Przejdź do treści

Świat

Tematy spoza tego forum. Poglądy i opinie przedstawione tutaj mogą nie odzwierciedlać tych, które reprezentują członkowie tego forum.

A world of content at your fingertips…

Think of this as your global discovery feed. It brings together interesting discussions from across the web and other communities, all in one place.

While you can browse what's trending now, the best way to use this feed is to make it your own. By creating an account, you can follow specific creators and topics to filter out the noise and see only what matters to you.

Ready to dive in? Create an account to start following others, get notified when people reply to you, and save your favorite finds.

Zarejestruj się Zaloguj się
  • Janusz PodziemiJ

    Dzień osiemdziesiąty dziewiąty według rachuby Notturno
    Wieczór
    Podmiasto Stubramia
    Aleja Tysiąca Dłoni

    Najpierw idzie tam, gdzie iść nie warto. Jedenaście wilgotnych stopni w dół, a na ich końcu drzwi do sklepu Kirriwima. Zabite deskami przez kogoś, kto nie miał do tego ani serca, ani odpowiednich gwoździ. Trzeci dzień tak samo. Notturno stoi przed nimi dokładnie tyle, ile trzeba, żeby ustalić, że nic się nie zmieniło, po czym wraca na górę i pozwala nogom zrobić to, co robią zawsze, kiedy nie mają nic mądrzejszego do roboty.

    Niosą go pod ocynowaną rynnę.

    To miejsce po przeciwnej stronie ulicy naprzeciwko okutych drzwi z wypolerowaną klamką, gdzie stał dzień po dniu, aż leteańskie osiłki zaczęły go stamtąd wynosić z tą samą znudzoną skutecznością, z jaką wynoszą pijanych i płaczących od cudzych wspomnień. Rynna kapie osiemnaście kropel na minutę, wczoraj dwadzieścia dwa, przedwczoraj dwadzieścia sześć, i to jest jedyna rzecz w całym zaułku, która zachowuje się przewidywalnie, bo nie chodzi o liczbę, tylko o to, że schodzi w dół zawsze o tyle samo.

    Ulica schodzi stąd również w dół, ku kanałowi, gdzie woda odbija światło lamp i rozbija je na drobne, ruchome plamy, których nie da się policzyć, co Notturno uważa za osobistą zniewagę ze strony fizyki. Nad zejściem wisi na łańcuchu latarnia z zielonym szkłem. Mryga. Łańcuch jeszcze się kołysze.

    Ktoś stoi pod nią.

    Sprawny wizjer zwęża się i klika, katalogując; drugi, pęknięty od trzynastu dni, migocze nierówno i zostaje pół kroku w tyle za obrazem. Postać wysoka, kobieca, w płaszczu ze zbyt wysokim kołnierzem jak na tę pogodę. Skóra w kolorze wody spod lodu. Zamiast włosów grube, ciemne sploty, poruszające się powoli, każdy własnym rytmem, i to właśnie one zatrzymują uwagę Notturna najdłużej, bo jest ich dziewiętnaście i każdy porusza się w innej fazie, co oznacza, że nie ma między nimi żadnego wspólnego mechanizmu. Ktoś popełnił przy projektowaniu tego stworzenia błąd, który Notturno chętnie wskaże palcem, gdy tylko nadarzy się okazja. Oczy bez źrenic. Na czole coś, co wygląda jak wprawiony w kość kamień. Przez ramię pas ciężkiej torby.

    4d66e547-5c5c-4311-8024-0f3290960d42-image.jpeg

    Nie odchodzi na jego widok. Nie sięga po nic. Po prostu przestaje patrzeć w wodę i zaczyna patrzeć na niego, i robi to o dwie sekundy dłużej, niż wypada. Potem, przez ułamek chwili, przenosi wzrok na jego cień.

    Cień leży spokojnie. Cień leży nadal spokojnie, kiedy Notturno przestępuje z nogi na nogę, i zaczyna się poruszać dopiero pół sekundy później.

    Kobieta nie komentuje cienia. Odnotowuje za to pewne fakty:

    — Sto siedemnaście kroków od studni pod trzecim łukiem do tego miejsca — mówi, jakby kontynuowała rozmowę zaczętą kiedy indziej, a jego udział w niej był tylko formalnością. Głos ma cichy, mówi bez pośpiechu. — Tyle ci zajmuje. Codziennie tyle samo. Mijaliśmy się cztery razy. Ostatni raz jedenaście dni temu, koło południa. Szedłeś pod górę i liczyłeś na głos coś, co brzmiało jak dachówki.

    Notturno nie pamięta żadnego z tych czterech razy. Zaskakuje go co innego: liczba się zgadza. Sto siedemnaście. Sprawdzał ją wielokrotnie i nikomu nigdy nie podał.

    — Ile stopni prowadzi do sklepu Kirriwima? — pyta kobieta.

    – Przed chwilą było jedenaście – odpowiada bez chwili wahania – Nie wiem, jak teraz. Trzeba by sprawdzić.

    Stan sprzed chwili i stan obecny to w jego rachunku dwie osobne wartości. Liczba bez znacznika czasu jest dla niego bezwartościowa, a Notturno nie podaje bezwartościowych liczb.

    Wizjery mrugnęły trzy razy szybko, urwały się na pół uderzenia, mrugnęły raz krótko, znów urwały się na pół uderzenia, po czym zamigotały w rytmie krótko-długo-krótko, zanim się uspokoiły. Palce wybiły na udzie krótki, nierówny rytm, zanim zdążył go powstrzymać. Sprawdził rachunek jeszcze raz, od tyłu, licząc na to, że gdzieś w środku znajdzie się choć jedna cyfra do poprawienia. Nie znalazł. Przez chwilę nic się nie działo. Nawet tyknięcie w piersi zwolniło, dopasowując się do ciszy, w której czekał na wynik. To był rodzaj irytacji, na którą nie miał gotowej procedury - nie dlatego, że przegrał, tylko dlatego, że nie było czego wygrać, a mimo to czuł, że powinien. Póki nie znajdziemy lepszego określenia, nazwijmy tę emocję numerem 37.

    Odczekał moment dłużej, niż wymagała odpowiedź

    – Rachunek się zgadza – mówi, tonem, który sugeruje, że to on właśnie postawił ostatnią kropkę w czyimś dowodzie, a nie że ktoś przedstawił mu gotowy wynik. – Choć zauważę, że sama zgodność liczby nie świadczy jeszcze o zrozumieniu metody, którą się do niej doszło. Można trafić poprawnie i wciąż nie wiedzieć, dlaczego trafiło się poprawnie. To dwie zupełnie różne kompetencje, które ludzie notorycznie mylą.

    Nikt go o to nie pytał. Nie żeby musiał.

    – Kim pani jest – mówi, prostując się, tym samym tonem, jakim wskazałby palcem słuchacza, który ośmielił się podnieść rękę w środku wykładu i nie mieć racji – że w ogóle zabiera pani głos w temacie, w którym, jak dotąd, jedynym kompetentnym rachmistrzem w promieniu tego niezbyt przyjaznego dla geniuszy miasta byłem ja?

    Nie cofnął się o krok. Czekał, licząc w duchu, ile sekund minie, zanim odpowie. Ciekawe czy ona też to robi?

    Kobieta nie odpowiada od razu. Najpierw sięga do torby. Notturno rejestruje ruch i przez ćwierć sekundy przelicza, co może z niej wyjąć. Wyjmuje jabłko. Takie, jakie rosną w Parku Hesperyd, choć nikt w mieście nie umie powiedzieć, po której stronie muru ten zaklęty park właściwie leży. Nie nóż, nie odznakę, nie zwitek papieru. Jabłko. Odgryza kęs, przeżuwa, i dopiero wtedy mówi:

    — Nazywają mnie Mnema. Nie ja to wymyśliłam, tylko mieszkańcy Stubramia. — Kolejny kęs. — Nie jestem rachmistrzem. Wynajmują mnie do znajdowania rzeczy, których miasto zgubiło. To zaskakująco pojemna kategoria.

    — Trzy noce temu ktoś wszedł do sklepu Kirriwima i wyszedł z nim. — Mówi to zupełnie tak samo, jak mówiła o krokach. Bez zmiany tempa, bez ostrzeżenia, że idzie zdanie, które ma coś w słuchaczu poruszyć.

    — Nie ograbiono go. Nie podpalono sklepu. Ktoś przyszedł po niego, wyniósł go i zadał sobie trud, żeby zostawić jak najmniejszy bałagan. Deski na drzwiach przybili sąsiedzi, dwa dni później, bo nikt inny się tym nie zajął.

    Rynna kapie. Osiemnaście na minutę.

    — A teraz konkrety, przy których zwykle ktoś zaczyna mi przerywać, więc powiem to od razu w całości i zaoszczędzę nam obojgu czasu. — Odkłada nadgryzione jabłko do torby. — Odpracowałeś u niego trybik, zamiatając po zamknięciu, sam, do zgaszenia światła. Jest jeszcze soczewka, którą ci pożyczył i która wybuchła, a jego warunki mówiły wtedy o podwójnej stawce. Trzynaście dni temu zjawiłeś się pod jego okiennicą o czwartej nad ranem i waliłeś w nią tak długo, że obudziłeś trzy domy powyżej. Wyszedłeś z tą soczewką. O świcie wróciłeś z rozbitą maską — tak, właśnie tą, którą teraz obracasz ode mnie o pół stopnia w lewo — i zażądałeś od niego rekompensaty. Wyrzucił cię za drzwi przy dwóch świadkach. — Pauza. Krótsza, niż potrzebowałaby, gdyby musiała sobie cokolwiek przypomnieć. — I nie sypiasz. Wiem, że nie sypiasz, i wiem, że zamierzasz mi to zaraz wyjaśnić od strony konstrukcyjnej, więc uprzedzę pytanie: to nie jest zarzut. Każdy w tej dzielnicy ma na tamtą noc alibi zbudowane z tego, że spał. Ty jesteś jedyną osobą, o której wiem na pewno, że nie spała.

    Sploty poruszają się, dziewiętnaście, każdy w innej fazie.

    — Osobno żadna z tych rzeczy nic nie znaczy. Razem znaczą tyle, że rozmawiam dziś tutaj z tobą, a nie z kimś innym.

    Podnosi kołnierz wyżej, jakby rozmowa dobiegała końca. A potem, tym samym tonem, którym pytała o stopnie, i patrząc gdzieś obok niego, w stronę zielonej latarni:

    — Zaplecze. Skrzynie, które Kirriwim trzymał za zasłoną. — Pauza. — Ile ich było, kiedy zamiatałeś tam ostatni raz?

    Notturno milczy przez chwilę.

    — To, co pani przed chwilą przedstawiła... proszę wybaczyć szczerość, ale to bezczelna amatorszczyzna. Zbiór faktów, które osobno są prawdziwe, ale ułożono je w kolejność sugerującą związek. Związek, którego nikt nie zadał sobie trudu udowodnić.

    Latarnia kołysze się niezmiennie w tym samym rytmie. Notturno mierzy ją wzrokiem przez moment, licząc odstępy między wychyleniami, i dopiero potem wraca do Mnemy.

    — Trybik: transakcja handlowa opłacona pracą fizyczną, udokumentowana obecnością samego Kirriwima za ladą. Sprzedawca obecny przy wymianie dowodzi wyłącznie swojego stanu w tamtej konkretnej sekundzie. Nie tego, co spotkało go później. Soczewka: kłótnia publiczna, o świcie, w miejscu o wysokiej słyszalności dla przechodniów. Istoty planujące działania wymagające dyskrecji z reguły unikają manifestowania swoich intencji krzykiem pod czyimiś drzwiami. To elementarna logika.

    W optykach Notturno coś cicho kliknęło, gdy przeniósł wzrok bezpośrednio na Mnemę.

    — A brak snu tamtej nocy? To nie dowód niczego poza tym, że nikt nie widział mnie śpiącego. Braku dowodu nie należy mylić z dowodem czegoś - to rozróżnienie, które w pani zawodzie powinno być podstawą, nie ciekawostką.

    Notturno zerka w stronę zabitych deskami drzwi. Zatrzymuje na nich wzrok o ułamek sekundy dłużej niż na czymkolwiek innym, po czym ucina to spojrzenie i wraca do Mnemy. Splata dłonie za plecami, unosi podbródek i nieruchomieje. Studiuje ją z daleka, napędzany rytmem własnego wywodu.

    — Przedstawiła pani okazję. Trybik, soczewka, noc bez snu. To, w najlepszym razie, odpowiedź na pytanie „czy mógł”. Nikt kompetentny nie marnuje czasu na to pytanie, bo każdy głupiec „mógł” zrobić cokolwiek, gdyby tylko chciał. Prawdziwe pytanie brzmi „po co”. Tego pani nie podała, bo – podejrzewam – to po prostu przerosło pani możliwości. Okazja bez motywu to zbiór niepełnych danych. A niepełnych danych nie nazywam dowodem, tylko obietnicą dowodu, której nie potrafi pani dotrzymać.

    Milknie na moment, żeby poprawić pasek torby badawczej. Ten jeden ruch zamyka temat jej kompetencji. Kiedy mówi dalej, jego głos znów jest suchy i urzędowy:

    — Trzynaście — mówi bez cienia wahania. W jego głosie słychać satysfakcję kogoś, kto od początku czekał dokładnie na to pytanie. — Dziewięć pełnych, cztery napoczęte. W pełnych: trzy skrzynie ze złomem mechanicznym, dwie z komponentami alchemicznymi w słojach, jedna z butami bez pary, jedna z tkaninami, jedna z przedmiotami o niesklasyfikowanym przeznaczeniu i jedna zamknięta na kłódkę. Brak dostępu. W czterech napoczętych: siedemnaście elementów, rozrzuconych bez żadnego systemu. To organizacyjne niedbalstwo. Aczkolwiek nie moje.

    Zawiesza głos, dając jej czas na przyswojenie samej liczby, zanim zapyta o metodologię.

    — Stan sprzed jedenastu dni.

    Nie czeka na jej reakcję.

    — A teraz pani kolej na wyjaśnienia, skoro zeszliśmy już do takich szczegółów. Skąd zna pani liczbę moich kroków od studni, godzinę mojego ostatniego przejścia i treść dźwięków, które wtedy liczyłem? A jednocześnie twierdzi, że nie znaliśmy się wcześniej. I, co ciekawsze: po co w ogóle zawracała sobie tym głowę? Nikt nie prowadzi tak precyzyjnego rejestru cudzych ruchów bez powodu. A pani nie podała jeszcze żadnego, który uznałbym za sensowny.

    Mnema słucha do końca. Nie przerywa, nie prostuje się, nie robi żadnej z tych rzeczy, które robią zwykle śmiertelnicy, gdy czekają na swoją kolej. Po prostu stoi i pozwala, żeby wywód się skończył sam. Notturno odnotowuje, że nie przerwała mu ani razu, i nie potrafi rozstrzygnąć, czy to cierpliwość, czy metoda.

    — Masz rację — mówi. — Miałeś okazję i miałeś powód do urazy, ale to jeszcze nie motyw.

    Sploty poruszają się, dziewiętnaście, każdy w innej fazie.

    — Skąd wiem, ile masz kroków od studni? Bo nie umiem nie wiedzieć. To nie jest metoda, tylko przypadłość.

    Odgarnia z czoła jeden ze splotów. Kamień wprawiony w kość łapie zielone światło i oddaje je z opóźnieniem, jakby przepuszczał je przez coś głębszego.

    Latarnia mryga. Rynna kapie, osiemnaście na minutę.

    — Posłuchaj uważnie, bo powiem to raz i nie będę tego dla ciebie interpretować. — Byłam w tym sklepie. Weszłam drzwiami, bo nikt tam niczego nie wyważał. Naliczyłam szesnaście skrzyń.

    Cisza trwa dokładnie tyle, ile powinna.

    — Kłódka wciąż wisi na tej samej. Nic nie zniknęło.

    Notturno otwiera usta, których nie ma, żeby zażądać znacznika czasu, bo liczba bez niego jest bezwartościowa i mówił to niecałe pięć minut temu. Nie zdąża.

    — Wiem — mówi Mnema, zanim padnie pierwsza głoska. — Nie podałam kiedy. Sprawdzałam, czy się upomnisz. — Poprawia pasek torby. — Upomniałeś się szybciej, niż zakładałam.

    Odwraca się w stronę zejścia ku kanałowi, jakby to był koniec przesłuchania, i mówi już przez ramię:

    — Zaułek Kwitnących Progów. Ostatni dom przed śluzą, drzwi bez klamki. Gdyby przyszło ci do głowy, do czego prowadzą te liczby, i gdzie może być Kirriwim, przyjdź. Dostaniesz też datę.

    Robi dwa kroki i przystaje.

    — Deski są przybite byle jak. Ta od lewej odchodzi przy pierwszym szarpnięciu.


    Ksiega wchodzi do torby, ale tylko płasko, na pochodniach, i tylko wtedy, gdy krzesiwo przejdzie do bocznej kieszeni. Okładka jest sztywniejsza, niż wygląda, bo pod skórą ktoś wkleił deskę. Klapa torby zamyka się na ostatnią dziurkę paska. Włókno przy szparze w wieku wisi prosto. Przy ścianie też. Dopiero nad podłogą, na wysokości dłoni, kładzie się w bok, zawsze w tę samą stronę: w głąb zaplecza, za skrzynię, w kąt, do którego światło z kubka sięga już tylko krawędzią. Pęknięty wizjer pokazuje je raz w spoczynku, raz w ruchu, ale późniejszy obraz za każdym razem jest ten sam. Nitka lawendowego dymu robi to samo, tylko wyraźniej. Przez chwilę stoi przy szparze, potem schodzi na klepisko i płynie po nim nisko, jak woda, która szuka spadku. W kącie się zatrzymuje. Nie rozwiewa się, tylko znika, odcinek po odcinku, w podłodze. Ogarek, przesunięty bliżej, pokazuje dlaczego. Klepisko w kącie ma ten sam kolor co wszędzie, ale nie tę samą fakturę. Biegnie przez nie prosta linia, cienka jak włos, a potem skręca pod kątem prostym. Kwadrat. Siedem węzłów na siedem, jeśli ktoś przyłoży sznurek. Zaprawa w szczelinie zlała się z ziemią tak dawno, że Notturno zamiatał po niej osiemnaście razy i ani razu jej nie zarejestrował. Z linii idzie chłód, słaby, ale stały, i zapach mokrego kamienia, który nie pasuje do suchej piwnicy. Odłupany okruch nie jest woskiem. Kruszy się pod mosiężnym paliczkiem jak stary ser, zostawia na nim tłusty połysk i pachnie owczarnią. Zwykły łój, pożółkły, bez barwnika, taki, jaki na Stukramiu sprzedają w kostkach po miedziaku. Ten sam łój wypełnia szpary w dwóch skrzyniach stojących tuż obok, pod ścianą, z tego samego ciemnego drewna. Trzy skrzynie, trzy szpary, jeden łój. Pukanie daje trzy różne odpowiedzi. Przy brzegu sucho, deska na desce. Pośrodku głucho i pełno, jak w beczce, której nie da się przetoczyć. Obok zdrapanego prostokąta też głucho, ale po uderzeniu coś w środku przesypuje się z cichym sykiem i długo nie może się uspokoić. Kiedy dociska wieko, przez kilka tyknięć nic się nie dzieje. Potem łój w szparze pęka wzdłuż jednego boku, z suchym trzaskiem, jak łamany cukier. Wieko opada o grubość paznokcia i dalej nie idzie, bo pod łojem siedzą drewniane kołki. Przez nową szczelinę wychodzi zapach soli, ciężkiej, mokrej, jak w beczkach z rybą, a pod nim coś ostrego i chemicznego, co drapie w miejscu, gdzie u kogoś innego byłoby gardło. Ogarek, przestawiony w kąt, oświetla przy okazji resztę zaplecza. Skrzynia zamknięta na kłódkę stoi tam, gdzie stała zawsze. Kłódka wisi. Przed nią w kurzu odbił się ślad jednego kolana i obok pięć krótkich kresek, gdzie ktoś oparł czubki palców, żeby się nie przewrócić. Nikt tu nie klęczał, żeby zamiatać. Nad ladą wisi kula, która kiedyś migotała tu nierówno. Teraz jest szara i matowa jak kamień wyjęty z potoku. Lampy Podmiasta gasną i nikt nie umie ich zapalić z powrotem. Wtedy zza ściany dochodzi głos. Cienki, dziecięcy, niewiele głośniejszy od kapania wody. Nie płacz i nie wołanie. Mowa, równa i bez pośpiechu, w języku, którego nie ma wśród czterech, które Notturno zna. Sylaby są długie, otwarte, układają się w coś, co brzmi jak wyliczanka albo litania, i nie robią przerw tam, gdzie robi je zwykle śmiertelnik. Oddech jest, Notturno go słyszy, ale idzie swoim tempem, a słowa swoim, jakby dwie różne rzeczy korzystały z tego samego gardła. W dwóch skrzyniach pod ścianą coś odpowiada. Brzęk, cichszy od głosu i dokładnie w jego rytmie, jakby ktoś w środku poruszał drobnymi metalowymi przedmiotami w takt czytanej mowy.
  • DeklineD

    <...>
    bla bla bla dłuższy post


    6stka i morda z brzucha - Love
  • JohnyTRSJ

    Temat dla komentarzy oraz materiałów. Ewentualne materiały będę aktualizował w pierwszych dwóch postach tego wątku.

    Gracze i postacie:

    @arthur-fleck – Krzysztof Komeda, metal
    @billie – Ariadna Mirga, foliarz
    @Brilchan – Adam Chlebowski, szpaner
    @Cai – Mikołaj Pogorzelski, samotny wilk
    @Multikonciara – Edyta Szulc, hakerka
    @Nami – Paulina Kwiatkowska, imprezowiczka
    @pan-elf – Alicja Filipowicz, skejciara

    Wygląd postów i częstotliwość odpisów:
    Obecnie forum nie posiada panelu sesji ani do końca ustalonego wyglądu, są tylko domyślne skórki do wyboru. Dlatego proszę używać tylko domyślnego koloru tekstu (nie wiadomo czy inny kolor będzie funkcjonował we wszystkich motywach / skórkach). Każdy post w sesji proszę zaczynać od wstawienia małego (100x100px) awataru postaci, a pod nim pogrubione imię i nazwisko postaci, wszystko wyrównane do lewej.
    Dialogi piszcie od myślnika i pochyloną czcionką, nie wymagam pogrubiania imion w tekście.

    Częstotliwość odpisów:
    1 kolejka na tydzień, mój odpis powinien być we wtorek lub środę, wy jako gracze macie czas na odpisanie do kolejnego wtorku, czyli daję wam czas w weekend. Nie będę cały czas online, ale (teoretycznie) przynajmniej raz dziennie będę zaglądał na forum i odpisywał na wasze pytania, w komentarzach i na czacie. Obecny czat (zastępujący dawne PW) ma możliwość jednoczesnego uczestnictwa kilku osób, więc myślę że można by użyć jako ekwiwalent google docs dla ewentualnych dłuższych dialogów / scenek. Możecie oczywiście obstawiać za trzymaniem się sprawdzonego docsa, w tej kwestii nie będę narzucał forumowego czatu jako jedynej uświęconej opcji.

    Nie narzucam też minimalnej długości postów.

    Teraz kwestia NPC-ów. Poniżej (w spojlerze) stworzona wspólnym wysiłkiem lista reszty uczniów. Lista jest poglądowa, niektóre z waszych opisów trochę przeredagowałem i skróciłem, skupiając się na głównych informacjach. Sokołów Śląski to małe miasteczko, gdzie są tylko 2 szkoły podstawowe, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że każda z waszej postaci będzie znać mniej więcej połowę klasy, a przynajmniej kojarzyć z widzenia (albo był z wami w klasie, albo był w sąsiedniej). Lista jest alfabetyczna, według nazwisk. W nawiasach wstawiłem imiona tych waszych postaci, które mogą znać tę konkretną osobę, gdzie „znać” jest szeroko rozumiane. Nie narzucam wam, kto kogo zna, dlatego śmiało zgłaszajcie uwagi, komentarze („ja go nie znam, był w sumie w sąsiedniej klasie i dopiero teraz się dowiedziałem jak się nazywa”; albo „ a tą to dobrze znam, to córka ciotki/wujka, mieszkają po drugiej stronie miasta”). Czyli możecie, ale nie musicie tej osoby znać / kojarzyć etc. Na liście są 23 osoby, przy czym Agnieszka Kot jest w sąsiedniej klasie. Ze względu na zbieżność (mocne podobieństwo) nazwisk zdecydowałem, że Aishe Mirga też do niej trafi. Cai, możesz się z tym nie zgodzić, wtedy Aishe trafi do waszej klasy.

    1. Uczniowie NPC w waszej klasie:

    1. Piotrek Bochenek (Krzysztof, Mikołaj, Alicja, Paulina) – Klasowy błazen, zapalony kolekcjoner czasopisma "Twój weekend", który chętnie go pokazuje kolegom podczas przerw między lekcjami.

    2. Maciek Chaber (Alicja, Krzysztof, Mikołaj, Paulina) - klasowy bullie, dokuczają najczęściej kujonom i “tym słabszym”

    3. Klaudia Dobrowolska (Alicja, Krzysztof, Mikołaj, Paulina) - córka lekarzy, zawsze nienagannie ubrana, dobrze się uczy, uprzejma i miła;

    4. Tomek Frankowski (Mikołaj, Alicja, Krzysztof, Paulina) - kujon, zawsze w pierwszej ławce, wraz z Jackiem Wróblem i Jędrzejem Hryniakiem trzymają się razem;

    5. Jędrzej Hryniak (Mikołaj, Alicja, Krzysztof, Paulina) - kujon, zawsze w pierwszej ławce, wraz z Jackiem Wróblem i i Tomkiem Frankowskim trzymają się razem;

    6. Agnieszka Kot (Ariadna, Adam, Edyta) to kuzynka Iwony z sąsiedniej klasy. Nie mówi za wiele, ale ma świetne stopnie z przedmiotów ścisłych. Wydaje się mieć zaburzenia ze spektrum autyzmu.

    7. Joanna „Asia” Kowalczyk (Paulina, Mikołaj, Alicja, Krzysztof) - Stara się imponować gadżetami, ubraniami, domem. Bardzo dobrze się uczy, spokojna, zbyt grzeczna w porównaniu z resztą Uprzejma i wstydliwa, inni uczniowie potrafią jej dokuczać.

    8. Julia Kowalska (Edyta, Ariadna, Adam) – ekstrawertyczna, miła i niekonfliktowa popularna dziewczyna z klasy, blondynka o bujnym temperamencie, zawsze w centrum plotek i imprez, dobra w sporcie, ale słaba w nauce.

    9. Justyna "Carrie" Krawczyk (Krzysztof, Mikołaj, Alicja, Paulina, Ariadna) – Cicha, mało się odzywa, wszyscy mają ją za nawiedzoną. Dostała ksywkę "Carrie" na cześć bohaterki Stephena Kinga.

    10. Magdalena „Magda” Król (Edyta, Ariadna, Adam) — klasowa gwiazda, urok osobisty, przeciętne oceny, świetnie odnajduje się pośród ludzi. Nie znosi Edyty.

    11. Tomasz Lis (Edyta, Ariadna, Adam) - cichy, nieśmiały chłopak z uboższego domu, pasjonat poezji, historii i książek, unika tłumów.

    12. Michał Mazur (Mikołaj, Alicja, Krzysztof, Paulina, Ariadna) - klasowy bullie, dokuczają najczęściej kujonom i “tym słabszym”

    13. Aishe Mirge (Mikołaj, Alicja, Krzysztof, Paulina) – z równoległej klasy, romka wychowywana przez babcię, która chce się wyrwać się z nieciekawego otoczenia. Niezbyt majętna, żeby pozwolić sobie na markowe rzeczy, czy nawet komplet nowych podręczników. Czego się wstydzi ale nie da po sobie poznać. Warunki mieszkaniowe również nie sprzyjają nauce. Dużo swojej garderoby szyje sama. Ma dryg artystyczny, nieźle rysuje. Ze względu na pochodzenie spotyka się z uprzedzeniami, zwłaszcza ze strony tych, którzy mieli kiedyś nieprzyjemny kontakt z krewniakami.

    14. Kasia Nowak (Paulina, Mikołaj, Alicja, Krzysztof) - Pewna siebie, odważna, śmiała, „liderka w paczce” (wraz z Pauliną, Magdą i Joanną). Bardzo towarzyska, lubi imprezy i bycie w centrum uwagi, trochę bujne ego

    15. Rafałek Pedarewski (Ariadna, Adam, Edyta) – przezwany jeszcze w podstawówce „Pedałkiem”. To cichy, słabowity i chorowity chłopak (silna astma), który chce zostać pisarzem.

    16. Iwona Polak (Ariadna, Adam, Edyta) – dziewczyny (Iwona i Ariadna) od razu złapały stosunkowo dobry kontakt, tak samo się ubierają i nie wchodzą sobie na głowę, podobno zostały raz przyłapane na pocałunku, ale to pewnie kolejna plotka. Matka Iwony posiada salon kosmetyczny, w którym przesiaduje czasami jej córka.

    17. Tomasz Rybak (Edyta, Ariadna, Adam) — chłopak z „tyłu klasy”, słucha metalu.

    18. Daniel Skorupski (Mikołaj, Alicja, Krzysztof, Paulina) - nerd II wojny światowej. Z pomocą znajomych i Elektroniki Praktycznej zbudował domowej roboty wykrywacz metalu. Chodzi po lasach i dawnych miejscach bitew szukając pamiątek z przeszłości. Żyje legendami o złotym pociągu, tunelach łączących zamek Książ z kompleksem Riese, wunderwaffe i skarbach nazistów ukrytych w Sudetach. Ubiera się w pozyskaną z demobilu, oryginalną, aczkolwiek trochę zniszczoną M65-kę.

    19. Arek Sosnowski (Adam, Ariadna, Edyta, Paulina) najlepszy kumpel Adama Chlebowskiego uzdolniony piłkarz i sportowiec. Miły chłopak w typie golden retrievera do każdego się uśmiechnie i stara się być miły choć między uszami ma ciut pusto marzy mu się kariera profesjonalnego piłkarza przystojny i wysportowany.

    20. Katarzyna Stobiecka (Adam, Ariadna, Edyta) – Kujonka, ulubienica nauczycieli typ dzieciaka który przypomni pod koniec lekcji że pedagog zapomniał zadać pracy domowej na weekend. Dzieli z Adamem pasję do teatru i kultury masowej we trójkę (Katarzyna, Arek, Adam) są dziwną paczką ale często razem się uczą i spędzają razem przerwy i czas poza szkołą.

    21. Magda Wiśniewska (Paulina, Mikołaj, Alicja, Krzysztof) - Głupiutka, trochę dziecinna, Często robi niemądre rzeczy, żeby zaimponować lub być zauważona Bardzo naiwna, zabawna, poziom wredoty zerowy, „Goni za chłopakami”, lubi się śmiać i tańczyć

    22. Jacek Wróbel (Mikołaj, Alicja, Krzysztof, Paulina) - kujon, zawsze w pierwszej ławce, wraz z Jędrzejem Hryniakiem i Tomkiem Frankowskim trzymają się razem;

    23. Łukasz Zaręba (Mikołaj, Alicja, Krzysztof, Paulina) - fan techno i Schwarzeneggera. Nosi włosy postawione na żel, ciemne okulary nawet gdy jest jasno i białe spodnie z tribal wzorem, nazywane pieszczotliwie przez kolegów - spodniami z tatuażem. Grając w piłę, nie podaje, tylko sam leci na bramę, po czym oddaje bombę, która mija się z celem o dobrych kilka metrów. Jak na cyber-człeka lubiącego trans i elektronikę przystało, odnajduje się również w tranzystorach i programowaniu.

    2. Nauczyciele w waszej szkole (lista będzie rozbudowywana w miarę potrzeb:

    • Anna Boćwiałkiewicz - nauczycielka biologii i chemii, wychowawczyni równoległej klasy 1A

    • Jan Józefiak - stary, surowy nauczyciel, wychowawca klasy 3A. naucza Fizyki oraz WOSu. Stary wyga, który na uczniowskich numerach, wykrętach i matactwach "zjadł zęby". Nie da sobie wejść na głowę.

    • Dorota Rusicka - dyrektorka szkoły, dawniej uczyła języka rosyjskiego

    • Henryk Wrona - wychowawca (klasa 1B, czyli wasza), nauczyciel historii oraz geografii. Was naucza tylko historii, geografia jest z innym nauczycielem. Pan Henryk to nauczyciel, któremu jeszcze się chce. Jest mniej więcej w wieku waszych rodziców, może nieco starszy.

    3. NPC powiązani z waszymi postaciami:
    <lista do zrobienia>

    4. NPC inni:
    <lista do zrobienia>

    Inne sprawy organizacyjne:
    Wątek sesyjny wystartuje najpóźniej w przyszłym tygodniu. Prawdopodobnie jutro (w czwartek), a najpóźniej pojutrze (piątek) wkleję orientacyjną mapkę z planem miasteczka. Korzystając z informacji dostarczonych z kartą postaci zaznaczę na niej ważniejsze miejsca (m.in. gdzie mieszkacie). To nie będzie dokładny układ ulic, tylko podgląd na to jak mniej więcej to wygląda. Dla przypomnienia: z jednego na drugi koniec miasteczka da się przejść w 25min (północ – południe) bądź 40min (wschód-zachód), czyli założeniem jest, że każdy z was wie gdzie co jest (może nie nazwę każdej najmniejszej uliczki) i nie ma się gdzie zgubić.


    Plan miasteczka Sokołów Śląski:

    Plan miasteczka

    Plan jest tylko poglądowy, nie trzyma żadnej skali. Jak już pisałem, miasteczko można przejść z jednego końca na drugi w 30-40 minut (wschód-zachód) bądź 25-30 minut (północ-południe). Zaznaczyłem ważniejsze miejsca, jak rynek, waszą szkołę, zamek. Dwie dzielnice mają już nazwy (Błonia i Przedmieście Lubańskie). Zielonymi kropkami zaznaczyłem kto gdzie mieszka. Grube czarne linie to schematycznie narysowane główne ulice, owal pośrodku to Stare Miasto.
    Budynek z czerwonym "X" to problematyczny budynek socjalny zamieszkały przez cyganów.
    Stare Miasto położone jest na niewielkim wzniesieniu, Zamek jest na wzgórzu, podobnie jak tzw. wille - duże domy wybudowane po upadku komuny.


    Plan lekcji

    Poniedziałek - 8 godzin (od 8:00 do 15:25)
    Wtorek - 8 godzin (od 8:00 do 15:25)
    Środa - 7 godzin (od 8:55 do 15:25)
    Czwartek - 5 godzin (od 8:00 do 12:25)
    Piątek - 7 godzin (od 8:00 do 14:30)

    Przerwy są 10 minutowe, po 5. lekcji jest długa, 25 minutowa przerwa:

    1. lekcja: 8:00-8:45
    2. lekcja: 8:55 - 9:40
    3. lekcja: 9;50 - 10:35
    4. lekcja: 10:45 - 11:30
    5. lekcja: 11:40 - 12:25
      Długa przerwa
    6. lekcja: 12:50 - 13:35
    7. lekcja: 13:45 - 14:30
    8. lekcja: 14:40 - 15:25
    PONIEDZIAŁEK WTOREK ŚRODA CZWARTEK PIĄTEK
    1 Muzyka Informatyka - WF Historia
    2 Fizyka Historia J. Niemiecki WF Geografia
    3 Godz. wychowawcza J. Polski J. Niemiecki Fizyka J. Polski
    4 Chemia Matematyka Biologia Wych. do zycia w rodzinie Matematyka
    5 Biologia Chemia Religia Matematyka Przysposobienie obronne
    6 Religia Plastyka J. Polski - WOS
    7 WF Geografia J. Polski - J. Angielski
    8 WF J. Angielski Matemtyka - -

    zaczęłam doca, piszę z komórki wiec pl znaki dorobię pozniej
  • Janusz PodziemiJ

    Dzień dobry,

    Tutaj mamy miejsce na wszystkie dyskusje i komentarze out of character.

    Przypomnę kilka podstawowych ustaleń z rekrutacji:

    • System: D&D 5E wg zasad z 2014 - załączony link traktujmy jako jedno źródło prawdy o zasadach. Zasad domowych będzie raczej mało, jeśli wcale, np. podoba mi się z BG3 konieczność powrotu do "obozu" i posiadania żywności żeby odbyć długi odpoczynek. Jak w trakcie gry zabrniemy w jakiś obszar gry, gdzie 5E ma niewiele lub zero zasad, to wtedy będę z konieczności więcej rulingował.
    • Platforma: forum - lubię klasyczne PBF.
    • Częstotliwość odpisów: Nie będę narzucał żadnych terminów, bo życie lubi płatać figle. Im szybciej odpiszecie, tym szybciej postaram się odpowiedzieć.
    • Długość odpisów: Nie patrzę na to - piszcie tyle, ile potrzebujecie.
    • Dokumenty Google: Sam raczej nie będę używał, ale jeśli gracze chcą między swoimi postaciami poprowadzić jakiś rozbudowany dialog, to nie zabraniam.
    • Użycie AI: Dopóki nie obrzydza współuczestnikom sesji, jest ok.
    • Przewidywana długość sesji: do dyskusji. Zaczniemy od rozegrania kilku epizodów i popatrzymy, czy nam się to podoba. Bez zobowiązań na dwa lata.

    Życzę miłej gry,


    Wracam do żywych. Mam nadzieję, że nie straciliście zainteresowania sesją. Planuję dzisiaj odpisać Notturno @leszek-dyskietka , a pozostałym na dniach. Chyba tylko Jakub @dust-mephit będzie musiał chwilę poczekać, bo musimy tutaj delikatnie zgrać timing pozostałych wątków.
  • KetharianK

    SYRENI ŚPIEW NEONÓW

    Moi drodzy, jak widzicie, proces przerzucania sesji - chociaż powolny - to jednak postępuje i już niebawem dobiegnie końca. Sytuacja drużyny jest w miarę wyklarowana - Brazil i Mack znajdują się w H10, Dingo z Frogiem i HiFi właśnie aktywowali zabezpieczenie garażu Shivy, a Switch uwikłał się w spotkanie z niebezpiecznymi albinosami. Do najbliższego weekendu powinniście móc już przeczytać na forum nowe aktualizacje w swoich wątkach fabularnych.

    Myślałem chwilę nad przeniesieniem w identycznym sposób wątku komentarzy na LI, ale dla zaoszczędzenia czasu być może skopiuję tylko wybrane posty, z pominięciem tych nawiązujących do procesu budowy KP czy stuprocentowego offtopu.

    Tak czy owak, sesja trwa nadal i lada moment ruszy z kopytka po poświąteczno-lastinnpadowym okresie.

    Jakieś pytania bądź sugestie na ten moment?


    Dong najwyraźniej zaczyna podejrzewać, że BraIl może mieć sieciowe umiejętności, bo nie jest aż tak ślepy, aby nie zauważyć, że przez cały czas pracuje na smartgoglach, gdzie na wyświetlaczach co rusz pojawiają się i znikają jakieś wyświetlane szybko dane (zwłaszcza w trakcie operacji), a do tego dużo czasu spędza na pracy z tabletem. Gość nie może mieć pewności, ale coś mu tam chyba styka w łepetynie, dlatego najwyraźniej sonduje temat pytaniami.
  • JohnyTRSJ

    MG-Awatar300.jpg


    MG-Awatar100.jpg
    Szarzyzna

    Powódź roku 1997 przelała i zalała Wrocław, Opole i wiele innych miejscowości. Cała Polska żyła relacjami z telewizji, gdzie całe centra, całe śródmieścia, całe "morza" wieżowców były zalane przez brudną rzeczną wodę. Sceny wysadzania wałów, kajakarze pływający po ulicach i zatrzymujący się przed znakami stopu. Krótkofalarze - amatorzy utrzymują łączność. I wiele innych.

    Są zabici.

    Powódź na rzece Bóbr miała o wiele mniejsze skutki. Zapora pilchowicka zrzucała wodę przelewającą się ponad koroną konstrukcji. Sokołów Śląski wyszedł z tego w sumie obronną ręką. Wzburzone wody niosące wymyte nadbrzeżne drzewa uszkodziły jeden z przyczółków kładki dla pieszych. Krytycznym momentem było spiętrzanie się wody i drzew przy moście drogowym, na szczęście udało się usunąć zator i most nie poniósł żadnych uszkodzeń. Zalanych zostało jedynie kilkanaście piwnic. Zalało ogródki działkowe nad rzeką, kilka altanek zostało kompletnie zniszczonych. Stare miasto nie zostało zalane (jest położone na niewielkim, naturalnym wzgórzu), podobnie nie zostały zalane inne części miasteczka. Wzburzona woda wymyła i powaliła drzewa rosnące wzdłuż brzegów, łąki na południe miasteczka zamieniły się w mokradła, które na początku września nadal były... mokre.

    W sumie to najbardziej budynków ucierpiał Miejski Dom Kultury który, położony najniżej, miał kompletne zalane piwnice. Rezultatem było zamknięcie go (a także mieszczącego się tam kina "Piast") do końca sierpnia.

    ***

    Wrocław, tydzień wcześniej.

    Padało. Nie był to orzeźwiający letni deszczyk, tylko niemalże ulewa. Wyboista trylinka tonęła w strugach wody Było już ciemno. Krzywy chodnik, szare budynki, krzywe latarnie dające żółtawą poświatę dopełniały wygląd śródmiejskiego kwartału. Ludzie już dawno pochowali się w domach lub znaleźli schronienie w innych miejscach.

    Obaj byli młodzi i z ambicjami, i byli złodziejami. Mercedes stojący na tyłach wrocławskiego hotelu był duży, ciemny, na niemieckich blachach. Żaden używany samochód taryfiarza. Ten był nowy. I na pewno na wypasie. Mieli plan. I zaczęli go realizować.

    Plan spalił na panewce, gdy tylko bez alarmu sforsowali zamek i wpakowali się do środka. W tym samochodzie nie byli sami, a to co zobaczyli sprawiło, że cała odwaga z nich wyparowała. Było tylko czyste paraliżujące przerażenie. To była ostatnia rzecz, jaką zobaczyli w swoim życiu.
    Potem nie było już nic.

    Dla nich.

    W pewnym sensie.

    ***

    Sokołów Śląski

    Zamek Falkenstein był przed 1945 rokiem rodową siedzibą rodu Hochtalbergów. Leżące u podnóża zamku miasteczko Falkenberg/Bober po wyzwoleniu i przyłączeniu Ziem Wyzwolonych do Polski stało się piastowskim Sokołowem Śląskim. Przejście frontu zimą 1944/1945 było krótkie, miasto i zamek były praktycznie niebronione, przez co wojenna zawierucha oszczędziła zabudowę miasta. Sam zamek Falkenstein niszczał. Po dziewiętnastowiecznej przebudowie był to pałac o fasadzie w stylu neogotyku angielskiego. W latach trzydziestych dobudowano do niego parterowe skrzydło mające bardziej nowoczesną formę.

    Na początku lat siedemdziesiątych była to już ruina. Praktycznie bez dachu, z uszkodzonymi stropami, piwnicami pełnymi gruzu. Wszystko, co dało się zrabować, wyzwolono tuż po wojnie. Ale komitet wojewódzki miał wizję, miał plan. Siermiężne czasy Gomułki były przeszłością, teraz pierwszym sekretarzem był towarzysz Gierek - aby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej. Zaczęto remont zamku i rozbudowę na ośrodek wypoczynkowy dla dużego zakładu pracy gdzieś z Polski centralnej. Naprawiono dach, niemalże na nowo założono położony na zboczu zdziczały park. Ciężkim sprzętem wykopano i wylano fundamenty pod nowe skrzydło. Przed nadejściem kryzysu zdołano wybrukować betonowymi płytami alejki w parku (który to w sumie był miejski) oraz zaizolować piwnice nowego skrzydła. Potem inwestycja stanęła, niby coś tam robiono, ale prace nie posuwały się naprzód. Ze zgromadzonych materiałów budowlanych powstało w okolicy kilka domów jednorodzinnych.

    Wprowadzenie stanu wojennego w grudniu 1981 zakończyło tę farsę. Zamek ponownie niszczał, plac budowy zarósł samosiejkami, miejsce stało się niezłą meliną dla miejscowych pijaczków, a i okoliczna młodzież zaadaptowała teren jako miejscówkę na wagary, swobodne palenie papierosów i picie alkoholu.

    Do czasu.

    Krążące od dłuższego czasu pogłoski o odbudowie pałacu zaczęły się potwierdzać w ostatnim tygodniu sierpnia, kiedy teren został ponownie ogrodzony, wysprzątano śmieci i zaczęły się powolne prace. Przy czym działali tam dopiero archeolodzy lub ktoś do nich podobny. Podobno przyjechał jakiś stary Niemiec i wyłożył na to kasę. Podobno zwrócono mu ten zamek, albo sprzedano. Nikt w sumie nic nie wiedział. W prasie lokalnej nie było żadnych szczegółów.

    ***

    Sokołów Śląski, 1 września 1997, rano

    Początek roku szkolnego w tym roku wypadł w poniedziałek. Oznaczało to jeszcze cztery pełne dni lekcji w tym tygodniu. Na ulice miasteczka wyszli uczniowie i uczennice ubrani na galowo, albo przynajmniej w białą koszulę do białych dżinsów w drodze na rozpoczęcie roku. Niektórzy wysiadali z autobusów PKS-u, pewna grupa dojechała pociągiem. Ale większość mieszkała w Sokołowie i po prostu poszli do szkół na piechotę. Nawet przejście obok problematycznego bloku socjalnego zamieszkałego przez mniejszość romską był tym razem bezproblemowy, ponieważ przed budynkiem stał policyjny polonez, a para policjantów próbowała coś wyjaśnić. Z mieszkańcami albo mieszkańcom.

    Uszkodzona kładka nadal była uszkodzona i zamknięta.

    I Liceum ogólnokształcące w Sokołowie Śląskim, imienia II Armii Wojska Polskiego, miało trochę nietypową architekturę. Od strony frontu, od ulicy Dworcowej, był to poniemiecki, ceglany, piętrowy budynek, połączony z lewej strony z równie starą salą gimnastyczną (nie była zbyt duża). Od tyłu tego ceglanego budynku szkoły dobudowana była duża, dwupiętrowa (podpiwniczenie, parter, I piętro i II piętro) otynkowana, szara "tysiąclatka", budynek jakich wiele w kraju od lat sześćdziesiątych.

    Główne wejście od strony ulicy było zakazane. Uczniowie wchodzili z boku, w łącznik między starym, a nowym budynkiem, potem wychodzili ponownie na zewnątrz i szli do sali gimnastycznej. Ci co przybyli wcześniej stali na dziedzińcu w mniejszych lub większych grupkach (na samym końcu ktoś pewnie palił).

    W samej sali gimnastycznej na czas rozpoczęcia roku szkolnego ustawiono przy dłuższej ścianie stoły za którymi siedzieli nauczyciele. Uczniowie zostali ustawieni szerokim półkolem na całej długości sali. Dwóch nauczycieli "kierowało ruchem", ponaglając i ustawiając uczniów mniej więcej klasami.
    - Na koniec sali! Nowi uczniowie ustawiają się na na końcu po lewej! Na koniec! - łysiejący nauczyciel w swetrze stojący przy wejściu co jak mantrę powtarzał te zdania, gdy kolejny stojący na końcu ustawiał ich tak, aby przynajmniej pierwszy rząd stał równo.

    Patrząc od strony uczniów nauczyciele siedzący za stołem albo ze spokojem obserwowali uczniów, rozmawiali ze sobą, jedna nauczycielka szybko pisała w zeszycie. Dwie kobiety, jedna w farbowanych na blond włosach i kwiecistej sukience i druga, starsza w ciemnoszarej garsonce, stały pośrodku. Jedna z nich była dyrektorką. Paulina Kwiatkowska wiedziała to od brata, że dyrektorka, Dorota Rusicka, jest tą w kwiecistej sukience (ze względu na ilość materiału można było mówić bardziej o sukni, bo pani Rusicka do szczupłych nie należała).

    Niektórzy zerkali na zegarki, gdy w końcu nauczyciel zamknął drzwi do sali, a pani dyrektor poprosiła o ciszę. Musiała mówić głośno, szkoła nie była wyposażona w żaden mikrofon i głośniki.
    - Drodzy uczniowie (...) - rozpoczął się apel, podniesiony głos pani dyrektor brzmiał miejscami nieco piskliwie.
    Przemówienie było... typowe. Każdy z was słyszał ich wiele. Pani dyrektor wspominała o wakacjach, tragedii tegorocznej powodzi, nowym roku szkolnym, nadziejach, oczekiwaniach. Nie wiadomo, ile to jeszcze potrwa.

    Kto stoi wśród pierwszoklasistów?


    [image: MG-Awatar100.jpg] Szarzyzna 3 września, szkoła Krzysztof – szkolna biblioteka Parkiet na podłodze, brązowawa lamperia na ścianach, rzędy regałów, obdrapana metalowe konstrukcje z wiórowymi półkami, a przed nim równie paździerzowe biurko bibliotekarki z równie paździerzową kobietą siedzącą po drugiej stronie. Okulary, ciasno upięte włosy, na blacie w połowie pusta szklanka z kawą w metalowym koszyczku. I ta bezinteresowna wrogość w spojrzeniu. Brakowało, żeby rozmowę zaczęła rozmowę od „Czego?!”. - Masz tam po swojej lewej katalog – wskazała na dwie duże szafy z masą małych szufladek – w prawej masz katalog tematyczny, wyszukaj to co chcesz pod hasłem „Liryka”, potem wróć i powiedz co mam podać. - A nie mógłbym iść do półek i… - Wstęp dla uczniów między regały jest s u r o w o z a b r o n i o n y. Miał dwa wyjścia: odpuścić albo poszukać w katalogu. Każda szufladka była opisana inaczej, były różne, jak ta nieszczęsna „Liryka”, ale też „Powieść przygodowa”, „Podręczniki szkolne”, „Historia” oraz wiele innych. W szafie po lewej spis był alfabetyczny po autorach. Sala lekcyjna Nauczycielka, pani Aldona, była punktualna. Pierwsza godzina lekcyjna była lajtowa, nauczycielka opowiedziała co będą robić w tym roku oraz sprawdziła jak jest ze znajomością języka niemieckiego w klasie. Nie wszyscy go mieli w podstawówce. Ten, kto się go już uczył, co najwyżej sobie utrwali poznany materiał, bo zaczną ponownie od podstaw. Zadzwonił dzwonek na przerwę, po przerwie będzie druga godzina niemieckiego. Nauczycielka została w klasie, ale nie wymagała dyscypliny. Wokół niej zaraz powstał wianuszek tych pilniejszych oraz kujonów. Krzysztof Wpadł do sali jako ostatni, tuż przed nauczycielką. Czuł się rozpalony i pewnie jest czerwony na twarzy jak burak. O dziwo Piotrek nie przywitał go ciętym komentarzem. Siedział jak na rozżarzonych węglach, co chwila łapiąc się na tym, że więcej patrzy się na Paulę i Alę niż na nauczycielkę. I miał wrażenie, że Paulina patrzy się też na niego. Ofiaruję mojej dziewczynie Wszystkie kwiaty Holandii Jeśli będzie trzeba ukradnę W nocy przy księżycowej pełni Jedwab Zadzwonił dzwonek; - No Poganin, pokaż zdjęcia z imprezy – Piotrek nie próżnował. Paulina Jak na złość gdy przyszła do Mikołaja jeszcze nie było. Wraz z Kaśką zajęły więc miejsca. Adam kilka ławek dalej rozmawiał z Arkiem. Czyli go nie porwali. Jak na złość Mikołaj wszedł do klasy na tyle późno że nie zdążyła do niego podlecieć. Podlecieć? Wspomnienia snu nadal nie odpuszczały. Niecierpliwie wyczekiwała dzwonka. Gdy tylko zadzwonił dzwonek i nauczycielka pozwoliła wstać ze swoich miejsc błyskawicznie doskoczyła do Mikołaja. Żeby jej nie uciekł. Ma tyle do powiedzenia! Mikołaj Przez całą lekcję przeprowadzał wzrokiem nalot dywanowy na Daniela, ale nawet głupi granat nie spadł mu z nieba do rąk. Gdy zadzwonił dzwonek dopadła go Paulina. Alicja Ze swojego miejsca widziała uliczkę i stojący wóz telewizji. Drugi już odjechał. Nie wiedziała czy powinna odczuwać ulgę. Przecież porywacze nie zaatakują w dzień, nie wedrą się do szkoły podczas lekcji, prawda? Ale wozy transmisyjne ją niepokoiły. Tak samo jak policja. Była pewna, że komendant Chlebowski sobie z tym nie poradzi. Zadzwonił dzwonek. Nawet jak klasa była jej nowa, to gwar był w niej taki sam jak w ósmej klasie w podstawówce. Nawet jak martwili się porwaną koleżanką to nie było to po nich widać. Przygryzła wargę, gdy Paulina wystartowała do Mikołaja. Mikołaj, był wczoraj u niej w domu z jej tatą gdy przyjechała tam policja.
  • KetharianK

    CYBERPUNK 2077

    SYRENI ŚPIEW NEONÓW

    text alternatywny

    Night City, czerwiec 2077

    Konwój nadjechał od południa, międzystanową I-19 od strony przejścia granicznego San Bernardino. Składały się nań dwa ciężkie ciągniki siodłowe Kenwortha w popielatym kolorze, eskortowane przez cztery wozy opancerzone tej samej barwy. Skierowane przez strażników granicznych SoCalu na specjalny pas inspekcyjny, ruszyły w dalszą drogę zaraz po tym jak pierwszy wóz eskorty połączył się zdalnie z terminalem dowódcy zmiany posterunku wysyłając mu kody autoryzacyjne, o których człowiek ten co prawda kiedyś słyszał, ale które dopiero tego dnia ujrzał na własne oczy na wyświetlaczu swojego cybernetycznego implantu.

    Autoryzacja tak wysokiego stopnia nie pozostawiała funkcjonariuszowi SoCalu zbyt wiele pola do manewru. Zwięzłe rozkazy kapitana dały temu wyraz pół minuty później. Nie zerwano żadnej plomby na przyczepach Kenworthów, nie uruchomiono stacjonarnych skanerów rentgenowskich ani detektorów chemicznych straży granicznej, a strzegące bramek automatyczne wieżyczki zostały natychmiast zdezaktywowane.

    Żaden z widocznych w kabinach ludzi nie wysiadł ze swojego pojazdu, żaden nawet nie opuścił szyby. Wszyscy patrzyli przed siebie, na ledwie dostrzegalne studnie świetlne unoszące się ponad niewidocznym jeszcze miastem. Wyglądali niczym bliźniacy różniący się jedynie drobnymi szczegółami aparycji, krótko ostrzyżeni, noszący czarne ubrania i okulary przeciwsłoneczne. Podniesione wcześniej słupki zaporowe wsunęły się z powrotem w nawierzchnię jezdni i sześć pojazdów ruszyło przez bramki przejścia mijając długie rzędy innych wozów kontrolowanych z niezwykłą skrupulatnością przez uzbrojonych po zęby pograniczników SoCalu.

    Załogi zaparkowanych po przeciwnej stronie muru patrolówek Militechu odprowadziły konwój spojrzeniami zrodzonymi po części ze znudzenia, po części z zawodowej ciekawości. Kilku korporacyjnych żołnierzy sięgnęło po cyfrowe lornetki, inni zaczęli filmować przejeżdżające obok parkingu wozy kamerami cyberoczu. Niektórzy z nich wykonali w ciągu następnych paru minut dyskretne połączenia telefoniczne informując o obecności konwoju nie tylko swoich przełożonych w siedzibie Militechu w NC.

    Jednym z rozmówców był właściciel stacji benzynowej na wysokości podmiejskich farm Biotechniki, w rzeczywistości dobrze zakamuflowany informator Raffen Shiv. Wystarczyło kilka słów. Najbliższa czujka nomadycznego gangu przechwyciła konwój piętnaście kilometrów dalej próbując zidentyfikować jego ładunek za pomocą specjalistycznych dronów. Nomadzi rzadko kiedy porywali się na silnie uzbrojone konwoje, ale zwyczajna ciekawość nie pozwalała przejść im obok tajemniczego transportu obojętnie.

    Tego dnia ciekawość ta miała pozostać niezaspokojona.

    Żaden z czterech dronów nie zdołał się zbliżyć do śledzonych pojazdów na mniej niż sześćset metrów. Na dachach nieoznakowanych pancerek znajdowały się obsługiwane przez SI wieżyczki działek elektromagnetycznych, współpracujące ze zintegrowanymi miniaturowymi radarami obserwacji okrężnej. System ochronny konwoju wyemitował jedno cyfrowe ostrzeżenie. Jadący sąsiednimi pasami kierowcy - personel farm Biotechniki, turyści zmierzający do legendarnej metropolii na weekendowy wypad, nieliczni mieszkańcy wyludnionych miasteczek na Badlandsach dorabiający w Night City - stali się świadomi tego ostrzeżenia, jeśli włączyli wcześniej w swoich oczach aplikację Nadświatu i aktywowali podgląd na Lśnienie.

    Na wyświetlaczach ich implantów pojawiła się czerwona poświata ostrzegawczych napisów pulsująca złowieszczo wokół pojazdów konwoju, dostrzegalna jedynie w świecie cyfrowym za pomocą kompatybilnych z Lśnieniem urządzeń.

    Wieżyczki dwóch pierwszych wozów eskorty obróciły się błyskawicznie w kierunku nadlatujących bezzałogowców, wystrzeliły po dwie krótkie serie wielkokalibrowych pocisków. Spośród czterech strąconych w ciągu półtorej sekundy dronów tylko jeden zdążył zrobić czytelne zdjęcie niewielkiego logo umieszczonego na kabinie pierwszego Kenwortha, ciągu czarnych liter wpisanych w czarny okrąg.

    Pentex United.

    Zestrzelenie bezzałogowców wywołało panikę wśród innych użytkowników autostrady, próbujących za wszelką cenę oddalić się od konwoju. Jeden z pojazdów, czerwony SUV wiozący do Night City rodzinę turystów z San Diego, wypadł z pasa po staranowaniu przez ciężarówkę na północnokalifornijskich tablicach rejestracyjnych, uderzył w betonowe barierki i spłonął doszczętnie w ciągu kilkunastu minut. Karty ratunkowe Trauma Team pasażerów SUVa aktywowały się wskutek zaniku funkcji życiowych właścicieli wysyłając sygnał naprowadzający, dopóki nie uległy zwęgleniu.

    Kiedy aerodyna TT lądowała obok płonącego samochodu, konwój Pentex United znajdował się już trzydzieści kilometrów dalej przejeżdżając przez Czerwone Wzgórza na obwodnicę Santo Domingo. Większość kierowców założyła z góry, że ciężkie pojazdy zjadą z drogi szybkiego ruchu na zachód na wysokości Rancho Coronado, w pełne strzeżonych magazynów ulice Arroyo, gdzie zwykli składować wartościowe ładunki kontrahenci biznesowi Arasaki. Lecz błyskający pomarańczowymi migaczami i emitujący poprzez Lśnienie informację o uprzywilejowanym statusie konwój pojechał dalej na północ, obwodnicą poprzez Charter Hill na wschodnie obrzeża Japantown. Poruszające się w zdyscyplinowany sposób i z minimalną wzajemną odległością pojazdy pokonały most na kanale Parsonsa, wjechały do południowego Northside w chwili, kiedy gorąca ciemność nocy opadła do końca na rozpalone neonową poświatą miasto.

    Kierowcy sześciu pojazdów wyłączyli w jednym momencie pomarańczowe migacze i połączenie z Nadświatem przywracając swoim wozom pozory anonimowości.

    Kilka minut później konwój zniknął bez śladu, rozmył się w ciemnych ulicach przemysłowego dystryktu pełnego nieużytkowanych od lat zakładów, zbankrutowanych fabryk i przetwórni, niszczejących spalarni śmieci, pustych magazynów i zdewastowanych stacji transformatorowych.

    Jak gdyby ważące ponad sześćdziesiąt ton ciągniki siodłowe Kenwortha i ich eskorta przestały istnieć, wessane do czarnej dziury, jaką jawiło się niektórym ludziom rozległe Northside.


    [image: IMG-3751.jpg] Parking West -1 w H10 Dong wyrósł przy weterynarzu niczym lodowa góra u burty jakiegoś pasażerskiego liniowca w czasach, kiedy międzynarodowy transport morski nie był jeszcze całkowicie sparaliżowany samoreplikującymi się inteligentnymi minami. Czarnoskóry olbrzym spojrzał na niewielką słuchawkę wyciągniętą przez Hartleya z kratki odpływu, czystą i wciąż migoczącą diodami zasilania i aktywnego linka. - Mogła wypaść jednej z dziewczyn jak przyszło do szarpaniny - powiedział z ożywieniem przeskakując spojrzeniem z Macka na Brazil i z powrotem - Lala, potrafisz hakować takie bajery? Nie spierdolisz czegoś? Bo jak się boisz, weźmiemy taryfę i pojedziemy do centrum, Bobbie dostanie podwójną dawkę stimma i od razu wytrzeźwieje, ale to będzie kosztowało czas. Ale jak to ogarniesz i nic nie popsujesz, to dla ciebie też znajdzie się u mnie jakaś robota, masz to jak w banku. My Chakkasi trzęsiemy tym blokiem, z nami nie zginiesz. Dong przeniósł wzrok na wciąż skupionego na nożu HiFi, potem obejrzał się w stronę śmiejących się pod nosami Froga i Switcha. - A tak w ogóle to wyglądacie na zgraną paczkę zakapiorków - dodał ponaglając Brazil niecierpliwymi ruchami dłoni - Aż dziwne, żeśmy się nie poznali wcześniej, ja generalnie znam wszystkich ciekawych ludzi w tym bloku, a was dotąd nie znałem. Ciekawe.
  • GaranilG

    Rozdział I - Jak zostać trepem?

    42b06c34-773b-49c8-a76c-574ba346a962-image.jpeg

    Muzyka!

    Dzień poboru, pierwszy tydzień czasu orki, 2520 KI.

    Poranek w Dassel był osobiliwie nieprzyjazny. Było mglisto, ciemnawo, a co więcej, w nocy miał miejsce naprawdę paskudny przymrozek. Większość przyszłych żołnierzy - rekrutów, którym z wieczora Litzblick oznajmił, iż wojsko "ich bierze", spało we współnej izbie karczmy, za symboliczną opłatą w pensach, pokrytą z resztą przez Litzblicka. Opłatę fortową zebrał od wszystkich jeszcze wczoraj.

    Dwie złote korony. Z jednej strony, dla biednego, choć dumnego "Wielkiego Księstwa Ostlandu" mogło się to wydawać majątkiem. Z drugiej - przeżyć miesiąc na żołnierskim wikcie za 2 złote korony, było to o wiele taniej, aniżeli miesiąc w zajeździe. Stąd, niektórym mogło się wydawać kuszącym, aby pójść na ten układ, a potem zwyczajnie odpuścić sobie złożenie przysięgi i odejść z fortu.

    Fortowy skryba nie był w Dassel sam. Wraz z nim, przybył krasnolud o dość postępnej aparycji, oraz dwóch żołnierzy z pobliskiego fortu o nazwie Strielfort, mieszczącego się pomiędzy miejscowościami Hasselhund, Dassel i Smallhof. Niemalże na granicy owianego złą, ale i zasłużoną sławą Lasu Cieni.

    Tego Lasu Cieni, skrywającego w sobie zwierzoludzi, zielonoskórych, ogromne pająki potrafiące dorastać do kilku metrów wysokości, których odwłok jest wielkości Człowieka. Plotki głoszą, iż ponoć co bardziej szaleni zielonoskórzy, ujeżdżają je, niby konie.

    Litzblick i krasnolud siedli na wozie, natomiast żołnierze jechali z przodu, po bokach wozu. Najpewniej wieźli do fortu jakieś zapasy. Rekrutom natomiast polecono podążać za wozem. Szczęśliwie, nie wymagano od nich ruchu w równej kolumnie, bo raz, że maszerować jeszcze nie umieli, dwa, że deszcze wczesnej wiosny nie oszczędzały gościńca. Pomimo przymrozku, trakt był ubłocony, miejscami nawet grząski i upstrzony kałużami. Dało się zeń odczytać, niczym z karty w Wolfenburskim wyszynku, tropy z ostatnich 24 godzin - koła wozów, końskie kopyta, ślady butów, oraz tropy zwierzyny, zazwyczaj przekraczającej gościniec w poprzek.

    Litzblick i żołnierze poprowadzili rekrutów prosto gościńcem, za Dassel, przez Smallhof, aby następnie skręcić za wsią głębiej w las, gdzie droga była bardziej ubłocona i zaczęła się lekko piąć w górę. tu i ówdzie dało się dostrzec ślady wycinki, jakby Smallhof i pobliski fort dosłownie rozpychały się w lesie.

    -Już niebawem ujrzycie Strielfort, świeżynki. Ostatnie chwile w cywilu. - zakpił jeden z żołnierzy, z drwiną w głosie, niezbyt zachęcającą do bliższego zapoznania się.

    Co bystrzejsze oczy, jeżeli skierowane były na towarzyszy w byciu rekrutem, mogły dostrzec iż jeden z nich, gdy tylko kolumna zaczęła przechodzić przez Smallhof, naciągnął połę zielonego płaszcza podróżnego na głowę i przyspieszył kroku, starając się ukryć pomiędzy rekrutami. dopiero po wyjściu ze wsi, zdjął kaptur i zwolnił kroku.

    Wreszcie przed kolumną zamajaczył Strielfort - którego głównym celem było chyba pilnowanie okolicznych siół oraz walka z samym lasem, jakby to on był głównym wrogiem Ostlandu, nie zaś siły chaosu, zielonoskórych, najeźdźców z norski mogących przedrzeć się przez Nordland, czy jakiekolwiek grabieżcze wyprawy z Kislevu.

    Twierdza miała kształt czworoboku o niemałej powierzchni, położonej na płaskim wzgórzu. Dwie wystawne baszty z drewnianym dachem i podmurowanymi okiennicami do strzelania z broni dystansowych. Mur wysoki na kilkanaście łokci z ciosanych bloków skalnych. Duży plac ćwiczebny pokryty żółtym, sypkim kruszywem znajdował się pod prawym skrzydłem fortu. Kilku żołnierzy z wieży obserwacyjnej dostrzegło wyjście kolumny zza lasu. Po chwili rekruci zobaczyli jak potężne wrota otwierają się na boki czekając na ich przybycie. Wszystko wyglądało na względnie nowe. Drewno świeżo malowane, mury nie pokryły warstwy kurzu i pyłu. Nawet mundury ostlandzkich żołnierzy pomimo bieli nie straciły swojej barwy. W bramie stało kolejnych dwóch żołnierzy obserwujących poczynania rekrutów, jednak nikt ich nie zatrzymał. Bryczka Litzblicka nawet trochę nie zwolniła.

    -no w końcu, kurwa. Dupa mnie już boli od tego siedzenia.- sapnął głośno krasnolud.
    -Zatrzymaj się przed stajnią.- odparł skryba.
    -rozkaz, Panie Komendancie. - odrzekł z kpiną w głosie woźnica.

    Dziedziniec fortu był naprawdę pokaźny. Większą część stanowiło pole namiotowe mieszczące kilkadziesiąt osób co najmniej. Wokół każdego namiotu był wykopaby mały drenaż przykryty drobnymi kamyczkami. I to właśnie na polu namiotowym tkwiło życie fortu. Żołnierze Strielfortu zajmowali się różnymi rzeczami. Kilku rozmawiało w kółku, jeden się golił sztyletem bez koszuli, kilkunastu ćwiczyło na sporym brukowanym placu fechtunek. Trepy mające przerwę widząc rekrutów, zaczęły radośnie krzyczeć:

    -Świeże mięso! Świeże mięso przyjechało!
    -No co wy tu robicie panienki?! Wojaczki się zachciało, co?
    -Wróble! koty! kaczuszki!
    -O w morde. Patrz, nawet jakieś kobity są. Olga będzie miała z kim plotkować!

    Zaczęli machać w stronę rekrutów i w sumie trudno było orzec jaka jest intencja okrzyków, gwizdów... Bryczka zatrzymała się przed stajnią. Leopold zszedł z niej i podszedł do "świeżego mięsa".
    -Rekruci! Za mną!- krzyknął. Nie był jednak przekonujący, zupełnie jakby żargon wojskowy był dlań obcy.

    Gdy krasnolud manewrował wózkiem, aby wjechać do stajni, rekruci prowadzeni przez litzblicka ruszyli dalej. Minęli brukowany plac i kolejne zabudowania po prawej stronie. Żołnierze na placu przerwali trening, aby zobaczyć całą tę grupę. Wkrótce cała ta wycieczka dotarła przed pokaźny blok mieszkalny, zaczynający się od jednego skrzydła, a kończący na przeciwległej ścianie muru. Po prawej stronie był też mały prtzesmyk, uliczka zakończona żołnierskimi latrynami.

    Wreszcie Litzblick nakazał rekrutom zatrzymać się przed mężczyzną, który akurat podszedł. Krótko ostrzyżony, że srogim spojrzeniem. Twarz sprawiała wrażenie, jakby widział już wszystko, co świat ma do zaoferowania, a każdy kolejny poranek stanowił jedynie marnotractwo jego czasu.

    Sierżant Ben Otiksohn.png

    -Sierżancie Otiksohn, przyprowadziłem nowych rekrutów. - Oznajmił Litzblick.
    -Właśnie widzę, że ukradliście jakiemuś biednemu chłopu w okolicach Dassel wszystkie kury. Nikogo lepszego nie było? Z resztą, nieważne. Zaprowadzić ich do Otika, wie co ma robić.
    -Tak jest! Za mną rekruci! -

    Litzblick ponownie zatrzymał rekrutów kawałek dalej, przed magazynem i zapukał do drzwi. Otworzył rudowłosy mężczyzna. Nieogolony, sprawiający wrażenie, jakby ktoś nasrał mu do racji żywnościowej. Z resztą, bardzo szybko jego wygląd okazał się oddawać jego charakter.

    Otik Bauer.png

    -Kwatermistrz Otik Beuer się wami zajmie. A ja muszę wracać do swoich obowiązków. Może się jeszcze spotkamy. Powodzenia. - Stwierdził Litzblick.

    Beuer zaczął bez ceremoniału:
    -No panienki, w kolejkę i zapraszam do mnie pierwszego skazańca. Ruchy, ruchy, chciałbym skończyć przed zimą! No, pierwsza panienka do mnie! - jeden z rekrutów podszedł nieśmiało, a Otik już trzymał sznur mierniczy i zaczął nim obracać w różne strony, mierząc rekruta wzdłuż i wszerz.
    -Rozmiar średni. Czekajcie. - Zniknął w magazynie i po chwili wrócił z ubraniem kiepskiej jakości, cholewami, tabardem i peleryną. Wyglądało to jak stary żołnierski mundur, który został ledwie wyprany (kiedyś i być może). Liczne dziury i przyszyte łaty poddawały w wątpliwość, czy dumny żołnierz wdziałby taki ubiór, nawet nie mając wyboru. Ten strój widział już ewidentnie lepsze dni. Ale rekruci, nie byli dumnymi żołnierzami.
    -Trzymaj. To twój ubiór. Dbasz jak o własne, bo to własność Księcia - Elektora. Jak stracisz lub zniszczysz to świecisz dupą przed fortem, paradujesz goły, jasne? Następny! -


    Umundurowanie rekrutów zajęło niemalże godzinę. I pod sam koniec tego przybył kolejny mężczyzna, w kaftanie kolczym i z mieczem przy boku. On dla odmiany - w porównaniu z Otiksohnem i Beuerem, sprawiał wrażenie jakby był dobrym wujkiem z wojska. Założył ręce za plecy.

    Sierżant Otto Russel.png

    -Rekruci. Jestem Sierżant Otto Russel. Sierżant Ben Otiksohn już mi powiedział, że Litzblick znalazł zagubione sieroty w rowie pod Dassel i postanowił je zabrać do naszego fortu. Więc teraz mnie posłuchajcie. Dla was, ja jestem pierwszy po Sigmarze, jasne? Zajmuje się rekrutami i ich szkoleniem. Wszystkie sprawy załatwiacie ze mną. Nie przychodzimy do mnie wypłakać mi się w ramię ani narzekać na dowcipy i odzywki żołnierzy z fortu. Każdy kto będzie marnował mój czas, szybko sobie przypomni, że nie należy go marnować, waląc okrążenia dookoła fortu. Mam zaledwie miesiąc, żeby zrobić z was, przestraszonych sierotek, zahartowanych ostlandzkich żołnierzy. Dlatego od jutra czeka was ciężka praca, a każdy z was, komu się wydaje, że w życiu pracował ciężko, dopiero teraz pozna znaczenie słowa "praca". Jeżeli ktoś myślał, że sobie tutaj spędzi czas orki za pół darmo bumelując, jutro zobaczy, jak bardzo się pomylił. Dzisiaj macie jeszcze dzień wolny, ale już podlegacie pod regulamin fortu. Pyskówki do wyższych stopniem czy bójki między wami będą surowo karane. Jadać będziecie tam, w kantynie, ale DOPIERO kiedy ostatni regularny żołnierz opuści kantynę. Brama Strielfortu jest otwarta i kto nie podoła szkoleniu, może w każdej chwili odejść. Łaskawie zapomnimy o marnowaniu naszego czasu. Opłata fortowa za szkolenie jest bezzwrotna. Wolę żeby słabeusze odpadli teraz, zamiast dezerterować po zaprzysiężeniu, bo wojskowy kodeks ostlandu mówi jasno, że dezerter może się...potknąć. Wpadając do własnego grobu. A teraz, za mną rekruci. Pokażę wam gdzie będziecie spać. Możecie się rozgościć. -

    Sierżant zaprowadził rekrutów na pole namiotowe, gdzie znajdowały się "beczki" - namioty, obliczone na 6 osób. Dlaczego akurat tyle? To jeszcze nie było wiadome.


    Już następnego dnia, tak jak zapowiedział sierżant Otto, poranna pobudka trąbką zewała wszystkich na nogi, niektórych przyprawiając o kołatanie serca. Sierżant wchodził do każdego namiotu, obwieszał kilka minut na ubranie "mundurów" poborowych i na placu ogłoszeń poinformował, jak będzie wyglądał ich kolejny dzień. A właściwie dni...tygodnie... i wreszcie cały cholerny miesiąc.

    Kolejny dzień i znowu to samo. Pobudka, sierżant Russel wchodzący do namiotu, jak do siebie. Sprawdzał porządek. Kto nie był na czas gotów i ogarnięty, już miał przerąbane. A jeżeli znalazł puste butelki lub karty czy kości, wówczas było literalnie przesrane. Każde przewinienie kończyło się karnymi ćwiczeniami. Przynajmniej raz jednego wyjątkowo bezczelnego rekruta, który odważył się odpyskować, zakuto w dyby.
    Po apelu na Triefpaltzu, zaczynał się znój dnia. Powtarzanie układów manewrowych, formacji, okrzyków formacyjnych, zwrotów bojowych. Sierżantem kierowała zdaje się bujna wyobraźnia - bieg z pełnym rynsztunkiem (drewnianym, bo poborowym się broni ostrej nie daje) i plecakiem pełnym kamieni, kilka kilometrów po wzgórzach wokół fortu. Czołganie się po piachu z towarzyszem na plecach. Wspinaczka przed przeszkody na czas. Podstawy fechtunku. Strzelanie do tarcz. Zapasy. Patrole po tracie. Jazda konno. Pływanie w cholernie zimnym strumieniu. Chodzenie po bagnie kawałek dalej w lesie. Sierżant dbał, żeby rekruci się nie nudzili. Zajęcia z podstaw prawa imperialnego i teorii o hierarchii w wojsku odbywały się w każdy trzeci dzień tygodnia (dzień targowy). Dopiero ósmy dzień (dzień świąteczny) mieli wolny. Wtedy można było sobie pozwolić na odrobinę luzu i rozmowy między rekrutami.

    Stosunek żołnierzy względem rekrutów wcale się nie zmienił. Żarty to chleb powszedni, z którymi trzeba się pogodzić. Jednak nie wszystkim się to udało. 6 rekrutów wyłamało się już po pierwszym tygodniu ćwiczeń. Ponoć żałowali, że nie odeszli już pierwszego dnia. Dowódcy nie wyglądali na poruszonych tym faktem. Najwyraźniej spodziewali się takiego obrotu sprawy.

    Minął miesiąc. Ciała i umysły się zahartowały. Granice możliwości się powiększyły. Dało się odczuć, że szkolenie nie było bezsensowne. Pozostało jedynie poczekać na zaprzysiężenie i wykorzystać możliwości, jakie dał Strielfort...


    Spacer ze służbowym obciążeniem Helmut nie rozumiał, dlaczego do lasu należało zabierać własne kamienie. Sądząc po tym, na co raz po raz trafiały jego podeszwy, miejscowe zasoby wystarczyłyby do obciążenia całego regimentu. Najwyraźniej jednak wojsko nie ufało przyrodzie w kwestiach zaopatrzenia. Poprawił szelki plecaka, osiągając tyle, że ucisk przeniósł się w nieco mniej znajome miejsce. Jeden z kamieni od dłuższego czasu napierał mu pod żebro z przesadną poufałością. Przez całą drogę Helmut usiłował mieć Fineasza na oku, dzieląc uwagę między sylwetkę panicza a zdradliwe nierówności ścieżki. Kilka potknięć przekonało go jednak, że podobna troskliwość może się skończyć utratą przednich zębów, a wraz z nimi znacznej części uroku osobistego. Trudno przecież godnie reprezentować dom Hohenwartów, sepleniąc uprzejmości przez świeżo powstałe braki w uzębieniu. Z większą pokorą spuścił więc wzrok ku ziemi, powierzając opiekę nad Fineaszem swemu czułemu słuchowi. Pośród skrzypienia rzemieni, szelestu gałęzi i ciężkich oddechów nasłuchiwał każdego wezwania, które mogłoby wymagać jego interwencji. Z tym większą wdzięcznością przyjmował krótkie ostrzeżenia Klary. W tych okolicznościach jej skromne „korzeń” miało dla niego większą wartość niż wszystkie zapewnienia i pouczenia, którymi uraczono ich przed wymarszem. Nie umknęło mu również krótkie zatrzymanie Meesa. Ruch dłoni ku drzewu, strzęp materiału, ciemna plama przypominająca krew. Przelotne spojrzenie wystarczyło, by Helmut pomyślał o ostlandzkim mundurze, choć nie pozwoliło nabrać pewności. Przez ostatni miesiąc oglądał takie tkaniny z bliska, przeważnie z igłą w dłoni i rosnącym powątpiewaniem w trwałość wojskowego szycia. Zacisnął usta. Kwatermistrz stanowczo przestrzegał przed niszczeniem własności Elektora. Pozostawało mieć nadzieję, że poprzedni właściciel tego kawałka materiału miał coś na swoje usprawiedliwienie. Najlepiej także głowę na karku, żeby móc je przedstawić. Dalszym rozważaniom przeszkodziła gałąź. Helmut uchylił się przed nią z opóźnieniem, które kosztowało go smagnięcie po ramieniu, po którym ponownie skupił się na drodze. Niepokojący porządek rzeczy Postój przyjął z ulgą tak głęboką, że przez kilka chwil nie próbował nawet nadać jej przyzwoitej formy. Stał z rozchylonymi ustami, łapiąc oddech i czując, jak pot stygnie mu pod kołnierzem. Dopiero gdy odzyskał nieco panowania nad własnym ciałem, zabrał się za poprawianie szelek plecaka. Wówczas z przyciszonej rozmowy przełożonych wyłowił jedno słowo: "Pojmani". Palce znieruchomiały na sprzączce. Helmut nie podniósł od razu głowy. Przez lata służby nauczył się, że człowiek zajęty garderobą może usłyszeć znacznie więcej niż człowiek ostentacyjnie zainteresowany cudzą rozmową. Przesunął więc rzemień, wygładził zagnieciony materiał i nadstawił ucha, lecz nie zdołał ułożyć zasłyszanych odgłosów w nic, na czym mógłby polegać. Gest Klary dostrzegł z wdzięcznością. Podszedł bliżej, korzystając z okazji, by rozprostować zdrętwiałe palce i wysłuchał jej bez przerywania. Dopiero gdy wspomniała o egzekucji, dłoń Helmuta opadła nieruchomo wzdłuż ciała. Helmut miał dotychczas zastrzeżenia głównie odnośnie pory wycieczki. Pozwolił Meesowi dokończyć wypowiedź. Kiedy ten pokazał zakrwawiony strzęp, Helmut pochylił nieznacznie głowę, starając się przyjrzeć tkaninie w świetle pochodni. Nie sięgał po nią, wystarczająco często zdarzało mu się pracować z kimś zaglądającym przez ramię, żeby nie dokładać teraz własnych palców do cudzych oględzin. -„Pojmani”... również to słyszałem - potwierdził ściszonym głosem. - Pozostałe słowa mi umknęły - szepnął do towarzyszy. Ostrożnie zerknął w stronę Otiksohna i Hausera. -Co do drogi, podzielam pani spostrzeżenie. Na lesie się nie znam, ale potrafię rozpoznać człowieka wykonującego dobrze sobie znaną pracę. Żaden z naszych przewodników nie sprawia wrażenia, jakby potrzebował namysłu przed następnym krokiem. Wywodzę stąd, że dobrze znają drogę, którą idziemy. Zawiesił głos, przyglądając się przez moment spokojnym sylwetkom przełożonych. Następnie ponownie zwrócił uwagę ku materiałowi trzymanemu przez Maxima. - Widziałem, jak pan to znalazł. Przez chwilę wydało mi się, że poznaję tkaninę naszego munduru, lecz w marszu nie sposób było dobrze się przyjrzeć. Jeśli pan pozwoli, chętnie obejrzę splot i szew, o ile jakiś się zachował. Ostatnimi czasy miałem sporo sposobności, żeby zapoznać się z wojskową garderobą od jej mniej reprezentacyjnej strony. - Wskazał strzęp krótkim ruchem dłoni, pozostawiając Meesowi decyzję, czy udostępnić znalezisko. Kwestia stosownych przygotowań Helmut odszukał wzrokiem Fineasza. Odruchowo spojrzał na kołnierz panicza. Palce drgnęły, gotowe poprawić jego ułożenie, lecz Helmut powściągnął chwilowo ten zamiar i przysunął się do panicza, przybierając tę samą dyskretną postawę, z jaką zwykł informować go o przybyciu gości lub opóźnieniu posiłku. Odruchowo wygładził fałdę własnego rękawa. - Panicz zapewne słyszał, o czym mówiła panna Kessler. Mogę potwierdzić słowo „pojmani”. Dostrzegłem również, jak Pan Mees znalazł ten materiał. Z daleka przypominał fragment naszego munduru, choć bez bliższych oględzin nie chciałbym tego przesądzać. Rzucił krótkie spojrzenie ku przełożonym. - Sierżant i starszy szeregowy poruszają się bardzo pewnie. Nie dostrzegłem po nich wahania, nawet kiedy zniknęła ścieżka. Odnoszę wrażenie, że przynajmniej oni wiedzą, jak ma się zakończyć dzisiejszy spacer. Przekazał to spokojnie, pozostawiając Fineaszowi wyciągnięcie właściwych wniosków z przekazanych informacji. Sam zajął należne sobie miejsce w pobliżu panicza, skąd mógł zarówno słyszeć dalszą rozmowę, jak i przyjść mu z pomocą. - Będę pod ręką - dodał ciszej. - Gdyby okoliczności stały się nieprzyjemne, pozwolę sobie prosić, aby panicz szczególnie zadbał o własne bezpieczeństwo. Ojciec panicza powierzył mi opiekę nad paniczem w jednym kawałku, a wiadomo, że pański ojciec bywa bardzo skrupulatny przy rozliczeniach ewentualnych braków.
  • BrilchanB

    [B]Influence Cobalta Seniora zasiane[/B]

    Mephisto uniósł rękę jak uczeń zgłaszający się do odpowiedzi:
    -[I] A nie jest tak, że aktualnie Blue Collar jest zarządzana przez Cobalta Dash, a my wszyscy podlegamy bezpośrednio jemu? Czy w takim razie z wszelkimi propozycjami nie powinniśmy najpierw iść do niego? Zwłaszcza to kogo zatrudni? [/I]

    Gabrielle Hawke założyła ręce na biodra zanim wymieniła:
    -[I] Bo mój dziadek nie miał bogatych rodziców, którzy fundnęli mu studia i fundusz na firmę, tylko sam zarobił na swoją agencję i fundacje? Przetrwał na ulicy jak go wywalili z domu kiedy miał 11 lat? A bez dyplomu jakieś przereklamowanej uczelni zna 3 języki obce. A ktokolwiek przygarnął dziadka w Chicago to przynajmniej, bo go chcieli, a nie komuś pękła guma. Miał bliski kontakt z Mrocznym Feniksem i przeżył? Zamiast marudzić na to jak “kiedyś było wspiera swoją” fundacją LGBT, cywilnych mutantów i ogarnia social media? Bo to nie jest kwestia jednorazowej gafy, tylko różnic stylu, które są zbyt wykluczające.
    -W porządku, rozumiem… -[/I] Hawkman uśmiechnął się smutno -[I] Opowiadam rzeczy brzmiące jak niestworzone, zadawałem się z ludźmi działającymi na pograniczu prawa i jestem wdzięczny, że mi pomogli kiedy nie miałem nic, czytam książki, które lądują na listach zakazanych. Jeśli wolisz, żebym nie przebywał z twoim wnukiem sam na sam to rozumiem.

    ALE już poprosił mnie o spotkanie informacyjne, uważam, że skoro jest na tym świecie, skoro jestem jedną z osób, które nawaliły z Mrocznym Feniksem, to Cobaltowi Blue się należą informacje. Choć skoro obaj jesteśmy w wieku kiedy coraz więcej przyjaciół jest na cmentarzu to możemy pogadać przy kawie… Cokolwiek było między nami… Austachy, to nie dotyczy mojej wnuczki. Masz tą szlifierkę na beton?
    -Niby czemu miałbym mieć? [/I]- burknął Dallen senior- [I] Cieszę się wnuku, że na tyle chociaż rozumiesz swoją sytuację. Młodzież winna jest szanować opinie starszych albowiem przemawia przez nich doświadczenie. Ej, Hawke a ty dokąd? [/I]

    Hawkman przewrócił oczami, przesunął się ku dziurze po Dianie:
    -[I] No to skoro jestem tutaj po cywilnemu, to powinienem dać się uratować jako cywil, żeby oszczędzić na chryjach… Albo dać młodzieży dorobić punktów. Gabby, skoro poczekamy na szlifierkę możesz iść ze mną. Równie dobrze możemy pooglądać po co przyszliśmy. Zwłaszcza, że jeśli nie daj jeden eksponat uszkodzili, to ja będę musiał wypisywać papiery do 3 muzeów. Liczcie do 100 i możecie iść po mnie i legitymację Sewer Rata. Kto wie może mam ją w kieszeni? W końcu jestem znany z kleptomanii? A właśnie! Pamiętasz, że twój zakaz na wejście do chicago został odwołany z 18 lat temu. Skoro druga strona paktu nie żyje. [/I]

    [B] Przejdźmy gdzie indziej? [/B]
    Dean wyglądał tak jakby chciał być gdziekolwiek indziej niż przy starym Cobalcie. Przeniósł uwagę ostatecznie na resztę drużyny :
    -[I] No cóż… Z tego co mówił Sewer Rat to tam nadal kręci się jeden starszy cywil. Wypadałoby go bezpiecznie wyprowadzić z Muzeum. Sprawdzić czy ktoś się jeszcze nie schował. A i ja jeszcze nie widziałem Cementona, a raport trzeba spisać. Nie powinniśmy się też oddalać od Strzygi, a Pan Cobalta powinien znać procedury lepiej od nas. To co idziemy? Pomożemy też Sewer Ratowi pozbierać jego rzeczy [/I]

    [i]- Hm… mogę nas wszystkich skierować w stronę starszego pana i Cementona, to żaden problem. -[/I] powiedział Sewer Rat - [I] I choć wątpię, by Strzydze stała się jakaś krzywda, to lepiej może się nie rozdzielać? Proszę pójdźcie za mną, wszędzie Was zaprowadzę, znam drogę [/I]- powiedział, po czym pomachał ręką w powietrzu, aby zachęcić swoich nowych znajomych do podążenia za nim.
    -[I] Tak, tak - nie chcemy zdarzeń jak ze slashera - pierwszy umiera ten kto powie “Zaraz wracam”, rozdziela się, czy należy do mniejszości… No widzę, że znasz się na rzeczy Sewer Rat [/I]- Mephisto w przyjacielskim geście klepał po plecach nowo poznanego bohatera. -[I] Jesteś rozsądnym człowiekiem. Świetnie. Przemyśl i się prześpij z dalszymi decyzjami. Też kiedyś robiłem solo, ale rozumiem, że niektórzy mają powody w tym zostać [/I]
    …tym bardziej, że po chwili zaczął pisać do Człowieka przy Monitorze:
    [I]”Weź znajdź mi co się da o działalności Sewer Rat. Wszelkie oznaki niezrównoważenia do zgłoszenia. Jeśli dasz radę to i cywilną wersję” [/I]

    [b]Diana w muzeum[/b]
    Strzyga usłyszała za sobą głos Hawkmana:
    -[I] Panienka… ekhm szanowna Strzyga i mi kopsnie egzemplarz? To coś ciekawego? [/I]- wskazał na egzemplarz “Ludzkich przepisów”. Wnuczka podtrzymywała go pod ramię.
    -[I] Dziadku, odpuść… [/I]- wymamrotała- [I] Jak nic ukradła… Już lepiej chodźmy do tej gabloty w dziale herosów [/I]
    -[i] A ja nie znam tego muzeum… Jestem tutaj pierwszy raz więc niczego nie pokażę… Ja tam kiedyś czytałam o Beef-manie, ale to może być anegdota. A książka jest o średniowiecznej kuchni, taka edukacyjna dla całej rodziny i ja nie kradnę [/i] - Powiedziała Diana Patrząc groźnie Na młodą skrzydlatą dziewczynę.

    Skrzydlata spróbowała wykrzesać z siebie równie groźne spojrzenie, co zniwelowało, że była dużo drobniejsza od rudowłosej. Dianie wydawało się, że mogła najwyżej przerastać Joan Murphy.
    -[I] Ucielo, to że ja kradłem za młodu nie znaczy, że każdy to robił. Nawet z biedy… [/I]- Hakman zabrzmiał na rozbawionego -[I] A który Beefman, Strzygo? Znałem jednego Beefa i parę razy dla niego stałem na czatach do muzeum... Kto by pomyślał, że teraz to JA będę odpowiadał za eksponat muzealny? Potrzebuję sprawdzić czy nadal stoi w dziale “Superherosów” mój pierwszy kostium. Bo nie daj coś się z nim stało, to grozi mi raportowanie do 3 instytucji kulturalny. Durne, ale się zobowiązałem… Może szanowna Strzyga pójdzie z nami? [/I]

    Dashing Cobalt Blue pytania zadaje Dziadkowi

    Eddie poczuł pewną sympatię dla Hawkmena i jego wnuczki po tym małym biogramie który ta ostatnia zaprezentowała, skojarzyło mu się to z piosenką “She’s Rebel” zespołu Green Day choć płeć podmiotu lirycznego się nie zgadzała reszta pasowała do Pana Jastrzębia bardzo zgrabnie. Wodniak puścił sobie cicho melodie w zapętleniu na jednej ze słuchawek co pomogło jego nadaktywnemu ADHD-owemu mózgowi zachować nieco więcej skupienia czego potrzebował bo zamierzał skorzystać z tego że został z seniorem rodu Dallenów sam na sam i zadać mu ważne pytanie:
    [i] Dziadku dręczy mnie jeden problem a skoro jesteś taki kochany i dzielisz się z nami swoim doświadczeniem to chciałbym poprosić cię o radę: Czuje się zagubiony! Mam zabić świadomą istotę nawet jeżeli to jest demon zrodzony ze zła który chce zostać złym bogiem to mam wątpliwości moralne a Matka Biologiczna jest boginią więc ma nieludzką perspektywę i moralność… Dlatego poprosiłem Pana Hawkmena o opowieść na temat jego walki z Królem Feniksem, bo muszę się przygotować do tej walki, ale będę szczery, Dziadku czuję się wściekły i skrzywdzony że Matka zdecydowała się mnie urodzić tylko po to żeby nasz świat miał broń przeciwko jakiemuś złemu bóstwu! A przecież twoje zasady i reguły według których żyją herosi Helcyon City to “Nie zabijaj” co mam zrobić ? Co ty byś zrobił na moim miejscu Dziadku - Edulan pozwolił aby rozpacz i zmartwienie które na co dzień krył przed innymi pokazały się w jego wzroku i głosie.*[/I]

    // Mechanika używam ruchu Legacy: Words of the Past więc Dziadek musi dać Eddiemu szczerą odpowiedź i poradę.

    Cobalt Senior prychnął:
    -[I] Ależ Mroczny Feniks to jest magiczny pasożyt. Magiczny, więc ma efektywniejsze działanie , ale w gruncie rzeczy nie myśli o niczym więcej niż tylko jak się najwięcej nażreć. Nie ma w tym nic z inteligencji. Im dłużej dać temu żyć tym więcej osób zaszkodzi. Żadna z ofiar nie zrobiła się mądrzejsza.

    Wiem po przykładzie syna Hawkmana… Niby dorosły z dyplomem i rodziną, a nic nie pomyślał, że to dziwne skąd na niego spadła ta moc ognia. Czy czar, meteoryt czy nieudany eksperyment? Od razu zaczął się bawić jako “Feniks”. A parę miesięcy później oszalał siejąc strach i zniszczenie. Do rozumu jakoś Hawkman też nie przemówił ani synowi ani Mrocznemu Feniksowi, więc tym bardziej skąd myśl, że to coś ma rozum? I będą następni dopóki ktoś tego nie zatrzyma[/I]


    Drugie toższamości - Oj? Wybacz moja droga, chciałem tylko być miły – Nathaniel bardzo ładnie przeprosił. - I nie chodzi o to, że zależy mi jakoś bardzo na sekretności albo chcę okłamywać bliskich. Ja tylko… nie chcę, by ich postrzeganie mojej osoby się zmieniło, a nasze relacje skomplikowały. Nie chcę też pomagać ludziom, bo pragnę uwagi albo coś. Ja… staram się czynić dobro, bo dobro jest wartością samą w sobie? – wyjaśnił Deanowi. Psinka sąsiadki - Proszę państwa, proszę się wstrzymać – Nathaniel starał się wyjaśnić wszystko na spokojnie – Wiem, że jest niebezpiecznie zwierzątkom na zewnątrz, ale ten piesek mieszka z panią w domu, wychodzi na spacerki na smyczy, na pewno jest zaszczepiony i odrobaczony i jestem pewien, że nie jest agresywny. Proszę się wstrzymać i przemyśleć to wszystko przez parę sekund, dobrze? Pierce the Mask: (2+4) = 6 6 + 3 (Mundane) = 9 How could I get your character to stop?
  • KetharianK

    text alternatywny


    Głęboka przestrzeń UA między Gliese i Borodino, 15.08.2183


    Ciemność żarząca się dotąd miniaturowymi punktami czerwieni zaczęła niespodziewanie znikać, rozpraszana zimnym światłem włączanych sukcesywnie elektrycznych lamp. Ich jaskrawy blask oświetlił ukryte od wielu miesięcy w lodowatym mroku wnętrza kajut i korytarzy, klatek schodowych, śluz i perforowanych płyt pomostów łącznikowych. Przemierzający czerń kosmosu statek powracał do życia, zaczynał rozbrzmiewać stukotem, pomrukiem i zgrzytem maszynerii oraz popiskiwaniem elektroniki składającej się na skomplikowaną infrastrukturę międzygwiezdnej jednostki.

    Czerwone diody systemów utrzymujących górniczy kombajn w stanie uśpienia zmieniały swoją barwę na bursztynową, później zaś zieloną. Oprogramowanie Opiekuna realizowało kolejne protokoły procesu wybudzania załogi uruchamiając systemy ogrzewania Almayera, pompując do jego wnętrza powietrze o podniesionej zawartości tlenu, przywracając do pełnej użyteczności kolejne układy systemu podtrzymywania życia.

    W ciasnej przestrzeni sali hibernacyjnej pompy tlenowe zwiększyły częstotliwość cyklu, przezroczystymi rurkami układu dokarmiania popłynęła odżywcza ciecz wzbogacona o pobudzający ludzkie mózgi hormonalny koktajl. Tkwiące od miesięcy w niemal idealnym bezruchu ludzkie sylwetki zaczęły się niemrawo poruszać, wynurzać się z otchłani farmakologicznego hypersnu.

    Siedzący w głębokim mroku jednego z pomieszczeń technicznych mężczyzna drgnął znienacka, podniósł się pełnym nadludzkiej gracji ruchem ze swojej stacji ładowania poprawiając rękawy nieskazitelnie czystego kombinezonu z naszywkami personelu medycznego. Jego oczy penetrowały ciemność przenikając ją bez trudu zaawansowaną optyką w czasie, kiedy elektroniczny mózg łączył się z bezprzewodową siecią statku analizując istotę nieoczekiwanego alertu.

    Organiczny członek załogi musiałby w takiej sytuacji udać się na mostek jednostki, przywrócić do pełnego trybu pracy uśpione komputerowe terminale i przestudiować dane zarejestrowane przez czujniki statku. Pozbawiony takich ograniczeń android przeanalizował odczyty jeszcze w podpiętej do siebie stacji ładowania, pobierając skompresowane dane z bezprzewodowej sieci bez konieczności przemieszczania się na wyższy pokład jednostki.

    Procedury towarzyszące tego rodzaju alertom nie pozostawiały androidowi żadnego wyboru. Sztuczna inteligencja odpowiedzialna za pieczę nad KM-164 stanęła w obliczu wyzwania, któremu zgodnie z przepisami czoła stawić musiała tkwiąca od wielu miesięcy w uśpieniu organiczna załoga Altmeyera.

    Przełączając swoją optykę w tryb podczerwieni syntetyk ruszył w stronę pokładowej hyperspalni, gdzie blisko tuzin nieświadomych jeszcze alertu ludzi spędzał wielomiesięczną podróż w klaustrofobicznej ciasnocie kriogenicznych kapsuł.


    Każdy szczebel był dla Joshuy jak wyrok. Wspinał się powoli, niemal ślepo, opierając się wyłącznie na resztkach desperackiej woli. Kiedy w końcu przetoczył się przez krawędź szybu na górnym pokładzie, po prostu zwiotczał. Opadł ciężko pod ścianę korytarza, dławiąc się świszczącym oddechem, całkowicie zlany zimnym potem. Dopiero po chwili uderzył go ten gęsty, rzeźnicki odór. Przetarł piekące oczy i zatrzymał wzrok na zmasakrowanym marine z urwaną nogą. ​– Jak zwykle spóźnieni na obiad... – skwitował ironicznie, krzywiąc się z bólu. Przełknął z trudem ślinę – Od paru godzin widziałem więcej zwłok niż przez całe życie. Na pewno to był kontrakt górniczy? ​Wciąż w pół leżąc na podłodze, wyciągnął drżącą rękę w stronę krawędzi, chwytając Eliasa za oporządzenie i pomagając mu pokonać ostatnie metry szybu. Naiwne pytanie kapitana o ładowanie sprzętu wywołało u inżyniera jedynie krótki, suchy kaszel. ​– Pewnie, że się da. Za kilka godzin się naładuje i kolejna grupa idiotów po nas będzie mogła z niego skorzystać – odparł z trudem, łapiąc powietrze – Szybciej będzie wymienić baterię. Jeśli Elias nie ma zapasowych, te będą w zbrojowni. Więc proponuję nie marnować chwili dłużej i ruszyć w jej stronę. ​Oparł potylicę o zimną grodź i podźwignął lekko swój karabin. ​– A tak poza tym, tylko ja mam jeszcze pełny magazynek...
  • KetharianK

    text alternatywny


    Hipotetycznie czy wedle mechaniki Aliena, jakby Joshua teraz puścił ze stresu bengala, to osoba pod nim musiałaby zdać test wytrzymalości, a przy tej ilości kostek stresu mogłaby wpaść w panikę i spaść z drabinki, wobec czego byłby to zgodny z zasadami fart kill? Pytam z ciekawości.
  • MorphM

    Edytuj ten post w celu napisania pierwszego komentarza, ustalenia zasad i przywitania się z graczami.


    Postaram się jutro wrzucić mój post. Stety / niestety wolumen tekstu jest duży (mamy sporo graczy i wszyscy zaangażowani) i ciężko mi nadążyć za akcją / czytaniem / odnoszeniem się do wszystkiego na raz.
  • MarikaM

    text alternatywny

    „Nic nie sprawia ludzkiemu umysłowi większego bólu niż wielka i nagła zmiana.”
    Mary Shelley, Frankenstein (1818)

    Alternatywny tekst obrazka

    tekst alternatywny

    Przenikliwie chłodny, wczesnowiosenny poranek przyniósł ze sobą drobny i nieustępliwy deszcz, jakby samo niebo nie umiało przestać łkać. Drogi biegnące na południe od kobaltowej toni Jeziora Lias rozpływały się w gęstej mżawce, która zdawała się chłonąć każdy dźwięk i osiadać na wszystkim, czego dosięgła. Świat zacierał się i blakł, jakby uwięziony za mleczną kurtyną. Brunatna ziemia, poorana koleinami, uginała się pod każdym ciężarem, a lepkie błoto uporczywie przywierało do podeszew. Wiosna z mozołem torowała sobie drogę przez ustalavski chłód.

    centered paragraph

    Pośród tej posępnej krainy Ravengro przypominało czarny turmalin odnaleziony w popiele. Było niewielkim, lecz zaskakująco urokliwym miasteczkiem, którego mieszkańcom udało się to, czego nie zdołały dziesiątki innych społeczności Canterwall: przetrwać. W regionie nie brakowało opuszczonych gospodarstw, zarastających fundamentów i ruin osad, które na przestrzeni stuleci padły ofiarą wojen, tajemniczych nieszczęść, łupieżczych najazdów bądź powolnego zapomnienia. Ravengro tymczasem trwało, uparte i przywiązane do swego skromnego skrawka ziemi.

    Jego zabudowania skupiały się wzdłuż wąskich uliczek, na których ubita ziemia mieszała się z kamieniami i pod deszczem rozmiękała w błoto. Ponad płotami ze sztachet sterczały strome dachy domów, z których niektóre miały szachulcowe piętra i niewielkie balkony. Wśród skromniejszych budynków wyróżniały się starsze, kamienne fasady o wąskich oknach i ciężkich drzwiach. Nad linią dachów, na pobliskim wzgórzu, majaczyły poczerniałe ruiny dawnego więzienia Harrowstone, podczas gdy nad samym miasteczkiem unosiły się cienkie smugi kominowego dymu. Deszcz przyciemniał drewno i spływał po bielonych wapnem ścianach, a nagie konary drzew odcinały się od szarego nieboskłonu. Na ich gałęziach przesiadywały całe stada kruków, a ochrypłe krakanie raz po raz rozlegało się ponad uliczkami.

    Mimo niesprzyjającej aury miasteczko budziło się do życia. W przydomowych ogródkach, jeszcze nagich po zimie, czerniała świeżo przekopana ziemia. Za płotami krzątały się zwierzęta gospodarskie, ktoś otwierał okiennice, gdzie indziej skrzypiały drzwi. Ludzie spieszyli do prozaicznych obowiązków, osłaniając twarze przed wilgocią i ostrożnie omijając głębsze kałuże. Patrząc na tę skromną codzienność, można było niemal zapomnieć, że ziemie Ustalavu przez ponad sześć stuleci pozostawały pod jarzmem Szepczącego Tyrana, a później raz po raz były pustoszone przez krwawe wojny rodowe i najazdy orków z Belkzen.

    text alternatywny

    Alternatywny tekst obrazka

    left aligned paragraph

    Posiadłość Lorrimorów była skromnym, piętrowym budynkiem z kamienia pokrytego jasnym tynkiem, nakrytym stromym dachem z ciemnej dachówki. Fasada, z niewielkim gankiem przy wejściu i drewnianymi okiennicami, pozbawiona była ozdób właściwych bogatszym rezydencjom. W oknach wisiały ciężkie zasłony, a w szparach między nimi dawało się dostrzec wysokie regały uginające się od książek. Całość sprawiała wrażenie domu schludnego, choć nieco staroświeckiego, którego właściciel najwyraźniej więcej uwagi poświęcał księgozbiorowi niż wyglądowi budynku.

    Przed domem zgromadziła się niewielka grupa żałobników. Jedni szukali schronienia pod daszkiem ganku, inni, szczelnie opatuleni w płaszcze, naciągali kaptury głęboko na twarze. Dwaj mężczyźni, wyróżniający się spośród pozostałych starannym ubiorem, trzymali nad głowami ciemne parasole. Z okapu ściekały cienkie strużki deszczówki i rozpryskiwały się na kamiennych stopniach. Drzwi pozostawały otwarte, zgodnie ze zwyczajem, na wypadek, gdyby przybyli kolejni goście, by złożyć ostatni hołd zmarłemu.

    Przybywających witała osobiście pani domu, Kendra Lorrimor, dwudziestopięcioletnia córka zmarłego profesora. Była smukłą, urodziwą kobietą w stonowanej czarnej sukni, dopełnionej eleganckim żałobnym welonem. Zaczerwienione, lekko opuchnięte oczy i zmęczenie malujące się na twarzy zdradzały nieprzespane noce oraz ciężar świeżej straty. Mimo to starała się witać każdego z należytą uprzejmością, choć w jej oczach smutek mieszał się z wyraźną ulgą. Zdradzała też trudną do ukrycia ciekawość wobec nieznajomych.

    Z żalem zauważyła, że niewiele osób zdecydowało się przybyć, by pożegnać jej ojca. Nawet spośród mieszkańców Ravengro zjawiła się ledwie garstka, choć, jak napomknęła, trudno było się temu dziwić, „zważywszy na nastroje, jakie ostatnimi czasy panują w mieście”. Nie wydawała się jednak skłonna rozwijać tej myśli. Ewentualne pytania zbywała łagodnie, acz stanowczo, prosząc o cierpliwość do zakończenia pogrzebu. Zapewniała, że gdy wszyscy wrócą do domu, znajdzie się czas na rozmowę i wyjaśnienia.

    Kendra przy okazji przedstawiła im innych żałobników, wśród których było dwóch rajców miejskich. Pierwszym był Vashian Hearthmount, starszy, korpulentny mężczyzna o siwiejących włosach i postawie emerytowanego generała. Jego pełną twarz zdobiły cienki, starannie przystrzyżony wąs i niewielka bródka. Nosił ciemny surdut z wysoko zawiązanym pod szyją halsztukiem, a szerokie rondo czarnego kapelusza osłaniało mu oblicze i nadawało wygląd człowieka przywiązanego do dawnych obyczajów. Obok niego stał Gharen Muricar, mężczyzna w równie podeszłym wieku, lecz obdarzony żywym spojrzeniem i energią zdającą się przeczyć siwiźnie. Schludny, ciemnozielony surdut, jasna kamizelka i starannie zawiązany halsztuk świadczyły o nie mniejszej dbałości o prezencję niż u towarzysza.

    Nieco dalej znajdował się miejscowy karczmarz, Zokar Elkarid, zwalisty mężczyzna o rumianej, pucołowatej twarzy i bujnych, lekko podkręconych wąsach. Nawet odświętna koszula nie zdołała ukryć gęstego owłosienia wystającego spod kołnierza. Towarzyszył mu syn, Pevrin, trzynastoletni chłopiec pełniący w Ravengro obowiązki młodszego skryby ogłoszeniowego, ubrany na tę okazję w schludny, ciemny kaftan. Za Elkaridami widniało jeszcze kilku miejscowych mężczyzn; stali ze spuszczonymi głowami, jawnie stroniąc od przybyszów.

    Obecne były również dwie kobiety. Pierwszą z nich Kendra przedstawiła jako Jomindę Fallenbridge, miejscową aptekarkę. Trzydziestolatka o ciemnych, kręconych włosach, częściowo ukrytych pod niewielkim czepkiem. Nosiła ciemną suknię z bufiastymi rękawami, na którą narzuciła skromną pelerynę chroniącą przed wilgocią.

    Znacznie bardziej osobliwy i zarazem niepokojący widok przedstawiała druga — młoda zakonnica, siostra Maria. Miała ona na sobie kruczoczarny habit o surowym, niemal wojskowym kroju i zakonny welon przypominający żałobną zasłonę. Podwika była nasunięta głęboko na oczy, a spod welonu wymykały się pasma śnieżnobiałych włosów, podkreślające niezwykłą bladość jej twarzy. Na plecach niosła kosę, a bose stopy zdawały się nie zważać na dojmujący chłód Pharastu i rozmokłą ziemię. Trzymała się na uboczu, milcząca i niewzruszona.

    Zresztą i pozostali żałobnicy nie mieli ochoty na rozmowy. Wymieniano co najwyżej pojedyncze słowa, krótkie pozdrowienia i przyciszone uwagi, które szybko zamierały w jednostajnym szmerze deszczu. Nad niewielkim zgromadzeniem ciążył smutek, gęsty jak sama mżawka.

    text alternatywny

    Alternatywny tekst obrazka

    Wnętrze domu Lorrimorów potwierdzało wrażenie, jakie wywierała skromna fasada. Pomieszczenia urządzono bez szczególnego przepychu, za to niemal wszędzie stały półki i regały ciasno wypełnione książkami. Zapach starego papieru mieszał się z wonią wosku i wilgoci wnoszonej na płaszczach przybywających gości.

    Największy z pokojów, na co dzień służący za salon, przybrał na tę okazję żałobny wystrój. Ściany miejscami przysłonięto czarnym suknem, a pośrodku, na prostym katafalku, spoczywała zamknięta trumna z olchy, kryjąca doczesne szczątki profesora Petrosa Lorrimora. Wokół ustawiono kilka świec i skromne dekoracje z zielonych gałązek. Drżące płomienie rzucały ciepły blask na wypolerowane drewno, podczas gdy za zasłoniętymi oknami nie ustawał deszcz.

    Zgromadzonym pozostawiono czas na osobiste pożegnanie zmarłego. Przy trumnie można było zatrzymać się w milczeniu, pochylić głowę, odmówić modlitwę albo uczcić pamięć profesora zgodnie z własnym obyczajem. Nikt nie ponaglał żałobników, a przyciszone rozmowy stopniowo ustępowały uroczystej ciszy.

    centered paragraph

    Gdy czas przeznaczony na pożegnanie dobiegł końca, jeden z sześciu akolitów Pharasmy, odzianych w ciemne szaty z wyhaftowaną białą nicią kometą ze spiralnym ogonem, wystąpił przed katafalk. Zebrani pochylili głowy, a duchowny rozpoczął krótką modlitwę, wypowiadając ustalone formuły, którymi powierzał zmarłego opiece Pani Grobów. Prosił, by dusza Petrosa odnalazła drogę przez Rzekę Dusz i stanęła przed sprawiedliwym sądem bogini. Na zakończenie nakreślił dłonią w powietrzu znak spirali, a pozostali akolici w milczeniu powtórzyli ten gest.

    Po chwili duchowny zwrócił się do zgromadzonych i przyciszonym, ceremonialnym głosem oznajmił, że nadszedł czas, by wyprowadzić zmarłego do świątyni. Zapytał też, czy ktoś spośród krewnych i przyjaciół profesora pragnie dostąpić zaszczytu niesienia jego trumny.

    Następnie akolici przystąpili do przygotowań, upewniając się, że wieko jest należycie zabezpieczone, a uchwyty gotowe do podniesienia ciężaru. Gdy ustalono, kto poniesie trumnę, uniesiono ją z katafalku i ostrożnie skierowano ku wyjściu. Kendra zajęła miejsce tuż za trumną, a pozostali żałobnicy zaczęli ustawiać się w skromny orszak.

    Wkrótce kondukt opuścił dom Lorrimorów i wilgotnymi uliczkami Ravengro ruszył ku świątyni Pharasmy.


    Warczące na grobowy pochód stado rozpierzchło się, pogonione nadludzkim głosem kapłana. Przyjemnie było patrzeć, jak ci szubrawcy karleją, cofają się, jak uchodzi z nich gniew, a w ucieczce chcą osłonić się od zwierzecęgo lęku pozorami kultury. Wymówką, pomyłką, niedomówieniem. Przemyśleniem sprawy. Pokracznym ukłonem zapowiadającym zejście ze sceny. Vald chłonął to wszystko żarłocznie, przebiegając spojrzeniem po każdym, kto stanął barykadą na ostatniej drodze Profesora. Zapamiętywał twarze, ruchy i szczegóły, jakby miał odmalować każdy detal na obrazie. Gibsa praktycznie rozrysował sobie na planszy notując, jak prowadzi kończyny, jak odgina się w tył przy wzburzeniu, jak gestykuluje dłońmi i bardziej obciąża lewą nogę przy ruchu. Obserwował każdy z ruchomych punktów, dopóki nie zniknęły w cmentarnej szarości. W końcu uwolniony z napięcia, wypuścił cicho powietrze i z szacunkiem schylił głowę przed krasnoludem. Pochód mógł trwać i poniesiona na nowo trumna dopłynęła kresu drogi. Vald odstąpił od niej powoli, delikatny i należycie stonowany w ruchach. W środku czuł złość i wzbierającą żółć. Złość na bydlaków, którzy znieważyli jego przyjaciela i złość na siebie. Że nie mógł teraz skupić się na deszczowej kontemplacji śmierci, na słowach Kendry, na wspomnieniach i odpowiednio posępnym spojrzeniu przy sypaniu ziemi na trumnę. Że zamiast uspokoić myśli i wzrok, cały czas wypatrywał zagrożenia i szukał śladów Gibsowego stada. Że nie ma kontroli, jakiej od siebie wymaga. Że miota się pod emocją, zamiast dostojnie smutnieć i dać Kendrze pokrzepienie jakimś pięknym wspomnieniem o Profesorze. A nieboszczykowi, w zgodzie z tą nekromancją, którą prawdziwie się parał – historią – przedłużyć życie przez pamięć. Dobrą mową czy epitafium zapadając w głowy tych, którzy dzisiaj szli dalej. Zły na siebie, pokornie skłonił się nad trumną, sypiąc garść ziemi i odszedł w tłum. Ulżyło mu dopiero, kiedy grabarze ubili ziemię na mogile. Goście zaczęli znikać w deszczu, wzmagając ciszę i pewność, że historia Profesora dobiegła końca. – Tyle o ile, Profesorze. – Pomyślał, na krótkie mgnienie uśmiechając się pod nosem. Petros Lorrimor był człowiekiem nietuzinkowym. O ile nie lubił zadęcia i pompy, o tyle nie zwykł też traktować rzeczy, które dla innych były ważne czy święte lekko. Nawet, jeśli sam uznawał je za banialuki. Choć wielu dał się poznać jako poważny i oficjalny, nie stronił od groteski i miał poczucie humoru, które brało na rogi sprawy, jakie niektórzy obchodzili z nabożnym lękiem. Jakkolwiek Profesor współczułby każdemu znajomemu pogrążonemu w żałobie i składał wymowne kondolencje, zawsze dostojnie dojrzały w obliczu śmierci, tak Vald był przekonany, że w swoim odejściu na pewno widziałby przestrzeń na coś więcej niż lamenty. Pewnie zawczasu nie spodziewałby się, że może to być miejsce na tajemnicę i śledztwo, ale ucieszyłby się. Tak przynajmniej sądził jego dawny student, gdy znalazł się już w domu mentora, znów blisko jego pogodnego ducha, a dalej od tych, którzy chcieli go podeptać. Myśli uspokoiły się, a wspomnienia na widok tysiąca ksiąg, których znajome grzbiety Vald widział w szkolnej bibliotece chyba wieki temu zaczęły grzać. – Szanowne Panie. – Vald złożył lekki, dzielony na trzy ukłon, w stronę Kendry, niziołki i tajemniczej zakonnicy. – Szanowni Panowie. – Wielki to zaszczyt być pod jednym dachem z ludźmi, których Profesor nazywał przyjaciółmi. – Na bladą twarz wpłynął skromny uśmiech. – Jestem Vald Bendic. Przed wieloma laty byłem studentem Profesora. Jednym z wielu, pewnikiem nie wśród jego najwybitniejszych uczniów. Ale Profesor, tak oddany samemu nauczaniu, jak i nauce – co przy uczonym jego formatu mówi niemało – zawsze miał czas i serce dla studentów, których porwały jego pasje. – Zaszczepił we mnie zamiłowanie do historii i kultury tych ziem. Choć studiowałem prawo i przez parę lat to był mój zawód... – Vald niemal prychnął na odległość i dziwność wspomnienia, które przez lata stanowiło o jego osobie. – To od wielu lat żyję zupełnie inaczej. Na co dzień z dala od liter i ludzi. Jako myśliwy, można powiedzieć. – Profesor był przez te ostatnie dekady moim głosem ze świata i – powiem to z dumą, bo sam tak mnie nazywał – przyjacielem. Korespondowaliśmy, kiedy tylko się dało, co może nie było relacją tak bliską i częstą, jaka może była zaszczytem tu obecnych, ale dla mnie niezwykle cenną. – Jestem – Panie, Panowie – do waszych, jako przyjaciół Profesora, usług. Przede wszystkim zaś. – Vald symbolicznie podniósł się na ten fragment przemowy. – Pani, Pani Kendro. Ostatnie listy od Pani Ojca wzbudziły już mój niepokój, więc jeśli jest coś w jego śmierci, co można wyjaśnić, nie pozostawię tego nierozstrzygniętym. Dopytania pozostałych jasno stanowiły o tym, że oni też nie chcieli zostawiać sieroty wśród wątpliwości i nie opuszczą sprawy wypadku bez wyjaśnienia. Vald pociągnął łyk wina, pokrzepiony oddaniem przyjaciół Profesora. Tym, że wliczał się w ich grono i że nie stał sam wobec sprawy. To, że grono stanowili krasnolud, niziołka i zielonooki czarownik, a on tylko – dawny żak, którego życie rzuciło w dzicz – był zwykłym człowiekiem, nie odbierało śmiałości. Przeciwnie, pasowało do Profesora i jego historii, w której to co z ksiąg, splatało się z tym, co za miedzą.
  • MorphM

    XIII — MAIN THEME
    Original soundtrack
    ▶ LISTEN

    chicago01.png

    COLD OPEN

    Zdawało nam się, że tym razem zima nam odpuści. Już temperatury w listopadzie wyraźnie wybijały się ponad medianę z ostatnich dziesięcioleci. Jedni narzekali na globalne ocieplenia, a inni utyskiwali na brak śniegu na święta. Większość cieszyła się z braku mrozu, bo to oznaczało mniejsze rachunki za ogrzewanie. A co jak co, ale ciepły kaloryfer w tym mieście, kosztuje majątek.

    Nasze marzenia o ciepłej zimie zostały zniszczone 12 stycznia.

    Wtedy to właśnie olbrzymia śnieżyca nadciągnęła nad miasto i sparaliżowała nasze życie na prawie tydzień. Nikomu nastroju nie poprawiły ani prognozy pogody, zapowiadające odwilż w ciągu najbliższych dwóch tygodni, ani żarty, że to wszystko zemsta “Blago”, którego w grudniu sąd federalny skazał na czternaście lat więzienia za korupcję.

    Dzieciaki się cieszyły. Skakały po prawie dwumetrowych śnieżnych kopcach, budowały kolejne igloo i aż do zmierzchu toczyły bitwy na śnieżki. A ja czekałem, aż wznowią loty. Miałem się spotkać z Sandersem, aby omówić nasze sprawy. Źle się działo. Wszystko wskazywało na to, że nasze obawy były słuszne. I że ten rok będzie przełomowy .

    Pamiętacie XIII-tkę? Pewnie większość z was zna ją lepiej i wie dużo więcej ode mnie. Bez obaw, nie zamierzam robić żadnego wam wykładu, czy nie daj Boże egzaminu. Powiem tylko, czym była dla ona mnie.

    Rok dwutysięczny dla wielu był przełomowy. Dla mnie też. To właśnie w styczniu urodziła się Clara. Cały się świat przeżywał wszystko ze zdwojoną siłą. W końcu nie nie codziennie kończy się wiek. 2YK. Niby udało się nam z tym jakoś uporać, a przecież to właśnie wtedy stało się jasne, że świat nie wróci już do tego, czym był wcześniej. Pierwsze Pęknięcia pojawiły się niemal zaraz po Nowym Roku i przez jakiś czas nikt właściwie nie wiedział, czym są ani jak z nimi postępować. Różne agencje miały swoje przypadki, swoje raporty i swoje teorie. Problem polegał na tym, że żadna z nich nie miała całego obrazu.
    To właśnie XIII-tka miała go zbierać. Nie byliśmy od wszystkiego. Nie mieliśmy zastępować FBI, CIA, wojska czy służb stanowych. Mieliśmy zajmować się tymi sprawami, które nie pasowały nigdzie indziej. Tymi, przy których po przeczytaniu raportu człowiek odkładał kartkę i przez chwilę zastanawiał się, czy naprawdę chce wiedzieć, co było dalej.
    I przez kilka lat robiliśmy to dobrze. Nie idealnie. Ginęli ludzie. Popełnialiśmy błędy. Czasami podejmowaliśmy złe decyzje. Ale mieliśmy agentów, którzy potrafili wejść w miejsce, z którego inni uciekali, zebrać materiał, zabezpieczyć świadków i wrócić z czymś, co można było poddać analizie. To było ważniejsze, niż wtedy rozumieliśmy. Niż ktokolwiek mógł przypuszczać.

    W 2004 program federalny zamknięto. Teoretycznie oficjalnie powodów było aż nadto. Budżet, reorganizacja, brak jednoznacznych rezultatów. Polityka. Zwykła waszyngtońska arytmetyka.
    Nie będę udawał, że wspominam to bez emocji. Zwłaszcza że pamiętam, kto wtedy siedział w Białym Domu. Ten cały Ephraim Tyler, jakoś ten chłop nigdy mi się nie podobał. Nie chodzi nawet o jego poglądy, czy decyzje. W Białym Domu rezydowali już bardziej odjechani goście. W Tylerze było coś... Coś trudnego do opisania. Coś, co od początku wydawało mi się nie na miejscu. Jak anomalia, która nigdy nie powinna była zaistnieć, a mimo to wszyscy zachowywali się tak, jakby była czymś zupełnie normalnym.Może się mylę. Może to tylko wspomnienie człowieka, który zbyt długo pracował przy abstrakcyjnych rzeczach i przeczących prawom naszego świata rzeczach. Jakby nie było, to XIII-tkę zamknięto. I to była jedna z tych decyzji, których skutki poznaje się dopiero wiele lat później.

    Część ludzi odeszła. Część została w służbie. Niektórzy próbowali dalej robić to, co robiliśmy wcześniej, już bez oznaczeń, bez formalnego wsparcia i bez pewności, czy nie zostaną za to ukarani.
    Minęło kilka lat i zaczęliśmy odkrywać, że Pęknięcia nie zniknęły. Wręcz przeciwnie. Ich ilość i moc zdawały się zwiększać z miesiąca na miesiąc. Dzisiaj wiemy o nich więcej niż w roku dwutysięcznym. Mamy lepsze narzędzia, więcej danych i ludzi, którzy przeżyli wystarczająco długo, żeby wiedzieć, czego szukać. A jednak przez te wszystkie lata czegoś nam brakowało. Czegoś, co choć niewidoczne na pierwszy rzut oka, pozwala żyć w poczuciu jedności i sensu. Wiem, że nie każdy przepada za formalizmem, biurokracją czy drabinką hierarchii.
    Nie da się jednak zaprzeczyć, że przez te wszystkie lata cholernie brakowało nam struktur. Jednego dowództwa, które wiedziałoby, co dzieje się w kilku miejscach jednocześnie. Wspólnych procedur, wymiany informacji, dostępu do tych samych danych i ludzi, którzy potrafiliby połączyć ze sobą sprawy, które na pierwszy rzut oka nie miały ze sobą nic wspólnego.
    Piątki robiły, co mogły. Niektóre z nich działały naprawdę dobrze. Ale pięciu ludzi, nawet najlepszych, nie zastąpi całej organizacji. Nie zastąpi archiwum, zaplecza analitycznego, kontaktów, laboratoriów, ludzi w terenie i przede wszystkim kogoś, kto ogarnia całościowy obraz.
    Przez kilka lat wszyscy udawaliśmy, że da się tak pracować. W sumie nie mieliśmy innego wyjścia. Można nawet powiedzieć, że przez jakiś czas robiliśmy to lepiej niż dobrze. Tylko że Pęknięcia nie czekały, aż uporządkujemy własne sprawy. Dlatego wracamy do pomysłu, który nigdy tak naprawdę nie umarł. Nie chcemy tworzyć nowej organizacji. Chcemy tylko, żeby XIII zaczęła funkcjonować jak dawniej, nawet jeśli wciąż jesteśmy pozbawieni rządowego wsparcia.

    Zaczynamy tu, w Chicago. To miasto nie jest przypadkowe. Od pewnego czasu liczba incydentów w tym regionie wyraźnie odbiega od tego, czego powinniśmy się spodziewać. Za dużo przypadków. Za dużo podobieństw. Za dużo rzeczy, które pojawiają się w niewłaściwych miejscach i w niewłaściwym czasie. Do tego jeszcze dochodzi Mercer. Elias pochodził właśnie stąd. Tutaj pracował i właśnie w tym mieście położył fundament, na którym my chcemy dalej budować. Co prawda zostawił po sobie więcej pytań niż odpowiedzi, ale to nic. Poradzimy sobie i z tym. Wiemy, że przynajmniej jeden z serwerów IN-XIII może nadal znajdować się gdzieś w tym mieście. A to już coś.
    Nie wiem jeszcze, co znajdziemy. Może nic. Może tylko kolejny trop, który zaprowadzi nas donikąd. Ale jeśli przez ostatnie lata czegoś się nauczyłem, to tego, że nie możemy już pozwolić sobie na działanie osobno. Dlatego zaczynamy tutaj. Być może Chicago pozostanie tylko kolejnym miastem na mojej życiowej mapie, w które wbiję szpilkę z dopiskiem: „tu byłem”.

    Ale może… Jeśli przeczucie mnie nie myli, Chicago stanie się miejscem, w którym zacznie się nowy rozdział XIII-tki.

    INTERNAL / REACTIVATION NOTICE

    Po latach działania w rozproszeniu rozpoczęliśmy proces ponownej konsolidacji struktur XIII. Nie jest to próba odtworzenia programu federalnego z lat 2000–2004. Nie dysponujemy jego uprawnieniami, zasobami ani formalnym zapleczem.
    Jeżeli otrzymałeś tę wiadomość, oznacza to, że Twoja wcześniejsza służba, wiedza lub doświadczenie zostały uznane za istotne dla dalszego funkcjonowania XIII.

    Nie składamy żadnych obietnic. Nie możemy zaoferować dawnego statusu, dawnego wyposażenia ani dawnego bezpieczeństwa. Jedyne, co możemy Ci zapewnić, to możliwość działania w ramach jednej struktury, której celem jest badanie największej tajemnicy, z jaką w swojej historii zetknęła się ludzkość. Brzmi patetycznie? Oczywiście, że tak.
    W XIII wierzymy jednak, że nasza praca, choć przez lata lekceważona, ma sens i znaczenie. Nie tylko dla naszego kraju. Być może również dla każdego, kto będzie musiał żyć ze skutkami tego, co próbujemy zrozumieć.

    Jeżeli zdecydujesz się odpowiedzieć, dalsze informacje zostaną przekazane podczas bezpośredniego spotkania.

    XIII nadal istnieje. Pytanie brzmi, czy chcesz być jej częścią?

    OBSERVE RECORD ARCHIVE
    CONCLUSIONS WILL COME LATER

    Live & Die In Chicago

    Śnieg zaczął padać jeszcze przed świtem. Henry Joyner, którego ziomki na kwadracie wołali HJ, stał przy drzwiach. Przez małe okienko wyglądał na ulicę. Wysoki śnieżne zaspy i rozdeptana błotna breja na chodniku, nie zachęcały do spacerów. Cierpa już zamówił, ale cały czas zastanawiał się, czy naprawdę musi dzisiaj wychodzić z domu. Tonny, Rico i Mike pewnie już odpalali bongo, a on miał szlajać się z jakimś białasami z Europy, by im pokazać miasto.
    Jak większość South Sider, HJ nienawidził zimy w Chicago. Nie przez mróz, czy śnieg. Nawet nie sam wiatr znad jeziora, wkuriwał go najbardziej. Dopiero kumulacja tych zjawisk sprawiała, że miasto potrafiło przez kilka dni udawać, że przestało działać. A to doprowadzało go do białej gorączki. Ulice pustej, jakby właśnie zaczęłq się apokalipsa zombie. Zamknięte szkoły. Sklepy pozbawione dostaw i zamknięte lotnisko, że nawet nie dało się stąd uciec na Hawaje.
    W końcu złapał za klamkę i ruszył. Nie znosił tej pracy, ale z czegoś trzeba było płacić rachunki.

    Samochody wlokły się niemożebnie po zaśnieżonych ulicach. Autobusy stały w kilometrowych korkach i wyglądały, niczym blaszane robale wijące się pomiędzy szklanymi wieżowcami. Kierowcy klęli na czym świat stoi, a nieliczni przechodnie przemykali między zaspami z głowami pochowanymi w kołnierzach i kapturach . Chicago o tej porze roku nie przypominało miasta z pocztówek. I dobrze, bo te lukrowane sweet focie pokazywały zakłamany obraz metropolii.
    HJ obserwował sparaliżowane miasto, raz po raz wycierając zaparowaną szybę. Taksiarz odpalił ogrzewanie na maksa, przez co chłopak czuł się jak w jakiejś jebanej saunie. Myślami uciekł do czekającej na niego grupie turystów. Doskonale wiedział, co będzie musiał im powiedzieć.
    Chicago. Założone w XIX wieku na styku szlaków handlowych i jeziora Michigan. Miasto, które wyrosło dzięki kolei, przemysłowi i handlowi. Wielki pożar 1871 roku. Odbudowa. Drapacze chmur. Architektura Louisa Sullivana. Frank Lloyd Wright. Millennium Park. Cloud Gate. Navy Pier. Magnificent Mile. A potem pewnie ktoś zapyta o gangsterów. Wtedy pojawi się Al Capone. HJ uśmiechnął się pod nosem. To zawsze działało.
    Chicago bardzo lubiło opowiadać o sobie przez budynki, pomniki i ludzi, którzy dawno nie żyli. Być może dlatego, że z tymi, którzy żyli zawsze był jakiś problem. Miasto miało swoją oficjalną historię. I drugą, której nie drukowano na folderach.
    Kiedyś jej głosem był jazz. Chicago miało swoje kluby, piwnice, małe bary i miejsca, w których muzyka zaczynała grać o zmierzch, a ostatnie nuty bandy wygrywały dopiero wtedy, kiedy pierwsze pociągi odwoziły robotników do fabryk. Jazz znalazł własny język, a kolejne pokolenia muzyków budowały z niego coś, co brzmiało zupełnie inaczej niż w Nowym Orleanie czy Nowym Jorku. Wiedział już nawet, jak to im opowie...
    Wyrosły z archaicznych, afrykańsko-kreolskich korzeni Nowego Orleanu, w chropowatym krajobrazie Chicago zyskał niespotykaną dotąd nerwowość, architektoniczną precyzję oraz surowy, miejski dramatyzm. Tradycyjne, zbiorowe improwizacje ustąpiły tu miejsca gorączkowym, pełnym wirtuozerii popisom solowym, w których sekcja dęta zniecierpliwionym tonem opowiadała o tęsknocie, wolności i mrocznych zaułkach Miasta Wiatru. Taa… oczami wyobraźni już widział te rozdziawione białe gęby, zdziwione, że czarnuch potrafi tak nawijać.

    Teraz puls miasta bił w innym rytmie i nie dudnił już w zadymionych klubach. Jego echo słychać było na każdym osiedlu i w samochodach stojących pod blokami. W słuchawkach dzieciaków jadących autobusem. W drillowych numerach, które powstawały kilka ulic od miejsc, do których turyści przyjeżdżali robić zdjęcia.
    HJ znał oba oblicza Chicago. To z folderów. I to, którego foldery nie pokazywały. Dorastał w miejscu, gdzie człowiek bardzo szybko uczył się, którymi ulicami lepiej nie skracać sobie drogi i o której godzinie lepiej nie wychodzić z domu. „Terrortown” - tak przez lata nazywano część tego świata. Wygodna etykietka. Łatwo było nią opisać całe osiedla, wrzucić ludzi do jednej szuflady i potem udawać, że problem został wyjaśniony. HJ wiedział, że to bzdura.
    Każde miasto ma swoje granice. Chicago posiada ich tak wiele, że aż trudno wszystkie wyliczyć i zapamiętać. Rzeka. Lake Shore Drive. Linia kolejowa. Autostrada. Osiedle, czy kod pocztowy. Czasami przecznicę dalej rozciąga się terytorium, gdzie możesz oberwać kulkę za swoje pochodzenia. A jednak wszystko było ze sobą połączone w jedną tkankę. Jedno miasto, które napawało dumą, każdego mieszkańca.

    Taksówka minęła Grant Park. Za drzewami, pomiędzy budynkami, pojawiła się szara tafla jeziora Michigan. Jezioro zimą wyglądało jak coś, co zostało do niego przyklejone, jak jakiś nowotwór. Ogromne, zimne i obojętne. Latem Chicago patrzyło na nie jak na własne wybrzeże. Zimą nie chciało się do niego przyznawać i traktowało, jak nieproszonego gościa, który nie chce się wynieść.
    HJ spojrzał przez szybę na ludzi stojących na przystanku. Turysta z aparatem. Kobieta z zakupami. Dwóch szczyli w puchowych kurtkach i czapkach z czerwonym bykiem. Facet rozmawiający przez telefon. Starsza kobieta wlokąca stopy przez śnieżne błoto.
    Tysiące historii. Każdy człowiek gdzieś jechał. Każdy czegoś chciał Każdy coś przed kimś ukrywał. I właśnie to lubił w Chicago najbardziej. Nie Willis Tower. Nie Wrigley Field. Nie Millennium Park. Ludzie, to oni sprawiali, że to miejsce było tak wyjątkowe. Prawdziwe miasto nie miało prawie nic wspólnego z tym, co pokazywało turystom. Jego życie tętniło w ciemnych zaułkach, w ciasnych mieszkaniach w socjalnych blokach, pod nocnymi sklepami. W barach o których nie wspominały przewodniki. W samochodach dilerów stojących na rogach. W muzyce dobiegającej zza zamkniętych drzwi. W miejscach w które nie miały co prawda rządowego zakazu, ale lepiej było ich nie fotografować.
    HJ spojrzał na zegarek. Za dwadzieścia minut miał zacząć opowiadać grupie turystów o historii Chicago. Pewnie znowu ktoś zapyta o Al Capone. Pewnie znowu będzie musiał odpowiedzieć. Westchnął ciężko, wciskając głębiej dłonie w kieszenie puchówki.
    Chicago miało prawie dwieście lat oficjalnej historii. Tej prawdziwej nie dałoby się zmieścić nawet w kilku książkach. HJ poprawił kaptur i pomyślał, że może właśnie dlatego nigdy nie przestał nawijać. Historyk opisuje to, co już się wydarzyło. Raper rymami zapisuje kronikę tego, co dzieje się teraz. Jebany liryczny pamiętnik. HJ uśmiechnął się pod nosem. W głowie znowu zabrzmiał mu Keef - ten charakterystyczny, bezczelny rytm, brzmiący jak ostatnie ostrzeżenie.

    But nigga I'm three hunna
    Click clack, pow, now he running.
    Bang! Bang!

    THE FIFTH

    Porucznik Emil Ferguson to on był człowiekiem, który zebrał ich razem. Nim się spotkali pod jego egidą, nie znali się. Przynajmniej nie na tyle, żeby mówić o jakimkolwiek koleżeństwie, czy przyjaźni. Każde z nich miało własną historię, własne kontakty i własny powód, dla którego Ferguson uznał, że może się przydać XIII. Łączyło ich przede wszystkim to, że z jakiegoś powodu zdecydowali się odpowiedzieć na jego propozycję i sprawdzić, czym naprawdę było to, co zaczęło się wraz z początkiem dwutysięcznego roku i trwało do dzisiaj.
    Porucznik przeprowadził z każdym z nich wstępną rozmowę, sprawdził dokładnie przeszłość i ostatecznie połączył w grupę, którą zaczęto nieformalnie nazywać Piątką Fergusona. W raportach mówili o sobie Double F Team.

    Ich pierwsze spotkanie miało w sobie coś z taniego filmu szpiegowskiego. Ferguson wysłał im zakodowane dane lokalizacyjne i czas spotkania. Musieli prezentować się niezwykle komicznie, gdy zwartą grupą przemierzali o dziesiątej wieczór alejki Jackson Park. Wtedy też poznali Beckę Piccardi. Widok łączniczki na wózku zaskoczył ich, ale nikt nie dopytywał ani o jej kompetencje, ani przeszłość. Zaufali Fergusonowi tak, jak i w innych kwestiach.

    Od tamtej pory pracowali razem, choć słowo „pracowali” było zdecydowanie na wyrost. W pierwszych tygodniach ich kontakt ograniczał się tylko do kilku telefonów i wymiany wiadomości mailowych. Większość z nich nie tak wyobraża sobie powrót do pracy w XIII-tce. Nie było przesłuchań,wizji lokalnych, obserwacji podejrzanych miejsc, czy osób. Tak naprawdę, to nie mieli żadnej oficjalnej misji. Ich praca ograniczyła się tylko do zbierania informacji.
    Przeglądali stare raporty. Katalogowali materiały, które dostarczył im Ferguson, a które przez lata krążyły między różnymi rządowymi instytucjami. Porównywali przypadki, szukali powtarzających się schematów i próbowali uporządkować archiwa, których nikt wcześniej nie miał czasu albo możliwości porządnie przejrzeć.
    Czasami udawało im się natrafić na coś interesującego. Ale nawet wtedy nie podejmowali żadnych kroków. Składali raport Fergusonowi, a ten tylko kazał im kontynuować kwerendę.
    Znali się więc, ale raczej tak, jak poznają się ludzie pracujący przy jednym projekcie. Nudnym projekcie, dodajmy.
    Wiedzieli, kto jest dobry w analizie, a kto potrafi wyszukiwać brakujące informacje rozsiane po różnych dokumentach.. Wiedzieli, kto spóźnia się na spotkania, kto pije za dużo kawy, a kto potrafi przez trzy godziny siedzieć nad jednym raportem. Nie wiedzieli natomiast jeszcze, jak działają jako grupa, a zwłaszcza w sytuacji, gdy zaczyna się robić niebezpiecznie.
    Nie wiedzieli tego, bo zwyczajnie nie mieli jeszcze okazji się o tym przekonać.

    Ich „baza” również nie przypominała miejsca, w którym można byłoby spodziewać się tak szumnie zapowiadanego początku nowej XIII. Mieściła się ona na ostatnim piętrze zamkniętej lata temu fabryki tekstylnej przy Calumet Avenue, dosłownie rzut beretem od Burnham Harbor. Budynek wzniesiono w latach, kiedy Chicago przeżywało erę boomu przemysłowego. Gmach był pamiątką po dawnej potędze miasta z czasów, gdy całe żyło ono rytmem fabryk, kolei i portu. Czerwona cegła, stalowe belki, żeliwne podpory i wysokie sufity przypominały o epoce, gdy pracowały tu setki ludzi, a z wysokich okien roztaczał się widok na szarą taflę Michigan i dymiące kominy pobliskich fabryk.
    . Teraz większość budynku stała pusta i zaniedbana. Jedynie parter i ostatnie piętro było wyjątkiem.Kilka pomieszczeń zostało zaadaptowanych na potrzeby XIII. Nigdzie nie widniał żaden szyld, czy oznaczenie wskazujące na oficjalny charakter tego miejsca. W kącie wysokiej hali, za prowizorycznymi przepierzeniami ustawiono kilka biurek, metalowych szafek oraz stoły uginające się pod ciężarem zakurzonych akt. Na tle całości mocno wyróżniało się jedynie stanowisko Becki. Długie biurko obstawione monitorami, drukarkami, skanerami i całą masą komputerowego sprzętu, którego nie można było dotykać bez pozwolenia właścicielki.
    Całość dopełniał kącik socjalny w skład którego wchodziła wysłużona skórzana kanapa, piłkarzyki oraz kuchenny blat z mikrofalówką i turystyczną lodówką.
    Za to największe wrażenie robiłu i tak okna. Ogromne, sięgające stropu i składające się z dziesiątek mniejszych szybek, oddzielonych cienkimi metalowymi ramami. W dzień wpuszczały do środka tyle światła, że cała przestrzeń wydawała się większa, niż była w rzeczywistości. Wieczorami z kolei odbijały neony i światła ulic, dając wrażenie, jakby człowiek siedział zawieszony wysoko nad miastem. Panorama Chicago i widok na jezioro zapierały dech w piersiach.

    Tego dnia widok za oknem rozciągała się tylko nieprzenikniona biel Obfite opady śniegu nie tylko pokrywały dachy, ulice i samochody, ale przesłoniły całkowicie widok na jezioro. Właśnie w takich okolicznościach mieli się spotkać. Po raz pierwszy nie po to, żeby przeglądać cudze raporty, czy katalogować dokumenty z przeszłość.
    Tym razem Ferguson chciał od nich czegoś więcej.

    OPERATIONAL BRIEFING

    |=Hernandez stawił się w biurze, jako pierwszy. Przez ogromną halę pociągnął mroźny wiatr o dszybu windy. Na szczęście Becka odkręciła już grzejniki przez co w kąciku socjalnym, bez obaw o przeziębienie można było ściągnąć kurtkę.
    Po kilku minutach dołączył do niego Tanner. Mężczyźni przywitali się uściskiem dłoni.Analityk rozejrzał się po hal=|i.
    -Becki nie ma? - zapytał.
    -Chyba musiała wyskoczyć do sklepu. Kawa się skończyła - odparł Alejandro, unosząc w górę kubek z którego wydobywały się kłęby pary - Ale jest jeszcze herbata. Co prawda tylko zielona, ale jak chcesz to ci zrobię.
    -Nie dzięki. Nie trzeba.
    -Ciekawa sprawa z tym mailem od Fergusona, nie?
    -Fakt. Ton poważny, jakby informował rodzinę o śmierci ukochanej babci.
    -Myślisz, że czeka nas jakaś poważna akcja?
    Hernandez nie zdążył odpowiedzieć, gdy z windy wyszedł Daniel Mercer. Były wojskowy ściągnął rękawiczki i cisnął je na stół. Przywitał się z pozostałymi i od razu wypalił:
    -Gotowi? - zapytał “Static”
    -Myślisz, że zostaliśmy wezwani na odprawę operacyjną? - dopytał Tanner.
    -Ty masz jeszcze wątpliwości? - wyciągnął telefon i przeczytał na głos maila od Fergusona.

    |=*Chłopaki,
    Spotkanie dziś wieczorem w biurze.
    Becka będzie na miejscu o 18:00 i ma dla was kilka rzeczy do omówienia. Tym razem nie chodzi tylko o archiwa, więc proszę, żebyście potraktowali to poważnie. Obecność obowiązkowa.
    Niestety nie będę mógł do was dołączyć osobiście. Przez pogodę nie tylko lotnisko w Chicago jest zamknięte. Becka wie wszystko, więc to ją pytajcie o szczegóły. W razie „W” znacie numer.

    Do zobaczenia,
    Emil*=|

    Słowa ich nieformalnego dowódcy brzmiały wystarczająco dziwne, żeby przypuszczać, że faktycznie może ich czekać działanie w terenie. Do tej pory Double F Team nie miał nawet własnej sprawy. Ich praca polegała na przeglądaniu dokumentów, katalogowaniu materiałów i zestawianiu ze sobą informacji pochodzących z różnych archiwów. Owszem, czasami trafiali na rzeczy, które mogły zainteresować XIII, ale kończyło się to zazwyczaj kolejnym raportem i poleceniem dalszej kwerendy.
    Gdy po chwili dołączyli do nich Jonson i Mullis dyskusja o powodzie wezwania rozgorzałą na dobre.
    Na zewnątrz nadal padał śnieg. Grube płatki uderzały o szyby i znikały gdzieś w białej otchłani za oknami. W środku było ciepło, choć ogrzewanie pracowało nierówno i w jednym końcu hali panował nieprzyjemny zaduch, podczas gdy przy oknach ciągnęło chłodem.
    Radio stojące na jednej z szaf grało cicho.
    -...i właśnie dlatego zawsze będę twierdził, że Chicago miało własne brzmienie - głęboki, basowy głos spikera wytrącił ich z rytmu - Nie chodzi tylko o styl. Chodzi o charakter. Posłuchajcie sobie starych nagrań Armstronga, Ellingtona albo tych wszystkich gości, którzy grali tutaj w klubach, kiedy nie istniał jeszcze Spotify, czy my space. Ta sama energia, ten sam bunt, który dzisiaj słyszymy w drillu.
    Krótkie dźwięki saksofonu wypełniły ciszę pauzy.
    -Inne czasy, inne instrumenty, inne dzielnice, ale zasada pozostaje ta sama. Prawdziwa muzyka porusza do żywego i mówi o życiu ludzi więcej niż mielenie jęzorem przez kongresmenów czy senatorów.
    Jakby na dowód jego słów z tła zaczął coraz głośniej wybrzmiewać kołyszący bit.
    -A skoro już mowa o naszym ukochanym mieście, mam dla was świetne wieści. Jeśli kogoś czekał zimowy spacer z teściową po Navy Pier, to spokojnie możecie zmienić plany. NWS nie przewiduje poprawy. Śnieżyca utrzyma się co najmniej przez kilka kolejnych dni. Widoczność pozostaje fatalna, część dróg jest nadal zamknięta, a służby apelują o ograniczenie podróży do absolutnego minimum…
    Mullis ściszył radio znowu a rozmowa przez kilka pierwszych minut krążyła wokół pogody.
    Minęło kolejne dziesięć minut.Rozmowa zaczęła się urywać, a zniecierpliwienie coraz mocniej rysowała się na twarzach zebranych.
    -Może do niej zadzwonimy - zaproponował Jonson.
    I właśnie wtedy z końca hali dobiegł charakterystyczny dźwięk. Ding. Winda. Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę. Drzwi rozsunęły się powoli.
    Pierwsza wysiadła Becka Piccardi. Elektryczny silnik jej wózka szumiał cicho, niczym drzemiący kot. Tuż za nią podążała kobieta, której żadne z nich wcześniej tutaj nie widział.
    Becka zatrzymała się przy białej tablicy na której zapisywali kolejność katalogowanych akt. Nie dała im nawet jednej sekundy na pytania. Od razu przeszła do rzeczy.
    -Siadajcie, chłopaki. Nie ma czasu.
    Spojrzała na pięciu mężczyzn, potem na stojącą przy jej boku rudowłosą kobietę.
    -To jest Vivienne Ashcroft.
    Kobieta za nią skinęła głową i uśmiechnęła się na powitanie.
    -A my mamy sprawę do omówienia.
    Becka sięgnęła po telefon i zerknęła na niego dyskretnie, jakby chciała sprawdzić czy nikt się z nią nie kontaktował.

    -Dwa dni temu Ferguson miał spotkać się z agentem prowadzącym śledztwo w sprawie zaginięć. O'Hara nie zjawił się na umówionym miejscu.
    Przerwała na moment.
    -Ferguson próbował się z nim skontaktować. Bezskutecznie.
    Spojrzała po twarzach zgromadzonych przed nią mężczyzn.
    -Jego telefon nie odpowiada, a samochód został odholowany na policyjny parking.
    W hali zrobiło się cicho. Becka zerknęłą z ukosa na kobietę stojącą obok niej.
    -Tak się składa, że Vivienne była ostatnią osobą, z którą kontaktował się O'Hara.


    Vivienne spojrzała na Alejandro z wyraźnym zaskoczeniem, kiedy ścisnął jej ramię. Przez moment miała ochotę zaprotestować, że przecież nie ma pojęcia, czy FBI rzeczywiście podsłuchuje telefon Granta, ale widok jego skupionej twarzy powstrzymał ją przed komentarzem. Odprowadziła go wzrokiem, kiedy ruszył w stronę balkonu, przez chwilę ważąc jego słowa i zastanawiając się czy mężczyzna ma rację z tymi podsłuchami i czy powinna dzwonić do Becki. Nie była przecież agentem XIII – i tak była tutaj na doczepkę. Westchnęła, wyjęła telefon z kieszeni płaszcza i wybrała numer. – Hej, tu Viv. Coś dziwnego się właśnie wydarzyło… Wyszli z budynku na mroźne, zimowe powietrze, które bezlitośnie wdarło się w poły płaszcza Vivienne. Ciaśniej się nim owinęła i naciągnęła czapkę na głowę zanim skierowali się powoli do miejsca gdzie zostawili auto. Przez chwilę szli w milczeniu. W końcu Viv powtórzyła pytanie na które nie dostała odpowiedzi w atrium: – Uwierzyłeś w tę historię z Lionelem Grantem? Że to niebezpieczny ćpun i wariat? Trochę dziwne, że FBI podsłuchiwałoby telefon zwykłego wariata… Swoją drogą dlaczego się nie pojawił? Myślisz, że wiedział o FBI i ich pojawienie go spłoszyło?
  • Pipboy79P

    Oki to witam nowych/starych graczy w ostlandzkiej, wojennej przygodzie 🙂

    Pi x oko wznowienie sesji zacznie się w podobnym momencie gdzie akcja skończyła się poprzednio. A skończyła się na nocnym ataku zwierzoludzi na obóz regimentu. Teraz mamy poranek po tym ataku. I do tego nawiązuje scenka z rekruty.

    Co do mojego misiowego posta to nie wiem czy uda mi się w work days go napisać. Jeśli tak to się uda, jak nie to będzie w weekend. Więc na razie witam serdecznie i cieszę się, że będziemy mogli kontynuować tą przygodę 🙂

    I mam na początek pytanie do Was. Czy wolicie pisać w tym wątku przeniesionym z LI czy tamten przenieść do archiwum i tutaj zacząć nowy wątek.

    A jeśli Wy macie do mnie jakieś pytania czy uwagi to dajcie znać ocb 🙂


    Czołem! Dałem potężny edyt do swojego posta. Przepraszam że tak zmieniam.
  • slann22S

    Cynthia

    • Odnoszę wrażenie, że co prowincja to inne trucizny. O Ariyannie mówią, że mężowie muszą być dobrzy dla żon, bo mają za dobry dostęp do trucizn. O Hematycie, że to "gniazdo żmij".
      Alma raczyła mi powiedzieć, że Filomena HArvest jest wielce miłą osobą, skoro poczęstowała ją czekoladką. JEDNAK mam paskudne wrażenie, że Filomena zrobiła to dla czystej zgrywy. Harvestom dałam do zrozumienia, żeby sprawdzili swoją fabryczkę czekoladową czy kogoś nie wkurzyli. Bo niestety będą pierwszymi podejrzanymi jeśli dojdzie do kolejnego otrucia.

    Slann
    Farash Pokiwała głową znacząco, a potem się zamyśliła i powiedziała z wielką ostrożnością.

    • U nas to raczej taki sport, bo większość i tak potrafi się w ten czy inny sposób zabezpieczyć przed otruciem, ale musisz zrozumieć że dla nas truciznę były też sposoby na przetrwanie. Pamiętaj że nasz kraj dopiero niedawno przyłączył się do smoczego imperium a niestety trucizny to najlepszy sposób za walkę ze smokiem… I tak, u nas są trucizny, którymi można zabić smoka.

    Cynthia
    Cynthia również pokiwała głową:

    • Mój brat by się zachwycił- w dzieciństwie próbował zyskać odporność na trucizny. Jakoś go odratowaliśmy [/A w Ariyannie poznałam 2 rody szlacheckie, które zawdzięczają szlachectwo otruciu Chimery. Chociaż podaję pod wątpliwość jak bardzo były wielkie- jak nic ich potomkowie wyolbrzymiają z każdym pokoleniem. A jeden student za wynalezienie odtrutki. Co prowincja to inna trutka, a i żeby pokonać Chimerę trzeba coś o sile rażenia wystarczającej na smoki.

    Ja z kolei nie zamierzam, żeby z trudem osiągnięty sojusz zniweczył niewydarzona dziewucha, która uważa, że coś udowodni bawiąc się truciznami. Władzę jakiej nie miała jako bękart marionetkowego króla? Jak w Ashgaracie stoicie z prawami dzieci z nieprawego łoża?

    Slann
    Farasz uśmiechnęła się i powiedziała.

    • Mój brat kazał mi uderzać po głowie, aby uodpornić się na ból, aż do czasu gdy rodzice nam tego zabronili… Teraz pilnuję podziemi pod zamkiem, aby przypadkiem nic się stamtąd nie wydostało… Wiesz, u nas podziemiach żyją naprawdę straszne potwory! Niektórzy mówią, że trzymano tam niegdyś chimery, a inni że Potwory które miały z nimi walczyć, albo walczyć ze smokami! - Rycerka zamyśliła się przez chwilę, A potem dodała.
    • My mamy trucizny zdolne wytruć całą salę balową, a w odpowiedniej ilości całe miasteczko… Za najgroźniejszy uznawany jest pyłek szarego lotosu, chociaż to tak naprawdę grzyb, który sprawia że na kilka minut ludzie wpadają w szał, i próbują zabijać wszystko wokoło i często w trakcie pęka im serce z wysiłku, A nawet jeśli nie to często mają połamane lub doznają uszkodzeń mózgu. - Potem się zamyśliła, i powiedziała uśmiechając się szeroko. - Możesz dać jej środek na przeczyszczenie na przyjęciu, ewentualnie sprawić żeby ją oskarżono o zdradę małżeńską… Znam kilka naprawdę uwodzicieli i uwodzicielek… Nie w ten sposób!

    Cynthia
    Cynthia machnęła ręką również się uśmiechając:

    • Och miałam też swoje kontakty wśród uwodzicieli w Ariyannie. Płci obojga. Świetni są w wyciąganiu informacji, czy poznawaniu ludzi od innej strony niż pokazują przede mną. Niestety obstawiam, że może nie zadziałać na Harvestów. Wyrobili osobne mięśnie na utrzymywanie swoich masek w ryzach.

    Nie ma co Szlachetna silić się na tłumaczenie- zarządzanie prowincją, terenami z potworami wymaga pewnych działań. Ariyanna leży przy Niezamylanym Wyłomie- po prostu raz na jakiś czas coś z nich wypełźnie, tylko nie zawsze da się przewidzieć jak silne. Nie mówiąc, że jak ma dojść do negocjacji z dobrymi kompromisami dla obu stron, jeśli obie strony nie postrzegają siebie nawzajem za równe w sile?


    O Alchemii rozmowa -Coś gorszego niż próba przedłużenia młodości i życia?- spytała Cynthia. Ostatecznie szepnęła swojemu mężowi do ucha- Takie, że wolisz opowiadać kiedy dzieci nie ma w pobliżu? Kwestia Smoków Ruggiero-Berenger westchnęła równie ciężko. -Rozumiem, że zbyt wiele razy próbowałeś uniknąć losu, aby go ignorowac. Jak i twoja matka nie zamierza zrezygnować. Nigdy nie wiadomo kto naprwdę wróci z Wyspy, może tobie akurat się uda.
  • slann22S

    Było już późne popołudnie, słońce zmierzało już ku horyzontowi gdy we Wielkiej i wspaniałej rezydencji rodu Newman, Gdzie rodzina właśnie zbierała się do zjedzenia obiadokolacji. U szczytu wielkiego stołu zasiadał dziadek Mathew Newman. Patriarcha rodu posiadał długie wąsy, i siwe włosy opadające na kart z łysiejącej głowy. Wąsy i nos dominowały na jego zazwyczaj zaciętym obliczu. Miał zgarrbioną sylwetkę od wielu lat pracy przy wydobyciu boksytu. Dłonie były wykrzywione przez reumatyzm, ale nadal tliło się w nim bardzo wiele dawnego wigoru. Nosił surdut zupełnie nie pasujący do niego, który wygląda jakby na nim wisiał. Pracowicie jadł królika w sosie śmietanowo marchewkowym, dzisiejszy posiłek.
    Po jego prawej stronie zasiadał jego syn Sergius. Potężnie zbudowany człowiek, z dużymi jak u ojca wąsami, który który w młodości pracował w kopalni i na ranczu rodzinnym, a teraz zajmował się administrowaniem rodzinnego biznesu. Obok niego siedziała jego żona Kate, dobrze zbudowana kobieta o słomianych włosach, matka trójki żyjących dzieci.
    Naprzeciw niej zasiadał wysoki żylasty mężczyzna czyli Jacob Newman, brat Sergiusza który niedawno wrócił ze swojej wyprawy do dziczy. Miał na plecach nadal skórę lwa, którego ustrzelił, Dalej siedziała Shan Dhar, dosyć wysoka kobieta w wieku dwudziestu pięciu lat o migdałowych oczach, oraz, co było Nietypowe u ludzi o takich rysach twarzy, Rudych włosach i błękitnych oczach. Mówiła z dziwnym akcentem i podobno pochodziła z Południowej dziczy. Wróciłaś się podobno ja ci pomniejszę i rodziny która osiadła poza kotliną, i została asystentką podziękowa ale też pomagała Zarządzaniu dworem. Niektórzy szeptali na jej temat, niezbyt pochlebnie, ale Kate bardzo ostro broniła honoru tej dziewczyny.
    Dalej stała Stacy Newman, a obok tej jej siostra Stephanie, ubrana we wściekle różową sukienkę, co wywoływało podejrzenia całej jej rodziny bo wszyscy znali jej zdanie temat takich ubrań. Naprzeciw nich zasiadał Ich kuzyn Mark, Miły chłopak, syn Jacoba, Rok temu stracił matkę, chociaż jego rodzice nigdy nie darzyli się zbytnią sympatią, Co za nią bardzo tęsknią.
    Na końcu się siedziało dwoje najmłodszych członków rodu czyli Thomas i Antonia Newman.
    Antonia była żywiołową dziewczynką z warkoczykami, a Thomas jedenastoletnim chłopcem który bardzo lubił przypominać o tym, że jego zdaniem jest dziedzicem i przyszłości ogrodu. Był tutaj jeszcze kamerdyner Rashe, Terisianin którego wujek dokonał sławnego zamachu w domu Ladrianów, i który myślał, że Służąc z rodziny nowobogackich znajdzie pracę do czasu aż ludzi zapomną o tamtym wypadku, kompletnie nie przypuszczał jednak że trafi do takiej rodziny…
    Stacy tuż przed obiadem otrzymała list nieznanej osoby mówiące że koło dziesiątej powinna znaleźć się na Polach Odrodzenia, w zagajniku Ostatniego Tańca…
    - Wnusiu, Mam dla ciebie wspaniałą wiadomość! - powiedział Matthew Newman. * - Umówimy cię na wieczorek zapoznawczy z Landelem Hastingsem, ostatnio dziedzicem rodu! Powinniście się dogadać, bo jego matka też pochodziła… No sama wiesz, tak jak twoja!-
    Jacob uniósł brew i zapytał.
    *- Czy to nie ten chłopak, który podobno jest w tak złym stanie zdrowia, że od dziesięciu lat Umiera.-
    Dziadek pokiwał głową zadowoloną miną i powiedział zachwyconym głosem.
    *- No właśnie Chłopak szybko umrze, a potem Stacey odziedziczy tytuł i majątek! - **Zachichotał złośliwie a potem jeszcze dodał. - Jak się dziewczyna postara, to jeszcze w czasie w nocy poślubnej. -
    Zapadło na chwilę bardzo głębokie milczenie, a potem Sergiusz powiedział.
    - Moja córka wyjdzie za kogo chce! -
    *- Ważne tylko, żeby tylko się o nią troszczył! - dodała Kate
    - Przepraszam że się wtrącam, ale człowiek, o którym mówią że umiera od dziesięciu lat, zapewne osiągnął absolutne mistrzostwo w nie umieraniu! - Powiedziała Shan bardzo łagodnym i spokojnym głosem nie odrywając wzroku od talerza.
    Kolacja trwała dalej, zakończyła się podaniem lodów na deser, które dziadek kazał podać rozpuszczone, bo nie po co wydaje pieniądze na ogrzewanie mieszkania aby potem chłodzić się jedzeniem zamarzniętego pożywienia!

    Gdy zapadała Zmierzch, to zaczęła się po cichu szykować do drogi, zwłaszcza że i tak większość rodziny, a zwłaszcza jej tata Byli zajęci. Wtedy to przebieralni wszedł chłopiec, w kaszkiecie i stroju robotnika, i dopiero po chwili rozpoznała że to Stepanie.
    - Widziałam jak dostałaś list… Idę z tobą! Potrzebna ci porządna nieprzyzwoitka! -


    Rozmowa z uroczą szwagierką Hitomi Uśmiechnęła się i powiedziała łagodnym głosem. - Dlatego powinnaś udać się do prasy. Ja tak zrobiłam z moją siostrą i wszyscy wiedzieli jakim ona jest potworem. Pamiętaj, kobieca Solidarność jest najważniejsza.- W ciemności - Szłam za naszą przyszłość szwagierką, gdzie zobaczyłam że gdzieś idzie za księciem i mam nadzieję ich Przyłapać! - Powiedziała jej siostra wyrywając się i i wskazałabym ciemny opustoszały boczny korytarz.
  • NamiN

    Letni obóz, lata 90. — czy byliby chętni? 🏡

    USA? Polska?

    Do głowy przyszedł mi pomysł na sesję RPG osadzoną w Stanach Zjednoczonych lub Polsce (jak wolicie), w klimacie lat 90. Gracze wcieliliby się w młodych opiekunów obozu letniego nad jeziorem, czyli nastolatków w wieku 16–18 lat.

    Plan jest taki, że bohaterowie przyjeżdżają na miejsce kilka dni przed rozpoczęciem turnusu, aby przygotować ośrodek na przyjazd dzieciaków. Sprzątanie domków, sprawdzanie i konserwacja sprzętu, przygotowywanie pokoi, układanie planu zajęć czy wymyślanie atrakcji dla przyszłych podopiecznych — ot, zwyczajne obowiązki wakacyjnej kadry.

    Oczywiście to przede wszystkim kontekst fabularny. Nie zamierzam zmuszać graczy do faktycznego układania harmonogramów czy organizowania dzieciakom zabaw, ale nie ukrywam, że każdy przejaw kreatywności z Waszej strony bardzo bym doceniła!

    Chciałabym, żeby sesja miała początkowo charakter młodzieżowej obyczajówki. Wakacyjne znajomości, pierwsze zauroczenia, konflikty, imprezy przy ognisku, wypady nad jezioro, drobne sekrety i wszystko to, co może wydarzyć się, kiedy grupa nastolatków spędza razem lato z dala od rodziców. No chyba, że wolelibyście coś szybszego, to wtedy nie byłoby czasu.

    Nie będzie to wyłącznie sielankowa opowieść. Z czasem pojawiłyby się elementy tajemnicy, niepokoju i horroru, inspirowane klasycznymi młodzieżowymi slasherami. Nie chciałabym jednak zdradzać zbyt wiele, ponieważ odkrywanie tego, co dzieje się w okolicy obozu, byłoby częścią zabawy.

    Zależy mi na swobodzie odgrywania postaci, budowaniu relacji i decyzjach, które faktycznie wpływają na przebieg wydarzeń. Nie planuję też od razu rzucać bohaterów w wir niebezpieczeństw — chciałabym dać im trochę czasu, żeby poczuli wakacyjny klimat i zdążyli się ze sobą zżyć.

    I tutaj pytanie do Was: czy taki pomysł na sesję w ogóle by Was zainteresował? Czy znaleźliby się chętni do zagrania? 🔪

    W przypadku spokojnej teen dramy harmonogram byłby mniej/więcej taki:

    8 czerwca (niedziela) — Przyjazd opiekunów wieczorem
    9–11 czerwca (poniedziałek - środa) — Przygotowanie obozu
    12 czerwca (czwartek) — pierwsza noc, kiedy "coś się zadzieje"
    13 czerwca (piątek) — Coraz dziwniej
    14-15 czerwca — Planowany przyjazd dzieci

    text alternatywny


    Ponieważ Marika dokonała tutaj analizy systemu i zestawiła szansę i liczby, które przemawiały mocno za zbytnią łatwością, pochyliłam się lekko nad mechaniką. Bardzo mi zależy na zostawieniu własnej, wymyślonej mechaniki, nie na korzystaniu z gotowej i przerabianiu jej. Czemu? Szczerze powiem, że ja jestem bardzo kiepska w mechanice. Mam słabą pamięć do tego, zawsze coś mieszam. Tutaj, gdy mam coś własnego, no nie zapomnę, bom sama na to wpadła! Jakby ktoś pytał, jak bardzo jest źle - jak kiedyś prowadziłam Pathfindera, to potrzebowałam drugiego MG, który odpowiadał za mechanikę, a ja robiłam tylko storytelling Do rzeczy. Sugerując się zestawieniem, poprawiłam mechanikę i teraz szanse prezentują się tak: [image: HHXcyY7.jpeg] Dla mnie to spoko, bo ja chcę, aby te szanse istniały. A wiem, że czasami mając i 13 kostek, można zrobić bardzo fajną sumę na kości, ale nie wyrzucić ani jednej 6tki. A system będzie się opierał na tym, że 6 = sukces. Brak 6, porażka. Wg mnie nie jest to takie hop-siup. Ale. Jeśli jednak nie widzicie systemu, bo wolicie storytelling, to jest coś równie łatwego, a szansa jest zawsze 50/50. Turlacie kością i parzyste ro sukces, a nieparzyste porażka xD Co prawda odejmuje to trochę od głębi, ale teoretycznie wszystko da się odegrać. Wtedy i tak rzuty po mojej stronie, a wy się nie martwicie, tylko działacie. Mi się jednak system podoba. Podopisuję do niego jeszcze klimatyczne sprawy, jak dodanie więcej archetypów (przy zachowaniu aktualnego zestawu + i - ). I zamieniłabym dostawanie ran psychicznych na: Niezdany NORMALNY i TRUDNY test, powoduje ranę psychiczną. Niezdany łatwy test na opanowanie, po prostu byłby fabularny. Myślę, że to byłoby bardziej fair dla osób z Archetypem "popularsa". Czy mam jakieś pytania? Chyba nie. Może tylko dla podkreślenia swojego stanowiska, żeby ktoś się nie zdziwił "po slasherze spodziewałem się czegoś innego" <--- dopuszczam do myśli, że możecie przeżyć. Może genialny plan, może fart na kościach. Stawiać też chcę na atmosferę grozy, niepewności, zagrożenia; niekoniecznie na samym ciachaniu. Ale wiecie, ja to tak z grubsza kminię jeszcze w głowie. Dzięki za zainteresowanie. Nie śpię po nocach, bo myślę:P
  • BartoshRPGB

    NO TO W DROGĘ…

    Siedzący wśród skrzyń, pak i koszy ludzie ożywili się, gdy kapitan oznajmił rychłe zakończenie podróży. Przed wami port w Heedenhof. Od dłuższego czasu nikt już nie zwracał uwagi na dwóch niskich jegomościów, siedzących na pękatych workach wonnego fajkowego ziela. Między wami kuferek z kilkoma zacnymi fajkami służył teraz za stolik, na którym ostały się jeszcze okruszki znakomitych pasztecików. Detale są ważne. Choć poznaliście się ledwie kilka dni temu, świetnie pasujecie do roli wędrownych akwizytorów i prezentujecie poziom dopełniania cech do złudzenia symulujący dwóch partnerów biznesowych z wieloletnim stażem.
    Gdy tylko wasze stopy (bose, jak każe niziołczy obyczaj) dotknęły desek przystani, przekonaliście się jak sprawnie działa portowy wywiad, który od załogi, przez tragarzy po kręcących się młodych chłystków do wynajęcia przekazał wieści komu trzeba. I już znalazł się ślisko uprzejmy “załatwiacz” gotów skierować was do chętnych na ziele i fajki właścicieli kantorów i składów. Musieliście zaoponować, wykręcając się “zdefiniowanym podejściem do badania rynku”. Przedzierając się przez portowy zgiełk zauważyliście, jak ludzie odruchowo chwytają się za sakiewki, lecz najwyraźniej wasz nobliwy wygląd działał na tyle uspokajająco, że portowej straży nie chciało się poświęcać wam więcej uwagi. Wynajęty tragarz cierpliwie znosił kręcenie się po zaułkach w poszukiwaniu odpowiednio przytulnej kwatery za rozsądną cenę a zapłata którą otrzymał przynajmniej na jeden dzień nastroi go pozytywnie do “niskiego ludu”.

    1000014503.jpg

    Po krótkim odpoczynku i obfitym posiłku przyszedł czas na realizację zadania. Postanowiliście póki co działać osobno, licząc że własna pomysłowość i trzos pełny srebra naprowadzą was na trop. Sprawa nie jest łatwa. Dysponujecie tylko skromnym rysopisem i świadomością że Fobest, czy jak on się teraz zwie, służył jako podoficer imperialnej armii. Zapewne publicznie nie chwalił się późniejszymi przygodami.

    Zostało jeszcze trochę czasu do zmierzchu. Czas zapracować na swoje wyróżnienie…


    Danderbrock zapatrzył się w ogień, skubiąc w zamyśleniu koniuszek brody, po czym pstryknął palcem w pierścień zdobiący zarost. Srebrna biżuteria wydała przyjemny dla ucha dźwięk, którego aksamitne tony dłuższą chwilę utrzymywały się w powietrzu. - Jako młodzieniec, mocno wyróżniałem się pośród rówieśników. Nigdy nie byłem tak zwinny i silny jak inni, do tego moje uszy i zarost na brodzie były u naszego ludu czymś raczej niespotykanym. Nic dziwnego że nazywali mnie “Kudłaczem” lub “Kozimsynem”. Wszystko zmieniło się, gdy przez naszą wioskę przechodził oddział krasnoludów. Staliśmy tam, z rozdziawionymi buziami patrząc na ich pochód. Wojownicy byli wymęczeni i brudni, ale humor im dopisywał, gdy dorośli wynosili z chat jedzenie i napitki. Ledwo co zwolnili kroku by się posilić. Jeden z nich, szeroki jak tur, miał ogromny topór na którym można by było usmażyć z tuzin jaj Pamiętam że miał też na sobie płytową zbroję, której elementy składały się bezdźwięcznie jak harmonijka, a każdy fragment był wykonany z niezwykłą precyzją. Wypatrzył mnie z tłumu, pociągnął za bródkę i zarechotał, mówiąc że jako jedyny wyglądam tutaj jak prawdziwy mężczyzna. Zdjął ze swojej brody jeden z ozdobnych pierścieni i zatrzasnął go na moim zaroście, po czym klepnął w ramię tak, że poleciałem w błoto. Tego dnia zebrałem się w sobie i chociaż mimo starań mięśnie mi nie urosły, wyrobiłem w sobie całkiem sprawny umysł i ostry jak nóż język. No i mam tę błyskotkę. Zacna krasnoludzka robota. Poranek dnia następnego nie należał do najprzyjemniejszych, a to ze względu na dolegliwości po wieczornym opilstwie. Na szczęście gospodyni zachęcona brzęczącą monetą uwarzyła polewkę zgodnie z precyzyjnymi wytycznymi obu nieszczęśników. Ciepła strawa i zimna woda w miednicy wnet przywróciły im energię do życia. Danderbrock pożegnał towarzysza, poprawił na ramieniu płócienną torbę, w którą włożył słój z resztką leczniczej polewki, kamionkową butelkę równie leczniczego, mocno chmielonego piwa oraz solidną pajdę chleba przełożonego wędzonym serem. Szykował się na dłuższe posiedzenie. Podążając za wskazówkami dotarł na północno-wschodni skraj miasta. Stukot młotków i chrobot pił mieszały się z obwoływaniem się straży, bacznie przyglądającej się nieodległej ścianie mrocznego lasu. Niemal każdy w zasięgu wzroku, od cieśli po tragarzy, miał przy sobie broń lub narzędzie mogące ją zastąpić. Danderbrock bez problemu ulokował się na poddaszu jednej z prawie ukończonych chat, umościł się wygodnie, dbając o odpowiednie maskowanie, po czym zajął się obserwacją placu budowy. [image: 1793009011021-1000014866.jpg] Do konstrukcji budynków używano lokalnego drewna o paskudnej, chropowatej korze, pod którą kryło się jednak zaskakująco białe drewno, nieco za miękkie jak na gust niziołka. Budynki stawiano gęsto obok siebie. Od strony lasu pozbawione były okien, poza małym otworem na poddaszu, idealnym dla strzelca z kuszą lub muszkietem. Przestrzenie między nimi wypełniano wysokim, solidnym płotem, a samo przedpole obsadzone było kolczastą, niskopienną roślinnością. Pomysł co do struktury ewidentnie narodził się w głowie wojskowego. Niziołek skupił się na ludziach, krzątających się po placu budowy, skrzętnie analizując to co zauważył. Test Umysł: (2, 4) Mamy trop! Nietrudno było odnotować jak wielu było tu weteranów. Zdradzał ich chód, czujność oraz specyficzny język, jakim komunikowali się ze sobą. Trzymali się razem, wyraźnie izolując się od nielicznych w tym miejscu cywilów. Tworzyli zwartą i zamkniętą grupę w ramach większej społeczności miasta. Kilkakrotnie w żartach padała nazwa “Ostatniej Reduty” w kontekście popijaw, żołnierskich przyśpiewek a także służek uwielbiających bohaterskie opowieści. Tam też łączył się świat obecnych wojskowych z tymi, którzy nie chcą już podlegać pod sztywne rygory armii. Tam też z dużym prawdopodobieństwem powinniśmy wypatrywać naszego celu.
  • GaranilG

    darpol.png

    Muzyka!

    Dzisiejszy poranek w siedzibie korporacji "Darpol SA" zaczął się jakoś tak ciężko i to jeszcze przed 10-tą. Woźny jak zwykle przeciera po raz n-ty pierwszy tę samą podłogę, które nigdy nie udało mu się domyć i która nigdy nie może być czysta dłużej niż 5 minut. Główny korytarz.
    Przechodząca obok sekretarka usłyszała dochodzący ze słuchawek woźnego przebój Big Cyca "Nienawidzę Szefa" i uśmiechnęła się. I był to uśmiech korporacyjny, nieszczery, a ona już robiła w głowie notatkę, czy można to w jakiś sposób wykorzystać, żeby po woźnym wspiąć się o jeden szczebel w drabinie korporacyjnej kariery.

    Maksymilian był już w pracy. Zdążył umyć od 8 całkiem sporo okien, upuścić jedną (na szczęście pustą) butelkę po środku do mycia szyb (najtańszym), oraz oblać się wspomnianym płynem, zanim kierownik jego działu kazał mu natychmiast wrócić do środka budynku, bez podania powodu.

    Karol był na 20 piętrze. Właśnie wczołgał się do tunelu technicznego w ścianie i miał rozkręcić obudowę jednego z wentylatorów, które odmawiały posłuszeństwa. Awaria wentylatorów w tym konkretnym budynku to nie było niestety nic nowego. W pewnym momencie ktoś trącił go w but.
    -Zostaw to, mamy problem. Chodź. - Oznajmił Sebastian. Korpo-szczur będący bywalcem palarni, którego Karol znał z widzenia i okazjonalnej wymiany zdań.

    Michał wszedł do budynku z torbą medyczną, wezwany do nagłego ataku duszności u jednego z pracowników. Szybko okazało się, że to nic poważnego, obyło się bez intubacji i skończyło na dawce leku rozkurczowego. Ale Policja zdążyła zablokować drzwi. Nie chcieli go już wypuścić. Na szczęście Zbyszek został w karetce i mógł odjechać.

    Wiktoria znajdowała się w swoim gabinecie. Rozmawiała właśnie z jednym z pracowników z działu IT, konkretnie z Michałem Zielińskim z działu IT. Znała go i jego przypadek aż za dobrze. Świetny fachowiec, znający systemy firmy jak własną kieszeń, ale przy tym nieufny wobec innych i niemalże stale na skraju paranoi, pomimo leków, które brał sumiennie i regularnie. Może to "nie był" atak paranoi, ale martwił się o wydarzenia zasłyszane w wiadomościach... o epidemii. Zbyt dobrze pamiętał Covid-19.

    Nagle zatrzeszczał radiowęzeł budynku. To się nie zdarzało. Najstarsi pracownicy nie pamiętali, kiedy ostatnio miało miejsce nadanie jakiegoś komunikatu w całym biurowcu używając tego, poniekąd archaicznego, systemu.
    -Uwaga, uwaga. Na polecenie Administratora Budynku Darpol S.A. Marka Borkowskiego, w związku z ogłoszoną kwarantanną, wszyscy mają się zgłosić natychmiast do lobby budynku.-

    ***

    Wszyscy obecni w budynku zebrali się na parterze w przestronnym lobby. Widzieli jak niebiescy oklejają wejścia i szyby parteru budynku taśmą, oraz rozkładają znaki, mówiące o kwarantannie.
    Na improwizowane podwyższenie wykonane ze stołu i krzesła, wszedł mężczyzna w garniturze
    Marek Borkowski2.png

    -Szanowni Państwo, bardzo proszę o chwilę uwagi. Nazywam się Marek Borkowski i jestem odpowiedzialny za funkcjonowanie tego budynku. Wiem, że sytuacja może wydawać się… nietypowa. Chcę jednak Państwa zapewnić, że mamy do czynienia z działaniami prewencyjnymi.
    Służby zewnętrzne wprowadziły czasowe ograniczenia w przemieszczaniu się — jest to standardowa procedura w przypadku podejrzenia zagrożenia epidemiologicznego.
    Na ten moment nie ma żadnych potwierdzonych informacji o realnym niebezpieczeństwie dla Państwa zdrowia. Bardzo proszę o zachowanie spokoju i pozostanie na swoich piętrach, zgodnie z wytycznymi ochrony. W budynku dostępna jest woda, zaplecze sanitarne oraz podstawowe środki bezpieczeństwa. Służby publiczne zobowiązały się dotarczyć prowiant i wszystkie niezbędne rzeczy. Musimy odbyć 24-godzinną kwarantannę. Dołożę wszelkich starań, aby ta niedogodność nie była nadmiernie uciążliwa.
    Jesteśmy w stałym kontakcie z odpowiednimi służbami i będziemy Państwa informować na bieżąco.
    Najważniejsze w tej chwili jest zachowanie porządku. Chaos nikomu nie pomoże.
    -

    Wśród pracowników przeszedł szmer.
    -Dlaczego nie możemy wyjść?!-
    -Co to za choroba?-

    Paru pracowników wyciągnęło telefony i zaczęło nagrywać Borkowskiego.
    Ochrona zareagowała dość nerwowo, wchodząc w tłum, zabraniając nagrywać, nakazując usunięcie materiałów.

    Administrator po prostu zignorował trudne pytania.
    -Zapewniam, że sytuacja jest pod kontrolą. Proszę się rozejść do swoich zajęć i wrócić do swoich prac, natomiast jeżeli ktoś jest "z zewnątrz" i nie ma dla niego pracy, zapraszam do pokoju socjalnego.-

    Maksymilian, Karol, Michał i Wiktoria stali przypadkiem obok siebie w zgromadzonym w lobby tłumie ludzi. Sebastian, który przyszedł z Karolem, westchnął. -Taa, nie ma zagrożenia, ale spędzę was wszystkich do lobby, żeby to zagrożenie na pewno powstało. - mruknął ironicznie. Możnaby przysiąc, że gdyby tylko mógł, to tu i teraz zapaliłby papierosa. -Zastanawiałem się kiedy jebnie, ale miałem nadzieję, że będę wtedy w domu. - Dodał.

    I tak się to właśnie zaczęło...
    a43ede50-a9fa-49c2-afb6-2d6615eb579e.png


    Maksymilian „Maks” Kruk [image: 1782306220432-token_1.png] Herbata Zielińskiego była za słodka i parzyła w palce, ale nic w ostatnich dniach nie smakowało lepiej. Maks słuchał, jak gospodarz wykłada im swój plan – sklep, zapasy, przeczekać najgorsze – i z każdym zdaniem zgadzał się bardziej. Proste, logiczne, bez fajerwerków. Wyglądało na to, że Zieliński też nie potrzebował trzeciego papierosa, żeby zacząć planować. Przed snem postawili z Wiktorią wieżę z garnków pod drzwiami. Wyszła krzywa, ale stała. Maks oparł obok łom, sprawdził jeszcze raz telefon – wiadomość do matki dalej wisiała na „wysyłaniu” – i poszedł pomóc przy materacu. Sebastianowi przypadł przedpokój, co skwitował tekstem o korynckiej ladacznicy, a Maks, ku własnemu zaskoczeniu, parsknął śmiechem. Robił się z niego jakiś wesołek. Zasnął, jak tylko przyłożył głowę do materaca. W wojsku uczą tego szybciej niż strzelania. Raz obudził go szelest – Owczarek zbierał poduszkę i wymykał się z kuchni. Maks uchylił jedno oko, zarejestrował, że nic się nie pali, i zasnął z powrotem. Obudził go dźwięk. Znał go. Mył szyby w Mordorze, przy samym Okęciu, a samoloty schodziły tam do lądowania tak nisko, że czasem czuł, jak drży lina. Tylko że ten dźwięk był nie w tej tonacji. Silniki nie szumiały – wyły. Za nisko. Za blisko. Za szybko. Usiadł na materacu, zanim zdążył pomyśleć. Szyby w kuchni zadrżały. Potem przez szpary w roletach wlało się światło – krwawopomarańczowe, jasne jak w południe. Ciało zareagowało samo. Przetoczył się z materaca pod parapet i zakrył głowę ramionami. — Od okien! — ryknął w stronę pokoju. Jego krzyk utonął w huku. Blok jęknął jak stary statek. Podłoga przez sekundę falowała, a szyby zabrzęczały w ramach – ale wytrzymały. Na szkoleniu powtarzali to do znudzenia: przy wybuchu najczęściej zabija szkło. Leżał jeszcze chwilę, licząc oddechy, aż na zewnątrz rozwyły się alarmy samochodowe. Najpierw jeden, potem dziesięć, potem chyba wszystkie na Służewcu. Dopiero wtedy wstał i podciągnął roletę na kilka centymetrów. Kawałek dalej, między blokami, płonął samolot. Duży, pasażerski, przełamany jak zapałka. Nad wrakiem iskrzyły zerwane linie wysokiego napięcia, a ogień lizał ściany najbliższych budynków. Maks patrzył na to i przez długą chwilę nie potrafił myśleć o niczym innym niż o tym, ilu ludzi było w środku. Potem odruchowo sięgnął po telefon. Naładowany do pełna. Wiadomość do matki: „Dostarczono”. Odpowiedzi brak. O czwartej rano to jeszcze nic nie znaczyło. Powtarzał to sobie, wciągając spodnie i sznurując buty. W progu dużego pokoju omal nie wpadł na Owczarka. Ratownik stał bez ruchu i patrzył. Maks podążył za jego wzrokiem – Wiktoria w pośpiechu się przebierała – i od razu odwrócił głowę. Owczarek nie odwrócił. Patrzył o sekundę za długo, zanim w końcu ruszył na balkon. Maks zanotował to sobie. Nic nie powiedział. Na balkonie zrobiło się tłoczno, więc został w drzwiach. Lornetki nie potrzebował, żeby zrozumieć, co widzi. Z bocznych uliczek wyłaniały się sylwetki – powolne, nieskładne, sunące w stronę ognia jak ćmy do lampy. Jedna rzuciła się na policjanta. Potem rozległy się strzały. Krótka broń, pojedyncze, nerwowe. Za mało. Z balkonu doleciało go słowo „szwendacze” – Zieliński najwyraźniej miał już na to nazwę. Sebastian się skrzywił, ale Maks uznał, że słowo pasuje. Wolałby, żeby nie pasowało. Wójcik stwierdziła, że jest gorzej, niż myślała, i Maks pomyślał, że to chyba najbardziej optymistyczne zdanie, jakie usłyszy dzisiaj. — Na to wygląda — odezwał się, kiedy Wiktoria zapytała, czy każdy zarażony reaguje na hałas. — Idą na dźwięk. Może i na światło. Czyli na ulicy żadnych latarek i żadnego gadania. Spojrzał na Sebastiana. — A z tą bezpieczną okolicą bym nie przesadzał. Alarmy wyją na całym Służewcu. Jeśli ich ciągnie hałas, to mają teraz z czego wybierać. — Zamyślił się na moment. — Ale jest i dobra strona. Przy tym jazgocie nikt nie usłyszy, jak otwieramy Żabkę. — Wiktoria ma rację — dodał, kiedy wspomniała o sklepie. — Za godzinę zrobi się jasno i pół Służewca wpadnie na ten sam pomysł. Teraz policja i… one są zajęte samolotem. Lepszej chwili nie będzie. — Na uwagę o filmach wzruszył ramionami. — Ja tam wiedzę mam z poligonu. Filmy najwyżej ją potwierdzają. Kątem oka zobaczył, jak Wiktoria odkłada adidasy Zielińskiego, bierze swoje eleganckie buty i bez ceregieli odłamuje w nich obcasy. — Pierwsza rozsądna rzecz, jaką ktoś tu dziś zrobił — mruknął z uznaniem. — Porządne buty i tak ci załatwię. Obiecałem. Poszedł do przedpokoju, podniósł łom spod drzwi i zważył go w dłoni. — Klucz uniwersalny — przyznał Sebastianowi. — Tylko że otwiera nie tylko drzwi. — Potem zwrócił się do wszystkich: — Idziemy w trzy, cztery osoby, nie więcej. Wchodzimy, bierzemy, wychodzimy. Dziesięć minut, nie dłużej. Najpierw woda, potem konserwy, baterie, plastry i coś przeciwbólowego. Zapalniczki. Papierosy. — Zerknął na Sebastiana. — Nie patrz tak, to inwestycja. I skarpety, jeśli będą. — Ostatnie zdanie skierował do Wiktorii. — A na ladzie zostawimy kasę. Póki pieniądze mają jakąś wartość, niech mają. Powiódł wzrokiem po pozostałych. — Ktoś musi zostać przy drzwiach i otworzyć nam bez pytań, jak wrócimy. Najlepiej ktoś z lornetką na balkonie, żeby widział, czy coś za nami nie idzie. Wiktoria zbierała już reklamówki i wypytywała Zielińskiego oraz Sebastiana tonem, jakim pewnie prowadziła rozmowy kwalifikacyjne. Nie musiał pytać, czy idzie. — Idziesz za mną — powiedział tylko. — Jak powiem „stój”, stoisz. Jak powiem „wracamy”, wracamy. Na dyskusje będzie czas potem. Ukląkł przy drzwiach i zaczął rozbierać wieżę z garnków, pokrywka po pokrywce, tak cicho, jak się dało. Jedna brzęknęła i wszyscy na moment zamarli, ale alarmy na zewnątrz zagłuszyły ją bez trudu. Za drzwiami wór ze smrodami, który wystawiła Wiktoria, wciąż trzymał wartę. — Wychodzimy za dwie minuty — rzucił przez ramię. — Kto idzie, niech zakłada buty.