Przejdź do treści

Świat

Tematy spoza tego forum. Poglądy i opinie przedstawione tutaj mogą nie odzwierciedlać tych, które reprezentują członkowie tego forum.

A world of content at your fingertips…

Think of this as your global discovery feed. It brings together interesting discussions from across the web and other communities, all in one place.

While you can browse what's trending now, the best way to use this feed is to make it your own. By creating an account, you can follow specific creators and topics to filter out the noise and see only what matters to you.

Ready to dive in? Create an account to start following others, get notified when people reply to you, and save your favorite finds.

Zarejestruj się Zaloguj się
  • GordianG

    Cześć 😉 Tu będą wszystkie komentarze i materiały do naszej gry. Możecie przedstawić swoje postacie i niedługo będziemy zaczynać. Jest to też miejsce, w którym możemy dyskutować różne rzeczy oraz komentować naszą kampanię - mogą to robić także osoby, które nie grają.

    Kolejka: Tak, jak pisałem w ogłoszeniu, każdy powinien napisać przynajmniej dwa odpisy w tygodniu. Jak na chwilę obecną uważam, że wprowadzanie kolejki odpisów nie ma sensu, po prostu niech pisze ten, kto uważa że aktualnie ma coś do powiedzenia. Też nie ma sensu się nawzajem blokować i ograniczać.
    Długość odpisów: Bez znaczenia.
    Forma odpisu: Dialogi proszę wyróżnić pogrubieniem, myśli postaci - kursywą, resztę zwykłym stylem.
    Rzuty: Proponuję, żeby wykonywać je na forumowym discordzie przy użyciu wgranego tam bota, ale nie jest to konieczne. W przypadku rzutów innych, niż na walkę i interakcje społeczne, informację, którą zdobędziecie w wyniku sukcesu, oznaczę spoilerem. Jeśli wyrzucicie sukces, możecie przeczytać. Jeśli nie - no to nie. Będę się starał stosować zasadę "fail forward", ale nie obiecuję, że zawsze mi się to uda.

    Na razie tyle, a jak mi coś jeszcze przyjdzie do głowy, to napiszę xD

    @kaworu @elvis @ketharian @cygan


    Tak, proponuję nie czekać na zaległe posty, skoro nie mogliśmy dotąd narzekać na brak czasu na odpisy - przeskoczenie z narracją do Władywostoku otworzy nam pole do działania w nowym rozdziale historii.
  • KetharianK

    text alternatywny

    (obrazek ilustracyjny znaleziony w sieci)


    AI w ilustratorskiej służbie MG i sesji

    Moje doświadczenia ze Sztuczną Inteligencją wspomagającą graficznie sesje PBF nie są imponujące, bo dopiero od niedawna stałem się wielkim fanem tego narzędzia do celów ilustrowania sesji, ale coraz bardziej uświadamiam sobie jego potencjał i chętnie poczytałbym o rekomendacjach innych userów bądź rzucił okiem na ich ilustracje. Sam korzystam z Groka w wersji bezpłatnej, ale wiem o GPTChat i słyszałem co nieco o Midjourney. Z jakimi innymi generatorami grafik mieliście już okazję pracować, co możecie o nich powiedzieć, jakimi skryptami chcielibyście się podzielić?


    Ja na początek chciałbym się pochwalić przykładem, który może nie jest złożonym projektem, ale który zajął tylko chwilę, a sprawił mi sporo frajdy i zachęcił do dalszego eksperymentowania z AI. W sesji Cyberpunka 2077 @Grek zaopatrzył swojego bohatera w poniższy awatar:

    text alternatywny

    Wykorzystując Groka do najprostszej obróbki z użyciem skryptów CP 2077, dark alley, cyberpunk-style clothes, ripperdoc armchair etc pozwoliłem programowi wygenerować następujące obrazki dopasowane później do potrzeb narracji w sesji:

    text alternatywny

    text alternatywny

    text alternatywny

    text alternatywny

    Wiem, że @pan-elf stworzył zgrabną ilustrację AI do sesji Gruzy Przeszłości, może zechciałby się nią tutaj podzielić wraz z krótkim komentarzem, radą, rekomendacją narzędzia?

    Ktoś inny dołączy do rozmowy?


    To żeby nie było, że "co złe to chatGPT" (ofc dla tych, co lubię od niego obrazki ), to wrzucę parę ładniejszych. Nie generowałam póki co stylu komiksowego jak wcześniej (przynajmniej nie w tej sesji), gdyż do sytuacji mniej mi pasował. [image: DymFuzZ.png] [image: XwCkYAo.png] [image: isjlrbE.png] [image: Gznd2W1.png] [image: 6uSHnaz.png]
  • PiołunP

    obrazek

    obrazek

    Tundra na południowy wschód od Barrow, Terytorium Alaski,
    17 grudnia 1934 roku, godz. 09:17, 71°08′N, 156°16′W

     

    Samolot wystartował z Barrow krótko po dziewiątej rano, choć o tej porze roku, za sprawą nocy polarnej, mało który z miejscowych przywiązywał większą wagę do tego, co wskazywał zegarek. Nad tundrą wisiało blade, niebieskawe światło, zbyt słabe, by rzeczywiście rozproszyć noc, lecz wystarczające, by odsłonić równą biel ciągnącą się aż po horyzont. Niebo i ziemia zlewały się miejscami w jedną chłodną płaszczyznę, pozbawioną wyraźnej granicy, przez co krajobraz sprawiał wrażenie zawieszonego poza zwykłą porą dnia. Jedynie ciemniejsze smugi lodu i skał zdradzały, że pod śniegiem nadal istnieje jakaś ziemia. Niewielka awionetka, szybująca ponad tym krajobrazem, należała do Franka Mallory’ego, czterdziestokilkuletniego pilota, który od blisko dekady woził pocztę, lekarstwa i ludzi pomiędzy osadami północnego wybrzeża. Miał w zwyczaju mawiać, że na Alasce samolot jest po prostu szybszym psim zaprzęgiem, tyle że bardziej kapryśnym i znacznie droższym w naprawie.

    Tego dnia Mallory zabrał ze sobą trzech pasażerów. Samuela Pike’a, miejscowego handlarza, Thomasa Warda z radiostacji oraz Eliasa Kalluka, myśliwego i przewodnika. Wszyscy czterej odbywali podobne loty na tyle często, że po pierwszych kilkunastu minutach rozmowa przygasła, a każdy z pewnym znużeniem spoglądał przez boczne szyby na jednostajną biel tundry, która z tej wysokości zdawała się nie mieć ani końca, ani wyraźnego kształtu. Tylko od czasu do czasu któryś rzucał krótką uwagę o pogodzie, zimnie albo planach na weekend, choć te ostatnie w Barrow rzadko bywały szczególnie wyszukane. Jeśli człowiek chciał spędzić wieczór poza domem, prędzej czy później trafiał do The Last Lantern, knajpy urządzonej wspólnymi siłami mieszkańców w niedokończonym Beacon House, gdzie przychodzono napić się kawy, pograć w karty, czy kości, a niekiedy dostać także szklaneczkę whisky lub rumu.
    – Jeśli wiatr się utrzyma, będziemy z powrotem przed zmrokiem – rzucił Mallory bardziej do siebie niż do pasażerów.
    – Jasne – odpowiedział Kalluk znużonym głosem, nie odrywając wzroku od okna.

    Przez pierwsze pół godziny lot przebiegał spokojnie. Wiatr był umiarkowany, silnik pracował równo, a jedyną niedogodnością pozostawała widoczność. Śnieg i niebo miały niemal ten sam kolor, przez co horyzont miejscami zacierał się zupełnie i Mallory musiał pilotować maszynę bardziej według instrumentów pokładowych niż krajobrazu. Rutynę podróży przerwało dopiero nagłe kaszlnięcie silnika. Niemal równocześnie posłuszeństwa zaczęła odmawiać aparatura. Wskazówka kompasu drgnęła, zastygła na moment, po czym zaczęła zataczać coraz szersze kręgi. Lampki kontrolne na panelu migotały bez żadnego porządku, raz gasnąc wszystkie naraz, innym razem rozjarzając się z nienaturalną intensywnością. Radio wypełnił suchy trzask, który po kilku sekundach przeszedł w niski, jednostajny ton. Mallory próbował utrzymać kurs, lecz wskazania wysokościomierza i prędkościomierza zaczęły skakać w sposób pozbawiony jakiejkolwiek logiki. Jedna z lampek przepaliła się z krótkim błyskiem, zaraz po niej druga, a radio, mimo że nikt nie dotykał pokrętła strojenia, zaczęło wyrzucać z siebie krótkie serie szumu przypominające urwane niepokojące dzwięki. Silnik zawył, jakby na moment odzyskał pełną moc, po czym zgasł całkowicie. Awionetka zaczęła gwałtownie tracić wysokość, a ciężar opadania dał się natychmiast poczuć w żołądku. Pod nimi biel tundry wyłaniała się i znikała w śnieżnej zawiei, pozbawiona horyzontu, głębi i skali. Mallory próbował jeszcze nadać wezwanie alarmowe, lecz radio odpowiedziało jedynie głuchym buczeniem, a potem wszystko zgasło.

    Samolot spadał w dół całkowicie ignorując starania pilota. Mallory dostrzegł ziemię dopiero w ostatniej chwili, kiedy mleczna zasłona śniegu pękła na moment i odsłoniła ciemniejszy pas tundry tuż pod nimi. Szarpnął wolant do siebie. Płozy uderzyły o powierzchnię z takim impetem, że maszyną targnęło niczym zabawką gniecioną w dłoniach rozwścieczonego dziecka. Awionetka odbiła się raz, drugi, a przy kolejnym uderzeniu jej prawa strona nagle zapadła się pod śnieg.
    Skrzydło trzasnęło o lód. Kadłub obrócił się bokiem i sunął dalej targany siłą uderzenia w kłębach śniegu, metalu i tłuczonego szkła. Wszyscy polecieli do przodu, uderzając głowami i ramionami o siedzenia. Skrzynie zerwały się z mocowań, a jeden z ciężkich pakunków przeleciał przez kabinę i roztrzaskał Eliasowi głowę. Pike wrzasnął, kiedy jego ramię zakleszczyło się między fotelem a ścianą, Mallory uderzył twarzą o deskę rozdzielczą i na kilka sekund stracił świadomość. W tym samym czasie wrak sunął dalej po lodzie z przeraźliwym zgrzytem, nim wreszcie zatrzymał się gwałtownie. Przez moment nikt się nie poruszał. Tylko wiatr wdzierał się przez rozbite szyby, a gdzieś pod nimi, dobiegł głuchy trzask pękającego lodu.

    ***

    Przez pierwsze godziny po katastrofie trzymali się jeszcze resztek nadziei. Mallory niczym mantrę powtarzał całej trójce uspokajającą regułkę. Zapewniał, że trasa była znana, i że ktoś zauważy przecież brak maszyny, oraz że prędzej czy później pojawi się samolot albo patrol. Mówił to może częściej, niż było trzeba. Pike miał zmiażdżone ramię i każde poruszenie wywoływało u niego spazm bólu, Ward ledwie stawał na nodze po uderzeniu kolanem o metalową ramę siedzenia, a ciało Eliasa leżało nieruchomo przy tylnej ścianie kabiny. Ciężka skrzynia rozbiła mu skroń i część czaszki, pozostawiając włosy po jednej stronie głowy sklejone krwią i odłamkami szkła. Z wnętrza rany wyzierały postrzępione fragmenty kości oraz nieruchoma, szara masa mózgu, która dzięki przenikliwemu zimnu nie wypłynęła szerzej na ich oczach. Za to przynajmniej mogli być wdzięczni, bo żaden z nich nie był pewien, czy żołądek wytrzymałby podobny widok. Tym bardziej upiorne było to, że reszta twarzy Eliasa zachowała niemal spokojny wyraz. Któryś z nich w końcu narzucił mu na głowę kurtkę, bardziej po to, by oszczędzić żywym dalszego patrzenia, niż z jakiejkolwiek potrzeby martwego. Nawet gdyby wiedzieli, w którą stronę iść, tundra nie dawała im prawdziwego wyboru. Kilkanaście mil w śniegu i wichrze dla zdrowego człowieka było ryzykiem, lecz dla nich oznaczało niemal pewną śmierć.

    text alternatywny

    – Naprawdę wierzysz, że nas znajdą? – zapytał nieco gniewnie Ward przeyrwając mantrę Mallory'ego. Pilot długo nie odpowiadał. Wpatrywał się tylko w radio, z którego od godzin dobiegał ten sam suchy, beznamiętny szum.
    – Muszą.
    Z czasem właśnie ta myśl zaczęła ciążyć im najbardziej. Nie to, że mogli umrzeć, lecz że pomoc mogła nadejść o chwilę za późno, dokładnie wtedy, kiedy któryś z nich przestałby już mieć siłę by ją usłyszeć. Każdy odległy pomruk wiatru brali za silnik, każdy trzask radia za próbę kontaktu, a potem cisza wracała jeszcze głębsza, wlewając w ich serca czarną rozpacz. Śnieg tymczasem stopniowo oblepiał wrak, zasypywał płozy, skrzydła i rozdartą blachę, zacierając jego kształt w krajobrazie. Z każdą godziną maszyna coraz mniej przypominała samolot, a coraz bardziej nierówną kupę śniegu pośród bezkresnej bieli. Patrząc na nią z oddali, można by przejść kilkadziesiąt kroków obok i nie zauważyć niczego.

    ***

    Głód zżerał ich stopniowo. Najpierw objawiał się skurczami żołądka i suchością w ustach. Później przyszła drażliwość, objawiając się jako bezsilny, słaby gniew, który wybuchał przy byle okazji i kazał im kłócić się o rzeczy wcześniej zupełnie pozbawione znaczenia. W końcu łaknienie stało się tak uporczywe, że każdy z nich, z narastającym wstydem, coraz częściej spoglądał w stronę przykrytego kurtką ciała Eliasa. Leżał zaledwie kilka stóp dalej. Żaden nie chciał przyznać, o czym myśli, ale z czasem każdy przyłapał pozostałych na tym samym krótkim spojrzeniu w tamtą stronę, natychmiast odwracanym, jakby już samo patrzenie było przekroczeniem jakiejś granicy.

    W końcu głód zagryzł resztki moralności, których kurczowo próbowali się trzymać. Właściwie nikt nie podjął decyzji i nie było żadnej narady. Byli na to odrobinę zbyt słabi, zbyt wyczerpani, może również zbyt zawstydzeni. Może właśnie dlatego było gorzej. Kiedy Mallory wreszcie wyjął nóż, przez długą chwilę tylko obracał go w dłoni. Ward patrzył w przeciwną stronę, Pike miał zaciśnięte oczy. Żaden z nich nie próbował go powstrzymać. Ostrze z trudem weszło w zmarzniętą tkaninę, a potem jeszcze trudniej w zesztywniałe od mrozu ciało. Najgorsza była zwyczajność tych ruchów. Rozcięcie materiału, poprawienie chwytu, oddzielenie kawałka mięsa. Czynności tak podobne do patroszenia zwierzyny, że przez chwilę właśnie to podobieństwo wydawało się najbardziej odrażające.

    Mięso podgrzali na przenośnym palniku należącym do zmarłego. Zrobili to w całkowitym milczeniu. Kiedy zaczęło pachnieć ciepłem i tłuszczem, wstręt tylko się nasilił. Dwójka mężczyzn odsunęła swoją porcje z niesmakiem, a Mallory przez kilka sekund trzymał pierwszy kawałek przy ustach, nie mogąc zmusić szczęki do ruchu. Mimo początkowego obrzydzenia każdy z nich zjadł swoją porcję łapczywiej, niż chciałby później pamiętać. Następne kawałki przychodziły już znacznie łatwiej. I właśnie to przeraziło ich najbardziej. Ulga, która przyszła po wszystkim, doprawiona była piekącym wstydem. Przez następne godziny niemal się do siebie nie odzywali. Głód ustąpił tylko trochę, lecz jego miejsce zajęło coś innego. Nieufność, odraza wobec samych siebie i narastające poczucie, że przekroczyli granicę, zza której nie ma już powrotu. Może przez to nawet nie zauważyli, kiedy Ward zaczął coraz dłużej przesiadywać przy otwartych drzwiach wraku, wystawiając twarz na lodowaty wiatr, a mróz przestał mu przeszkadzać.

    ***

    Następnego dnia, wczesnym rankiem, Mallory wyszedł z wraku sam. Nie powiedział pozostałym, dokąd idzie. Zresztą od pewnego czasu właściwie już ze sobą nie rozmawiali. Pike spał albo zapadł w jakiś dziwny letarg, a Ward siedział skulony pod ścianą kabiny, wpatrzony w pustkę. Mallory zabrał ze sobą jedynie pistolet. Nie czuł potrzeby, by się żegnać. Myśl, która przez ostatnie godziny dojrzewała gdzieś pod zmęczeniem, wstydem i głodem, była prosta i przynosiła niemal ulgę. Nie chciał czekać, aż głód ponownie zmusi go do skosztowania ludzkiego mięsa.

    Odszedł dalej, niż ktokolwiek z nich zapuszczał się od chwili katastrofy. Już po kilkudziesięciu krokach wrak zaczął ginąć w śnieżnym pyle, aż w końcu pozostał z niego jedynie ciemniejszy garb pośród morza bieli. Siła tego pustkowia była przygniatająca. Nie było drzew ani drogi, żadnego światła osady, nawet wyraźnego horyzontu. Tylko śnieg, niskie niebo i wiatr. Dopiero wtedy Mallory naprawdę zrozumiał, jak niewiele znaczyła ich obecność w tym miejscu. Gdyby wszyscy umarli tej nocy, tundra potrzebowałaby najwyżej kilku dni więcej, żeby zakryć ich razem z samolotem, nie pozostawiając po nich niemal żadnego śladu.

    Szedł jeszcze przez chwilę, aż nagle zatrzymał się, niemal stawiając stopę w szerokim pęknięciu lodu. Szczelina biegła przez powierzchnię poszarpaną linią, częściowo zasypaną świeżym śniegiem. Dopiero kiedy przyjrzał się jej przebiegowi, zrozumiał, że zaczynała się dokładnie tam, gdzie podczas katastrofy maszyna uderzyła o ziemię. Musieli ją spowodować, choć przez rany, szok i wyczerpanie żaden z nich nie zdobył się wcześniej na dalszy rekonesans. Mallory podszedł ostrożniej i spojrzał w dół.

    Pęknięcie nie kończyło się kilka stóp niżej, jak powinno. Pod warstwą lodu otwierała się znacznie większa przestrzeń, czarna i nieruchoma, której dna nie potrafił dostrzec. Blade światło wpadało tam jedynie przez wąską szczelinę, ślizgając się po ścianach i wydobywając spod lodu regularne kształty. Stopnie. Albo coś do nich podobnego. Dalej widział fragment pionowej powierzchni, zbyt równej, by mogła być po prostu skałą, oraz masywne kamienne bloki skute warstwami niebieskawego lodu. Jeden z nich pokrywały płytkie wyżłobienia, luźno przywodzące na myśl pismo albo ornament, choć ich układ wydawał się zbyt obcy, by Mallory potrafił znaleźć dla niego właściwe porównanie.

    Przez chwilę zapomniał nawet, po co wyszedł. Wtedy coś poruszyło się na dole. Dostrzegł to jedynie na skraju pola widzenia. Wielką, białą sylwetkę, która przemknęła pomiędzy skutymi lodem blokami i zniknęła za jednym z nich. Mallory zesztywniał. Niedźwiedź polarny, pomyślał natychmiast. Musiał to być niedźwiedź. Po chwili stworzenie pojawiło się ponownie, znacznie bliżej otwartej części szczeliny i przez moment zobaczył jego masywne, porośnięte białą sierścią ciało. Potem stwór zaczął się wspinać.

    Mallory przetarł oczy, bo przez krótką chwilę był pewien, że widzi zbyt wiele kończyn u tej groteskowej istoty. Zdecydowanie więcej niż miało jakiekolwiek stworzone przez Boga zwierzę żyjące na północy. Zresztą kreatura nie poruszała się jak niedźwiedź. Zaparła kończyny o lód i uniosła ciężar ciała w sposób tak nienaturalny, że mężczyzna mimowolnie cofnął się o krok. Przez kilka sekund widział ją niemal pionowo na ścianie. Zbyt wysoką, zbyt wydłużoną i poruszającą się z szybkością, która nie pasowała do jej masy. Potem jednym gwałtownym ruchem wydostała się ponad przeciwległą krawędź szczeliny i pomknęła w stronę tundry, by po kilku chwilach rozpłynąć się w bieli. Mallory długo patrzył za nią.
    – Niedźwiedź – powiedział cicho, próbując przekonać samego siebie, że głód i wyczerpanie zaczęły już podsuwać mu obrazy, których w rzeczywistości nie było i być nie mogło. Halucynacje, wywołane zmęczeniem. Stał jeszcze chwilę nad pęknięciem, aż w końcu przypomniał sobie, dlaczego tutaj przyszedł. Schował pistolet z powrotem do kieszeni. Wystarczyło zrobić krok. Upadek w czarną przestrzeń pod lodem wydawał się teraz prostszy niż strzał. Nie trzeba było przykładać lufy do skroni ani zastanawiać się, czy ręka nie zadrży w ostatniej chwili. Wystarczyło przechylić ciało do przodu i pozwolić grawitacji dokończyć resztę. Stanął na samej krawędzi i spojrzał w mrok przepastnego uskoku i wtedy wiatr się zmienił.
    Nie przybrał stopniowo na sile. Uderzył nagle, z taką mocą, że Mallory musiał przykucnąć, żeby nie stracić równowagi. Śnieg poderwał się z ziemi całymi kłębami i w jednej chwili wypełnił powietrze. Świat, już wcześniej pogrążony w półmroku polarnej nocy, pociemniał jeszcze bardziej, jakby nad tundrą przesunęła się niewidzialna zasłona. Wrak zniknął. Szczelina zniknęła. Nawet własne dłonie Mallory widział jedynie jako niewyraźne plamy.

    Poczuł wtedy coś, czego nie potrafiłby później nazwać zwykłym strachem. Strach zakładał bowiem, że człowiek przynajmniej częściowo rozumie, czego się boi. Pośród wirującego śniegu coś zaczęło nabierać kształtu. Najpierw uznał to za złudzenie wywołane przez zamieć, ciemniejszą smugę przesuwającą się daleko nad tundrą. Smuga jednak rosła. Prostowała się. Wznosiła coraz wyżej, aż Mallory musiał odchylić głowę, by objąć wzrokiem choć część tego, co stanęło pomiędzy nim a niebem. Sylwetka przypominała człowieka jedynie w najbardziej podstawowym znaczeniu tego słowa. Była niewiarygodnie wysoka, wręcz kolosalna, a do tego wychudzona, z ramionami i nogami wydłużonymi do proporcji, których natura nigdy nie przeznaczyłaby dla ludzkiego ciała. Wiatr zdawał się przechodzić przez nią albo rodzić gdzieś wokół niej, niosąc śnieg spiralami tak gęstymi, że raz postać znikała zupełnie, by po chwili wyłonić się znacznie bliżej. Mężczyzna nie potrafił się poruszyć. W miejscu, gdzie powinna znajdować się twarz, zapłonęły dwa czerwone punkty, nieruchome i jaskrawe pośród wirującej bieli. Była to ostatnia rzecz, jaką Frank Mallory zobaczył jako człowiek.

    ***

    Washington, D.C., Stany Zjednoczone Ameryki,

    7 stycznia 1935 roku, godz. 11:42, 38°54′N, 77°02′W

     

    Rządowy samochód wysadził ich przed masywnym gmachem jeszcze przed południem. Kolejne osoby przywożono osobno, niemal bez wyjaśnień, po czym kierowano do poczekalni położonej w głębi budynku, gdzie powietrze pachniało politurą i kurzem. Pomieszczenie miało wydłużony kształt i sprawiało wrażenie niemal przesadnie uporządkowanego. Po obu stronach ciągnęły się ciężkie drewniane drzwi z mosiężnymi tabliczkami, a pomiędzy nimi wisiały portrety urzędników oraz mapy oprawione w ciemne ramy. Z wysokich okien wpadało blade światło, które nie ocieplało wnętrza, lecz tylko podkreślało chłód kamiennej posadzki i surowość ścian. Gdzieś dalej stukała maszyna do pisania, zza jednych drzwi dobiegały przytłumione głosy, od czasu do czasu któryś z urzędników wychodził z plikiem dokumentów pod pachą. Nikt nie zatrzymywał na przybyłych wzroku dłużej, niż wymagała zwykła ciekawość, a mimo to trudno było pozbyć się wrażenia, że pod codziennym porządkiem tego miejsca kryje się wyraźne napięcie.

    Po krótkim oczekiwaniu poprowadzono ich dalej. Towarzyszący im agent nie raczył przedstawić się szerzej niż nazwiskiem i od samego początku sprawiał nieprzyjemne wrażenie.
    – Zostali państwo wezwani w związku z ekspedycją prowadzoną na północy Alaski – powiedział, nie zwalniając kroku. – W rejonie Barrow natrafiono w wiecznej zmarzlinie na pozostałości kamiennej budowli. Pierwsze oględziny wskazują, że może chodzić o świątynię albo obiekt o podobnym przeznaczeniu. Nie udało się powiązać go z żadną znaną miejscową kulturą. – dodał sucho. Przez chwilę słychać było jedynie odgłos ich kroków odbijający się od kamiennej posadzki.
    – Wysłano tam zespół badawczy. Od pewnego czasu nie odpowiadają na wezwania. Nie wiemy jeszcze, co się wydarzyło. Dlatego powołano drugą grupę, tym razem ze wsparciem ludzi spoza środowiska akademickiego.
    Ktoś chciał zadać pytanie, ale agent uniósł tylko dłoń.
    – Szczegóły usłyszą państwo za chwilę. Sam wiem niewiele więcej.
    Na końcu korytarza zatrzymał się przed podwójnymi drzwiami z ciemnego drewna. Przez moment trzymał dłoń na klamce, jakby sam zastanawiał się, czy powinien powiedzieć coś jeszcze, ale ostatecznie jedynie zapukał i otworzył.

    text alternatywny

    Sala po drugiej stronie była obszerna, lecz niemal pozbawiona ozdób. Wysokie okna zasłonięto ciężkimi kotarami, przez które przeciskały się wąskie pasma szarego światła. Na ścianach wisiało kilka map, a w kącie stał duży zegar, którego jednostajny mechanizm wyraźnie odmierzał kolejne sekundy. Powietrze było nieruchome, przesycone zapachem tytoniu i starego drewna. Na środku ustawiono kilka prostych krzeseł, wszystkie zwrócone w stronę półkolistego stołu. Za nim siedziało czterech starszych mężczyzn. Przed każdym ustawiono niewielką, wypolerowaną mosiężną tabliczkę z nazwiskiem i funkcją. Najbliżej lewej strony widniało Dr. Harold Whitmore – Smithsonian Institution, obok Edwin P. Caldwell – Department of the Interior. Trzecią tabliczkę opisano bardziej oszczędnie, Col. James R. Hargrove – Federal Security Liaison. Przy ostatnim miejscu stała plakietka Prof. Arthur Bell – United States National Museum. Każdy z nich wyglądał inaczej, a jednak wszystkich łączyła ta sama powściągliwość ludzi przywykłych do wydawania opinii, których inni musieli słuchać. Sprawy nie poprawiał fakt, że żaden się nie uśmiechał. Agent odsunął się na bok i wskazał krzesła ustawione przed stołem.
    – Proszę usiąść. Komisja wyjaśni resztę.

    ***

    O Przygodzie

    „Kroczący we Wichrze” to moja autorska przygoda do Zewu Cthulhu 7. edycji, osadzona na północy Alaski zimą 1935 roku. Jej punktem wyjścia jest odkrycie dokonane w rejonie Barrow*, gdzie spod skutą lodem zmarzliną udało się odnaleźć wejście do kamiennej budowli, prawdopodobnie świątyni, której pochodzenia nie udało się powiązać z żadną znaną kulturą zamieszkującą te ziemie. Na miejsce wysłano niewielką ekspedycję naukową, mającą zabezpieczyć znalezisko i przeprowadzić pierwsze badania. Po pewnym czasie kontakt z zespołem urwał się bez wyjaśnienia.

    Bohaterowie graczy tworzą drugą ekspedycję, powołaną przez federalną komisję przy współudziale Smithsonian Institution*. Tym razem obok naukowców i specjalistów w skład grupy mają wejść również osoby zdolne poradzić sobie z bardziej praktycznymi problemami wyprawy. Oficjalnie ich zadanie jest proste. Dotrzeć do Barrow, ustalić los pierwszego zespołu, zabezpieczyć stanowisko i kontynuować rozpoczęte badania. Problem w tym, że ludzie wysyłający ich na północ sami dysponują jedynie fragmentarycznymi informacjami, a większość odpowiedzi czeka dopiero na miejscu.

    Przygoda będzie łączyła śledztwo, eksplorację, survival, a także walkę (choć maksymalnie będą to 2-3 starcia). Istotną rolę odegrają zarówno rozmowy z mieszkańcami niewielkiej arktycznej osady, jak i dokumenty pozostawione przez poprzednią wyprawę, raporty pogodowe, fotografie, notatniki, mapy czy ślady odnajdywane w terenie. Bohaterowie będą stopniowo składać wydarzenia w całość, przemieszczając się pomiędzy kolejnymi punktami ekspedycji i podejmując decyzje dotyczące tego, którym tropom zaufać oraz jak daleko są gotowi się posunąć (zaprojektowałem nawet 2 zła zakończenia).

    Sama Alaska nie będzie jedynie tłem wydarzeń. Mróz, noc polarna, zamiecie, ogromne odległości i ograniczona komunikacja stanowią integralną część scenariusza. Wiele problemów nie będzie można rozwiązać pistoletem ani testem jednej umiejętności, a przygotowanie, zapasy, transport i wiedza o terenie mogą okazać się równie istotne jak archeologia czy medycyna. Mitologia Cthulhu pojawi się stopniowo. Początek kampanii pozostanie mocno osadzony w rzeczywistości historycznej i naukowej, a elementy nadnaturalne będą narastać wraz z kolejnymi odkryciami. Nie jest to scenariusz o drużynie łowców potworów, lecz o ludziach wysłanych w miejsce, którego znaczenia jeszcze nie rozumieją.

    Przygoda została pomyślana jako jednostrzał forumowy średniej długości (całość powina zająć około 7-8 miesięcy, jeśli zachowamy tury tygodniowe gracz i MG. Dłuzej, jeśli będą dialogii i interakcje), z naciskiem na atmosferę, odkrywanie tajemnicy i swobodę podejmowania decyzji. Mechanika będzie, ale jest lekka i przyjemna. Nie istnieje jedna obowiązkowa droga prowadząca do finału, a część wydarzeń może rozwinąć się inaczej w zależności od tego, co bohaterowie odkryją, komu zaufają i jakie ryzyko zdecydują się podjąć.

    *Barrow i Drugi Międzynarodowy Rok Polarny – Point Barrow należał do miejsc objętych obserwacjami podczas Drugiego Międzynarodowego Roku Polarnego 1932–1933, wielkiego międzynarodowego programu badań Arktyki, skupionego m.in. na meteorologii, geomagnetyzmie i zjawiskach atmosferycznych.

    *Smithsonian Institution – amerykańska instytucja naukowo-muzealna założona w 1846 roku w Waszyngtonie. Od początku jej misją było wspieranie badań, gromadzenie zbiorów i rozpowszechnianie wiedzy. W latach 30. Smithsonian było już ważnym zapleczem dla badań archeologicznych, antropologicznych i przyrodniczych, a jego związki z Alaską i wyprawami polarnymi sięgały jeszcze XIX wieku.

    Klimat i konwencja

    Przygoda Kroczący we Wichrze będzie przede wszystkim horrorem śledczym i ekspedycyjnym, osadzonym mocno w realiach pierwszej połowy lat 30. Nie interesuje mnie szybkie przechodzenie od jednej sceny grozy do drugiej ani ciągłe rzucanie bohaterów przeciw potworom (co nie znaczy, że jakieś się nie pojawią!). Napięcie ma narastać powoli, wraz z odkrywaniem kolejnych elementów historii, a rzeczy niemożliwe powinny początkowo dawać się przynajmniej częściowo tłumaczyć zmęczeniem, pogodą, błędem obserwacji albo ludzkim szaleństwem.

    Dużą część atmosfery zbuduje odosobnienie. Barrow jest niewielką osadą położoną na krańcu znanego bohaterom świata, a poza nią rozciąga się tundra, w której człowiek, mówiąc oględnie, mało może. Przygotujcie się noc polarną, silny wiatr, śnieżyce, trudności z komunikacją i transportem. I nie... nie będzie to jedynie dekoracja. To środowisko ma stale przypominać, że pomoc może znajdować się setki mil dalej, a z pozoru drobny błąd może mieć poważne konsekwencje.
    Istotna będzie również warstwa dokumentalna. W trakcie gry pojawią się raporty, fotografie, mapy, telegramy, notatniki, zapiski badawcze i inne materiały pozostawione przez ludzi, którzy znaleźli się w tym miejscu wcześniej. Część prawdy będzie ukryta właśnie w nich, dlatego śledztwo nie będzie sprowadzało się wyłącznie do rozmów z NPC-ami czy wykonywania kolejnych testów.

    Horror ma wynikać bardziej z ze stopniowego odkrywania prawdy. Nie oznacza to jednak, że kampania będzie całkowicie pozbawiona akcji. Pojawią się sytuacje, w których bohaterowie będą musieli walczyć, uciekać albo podejmować decyzje pod presją, ale takie sceny mają być raczej rzadkie (nie mniej są! uprzedzam!). Broń może uratować życie, ale nie każda rzecz napotkana na północy będzie problemem, który da się rozwiązać strzlebą. Całość będzie więc bliżej do chłodnego horroru archeologicznego i survivalowego, niż pulpowej przygody. Bohaterowie pozostaną zwykłymi ludźmi wyposażonymi w wiedzę, doświadczenie, broń i zdrowy rozsądek, ale stopniowo będą trafiać na rzeczy, wobec których te narzędzia mogą okazać się niewystarczające.

    W przygodzie pojawią się również cięższe motywy, dlatego warto potraktować ją jako horror dla dorosłych. Stanowczo kategoria 18+. Można spodziewać się przemocy, obrażeń, śmierci, kanibalizmu, głodu, izolacji, odmrożeń, zaburzonej percepcji, utraty kontroli nad własnym ciałem, przemian fizycznych oraz elementów body horroru. Pojawią się także wątki związane z obłędem, desperacją i stopniowym rozpadem psychiki pod wpływem skrajnych warunków. Nie zamierzam epatować makabrą dla samego efektu, ale niektóre sceny będą celowo nieprzyjemne i mocne. Jeśli ktoś ma konkretny temat, którego nie chce widzieć w grze, dobrze zaznaczyć to przed rozpoczęciem sesji. Nie wszystko mogę wyciąć, bo niektóre z makabr są motywem przewodnim, ale zobaczę co da się zrobić i uprzedzę, jeśli nie będę w stanie nic zaradzić.

    Tworzenie Postaci

    Bohaterowie będą członkami drugiej ekspedycji wysłanej w rejon Barrow, dlatego zależy mi na postaciach, które mają wiarygodny powód, by znaleźć się w składzie takiej wyprawy. Nie muszą być wyłącznie naukowcami. Wręcz przeciwnie, komisja celowo dobiera zespół szerzej, ponieważ po utracie kontaktu z pierwszą ekspedycją potrzebni są nie tylko badacze, ale również ludzie potrafiący poradzić sobie z logistyką, bezpieczeństwem, medycyną i trudnymi warunkami terenowymi.
    Planuję 4–5 graczy. W drużynie powinno znaleźć się przynajmniej kilka kompetencji kluczowych dla wyprawy. Najbardziej oczywiste role to archeolog, lekarz, inżynier lub mechanik oraz agent federalny albo wojskowy. Oprócz tego mile widziani są bardziej wyspecjalizowani uczestnicy, tacy jak badacz, naukowiec, pilot, fotograf, eksplorator, odkrywca, kustosz muzealny czy specjalista od okultyzmu (ten ostatni w rozumieniu naukowca o spec. antropolog religii, częściowo wierzący w obiekt swoich badań, a nie po prostu okultysta). Nie zamykam się wyłącznie na tę listę, ale każda mniej oczywista profesja powinna mieć sensowne uzasadnienie obecności w ekspedycji.

    Postacie tworzymy według standardowych zasad Zewu Cthulhu 7. edycji. Wiek pozostawiam graczom, o ile pozostaje rozsądny dla wybranego zawodu i historii bohatera. Nie planuję również sztucznego ograniczania Majętności. Ta powinna po prostu mieścić się w zakresie przewidzianym dla profesji. Sama wyprawa jest finansowana oficjalnie, więc prywatny majątek bohatera nie będzie decydował o tym, czy stać go na bilet, sprzęt czy podstawowe zaopatrzenie. Broń jest dozwolona, jeśli wynika z zawodu, doświadczenia albo charakteru postaci. Część ekwipunku będzie można również zdobyć już na Alasce. Przygotowując bohatera warto jednak pamiętać, że będzie to ekspedycja badawcza, a nie oddział wojskowy. Broń może okazać się przydatna, ale nie powinna być jedyną rzeczą, jaką postać wnosi do grupy.

    Standardowo bohaterowie zaczynają z 0% w Cthulhu Mythos. Jedynym wyjątkiem może być dobrze uzasadniony specjalista okultystyczny, który za moją zgodą może rozpocząć grę z niewielką znajomością Mitów, mniej więcej 5–10%, oraz jednym zaakceptowanym wcześniej zaklęciem. Nie będzie to jednak postać w rodzaju oklutysty maga. Wiedza ma wynikać z wcześniejszych kontaktów z czymś niewytłumaczalnym, badań lub doświadczeń, których znaczenia, postać sama w sobie może jeszcze do końca nie rozumieć. W trakcie przygody przewiduje zbadanie zapisków mogących odblokować coś więcej z magii, choć na nieco podstawowym poziomie. Warto pamiętać, że wszelkie sięganie po moc w tym systemie nieodzownie wiąże się igraniem ze swoją poczytalnością. Taka wiedza nie będzie darmowa ani bezpieczna, a korzystanie z niej może mieć konsekwencje zarówno mechaniczne, jak i fabularne.

    Zgłoszenia

    Najbardziej zależy mi na bohaterach, którzy poza statystykami mają wyraźną osobowość, własną motywację i konkretne miejsce w grupie. Nie oczekuję rozbudowanych biografii ani kilku stron historii. Wystarczy krótki opis obejmujący najważniejsze informacje: kim jest postać i skąd pochodzi, czym się zajmuje, dlaczego została wybrana do ekspedycji, z jakiego powodu sama zdecydowała się wziąć w niej udział oraz jaki ma charakter i sposób bycia. Taki opis fabularny postaci proszę przesłać mi w prywatnej wiadomości.

    Jeżeli ktoś nie posiada podręcznika, przy mechanicznej części tworzenia bohatera może skorzystać z podglądu odpowiedniej części zasad dostępnego pod tym linkiem. → Tworzenie Badacza

    Kartę postaci należy przygotować na edytowalnym formularzu dostępnym pod wskazanym linkiem. Gotową kartę proszę przesłać mi w formie, którą będę mógł bez problemu otworzyć i zapisać, na przykład jako bezpośredni link do pliku PDF przez google drive albo za pomocą wybranego hostingu plików. → Edytowalna karta postaci

    Co tyczy się awatarów postaci, możecie przesyłać zarówno grafiki, jak i zdjęcia. Ja i tak będę wszystko przerabiał i sprowadzał do jednego wspólnego stylu, wraz z skromną ramką. Przykro mi, ale jak już kiedyś zaznaczałem, taki mam fetysz estetyczny. Finalna wersja każdego awatara będzie czarno-białą fotografią portretową stylizowaną na okres rozgrywki. Może samemu uda się wam coś takiego wynaleźć, albo stworzyć.

    Jeżeli zdarzy się jakiś cud i liczba zgłoszeń przekroczy liczbę dostępnych miejsc, przeprowadzę konkurs kart. Nie będzie więc obowiązywała zasada „kto pierwszy, ten lepszy”. Przy wyborze będę brał pod uwagę przede wszystkim jakość i spójność konceptu, dopasowanie bohatera do założeń wyprawy oraz to, jak dana postać uzupełnia pozostałych członków ekspedycji. Zależy mi bardziej na ciekawym i zróżnicowanym składzie niż na pięciu bardzo podobnych specjalistach. Warto więc przy tworzeniu konceptu postaci podzielić się nim z resztą tutaj.

    Mechaniczna specyfikacja zawodów, które szczególnie pasują do tej sesji, znajduje się poniżej w tabeli ukrytej w spoilerze.

    664c6cbb-c06f-49a2-abf8-4b1048e6301a-image.jpeg

    Zasady i Oczekiwania

    Zależy mi na regularności, czytelnych deklaracjach i wzajemnym poszanowaniu tempa gry. Nie oczekuję od nikogo pisania codziennie ani tworzenia bardzo długich postów, ale chciałbym, żeby każdy uczestnik rzeczywiście był obecny w sesji i nie znikał bez słowa na dłuższy czas. Na odpowiedź gracza przewiduję standardowo do 4 dni, a następnie do 4 dni na odpowiedź MG. Jeśli ktoś wie, że nie będzie mógł odpisać w terminie, wystarczy wcześniej dać znać. Zapowiedziane urlopy, wyjazdy czy inne dłuższe nieobecności oczywiście zgłaszamy nromalnie i nic się nie dzieje. Chodzi po prostu o to, żeby reszta grupy wiedziała, na czym stoi.

    W przypadku braku odpowiedzi bez wcześniejszej informacji postać może zostać pominięta w kolejce, tak aby sesja nie zatrzymywała się przez jedną osobę. Dopuszczam do trzech takich pominięć. Przy kolejnych nieusprawiedliwionych nieobecnościach mogę uznać, że gracz rezygnuje z udziału w sesji i odpowiednio wyprowadzić jego postać z historii albo czasowo przejąć nad nią kontrolę.

    Jak napisałem, nie wymagam długich postów, ale zależy mi na tym, żeby były konkretne, czytelne i wnosiły coś do sceny. Jednozdaniowe odpowiedzi w stylu „idę za resztą” raczej nie są tym, czego szukam, ale nie ma też potrzeby sztucznego rozciągania każdej deklaracji. Długość posta powinna wynikać z sytuacji.

    Przy ważniejszych działaniach proszę o jasne określanie intencji postaci. Jeśli bohater coś bada, próbuje kogoś przekonać, przeszukuje pomieszczenie albo wykonuje ryzykowne działanie, dobrze zaznaczyć, jaki dokładnie efekt chce osiągnąć. Jeżeli sytuacja wymaga testu, można od razu wskazać umiejętność, której gracz chciałby użyć. Ostateczna decyzja dotycząca testu i jego trudności należy jednak do MG. Jeśli trafi mi się grupa graczy nie mających konatku ze systemem, będę podpowiadał rzuty, choć wole jak gracze sami wykazują w tym polu incjatywę.

    Dopuszczam niewielki zakres współtworzenia świata przez graczy. Można dopowiadać drobne elementy otoczenia, własnej rutyny, wyposażenia czy zachowania postaci, o ile nie wpływa to istotnie na fabułę i nie narzuca działań innym bohaterom ani BN-om. Większe elementy świata, istotne odkrycia i konsekwencje pozostają po stronie MG.

    Jeśli scena sprowadza się głównie do krótkiej wymiany zdań i forum zaczyna niepotrzebnie ją spowalniać, możemy część rozmów rozgrywać szybciej na Discordzie, czacie albo we wspólnym dokumencie, a później przenieść najważniejszy rezultat do właściwego wątku. Traktuję to jako narzędzie pomocnicze, nie obowiązek. Sami ustalimy z czego chcemy korzystać.

    Najważniejsze jest dla mnie, żeby gracze współpracowali ze sobą jako uczestnicy gry, nawet jeśli ich postacie nie zawsze się zgadzają. Konflikty między bohaterami są w porządku, o ile pozostają elementem fabuły, a nie przenoszą się na relacje między graczami. Sesja ma opierać się na wspólnym budowaniu historii, nie na rywalizacji lub PvP, które jest oczywiście zabronione.

    text alternatywny

    Planuje do prowadzenia sesji wykorzystywać Discord jako zaplecze organizacyjne, lecz jeśli będą przeważały głosy przeciwne, odpuszcze. Jest to dla mnie po prostu wygodna platforma. W zamyśle, tam trafiałyby szybkie pytania, ustalenia poza grą, ewentualne konsultacje oraz informacje, których nie ma sensu wrzucać do właściwego wątku sesji. Jeśli pomysł nie przejdzie, założymy sobie do tych celów chatroom na forum. Dlatego jeśli czynnikiem decydującym w udziale miało być to, że ktoś nie chce korzystać z discorda, najwyżej sobie go odpuścimy.

    W kampanii pojawi się sporo materiałów dodatkowych. Fotografii, map, dokumentów, telegramów, raportów, notatek i innych handoutów. Niektóre będą wyłącznie klimatyczne, inne mogą zawierać informacje istotne dla śledztwa, dlatego warto je rzeczywiście przeglądać.

    Część informacji może być przekazywana indywidualnie. Dotyczy to sekretów postaci, prywatnych spostrzeżeń, niektórych skutków utraty poczytalności albo sytuacji, w których tylko jeden Badacz ma możliwość coś zauważyć lub zrozumieć przed resztą. Jeżeli w trakcie gry pojawi się potrzeba rozegrania szybkiej wymiany zdań, która na forum zajęłaby tydzień, tak jak wspomniałem możemy przenieść taki fragment na Discord albo do Google Doca lub utworzyć do sceny nowy Chatroom. Jestem w tej kwestii elastyczny.

    W razie problemów z mechaniką (w co wątpie, bo system jest bardzo czytelny i prosty) nie ma potrzeby wertować podręcznika przez godzinę. Jeśli pojawi się sporna albo niejasna sytuacja, oczywiście pytajcie mnie, a ja postaram się jak najszybciej rozwiać wasze wątpliwości. Zwykle odpisuje tego samego dnia na wszelkie zapytania, a w najgorszym wypadku, następnego dnia.

    Podsumowanie

    • System: Zew Cthulhu 7. edycja
    • Ilość graczy: 4–5
    • Kryteria przyjęcia graczy: dopasowanie postaci do założeń sesji, spójność konceptu, przydatność dla ekspedycji oraz różnorodność całej grupy. W przypadku większej liczby zgłoszeń niż dostępnych miejsc odbędzie się konkurs kart.
    • Platforma: forum jako główne miejsce rozgrywki. Discord planowany jest jako opcjonalne zaplecze organizacyjne do szybkich pytań, ustaleń i konsultacji. Jeśli grupa nie będzie chciała z niego korzystać, zastąpimy go chatroomem na forum.
    • Częstotliwość odpisów: do 4 dni na odpowiedź gracza, następnie do 4 dni na odpowiedź MG.
    • Dokumenty Google: raczej nie planuję z nich korzystać. Do szybkich dialogów najczęściej używałem osobnego kanału na Discordzie, ale jeśli grupa będzie wolała Dokumenty Google albo będzie po prostu przyzwyczajona do takiej formy, jestem otwarty na ich wykorzystanie.
    • Użycie AI: dopuszczam wykorzystanie AI do tworzenia grafik i materiałów wizualnych. Sam również będę z niego korzystał przy przygotowywaniu oprawy wizualnej sesji. W przypadku tekstów nie mam nic przeciwko używaniu AI jako narzędzia pomocniczego do korekty, redakcji czy porządkowania własnego tekstu, ale nie chciałbym, żeby całe posty były generowane automatycznie bez własnego wkładu gracza. Nie wiem, czy ktoś tak robi, ale to żaden fun.
    • Przewidywana długość sesji: około 7–8 miesięcy, przy założeniu zachowania ustalonego tempa odpisów.
    • Termin zakończenia rekrutacji: 18 października 2026, godz. 23:59, czyli około trzech tygodni na przygotowanie i przesłanie zgłoszenia.

    KP

    -- -- -- -- -- --


    @kaworu przykro mi, ale niestety już tak. Rekutacja zakończona i chyba nie chciałbym zmieniać dynamiki składu. Mam nadzieje jednak, że zobaczmy się w innych sesjach! @ketharian - można przenieść rekrutacje do archiwum jakby co!
  • MiraM

    To Wy jeszcze żyjecie?!

    Ale przecież Wy starzy już musicie być strasznie (ja nie!) 😏


    Cześć @konrad , miło Cię powitać! Cieszy nas każdy nowy użytkownik, który trafia w te progi. Opowiedz nam coś o sobie, proszę: czy od dawna bawisz się w PBF, jakie lubisz systemy i mechaniki, czy chcesz nam może coś poprowadzić? I co istotne dla Obsługi, jak do nas trafiłeś?
  • GladinG
    NoiseFeed
    Switch ktoś w pobliżu 10tki?
    Frog? Dingo?
    Potrzebuję coś sprawdzić.
    Mack? Gdzie pedałujesz?
    Frog Koło Alexander. I wracam na hajzę. Co chcesz z 10tki?
    Switch Frog, słuchaj uważnie.
    Shiva, znajoma mojego kontaktu, mieszka w Megabloku 10, mieszkanie 877.
    Nie daje znaku życia od kilku dni.
    Każdy kurier, którego tam wysłano, przepadał jak gówno w rynsztoku po burzy.
    Dosłownie.
    Frog Brzmi jak dobre miejsce na randkę w ciemno.
    Switch Zamówiłem tam Wock’n’Shock – trzy zestawy.
    Ale dodałem coś ekstra – środek przeczyszczający klasy med.
    Możesz przejąć dostawę od kuriera, jeśli chcesz zagrać listonosza…
    Albo poczekać, aż zadziała i wejść pod pretekstem cieknącej łazienki, gazu, czegokolwiek.
    Jak się dostaniesz, rozejrzyj się. Sprawdź, czy jest w mieszkaniu i czy oddycha.
    Jak będzie okazja to ją wyprowadź. Ale nie ryzykuj.
    Na tym etapie chcemy wiedzieć na czym stoimy.
    Frog Głucho pod 877.
    Od 3 dni nikogo tam nie widziano.
    I zioła nie czuć.
    A pono zawsze czuć jak laska w domu siedzi.
    HiFi by mi się zdał.
    Albo mogę poszukać działającego czujnika i alarm przeciwpożarowy odpalić.
    To powinno zdjąć centralne blokady.
    A z zamkiem bym sobie chyba poradził.
    Ale nie wiem. Co robić?
    HiFi Żaba, uważaj na plecy. Jak zamknięte i nikt nie otwiera, a każdy kurier znika...
    Żaba, zadekuj się gdzieś. Bryknę się do ciebie.
    Switch Kontakt z Shivą wymagany najpóźniej do jutra rana.
    Jakieś pomysły na wejście?
    Cieknąca rura, kontrola instalacji...
    Frog, jak to widzisz?
    Ograniczaj ryzyko.
    Frog HiFi przyszedł. Jedziemy z WŁM.
    HiFi Raze, jak mamy mieć pewność, że ją namierzymy to daj nam fotkę tej lali.
    I jak laska się nazywa. Shiva. Shiva co? Kto to jest?
    Dingo Yo,Switch
    masz jeszcze swoje wtyki w MedCenter?
    bo będzie sparwa
    sprawa
    bardziej prywatna
    HiFi Switch, co z tymi fotami? Nie wchodziliśmy na chatę, ale mamy cynk, gdzie panna się dekuje, gdy wchodzi w sieć. Mam namiar na Ferguson. Sprawa robi się bardziej skomplikowana. Wisisz Frogowi dwudziestaka.
    To na pewno znajoma twego kontaktu? Wiesz to na pewno? Za lalą chodził jakiś meks/latino, łańcuch Valentino. Że znajomek od ziomka z Heywood. Czaisz coś z tego? Poszedł za nią wczoraj podobno na Ferguson.
    Możemy sprawdzić mieszkanie albo iść na Ferguson, ale to już jest więcej, niż drobna przysługa.
    Artemida Co wy tam odpierdalacie? Zaraz będę w kwadracie, wbijajcie. Switch ma sucz, ja mam klucz, wy macie mnie bo byście wymarli, jak szczury, jak gnat z kabury zamiera, jak jaj nie ma.
    Nie śpiesz się Raze, chłopaki obiecali mi masaż, a jestem nieco spięta po siłce.
    Jestem przy ekranie. Ktoś potrzebuje supportu?
    Switch @Hi-Fi wysłać ci jeszcze jej dane biometryczne i numer bio-SIG? Jak tam będziesz sterczeć jak chuj w żeńskiej łaźni to się ktoś do was przypierdoli. 500e$ samo się nie zarobi.
    Jasne @Dingo.
    Zależy co trzeba.
    Nawijaj. Zobaczę co da się ukręcić.
    @Hi-Fi 500e$ to chyba nie jest stawka za drobną przysługę?
    Odpuśćcie mieszkanie.
    Stawiam, że jest w magazynie.
    Switch: @Brazil możesz sprawdzić nie zostawiając śladów powiązania
    Magadon Incorporated, Pentex United, Endron International ?
    Dingo muszę znaleźć dawną przyjaciółkę
    jest od kilku miesięcy w NC
    może nie chcieć, żeby ją znaleźć
    mam drzazgę z danymi medycznymi
    pewnie była u jakiegoś rippera
    został jakiś ślad
    mam trochę kasy, jak trzeba będzie gdzieś posmarować
    czy coś
    HiFi @Switch, jesteśmy przy magazynie. Ma aktywne systemy obronne niezłego kalibru. Załatwiły tego Valentino. Jak chcesz, to możemy wysłać ci fotkę.
    @Switch @Brazil macie jak załatwić dane na temat budynku? Wysyłam pinezkę . Poszukamy w razie czego innego wejścia, ale może dacie radę nas jakoś wesprzeć? Plany? Rzuty? Drogi ewakuacyjne?
    Dingo znaleźliśmy ją [Zdjęcie]
    Switch @Brazil: Sprawdź BlackVault. Otagowanie? Mam się martwić? Ogon?
    @All: Dobra robota chłopaki.
    Frog Wbijamy na balety do Edry. Czekać na ciebie Switch??

    NoiseFeed Switch do Brazil Switch Jak mogę pomóc? NoiseFeed Brazil do Swicha Brazil Mi czy porwanej małolacie? Mi to wiesz. A małolacie to nie wiem. Jedna pocięta nożem modułowym z cybersprzęgiem, druga zaginęła. Brazil Masz jakieś kontakty w okolicach H10? To wygląda na zorganizowaną akcję. Idziemy się narażać.
  • Pipboy79P

    Siemka 🙂 Witam wszystkich na naszym nowym forum 🙂 Dziękuję Santo i obsłudze za ogromną pomoc w ogarnięciu tematu przenosin naszej sesji na to nowe forum 🙂

    • Co do technikaliów. Ja kończę swój urlop. Jutro będzie mój lotniskowy dzień. Więc nieco zabiegany na ten moment jestem.

    • Obecna tura (T 68) nadal trwa. Skończy się jak się skończy. Ale bez przesady, dobrze abym w przyszły lub kolejny weekend mógł usiąść do swojej misiowej tury. Kolejna zacznie się zapewne kolejnego dnia rano więc w obecnej dobrze by było pokończyć wszystkie wieczorno-nocne sprawy.

    • Jak tura będzie skończona to można tutaj przenosić te scenki z doc w post.

    • I chyba tyle na ten moment. Jbc to pytajcie 🙂


    @Pipboy79 No to przywróciłem ten kawałek na doku
  • Janusz PodziemiJ

    Dzień dobry,

    Tutaj mamy miejsce na wszystkie dyskusje i komentarze out of character.

    Przypomnę kilka podstawowych ustaleń z rekrutacji:

    • System: D&D 5E wg zasad z 2014 - załączony link traktujmy jako jedno źródło prawdy o zasadach. Zasad domowych będzie raczej mało, jeśli wcale, np. podoba mi się z BG3 konieczność powrotu do "obozu" i posiadania żywności żeby odbyć długi odpoczynek. Jak w trakcie gry zabrniemy w jakiś obszar gry, gdzie 5E ma niewiele lub zero zasad, to wtedy będę z konieczności więcej rulingował.
    • Platforma: forum - lubię klasyczne PBF.
    • Częstotliwość odpisów: Nie będę narzucał żadnych terminów, bo życie lubi płatać figle. Im szybciej odpiszecie, tym szybciej postaram się odpowiedzieć.
    • Długość odpisów: Nie patrzę na to - piszcie tyle, ile potrzebujecie.
    • Dokumenty Google: Sam raczej nie będę używał, ale jeśli gracze chcą między swoimi postaciami poprowadzić jakiś rozbudowany dialog, to nie zabraniam.
    • Użycie AI: Dopóki nie obrzydza współuczestnikom sesji, jest ok.
    • Przewidywana długość sesji: do dyskusji. Zaczniemy od rozegrania kilku epizodów i popatrzymy, czy nam się to podoba. Bez zobowiązań na dwa lata.

    Życzę miłej gry,


    Odpoczywaj, bro.
  • Pipboy79P

    Oryginalny tytuł: Kultyści - Lato 2519

    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; koga “Stara Adele”
    Czas: 2519.06.27; agt; wieczór
    Warunki: ładownia, jasno, ciepło, gwar rozmów; na zewnątrz jasno, sła.wiatr, pogodnie, ciepło

    link: https://www.stivesgallery.co.uk/imag...our_lights.jpg

    Zbór

    Nad zatoką wzdłuż jakiej wybudowano Neus Emskrank kończył się ciepły, letni dzień. Mewy jeszcze piszczały nad wodą i miastem ale one też już szykowały się do zakończenia dnia. Mieszkańcy, dokerzy oraz marynarze kończyli swój dzień roboty i udawali się do domów, tawern i karczm aby nasycić żołądki i ugasić pragnienie. Zaś w trzewiach jednej ze starych kryp jaka już od dawna nie pływała tylko bujała się na falach przyboju robiąc za pływający magazyn robiło się coraz tłoczniej i głośniej. W miarę jak kolejne postacie podchodziły do burty “Starej Adele” stukały umówione hasło a po chwili słyszeli nieregularne kroki i nad burtą pokazywała się głowa starego bosmana obwiązana chustą na marynarski wzór. Widząc kto przyszedł spuszczał na dół drabinę po której można było wejść na pokład a potem do tylnej nadbudówki i schodami na dół do krótkiego korytarza i ładowni. Gdzie można było spotkać znajome twarze jakie często nie widziało się od zeszłego tygodnia. Można było usiąść przy stole do wspólnego posiłku. Jak zwykle królowały ryby. To akurat nie było dziwne w portowym mieście. A Kurt był mistrzem w łowieniu, przyrządzaniu i podawaniu ryb. Nawet ze zwykłych płotek potrafił zrobić całkiem smaczną zupę rybną albo gulasz. Ale dzisiaj na stole królował tłusty sum i młody tuńczyk. Suma Kuternoga złapał sam a tuńczyka kupił od znajomego rybaka. Ale część rzeczy i tak trzeba było kupić. Odkąd zabrakło Karlika który sponsorował te posiłki trzeba było robić zrzutki podczas tych zborów. I to co się uzbierało jednego tygodnia szło na zrobienie gościny w następnym.

    Schemat się powtarzał co tydzień. Przywitanie, wspólny posiłek przy stole, luźniejsze pogaduchy o plotkach i strapieniach a także załatwianie pomniejszych spraw pomiędzy członkami zboru. W końcu to była jedna z niewielu okazji gdzie mogli się spotkać w jednym miejscu osoby z całkiem różnych warstw społecznych co poza burtami tego zboru byłoby nie takie proste. W samym zborze zaś mniej się liczyło pochodzenie a bardziej osiągnięcia dla grupy, staż i zaufanie jakim się cieszył u pozostałych. Tak zimą Egon awansował ze względnie świeżego rekruta na kogoś kto dorównywał autrytetem Kurtowi a ponad nim byli już tylko Silny i Łasica. Więc nawet jeśli na zewnątrz dla zachowania pozorów ktoś komuś musiał czapkować czy całować w rączkę to tutaj panowały dość braterskie i rodzinne relacje. W końcu w razie wsypy wszystkich ich by czekał marny koniec co pokazał ostatniej zimy przykład śmierci Karlika. Dziś jednak wyczuwało się większą ekscytację i podniecenie. Bo już w poprzednim tygodniu Starszy obiecał, że zapewne będzie miał do ogłoszenia coś interesującego. I faktycznie tak się stało. Gdy umył w misce ręce, wstał ze swojego miejsca w centrum złączonych stołów i wyszedł na środek ładowni. Zaraz za nim podążyła Merga. Znak, że właściwe spotkanie właśnie się zaczyna.

    link: https://i.pinimg.com/originals/ac/06...e51f6cb354.jpg

    - Drogie dzieci! Spójrzcie na nas! Spójrzcie na siebie! Rok temu nie było nas nawet pół tuzina! A teraz? Dwa tuziny! Spójrzcie jak rośniemy w siłę! To znak! To znak jak bardzo skorumpowane i zdeprawowane jest to miasto! To społeczeństwo! Jak bardzo podatne jest na podszepty naszych patronów! Nieważne którego! Nieważne skąd kto pochodzi i czym się zajmuje! Nieważne co ma na sumieniu! Wszyscy mogą znaleźć u nas swój dom i schronienie! Wszyscy możemy walczyć z reżimem zakłamanych ciemiężycieli którzy nas uciskają i oddają cześć słabym, fałszywym bogom! To my mamy rację! To my jesteśmy wyjątkowi, my jesteśmy wybrańcami prawdziwych bogów! To my zaprowadzimy w tym mieście nasze porządki! Wyrównamy rachunki krzywd! Dziś my musimy zginać karki! To my musimy się do nich fałszywie uśmiechać i udawać pokorę! Ale to się skończy! Nadejdzie dzień gdy to oni padną u naszych stóp i będą jęczeć o naszą łaskę! Oni będą się żreć między sobą dla naszej przyjemności i walczyć o okruchy z naszego stołu! Nie dzisiaj i nie jutro ale ten dzień w końcu nadejdzie! Pomścimy śmierć Karlika! Wygnanie Sebastiana! Mordęgę naszych sióstr i braci zakatowanych w kazamatach! Poddanych kaźni i straconych dla uciechy bezmózgiej tłuszczy! To my będziemy na szczycie i urządzimy to miasto po swojemu! - zamaskowany mężczyzna znany na zborze jako Starszy zaczął przemowę. A, że był płomiennym mówcom od razu porwał swoją publiczność. Dały się słyszeć oklaski, okrzyki poparcia i buntu na zastaną za burtami rzeczywistość. Wszyscy byli w jakiejś mierze buntownikami i rewolucjonistami walki z obecnym systemem. Dlatego ten system nie mógł dać im pardonu i musiał ich zniszczyć. Ale najpierw musiałby ich odnaleźć. A to jak dotąd siłom sterowanym z ratusza się nie udało. Ale przyjemnie było posłuchać jego przemowy jaka niosła nadzieję, że los się odmieni i to oni będą w końcu na górze.

    - Pierwszym krokiem będzie odnalezienie darów jakie zesłali nam bogowie. One gdzieś tu są. Szepczą do nas. Słyszymy ich głos. Ale trudno było go zrozumieć. Ale na szczęście jest z nami nasza czcigodna wyrocznia która potrafi usłyszeć mowę bogów i zrozumieć ich przesłanie. - Starszy zakończył przemowę żegnany oklaskami i cofnął się o krok do tyłu wskazując na rogatą kobietę o niesamowitym blasu bijącym z oczu i fioletowej skórze.

    link: https://i.imgur.com/szvwUUK.png

    - Dziękuję ci mistrzu. - Merga skinęła głową oddając hołd swojemu gospodarzowi i opiekunowi. Od chwili uwolnienia wiedźmy oboje okazywali sobie wzajemny szacunek stając się z czasem duetem który zarządzał całą grupą.

    - Myślę, że udało mi się odczytać słowa naszych patronów na tyle, że wreszcie mamy wskazówki jakie mogą nas doprowadzić do upragnionego celu. Każda z Czterech Sióstr zostawiła w tej okolicy skarby poświęcone swoim patronom. Co więcej odkryłam niedawno, że to zapewne tylko pierwszy krok i jest coś więcej. Dlatego echo tych tropów nakładało się na siebie i mnie tak długo zwodziło. Ale wreszcie mogę na to spojrzeć z właściwej perspektywy. - wyrocznia przechodziła spojrzeniem od twarzy do twarzy siedzących za złączonymi stołami i mówiła ciepłym, łagodnym głosem w jakim brzmiała jednak pewność siebie poparta wiedzą i doświadczeniem.

    To, że gdzieś “tutaj” są jakieś artefakty pozostawione przez legendarne Cztery Siostry to wiedzieli wszyscy na zborze już od paru miesięcy. Niestety nie wiedzieli wiele więcej dlatego nie bardzo było jak zacząć te poszukiwania. Ale wreszcie mieli przełom.

    Norra jaka poświęciła się krwawemu bogowi zostawiła swój wyczuwalny dla Mergi ślad w lesie. To musiało być w jakimś lesie, polana i stos czaszek na niej. Gdzieś na południu od miasta. Znamię było silne więc musieli być wyczuleni na wszelkie oznaki niezrozumiałego szału, ataków, buntów, walk i ogólnie aktom przemocy i rozlewowi krwi. Zwłaszcza takiego pozornie bezsensownego. Tak silny artefakt jaki Merga wyczuwała aż stąd musiał też jakoś wpływać i na umysły śmiertelników jacy byli znacznie bliżej tego miejsca.

    Oster zafascynowana Oczulkiem Nurgle powędrowała i wracała ze wschodu. Ona ukryła swój dar gdzieś pod ziemią. W jakiejś dziurze, jaskini, lochach czy czymś takim. Powinno być tam dużo wody, stojącej, zatęchłej wody w jakiej roi się od robactwa. Czyli pasowałoby to preferencji Ojczulla. Ta woda oznaczała, że może to być gdzieś w pobliżu moża, jeziora czy rzeki. No i jakieś lochy, ruiny czy coś takiego pod ziemią. Oznaką tego mogą być ogniska nieznanych chorób i innych błogosławieństw jakie tak szczodrze Ojczulek zsyłał na ten ziemski padół.

    Soren, wyuzdana ulubienica Księcia Przyjemności powędrowała na południe, w głąb kontynentu znacząc swój szlak spłodzonymi bękartami różnej maści. Ona też zostawiła prezent dla swoich wyznawców i tych co zdecydowali się podążać jej drogą. Tu jednak wyrocznia miała pewien dylemat. Wszystko wskazywało, że ów artefakt powinien być gdzieś na południu. W wodzie lub blisko niej, przy rzece, jeziorze, strumyku. Pewnie w ładnej i sielskiej okolicy sprzyjającej miłości wszelakiej i natchnieniu artystów. Bardzo możliwe, że miało to jakiś związek z syreną i alabastrem. Bowiem to nagłe pojawienie się wszelakich syren czy w snach, plotkach czy jako alabastrowych figurek w ciągu paru ostatnich miesięcy to też zapewne nie był przypadek. I ta syrena z Wrakowiska może być tego częścią. W każdym razie pamiątka po Soren powinna wabić do siebie kochanków i dewiantów, poetów i malarzy aby tam znależli ukojenie i spełnienie.

    Vesta zaś przemawiała do Mergi najsilniej. Być może dlatego, że poświeciły się temu samemu patronowi. A być może dlatego, że ten artefakt wydawał się być najsilniejszy lub był najbliżej. Całkiem możliwe, że na terenie samego miasta lub blisko niego. Raczej na zachód od rzeki Salt jaka rozdzielała miasto na dwie połowy. Objawem działania mocy Vesty powinny być dziwne zjawiska, zaburzenia czasu, nietypowe sny i wizje związane z czasem i symbolami z nim związane. Po prostu trzeba było mieć otwarty umysł na wszelkie nienaturalne zjawiska.

    - A oprócz tej sprawy z Czteremia Siostrami jest jeszcze coś. - Merga zakończyła omawiać to jakich śladów i gdzie powinni wypatrywać ale zanim zaczęli o tym rozmawiać wszyscy to podjęła nowy wątek. Spojrzała jednak na zamaskowanego lidera zboru aby teraz ten podjął ten wątek. Ten skinął jej głową i stanął obok niej zwracając się do pozostałych.

    - Tak. Merga wkrótce nas opuści. Wróci w swoje rodzime strony. Do Norsci. Jesteśmy w trakcie organizowania tej wyprawy. Wróci do nas prędzej czy później aby wspomóc nas w poszukiwaniach swoimi wyjątkowymi umiejętnościami ale też przez jakiś czas jej nie będzie. To jest też okazja dla nas. - Starszy przedstawił wieść jaka była nowością. Odkąd bowiem udało się uwolnić błękitnoskórą i złotooką wyrocznię cały czas była z nimi i chyba nikt się nie spodziewał, że mogłaby ich opuścić. Ta wiadomość wywołała na większości zebranych poruszenie i zaskoczone spojrzenia i szepty.

    - Tak, to prawda. Postaram się uzyskać tam pomoc dla nas. Ale nie ukrywam, że łatwiej by mi było coś ugrać jakby ktoś stąd popłynął ze mną. Ktoś silny i władczy. Moi współplemieńcy szanują silłę i zaradność. Mogą się sprzymierzyć z wielkim wodzem i silną armią. Ale pogardzają słabymi i żebrzącymi o pomoc. Na statek nie zabierzemy całej armii nawet jakbyśmy tu taką mieli. Ale też dobrze jakby mi towarzyszyli ludzie sprytni, silni i zaradni, jacy pomogliby mi przekonać moich sprzymierzeńców, że warto tu przypłynąć po chwałę i łupy. Że mają tu cennych i silnych sprzymierzeńców a nie słabeuszy i nieudaczników jacy liczą na ich łaskę bo sami nie umieją sobie poradzić. Dobrze też aby to bylu ludzie z więcej niż jednego patrona aby nie zamykać się na wsparcie od pozostałych. - złotooka mówiła prostymi słowami i poważnym tonem aby jej przekaz był czytelny i zrozumiały dla każdego.

    - Czcigodna jest pewna, że ktoś z jej plemienia do niej dołączy podczas wyprawy powrotnej. No ale im lepsze wrażenie na nich zrobimy, im silniejszym partnerem w interesach się pokażemy tym będą nas poważniej traktować. I tym większy będziemy mieć na nich wpływ jak już będą tutaj. I swoją drogą dlatego też musimy znaleźć kryjówkę dla ich łodzi, ludzi i zapewnić im wikt i opierunek pewnie też i rozrywki bo inaczej ich krewki charakter może obrócić się przeciw nam wszystkim. Wiem, że to dla was nowość więc na razie tylko o tym mówię. Macie czas na przemyślenie nad tym wszystkim. Ale za tydzień chciałbym już mieć odpowiedź. Musimy wiedzieć kto by zamierzał zostać na miejscu i zająć się poszukiwaniami Sióstr a kto by szykował się na wyprawę na północ. Sama wyprawa raczej nie powinna ruszyć wcześniej niż w połowie przyszłego miesiąca. Jak macie jakichś zaufanych ludzi co byliby skłonni do wyprawy do Norsci to też dajcie mi znać, może uda się ich zwerbować. Załogę tego statku też musimy skompletować. - Starszy dopowiedział jakie są te wstępne zamiary na drugą połowę lata. Szykowało się sporo wypraw. Ale myśl o kontyngencie norsmeńskich wojowników nie jako piratów czy rabusiów ale jako sojusznikach wydawała się bardzo kusząca. Tylko to było jak z ostrym toporem co w nieumiejętnych rękach może pokaleczyć samego właściciela. Element był to bardzo krnąbrny i trudny do utrzymania w ryzach, zwłaszcza w większej liczbie. Mistrz dawał wszystkim swoim dzieciom czas do przyszłego zboru aby się nad tym każdy na spokojnie zastanowił. Chociaż od razu Łasica i Burgund przyklasnęły temu pomysłowi i co prawda nie zgłosiły się z miejsca na wyprawę do Norsci ale w sprawie dostarczania rozrywek norsmeńskich wojownikom i wojowniczkom jakby się takie też trafiły to były bardzo chętne. Vasilij zaś zgłosił, ze zna wybrzeże na tyle, że dla samego statku i jego załogi to by kryjówkę znalazł. Chociaż nie ukrywał, że bytowanie trudnej teraz do oszacowania liczby wojowników z północy byłoby dla niego trudne do zorganizowania bez wsparcia reszty kultu. Starszy jednak zapewnił go nie zostwią go samego z tym ambarasem i pochwalił jego postawę. Jak i obu łotrzyc bo właśnie o taką współpracę z Norsmenami chodziło.

    Później zaczęła się już mniej planowa dyskusja wszystkich ze wszystkimi i o wszystkim. A na końcu te indywidualne rozmowy ze Starszym gdzie każdy mógł z nim porozmawiać o tych sprawach jakie niekoniecznie chciał poruszać przy wszystkich. Albo zapytać o radę czy zdać relację jak się posuwają sprawy jakie co jakiś czas mistrz zlecał niektórym kultystom. Nad portem słoneczny blask już dawno znikł gdy z jednej z zacumowanych na stałe kryp spuszczono drabinę. A potem co jakiś czas pojedyncze sylwetki, czasem duety, schodziły po niej na pirs po czym szły mieszając się z wieczornym, portowym gwarem i tłumem. Nic zdawało się nie wskazywać, że na tej starej i nieciekawej łajbie odbyło się jakieś nielegalne spotkanie. Dalej leniwie kiwała się na falach zatoki skrzypiąc cicho i uspokajająco wysłużonym drewnem i linami.


    - Nie wciskaj mi kitu. Dzwon opóźnienia co najmniej. Nie, nie, nie. Tu gdzieś grasują ci przeklęci piraci. Nie widziałeś, że tylko my byliśmy na tyle szaleni aby popłynąć w górę rzeki? Musimy przepłynąć ten kawałek jak najszybciej. Jak dobrze pójdzie to może do wieczora będziemy już w Salzenmund. Albo chociaż w Tettens. To już prawie na rogatkach Salzenmund. Tam już powinniśmy być bezpieczni. Ale na razie żadnych przestojów. Zresztą zobacz, nie dość, że deszcz zaczął padać to jeszcze mgła się podnosi. - Stary szyper wydawał się być zirytowany prośbą. I widać było, że nie chciał tracić czasu na coś innego niż bezpośrednia podróż do stolicy. A przed dziobem widać było, że opary zaczynają się unosić. Jeszcze dość rzadkie ale nie wiadomo jak bardzo zgęstnieją. Rolf ze zniesmaczoną miną odszedł od niego i przeszedł przez krypę, na dziób do Egona i Burgund. - No weźcie z nim pogadajcie co? Przecież ja nie do Salzmundu chciałem płynąć. Tylko aby naszych ludzi zgarnąć. - Popatrzył na nich prosząco. Okazało się, że w porannym zamieszaniu, Wagner zgodził się zabrać go jako dodatkowego ochroniarza. Ale teraz, jak padał deszcz i jeszcze mgła zaczynała się podnosić, to nie chciał tracić czasu na dodatkowe kursy w poprzek rzeki. I nawet jeśli by zyskał z pół tuzina zbrojnych to tylko chwilowo. Musieliby mieć ogromne szczęście aby akurat w tym momencie zaatakowali ich piraci. A każdy pacierz opóźnienia, to był dłuższy czas przebywania na niebezpiecznych wodach. Uznał więc, że gra jest niewarta świeczki. Rolf był więc mocno niepocieszony, bo gdyby Wagner nie ustąpił, to w ogóle by się nie spotkał ze swoją bandą. A przecież liczył, że dzięki niemu, przewiezie ich na drugi brzeg. - Faktycznie mgła się podnosi. - Lars pokiwał głową i siedział po sąsiedzku na jakiejś skrzyni. Starał się nie wpadać w oko obu Skaeligom więc trzymał się przy samym dziobie. Ale liczył, że zaabsorbowani Anniką, nie rozpoznają w nim wrogiego współplemieńca. Nie groziło mu to aż tak, jak blondwłosej córce wodza. Burgund i Rolf na chwilę spojrzeli na niego i przed dziób. Miał rację. Widać było coraz więcej oparów unoszących się nad wodą ale na razie nie przeszkadzało to w podróży. – Pogadamy, pogadamy – rzekł Egon, puszczając oko do Larsa. Póki co, podróż z Norsmenami, jak i ich samo zaakceptowanie przez szypra przebiegały bez żadnych kłopotów. Rzecz nieco przyprawiała Egona o podejrzenia, że mogło kroić się coś grubszego ze strony ludzi z północy, jednak, nie: Astrid posłusznie podziewała się pod pokładem i jak najdalej od dwójki brodaczy, Lars zaś ciągle był na dziobie. Pozostało wszak dopełnienie słowa danego Rolfowi. Egon, który w gruncie rzeczy planował, żeby ich piraci zaatakowali, miał ochotę na sporą dozę ryzyka. Mgła zaś… Mgła zaś była dobrym znakiem, że coś wkrótce miało się wydarzyć. – Czuj duch – mruknął do towarzyszy i podszedł do szypra. – Ano, panie Haynrich Wagner – rzekł Egon, przypominając sobie, aby wymówić jego imię poprawnie. – Cóż to za sprawa, z tym Rolfem? Człek dołączył do nas, bo chciał jeno w pół drogi przejść. Czegóż to się boicie? Macie nas i dwóch berserkerów z Norsci na pokładzie. Po mojemu, to ci piraci powinni bać się nas, a nie my ich – zaśmiał się pokrótce. - A tak, oni. - Stary szyper zmarszczył brwi i nieco wychylił się aby spojrzeć w stronę dziobu. Ale dwaj Norsmeni dalej gadali z Anniką. Więc chociaż wyglądali jakby dopiero co wysiedli z długiej łodzi, to zachowywali się w miarę spokojnie. Jeszcze za nimi widać było Larsa i Burgund. On opierał się ramionami o mokrą burtę a ona usiadła na beczce jak na krześle, skrzyżowała ramiona i oboje obserwowali przebieg rozmowy z Wagnerem. - Oni się dziś pobili z tymi żołnierzami. Wczoraj wieczorem też się bili. Z tymi Norsmenami to niepewna rzecz. Nigdy nie wiada co im do łba strzeli. - Stary marynarz gderał jak zwykle imperialni mieli w zwyczaju gdy mówili o ludziach z północnych wybrzeży Morza Szponów. Zupełnie jakby spodziewał się, że ci dwaj zaraz rzucą się z toporami na niego i jego załogę. Pokręcił trochę głową i wrócił spojrzeniem do gladiatora. - No może bić się w karczmie umieją. Krzepko wyglądają. Ty i twoi koledzy też. Tylko ta dziewczyna to w ogole. - Przyznał jakby doceniał możliwości bijatyki u całej piątki. Ale przy Annice się a tyle zawahał, że znów spojrzał w stronę dziobu. Ona w ogóle nie wyglądała krzepko. Raczej jak jakaś córka szefca czy kramarza. Ale pewnie też widział jej bójkę z dzisiejszego poranka. I sądząc po twarzy w ogóle nie spodziewał się po niej takiego numeru. Pokręcił głową z lekkim niedowierzaniem i znów wrocił do gladiatora. - Taka chuda raczej. Jak ona dała radę tak im przywalić? - Nie mógł się nadziwić nad tym kontrastem. Zwłaszcza, jak teraz pokojówka bretońskiej szlachcianki, spokojnie siedziała okryta płaszczem i rozmawiała z Norsmenami. - No dobra ale to was jest może z pól tuzina. A skąd wiesz ile jest tych piratów? Może dziesięciu? Może tuzin? Może stu? Nie wiadomo. Ale gdzieś tu grasują. A widziałeś, że tylko my ruszyliśmy w górę rzeki? No to jak oni gdzieś tu grasują to za bardzo nie będą mieć wyboru kogo napaść. A ten cały Rolf mi mówi, że mam przybić do brzegu i przewieźć jego ludzi na drugi brzeg. Żartowniś! Normalnie to czemu nie. Zapłaciłby za nich to bym ich przewiózł. Ale teraz? W każdej chwili mogą się pojawić ci piraci. Tylko nie wiadomo kiedy i gdzie. Teraz? W obiad? Przy kolacji? Dopiero w Salzenmund będziemy naprawdę bezpieczni. Tak wielkiego miasta to ci piraci nie odważą się napaść. Czemu ich nie dopadną wilcze statki! Na co ja płacę podatki?! Eh wszystko by tylko mewy pożarły. Jeszcze, żeby ten Rolf z nami płynął to mógłbym się zastanowić. Mówi, że u nich wszyscy mają łuki to by nawet mogło nam się przydać. Ale on mówi, że do Salzenmund płynąć nie chce tylko na drugi brzeg. To co ja z tego mam? Stratę dzwonu albo dwa. A tyle może nam zabraknąć aby dotrzeć do Salzenmund. Wtedy trzeba będzie nocować w Tettens. O ile i po drodze nie będzie innych opóźnień. - Stary szyper kręcił głową i wydawał się być zirytowany propozycją Rolfa. Zapewne też odczuwał zdroworozsądkowy poziom obawy przed napaścią piratów i wolał jak najszybciej przebyć niebezpieczny teren. A w obecnej sytuacji, tylko stolica prowincji zdawała mu się bezpiecznym portem. Egon uśmiechnął się lekko pod nosem. Wojownik przyznał, że logika szypra miała pewien sens - gdyby on sam miał okręt pod sobą, to zapewne też unikałby czegokolwiek, co mogło nosić jakiekolwiek znamiona niebezpieczeństwa. Zaiste, Egon podejrzewał, że sam wkrótce mógł znaleźć się w takiej właśnie sytuacji, mając kogę albo krypę jakiego innego rodzaju, do której będzie ładował brańców. To były jednak deliberacje, na które Egon zostawił sobie czas na później. Musiał sprawić, żeby szyper dostrzegł w tym i swój zysk. – Cóż, jak byśmy tego Rolfa nie spotkali, to tak czy inaczej byśmy płynęli bez nich w górę rzeki – zauważył gladiator. – Jeno z nami i z tymi północnikami, co żem ich spotkał w Błękitnym Łabędziu. A co, jak byśmy kazali mu opłacić rzecz z góry albo żeby dał łuki w zastaw? Coś zyskać na tym musimy… Uzbroimy tym ludzi i sprzęt będziemy mieli, albo niechaj płacą z góry spory grosz. Ile byś rzekł? Co myślisz o tym? Egon czekał na odpowiedź Wagnera. Sam był ciekaw jego odpowiedzi i sam nie był do końca pewien, czy przypadkiem nie było lepsze dla nich, aby Rolf został na pokładzie… W istocie, im dalej się nad tym zastanawiał, stanowisko szypra było mu chyba bliższe, niż samego Rolfa. Być może - myślał Egon - może udałoby się zmusić Rolfa do współpracy? Ciekawa rzecz. Choć chciał usłyszeć, co powie szyper. I, rzecz inna, szyper mógł mieć rację, że piratów mogło być więcej, niż ich samych. Egon co prawda nie znał się na kaperstwie tak, jak Lars, ale spodziewał się, że skoro dotychczas piraci rzeczni byli tak efektywni, słowa szypra mogły mieć w sobie ziarno prawdy. Mogli i spotkać statek z ponad czterdziestoma wojownikami. Tedy, imaginował Egon, zostawienie Rolfa mogło mieć sens. Tylko… Egon chciał, żeby ich napadli. - E. A co mi po ich łukach? Miejsce będą zawalać, potem trzeba będzie je sprzedać w którymś porcie. - Szyper skrzywił się na taki pomysł i widać było, że w ogóle mu nie podpasował. Nad kolejnym jednak zastanawiał się chwilę dłużej. - No może. - Zaczął kręcić głową na boki, jakby go przymierzał jak pasuje. - Takie dodatkowe ryzyko. Jeśli już tak koniecznie im zależy. A przecież sam widzisz, że mało statków na rzece teraz pływa więc nie mają zbyt wielkiego wyboru. - Po kolei obracał te kolejne punkty w myślach. - No to jak już to dwadzieścia monet za każde pół klepsydry na czekanie na nich lub kurs w poprzek rzeki. Mnie to w ogóle nie na rękę. Mnie pasuje płynąć jak najszybciej w górę rzeki aby przed zmrokiem dotrzeć do Salzenmund. I nie czekam na nich dłuzej niż klepsydrę. I po dziesięć monet od głowy za każdego z nich. Może być pięć jeśli dopłynął z nami do Kurtenwalden. I po jednej jeśli do Titten. - Podał swoją cenę. I chociaż Egon nie znał rzeki i te nazwy nic mu nie mówiły, to jednak szyper wydawał się być gotów zaryzykować za dodatkowy zarobek. Klepsydra na jaką wskazał miała wielkość kilku pacierzy więc pewnie przesypanie się piasku do końca oznaczało jeden dzwon lub podobnie. Egon wzruszył ramionami na te rewelacje. Nie był do końca przekonany co do opuszczenia statku przez Rolfa, teraz, kiedy czekał na nich najtrudniejszy odcinek. W gruncie rzeczy, Egon wolałby, żeby banda zaatakowała już zaraz, przynajmniej mogliby się obronić przed nią przyzwoicie. Z drugiej strony, nie mógł nie przyznać szyprowi racji, przynajmniej co do logiki, dla której miałby zatrzymywać się dla Rolfa. Rolf jednak wiedział, na co się pisze - mógł pogadać z szyprem co do kwestii schodzenia na ląd. Zdecydowawszy więc, że nie obchodziła go cała sprawa Rolfa, postanowił zdać rzecz człekowi. – Dobry pomysł – pokiwał do szypra. – Pogadam z nim. Podszedłszy z powrotem do Rolfa, rzekł prosto: – Wagner gada, że jak chcecie wejść na ląd, to dwadzieścia koron za pół godziny postoju – rzekł wojownik. Z góry. I zamilkł, ciekaw reakcji Rolfa. - Ile?! No chyba zwariował! On ma w sobie krasnoludzkich przodków!? - Rolf aż poczerwieniał ze złości jak usłyszał cenę za tak krótki transport. - No ale wiesz, on by musiał zatrzymać całą łajbę. Więc to trochę jakbyś chciał wynająć całą łódź i załogę na te pół dzwonu czy ile. - Burgund zwróciła mu uwagę na ten portowy aspekt. Łucznik sapnął, złapał się za biodra i popatrzył za burtę na mijany las. Ten wydawał się być ciemną, ponurą ścianą. Na jej tle widać było krople padającego deszczu. - Robi ci przysługę. Jak ja bym dowodził łodzią, to w ogóle bym się nie zatrzymywał na niebezpiecznych wodach. Kazałbym płynąć aż będziemy bezpieczni. Ale pewnie liczy, że ci twoi nas wzmocnią, gdyby doszło do ataku. - Lars niespodziewanie odezwał się. Łucznik spojrzał na niego jakby rozważał w głowie jego słowa. - Jak mu nie zapłacisz, to popłyniemy dalej. Aż do Salzmundu albo aż nas napadną. Tam będziesz mógł wysiąść i szukać chętnych co będą płynąć z powrotem. Ale sam widziałeś rano jak szyprowie chętnie rwą się na rzekę. - Burgund zrobiła małe podsumowanie dla nowego kolegi. Ten pokręcił głową i ze złością splunął za burtę. - Dobra, niech będzie. Zapłacę mu. Ale więcej nie mam, nasza szefowa ma. Więc to ona będzie mogła zapłacić resztę. - Rolf westchnął i chociaż uważał, że to droga zabawa to jednak postanowił się zgodzić na takie warunki. Egon wzruszył ramionami. Koniec końców, nie jego złoto pójdzie do szyprowej kiesy, toteż złość Rolfa spłynęła po nim, niby krew po futrze Gnakowych gorów. Pokręcił głową, bo nie podobała mu się jednak ta robota jako chłopca na posyłki między szyprem a Rolfem, jednak cóż zrobić, życie potrafiło przywieść na najdziwniejsze ścieżki. Wróciwszy do Wagnera, rzekł: – Gada, że zapłaci, ale całego złota nie ma – rzekł Egon. – Weźmiesz złote korony od niego, może i wyrobią się w ten czas, ale Rolf gada, że resztę zapłaci ci jego pryncypałka. Co rzekniesz? Chyba lepszego interesu nie ubijemy, bo mało kto by w kiesie tyle złota tachał, szczególnie na tej rzece. Stary szyper obracał ten pomysł w myślach. Trochę pokiwał głową, trochę nią pokręcił. I w końcu spojrzał w dal, ku dziobowi, na czekającego łucznika. - Dobra. Niech będzie. Jak zapłaci za pół klepsydry to poczekam na niego pół klepsydry. - Wskazał ręką na piaskowy czasomierz widoczny przy rufowej nadbudówce. - A jak ta jego szefowa zapłaci za przejazd i resztę, to popłyniemy na drugi brzeg aby ich wysadzić a nie to płyniemy dalej aż do samej stolicy. - W końcu niechętnie ale się zgodził na taki układ. Gdy Egon wrócił a dziób przekazać wieści Rolfowi to ten skinął mu głowa. - Dzięki. Co za sknera z niego. - westchnął cicho ale poszedł na rufe. Po krótkiej rozmowie z szyprem obaj zniknęli z widoku gdy poszli do wnętrza nadbudówki. A gdy wyszli obaj wydawali się ciut weselsi. Łucznik wrócił na dziób “Jutrzenki”. - Dobra, powiedział, że przybije gdzie trzeba. I będzie odmierzał czas tą jego przeklętą klepsydrą. Mam nadzieję, że nasza ekipa jest w tej tawernie na miejscu i nie trzeba będzie ich szukać. - mruknął do Egona i jego towarzyszy. Egon zerknął na Larsa, dał też znak Silnemu. Zebrawszy swych towarzyszy, milczał parę dłuższych chwil, aby zebrać swe myśli, przemówił w te słowa: – Widzicie tą mgłę? Po mojemu, jak ta banda rzecznych kutasów zoczy, że jakaś barka będzie marudzić albo przybijać do brzegu, obskoczą nas, jak psi sukę. Silny, weź to. I położył eliksir wzmacniający do Silnego. – Dałem już łucznikom Gezackta dekokty na wzmocnienie wzroku, może im to coś pomoże, może nie. Jak tamci przypłyną jaką kogą, możecie ich siekać do woli, ale jeśli będzie to lądowa zasadzka, walczcie tak, żeby wycięli załogę, a myśmy mieli przetrwać. Silny, Rune, my będziemy wbijać się klinem, ty Lars, boś był ranien, walcz po flankach. Gezackt i jego ludzie, a także Rolf ostrzelają ich, zanim się zbliżą. Będzie ciężko, ale poradzimy se… Już moja w tym głowa, hehe. Norsmeni niechaj siekają po swojemu, oni będą naszym wsparciem. Jak wpadną w szał bitewny, ciężko będzie na nich polegać. Zwrócił się jeszcze do Anniki: – Annika, trzymaj się blisko mnie – rzekł Egon. – Srebrnym Hełmom w mordę dałaś, ale ci tutaj to okrutne diabły, gdyby mogli, to oskórowaliby nas żywcem. Walcz przy drugiej flance. Egon poklepał swój topór zakasany za pasem. – No? To gotowi? Czuj duch, myślę, że niedługo zrobi się znacznie ciekawiej. ~ W miarę jak płynęli w górę rzeki, deszcz padał dalej a mgła gęstniała. W ciągu kilku zakrętów zrobiła się na tyle gęsta, że widać było tylko z pół setki kroków przed i za “Jutrzenką”. - To już niedaleko. Przybijemy do molo i spotkam się z moimi kamratami. I niech ten sknera nas przewiezie. - Rolf już cieszył się na myśl o spotkaniu z twarzyszami. I wcale nie ukrywał swojej niechęci do starego szypra, który wykorzystał sytuację aby zedrzeć z niego ostatnie pensy. - Ta mgła robi się coraz gęstsza. - Lars mruknął pod nosem. Teraz już ledwo widzieli zarys brzegów. - Statek przed dziobem! - Okrzyk z rufy, zaalarmował załogę i pasażerów. Wiele osób wychyliło się przez burty aby lepiej widzieć. Z gęstej mgły wyłonił się ciemny dziób. Potem zarys kadłuba i żagla. [image: gdulZoD.jpeg] Żagiel był w czerwono - białe pasy. Łajba wydawała się większa niż “Jutrzenka” i miała wyższe burty. Ale te morskie kogi co przypływały do Neus Emskrank, były jeszcze wyższe i większe. Nawet “Stara Adele” była większa niż ta krypa co płynęła z przeciwka. Nie różniła się jednak za bardzo od łajb jakie mijali wczoraj lub były przycumowane do pomostów “Błękitnego łabędzia”. Z powodu jednak gęstej mgły, dojrzeli ją gdy była już dość blisko. Ponieważ była to pierwsza jednostka jaką spotkali od opuszczenia rzecznego zajazdu, to wzbudziła ciekawość i załogi i pasażerów. Wagner nieco odbił w bok aby mogli się swobodnie minąć. Ale łajba z przeciwka też powtórzyła jego manewr. - Co ten dureń robi! Ślepy jest! - Szyper krzyknął rozzłoszczonym tonem. Dał znak aby sternik jeszcze bardziej naparł na wiosło sterowe aby uniknąć kolizji. “Jutrzenka” coraz bardziej kierowała swój dziób ku brzegowi. - Stwarza zagrożenie rzeczne. - Jutta też wyglądała na zaskoczoną i zirytowaną zachowaniem większej jednostki. Wzięła gwizdek w swoje gościnne usta i zaczęła gwizdać jakieś sygnały. Nie widać było jednak żadnej reakcji u drugiej jednostki.
  • WiredW

    Komentarza, pierwszy post rezerwuję na zasady współpracy.
    Witam wszystkie dzieci nocy!


    Mam nadzieję, bo trochę się napaliłem na zabawę w szalonego dobrego glinę i szalonego złego glinę. :v
  • WiredW

    PROLOG

    text alternatywny

    Sprawa wydawała się poważna, mieliście umówione spotkanie z Szeryfem miasta Damienem, każdy z Was idąc na nie zrobił rachunek sumienia, zastanawiając się czy za coś nie oberwie, albo czy nie będzie za chwilę przesłuchiwany. Damien czekał na Was w niczym nie wyróżniającej się knajpce fast foodów U Tooley'a, gdzie z daleka widzieliście że nie jest spokojny jak zwykle. Noga wybijająca rytm muzyki, tym z Was którzy widzieli go częściej, zdradzała oznaki zdenerwowania. Był sam.

    Gdy tylko się zebraliście uśmiechnął się i rzekł:
    - Książę kazał bym Wam to przekazał, nic więcej, telefony w środku są shackowane, pozwolą Wam na jeden telefon do moich wybranych ludzi, nic więcej, zawartość koperty do zniszczenia po użyciu.

    "Książę" - zabrzmiało Wam w uszach - ale zanim któryś z Was się odezwał Damien wyszedł i błyskawicznie zlał się z resztą nocy.
    Za oknem padał deszcz, coraz mocniej krople wybijały tętno ulicy, coraz szybsze niczym w sobotnią imprezową noc. Wasze byłoby pewnie podobne gdyby nie fakt, że od dawna byliście martwi. Zostaliście bez możliwości zadania jakichkolwiek pytań. Niezjedzony hamburger stygł obok brązowej koperty. Człowiek za ladą widział konsternacje na Waszych twarzach i nie odważył się podejść zebrać zamówienie.

    Przed Wami leżała duża koperta formatu A4. Ciężka samym swym istnieniem. Nikt z Was nie sądził że zgadzając się na spotkanie przyjął zlecenie od Księcia, ale czy ktokolwiek z Was wiedząc miałby odwagę odmówić?
    A teraz? Ciężar rósł z każdą chwilą, nikt z Was nie miał wątpliwości że konsekwencje ewentualnego spierdolenia tej roboty zaważą na Waszym całym istnieniu.

    Powoli zapoznawaliście się z zawartością przekazując sobie każdy dokument i czytając w zamyśleniu.

    A było to list:

    3a84429b-c639-435e-a5a0-a871e4fb3eed-image.jpeg

    Oraz dossier potencjalnych troublemakerów o których zajęciu się wspominał jaśnie władający, odręczne notatki spisane przez Damiena zapewne w lokalu zanim przyszliście, znał on jednak miasto doskonale, jak i tych których musiał pilnować.

    5d8614f5-a6cb-48d7-aa54-a70c0a053450-image.jpeg

    Wszystkie materiały były oznaczone notatką do spalenia po zapoznaniu się, dość kłopotliwa wzmianka, mogliście albo je zachować i narazić się zleceniodawcy, albo spalić i w razie problemów zostać sami z konsekwencjami swoich czynów. Warto było to przemyśleć. Poza dokumentami w kopercie były dwa przestarzałe telefony komórkowe z klapką firmy Motorola, wyłączone.

    Spojrzeliście sobie w oczy. Co teraz?


    Bleinert był próżny niemal tak jak Toreadore, szaleństwo objawia się wszak w różny sposób, a on pragnął atencji, karmił się nią na równi z vitae, czym więcej jej miał, tym więcej pragnął. Się uczył kontrolować, ale to było jak z alkoholizmem, jak już poszedł pierwszy kieliszek, uzależniony pławił się w nałogu. Niemniej nie wpadał Vigo w emfazę, z zaciekawieniem i uwagą śledził ruchy i tropy, którymi podążał Collins. Propozycja wydawała się interesująca, ruszyć się, działać, pragnął tego. Bał się tylko porzucić kontakt z koterią. -Zgoda, wejdziemy razem. Tylko trzeba zorganizować ruchy reszty, by nie trwonili czasu. Nie wiem: skrzynki, ziemię? Przesadzam? Jak Amanda wyłapie tego lotnika i jego wtykę to może tam Jonas z Laurą powęszy. Mogą też nas ubezpieczać z auta. Chciał coś dodać, ale uznał, że zbędne. Kto co widział i wiedział, wystarczało.
  • PiołunP

    Na początek mapka prezentująca Barrow byście mogli sobie poza moimi opisami wyobrazić jak wygląda miejsce akcji!

    text alternatywny


  • ZellZ

    Life is about change.

    Sometimes it's painful. Sometimes it's beautiful.

    But most of the time, it's both.

    ~Lana Lang

    text alternatywny


    [image: UiUdZHN.png] Michaił znieruchomiał. Coś mu się nie zgadzało. Coś, kurwa, nie tak. Spojrzał na jej dłonie. Potem na narzędzie. Potem znów na dłonie. Przekrzywił łeb, jakby od innego kąta miało mu się to wszystko ułożyć w jakąś zrozumiałą całość. Nie. Nie może być. Przecież sam czuł pod palcami, jak kości ustępują. Słyszał trzask. Znał ten dźwięk. Nie raz, nie dwa. Kość to nie rozgrzany pręt, żeby ją z powrotem wyprostować kilkoma uderzeniami młota. Trzeba czasu. Musi być czas. A minęło ledwie pół godziny. — Ki czort... — wymknęło mu się spod nosa. Obrócił jej dłoń, przyglądając się palcom z niedowierzaniem. Jeszcze przed chwilą były połamane. Pamiętał. Pamiętał przecież! A może nie? Na moment przemknęło mu przez głowę, że samogon namieszał mu w czerepie. Że coś pomylił, że źle zapamiętał, że może wcale... Nie. Nie, do cholery! Wiedział, co robił. Całe życie wiedział. Powoli puścił jej rękę. Cofnął się o pół kroku, a potem zerknął na Vsevoloda. Jednooki stał tuż obok, przyglądając się jego pracy z ciekawością, od której kowalowi zrobiło się nieswojo. On też widzi? Widzi to samo? Przełknął ślinę. Nagle zaschło mu w gardle. Jeszcze przed chwilą chciał mieć to przesłuchanie za sobą, wrócić do domu, do Nadiejki, napić się w spokoju. Zwyczajna robota. Zwyczajny dzień. A teraz? Spojrzał znowu na dziewczynę. Na jej dłonie. Na kajdany. — Nie możliwe... — szepnął. Przetarł twarz brudną dłonią. Może śnił? Może to jakaś czarownica, a nie dziewucha? Może dlatego tak go rozgrywała od samego początku? Żelazo nie zrasta się samo. Kość też nie. Podniósł wzrok na Vsevoloda. Chciał coś powiedzieć, zapytać, wyjaśnić sobie choć jedną rzecz, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Po raz pierwszy od dawna Michaił Władimirowicz Kuzniecjew nie wiedział, co zrobić z własnymi rękami. A to przeraziło go bardziej, niż chciałby przyznać. — Gospodin — słowo popłynęło nieśmiało, wstydliwie wręcz, — widzicie to? Musi czarownica jaka być.
  • GladinG

    Hej! Od jakiś 7 lat staram się wciągnąć moje dzieciaki w świat RPG. Najmłodsze, gdy zaczynaliśmy, miało 5 lat. Uważam, że RPG z dziećmi jest super sprawą, bo nie tylko pozwala spędzać wspólnie czas, ale rozwija dzieci wszechstronnie.

    Niestety, z trójki dzieci tylko jedno się w miarę wciągnęło w granie (tak piszę na wypadek, gdybyście mieli doła z powodu tego, że wasze z wami grać nie chcą).

    Poniżej to, czym chcę się z wami podzielić. Zapraszam do wrzucania tym, czym wy się chcecie pochwalić 🙂

    Jak wytresować Berserka

    Na początek graliśmy w świecie Jak wytresować smoka. Dzieci były wtedy wciągnięte w te filmy, seriale, więc było to dla nich ciekawe. Zanim stworzyłem na nasze potrzeby własny (bardzo prosty) system, trafiłem m.in. na taki system, a także na Nocną Furię w systemie D&D5.

    Mój własny system spisałem i udostępniłem. Jest prosty, moim zdaniem klimatyczny no i mi się podoba 🙂
    Do tego powstała też moja przygoda Kłopoty z Toporkiem

    Pokemony

    Po smokach nadszedł czas na pokemony. Znowu przeszukałem internet, wykorzystałem Tabletop United oraz Pokemon Tabletop Adventures.

    Na początek wykorzystałem „Oak's parcel” z DND5, „Indigo League” DND5, wplotłem w to „Trouble on the farm” z Tabletop United, „Song of ice and ire”.

    Korzystając z różnych systemów, z każdego biorąc co nieco, w końcu zbudowałem własny, który zresztą z biegiem lat ewoluował. Po drodze nawet zrobiłem dostępny materiał dla systemu i jednej z przygód. Ale od tamtej pory mój system ewoluował i zdążył się zmienić.

    #anchor(Harry Potter)
    Ten świat okazał się niewypałem. Może nie wstrzeliłem się w odpowiedni moment rozwojowy dzieci?

    Przejrzałem system „Broomstix", który przypadł mi do gustu, krótki i dość prosty, chociaż czasami zbyt mało dokładnie objaśniony. Niektóre rzeczy trzeba samemu doprecyzować (odnośnie tworzenia postaci).

    „Harry Potter RPG" odrzuciło mnie bardzo szybko - 150 stron praktycznie na temat tworzenia postaci i co na co wpływa, jak się ma wzrost do zasięgu na polu walki i takie tam. No nie, dzięki. Mega skomplikowane system to już istnieją.

    „Kids on brooms" odłożyłem, bo 50zł za PDFa wydaje mi się sporo. Zwłaszcza, że bardziej zależy mi na przygodach, niż systemie.

    Na początek poszła przygoda The Griffin of Teradom z nastawieniem się na przejście w Yule Time Mystery at Hogwart, a następnie Warlocks Tunnel. Jako podstawka systemu posłużył Hogwarts RPG (Harry Potter powered by the Apocalypse) z moimi modyfikacjami. Albowiem mechanika ma wspierać narrację, a nie narracja opisywać mechanikę. Ale skończyło się na jednej sesji 😞

    Co do innych przygód, to przejrzałem jeszcze „Nathair's Curse, and the Mystery of the Second Wand", które na pierwszy rzut oka wydawało się ciekawe, ale... w sumie sprowadza się do 2 walk i jest niedokończone. Ma za to rozrysowany pociąg do Hogwartu, co można wykorzystać.

    Systemów do Pottera było wtedy dużo. Jednej ze stron, której wtedy używałem już nie ma, a miała długą listę systemów. Na tej stronie jest kilka wymienionych.

    Swoją drogą, jak to jest, że jest kilkadziesiąt systemów to HarryPottera, ale znalazłem tylko 3 gotowe sensowne scenariusze? 😕

    Halloween

    Od lat organizuję też dzieciakom zabawy urodzinowe bądź haloweenowe. Nie są one RPGami... bardziej może LARPami, czasem Escape Roomami... też się w tym wątku z wami podzielę. To, co przedstawiam, to na ogół rzeczy proste, często niedopracowane, powstające ad hoc i tak proszę ja traktować. Ku inspieracji!

    Halloween 2020: córka poprosiła mnie tego dnia, o zrobienie im zabawy w poszukiwanie skarbów. Miała na myśli przygodę, w której chodzą po domu, poszukując wskazówek, aż na końcu docierają do ukrytego skarbu. Jednak przygotowanie tego typu zabawy zabiera mi kilka wieczorów (trzeba przygotować akcesoria, wydruki, wskazówki, dekoracje, zagadki). A ja tymczasem miałem na to może ze 2 godziny, dodatkowo był to mój dzień bez elektroniki, więc całość powstała tylko i wyłącznie przy pomocy kartki, długopisu i mojej głowy. Tak więc pomiędzy przygotowywaniem sałatki a zmywaniem naczyń powstała ta mikroprzygoda w stylu Escape Room. Rozegranie jej zabierze prawdopodobnie około 15 minut – więcej, jeżeli dodatkowo dorzucicie coś od siebie (opisy, scenki, wymyślanie szczegółów postaci, nowe wyzwania). Zagadki były pomyślane dla dzieci w wieku 7-11 lat. Niektóre są ciut za łatwe inne sprawiały im trudności. Jeżeli macie ochotę, wykorzystajcie to, by chwilę pobawić się z waszymi dzieciakami.

    Smokosiołki to jak widać nawiązanie do Jak wytresować smoka ale i do Shreka.

    W ubiegłym roku na Halloween, zainspirowany filmikiem przeprowadziłem zabawę polegającą na wydrukowaniu 20 gollumów z filmiku (w tym filmiku też jest zadanie znalezienia 20 gollumów). Były to wydruki od formatu A4 do coraz mniejszych.

    Udało mi się tak fajnie je poukrywać (sam siebie zaskoczyłem) że mimo, że dało się ich fragmenty dostrzec, to znalezienie wszystkich wymagało wskazówek i zajęło ponad godzinę.

    Powiem wam, że najstarsze dziecko jest już prawie dorosłe, a nadal uważa, że to super zabawa i bardzo mile wspomina te wszystkie zabawy, jakie im robiłem „za młodu”

    Polecam, jako inspirację dla forumowiczów-rodziców

    (1) Pan Osiołek to główny bohater bajek opowiadanych przeze mnie dzieciom.


    Sonic

    Natomiast moje najnowsza zabawa tego typu była osadzona w świecie Sonica. Odkryłem, że jest nawet specjalna seria MTG do Sonica:

    centered paragraph

    Które to karty wykorzystałem jako trofea do znalezienia.

    Wykorzystałem możliwości i wygenerowałem wskazówki głosowe (głosem Shadowa, przykładowe moje nagranie)

    Zagadki, jakie mieli do odgadnięcia, to m.in. rozpoznanie piosenki, z której wyrzuciłem tekst (specjalne stronki wykorzystujące AI, a jakże) - tytuł piosenki był wskazówką.

    Innym zadaniem było odcyfrowanie wiadomości, którą postać mówiła od tyłu. Przy czym nie było to puszczenie nagrania od tyłu, a każde słowo było wymówione od tyłu. Czyli zamiast np. „Cześć” postać mówiła „ćśecz” i tak z każdym wyrazem.

    Dalej, wygenerowałem obrazek z ukrytą wiadomością. W tym przypadku był to portret grupy postaci z Sonica z ukrytą na obrazie świnką morską. Bo właśnie u nas w domu przy klatce ze świnkami mieli znaleźć kolejną wskazówkę. A poniżej fotka mojej autorskiej dekoracji Shadow the Hedgehog w formacie 1,5m x 1m 😄

    centered paragraph


    Spróbuj z wypełnioną lateksową rękawiczkę, są w cielistym kolorze. A nagrobek zadrap by były szramy jak po pazurach I może jakiś krwawy odcisk dłoni
  • slann22S

    Witam!
    Prawdopodobnie jednak uda mi się rozpocząć jedną sesję głosowo, Ale zastanawiam się nad drugą mam takie pytanie.
    Jestem ciekaw, czy jest zapotrzebowanie na sesję superhero?
    Prawdopodobnie Rozgrywałbym ją Albo na mechanice Masks Uniwersum, albo używając systemów Sentinels of Multiverse Ewentualnie Outgunned. To że ty dzisiaj może też ma być Cortex lub nowy system Marvela, jak będę miał pewność co do tego, że będą chętni.


    No cóż jak widzę sesja Super Hero się nie przyjęła, więc proszę o zamknięcie tematu.
  • KetharianK

    text alternatywny

    W przedsprzedaży pojawił się dzisiaj kolejny sourcebook do wyczekiwanej przez wszystkich PIĄTEJ edycji WFRP. Fizyczne kopie podręcznika będą dostępne od pierwszego kwartału 2027, ale zamawiający je w przedsprzedaży otrzymują już dzisiaj wersję cyfrową.

    96 stron, ładna oprawa graficzna (jak wszystkie wcześniejsze podręczniki Cubicle 7). Wrzucam poniżej spis treści oraz jedną z ilustracji na zachętę.


    text alternatywny


    text alternatywny


    @Ketharian napisał: Więcej o jego zawartości niebawem w osobnym wpisie, bo chociaż jestem wielkim zwolennikiem odkrywania białych plam na mapach Starego Świata, jest co najmniej jeden lorowy wątek wciśnięty do tego dodatku, który wywołał moją dezaprobatę. To nie jest biała plama, obstawiam powrót 1ed lore jak z Solkanem. A sam poderek zapowiedziany był iirc w 2022 gdy wydawali Salzenmund (ogólnie planowali wejść bardziej w Nordland i wybrzeże Morza Szponów, ale porzucili później tę drogę na rzecz 5ed). Wrecker's Point i Reaver’s Point to raczej stare lokacje z 1 ed WFRP (pewien nie jestem, ale pewnie oryginalny opis znajdziesz albo w Marienburg: Sold Down the River albo w The Dying of the Light, ale w sumie muszę poszukać źródła - do tej pory sądziłem że to jedno i to samo miejsce, więc mogę się tu mylić, ale w grach było lata temu). Lokacja pojawiała się w grach na licencji GW, nie tylko w TW: Warhammer (poniżej mapa z Warhammer: Oddysey) [image: 1792239737849-94d3e0b8-e275-4e5c-ae7e-ffc7cd6b0f5c-image.jpeg]
  • Dust MephitD

    WSTĘP

    text alternatywny

    Drogi czytelniku,

    Piszę do ciebie z niezwykłego miejsca, w którym granica między wyobraźnią a rzeczywistością najcieńsza jest w całym Wieloświecie. Drobna iskra, powiew czy kropla wystarczą tutaj, by zburzyć tą granicę i natchnąć boskim ogniem inspiracji, lub zesłać w otchłań obłędu każdego, kto do niej zawitał. Rodziły się tutaj i umierały pierwotne byty, tworzyły się i rozpadały światy, staczały się najwspanialsze pojedynki i odbywały najpiękniejsze przygody. Nie pamiętam jak się tu znalazłem ani jaka siła mnie tutaj sprowadziła, wiem jednak dlaczego. W przeszłości dane było mi pisać o wielu rzeczach dziejących się niemal w całym Faerunie. Tym razem, chcę jednak opowiedzieć Ci historię pewnych śmiałków, których ścieżki losu połączyły się ze sobą w niezwykły sposób. I choć ich drogi bywały różne, to odnalazły w końcu wspólny mianownik- Podgórę.

    O Lochu Szalonego Maga i samym Halasterze, który go zbudował, znaleźć można wiele prawd, półprawd i kłamstw. Nam, dane będzie poznać Podgórę przez historię tych, którzy ją przemierzyli. Nie mogę Ci obiecać, że ta historia będzie miała dobre zakończenie, bo sam tego jeszcze nie wiem. W momencie gdy to piszę, gra, w której stawką jest ich życie, nadal się toczy. Zostanę jednak przy nich tak długo, jak długo będą w nią grać i każdego dnia będę spisywać ich czyny, by nie popadły w zapomnienie.

    Volothamp "Volo" Geddarm


    9 Eleint 1492 DR Kolejny dzień zaczyna się spokojnie- od uporządkowania i sprzedania tego, co awanturnicy znaleźli i złupili wczoraj w Podgórze, aby nie taszczyć stalowych płyt, które Zak planuje użyć jako surowiec do nowej zbroi, Stockfisch prosi Durnana o możliwość zdeponowania ich w karczmie. Durnan przystaje na propozycję za drobna opłatą. Alanis, oswaja się z nowo zdobytym i dość niecodziennym magicznym artefaktem- wampirzymi zębami, które pozwalają na karmienie się siłami witalnymi swoich ofiar. A Kris'sh z kolei daje Zakowi do zrozumienia, że domyśla się pochodzenia ukrytego pod maską drowa. Przy śniadaniu, wywiązuje się krótka rozmowa na temat wiary, bogów i patronów, po którym drużyna decyduje się na ponowne zejść do lochu. Na dole, Zak ujawnia swoje oblicze, a w sali z kolumnami bohaterowie natrafiają na kolejną nowość- ogromny szkielet stworzenia przypominajacego węża. Nieopodal szkieletu stoi niedźwieżuk. Zdaje się spokojnie na nich czekać. Wywiązuje się rozmowa, z której wychodzi, że strachun należy do gildii Xanathara. Bezemoconalnym tonem wyjawia on drużynie, że intencje Uktarla nie są czyste i ma on zamiar ich wykorzystać i zdradzić, kiedy tylko nadaży się okazja. Proponuje jednak nawiązanie współpracy z gildią. W zamian za pozbycie się Ukratla i jego świty, drużyna będzie mogła przejść na drugi poziom pod kuratelą gildii. Strachun zostawia drużynę z ograniczonym czasem na decyzję i pozbycie się kwestii upadłych aktorów. Zanim przybywa Uktarl, bohaterowie postanawiają zbadać pomieszczenie ukryte za sekretnym przejściem w kształcie płaskorzeźby. Tam odnajdują odciętą orczą dłoń, oraz świecący bladym światłem miecz wbity w zbroję z kości. Od miecza firbolg wyczuł aurę magii zaklinania i przywołania. Zak z łatwością wyciąga go z kości. Kiedy chce jednak schować miecz do pochwy, okazuje się, że ten przylgnął do dłoni Zaka, a kapłan zostaje skazany przez jakiś czas na wędrówkę z przeklętym mieczem. Kiedy dróżyna cofa się do komnaty z płaskorzeźbami, niemal wpada na Uktarla i jego świtę. Wśród aktorów, dostrzegają też nowe twarzę. Młoda kobieta i starszy łysiejący mężczyzna, przedstawiają się jako Timea i Marrden. Proszą awanturników o pomoc w odbiciu ojca Timei, którego porwała gildia Xanathara. Uktarl proponuje nawet połączenie sił. Drużyna nie chce jednak zadzierać z gildią i nie decyduje się na pomoc. Zawiedziona Timea odchodzi wraz ze swoim stryjem, a drużyna zaczyna negocjowanie warunków odejścia aktorów z Podgóry. Uktarl wyjawia, że nie mogą opuścić lochu od tak przez karczmę i grozi im za to śmierć. Zdradza jednak też, że zna inne wyjście, które chronione jest przez trzy żarłoczne mantykory. Lider aktorów proponuje, że odejdą, jeżeli drużyna oczyści im drogę z potworów. Bohterowie przystają na to rozwiązanie, a Uktarl zdradza im drogę do legowiska mantykor. Po drodze do leża potworów grupa eksploruje kilka komnat- salę z posągami Waterdeviańskich szlachciców, gdzie odnajdują magiczny kostur, pokoje popleczników Harii, w której wpadają na dwójkę goblińskich dezerterów i odnajdują dziennik jednego z aktorów. Dalej odkrywają też salę tronową ze szczątkami wiwerny. Aż w końcu, trafiają do długiej sali z dwoma rzędami posągów, która kończy się wielkimi drzwiami zabezpieczonymi świecoącym glifem. Glif okazuje się związany z niezwykle starą i nieprzewidywalną magią, a kiedy firbolg przełamuje go, cudem udaje mu się uniknać śmierci przez spopielenie ekstremalnie wysoką temperaturą. W końcu trafiaja do leża mantykor. – Świeże mięso! – Zadrwił z oddali głos, kiedy tylko przechodzą prze próg komnaty. – Śmierdzi drowem, nie przepadam – odpowiada drugi głos – odór wilgoci i pleśni maskowany perfumerią. Ale zaradzimy. Zaradzimy! Dzięki swoim drowim zmysłom, Zak szybko dostrzega gadatliwe stwory. Trzy mantykory stoją wysoko na półkach nad trzema przejściami, podobnymi do tych które właśnie minął. Nie wyglądają na przyjaźnie nastawione i zdecydowanie gotują się do ataku. Walka trwa długo, a podczas jej trwania łowca traci przytomność, będąc blisko śmierci. Na domiar złego, w jej trakcie, drużynę atakuje jeszcze trolica będąca służką potworów, które pewne siebie, drwią sobie z drużyny. Powoli jednak, przewaga odwraca się na korzyść bohaterów, aż w końcu mantykory padają martwe na ziemię. Ciężko ranna i osłabiona drużyna, postanawia jednak nie kusić więcej losu i natychmiast wraca się do Ziejącego Portalu zregenerować mocno nadwątlone siły.
  • SindarinS

    Nad Środkową Durą niebo nigdy nie było do końca błękitne – stanowiło raczej mozaikę rdzawych spodów mostów i cieni rzucanych przez Górne Miasto. Deszcz, który tu docierał, był już tylko drobną, wszechobecną mżawką, która osiadała na skórzanych płaszczach przechodniów niczym lśniąca patyna, większa jego część spływała raczej jako strugi wody z wyżej położonych dachów i krawędzi, trafiając co bardziej nieostrożnych przehodniów. Przez plusk wody przebijał się głuchy stukot wind towarowych, szum przelatujących niebostatków i odgłosy pracy warsztatów, często wrzących od aktywnoście przez całą dobę.

    Uliczne wiecznolatarnie, ze szkłem przybrudzonym pylem i sadzą,, rzucały na mokry bruk długie, bursztynowe refleksy, znacznie liczniejsze niż sporadyczne promienie zachodzącego słońca. Tłum był tu gęsty i jego najbardziej wyróżniającą cechą był brak wyróżnających cech, emanował wręcz anonimowością – rzemieślnicy, drobni handlarze i najemnicy o czujnych spojrzeniach mijali się bez słowa, każdy pochłonięty własnym celem - wśród innych osób, a zarazem kompletnie samotny. To nie było miejsce beznadziei, jak jego niższa dzielnica, ale twardych realiów, gdzie zapach smaru do maszyn mieszał się z aromatem potraw serwowanych prosto z ulicznych wózków.

    Gdy droga przeszła w labirynt Szaleństwa Haretha, surowa geometria Dury ustąpiła miejsca architektonicznemu, nomen omen, szaleństwu. Tutejszs budowle zdawały się przeczyć zdrowemu rozsądkowi, a czasem nawet regułom geometrii – wieże wyginały się ku sobie jak starzy przyjaciele, mosty prowadziły donikąd, a wąskie, chybotliwe przejścia zawieszone nad otchłanią drżały lekko pod wpływem magii lewitacyjnej, która wydawała się być jedyną siłą trzymającą tę dzielnicę w ryzach. To miejsce miało w sobie jednocześnie coś z wesołego jarmarku i gorączkowego snu szaleńca.

    hareths folly.png

    Między balkonami rozpięte były liny z praniem i kolorowe, choć nieco spłowiałe proporce, które łopotały na wietrze wiejącym z niższych poziomów. Szaleństwo Hareth oferowało rozrywkę tym, którzy szukali zapomnienia, ale nie stać ich było nawet na myśl o luksusach Podnieba. Z oddali dobiegały dźwięki przeróżnych, nierzadko rozstrojonych, instrumentów, a zapach deszczu ustępował miejsca woni palonego kadzidła, wina, piwa, tytoniu i innych używek, znanych tylko wtajemniczonym. Każdy krok po ażurowych mostach przypominał fokumentnie, że w Sharn grawitacja jest jedynie sugestią, a całe życie toczy się na krawędzi.

    W samym sercu tego architektonicznego chaosu, wciśnięta między dwa pochylone bloki szarego granitu, znajdowała się tawerna Król Ognia. Jej szyld – ciężka, miedziana korona, wokół której wciąż tańczyły drobne, magiczne iskry – skrzypiał miarowo na wietrze, rzucając na wejście ciepły, pomarańczowy blask. Była to latarnia dla tych, którzy chcieli na chwilę uciec przed wilgocią i cieniem Środkowej Dury.

    Po pchnięciu ciężkich, dębowych drzwi, w odwiedzających uderzała fala suchego, korzennego gorąca. W centralnym punkcie sali, wewnątrz wielkiego, żelaznego pierścienia, płonął ogień, który nie dymił i nie przygasał – jego płomienie miały barwę głębokiego złota, oświetlając salę znacznie lepiej niż jakiekolwiek lampy. Jego mniejsze wersje oświetlały każdy ze stolików wewnątrz, tworząc niesamowitą grę światła i cieni. Inspiracja ognistym piekłem Fernii w wystroju była oczywista nie tylko dla znawców sfer żywiołowych.

    King of Fire.png

    Wnętrze było pełne gości, co akurat nie było niczym zaskakującym, biorąc pod uwagę porę dnia i pogodę na zewnątrz. „Król Ognia” był oazą w takich warunkach – miejscem, gdzie blask paleniska zacierał różnice między profesjami, a przemoczone płaszcze mogły wreszcie wyschnąć w cieple magii, która od lat stanowiła serce tej tawerny. Ale jeśli ktoś odwiedzał go latem, w trakcie Wyścigu Ośmiu Wiatrów, to obecny tłok był dla niego niczym - w końcu dzisiaj dało się przejść przez główną salę, potrącając nie więcej niż trzy osoby..
    Jako jasny dowód na ogromną wielokulturowość Dury, liczne stoliki obsadzone były przez przedstawicieli niemal każdej rasy zamieszkującej Sharn, wywodzących się z przeróżnych środowisk. Lokalni tragarze z Bazaru, narzekający przy piwie na siedzących po drugiej strony sali, raczących się winem kupców. Marynarze z Domu Lyrandar hałaśliwie opijający jakieś sukcesy, ku niezadowoleniu paru gnolli i goblinów próbujących grać w karty tuż obok. Grupa urzędników, relaksująca się po ciężkim dniu przekładania papierków z miejsca na miejsce, obserwowana przez dwójkę zbrojnokutych. Przynajmniej kilku poważnych typów w w większości mokrych kapturach zaciągniętych na głowy, siedzących samotnie w nielicznych co bardziej zacienionych miejscach. Meduza w zdobionej opasce na oczy, flirtująca z wyraźnie niepewnym tego co się właśnie dzieje człowiekiem. Kilku lykanów dyskutujących zawzięcie z bogato odzianym krasnoludem, ku rozbawieniu dowcipkującego nieopodal gnomiego tercetu. Temu wszystkiem przyglądało się stojące za barem z niemal idealnie czarnego drewna małżeństwo niziolków, będące właścicielami tego przybytku - nie usługiwali gościom, ograniczając się do wydawania krótkich poleceń obsłudze, która śmigała z kuflami, kielichami, szklanicami i talerzami przystawek.
    Każdy stolik w głównej sali wydawał się prezentować inną historię, z których większość miała pozostać tajemnicą. Jedna z nich warta jednak była w tym momencie większej uwagi.

    W oddzielnej alkowie, będącej jednocześnie tarasem wychodzącym na Centralny Płaskowyż, ustawiono większy stolik, mogący bez trudu pomieścić i do tuzina osób. Póki co widać było pojedynczą sylwetkę - na co dzień jednego z najlepszych (a swoim zdaniem najlepszy) śledczych w Sharn, postrach złoczyńców i źródło irytacji Domu Medani. A dziś? Nadawca wielu listów, postawiony pod ścianą, szukający wsparcia nawet u tych, którzy nim gardzą, pierwszy raz w życiu ...zagubiony? A może tylko takiego udający?
    Alestair de Saint-Cyran rozsiadł się tak, by mieć kryte plecy i dobry widok zarówno na otwartą przestrzeń, jak i główną salę. Wokół jego twarzy kłębił się delikatny dym z jednego z jego samodzielnie skręcanych papierosów, wypełnianych mieszanką tytoniu i moce raczą wiedzieć czego jeszcze. Na blacie, obok na wpół opróżnionej szklanki, piętrzyło się kilka teczek na dokumenty. Khoravar spokojnie obserwował gości tawerny i tylko dobrze go znający wiedzieli, że za tym pozornie leniwym wzrokiem krył się umysł analizujący każdy szczegół w zastraszającym tempie - niewykluczone, że zdążył już poznać historię każdego ze stolików, każdej kłótni i dyskusji, a nawet rozwiązać problemy ich uczestników. Zamiast tego ograniczył się jedynie do wypatrzenia znajomych twarzy w tłumie i skinienia im głową w zapraszającym geście.


    Thalamer Jeśli wyczyszczenie tabliczki było celowym zabiegiem zwracającym uwagę, to efekt był pełnym sukcesem. Od jakiegoś czasu czyszczono ją regularnie, a sądząc po braku smug, używano pewnie magii czyszczącej. Zarówno ona, jak i zamek nie emanowały żadnymi pozostałościami aur magicznych, co w przypadku tego drugiego było akurat znaczące. Alestair z pewnością miał solidne magiczne zabezpieczenia przed ewentualnym włamem do biura – prywatność była dla niego znacznie ważniejsza niż ładna tabliczka koło drzwi. Wyglądało więc na to, że ktokolwiek się tu włamał, rozbroił je z dużą wprawą, a następnie z podobną wprawą poradził sobie z samym zamkiem, na którym nie było widać żadnego śladu po brutalnych próbach wyłamania. Dodatkowe poszukiwania przyniosły efekty – w opróżnionej szufladzie biurka wciąż znajdowało się ozdobne puzderko, które zapamiętał z ostatniej wizyty u detektywa, kiedy świętowali zakończenie zlecenia. Otwierając je, poczuł wspaniały zapach aiundańskiego tytoniu z delikatną domieszką liści lodret. Większość cygaretek zniknęła, ale ocalało ich przynajmniej kilkanaście. Borin Pierwsza teoria o tym, czego tu szukano, szybko upadła przy dłuższej analizie. Intruzi, a sądząc po śladach, kierunku przesuwania mebli i trajektorii przedmiotów zrzucanych z biurka musiało być ich trzech, przyszli tu w konkretnym celu, a nie tylko by zrobić bałagan. Ewidentnie czegoś szukali, chociaż prawdopodobnie nie mieli stuprocentowej pewności, gdzie to coś się znajduje. Poturbowania makabrycznego trofeum dokonano na sam koniec, przed opuszczeniem biura – była to jedyna bezsprzecznie bezcelowa rzecz, jaką zrobili włamywacze. Wsłuchanie się w głosy miasta potwierdziło te nowe przypuszczenia. Niecałą godzinę po tym, jak Alestair opuścił biuro (zapewne udając się na kolację), do środka wparowały trzy zamaskowane osoby – dwoje o ludzkich wymiarach, jedna znacznie niższa. Sama tabliczka? Alestair zaczął dbać o jej czystość jakieś 3-4 miesiące temu. Bekhesh Możliwość przeczytania stron tekstu w mgnieniu oka była niezastąpiona – jednak zdobycie informacji nie było tożsame z jej skatalogowaniem i przyswojeniem wiedzy. W biurze rozrzucono setki kartek pochodzących z akt kilkudziesięciu spraw, które z początku zdawały się być kompletnym chaosem, od którego pękała głowa. Na szczęście Alestair znakował strony według jakiegoś pokręconego systemu, którego zrozumienie było i tak dla Bekhesha znacznie łatwiejsze niż zgadywanie, co jest kontynuacją czego – zadanie tym trudniejsze, że włamywacze zabrali ze sobą sporą część dokumentów i wszystkie pozostałe akta były niekompletne. Dobrych kilkanaście minut później hobgoblin miał przed sobą kilka równiutkich stert posegregowanych akt, a jego głowa aż huczała od informacji. Udało mu się podzielić je na kilka grup: sprawy cywilne, zlecenia od Domów, sprawy kryminalne, zarówno oficjalne i nieoficjalne, a także akta ważnych zdaniem śledczego osób. Ta ostatnia, zawierająca oczywiście notatki na temat wszystkich obecnych teraz w biurze, została najbardziej ogołocona. Niemal tak samo, jak jeszcze jedna sterta, wydzielona przez Bekhesha na samym początku: akta spraw związanych z uciekinierami z feralnego transportu. Z tych zostało naprawdę niewiele: Spoiler Scrimshaw – Zapiski na temat używanego sprzętu: wytwarzane i umagiczniane na zamówienie strzały z czarnodrzewu (na marginesie dopisek „Mendyrian?”) oraz zjadliwe mieszanki trucizn (wielu dostawców w Trybach). Ustalenia odnośnie potencjalnych kryjówek, wskazujące na przynajmniej tuzin różnych lokacji rozsianych po Sharn. Notatka sugerująca skontaktowanie się z kalashtar Quelltrai w celu skorzystania z jej pomocy przy prowokacji. Taklinn Soldorak – Lista towarów, które szmuglowali do Sharn. Niespójne, szalone wręcz relacje ofiar Taklinn, którym udało się przeżyć eksperymenty, a które obecnie przebywają w Domu Leczenie Kurali w Clifftop. Relacja wskazuje lokalizację pełnego potworności laboratorium we Wrotach Khybera. Na marginesie dopisane „powinno się to wypalić, ale nie chcę tam wracać”. Gersi ir’Cannith – Miejsca, w których pracowała: Eston, Cannith Wschód, Whitehearth, Stalownia Przemysłowa w Popiołach. Fragment stenogramu z przesłuchania, podczas którego przekonuje, że musiała zrobić co zrobiła, by powstrzymać kolejny Dzień Żałoby, a zbrojnokuci po „operacji” są na pewno szczęśliwsi, bez trosk. Mange – Cała strona niedokończonych rozważań na temat tego, czy jest jedynie lykanem, czy pełnoprawnym wilkołakiem. Kalendarium faz księżyców zestawione z relacjami świadków – wyniki niekonkluzywne. Lista kilkunastu nazwisk jego kapitanów z dopiskami o statusie – siedmiu siedzi, pięciu nie żyje, czterech zniknęło podczas obławy. Wampir z Northedge – Szkice przedstawiające wzory skaryfikacji. Notatka z rozmowy z Lanem Hazalem – mężem jednej z ofiar, który jest pewien, że nie ma tu żadnych wątków religijnych, a jedynie jakiś kompletny szaleniec (w kontrze do głośnych powiązań z Krwią Vol). Adres opuszczonej willi w Northedge, której używał jako kryjówki. Taer Badanie aur okazało się mało owocne. Poza wiecznolampą brakowało tu żadnych aur magicznych – co samo w sobie było nietypowe, gdyż Alestair zwykle miał pod ręką przynajmniej kilka magicznych gadżetów. Przynajmniej miał pewność, że nie zostawiono tu żadnych pułapek, czujek czy pluskiew. Pozostałe auromantyczne badania również nie przyniosły efektów, więc trzeba było przerzucić się na zwyczajne metody. Gabinet był całkowicie zdewastowany, ale Taer miał silne przeczucie, że poza ewidentnym poszukiwaniem czegoś, chaos był tu celem samym w sobie. Jego uwagę zwróciła tablica: ktoś bardzo przyłożył się do zniszczenia jej, wykonując kilkanaście szybkich cięć prostym ostrzem, wzmocnionym najpewniej magią ognia. Zwyczajny lub alchemiczny ogień nie wchodził w grę - płomienie nie rozprzestrzeniały się zbyt daleko od linii cięcia, więc nie było mowy o celowym opalaniu lub rozbryzgach płonącego płynu. Gundrik i Żelo Znając Alestaira nieco bliżej niż pozostali, dwaj weterani wiedzieli, jak szukać czegoś, co naprawdę chciałby ukryć. Jak można było spodziewać się po paranoiku, którego plany mają własne plany, biuro miało przynajmniej kilka skrytek. Trzy pierwsze, w biurku i podeście pod golemiczną ręką były proste do znalezienia, co udało się włamywaczom – ale o to właśnie chodziło, wewnątrz z pewnością było zaledwie kilka pierdół, trochę monet, może jakieś nieważne (lub fałszywe) dokumenty. Ich zadaniem było zadowolić przeszukującego, ale jednocześnie wzbudzić podejrzliwość tych bystrzejszych: w końcu poszło aż za łatwo, więc musi tu być coś więcej. Tak też było: w ścianie nad framugą znajdowała się kolejna skrytka, wydrążona w kamieniu. Ta również została opróżniona, co z pewnością nasyciło ciekawość i chciwość włamywaczy. Takie było właśnie jej przeznaczenie: zniechęcić do dalszego przeszukiwania. Przecież w biurze nie byłoby kolejnej ukrytej przestrzeni, prawda? Ostatecznie, tak też było – piąta skrytka była tuż za oknem, pod zdejmowanym fragmentem parapetu. Wewnątrz znajdowała się jedynie niewielka karteczka zapełniona symbolami, literami i cyframi, ani chybi klucz do jakiegoś szyfru. Pół godziny później Bekhesh właśnie kończył katalogować sterty papieru, gdy z korytarza zaczęły dobiegać nowe hałasy. Głośny stukot metalu o kamień, następnie kilka głośnych okrzyków, poprzedzających cichszą wymianę zdań między Varokiem a kimś o bardzo władczym głosie. Kolejnym odgłosem były ciężkie kroki konstrukta i jego pełne irytacji słowa, gdy pojawił się w zasięgu wzroku: - Tutejsi stróże, niezbyt zadowoleni Gdy przekazał wiadomość, oparł się o ścianie, a w jego postawie widać było niezadowolenie. Minęła go trójka strażników miejskich, odzianych w przepisowe kolczugi i hełmy, z gizarmami zarzuconymi na ramię. Prowadził ich siwiejący, acz wciąż ciemnowłosy mężczyzna o bladej karnacji z dystynkcjami sierżanta widocznymi na poniszczonym prochowcu, zarzuconym niedbale na pancerz. Przez chwilę wodził przemęczonymi, podkrążonymi oczami po biurze Alestaira, zanim nie odezwał się nieco ochrypłym głosem: - Czy ktoś może mi łaskawie wyjaśnić, co właśnie odpierdala się na miejscu zbrodni? – zapytał, bardziej zniechęcony niż zdenerwowany. Borin, Taer i Żelo szybko połączyli niechlujną aparycję i radosne usposobienie z konkretnym nazwiskiem. Sierżant Baelen Cord, za plecami nazywany Prochem, był jednym z bardziej charakterystycznych przedstawicieli prawa z Menthis. Przeszedł szkolenie w specjalizującej się w arkanokryminalistyce Poczerniałej Księdze, ale powody, dla których wrócił z tej elitarnej jednostki do szlifowania krawężników, były obiektem plotek i niestworzonych historii. Miał reputację nieprzekupnego, upartego i swarliwego, ale skutecznego – z pewnością miał lepszą opinię wśród szeregowych strażników niż przełożonych, którzy często oddelegowywali go do paskudniejszych i ryzykownych spraw.
  • Janusz PodziemiJ

    Sześć tygodni temu obudziłeś się pod zachodnią bramą miasta. Byłeś ranny i nie pamiętałeś niczego sprzed tamtego dnia. Znalazł cię Trzewik, niziołek z Bractwa Ostiariuszy, które opiekuje się przybyszami. To on nazwał cię Puchatym, bo tego samego dnia pod bramą ktoś widział bestię podobną do niedźwiedzia, która przegoniła rabusiów napadających na kupców. Kiedy odzyskałeś siły, Trzewik zauważył, że twoje ręce pamiętają coś, czego ty nie pamiętasz, i załatwił ci pracę u kowala.

    Od tamtej pory jesteś czeladnikiem w kuźni mistrza Teriona.

    79b8f4c3-6bee-467f-878b-c86ef2464a1c-image.jpeg

    Kuźnia stoi w Miechach, dzielnicy kowali, płatnerzy i wynalazców, która wspina się po stoku ku Czarnym Urwiskom. Urwiska to wysoka ściana skalna nad miastem, podziurawiona setkami otworów. To wejścia do katakumb, w których Stubramie od tysięcy lat chowa zmarłych. Z ulicy wyglądają jak okna domu, w którym nikt nie zapala światła.

    Główna ulica Miechów nie jest ulicą, tylko schodami. Setki kamiennych stopni pną się pod górę między warsztatami, a z boku, w wyżłobionym rowku, spływa strużka wody z kanatów, podziemnych kanałów, które nawadniają miasto. Kowale czerpią z niej do hartowania, kłócąc się o każdy kubeł.

    Domy po obu stronach schodów rosną jeden na drugim. Dół to kamień, starszy niż miasto, wyżej drewno, blacha i rury, a z każdego piętra zwisają łańcuchy, koła zębate i bloki, na których wciąga się ciężary. Przed warsztatami stoją stojaki pełne grotów i drzewców, skrzynie złomu, beczki z węglem. Nad drzwiami jednego z nich wisi czaszka byka. Terion przechodzi pod nią codziennie i nigdy na nią nie patrzy.

    Tłum na schodach jest taki, jakiego nie zobaczysz nigdzie indziej. Ork w skórzanym fartuchu wnosi na ramieniu wiązkę żelaznych prętów. Ktoś z łuskowatą jaszczurczą głową pcha pod górę wózek z przenośnym piecem. Diabelstwo o czerwonej skórze i z ogonem zamiata stopnie. Kenku, człowiek-ptak z dziobem zamiast ust, przebiera w skrzynce gwoździe i śrubki, po jednej sztuce do każdej przegródki. Pod ścianą stara kobieta w szerokim kapeluszu, z nosem długim jak dziób, ogląda pod światło koło zębate i targuje się o nie z handlarzem złomu.

    Najbliżej waszej kuźni siedzi olbrzymi żelazny człowiek, trzy razy wyższy od ciebie, pordzewiały i nieruchomy. Nikt nie wie, kto go zbudował ani ile ma lat. Gnomka w goglach i z jedną dłonią ze stali, której wszyscy tu schodzą z drogi, grzebie mu w piersi, a brodaty krasnolud trzyma jej latarnię. Robią to od miesięcy. Olbrzym jeszcze ani razu się nie poruszył.

    Na tych schodach są cztery kuźnie obok siebie. Żadna nie ma przedniej ściany, więc paleniska są otwarte na ulicę, a przechodnie idą przez gorące powietze.

    Mistrz Terion jest minotaurem. Ma byczą głowę z rogami i ciało jak beczka, a sierść na karku zawsze przyprószoną sadzą. Jest tak wysoki, że rogami rysuje belki stropu. Mimo to mówi cicho i spokojnie, a młota prawie nie wypuszcza z ręki. Ma zwyczaj, który zauważyłeś pierwszego dnia: przygląda się ludziom tak, jak ogląda kawałek żelaza przed kuciem, jakby sprawdzał, do czego się nadają. Wieczorami schodzi do piwnicy przez klapę w podłodze za paleniskiem. Zabiera ze sobą drzewce do broni, „do naprawy”, a wraca z pustymi rękami.

    Galatea, którą wszyscy nazywają Świerszczem, jest uczennicą w tej kuźni od trzech lat. Jest odmieńcem, istotą, która potrafi zmieniać wygląd twarzy. W kuźni nosi twarz wysokiej, złotowłosej piękności. Tylko dłonie ma pokryte oparzeniami, bo wciąż źle trzyma szczypce. Mówi bez przerwy i z wielką pewnością siebie, a prawie zawsze się myli. Przez sześć tygodni dowiedziałeś się od niej, że stal hartuje się w mleku i że dziura w bruku za rogiem prowadzi do skarbca dawnego króla. Kiedy ktoś ją poprawia, jej twarz na chwilę zaczyna się zmieniać, sama z siebie, a rozmowa schodzi na inny temat.

    Twoja praca jest prosta: dmuchać miechem, nosić węgiel, trzymać, gdzie każą, i kuć to, co mistrz ci powierzy. Co tydzień Terion wypłaca ci zapłatę i jedną monetę odkłada do skrzynki pod ławą.

    — Pogłówne — mówi. — To podatek, który płacą w tym mieście ci, którzy nie są obywatelami. Co kwartał, przez siedem lat. Jak zapłacisz wszystko bez jednej zaległości, zostaniesz obywatelem. — Raz dodał, patrząc na monety: — Albo jak przeżyjesz jedną wojnę w obronie miasta. To szybsza droga.

    I parsknął, jakby to był żart.

    Na drzwiach kuźni wisi tabliczka cechu kowali. Każdy cech w Stubramiu pilnuje swojego kawałka murów miejskich. Kowale mają odcinek przy zachodniej bramie, tej samej, pod którą cię znaleziono. Na tabliczce kredą wpisano, kto i której nocy pełni wartę. Twoje imię stoi przy nocy, która przypada za trzy dni.

    Na stojaku w głębi warsztatu leży zamówienie, o którym mistrz mówi z szacunkiem: głownia miecza bez rękojeści, owinięta w płótno. Na płótnie jest woskowa pieczęć z dwiema twarzami. To znak Zakonu Janusowego, złotych paladynów, którzy pilnują w mieście portali. Starsi rycerze Zakonu naprawdę mają dwie twarze, jedną z przodu, drugą z tyłu głowy. Terion wykuł tę głownię dziesięć dni temu. Nikt poza nim nie może jej dotykać.

    Dziś rano ulicą przechodzi patrol Zakonu. Ostatni z czterech rycerzy ma na potylicy drugą, brodatą twarz, która powoli ogląda kuźnie.

    — Patrzył na mnie? — pyta Terion, nie podnosząc głowy.

    — Patrzył — mówi Galatea.

    — Którą twarzą?

    — Tą z tyłu.

    — To dobrze. Tamta jest głupsza.

    Przed południem ogień w palenisku nagle bucha, choć nikt nie ruszył miecha. Terion marszczy brwi. Ulicą idzie gość. Wokół niego wieje wiatr, chociaż na ulicy powietrze stoi.

    To Magister. Czarodziej z Almutałatu. Almutałat to trzy wieże, siedziba cechu magów zwanych Trzykrotnymi. Doskonalą się w trzech sztukach: alchemii, magii i sferologii.

    Magister ma bladoniebieską skórę i włosy, które cały czas falują, jakby stał na wichurze. W prawej dłoni niesie szklaną kulę, w której kręci się mała burzowa chmura. Na palcu nosi trzy obrączki, ale tylko jedna z nich ma kamień.

    — Magistrze — mówi Terion.

    — Mistrzu. — Magister wchodzi do środka, a płomień w palenisku pochyla się w jego stronę. — Przyszedłem przygotować ostrze Zakonu do zaklęcia.

    Galatea od razu staje przy stojaku i uśmiecha się do niego promiennie.

    — Stal jest gotowa, magistrze. Mistrz hartował ją w mleku, jak w Hyrkanii…

    — W wodzie z odrobiną soli — przerywa Magister. — Widać to po kolorze. W mleku nikt nie hartuje, jeśli nie chce mieć pękniętego miecza.

    Twarz Galatei zaczyna się zmieniać. Oczy jej jaśnieją, rysy łagodnieją.

    — Przestań — mówi magister ostro. — Nie znoszę tego. Wybierz sobie jedną twarz i przy niej zostań.

    Galatea cofa się pod ścianę.

    Magister odwija płótno. Przez środek głowni biegną dwa wąskie, głębokie rowki, zwane zbroczami. W zwykłym mieczu są płytkie i służą do odciążenia ostrza. Te są zbyt głębokie. Magister przesuwa palec tuż nad nimi, nie dotykając stali.

    — Dobrze. Rowki są równe. Później trzeba będzie je wypełnić magicznym składnikiem. — Odwraca się do Teriona. — Skoro o tym mowa: karawana przyszła?

    — Nie.

    — Miała wejść zachodnią bramą półtora miesiąca temu.

    — Weszła — mówi Terion. — Ale bez skrzyni, na którą czekamy. Kupców napadnięto pod samą bramą. Któryś z rabusiów uszedł z życiem. Zabrał skrzynię.

    Magister śmieje się krótko i bez wesołości.

    — Cudownie. Zakon zapłacił z góry, a przełęcz w górach zamknie się za miesiąc i do wiosny nie przyjedzie żadna karawana. Ten miecz ma ostrzegać rycerza przed każdym zagrożeniem, żeby nikt nie zaskoczył go przy portalu. Do tego potrzebuję dwóch języków z jednego zwierzęcia, które ma dwie głowy. Zwierzęta, o których mówię, żyją tylko w Zamurzu, w dzikich krainach daleko za miastem. Nazywa się je psami śmierci.

    Galatea pochyla się do ciebie i szepcze, już zapomniawszy o urazie:

    — Słyszałeś? Napad pod zachodnią bramą. To tam, gdzie była ta bestia, co przegoniła rabusiów. Tego samego dnia, kiedy cię znaleźli.

    Patrzy na twoje ręce i brodę dłużej, niż wypada.

    Magister kładzie głownię z powrotem na płótnie.

    — Dzisiaj przygotuję w stali miejsce na zaklęcie. Jeśli tego nie zrobię teraz, metal zapomni kształt, zanim zdobędziemy składnik. Potrzebuję kogoś, kto będzie trzymał ostrze w ogniu, dopóki nie skończę mówić. Mistrzu?

    Terion opiera młot o kowadło.

    — Kuję dla Zakonu, bo płaci. Czarować dla niego nie będę.

    Magister wzdycha i spogląda na Galateę.

    — Ona też nie. Ten miecz nie może widzieć twarzy, która się zmienia.

    Potem patrzy na ciebie wyczekująco.

    — Ty, nowy.

    Terion nie protestuje. Kiwa ci głową.

    Magister unosi szklaną kulę. Głownia podnosi się z płótna, jakby nic nie ważyła, przelatuje nad kowadłem i opada w najgorętszy żar paleniska. Magister wskazuje długie szczypce wiszące na ścianie.

    — Chwyć ostrze szczypcami i trzymaj dokładnie tam, gdzie leży. Nie ruszaj się. Jeśli drgniesz, rowki pękną i cała robota pójdzie na marne. Patrz na stal, nie na mnie. I nie słuchaj słów, które wypowiadam.


    Przez moment Jakub milczy. Przypatruje się Galatei zastanawiając się, czy jej ciekawość jest jedyną motywacją, by sprawdzić, co jest za kolejnym zakrętem tunelu. A może jest coś, o czym nie mówi? – Powinnaś zadbać o te ręce – zmienia na chwilę temat, jakby liczył, że odciągnie jej uwagę od dołu, który naprawdę mógł prowadzić do kretowiska – Jak będzie się za długo goić, to może jakie zakażenie się wdać. Może jakiś znachor z maścią znajdzie się w Stubramiu, albo o bandażu trza będzie pomyśleć. Puchaty odwraca wzrok w stronę Kubłów. Zapada chwila ciszy. Liczy, że może chociaż jednego z nich kojarzy bliżej. Przygląda się też, czy mają przy sobie broń w razie konieczności. W końcu wzdycha wiedząc, że znów ulega namowom Galatei. Woli jednak zejść z nią i grupą Kubłów teraz, niż dowiedzieć się za jakiś czas, że czeladniczka postanowiła zejść tam sama i nie wróciła. – Ech, no dobra. Pogadam z nimi, ale potem powiesz mi, co cię tak ciągnie do tych korytarzy. Zgoda? – odpowiada zmiennokształtnej, po czym spokojnym krokiem podchodzi bliżej nocnej straży. – Dobry panowie! Widzieliście tą dziurę? – Jakub wskazuje kciukiem za plecy – Z roboty właśnie wracałem z przyjaciółką. Jakieś ślady tam zobaczyliśmy. Ktoś tam na pewno złaził i tera zastanawiamy się, czy czego sobie nie zrobił. Nie chcielibyście nam pomóc sprawdzić?
  • KrakovK

    PoF logo

    Pogadajmy o Fantastyce: Horrory Grahama Mastertona

    Kiedy?
    29.10.2026 (czwartek)

    Gdzie?
    Łódź
    Kawiarnia Comics Cafe
    ul. Targowa 1/3

    Za ile?
    0 zł.

    Koniec października to zawsze dobry moment, by pogadać o horrorach. Tym razem weźmiemy na warsztat twórczość Grahama Mastertona. Spodziewajcie się przemocy, potworów, indiańskich demonów i Wojowników Nocy. No i przekształcania znanych istot z folkloru i legend. Bo choć znajdziecie tu Sfinksy, Dżiny czy Wendigo, to żadne z nich nie będzie do końca tym, czym było pierwotnie.

    WWW:
    https://www.facebook.com/events/1409888237997793


  • Janusz PodziemiJ

    Jest lekko.

    Trwa to tyle, co jedno mrugnięcie, i nie ma w tym żadnej treści. Szarość bez źródła światła. Ciało, które nic nie waży.

    Nagle, ciężar wraca. Kolana uderzają w kamień pierwsze, dłonie drugie. Kamień jest zimny, suchy i ma pod palcami drobne, równoległe bruzdy. Za równe. Powietrze jest rzadkie. Pierwszy oddech nie wystarcza, drugi też nie, trzeci w połowie zamienia się w kaszel.

    Komora ma sklepienie. Nie ma okien. Kurz stoi w niej równomiernie, jakby nikt nie wchodził tu dostatecznie długo, żeby go strącić. Pod ścianami rzędy kamiennych płyt, a na płytach imiona. Prawie wszystkie zatarte. Nie skute, nie zniszczone. Ktoś przejeżdżał po nich dłonią albo szmatką przez bardzo długi czas, aż litery zeszły i zostały tylko płytkie zagłębienia.

    Za plecami coś stygnie. Łuk wmurowany w ścianę, z którego jeszcze przed chwilą szło ciepło, przestaje być czymkolwiek poza kamieniem.

    ***

    Schody. Prowadzą w górę. Wykute w skale. Mają niewłaściwe wymiary. Każdy stopień jest za wysoki o dwie dłonie i za płytki o pół stopy. Stopa nie mieści się na nim cała. Żeby iść, trzeba stawiać ją bokiem albo wspinać się na palcach, i po dwudziestu stopniach mięśnie ud zaczynają piec. Wyślizgane są tylko pośrodku. Krawędzie każdy ma ostre, jakby wykuto je wczoraj. Coś chodziło tędy przez wieki i nie dotykało brzegów.

    Mięśnie ud pieką. Do góry jeszcze daleko.

    ***

    Mięśnie ud przestały piec.

    Korytarz, poziomy, z zaklętą lampą w niszy. Świeci słabiej, niż powinna. Dłonie są otarte do krwi, po wewnętrznej stronie palców. Kolana są brudne od czegoś ciemniejszego i tłustszego niż kurz.

    ***

    Korytarz rozwidla się i jedno z odgałęzień kończy się otworem w podłodze.

    To szyb. Pionowy, wykuty starannie, o przekroju, który nie jest ani kołowy, ani czworokątny. Schodzi w dół głębiej, niż sięga światło. Nie ma w nim stopni. Nie ma drabiny, klamer, śladów po klamrach, haków, uchwytów. Ściany są równe i czyste.

    Nikt tego nie zamurował.

    Coś w mięśniach brzucha reaguje wcześniej niż myśl. Nie jest to strach. Potem przychodzi coś innego. Nie jest to myśl, tylko pewność.

    To nie zostało zbudowane dla ludzi. Nie dla kogoś wyższego ani niższego. Dla czegoś, co się nie wspina, nie potyka, nie sięga do klamki. Nie ma do tego imienia. Nie ma wspomnienia, obrazu, twarzy. Jest tylko to, co zostaje, kiedy wspomnienie się usunie, a reakcja zostanie, i ta reakcja mówi jedno: stąd się uciekało. Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo kto, nie wiadomo, czy udało się komukolwiek. Czy to on uciekał? Jego przodkowie?

    Mistrz wiedział. Mistrz nie wysyłał nikogo w przypadkowe miejsce, nie po latach przygotowań, nie z listem napisanym z góry, nie z księgą, którą trzymał od pierwszego dnia.

    Po co mnie tutaj wysłałeś.

    Kamień nie odpowiada.

    Potem przychodzą mdłości i wszystko robi się białe po brzegach.

    ***

    Ktoś mówi.

    Głos jest kobiecy, obcy, mówi szybko i w niczym, bardzo blisko ucha. Pod pachą jest czyjaś ręka. Potem tej ręki nie ma, a kroki oddalają się w prawo i nie wracają.

    Otwarte oczy. Siedząca pozycja, plecami do ściany, nogi wyprostowane przed siebie. Nad głową otwarte niebo, ostre i żółte. W dłoni wgnieciony cynowy kubek, pusty. W ustach smak wody. Stęchłej, ale wody.

    Nie wiadomo, kto ją nalał, ani ile czasu temu, ani jak długo się ją piło.

    ***

    Ulica.

    Hałas uderza pierwszy: kilkaset głosów naraz, blacha, koła po bruku, ktoś wykrzykuje cenę, ktoś się śmieje. Kurz stoi w świetle słupami. Zapachy nakładają się bez porządku. Pot, olej, uryna, dym, coś smażonego, coś zepsutego.

    Nadproże nad wejściem do sklepiku po lewej wykonano z jednego bloku kamienia, wyraźnie starszego niż mur, w który go wstawiono. Rowkowanie o czterokrotnej symetrii promienistej, rozchodzące się od punktu, którego w bloku już nie ma, bo kamień przycięto do wymiaru drzwi. Za równe. Pod spodem stoi skrzynka z suszoną rybą.

    Drzwi obok nie mają zawiasów, klamki ani śladu po zamku. Są wpuszczone w otwór z dokładnością, jakiej nie osiąga się drewnem. Ktoś przybił do nich gwoździem tabliczkę: NIE OTWIERAĆ. NIE DZIAŁA OD LAT. NAPRAWDĘ.

    Żołądek podchodzi wyżej.

    ***

    Dwoje dzieci wbiega do komory na końcu zaułku i zaczyna krzyczeć.

    Krzyczą bez powodu, z przyjemności, na całe gardło. Dźwięk wchodzi w komorę i nie wraca. Nie ma echa, nie ma pogłosu, nie ma nawet tego półsekundowego ogona, który zostawia po sobie każde puste wnętrze pod kamiennym sklepieniem.

    Robią to jeszcze raz i śmieją się. Musiały odkryć to dawno temu.

    ***

    fa4df0b2-c06e-4d6c-b6e4-826f64b83644-image.jpeg

    Zapach sera.

    Jest tak nie na miejscu wśród reszty, że przez moment zagłusza wszystko inne. Bicie młotów z trzech warsztatów naraz, nierówne, każdy w swoim rytmie, tak że uderzenia raz się rozchodzą, raz schodzą w jedno i wtedy idą przez bruk w stopy. Gorąco od palenisk stoi w powietrzu i nie ma jak z ulicy uciec.

    Zapach sera idzie z wiklinowego kosza, który trzyma na ramieniu ktoś niski. Metr dwadzieścia razem z kapeluszem, siwy, siedemdziesiąt kilka lat, ani trochę niezaskoczony. W koszu widać ręcznik, bukłak, kostkę mydła i trzy zawiniątka.

    Za nim, w odległości dziesięciu kroków, stoi czterech zbrojnych w wypolerowanych płytach barwy starego złota. Halabardy trzymają grotami w dół, w postawie ludzi, którzy robią to po raz tysięczny i się nudzą.

    — Spóźniliśmy się...

    Niski stawia kosz na ziemi, prostuje się i otwiera usta.

    — Witaj, przybyszu. Jestem Trzewik. Mamy tu taki zwyczaj, żeby witać wszystkich...

    Dźwięki układają się w słowa dopiero w połowie zdania. Wcześniej były szumem.

    Jeden z halabardników obraca głowę do drugiego. Z tyłu głowy ma drugą twarz - oczy, nos, usta, wszystko. Nie tatuaż. Żyjącą twarz! Mówi półgłosem do drugiego, z ręką przy przednich ustach, patrząc w bok. Nie ścisza się dostatecznie.

    — ...illithid. Zajrzeć mu w ucho, dzisiaj.

    Trzewik nie odwraca głowy. Rozwija pierwsze zawiniątko, kładzie je na wieku kosza i przesuwa o kilka cali w stronę przybysza, tak jak się to robi zwierzęciu, przy którym nie wykonuje się gwałtownych ruchów.

    — Nie słuchaj ich — mówi. — Oni to mówią o każdym. Jedz.

    Illithid. Słowo zostaje w mglistej pamięci. Nie ma dla niego gotowego obrazu ani znaczenia, nie znaczy nic, a mimo to kłuje dokładnie w to samo miejsce pod mostkiem, w którym siedzi od rana szyb bez stopni, dziwaczne schody i kamień, który jest za równy.

    Ser pachnie.


    Najpierw mówi, że słudzy Sagi "przechowują" to co otrzymają, ale za chwilę opowiada dalej, jak Saga przekazuje wodę dalej do Morany. Dla Ystyrieaetha stało się jasne, że nie powinien zwierzyć się tej kobiecie dopóki nie dowie się więcej o tym miejscu. Początkowo sądził, że skoro jest ona sługą w monastyrze, to będzie uporządkowana, ale wykazała przed nim typowo niewieścią niekonsekwencję. Podobne myśli miał w odniesieniu do sformułowania którego użyła. "Przedstawiciele Twojego ludu". Co miała na myśli? Czyżby jednak ktoś przed nim korzystał z tego portalu? A może w innych światach także są monastyry podobne do jego własnego? Biblioteka. To miejsce gdzie musi się koniecznie znaleźć. Ystyriath praktycznie zignorował dwunożnego słonia. Nie był głodny, tamten nie był zbyt uprzejmy, a obowiązki kuchenne nie były dla niego niczym nowym. Opuszczając kuchnię zapytał jedynie: — A kiedy jest ten pierwszy śpiew?- oraz dodał- Eunoe wskaż mi proszę bibliotekę i powiedz co masz na myśli mówiąc, że przebywają tu osoby z mojego ludu? Nie słyszałem o nikim kto by przybył przede mną z mojego świata. Mnich musiał być cierpliwy. Dlatego on sam będzie cierpliwie badał pisma w bibliotece, nim podejmie działania. Musi jednak działać jak najszybciej.