Przejdź do treści

Świat

Tematy spoza tego forum. Poglądy i opinie przedstawione tutaj mogą nie odzwierciedlać tych, które reprezentują członkowie tego forum.

A world of content at your fingertips…

Think of this as your global discovery feed. It brings together interesting discussions from across the web and other communities, all in one place.

While you can browse what's trending now, the best way to use this feed is to make it your own. By creating an account, you can follow specific creators and topics to filter out the noise and see only what matters to you.

Ready to dive in? Create an account to start following others, get notified when people reply to you, and save your favorite finds.

Zarejestruj się Zaloguj się
  • DeklineD

    Festiwal Remcon

    Znów zawitał do Międzynarodowych Targów Gdańskich Amber Expo. Impreza odbyła się w dniach 13-14.02.2026 i mimo mroźnej aury zgromadziła niemałe tłumy entuzjastów.

    Galeria zdjęć z tego artykułu

    70452336-efb2-41ca-b3ea-170ad7addbe5-image.png

    Całość była podzielona na kilka sektorów:

    • Strefa gastronomiczna
    • Mała i duża scena
    • Hala wystawców
    • Strefy atrakcji
    • Strefa prelekcji i retro ( na piętrze)

    Nie sposób było uczestniczyć we wszystkim. Poniżej relacja z atrakcji które odwiedziłem.

    Prelekcja: “RPG - Mistrz Gry vs Gracze”

    Autorstwa Kto Nam Dał Kostki.

    Materiał skierowany raczej dla początkujących graczy oraz mistrzów, aczkolwiek nawet RPGowe dinozaury mogły dowiedzieć się czegoś nowego i wiedzą podzielić z innymi.

    5dc138df-090c-4cdd-93ed-daab4d8eb22b-image.png

    Prelekcja & warsztaty: “Światotworzenie fantasy - warsztaty pisarskie”

    Autorstwa Łukasza “Laell” Wdowczyka

    Czy nauczyciel fizyki wiedział o czym mówi? Zdecydowanie tak. Po krótkim wstępie teoretycznym przyszedł czas na wspólne tworzenie światów. Dzięki użytym metodom i podpowiedziom prowadzącego udało się stworzyć interesujące zalążki czegoś większego.

    d67e3217-c239-49fc-94f5-411a2e521d43-image.png

    Prelekcja & warsztaty: “ >copypasta - kopia(2).txt”

    Autorstwa Joachima “Lemoniadowego Joe” Wałęgi

    Naukowe podejście do “internetów”? Czemu nie. Analiza i tworzenie copypast było tym ciekawsze im mniej się ich znało. Dwie godziny spędzone z fanatykami, niekoniecznie wędkarstwa.

    39c3d06e-5301-4619-a3b5-8a62243023c0-image.png

    Prelekcja & dyskusja: “ Star Wars z innego punktu widzenia, czyli czy Separatyści i Imperium mieli racje.”

    Autorstwa Mateusza “FLESHA” Rutana

    Czy odpowiednik Konwencji Genewskiej istniał w świecie Gwiezdnych Wojen? Okazuje się że jak najbardziej. Czy była przestrzegana? … O, patrz, Gwiazda Śmierci! Już nigdy nie spojrzysz na to uniwersum tak jak wcześniej.

    0fa4fadc-385c-43de-be94-912f05624953-image.png

    Prelekcja & dyskusja: “Narracyjna sieć, czyli jak wciągnąć graczy w fabułę TTRPG”

    Autorstwa Doro

    No to jak? Ano jak tylko się tylko da! Obszerna dyskusja na temat podejścia do postaci, budowania backstory i jego wykorzystania w sesji. Dużo na temat stabilności rozgrywki i uważności.

    87c0347f-d9da-48bd-a73e-ae5a4bc38b99-image.png

    Strefa Gdańskiej Szkoły Fechtunku - Fechtschule Gdańsk

    Chłopaki nie walą z axa i nie mówią: “To ja go tne”. Znaczy … czasami pewnie też, ale na festiwalu uczyli historii broni białej, pomagali przyswoić podstawy na piankowych mieczach oraz pokazali jak robi się to przy użyciu prawdziwej broni. Poza festiwalem prowadzą szkołę fechtunku na której pierwsze zajęcia już się zapisałem.

    149a8ea9-7d08-4aa2-b28d-c1e9614ef6b8-image.png

    0835e42d-8549-4530-a21a-eb6aec8dd29e-image.png

    32b083cd-1b88-4354-9ddd-58a41a5d41c1-image.png

    59f7de98-8c3f-4825-a977-a98cb97f96ae-image.png

    Strefa gier retro

    Niezła kolekcja. Niekończący się ciąg stołów z konsolami o których istnieniu nie miałem pojęcia, podłączonych do monitorów / telewizorów które znam z dzieciństwa.

    ee9093ab-de16-4f8a-a9a8-6f6af880fbea-image.png

    Stoisko Fantas Magoria Klub Fantastyki w Gnieźnie.

    Punkt promocyjny konwentu oraz QUIZ wiedzy z szeroko pojętej popkultury.
    Impreza właściwa 24-26.07.2026 w Gnieździe - możliwe że się wybiorę, wstęp i nocleg na terenie w uczciwej cenie ( za darmo). Do tego dobry dojazd pociągiem i 10 minut spacerkiem od dworca.

    9a44e53e-dc26-4430-86e5-3f4e2c8e3762-image.png

    Stoisko Barthalon

    Wyroby ze skóry, lecz nie takie o których myślicie. W sensie: skórzni nie było, chociaż jeśli ktoś jest w stanie zapłacić odpowiednią kwotę to myślę że nie byłoby problemu.

    9b5f43f1-16fd-4811-bbd4-a0430b1de6f6-image.png

    Stoisko Piotra Nguyen Van-Bojasa

    Nie kupuje rzeczy na konwentach. Zazwyczaj. Tym razem zrobiłem wyjątek. Przeczytałem kilka fragmentów, porozmawiałem z autorem - moje klimaty, biorę. Piotr ma kanał na Youtube gdzie wraz ze swoją Białogłową tworzą muzykę do książki.

    157ba72a-5ba2-4c89-a2d6-aec2aaec8c98-image.png

    Stoisko Unique Fantasy Objects

    Tak, unikalne to dobre określenie na przedmioty wystawione na stole. Jeszcze nigdy nie widziałem tak małych ozdób wykonanych z taką starannością. Czy dojrzałeś zawieszkę - skavena? Ja też nie, przecież szczuroludzie nie istnieją!

    20a87b06-645a-4e5f-a089-0fd5e6fb0cf2-image.png

    Stoisko This Guy In A Hat

    Dobry opis jest dobry, lecz postawienie przed graczami pieczołowicie wykonanej figurki potwora z którym dane im się będzie zmierzyć jest jeszcze lepsze.

    cc76646d-4eaa-4479-92ff-e99531e36f07-image.png

    Stoisko Roll Land

    Sklep z akcesoriami do RPG i bitewniaków, ale ale, czy ktoś rozpoznaje tego Pana po prawej? Ja też, to elf z wysokiego rodu: Gothelerion Firebeardon!

    7d6cd49d-7cc5-494f-afac-35e69c21287b-image.png

    4a1cbc77-12f5-4631-8643-6f689795bdd3-image.png

    Stoisko Catricorne

    Zdecydowanie najspokojniejsze miejsce na całym konwencie, lecz odbieram to jako plus. Można przysiąść, posłuchać … może dołączyć?

    444a1055-4780-41ec-bcb6-14268d7afc8f-image.png

    Stoisko Ozdoby Wikingów

    Miecze, miecze, miecze i raz jeszcze pierścienie ( oraz inne metalowe elementy odzieży, widoczne w tle). Całkiem spory skład “zelastwa”. Czy dostałbym dodatkowe PDki za przyniesienie prawdziwego miecza na sesje?

    f288a501-cabe-49d4-b375-50ff9472dff9-image.png

    Spotkani Cosplayerzy

    Remcon wyewoluował ze spotkania fanów mangi i anime, to też takich właśnie postaci było najwięcej. Niemniej jednak udało mi się złapać kilku reprezentantów spoza tegoż fandomu, chętnych i wartych uwiecznienia w artykule.

    d9cd0ebd-6b55-4c8f-8777-1e034486620f-image.png

    8fe054b3-c91b-4d6c-8d06-269e8f4afd42-image.png

    2cc2d155-c201-443f-8c80-faf6f3a2f811-image.png

    Hala wystawców - widok z antresoli

    Na (prawie) sam koniec; widać ile było stanowisk. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie.

    8375fd0d-3083-4bc0-830b-3ec968554d0f-image.png

    Nudy dla człowieków 30+

    Z mniej ciekawych acz ważnych organizacyjnie rzeczy:

    • Na terenie znajdowała się strefa gastronomiczna serwująca posiłki szybko, sprawniei smacznie.
    • Część jednej z hal stanowiła strefa relaksu z leżakami, gdzie zmęczeni uczestnicy mogli odpocząć lub zwyczajnie spotkać się ze znajomymi.
    • Szatnia była duża i dostępna dla każdego.
    • Odbiór identyfikatora w dniu imprezy nie był najlepszym pomysłem. Dobrze byłoby to zrobić wcześniej aby uniknąć kolejki przy wejściu.
    • Sanitariatów było kilka, utrzymanych w czystości i rozmieszczonych po całym terenie targów.

  • slann22S

    Dałem jedną rekrutację, ale mam plany na drugą sesję, chociaż nieco się zmieniły od czasu. Poprzedniej Sondy.
    1 Stranger things 20 lat potem: Sesja rozgrywana przy użyciu mechaniki Chronicles of Darkness Zarówno zasad Dla śmiertelników jak i podsystemu Deviant the Renegade… Tworzylibyście dwie postaci, z których jedna byłaby zwykłym człowiekiem w jakiś sposób powiązane z postaciami z serialu, a drugą byłby Broken czyli swego rodzaju mutant trochę w rodzaju Nastki, albo głównego bohatera serialu Piękna i Bestia, albo jak bohaterka Starego serialu Mroczny anioł (Nie Angel od Buffy) Wszystko działo by się 20 lat później podczas zwrotu absolwentów w Hawkins.
    2 Expanse+Deviant the Renegade i Vampire the Requiem: Kolejne dziwny pomysł tym razem rozgrywamy Uniwersum jednego z moich ulubionych książek… Działaby się mniej więcej w okolicach Time skipu po popiołach Babilonu… Założenie byłoby takie że to Uniwersum było jednocześnie cały czas Uniwersum kronik mroku. Nie wiem czy będę uwzględniał inne rodzaje nadnaturali
    3 Westeros i Mag przebudzenie/Mummy the curse 2ed: Przyznam że ten pomysł pochodzi z mojego snu a takie zazwyczaj są bardzo ciekawe. Skoro wiemy że raczej nie Doczekamy się Kontynuacji cyklu, to możemy spróbować zrobić to samemu taki dosyć zabawny sposób. Założenia byłyby też takie że w Westeros to Zagubiona Kolonia ludzkości…


    Stranger Things 20 lat potem, podoba mi się pomysł na 2 równowarte postaci
  • DeklineD

    Rekonesans Karak Varn - Słowniczek sesyjny


    Nazwy ogólne Dawi - Krasnoludy Karak - dosłownie twierdza krasnoludzka, górskie miasto-twierdza krasnoludów Gromril - stop metalu używany przez krasnoludy, lepszy niż stal Dammaz Kron - Księga Uraz Grobi - krasnoludzkie określenie Goblina Than - przywódca klanu Gladinhammer - plik z obowiązującymi zmiana mi mechaniki Lore - świat opisany w grze Khazalid - język krasnoludzki Gobas - potocznie goblin Orkas - potocznie ork Snot - potocznie snotling Krótkobrody - krasnolud przed 60 rokiem życia Pełnobrody - krasnolud przed 120 rokiem życia, najniższy status społeczny "młody" Długobrody - krasnolud 120 letni i starszy, wyższy status społeczny Karaz Ankor - Królestwa Gór, cała ojczyzna krasnoludów w górach krańca świata Umgi - ludzie w języku krasnoludzkim Ginit - dosłownie mały kamień uwierający w bucie wywołujący dyskomfort, również faux-pas Grobrak - ogólne określenie na zielonoskórych i szczuroludzi ( grabi- zielony, raki - szczuroludzie) Żelazołamacz - elitarny wojownik tunelowy, walczący w podziemiach. Trójca bogów kransoludzkich: Grungni → buduje, Valaya → chroni, Grimnir → niszczy wrogów Grungni - bóg-przodek, patron rzemiosła, kowalstwa i twierdz Valaya - bóg-przodek, bogini domu, rodu i ochrony. Grimnir - bóg-przodek, bóg wojny i odwagi, patron zabójców Nazwy miesięcy No. of Days Imperial Dwarf 1 Hexenstag Hekesdeg 32 Nachexen Adderhekes 33 Jahrdrung Verzet 1 Mitterfruhl Materfran 33 Plugzeit Durgzet 33 Sigmarzeit Kazakzet 33 Sommerzeit Zhomerzet 1 Sonnstille Zhomerstikul 33 Vorgeheim Fornskrak 1 Geheimnistag Skraksdeg 32 Nachgeheim Adderskrak 33 Erntezeit Egrizet 1 Mittherbst Materhazt 33 Brauzeit Valdazet 33 Kaldezeit Kulkelzet 33 Ulriczeit Wyrzet 1 Mondstille Wyrstikul 33 Vorhexen Fornhekes Nazwy własne Młot wieków - legendarna broń runiczna krasnoludów z Karak Varn, wykuty przez mistrza Kadrina Redmana Karak Varn - Twierdza z której pochodzi młot wieków Cragmere - ludzka nazwa na ruiny Karak Varn Kadrin Redman "Czerwonogrzywy" - mistrz run, pierwotny właściciel Młota wieków Thartek Czerwonogrzywy - żyjący potomek Kadrina, mistrz run, mistrz Galeba Galvynssuna Wysoki król - Król królów kransoludów, bardziej pierwszy wśród równych, nie wydaje rozkazów tylko rozgrywa politykę. Władza nie sięga do Gór Czarnych, Appucini czy Norski Thorgrim Strażnik Uraz - aktualny wysoki król Varn Drazh / Czarna Woda - górskie jezioro, to tam zapewne zatopiony jest młot wieków Honnakinowie z Barak Varr - szukający młota ich przodków ( było w rekrutce, nie bylo wiecej info, są istotni czy to tylko tlo fabularne?) Than Ungrik - potomek samego Ulfgana, z klanu Żelaznorękich. To właśnie oni pierwotnie byli władcami twierdzy Karak Varn, chociaż z czasem ją utracili. I chociaż Kadrin potem odbił karak, nie miał do niego praw równych Ungrikowi. Darna Hagrindrakk - nieoficjalna przywódczyni klanu Khadinbat z Karaz-a-Karak. Licząca sobie niemalże pół tysiąca lat matrona zaproponowała, że jej klan pokryje koszty wyprawy żądając w zamian obsadzenia tejże swoimi członkami. Chociaż nie wiadomo czemu klan Khadinbat sie w sprawę miesza. Zhufbar - miejsce z którego wyruszyła wyprawa Czarny Kopiec - znaczone potężnym obeliskiem miejsce ostatniego boju Kadrina Czerwonogrzywego Złe Czaszki - plemie orków, znak Złej Czaszki mogą nosić również Gobliny, jeśli służą orkom ze Złych Czaszek Snagrog - ??? Tfardy - schwytany snotling Rhunki - krasnoludzkie określenie kowala run Członkowie wyprawy Galeb Galvynssun z klanu Bezekgorogi (Piwodzierżców), długobrody, kowal run, w którego wciela się @Stalowy. Status społeczny srebro 5, ale złoto 1 za długobrodego. Mistrzuje u Tharteka Czerwonogrzywego - żyjącego potomka Kadrina Redman, pierwotnego właściciela Młota Wieków. Hagrid „Rhyn” Grumsson, mocarny żelazołamacz, w którego wciela się @Wired , krasnolud pochodzący z Norski, status społeczny srebro 3. Nie ma powiązań z dobrami Karak Varn, ale za punkt honoru uznaje ochranianie Galeba Galvynssuna. Logrim Hagrindrakk, długobrody than z klanu Khadinbat z Karaz-a-Karak. Status społeczny złoto 3 + 1 poziom za długobrodego. Uprzednio BG, obecnie BN. Wypromowany przez Darne Hagrindrakk. Nie wiadomo czemu klan Khadinbat sie w sprawę miesza. Bracia Fenni i Brond Khadinbat, żelazołamacze, ochroniarze i tarczonosze thana (który lubi ruszać do boju na tarczy-platformie), od początku BN. Othin „Zilfini” Angaztromm (Żelaznobrody), pogranicznik, przewodnik, dawi z klanu bez twierdzy, wcześniej BN, obecnie BG, Odkrył swoja motywacje do uczestniczenia w wyprawie z czasem gdy z nieba spadła mu kusza (Angdrukanz) zrobiona przez mistrza jego klanu. Mapa mapa [image: 1770972570398-95a2d170-49bb-4392-a391-69cf0eb2a705-image.png]
  • PaniczP

    Serwus,

    Nowe forum, nowa sesja. Po prawdzie puściłem dorekruta do przygody toczącej się tuż przed wypadkiem LastInn, ale tak moment sesyjny, jak i przejście tutaj (ze stratami w Graczach) sprawiło, że czas na nowe otwarcie.

    Zagramy zatem z częścią obecnych Graczy (na pokładzie Rewik i Brilchan; nie wiem jak Mike; zgłosił się też niedawno eTo) ciąg dalszy przygód po pewnym czasie, a zatem traktując wydarzenia jako epizod drugi. Graliśmy sobie prawie rok, współtworząc świat, więc to i owo się wydarzyło, ale nic co by zmieniało nasze ogólne założenia.

    Wy wchodzicie sobie na świeżo, a świat wygłodniały jest śmiałków. Apetytu starczy mu na 3 do 5 takichże śmiałków i śmiałkiń zaczynających zabawę na poziomie 1.

    Napisałbym soczystego wstępniaka, ale przy okazji tej sesji napisałem ich już mnogo, więc powklejam sam siebie...

    Jeśli chcecie prolog sesyjny, to jako wstępniak na starcie tejże przygody (i robiło za post nr 1) wisiało to.

    Jeśli chcecie zobaczyć wydarzenia bardziej z perspektywy scen akcji, to wklejam jakiś niedawny wyjątek z sesji.

    W krótkiej pigule - co to za sesja?

    Przygodowy misz-masz z quasi-sandboxem: z jednej strony świat średniowiecznej, awanturniczej 'gorączki złota', relacje aktorów wokół tortu do podzielenia i region do napisania historii przez Was, a z drugiej mamy mega-loch pod ręką, który dał asumpt do całej historii i zbudowania scenerii wokół. Magicznie i sceneryjnie bardziej low niż high, acz Wasi bohaterowie nie są spod sztampy i oni wnoszą w świat pierwiastek heroiczny.

    Trochę Sapkowski, trochę Gry o Tron, trochę postmoderny filmowej, trochę stary Bielon. Gramy w miasteczku 'Czarne Wrota', które powstało niedawno z dzikiego obozu, który rozrósł się u odkrytego wejścia na 'Ścieżkę Slerotina', czyli starożytny kompleks pod górami, który kryje bogactwa i tajemnice, ściągając spragnionych złota gołodupców i węszące interes tłuste koty.

    Krótko o karcie

    Potrzebna standardowej karty postaci na 1 poziomie, standardowe klasy i rasy. Odstępstwa do omówienia, ale nie szalejmy. Do tego zaplecze - kimżeś jest, co Cię kręci i co boli, a może i czego byś chciał(a) w przyszłości (i czy Czarne Wrota/Ścieżka Ci to obiecują).

    Nie rozpisuję się tu, bo na koniec posta polecą linki do poprzedniej rekrutacji (która rozpoczęła sesję) i przygotowanych już materiałów.
     

    W razie pytań...

    Piszcie tutaj, a w konkretach czy rzeczach indywidualnych na Discordzie: panicz_maciejak, albo na PW (bo teraz forumek już super pod tym względem :)).

    Myślę, że na większość pytań odpowiedzi udzielą linkowane niżej materiały, ale jeśli ich tam zbraknie, albo czujecie, że chcecie o coś zapytać bezpośrednio, to walcie.
     
     
    Materiały

    Top sprawa --> Zasady i tło sesji (bardziej zwarta forma niż właściwy poprzedni rekrut)
     
    Mapa regionu, gdzie się bawimy

    Zasady domowe sesji (temat otwarty)

    Repozytorium wiedzy o NPC-ach, organizacjach, lokacjach i innych takich (będzie aktualizowane)

    Krótki recap zdarzeń do tej pory

    W Dolinie Drusdygg na perfyeriach Wolnej Ligi, u stóp Piekielnych Pieców, odkryto starożytną Ścieżkę Slerotina – skryty od tysiąleci dostęp do pradawnej cywilizacji z jej bogactwami i sekretami. Wieść się rozniosła i zaraz na miejsce zlecieli się wszelkiej maści węszyciele okazji, a po nich duże organizacje chcące wyciągnąć z okazji jak najwięcej. Dzika kraina zaludniła się zatem ludźmi bezwzględnymi, pomysłowymi i głodnymi złota, obiecując śmierć, przygodę i liche szanse wzbogacenia (w tej kolejności, acz przez skuszonych widzianymi inaczej).

    Nasi bohaterowie trafili do Czarnych Wrót – miasteczka-obozu, które wyrosło u wejścia na Ścieżkę – jako ludzie jednej z potężnych kompanii handlowych, korzystając z tej szansy, by zrealizować różne, właściwe każdemu z nich cele. Tak te oficjalne, jak i inne. Na miejscu mieli szybkie przetarcie na Ścieżce, ale lokalna władza poprosiła ich o wsparcie w sprawie 'znikniętej' wioski w pobliżu (kolejnej w ostatnich miesiącach), a choć nie było to w standardzie ich zatrudnienia, powody polityczne przeważyły.

    Mimo trudności, drużyna natrafiła na ślad porwanych i podążyła za nimi w góry, ale przeszkody po drodze część przypłaciła życiem i grupa się rozdzieliła. Obecnie jednak – m.in. z Waszym wsparciem – zjednoczenie jest możliwe. Ale czy do niego dojdzie oraz gdzie i kto podąży, to już wykaże Wasza historia. W końcu Ścieżka kusi każdego po swojemu.


    @Panicz Lepiej, zna Komtura.
  • RewikR

    Pragnę zaprosić Was na cykliczne (raz na miesiąc) spotkania, które organizuje mój znajomy. Gramy tam głównie w planszówki, ale ostatnio próbuje rozkręcić też pokój RPG.

    Wydarzenie ma miejsce w Gdyni w zaprzyjaźnionym Technikum i jest prowadzone dzięki uprzejmości różnych osób. (Są tacy co tłumacza zasady gier - ja też czasem, są tacy co przynoszą własne gry, tacy co prowadza sesje RPG, ale też tacy co przychodzą po prostu pograć i wszyscy mile widziani - ja też czasem).

    Najbliższe spotkanie już 21.02.2026r. A niedługo ruszają zapisy na stoliki. Ale nawet jak przegapicie, to zapraszam na kolejne spotkania, będzie może okazja też poznać kilka osób z forum i kto wie może nawet zwerbować innych tutaj.

    Wydarzenie non profit i darmowe. Poniżej umieszczam link do strony na FB i do discorda.

    Fantasfera - facebook
    Fantasfera - discord

    Jakby ktoś miał pytania, jak to działa - uderzać śmiało do mnie.


    Ja nie z Gdyni, acz Gdynię bardzo lubię, więc jeśli się w marcu zdarzy wbić z wizytą w termin, to chętnie bym skorzystał
  • slann22S

    Witajcie. Prawdopodobnie w najbliższym czasie decyduję się na prowadzenie jednej lub nawet dwóch sesji i to są moje pomysły.
    1 Imperium Maledictum/Dark Heresy: Bardzo epicka i bardzo nietypowa sesja rozgrywająca się wokół motywu Starchild.
    2 Wrath and Glory: Być może korzystająca z poprzedniego motywu, Tylko jeszcze bardziej epicka
    3 Falout od Modipiusa: Prawdopodobnie trochę zmotywami Lovercrafta…
    4 Dragon King: Czyli moja wersja sequela Dragonprince, który prawdopodobnie nigdy się nie ukaże. Jeszcze nie jestem pewien systemu, aczkolwiek chyba ciężko byłoby użyć na forum oryginalnych Mechaniki z Tales of Xadia, lecz można rozważyć.
    5 Stranger Things 20/40 Lat później: Czyli kontynuacja serialu, najbardziej luźny pomysł bo muszę jeszcze trochę rzeczy doglądać, ale system prawdopodobnie Kroniki mroku ( tylko mechanika) lub których Gumshoe.


    Proszę o zamknięcie tematu
  • GladinG

    Dumam obecnie nad propozycjami sesji. Od dawna chodzi za mną coś w rodzaju multi-solówki PvP. Przy czym nie chodzi tu o zabijanie się. Raczej o konkurowanie celem osiągnięcia celu. Kto pierwszy go osiągnie, albo kto go osiągnie w ogóle.

    Raczej intrygi, knowania, przekupstwa. Nie powiem, mogą być jakieś skrytobójstwa.

    To mogą być konkurencyjne domy kupieckie walczące o kontrakt i wpływające na radę miejską.

    To mogą być kapłani różnych kultów, walczących o rząd dusz i wpływy na politykę lokalną.

    To może być kilku łowców posagów, konkurujących o rękę dziedziczki fortuny.

    A może to być również miks wszystkich powyższych, gdzie żaden z graczy nie wie, jaki jest prawdziwy cel pozostałych graczy.

    Albo... coś zupełnie innego.

    Zastanawiam się, czy to jest jednak sesja na forum? Poszczególni gracze nie powinni wiedzieć, co robią inni. Więc sesja wymagałaby dwóch poziomów.

    Jeden jawny dla wszystkich, gdzie opisywane są jawne działania BN, o których wiedza jest ogólnodostępna. I gdzie gracze opisują również swoje jawne działania.

    Musiałaby być również jakaś warstwa niejawna, gdzie następuje komunikacja MG<->gracz. Gracz deklaruje działania, MG je rozlicza. Na tych prywatnych kanałach MG może też udzielać „informacji wywiadowczych”. Czyli np. gracz#2 wie o tajnych działaniach gracza#1, ale gracz#1 nie wie o tym, że gracz #2 wie. I tak dalej.

    Dodam, że myślę tutaj o sesji osadzonej w świecie warhammera.

    Czy warstwa „publiczna” winna dziać się na forum, a „tajna” na prywatnych kanałach np. na discordzie lub jakimś gdocu? A może całość poza forum?
    A może winno to się odbywać inaczej? Graliście w coś takiego? Jak to było organizowane?

    Poza tym, kogoś taka sesja by interesowała?

    Nie zakładam „technicznie” sondy z gotowymi odpowiedziami. Bardziej zależy mi na waszych przemyśleniach.


    Inaczej, niż dedykowany kanał na discordzie? Tego nie widzę. To medium ma wszystkie rozwiązania do tego typu rozgrywki. Trochę zabawy z uprawnieniami, ale nic strasznego. Na forum teoretycznie można by dawać część jawną... choć jawna to pojęcie względne, ale i tak to by było powielanie pracy.
  • PaniczP

    Słońce stało już wysoko nad Piecami, wysmażając makię na piachach doliny na tę specyficzną, żywo-zmęczoną zieleń, kiedy Elbrecht Bregg wylazł ze swojej szopy i zebrał się na obchód okolicy. Nie miał dużo do przejścia. Kozy kupiły się w cieniu. Pod skałami, albo w rzadkich zakątkach, gdzie drzewa, czy właściwie krzewy, wypuściły gałęzie w górę na tyle, by dać ziemi nieco osłony wątłymi koronami.

    Elbrecht, człek poczciwy i dobroduszny, ale leń straszliwy, zwlókł się zrobić, co do niego należało jak zwykle z opóźnieniem. Dziś większym niż zwykle, bo dzień był wyjątkowo upalny. Ciężko się oddychało, powietrze było przesycone żarem i pyłem, nagrzany piach promieniował gorącem i wszystko wisiało w miejscu. Żaden obłok nie mącił błękitnej soczewki nieba, żaden podmuch nie rozwiewał miraży rozpuszczających ostrość linii horyzontu.

    Do tego Elb, bo tak mówił do niego Ing - szwagier i równie równy chłop, choć w życiu bardziej poukładany i życiowy - popił wczoraj ze szwagrem. Był ledwie luty, ale było naprawdę ciepło i przyjemnie siedziało się na ganku, nawet długo w noc. Przez ostatnich parę dni halny wiał często, nanosząc pył i gorąc, nagrzewając powietrze w dolinie jak w garze. Wczoraj porywy ustały, ale ciepło już osiadło, nieprzeganiane przez piach i zarośla na północ, grało pierwsze wiosenne nuty.

    Mnóstwo ludzi w wiosce wyległo wieczorem podziwiać gwiazdy, ale mnóstwo ludzi nie musiało wstawać o świcie przepędzać zwierząt na pastwiska. Elbrecht musiał, a i tak zaspał. Umęczony zwlókł się z ganku, gdzie zaległ przykryty przez szwagra końską derką, zebrał przygotowany tobołek i kołysząc się, zaczął zaganiać kozy do drogi. Potykał się w bladym świetle, które góry od wschodu z samego rana dawkowały skąpo, klnąc cichaczem i mocno ratując się kijem.

    Czuł już, przeczuwał, a zresztą wiedział nawet, że będzie miał gadane i że bez bury się nie obędzie. Siostra nie odpuści okazji, a on naprawdę nie miał głowy i siły – ...kto widział, czym złym witać wiosnę? Nawet jeśli jeszcze nie przyszła, nieoficjalnie i na ganku, ale mało to razy wstawał co rano, jak trzeba… - zatem zamiast pójść tam, gdzie zwykle, na ich pastwisko za strumykiem, zagonił zwierzęta na drugą stronę, byle dalej i byle mieć spokój, wlokąc się na piachy na Ziemię Niczyją.

    Niezbyt mądrze, głupio-głupio, a nawet surowiej jeszcze zbeształ się w myślach, kiedy już wyległ z ruin szopy, gdzie uciął sobie drzemkę, kiedy już oddalił się na dobre od wioski i wiedział, że spokój będzie święty i świetny. Teren był tu, jak to zwykle w okolicy, surowy, ale tu i surowszy niż gdzie indziej, gdzie często jeszcze trawy i chwasty zrastały się kępkami w zielone rafy, bo tu, u podnóża gór, zasypany był pyłem i najeżony czerwono-żółtymi skałami, które Piece przez wieki wypluwały przy kolejnych erupcjach. Kozy, jak to kozy, tu też potrafiły wyszukać coś dla siebie, bo surowa roślinność była im nie straszna. Było więcej mielenia i wyskubywania, więc mełły i wyskubywały, co miały robić.

    Tu jednak, z dala od wioski i szczekania psów, zapuszczały się kojoty i wilki. Tu mogły zjawić się pumy, może i niedźwiedzie, rosomaki, rysie i inne drapieżniki, które bytowały w górach i czuły się u siebie zarówno tam wyżej, jak i tu niżej. Tu nie brakowało grzechotników, mokasynów i żmij, które miały święte prawo być rozsierdzone, jeśli ktoś zakłóciłby ich relaks na tak rozkosznie nagrzanych skałach jak te tutaj. Tu były zresztą i mniejsze pełzające stworzenia, skorpiony i pająki i inne jeszcze szkaradztwa, które z dala od uczęszczanych ścieżek czuły się dużo pewniej. Były jeszcze, choć te akurat gdzieś wyżej w górach, z dala od ludzkich siedzib, gobliny. Nieludzie, którymi straszono niegrzeczne dzieci. U zasady słusznie, bo grzeczne czy nie, dzieci jako łatwiejsze ofiary świetnie nadawały się na goblińskie łowy i podobno, mięciutkie, była dla nich nie lada przysmakiem.

    Elbrecht zaklął na własną głupotę i splunął na licho trzy razy przez lewe ramię. Najpierw sprowadził tu stadko, potem jeszcze, zamiast doglądać go, przyciął komara i teraz spocony w pośpiechu zrywał się liczyć trzódkę.

    Szczęścia miał więcej niż rozumu. Były, znalazły się. Zwierzęta były zmęczone, rozleniwione, letargicznie skubały osty i perze. Większość rozlazła się w zasięgu wzroku, osiągalna okiem pod naturalnymi parasolami karłowatych sosen i wrzośców. Kilka było nieco dalej, w cieniu wielkiego bloku skalnego, który wyglądał jak namoczony biszkopt i pod którym biło wątłe źródełko z żelazistą wodą.

    Brakowało Jagły. Czarnej przewodniczki stada, która zwykła zapuszczać się najdalej, pionierka, szukać najlepszych terenów do podgryzania dla swoich podopiecznych. Teraz podwójnie już, a może i potrójnie zapocony, woniejącym gorzałką snem, ukropem i stresem, że powierzone zwierzaki przepadną, Elb zaczął ciężko dyszeć. Wspinał się na skały i piaszczyste nasypy, w poszukiwaniu nie bacząc na zmykające spod nóg jaszczurki i posykiwania mniej ustępliwych gadów. Ten najgorszy przestrach, obawa utracenia tego, czego się szuka, trwał względnie krótko, acz intensywnie. Zdążył zachrypnąć, nawołując za uciekinierką, ale i tym razem się udało.

    Zobaczył ją w oddali. Odcinała się czernią na tle wapiennej skały, gdzie wlazła za wykorzenionym na zboczu jałowcem. Leń, bo leń, ale zaprawiony w łażeniu po wertepach i zdrowej kondycji, Elb szybko dopadł na miejsce. Jagła wyrwała dalej, ale już niedużo dalej. Zaraz było samo górskie zbocze, niby to żadna granica dla takiej skocznej istoty, ale było w nim coś, co wstrzymało pochopną kozią eskapadę. Jeszcze na chwilę od celu pasterz nie wiedział, co takiego. Czerń skalnej ściany była surowa, bez choćby wątłego porostu i nijak nie szło dojść, co koza w niej widzi. Dopiero pod innym zmysłem, kiedy zasapany, Elbrecht wypadł przed granit zza ostatniej przeszkody i hamując oparł dłonie na zboczu, wizje im się zjednały. I znów wychodziło na to, że Elb ma szczęście. Nieprzerwanie i nadal jedzie na grzywie szczęśliwej fali, a teraz zjeżdża z niej po garniec złota.

    Miał szczęście. Ale nie miał tego szczęścia wiedzieć, że bez rozumu w końcu nawet największy fuks zgaśnie, jak knot wychylony w deszcz poza latarnię.

    ***

    - Piękna figurynka. – Facet chyba faktycznie znał wartość rzeczy, bo oglądał ją przez jakieś szkiełka i obracał na około w jedwabnych rękawiczkach. Nie chciał stukać, ani – bogowie! – nadgryzać, jak ten poprzedni. – Pięęękna sprawa.

    - Jest stara. – Elbrecht mówił jak jest, nie koloryzował. Targ targiem, zysk zyskiem, ale czuł, że nie przesadzi nawet, jeśli podniesie stawkę. – Bardzo stara.

    - Mmmhhhmmm. – Spec od szkiełka pokiwał głową, jak kiwa się dziecku, które rozentuzjazmowane opowiada o zdarzeniach na placyku, o których samo zaraz zapomni nim jeszcze skończy zdanie. Nie chciał kiwać za bardzo, bo skupiał wzrok i ogniskował go na detalach marmurowej figurki obleczonej grawerowanymi w runy złoceniami. Poza tym nie chciał też zbytnio kiwać, żeby pastuch nie pomyślał sobie, że przyszedł do niego z nie wiadomo czym i wyjedzie stąd jak panicz, w jedwabiach i złotogłowiach.

    Po prawdzie, figurka warta była majątek. Misternie rzeźbiony, wypolerowany na błysk marmur przedstawiał boginkę lub nimfę. Piękną i zgrabną jak tancerka, ale straszną w swej pozie, oddaną jak żywa z detalami do najdrobniejszego, że można było cmoknąć z zachwytu widząc usta kobiety ściągnięte w surowym grymasie, naciągnięte mięśnie, ostrze wzniesionego do ciosu sztyletu z falistymi ornamentami, rzemyki sandałów na stopach, kłębowisko upiętych wysoko loków… Tylko oczy wyglądały jakby czegoś tam brakowało. Proste, puste wgłębienia w ostro zarysowanym trójkącie twarzy nie pasowały do pietyzmu reszty figurki. Jeśli zaś mało komu było tego ostatniego, życia wydobytego dłutem ze skały z mistrzostwem godnym bogów, to prostsze umysły mogły nasycić się złotem, które wstęgami owijało półnagą sylwetkę od stóp po szyję, kończąc bieg we włosach jako ażurowy diadem.

    - Wezmę ją. – Kupiec zdjął z oka monokl, odstawił delikatnie figurkę na kawałek szmatki, którą wcześniej wytarł pod nią blat stołu i sięgnął po mieszek. – Ładna robota, będzie można postawić na kredensie.

    Ha, na kredensie! Na żadnym kredensie i na żadnym meblu, a przynajmniej nie ty i nie tu. To był towar na sprzedaż, rzecz drogocenna i do znalezienia nabywcy dalej. Wśród bankierów w Loftwick czy kupieckich magnatów z Longspear, a może i jeszcze hen, w pałacach możnych zagranicą, albo i na monarszych dworach?

    Dietram wiedział, że kwota, jaką finalnie dostanie za rzeźbę i tak będzie miała taki mnożnik tej, którą zaproponuje włóczędze spod gór, że mógłby biedaka spokojnie ozłocić i finalnie nawet tego nie odczuć. Zapomnieć o odciążeniu mieszka i samym włóczędze z jego zgrzebnym, cuchnącym płaszczem i dziurawymi butami.

    - Dam ci za nią 15 złotych groszy. – Dietram nie uważał, żeby to było nieuczciwe. Przeciwnie, on tu z troską pomagał. Większą kwotą mógł nawet wyrządzić szkodę, zamącić chłopu w głowie. Wystawić go na żer pijawek, które raz-dwa obsiadały głuptaków przy groszu i opijały do cna. Wróciłby jeszcze do domu z niczym, albo i gorzej, z rozbitą głową i na dodatek bez butów, bo szumowiny nie patrzyły tu co jest coś warte, tylko brały, co było. – Dobra cena, mój chłopcze. Kupisz za to dobrego wołu, a pewnie zostanie jeszcze. Wrócisz do siebie jak pan.

    Elbrecht nie był dobry w handlowe gierki, ale zanim jeszcze przysiadł do stołu, postanowił sobie twardo, że na pierwszą propozycję, która się trafi - nie przystanie. Miał dobre i głupie serce, więc nawet żal mu się zrobiło miłego pana, który zaprosił go do gospody, nakarmił i postawił wino, że on gości go jak swojego, hołubi, a ten zamiast zgodzić się od razu, przyjąć pieniądze, których w takiej kwocie pewnie na raz na oczy nie widział, nawet łypiąc na cudze w dzień targowy, to robi mu tu pod górkę i wierzga. No, ale co zrobić? Postanowił, to postanowił. Człekiem był słownym.

    - Mało – wypalił sucho Elb przy minimalnej zwłoce i ekspresji. Nie grał, nie bawił się, bąknął tylko, co miał postanowione, jakby studiował wcześniej tę dwusylabową kwestię, by nie zapomnieć i zamilkł. Dietmar wzniósł krzaczaste brwi w zdziwieniu, westchnął i wysypał na stół, co miał w sakiewce.

    Było ich piętnaście. Piętnaście pozłacanych krążków, które w Wolnej Lidze i okolicznych państwach robiły za podstawowy środek obrotu w większych transakcjach. Oprócz tego wysypało się jeszcze parę miedziaków i srebrników, drobnica w użytku przy codziennych zakupach. Dietmar skrzyżował szare oczy z piwnymi Elbrechta, postudiował go chwilę, ale wobec braku reakcji dał za wygraną. Prawie, że machnął ręką, jakby chciał ogłosić światu, że dobra nasza, a co mi tam, ale zamach ułagodził, ręką wylądował na stole i gładząc po drewnie, zebrał monety do sakwy niby szuflą.

    - Więcej przy sobie nie mam, ale dobrze – zgodził się. – Wiesz, gdzie jest dom cechowy, prawda? Ten wysoki, z wieżą ze smokiem. Przyjdź tam po piątej, zapytaj o mnie, zaprowadzą cię. Wypłacę ci prosto z kasy. Dwadzieścia pięć. Ma-ją-tek mój drogi, majątek.

    Dłużej Elbrecht zwlekać nie potrafił, więc mimika rozlała mu się nieco, radość pulsowała pod maską. Zgodził się szybko, potaknął i zatopił wąsy w kielichu, żeby nie pokazać zębów, które wyłaziły już na wierzch w uśmiechu nie do zastopowania. Niepotrzebnie, bo kupiec skinął mu krótko i zaraz zebrał się od stołu, nie zwracając na niego dalej uwagi. Vatar, który przyszedł jako obstawa, dostał znak, że na dziś ma już fajrant i może robić co chce. Elb okazał się niegroźny.

    Vatar postanowił zatem robić, co chce. A chciał robić na swoim i na swoje. Poczekał przy szynkwasie aż szef wyjdzie z gospody, zamówił dwa piwa i zaraz wylądował z powrotem przy stoliku z pasterzem.

    - Chuj. – Ochroniarz przysiadł ciężko i podsunął kufel Elbowi. – Chuj z niego zwykły. Oszukać cię chce, chłopie, farmazon jeden.

    - Za dwajścia pięć, oszukać? – No to w głowie się nie mieściło, gdzie niby coś tu nie grało? – Chromolisz!

    - A brońcie bogowie, nie pierwszy to raz z nim już tak– Vatar żachnął się i zrobił smutne oczy, co upodobniło jego pysk do mastiffa. – Uczciwy człek to nie jest, ale teraz już dość! Nie dam mu, co by ci jeszcze krzywdy narobił.

    ***

    Czarna, granitowa ściana wznosiła się wysoko ponad jałowym krajobrazem doliny Drusdygg. Była częścią szerszego bloku, rozciągniętego na stajanie w obie strony, wywalonego przed obły, piaszczysty masyw gór, które w tych stronach wyglądały jak masywne brudnoszaro-żółte kopce, rosnące najpierw po trochu, grząskim podnóżem, gdzie zbierało się wszystko, co naniosły lawiny, a potem gwałtowniej, przechodzące w surową pochyłość, gdzie może i dałoby radę wspinać się przygarbionym, ale jeśli noga się powinie, oj, nie bardzo było się czego łapać. Skał jednak w typie odkrytej grani na tej wysokości nie było, te majaczyły hen wysoko, daleko nad lasami, jeszcze ponad żlebiskami i rumowiskami pełnymi bazaltowych kawałów.

    - Prawie jesteśmy! – Elbrecht machnął na niego gdzieś z przodu, ale nie czekał. Zagwizdał zadowolony i z tym gwizdaniem niosącym się w dolinie, ochoczo potruchtał dalej. Vatar swoje w życiu przemaszerował, a troski i trudności miał za życiową normę, krzywiąc się podejrzanie, jeśli coś nie uwierało i nie piekło, ale za pasterzem ciężko mu było nadążyć.

    Chłop znał te strony, wiedział jak się poruszać, a ścieżkę, którą prowadził – meandrując wśród głazów i umęczonych krzewinek – miał już wykutą na blachę. Opowiedział o tym zresztą, kiedy już zbratali się na dobre i opuścili Rudą Grań, gdzie wcześniej, nieopatrznie, próbował odsprzedać znalezioną pod górami figurkę u Dietmara Hakela. Elb prawdziwie uniknął wtopy i teraz, bogatszy nie o dwadzieścia pięć, a o czterdzieści złociaków, prowadził przyjaciela do źródła znaleziska, gdzie miało być tego więcej.

    Dużo więcej, opowiadał, bo on wlazł tylko na kawałek, najpierw nie miał ze sobą ognia, a potem znalazł tę figurkę i wygrzebywał coś z gruzów, potem jeszcze coś, ale musowo było tego więcej, bo ściany były rzeźbione, kolumny, no jak w świątyni, albo w mieście. Pewnie jak w tym domu cechowym, ale tam w końcu nie poszedł, choć z zewnątrz wyglądało jakby mogło być podobnie. Tyle, że tam było czyjeś, a tu niczyje. Ich znaczy. Teraz miało być ich, a Vatar miał ściągnąć znajomych górników z Melkot, którzy przeryją to dla nich za część tego, co znajdą. Losie, Fortuno, odmieńże skromną wioskę Wrzosiny, gdzie dotąd żył biednie Elbrecht, nie szczędź jej zmiany na lepsze i nie ociągaj się, nie certol, ludzie zasłużyli na poprawę!

    Elb miał być pierwszym, któremu się poprawi, ale nie że jemu samemu, bo co znajdzie i co zarobi miało iść na gospodarstwo siostry i szwagra, rodziców, a potem dalej, każdemu wedle potrzeb, a nawet i ponad, bo Vatar mówił, że marzyć trzeba odważnie, a tu były podstawy.

    - Dotknij. – Pasterz znalazł się nagle po prawej, musiał zrobić zawrotkę gdzieś za którymś pagórkiem i teraz pokazywał na granitowe zbocze, przy którym szli.

    - Hmm? – Skała jak skała. Ochroniarz przejechał swoim wielkim łapskiem po pożyłkowanej bryle kamienia. Inna jakaś? Nooo, może jakby-jakoś, inna trochę w fakturze niż granit pod ręką podpowiadał, równiejsza, gładsza? - O cię chu…!

    Elbrecht patrzył chwilkę na towarzysza, który gładził po ścianie, zadumany, marszcząc czoło tak, aż wyszły mu bruzdy, co przy tych na karku wyglądało, jakby ktoś obciągnął go na noc sznurem wokół głowy i zostawił uwędzić. Pasterz zaśmiał się, zastukał w ścianę, zrobił krok i wlazł w nią. Wlazł dosłownie, ale tak, że aż go przerwało i aż tak, że Vatar przerwał w pół przekleństwa. Na zewnątrz została lewa strona Elbrechta, ta z kijem w łapie i z nogą w dziurawym bucie, a drugiej nie było.

    W pierwszym odruchu drab chciał złapać przyjaciela, wyrwać go ze skalnej pułapki. Byłby go pewnie połamał, gdyby chwycił tak ochoczo jak rzucił się chwytać, ale w kroku zachwiał się, poślizgnął i sam wpadł w ścianę, zwalając w czarny, zagruzowany i pełen pajęczyn korytarz. Światło padało od północy, przesiąkając przez niknący powoli całun iluzji, który na oczach najemnika rwał się, zostawiał już coraz drobniejsze cząstki, aż stał się całkiem już powidokiem i w końcu zniknął, nie dając już słońcu żadnej bariery przed spenetrowaniem tego, co kryła góra.

    A było co ukrywać, bo wryta w górę ścieżka nie była ledwie górniczym chodnikiem, ale wysokim na kilkadziesiąt stóp hallem, obstawionym zamiast drewnianych szalunków marmurowymi kolumnami i obciągnięta na ścianach reliefami z bazaltu. Ściany były ponadkruszane, ale szły równo, niby deski wycięte w tartaku, a posadzka pod nogami – nie licząc zwalisk kamieni – była gładka jak blat stołu. Samo wejście, teraz odkryte spod mirażu, zapraszało rytymi w granicie pilastrami w falowane esy-floresy i frontonem, gdzie uchowały się jeszcze resztki płaskorzeźb bogów czy herosów, szczęśliwszych od reszty panteonu, który skruszał i leżał pewnie w resztkach gdzieś w kupie gruzu i pyłu na dole.

    - Wstawaj, wstawaj. – Elb wyciągnął rękę do kolegi i sapnął, zgięty pod jego ciężarem, gdy osiłek zebrał się na nogi. – No i mów… Co myślisz? Że było tu cały czas takie, nieruszane! Robi wrażenie, nie?

    - Robi – zgodził się Vatar. I zaraz zaczął w głowie układać scenariusze i składać kalkulacje. Nauczony jednak upewniać się, co do składowych rachunku, zaraz odpalił pochodnię i ruszył w głąb korytarza. Wszystko to miało wartość, tak kolekcjonerską, historyczną, jak i zwyczajnie budowlaną, a jeśli zebrać się porządnie, dałoby radę wykuć i wywieźć kawałek po kawałku. Upysznić pałace wielmożów i dać przepych biurom kompanii, wyprzedać antyki do świątyń i gildii, dać budulec pod kamienice i grodziska, nic nie zmarnować.

    - No, no – ucieszył się odkrywca. Byli ledwie kilkadziesiąt kroków od wejścia, w okrągłej sali, gdzie stały kamienne ławki, a okrągła kolumnada imitowała leśną polanę. Tu pochodnia odsłoniła jadeitowe figurki zwierząt, przycupnięte na brzegach zrujnowanej fontanny, a w niej, wśród kawałków marmuru, które kiedyś składały się w górujący nad całością posąg, złoto. Złote bransolety i obręcze, które pozsuwały się z rozbitych członków marmurowej figury.

    - Dzięki. – Vatar odwrócił się, oświetlając pogodną, ogorzałą twarz przewodnika. Elbrecht Bregg uśmiechnął się do przyjaciela, akurat pod światło, akurat pod marmurową łydkę, którą kolega wyłowił z fontanny i zdzielił go w pysk. Kość gruchnęła, Elb zaskamlał, marmur pękł na nim, a płytki ceramiki pod nim, kiedy ogłuszony zwalił się z impetem na brzeg źródełka. Na szczęście, bo szczęścia miał widać więcej niż rozumu, nie czuł już nic, nieprzytomny, więc darowano mu bólu, kiedy kolega poprawił mu parę razy, tym razem strzaskując inny członek rzeźby. – Dzięki, naprawdę.

    Vatar Dracht wywlókł ciało niedoszłego wspólnika przed czarne wrota portalu i wybrał z bagaży, które przytargali łopatę. Tyle chociaż był mu winien. Głupiec, bo głupiec, ale dobry chłopak. Uczynił Vatara bogatym człowiekiem, więc szczere dzięki, leż tu sobie, nie za głęboko, bo też i chuj z tym, upał taki, gorąc, szkoda się katować, ale ziemi trochę miej, pastuchu, dziękuję.

    Szczęście było przechodnie, o czym Vatar wiedział, a którą to lekcję Elbrecht przegapił. Popełniać błędy, rzecz ludzka przecież. Ci, którzy wkuli się tam w serce góry i wysłali całe wnętrze marmurem i złotem też przecież je popełnili. Każdy mógł.

    ***

    - Panie Grotte, no co pan? – Obozowisko zamarło, kiedy Vatar zerwał się na równe nogi, a przynajmniej podskoczył spróbować, spiorunowany wzrokiem Grottego. Wzrokiem przejął się zresztą mniej, ale już nastawiona na niego kusza martwiła. – No daj pan spokój, ja nie wiem o co idzie, no porozmawiajmy, no!

    Najemnik został w przykucu, niepewny swego, kątem oka mierząc obozowiczów. Miał tu swoich chłopaków, ludzi, których zebrał na tę robotę. Grib, Berg, Claude, Salm. Był nawet Kron, z którym służył kiedyś na statku jako żołnierz okrętowy i z którym rzezał czarnych na brzegach Amedio. Dałby sobie za nich… Guzik uciąć u kubraka, może nitkę? Ale widział, że szkoda i nitki. Mieli to przegadane, mieli to ustalone, a teraz co? Cicho, potulnie, żaden nie burknął. Salm stał najbliżej, mógłby coś może, coś mógłby, choćby niewielkiego, ale co niby?

    - Kto wie o korytarzu? – Korytarz. Tak to teraz nazywali, najpierw mówili o kopalni, ale nieadekwatność tej nazwy była śmieszna. Na razie był korytarz. – Komuś jeszcze mówiłeś? Wspomniałeś, pokazałeś coś stąd gdzieś dalej?

    - Nie – prychnął Vatar, wyśmiewając samą ideę z taką pewnością, jakby jej niedorzeczność fizycznie go połaskotała. – Oczywiście, że nie!

    Był przekonujący. I dobrze, miał szczęście. Gdyby kręcił, zwodził, albo po prostu powiedział prawdę, że owszem, napomknął o tym jednemu kumplowi, że wyceniał u jednego marszanda złoty wisior z rubinem, który wyniósł spod góry, że zanim ten plan wypalił dowiadywał się jeszcze, bez dużych szczegółów, ale obiecując sporo i nęcąc, o finansowanie ekspedycji w jednej placówce dużej, zagranicznej kompanii, że w końcu figurkę boginki widział wcześniej jego były pryncypał... Gdyby tak dobrze i pewnie nie prychnął, nie kłamiąc w sumie, sam święcie przekonany, że sprawa jest w garści i nie wysypał się nigdzie, to byłby żył jeszcze. Żyłby jeszcze, wzięty na spytki i tortury, męczony, co gdzie wyciekło i kto wie o ICH szansie, ich bogactwie.

    A tak, zaraz dostał bełt między oczy. Grotte strzelał perfekcyjnie, ale i perfekcyjnie dokańczał sprawy. Salm i dwóch jego ludzi, zresztą to od jakiegoś czasu już wszystko byli jego ludzie, poprawili jeszcze ze swoich kusz, przygwoździli masywne truchło Vatara do ziemi.

    Mogli być zadowoleni. Byli na dobrej drodze, złote góry czekały, oni mieli położyć na nich łapy.

    ***

    Naiwni, szczęście, chwilowy błysk, było dla nich szczęściem pierwszych u wodopoju. Choć, po prawdzie, pierwsi przecież nie byli, o czym zaświadczał zakopany przy trakcie Vatar. Długo też nie pozostali na miejscu jedyni. Plotki niosły się szybko, pieniądz promieniował niezdrowo, roznosił swą zachętę jak wirus. Obietnicą budził, co najgorsze i rozkładał ludzi od środka.

    Ściągał sępy i hieny. I drapieżników. Ciągnęli na miejsce, kupili się, zbiegali. Obóz powstawał szybko, pączkował. Stawał miasteczkiem. Budowało się frenetycznie, z dnia na dzień, stawiano więcej i więcej. Bogactwa góry, a dla wielu ledwie ich obietnice, finansowały tę gorączkę. Mówiono o nich, że są nieprzebrane i że Wolna Liga staje przed swoją złotą erą, że starczy ich, by świat odmienić.

    Ale ludzie zawsze gadają. A bogactw, choćby i nieprzebranych, nigdy nie jest dość dla wszystkich. Brakuje i tym, którzy nie znają ich smaku i tym zwłaszcza, którym dość nie jest nigdy.

    ***

    Wrzosiny czekały na wiosnę. Niecierpliwiono się, bo ciepłe, słoneczne dni przyszły w tym roku wyjątkowo wcześnie i nikt nie chciał już gnieść się pod dyktatem kalendarza, który mówił o lutym. Młodym marzyły się leśne ogniska i kąpiele w jeziorkach, tym starszym młodym to, co dzieje się nieopodal ognisk i jeziorek, w dyskrecji księżyca, a tym jeszcze starszym, wyrosłym już całkowicie, podobało się, że będą mieli obejście dla siebie, bez dzieciarni.

    Zima była krótka, ale surowa, więc kiedy tylko halny zagonionym ciepłem zamącił w głowach i naobiecywał wcześniejszą wiosnę, nikt ani myślał oglądać się wstecz. Nikt nie chciał przyjąć do wiadomości, że na przednówku może jeszcze przymrozić, ani że nawet i później trafiają się jeszcze ciężkie kłopoty. Doszło do tego nawet, że chłopi z Wrzosin, Zawoju i Łohu próbowali wypraszać u siostry Bereniki, kapłanki Atroi, czy bogini w tym roku nie zgodziłaby się może przyjść jakoś wcześniej i czy odpustu nie dałoby się urządzić wczesnomarcowo.

    Nie dało się, siostra – mimo, że pogodnego ducha i luźnego podejścia do dogmatu, które od razu szło zrozumieć, gdy ktoś wiedział, że nim porzuciła stan świecki dla Bereniki była Danusią – miała już wszystko umówione z sąsiednimi gminami, a do tego na uroczystość miał nawet zjechać ktoś ważny ze świątyni w Westburn. Odpust musiał poczekać na dzień równonocy. Nadzieje i emocje wzbudzone w ludziach wiosennymi podmuchami czekać jednak nie musiały i znalazły wcześniejsze ujście.

    Dla rodziny Elbrechta Bregga emocji nie brakowało już wcześniej, kiedy łachudra zniknął na wiele dni, bredząc coś szwagrowi, że jedzie do miasta, po złoto, obiecując, że teraz to on o nich zadba i idzie dobre. Widziano go potem w Czarnorogu, w towarzystwie jakiegoś draba, który nie wyglądał, jakby sam dbał o kogokolwiek i mógł komuś w takim dbaniu dopomóc.

    Elwira martwiła się o brata. Dla niej emocji już wystarczyło i bez odpustu, ale wstydziła się, że Elb pewnie zachlał gdzieś, może narozrabiał po pijaku i poszedł na włóczęgę, żeby przeczekać drakę. Wstyd dla rodziny, więc przeżywała po cichu, nie wypytywała i nie szukała. Coś kłuło ją dziwnie, ale na rozum biorąc, a tak zwykła sprawy brać, musiał się przecież znaleźć w końcu, chłop głupi może, ale dobry.

    Potem, kiedy przyleźli ci zbóje, wypytując o okolicę, o to co i gdzie, jakie ścieżki i strumyki, co można znaleźć i czyje pastwiska, ludzie dostali swoje emocje. Bali się i dziwnym nie było, bo tak broń, jak i ryje, banda miała nie od parady. Ale to też przeszło. Ich herszt, oficer jaki, trzymał tę hanzę w ryzach, temperował. Nic złego się nie stało, poszli dalej. Poszli, a tydzień później Marko przyniósł nowiny, że pod górami stoją namioty, rozstawione wozy, a pilarze rżną rzadkie sosny i jałowce, stawiając szopy i szałasy.

    Ostrożność ostrożnością, ale halny naprawdę rozniecił wiosnę w Drusdygg i nikt nie mógł już usiedzieć na tyłku, kiedy coś wreszcie się działo. Coraz to kolejni chłopi z Wrzosin łazili napatrzeć się na przybyszów, a obserwacja nie pozostała niema. Byli ciekawi, kto i co. Pytali, zagajali. Nowi na początku nie byli rozmowni, ale konieczność wszystko odmienia. Wyszły im luki w zaopatrzeniu. Źle policzyli, ile będzie potrzeba gąsiorów i antałków dla ciężko pracujących facetów na środku pustkowia, którzy po robocie nie mają co ze sobą zrobić.

    Wrzosiny przyszły z pomocą. Palinka własnej roboty otworzyła nowe ścieżki komunikacji i szybko wioska zaczęła lgnąć do obozowiska, sprzedając im a to jajka, a to baraninę, a to trochę masła i sera, może jeszcze czosnku-cebuli? Panowie, te raki tu nałapane w naszej Cichej, nie chcecie, świeże? A jagnię? Jagnię mam, padło, bo maciorka nie wykarmiła, ale mięso wyborne, de-li-ka-tes!

    Niektórzy poszli nawet dalej, nie czekając odpustu i targu, gotowi byli wyprzedać narzędzia czy dobra, które czekały większych okazji, widząc, że Nowi idą ze świata, gdzie pieniądz lżejszy i nie targują się za mocno. Oj tak, Wrzosiny mocno wzbogaciły się tej wiosny. Rosły wraz z tym jak rósł obóz. Koczowisko, które szybko stało się stanicą, osadą, wioseczką niemal, a wkrótce doczekało się budynków z podmurowaniem, ambicji na więcej i pierwszych mieszkańców, którzy nie mieli już czerwonych karków i zgrubiałych dłoni.

    Wiosna tego roku przyszła szybciej. Była gorąca, głośna, gwarna, pełna nadziei, emocji i obietnic. Elbrecht nie doczekał owocy swego znaleziska. Nie mógł widzieć, jak powodzi się wiosce. Jak Marko i Elwira pobielają powałę w izbie, ani jak wracają z targu z tuzinem kurczaków i struganym konikiem dla małego Tolka. Nie doczekał właściwej wiosny, zaległy gdzieś w płytkim grobie pod Czarnymi Wrotami.

    Tym bardziej nie mógł doczekać lata, żeby zobaczyć, jak żarzące słońce znad Pieców oświetla puste obejścia i zagrody Wrzosin. Jak ogrzewa odnowione daszki i werandy. Jak przygląda się zza czarnych grani opustoszałej wiosce, gdzie nie zostało żywego ducha.


    31 sierpnia, 591 WR Konni jechali ostrożnym kłusem. Rozciągnięci w długą kawalkadę, rozglądali się na boki i łypali to do tyłu, to do przodu, łowiąc najbliższych towarzyszy. Leśna ścieżyna wiła się nierówno, to wpuszczając przerzedzeniami nieco światła i przestrzeni do jazdy, to kurcząc do węża, którym ledwie wóz by przejechał. Znali drogę. Wiedzieli, gdzie mają jechać. Sylv, Marius i Seweryn już tam byli. Prowadzili na pewniaka. Ale po ich opowieści las nie był już taki, jak wcześniej. Najwięcej zrobiły słowa Mariusa. Kapłan nie gryzł się w język i nim zaświtało, jego historie żyły już własnym życiem, a każdy strach upasł się na strachu poprzedników, którzy przekazywali wieść dalej. Pauzy w ptasich świergotach – naturalny moment na brawa – teraz budziły niepokój. Wzmagały wzajemne spojrzenia, podnosiły w siodłach, wstrzymywały myślotok. Uszy strzygły za nieznanymi nutami, trzask gałązek zrywał ręce z uzd do kulbak i pasów. Przebieżka, która miała być dla koni przyjemnością zmieniła się w zmorę. Zwierzętom udzielił się niepokój jeźdźców. Szły niechętnie, obijając się o siebie i parskając. Ogary, które przyprowadziła drużyna z Roscoe biegły im między nogami i powarkiwały, dodając jeźdźcom nowe źródło wybojów. Psy też musiały wyniuchać coś niedobrego. Czy chwyciły niebezpieczeństwo drzemiące w lesie, czy po prostu przejęły wiszący nad grupą strach... To miała pokazać przyszłość. Varlund jechał z Sylvem na przedzie. Jechał dziarsko, bujając się w siodle jakby zajeżdżał pod oberżę pokazać się dziewczętom. Wstrzymał się od podgwizdywania, ale co i rusz przypalał gasnące tytoniowe skręty i cmokał, kopcąc. Nie bał się. Nie bał się, albo ludzie mieli widzieć, że się nie boi. Działało. Trochę. Dobry przykład trzymał kompanię w ryzach. – Tu zginął pan Claude – zaraportował Sylv, gdy zajechali na skrwawioną polanę. Goblińskie trupy były rozwleczone po trawie. Nadżarte, ale niedojedzone do końca. – Tu się rozdzieliliśmy... Oni pojechali dalej, tamtędy. Sierżant poklepał tropiciela po plecach, jakby starszak pocieszał kumpla przy kieliszku. Żołnierz znał smak porażki. Wiedział, co to śmierć. Także śmierć dowódcy. Miał gest suchy jak zimowa trawa i nic poza tym. Nie wierzył w słowa. – Panie Kroll, zdajemy się na wasze pieski. – Spojrzenie wąsacza mimo woli powędrowało na poniewierające goblińskie truchło bloodhoundy. – Dajcie im trop i ruszajmy. [image: 1770317489616-023a245f-299e-4b63-b889-26c7a984c02c-image.png] Droga pod górę poszła prędko. Górskie wiatry i wyziewy gorących źródeł wywietrzyły trop porwanych, ale ślady Randala, Kaia i Lary były jeszcze świeże. W miarę. Dość, by Sylv z pomocą Krolla gładko poprowadził odsiecz najszybszą drogą. Znaleźli ich nieco po południu, gdy słońce weszło w największy wygrzew, a wiatr zelżał, wzmagając echo każdego dźwięku. Góry niosły stukot podkutych koni, niepewne kroki i rozmowy. Z jednej i z drugiej strony. – Tutaj! – Usłyszeli gdzieś z dołu, z kotlinki, którą kosodrzewina obrosła jak cierniowa korona. Już wcześniej usłyszeli rżenie konia, ale teraz mieli pewność. – To półelf – rzucił sucho Seweryn. – Zachowajmy jescze... Ostrożność - doradził. Marius wiedział, skąd rozwaga i chłód cyrulika, ale sam nie ważył ryzyka. Może wiedział, że tym razem Kai mówi swoim głosem, a może czuł, że jest mu coś winien. Jemu i reszcie, która przebyła noc w górach. – Ahoj! – Kapłan wynurzył się zza osłony krzewów i wpadłby do niecki w dole, gdyby nie kostropata gałąź na skraju. – Oj... Potrzebujecie pomocy... Chodźcie, trzeba ich wciągnąć na górę! – Nie trzeba – zadudnił zimno głos Randala. – Sumienie ruszyło? Paladyn zebrał się z ziemi i rzucił w głąb kotliny kijek, którym się drapał. Wyglądał na poobijanego i zmęczonego, ale nie krwawił. Był cały. Kai na pierwszy rzut oka wyglądał gorzej, ale może to przez to, że zrzucił buty i ciuchy, zostając w samych spodniach, a na jego chudym, spoconym i poranionym ciele obraz porażki rysował się mocniej. Najsłabiej miała się jednak Lara, która leżała na sienniku, z poduszkami pod głową zrolowanymi z szat towarzyszy. Już normalnie była alabastrowa, ale teraz jaśniała jak pobielana chata. Oddychała płytko, ze wzrokiem spuszczonym nisko i niezdrowo ciemnymi, siniejącymi aureolami wokół oczu. Żyła jednak. Żyła i widać duch wojowniczki jej nie opuścił, bo widząc jak Marius wyrasta u góry, podparła się na łokciach i przysiadła oparta o skałę, machając przybyszom. W kotlince rozbili obóz, korzystając z tego, że rzęsa kosodrzewiny zawisła nad schronieniem, dając osłonę od słońca i gorącego, niosącego pył i siarkowe wyziewy wiatru. Został im jeden koń, który prychał wesoło, czując, że głód dobiega końca. Rycerz i bard pomogli Larze wywlec się na ścieżkę ponad dolinką, a Sylv i ludzie Varlunda zebrali rozłożone przedmioty grupy i wyprowadzili na powierzchnię kasztankę, której zaraz wróciła werwa. Widać z nią przyroda obeszła się delikatniej niż z dwunogami. Drugi koń znalazł się też niedługo potem – spłoszony wlazł na grań na końcu jednej ze ścieżek i nie potrafił wrócić, a zmęczona grupa wypadowa nie miała siły go ściągnąć. Ze wsparciem żołnierzy ratunek przyszedł sprawnie. Trzeciego już nie znaleźli. Przepadł po tym, jak wszystkie trzy, pozostawione bez opieki, zerwały się w nocy, zbiegając w dół przełęczy. – Widać, że ciężka noc za wami, moi państwo. – Varlund podszedł do znalezionych ratowników, zdejmując czapkę i dygając lekko przed Larą. – Napijcie się, posilcie i dajcie chyżo znać, czy złapaliście ślad wieśniaków z Pogorzeli... Myśmy tą grupą, którą przysłano wam sukurs. Jestem Varlund, ci żołnierze w mojej pieczy. A to pan Kroll, prowadzi oddział z Roscoe. Masywny chłop w przetartej przeszywanicy kiwnął głową i na moment zdjął skórzany kapelusz, przydając szarej okolicy kolor swymi rudymi, ledwo co ulizanymi do tyłu strąkami. – Dajcie się obejrzeć, bo w-widzę, że ran doznaliście. – Seweryn wynurzył się spośród ciekawskich, niosąc pod pachą swój lekarski tobołek. Najsłabsza, Lara była naturalnym celem. – Musicie pić dużo, to na pewno... Ale i pokażcie, to zaraz uradzę co więcej zda się... – Maestro Seweryn niech swoje robi, a wy, państwo, rzeknijcie coście znaleźli? – Varlund przysiadł obok osadzonej na kocach trójki i dojrzał, by każdy dostał solidny bukłak. – Będzie kogo ratować jesczcze? Randal spojrzał w oczy sierżanta, wypuszczając słowa z ust jakby trzeba było wyciągać je spod imadła. – To... Trudna sprawa. [image: 1770317489616-023a245f-299e-4b63-b889-26c7a984c02c-image.png] Płomień pochodni drgał nerwowo wśród oparów wilgoci, skracając pole widzenia do obłych plam ledwie na krok czy dwa na bok. Poza tym ciemność, szum i dudniąca woda. Szli nabrzeżem u stóp skalnego uskoku, przykurczeni, by dać opór zimnu i wodzie, które zasadzały się na ich światło. Nie doszli daleko. Kamienna grzęda schodziła w toń, nie dając żadnych nadziei na obejście jeziora. Gorzki powrót nasiąkł strachem, gdy ognie zgasły pod nagłym podmuchem. Nasiąkłe wilgocią żagwie mogły już nie zapłonąć... Dobrze, że Kai mógł odwołać się do swych sztuk, które jeszcze parę dni temu skrywał przed większością świata. Prosty czar zapalił pochodnie na nowo i delikatne tupanie naprzód odżyło. Trio poszukiwaczy, odważnych ratowników, teraz przygarbionych i przygiętych grozą, że zapadną tu w mrok, a pamięć o nich zginie, podjęło marsz. Drugi skraj skalnej, nadwodnej półki, która robiła za naturalną przystań, kończył się zaraz za wiodącymi w górę schodami. Nie było innej ścieżki. Woda była zimna. I... Zapewne głęboka. Lara odetchnęła ciężko i dla naukowej pewności wetknęła długi łom w zimną taflę. Woda była świeża, czysta, omotana wokół parą wodną z opadu. Ale pani doktor odliczała każdy ułamek sekundy do chwili, gdy będzie mogła już wyrwać dłonie poza toń. Zebrała się z kolan i szybko odeszła na wiodące wyżej stopnie. Ruszyła w górę chwiejnie, szybciej niż w jej zwyczajowym pewnym, gibkim i eleganckim marszowym kroku, dziękując sobie, że już po. Woda była głęboka. Lara nie chciała wiedzieć już jak bardzo. Czuła, że jest cała przemoczona, a opar osiadał na niej niby spojrzenia zza węgła. Niedobre, niepewne, niknące, gdy poświęcić im wzrok. Randal, Lara i Kai ruszyli z powrotem, kilkakrotnie jeszcze korzystając z mocy barda, który musiał przywracać pochodniom słabnący płomień. Jego magia nie potrafiła wyczarować ognia sama z siebie. Umiał wykrzesać go z najmniejszej iskry, jeśli było tam jeszcze coś, co mogło zapłonąć. Ale nasączone oliwą pochodnie, nawet zwinięte pod szaty, ukrywane od podmuchu wodospadu, były coraz bardziej mokre. Gdy dotarli na górę, do korytarza, skąd wyszli, płonęła już tylko jedna. Ogień pełgał coraz słabiej i modlili się, by wytrzymał do końca ścieżki. Droga była pełna wybojów, nierówności, szczerb, wyżłobień i niecek. Półelf zdecydował, że pójdzie pierwszy. Narażał się... Ale on widział najlepiej. Szli powolutku, trzymając się jedno drugiego, mokrzy od wilgoci jaskini i własnego potu. A ogień w końcu zgasł. Zgasł i nie dał się już przywrócić. Zostało im polegać na wątłym powidoku Kaia, który sam już nie wiedział, czy wiedzie ich wedle tego, co niknie mu przed oczami, czy wizji spod powiek, które zostają zamknięte. Nie wiedzieli, ile im zeszło na ślepej tułaczce przez korytarz, ale kiedy dotarli w zasięg słabego światła Luny, które wpadało przez zdjęty właz, czuli jakby minęły lata. Nie widzieli się dobrze, ale w szarych sylwetkach jaśniała im siwizna, a w twarzach odcinały się zmarszczki. Jakiż był ich szok, gdy na powierzchni dojrzeli, że choć zmarnieli na twarzach jak po głodówce, dojrzana starość była tylko omamem steranych umysłów. Zmartwiali niemal od chorej gry na zmysłach, które przez godziny wbijała w nich ciemność, nie mieli już siły by zrobić cokolwiek więcej. Randal, pchany chyba jedynie boską łaską patrona, zdołał zebrać ostatek mocy i zepchnąć właz z powrotem na swoje miejsce. Niezdolni, by wspiąć się z powrotem, ani by zleźć niżej, wszyscy troje zalegli ciałami na pokrywie. Liczyli, że choć swoim, martwym ciężarem utrudnią gatunkom podziemi wyjście na żer... [image: 1770317489616-023a245f-299e-4b63-b889-26c7a984c02c-image.png] - Dotarliśmy tak daleko jak się dało. Ktoś porwał ich w głębiny... Przepłynęli podziemne jezioro, ale my musieliśmy zostać na brzegu. – Randal splunął na kępę trawy, zły na samo wspomnienie własnej niemocy. - Zejść tam jest cięzko, ale da się... Ale trzeba mieć jak przepłynąć. Oni mieli. – Nie trafiliśmy ich śladów, ale właz, te monety, które widzieliście... Schody i poręcze w korytarzu. – Lara wyglądała lepiej z każdą minutą, ale cienie wokół oczu pewnie miały z nią zostać na wiele dni. – To sugeruje, że za porwaniem mogą stać... Z ogromnym prawdopodobieństwem stoją szare krasnoludy. Duergarowie. To podziemna rasa. Słyszałam, że handlują niewolnikami... Ale nie wiedziałam, że bytują w tej okolicy. Varlund podczas opowieści spalił całego ćmika i teraz już żuł tylko mokrą końcówkę, ważąc myśli. – Co zatem radzicie robić dalej? - Sierżant pochylił się ku drużynie, zniżając głos. – Zrobim co trzeba, choć ludzie... Będą się bali. Z tego, co mówicie, to nie na takich jak oni to sprawunki... - Na pewno trzeba mieć tam światło. Duuuużo światła – zapewnił Kai, a towarzysze pokiwali jak w hipnozie. - I jak się przeprawić przez wodę. Najlepiej do jednego i drugiego, żeby była magia... - Magia? - zdziwił się Kroll, który dotąd przysłuchiwał się wszystkiemu w ciszy. - Ano – zgodził się z ulgą Varlund. - Nie na nasze to głowy i pewno magika trzeba... No nic. Wskażecie, gdzie ten właz, to zawali się kamieniami, by nic nie wylazło, ni wlazło... Randal i Kai spojrzeli po sobie, a paladyn fuknął, ale wstrzymał słowa. – Tyle możem zrobić teraz. Sami mówicie – rozgrzeszył się żołnierz. – Łodzie trzeba albo wystrugać, albo ściągnąć aż z Czarnorogu czy Zawoju... To i tak dwa dni najmniej zejdzie. No i do pana starosty donieść, co i jak. Niech radzi z mistrzem Weldem, on na magii się wyznaje, to jemu tu władza. Lara zebrała się z ziemi i zaczęła zbierać swoje tobołki, zarzucając je do juków wolnego konia. Ruchy ciągle miała niemrawe, jakby uczyła się wszystkiego na nowo. – Pan Varlund ma rację, choć i mi ciężko się z tym pogodzić... By się tam przeprawić, trzeba dobrego przygotowania. My zrobiliśmy, co w naszej mocy. Czas, żeby pan Salina sięgnął po więcej środków. – Lekarka oparła się o konia z przyjemnością gładząc miękką sierść na szyi zwierzaka. Takie doświadczenia jak to, które przeszli wzmagały radość z prostych rzeczy. Kusiły do zwykłego życia. Kazały zeń czerpać, póki trwa. - Zrobiliśmy swoje. Teraz dopilnujmy, by zrobiła i reszta. Drużyna i dowódcy oddziału pokiwali sobie głowami na potwierdzenie, jakby cała sytuacja wymagała jakiejś niemej kropki od każdego z rozmówców. - I jeszcze jedno, panie Varlund. – Lara musiała to dodać. - Ten gigant, to porwanie, gobliny... Coś poruszyło te góry. Wszyscy musimy się teraz mieć na baczności, bo to nie wygląda na koniec. Tak, zaszumiał kojąco głos w głowie Mariusa. To dopiero początek.   KONIEC   (acz ciąg dalszy nastąpi...)
  • RewikR

    Jedyny Pierścień - Warsztaty

    obrazek

    obrazek

    Najdroższy Balinie,

    Nieomal sześć lat minęło, odkąd gościłeś w moich progach. Ale pamiętam dobrze każde słowo, które padło wówczas z ust Twoich i Gandalfa. Niepokoiłeś się bardzo, a ja wziąłem sobie Twój niepokój do serca. Wiesz jednak dobrze, jak trudno zachować wiarę w istnienie tajemniczych niebezpieczeństw, gdy tkwi się w starym, dobrym Shire. Od tamtej pory nie raz odwiedzał mnie Gandalf, najwyraźniej wierny naszej starej przyjaźni. Za każdym razem podkreślał, że musimy mieć się na baczności – ale jego ostrzeżenia brzmią przesadnie w uszach osoby nawykłej do spokoju i bezpieczeństwa północno-zachodniego skrawka Śródziemia.

    Nie sądź jednak, że popadłem w zupełną beztroskę. Wystarczy rzut oka na pamiątki naszej przygody, by przed oczami zamajaczył mi wielki i niebezpieczny świat! Czasem nawet za nim tęsknię i chciałbym, by moje stopy znów poczuły gościniec, a serce zabiło żywiej, gdy cudem udało się zachować skórę. Odzywa się krew Tuków! Ale potem wiodę wzrokiem po moim pięknym ogrodzie, pełnym lwich paszczy, słoneczników i cudnych nasturcji… Płoną czerwienią i złotem, piękniejsze niż jakikolwiek smoczy skarb – i wtedy znów budzi się we mnie Baggins.

    Ufam, że moje słowa nadto cię nie zasmucą. Choć jeszcze o tym nie mówiliśmy, wiem dobrze, że zamiarujesz zaprosić mnie na wyprawę do Morii, którą od dawna planujesz. Niestety, muszę odmówić – spędziłem tyle czasu, pełzając po tunelach u korzeni Gór Mglistych, że starczy mi na resztę życia. Ale znam nieco tutejszej młodzieży, która przypadłaby ci do serca. Sądzę, że tylko czekają, aż ja albo nasz szary przyjaciel popchniemy ich delikatnie za próg i chętnie powędrują choćby i na koniec świata w poszukiwaniu przygody! Będziesz miał z nich większą pociechę, niż z podstarzałego domatora. Tak, tak - chyba zaczynam popadać w starość, która jeszcze kilka lat temu wydawała mi się tak odległa...

    Bilbo Baggins

    ***

    Zapraszam do gry i nauki systemu Jedyny Pierścień II ed.

    Przygoda pochodzi z zestawu startowego i osadzona jest w całości w Shire. Jest to pierwsza z pięciu przygód tego zestawu. Co za tym idzie - przygoda jest prosta i przeznaczona do gry hobbitami. Spodziewajcie się ważkich hobbickich spraw, acz nieprzesadnie heroicznych. Przygoda jest dość krótka, więc myślę z 3 miesiące nam zejdzie. Sesja z użyciem uproszczonej mechaniki, acz dającej wyczuć co nas czeka mechanicznie dalej.

    Do gry dostępne są gotowe karty postaci. Z racji, że są uproszczone i skrojone specjalnie pod tą przygodę, sugeruję skorzystać właśnie z nich. Karty są gotowe, nie przejmujcie się takimi drobnostkami, jak brak ekwipunku, czy cyferkowe niezgodności z zasadami pełnymi. Oto one:

    Drogo Baggins
    Esmeralda Tuk
    Lobelia Bracegirdle
    Paladin Tuk II
    Primula Brandybuck
    Rorimak Brandybuck

    Podsumowanie

    • System: Jedyny Pierścień II ed.
    • Ilość graczy: 3-6
    • Kryteria przyjęcia graczy: Trzeba napisać, że chce się grać, wybrać jedną z 6. kart postaci i mieć świadomość, że walki z trójgłowym smokiem to nie będzie.
    • Platforma: Forum
    • Częstotliwość odpisów: Jak kto lubi. Z reguły u mnie to tydzień ja, tydzień gracze, ale będzie jak wyjdzie, bez popadania w skrajności.
    • Dokumenty Google: Jak kto lubi.
    • Termin zakończenia rekrutacji: 16.01.2026 po drugim śniadaniu, ale możliwe że wrzucę otwarte rozpoczęcie szybciej.

    Temat do zamknięcia
  • JhnWJ

    01674076-e1f1-4b19-985d-e6ae53159a44-bykon_hi_res.png

    Ósma edycja Bydgoskiego Konwentu Multifandomowego Bykon odbędzie się w dniach
    21-22 marca 2026 roku w Zespole Szkół Mechanicznych im. Franciszka Siemiradzkiego
    oraz w Wyższej Szkole Gospodarki w Bydgoszczy.

    Tym razem motywem przewodnim będzie Gamingowy Bykon! Natomiast na uczestników
    będą czekać punkty programu w takich salach, jak azjatycka, popkulturowa, manga&anime,
    literacka i wielu innych, a także strefy gier planszówkowych, cyfrowych, konsolowych i
    muzycznych.

    Po więcej informacji zapraszamy na naszą stronę internetową, media społecznościowe oraz
    kanał w serwisie YouTube:
    https://www.bykon.pl/
    https://www.instagram.com/bykon_konwent/
    https://www.facebook.com/Bykonkonwent/
    https://www.tiktok.com/@konwentbykon
    https://www.youtube.com/@BykonKonwent

    Formularze zgłoszeniowe na wystawców, programów i zespołów:
    https://www.bykon.pl/zostan-wystawca/
    https://www.bykon.pl/zostan-tworca-programu/
    https://www.bykon.pl/zagraj-na-bykonie/


  • BoomyB

    Sesja rozpoczęta 25.06.2023 roku jako sequel do Recollectors.

    Gracze to:
    Deadziu jako Eidith Lothunn
    Eleishar jako Silver Armstrong
    Med jako Roy Genshi
    PefriX jako Mike Nor.

    Rozgrywka prowadzona jest poprzez Google Docs. Tutaj wrzucamy podsumowania scen gdy zostaną rozegrane. Z uwagi na ograniczone ilości czasu, między aktualizacjami mogą być nawet 3 miesiące przerwy.

    Okręt handlowy Artemis-86, pobliże Ziemi.

    - To byłoby na tyle. - podsumowała Millia. - Bastion buduje swoje imperium, Zilva grasuje na rubieżach. Każdy stara się w jakiś sposób ustabilizować. W międzyczasie kosmici próbują się wyzwolić spod ludzkiego buta. - wyjaśniła. - Jeśli macie jakieś konkretne pytania, to mogę wam przybliżyć sytuację.
    Znajdowali się na niedużym mostku, gdzie Millia z fotela obserwowała pracę okrętu. Nie chciała zwracać uwagi na swoją misję, a więc i okręt w ogóle do niej nie pasował. Był bardzo praktyczny, tani, pozbawiony wygód. Zajmowany przez nią fotel nie pasował do reszty wystroju wnętrza.
    Dostali się tutaj za pomocą teleportującej czapki Don Fernanda. Mors i Jack wnieśli je do wnętrza Choulula, żeby wreszcie ich wyzwolić, po aż trzech latach. Lojalni słudzy czekali jednak na zewnątrz. Na mostku i tak było mało miejsca, a dla Milii liczyły się pewne formalności. Nie wypadało, aby uzbrojeni agenci oblegali mostek kapitański jej okrętu.
    Trzy lata w tej puszce… I wyciągnęła ich Millia? A zresztą nieważne, grunt, że w końcu stamtąd wyszli.
    -Zatem jedność ludzkości się rozsypała, panuje chaos, a Ty uwalniasz z więzienia dwoje najbardziej niebezpiecznych osobników w promieniu paru tysięcy lat świetlnych? - Silver nie ukrywał zdziwienia. Rozumiał, że ich ludzie mogą próbować w końcu ich wydostać, ale dla Millii był tylko potencjalnym problemem. Jego rodzina wykroiła sobie ładny kawałek z nowego tortu i stanowiła jedną ze stron konfliktu wewnętrznego. No, mogła mieć oko na Eidith, która została wolnym strzelcem. Ale nie wiedział, czy samą Kostuchę będzie interesowało, by znów znaleźć się pod kimś, gdy ledwo uzyskała niezależność. - Nie zrozum mnie źle, miło w końcu pooddychać innym powietrzem, ale jaki widzisz w tym interes?
    Kostucha w milczeniu słuchała słów Millii, w międzyczasie uważnie ją przewiercała wzrokiem. Jakby patrzyła na każdy jej organ z osobna. Największą uwagę Eidith zwróciły włosy i biust kobiety. Na pewno nie wyglądała na swój wiek, ale że jest wiele starsza od Kostuchy nie miała wątpliwości.
    - Więc gdy władza poszła w niebyt każdy rzucił się na swój kawałek tortu. Jakie to ludzkie. - Mimika Eidith była pozbawiona wszelkich uczuć jednak w jej tonie można było usłyszeć nutkę rozbawienia. Delikatnie szybując nad ziemią podleciała do okna i zadała pytanie.
    - A Panienka Millia? Celuje w ogarnięcie tego chaosu, czy żeby kawałek tortu był większy? - Nie odwracając twarzy od szyby czekała na jej odpowiedź. Co do tego jaki ma w tym biznes Millionaire, Eidith była pewna odpowiedzi… ale chciała to usłyszeć od niej w jej własnych słowach.
    - Silverze… Czemu nie? - spytała Millia. - Wasza wolność była kwestią czasu. Przy szczęściu będziecie o mnie pamiętać, a co ma być, to będzie. - oceniła była admirał, zaciągając się papierosem. - Nie sądzę, abyście byli niebezpieczni. Żaden admirał tak nie uważa. - zdradziła. - Wiemy od April i Lazarusa, że stanęliście po naszej stronie i walczyliście z Marchem. Ba, dla wielu jesteście bohaterami. - wiedza ta tłumaczyła jej zrelaksowaną postawę. Millia nie spodziewała się, aby Silver czy Eidith byli w stanie lub mieli chęci krzywdzić ludzi bez dobrego powodu. - Jeżeli chodzi o mnie, to tak… staram się zachować swój kawałek tortu. - przyznała.
    Młody Armstrong postanowił nie wyprowadzać Millii z błędu. Może nie stanowili bezpośredniego zagrożenia, ale zdecydowanie byli niebezpieczni, jeśli pogłaskać ich pod włos. A w przypadku Silvera, było bardzo łatwo to zrobić… Właśnie, trzeba było przeprowadzić bardziej dokładne rozeznanie sytuacji. Nawiązał połączenie z siecią i zaczął ściągać dane. Jak dobrze było znów mieć dostęp do informacji.-Jak wyglądają stosunki między poszczególnymi frakcjami? - Zapytał spokojnie. Nie wszystkie wieści były jawne, a choć był w stanie zhackować praktycznie każdą sieć, nie miał teraz na to ochoty. Skoro młoda pani ex-admirał była gotowa udzielić mu odpowiedzi, nie trzeba było brudzić sobie rąk.
    - W teorii nie ma żadnej otwartej wojny. Bariera językowa znacznie spowalnia dyplomację. Pewnie już zauważyliście, że nikt nie mówi po ‘Cesarsku’, czymkolwiek ten język był. - zwróciła uwagę Millia. - Piraci są oczywiście bezprawni, więc każdy robi z terytorium Zilvy na co ma ochotę. Bastion z kolei żerował na planetach, które nie zdążyły się sprzymierzyć z żadną frakcją. Tych jest jednak coraz mniej, więc zaczyna się jego rywalizacja z Adamem. Z tego, co wiem, wciąż oficjalnie nie rozpoznał niczyjej niepodległości.
    - Jak się Panience udało znaleźć moich ludzi? Na pewno musieli się ukrywać przed tymi fanatykami z zakonu - Nawet nie chciała wypowiadać tej nazwy. Odwróciła się w końcu podleciała bliżej i wylądowała na swoich obcasach z palcami splecionymi za sobą. Postawiła jeszcze krok w jej stronę i spojrzała jej prosto w oczy. Trwało to tak kilka sekund w końcu się odezwała.
    - Co wiadomo na ten moment o biskupie Klaus Van Hellsing? - Z pokerową twarzą statuetki wpatrywała się w złotowłosą.

    - Weszłam w kontakt z Armstrong Industries, aby znaleźli was. Nie bez powodu ten głuchy telefon trochę trwał. Nie wiem nic o poszczególnych osobach w Icarii. Na pewno nie spotkałam żadnego Klausa, choć też nie słyszałam, aby takowy umarł.
    - Więc teraz ostatnie. - Zaczęła spacerować po pomieszczeniu Kostucha, szukając sobie znanej rzeczy. - Czego Panienka oczekuje od Deathsenders? - Przejechała palcem po półce nie znajdując na niej kurzu.
    Bastion zawsze był najbardziej agresywnym członkiem admiralicji, wyglądało na to, że w tej kwestii nic się nie zmieniło. Niestety, dotyczyło to również jego sztywnego podejścia. Pozycja jego klanu była o tyle bezpieczna, że każde stronnictwo chciało mieć produkowaną przez nich broń, ale to było dyktowane statusem quo, jeśli któraś frakcja zacznie zyskiwać zbytnią przewagę, zaczną się również problemy. Trzeba będzie przeanalizować umowy handlowe i opracować odpowiednią strategię.
    -To nie był język, tylko zaklęcie działające jak uniwersalny tłumacz. Każdy słyszał z ust pozostałych język, którym sam się posługiwał. - Wzruszywszy ramionami Silver odnotował fakt, że najwidoczniej nikt jeszcze nie pomyślał, o wprowadzeniu takiego urządzenia na rynek. - A co z Vyone? - Skoro mieli kontakt, choćby przelotny z April i Lazarusem, to i o niej powinny być jakieś wieści.
    - Zaszył się trzy lata temu bóg wie gdzie i do dziś nikt go nie widział. - Millia wzruszyła ramionami. - Zabrał ze sobą April, ostatecznie jednak nie wiemy dokąd. Nautilus rzekomo jest w stanie przelecieć przez centrum gwiazdy bez szwanku. Jeżeli to prawda, nie sądzę, aby dało się go odnaleźć. - stwierdziła, po czym spojrzała na Eidith. - Zobowiązałam się do odwiezienia cię na arkę. Jeżeli będzie jakaś sposobność na współpracę między nami, będziemy mieli czas to przedyskutować na osobności.
    - Oh… będzie mi bardzo miło. Czy mogę prosić o papierosa? - Przechyliła się na bok. Trzy lata bez palenia wystarczą w zupełności. Tak naprawdę obawiała się, że mogło to pójść inaczej choć nigdy by się do tego nie przyznała, to lepsze niż najemniczenie w Drodze Mlecznej, i z resztą praca tuż pod Millią to ciepła posadka. Dotknęła się w usta zamyślona.
    -Myślałby kto, że jesteś po odwyku. - Zaśmiał się młody October. Kolejna rzecz do odnotowania, sukę będzie musiał najpewniej namierzyć na własną rękę. Ich wątpliwy sojusz już się zakończył, przyszła pora na wyrównanie rachunków. - Szczerze, spodziewałem się, że nie będziesz chciała znowu przyjmować rozkazów. Pod skrzydłami Armstrong Industries też znajdzie się dla Ciebie miejsce. - Zaproponował. Wprawdzie nie spodziewał się, że Eidith się zgodzi. Do tej pory stali na równi i wątpił, by chciała nagle zostać jego podwładną.
    - Rozkazy? - Spojrzała to na Silvera to na Millię.
    Armstrong mało nie wywrócił oczami. Przez ostatnie trzy lata w Eidith dużo się zmieniło, ale jej procesy kojarzeniowe wciąż zostawiały wiele do życzenia. Musiała nabrać szlifów w kontaktach z ludźmi innymi niż członkowie Icarii.
    -Jeśli widzisz się w pozycji pod kimś, oznacza to przyjmowanie rozkazów. - Zaczął wyjaśnienie. Kostucha od początku rozmowy stawiała się w pozycji uległej do Millii, zwracając się do niej per "Panienko", gdy ta była z nią na "Ty". Wyjątkowo niekorzystna pozycja na prowadzenie negocjacji. - Jeśli chcesz być względnie niezależna, potrzebujesz pozycji równej stronie, z którą współpracujesz lub planujesz współdziałać. - Nie wytknął jej błędów prosto w twarz, ale liczył, że zrozumie, co miał na myśli.
    - Popatrz a ja jestem pewna, że usłyszałam o współpracy od Panienki. - Silver mógł pomylić jej maniery z uległością, ale nie zamierzała być na każde pstryknięcie Millionaire. Odwróciła się stronę kobiety.
    - Nie wiedziałam, że tak dobrze się znacie z Silverem, wie o wiele wcześniej, co chce Panienka zaoferować. -
    - Powiedziałam o współpracy. - powtórzyła Millia, podając papierosy Eidith. Spośród dziesiątek marek produkowanych przez korporacje Millii, tytoń który paliła, nie należał do żadnej z nich. - Nie uważam, aby któreś z was było mi dłużne i nie oczekuję, że będziecie mi się odwdzięczać. Teraz jednak gdy jesteście wolni, mam sposobność z wami rozmawiać. Jeżeli zdarzy się sytuacja, w której będziemy w stanie pomóc sobie nawzajem, chętnie przedyskutuję warunki potencjalnej współpracy.
    I wszystko jasne, choć nie powiedziała tego wprost, Millia miała najwięcej do zyskania na tej pomocy, a najwięcej do stracenia, gdyby któryś z innych członków dawnej admiralicji ją uprzedził.
    -Zbieżność interesów, tak? Jeśli się zdarzy, czemu nie. - Przytaknął Silver. Frakcja należąca do jego klanu była w dużym stopniu neutralna, jakby nie patrzeć, wszyscy kupowali u nich broń, ale nie zmieniało to faktu, że każdy ma swoje ambicje i cele. Biada tym, którzy staną po przeciwnej stronie barykady.
    Eidith pstryknęła w czubek papierosa i powstałym tarciem go odpaliła. Dym smakował bardzo dobrze, nawet ją nie dziwiło, że nie paliła własnych marek. “Lepiej smakuje jak ktoś inny zrobi”, czy jakoś tak to było. Paląc spokojnie, zerkała to na Millię to na Silvera.
    - Ode mnie nic więcej na tą chwilę. - Zakomunikowała Eidith, a spod niej wyrósł fotel. Usiadła na nim i założyła nogę na nogę, delektując się pierwszym od trzech lat papierosem.
    -Mogłabyś chociaż w moim towarzystwie nie palić tego szajsu? - Silver nigdy nie przepadał za papierosami i nie krył się ze swoją niechęcią. - Nie, żeby mogło Ci to zaszkodzić, ale toć to nawet nie pachnie dobrze… - Szkoda gadać, nałogowca i tak nie przegadasz.
    -Twoja pozycja opierała się wcześniej głównie o biznes, jaki masz zatem plan? Będziesz z nami konkurować, czy szukasz innej niszy? - Spojrzał na Millię dość poważnie. Armstrong Industries powstało z fuzji dwóch topowych megakorporacji w galaktyce, jeśli ktokolwiek miał kapitał, by z nimi rywalizować, była to ona.
    Eidith uniosła brwi, była zdziwiona, że to dopiero jej papieros zaczął mu przeszkadzać, a nie Millii. Nie skomentowała tego w żaden sposób, puściła jednak parę kółek z dymu ku sufitowi. Zauważyła też, że od samego początku rozmowy z Millionaire tu i ówdzie wrzucał uwagi, jak jego przyrodzenie jest potężne, i nie zawaha się nim wymachiwać przed nikim.
    Była ponad zwrócenie mu uwagi, gdyż nie widziała zbyt dużego w tym sensu. Trzy lata nie było gdzie spuścić z krzyża, więc odrobinę zrozumiałe było jego zachowanie. Ostatecznie to dobry człowiek… człowiek? Już chyba od dawna nie ale to inna sprawa.
    - Na razie nikt nie ma na mnie zrozumiałego casus belli. Wielu jednak nie widzi podstawy w moich rządach, więc tym się teraz zajmuję. Zamiast rozrastać moje terytorium, chcę udowodnić jego praworządność. - westchnęła ciężko. Temat zdecydowanie musiał dręczyć ją od dawna. - Przed iluzją cesarstwa moi przodkowie pracowali nad AI. Chcę odnaleźć ich prace. Jeśli natkniecie na wzmianki o AlphaAI lub OmegaAI, dajcie mi znać. Projekty te były na tyle udane, że iluzja wymazała je z naszej pamięci. - wyjaśniła.- Jeżeli panna jest zmęczona, Mors może odprowadzić cię do kwatery. Będziemy lecieć prosto do Arki. Nie wiem tylko, co z panem. - Millia zwróciła się do Silvera. - Twoja korporacja wciąż ma swoje biura na Ziemi, więc możesz się z nami rozstać już teraz. Jeżeli kolebka ludzkości cię nie interesuje, możemy się rozdzielić gdzieś po drodze. Będziemy lecieć w stronę terenów Icarii. Bierzcie pod uwagę, że nikt obecnie nie wie o waszym uwolnieniu. To od was zależy, jak szybko wieści się rozejdą.
    - Bynajmniej Panienko, to teraz jest największą rozrywką od trzech lat. - Przyznała choć po tonie głosu można było mieć wątpliwości czy to prawda. Dopaliła papierosa do końca, po czym sam pet zamarzł niczym zanurzony w ciekłym azocie. Eidith wstała z fotela zrobionego z czerni, który wyparował jak tylko podniosła swoje szlachetne siedzenie. Zbliżyła się do popielniczki w pobliżu Millii i skruszyła zamrożony do niej pet.
    - Jeśli Panienka wybaczy idę się teraz pobzykać ze swoją kobietą. - Ukłoniła się delikatnie po czym zwróciła się do Silvera.
    - Framuga w drzwiach jest niska uważaj by ci korona nie spadła. - Pokazała palcem na swój czubek głowy i skierowała się w stronę drzwi.
    Szkoda słów… więc Silver nie skomentował.
    -Nie przewiduję, byś miała w tych kwestiach kłopoty z Adamem, ale na pewno z Bastionem. Jego sukces biznesowy raczej nie przekona. - Młody Armstrong wzruszył ramionami.
    -Co zaś tyczy się mojego odlotu, połącz mnie tylko z Balmoral i zaraz mnie nie ma. Jack! - Objaśnił jej swój “plan podróży” i zawołał towarzysza, żeby ten nie musiał tłuc się nie wiadomo jaki kawał po galaktyce.
    - Oh. Swoją drogą. - Przypomniała sobie Millie. - Musicie mieć na uwadze, że infrastruktura galaktyki nie jest w najlepszym stanie. Nie wszędzie da się teraz dodzwonić na drugi koniec. Większość bram jest też pozamykanych lub pod ścisłą ochroną armii. Każdy wziął pod kontrolę, co było w jego terenach. - wyjaśniła. - Szczęśliwie jesteśmy przy ziemi.
    Jack wszedł do kajuty kapitańskiej właściwie mijając Eidith. Para musiała jednak poczekać dobre pół godziny na połączenie. Millie musiała skontaktować się z biurem na ziemi i wyjaśnić sprawę, aby to przekierowało ją do Balmoral. Wreszcie na ekranie pojawił się rubaszny kapitan Dragon, a chwilę później, obok niego na ekranie znajdowali się również Silver i Jack. Millie wyglądała na zaskoczoną zdolnością Silvera. Pożegnała się jednak i przerwała połączenie.


    Roy Genshi, Mike Nor Wszystko poszło z grubsza zgodnie z planem kontradmirała. Nawet krasnoludzki władca powinien być martwy. Roy jednak zawsze dmuchał na zimne, więc musiał się upewnić, że potyczka została zakończona. Jedyne, co poszło nie tak, to predykament w którym znalazł się Mike. Jednak inżynier nie miał sposobu na efektywne zlokalizowanie towarzysza, bądź jego ciała, gdy cała strefa zero po wybuchu była jeszcze rozgrzana do czerwoności. Zaczął więc przywoływać drony zwiadowcze, które miały upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Mali zwiadowcy o kształtach wielkich owadów szybko rozlecieli się po polu bitwy. Część kierowała się do zawalonej wieży, szukając ocalałych krasnoludów oraz tuneli i podziemnych bunkrów w których mogliby przetrwać. Kilka z nich obserwowało niebo naokoło Roya, wypatrując dalszych ataków z powietrza. Jednak większość rozleciała się po polu bitwy w poszukiwaniu Mike’a. Zaś zmiennokształtna kula zebrała się w kupę i podleciała z powrotem do swojego operatora, gotowa zareagować na ewentualne ataki zamieniając się w otaczającą go sferę. - Znowu stałem się Śmiercią, niszczycielem światów... - wydał się z ust mężczyzny smętny głos, gdy ten rozglądał się po nuklearnym pobojowisku. - Który to już raz? - zastanawiał się na głos. W tym momencie przed twarzą Roya natychmiast wyświetliła się hologramowa lista o tytule "Aplikacje do Pseudonimów Agentów Neocesarstwa". Roy Genshi widniał obecnie na pierwszym miejscu z liczbą sześdziesięciu ośmiu punktów, która po donośnym "Ding!" i ulatującym numerku "+1" zmieniła się na sześćdziesiąt dziewięć. - Ranking zaktualizowany. Pseudonim odświeżony. Gratulujemy nowego najwyższego wyniku, Mr. Atom. - zadeklamował syntezowany głos. - Heh, nice - Roy uśmiechnął się z zadowoleniem. - Teraz nie ma szans, że ten cały Septimus Lando przegoni mnie w tej dekadzie. Mam nadzieję, że podoba ci się pseudonim Nuclear Gandhi. Bo zostanie ci na długi czas, smarku. Przynajmniej do mojej emerytury. Mike dalej eksperymentował. Podszedł do nierozgrzanej części pojazdu, dotknął blachy i rzekł “AND NON-HEATING”. Był ciekaw, czy to coś pomoże i jak maszyna zareaguje. Przy okazji rozglądał się za włazem ewakuacyjnym, jako ewentualną droga ucieczki. W myślach z kolei zapytał Great Sage’a - W sumie, jak zadziała na mnie promieniowanie, o Great Sage’u? Mam boskie ciało, ale czy zniesie ono coś takiego? - bohater faktycznie był ciekaw. Może się okazać, że zostanie w pojeździe będzie lepszym wyjściem. Grał w Fallouta i nie chciał skończyć jako jakiś mutant. Great Sage odpowiedział natychmiastowo - Promieniowanie zbiera się w twoim organizmie jak każdej innej materii. Przy jego dużych ilościach, stałbyś się śmiertelnie radioaktywny dla innych ludzi, uniemożliwiając kontakt fizyczny. Stan byłby tymczasowy, zależnie od dawki promieniowania. Główne zagrożenia: nuda, samotność, depresja. - ocenił mędrzec. Heros uśmiechnął się i rzekł - Ale przecież mam Ciebie i Hestię - a po chwili dodał - Poza tym, to będzie problem Roya! - dokończył ze śmiechem. Jak na kogoś, kto mógł zostać napromieniowany czuł się zadziwiająco dobrze z tą świadomością. Chociaż przez chwilę żałował, że nie zmieni się w Hulka. Kto jednak wie? Może uda się pójść w tę stronę przy odrobinie kreatywności! Będzie musiał zapytać o to Roya. Magiczne działania Mike’a przyczyniły się do znacznego zmniejszenia temperatury wewnątrz pojazdu. Jak odkrył szybkim testem, blacha wciąż była gorąca. Ciepło jednak przestało z niej emanować, więc bez kontaktu fizycznego nie był w stanie się oparzyć. Patrząc przed siebie, znalazł też wyjście ewakuacyjne. Ponieważ wiertło zwykle kopałoby przez tunel, wyjście było za nim, na czerwonym końcu maszyny. Roy, rozglądając się swoimi maszynami, zbierał interesujące informacje. Po pierwsze zauważył, że coś się do nich zbliża z bardzo daleka. Wyglądało na helikopter. Po drugie, krasnoludy w zasięgu eksplozji, jak i wewnątrz budowli były martwe. Niestety, wyglądało to na tymczasowe zwycięstwo. Ciała kamiennych istot zaczęły wsiąkać w ziemię i poruszać się wraz z nią, tworząc wielki kopiec krasnoludzkich zwłok. Ta masa ugniatała samą siebie, co jakiś czas wypuszczając nowego krasnoluda. Wyglądało na to, że konsumowała kilka zwłok do stworzenia jednej istoty, więc wciąż robili postęp. Po trzecie, coś spadało prosto na Roya. Ostrzeżony przez swoje maszyny, Roy odsunął się w bok, tworząc tarczę ze swojej autonomicznej kuli. Wtedy, z rykiem i gromem, wysoko z nieba spadł tors krasnoludzkiego króla z na wpół stopioną twarzą, wciąż trzymający resztki swojego młota. Wyrzucony wcześniej w niebosa siłą atomowej eksplozji, celował teraz w naukowca którego ochrzcił ‘kapłanem Lokiego’. Roy uniknął go o włos. Uderzenie które ostatecznie trafiło w ziemię, niosło ze sobą ogromną siłę, po czym zawtórował mu niesamowicie szeroki piorun. Na szczęście w tym momencie Roy osiągnął już bezpieczny dystans. Gdyby naukowiec nie patrzył nad swoją głowę, walka mogłaby stać się wyrównaną. Równie uparty co swój lud, dyszący władca krasnoludów zaczął ściągać do siebie okoliczne truchła poddanych, najwidoczniej szykując się do odbudowy. - Jednak mamy tu ciekawego osobnika. Być może zasługujecie na swoją niepodległość - Roy pokiwał głową, tym razem ze szczerym uznaniem. Wyglądało na to, że sam krasnoludzki król mógł spełniać minimalne wymagania. - Pytanie, czy jesteś w stanie sam bronić swojej planety? Słowa te były transmitowane na częstotliwości, którą powinna odebrać słuchawka Mike’a, jeśli był w zasięgu. - Mike, słyszysz mnie? - zapytał spokojnie swojego towarzysza, jak gdyby ten stał obok niego. - To jeszcze nie koniec potyczki. Rycerze się odbudowują, a król jest obecnie na ziemi mocno ranny. Krasnoludy używają martwych ciał żeby się regenerować. Jest ich coraz mniej, ale musimy kontynuować ofensywę jeśli chcemy ich dalej testować. Król sam aktywował taktyczną bombę atomową i przeżył eksplozję z przyłożenia młotem. Jestem skłonny uznać jego niepodległość po takim wyczynie. Ale muszę poznać twoją opinię. Heros usłyszał Roya - Jestem w środku Twojej maszyny - rzekł do naukowca, po czym podszedł do konsolety, próbując uruchomić sprzęt. Niestety, przegrzane wiertło nie chciało ruszyć. - W takim razie obiorę króla za cel. Uważaj, bo może skierować się do ciebie - kontradmirał uprzedził bohatera. - Zbliża się do nas również helikopter, zapewne nienależący do krasnoludów. Spróbuję nawiązać z nim łączność, gdy tylko wejdzie w zasięg nadajnika. To powiedziawszy Roy zaczął nadawać zapętlone nagranie głosowe, wzywające pilota do zidentyfikowania się. Zaraz po tym skierował uwagę na krasnoludzkiego władcę, którego obraz widniał w rogu ekranu w jego hełmie. Nie chcąc zezwolić mu na szybką regenerację, zaczął przywoływać konwencjonalne pociski naprowadzane przez jego drony na pozycję króla. Mike wzruszył ramionami, uznając, że dalej może eksperymentować. Ponownie dotknął blachy i rzekł “IS CUTTABLE” ale umieścił to słowo przed pozostałymi, po czym spróbował wyciąć dziurę w podłodze w miejscu, gdzie nie czuł gorąca. Pozbawiona swojej odporności na cięcia maszyna z łatwością uległa ostrzu Mikea. Chłopak w końcu mógł się z niej wydostać. Pod podwoziem było ciasno. Szczęśliwie, zbocze było nierównomierne, przez co nachylenie pojazdu zostawiało dość miejsca pod wiertłem, aby wydostać się z pojazdu, jeżeli bohater sobie tego zażyczy. Dźwięk siekier łupiących o pojazd zdradzał, że krasnoludy nie dały za wygraną. Również musiały zauważyć zmianę w wytrzymałości pojazdu. Tymczasem Roy wysłał bombardowanie na regenerującego się władcę krasnoludów. Będąc w formie masy przypominającej glinę i oddalonym od reszty swojej armii, którą wcześniej odciągnął Mike, król nie miał jak się bronić. Eksplozje doszczętnie pozbawiły go kształtu. Wydawać by się mogło, że było po wszystkim. Pozostały jednak w ziemi ślad po eksplozji powoli zaczął przybierać kształt płaskorzeźby w kształcie krasnoludzkiej twarzy. - Ducz je jednym z naszã ziymiōm! Władcōm krasnoludów i jejich planety! - wrzasnęło odbicie twarzy. Mike był przekonany, że krasnoludy umarły w wyniku eksplozji. Albo od początku nie były w pełni żywe, więc nie mogły od tego umrzeć? Heros nie zastanawiał się, tylko zeskoczył do dziury i chwycił miecz mocniej w obu dłoniach. Następnie rzekł do Great Sage’a - Ustaw mnie tak, abym był optymalnie na wysokości głów tych karłów. - skoro od podłogi pojazdu do podłoża góry była niewielka wysokość, to powinno starczyć na tyle, aby Mike mógł bez większego kucania ustawić się odpowiednio. Co nastąpiło dalej? Heros uśmiechnął się, zaczął dreptać wokół swojej własnej osi z mieczem ustawiony na wysokości głów-szyi krasnoludów i nabierał pędu, kręcać się. Po chwili aktywował SUNSTRIKE - 10 kilometrowa katana miała rozciąć nie tylko pojazd, ale również znajdujące się przy nim kurduple. Mike’owi znudziło się już tkwienie w tej nieszklanej pułapce. - Jeśli nie możesz nawet opuścić tej planety, to jesteś bezużytecznym władcą w epoce kosmicznej - zakpił Roy przez małe głośniki zamontowane na dronach oblatujących pozycję króla. - Słaby! Bzzzy! - Nieudolny! Bzzt! - Relikt przeszłości! Bzztu! - zawtórowały mu trutnie syntezowanymi bzyczączymi głosami. - Nie jesteś nawet w stanie obronić samego siebie przed naszą dwójką. - kontynuował naukowiec z narastającym naciskiem. - A w samym neocesarstwie takich jak my są legiony. - Setki! Bzt! - Tysiące! Bzzytu! - Miiiliooonyy! Bzzzuu! - Prędzej czy później przybędą tu inni ludzie i inne zaawansowane rasy, mające za cel waszą anihilację. Stawiając nam opór sprowadzisz na swój lud tylko zagładę. - Śmierć! Bzz bzz! - Dewastacja! Bzzy bzzy! - Zniszczenie! Bzzzt! Kontradmirał w trakcie tego monologu otworzył błękitny portal z którego wyleciała jego idealna kopia. Android w czarnym płaszczu, kombinezonie i opalizującym hełmie, z silnikiem rakietowym na plecach. Robotyczny klon zleciał szybko poniżej poziomu chmur, prezentując się krasnoludzkiemu władcy we wzniosłej pozie podobnej do tej którą wcześniej Roy pokazał Mike’owi. - Ale my nie przybyliśmy tu z wami wojować. Nie to jest naszym celem. - wyjaśnił sobowtór podniosłym głosem, zbliżając się do króla z otwartymi ramionami. - My oferujemy wam siłę i rozwój. Pokój i dobrobyt. Protekcję i współpracę. By wspólnie stawić czoła galaktycznym zagrożeniom, które są ponad nasze indywidualne siły. Chcemy, byście dobrowolnie się z nami sprzymierzyli. Byś stał się jednym z nas i udowodnił potęgę swojej rasy, gdy zyskasz szansę na odblokowanie swojego potencjału. - Jednym z nas! Jednym z nas! Jednym z nas! Bzzzzzzyyy! - wtórowały mu dalej pszczele drony, tym razem bardziej podnieconymi głosami. Obracający się Mike przeciął pojazd z lekkością obróbki kartonu. Zaskoczone krasnale poupadały na ziemię lub skoczyły na sam pojazd, chcąc znaleźć się nad kręcącym ostrzem, przez co zepchnęły górną część pojazdu jak wieko. Mike znów miał wizję na znacznie przetrzebioną strefę bitwy oraz masywną twarz króla w ziemi i poniżającego ją Roya. Król w Ziemi nie był pod wrażeniem zaczepek neocesarskiego admirała. Jego głos rozbrzmiał dźwiękiem gromu i narastał z każdym słowem. - PRECZ! Jedna Ziymia, jedyn rōd, jedyn dōm, słudzy jedynego Odyna! KLĘCZ pragliwy kmieciu! Głos wydzierającej się na Roya planety osiągnął zatrważające decybele. Drony i robot inżyniera zostały zniszczone jednym zdaniem, z fałszywą figurą Roya upadającą w pokłon, gdy drgania zniszczyły jej kolana. Roy odczuł, jak wszystkie jego organy trzęsą się pod wpływem fali dźwiękowej, a jego hełm lekko popękał. Twarz króla zaczęła wyrastać z ziemi, na wzór jego upadłej wierzy, wznosząc się jak góra w kierunku Roya. Mike rozejrzał się po polu bitwy i ocenił jak dużo przeciwników pozostało do wybicia. Rzucił do słuchawki - Przyjacielu, jeśli będziesz potrzebował pomocy, wołaj - kierował te słowa do Roya. Tamten zadeklarował, że zajmie się królem, więc samemu bohater chciał przetrzebić szeregi wroga. Naliczy, że jest przy nim około czterdziestu krasnoludów, a kolejne trzy tuziny zbierały się przy twarzy króla. Nie czekając na odpowiedź towarzysza, ruszył w tango. Mieczem odciął kawał blachy pojazdy i pokroił ją w mniejsze odłamki - tak, aby dało się nimi swobodnie rzucać. Nie planował wykwintnych kształtów, tylko coś na kształt noży do rzucania czy ostrzy. A następnie miotał nimi w głowę najbliższych przeciwników. Mike uznał, że póki może utrzymać wroga na dystans, tak powinien zrobić. Chciał również sprawdzić, jak zadziała niezniszczalna blacha miotana z jego siłą. - Obojętnie. Używam tylko wieży jako punktu odniesienia - odpowiedział Mike’owi Roy. Tymczasem po doleceniu na bezpieczną odległość zaczął tworzyć małego satelitę wojennego. Maszyna wyposażona była w ogromne działo laserowe, radionadajnik, oraz system namierzania. Gdy działo rozgrzewało się do ataku, kontradmirał od razu wykorzystał nadajnik do wysłania wiadomości w kierunku helikoptera zbliżającego się do pola bitwy. - Radio check. Tutaj Mr. Atom, na misji dyplomatycznej neocesarstwa. Wzywam pilota do zidentyfikowania się. Over. DX-95 stąpając w okolicy Mike’a, próbował zwrócić na siebie jak największą uwagę krasnoludzkich wojowników, wydając z siebie ogłuszające dźwięki alarmu i rozrzucając ich po polu bitwy niczym kukiełki, żeby rozbić ich szyk. Odskok Mike’a pozwolił mu zejść z drogi bestii i uniknąć połknięcia. Masa kreatury zatrzęsła jednak ziemią, posyłając gruz we wszystkie strony. Kamienne odłamki powbijały się w ciało Mikea, gdy odzyskiwał równowagę, aby ponownie wyskoczyć. Tym razem poleciał w stronę królewskiego czerwia. Miecz wbił się w glinę bez większego trudu i po chwili balansu, Mike był wygodnie osadzony na stworzeniu. Zobaczył wtedy, jak ziemia pod nim formuje się w kolejną królewską twarz. Jego miecz był wbity w jej czoło. - To je nasz dōm. Bydziecie załować atakyrowaniŏ go! - ostrzegł bohatera. Błysk na niebie zdradzał powstanie nowoczesnego działa stworzonego przez Roya. Mike po prostu wcisnął miecz głębiej, wykorzystując swój Vital Strike. Dane uzyskane z Appraisala były sugestią, aby dać nura do środka bestii. Dlatego zaczął przebijać się i machać mieczem niczym łopatą. Jeśli Vital Strike nie wejdzie od razu do celu, wtedy heros będzie go szukał ręcznie. Heros chciał znaleźć coś w rodzaju serca, mózgu, rdzenia - co mógłby uznać za główny punkt bestii. Wtedy powtórzy swój atak za pomocą Vital Strike. W tym czasie pancerny robot naukowca, wykorzystując, że został ostatnim celem na polu bitwy, zbierał naokoło siebie coraz więcej pozostałych przy życiu krasnoludzkich wojowników. Zaś gdy tylko utworzyli dookoła niego ładne kółko, otworzył ogień ze swoich czterech ciężkich karabinów maszynowych. Kilka chwil później, gdy Roy obrał swój cel i ustalił trajektorię promienia, spadł na nich również ogień z niebios, mający wypalić naokoło bojowego mecha okrąg spalonej ziemi. Nie musiał się przy tym upewniać, że piloci helikoptera zauważą czerwony pilar zniszczenia rozciągający się z orbity do samej ziemi. - Obawiam się, że będę zmuszony uznać brak odpowiedzi za akt wrogości. Over - uprzedził Roy spokojnym tonem przez radionadajnik. - Lokalizuję cel poruszający się obecnie z prędkością dwustu dwudziestu trzech węzłów w stronę pola bitwy. Over - dodał beznamiętny komputerowy kobiecy głos. Krasnoludy walczące z robotem w świetle żrącego lasera zachowywał się bezmyślnie. Biegły na niego prosto w ogień z siekierami uniesionymi w góry. Ostrzał bez problemu powalał je na ziemię. Odrodzeni wojownicy nie posiadali nawet organów. Nie było to przeszkodą w ich zabiciu, gdy tysiące pocisków na sekundę dziurawiło je na wylot, doprowadzając do zawalenia się królewskiej gwardii niczym glinianych figurek. Mike pchnięciem otworzył dziurę w czerwiu, wpychając się do jego wnętrza. Roześmiana kreatura zamknęła za nim otwór. Bohater czuł, jak przestrzeń wokół niego się zacieśnia. Był świadom, że nawet gdyby nie dać się zgnieść w takiej pułapce, z czasem zabrakłoby w niej powietrza. Król go jednak nie docenił. Stanowczym wymachem broni, Mike przekształcił jednolite wnętrze bestii w pieczarę zdolną ugościć jego godność. W tej szerokiej i otwartej przestrzeni dopatrzył się resztek ciała króla. Pozostałości torsu i głowy wbitych i złączonych z glinianą masą. Z eleganckim przykucem i potężnym skokiem w stronę królewskiej mości, precyzyjnie przebił ukoronowany łeb. Siła jego sztychu rozeszła się echem w obie strony, wysadzając skamieniałe stworzenie. Został już tylko Mike z wyciągniętym przed siebie mieczem, na którego krańcu wisiała krasnoludzka głowa w koronie; robot, którego rozgorzałe lufy topiły śnieg na polu pełnym martwych ciał wojowników, oraz nadzorujący sytuację z niebios Roy. Cierpliwość naukowca była niesamowicie krótka. Nie dostał on odpowiedzi wprost na swoją groźbę. Zamiast tego, odebrało przekaz informacyjny. Nadlatujący pojazd wykazał identyfikację jako własność organizacji religijnej Magica Icaria z sygnaturą dyplomatyczną. Zimna odpowiedź tego pokroju nie była niespotykana, sygnatury ciężej było podrobić od pustych oznajmień w radiu. Roy wiedział też, że MI było zacofane pod względem technologicznym z przekonań, że diabeł jest w stanie zawładnąć maszynami. Wyjaśniało to zwłokę w przekazie. Jeżeli chcieli spotkać się z nieznajomymi, będą musieli poczekać kilka minut, aż helikopter do nich doleci. Mike odezwał się do słuchawki - Rozwiązałem problem. Coś z niego jeszcze zostało. Chcesz to przebadać? - zwrócił miecz sztychem w stronę Roya. Bohater nie odczuwał satysfakcji. Zrobił to, co musiał, ale nie było w tym nic specjalnego. Poczucia dobrze wykonanego zadania, czy czegokolwiek. - Nie jestem biologiem, ale zobaczę, co uda mi się zidentyfikować. Jestem ciekawy, czy zdolności króla to naturalna cecha ich rasy, przebudzenie, czy też artefakt którego używał - szybko potwierdził Roy. Tym razem jednak po raz pierwszy od spotkania z Mike’m w jego zmęczonym głosie dało się usłyszeć nutę zaniepokojenia. - Aczkolwiek mamy tu nowy, delikatny i potencjalnie bardziej męczący problem natury dyplomatycznej, Mike. - westchnął ciężko kontradmirał, który już miał nadzieję, że po załatwieniu krasnoludzkiego władcy nie napotkają już żadnych więcej problemów na tej planecie. - Zbliżający się w twoją stronę helikopter należy do Magica Icaria. Są tutaj na misji dyplomatycznej, podobnie jak my - zaczął wyjaśnienia, bez jakiejkolwiek zauważalnej ironii w ich podejściu do “dyplomacji”. - Potwierdza to oświadczenie króla, że przybyli tutaj w celu zrekrutowania krasnoludów do wojny - kontynuował. - Wygląda na to, że próbują wykorzystać swój status misjonarski, by robić nielegalne konszachty z prymitywnymi rdzennymi ludami na naszych terenach. To niestety wychodzi już poza wolność religijną neocesarstwa. Więc mamy obowiązek przynajmniej wydać im ostrzeżenie i upewnić się, że opuszczą tą planetę. Zwłaszcza po tym, jak potwierdziliśmy jej przynależność do neocesarstwa. Nie możemy pozwolić, by inna frakcja położyła na niej ręce bez wypowiadania nam wojny. To byłaby niedopuszczalna oznaka słabości z naszej strony. Aaaaa…! - Mike mógł śmiało założyć, że Roy znowu złapał się za głowę w nagłym wybuchu irytacji. - Czemu ci durni fanatycy muszą tutaj lecieć!? Już chciałem ich zignorować, obwieścić cesarski dekret w krasnoludzkiej stolicy i mieć z głowy tą zacofaną planetę. Mike, proszę, wykasuj ich, żebyśmy mogli wrócić do domu! - zawył z desperacją. Jednak szybko opanował swoje emocje i od razu zaprzeczył sam sobie. - Nie, nie rób tego. Jako agenci cesarstwa, musimy wykonywać nasze obowiązki. Aisha, wykasuj ostatnie pięć sekund nagrania głosowego. - Nigdy ich nie nagrałam - odpowiedział mu komputerowy kobiecy głos. - Pozwoliłam sobie przygotować skrypt, który zatrzymuje nagrywanie gdy voice pattern recognition rozpozna negatywne emocje w twoim głosie. - Clever girl - Roy odetchnął z ulgą i wyraźnym zadowoleniem. - Wszystko w porządku, przyjacielu? - zapytał Mike z troską w głosie. Nie spodziewał się, że tak doświadczonym wojakiem wstrząśnie eksterminacja krasnoludów. Widać do pewnych rzeczy nie da się przyzwyczaić. Tym bardziej herosa dziwiła jego własna obojętność. Po chwili dodał - Bez obaw, nie zamierzam nikogo zabijać bez powodu. Najpierw porozmawiajmy z nimi - po czym Mike zaczął szykować teren dookoła siebie. Z rzeczy dookoła starał się zrobić stół oraz cztery krzesła. W słuchawce Roy usłyszał coś, co bohater raczej kierował do siebie - W końcu na zabicie problemów zawsze znajdzie się czas. - W porządku. Nie przejmuj się tym - odpowiedział Roy, po czym szybko zmienił temat. - W takim razie musimy przygotować się na przyjęcie gości. Pamiętaj, że większość ludzi nie przeżyje promieniowania w epicentrum wybuchu w którym obecnie się znajdujesz. DX-95 zaprowadzi cię na bezpieczną odległość. Możesz go dosiąść jeśli chcesz. Tymczasem naukowiec na orbicie zuploadował do satelity trojana, który miał zostać nadany przez fale radiowe do helikoptera. Wirus nic nie robił sam z siebie, ale miał otworzyć Royowi furtkę do przejęcia kontroli nad maszyną MI gdy zajdzie taka potrzeba. Inżynier nie miał zamiaru pozwolić dyplomatom się zabić jeśli nie posłuchają jego komend i zbliżą się zbyt bardzo w napromieniowany obszar. Po tym szybkim uploadzie, Roy zaczął prędko zlatywać z powrotem na ziemię, tym razem asystowany przez grawitację. Po drodze wzmocnił swój kombinezon, dodając mu tarcze termiczne które miały pozwolić mu na jak najszybszy upadek. Och - rzekł ze smutkiem Mike - a tak się napracowałem - wskazał na prowizoryczny stół i krzesła, po czym machnął na nie ręką i wskoczył na robota. Nie zabrał ze sobą swoich “dzieł” i zwyczajnie dał się poprowadzić. Mike i Roy musieli zejść na dolną połowę wzgórza, aby mieć absolutną pewność, że pozostałości ich bitwy nie będą szkodliwe dla nieznajomych. Helikopter Magica Icaria zwalniał, im bliżej nich się znajdował. Wyraźnie skanowali otoczenie, szukając ich dwójki. Nie zajęło to długo. Helikopter obrócił się bokiem, zniżając pułap lotu. Drzwi otworzyły się wszerz, ukazując szczupłego mężczyznę. Tim Timer Bishop of Magica Icaria Roy natychmiast rozpoznał jegomościa jako biskupa Magica Icaria, Tima Timera. Mężczyzna często reprezentował kościół tam, gdzie papież nie miał czasu się zjawić, będąc niemal jego prawą ręką. Jak na biskupa ubierał się niezwykle nieformalnie. Miał na sobie poszarpane jeansy, skórzaną kurtkę, T-shirt z napisem “LAW” oraz maskę, zasłaniająca całą jego twarz z wyjątkiem oczu. - Chyba jestem winny państwu przeprosiny! - krzyknął w stronę Roya i Mikea. - Czuję się poniekąd odpowiedzialny za humor krasnoludów w ostatnim czasie. Mogę zaoferować chociaż przelot? - zapytał, wyciągając dłoń. - Przynajmniej od razu zdajecie sobie sprawę w czym problem. To dobry początek - odpowiedział kontradmirał, który zamiast krzyczeć postanowił przywołać sobie megafon. - Ale przeprosiny to trochę za mało. Chcielibyśmy wyjaśnić sytuację na spokojnie. Możemy udać się z wami własnymi środkami transportu do bardziej dogodnego miejsca, jeśli tutaj wam nie odpowiada. Biskup machnął ręką na swojego pilota, a helikopter po chwili wylądował. Mężczyzna wyszedł na śnieg rozkładając ręce na boki. - Z grzeczności wypadało mi zaoferować ale nie robi mi to różnicy. - przyznał. - Tim Timer, miło mi. Reprezentuję Magica Icaria. Zapoznałem krasnoludy z naszą wiarą i przekonaniem o nadchodzącej inwazji demonów. Wygląda na to, że ta informacja wprawiła ich rząd w panikę. - wyjaśnił. Heros kiwnął mu głową - Mike Nor, reprezentant Neocesarstwa, a to mój towarzysz, Roy Genshi. Zdajesz sobie sprawę, że znajdujesz się na obcym terenie pod naszą jurysdykcją? - zapytał uprzejmie. - Tak, w czym problem? - spytał, chowając ręce do kieszeni. - Operujemy w nowym cesarstwie legalnie, a planeta nie była zamknięta wedle mojej wiedzy. - To zależy od interpretacji działalności oraz tego, w jaki sposób działaliście. Panuje u nas wolność wyznaniowa, dlatego problemem nie jest fakt, że to zrobiliście, ale jak tego dokonaliście. Wasze działania zagroziły integralności lokalnego społeczeństwa oraz doprowadziły do pewnego rodzaju buntu. Musieliśmy interweniować z Waszej winy. To wykracza poza głoszenie swojej wiary na terenie Neocesarstwa i podchodzi pod sabotaż - Mike mówił beznamiętnie. Po chwili dodał - Jak chcemy to załatwić? - i uśmiechnął się szczerze. - Zakładam, że nie chcecie stracić swojego immunitetu dyplomatycznego, ani praw misjonarskich - dodał Roy podejrzanie miłym jak na niego tonem. - Tak więc musimy ustalić pewne granice dla naszego wspólnego dobra. Tak jak mówi mój kolega, Neocesarstwo nie może tolerować akcji, które mogłyby podpadać pod sabotaż. To co przekazał nam krasnoludzki król brzmiało, jakbyście próbowali zrekrutować ich do wojny. - Och, wojny ale przecież w imię wiary! To walka ze wspólnym wrogiem dla dobra nas wszystkich! - dorzucił Mike tonem wzburzenia, a po chwili przemówił normalnie - Tylko proszę nie używaj takiego argumentu. Toć to nie godzi się - heros znów się uśmiechnął i już się nie odzywał. Tim wzruszył barkami. - Nie oferowałem krasnoludom kontraktów wojskowych. Ostatecznie ich zachowanie jest ich własną odpowiedzialnością. Staram się tylko być miłym. - wyjaśnił swoją pozycję biskup. - Demony są poważnym zagrożeniem, więc informujemy na ich temat ludy różnych planet. Oferujemy również założenie kościołów, jeśli chcą przyjąć naszą wiarę, ale krasnoludy to nie interesowało. Są bardzo konserwatywni. - Niemniej, jeśli wasza wiara doprowadza do konfliktów politycznych oraz zbrojnych na terenach cesarstwa, to może się okazać, że przestanie być klasyfikowana jako wiara, a zacznie jako ideologia terrorystyczna - zauważył kontradmirał, zaniepokojonym tonem. - Wiem, że krasnoludy ostatecznie odmówiły przyjęcia waszej wiary. Ale nie możemy zaprzeczyć faktom, że zostały przez was sprowokowane do działań wojennych ze względów religijnych. A działania te miały największy wpływ na ich relacje z Neocesarstwem. Chyba nie możecie nas winić za brak pewności, że nie to było waszym ostatecznym celem? - zapytał podejrzliwym, acz dobrobusznym głosem. - Oczywiście, brak pewności nie jest dowodem w którąkolwiek stronę. Ale czy nie wolelibyście uniknąć tego typu wątpliwości na przyszłość? Jeśli więcej planet na terenach cesarstwa będzie miało podobne reakcje na wasze szerzenie wiary, to może się okazać, że będziemy zmuszeni jej zakazać ze względu na realne i fizyczne zagrożenie jakie na nas sprowadza. Dlatego dla dobra waszej wiary, powinniście postarać się, by do takich sytuacji nigdy więcej nie dochodziło. - Może pora przemyśleć metody działania, skoro doprowadzają do takich reakcji? - zapytał Mike - Zobacz do czego to doprowadziło - wskazał palcem głowę krasnoluda na mieczu - Mówisz, że starasz się być miły. I ja Ci wierzę. Mówisz, że byli konserwatywni. I my to wiemy! Ale Wy również powinniście, równocześnie dopasowując metody działania do osób, którym swe prawdy wykładacie. Przecież nie chodzi Wam o terroryzm, jaki stał się przed chwilą Waszym udziałem, czyż nie? - heros uśmiechnął się ze współczuciem. - To w jaki sposób unikniemy podobnych sytuacji w przyszłości? - Tak, przykro mi, jeśli się poczuliście jak terroryści. - przeprosił Tim z szczerością w głosie, pokazując palcem na głowę króla. - To korona daje mu władzę nad piorunami, możecie ją chcieć zachować. Najlepiej zniszczyć. Przez nią krasnoludy mieszkają pod ziemią. Taka polityka. - wyjawił. - W każdym razie, jeśli nowe cesarstwo zakaże naszej wiary, na pewno nas o tym poinformuje. - nie wydawał się przejęty sugestiami Roya. - Powiedzcie mi za to, ta walka to była tylko wasza dwójka? Z daleka wyglądała dość… spektakularnie. - zainteresował się. - Owszem - potwierdził inżynier, kiwając głową. - Niestety, sprowokowany król sprawił nam więcej problemów, niż się spodziewaliśmy. Więc zostaliśmy zmuszeni do użycia ekstremalnych środków - wyjaśnił się, z udawaną skruchą. - To chyba na tyle z dyplomacji - odezwał się syntezowany głos Roya przez słuchawkę w uchu Mike’a. - Jeśli nie masz więcej pomysłów, to możemy zabrać to tylko do Bastiona, przedstawić mu pełen raport i czekać na jego decyzję w tej sprawie. Mike kiwnął głową, po czym siadł w powietrzu z nogą założoną na nogę i rzekł - Aby nie było żadnych niedomówień i nie okazało się, że czegoś nie zrozumieliśmy, opowiedz mi o tym, co powiedziałeś królowi. Jakie demony. Jaka inwazja. Chciałbym zrozumieć co w Waszej religii mogło sprowokować do takiej reakcji. Wtedy ocenię, czy dopuściliście się terroryzmu. Kto wie, może nawet udzielę pomocy? - w słowach Mike’a nie było fałszu. Usłyszał demony, a od nich jeden krok do demon lorda, więc postanowił zbadać poszlakę. - Cesarstwo nie ma wolności słowa, jeśli rozmowa może być aktem terroryzmu? - Tim zaznaczył, że tylko dyskutował z królem. - Tak czy siak bardzo chętnie podzielę się z wami fundamentami mojej wiary: w Magica Icaria odkryliśmy, że los uniwersum jest manipulowany przez byt określany mianem “Kodu Uniwersalnego”. Kod ten narzuca interpretację wszystkich ciągów przyczynowo-skutkowych, określając ich rezultat niczym przeznaczenie. Jedyne, co może łamać jego zasady i przed nim wyzwolić, jest magia. Ten zakazany owoc jest jednak fałszywą nadzieją, ponieważ Kod jest w stanie wykryć magię. Ponieważ ludzie zaczęli czarować, zwrócili na siebie uwagę Kodu Uniwersalnego, który niechybnie ześle na nas swoje demony. Kodu nie można zabić zwykłym mieczem czy plazmą, więc demony również mogą okazać się niezniszczalne. Dlatego ostrzegam, ostrzegam wszem i wobec, że będziemy musieli się bronić. Stanąć ramię w ramię i walczyć o przetrwanie, aż bóg nas wybawi przed gniewem kodu oferując nam cuda. - opowiedział tonem zaskakująco pozbawionym emocji, przypominając zmęczonego narratora. - Podejrzewamy, że w galaktyce pojawili się już ludzie obdarzeni cudami, zdolni do walki z demonami. Wobec tego bóg słyszy nasze modły. Nie chcemy jednak aby światy nawet kosmitów poumierały przez ludzką pychę, więc oferujemy wszystkim naszą wiedzę i wiarę. -Hestio? Czy to w zasadzie nie brzmi podobnie do moich planów? - zapytał Mike w myślach swą boginię. Ta po chwili odrzekła - Teoretycznie tak mój bohaterze, ale wszystko zależy od interpretacji ich wiary. Wspomina coś o bogu, a to zdecydowanie nie mój wyznawca, więc nie o mnie chodzi. Upewnij się które bóstwo ma na myśli, proszę - Hestia była wyraźnie zaintrygowana. Dlatego Mike rzekł do Tima - To brzmi, jakbyśmy mieli wspólny cel, dzięki czemu nie jesteśmy wrogami.- uśmiechnął się heros - ale kto jest Waszym bogiem? No i jak rozpoznajecie tych wybrańców? To jest niezwykle interesujące, a nie chcę Wam wejść w drogę, skoro coś nas łączy, więc wolę się upewnić. No i ten Wasz bóg nie może rzucić wyzwania Demon Lor, znaczy “Kodowi Uniwersalnemu”? - Wierzymy, że widzimy ślady boga w rzeczywistości, w tym jak funkcjonuje uniwersum. Nikomu się on jednak nie objawił, więc nie mi jest go nazywać, czy opisywać. - Tim odmówił wyjaśnień. - Przed rozpadem fałszywego cesarstwa współpracowaliśmy z ludźmi, którzy nabyli umiejętności potrzebne do zniszczenia kodu uniwersalnego. Obserwujemy też innych, zaopatrzonych w artefakty i zdolności, które mogą wesprzeć ten cel. - wyjawił. - Czy ty chciałbyś walczyć z Kodem Uniwersalnym, chłopcze? Twoje obecne ostrze temu nie podoła. - ostrzegł. - Bóg który się nie ujawnia i wyznawcy nie znają jego imienia? Brzmi jak jakiś uzurpator lub zła istota - rzekła Hestia herosowi i dodała - Miej to na oku mój bohaterze, może okazać się, żę to coś chce pomóc Demon Lordowi lub zająć jego miejsce, a wszystko pod przykrywką czynienia dobra - pouczyła Mike’a bogini. Mike pokiwał głową, odpowiadając w ten sposób zarówno Hestii, jak i Timowi. Rzekł - Moim przeznaczeniem jest zabić Kod Uniwersalny i dokonam tego - spojrzał krytycznie na swoje ostrze - a broń ta dobrze mi służyła. Jest jednak jedynie narzędziem do celu, więc słucham pokornie Twoich sugestii - schylił głowę heros. Nie zamierzał dać się im omotać, ale musiał mieć Magica Icaria na oku. Mogą okazać się sprzymierzeńcem, ale również największym wrogiem. Dlatego nie można ich ignorować. - Po pierwsze, Zilva z gildii piratów jest w posiadaniu ostrza, które może przeciąć wszystko. Jeżeli byłbyś w stanie odebrać je królowej piratów, zrobiłbyś wszystkim przysługę. - Tim wyjął dłoń z kieszeni aby odliczyć swoje porady. - Nasz nowy biskup, Juljusz, jest w stanie uczyć innych walki z kodem. Niestety, mało kto ma w sobie ten potencjał, więc musiałbyś go przekonać do siebie. - oferta brzmiała jak wyzwanie - Ponadto, mężczyzna o imieniu Silver z Armstrong Industries prawdopodobnie zasymilował się z częścią demona, co mogło dać mu podobne zdolności. To powiedziawszy, nie polecam iścia w jego ślady. To bardzo ryzykowne rozwiązanie. - beznamiętność tonacji Tima utrudniała ocenę, czemu tak chętnie dzieli się kluczową wiedzą swojej organizacji. - Cztery, samoczynny odłam naszego kościoła nazywany Arką Śmierci jest własnością kobiety o imieniu Eidith Lothunn. Jej władza nad magią zapewniła jej zdolność permanentnego usunięcia przeszkód z istnienia. Jeżeli wasze cele się pokrywają, mógłbyś po prostu walczyć z nią. - zaproponował Tim. Zilva się pewnie dobrowolnie z ostrzem nie pogodzi - mruknął Mike do siebie. Interesowała go broń tego typu, ale co innego również przykuło jego uwagę - O wchłanianiu demonów nie ma mowy, to plugawi duszę i zawsze kończy się problemami. Odłam kościoła? Coś jak prawosławie dla chrześcijaństwa? - Uważaj, Mike - ostrzegł chłopaka przez słuchawkę poważny głos Roya. - Pamiętaj, że nawet jeśli wydaje się, że ma na celu jedynie szerzenie swojej wiary, to nie musi nam mówić prawdy, ani całej prawdy. Uważaj zwłaszcza na te jego ostatnie “porady”. Wyraźnie próbuje nas nimi nakierować tam, gdzie mu to pasuje - głos naukowca stał się nagle bardziej zatroskany. - Lepiej nie pytaj już o nic więcej. Ciężko powiedzieć, czy to jego odliczanie to tylko dziwny manieryzm, czy też zdolność nieregularnego, bądź artefaktu. Możliwe, że za przekazanie nam użytecznych informacji będzie wymagał czegoś w zamian. - Dziękujemy za szczere przeprosiny i pożyteczne rady - kontradmirał odezwał się w końcu swoim prawdziwym głosem. - Tyle nam wystarczy na zadośćuczynienie. Słowa, które pomogą nam na przyszłość, w zamian za słowa, które sprawiły nam problemy z krasnoludami. Uczciwa wymiana - pokiwał głową w wyrazie zadowolenia. - Nie naszym zadaniem jest was cenzurować. Radziłbym jednak uważać ze słowami, które brzmią jak wezwanie do walki. Jedynie to można by uznać za podburzanie ludności do przemocy. Ostrzeganie przed zgubą, czy końcem świata jest dopuszczalne. Ale nie sugerujcie ludziom i kosmitom na naszym terytorium, że muszą szykować się do wojny. Zwłaszcza do wojny po waszej stronie. Według mnie, to może wykraczać poza wolność słowa. Przekażę jednak nagranie z tej rozmowy bezpośrednio cesarzowi i to on podejmie decyzję, czy tego typu demagogia jest dopuszczalna na terenie Nowego Cesarstwa - oznajmił, kończąc rozmowę. Mike zdał sobie sprawę, że Roy faktycznie miał rację, dlatego nic już więcej nie mówił. Zapamiętał jednak wszystko, co zostało powiedziane i postara się załatwić sobie misje związane z obszarami działania wymienionych istot. Kto wie, może dzięki temu zbliży się ku swojemu celowi? Ostatnio zrobił zdecydowanie za małe postępy, chociaż Hestia go za to nie ganiła. Odczuwał wdzięczność wobec swojej bogini, ale również miał wrażenie marnowania czasu. A kwestię tego odłamu Magica Icaria najwyżej sobie wygoogluje. Ewentualnie kogoś zapyta.
  • SindarinS

    Hej! Postanowiłem popełnić kolejny drobny artykuł, będący lokalizacją opcjonalnych zasad dla D&D 3.5 i Pathfindera 1e. Tym razem na tapetę trafia dość popularny gestalt - wielu z was pewnie już go zna, ale myślę, że warto mieć rozpiskę tych zasad na forum.

    Co to w ogóle ten gestalt?

    W największym skrócie, to modyfikacja rozgrywki, a dokładniej rozwoju postaci graczy w taki sposób, by każda z nich rozwijała jednocześnie dwie różne klasy, zyskując zdolności obu z nich na każdym poziomie (szczegóły mechaniki opiszę poniżej).
    Pozwala to tworzyć znacznie potężniejsze i/lub wszechstronniejsze postacie - co jest przydatne, gdy mamy zbyt mało graczy, by móc wypełnić wszystkie role w drużynie. Ewentualnie możemy poprowadzić epicką sesję, w której BG są jeszcze większymi przepakami niż w typowym D&D/PFie 🙂
    Warto w tym miejscu zaznaczyć, że zasady gestalta są identyczne w obu tych systemach.

    Jak działa gestalt?

    Tworząc taką postać, wykonujemy te same kroki co zazwyczaj, wybierając dwie klasy zamiast jednej (stają się dwiema stronami gestalta) i postępując według poniższych zasad:
    Wymagania: Musimy spełniać wszystkie wymogi obu klas - charakterowe czy np. ras w niektórych archetypach.
    Kość wytrzymałości: Wybieramy wyższą z obu.
    Premia do ataku: Wybieramy lepszą progresję.
    Rzuty obronne: Dla każdego z nich oddzielnie wybieramy lepszą progresję. Liczy się cała progresja po danej stronie gestalta, a nie bonus otrzymywany na danym poziomie.
    Umiejętności: Łączymy ze sobą obie listy class skilli, a ilość punktów na poziom wybieramy wyższą z obu klas.
    Zdolności specjalne: Dostajemy wszystkie zdolności z obu klas, z wyjątkiem tych duplikujących się (lub różniących de facto tylko nazwą) - w takim przypadku wybieramy lepszą progresję
    Magia: Jeśli obie strony gestalta są w stanie rzucać czary, ich listy traktujemy niezależnie od siebie pod kątem komórek na czary i czarów znanych. Jeśli mamy dwie klasy używające spellbooków (np. alchemist i wizard), to warto rozważyć połączenie ich w jeden.

    Dodatkowe zasady odnoszące się do Sfer:

    • Wszystkie talenty łączymy w jedną pulę, używając wyższego caster/practitioner/operative levelu.
    • Nawet jeśli mamy dwie klasy z castingiem, to na pierwszym poziomie dostajemy tylko dwa bonusowe talenty.
    • Jeśli obie klasy mają dostęp do martial tradition, wybieramy jedną (nie możemy zrezygnować z martial tradition dla jednej strony, żeby zachować biegłości) i dostajemy dwa dodatkowe talenty ze sfery Equipment: Shield Training, Armor Training lub któryś z (discipline).
    • Jeśli korzystamy z trade tradition, to jak wyżej, wybieramy jedną (i nie możemy z tego zrezygnować po jeden stronie) i dostajemy jeden dodatkowy talent (trade).
    • Spell poole łączą się w jedną: liczymy sumę z poziomów, atrybutów i drawbacków dla każdej strony, dodajemy do siebie i dopiero potem dodajemy np. dodatkowe z featów.
    • Łączymy ze sobą atrybuty kluczowe (CAM, PAM i OAM), jeśli po obu stronach mamy castera/practitionera/operative’a. Nie znaczy to jednak, że możemy automatycznie połączyć te trzy atrybuty w jeden.

    Bohaterowie graczy

    O ile nie do uniknięcia jest większy power level BG, to niektóre połączenia klas i archetypów mogą tworzyć iście mordercze kombinacje, zdecydowanie wybijające się ponad inne i mogące samodzielnie zaburzyć rozgrywkę, lub wręcz zdominować całą sesję. Dlatego też bardzo duże znaczenie ma umiar - warto pomyśleć o połączeniu, które będzie bardziej interesujące fabularnie i do grania nim, niż tak potężne jak się tylko da.

    Skalowanie wyzwań

    Gestalt jest frajdą dla graczy, ale też sporym wyzwaniem dla MG. Nie chodzi tu tylko o lepsze staty, ale też o znacznie większą “wytrzymałość”: ilu wyzwaniom BG są w stanie stawić czoła zanim będą zmuszeni do odpoczynku, leczenia czy uzupełnienia zapasów. Takie postacie będą miały więcej hp, lepsze rzuty obronne, często większy zapas czarów i innych zdolności, które będą pozwalały zapuszczać się znacznie dalej w nieznane. Dlatego też wyzwania powinny nie tylko być trudniejsze, ale i częstsze.
    To samo tyczy się przeciwników. Twórcy co prawda zalecają traktowanie gestaltowej drużyny (o standardowym 4-5 osobowym składzie) jakby miała poziom czy dwa więcej niż w rzeczywistości, ale biorąc pod uwagę wspomnianą “wytrzymałość”, warto też zwiększać liczebność przeciwników. Co do samych BNów, nie wszyscy muszą z góry być gestaltami - dając taką przewagę tylko co ważniejszym postaciom, tworzy się dość jasny podział na herosów/złoczyńców i zwyklaków.

    Moje wymysły

    Po rozegraniu i poprowadzeniu paru sesji mam kilka luźnych uwag odnośnie tworzenia gestaltowych postaci:

    • Dodatkowe notatki z opisami zdolności czy ich synergii są nad wyraz przydatne 🙂
    • Polecam ograniczenie multiklasowania, już sam gestalt daje sporą swobodę, a dorzucanie jednopoziomowych dipów albo prestiżówek może mocno zaburzyć balans
    • Z racji tego, że różni kompanioni (familiary, animal companiony, cohort itp.) będą mocno w tyle za swoim panem, warto rozważyć dawanie im jakiegoś buffa, np. w postaci darmowego archetypu
    • Prowadząc w Spheres of Power zalecałbym:
      *Wprowadzenie zasady, że Casting Ability musi być atrybutem mentalnym, o ile nie ma się boona Fortified Casting
      *W przypadku, gdy obie strony gestalta mają casting, wszelkie bonusowe SP (z drawbacków czy atrybutów) liczymy pojedynczo, tylko te z poziomów są podwajane

    To by było na tyle - możliwe, że w przyszłości będę ten tekst nieco rozwijał, jeśli pojawią się nowe przemyślenia. A tymczasem zapraszam do komentowania, albo zostawiania swoich pomysłów na ciekawe połączenia klas 🙂


  • DeklineD

    Nie pamiętacie dokładnie, za co was zamknięto. W Bögenhafen ostatnio nikt nie pytał o powody – wystarczyło być w złym miejscu i złym czasie. Cela była niska, wilgotna i przesiąknięta zapachem pleśni, starego potu oraz strachu. Tej nocy nikt was nie niepokoił. Tej nocy coś się urwało.

    Z jakiegoś powodu budzicie się w nocy, w ciszy, ciężkiej i nienaturalnej jak na więzienie. Kraty są zamknięte, a korytarz za nimi pusty, pogrążony w półmroku. Z oddali dobiega głuche bicie dzwonów i przytłumione krzyki, jakby miasto wołało o pomoc, której nikt już nie udziela. Przez zakratowane okno wpada słabe, migotliwe światło, a w powietrzu unosi się zapach dymu zmieszany z czymś metalicznym.

    Nie jesteście sami. W celi siedzi jeszcze czterech ludzi. Trzech z nich milczy – skuleni pod ścianami, z pustymi oczami, jakby przestali reagować na świat. Czwarty jest inny. Wychudzony, brudny, ale zbyt uważny. Siedział tu już wcześniej, przed Waszym przybyciem. Porusza ustami bezgłośnie, jakby powtarzał słowa, których nie wolno wypowiedzieć.

    Gdy w końcu na was spogląda, nie pyta kim jesteście. Mówi tylko, że „to nie jest noc na czekanie” i że “cisza w takich miejscach zawsze coś oznacza”. Potem milknie i nasłuchuje, jak pies wyczuwający burzę. Gdzieś głęboko w więzieniu rozlega się nagły trzask, jakby coś ciężkiego spadło na podłogę. Po chwili znów zapada cisza – jeszcze gorsza niż wcześniej.

    Zapach dymu staje się wyraźniejszy. Czas ciągnie się nienaturalnie wolno. Jeśli straż nie wróci, nikt was stąd nie wyciągnie. A jeśli wróci… być może lepiej, żeby tak się nie stało.


    Witam,

    Zapraszam do udziału w rekrutacji do sesji survivalowej. Konwencja ta różni się od standardowej tym, że nie zakłada szczęśliwego zakończenia – przynajmniej nie dla wszystkich. Jej nadrzędnym celem nie jest ratowanie świata, a jedynie ratowanie własnej skóry. Za sukces uznaje się dożycie końca, w jakimkolwiek stanie. Sesja zostanie uznana za ukończoną nawet w przypadku śmierci BG, chyba że gracz zrezygnuje lub przestanie się udzielać.

    Najważniejsze aspekty KP:

    • Rasa: ludzka.
    • Profesje podstawowe z głównego podręcznika.
    • Zapewniam wyniki rzutów na cechy oraz dwie losowe zdolności.
    • Dwa darmowe rozwoje.
    • Umiejętności i zdolności zgodne z profesją + jedna „przekoks” – dowolnie wybrana z całego podręcznika, do ustalenia ze mną (bez: Szczęścia, Szóstego Zmysłu, Widzenia w Ciemności).
    • Żywotność oraz maksymalna żywotność znane są wyłącznie MG. Obrażenia BG podawane będą wyłącznie w formie opisowej.
    • Brak PS i PP.
    • Brak ekwipunku, złota i srebra – poza ubraniem postacie nie posiadają niczego wartościowego. Drobne przedmioty możliwe, zgodnie ze zdrowym rozsądkiem ( przeszukanie przy aresztowaniu) i po ustaleniu z MG
    • Nie zakładam przydzielania PD ani rozwoju postaci.
    • Nie piszemy historii postaci – imię, ksywa (ewentualnie nazwisko), avatar oraz dwa zdania opisu w zupełności wystarczą.
    • Postacie mogą się znać, ale nie muszą; samo miasto znają jedynie pobieżnie, ponieważ są przyjezdnymi

    Najważniejsze aspekty sesji:

    • Przyjmę od 3 do 8 graczy, niezależnie od poziomu doświadczenia.
    • Nie odrzucę żadnego zgłoszenia “dlatego że bo tak”, jeśli będzie miejsce przyjmę wszystkich.
    • Sesję planuję prowadzić tak długo, jak długo aktywny lub żywy będzie przynajmniej jeden BG.
    • Karty zbieram wstępnie do 25.01, aczkolwiek możliwe jest skrócenie i wydłużenie tego terminu
    • Gramy bez PvP, gdocka oraz świadomego rozdzielania drużyny.
    • Tygodniowy cykl odpisów (5 dni dla graczy, 2 dni dla mnie).
    • Odpisy krótkie – bez esejów, opisów przyrody i przydługich przemyśleń. Jeśli nie macie nic do powiedzenia, nie piszecie nic – bez lania wody.
    • Nie bawię się w ładne formatowanie, justowanie, grafiki i inne ozdobniki. Nie wymagam tego od graczy. Poprawność językowa i podział na akapity w zupełności wystarczą.
    • Postać gracza, który nie odpisuje i nie daje znaku życia przez trzy kolejki z rzędu, ginie (istnieje możliwość zostawienia dyspozycji autopilota).
    • Zakładam możliwość kontynuacji sesji, ale wyłącznie jako mglistą opcję

    Najważniejsze z najważniejszych:
    Nie jest tak, że za wszelką cenę będę chciał Was zabić – ale będę próbował. Zginąć będzie można przez zaniedbanie, złą decyzję lub w wyniku „sprowokowanego pecha”. Ten ostatni przypadek to na przykład nieudany rzut na Wspinaczkę postaci nieposiadającej tej umiejętności podczas próby wejścia na niemal pionową skałę. Nie będzie sytuacji w stylu: idziesz ulicą, nagle bum – zbłąkana strzała i game over. Rozumiem jednak, że taka konwencja nie każdemu może odpowiadać, dlatego nie wymagam dopieszczonej ani rozbudowanej KP, aby nie było szkoda własnej pracy. Jeśli chodzi o moje doświadczenie, jest to moja trzecia sesja PBF tego typu.

    Mimo wszystko – zapraszam.


    Założenia ujawnione w trakcie rekrutacji

    • obszerne i kwieciste opisy zgonów
    • nie ujawniam swojej dedukcji mechaniki

    Dobrze proszę państwa. Zaczynamy. Każdy może dać dowolnie długi wstęp, coś co chce przekazać do momentu monologu współwięźnia. I tak tego nie przeczytam. Nie będzie to brane pod uwagę w sesji, nie może tam być żadnej deklaracji, taki tam wstępniaczek jak ktoś lubi. Jeśli ktoś nie chce to nie musi tego dawać w ogóle. Następnie po wizualnym rozdzieleniu od poprzedniej części, proszę o deklaracje akcji. Proszę pamiętać że gramy w trybie szybkim, prawie ze turowym, w związku z tym deklaracja powinna zawierać najbliższe kilka sekund/minut plus ewentualne zamiary na przyszłość, które mogę wykorzystać jeśli uznam że jest to realne do wykonania w tym czasie, oraz daje mi info jaki jest dalszy cel takiego działania. Długość również ma znaczenie, pamiętajcie że jest Was wielu żebym miał kogo zabijać, a ja nie chciałbym przeoczyć jakiejś deklaracji. Mam gdzieś formatowanie Nie musicie bawić się w ładne formatowanie, Chcę tylko widzieć akapity i bez rozkminiania wiedzieć co postać mówi, co deklaruje a co jest tylko przemyśleniami. Nie będę czytał za długich postów Pamiętajcie aby zbytnio nie bajdurzyć, skupcie się na ratowaniu skóry Waszych BG. I tak Wam się nie uda! Miłej zabawy!
  • PaniczP

    Uszanowanie,

    Tutaj będę wrzucał materiały sesyjne i poboczne dla prowadzonych przeze mnie przygód w Dolinie Drusdygg, w Wolnej Lidze, w Greyhawku.

    Powodzenia na szlaku!

     
     
     

    Zasady gry, czyli o tym, jak prowadzę i czego spodziewać się w sesji (zapewne pierwsza rzecz do przeczytania, jeśli rozważasz czy grać)

    Mapa naszej Doliny

    Repozytorium wiedzy o NPC-ach, organizacjach, lokacjach i innych takich (będzie aktualizowane)

    House rules (w tym Medycyna), czyli Zasady Domowe

    'U Bram Raju' - epizod 1, czyli sesja nr 1 (do wglądu dla zainteresowanych)


  • KaworuK

    Ciekawy przypadek Toma Mallarda

    ***

    Hej 😉

    Widzę, że stare forum nam się wykrzaczyło. Jako, że właśnie skończyłem czytać The Strange od Monte Cook Games, zapraszam do sesji wprowadzającej do systemu, zatytułowanej Ciekawy przypadek Toma Mallarda.

    Bedę potrzebował co najmniej 3 graczy, najlepiej, gdyby każdy grał/a innym typem (klasą postaci).

    Podsumowanie

    • System: The Strange
    • Ilość graczy: co najmniej 3
    • Kryteria przyjęcia graczy: Jakość karty, I guess? ;-0
    • Platforma: forum
    • Częstotliwość odpisów: Nie wydaje mi się, bym grał według jakiegoś 'czasomierza", czasami odpisów będzie więcej, czasami mniej i jest to ok?
    • Dokumenty Google: może...? 😉
    • Termin zakończenia rekrutacji: 15 stycznia

    Udało się znaleźć graczy poza normalnym trybem rekrutacji czy jednak frekwencja nie dopisała? (pytam, bo jest to propozycja tak skrajnie niszowa, że aż bym zerknął z ciekawości na bieg fabuły w sesji).
  • ZellZ

    text alternatywny

    Vanity and pride are different things, though the words are often used synonymously.

    A person may be proud without being vain.

    Pride relates more to our opinion of ourselves,
    vanity to what we would have others think of us.

    ~Jane Austen, Pride and Prejudice


    [image: QCaXUoF.png] ANNO DOMINI MCCVIII, piwnice pod Kościołem, Venetia Pierwszym uczuciem jakie uderzyło Vincenzo po otwarciu ukrytych dźwiczek w podłodze był zapach kojarzony z podziemnymi korytarzami piwnicznymi. Zatęchłe drewno i nigdy nie przewietrzane przestrzenie charakteryzował dokładnie taki zapach. [image: zej%C5%9Bcie-do-ciemnego-schronu.jpg?s=612x612&w=0&k=20&c=mUwkC1c1VpD8trz0GM9J0yovNoZrqq6i_c_6vTfdVWI=] Pierwsze kroki w dół nie nastawiały pozytywnie. Skrzypienie desek schodów pod nogami wydawało jakiś wręcz potępieńczy pogłos i zdawało się towarzyszyć każdemu ruchowi Albertinazzi. Nie było jednak innego sposobu... Światło świec z Kościoła znikło dość szybko im głębiej Vincenzo się zapuszczał po schodach by w końcu tylko wspomagała jego wzrok trzymana świeczka, aż schody się skończyły i wszedł na uklepany piasek na kamiennej podłodze. Szuranie własnych butów roznosiło się w tej cichej przestrzeni odbijając od ścian echem. Mężczyzna zobaczył po lewej stronie od zejścia kościelnego zamknięte kamienne drzwi z wbitymi w siebie metalowymi okuciami. Na podłodze wyraźnie widoczne były poruszenia piasku wokół drzwi, jakie sugerowały iż zostały one z wysiłkiem przesunięte niedawno do środka zaburzając zakrywający posadzkę piasek i tworząc pióropusz po przesunięciu ich. [image: hJtbwjw.png]
  • JohnyTRSJ

    Gruzy Przeszłości

    (TL;DR: Horror bez +18, tajemnica, zjawiska paranormalne, teorie spiskowe, gracze to nastolatkowie, małe miasteczko na Dolnym Śląsku w 1997 roku. MG porywa się z motyką na słońce.
    Przyjmę do 5 graczy, planowany koniec rekrutacji 1.02.2026)

    ***

    Padało. Nie był to orzeźwiający letni deszczyk, tylko niemalże ulewa. Wyboista trylinka tonęła w strugach wody Było już ciemno. Krzywy chodnik, szare budynki, krzywe latarnie dające żółtawą poświatę dopełniały wygląd śródmiejskiego kwartału. Ludzie już dawno pochowali się w domach lub znaleźli schronienie w innych miejscach.

    Obaj byli młodzi i z ambicjami, i byli złodziejami. Mercedes stojący na tyłach wrocławskiego hotelu był duży, ciemny, na niemieckich blachach. Żaden używany samochód taryfiarza. Ten był nowy. I na pewno na wypasie. Mieli plan. I zaczęli go realizować.

    Plan spalił na panewce, gdy tylko bez alarmu sforsowali zamek i wpakowali się do środka. W tym samochodzie nie byli sami, a to co zobaczyli sprawiło, że cała odwaga z nich wyparowała. Było tylko czyste paraliżujące przerażenie. To była ostatnia rzecz, jaką zobaczyli w swoim życiu.
    Potem nie było już nic.

    W pewnym sensie.

    ***

    Zamek Falkenstein był przed 1945 rokiem rodową siedzibą rodu Hochtalbergów. Leżące u podnóża zamku miasteczko Falkenberg/Bober po wyzwoleniu i przyłączeniu Ziem Wyzwolonych do Polski stało się piastowskim Sokołowem Śląskim. Przejście frontu zimą 1944/1945 było krótkie, miasto i zamek były praktycznie niebronione, przez co wojenna zawierucha oszczędziła zabudowę miasta. Sam zamek Falkenstein niszczał. Po dziewiętnastowiecznej przebudowie był to pałac o fasadzie w stylu neogotyku angielskiego. W latach trzydziestych dobudowano do niego parterowe skrzydło mające bardziej nowoczesną formę.

    Na początku lat siedemdziesiątych była to już ruina. Praktycznie bez dachu, z uszkodzonymi stropami, piwnicami pełnymi gruzu. Wszystko, co dało się zrabować, wyzwolono tuż po wojnie. Ale komitet wojewódzki miał wizję, miał plan. Siermiężne czasy Gomułki były przeszłością, teraz pierwszym sekretarzem był towarzysz Gierek - aby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej. Zaczęto remont zamku i rozbudowę na ośrodek wypoczynkowy dla dużego zakładu pracy gdzieś z Polski centralnej. Naprawiono dach, niemalże na nowo założono położony na zboczu zdziczały park. Ciężkim sprzętem wykopano i wylano fundamenty pod nowe skrzydło. Przed nadejściem kryzysu zdołano wybrukować betonowymi płytami alejki w parku (który to w sumie był miejski) oraz zaizolować piwnice nowego skrzydła. Potem inwestycja stanęła, niby coś tam robiono, ale prace nie posuwały się naprzód. Ze zgromadzonych materiałów budowlanych powstało w okolicy kilka domów jednorodzinnych.

    Wprowadzenie stanu wojennego w grudniu 1981 zakończyło tę farsę. Zamek ponownie niszczał, plac budowy zarósł samosiejkami, miejsce stało się niezłą meliną dla miejscowych pijaczków, a i okoliczna młodzież zaadaptowała teren jako miejscówkę na wagary, swobodne palenie papierosów i picie alkoholu.

    Do czasu.

    ***

    Dwie kobiety stały przed sklepem:
    -A po co on tutaj przyjechał?
    -Mówię co Basiu, z tego na pewno nic dobrego nie będzie.
    -I jeszcze mu źle z oczy patrzy, mówię ci...

    ***

    Początek roku szkolnego 1997/1998 w 1. Liceum Ogólnokształcącym (w sumie to jedynym) w Sokołowie Śląskim był prawdopodobnie taki sam jak w każdej innej szkole. W tym dniu nie było normalnych zajęć, tylko apel, symboliczny pierwszy dzwonek, brawa o różnym stopniu zaangażowania, przemowa pani dyrektor (zwalista matrona w kwiecistej sukience, o kręconych i farbowanych na blond włosach) oracz uczniowie w galowych strojach stłoczeni na małej sali gimnastycznej. Potem miała być godzina wychowawcza i koniec zajęć.

    Tym razem było inaczej.

    Wychowawca był tym nauczycielem, któremu się jeszcze chciało.


    Nowy rok, nowy początek. Wszystko nowe:

    Nowy rok.
    Nowe forum.
    Nowa rekrutacja.
    MG to w sumie też nie za bardzo zaawansowany.
    Nowy pomysł.
    Nowy sezon pewnego serialu na Netflixie (trzymajmy się lepiej 1 sezonu).
    Nowy rok... szkolny?!

    Rekrutacja do horroru w stylu amerykańskiego serialu Stranger Things. Horror, tajemnica, zjawiska paranormalne, teorie spiskowe, coś znanego m.in. z „Hellboya”. To nie jest slasher. Too nie jest Ameryka. Tu jest Polska lat dziewięćdziesiątych, wrzesień 1997, Sokołów Śląski - małe miasteczko na Dolnym Śląsku gdzieś u podnóża Sudetów, na pogórzu gdzieś na granicy województw legnickiego i jeleniogórskiego, nad rzeką Bóbr. Informuję zawczasu - to miasteczko jest fikcyjne, nie ma go na mapach.

    Wcielacie się w nowych uczniów, nastolatków w klasie I w Liceum (liceum czteroletnie, przed wprowadzeniem gimnazjów, wasze postacie mają za sobą 8 lat szkoły podstawowej) Jesteście na pierwszym roku w nowej szkole. Wasze postaci mogą, ale nie muszą się znać.
    Coś więcej o fabule? Niestety nie, nie chcę zaspoilerować wydarzeń. Ci bardziej domyślni niech mają na uwadze fakt, że lokalizacja miasteczka (Sudety) nie został wybrany przypadkowo. Więcej nie zdradzę. Nie wiem ile czasu minie w sesji, ale będą to wydarzenia trwające około tygodnia, może mniej, może więcej.

    Karta Postaci:
    Żeby nie wymyślać koła na nowo, wykorzystam gotową mechanikę z „Tajemnic Powodzi”. Tajemnice Powodzi to kontynuacja gry „Tajemnice Petli”, postacie są starsze i w ramach mechaniki mogą nawet zginąć. Ale są nastolatkami i to się liczy.
    Czym to się rzuca? W skrócie: Cechy i Umiejętności dają wam pulę kości k6, rzucacie nimi i jeżeli wypadnie przynajmniej jedna szóstka, to test jest zdany.

    Proszę wypełnić:

    1. Imię, Nazwisko

    2. Cechy:
    Są cztery cechy:
    Ciało (C),
    Technika (T),
    Serce (S),
    Umysł (U). Na te 4 cechy rozdzielacie 14 punktów w przedziale 1-5.

    3. Umiejętności (litery na początku odpowiadają konkretnym cechom):
    C - Skradanie się
    C - Siła
    C - Ruch
    T - Majsterkowanie
    T - Programowanie
    T - Analiza
    S - Znajomości
    S - Urok
    S - Przewodzenie
    U - Śledztwo
    U - Pojmowanie
    U - Empatia

    Do rozdania jest 11 punktów. Umiejętności kluczowe mogą mieć maks. 3 punkty, reszta maksymalnie po jednym punkcie. Umiejętności kluczowe omówię w następnym punkcie.

    4. Typy (można to też rozumieć jako Archetypy albo Stereotypy)
    Każdy z nich definiuje 3 umiejętności kluczowe - na te umiejętności można wydać po maks. 3 punkty.

    Automaniak*: Majsterkowanie, Analiza, Urok
    Dresiarz: Siła, Znajomości, Przewodzenie
    Foliarz**: przewodzenie, Śledztwo, Empatia zaklepane
    Haker: Programowanie, Analiza, Pojmowanie
    Imprezowicz: Ruch, Znajomości, Przewodzenie zaklepane
    Metal: Ruch, Śledztwo, Empatia zaklepane
    Raver: Urok, Znajomości, Majsterkowanie
    Samotny Wilk: Skradanie, Pojmowania, Empatia zaklepane
    Skejt: Ruch, Urok, Pojmowanie zaklepane
    Szpaner: Pojmowanie, Urok, Znajomości zaklepane
    Sportowiec: Siła, Ruch, Przewodzenie
    Ulicznik: Siła, Skradanie, Śledztwo

    *Automaniak nie musi automatycznie interesować się pojazdami, to może być ktoś wzorujący się na Andrzeju Słodowym i McGyverze.
    **Wg mnie nazwa Foliarz jest trochę niefortunna i nie pasuje do lat dziewięćdziesiątych. To równie może być osoba co wierzy w New Age, Wilkołaki, dowolna religia ^3, czakramy mocy etc, nie tylko teorie spiskowe.

    Wasze postacie nie muszą być stereotypowe i na siłę wpisywać się w wygląd dresiarza, metala, hakera etc. Ważne jest żeby Typy w sesji się nie powtarzały. Jeżeli ktokolwiek się zgłosi, proszę w miarę szybko „zaklepać” swój Typ.

    5. Motywacja: Napisz, co popycha twoją postać do działania?

    6. Ulubiony kawałek: wymień 1 ulubiony utwór / piosenkę twojej postaci

    7. Oparcie: Nazwij osobę (NPC), która jest dla postaci moralnym wsparciem. Rozmowa z tą osobą redukuje stres / zdenerwowanie (tzw. stany postaci). To może być ktoś z rodziny, przyjaciel, etc. Z tą osobą postać ma co najmniej jako-taki kontakt - wystarczy nawet rozmowa telefoniczna.

    8. Problem: Nazwij 1 problem, z którym mierzy się twoja postać. Problemy są różne, postacie mogą je ukrywać lub wtajemniczać w nie innych. Ten problem to coś, z czym musisz się mierzyć na co dzień.

    9. Wstyd: Napisz coś, czego się twoja postać wstydzi. Możesz to ukrywać, ale inne postacie mogą o tym wiedzieć. Wstyd postaci może zostać użyty podczas sesji i postać będzie musiała pokonać tę przeszkodę. Wstyd można wykorzystać jako automatyczny sukces (domyślnie raz na sesję), ale tylko tłumacząc / odgrywając, jak ten wstyd może w takim teście pomóc

    10. Wyjątkowy Przedmiot: Wyjątkowo nieprecyzyjny podpunkt. Wymyśl 1 przedmiot, który twoja postać posiada. Ten przedmiot dorzuca dwie dodatkowe kostki do testy jednej konkretnej umiejętności. Wymyśl do której umiejętności daje ci bonus i w jaki sposób, czyli dlaczego. Podręcznik jest tutaj wyjątkowo nieprecyzyjny.

    11. Opis postaci: opisz swoją postać, wygląd, zachowanie i wszystko inne, co uważasz za konieczne. Napisz, co postać ze sobą ma (przedmioty) - żadna super hiper szczegółowa lista, tylko żebym miał rozeznanie i żeby podczas sesji obyło się bez wyciągania królików z kapeluszy. Wasze postacie mają pewnie jeszcze więcej w swoich pokojach etc, więc konkretne przedmioty będą się pojawiały w biegu sesji. (Np. ktoś ma plecak, gdzie każda książka i zeszyt jest w okładce, a ktoś nosi plecaku jeden zeszyt do wszystkiego i wszystko to co zebrało się tam w czasie wakacji). Nie narzucam minimalnej ilości tekstu.

    12. Tło rodzinne: Kim są rodzice postaci? Praca, problemy? Rodzeństwo? Może też są w tej szkole? I wszystko inne co uznacie za stosowne - to tworzy tło postaci. Nie narzucam minimalnej ilości tekstu.

    13. NPC: Zwalam na was część roboty: trzeba zaludnić szkołę! A przynajmniej klasę. Wymyśl i krótko opisz (nawet 1 zdanie wystarczy) jakiegoś ucznia / uczennicę. Albo więcej. Maksymalnie 5 osób. Jeżeli ktoś naprawdę chce jeszcze więcej, to proszę bardzo, droga wolna.

    14. Avatary postaci: 2 sztuki - Jeden o szerokości 200px, drugi o wymiarach 100x100px - Ze względu na obecne ograniczenia forum (brak panelu sesji) będę prosił żeby na początku każdego postu w sesji wstawić Imię Postaci oraz ten drugi Avatar 100x100px - jako rozwiązanie pomostowe.

    Informacje końcowe: W sesji nie ma znaczka +18, bo nie planuję niczego, co by na to zasługiwało. Wasze postacie to nastolatkowie (w wieku 15-16 lat), między wami może dojść do „teen dramy” - nie planuję tego, ale jestem świadomy że sesja może w tym kierunku lekko zdryfować. Nie mogę nakazać współpracy między postaciami (szkolna teen drama), ale jeśli ktoś chce zrobić postać, która domyślnie będzie pupkiem / dręczycielem / edgelordem, to niech lepiej jeszcze raz przemyśli swój pomysł na postać.

    Jeszcze jedno: przy tworzeniu postaci i później podczas sesji pamiętajcie na uwadze, że jest rok 1997 - przed 11 września i innymi wydarzeniami. Nie mieszajmy do sesji współczesnej polityki, memów i tak dalej (w wątku sesyjnym - w komentarzach nie ma konkretnego ograniczenia, tylko Regulamin Forum). To jest świat budek telefonicznych, produkowanych jeszcze Fiatów 126p i dobranocki 0 19:00 na TVP1. Dopiero od roku istnieje dostęp przez modem telefoniczny do Internetu (połączenie wdzwaniane 0-20 21 22).

    Na ten moment przyjmę... 5 graczy i graczek. Nie wiem czy ogarnę większą liczbę. Koniec rekrutacji ustalam na 1 luty. Możliwość negocjacji. Odpisy raz na tydzień, może się zdarzyć częściej. Zewnętrznych komunikatorów nie planuję, ale i nie zakazuję. Wyjdzie w praniu. KP proszę wysłać na obecny odpowiednik PW.

    I na zakończenie:
    Czy jako MG prowadziłem Tajemnice Powodzi (RPG z którego jest wzięta mechanika)? NIE 🙂
    Czy jako gracz grałem w Tajemnice Powodzi? Też NIE. 🙂

    Nowy rok, nowy początek. Wszystko nowe.


    [image: 1768835153481-adam-chlebowski-100-x-100-pixeli.jpg] [image: 1768835172494-adam-chlebowski-200-pixeli.jpg] Zgrzeszyłem i zrobiłem portret używając AI/SI deviantarta
  • Pipboy79P

    Siemka

    Wstęp

    - Chciałem Wam przedstawić swoją autorską przeróbkę mechaniki Warhammera 2-ed. Stosuję ją w swoich sesjach Warhammera np. “Bastion”, “Kultyści” czy “Skarby Lustrii”. I uważam, że jak na mechanikę szczegółową to częściej mi się sprawdza w sesjach niż nie. No a to ja, jako MG, mam z nią najwięcej styczności w sesjach. Dla Graczy, w wersji minimalnej to kontakt z cyferkami może się skończyć po wysłaniu KP. Niemniej chciałem zaprezentować tą mechanikę szerszemu gronu a nie tylko moim Graczom.

    Warhammer - Mechanika szczegółowa

    - Nie wiem czy jest jakaś oficjalna nazwa na ten rodzaj mechanik gier jaką ma Warhammer. Ja je na swoje potrzeby nazywam “szczegółowymi”. Bo opisują każdy lub wiekszosć detali danej sceny a nie całą scenę jako całość. Do tej kategorii myślę, zalicza się większość klasycznych mechanik czyli Warhammer, Neuroshima, D&D, Wampir Maskarada nawet moja autorka (Parchy). To te mechaniki gdzie opisuje się ile metrów można przebiec w turze, ile razy strzelić, zrobić unik, zaatakować wręcz itd. Takie co szatkują sceny akcji czy skradanek na mniejsze klocki z jakich dopiero buduje się na żywo daną scenę właśnie. Moim skromnym, zdaniem to całkiem niezłe rozwiązanie ale skonstruowane z myślą o sesjach stołowych gdzie gra się na zywo. Natomiast niezbyt się sprawdzają w sesjach forumowych. Dlaczego? Ponieważ przepływ informacji jest znacznie spowolniony w porównaniu do spotkania na żywo. I jak zwykłem mawiać, w sesji forumowej najwięcej czasu spędza się nie tyle na kostkowaniu walki, liczeniu segmentów czy sprawdzaniu statów ile na skompletowaniu deklarek od wszystkich Graczy. Dlatego uważam, że w sesji forumowej bardziej sprawdzają się mechaniki jakie w paru rzutach edytują całą scenę a nie jej pojedyncze klocki z jakich się ją buduje. Wtedy wystarczy jeden komplet deklaracji od Graczy i można sprawdzać wynik na kostkach całej sceny.

    - Piszę o tym dlatego, że moja mechanika do Warhammera - Bastion - to raczej nakładka na oryginalną a nie jakaś rewolucja i kompletnie coś innego. W przypadku gry forumowej więc cierpi na te same bolączki i słabości co forumowa. Często bowiem słyszę, nie tylko w stosunku do mechaniki Warhammera, że spowalnia grę. Że długo się rzuca takie walki. Moim zdaniem to właśnie z powodu owej bolączki zebrania kompletu deklarek i dotyczy to każdej mechaniki szczegółowej napisanej dla gier stołowych jakie gra się przez forum.

    Mechanika Bastionu - podstawy

    - A na czym polega ta moja nakładka na oryginalną mechanikę? Jak wiadomo, w Warhammerze (i nie tylko) są dwa podstawowe rodzaje testów: zwykłe i przeciwstawne. Zwykłe testy to się sprawdza ile ma ktoś potrzebnej Cechy +/- różne modyfikatory. Jak wyrzuci tyle co ta wartość lub mniej to osiągnął sukces jak więcej to porażkę. Koniec. Tak się rzuca np. ataki bronią zasięgową albo wypatrywanie pułapki. I tu raczej wiele się nie zmieniło w stosunku do oryginalnej mechaniki.

    - Drugim rodzajem testów są testy przeciwstawne. Czyli jak obie strony sprawdzają komu lepiej poszło. Tak się rzuca np. na skradanie pod kogoś, przekonywanie, blef albo na walkę wręcz. W oryginalnej mechanice obie strony wykonują potrzebne rzuty. Po czym sprawdza się ilość sukcesów lub porażek komu lepiej poszło. W Bastionie jednak jest to rozwiązane inaczej.

    - Podstawowa filozofia jest taka: albo coś się uda albo nie. Fifty - fifty. A na skali 1-100 oznacza to podział od 1 do 50 i od 51 do 100. Dlatego bazą takich testów jest wartość 50. Do tego dodaje się wartość jednej strony i odejmuje drugiej. Otrzymana różnica to proporcja szans komu może się udać taki test. I robi się jeden rzut zamiast dwóch.

    Przykład:

    Skradanie

    Zwiadowca chce się podkraść do strażnika.

    Zwiadowca: ZRĘ 45 + 10 z umiejętności = 55
    Strażnik: ZRĘ 35 + 0 z umiejętności = 35

    Rachunki: 50 (baza) + 55 (Zwiadowca) - 35 (Strażnik) = 70

    Interpretacja: na rzucie 1k100 wynik 1-69 to sukces Zwiadowcy, wynik 70 to remis, wynik 71-00 to sukces strażnika

    - Na tym polega esencja całego pomysłu z tymi rzutami przeciwstawnymi. Uważam, że jest to całkiem proste i intuicyjne rozwiązanie. Trochę wprawy i śmiga to całkiem płynnie. Jak ktoś by miał z tym problemy z liczeniem w pamięci zwykły kalkulator powinien załatwić sprawę.

    Zalety:

    - Znika problem niskich statów a więc niskich szans na wykostkowanie sukcesu przez niskopoziomowe postacie. Co jest jedną z bolączek oryginalnego Warhammera. Jak widać na powyższym przykładzie Zwiadowca nie ma jakichś epickich statystyk. Ale jak trafia na kogoś kto ma chociaż trochę niższe jego szanse na wykulanie sukcesu znacznie rosną.

    - Jeden rzut daje wynik za całą akcję. W powyższym przykładzie nie jest istotne czy BG byłby Zwiadowca czy Strażnik. Statystyki by się nie zmieniły. Domyślnie ta pierwsza strona opisana jest jako BG lub ich sojusznicy. Ale równie dobrze można odwrócić sytuację gdy to np. do BG - Strażnika ktoś się próbuje podkraść. Wówczas można odwrócić to równanie i rachunki wyglądałyby tak: 50+35-55=30. Na 1-29 wygrywa strażnik, na 30 jest remis, na 31-00 wygrywa Zwiadowca.

    Jakość sukcesu lub porażki

    Jeśli komuś potrzeba to może być istotne określenie jak bardzo się komuś coś udało lub nie. Czyli określenie poziomu sukcesu lub porażki. Na przykład jak blisko udało się podkraść skradaczowi albo jak się udało kogoś przekonać. Pomaga to też pogrupować podobne sobie wyniki w podobne kategorie.

    Ja pogrupowałem te wyniki w różne kategorie. Skok zrobiłem co 20 pkt. I wszystkie wyniki z danej kategorii oznaczają w miarę zbliżony efekt końcowy. Zaś porażki i sukcesy mają lustrzane nazwy np. mały sukces - mała porażka, duży sukces - duża porażka.

    Wyniki rzutów

    91+ > epicki sukces (ep.suk)
    71 - 90 > spektakularny sukces (sp.suk)
    51 - 70 > duży sukces (du.suk)
    31 - 50 > średni sukces (śr.suk)
    11 - 30 > mały sukces (ma.suk)
    10 - -10 > remis (remis)
    -11 - -30 > mała porażka (ma.por)
    -31 - -50 > średnia porażka (śr.por)
    -51 - -70 > duża porażka (du.por)
    -71 - -90 > spektakularna porażka (sp.por)
    -91> > epicka porażka (ep.por)

    - Czyli jeśli np. w tym pierwszym przykładzie między Zwiadowcą a Strażnikiem wypadałoby na 1k100 np. 41 wówczas gdyby było ważne tylko czy się udało no to udało się Zwiadowcy bo wynik jest po jego stronie puli (od 01 do 69). Jeśli jednak byłoby ważne jak bardzo się udało to sprawdza się to następująco:

    Wynik remisowy: w tym wypadku jest to 70
    Wynik rzutu kostką: 41

    Rachunki: 70 - 41 = 29 > ma.suk (wyniki od 11 do 30)

    - Same wyniki, że ktoś w danym teście osiągnął małą porażkę czy średni sukces mogą się wydawać zbyt abstrakcyjne dla zwizualizowania sobie konkretnej sceny i rzutu. Dlatego wiele z tych umiejętności dostało osobne tabelki z wynikami takich rzutów. Ale w tej chwili nie będe ich tutaj przytaczał.

    - Powyżej prezentuje podział i interpretację wyników jakie uszyłem na własne potrzeby. Jeśli jednak jakiś MG czy grupa potrzebowałaby innych to proszę bardzo. Równie dobrze ilość progów może wydawać się zbyt duża i można je podzielić co 30 pkt albo zbyt mała i można zrobić te progi 10-cio punktowe. Te 20 wydało mi się w miarę uniwersalne. Podobnie z nazwami tych progów, nie bawiłem się w finezję i jak ktoś chce może sobie je pozmieniać. I nie inaczej jest z interpretacją już konkretnych progów do fabularnych efektów. Komuś nie spodobają się te propozycje jakie ja uszyłem może zrobić własną rozpiskę.

    Dowolność doboru cech i brak Profesji

    Zapewne wiadomo jak działają Profesję w oryginalnej mechanice Warhammera. Jest jakiś obrazek, opis, oraz zestaw rozwoju cech i umiejętności jakie przypisane są do danej Profesji. Oraz strzałki rozwoju kariery jak można dostać się na tą Profesję albo przejsć do następnej. Tak w największym skrócie.

    W Bastionie właściwie nie ma tych Profesji. Albo raczej każdy może sam sobie uszyć taką profesję. Lub zmodyfikować tą z podręcznika coś do niej dodając lub odejmując. Pozwala to uszyć postać jaką trudno byłoby zmajstrować po oryginalnych, podręcznikowych Profesjach. Jeśli jednak ktoś chce nic nie stoi na przeszkodzie aby otworzyć podręcznik i przepisać sobie umiejętności i zdolności z danej profesji. Zalecam to zwłaszcza magom którzy mają część umiejętności jakie są niezbędne do sprawnego posługiwania się magią. Ja np. projektując swoich BN-ów do sesji wciąż posiłkuję się podręcznikiem co najwyżej modyfikując część statystyk przez zamianę jednych umiejętności czy zdolności na te co mi się wydają bardziej odpowiednie do danej postaci.

    Górne limity statystyk

    Ponieważ każdy może sam sobie uszyć swoją profesję jest realne, że początkowa postać będzie miała całkiem wysokie niektóre statystyki. Zwłaszcza te które uznaje za najważniejsze dla swojej postaci. A pozostałe będą pewnie na średnim poziomie (w granicach 30). Gracz wybiera swojej postaci dwie priorytetowe cechy, dwie poślednie i cztery pozostałe jako standardowe. Górny limit priorytetowych to do 70, standardowych do 60 a poślednich do 50. Są to limity zarówno na czas tworzenia KP jak i sesji.

    Przykład:

    Potrzebny mi wojownik, typowy trep z tarczą i włócznią. Więc za priorytetowe uznaje mu WW i KRZ. Te mogę podczas projektowania postaci jak i potem w sesji rozwinąć do 70. Za najmniej potrzebne uznaję INT i OGŁ. Bo to nie jest ktoś od gadania i myślenia. Te poślednie cechy mogę rozwinąć do 50. Zaś pozostałe (US, ODP, ZRĘ, SW) to cechy standardowe, te mogę rozwijać tej postaci do 60.

    Cennik rozwoju

    - Zarówno podczas tworzenia postaci jak i potem w grze można za punkty dokupić sobie wyższe statystyki dla swojej postaci albo pomocników jeśli postać główna je ma. Liczy się je od poziomu cech bazowych dla danej rasy np. dla ludzi jest to zwykle poziom cech od 30. Więc podobnie jak w oryginalnej mechanice rozwój cechy o 5 (30>35) to koszt 100 pkt, kolejne 5 to kolejne 100 pkt. itd. Jednak nie wszystkie rozwoje kosztują 100 pkt i ich ceny są zaprezentowane poniżej.

    Szybkość o 1 = 200 PD. (max o 1 na całą grę, łącznie z B.Szybki).
    Cechy dwucyfrowe (od WW do OGŁ) o 5 = 100 PD (max do 50, 60 i 70)
    Żywotność o 1 = 200 pkt. (max o 4).
    Atak o 1 = 300 pkt. (max do 3)
    Mag o 1 = 500 pkt. (max do 3)
    Ranga o 1 = 300 pkt.
    umiejętność podstawowe i zdolności = 100 PD.
    umiejętności zaawansowane = 300 PD

    - Powyższe dane to taki podstawowy zestaw jaki zwykle stosuję w swoich rekrutacjach i sesjach. Ale możliwa jest pewna modyfikacja. Na przykład jeśli osią przygody ma być banda nastolatków to powinni oni mieć niższe statystyki i limity niż dorośli. Albo jeśli sercem sesji mają być dworskie, polityczne czy kupieckie intrygi lub BG mają być oficerami na statku czy w wojsku to bazowa Ranga może być wyższa. Albo jeśli to ma być sesja dla BG - magów wszyscy mogą mieć ze startu 1 Magii lub jak wojowników to 1 Atak. Ale podstawowa wersja wygląda właśnie jak to przedstawiłem powyżej.

    Atak = 0

    - Przy tworzeniu KP, w przeciwieństwie do oryginału, każda postać ma Atak na 0. Więc jeśli chce sobie rozwinąć to musi wydać 300 pkt aby rozwinąć Atak 0>1.

    - Atak na 0 oznacza, że postać jest pacyfistą i nie lubi lub obawia się używać przemocy bezpośredniej. Nie może więc sama zaczynać walki wręcz. Może stać się jednak obiektem ataku czy napaści jaka wymusi na niej walkę i rzuty na WW. Wówczas testuje się to tak samo jak u innych postaci z Atakiem 1+ jednak w razie sukcesu takiego rzutu postać nie zadaje obrażeń. Może odepchnąć przeciwnika, próbować go złapać i unieruchomić ale nie zada żadnych obrażeń. W walce bezpośredniej jest to czysto defensywna postać. Jednak nic nie stoi na przeszkodzie aby dowolnie używała broni zasięgowej (US) czy pułapek.

    - Atak też działa nieco inaczej niż w oryginale. Dokładniej to każdy poziom Ataku daje 1 kość k100. Czyli np. Atak 1 = 1k100, Atak 2 = 2k100, Atak 3 = 3k100 itd. Rzuca się odpowiednią ilością kości i wybiera się najlepszy wynik do sprawdzenia kto kogo trafił.

    Przykład:

    Weteran ma Atak 2
    Gladiator ma Atak 3

    Podczas swojej tury Weteran rzuca 2k100 np. 35 i 73. Do sprawdzania wyniku WW sprawdza lepszy rzut czyli w tym wypadku 35.

    W swojej turze Gladiator rzuca 3k100 np. 62,55,20. I też wybiera najlepszy wynik czyli 20 do sprawdzania kto kogo trafił.

    Ranga czyli pozycja społeczna

    - O ile wszystkie powyższe zasady to jakaś modyfikacja oryginalnych to Ranga to coś nowego. Ranga jest nową statystyką wymyśloną przeze mnie dla oddania pozycji społecznej i zasobności danej postaci. Mówi ona na jakim szczeblu drabiny społecznej zajmuje dany przedstawiciel tego społeczeństwa. W końcu Warhammer bazuje na systemie feudalnym gdzie nie ma miejsca na takie dyrdymały jak równość czy demokracja. I to mi się wydaje cechą charakterystyczną dla realiów bazujących na średniowieczu i renesansie jaką warto oddać także mechanicznie. Bo to jeden z elementów jaki właśnie różnią te realia od tego co mamy za oknem. To u nas dominuje równość i demokracja ale nie w feudalizmie. Chyba, że wewnątrz własnej klasy społecznej. I to właśnie oddają Rangi.

    - Rangi są względnie drogie. Jeden poziom kosztuje 300 pkt. Czyli tyle samo co Atak i już tylko Magia jest droższa (500 pkt). Co więcej skala jest o wiele większa bo od 1 do 15. Chociaż na co dzień najczęściej pewnie by się spotykało przedstawicieli do 7-9 Rangi. Chyba, że sesja toczyłaby się z założenia w wyższych kręgach. Dlatego jak zauważyłem spora ilość Graczy jedzie po minimalizmie w tych Rangach preferując wydawanie pkt przy tworzeniu postaci na inne rzeczy. Niemniej to oznacza, że raczej zostają na samym dnie drabiny społecznej i wiele drzwi z wyższych sfer czy urzędów może być przed nimi zamkniętych bo mówiąc kolokwialnie - są plebsem. Jeśli ktoś nie ma z tym problemu bo zamierza grać zwykłym soldatem, parobkiem, kurierem czy kimś takim to nie ma sprawy. Jednak jeśli już ktoś celuje w kupca, szlachcica, oficera, sierżanta, maga, kapłana no to już wypada zainwestować w te Rangi aby społeczeństwo właśnie tak odbierało tą postać.

    - Rangi widać. Fabularnie różnica Rang o 1 poziom jest zauważalna ale jeszcze nie aż tak wielka. Ot ktoś z Rangą 3 no jest trochę lepszy, ważniejszy, bogatszy, lepiej ubrany od kogoś z Rangą 2 ale podobnie może się czuć bardziej ubogo do kogoś z Rangą 4. Dalej jednak nie są to istotne różnice i mniej więcej są sobie równi. Różnica o 2 poziomy jest już jednak od razu widoczna i już mówienie o równości jest mocno naciągane. Niby ta sama klasa ale już raczej dwie różne jej krańce. Różnica o 3 to już ogromna i nie do przeskoczenia. Ewidentnie widać kto tu jest ważniejszy, bogatszy, dostojniejszy i wyżej w hierarchii. Przynajmniej tak to wygląda przy standardowych sytuacjach np. na trakcie, ulicy, karczmie, urzędzie itd.

    Fabularna modyfikacja Rang

    - Może się zdarzyć tak, że ktoś by chciał grać postacią ale nie stać go na Rangę jaką powinna mieć przedstawiciel takiej profesji. Jest to do pewnego stopnia możliwe tak jak wspomniałem powyżej. Fabularnie to mogą być różne okoliczności, zwykle niesprzyjające, które realnie obniżają pozycję społeczną danej osoby. Choćby to, że osoba jest dzieckiem albo niepełnoletnia a więc nie w pełni praw jak jej rodzice. To może w praktyce obniżać Rangę o 1-3 poziomy (im młodsza postać tym bardziej). Daleka podróż. W końcu czy kupiec czy szlachcic nie zabierze ze sobą w podróż całego majątku i sług więc na takim wyjeździe ma mniejsze możliwości niż u siebie. Jakaś katastrofa np. zgnilizna na polach obfitująca w słabsze plony, wyjątkowo nieurodzajne ziemie jakie zajmuje dana postać, pożar czy powódź jaka niszczy lub poważnie uszkadza magazyn, sklep, statek. Wreszcie długi, wyrok sądowy, okrycie się hańbą, zła sława to wszystko może odpowiednio zmodyfikować realną Rangę postaci. Ale dobrze aby nie więcej niż o 1-3 poziomy. Podobnie można ją edytować na korzyść trzeba jednak uzgodnić z MG jakieś pozytywne okoliczności jakie w oczach okolicy podnoszą Rangę ponad swój standardowy poziom. Czyli jak ktoś chce grać szlachcicem to wypada mieć Rangę 8. Ale, że to może być trudne do osiągnięcia na start sesji może grać jakimś szlachcicem po przejściach jakie obniżyły jego statut no ale nie niżej niż Ranga 5.

    Stabilność Rang

    - Specyfiką Rang jest to, że raczej nie można ich podnieść za PD-ki w trakcie gry. Tak samo jak z dnia na dzień chłop nie zacznie być odbierany jako ktoś więcej niż chłop. Do tego muszą zaistnieć wyjątkowe okoliczności jakie tłumaczyłyby taki awans społeczny. Przydaje się więc to na coś w rodzaju nagrody na zakończenie jakiejś kampanii lub ważnego jej etapu lub za szczególnie bohaterski lub wyjątkowy wyczyn jaki wpływa na lokalne miasto, gminę czy podobny obszar i społeczność. Powiedzmy awans za szczególne bohaterstwo podczas bitwy, mianowanie na urzędnika, dostępie miejsca w zarządzie jakiejś gildii, patent oficerski, małżeństwo z kimś o wyższej Randze czy po prostu z kimś sławnym/popularnym lub udana kariera artystyczna. Ale tak za same PD-ki to raczej nie powinno dać się kupić wyższej Rangi.

    Ranga - wpływ na testy społeczne

    - Rangi też raczej się nie testuje jako takiej. Jednak wpływa ona na kontakty społeczne. Dokładnie osoba z wyższą Rangą dostaje bonus +5 do testów socjalnych za każdy poziom różnicy. Czy to chodzi o flirt, zastraszanie, negocjacje handlowe bogatemu, znanemu i potężnemu jest łatwiej niż anonimowemu gołodupcowi bez koneksji i nazwiska.

    Przykład:

    Szlachcic (OGŁ 45; Ranga 😎 przychodzi do kupca (SW 35 + 10 za umiejętności; Ranga 4) i chce wynegocjować jakąś umowę. Normalnie były to przeciwstawny test na targowanie.

    Szlachcic OGŁ 45 + 0 = 45
    Kupiec SW 35 + 10 = 45

    Rachunki: 50 + 45 - 45 = 50

    Interpretacja: Szlachcic wygrywa na 01-49, na 50 jest remis, na 51-100 wygrywa kupiec.

    Jak widać wedle oryginału obaj by mieli mniej więcej równe szanse na osiągnięcie sukcesu w tych negocjacjach. A teraz pokażę jakby to wyglądało uwzględniając różnicę w ich pozycji społecznej czyli Rangi.

    Szlachcic OGŁ 45 + 0 = 45 (Ranga 😎
    Kupiec SW 35 + 10 = 45 (Ranga 4)

    Ranga 8 - 4 = 4 (4x5=20 > Szlachcic dostaje bonus +20 czyli łącznie ma 45+20=65)

    Rachunki: 50 + 65 - 45 = 70

    Interpetacja: Szlachcic wygrywa na 01-69, na 70 jest remis, na 71-100 wygrywa kupiec.

    - Matematycznie można to samo policzyć na więcej niż jeden sposób. Jak ja zwykle robię te rachunki w excel to mi łatwiej przypisać stały modyfikator do danej Rangi i jego wpisywać w rachunki.

    Ranga 1 = -30
    Ranga 2 = -25
    Ranga 3 = -20
    Ranga 4 = -15
    Ranga 5 = -10
    Ranga 6 = -5
    Ranga 7 = 0
    Ranga 8 = +5
    Ranga 9 = +10
    Ranga 10 = +15

    Powyższy przykład ze Szlachcicem i Kupcem

    Szlachic OGŁ 45 + 0 = 45 (Ranga 8 > +5) +5 = 50
    Kupiec SW 35 + 10 = 45 (Ranga 4 > -15) = 30

    Rachunki: 50 + 50 - 30 = 70

    Interpetacja: Szlachcic wygrywa na 01-69, na 70 jest remis, na 71-100 wygrywa kupiec.

    - Poniżej jest lista przykładowych profesji. Są to raczej takie standardowe przykłady dla danej profesji. Na przykład standardowy karczmarz ma Rangę 3. Ale jak cienko przędzie albo lokal jest po przejściach (zalanie, pożar, rabunek, wandalizm) to może mieć Rangę 2 a jak to jest jakiś popularny lokal, lubiany, z estymą, z dobrymi trunkami i muzyką może mieć i Rangę 4. Można te przykładowe profesje w podobny sposób modyfikować ale nie wypada aby o więcej niż 2 poziomy. Jeśli standardowy szlachcic ma Rangę 8 no to nawet bardzo ubogi szlachcic czy po jakichś przejściach społeczno - majątkowych nie powinien zejsć poniżej Rangi 6 jeśli nadal miałby być odbierany przez otoczenie jako ubogi czy po przejściach ale jednak szlachcic. To samo z kapłanami, magami i tego typu profesjami związanymi z wyższym miejscem w hierachii społecznej.

    Spis dostępnych Rang:

    1 - soldat, szeregowy, chłop, czeladnik > 0 podwł
    2 - st.szeregowy, funkcyjny, robotnik, sługa, straganiarz > 1-2 podwł
    3 - kapral, karczmarz, rzemieślnik, młynarz, kowal > 5 podwł
    4 - dziesiętnik, sklepikarz, majster > 10 podwł
    5 - unteroffizier, plutonowy, szef cechu, sołtys, szef składu > 20 - 30 podwł
    6 - sierżant, szef małej gildii, urzędnik, skryba, uczeń maga > 30 - 60 (50) podwł
    7 - setnik, lokalny kapłan, drobny szlachcic, wędrowny Magister > ok 100 podwł
    8 - porucznik, przeciętny szlachcic, rycerz > ok 200 podwł
    9 - kapitan, baron > ok 500 podwł
    10 - major, wicehrabia > ok 1000 podwł
    11 - pułkownik, hrabia > ok 2000 - 5000 podwł
    12 - brygadier, markiz > dowolne
    13 - generał, lord, szef Kolegium danego koloru > dowolne
    14 - marszałek, elektor, Wielki Teogonista, szef Kolegiów lub zakonów > dowolne;
    15 - imperator > dowolne; najwyższa władza w kraju

    Ranga - podwładni

    - Jak widać z powyższej listy do Rangi przypisany jest też majątek i podwładni. Przy niższych poziomach to pewnie będzie rodzina i najbliżsi pracownicy oraz przyjaciele głównej postaci. Taki karczmarz, rzemieślnik czy właściciel sklepu (Ranga 3) ma do dyspozycji kilku podwładnych zapewne pracujących w tym samym miejscu którym on zarządza. Może to też być herszt małego gangu. Przy wyższych poziomach to już idzie w dziesiątki i setki podwładnych. Jak przeciętny rycerz ma Rangę 8 może mieć już do dyspozycji ze dwie setki podwładnych. Fabularnie może to być jakaś wioska albo oddział wojska lub załoga statku jeśli to jest jakaś wyprawa odkrywcza lub wojenna.

    - Podwładni wynikający z Rangi są niejako do niej przypisani. Czy to BG czy BN nic za nich nie płaci ani PD-kami ani pieniędzmi. Po prostu ma ich do dyspozycji. Dopiero jakby chciał zwerbować kogoś jeszcze np. nająć dodatkowe wojska, załogę statku, specjalistę jakiego potrzebuje wówczas musi ich już jakoś zachęcić i opłacić żołd. Tacy podwładni są uznawani za przeciętnych w swoim rodzaju. Czyli przeciętni chłopi, służba, ochroniarze, kelnerki itd.

    - Jeśli postać główna ma kilku podwładnych można ich rozpisać dokładniej z imienia i charakteru. Jeśli jednak to już idzie w dziesiątki czy setki nie ma takiej potrzeby. Wystarczy ustalić z MG ogólny rys jakimi możliwościami dysponuje główna postać i rozpisać dokładniej 2-4 najbardziej charakterystycznych pomocników z najbliższego otoczenia BG. Dobrze aby takimi pomocnikami zarządzał Gracz.

    Ranga - dochody

    - Ranga generuje też dochody. Są to standardowe dochody przypisane do danej profesji i pozycji społecznej. Co prawda niektóre profesje mają typowo sezonowe dochody np. chłopi i ci co żyją z ich plonów to po żniwach i raz do roku zapewne. Ale na potrzeby gry uznaje się, że objawia się to wypłatami raz w miesiącu. Jeśli MG nie postanowi inaczej to każdego 1-go nowego miesiąca postać dostaje wypłatę jaka powinna wystarczyć na kolejny miesiąc. Fabularnie może być to czek przysłany przez rodzica czy opiekuna, suma jaką postać może sobie pozwolić wydać ze swojego skabrczyka, żołd wypłacany za dane stanowisko w wojsku lub marynarce albo pensja z urzędu. Można to wymyślić i dostosować do potrzeb sesji i postaci. Mechanicznie jednak jest to wypłata raz w miesiącu. Jeśli potrzeby sesji tak mówią można też umówić się na wypłaty co tydzień ale wówczas trzeba odpowiednio zmodyfikować ich wysokość bo bazowo są policzone jako raz na miesiąc.

    - Rachunki zaś są proste. Za każdy poziom Rangi postać dostaje 100 PZ. Czyli parobek z Rangą 1 dostaje 100 PZ, karczmarz z Rangą 3 dostaje 300 PZ a szlachcic z Rangą 8 dostaje 800 PZ. Dla przykładu standardowa broń długa to koszt 5 PZ, pistolet 10 PZ, arkebuz 70 PZ a kolczuga średnia OP 7+ kosztuje 40 PZ. Dokładniejszy cennik jest zaprezentowany w brudnopisie mechy.

    - Dochody z Rangi nie blokują jednak innych źródeł zarobku. Zwykle takich jakie dzieją się już w trakcie sesyjnych przygód. Jeśli ktoś zapłaci BG za jakąś pracę, zdobędą jakąś nagordę, podarunek czy coś w tym stylu mogą sobie dopisać te PZ do tego co już posiadają.

    - Dobrze mieć też na uwadze te Rangi przy ustalaniu możliwości zapłaty przez jakiegoś BN-a. Zwykły karczmarz jaki standardowo zarabia 300 PZ miesięcznie będzie miał pewnie jakąś część tej sumy do dyspozycji za jakąś jednorazową robotę.


    Mechanika Bastionu

    - Powyżej zaprezentowałem takie streszczenie całej mechaniki Bastionu. To co mi się wydało najistotniejsze, tam gdzie są największe zmiany lub zostało wprowadzone coś nowego. Ale to mimo wszystko streszczenie. Gdyby ktoś chciał się zapoznać z oryginałem to jest dostępny tutaj:

    Link: https://docs.google.com/document/d/1bKq6byIy9_Pe8V2jJ_CS1aNdNZ7I4RCTptNVzui7SLY/edit?tab=t.0

    - System wciąż ewoluuje w miarę trwania kolejnych sesji. Więc reprezentowana powyżej wersja nie musi być ostateczna. Jak mówiłem na początku, ja jestem raczej zadowolony z tej mechaniki i spełnia ona moje oczekiwania. Niemniej ciekaw jestem Waszych opinii, uwag, pytań i pomysłów. Zachęcam do cywilizowanej dyskusji. I gdyby ktoś chciał skorzystać z tej mechaniki na swoich sesjach to też zachęcam i jestem ciekaw wyników


  • ZellZ

    text alternatywny
    text alternatywny

    “Let the son of a king be a king,
    I will rule them in their kingdom”
    ~Jagadeesh Kumar


    [image: QCaXUoF.png] ANNO DOMINI MCIXII, Dijon Wieczór był zwieńczony jeszcze lepiej niż książę mógł oczekiwać. Adelaine była mu znana od młodszych lat, gdy jeszcze razem mieszkali pośród murów zamku ojca Simona. Jej własny ojciec był wasalem na służbie rodziny książęcej, więc trzymali się w bliskiej odległości. Niemniej nie tak bliskiej, jak nastoletni wtedy dziedzic by marzył. Czuł dziką, wręcz pierwotną satysfakcję, jak przed oczyma miał nagie piersi młodej kobiety drżące w rytm unoszenia się i opadania bladoskótego ciała pozbawionego grama wstydliwości. A dumę potęgowały jęki zarumienionej kochanaki niosące się dźwiękiem tego samego głosu jakim odrzucała jego zaloty i zaprzeczała szansom, gdy był wciąż jeszcze tylko synem księcia. [image: 45eb2b11c50169ab37cb5c48ff1cfa0a.jpg] Simon z rozpierającą jego pierś pysznością patrzył na Adelaine zbiera z podłogi przy łóżku części swojego odzienia. Otrzymał wszystko o czym jako nastolatek tylko marzył, a co nie było popierane w tym momencie przez jego pana ojca... ale teraz to on był władcą! To on mógł rozsądzać nad życiem i śmiercią podwładnych, to on mógł oceniać co mu wolno a co nie! Wcześniej obawiałby się tych myśli, ale teraz... Poczynał się do nich przyzwyczajać. Jak i do królewskiego poczucia posiadania władzy nad innym. Niby łaskawy pan oglądał jak kobieta wyciąga spod łóżka część bielizny i wciąż z nagim biustem unosi się z klęczek ku zadowoleniu młodego księcia odczuwającego grzeszne zaspokojenie swojej zranionej dumy sprzed lat. Zastanawiał się czy nie uczynić z Adelaine swojej oficjalnej kochanki. Pewnie by mogło to zniszczyć jej plany na zamążpójście, ale bycie kochanką księcia powinno to zadośćuczynić... szczególnie że przecież ubogą jej nie pozostawi. Bez ostrzeżenia silnie zostały otwarte drzwi, w jakich stanął nikt inny jak bliźniak księcia. W pierwszym spojrzeniu natrafił na półnagą kobietę, jaka w przestrachu narzuciła na ramiona suknię, aby skryć pod jej materiałem jak najwięcej niewieściego wstydu. - Wybacz mi, książę, ale mam wiele do omówienia z tobą. - odezwał się kierując wzrok na leżącego na łóżku brata, od jakiego za młodu słyszał wielokrotnie narzekania o niechęci Adelaine - Przeszkadzam widzę? [image: hJtbwjw.png]
  • AbishaiA

    Plany. Tych Maruiken miała wiele. Niemniej odległe były od zamiarów z którymi wiele dni temu przybyła na ziemie Hachisuka. Wtedy była łowczynią szukającą zarobku w oczach obserwujących ją osób i kunoichi próbującą wyrwać swoją siostrę z łap potencjalnie wrogiego klanu w oczach wtajemniczonych. Teraz… teraz miotała się jak ryba złapana w sieć rybaka. Wraz z każdą zdobytą informacją dowiadywała się nie tylko o skomplikowanej sytuacji klanu, ale też i jej własnych powiązaniach z tymi ziemiami. O przeznaczeniu swoim o którym nie miała pojęcia. Wchodziła w sojusze tak egzotyczne, że wątpiła by pozostałe siostrzyczki uwierzyły w jej opowieści o tej misji. O ile… jeszcze je kiedyś zobaczy. Obecnie, wątpliwość i niepewność były jej siostrzyczkami. A nieufność matką. A potwory które jako łowczyni powinna zwalczać stały się jej podporą w tych trudnych czasach.
    Niemniej Mateczka nauczyła ją by korzystać z każdych dostępnych narzędzi. Leiko nie sądziła jednak że skorzysta z tych nauk knując przeciw własnym siostrzyczkom.

    W ramach przygotowań do swoich knowań udała się z Kano na zakupy. Łowczyni łatwo było polubić tego mężczyznę. Był powściągliwy w słowach i nie zadawał pytań. Prowadził Mizuki tam gdzie miała kaprys się udać i wiedział gdzie szukać tego co chciała kupić. I jeśli nawet zaskoczyło go jej pytanie o farbę do włosów, to nie pozwolił sobie na komentarz. Z pomocą ronina Mizuki załatwiła swoje zakupy szybko i bez problemów. Tym bardziej, że obecność tego ochroniarza skutecznie odstraszała uliczników, a i sprawiała że handlarze nie próbowali wykorzystać naiwności dziewczęcia na swoją korzyść.

    Z zakupionymi przez siebie przedmiotami Maruiken ostrożnie zbliżała się do papierowych drzwi do pokoju kochanka. Musiała być ostrożna, musiała być cicha, musiała być szybko. Co prawda Kogucik chwycił przynętę i przy kolacji zdarzało mu się wspomnieć słodką Kofumi, to jednak nie powinien się zorientować, że Leiko wróciła do gospody. A łatwo mogła na niego wpaść. Obecnie młodzian z trudem usiedział w miejscu podczas kolacji. I mógł wpaść na pomysł, by odwiedzić Mizuki, by dowiedzieć się coś więcej o nowej przyjaciółce. Musiała się więc spieszyć. Na szczęście ronin obiecał swojej kochance medytować w swoim pokoju w oczekiwaniu na nią.

    W jednej dłoni trzymając dwie tykwy służące za butelki, a w drugiej zgrabnie balansując włożonymi jedna w drugą miskami, w których zebrała rzeczy niezbędne jej do przemalowania tygrysa na biało, Leiko przystanęła cicho przed jego pokojem. Rozejrzała się po korytarzu pogrążonym w wieczornych ciemnościach. Nie dostrzegła żadnych ciekawskich oczu, których właścicielowi mogłoby się wydać podejrzanym, że Mizuki nachodzi ronina. Tego już nie mogłaby wytłumaczyć byle sprawunkami dla Sakusei
    W gospodzie panowała taka cisza, że wydawało jej się, iż nawet najlżejsze zapukanie w shōji odbije się echem po korytarzu. A to było ostatnie, czego teraz chciała. Dlatego zamiast uprzejmie zapowiedzieć swoje wejście, po prostu wsunęła palce w krawędź drzwi i rozsunęła je powoli, niemal bezgłośnie. Jednocześnie zrzuciła z twarzy swoją niewinną maskę i wślizgnęła się do środka już jako Tsuki no Musume.
    Ronin rzeczywiście medytował, czekając na nią. Otworzył oczy, gdy weszła i uśmiechnął się.
    - Przemknęłaś niezauważona przez całą gospodę. Podziwiam twój talent.
    Ciepły uśmiech przemknął również przez usta łowczyni.
    - Może nawet któregoś razu zakradnę się do twojego pokoju, kiedy jeszcze będziesz spokojnie spał. Dopiero wtedy ośmielę się pomyśleć, że moim talentem choć odrobinę zbliżyłam się do twojego - stwierdziła cichym, ale wyraźnie żartobliwym tonem głosu. Po tych słowach zrobiła kilka miękkich kroków w głąb pokoju i pochyliła się, by ostrożnie odstawić na tatami miski oraz tykwy.
    - Jestem pewien że w wielu talentach mnie przewyższasz.- rzekł żartobliwie Kojiro, zsuwając swoje kimono z ramion i odsłaniając swoje ciało do pasa, by dać możliwość wykazać się jej.
    Kiedy Leiko już usiadła na tatami, zaczęła rozkładać przed sobą przyniesione przedmioty. Jedną miskę przyciągnęła bliżej i wzięła do rąk bambusowy pojemniczek. Uchylone wieczko odsłoniło biały proszek, który przesypała do naczynia.
    W pewnym momencie uniosła spojrzenie na ronina. Najpierw przesunęła wzrokiem po jego nagim torsie, a dopiero potem skupiła się na długich włosach spływających po plecach i ramionach. Nic nie powiedziała, ale sięgnęła po drugi pojemniczek i bez wahania dosypała więcej proszku do miski. Następnie kobieta odkorkowała jedną tykwę i przechyliła ją.
    - Jak poszły twoje poszukiwania przebrania dla Tatsu? Owocne? - zapytała, przyglądając się, jak mleczna ciecz powoli miesza się z oshiroi. - *Będzie bardzo ekscentryczny?
    - Nie aż tak…- odparł z uśmiechem Kojiro przymykając oczy.- *… wzorowałem się na Kirisu jeśli chodzi o zachowanie, ale… strój… nie potrafiłbym się ubrać tak ubrać. Niemniej będzie jednooki z opaską z jedwabiu i może malunkami na obliczu wzorowanym na kabuki? Może.
    - Czyżby… moja prośba o pomoc okazywała się nieco bardziej wymagająca niż wcześniej sądziłeś, mój drogi tygrysie? - Wprawdzie Maruiken droczyła się z nim wesoło, to przez cały czas jej oczy uważniej obserwowały maź, którą powoli rozrabiała pędzlem w misce. Oshiroi potrafiła przygotować bez większego trudu, o odpowiedniej konsystencji do malowania skóry. Ale włosy…? Tu już nie była taka pewna.
    W końcu przysunęła się bliżej do mężczyzny. Pochwyciła w dłoń jeden z kosmyków jego włosów i ostrożnie nałożyła na niego odrobinę białej pasty, przy okazji brudząc nią własne palce.
    - Obawiam się, że… trochę tak. - zaśmiał się cicho ronin.- Okazałem się nie dość śmiały w doborze strojów.-
    “Nie dość krzykliwy”... znaczyły jego słowa. Kogucik ubierał się bowiem tak, by przyciągać uwagę. Nie miał ani taktu, ani subtelności.
    - Być może trochę za mocno skupiasz się na krzykliwym stroju swojego łowcy, Kojiro-san - stwierdziła Leiko mruknięciem. Przez moment obracała kosmyk między palcami, uważnie śledząc, jak oshiroi rozkłada się na włosach, czy nie spływa, czy rzeczywiście może spełnić zadanie farby. - *W końcu najważniejsze jest, żeby nikt nie rozpoznał w tobie młodego lorda Sasaki, a to uzyskamy białymi włosami i przepaską. Samo kimono już nie powinno być takie ważne. Przecież nie chcemy, żebyś zbyt mocno przyciągał na siebie uwagę, ne? To już byłoby… kłopotliwe dla moich planów.
    - Chcesz powiedzieć, że zdołasz ukryć swoją urodę? To będzie dopiero trudne zadanie - odparł z uśmiechem ronin, sięgając palcami po kosmyk czarnych włosów łowczyni i bawiąc się nim, gdy ona przyglądała się swojemu dziełu.
    - Będę musiała, ne? Inaczej ktoś mógłby mnie rozpoznać - powiedziała łowczyni, a na jej ustach pojawił się uśmiech podszyty rozbawieniem. - Oczywiście idealnie będzie, jeśli będziemy mogli po prostu przyczaić się w uliczce i nikt nie będzie się nami interesował…
    Zadowolona z efektu, jaki oshiroi pozostawiło na kosmyku mężczyzny, tym razem wzięła w dłoń większe pasmo jego włosów. Zanurzyła płaski pędzel w białej mieszance, po czym już z większą pewnością zaczęła przemalowywać swojego tygrysa starannymi pociągnięciami.
    Gdy była tym zajęta palce mężczyzny powędrowały z pasemka jej ciemnych włosów na policzek. Nie robił niczego szczególnego. Ot, muskał opuszkami jej policzek i szyję. Pieścił delikatnie, niemal czule. Ot, zwykły dotyk palców. Przypominający jej jak przyjemnie niebezpieczny jest jej tygrys. Jak trudno będzie skupić się na misji, gdy zręczność w uwodzeniu Kojiro złączy się z bezczelną śmiałością Kirisu w “postaci” Tatsu.
    To była przyjemna cisza. Nie jedna z tych niezręcznych, krępujących, kiedy żadna ze stron nie ma już nic do powiedzenia. Ta była szczególna, naturalna i intymna, utkana w przestrzeni między kochankami, którzy czują się przy sobie bezpiecznie i swobodnie. Bo czasem nawet knowania musiały ustąpić miejsca takiemu najbardziej zwyczajnemu… spokojowi.
    Od czasu do czasu, pomiędzy kolejnymi pociągnięciami pędzla, Leiko pozwała się sobie skusić i przesuwała spojrzenie na twarz mężczyzny. Przyglądała mu się wtedy z figlarną podejrzliwością. Wszak dobrze wiedziała, że był przebiegły i wystarczyła chwila jej nieuwagi, żeby zaskoczył ją bezwstydnym, lecz rozkosznym dotykiem swych dłoni.
    Biel zakrywała coraz więcej naturalnej barwy włosów ronina, kiedy łowczyni w końcu zdecydowała się przerwać ich wspólne milczenie.
    - Zawsze nosiłeś tak długie włosy? Czy może jako młody lord wolałeś krótszą i wygodniejszą czuprynę? - dopytywała ze szczerym zainteresowaniem.
    - Iye. Gdy byłem jeszcze uczniem, to głowę miałem wygoloną jak mnich - zaśmiał się cicho Sasaki, nie przerywając pieszczot palców na jej szyi. - Mój nauczyciel twierdził, że po to, bym się skupił na nauce. Ja sądzę, że po prostu był złośliwy. Gdy skończyłem nauki, zacząłem zapuszczać włosy, przysięgając sobie, że nigdy ich nie zetnę. Złamałem tę przysięgę, bo jednak należało je przycinać od czasu do czasu. Niemniej pozostały już takie długie.
    - Jak zatem dobrze, że znaleźliśmy sposób na przemalowanie twoich włosów. Inaczej zostałoby nam tylko ścięcie tej twojej zachwycającej grzywy… - zagroziła Leiko z łagodnym uśmiechem.
    Na moment przerwała swoje zajęcie i przechyliła głowę ku roninowi, żeby wtulić się w dotyk jego dłoni. Uroczy obrazek. Gdyby tylko nie jej oczy, w których zamigotały psotne iskierki, kiedy wypowiadała kolejne słowa - A tej z pewnością nie oddałbyś bez walki, ne?
    Zaśmiała się prawie bezgłośnie. Potem zaś obróciła się i sięgnęła ku przyniesionym przez siebie przedmiotom, żeby wyciągnąć spomiędzy nich grzebień.
    - Z pewnością…- potwierdził mężczyzna, obserwując jej działania. - … mogłabyś stracić odzienie w tej walce.
    - Kojiro-san… Naprawdę wystarczy zaledwie moje nagie ciało, abyś złamał przysięgę? - zapytała łowczyni poważnym tonem, choć zdradzał ją delikatny uśmiech igrający na wargach.
    Tego jednak ronin nie miał okazji zobaczyć, bowiem przesunęła się, żeby tym razem znaleźć się tuż za jego plecami. Tam, z pomocą grzebienia zaczęła rozczesywać i rozdzielać jego włosy na pasma, żeby ułatwić sobie ich malowanie i nie pominąć nawet kosmyka.
    - Oczywiście że nie…- oburzył się teatralnie ronin, acz potem dodał poddając się pieszczocie palców Leiko. - aczkolwiek twoja naga postać byłaby… dobrym początkiem negocjacji, ne?
    Maruiken pokręciła lekko głową, rozbawiona jego bezczelnością.
    - Zadziwiające, że przy całej swojej przebiegłości żaden z doradców daimyo nie pomyślał, aby wysłać za tobą w pogoń jakąś wyjątkowo zachwycającą kunoichi… - zastanawiała się, kontynuując swoje zajęcie, dzięki któremu włosy ronina stawały się coraz bardziej białe, tak samo zresztą jak i jej dłonie. - *A może wysłali? Tylko biedna nie miała żadnych szans z twoim urokiem?
    - Tak się rzeczywiście stało… mniej więcej. - nie widziała jego twarzy, ale ton głosu był bardziej melancholijny niż radosny.
    Łowczyni uniosła brwi w reakcji na jego enigmatyczne słowa. Ale czy naprawdę była na tyle ciekawa tej historii, aby słuchać o kolejnej kobiecie, która miała okazję zakosztować talentów jej kochanka…? Niekoniecznie.
    - To dość niesprawiedliwe, mój tygrysie… - zamruczała i jednocześnie płynnym ruchem sięgnęła do skroni Kojiro, zagarniając tamtejsze kosmyki ku sobie. Po drodze palcami musnęła jego uszy, niby to przypadkiem, jednak subtelna pieszczota tego gestu zdradzała, że Leiko bardzo dobrze wiedziała co robi. - Jak dotąd za mną klan posyłał jedynie mężczyzn, którym z natury najbliżej było do demonów. Gdzie jest mój urokliwy shinobi?
    - Klan nie ma własnych shinobi. Musi płacić najemnym za ich usługi. - wyjaśnił ronin w zamyśleniu, a następnie dodał.- I mylisz wrogów, moja droga. To nie klan wysyła swych łowców za tobą, tylko mnisi. Jestem pewien, że choć Dasate-sama wie o polowaniu na twoją śliczną główkę, to on sam nie wydaje rozkazów. A mnisi zapewne cenią bardziej lojalność niż talent, skoro posyłają za tobą tych, których wierności są pewni. Swoje kreatury.
    - Gomen nasai, ale linia między rozkazami klanu a samych mnichów jest w moich oczach tak cienka, że nieraz się zaciera. Przecież spotkałam daimyo i nie sprawiał wrażenia ani głuchego, ani ślepego, ani szalonego, zatem nie ma powodu, aby nie wiedział o tym, co się dzieje na jego ziemiach, ne? - Pierwszy raz od dłuższego czasu, właściwie odkąd wróciła do pokoju ronina, iskierki w złocistych oczach Leiko zostały zastąpione przez ponury cień. - Ale to by oznaczało, że wiedział również o planach mnichów wobec jego żony. Jakiż mężczyzna pozwoliłby na coś takiego…?
    - Nie ten którego znałem przed wojną. To pewne.- przyznał ponuro ronin.- Przyznaję, że nie pojmuję przyczyn wielu decyzji daimyo i jego ignorowania działań mnichów. Zachowują się jakby tereny klanu należały do nich.
    - Pamiętam, że opowiadałeś mi o tym, jak to z jego młodszym bratem sialiście… postrach - to słowo sprawiło, że jedna brew łowczyni drgnęła delikatnie ku górze, tak samo zresztą jak i jeden z kącików jej warg - wśród kobiecych serc w Miyaushiro. Ale czy wtedy też dobrze znałeś daimyo? Dawno temu, w spokojniejszych czasach przed mnichami i wojną?
    - Był podobny do swojego brata.- Kojiro zanurzył się we wspomnieniach, podczas gdy Leiko farbowała jego włosy.- Tylko nieco poważniejszy. I coraz bardziej przytłoczony kolejnymi obowiązkami. A potem małżeństwem.
    - Nie mam wątpliwości, że rola daimyo nie jest łatwa i nie polega tylko na korzystaniu z wygód zamku. Ale… naprawdę również małżeństwo było dla niego trudne? - zdziwiła się nieco Leiko, zajęta ostrożnym rozczesywaniem pasma włosów ronina. Zęby grzebienia pomagały jej przeciągnąć biel na te kosmyki, którym udało się umknąć jej spojrzeniu podczas malowania. - Wprawdzie tylko raz spotkałam jego żonę, jednak nie sprawiała wrażenia kobiety ani okrutnej, ani odpychającej…
    - Małżeństwa bywają trudne, gdy są powiązane z polityką.- odparł z uśmiechem ronin.- Sama żona nie była kłopotem. Zresztą miałaś okazję przekonać się jaka jest z natury. Natomiast cały protokół dworski, rozliczne spotkania, rozmowy z teściami. Polityczne rozgrywki… to zajmuje dużo czasu i wymaga dużo powagi. Jest… różnica pomiędzy byciem tylko mężem łagodnej i miłej żony, a bycie głową rodu. Olbrzymia i przytłaczająca czasem różnica.
    - Hai. Wyobrażam sobie, że samo bycie głową rodu potrafi być trudne, a co dopiero głową całego klanu jak Hachisuka. A przecież na pewno wielu mu zazdrości takiej pozycji… - stwierdziła kobieta z westchnieniem, które Kojiro mógł uznać za jej reakcję na te słowa. A jednak było spowodowane czasochłonnością jej zajęcia, na które właściwie sama siebie skazała.

    Ze szmerem kimona podniosła się z tatami, po czym nadal uzbrojona w pędzel, zaczęła niespiesznie obchodzić mężczyznę, przyglądając się jego włosom z każdej strony, niczym artystka oceniająca swe dzieło.

    - Wiesz, tygrysie… gdyby wszystko inaczej się ułożyło, to sam w końcu zostałbyś panem swego rodu. Twoją katanę pokryłaby gruba warstwa kurzu, bo większość czasu pochłonęłyby ci intrygi, obowiązki i dworskie układy. I oczywiście nawet nie miałbyś wiele do powiedzenia w kwestii żony. Po prostu zostałaby ci podsunięta ta najbardziej odpowiednia, ne? - figlarnym szeptem snuła przed nim taką wizję. Zatrzymała się, bo dostrzegła kilka ciemnych smug wydobywających się pomiędzy bielą jego włosów. Starannie je zamalowała, kontynuując - Byłeś gotów na takie życie?
    - Nie bardzo - odparł z uśmiechem Sasaki.- Starałem się więc wykorzystać każdą chwilę jaka była mi dana przez Kami.
    - Ciekawe, jak wielu daimyo mogłoby ci pozazdrościć tej tygrysiej wolności… choć może niekoniecznie tego malowania włosów - zamruczała łowczyni, wsuwając palce we włosy swojego kochanka. Pieszczotliwie przeczesała nimi białe pasma, od ich nasady po same końce, i tym ruchem rozdzielała je na kosmyki, aby grzywa Tatsu nie przypominała posklejanych strąków. - Najlepiej byłoby, gdybyś je związał i upiął wysoko, żeby nie ubrudziły ci całych pleców i ramion. Albo przynajmniej załóż białe kimono, żeby oshiroi nie było na nim tak widoczne, dobrze?
    - Obawiam się że tradycyjnie ułożona fryzura nie pasuje do burzliwej natury Tatsu.- zażartował ronin i zadecydował. - Włosy więc będą luźno opadać na ramiona.
    - Jesteś bardzo oddany swej wizji łowcy, ne? - bardziej stwierdziła niż zapytała łowczyni i pędzlem jeszcze raz musnęła kilka ciemnych kosmyków, które zbyt wyraźnie wymykały się spod bieli.

    Potem wykonała kilka miękkich kroków, aż stanęła tuż przed roninem. Pochyliła się ku niemu i ujęła go dłonią za podbródek, żeby ruchem na pograniczu czułości i stanowczości skierować jego twarz to w lewo, to w prawo. W milczeniu, kusząc go swoją bliskością, oceniała efekty swojej pracy. Czy rzeczywiście był to na tyle dobry pomysł, aby Kojiro mógł zaryzykować wyjście poza tej progi gospody?

    - Mmm… czy w takim razie Tatsu-san maluje też swoje brwi na biało? - szepnęła Leiko, teraz skupiając spojrzenie na jego oczach i ich okolicach. Próbowała sobie wyobrazić, jak będzie wyglądał w przepasce. Czy rozpoznałaby go? Czy rozpoznałby go któryś z dawnych towarzyszy lub któraś z kochanek?
    - Wątpię… Tatsu jest za leniwy na to - odparł z uśmiechem ronin, cierpliwie znosząc działania łowczyni.
    - Hai. To skończyłam, Możesz zobaczyć - powiedziała krótko kobieta.
    Wyprostowała się, a następnie odsunęła od niego i przysiadła tym razem kawałek dalej, przy swoich rzeczach. Wyciągnęła spomiędzy nich niewielkie lusterko wykonane z wypolerowanego brązu, po czym podsunęła je roninowi, żeby mógł obejrzeć jej dzieło. Sama w tym czasie zajęła się wyciąganiem korka z drugiej tykwy i po chwili już wlewała wodę do drugiej, pustej miski. Wtedy zagarnęła wysoko rękawy kimona, odsłaniając gładkie przedramiona, i zaczęła obmywać dłonie pobielone od oshiroi.
    - Wygląda dobrze.- ocenił mężczyzna przyglądając się swojej twarzy i uśmiechnął się pytając.- A jak tobie się podoba? Wszak Tatsu musi używać swojej urody i bezczelnej elokwencji by kraść niewieście serduszka.
    - Niewieście serduszka…? - powtórzyła Leiko powoli, szczególną uwagę poświęcając temu, że jej tygrys mówił o więcej niż jednym "serduszku". Zerknęła na niego spod wachlarzy swych rzęs, a kiedy znów się odezwała, to w jej głosie brzmiała zarówno żartobliwa nuta, jak i ta odrobinę podejrzliwa wobec jego zamiarów - Czyżbym niemądrze wypuszczała na miasto straszliwego drapieżnika, przed którym żadna kobieta nie zdoła uciec?
    - To możliwe… Tatsu jest…- zamyślił się ronin.- Nie jest mną. Jest jak Kirisu… a ten nie przepuszcza żadnej, ne?-
    Kogucik nie jest też tak pociągający jak Kojiro. Czyżby rzeczywiście wypuszczała na miasto bestię, łączącą bezczelność Kogucika z kuszącą naturą Tygrysa?
    Nie pojawił się na twarzy Leiko grymas spowodowany jego słowami, nawet brwi nie drgnęły w wyrazie niezadowolenia. A jednak… coś się zmieniło. Jej spojrzenie zatrzymało się na nim dłużej, ale tym razem było inne niż zwykle, kiedy spoglądała na swego tygrysa. Cięższe, kalkulujące, jak gdyby pierwszy raz widziała go w takim świetle. Ale czy naprawdę powinna się dziwić? Przecież poznała już trochę jego naturę,więc wiedziała, że jest wielbicielem kobiecych ciał, a nie tylko jej jednego.

    - Skoro Kirisu-kun jest dla ciebie tak dużą inspiracją, to powinieneś również pamiętać o jednej z jego najważniejszych cech - oznajmiła łowczyni, opuszczając z powrotem wzrok na miskę, w której teraz starała się domyć wnętrza swych dłoni. - Kiedy jestem obok niego, to poświęca mi uwagę całym sobą. I wtedy nie jest zainteresowany innymi niewieścimi serduszkami. Czy Tatsu też będzie potrafił być tak oddany, czy jednak będę musiała sama czuwać w uliczkach?
    - Myślę, że taka śliczna i sprytna geisha owinie sobie Tatsu wokół małego paluszka, ne? Przecież Tatsu nie jest zbyt bystry. I łatwo go wodzić za nos, ne? - stwierdził żartobliwie mężczyzna, wodząc palcami po policzku pochylonej nad miską kobiety.
    - Oczywiście, jeśli będzie sprawiał wrażenie… użytecznego - skwitowała Leiko z zaczepną nutą, obracając dłonie i przyglądając im się z każdej strony. Zaowocowało to tym, że znów zanurzyła je w już mlecznobiałej wodzie, aby zmyć z nich ostatnie ślady oshiroi.
    - Ostatniej nocy jedna z kunoichi późno wróciła do posiadłości, w której spotykają się z Umarim. Liczę na to, że i dzisiaj na nią trafimy. Pomyślałam, że najlepszą porą będzie spotkanie przy bramie do Świata Wierzb i Kwiatów, krótko przed północą. - Podniosła głowę, a z nią także i dłonie, które zaczęła wycierać w czystą ściereczkę. - Czy Tatsu-san zdąży się przygotować?
    - Tak. Myśle że będę gotów.- rzekł z uśmiechem ronin i spoważniał.- Musisz… musimy uważać. Umari dba o swoją skórę. Nigdy nie jest sam. Zawsze ktoś czai się gotowy pozbyć się każdego zagrożenia dla jego życia.
    - Wątpię, abyśmy mieli go spotkać o tak późnej porze. Widziałam go tam w ciągu dnia, a zatem nie potrzebuje on zasłony nocnych ciemności, żeby spotykać się z tymi kunoichi. Zapewne nie jest to żaden sekret - powiedziała kobieta ze spokojem, bynajmniej jednak nie ignorując ostrzeżeń swojego tygrysa. Sama przecież miała różne obawy i niepokojące ją pytania. - Ale… czy to nie jest dość osobliwe, że ktoś taki jak doradca samego daimyo zadaje sobie trud przychodzenia na te wizyty? Czy ktoś tak ważny nie powinien wzywać innych do siebie?
    - Cóż… wiesz dobrze jaka natura jest tego zakątka miasta.- przypomniał jej ronin z uśmiechem. Po czym dodał ponuro.- A Umari ma ponoć bardzo ekscentryczne gusta, których nie da się łatwo zaspokoić. Nawet będąc doradcą daimyo.
    - Zdecydowanie wolę, aby się okazało, że jest to miejsce jego schadzek i po prostu ulubił sobie igranie z ogniem kunoichi. To byłoby lepsze niż kolejny mroczny rytuał w podziemiach… albo jakieś gniazdo, w którym mnisi hodują te swoje bestie… - powiedziała Leiko, jednak w jej głosie pobrzmiewała sugestia, że wcale nie pokładała wiele nadziei w tak banalne wytłumaczenie spotkań doradcy z jej siostrzyczkami. Podkreśliła to cichym westchnieniem, kiedy porządkowała przyniesione przez siebie przedmioty.
    - Wydaje mi się, że wiesz coś więcej o tym spotkaniu, ne?- zapytał Kojiro, przyglądając się łowczyni w zamyśleniu.
    - Jeśli wszystko dzisiaj pójdzie po mojej myśli, to oboje dowiemy się więcej o tajemnicach ukrytych za murami tamtej posiadłości, mój drogi tygrysie - oznajmiła kobieta wymijająco i zamiast dopowiedzieć cokolwiek więcej, wyciągnęła do niego rękę i krańcem wilgotnej ściereczki delikatnie starła białą smużkę z jego skroni. Uśmiechnęła się przy tym miękko, tym bardziej urokliwie starając się zwrócić jego myśli ku przyjemniejszym ścieżkom. Potem poprawiła rękawy swego kimona i z wdziękiem podniosła się z tatami.

    MUZYKA

    Wkrótce nowe wcielenie Leiko przemierzało ulice Shimody. Jej krok był trochę nerwowy, bo przebranie które przygotowała nie było tak idealne jak maska Mizuki. Nie mogła wszak użyć swoich mocy, by zmienić twarz. Kojiro mógłby coś podejrzewać, gdyby jej przebranie było zbyt idealne. Nie był to jednak problem. Mateczka wyszkoliła ją bardzo dobrze. Nadnaturalne sztuczki choć użyteczne nie były jedyną opcją w jej arsenale.

    Tatsu czekał przy bramie, tak jak się umówili. Białe włosy, przepaska, jaskrawe kimono. Czekał cierpliwie nie przypominając postawą Kojiro.

    text alternatywny

    I niestety… przyciągał uwagę. Co prawda nie samurajów klanu czy ninja… acz równie wścibskich i niestrudzonych osób. Uwagę dwójki bogato ubranych, młodych i atrakcyjnych japonek w wieku Mizuki. I pewnych swojego czaru. Osaczyły jej ronina i subtelnie prezentując swoje wdzięki wykorzystywały wszystkie sztuczki uwodzenia znane łowczyni. Hamując uśmieszek ronin starał się “odpierać” ich figlarne zaczepki nie wychodząc z roli Tatsu. Bronił się dzielnie, ale osaczony przez te uparte i pewne swojej urody “wilczyce” wiedział że przegrana jest kwestią czasu.