Serwus,
Co ma być to będzie, ale jak coś będzie, to tutaj o tym napiszę. Trochę trzeba będzie to poskładać do kupy i zobaczymy, czy zbierze się skład do pełni, ale zaczepiam nam tu ten spinacz na zaś.
Tematy spoza tego forum. Poglądy i opinie przedstawione tutaj mogą nie odzwierciedlać tych, które reprezentują członkowie tego forum.
A world of content at your fingertips…
Think of this as your global discovery feed. It brings together interesting discussions from across the web and other communities, all in one place.
While you can browse what's trending now, the best way to use this feed is to make it your own. By creating an account, you can follow specific creators and topics to filter out the noise and see only what matters to you.
Ready to dive in? Create an account to start following others, get notified when people reply to you, and save your favorite finds.
Zarejestruj się Zaloguj sięSerwus,
Co ma być to będzie, ale jak coś będzie, to tutaj o tym napiszę. Trochę trzeba będzie to poskładać do kupy i zobaczymy, czy zbierze się skład do pełni, ale zaczepiam nam tu ten spinacz na zaś.

(obrazek ilustracyjny znaleziony w sieci)
AI w ilustratorskiej służbie MG i sesji
Moje doświadczenia ze Sztuczną Inteligencją wspomagającą graficznie sesje PBF nie są imponujące, bo dopiero od niedawna stałem się wielkim fanem tego narzędzia do celów ilustrowania sesji, ale coraz bardziej uświadamiam sobie jego potencjał i chętnie poczytałbym o rekomendacjach innych userów bądź rzucił okiem na ich ilustracje. Sam korzystam z Groka w wersji bezpłatnej, ale wiem o GPTChat i słyszałem co nieco o Midjourney. Z jakimi innymi generatorami grafik mieliście już okazję pracować, co możecie o nich powiedzieć, jakimi skryptami chcielibyście się podzielić?
Ja na początek chciałbym się pochwalić przykładem, który może nie jest złożonym projektem, ale który zajął tylko chwilę, a sprawił mi sporo frajdy i zachęcił do dalszego eksperymentowania z AI. W sesji Cyberpunka 2077 @Grek zaopatrzył swojego bohatera w poniższy awatar:

Wykorzystując Groka do najprostszej obróbki z użyciem skryptów CP 2077, dark alley, cyberpunk-style clothes, ripperdoc armchair etc pozwoliłem programowi wygenerować następujące obrazki dopasowane później do potrzeb narracji w sesji:




Wiem, że @pan-elf stworzył zgrabną ilustrację AI do sesji Gruzy Przeszłości, może zechciałby się nią tutaj podzielić wraz z krótkim komentarzem, radą, rekomendacją narzędzia?
Ktoś inny dołączy do rozmowy?
Oryginalny tytuł: Kultyści - Lato 2519
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; koga “Stara Adele”
Czas: 2519.06.27; agt; wieczór
Warunki: ładownia, jasno, ciepło, gwar rozmów; na zewnątrz jasno, sła.wiatr, pogodnie, ciepło

link: https://www.stivesgallery.co.uk/imag...our_lights.jpg
Nad zatoką wzdłuż jakiej wybudowano Neus Emskrank kończył się ciepły, letni dzień. Mewy jeszcze piszczały nad wodą i miastem ale one też już szykowały się do zakończenia dnia. Mieszkańcy, dokerzy oraz marynarze kończyli swój dzień roboty i udawali się do domów, tawern i karczm aby nasycić żołądki i ugasić pragnienie. Zaś w trzewiach jednej ze starych kryp jaka już od dawna nie pływała tylko bujała się na falach przyboju robiąc za pływający magazyn robiło się coraz tłoczniej i głośniej. W miarę jak kolejne postacie podchodziły do burty “Starej Adele” stukały umówione hasło a po chwili słyszeli nieregularne kroki i nad burtą pokazywała się głowa starego bosmana obwiązana chustą na marynarski wzór. Widząc kto przyszedł spuszczał na dół drabinę po której można było wejść na pokład a potem do tylnej nadbudówki i schodami na dół do krótkiego korytarza i ładowni. Gdzie można było spotkać znajome twarze jakie często nie widziało się od zeszłego tygodnia. Można było usiąść przy stole do wspólnego posiłku. Jak zwykle królowały ryby. To akurat nie było dziwne w portowym mieście. A Kurt był mistrzem w łowieniu, przyrządzaniu i podawaniu ryb. Nawet ze zwykłych płotek potrafił zrobić całkiem smaczną zupę rybną albo gulasz. Ale dzisiaj na stole królował tłusty sum i młody tuńczyk. Suma Kuternoga złapał sam a tuńczyka kupił od znajomego rybaka. Ale część rzeczy i tak trzeba było kupić. Odkąd zabrakło Karlika który sponsorował te posiłki trzeba było robić zrzutki podczas tych zborów. I to co się uzbierało jednego tygodnia szło na zrobienie gościny w następnym.
Schemat się powtarzał co tydzień. Przywitanie, wspólny posiłek przy stole, luźniejsze pogaduchy o plotkach i strapieniach a także załatwianie pomniejszych spraw pomiędzy członkami zboru. W końcu to była jedna z niewielu okazji gdzie mogli się spotkać w jednym miejscu osoby z całkiem różnych warstw społecznych co poza burtami tego zboru byłoby nie takie proste. W samym zborze zaś mniej się liczyło pochodzenie a bardziej osiągnięcia dla grupy, staż i zaufanie jakim się cieszył u pozostałych. Tak zimą Egon awansował ze względnie świeżego rekruta na kogoś kto dorównywał autrytetem Kurtowi a ponad nim byli już tylko Silny i Łasica. Więc nawet jeśli na zewnątrz dla zachowania pozorów ktoś komuś musiał czapkować czy całować w rączkę to tutaj panowały dość braterskie i rodzinne relacje. W końcu w razie wsypy wszystkich ich by czekał marny koniec co pokazał ostatniej zimy przykład śmierci Karlika. Dziś jednak wyczuwało się większą ekscytację i podniecenie. Bo już w poprzednim tygodniu Starszy obiecał, że zapewne będzie miał do ogłoszenia coś interesującego. I faktycznie tak się stało. Gdy umył w misce ręce, wstał ze swojego miejsca w centrum złączonych stołów i wyszedł na środek ładowni. Zaraz za nim podążyła Merga. Znak, że właściwe spotkanie właśnie się zaczyna.

link: https://i.pinimg.com/originals/ac/06...e51f6cb354.jpg
- Drogie dzieci! Spójrzcie na nas! Spójrzcie na siebie! Rok temu nie było nas nawet pół tuzina! A teraz? Dwa tuziny! Spójrzcie jak rośniemy w siłę! To znak! To znak jak bardzo skorumpowane i zdeprawowane jest to miasto! To społeczeństwo! Jak bardzo podatne jest na podszepty naszych patronów! Nieważne którego! Nieważne skąd kto pochodzi i czym się zajmuje! Nieważne co ma na sumieniu! Wszyscy mogą znaleźć u nas swój dom i schronienie! Wszyscy możemy walczyć z reżimem zakłamanych ciemiężycieli którzy nas uciskają i oddają cześć słabym, fałszywym bogom! To my mamy rację! To my jesteśmy wyjątkowi, my jesteśmy wybrańcami prawdziwych bogów! To my zaprowadzimy w tym mieście nasze porządki! Wyrównamy rachunki krzywd! Dziś my musimy zginać karki! To my musimy się do nich fałszywie uśmiechać i udawać pokorę! Ale to się skończy! Nadejdzie dzień gdy to oni padną u naszych stóp i będą jęczeć o naszą łaskę! Oni będą się żreć między sobą dla naszej przyjemności i walczyć o okruchy z naszego stołu! Nie dzisiaj i nie jutro ale ten dzień w końcu nadejdzie! Pomścimy śmierć Karlika! Wygnanie Sebastiana! Mordęgę naszych sióstr i braci zakatowanych w kazamatach! Poddanych kaźni i straconych dla uciechy bezmózgiej tłuszczy! To my będziemy na szczycie i urządzimy to miasto po swojemu! - zamaskowany mężczyzna znany na zborze jako Starszy zaczął przemowę. A, że był płomiennym mówcom od razu porwał swoją publiczność. Dały się słyszeć oklaski, okrzyki poparcia i buntu na zastaną za burtami rzeczywistość. Wszyscy byli w jakiejś mierze buntownikami i rewolucjonistami walki z obecnym systemem. Dlatego ten system nie mógł dać im pardonu i musiał ich zniszczyć. Ale najpierw musiałby ich odnaleźć. A to jak dotąd siłom sterowanym z ratusza się nie udało. Ale przyjemnie było posłuchać jego przemowy jaka niosła nadzieję, że los się odmieni i to oni będą w końcu na górze.
- Pierwszym krokiem będzie odnalezienie darów jakie zesłali nam bogowie. One gdzieś tu są. Szepczą do nas. Słyszymy ich głos. Ale trudno było go zrozumieć. Ale na szczęście jest z nami nasza czcigodna wyrocznia która potrafi usłyszeć mowę bogów i zrozumieć ich przesłanie. - Starszy zakończył przemowę żegnany oklaskami i cofnął się o krok do tyłu wskazując na rogatą kobietę o niesamowitym blasu bijącym z oczu i fioletowej skórze.

link: https://i.imgur.com/szvwUUK.png
- Dziękuję ci mistrzu. - Merga skinęła głową oddając hołd swojemu gospodarzowi i opiekunowi. Od chwili uwolnienia wiedźmy oboje okazywali sobie wzajemny szacunek stając się z czasem duetem który zarządzał całą grupą.
- Myślę, że udało mi się odczytać słowa naszych patronów na tyle, że wreszcie mamy wskazówki jakie mogą nas doprowadzić do upragnionego celu. Każda z Czterech Sióstr zostawiła w tej okolicy skarby poświęcone swoim patronom. Co więcej odkryłam niedawno, że to zapewne tylko pierwszy krok i jest coś więcej. Dlatego echo tych tropów nakładało się na siebie i mnie tak długo zwodziło. Ale wreszcie mogę na to spojrzeć z właściwej perspektywy. - wyrocznia przechodziła spojrzeniem od twarzy do twarzy siedzących za złączonymi stołami i mówiła ciepłym, łagodnym głosem w jakim brzmiała jednak pewność siebie poparta wiedzą i doświadczeniem.
To, że gdzieś “tutaj” są jakieś artefakty pozostawione przez legendarne Cztery Siostry to wiedzieli wszyscy na zborze już od paru miesięcy. Niestety nie wiedzieli wiele więcej dlatego nie bardzo było jak zacząć te poszukiwania. Ale wreszcie mieli przełom.
Norra jaka poświęciła się krwawemu bogowi zostawiła swój wyczuwalny dla Mergi ślad w lesie. To musiało być w jakimś lesie, polana i stos czaszek na niej. Gdzieś na południu od miasta. Znamię było silne więc musieli być wyczuleni na wszelkie oznaki niezrozumiałego szału, ataków, buntów, walk i ogólnie aktom przemocy i rozlewowi krwi. Zwłaszcza takiego pozornie bezsensownego. Tak silny artefakt jaki Merga wyczuwała aż stąd musiał też jakoś wpływać i na umysły śmiertelników jacy byli znacznie bliżej tego miejsca.
Oster zafascynowana Oczulkiem Nurgle powędrowała i wracała ze wschodu. Ona ukryła swój dar gdzieś pod ziemią. W jakiejś dziurze, jaskini, lochach czy czymś takim. Powinno być tam dużo wody, stojącej, zatęchłej wody w jakiej roi się od robactwa. Czyli pasowałoby to preferencji Ojczulla. Ta woda oznaczała, że może to być gdzieś w pobliżu moża, jeziora czy rzeki. No i jakieś lochy, ruiny czy coś takiego pod ziemią. Oznaką tego mogą być ogniska nieznanych chorób i innych błogosławieństw jakie tak szczodrze Ojczulek zsyłał na ten ziemski padół.
Soren, wyuzdana ulubienica Księcia Przyjemności powędrowała na południe, w głąb kontynentu znacząc swój szlak spłodzonymi bękartami różnej maści. Ona też zostawiła prezent dla swoich wyznawców i tych co zdecydowali się podążać jej drogą. Tu jednak wyrocznia miała pewien dylemat. Wszystko wskazywało, że ów artefakt powinien być gdzieś na południu. W wodzie lub blisko niej, przy rzece, jeziorze, strumyku. Pewnie w ładnej i sielskiej okolicy sprzyjającej miłości wszelakiej i natchnieniu artystów. Bardzo możliwe, że miało to jakiś związek z syreną i alabastrem. Bowiem to nagłe pojawienie się wszelakich syren czy w snach, plotkach czy jako alabastrowych figurek w ciągu paru ostatnich miesięcy to też zapewne nie był przypadek. I ta syrena z Wrakowiska może być tego częścią. W każdym razie pamiątka po Soren powinna wabić do siebie kochanków i dewiantów, poetów i malarzy aby tam znależli ukojenie i spełnienie.
Vesta zaś przemawiała do Mergi najsilniej. Być może dlatego, że poświeciły się temu samemu patronowi. A być może dlatego, że ten artefakt wydawał się być najsilniejszy lub był najbliżej. Całkiem możliwe, że na terenie samego miasta lub blisko niego. Raczej na zachód od rzeki Salt jaka rozdzielała miasto na dwie połowy. Objawem działania mocy Vesty powinny być dziwne zjawiska, zaburzenia czasu, nietypowe sny i wizje związane z czasem i symbolami z nim związane. Po prostu trzeba było mieć otwarty umysł na wszelkie nienaturalne zjawiska.
- A oprócz tej sprawy z Czteremia Siostrami jest jeszcze coś. - Merga zakończyła omawiać to jakich śladów i gdzie powinni wypatrywać ale zanim zaczęli o tym rozmawiać wszyscy to podjęła nowy wątek. Spojrzała jednak na zamaskowanego lidera zboru aby teraz ten podjął ten wątek. Ten skinął jej głową i stanął obok niej zwracając się do pozostałych.
- Tak. Merga wkrótce nas opuści. Wróci w swoje rodzime strony. Do Norsci. Jesteśmy w trakcie organizowania tej wyprawy. Wróci do nas prędzej czy później aby wspomóc nas w poszukiwaniach swoimi wyjątkowymi umiejętnościami ale też przez jakiś czas jej nie będzie. To jest też okazja dla nas. - Starszy przedstawił wieść jaka była nowością. Odkąd bowiem udało się uwolnić błękitnoskórą i złotooką wyrocznię cały czas była z nimi i chyba nikt się nie spodziewał, że mogłaby ich opuścić. Ta wiadomość wywołała na większości zebranych poruszenie i zaskoczone spojrzenia i szepty.
- Tak, to prawda. Postaram się uzyskać tam pomoc dla nas. Ale nie ukrywam, że łatwiej by mi było coś ugrać jakby ktoś stąd popłynął ze mną. Ktoś silny i władczy. Moi współplemieńcy szanują silłę i zaradność. Mogą się sprzymierzyć z wielkim wodzem i silną armią. Ale pogardzają słabymi i żebrzącymi o pomoc. Na statek nie zabierzemy całej armii nawet jakbyśmy tu taką mieli. Ale też dobrze jakby mi towarzyszyli ludzie sprytni, silni i zaradni, jacy pomogliby mi przekonać moich sprzymierzeńców, że warto tu przypłynąć po chwałę i łupy. Że mają tu cennych i silnych sprzymierzeńców a nie słabeuszy i nieudaczników jacy liczą na ich łaskę bo sami nie umieją sobie poradzić. Dobrze też aby to bylu ludzie z więcej niż jednego patrona aby nie zamykać się na wsparcie od pozostałych. - złotooka mówiła prostymi słowami i poważnym tonem aby jej przekaz był czytelny i zrozumiały dla każdego.
- Czcigodna jest pewna, że ktoś z jej plemienia do niej dołączy podczas wyprawy powrotnej. No ale im lepsze wrażenie na nich zrobimy, im silniejszym partnerem w interesach się pokażemy tym będą nas poważniej traktować. I tym większy będziemy mieć na nich wpływ jak już będą tutaj. I swoją drogą dlatego też musimy znaleźć kryjówkę dla ich łodzi, ludzi i zapewnić im wikt i opierunek pewnie też i rozrywki bo inaczej ich krewki charakter może obrócić się przeciw nam wszystkim. Wiem, że to dla was nowość więc na razie tylko o tym mówię. Macie czas na przemyślenie nad tym wszystkim. Ale za tydzień chciałbym już mieć odpowiedź. Musimy wiedzieć kto by zamierzał zostać na miejscu i zająć się poszukiwaniami Sióstr a kto by szykował się na wyprawę na północ. Sama wyprawa raczej nie powinna ruszyć wcześniej niż w połowie przyszłego miesiąca. Jak macie jakichś zaufanych ludzi co byliby skłonni do wyprawy do Norsci to też dajcie mi znać, może uda się ich zwerbować. Załogę tego statku też musimy skompletować. - Starszy dopowiedział jakie są te wstępne zamiary na drugą połowę lata. Szykowało się sporo wypraw. Ale myśl o kontyngencie norsmeńskich wojowników nie jako piratów czy rabusiów ale jako sojusznikach wydawała się bardzo kusząca. Tylko to było jak z ostrym toporem co w nieumiejętnych rękach może pokaleczyć samego właściciela. Element był to bardzo krnąbrny i trudny do utrzymania w ryzach, zwłaszcza w większej liczbie. Mistrz dawał wszystkim swoim dzieciom czas do przyszłego zboru aby się nad tym każdy na spokojnie zastanowił. Chociaż od razu Łasica i Burgund przyklasnęły temu pomysłowi i co prawda nie zgłosiły się z miejsca na wyprawę do Norsci ale w sprawie dostarczania rozrywek norsmeńskich wojownikom i wojowniczkom jakby się takie też trafiły to były bardzo chętne. Vasilij zaś zgłosił, ze zna wybrzeże na tyle, że dla samego statku i jego załogi to by kryjówkę znalazł. Chociaż nie ukrywał, że bytowanie trudnej teraz do oszacowania liczby wojowników z północy byłoby dla niego trudne do zorganizowania bez wsparcia reszty kultu. Starszy jednak zapewnił go nie zostwią go samego z tym ambarasem i pochwalił jego postawę. Jak i obu łotrzyc bo właśnie o taką współpracę z Norsmenami chodziło.
Później zaczęła się już mniej planowa dyskusja wszystkich ze wszystkimi i o wszystkim. A na końcu te indywidualne rozmowy ze Starszym gdzie każdy mógł z nim porozmawiać o tych sprawach jakie niekoniecznie chciał poruszać przy wszystkich. Albo zapytać o radę czy zdać relację jak się posuwają sprawy jakie co jakiś czas mistrz zlecał niektórym kultystom. Nad portem słoneczny blask już dawno znikł gdy z jednej z zacumowanych na stałe kryp spuszczono drabinę. A potem co jakiś czas pojedyncze sylwetki, czasem duety, schodziły po niej na pirs po czym szły mieszając się z wieczornym, portowym gwarem i tłumem. Nic zdawało się nie wskazywać, że na tej starej i nieciekawej łajbie odbyło się jakieś nielegalne spotkanie. Dalej leniwie kiwała się na falach zatoki skrzypiąc cicho i uspokajająco wysłużonym drewnem i linami.
Było już późne popołudnie, słońce zmierzało już ku horyzontowi gdy we Wielkiej i wspaniałej rezydencji rodu Newman, Gdzie rodzina właśnie zbierała się do zjedzenia obiadokolacji. U szczytu wielkiego stołu zasiadał dziadek Mathew Newman. Patriarcha rodu posiadał długie wąsy, i siwe włosy opadające na kart z łysiejącej głowy. Wąsy i nos dominowały na jego zazwyczaj zaciętym obliczu. Miał zgarrbioną sylwetkę od wielu lat pracy przy wydobyciu boksytu. Dłonie były wykrzywione przez reumatyzm, ale nadal tliło się w nim bardzo wiele dawnego wigoru. Nosił surdut zupełnie nie pasujący do niego, który wygląda jakby na nim wisiał. Pracowicie jadł królika w sosie śmietanowo marchewkowym, dzisiejszy posiłek.
Po jego prawej stronie zasiadał jego syn Sergius. Potężnie zbudowany człowiek, z dużymi jak u ojca wąsami, który który w młodości pracował w kopalni i na ranczu rodzinnym, a teraz zajmował się administrowaniem rodzinnego biznesu. Obok niego siedziała jego żona Kate, dobrze zbudowana kobieta o słomianych włosach, matka trójki żyjących dzieci.
Naprzeciw niej zasiadał wysoki żylasty mężczyzna czyli Jacob Newman, brat Sergiusza który niedawno wrócił ze swojej wyprawy do dziczy. Miał na plecach nadal skórę lwa, którego ustrzelił, Dalej siedziała Shan Dhar, dosyć wysoka kobieta w wieku dwudziestu pięciu lat o migdałowych oczach, oraz, co było Nietypowe u ludzi o takich rysach twarzy, Rudych włosach i błękitnych oczach. Mówiła z dziwnym akcentem i podobno pochodziła z Południowej dziczy. Wróciłaś się podobno ja ci pomniejszę i rodziny która osiadła poza kotliną, i została asystentką podziękowa ale też pomagała Zarządzaniu dworem. Niektórzy szeptali na jej temat, niezbyt pochlebnie, ale Kate bardzo ostro broniła honoru tej dziewczyny.
Dalej stała Stacy Newman, a obok tej jej siostra Stephanie, ubrana we wściekle różową sukienkę, co wywoływało podejrzenia całej jej rodziny bo wszyscy znali jej zdanie temat takich ubrań. Naprzeciw nich zasiadał Ich kuzyn Mark, Miły chłopak, syn Jacoba, Rok temu stracił matkę, chociaż jego rodzice nigdy nie darzyli się zbytnią sympatią, Co za nią bardzo tęsknią.
Na końcu się siedziało dwoje najmłodszych członków rodu czyli Thomas i Antonia Newman.
Antonia była żywiołową dziewczynką z warkoczykami, a Thomas jedenastoletnim chłopcem który bardzo lubił przypominać o tym, że jego zdaniem jest dziedzicem i przyszłości ogrodu. Był tutaj jeszcze kamerdyner Rashe, Terisianin którego wujek dokonał sławnego zamachu w domu Ladrianów, i który myślał, że Służąc z rodziny nowobogackich znajdzie pracę do czasu aż ludzi zapomną o tamtym wypadku, kompletnie nie przypuszczał jednak że trafi do takiej rodziny…
Stacy tuż przed obiadem otrzymała list nieznanej osoby mówiące że koło dziesiątej powinna znaleźć się na Polach Odrodzenia, w zagajniku Ostatniego Tańca…
- Wnusiu, Mam dla ciebie wspaniałą wiadomość! - powiedział Matthew Newman. * - Umówimy cię na wieczorek zapoznawczy z Landelem Hastingsem, ostatnio dziedzicem rodu! Powinniście się dogadać, bo jego matka też pochodziła… No sama wiesz, tak jak twoja!-
Jacob uniósł brew i zapytał.
*- Czy to nie ten chłopak, który podobno jest w tak złym stanie zdrowia, że od dziesięciu lat Umiera.-
Dziadek pokiwał głową zadowoloną miną i powiedział zachwyconym głosem.
*- No właśnie Chłopak szybko umrze, a potem Stacey odziedziczy tytuł i majątek! - **Zachichotał złośliwie a potem jeszcze dodał. - Jak się dziewczyna postara, to jeszcze w czasie w nocy poślubnej. -
Zapadło na chwilę bardzo głębokie milczenie, a potem Sergiusz powiedział.
- Moja córka wyjdzie za kogo chce! -
*- Ważne tylko, żeby tylko się o nią troszczył! - dodała Kate
- Przepraszam że się wtrącam, ale człowiek, o którym mówią że umiera od dziesięciu lat, zapewne osiągnął absolutne mistrzostwo w nie umieraniu! - Powiedziała Shan bardzo łagodnym i spokojnym głosem nie odrywając wzroku od talerza.
Kolacja trwała dalej, zakończyła się podaniem lodów na deser, które dziadek kazał podać rozpuszczone, bo nie po co wydaje pieniądze na ogrzewanie mieszkania aby potem chłodzić się jedzeniem zamarzniętego pożywienia!
Gdy zapadała Zmierzch, to zaczęła się po cichu szykować do drogi, zwłaszcza że i tak większość rodziny, a zwłaszcza jej tata Byli zajęci. Wtedy to przebieralni wszedł chłopiec, w kaszkiecie i stroju robotnika, i dopiero po chwili rozpoznała że to Stepanie.
- Widziałam jak dostałaś list… Idę z tobą! Potrzebna ci porządna nieprzyzwoitka! -
Hej, hej wszystkim!
Myślę trochę przyszłościowo nad założeniem sesji na forum, która klimatem bazowałaby częściowo na serialu „Stamtąd”. Pomysł chodzi mi po głowie szczególnie po zakończeniu nowego sezonu, bo jestem dużym fanem, a oczekiwanie na dalszy ciąg chętnie umiliłbym sobie czymś w podobnym duchu. Zresztą kiedyś przy zakończeniu podobnych seriali też nosiłem się z podobnym pomysłem.
Nie chodziłoby jednak o prostą adaptację serialu, tylko raczej o uchwycenie jego klimatu. Chodzi mi głównie o sprawy takie jak zamknięta społeczność nie mogąca opuścić jakiegoś tajemniczego miejsca, miejsce rządzące się dziwnymi zjawiskami i zasadami, tajemnica świata odkrywana kawałek po kawałku, poczucie zagrożenia itd.
Pomysł miałem kiedyś kiełkujący. Inspiracyjnie blisko byłoby mi do klimatów, które kiedyś chodziły mi po głowie po oglądnięciu „Stranger Things”, „The Society” (nie wiem, czy ktoś zna bo był tylko jeden sezon w 2019 roku), a nawet do czegoś w rodzaju średniowiecznego już „The Lost”. Książkowo fajne było "Wayward Pines". Wszystkie miały coś wspólnego. Jedną większą tajemnice świata lub izolacji (oprócz "Stranger Things" z wyłączeniem ostatnich sezonów, gdzie faktycznie ich izolowało wojsko, choć to oczywiście było mało tajemnicze), ale zaplanowana z góry i możliwa do odkrycia w trakcie sesji. Jednocześnie nie ciągnięta w nieskończoność.
Na ten moment wyobrażam sobie to jako jedną dłuższą, zamkniętą sesję, pewnie do rozegrania w kilka miesięcy. Strzelając po swoim doświadczeniu, coś w okolicach ośmiu miesięcy wydaje mi się realne, choć wiadomo, zawsze może się przedłużyć.
System nie jest jeszcze wybrany. Ponieważ dobrze znam Zew Cthulhu, naturalnie jakoś dobieram sobie w głowie pomysły z tej pułki, bo stosunkowo można łatwo wpleść jakiegoś przedwiecznego w coś pokręconego. Była nawet teoria w "Stamtąd" o Królu w Żółci, czyli Hasturze, ale to tylko fanowska teoria. Widzę jednak fajne przełożenie i możliwości. Jednocześnie myślę o czymś w nowoczesnym ujęciu, może lata 80., 90. Nie zamykam się jednak na inne systemy, więc jeśli ktoś zna mechanikę, która dobrze wspierałaby złożenia mojego pomysłu, chętnie posłucham.
Nie mam też jeszcze zamkniętego miejsca akcji. Serialowo najłatwiej byłoby pójść w Amerykę albo Anglię, ale rozważam też Polskę. Zagranicznie byłoby mi pewnie trochę łatwiej prowadzić pewne tropy i klisze, ale polskie podwórko mogłoby dać sporo własnych smaczków, więc tego nie przekreślam. Dlatego zamiast klasycznej sondy, bo wariantów jest za dużo, chciałbym po prostu zrobić małą burzę mózgów i poznać wasze opinię.
Interesuje mnie przede wszystkim:
Zazwyczaj nie robię takich sond, bo zwykle uważam, że wystarcza mi siła samego pomysłu i jego rozpisanie, ale tutaj wyjątkowo chciałbym wcześniej zobaczyć, czy są jakieś wyraźne zachcianki, trendy albo pomysły, które warto wziąć pod uwagę.
W każdym razie dajcie znać. Jak będzie zainteresowanie, to zacznę sobie dłubać koncept na przyszłość.

Ciemność żarząca się dotąd miniaturowymi punktami czerwieni zaczęła niespodziewanie znikać, rozpraszana zimnym światłem włączanych sukcesywnie elektrycznych lamp. Ich jaskrawy blask oświetlił ukryte od wielu miesięcy w lodowatym mroku wnętrza kajut i korytarzy, klatek schodowych, śluz i perforowanych płyt pomostów łącznikowych. Przemierzający czerń kosmosu statek powracał do życia, zaczynał rozbrzmiewać stukotem, pomrukiem i zgrzytem maszynerii oraz popiskiwaniem elektroniki składającej się na skomplikowaną infrastrukturę międzygwiezdnej jednostki.
Czerwone diody systemów utrzymujących górniczy kombajn w stanie uśpienia zmieniały swoją barwę na bursztynową, później zaś zieloną. Oprogramowanie Opiekuna realizowało kolejne protokoły procesu wybudzania załogi uruchamiając systemy ogrzewania Almayera, pompując do jego wnętrza powietrze o podniesionej zawartości tlenu, przywracając do pełnej użyteczności kolejne układy systemu podtrzymywania życia.
W ciasnej przestrzeni sali hibernacyjnej pompy tlenowe zwiększyły częstotliwość cyklu, przezroczystymi rurkami układu dokarmiania popłynęła odżywcza ciecz wzbogacona o pobudzający ludzkie mózgi hormonalny koktajl. Tkwiące od miesięcy w niemal idealnym bezruchu ludzkie sylwetki zaczęły się niemrawo poruszać, wynurzać się z otchłani farmakologicznego hypersnu.
Siedzący w głębokim mroku jednego z pomieszczeń technicznych mężczyzna drgnął znienacka, podniósł się pełnym nadludzkiej gracji ruchem ze swojej stacji ładowania poprawiając rękawy nieskazitelnie czystego kombinezonu z naszywkami personelu medycznego. Jego oczy penetrowały ciemność przenikając ją bez trudu zaawansowaną optyką w czasie, kiedy elektroniczny mózg łączył się z bezprzewodową siecią statku analizując istotę nieoczekiwanego alertu.
Organiczny członek załogi musiałby w takiej sytuacji udać się na mostek jednostki, przywrócić do pełnego trybu pracy uśpione komputerowe terminale i przestudiować dane zarejestrowane przez czujniki statku. Pozbawiony takich ograniczeń android przeanalizował odczyty jeszcze w podpiętej do siebie stacji ładowania, pobierając skompresowane dane z bezprzewodowej sieci bez konieczności przemieszczania się na wyższy pokład jednostki.
Procedury towarzyszące tego rodzaju alertom nie pozostawiały androidowi żadnego wyboru. Sztuczna inteligencja odpowiedzialna za pieczę nad KM-164 stanęła w obliczu wyzwania, któremu zgodnie z przepisami czoła stawić musiała tkwiąca od wielu miesięcy w uśpieniu organiczna załoga Altmeyera.
Przełączając swoją optykę w tryb podczerwieni syntetyk ruszył w stronę pokładowej hyperspalni, gdzie blisko tuzin nieświadomych jeszcze alertu ludzi spędzał wielomiesięczną podróż w klaustrofobicznej ciasnocie kriogenicznych kapsuł.
~Lana Lang

Zima zaczęła się od przymrozków i zniszczenia pobliskiej enklawy Anarchistów. Ann nie znała żadnego z nich. Po prawdzie nie wiedziała nic o sąsiednich społecznościach Kainitów, poza nowojorską oczywiście. Enklawa została zaatakowana przez draugri, wampiry których umysły zostały przejęte przez Bestię. Stwory te, jak się okazało, powstały z dawnej społeczności potężnych Nosferatu, która została zniszczona podczas wypadku w kopalni. Szczegółów tej tragedii Ann nie znała, za to dowiedziała się na własnej skórze jak niebezpieczne potrafią być te kreatury. I jak ich pojawienie wywołało poruszenie zarówno wśród społeczności Stillwater jak i w samym Nowym Jorku. Na tyle poważne to były wieści, że zaowocowały spotkaniem Primogenów i Księcia na zebraniu. Nawet jeśli ono było teoretycznie nieformalne. Ann miała zaszczyt uczestniczyć w tym zebraniu i poznać oblicza tych którzy władają Nowym Jorkiem. A przynajmniej tych, którym się wydaje że nim władają. Gdzieś poza wampirami czaiły się inne siły. Tajemnicza Technokracja, wedle znajomych magów, władająca miastem i światem… organizacja o której tylko słyszała dotąd i choć miała krótką okazję zapoznać się z jej siepaczami, to nie odczuwała ich mrocznego cienia na swoich plecach. W przeciwieństwie do Loży, której macki przenikały wampirze klany. W przeciwieństwie do Loży dla której to upadek Cyrila był jedynie nieudanym eksperymentem.
I co więcej, Ann zyskała okazję by im się odpłacić pięknym za nadobne. Bo czymże innym było okradzenie siedziby ich poprzedniego mistrza tuż pod ich nosami?
Ostatnią zagadką która objawiła się tej zimy był Pentex. Fundusz inwestycyjny stojący za kopalnią z którą to wojowały miejscowe wilkołaki. Organizacja bardzo potężna i równie bardzo tajemnicza. I bardzo groźna. Przy jej, ponoć szalonych, planach wszelkie konflikty jakie toczyły wokół Stillwater i w Nowym Jorku wydawały się… trywialne. I pomyśleć że Pentex był tylko organizacją zwykłych śmiertelników skupionych wokół szalonego kultu.

Powrót do domu był pospieszny, bo musieli zdążyć przed świtem. Potem Ann udała się do piwnicy i ułożyła w swoim legowisku, by znów dać się pochłonąć koszmarom.
Nieprzyjemnym i przerażającym ale w znajomy sposób. I nie zepsuły jej nastroju po pobudce kolejnej nocy. Williama już nie było w jego legowisku i sądząc po odgłosach dochodzących z góry już się obudził. I przebywał w kuchni. Z radia leciała muzyka, a sam Toreador pakował do lodówki worki z krwią.
-Śpioch z ciebie.- rzekł na powitanie. - Clyde zdążył już przywieźć nam nowe zapasy.-
Dodał jeszcze wkładając ostatnie woreczki. - Zakładam, że dobrze się wczoraj bawiłaś? Ja też planuję bawić się dobrze.-
Potarł podbródek. - Dzisiaj w nocy nadadzą “Przeminęło z wiatrem”. To mój ulubiony film. A Clark… och… Clark. Mój ulubiony aktor. Szkoda że już nie żyje. Był to bardzo sympatyczny i bardzo charyzmatyczny mężczyzna.-
Spojrzał na Ann. - Może chciałabyś obejrzeć ze… A fakt, nie możesz.-
Zamknął lodówkę. - Masz zadanie zlecone przez Księcia. Wczoraj Larry wywołał awanturę w Róży i pobił innego Kainitę przy okazji demolując bar oraz cóż… naginając zasady Maskarady. Obecnie siedzi w areszcie. Trzeba go stamtąd odebrać i zawieźć do jego warsztatu, gdzie ma przebywać aż do odwołania. Ma areszt domowy, a tej nocy ty masz dopilnować, by wypełnił to polecenie Księcia.-
Gracze:
-|
Rolltelling chciałby zaprosić na XIII edycję Festiwalu Fantastyki Opolcon, który odbędzie się w dniach 11-13 września 2026 r. w Opolu w Zespole Szkół Elektrycznych i Zespole Szkół Ekonomicznych przy ul. Kościuszki oraz w Publicznym Liceum Ogólnokształcącym nr 8 przy ul. Ozimskiej. Festiwal Fantastyki Opolcon to jeden z największych darmowych ogólnopolskich festiwali miłośników fantastyki, który jest organizowany przez Opolski Klub Fantastyki Fenix od 2013 r.
W trakcie trzech dni festiwalu będzie można wziąć udział w prelekcjach tematycznych, spotkaniach autorskich, turniejach, konkursach i warsztatach. Nie zabraknie również gier planszowych i retro konsol, a także fantastycznych wystawców, u których będzie można zakupić ciekawe gadżety i produkty handmade. W sobotę (12.09) odbędzie się najważniejszy punkt programu, Konkurs Cosplay, podczas którego uczestnicy będą prezentować na scenie własnoręcznie wykonane stroje postaci ze świata popkultury.
Zachęcam do śledzenia wydarzenia na Facebooku: https://fb.me/e/1WjmDnJA0I
Oki to witam nowych/starych graczy w ostlandzkiej, wojennej przygodzie 
Pi x oko wznowienie sesji zacznie się w podobnym momencie gdzie akcja skończyła się poprzednio. A skończyła się na nocnym ataku zwierzoludzi na obóz regimentu. Teraz mamy poranek po tym ataku. I do tego nawiązuje scenka z rekruty.
Co do mojego misiowego posta to nie wiem czy uda mi się w work days go napisać. Jeśli tak to się uda, jak nie to będzie w weekend. Więc na razie witam serdecznie i cieszę się, że będziemy mogli kontynuować tą przygodę 
I mam na początek pytanie do Was. Czy wolicie pisać w tym wątku przeniesionym z LI czy tamten przenieść do archiwum i tutaj zacząć nowy wątek.
A jeśli Wy macie do mnie jakieś pytania czy uwagi to dajcie znać ocb 
Cześć
Tu będą wszystkie komentarze i materiały do naszej gry. Możecie przedstawić swoje postacie i niedługo będziemy zaczynać. Jest to też miejsce, w którym możemy dyskutować różne rzeczy oraz komentować naszą kampanię - mogą to robić także osoby, które nie grają.
Kolejka: Tak, jak pisałem w ogłoszeniu, każdy powinien napisać przynajmniej dwa odpisy w tygodniu. Jak na chwilę obecną uważam, że wprowadzanie kolejki odpisów nie ma sensu, po prostu niech pisze ten, kto uważa że aktualnie ma coś do powiedzenia. Też nie ma sensu się nawzajem blokować i ograniczać.
Długość odpisów: Bez znaczenia.
Forma odpisu: Dialogi proszę wyróżnić pogrubieniem, myśli postaci - kursywą, resztę zwykłym stylem.
Rzuty: Proponuję, żeby wykonywać je na forumowym discordzie przy użyciu wgranego tam bota, ale nie jest to konieczne. W przypadku rzutów innych, niż na walkę i interakcje społeczne, informację, którą zdobędziecie w wyniku sukcesu, oznaczę spoilerem. Jeśli wyrzucicie sukces, możecie przeczytać. Jeśli nie - no to nie. Będę się starał stosować zasadę "fail forward", ale nie obiecuję, że zawsze mi się to uda.
Na razie tyle, a jak mi coś jeszcze przyjdzie do głowy, to napiszę xD
Oryginalny tytuł: Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Miejsce: Kislev; pn. Kislev; Północny Lynsk; bród na Krasicyno
Czas: 2521.03.01 Aubentagl; południe
Warunki: - na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, pogodnie, ciepło
Krzepka, szosrstka dłoń w pośpiechu dobiła wyciorem pocisk po raz ostatni. Pomimo pośpiechu ruchy obu dłoni nie wahały się co świadczyło o sporej wprawie w tej czynności. Następnie ramię okryte grubą, ochronną warstwą przeszywalnicy i płytkami solidnej, imperialnej stali uniosło się w górę. ~ To już ostatnia. Oby się udało! Sigmarze dopomóż! ~ w głowie mężczyzny przemknęła krótka prośba do boskiego patrona. Po czym palec pociągnął za spust i pistolet lekko szarpnął, huknął a w powietrze trysnął kłąb gryzącego dymu. Mężczyzna z uwagą obserwował pocisk ale ten był niewielki, szybki i w ogólnym dymie i kurzawie jaka tu panowała szybko mu zniknął w oczu. Poprzednia nie wypaliła ale wcześniej te kilka wyjątkowych strzałów zadziałało. Ivan mu wcisnął ten pistolet na początku walki i “prikazem” a trochę prośbą aby strzelał w niebo. To miał być sygnał dla innych, że tu toczy się walka i potrzebują pomocy. Wcześniej Friedrich von Keyserling, ostlandzki baron i imperialny poseł z misją dyplomatyczną w Kislevie wystrzelił pozostałe zmodyfikowane naboje. Iwan wiedział, że umie się posługiwać bronią palną to pewnie dlatego mu wręczył ten pistolet. Poza tym Friedrich jako imperialny gość, poseł i herold, był niejako poza kislevską hierarchią i jurysdykcją. Ani to mu nie wypadało ingerować w poczynania gospodarzy ani im nie wypadało wydawać poleceń. Ale teraz, dzisiaj, już któryś tak przeklęto długi dzwon wszystko się zmieniło gdy zostali zajadle zaatakowani, przez zaskakującą duże siły wroga.
- Jest! Dzięki ci Sigmarze! - nie mógł powstrzymać się od krótkiego uśmiechu radości gdy raca na niebie wybuchła czerwonym dymem i była widoczna nawet przez ten prochowy dym i kurzawę czynioną przez walczących na ziemi. To był kolejny kłopotliwy dylemat tej sytuacji. Wiedział, że Kislevici celowo trzymali go z tyłu nie chcąc dopuścić aby coś stało się ich gościowi a do tego posłowi. On też miał do dyspozycji tylko swoją skromną eskortę jaka w tej chwili coraz bardziej przypominała ostatnią garstkę obrońców. Zadarli głowy gdy dojrzeli czerwoną, dymną gwiazdę pod całkiem pogodnym dzisiaj niebem.
- Wytrwamy! Pomoc wkrótce nadejdzie! - krzyknął do nich w reikspiel a ci pokiwali głowami ale miny były dostosowane do sytuacji. Czyli poważne. Zaraz krzyknął to samo po kislevsku aby dodać otuchy swoim towarzyszom. On sam nie miał już więcej rac więc zaczął przeładowywać pistolet zwykłą kulą. I starał się wyglądać, że wszystko jest w porządku i pod kontrolą. I zastanawiać się jak do tego doszło?
Wracał właśnie z misji dyplomatycznej delikatnej natury więc potrzeba było wysłać kogoś doświadczonego. A któż by mógł być bardziej doświadczony niż Ostlandczyk o silnej domieszce kislevskiej krwi płynnie mówiący w tym języku? Więc wysłano właśnie jego, barona Friedricha von Keyserlinga.

https://i.imgur.com/cKonIeY.jpg
Jechał w górę Północnego Lynsku gdy spotkał tych właśnie Kislevitów. Co go zaskoczyło to na wyprawie wojennej. Postanowił do nich dołączyć bo i tak było mu po drodze. A z tak dużym oddziałem powinno być bezpieczniej. Dowiedział się od nich, że kierują się ku brodowi na rzecze jaki przekroczyła jakaś banda grabieżców z północy. Szli sprawdzić co się dzieje przy tym brodzie i go zablokować. Ale spodziewali się jeszcze przybycia kawalerii. Ta powinna odnaleźć i rozbić tych rabusiów o ile już przeszli na południe albo rozbić ich gdy przybędą nad bród. Większość oddziałów to była kozacka piechota i wozy jakie potrafili ustawić “w kosz” czyli tworzyć coś w rodzaju przenośnego fortu z jakich mogli skutecznie się bronić nawet przeciwko znacznie liczniejszemu przeciwnikowi. Humory nieco im psuła świadomość, że musieli ruszać gdy akurat trwał wiosenny festyn podczas równonocy gdy świętowano pożegnanie czasu Ulryka i oczekiwano początku tego lżejszego i łagodniejszego sezonu. A tu padł alarm i trzeba było ruszać do tego brodu. Wczoraj nie zdążyli tam dotrzeć. Więc dzisiaj zwinęli oboz w zimnym, prawie zimowym poranku i wznowili przerwany marsz. A niedługo potem czujki doniosły, że widać grupę jeźdźców. Jeszcze przez chwilę nie było wiadomo czy to ci rabusie czy to kawaleria jaka miała do nich dołączyć. Ale szybko przekonali się, że to ci pierwsi. I było ich dużo więcej niż się spodziewali! Co więcej tamci też ich dostrzegli i skierowali konie ku nim najwyraźniej nie mając zamiaru kryć się czy uciekać. Kislevici szybko rozbiegli się ustawiając w pośpiechu wozy, aby się zebrać do kupy w oddziały ale widać było, że jeśli przeciwnik uderzy od razu to będzie kiepsko. A w razie jak ten się zbliżał słychać było coraz wyraźniejszy, złowróżbny tętent koni i widać było coraz więcej szczegółów.

https://i.imgur.com/FSDA7Ai.jpg
Konni grabieżcy z północy zasypali ich strzałami ze swoich łuków. Padli pierwsi ranni i zabici ludzie oraz konie. Ale nie aż tak wielu. Wozy dawały przyzwoitą osłonę nawet jeśli nieco improwizowaną. Wąsaci żołnierze przypadli do wozów i odpowiedzieli ogniem ze swoich flint, arkebuzów i łuków. Teraz pierwsi jeźdźcy spadli z siodeł lub krzyknęli z bólu. Ale walka trwała dalej. Konni utworzyli ruchomy krąg z jakiego ostrzeliwali te dość przypadkowo pogrupowane oddziały. Kislevitom nie udało się zrobić to co zwykle robili podczas defensywy czyli wyprząc wszystkie konie, spiąć ze sobą wszystkie wozy linami i łańcuchami i obsadzić wozy piechotą jaka mogła się ostrzeliwać a na bliski dystans walczyć rohatynami, szablami i toporami. Taktyka najeźdźców też jednak miała swoje mocne strony. Zwłaszcza jak im się udało przyłapać piechotę na odkrytym terenie ledwo co kryjącą się za przypadkowo rozstawionymi wozami. Jeździli dookoła nich zasypując ich strzałami. Co więcej strzelali w przeciwną stronę, w plecy tych co się kryli po przeciwnej stronie wozów a nie tych co byli bliżej nich twarzami zwróceni do nich i częściowo skryci za wozami. Od początku na oko Friedricha nie wyglądało to dobrze bo przeciwników było zaskakująco wielu. To nie była jakaś przypadkowa banda rabusiów tylko całkiem spory najazd. A z każdym kolejnym pacierzem zdawali się zyskiwać coraz większą przewagę. Kislevitów od początku było mniej. A i ubywało ich prędzej niż konnych grabieżców. Co nie wróżyło zbyt dobrze imperialnym wysłannikom i ich wschodnim towarzyszom.
W końcu przeciwnik rozzuchwalił się albo uznał, że zmiękczył obrońców na tyle, że zaatakował bezpośrednio. Jeźdźcy na jedną komendę zrobili zwrot ku obrońcom i runęli na nich z wszystkich stron. Wyjąc jak zwierzęta, dmąc w wojenne rogi jakie nie były w stanie zagłuszyć tętentu tabuna koni jaki z impetem pędził na obrońców. Dowódca Kislevitów, Iwan Dirko, pokrzywkiwał na swoich aby w tym ostatnim momencie zewrzeć obronę i dodać otuchy.
- Wytrwajcie! To tchórze! Wyczują opór, twardej kislevskiej ręki to się cofnął! Wytrwajcie! - krzyczał do swoich po kislevicku. Ale wtedy jakby dostrzegł imperialnego posła jaki gotował swoje pistolety do boju bo zapowiadało się na to, że walka zaraz przeniesie się na bezpośredni dystans i będzie okazja ich użyć. Wtedy rzucił mu ten dziwny pistolet i kazał strzelać w niebo.
To strzelał. Tamten atak odparli. Z trudem, walka już trwała między wozami. Te rozproszyły piechurów i kawalerzystów na mniejsze grupki a nawet pojedynczych walczących. Obrońcy strzelali i dźgali a jak się dało to strzelali z bliska stojąc na wozach. Konni odpowiadali im tym samym tylko szyjąc z bliska z łuków. Ostatecznie jednak to Kislevici okazali te przysłowiowe parę chwil determinacji więcej i zostali na placu boju. Zaś jeźdźcy odjechali aby się pozbierać. Ale czuli w powietrzu krew i zwycięstwo. Obrońcy dostali wyraźne cięgi. Najeźdźców też sporo trupów i dogorywających leżało między wozami ale w skali do całości jeźdźców to było to nie tak dużo. Dysproporcja sił zrobiła się jeszcze bardziej niekorzystna niż na początku walki. A Friedrich co jakiś czas unosił pękaty pistolet i posyłał w niebo czerwoną racę. To miało być wezwanie do pomocy dla kawaleryjskiej odsieczy. Ta wiara oraz upór godny Ostlandczyków napędzał obrońców. Liczyli, że jeśli wytrwają dostatecznie długo to doczekają tej odsieczy. Ale być może mogli mieć kłopot z ich zlokalizowaniem lub nie zdawali sobie sprawy w jak poważnych są tarapatach. To miała im rozjaśnić ta czerwona raca na niebie. Friedrich więc strzelał gdy sam nie był zajęty użyciem własnych pistoletów do wroga. Jego chłopcy zaś jego dragoni dzielnie stali przy nim siejąc słuszny pogrom gdzie sięgnęły ich bandolety albo rapiery. Jednak w skali całej bitwy nie mogło to zmienić jej niekorzystnych dla nich proporcji. Potem nastąpił kolejna fala pierzastego gradu o stalowych ostrzach. I znów bezpośredni atak. A on wystrzelił swój ostatni kolorowy nabój. Obserwował z zadartą głową jak przez kurzawę i chmury prochowego dymu rozbłyska krwiście, czerwony obłok. Ostatni rozpaczliwy krzyk dogorywającego właśnie oddziału. Oddziału w jakim był i on. Jako gość i herold z zaprzyjaźnionego państwa i sojusznika. Ale nie sądził aby najeźdźcom robiło to jakąś różnicę. Opuścił głowę, wyjął własne pistolety, chwilę celował i strzelił.
- Dalej chłopcy! Niech nasi bracia Kislevici nie umierają dziś samotnie! Pokażmy im jak walczy Imperium! Jak walczy Ostland! Na koń! - poderwał swoich ludzi do ostatniego wysiłku. Stracił nadzieję, że wyjdą z tego żywi. Więc cisnął ją precz. Jak miał ginąć to z honorem! Z podniesionym czołem aby mógł stanąc dumnie przed swoimi przodkami w Ogrodzie Morra z których tak wielu też padło w bitwach. W walce, z podniesionym czołem. Widać dziś nadszedł jego dzień. Wsiadł na konia i spojrzał na garstkę swoich dragonów. Wszyscy mieli żółto - czerwone tuniki na pancerzach oznaczające, że są heroldami i posłami. Ale pod spodem mieli pancerze i ryngraf albo metalową pieczęć z dumną, upartą byczą głową, symbolem ich rodzinnego Ostlandu. Teraz zakrzyknęgli gromki licząc, że dowódca poprowadzi ich do ostatniej szarży na wroga.
- Panie baronie! Słyszy pan?! - krzyknął nagle jeden z nich i uniósł się w strzemionach. Niektórzy dragoni także. Z początku nic nie było słychać. Poza kotłowaniną bitwy oczywiście. Krzyki ludzi. Te wojenne i te rannych i właśnie trafianych. Rżenie koni. Takie bolesne od kopnięć w boki, ciężki oddech po długim wysiłku, i żałosne skomlenie gdy któryś z wierzchowców został właśnie ugodzony. Do tego świsty cięciw, szczęk broni, głuche uderzenia o drewniane tarcze czy burty wozów. Ale ponad tym wszystkim…
- Trąby! Trąby! To nasi! To nasi! Jesteśmy uratowani! - krzyknął któryś z dragonów. Friedrich musiał przyznać mu rację. Też wyłapał ten przenikliwy dźwięk piszczałek jakie były w stanie przebić się przez kotłowaninę bitwy w jakiej grzęzły ludzkie głosy czy rżenie koni zlewając się w jeden, wielki tumult. Odgłos instrumentów był jeszcze daleki ale nie ustawał. To musiała być ta kislevska kawaleria jaka miała do nich dołączyć przy brodzie! Zresztą i reszta bitwy też na to w końcu dostrzegła. Walki zaczęły się rwać ale gdy Kislevici zaczynali krzyczeć z radości i wiwatować to jeźdźcy stopniowo urywali się od nich wydając się zaniepokojeni. Wreszcie uszli zostawiając zdziesiątkowanych obrońców pośród przewróconych wozów, zabitych koni i ludzi. Odpłynęli poza zasięg skutecznego strzału z łuku i większość z nich zaczęła się formować w większe oddziały. Tyłem do obrońców. Teraz już wszyscy musieli słyszeć odgłosy wojennych trąb. Zbliżały się. Teraz sytuacja się odwróciła. To najeźdźcy ze wschodu nerwowo ustawiali swoje szyki przed przeciwnikiem jaki zbliżał się szybko a jakiego się tu nie spodziewali.
- Mówiłem wam! Mówiłem! Wystarczy wytrwać odpowiednio długo a kawaleria przybędzie! - krzyczał triumfalnie pułkownik Dirko do swoich ludzi. Krew mu się lała z rozciętego łba więc wyglądał dość makabrycznie. I nieco się chwiał ale próbował to zamaskować trzymając się burty wozu. Kislevici wznieśli okrzyki szczerej radości.
- Sztandar w górę! Sztandar w górę! Pokażcie naszym, że my tu wciąż trwamy i walczymy! Pokażcie im wszystkim! Sztandar w górę! - krzyknął kislevski pułkownik i któryś z jego ludzi podbiegł do zawieszonego przy jego wozie sztandaru, ujął go i zaczął nim wymachiwać.

https://i.imgur.com/VD51wic.png
W świetle chłodnego ale słonecznego dnia ten żółto - błękitny sztandar był dobrze widoczny. Friedrich nie widział zbyt wielu detali gdy ten przypadkowy chorąży tak nim energicznie machał ale wczoraj podczas jazdy miał okazję mu sie przyjrzeć w ciągu dnia wspólnej podróży. Przedstawiał Kislevitę w tym ich charakterystycznym kontuszu i szarawarach. Czerwonej czapce, szablą u boku i flintą na ramieniu. Z wolnym ramieniem dumnie wspartym na biodrze. I obramowanego licznymi sztandarami, armatami i buławami. Sztandar wojenny chorągwi Kozaków Leńskich. Teraz powiewał na przekór krytycznej sytuacji jaką tu przed chwilą mieli, czekając na odsiecz kawalerii. Tą jednak na razie nie widzieli bo co było dość nietypowe ale przesłaniała im wroga kawaleria jaka szykowała się do starcia dwóch konnych armii.
- Ruszyli! - rozeszło się przez kislevskie oddziały na i wokół wozów. Słychać było jak trąby grają krótki, przenikliwy sygnał. A potem tętent. Tenten wielu setek koni jakie ruszyły zgranym rytmem. Tenten ciężkiej kawalerii stworzonej do przełamujących uderzeń. Wschodni najeźdźcy też ruszyli. Friedrich widział ich plecy. Ruszyli na spotkanie tej szarży. Korzystając z tego, że był w siodle i chyba te wozy były na jakimś lekki wzniesieniu imperialny poseł uniósł sie w strzemionach to coś widział sponad tych rozpędzonych głów szarżujących grabieżców.
- Co? Nie, co oni… Co oni robią? Nie, to nie tak! Są za rzadko, nie będzie efektu… Są zbyt rozproszeni… - udało mu się dojrzeć tą linię rozpędzonej kawalerii jaka pędziła ku nim. Tylko z tą ławą kawalerii przeciwnika po drodze. Zdumiało go jednak to, że ładnie szli, równo, jako doświadczony kawalerzysta od razu rozpoznał zdyscyplinowanych jeźdźców jacy potrafią manewrować jak jeden oddział. Już pędzili swoje konie ale dopiero zbierając się do galopu. Ale pędzili bardzo rozproszeni. Przerwy między jeźdźcami były zbyt duże. Mógł się między nimi zmieścić ze dwa, może nawet trzy konie jeśli wziąć poprawkę na odległość z jakiej ich obserwował. A przecież kawaleria miała wtedy największy impet uderzenia gdy uderzała klinem, jak młot rozgniewanego Sigmara, wtedy najlepsze oddziały trafione takim uderzeniem szły w drzazgi. A ci… Jechali tak rozproszeni! Źle! Nie tak! Przecież nie będzie efektu uderzenia pancernej pięści!
W tym czasie oba wrogie oddziały skróciły do siebie dystans na tyle, że konni łucznicy unieśli swoje łuki i wypuścili swoje strzały. I od razu zaczęli napinać łuki do kolejnej porcji pierzastego deszczu jaki wznosił się pod niebo a potem zwalniał i znów przyspieszał spadając z coraz większym impetem na rozpędzonych lansjerów. Jednak ku pewnemu zaskoczeniu Friedricha mało która strzała trafiła któregoś Kislevitę. Przerwy między nimi były zbyt duże. Co więcej znów odezwały się zuchwałe trąby. I druga linia jeźdźców uniosła w odpowiedzi kusze. W niebo poszybowała teraz fala bełtów. Te miały o wiele bardziej płaską trajektorię lotu więc leciały niżej. Za to były szybsze i mocniejsze. Wschodni jeźdźcy nie jechali strzemię w strzemię ale i tak było ich na tyle wielu, że byli dość mocno zagęszczeni. Więc i bełty miały w czym wybierać. Przez najeźdźców uderzających pod znakiem ośmioramiennej gwiazdy Chaosu przeszedł jęk gdy co niektórzy krzyknęli z bólu albo zwalali się z siodła gdy trafienia były poważniejsze. Ta rozpędzona ława zachwiała się od tego zamieszania ale pędziła dalej. Zaś kislevscy trębacze znów dali jakiś sygnał. I wtedy Friedrich ujrzał coś co nie spodziewał się, że jest możliwe. Może gdzieś w cyrku, na występach jakiejś grupy woltyżerów. Ale nie na rozpędzonej, żołnierskiej masie w trakcie bitwy. A jednak. A jednak widział jak niespodziewanie, z każdym kolejnym końskim susem ta rozpędzona kawaleria zaczęła równać do chorągwi jaka była w centrum szyku. Z każdym krokiem te szerokie odstępy jakie tak zaskoczyły i zirytowały imperialnego obserwatora skracały się. Na jego oczach ta rozpędzona, pancerna masa zaciskała się w pancerną pięść. Tuż przed zderzeniem się obu kawaleryjskich armii to już był zwarty, kawaleryjski oddział prowadzony biało - czerwonymi proporcami na szczycie lanc.

https://i.imgur.com/mRkGlPr.jpeg
- Niemożliwe… To niemożliwe… Jak oni to robią? - Friedrich nie mógł wyjść z podziwu u zdumienia nad tym popisem wyszkolenia i dyscypliny o jakiej co prawda słyszał już nie raz ale pierwszy raz widział ją na własne oczy podczas prawdziwego starcia. A to właśnie nastąpiło. Ta pancerna pięść trzasnęła w rozpędzoną kawaleryjską masę wroga. I ta poszła w drzazgi. Tak jak oczekiwał ostlandzki baron niewiele rzeczy na polu bitwy potrafiło przetrwać impet rozpędzonej ciężkiej kawalerii. Ci najeźdźcy ze wschodu widocznie do nich nie należeli. Ale było ich sporo. A lansjerom po pierwszym uderzeniu pękły drzewka. Więc sięgnęli po pistolety, szable, nadziaki, koncerze. Oraz własny pęd, dumę, odwagę i niezachwianą pewność siebie. Tego też zabrakło ich przeciwnikowi któremu pierwsze, miażdżące uderzenie przetrąciło kark. I mało który śmiał przeciwstawić się kislevskiej zemście. Najeźdźcy szybko poszli w rozsypkę ratując się ucieczką. Zaś kisleviccy piechociarze Dirko zaczęli wiwatować na ich cześć. Rzucali czapki do góry, wyrzucali ręce do góry i krzyczeli. Friedrich starał się zapanować nad swoimi emocjami ale też się do nich w końcu przyłączył. Już się szykował, że jeszcze dziś spotka się w Ogrodach Morra ze swoimi przodkami a tu jednak jeszcze nie. Jeszcze nie dziś. Na razie to było po bitwie. Imperialny poseł nie mógł się powstrzymać aby nie spiąć konia ostrogami i nie ruszyć przywitać się na czele swojej skromnej eskorty dragonów z dowódcą kislevskich kawalerzystów jacy właśnie podjechali do piechociarzy i częściowo rozbitych wozów. Pułkownik Iwan Dirko już z nim się witał i rozmawiał nie kryjąc radości.
- A to panie bracie są nasi goście z Imperium. To właśnie pan baron tak umnie was tu wezwał tymi racami. - widocznie obaj kislevscy oficerowie mówili właśnie o nim bo spojrzeli w jego stronę gdy nadjeżdżał.
- To jest pan baron Friedrich von Keyserling z Ostlandu. Niby imperialny ale gada i walczy jak nasz. - Iwan musiał mieć świetny humor i dość rubasznie przedstawił imperialnego posła jakiego pierwszy raz spotkał wczoraj. Ostlandczyk skłonił się podzielając ten entuzjazm z powodu zwycięstwa ale czekał na dalszy ciąg prezentacji.
- A to jest pan pułkownik Piotr Wolski, chorągwi pskowskich lansjerów. To właśnie z nim mieliśmy się spotkać przy brodzie. Spotkalśmy się może nieco przed ale nie narzekam. - Iwan gładko kontynuował to przedstawianie sobie obu szlachciców, rycerzy i kawalerzystów. Teraz i kislevski pułkownik skłonił się swojemu imperialnemu koledze. Uśmiechał się spod wąsa przyjemnie ale dość oszczędnie.
- Wspaniała szarża panie pułkowniku! Wspaniała! Jak żyję czegoś takiego nie widziałem! I te kusze, i ta synchroniczność! Jak woltyżerka w najlepszym cyrku! I jeszcze ten manewr scalający tuż przed uderzeniem! Wspaniałe, po prostu wspaniałe! - imperialny baron podjechał bliżej aby złożyć gratulacje kislevskiemu oficerowi. Ten przyjął to spokojnie i pokiwał głową. Ale jakoś nie tryskał entuzjazmem tak jak on albo Dirko.
- Strzelanie nawiją. Tak na to mówimy. Takie strzelanie ponad głowami lansjerów. A to scalenie tak. Póki chorągiew jest rozproszona to wszelkie strzelanie mniej na nią działa. A my to sporo mamy zabaw z różnymi strzelcami. Tylko myk polega na tym aby się zebrać do kupy w odpowiednim momencie. To tak, długo to ćwiczymy aby działało to jak należy. - odparł pułkownik Wolski kiwając głową i uśmiechając się tym łagodnym spojrzeniem orzechowych oczu.
- Hej ale pułkowniku! Jak rozbiliśmy tych gamoni to może już nie trzeba iść nad ten bród? Przecież ich pobiliśmy! Niech psie syny wracają do suki i kobyły jakie ich wydały na świat! - zawołał wesoło Iwan zadzierając nieco swoją wygoloną głowę aby spojrzeć to na jednego to na drugiego kawalerzystę.
- Trzeba tam jechać. To tylko jedna z band. Jest ich więcej. Dużo więcej. Trzeba nam tam jechać i zablokować bród póki nie przybędą posiłki. - pułkownik Wolski pokiwał w zadumie głową patrząc gdzieś daleko w step albo potężną rzekę jaka przepływała w pobliżu. Ale zdradził w końcu te wieści jakie miał. I raczej nie należały do pozytywnych. Miny obu rozmówcom zrzedły.
- A więc to prawda? Pogłoski były prawdziwe? Tym razem to coś większego? - zapytał von Keyserling. To była właśnie ta delikatna misja z jaką go tu przysłano. Zwiadowcy, maruderzy, szpiedzy, uciekinierzy jacy przybywali z Krainy Trolli mówili, że na północy zbiera się armia. Wielka armia. Tak wielka jaką od dawna tam nie widziano. Z początku nie dawano temu wiary ale jak się powtarzały i powtarzały to w końcu wysłano kislevskich konnych zwiadowców a z Wolfenburga przysłano właśnie jego aby na miejscu zbadał sprawę czy to jakieś niedorzeczne plotki czy wręcz przeciwnie. Coś jednak może być na rzeczy. I okazało się jednak, że jednak jest. I na południe ruszyło coś większego niż zwykły najazd rabunkowej bandy jaką właśnie rozbili. Ale wszystko wskazywało, że ma być ich więcej. Dużo więcej cytując Wolskiego.
- Tak. Chyba tak. Iwan posprzątaj tu. Zbierz swoje wozy i ludzi i ruszaj za nami tak szybko jak dacie rady. My jedziemy na bród. - hetman pokiwał głową po raz ostatni i przygotował dyspozycje na drugą połowę dnia. Nie miał zamiaru tu zostawiać ze swoją chorągwią tylko ruszać w górę rzeki aby zablokować bród tak długo jak się da. Pułkownik Dirko widząc jak się sprawy mają splunął w świeżą, wiosenną trawę i spojrzał w zadumie na północ.
- A ja? - zapytał Keyserling. Z jednej strony miał ochotę dalej podążać za tymi dzielnymi Kislevitami. Z drugiej jednak jego misja ciążyła mu na sercu i wiedział, że powinien jak najszybciej wrócić do Wolfenburga i tam zdać raport z powagi sytuacji.
- A ty heroldzie? Ty jedź. Wracaj do domu. Wracaj do Imperium. I powiedz tam. Powiedz tam, że Kislev tu jest, trwa i walczy. Powiedz im, że przelewamy tu naszą krew za wolność waszą i naszą. Z odwiecznym wrogiem, z tyranią pełną strachu, cierpienia, z narodami niewolników co mają dla innych tylko niewolę bo nie znają wolności. Powiedz im, że czekamy na dopełnienie pradawnych sojuszy i przysiąg. Czekamy na imperialne złoto, ołów i stal. Na krew i wiarę. Aby tak jak za czasów. Magnusa Wspaniałego stanąć razem ramię w ramię. I dać odpór odwiecznemu wrogowi. Powiedzieć “Nie” niewoli, strachowi i tyrani! My, wolni ludzie Kisleva, będziemy walczyć o naszą wolność. Być może zginiemy, być może przetrwamy, to już wola bogów. Ale nie damy się zniewolić. Nie damy się ujarzmić. Będziemy walczyć o każdą piędź ziemi. I do naszego ostatniego tchu. Jedź heroldzie, wracaj do domu i powiedz tam wszystkim o tym wszystkim. Powiedz im a my tu będziemy trwać i walczyć czekając na pomoc naszych imperialnych sióstr i braci. - z początku pułkownik Wolski mówił głównie do imperialnego oficera oraz do stojącego obok regimentarza piechociarzy. Ale w miarę jak mówił to i konnych i pieszych gromadziło się wokół dowódców coraz więcej. W ich oczach na nowo rozpalał się ogień dumy i patriotyzmu. Kiwali głowami, wznosili okrzyki a gdy oficer lansjerów skończył wybuchła wielka wrzawa. Sam Friedrich też wyczuwał powagę chwili a nawet nutkę wzruszenia.
- Dobrze! Będę jechał tak szybko jak się da! I będę świadczył wasze czyny i słowa! Że najdzielniejszy i najszlachetniejszy z narodów wzywa swych braci i siostry do walki z odwiecznym wrogiem! - herold złożył tą obietnicę i też przemówił gromkim głosem aby nie tylko obaj oficerowie go mogli usłyszeć. Taka obietnica spotkała się z gromkim aplauzem ze strony konnych i pieszych żołnierzy.

Nikomu z Was nie przyszło łatwo żyć wśród martwych, ale jakimś cudem przetrwaliście już blisko dwa lata. Po dawnym świecie zostały tylko wspomnienia, jak blizny wplecione w krajobraz upadłej cywilizacji. Wypłowiały baner szkolnego zjazdu absolwentów nad zatopioną ulicą; billboard reklamujący ubezpieczenie na życie, na wpół zdarty przez wiatr, z przeciętym uśmiechem mężczyzny, który raczej już nikogo nie przekona. Czasy, gdy miesięczna składka na polisę mogła zabezpieczyć całą rodzinę, dawno przeminęły: dziś bezpieczeństwo mierzy się w ilości zasobów, amunicji i umocnień kryjówek, w których prędzej czy później i tak coś się spierdoli.
Podróżujecie ze sobą od kilku miesięcy. Nie mieliście szczęścia do bezpiecznych schronień; czy to przez brak silnego przywództwa, konflikty w grupie czy hordy nieumarłych - żadne miejsce, w którym próbowaliście zostać na dłużej, nie przetrwało próby czasu. Macie pod opieką kilka osób niezdolnych do przetrwania w pojedynkę - dzieci, starców, kobietę w ciąży - i świadomość, że jeśli wkrótce czegoś nie wymyślicie, wasze grono znacznie się uszczupli. Nastroje są burzliwe, wielu z was jest na krawędzi, brakuje niemal wszystkiego. Po drodze mijaliście też ślady, których nie sposób zignorować - symbole na pniach drzew, woreczki z ziołami i kośćmi zawieszone na sznurkach, szkielety zwierząt ułożone w kręgach czy truposze przywiązane łańcuchami do drzew. Napotkani ocalali przestrzegali was przed plemiennym ludem grasującym na bagnach, kultywującym synkretyczne wierzenia charakterystyczne dla dawnej kultury tego regionu. Podświadomie, chyba żadne z was nie chciałoby znaleźć potwierdzenia tych plotek w rzeczywistości.
Z drugiej strony, w coś trzeba wierzyć. Ocalali w Luizjanie jak tonący brzytwy chwytają się mitu o Zielonej Wyspie - miejscu, którego istnienie co bardziej racjonalni poddają w wątpliwość. Niewiele o niej wiadomo poza tym, że miałaby być bezpiecznym, samowystarczalnym miejscem, gdzie udało się odbudować namiastkę cywilizacji. Dla wielu to bajanie dla naiwnych, dla innych - cień nadziei na przetrwanie. Alternatywą byłoby wszak poddać się, gdy brakuje sił, a przecież jeszcze jest dla kogo żyć.
Takie miejsce byłoby bezcenne - szczególnie teraz, gdy coś ciężkiego wisi w powietrzu. Byliście ostrzeżeni - Hannah Collins, wasza meteorolożka, przewidziała nadchodzące problemy, ale wtedy nikt jej nie słuchał. Były większe zmartwienia - pusty żołądek, brak medykamentów, czy kolejni w grupie, którym Bóg wyświetlił napisy końcowe. Teraz, gdy sezon burz wzbiera na sile, jest jasne, że bez przystosowanego schronienia po prostu nie przetrwacie. Nad Luizjanę zmierza bowiem huragan, który niesie śmierć i zniszczenie.
W tym desperackim czasie, gdy ktoś kręcił pokrętłem radia w nadziei na jakikolwiek znak od losu, udało się wam przechwycić nagranie kobiecego głosu, powtarzające w pętli namiary na miejsce zbiórki dla uciekających przed żywiołem. Zdaje się, że nagranie zarejestrowano niedawno, choć trudno ocenić, czy nie jest to jakiegoś rodzaju wyrachowana pułapka. Jedno jest pewne - to jedyny trop, jaki macie, a burza nie będzie czekać, aż podejmiecie decyzję.
***
Otwieram zapisy na sesję w świecie The Walking Dead, osadzoną w Luizjanie, dwa lata po wybuchu apokalipsy. Będziemy wzorować się na uniwersum serialowym, choć znajomość materiału nie jest istotna, bo wydarzenia, które miały w nim miejsce, nie będą mieć dla nas żadnego znaczenia. Sesja odbędzie się za pośrednictwem mechaniki gry fabularnej Kult: Boskość Utracona, jednak nie wymagam jej znajomości - dla graczy rozgrywka będzie miała głównie charakter narracyjny. Oczywiście zapewniam pełne wsparcie przy tworzeniu postaci.
Ilość miejsc jest ograniczona. Przewiduję około 3-4 uczestników dla zachowania płynności. Jeśli pojawi się więcej zgłoszeń, decyzję podejmę w porozumieniu z grupą wcześniej zaakceptowanych.
Kim będą Bohaterowie Graczy?
Od miesięcy podróżujecie z grupą ocalałych, za którą nie stoi żadna ukryta agenda. Jedynym, wyraźnym spoiwem Waszego grona jest chęć przetrwania - a w grupie są na to większe szanse. Od Was zależy, czy znacie poszczególnych członków grupy od dawna, czy też poznaliście się na szlaku - macie jednak wobec siebie dostatecznie wiele zaufania, by trzymać się razem. Oprócz BG, w grupie znajdować się będą także liczne postaci niezależne, z którymi zdefiniujecie swoje relacje. Przed sesją wspólnie wykreujemy całą grupę w rozmowie nad stołem.
Każdy z uczestników otrzyma zestaw Mrocznych Sekretów dopasowanych do naszych realiów, spośród którego wybierze jeden na etapie tworzenia postaci. Wiele z oryginalnych MS w podręczniku nie nadaje się do naszego użytku, więc zaproponuję kilka od siebie - i oczywiście dopuszczę możliwość własnej inicjatywy. Dzięki Mrocznym Sekretom grupa nabierze dynamiki, a relacje staną się głębsze i bardziej wyraziste.
Mechanika
Dla zainteresowanych krótko opiszę, że mechanika opiera się na tak zwanych Ruchach - zestawie działań, które gracze mogą (lub muszą) podjąć w określonych sytuacjach. System stawia na wielką swobodę narracyjną, wobec czego w dużej mierze polega na opisywaniu intencji i działań postaci, oraz rzutach na powiązane Atrybuty. Kości 2k10, do których dodaje się określone modyfikatory, definiują wynik według jednego z trzech przedziałów. Sukces oznacza, że czynność się powiodła. Sukces z komplikacją wprowadza czynnik ryzyka i nadaje dynamikę sytuacji, przeobrażając nawet niepozorne czynności w potencjalne niebezpieczeństwo. Porażka z kolei kończy się klęską i często niesie za sobą opłakane skutki. Dzięki temu będziemy w stanie płynnie i klimatycznie oddać niebezpieczeństwo świata TWD w satysfakcjonujący i przyjazny dla forum sposób, bez długich pauz na zaplecze mechaniczne. Mechanika będzie oczywiście dopasowana do uniwersum - nie uświadczymy w niej elementów metafizycznych, znanych z oryginalnej gry. Zasady przedstawię jednak docelowej drużynie.
TRIGGER WARNING
Motywem przewodnim mechaniki jest stabilność psychiczna, co bezpośrednio przekłada się na dynamikę grozy w przedstawionym świecie. Przestrzegam, że sesja przeznaczona będzie wyłącznie dla osób pełnoletnich o mocnych nerwach - może zawierać liczne triggery, w tym wyjątkowo obrazową przemoc (krew, wnętrzności, zombie), tortury, obrazę uczuć religijnych, składanie ofiar i wszystko, co może wam przyjść do głowy w sesji osadzonej w takim świecie.
Podsumowanie
Poniższy temat powstaje jako bardzo luźne i niezobowiązujące badanie potencjalnego zainteresowania którymś z poniższych konceptów. Same pomysły również pozostają na razie dość ogólne, ale we wszystkich zależałoby mi na grze nastawionej na odgrywanie postaci, konsekwencje ich działań oraz świat, który reaguje na to, co robią (i na który one same muszą reagować).
1. Pathfinder 2e: “Wirujące Łachmany”
Alkenstar, Miasto Smogu. “Wirujące Łachmany”, dawna pralnia robotnicza przerobiona na pub, znana z niestabilnej anomalii grawitacyjnej, od jakiegoś czasu zmaga się z nowym młodocianym gangiem oferującym lokalowi swoją “protekcję”. Jako że niebawem mają być miejscem spotkania Czerwonej Brygady, grupy zrzeszającej pracowników faktorii planujących założenie związku zawodowego, właścicielka “Łachmanów” i lokalna działaczka Adaline Thorne otwiera swój rejestr dłużników. Grupa Bohaterów Graczy zostaje wezwana do spłaty zadłużenia przez ochronę tawerny i rozwiązanie problemu powtarzających się najazdów. Konfrontacja z gangiem może jednak okazać się tylko zarzewiem problemów i, jak wiele rzeczy w Alkenstar, skończyć wybuchową reakcją łańcuchową.
Steampunkowy swashbuckler. Ton awanturniczy i czarnokomediowy: strzelaniny, pościgi po dachach, wybuchy, niestabilna magia. Konfrontacja w barze, gdzie sufit w każdej chwili może stać się podłogą, eskalująca w kaskadę komplikacji.
Mechanika: Pathfinder 2e (Remastered). Bez siatek bitewnych i skrupulatnego rozgrywania każdego działania, bardziej pisanie “kina akcji”. Szczegóły jednak do dogadania.
2. Frostpunk: “Miasto pamięta”
Nowy Londyn, 1935. Ponad trzydzieści lat od Wielkiej Burzy, około dwóch od śmierci Kapitana. Miasto przetrwało i zastąpiło autorytarne rządy czymś coraz bardziej przypominającym demokrację. Odkrycie ropy i przystosowanie Generatora rozwiązały najbardziej palący problem – produkcję ciepła. Najpoważniejsze zagrożenie stanowi obecnie nie mróz, a wewnętrzny konflikt. Zbliżające się głosowanie w Zgromadzeniu dotyczy kontrowersyjnej propozycji zniesienia immunitetu Straży, połączonej z amnestią za brutalne, choć niekiedy konieczne działania podejmowane pod dawnym reżimem. Projekt dzieli nowolondyńczyków na wrogie obozy i rozpala nastroje. Najgłośniejsi jej zwolennicy i przeciwnicy zaczynają ginąć w podejrzanych okolicznościach, a przy ich ciałach pojawia się dawne hasło oporu przeciw Kapitanowi: sic semper tyrannis. Jednocześnie znika infobroker zwany Pająkiem, rzekomo posiadający archiwum kompromitujących materiałów sięgających początków miasta. Z inicjatywy Zarządcy Reeves powołana zostaje specjalna grupa śledcza, składająca się z Bohaterów Graczy, mająca znaleźć winowajców nim kolejne morderstwa zburzą kruchy pokój Nowego Londynu.
Polityczny thriller i śledztwo w mieście, które przetrwało mroźną apokalipsę. Obecna stabilność Nowego Londynu jest niezwykle krucha, a frakcje dotąd utrzymywane w ryzach przez wynegocjowany rozejm mogą zamienić konflikt toczony na sali obrad w otwartą przemoc. Ton ponury, polityczny i przyziemny, bez wielkich scen heroicznych akcji, a nastawiony na warstwę społeczną. Czyli gra ludźmi, którzy z tego czy innego powodu próbują rozwikłać sprawę morderstw i zapobiec eskalacji.
Mechanika: jakaś. Wspierająca fikcję i narrację, więc lekka w użytku. Dodatkowo najpewniej włączyłbym w jakiejś formie wskaźniki z gier (Nadzieja, Niezadowolenie, Napięcie), na które wpływałyby Wasze akcje, ale których konkretna wartość byłaby utajniona, by symulować reakcje Nowego Londynu.
3. “Bella Ciao”
Jedna z niewielkich komun regionu Mugello w Toskanii, około 10 lat po zakończeniu drugiej wojny światowej. Wśród wzgórz, winnic, malowniczych miasteczek i starych majątków dochodzi do serii makabrycznych zabójstw. Jedną z ofiar jest siostra z miejscowego klasztoru Matki Bożej Nieskończonego Miłosierdzia. W czasie wojny klasztor udzielał schronienia ludziom uciekającym przed partyzantami oraz nadciągającymi aliantami. Niektórzy byli skruszonymi grzesznikami, inni jedynie próbowali ocalić własną skórę. Miejscowi również skrywają sekrety z czasów faszyzmu, okupacji i wojny. Krążą plotki o diable, okultystycznych rytuałach i klątwach, lecz prawda może okazać się znacznie bardziej ludzka. Być może ktoś, albo coś, wymierza zaległą sprawiedliwość.
Kryminał i folk horror w powojennej Toskanii. Fabuła skupiałaby się na śledztwie, dawnych winach, lokalnych układach, katolickim poczuciu winy oraz konflikcie pomiędzy miłosierdziem a sprawiedliwością. Ton przyziemny i realistyczny, z wyraźnym wpływem noir: piękne krajobrazy, duszne społeczności, dawne lojalności i ludzie, którzy zbyt dobrze pamiętają, kto był po której stronie. Elementy nadnaturalne pozostawałyby lekkie i niejednoznaczne, np. dzwony bijące w środku nocy, dzieci rzekomo widzące cienie w lesie, sny przypominające cudze wspomnienia. Nic, co z miejsca potwierdzałoby istnienie potworów czy magii, ale wystarczająco dużo, by podważać pewność bohaterów.
Mechanicznie najpewniej WoD albo CoD w wariancie Mortal, bez dostępu do nadnaturalnych mocy i nadnaturalnego inwentarza. Alternatywnie lekki system fiction first, podobnie jak w poprzednim koncepcie.
4. Fallout: "Przynieście mi serce Śnieżnobiałej”
Pustkowia Mojave, 2283 rok. Niecałe dwa lata po Drugiej Bitwie o Zaporę Nowe Vegas stało się lokalną potęgą dzięki zwycięstwu pana House’a i armii ulepszonych Securitronów pozostających pod jego kontrolą. Republika Nowej Kalifornii, wcześniej zmuszona do odwrotu i negocjacji z pozycji strony przegranej, ponownie kieruje uwagę na Nevadę oraz pogranicze Wielkiej Kotliny. Jej ekspansję ogranicza nie tylko restrykcyjny pakt z House’em, lecz także rosnący opór lokalnych społeczności. Szczególne miejsce na listach gończych RNK zajmuje bandytka zwana Śnieżnobiałą, oskarżana o akty terroru, ataki na patrole, sabotaż infrastruktury, rabunki oraz podburzanie mieszkańców przeciw Republice. RNK wyznacza za nią wysoką nagrodę. Żywą lub martwą.
Falloutowy western o łowcach nagród, pograniczu i legendzie, która może okazać się znacznie większa niż stojąca za nią kobieta. Co tu dużo mówić. Klimat klasycznych gier z serii oraz New Vegas. Późniejszą wersję świata rozwijaną przez Bethesdę w dużej mierze ignoruję. Mogą pojawić się drobne mrugnięcia okiem w stronę Wild Wasteland, ale bez zamieniania kampanii w ciąg przypadkowych gagów.
Mechanika: najpewniej Fallout 2d20, choć system jest dla mnie nieco zbyt mocno oparty na F4. Alternatywnie coś innego, o ile pozwoli zachować charakterystyczne elementy serii (SPECIAL, perki i traity).
5. RimWorld
Jedna z wielu dzikich planet na skraju cywilizacji. Ludzie, świnoludzie, huzarowie, osobliwe społeczności i jeszcze osobliwsze ideoligie (sic), mechanoidy oraz sztuczne inteligencje, które równie dobrze mogą być bogami. Wymiana ognia na niskiej orbicie kończy się zestrzeleniem statku. Wrak spada w pobliżu kilku kolonii, na skrawek ziemi, który jeszcze dzień wcześniej nie interesował absolutnie nikogo. W ciągu kilku godzin staje się najcenniejszym kawałkiem gruntu na kontynencie. Statek najpewniej zawiera zaawansowaną technologię, broń, komponenty albo rdzeń persony. Do wraku ruszają więc ekspedycje kolonistów, najemników, szabrowników, fanatyków i ludzi, którzy po prostu uznali, że to brzmi jak dobry pomysł. Bohaterowie Graczy należeliby do jednej z takich grup.
Sci-fi western i wyprawa po łup, polane czarnym humorem oraz absurdalnością typową dla RimWorlda. Znaczną część przygody stanowiłaby sama podróż: przeprawa przez nieprzyjazny teren, spotkania z innymi ekspedycjami i radzenie sobie z problemami w rodzaju toksycznych opadów, awarii sprzętu czy stada wyjątkowo agresywnych gryzoni. Dotarcie do wraku nie kończyłoby sprawy, bo trzeba go przecież jeszcze zbadać, uruchomić lub rozebrać, zdecydować co naprawdę warto zabrać, a następnie przewieźć zdobycz z powrotem, zanim zrobi to ktoś inny. Ton luźny i przygodowy, wyraźnie komediowy, ale nie całkowicie pozbawiony stawki. Ludzie mogą ginąć w absurdalnych okolicznościach, lecz ich kolonie nadal potrzebują żywności, lekarstw i części zamiennych.
Mechanika: jakaś lekka. Na pewno nie kobyła. Najlepiej system pozwalający szybko rozstrzygać podróż, walkę, awarie, obrażenia oraz kolejne katastrofy bez zamieniania sesji w arkusz kalkulacyjny.
6. Warhammer 40,000: Statek–widmo
Sto lat temu słynny okręt należący do jednej z Dynastii Wolnych Handlarzy zniknął w Osnowie. Od tamtej pory bywał widywany w różnych miejscach sektora Calixis oraz na granicy Ekspansji Koronusa. Nigdy nie pozostawał jednak w realnej przestrzeni wystarczająco długo, by ktokolwiek zdołał wejść na pokład. Aż do teraz.
Legendarny statek-widmo ponownie wyłania się z Osnowy i, wbrew zwyczajowi, pozostaje w Materium. Bohaterowie Graczy należą do jednej z grup wysłanych na jego pokład. Najbardziej skłaniam się ku zwykłym oportunistom albo ludziom działającym w imieniu Wolnego Handlarza; alternatywą byłaby bardziej oficjalna ekspedycja z ramienia Marynarki lub Inkwizycji.
Kosmiczny horror, eksploracja i dochodzenie prowadzone w odciętym od świata, niemożliwym miejscu. Bez bohaterstwa, Space Marinesów i strzelania do kolejnych fal potworów. Bardziej martwe korytarze, sprzeczne zegary, maszyny pamiętające ludzi zmarłych przed stuleciem oraz pytanie, czy to co spotkano w Osnowie jest wrogie – albo czy w ogóle rozumie różnicę pomiędzy człowiekiem i jego wspomnieniem. Z zastrzeżeniem, że uniwersum 40K znam raczej powierzchownie, głównie z cRPGa Rogue Trader od Owlcat, więc przed właściwą grą musiałbym jeszcze uzupełnić lore.
Mechanika: jakaś. Zdecydowanie nie jeden z oficjalnych systemów do tego settingu, ponieważ są tragiczne.
7. D&D 5e (2014): Rime of the Frostmaiden
Oficjalna (i najlepsza) kampania do piątej edycji, osadzona w dobrze znanej Dolinie Lodowego Wichru, która od dwóch lat znajduje się pod klątwą Auril. Słońce nie wschodzi, mróz nie ustępuje, jeziora zamarzają, a sytuacja pogarsza się z każdym kolejnym dekadniem. Dziesięć Miast walczy o żywność, opał i zachowanie resztek normalności.
Nie interesuje mnie jednak prowadzenie kampanii dokładnie tak, jak została napisana. Wolałbym potraktować książkę jako zbiór materiałów i stworzyć z niej luźną antologię najlepszych lokalnych przygód. Każdy kolejny rozdział skupiałby się na innym problemie jednej z osad: morderstwach związanych z ofiarami składanymi Auril, zaginionych mieszkańcach, lokalnych potworach, konfliktach pomiędzy miasteczkami, głodzie, przemycie albo odkryciu, które może zachwiać równowagą całego regionu. Nie wykluczam autorskich przygód.
Nie zakładałbym obowiązkowego rozegrania całej głównej fabuły ani ratowania Doliny przed kolejnymi apokaliptycznymi zagrożeniami. Bardziej interesuje mnie życie ludzi uwięzionych w długiej zimie i to, jak poszczególne decyzje wpływają na ludzi i relacje pomiędzy osadami.
Mechanika: D&D 5e wg zasad z 2014 roku. Nowych reguł z 2024 nie czytałem dostatecznie dokładnie i nie mam ochoty testować ich po raz pierwszy jako MG.
Sondy celowo nie dołączam do tematu, bo kliknąć z nudów może każdy. Wpisanie się w temat wymaga już nieco więcej wysiłku i pozwolę sobie poprosić o odrobinę więcej niż sam wybór numeru. Do pytania “który z tych konceptów rzeczywiście skłoniłby Was do zgłoszenia się i stworzenia postaci?” mile widziany byłby krótki komentarz:
Nie oczekuję rozbudowanych zgłoszeń ani deklaracji na śmierć i życie. Bardziej interesuje mnie, które z tych pomysłów wzbudzają coś więcej niż przelotne “brzmi spoko”.

Chodzi za mną ostatnio chęć pogrania w WOD, a że nikt nie prowadzi, to zacząłem z nudów przeglądać podręczniki i pomyślałem że może ja zacznę, tym bardziej że mnie od dłuższego czasu @ketharian molestuje na discordzie żebym rozpoczął jakąś rekrutację.
Przygoda jest z oficjalnego podręcznika, wolę więc nie zdradzić z jakiego na etapie rekrutacji. Jak ktoś rozpoznaje wstęp lub obrazek powyżej to niech da mi znać na PW. Pourozmaicam wtedy wydarzenia, jak nikt nie zna to lecimy podręcznikiem. Zależałoby mi na tym by Wasi Stwórcy albo byli obecnie poza miastem albo nie istnieli już z dowolnej przyczyny, możecie też ich nie znać. Nie ma znaczenia czy postacie graczy będą Anarchistami czy z Wieży, ale muszą być z jednej sekty i być już pełnoprawnymi nowicjuszami.
|-***-|
Wasza pozycja w sekcie jest słaba, jesteście młodą koterią łasą na przysługi, zdobywanie zasobów i przyjaciół. Bez kontaktu z swoimi Stwórcami też nie bardzo wiecie komu ufać. Brak mentora jest tym co Was połączyło. Jest to błogosławieństwo i przekleństwo jednocześnie. Z racji braku powiązania z konkretnymi starszymi wampirami w mieście wielu uważa że jak Wam się stanie krzywda, to niewiele ryzykują, bo kto niby w Elizjum się za Wami wstawi? Może Primogen klanu... ale wątpliwe. Czy jesteście eksperymentem społecznym? Czy może tytuł Nowicjusza dostaliście na wyrost i Wasz test dalej trwa? A może Stwórcy Was opuścili celowo? Po co brudzić sobie ręce i przyznawać przed Księciem do porażki, skoro prędzej czy później zrobicie błąd, który będzie kosztował Was nieżycie? Niejeden z Was może mieć dziś takie myśli.
Gdzie tu błogosławieństwo? Cóż, w świecie Spokrewnionych jest bardzo mało freelancerów, ludzi którym można powierzyć delikatne sprawy wiedząc, że jak spieprzą to wina spłonie wraz z nimi i nikt się o nich nie upomni. Gdy każdy jest z kimś powiązany ciężko zachować nocą anonimowość, i w to miejsce wkraczacie Wy.
Sprawa wydawała się poważna, mieliście umówione spotkanie z Szeryfem miasta, każdy z Was idąc na nie zrobił rachunek sumienia, zastanawiając się czy za coś nie oberwie, albo czy nie będzie za chwilę przesłuchiwany. Damien czekał na Was w niczym nie wyróżniającej się knajpce fast foodów U Tooley'a, gdzie z daleka widzieliście że nie jest spokojny jak zwykle. Noga wybijająca rytm muzyki, tym z Was którzy widzieli go częściej, zdradzała oznaki zdenerwowania. Był sam.
Gdy tylko się zebraliście uśmiechnął się i rzekł:
- Książę kazał bym Wam to przekazał, nic więcej, telefony w środku są shackowane, pozwolą Wam na jeden telefon do moich wybranych ludzi, nic więcej, zawartość koperty do zniszczenia po użyciu.
"Książę" - zabrzmiało Wam w uszach - ale zanim któryś z Was się odezwał Damien wyszedł i zlał się z resztą nocy. Przed Wami została duża brązowa koperta. Ciężka, mimo swojej lekkiej wagi. Nikt z Was nie sądził że zgadzając się na spotkanie przyjął zlecenie od Księcia, ale czy ktokolwiek z Was wiedząc miałby odwagę odmówić?
Otworzyliście kopertę:

|-***-|
Podsumowanie
Pytania i odpowiedzi, duplikaty tego co w postach poniżej jeśli ważne dla rekrutacji, inne ważne rzeczy.


Pewnie każdemu z was zdarza się czasem, choć może rzadziej niż kiedyś, trafić na grę, która pochłania fabułą do tego stopnia, że po pracy człowiek tylko czeka, aż będzie mógł odpalić komputer albo konsolę i wrócić do jej świata. W erze gier multiplayer zdarza się to chyba coraz rzadziej, ale nadal trafiają się prawdziwe perełki. Czasem łatwo je zauważyć, a czasem giną gdzieś pod natłokiem premier, reklam itd. Nie każdy ma też czas, żeby regularnie czytać recenzje, przeglądać zestawienia i testować dziesiątki gier na własną rękę. Tak sobie więc pomyślałem, że założę temat. Jesteśmy raczej grupką ludzi nastawionych na dive in fabularny i wasza opinia ma pewnie dalece większe znaczenie, niż recenzenta, który odnajduje frajdę gry z innych powodów, np. dlatego, że dobrze się klika.
Jeżeli traficie na grę, która naprawdę mocno angażuje fabularnie, chętnie się o niej dowiem. Nie chodzi mi koniecznie o mechanikę, bo świetne gry zręcznościowe również mają swoje miejsce, ale umówmy się, że głębokie zanurzenie w opowieści potrafi być znacznie bardziej wyjątkowym przeżyciem. Przynajmniej przyjmijmy takie założenie na potrzeby tego tematu.
Szukam przede wszystkim gier, które wzruszają, wstrząsają, pobudzają wyobraźnię albo wywołują ten specyficzny moment, kiedy człowiek czuje, że to jest to. Dla każdego będzie to oczywiście coś innego, ale właśnie dlatego warto wymieniać się takimi odkryciami.
Sam zacznę od może trochę mniej oczywistej pozycji. Około pięciu lat temu trafiłem na The Life and Suffering of Sir Brante, które okazało się naprawdę ciekawym doświadczeniem. Niedawno dowiedziałem się, że twórcy przygotowali nową pozycje, The Life and Suffering of Prince Jerian i nie mogę się doczekać, aż się za nią zabiorę. Kiedy ją ukończę, dam znać, czy warto.
To oczywiście dość skromny przykład, bo mówimy o grze tekstowej z elementami dwuwymiarowych grafik stylizowanych na ilustracje wykonane tuszem. Z drugiej strony mamy wielkie produkcje, takie jak Baldur’s Gate 3, Until Dawn, The Last of Us, Divinity: Original Sin czy Pillars of Eternity, które podbiły serca graczy. Na takie tytuły łatwiej trafić, ale w sumie nie wiem. Może kogoś akurat ominęły te perełki? Nie ważne. Krótko mówiąc. Dawajcie znać, kiedy jakaś gra naprawdę zrobi na was ogromne wrażenie. Jestem obecnie na takim etapie życia, że mam coraz mniej czasu na samodzielne poszukiwania, dlatego bardzo docenię każdą solidną polecajkę. Być może przyda się ona nie tylko mnie, ale też innym osobom zaglądającym do tego tematu.
Wklejam wam też trailer do gry o której mówiłem, czyli The Life and Suffering of Prince Jerian. Może akurat kogoś zainteresuje.