monet? Czy robimy jakiś odpis, kiedy decydujemy się wybudować szkieletornie w naszej Nekropoli itd. Generalnie jak planujesz przełożenie tej rozgrywki na warunki forumowe? Widzę, że rozpisałeś, iż występują jakieś fazy rozgrywki, ale dalej nie wiem co stoi za nimi oraz jak się przecinają.

    Sondy

  • XIII - Martwa godzina
    PiołunP Piołun

    Strzelacie postami jak z karabinu 🙂 Najs. <bierze popcorn> Btw. spodobało mi się to @morph

    @Morph napisał:

    Zatem jeśli Hernandez powoła się na XIII, to faktycznie może zostać wzięty za tego, co wierzy, że gołębię ładują baterie na drutach wysokiego napięcia.

    Muszę sobie zacząć spisywać twoje lepsze hasełka, bo niektóre są naprawdę dobre.

    Będę próbował jutro się jakoś wstrzelić w wasze posty, ale prawdę powiedziawszy odczuwam pewien opór przed zaburzeniem porządku scen. Właśnie uświadomiłem sobie, że całkiem przydatnym narzędziem dla MG byłoby porządkowanie postów w obrębie scen, tak by można było pisać bez przeszkód, ale dla porządku przełożyć nieco czasem kolejność. W tej sesji (nie w każdej) byłoby to szalenie przydatne.

    Komentarze

  • The Haunting of Harrowstone
    PiołunP Piołun

    Krasnolud jeszcze przez chwilę stał nieruchomo, obserwując, jak zwarta dotąd grupa zaczyna się rozpadać. Pierwsi odchodzili niechętnie, oglądając się przez ramię i mamrocząc coś pod nosem, ale kolejni rychlej przebierali nogami. Nie czuł z tego powodu satysfakcji. Nie było w nim poczucia zwycięstwa, a jedynie powoli ustępujące napięcie, jakby ktoś odsuwał ciężki głaz z jego piersi. Dłoń, która jeszcze przed chwilą spoczywała blisko rękojeści młota, opadła wzdłuż boku, luźno i bezwładnie. Dopiero wtedy Morgrin uświadomił sobie, jak mocno miał napięte ramiona. Wypuścił powietrze przez nos i na moment przymknął oczy, odzyskując właściwy sobie spokój. Nieco zaniepokoiła go nadnaturalna siła, która poniosła jego ostatnie słowa. Siła ta była zbyt podobna do gniewu, którego w życiu się wystrzegał. Ostatniej drogi profesora nie powinien wypełniać gniew, ani jego, ani tamtych ludzi. Po ich odejściu został więc głównie żal, że sprawy zaszły tak daleko. Dlatego kiedy Gibs rzucił jeszcze na odchodnym groźbę pod ich adresem, nic nie odpowiedział. Uznał, że padło już wystarczająco wiele gróźb. Odprowadził mężczyznę krótkim, chłodnym spojrzeniem, po czym zwrócił uwagę z powrotem ku trumnie Petrosa, leżącej pośrodku alejki tam, gdzie przed chwilą musiano ją opuścić. Widok leżącej w ten sposób trumny zasmucił go. Wśród mokrego żwiru i ciemnych płaszczy żałobników wyglądała jak porzucona skrzynia przez przypadek nakryta żałobnym wieńcem. Przerwano im tak ważną chwilę.

    Przeniósł spojrzenie na Kendrę i przez chwilę jeszcze milczał, chcąc upewnić się, że gdy odpowie , jego głos wolny będzie od wzburzenia, któremu dał się ponieść przed chwilą. Widział, że wciąż była poruszona całym zajściem, a jej podziękowanie mieszało się z czymś na kształt wstydu, którego w jego ocenie nie powinna była w ogóle na siebie brać.
    – Nie masz mi za co dziękować. Zrobiłem tylko to, co należało.
    Jego spojrzenie ponownie przesunęło się ku trumnie Petrosa, którą nieśmiało zaczęto podnosić z powrotem.
    – I nie przepraszaj za nich. Ich postępowanie nie jest twoją winą ani twoim wstydem. Twój ojciec zasługiwał na to, by pozwolono go pożegnać bez podobnych widowisk.
    Na moment zacisnął usta, po czym dodał już ciszej...
    – Doprowadźmy go teraz tam, gdzie powinien spocząć. Resztą będziemy martwić się później.

    Kiedy ojciec Grimburrow zjawił się na alejce, Morgrin wyprostował się nieco i zamilkł. Pozostali żałobnicy szybko zaczęli uzupełniać brakujące szczegóły, rzucając coraz więcej światła na przebieg całego zajścia. Krasnolud nie przerywał im ani słowem. Patrzył jedynie na starego kapłana i widział, jak z każdym kolejnym zdaniem jego twarz nabiera coraz surowszego wyrazu, który to całkowicie rozumiał. Słowa uznania ze strony kapłana jednak nieco go zaskoczyły, choć nie dał tego po sobie mocno poznać. Nie należał do tych, którzy dobrze czuli się w centrum uwagi, a już szczególnie wtedy, gdy ktoś przypisywał mu zasługę za coś, co uznawał za odruch. Na moment spuścił wzrok, przesunął dłonią po brodzie i dopiero po chwili odpowiedział krótkim skinieniem głowy.
    – Tak było trzeba. – rzucił krótko ciesząc się, że kapłan przeniósł ciężar uwagii na Kendre.

    text alternatywny

    Kiedy trumnę ponownie uniesiono, Morgrin bez słowa wrócił na swoje miejsce. Ruszył z resztą orszaku, tym razem znacznie bardziej obecny niż wcześniej. Przedtem pozwalał, by stopy niosły go niemal same. Teraz rejestrował wszystko z większą ostrością. Nierówności ścieżki, odległość między kolejnymi mogiłami, ciężar ciszy, która zapadła po całym zajściu. Wciąż tlił się w nim niewielki kaganek irytacji. Próbował go zdusić, lecz jakaś część jego natury uparcie osłaniała jego nikły płomień. Co jakiś czas wracał myślą do słów Gibsa. Skąd właściwie brały się te oskarżenia? Czy ten nikczemnik miał choćby najwątlejsze podstawy, by je wysuwać? I co chciał w ten sposób osiągnąć? Ta część Morgrina, która należała do Pharasmy, nie pozwalała całkiem zlekceważyć jego słów, lecz na razie zmuszał się, by ich nie roztrząsać. Miał nadzieję, że testament profesora rzuci na całą sprawę nieco więcej światła. Tak musiało być. Tak będzie.

    Odsunął od siebie wątpliwości i skupił wzrok na mijanych nagrobkach. Niektóre stały prosto i równo, inne zapadały się lekko w ziemię, poddając się sile lat i wilgoci. Litery na starszych płytach traciły ostrość, nazwiska bladły pod nalotem i mchem, a w zagłębieniach kamienia zbierała się woda. Morgrin przyglądał im się okiem rzemieślnika, bo każda płyta zdradzała coś więcej. A to rękę kamieniarza, a to czas wykonania, niekiedy ślady pośpiechu albo staranność, a czasem nawet zamożność rodziny, która ją zamówiła. Ten język znał dobrze. To właśnie dzięki temu marsz stopniowo wracał do swojego porządku. Wśród starych mogił i wilgotnego kamienia, łatwiej było zostawić za sobą wcześniejszą wrzawę. Krok za krokiem napięcie schodziło z niego stopniowo, zupełnie jakby groby i cmentarna ziemia wsączały w niego swój martwy spokój.

    Gdy wreszcie dostrzegł przygotowane miejsce pochówku, poczuł w piersi nieoczekiwane ciepło. Stanął pośród pozostałych żałobników i spojrzał w dół, w czarne oko mogiły, w głąb ziemi, która miała stać się ostatecznym posłaniem profesora. Odruchowo ocenił jej głębokość i równo poprowadzone ściany. Tutejsi grabarze znali swój fach. Ten drobny szczegół przyniósł mu osobliwy, lecz wyraźny spokój. Kiedy przełożyli pod trumną powrozy i zaczęli opuszczać ją coraz niżej, Morgrin patrzył bez ruchu. Schodziła powoli, jednostajnie, mokra od deszczu i niemal czarna na tle świeżo rozkopanej ziemi. Przez kilka oddechów przypominała ciemny żagiel wciągany w jej głąb. Jeszcze przed chwilą była blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, lecz teraz osuwała się coraz niżej, aż w końcu pozostała z niej jedynie płaska, ciemna tafla na dnie grobu, otoczona wilgotnymi ścianami ziemi.

    Słowa przemawiającej nad grobem Kendry musiały się do niego przebić, bowiem tak wielką uwagę poświęcił opuszczanej trumnie. Dopiero po chwili zaczął naprawdę słuchać, a jej wspomnienia i ciepłe słowa poczęły wydobywać z jego własnej pamięci obrazy chwil, które przeżył ze zmarłym. Część tego, o czym mówiła, była mu dobrze znana. W innych miejscach dostrzegał jednak człowieka, którego sam nigdy nie miał okazji poznać. Uświadomił sobie wtedy, jak niewielki wycinek Petrosa właściwie znał. Oczywiście wiedział, że ostatecznie każdy człowiek odsłania przed innymi tylko pewną część siebie, ukształtowaną przez miejsce, czas i relację, na skrzyżowaniu których było im dane się poznać. Sama myśl nie była szczególnie odkrywcza, lecz dopiero zestawiona ze wspomnieniami córki nabrała dla niego właściwego ciężaru. Nagle obraz profesora, który nosił w pamięci, rozszerzał się o nowe barwy i szczegóły, wcześniej pozostające poza jego zasięgiem. Choć Kendra jako córka nie mogła być wobec zmarłego całkowicie bezstronna, jej słowa nie osłabiały obrazu, jaki Morgrin zdążył sobie o nim wyrobić. Przeciwnie, doświadczenia, którymi się dzieliła, jeszcze mocniej utwierdzały go w szacunku do człowieka spoczywającego teraz na dnie grobu.

    Gdy przyszła jego kolej, by powiedzieć kilka słów od siebie, Morgrin wystąpił przed żałobników i zajął należne miejsce przy mogile. Zanim się odezwał, przez chwilę spoglądał na zebranych spod ciężkich, krzaczastych brwi. Potem uniósł wzrok ku zasnutemu chmurami niebu, jakby szukał tam właściwego początku, po czym opuścił go z powrotem ku ciemnościom kryjącym trumnę spoczywającą w ziemi.
    – Profesor Petros był człowiekiem wielkiej duszy zamkniętej w niepozornym ciele. Spędziłem z nim ledwie kilka chwil, lecz każdą z nich pamiętam wyraźnie. Bodaj najlepszą z jego cech był szacunek, jaki potrafił okazać wtedy, gdy innym najprościej byłoby o nim zapomnieć.
    Na moment przeniósł wzrok ku jego córce, która patrzyła na niego teraz nieco przeszklonym wzrokiem.
    – Gdyby świat miał więcej ludzi jego pokroju, miałbym mniej pracy. I byłby przez to lepszym miejscem.
    Skłonił głowę.
    – Niech ziemia przyjmie go lekko, a Rzeka Dusz poniesie bezpiecznie ku Grobowisku. Niech stanie przed Pharasmą bez lęku, z ciężarem własnych czynów i dobrem, które po sobie pozostawił. A my, którzy jeszcze idziemy swoją drogą, obyśmy potrafili zachować przy życiu choć część tego, co było w nim warte pamięci. – to powiedziawszy, zszedł skromnie z zajmowanego miejsca i oddał je następnej osobie gotowej na to by powiedzieć parę ciepłych słów nad grobem zmarłego. Gdy wszyscy już przemówili, Morgrin raz jeszcze podszedł do krawędzi mogiły. Schylił się, zaczerpnął w dłoń garść wilgotnej ziemi i przez krótką chwilę trzymał ją bez ruchu. Potem rozluźnił palce, pozwalając, by ciemne grudki osypały się na wieko trumny. Nie powiedział nic. Wszystko, co on i pozostali żałobnicy mieli do powiedzenia, zostało już wypowiedziane. Teraz należało pozwolić mu odejść.

    text alternatywny

    Kiedy Kendra zaprosiła ich do domu profesora, Morgrin przyjął propozycję bez wahania. Testament był przecież jednym z powodów, dla których prosiła go o pozostanie w Ravengro, a po wszystkim, co wydarzyło się tego dnia, tym bardziej nie zamierzał opuszczać sprawy w połowie. Droga powrotna minęła mu, jak niemal zawsze, całkowicie w milczeniu. Dopiero po przekroczeniu progu domu Lorrimora, kiedy mokry płaszcz i broń pozostawił we wskazanym miejscu, poczuł, jak cmentarny chłód zaczyna powoli ustępować. Nie przyniosło to jednak oczekiwanej ulgi. Wnętrze domu miało w sobie coś znacznie bardziej dotkliwego niż deszcz, grób i kamienne aleje cmentarza.

    Biblioteka zatrzymała jego uwagę na dłużej. Z jakiegoś powodu rozrzucone zapiski, kałamarz, notatniki i mapy nie wyglądały jak rzeczy po zmarłym, a raczej jak rzeczy po kimś, kto winnien zaraz wrócić, otrzepać rękawy z deszczu, zająć miejsce pośród papierów i podjąć pracę dokładnie tam, gdzie ją przerwał. Szczególnie fotel profesora sprawiał osobliwe wrażenie. Odsunięty nieco od stołu, pozostawiony w niedbałej pozycji, zdawał się czekać cierpliwie na swego właściciela. Morgrin zatrzymał na nim wzrok odrobinę za długo. Cmentarz nie pozostawiał miejsca na złudzenia. Natomiast dom dla odmiany był ich pełen.

    Kiedy Kendra rozlała wino i wzniosła kielich za ojca, krasnolud bez słowa przyłączył się do toastu. Uniósł naczynie nieco wyżej, niż wymagała zwykła uprzejmość, i przez krótką chwilę patrzył na ciemną powierzchnię trunku.
    – Za Profesora Petrosa – powiedział tylko.
    Upił niewielki łyk. Smak wina nie miał dla niego większego znaczenia, bowiem w tym geście, na każdym pogrzebie na którym był, nigdy nie chodziło o smak trunku. Raczej o to, żeby smakować go ze wspomnieniem o umrałym, jakby ten mógł być z nimi, także wznosząc kielich, ten ostatni raz.

    Dopiero gdy rozmowa zeszła na wspomnienia i Kendra zapytała, w jaki sposób każde z nich poznało jej ojca, Morgrin odstawił puchar. Przez chwilę obracał go jeszcze między grubymi palcami, jakby układał sobie w głowie właściwą kolejność wydarzeń.
    – Pierwszy raz spotkałem profesora przez księgę – zaczął. – Nie należała do niego. Nie należała też do człowieka, który mu ją przyniósł.
    Uniósł lekko brwi.
    – Jak się później okazało, pochodziła z grobu. Bardzo starego i takiego, którego pozostawiono pod moją pieczą.
    Przerwał na moment, spoglądając na Kendrę.
    – Twój ojciec zatrudnił człowieka, którego uważał za poszukiwacza i dostawcę osobliwości. Nie wiedział wtedy, że miał do czynienia ze zwykłym rabusiem mogił. Kiedy prawda wyszła na jaw, profesor był oczywiście zainteresowany samą księgą. Można powiedzieć, że był bardzo zainteresowany.
    W kąciku ust krasnoluda pojawił się nikły ślad uśmiechu.
    – I nieco niezadowolony, gdy powiedziałem mu, że musi wrócić tam, skąd została zabrana.
    Wspomnienie na moment ociepliło jego spojrzenie.
    – Mógł się spierać. Mógł próbować mnie przekonywać, że wiedza jest ważniejsza albo że zmarłemu książka nie jest już potrzebna. Wielu uczonych właśnie tak by zrobiło. Profesor nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Zrozumiał, dlaczego nalegałem, i uszanował to, choć dla niego samego oznaczało to utratę czegoś, co bardzo chciał zbadać. Później jeszcze kilka razy nasze drogi się przecięły.
    Morgrin urwał, a jego spojrzenie przesunęło się po bibliotece, po stosach ksiąg, zapiskach i pustym fotelu.
    – Za każdym razem utwierdzał mnie w przekonaniu, iż dobrze zrobiłem poświęcając mu swój szacunek. Dlatego tutaj jestem.
    Wspomnienie na chwilę zmiękczyło jego rysy, lecz kiedy umilkł, sięgnął ponownie po kielich. Przez moment obracał go między palcami, patrząc na ciemne wino osiadające cienką smugą na kryształowej ściance. Od przyjazdu do Ravengro spychał pewne kwestie związane ze śmiercią profesora na dalszy plan. Kwestie, które pojedynczo można było zbyć, lecz zestawione razem zaczynały uwierać. Nagła śmierć. Wypadek. Ludzie gotowi zatrzymać pogrzeb i nazwać profesora nekromantą. Testament, którego treść pozostawała zagadką nawet dla jego córki. Podniósł wzrok na Kendrę. Skoro pozwoliła pytać, musiał to zrobić. Ciepło, które pojawiło się w nim przy wspomnieniu Petrosa, ustąpiło miejsca spokojnej, skupionej uwadze. Odstawił kielich na stół.
    – Chciałbym zrozumieć, co właściwie wydarzyło się tamtego dnia. Gdzie znaleziono twojego ojca, w jakich okolicznościach zginął i co sprawiło, że jego śmierć uznano za wypadek? I, na Pharasmę, co skłoniło tamtych nikczemników, by przeciąć nam drogę na cmentarzu? – w ostatniej kwestii zagodził swój głos. Zdawał sobie sprawę, że to mogła być dla niej wrażliwa kwestia, ale musiała podejrzewać o co mogło chodzić. A on... musiał to zrozumieć.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Crowe osunął się na moment przy grodzi obok Joshuy. Tylko na moment. Tylko by złapać oddech. Dopiero kiedy plecy dotknęły chłodnego metalu, poczuł, jak bardzo przepychanie podnośnika wyssało z niego siły. Mięśnie ramion pulsowały tępym bólem, dłonie drżały od przeciążenia, a oddech wciąż nie chciał wrócić do właściwego rytmu. W uszach dudnił mu jeszcze huk ciężkiej platformy spadającej w dół szybu, zwielokrotniony przez metalowe ściany statku tak mocno, że przez kilka sekund miał wrażenie, jakby całe wnętrze Bleinerta nadal nieco drżało.

    Gdy technik odezwał się obok niego, Elias odwrócił ku niemu głowę. Przez chwilę nic nie mówił. Gleeson wyglądał źle, znacznie gorzej niż jeszcze kilka minut wcześniej. Nie chodziło nawet o pot, drżenie dłoni czy ten charakterystyczny, urywany oddech, kiedy zbyt długo funkcjonuje się na samej adrenalinie. W tonie głosu dało się wyczuć, że jest blisko krawędzi. Należało go od niej odciągnąć i tego właśnie spróbował.
    – Nie musisz teraz robić wszystkiego – odezwał się cicho, zmęczonym głosem, bardziej rzeczowo niż pocieszająco. – Wystarczy, że zrobisz następną rzecz. Dasz radę, Gleeson.

    Może nie wspiął się na wyżyny erudycji, by dodać mu otuchy, ale też nie miał teraz do tego głowy. Potrzebował po prostu, żeby Joshua uwierzył w te słowa jeszcze przez kilka następnych minut. Być może tylko tyle dzieliło ich wszystkich od wydostania się z tego miejsca. Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo głos Hannigana ponownie rozległ się w ładowni i przywołał Crowe’a do obowiązków. Elias sięgnął po detektor, oparł dłoń o gródź i podniósł się z wyraźnym wysiłkiem. Uruchomił kolejny skan, tym razem spokojniej, metodycznie przesuwając urządzenie tak, by objąć możliwie największą część ładowni i przestrzeń wokół szybu. Jeszcze niedawno pusty ekran uznałby za dobrą wiadomość. Teraz patrzył na niego z podejrzliwością.

    Kapitan chciał wspiąć się po drabince, ale kiedy Joshua zwrócił uwagę, że drzwi wyższego poziomu mają panel po niewłaściwej stronie, nie sposób było odmówić mu trzeźwego myślania. Przez moment śledził wzrokiem kolejne szczeble drabinki niknące w półmroku, próbując wyobrazić sobie całą grupę wiszącą tam jeden za drugim, zamkniętą pomiędzy stalowymi drzwiami nad głowami a tym czymś, co przed chwilą potraktowali karabinem i gąśienicową platformą. Nie spodobał mu się ten obraz.
    – Joshua ma rację. Szybem możemy wejść wyżej, ale bez możliwości otwarcia tych drzwi tylko zamienimy jedną pułapkę na drugą – rzucił do Hannigana, znów opuszczając wzrok na ekran detektora. – Trzeba znaleźć przejście z tego poziomu.

    Przez chwilę jeszcze obserwował odczyt, nie ufając ani pustce na wyświetlaczu, ani względnemu spokojowi, który zapadł wokół nich. Po tym, co zobaczyli na tym statku, żadna droga nie wydawała mu się już naprawdę bezpieczna. Mogli co najwyżej wybrać tę, która dawała im trochę więcej czasu.

    Rozgrywka

  • Kroczący we Wichrze
    PiołunP Piołun

    @marika była na tyle miła przyjrzeć się historycznym i logicznym błędom z ostatniego posta. Chciałbym wam jasno rozpisać, co poprawiłem i dlaczego. Także...

    Chronologia katastrofy

    Było:
    Kilka miesięcy temu, w rejonie Barrow na Alasce, doszło do katastrofy niewielkiego samolotu należącego do lokalnego przewoźnika.
    Jest:
    Trzy tygodnie temu, w rejonie Barrow na Alasce, doszło do katastrofy niewielkiego samolotu należącego do lokalnego przewoźnika.

    Powód: z dat podanych w prologu i odprawie wynika, że od katastrofy minęło około 21 dni, więc określenie „kilka miesięcy temu” zwyczajnie nie zgadzało się z chronologią.

    Smithsonian Institution i United States National Museum

    Było:
    Dlatego Smithsonian, przy współpracy z United States National Museum, objęło sprawę nadzorem naukowym i wysłało na miejsce niewielką ekspedycję badawczą.
    Jest:
    Dlatego Smithsonian Institution objęło sprawę nadzorem, powierzając stronę naukową pracownikom United States National Museum, a następnie wysłało na miejsce niewielką ekspedycję badawczą.

    Powód: United States National Museum nie było niezależną instytucją współpracującą ze Smithsonian, tylko częścią Smithsonian Institution, więc wcześniejsze sformułowanie źle oddawało zależność między nimi.

    Pułkownik Hargrove

    Było:
    Pułkownik James R. Hargrove, pełniący funkcję federalnego łącznika do spraw bezpieczeństwa...
    Jest:
    Pułkownik James R. Hargrove z Army Signal Corps, oddelegowany do komisji jako łącznik do spraw bezpieczeństwa i łączności...

    Powód: lepiej osadzić tę postać w konkretnej, historycznie istniejącej strukturze wojskowej, zwłaszcza że kwestie łączności na Alasce naturalnie pasują do Army Signal Corps.

    Sposób przekazywania meldunków

    Było:
    Meldunki docierały regularnie i miały całkowicie rutynowy charakter.
    Jest:
    Meldunki przekazywane drogą radiową do Barrow docierały początkowo regularnie i miały całkowicie rutynowy charakter.

    Powód: wcześniej nie było jasne, czy ekspedycja posiada własny radiotelegraf, czy korzysta z infrastruktury w Barrow. Teraz wiadomo przynajmniej tyle, że meldunki trafiały najpierw do Barrow, a dopiero stamtąd były przekazywane dalej.

    Próby wykorzystania miejscowych z Barrow

    Było:
    Raporty przesyłane przez naszych lokalnych ludzi kontaktowych nie są szczególnie alarmujące, ale trzeba pamiętać, że nie są to specjaliści przygotowani do oceny podobnej sytuacji.
    Jest:
    Próbowaliśmy zweryfikować sytuację za pośrednictwem ludzi z Barrow. Początkowo byli odprawiani przez samych naukowców, którzy zapewniali, że nie potrzebują pomocy. Później, kiedy kontakt zaczął się urywać, miejscowi sami przestali chętnie zbliżać się do stanowiska. Podają różne powody, część z nich dość... mało rzeczowa. Nie zamierzam wyciągać daleko idących wniosków na podstawie miejscowych opowieści i przesądów, dlatego potrzebujemy oceny ludzi, na których możemy polegać.

    Powód: wcześniej mogła powstać pewna logiczna wątpliwość, dlaczego po utracie kontaktu nie spróbowano najpierw sprawdzić sytuacji przy pomocy miejscowych. Teraz jest zaznaczone, że takie próby podejmowano, ale najpierw blokowali je sami naukowcy, a później miejscowi nie chcieli już zbliżać się do stanowiska.

    Pozostałych uwag na razie nie ruszam, ani wam nie rozpisuje, głównie dlatego, że wymagałyby większej przebudowy prologu, materiałów albo całej chronologii. Na tym etapie wolę zachować ciągłość sesji niż cofać się i przepisywać wszystko od nowa. To było łatwo poprawić, więc poprawiłem 🙂

    Komentarze

  • Kroczący we Wichrze
    PiołunP Piołun

    @sznyclove akurat ty już dostałeś zaproszenie na naszego discorda, wiec mogą być tam. Przyjmę też rzuty z kostnicy discordowo-forumowej. Dla tych, którzy nie chcą korzystać z tych mediów, jeśli tacy są, musze coś wymyślić. Widzałem, że praktykuje się na tym forum plaforme rolz, bo można tam stworzyć pokój do rzutów. Nie mogę się jednak doczekać, aż plugin kości zostanie jednak dodany jako funkcja forum, bo to preferowałbym najbardziej.

    Komentarze

  • Kroczący we Wichrze
    PiołunP Piołun

    @Marika napisał:

    Jednocześnie interesuje mnie, czym się inspirowałeś, pisząc przygodę? Nie chodzi mi oczywiście o konkrety, bo te mogłyby potencjalnie zawierać spoilery. Raczej rodzaj informacji. Opowiadania z gatunku cosmic horror? Ciekawostki historyczne i niewyjaśnione sprawy? A może lore z podręczników Chaosium (Zew Cthulhu)? Jeśli chodzi o to ostatnie, to warto mieć na względzie, że zawiera ono sporo kontrowersyjnych elementów dodanych od autorów gry, a także włączyło w swój kanon bzdurne wymysły i fałszywe kolaboracje Derletha, więc nie do końca reprezentuje oryginalny zamysł artystyczny Lovecrafta. Naturalnie obecność takich treści jakoś przeżyję, pytam tylko z ciekawości, jak dalece będzie to wizja Twoja i lovecraftowska.

    Tworzę raczej od szczegółu do ogółu. Najpierw przeglądam podręcznik albo materiały źródłowe, trafiam na jakiś motyw, który mnie zainteresuje, a dopiero potem zaczynam obudowywać go fabułą, postaciami, miejscem i całą resztą. W tym przypadku było podobnie. Same elementy mitologiczne, na które się zdecydowałem, nie są raczej stricte Lovecraftowskie. Jakiś element pochodzi Derletha, coś od Clarka Ashtona Smitha, z którym Lovecraft sobie korespondował i się inspirował jego twórczością, a część motywów związana jest z ich późniejszym rozwinięciem przez Chaosium. Więc jeśli patrzeć wyłącznie na „czystość” źródła, to faktycznej warstwy stworzonej bezpośrednio przez Lovecrafta będzie tu raczej niewiele.

    Niemniej chciałbym zachować Lovecraftowski styl opowiadania, atmosferę i konstrukcję grozy. Jak mi to wyjdzie? Zobaczymy. Na pewno byłoby mi łatwiej gdybym miał spróbować napisać opowiadanie, natomiast w rozgrywce RPG często gęsto trzeba skupić się na przekazywaniu informacji dla graczy, w skutek czego czasem cierpi styl.

    Jeżeli chodzi o samą fabułę poza elementami mitologii cthulhu, to jest to już dość duży miszmasz inspiracji z różnych rzeczy. Na pewno gdzieś z tyłu głowy siedziało mi Dark Matter Michelle Paver, czyli powieść o arktycznej wyprawie na Svalbard w latach 30. Poza tym przewinęło się sporo innych książek, filmów i historii o ekspedycjach naukowych, zaginionych zespołach i odciętych od świata placówkach.

    Temat arktycznych pustkowi jest zresztą jednym z moich ulubionych motywów. Podobnie jak podróże kosmiczne, gdzie dominującą cechą jest pustka i izolacja. Czytam i oglądam sporo rzeczy w tym klimacie, więc później dość łatwo złożyć mi z tego jakąś hybrydę i ubrać ją w realia Zewu Cthulhu.

    @Marika napisał:

    Druga kwestia: jak podchodzisz do wierności szeroko pojętym realiom? Przyznam nieśmiało, że mimo widocznego researchu wyłapałam parę drobnych wpadek. Żeby była jasność — to żaden zarzut! Wiem, że to nie praca naukowa i rozumiem, że fabuła ma czasem prymat nad realizmem. Chcę po prostu skalibrować swoje „przyrządy pomiarowe” — wiedzieć, gdzie zawieszać niewiarę, a gdzie pozwolić sobie na skrupulatność i uwagi (OOC i in game).

    Na pewno przydałoby się wyjaśnienie/korekta wypowiedzi dr. Whitmore'a:

    Kilka miesięcy temu, w rejonie Barrow na Alasce, doszło do katastrofy niewielkiego samolotu należącego do lokalnego przewoźnika.

    Z podanych przez Ciebie dat wynika natomiast, że minęło zaledwie 21 dni. Czyli nawet nie miesiąc.

    Co do realiów, staram się robić research i chciałbym, żeby rok 1935, Alaska, instytucje, technologia, transport, warunki życia itd. były możliwie wiarygodne. Jednocześnie nie jestem historykiem i przy takiej liczbie szczegółów na pewno coś jeszcze przestrzelę. Jeżeli zauważysz coś podejrzanego, śmiało pisz. Jeżeli dana nieścisłość jest zamierzona i z jakiegoś powodu potrzebna, po prostu tego nie potwierdzę albo dam znać, że warto zostawić temat w spokoju. Jeśli natomiast zwyczajnie zrobiłem błąd, poprawię go. Przy czym spróbujmy nie bawić się w drobne niuanse.

    I tutaj faktycznie mnie złapałaś. 😄 „Kilka miesięcy temu” jest zwyczajnym błędem. Katastrofa wydarzyła się 17 grudnia, a odprawa jest 7 stycznia (muszę dodać jeszcze znacznik miejsca i czasu w poście, aby była jasność), więc minęły dokładnie trzy tygodnie. Powinno być:

    Trzy tygodnie temu, w rejonie Barrow na Alasce, doszło do katastrofy niewielkiego samolotu należącego do lokalnego przewoźnika.

    To poprawię w poście. Dzięki za wyłapanie.

    Komentarze

  • [Zew Cthulhu 7ed.] Kroczący we Wichrze [18+]
    PiołunP Piołun

    @kaworu przykro mi, ale niestety już tak. Rekutacja zakończona i chyba nie chciałbym zmieniać dynamiki składu. Mam nadzieje jednak, że zobaczmy się w innych sesjach! 🙂

    @ketharian - można przenieść rekrutacje do archiwum jakby co!

    Archiwum

  • Kroczący we Wichrze
    PiołunP Piołun

    @sznyclove jeśli masz umiejętność potrzebną do rzutu to rzucaj jak masz ochote. Jest szansa, że pokryjesz pole, gdzie komuś się nie uda, nawet jeśli ma do tego lepsze predyspozycje. Pamiętaj, że przy niezdanym teście można forsować, ale MG, w tym wypadku moja skromna, musi określić przed ponownym rzutem skutki niepowodzenia.

    Komentarze

  • Kroczący we Wichrze
    PiołunP Piołun

    text alternatywny

    Washington, D.C., Stany Zjednoczone Ameryki,

    7 stycznia 1935 roku, godz. 11:42, 38°54′N, 77°02′W

     
    Drzwi zamknęły się za nimi z cichym, ciężkim stuknięciem, które wszystkim obecnym wydało się nieproporcjonalnie głośne. Agent pozostał przy wejściu, tuż za ich plecami, przypominając bardziej stróżujący posąg, niż człowieka z krwi i kości. Przybrał nieobecny wyraz twarzy, wyprostował się i jedynie spojrzeniem ponaglił przybyszy, by zajęli miejsca na przygotowanych dla nich krzesłach. Poza tym trwał nieruchomo. Naprzeciwko czekało czterech mężczyzn, każdy z własną teczką, notatnikiem i plikiem dokumentów. Żaden nie wyglądał na szczególnie zadowolonego z tego spotkania. W powietrzu unosił się gryzący zapach papierosowego dymu, mieszający się z wonią alkoholu. Mężczyzna w wojskowym mundurze, którego pagony i liczba odznaczeń sugerowały wysoką pozycję w armii, raczył się whisky, co w okolicznościach tego spotkania wydawało się dość niespodziewane. Najwyraźniej jednak należał do osób zbyt ważnych, by ktokolwiek obecny uznał za stosowne zwrócić mu na to uwagę.

    text alternatywny

    Na środku blatu leżała rozłożona mapa Alaski, przyciśnięta w rogach ciężkimi popielniczkami. Obok spoczywało kilka fotografii oraz cienka, szara teczka opatrzona czerwonym urzędowym stemplem. Przez kilka sekund nikt się nie odzywał. Słychać było jedynie jednostajne tykanie zegara i cichy szelest papieru, gdy jeden z członków komisji przesunął dłonią po leżących przed nim dokumentach. Dr Harold Whitmore ze Smithsonian Institution siedział wyprostowany i spokojny, z palcami splecionymi na stole. Edwin P. Caldwell z Departamentu Spraw Wewnętrznych miał przed sobą otwarty notes oraz ołówek gotowy do zapisu. Pułkownik James R. Hargrove z Army Signal Corps, oddelegowany do komisji jako łącznik do spraw bezpieczeństwa i łączności, obserwował przybyłych z chłodną, niemal wojskową uwagą, podczas gdy profesor Arthur Bell z United States National Museum pochylał się lekko nad fotografiami, jakby nawet teraz bardziej interesowało go to, co przedstawiały, niż ludzie, którzy właśnie weszli do sali. Dopiero kiedy wszyscy zajęli miejsca, Whitmore uniósł wzrok.
    – Zostali państwo wezwani tutaj w związku ze sprawą, która na tym etapie musi pozostać poufna. Mam nadzieję, że rozumieją państwo wagę tego zobowiązania. – zaczął spokojnie, bez przesadnej emfazy, bardziej stwierdzając fakt, niż rzeczywiście pytając. Gdyby zaproszone osoby nie uchodziły za godne zaufania, nie siedziałyby teraz przy tym stole. – Nie chodzi jednak o zagrożenie dla państwa czy regionu w zwyczajowym rozumieniu tego słowa. Sprawa jest po prostu delikatna i może wywołać niemałe poruszenie w środowisku naukowym. Chcemy również uniknąć pewnego rodzaju...
    Urwał na moment, jakby szukał sformułowania dostatecznie precyzyjnego, a zarazem możliwie najmniej drażliwego.
    – ...niepotrzebnego skandalu prasowego. – dokończył w końcu, pozostawiając to zdanie bez dalszego komentarza.

    Pan Caldwell z departamentu spraw wewnętrznych przesunął w ich stronę jedną z teczek, lecz nie otworzył jej. Zatrzymał dłoń na szarej okładce jeszcze przez moment, jakby sam gest miał nadać temu, co za chwilę padnie, odpowiedni ciężar. Na okładce widniało kilka urzędowych oznaczeń, numer sprawy, krótka adnotacja wykonana maszynowo i czerwony stempel, częściowo rozmazany przy krawędzi. Papier wyglądał na nieco zużyty, choć nie mógł być stary. Po prostu nosił ślady intensywnego użytkowania. Mężczyzna spojrzał najpierw na Whitmore’a, potem na pozostałych członków komisji, jakby upewniał się, że to właśnie jemu przypadło rozpoczęcie właściwej części odprawy.
    – Trzy tygodnie temu, w rejonie Barrow na Alasce, doszło do katastrofy niewielkiego samolotu należącego do lokalnego przewoźnika. Na pokładzie znajdowało się kilka osób związanych z tamtejszą społecznością. Początkowo uznano, że przyczyną mogły być warunki pogodowe albo awaria techniczna. W tamtej części Alaski żadna z tych możliwości nie należałaby do szczególnie niezwykłych. – zrobił krótką przerwę. – Także sam wrak, nawet wraz z całą tragedią, nie byłby jeszcze powodem, dla którego siedzielibyśmy dziś przy jednym stole.
    Dopiero wtedy uniósł wieko teczki. W środku znajdowały się fotografie, kilka telegramów i zapisane gęstym maszynopisem arkusze raportów. Caldwell przesunął palcem po pierwszej stronie, zatrzymując go przy jednej z dat.
    – Sprawa zmieniła charakter, kiedy grupa ratunkowa odnalazła wrak. W jego pobliżu natrafiono na coś ciekawego, a zarazem trudnego do wyjaśnienia. Chodzi o fragmenty konstrukcji, najpewniej pozostałości zabudowań, częściowo odsłoniętych wskutek przełamania lodu, do którego doszło podczas katastrofy. Ich pochodzenie jest obecnie ożywionym elementem dyskusji zaufanej grupy naukowców.

    Profesor Bell poruszył się nieznacznie, jakby właśnie ten fragment historii pochłaniał całą jego uwagę. Nie czekając, aż Caldwell w pełni skończy swoją myśl, przejął rozmowę niemal w pół zdania.
    – Nie udało się wstępnie określić ani wieku tych konstrukcji, ani ich pochodzenia. Pierwsze opisy były niespójne, a fotografie zbyt niejednoznaczne, by wyciągać pewne wnioski. Najciekawszy jest jednak brak oczywistych analogii. Sposób obróbki kamienia nie pasuje do tego, czego spodziewalibyśmy się po znanych kulturach tego regionu, a część znaków wygląda bardziej jak system oznaczeń niż zwykła ornamentyka. Być może mamy do czynienia z jakąś zapomnianą fazą osadnictwa... albo wpływem kulturowym, którego dotąd nie potrafiliśmy uchwycić.
    Na moment zawiesił wzrok na jednej z fotografii.
    – Na razie to oczywiście tylko hipotezy. Faktem pozostaje, że stanowisko może mieć wyjątkowe znaczenie archeologiczne. Dlatego Smithsonian Institution objęło sprawę nadzorem, powierzając stronę naukową pracownikom United States National Museum, a następnie wysłało na miejsce niewielką ekspedycję badawczą.

    Kiedy profesor Bell skończył, Whitmore bez pośpiechu przejął rozmowę, przybierając bardziej stonowany ton, który skutecznie wygasił naukowe uniesienie kolegi. Należało wrócić do konkretów.
    – Przez pierwsze dni kontakt z ekspedycją przebiegał bez większych problemów. Meldunki przekazywane drogą radiową do Barrow docierały początkowo regularnie i miały całkowicie rutynowy charakter. Raportowano postępy prac, warunki pogodowe, zużycie zapasów, stan sprzętu i podobne kwestie. Potem zaczęły pojawiać się opóźnienia. Wiadomości przychodziły rzadziej, stawały się coraz bardziej lakoniczne, a część pytań, które przesyłaliśmy telegramem, pozostawała bez odpowiedzi. Ostatnie komunikaty niewiele przypominały wcześniejsze raporty. W końcu kontakt urwał się całkowicie. Próbowaliśmy zweryfikować sytuację za pośrednictwem ludzi z Barrow. Początkowo byli odprawiani przez samych naukowców, którzy zapewniali, że nie potrzebują pomocy. Później, kiedy kontakt zaczął się urywać, miejscowi sami przestali chętnie zbliżać się do stanowiska. Podają różne powody, część z nich dość... mało rzeczowa. Nie zamierzam wyciągać daleko idących wniosków na podstawie miejscowych opowieści i przesądów, dlatego potrzebujemy oceny ludzi, na których możemy polegać.
    Pułkownik Hargrove opróżnił szklaneczkę z whisky i przez chwilę obracał ją jeszcze między palcami, zanim włączył się do rozmowy.
    – Na tym etapie nie możemy przesądzać, co było przyczyną. Nie wiemy, czy doszło do wypadku, choroby, awarii sprzętu, czy może konfliktu wewnątrz zespołu. Każda z tych możliwości pozostaje równie realna. – Na moment przeniósł wzrok na Alice. – Choć jeśli ktoś pytałby mnie o zdanie, powiedziałbym, że jajogłowi zwyczajnie stracili głowę dla tego znaleziska. Bez obrazy, profesor Benedict.
    Po krótkiej pauzie odstawił pustą szklankę na blat.
    – I właśnie dlatego informacje pozostają ograniczone do wąskiego grona. Nie chodzi o zamiatanie czegokolwiek pod dywan. Chodzi o to, żeby nie dopuścić do sytuacji, w której prasa zacznie układać własną wersję wydarzeń, zanim sami będziemy mieć jakieś konkrety.

    Caldwell skinął lekko głową w stronę siedzących po drugiej stronie stołu.
    – Państwa nazwiska nie znalazły się na tej liście przypadkiem. Zostały zebrane na podstawie rekomendacji z kilku departamentów, instytucji naukowych i służb federalnych. Potrzebujemy ludzi, którzy potrafią patrzeć na problem z różnych stron. Nie wysyłamy tam kolejnej czysto akademickiej grupy. W najlepszym wypadku dołączycie państwo do naukowców z pierwszej ekspedycji i pomożecie im zakończyć prace. W najgorszym będziecie musieli ustalić, co dokładnie wydarzyło się na miejscu, i przejąć ich obowiązki.. Proszę nie strofować się w kwesti zapewnienia ewentualnego wsparcia. Gdyby wyprawa wymagała dodatkowych środków, czy to w postaci sprzętu, czy zasobów ludzi, o problemie da nam znać Agent Swanson – oznajmił mężczyzna przenosząc wzrok na Jonathana.

    Whitmore nie tracił uwagi rozmówców i przesunął w ich stronę mapę i kilka fotografii.
    – Zanim powiemy więcej, chcielibyśmy, żeby państwo sami spojrzeli na materiały. Bez sugestii z naszej strony. Zależy nam na pierwszym wrażeniu, zanim zaczniemy kierować państwa uwagę na konkretne szczegóły.
    Na stole leżały zdjęcia wraku, fragmentów odsłoniętej konstrukcji i kilka stron raportów opatrzonych datami z ostatnich tygodni. Whitmore cofnął dłonie i oparł je na krawędzi stołu.

    Teczka z materiałami:

    -text alternatywny text alternatywny-

    -text alternatywny text alternatywny-

    Doktor pozwolił, by przez chwilę sami przejrzeli materiały tak jak zapowiedział. Nie skomentował ani fotografii, ani raportów, do czasu, aż uwaga zebranych zatrzymała się na ostatniej z depesz. W tym momencie wyciągnął rękę z zainteresowaniem i obrócił ją nieco w stronę środka stołu. Gdyby się przyjżeć, można było zauważyć, że jest w nieco gorszym stanie niż reszta. Sama treść była krótka, niemal oschła, ale kilka sformułowań nie pasowało do wcześniejszych meldunków. Nie chodziło nawet o to, że raportowano pogarszające się warunki czy prace prowadzone poniżej wcześniej rozpoznanego poziomu. To wszystko można było wyjaśnić pośpiechem albo trudnościami terenowymi. Bardziej zastanawiające było to, co znalazło się na końcu. Whitmore przesunął palcem po ostatnich linijkach.
    – „Warunki uległy zmianie. Dalsze instrukcje nie są wymagane.” – odczytał spokojnie. – To ostatnia wiadomość, jaką odebraliśmy.
    Pułkownik Hargrove prychnął cicho, ale tym razem niczego nie skomentował. Bell natomiast pochylił się nieco nad telegramem.
    – Sformułowanie jest nietypowe – zauważył. – Zwłaszcza że jeszcze kilka dni wcześniej prosili o dodatkowe paliwo i zapasy. Trudno powiedzieć, skąd ta zmiana, ale mam nadzieje, że dowiedzą się Państwo na miejscu.

    Whitmore skinął głową i ustąpił miejsca pułkownikowi.
    – Mamy kilka odmiennych teorii na temat tego, co właściwie dzieje się na miejscu. Raporty przesyłane przez naszych lokalnych ludzi kontaktowych nie są szczególnie alarmujące, ale trzeba pamiętać, że nie są to specjaliści przygotowani do oceny podobnej sytuacji. Ich relacje traktujemy poważnie, jednak z pewnym dystansem. – Hargrove oparł dłonie o stół.
    – W każdym razie chcę państwa zapewnić, że ekspedycja jest traktowana z należytą powagą, także w kwestiach bezpieczeństwa. Jeśli pojawią się jakiekolwiek problemy, proszę nas po prostu powiadomić i nie podejmować niepotrzebnego ryzyka do czasu otrzymania dalszych instrukcji lub wsparcia.
    Na moment przeniósł wzrok na leżące przed nimi materiały.
    – Na tym etapie jest to przede wszystkim ekspedycja naukowa, nie operacja wojskowa. Mimo to chcemy być regularnie informowani o postępach, zmianach sytuacji i wszystkim, co uznają państwo za istotne.

    Po ostatnich słowach Hargrove’a w sali na moment zapadła cisza. Komisja najwyraźniej uznała, że przekazała już wystarczająco dużo, by dalsza część spotkania mogła przestać przypominać jednostronną odprawę. Whitmore przesunął jeszcze raz wzrokiem po twarzach zebranych, po czym odsunął od siebie jedną z fotografii i złożył dłonie na blacie.
    – To wszystko, co na tym etapie możemy państwu przekazać bez odnoszenia się do bardziej szczegółowych materiałów. – powiedział spokojnie. – Zanim przejdziemy dalej, chcielibyśmy usłyszeć państwa pytania, uwagi i pierwsze spostrzeżenia. Zarówno dotyczące samego znaleziska, jak i ekspedycji, która przestała się z nami kontaktować.
    Pozostali członkowie komisji również wyraźnie przyjęli bardziej oczekującą postawę. Bell zerknął jeszcze raz na fotografie, Caldwell uniósł ołówek nad notatnikiem, a Hargrove oparł się nieco głębiej w krześle. Przyszła kolej na ludzi siedzących po drugiej stronie stołu.

    Ewentualne testy:

    Jeżeli chcecie dokładniej przyjrzeć się materiałom albo zachowaniu członków komisji, zaznaczcie w odpisie, na czym skupia się wasza postać. Nie musicie rzucać niczego z automatu, najpierw deklaracja, potem dam znać, czy potrzebny jest test. Lekko zaznaczam pule możliwości oraz możliwe testy:

    – Fotografie i materiały z miejsca katastrofy: Spostrzegawczość, Fotografia, Mechanika albo inna sensowna umiejętność wynikająca z tego, czego konkretnie szukacie.
    – Zdjęcia konstrukcji i raport archeologiczny: Archeologia, Historia, Antropologia, Okultyzm, odpowiednia Nauka albo podobna wiedza specjalistyczna.
    – Telegramy i dokumenty: Spostrzegawczość, Psychologia, Korzystanie z Bibliotek albo po prostu dokładna analiza treści.
    – Członkowie komisji: Psychologia, jeśli chcecie ocenić ich reakcje, sposób mówienia albo to, czy ktoś coś pomija.

    Rozgrywka

  • Kantyna Strielfortu (komentarze do sesji)
    PiołunP Piołun

    @dekline o kurcze, pisaliśmy w tym samym momencie i nie zauważyłem twojego posta jak dawałem swój. Jaśnie Pan w każdym razie też miał bardzo dobre rzuty (8 i 14), jeden bliski kryta, więc nie miał problemu ze wstaniem. Pomoc mile jednak widziana z zadbaniem o Helmuta zamiast o niego.

    Komentarze

  • Rozdział I - Jak zostać trepem?
    PiołunP Piołun

    Fineasz spał tej nocy znacznie lżej, niż mógłby się po sobie spodziewać. Być może winę ponosiła perspektywa jutrzejszego zaprzysiężenia, być może resztki emocji po całym miesiącu szkolenia, lub chodziło o jakieś właściwości siwuchy, która wprowadziła go w wysoce refleksyjnny nastrój. Może to było coś z tych rzeczy, a może zwyczajnie jego umysł nie zamierzał pozwolić sobie na pełne rozluźnienie akurat wtedy, gdy wszystko zaczynało nabierać właściwego kształtu. Co by to nie było, sprawiło, że był całkiem wybudzony, jeszcze zanim w namiocie rozpętało się piekło.

    Pamiętał, że leżał nieruchomo, wpatrując się w ciemność namiotu, kiedy gdzieś na zewnątrz zaszurał żwir. Po chwili dźwięk powtórzył się ponownie. Kroki. Pomiędzy jednym a drugim dało się wychwycić krótką ciszę, jakby ktoś poruszał się pewnie i bez pośpiechu. Fineasz zmarszczył brwi, próbując przyporządkować odgłos do czegoś znajomego. Wartownik? Mało prawdopodobne. Wartownicy nie mieli przecież żadnego powodu krążyć tak blisko stanowisk rekrutów. Usiadł powoli na pryczy, jeszcze zaspany, ale już wyraźnie zainteresowany. Przez kilka uderzeń serca próbował dopasować dźwięk do jakiegoś znanego mu schematu. Co to mogło być? Patrol, inspekcja, nocny alarm, niespodziewany sprawdzian gotowości? Ta ostatnia możliwość sprawiła, że resztki snu opuściły go niemal natychmiast i zastąpiła je rosnąca ekscytacja.

    – Helmut... – odezwał się półgłosem, nachylając się nieco w jego stronę. – Helmut... chyba coś się zaczyna. Chyba chcą nas przetestować! – dodał już nieco głośniej, piskliwym, podnieconym głosem. Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo w tej samej chwili kakofonia żelaznego prętu tłukącego o płaz miecza, rozdarł ciszę w namiocie. Zaraz potem odezwał się róg, a chwilę później ryk Russela, którego Fineasz rozpoznałby chyba nawet podczas sztormu, pożaru i końca świata jednocześnie. Pięć minut. Pełny rynsztunek. Plac. Tyle wystarczyło, żeby całkowicie postawić go na nogi.

    Poderwał się z pryczy i uśmiechnął się tak szeroko jakby podarowanu mu miły prezent. W oczach miał ten szczególny błysk, jaki mają dzieci, gdy spełniają się ich marzenia. Noc, alarm, ćwiczenia przed świtem, rozkaz wydany bez uprzedzenia, próba gotowości. Wszystko to brzmiało jak fragment podręcznika albo wspomnienia jakiegoś starego oficera, który po latach pisał, że właśnie wtedy jego ludzie nauczyli się, czym jest prawdziwa dyscyplina. Teraz zaś Fineasz miał okazję przekonać się o tym osobiście. Czy mogło być coś lepszego?
    – Nocne ćwiczenia! – oznajmił z wyraźnym zachwytem – Helmut, wstawaj proszę. Musisz poprawić mi ubranie. Muszę się świetnie prezentować na taką okazje. Włosy mi gdzieś nie odstają? – zapytał pazia pośpiesznie gładząc grzywkę.

    Adrenalina zrobiła swoje. Zmęczenie po poprzednim dniu nadal siedziało gdzieś głęboko w mięśniach, ale nagle przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Fineasz ubierał się szybko, znacznie sprawniej niż można by oczekiwać po człowieku wyrwanym ze snu o tej porze. Ubrał się w kompletny regulaminowy mundur z automatyczną precyzją, jakby miesiąc powtarzania tych samych czynności wreszcie zaczął przynosić wymierne efekty. Wokół panował chaos. Ktoś przeklinał, ktoś inny najwyraźniej próbował założyć nie ten but na nie tę stopę, ale nic z tego nie było się w stanie przebić przez aure skupienia, którym emanował. W końcu zarzucił wyposażenie na siebie, poprawił kołnierz i przez krótką chwilę wyglądał nawet na zadowolonego z własnej prezencji. Jednak z powodu braku lustra, musiał się jednak upewnić.

    – Dobrze wyglądam Helmut? Tylko szczerze? – zapytał w ostatnim momencie przed wyjściem z namiotu. Nawet jeśli była jakaś nieidelność w jego osobie, w co wątpił, nie mieli czasu jej poprawić. Będzie to trzeba zrobić podczas ćwiczeń. Na razie nie chciał się spóźnić na zbiórkę. Na zewnątrz nadal niósł się raban Russela i przeciągły dźwięk rogu, kiedy Fineasz wyszedł z namiotu sprężystym krokiem. Może jego ciało trochę protestowało, ale nie zamierzał pozwolić, żeby coś tak przyziemnego jak ból mięśni zepsuło mu chwilę, na którą czekał od początku pobytu w Strielforcie. Bo właśnie po coś takiego tu przyjechał. Dla nocnych ćwiczeń i wojskowych przygód!

    Rozgrywka
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa