Serwus,
Co ma być to będzie, ale jak coś będzie, to tutaj o tym napiszę. Trochę trzeba będzie to poskładać do kupy i zobaczymy, czy zbierze się skład do pełni, ale zaczepiam nam tu ten spinacz na zaś.
Tematy spoza tego forum. Poglądy i opinie przedstawione tutaj mogą nie odzwierciedlać tych, które reprezentują członkowie tego forum.
A world of content at your fingertips…
Think of this as your global discovery feed. It brings together interesting discussions from across the web and other communities, all in one place.
While you can browse what's trending now, the best way to use this feed is to make it your own. By creating an account, you can follow specific creators and topics to filter out the noise and see only what matters to you.
Ready to dive in? Create an account to start following others, get notified when people reply to you, and save your favorite finds.
Zarejestruj się Zaloguj sięTemat dla komentarzy oraz materiałów. Ewentualne materiały będę aktualizował w pierwszych dwóch postach tego wątku.
Gracze i postacie:
@arthur-fleck – Krzysztof Komeda, metal
@billie – Ariadna Mirga, foliarz
@Brilchan – Adam Chlebowski, szpaner
@Cai – Mikołaj Pogorzelski, samotny wilk
@Multikonciara – Edyta Szulc, hakerka
@Nami – Paulina Kwiatkowska, imprezowiczka
@pan-elf – Alicja Filipowicz, skejciara
Wygląd postów i częstotliwość odpisów:
Obecnie forum nie posiada panelu sesji ani do końca ustalonego wyglądu, są tylko domyślne skórki do wyboru. Dlatego proszę używać tylko domyślnego koloru tekstu (nie wiadomo czy inny kolor będzie funkcjonował we wszystkich motywach / skórkach). Każdy post w sesji proszę zaczynać od wstawienia małego (100x100px) awataru postaci, a pod nim pogrubione imię i nazwisko postaci, wszystko wyrównane do lewej.
Dialogi piszcie od myślnika i pochyloną czcionką, nie wymagam pogrubiania imion w tekście.
Częstotliwość odpisów:
1 kolejka na tydzień, mój odpis powinien być we wtorek lub środę, wy jako gracze macie czas na odpisanie do kolejnego wtorku, czyli daję wam czas w weekend. Nie będę cały czas online, ale (teoretycznie) przynajmniej raz dziennie będę zaglądał na forum i odpisywał na wasze pytania, w komentarzach i na czacie. Obecny czat (zastępujący dawne PW) ma możliwość jednoczesnego uczestnictwa kilku osób, więc myślę że można by użyć jako ekwiwalent google docs dla ewentualnych dłuższych dialogów / scenek. Możecie oczywiście obstawiać za trzymaniem się sprawdzonego docsa, w tej kwestii nie będę narzucał forumowego czatu jako jedynej uświęconej opcji.
Nie narzucam też minimalnej długości postów.
Teraz kwestia NPC-ów. Poniżej (w spojlerze) stworzona wspólnym wysiłkiem lista reszty uczniów. Lista jest poglądowa, niektóre z waszych opisów trochę przeredagowałem i skróciłem, skupiając się na głównych informacjach. Sokołów Śląski to małe miasteczko, gdzie są tylko 2 szkoły podstawowe, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że każda z waszej postaci będzie znać mniej więcej połowę klasy, a przynajmniej kojarzyć z widzenia (albo był z wami w klasie, albo był w sąsiedniej). Lista jest alfabetyczna, według nazwisk. W nawiasach wstawiłem imiona tych waszych postaci, które mogą znać tę konkretną osobę, gdzie „znać” jest szeroko rozumiane. Nie narzucam wam, kto kogo zna, dlatego śmiało zgłaszajcie uwagi, komentarze („ja go nie znam, był w sumie w sąsiedniej klasie i dopiero teraz się dowiedziałem jak się nazywa”; albo „ a tą to dobrze znam, to córka ciotki/wujka, mieszkają po drugiej stronie miasta”). Czyli możecie, ale nie musicie tej osoby znać / kojarzyć etc. Na liście są 23 osoby, przy czym Agnieszka Kot jest w sąsiedniej klasie. Ze względu na zbieżność (mocne podobieństwo) nazwisk zdecydowałem, że Aishe Mirga też do niej trafi. Cai, możesz się z tym nie zgodzić, wtedy Aishe trafi do waszej klasy.
1. Uczniowie NPC w waszej klasie:
Piotrek Bochenek (Krzysztof, Mikołaj, Alicja, Paulina) – Klasowy błazen, zapalony kolekcjoner czasopisma "Twój weekend", który chętnie go pokazuje kolegom podczas przerw między lekcjami.
Maciek Chaber (Alicja, Krzysztof, Mikołaj, Paulina) - klasowy bullie, dokuczają najczęściej kujonom i “tym słabszym”
Klaudia Dobrowolska (Alicja, Krzysztof, Mikołaj, Paulina) - córka lekarzy, zawsze nienagannie ubrana, dobrze się uczy, uprzejma i miła;
Tomek Frankowski (Mikołaj, Alicja, Krzysztof, Paulina) - kujon, zawsze w pierwszej ławce, wraz z Jackiem Wróblem i Jędrzejem Hryniakiem trzymają się razem;
Jędrzej Hryniak (Mikołaj, Alicja, Krzysztof, Paulina) - kujon, zawsze w pierwszej ławce, wraz z Jackiem Wróblem i i Tomkiem Frankowskim trzymają się razem;
Agnieszka Kot (Ariadna, Adam, Edyta) to kuzynka Iwony z sąsiedniej klasy. Nie mówi za wiele, ale ma świetne stopnie z przedmiotów ścisłych. Wydaje się mieć zaburzenia ze spektrum autyzmu.
Joanna „Asia” Kowalczyk (Paulina, Mikołaj, Alicja, Krzysztof) - Stara się imponować gadżetami, ubraniami, domem. Bardzo dobrze się uczy, spokojna, zbyt grzeczna w porównaniu z resztą Uprzejma i wstydliwa, inni uczniowie potrafią jej dokuczać.
Julia Kowalska (Edyta, Ariadna, Adam) – ekstrawertyczna, miła i niekonfliktowa popularna dziewczyna z klasy, blondynka o bujnym temperamencie, zawsze w centrum plotek i imprez, dobra w sporcie, ale słaba w nauce.
Justyna "Carrie" Krawczyk (Krzysztof, Mikołaj, Alicja, Paulina, Ariadna) – Cicha, mało się odzywa, wszyscy mają ją za nawiedzoną. Dostała ksywkę "Carrie" na cześć bohaterki Stephena Kinga.
Magdalena „Magda” Król (Edyta, Ariadna, Adam) — klasowa gwiazda, urok osobisty, przeciętne oceny, świetnie odnajduje się pośród ludzi. Nie znosi Edyty.
Tomasz Lis (Edyta, Ariadna, Adam) - cichy, nieśmiały chłopak z uboższego domu, pasjonat poezji, historii i książek, unika tłumów.
Michał Mazur (Mikołaj, Alicja, Krzysztof, Paulina, Ariadna) - klasowy bullie, dokuczają najczęściej kujonom i “tym słabszym”
Aishe Mirge (Mikołaj, Alicja, Krzysztof, Paulina) – z równoległej klasy, romka wychowywana przez babcię, która chce się wyrwać się z nieciekawego otoczenia. Niezbyt majętna, żeby pozwolić sobie na markowe rzeczy, czy nawet komplet nowych podręczników. Czego się wstydzi ale nie da po sobie poznać. Warunki mieszkaniowe również nie sprzyjają nauce. Dużo swojej garderoby szyje sama. Ma dryg artystyczny, nieźle rysuje. Ze względu na pochodzenie spotyka się z uprzedzeniami, zwłaszcza ze strony tych, którzy mieli kiedyś nieprzyjemny kontakt z krewniakami.
Kasia Nowak (Paulina, Mikołaj, Alicja, Krzysztof) - Pewna siebie, odważna, śmiała, „liderka w paczce” (wraz z Pauliną, Magdą i Joanną). Bardzo towarzyska, lubi imprezy i bycie w centrum uwagi, trochę bujne ego
Rafałek Pedarewski (Ariadna, Adam, Edyta) – przezwany jeszcze w podstawówce „Pedałkiem”. To cichy, słabowity i chorowity chłopak (silna astma), który chce zostać pisarzem.
Iwona Polak (Ariadna, Adam, Edyta) – dziewczyny (Iwona i Ariadna) od razu złapały stosunkowo dobry kontakt, tak samo się ubierają i nie wchodzą sobie na głowę, podobno zostały raz przyłapane na pocałunku, ale to pewnie kolejna plotka. Matka Iwony posiada salon kosmetyczny, w którym przesiaduje czasami jej córka.
Tomasz Rybak (Edyta, Ariadna, Adam) — chłopak z „tyłu klasy”, słucha metalu.
Daniel Skorupski (Mikołaj, Alicja, Krzysztof, Paulina) - nerd II wojny światowej. Z pomocą znajomych i Elektroniki Praktycznej zbudował domowej roboty wykrywacz metalu. Chodzi po lasach i dawnych miejscach bitew szukając pamiątek z przeszłości. Żyje legendami o złotym pociągu, tunelach łączących zamek Książ z kompleksem Riese, wunderwaffe i skarbach nazistów ukrytych w Sudetach. Ubiera się w pozyskaną z demobilu, oryginalną, aczkolwiek trochę zniszczoną M65-kę.
Arek Sosnowski (Adam, Ariadna, Edyta, Paulina) najlepszy kumpel Adama Chlebowskiego uzdolniony piłkarz i sportowiec. Miły chłopak w typie golden retrievera do każdego się uśmiechnie i stara się być miły choć między uszami ma ciut pusto marzy mu się kariera profesjonalnego piłkarza przystojny i wysportowany.
Katarzyna Stobiecka (Adam, Ariadna, Edyta) – Kujonka, ulubienica nauczycieli typ dzieciaka który przypomni pod koniec lekcji że pedagog zapomniał zadać pracy domowej na weekend. Dzieli z Adamem pasję do teatru i kultury masowej we trójkę (Katarzyna, Arek, Adam) są dziwną paczką ale często razem się uczą i spędzają razem przerwy i czas poza szkołą.
Magda Wiśniewska (Paulina, Mikołaj, Alicja, Krzysztof) - Głupiutka, trochę dziecinna, Często robi niemądre rzeczy, żeby zaimponować lub być zauważona Bardzo naiwna, zabawna, poziom wredoty zerowy, „Goni za chłopakami”, lubi się śmiać i tańczyć
Jacek Wróbel (Mikołaj, Alicja, Krzysztof, Paulina) - kujon, zawsze w pierwszej ławce, wraz z Jędrzejem Hryniakiem i Tomkiem Frankowskim trzymają się razem;
Łukasz Zaręba (Mikołaj, Alicja, Krzysztof, Paulina) - fan techno i Schwarzeneggera. Nosi włosy postawione na żel, ciemne okulary nawet gdy jest jasno i białe spodnie z tribal wzorem, nazywane pieszczotliwie przez kolegów - spodniami z tatuażem. Grając w piłę, nie podaje, tylko sam leci na bramę, po czym oddaje bombę, która mija się z celem o dobrych kilka metrów. Jak na cyber-człeka lubiącego trans i elektronikę przystało, odnajduje się również w tranzystorach i programowaniu.
2. Nauczyciele w waszej szkole (lista będzie rozbudowywana w miarę potrzeb:
Anna Boćwiałkiewicz - nauczycielka biologii i chemii, wychowawczyni równoległej klasy 1A
Jan Józefiak - stary, surowy nauczyciel, wychowawca klasy 3A. naucza Fizyki oraz WOSu. Stary wyga, który na uczniowskich numerach, wykrętach i matactwach "zjadł zęby". Nie da sobie wejść na głowę.
Dorota Rusicka - dyrektorka szkoły, dawniej uczyła języka rosyjskiego
Henryk Wrona - wychowawca (klasa 1B, czyli wasza), nauczyciel historii oraz geografii. Was naucza tylko historii, geografia jest z innym nauczycielem. Pan Henryk to nauczyciel, któremu jeszcze się chce. Jest mniej więcej w wieku waszych rodziców, może nieco starszy.
3. NPC powiązani z waszymi postaciami:
<lista do zrobienia>
4. NPC inni:
<lista do zrobienia>
Inne sprawy organizacyjne:
Wątek sesyjny wystartuje najpóźniej w przyszłym tygodniu. Prawdopodobnie jutro (w czwartek), a najpóźniej pojutrze (piątek) wkleję orientacyjną mapkę z planem miasteczka. Korzystając z informacji dostarczonych z kartą postaci zaznaczę na niej ważniejsze miejsca (m.in. gdzie mieszkacie). To nie będzie dokładny układ ulic, tylko podgląd na to jak mniej więcej to wygląda. Dla przypomnienia: z jednego na drugi koniec miasteczka da się przejść w 25min (północ – południe) bądź 40min (wschód-zachód), czyli założeniem jest, że każdy z was wie gdzie co jest (może nie nazwę każdej najmniejszej uliczki) i nie ma się gdzie zgubić.
Plan miasteczka Sokołów Śląski:

Plan jest tylko poglądowy, nie trzyma żadnej skali. Jak już pisałem, miasteczko można przejść z jednego końca na drugi w 30-40 minut (wschód-zachód) bądź 25-30 minut (północ-południe). Zaznaczyłem ważniejsze miejsca, jak rynek, waszą szkołę, zamek. Dwie dzielnice mają już nazwy (Błonia i Przedmieście Lubańskie). Zielonymi kropkami zaznaczyłem kto gdzie mieszka. Grube czarne linie to schematycznie narysowane główne ulice, owal pośrodku to Stare Miasto.
Budynek z czerwonym "X" to problematyczny budynek socjalny zamieszkały przez cyganów.
Stare Miasto położone jest na niewielkim wzniesieniu, Zamek jest na wzgórzu, podobnie jak tzw. wille - duże domy wybudowane po upadku komuny.

Andrzej zwany Bimbrołakiem był niezadowolony czwórka którą wybrał na Stróżów Działek nie za bardzo się nadawała magiczki trzeba było się pozbyć bo nie podobały jej się zasady, Bestia był obiecujący ale czuje od niego, że nie ma w nim pasji której potrzeba do tej roboty tak samo z młodym wilkołakiem...
Opalony człowiek wyglądający pod 60tkę westchnął i wypił duszkiem resztkę gorzkiego bimbru który zrobił z groźnego ducha Strixa. Wygląda na to że trzeba będzie zrobić kolejną pętle mocy i cofnąć czas
-Kuurwaaa! - Krzyknął i rozbił butelkę o ścianę drewnianej góralskiej chatki. Nie lubił tego robić zawsze bolała go głowa i zapominał o zagrożeniach komuch i wściekłe duchy wrócą do życia, szaman martwił się, czy ta manipulacja mocami kiedyś nie stworzy węzła gordyjskiego linii czasu i chuj wie jakie będą tego konsekwencje.... Wampirzyca wyraźnie chce pomóc z sekretami a mag dobrze dogaduje się z lokalnymi duchami oni zostaną.
Szaman sięgnął do mocy której sam do końca nie rozumiał aby rozpocząć kolejną pętle zmiany w nowej linii czasu byłyby niezauważalne dla większości... Niektóre domki działkowe zniknęły, pojawiły się inne, pewien stary wilkołak miał nowe nazwisko i nosił malowany na biało słomkowy kapelusz oraz koszulkę bez ramion zamiast białej marynarki i kowbojskiego kapelusza, Pewne istoty powróciły do życia aby znów dążyć do swoich celów...
Niektórzy ludzie(i nieludzie) dostali zaproszenia do członkostwa w prywatnych ogrodach działkowych niegdyś będącymi działkami pracowniczymi które udało się sprywatyzować dzięki Balcerowiczowi który mimo starań co poniektórych pokrzywdzonych ani myślał odejść!
Czy przyjmą zaproszenie aby zrozumieć tajemnicze źródło mocy kryjące się za ogrodami ?
***
Witam wszystkich w rekrutacji do sesji jest to reaktywacja projektu który prowadziłem na Lastinn w 2018 roku.
Jesteście istotami nadnaturalnymi które w ten czy inny sposób weszły w posiadanie działki w prywatnych rodzinnych ogrodach działkowych "Zielona Ostoja". W środowisku istot nadnaturalnych rozeszły się legendy że to miejsce jest tajemniczym i potężnym źródłem energii ale wszelkie próby siłowego przejęcia terenu się nie udały.
Wasze postaci dostały zaproszenie. Pierwotnie pomyślałem o tym, jako mix pomiędzy systemami Kronik Mroku było dwójka magów wampir i wilkołak... Miałem też pomysły na wątki dla Odmieńców, Bestii czy Demonów ale nie doceniłem różnic w mocy... Sądzę nawet że dałoby się wpleść Prometejczyka czy Geista choć trzeba by nieco nagiąć podręcznikowe zasady.
Pytanie czemu wasze postaci miałby chcieć dołączyć do źródełka mocy Działek ? Może szukają po prostu bezpiecznej przystani ? A może chcą zbadać sekret tajemniczego źródła mocy dla Ordo Draculi, Wiedźmiego Kręgu, Hermetycznego Bractwa czy jeszcze innej organizacji którą wymyślicie sobie sami 
Sesja jest pomyślana jako sandbox będą różne zaczepki i questy w których gracze mogą wypełniać żeby zyskać różne benefity.
Myślę o tej sesji jak o linie na której wiąże supełki żeby lepiej i wygodniej się można było wspinać te supełki to jakieś questy które macie możliwość podejmować ale nie macie obowiązku. Każdy quest ma dwa lub 3 rozwiązania które wymyślę ale jeżeli wy wymyślicie coś o czym, ja nie pomyślałem i będzie to fajne i logiczne będzie to nagrodzone 
Jeżeli zamiast tego dojdziecie do wniosku że wolicie wygrać konkurs na to kto będzie miał najładniejszy skalniaczek i najzdrowsze hortensje żeby sprowadzić do was "Maje w Ogrodzie" z TVN to też da się zrobić a Maja pewnie okażę się Fey która będzie chciała farmić z was Glamure 
Nie dlatego że chcę wam coś wcisnąć ale dlatego, że chce się dobrze bawić współtworząc z wami opowieść a moją rolą jako MG jest dawanie wam fajnych wyzwań żebyście mieli frajdę i satysfakcje z gry
Nie będzie: Ulubionych NPCów MG, nie będę próbował "wygrać w RPGi" czy railrodować bo jakby tego chciał to bym, sobie napisał książkę albo opowiadanie do szuflady. Jak będziecie chcieli pogadać z Samem Snorkoll to wymyślę coś dla Sama
BĘDĄ: Luźno zaplanowane questy, różni NPC i organizacje jedne przyjazne inne wrogie kolejne obojętne każdy z jakimś celem. Świat i frakcje będą dążyć do własnych celów i reagować na to co zrobicie
Podsumowanie

SYRENI ŚPIEW NEONÓW
Moi drodzy, jak widzicie, proces przerzucania sesji - chociaż powolny - to jednak postępuje i już niebawem dobiegnie końca. Sytuacja drużyny jest w miarę wyklarowana - Brazil i Mack znajdują się w H10, Dingo z Frogiem i HiFi właśnie aktywowali zabezpieczenie garażu Shivy, a Switch uwikłał się w spotkanie z niebezpiecznymi albinosami. Do najbliższego weekendu powinniście móc już przeczytać na forum nowe aktualizacje w swoich wątkach fabularnych.
Myślałem chwilę nad przeniesieniem w identycznym sposób wątku komentarzy na LI, ale dla zaoszczędzenia czasu być może skopiuję tylko wybrane posty, z pominięciem tych nawiązujących do procesu budowy KP czy stuprocentowego offtopu.
Tak czy owak, sesja trwa nadal i lada moment ruszy z kopytka po poświąteczno-lastinnpadowym okresie.
Jakieś pytania bądź sugestie na ten moment?

Drzwi karczmy otworzyły się z hukiem, wpuszczając do środka podmuch śniegu, mrozu i zmierzchu. Na chwilę płomień w palenisku przygiął się nisko, rozmowy urwały się w pół słowa, a spojrzenia powędrowały ku progu, gdzie właśnie wtoczyło się dwóch ludzi wyrwanych szponom zamieci. Pierwszy wspierał drugiego ciężarem ramienia. Wysoki, okryty śniegiem, z kapeluszem zsuniętym nisko na oczy i płaszczem sztywnym od lodu. Drugi chwiał się ledwie przytomny, w zimowych szatach pociemniałych od krwi.
Przez kilka uderzeń serca nikt nie rozumiał jeszcze, kto naprawdę wszedł do izby, ale trwało to doprawdy krótką chwilę. Gdy śnieg zaczął topnieć na płaszczu przybysza, odsłaniając skórzane pasy, dobrze utrzymaną broń, święte symbole i ponure znaki urzędu, ludzie zaczęli cofać wzrok i z niezwykłą intensywnością wpatrywać się w swoje kufle, jakby te były najciekawszą rzeczą na świecie. Do karczmy wszedł Łowca Czarownic z rannym kapłanem Sigmara, a takie wejścia rzadko poprzedzały cokolwiek dobrego.
– Zajmuję ten stół – oznajmił. Nie była to prośba, ani nawet rozkaz wypowiedziany z gniewem. Głos przybysza zabrzmiał cicho, płasko i spokojnie, ale może właśnie dlatego zadziałał tak dobrze. Mężczyźni siedzący przy ławie obok tej, przy której od tygodnia trwała czwórka wędrowców, podnieśli się niemal odruchowo. Nikt nie próbował oponować. Łowca Czarownic poświęcił ułamek chwili, by zlustrować, kto siedzi przy stole obok tego, na którym miał zamiar łatać swojego towarzysza. Kogo zobaczył?

Przy sąsiednim stole siedział rudowłosy młodzik o żylastej posturze i twarzy nazbyt poważnej jak na swój wiek. Milczał przy kubku, w praktycznym, znoszonym stroju podróżnym, który dawno przestał wyglądać porządnie, ale wciąż spełniał swoje zadanie. Obok niego trwał wychudzony człowiek lasu, schowany pod ciężkim, ciemnym kapturem, z oczami zmęczonymi, czujnymi i przywykłymi do wypatrywania śladów wśród leśnych ostępów. Nieco z boku siedział milczący wędrowiec o pociągłej, zszarzałej twarzy, poruszający spojrzeniem oszczędnie, lecz uważnie, częściej ku drzwiom, oknom i cieniom niż ku ludziom. Czwarty był niziołkiem w zieleni Hochlandu, z zadbanym wąsem, wojskowym sznytem i kapeluszem, który dodawał mu zarówno wzrostu, jak i polotu. U jego nóg leżało potężne psisko z Kisleva, spokojne tylko pozornie, z łbem wspartym na łapach i jednym okiem uchylonym na tyle, by mieć baczenie na to, co dzieje się wokół jego pana.
Łowca Czarownic położył kapłana na sąsiednim stole obok tej czwórki. Ci, którzy tam siedzieli, podnieśli się niemal natychmiast. Dwóch było traperami, sądząc po futrach, łukach opartych o ścianę i przykrej woni dymu leśnych ognisk, która nawet w karczemnym zaduchu trzymała się ich ubrań. Trzeci był zwyczajnym miejscowym pijaczyną, człowiekiem o czerwonych oczach i zapadłych policzkach, których nabawił się od taniego piwa i przesiadywania w spelunach takich jak ta. Jeszcze przed chwilą bełkotał coś, zmroczony alkoholem, ale gdy zrozumiał, kto stoi nad nim w mokrym płaszczu i kapeluszu z szerokim rondem, rychło otrzeźwiał, i to lepiej niż po kuble lodowatej wody. Jeden z traperów uniósł ręce, pokazując puste dłonie. Drugi zgarnął z blatu swój nóż, kawałek sera i skórzaną rękawicę, którą zostawił przy kuflu. Nie zrobili tego z oburzeniem. Nie było w tym nawet gniewu. Był tylko stary, dobrze znany odruch ludzi Imperium, którzy przez całe życie uczyli się, że pewnym jej dygnitarzom lepiej ustępować z drogi.
Karczmarz nagle ożył. Dopiero gdy złożono ciało kapłana na jednym z jego stołów, odzyskał władzę nad własnym ciałem. Stał za kontuarem z szeroko otwartymi oczami, grubymi palcami wciąż zaciśniętymi na cynowym kuflu wypełnionym piwem, który właśnie miał komuś zanieść. Nazywał się Bernolt Gruber, choć większość stałych bywalców mówiła do niego po prostu Gruber albo jeszcze prościej, Gruby. Był człowiekiem ciężkim, miał ogorzałą twarz, a brzuch opinał mu poplamiony fartuch. Słynął z tubalnego głosu, którym zwykł opierdalać wszelkie mendy, ekhmm... to znaczy klientów, w każdym rogu swojej karczmy. Teraz jednak ten głos, gdy wreszcie się wydobył, miał w sobie niepodobną do niego, piskliwą nutę.
– Gerolt! – ryknął w stronę zaplecza. – Rudi! Ruszcie się, przeklęte lenie!
Z kuchni dobiegł brzęk naczynia, po nim kobiecy głos, gniewny i zdławiony, a potem zza kotary wysunął się człowiek zbudowany jak belka nośna. Gerolt, karczemny wykidajło, miał jedną brew przeciętą starą blizną i dłonie tak duże, że kufel wyglądał w nich jak cebrzyk dla dziecka. Za nim pojawił się młodszy chłopak, chudy, piegowaty, z rękami mokrymi od pary i łupin cebuli. Obaj zatrzymali się na widok przybyszy, lecz Gruber już wskazywał im ławę i rannego.
– Do izby z tą ławą i kapłanem na niej. Weźcie ten pokój przy składziku. Jest pusty od wczoraj. Tylko ostrożnie, na młot Sigmara, ostrożnie. Greta! – wydarł się znów, tym razem w stronę kuchni. – Gorącej wody, czystych płócien i bimbru. Tego z dolnej półki, nie tego, co leję parobkom.
Kobieta w kuchni odpowiedziała mu słowami, których żaden kapłan nie powinien był słyszeć, nawet ranny i nieprzytomny. W innych okolicznościach ktoś by się zaśmiał. Tego wieczoru nikt się jednak nie zaśmiał.
Kapłan został złożony na ławie z należytą ostrożnością i czcią. Łowca musiał wielce szanować tego człowieka. Głowa sługi Sigmara opadła mu na bok, odsłaniając bladą szyję, zaschnięte plamy krwi na kołnierzu i ciemne linie sakralnych tatuaży, które znikały pod rozciętą tkaniną. Amulet z małym srebrnym młotem zsunął się z jego piersi i powoli tonął w kałuży krwi wzbierającej na deskach ławy. Ciepło izby musiało uwolnić to, co mróz zdążył na chwilę zatamować. Jego pancerz, prosty, ale solidny, zdobiły zalakowane pieczęcie przytrzymujące skrawki pergaminu ze świętej księgi Acta Sigmari, żywota Sigmara Młotodzierżcy spisanego w klasycznej mowie. Wszystkie bez wyjątku były ubłocone, popękane i pociemniałe od wilgoci. Mężczyzna poruszył ustami. Może się modlił. Może przeklinał. A może tylko próbował złapać oddech, co w tej chwili samo w sobie musiało stanowić niemały wyczyn.
Pomocnicy karczmarza nie próbowali zdejmować kapłana z ławy. Byłoby to głupie i mogłoby tylko pogorszyć stan rannego. Zamiast tego Gerolt chwycił jeden koniec ciężkiego mebla, Rudi drugi, zerkając nerwowo na krew sączącą się między deskami i na bladą twarz rannego, która przy każdym poruszeniu stawała się jeszcze bledsza. Łowca Czarownic ruszył pierwszy. Otworzył przed nimi drzwi do izby, przytrzymując je ramieniem. Dopiero wówczas zauważył, że młodszy pomocnik nie radzi sobie z ciężarem. Rudi zacisnął zęby, ale ręce drżały mu coraz bardziej, a ława przechyliła się niebezpiecznie, zmuszając kapłana do cichego, zduszonego jęku.
Łowca po prostu przesunął się bez słowa, odtrącił chłopaka barkiem na tyle stanowczo, by ten zrozumiał, że ma zejść z drogi, i sam przejął ten koniec ławy. Jego dłonie, wciąż ciemne od krwi, zacisnęły się na drewnie. Dopiero wtedy ruszyli dalej, powoli, ostrożnie, krok po kroku, niosąc rannego w głąb gospody, do wydzielonej izby. Drzwi zamknęły się za nimi z hukiem.
Ludzie w sali głównej zaczęli nieśmiało podnosić wzrok i spoglądać po sobie z niepokojem. Nastrój zmienił się niepomiernie. Zmieniła się sama izba, choć przecież wciąż była tą samą niską, duszną komorą, z tym samym czarnym od sadzy stropem i tymi samymi oknami, za którymi śnieżyca tarła pazurami o szkło. A jednak coś niewidzialnego zawisło w powietrzu, cięższe od dymu i zimniejsze od chłodu na zewnątrz.
Ludzie nie lubili Łowców Czarownic. Nie była to nienawiść, o której mówiło się głośno, bo nikt rozsądny nie obdarzał takich ludzi jawną niechęcią. Był to raczej stary, głęboko schowany lęk, którego mieszkańcy Imperium wyuczyli się na rynkach większych miasteczek, przy szubienicach, katowskich pniach i stosach, które płonęły jasno nawet w deszczowe dni. Niemal każdy widział kiedyś proces albo dwa. Widział ludzi prowadzonych z workiem na głowie, słyszał odczytywane win, których nie rozumiał, patrzył na sąsiadów, krewnych albo znajomych z jarmarku, gdy znikali w świętym ogniu, krwi i dymie. Sprawiedliwość Sigmara bywała szkarłatna, a dowody zła często należały do tych rzeczy, których prosty człowiek nie miał prawa oglądać ani pojmować. Często nie przedstawiano nawet żadnych i na słowo trzeba było uwierzyć świętym mężom w kapeluszach z szerokim rondem.
Dlatego trudno było dziwić się bywalcom karczmy, że ścisnęli się na ławach nieco mocniej, jakby chcieli stać się mniejsi i mniej godni zauważenia. Rozmowy przygasły do szeptów, a potem i szepty umarły, zostawiając tylko trzask ognia i jęk wiatru za oknem.
Minęło dobrych kilka minut, nim ludzie spróbowali wrócić do wcześniejszych czynności. Pierwszy poruszył się Gruber. Stał dotąd za kontuarem, wpatrzony otępiale w zamknięte drzwi izby. W końcu oprzytomniał, zamrugał ciężko i ruszył z kuflem piwa do jednego ze stołów. Postawił go przed przypadkowym człowiekiem, bo za nic w świecie nie pamiętał już, komu właściwie miał go zanieść. Obdarowany nie protestował. W takich czasach darmowe piwo było jednym z niewielu cudów, których nie należało kwestionować.
Dopiero po tym sala powoli zaczęła odzyskiwać ruch. Ktoś znów ujął karty w palce, choć przez chwilę patrzył na nie tak, jakby zapomniał zasad gry. Ktoś przysunął kufel bliżej ust, ktoś nałożył sobie potrawki na talerz. Rozmowy wróciły przyciszone, ostrożne, pełne spojrzeń rzucanych ku drzwiom izby i ku wejściu, przez które wdarła się śnieżyca. Temat Łowcy Czarownic wyrósł na językach ciżby szybko i nieuniknienie, jak pleśń na wilgotnym chlebie.
Najpierw odezwał się człowiek siedzący przy oknie, chudy handlarz z nosem czerwonym od mrozu, twierdząc, że na trakcie do Carroburga widział, jak łowcy spalili kobietę, bo urodziła dziecko z błoną między palcami. Potem ktoś inny przypomniał historię młynarza, którego powieszono przed jego domem za to, że ponoć skrzydła jego młyna obracały się nawet w bezwietrzne noce. I to w przeciwną stronę. Zaraz po nim starszy woźnica nachylił się nad stołem i opowiedział o psiarczyku z jednego z folwarków, zastrzelonym za karmienie psów spaczonym mięsem. Bestiom miały potem ponoć wyrosnąć skrzydła, skórzaste i mokre jak u nietoperzy, choć przyznał, że nie widział tego na własne oczy, tylko słyszał od kogoś, kto słyszał od kogoś innego. Każda opowieść była cichsza od poprzedniej, ale nie mniej ciężka. Zrobiło się paskudnie. Gadanie po próżnicy miał już przerwać sam karczmarz, przypominając co głośniejszym, że chyba im życie niemiłe, gdy z pomieszczenia, w którym zamknął się Łowca Czarownic, wyszedł Gerolt.
Wykidajło zamknął drzwi ostrożnie, z nietypową dla siebie delikatnością. Przez chwilę stał przy nich z szeroką dłonią opartą na klamce, a twarz miał bledszą niż zwykle. Potem podszedł do Grubera, który właśnie wrócił za kontuar, i pochylił się ku niemu. Nie był jednak człowiekiem stworzonym do szeptów. Jego głos, nawet zduszony, poniósł się po izbie wystarczająco wyraźnie.
– Zwierzoludzie. Zaatakowali ich na trakcie. Może parę godzin stąd – oznajmił tonem, w którym niepokój przykryto zbyt cienką warstwą opanowania.
Zdanie przecięło gwar tak skutecznie, jak wcześniej uczyniło to wejście Łowcy Czarownic. Gerolt zorientował się za późno. Zacisnął usta, lecz szkoda została już wyrządzona. Gruber chwycił go za rękaw i syknął coś gniewnie, ale ludzie zdążyli usłyszeć dość.
Zwierzoludzie.
Nie gobliny, które można było wyobrażać sobie jako zielone, pokraczne stworzenia z kiepskimi łukami. Nie bandyci, których dało się przekupić, zastraszyć albo położyć mieczem, jeśli miało się wprawę i szczęście. Zwierzoludzie należeli do innej kategorii okropieństw. Do tych, o których mówiło się ciszej, zwłaszcza po zmroku. Ci, którzy mieli na zewnątrz konie albo muły, zaczęli naradzać się coraz głośniej, czy nie zaryglować drzwi stodoły, albo czy nie przenieść zwierząt bliżej karczmy, albo czy może przeciwnie, wyprowadzić je za budynek i ukryć od strony lasu. Jakby którekolwiek z tych rozwiązań mogło mieć znaczenie, gdyby z ciemności naprawdę wyszły kreatury Chaosu.
W powstałym zamieszaniu mało kto zauważył chwilę, w której karczmarz został wezwany do izby z rannym. Właściwie Łowca nawet po niego nie posłał. Drzwi po prostu uchyliły się na tyle, by w szczelinie pojawił się cień, a Gruber zrozumiał. Otarł dłonie o fartuch, choć były suche, i ruszył z miną człowieka, który wolałby właśnie odziedziczyć burdel z chorymi dziwkami i długi zmarłego krewnego, niż udać się na pogawędkę z Łowcą Czarownic. Drzwi zamknęły się za nim z niepokojącym skrzypieniem, a czas w karczmie zgęstniał.
Gruber zabawił w izbie długo. Gdy wreszcie wyszedł, twarz miał ciemniejszą niż przedtem, a każdy, kto na niego spojrzał, mógł odnieść wrażenie, że karczmarz jest wielce strapiony. Był człowiekiem, który spędził życie na liczeniu. Jego rachunki oscylowały głównie wokół zysków, strat, beczek w piwnicy, garnków w kuchni i ludzi, których należało obsłużyć. Teraz również coś sobie policzył i wynik najwyraźniej bardzo mu się nie spodobał.
Rozejrzał się po sali, choć w gruncie rzeczy od początku wiedział, do kogo podejdzie. W tej karczmie nie było wielu takich, którzy mogli podołać zadaniu, jakie zamierzał im przedstawić. Ruszył więc ku stołowi, przy którym od tygodnia siedziała trójka ludzi i niziołek w barwach Hochlandu. Przy ostatnich krokach zwolnił nieco, jakby zawahał się jeszcze przez moment, lecz w końcu pochylił się nad nimi i przeszedł do rzeczy.
– Łowca potrzebuje ludzi, żeby ruszyć dalej – powiedział bez wstępu.
Jego głos był niższy niż zwykle, pozbawiony karczemnej pewności siebie. Patrzył przede wszystkim na przepatrywacza, ale mówił do całej czwórki. Przez ten tydzień spędzony przy jednej ławie zdążył uznać ich za jedną kompanię, czy rzeczywiście nią byli, czy nie.
– Musi dotrzeć do Dunkelwaldu.
Nazwa mieściny padła cicho. Nie zrobiła takiego wrażenia jak „zwierzoludzie”, bo większość obecnych nigdy o niej nie słyszała. Tylko przepatrywacz skinął lekko głową, dając do zrozumienia, że wie, gdzie szukać tego miejsca. Gruber potarł kark i tak czy siak wytłumaczył mniej więcej, co to za miejsce.
– To sioło. Małe. Nieoznaczone na porządnych mapach, bo i po co komu oznaczać miejsce, gdzie ludzie osiedli chyba tylko po to, żeby odpocząć sobie od innych ludzi i od świata. Parę tuzinów drwali i łowców z rodzinami. Mniej niż setka. To oni prędzej ruszają gdzieś z towarem, niż ktoś fatyguje się do nich. Latem trafiają tam głównie ci, którzy potrafią czytać drogowskazy wyryte na kamieniach przy drodze. Zimą kamieni nie widać. Ścieżki też nie widać. Wszystko zasypał śnieg, więc sam nie trafi. Człek, który miał go prowadzić, zginął w ataku.
Zmarszczył brwi, próbując wyczytać z ich twarzy, jak zapatrują się na mały spacer przez śnieg. Przez ostatni tydzień wyduszał z nich każdy grosz i był w tym dalece mniej przyjazny. Teraz sprawiał raczej wrażenie człowieka, który ze wszystkich sił pragnie, by ktoś inny przejął jego problem. W jego oczach i postawie odbijał się niepokój ciężki niczym żelazny całun.
– Zapłaci... – dodał po chwili. – ...i to w złocie, jak twierdzi. A ja dorzucę coś od siebie, jeśli jutro nie będę już miał go pod swoim dachem.
To ostatnie powiedział ciszej, lecz z większą szczerością niż wszystko wcześniej. Gruber nie wyglądał w tej chwili jak człowiek targujący się o przysługę, ale jak gospodarz, który wyczuł, że pod jego dachem osiadło nieszczęście.
– Tacy goście źle robią interesom. Widmo spotkania zwierzoludzi może zatrzyma mi tu ciżbę jeszcze na parę dni, ale jeśli szanowny jegomość zbyt długo się zasiedzi, znajdą się i tacy, co spróbują szczęścia na szlaku, byle dalej od niego.
Nie poprosił ich wprost, ale prośba tkwiła w jego postawie, w palcach zaciśniętych na krawędzi stołu i w spojrzeniu uciekającym raz po raz ku drzwiom izby, za którymi czekał Łowca Czarownic.
Awanturnicy spojrzeli po sobie. Przez ostatni tydzień ich sakiewki topniały szybciej niż śnieg naniesiony do izby na podeszwach butów. Każdy kolejny wieczór pod dachem, każdy kufel i każda miska gorącej strawy kosztowały krocie, a będzie jeszcze trzeba zapłacić za tę noc. Nie mogli sobie zbytnio pozwolić na to, by ktoś inny zajął się tym problemem. Zresztą mówiono tu o złocie, nie srebrze. Być może chwila niewygody była warta fatygi i ryzyka?
Zgodnie stwierdzono, że decyzja nie musi przecież zapaść od razu. Co szkodzi wejść i zobaczyć, jak wygląda oferta? Rudowłosy młodzik, człowiek lasu pod ciemnym kapturem, milczący wędrowiec o czujnych oczach i niziołek w zieleni Hochlandu podnieśli się jeden po drugim, a wielki kislevski pies ustawił się przy nodze niziołka. Kilka osób w sali odprowadziło ich wzrokiem. Była w tych spojrzeniach pewna ulga, ale też i pewna doza współczucia.
Gruber ruszył przodem. Karczemny gwar został za ich plecami, przytłumiony przez wąski korytarzyk prowadzący do izby na parterze. Było tam niżej, chłodniej i ciaśniej. Na ścianach wisiały zapasowe derki, kilka starych narzędzi i wyschnięty wieniec z ziół, który dawno stracił zapach, jeśli kiedykolwiek go miał. Spod drzwi sączyła się cienka smuga bladego światła. Nie miała w sobie nic z ciepła paleniska.
W środku pachniało krwią, gorącą wodą, alkoholem i mokrym ubraniem. Zapach przypominał ten z pola bitwy, lecz zamknięty był w zdecydowanie zbyt małym pokoju. Kapłan leżał na ławie, którą przykryto kocem i płótnem. Jego szaty zostały rozcięte, odsłaniając opatrzoną ranę biegnącą pod żebrami, paskudną i głęboką. Skóra wokół szycia była sina, gdzieniegdzie czarna od brudu i zakrzepłej krwi. Mężczyzna miał twarz zapadniętą od zmęczenia. Jego policzki ostro zarysowywały się na tle twarzy, a wargi miał spierzchnięte, lecz oddychał.
Klęczał przy nim Łowca Czarownic. Nie wyglądał już jak ten sam człowiek, który wszedł do karczmy wraz z zawodzeniem wiatru. Bez płaszcza wydawał się młodszy, ale nie przydawało mu to łagodności. Miał niewiele ponad trzydzieści lat, może trzydzieści kilka. Jasne włosy przykleiły mu się od wilgoci do skroni. Twarz miał pociągłą i zmęczoną, lecz niezniszczoną. Była w nim pewna twarda nuta, zahartowana stal i zimno, które nosił jak element zbroi. Jego dłonie były czerwone od krwi, ale poruszały się pewnie. Kończył właśnie nakładać bandaż, owijając płótno ciasno, równo i przede wszystkim... pewnie. Miał w tym wielką wprawę, jakby w poprzednim życiu był felczerem.
Na stole leżał jego kapelusz: szeroki, ciężki, z piórem nasiąkniętym wodą i szerokim rondem. Na klamrze, która go opinała, widniała żelazna brosza przedstawiająca podwójną kometę. Znak Sigmara. Obok spoczywał pistolet ozdobiony świętymi symbolami, z wytartą drewnianą rękojeścią, oraz miecz, którego pochwa nosiła ślady długiego używania. Pod rozpiętym kaftanem widać było kolczą koszulę i elementy dobrego, solidnego pancerza. Zrazu dało się poznać, że był to pancerz wykonany przez kogoś, kto rozumiał, że stal ma ratować życie, a nie budzić zachwyt.
Nie odwrócił się od razu, gdy weszła czwórka awanturników. Dokończył bandaż, wsunął koniec płótna pod poprzednią warstwę i dopiero wtedy pochylił głowę nad kapłanem. Jego usta poruszyły się cicho. Nie było pewności, czy wypowiada modlitwę, obietnicę, czy może chodziło jeszcze o coś innego. W bladej poświacie okna, gdzie śnieg osiadał na zewnętrznym parapecie jak popiół na cmentarnych grobach, ten gest miał w sobie osobliwą godność. Łowcy Czarownic rzadko kojarzyli się z miłosierdziem. Ten też nie wydawał się miłosierny. A jednak przez ten jeden moment było jasne, że ranny kapłan nie jest dla niego tylko towarzyszem podróży ani narzędziem misji.
Kiedy w końcu podniósł wzrok, cisza w izbie nieznacznie stężała. Jego oczy były jasne, chłodne i nieprzyjemnie uważne. Wolno przesunął wzrok po każdym z obecnych, w sposób, który kogoś mniejszego ducha mógł przyprawić o ciarki. Oceniał. Dokładnie lustrował każdy detal, broń, buty, dłonie, twarze, postawę, ślady podróży i inne szczegóły, które ktoś przeszkolony mógł dostrzec w ludzkiej sylwetce. Karczmarz wszedł za czwórką, chcąc upewnić się, że Łowcy niczego nie brakuje. Mężczyzna sięgnął do sakiewki, wyjął dwie złote korony i położył je na stole. Monety zabrzęczały cicho.
– Dziękuję, Herr Gruber. Oto zapłata za wodę, izbę i pomoc – powiedział. – Teraz proszę wyjść.
Karczmarz spojrzał na złoto, potem na Łowcę, i szybciutko zwyciężył w nim rozsądek. Zabrał monety, skinął głową z niezgrabną pokorą i zamknął za sobą drzwi. Łowca Czarownic wstał powoli. Był krzepki, wysoki i roztaczał wokół siebie aurę autorytetu. Jego ruchy zdradzały zmęczenie, choć próbował je ukryć. Może od wielu godzin nie spał. Może od paru dni. Mimo to stał prosto, jakby sama myśl o słabości była uchybieniem wobec urzędu, który nosił.

– Klaus Sneider – przedstawił się wreszcie. – Imperialny Łowca Czarownic, zaprzysiężony przez Imperatora Karla Franza, Protektora Imperium.
Nie zabrzmiało to bynajmniej chełpliwie. Nie potrzebował tego. Tytuł miał być informacją, ale był też ostrzeżeniem, i wszyscy w izbie mogli to zrozumieć. Wskazał rannego krótkim ruchem dłoni.
– To Leopold Mann, kapłan Sigmara. Człowiek wierny, twardszy niż powinien i, jak widać, jeszcze niegotów stanąć przed Morrem.
Wypowiedział te słowa oschle, lecz ręka, którą poprawił koc przy ramieniu rannego, nie była ręką człowieka obojętnego. Gest trwał krótko, ale wystarczył, by odsłonić szczelinę w pancerzu surowości. Sneider mógł być fanatykiem, urzędnikiem ognia i stryczka, człowiekiem od wyroków, lecz nie był zrobiony z samego żelaza. A jeśli był, to tej nocy żelazo zdążyło pęknąć w jednym miejscu.
Sięgnął po szmatę zanurzoną w misce i starł krew z palców. Nie zmyła się całkiem. Wniknęła pod paznokcie, osiadła w załamaniach skóry, jakby chciała zostać tam na dłużej. Sneider patrzył na swoje dłonie przez moment z nieodgadnionym wyrazem twarzy, po czym odłożył szmatę.
– Nie będę udawał, że sprowadzono was tutaj na czcze pogaduszki – rzekł. – Karczmarz twierdzi, że jest wśród was przepatrywacz znający drogę przez zasypany trakt. A i reszta z was nie pierzchnie, gdy napotkamy pierwsze przeciwności losu. Prawdę mówi?
Zapytał, a kiedy zadowolił się odpowiedzią, płynnie przeszedł do sedna historii, tłumacząc, gdzie właściwie planuje ich zabrać i co robi w tych stronach.
– Zostaliśmy wysłani z Zamku Lenkstert, które tymczasowo jest nowym przyczółkiem władzy w okolicy po upadku Wolfenburga – ciągnął po chwili. – Jak zapewne wiecie, kogoś mojego urzędu nie posyła się dla sprawy błahej. Są rzeczy, które można zostawić miejscowym kapłanom, starszyźnie i tak dalej. Ale to, co dzieje się w miejscu, do którego zmierzamy, prawdopodobnie ma związek z siłami Chaosu...
Zamilkł i pozwolił, by różnica między jednym a drugim wybrzmiała bez dodatkowych objaśnień. Za drzwiami ktoś w sali głównej zaśmiał się nerwowo, po czym natychmiast ucichł. Sneider nawet nie drgnął.
– Zmierzam do Dunkelwald – powiedział wreszcie. – Mała osada w niedalekiej okolicy. Kilkadziesiąt dusz, które skupiają się na handlu drewnem, skórami i mięsem. Prawdę powiedziawszy, zapomniana wieś, o której nawet mało słyszeli poborcy podatkowi. Jednym słowem zapadła dziura, gdzie psy szczekają dupami.
Pozwolił sobie na żartobliwą uwagę, która z jego ust brzmiała wcale nieśmiesznie, bo wypowiedział ją z gniewem. Potem podszedł do stołu i oparł na nim dłonie. Drewno skrzypnęło cicho pod naciskiem.
– Do Lenkstert dotarły jednak niepokojące wieści. Ostatni poborca, który tam zawitał, uciekł w nocy, obawiając się o swoje życie. Mówił, że sioło to jest norą kultystów, jeno przebranych za poczciwych obywateli. Podobno nie zgadzają się także wpisy z księgi narodzeń i zgonów. Poznikało trochę ludzi. Niestety, zanim ktoś z głową na karku zdążył zebrać szersze zeznania, serce stanęło biednemu Emrichowi. A robił w swoim fachu jedynie dziesięć lat, trzeba wam wiedzieć. Zgroza, którą przeżył, musiała zaciążyć jego sercu i duszy.
W tej chwili jego twarz wydawała się jeszcze bardziej surowa, lecz nie była twarzą człowieka, który czerpie przyjemność z grozy własnych słów. Raczej kogoś, kto znał już zbyt wiele historii zaczynających się w podobny sposób.
– Mann i ja mieliśmy się tam przejechać i zbadać sprawę. Oddzielić ziarno od plew, głupotę od herezji i tak dalej. Zdarza się, że nawet zgłoszenia przekazywane przez urzędników są, no cóż, pochopne – rzucił, choć raczej nie było widać po nim, by uważał, że urzędnik wydał zły osąd.
– Mieliśmy eskortę – dodał po chwili. – Niewielką, lecz wystarczającą na drogę. Kilku zbrojnych, dwóch konnych, chłopaka od zapasów i miejscowego przewodnika, który mówił, że będzie w stanie przeprowadzić nas przez te śniegi. Wszystko szło dobrze pomimo silnej śnieżycy. Namioty i ekwipunek na takie wyprawy wydaje się z najlepszych materiałów, ale to nie zima miała zebrać żniwo wśród moich ludzi...
Jego palce zacisnęły się lekko na krawędzi stołu. Choć żaden grymas nie przeszedł mu przez twarz i nawet nie westchnął, w tym drobnym ruchu dało się poznać, że nie poradził sobie jeszcze w pełni z tym, co wydarzyło się parę godzin temu na przełęczy. Trudno się dziwić. I tak szło mu zaskakująco dobrze.
– Zwierzoludzie wyszli na nas z zamieci. Nie z lasu, nie z traktu, nie z miejsca, gdzie rozsądny człowiek wypatruje zasadzki. Wyłonili się ze zwierciadła bieli i oddam głowę, że jej intensywność jest sprawką ich plugawych rytuałów. W każdym razie zaskoczyli nas. Najpierw zobaczyliśmy rogi, czarne na tle śniegu. Potem racice, a później rozgorzała walka, w której nie mieliśmy żadnych szans. Na każdą dwójkę, którą położyłem mieczem, pojawiała się następna trójka. Usłyszałem krzyk konia, potem dostałem w głowę, potem... reszta potoczyła się szybko.
Mówił spokojnie, lecz widać było, że trochę kosztuje go zachowanie takiej fasady. W każdym razie oszczędził im opisu rozrywanych ciał i innych rzeczy, których dopuścili się zwierzoludzie.
– Przewodnik zginął pierwszy albo drugi. Trudno powiedzieć. W takich chwilach kolejność śmierci przestaje mieć znaczenie dla kogokolwiek poza Morrem. Leopold dostał pod żebra, kiedy próbował podnieść jednego z konnych. Chłopak od zapasów uciekł w drzewa. Być może dotarł daleko. Być może wciąż biegnie. Być może śnieg okazał się dla niego łaskawszy niż bestie.
Nie było w tym kpiny. Tylko ponura nadzieja, że koniec chłopaka był nieco spokojniejszy niż reszty. Sneider odsunął się od stołu i spojrzał ku oknu. Za szybą zamieć szorowała po szkle, jakby tysiące lodowych paznokci próbowały znaleźć szczelinę do wewnątrz, by zdusić ciepło w środku.
– Zostaliśmy we dwóch. Jakoś udało nam się trochę odczołgać, a śnieżyca, ta sama, która wcześniej ich ukryła, teraz ukryła nas. Sigmar w swojej opatrzności osłonił nas przed bestiami w dalszej drodze i jakoś udało nam się tutaj dostać.
Odwrócił się znów ku stojącym w izbie.
– Nie jestem człowiekiem, który wierzy w przypadek. Jeśli Mann oddycha, jeśli ja stoję tutaj zamiast leżeć z twarzą w śniegu, to znaczy, że droga jeszcze się nie skończyła. Sigmar widocznie chce, bym dalej podążał swoją drogą.
Wypowiedział to bez podniesionego głosu, ale z taką pewnością, że zawstydziłby niejednego akolitę Młotodzierżcy. Była w tym wiara prawdziwa, twarda i nierozcieńczona, ale zarazem coś niebezpiecznie bliskiego pysze.
Przez chwilę patrzył na czwórkę wędrowców stojących w izbie, a blade światło z okna czyniło jego twarz jeszcze surowszą.
– Potrzebuję przewodnika – powiedział wreszcie. – Kogoś, kto zna las, drogę i te przeklęte zimowe ścieżki.
Jego spojrzenie zatrzymało się na przepatrywaczu, lecz zaraz objęło całą czwórkę, jakby nie zamierzał pozwolić, by którykolwiek z nich schował się za plecami drugiego.
– Wygląda na to, że potrzebuję też ostrzy. Oczu. Uszu. Ludzi, którzy potrafią trzymać broń w dłoni i patrzeć w ciemność bez natychmiastowej potrzeby odwracania wzroku. Nie szukam świętych mężów, a i wy nie wyglądacie mi na takowych. Nie obchodzą mnie jednak teraz wasze występki. Sprawa jest pilniejsza od jakichkolwiek małostkowych rzeczy, którymi mogliście się obarczyć w przeszłości. Wiele osób miało powody, by w ostatnich latach przetestować swoją dobrą duszę, ale teraz gra toczy się o wyższą stawkę i jestem skłonny przymknąć oko na małe przewinienia. Żaden z was nie jest przecież poszukiwany?
Zapytał. Kącik jego ust poruszył się nieznacznie, ale oczy pozostały czujne. Nikt nie zdradził się z kryminalną przeszłością, więc pozwolił sobie na coś, co mogło uchodzić za płytki uśmiech, grymas, który na moment znalazł szczelinę w żelaznej twarzy.
Przesunął dłonią po krawędzi stołu. Krew na jego palcach zdążyła już ściemnieć, wchodząc w pęknięcia skóry jak brud.
– Doprowadzicie mnie do Dunkelwaldu. Tam pozostaniecie przy mnie tak długo, jak będzie wymagało tego śledztwo. Do waszych obowiązku będzie należało pilnowanie moich pleców, drogi odwrotu i spełnianie moich drobnych poleceń. Nie wymagam od nikogo wiary ponad tę, którą powinna być w każdy mieszkańcu Imperium. Nie będziecie też pomagać mi w czynieniu sądów, o ile sami nie zechcecie. Podsumowując, wymagam posłuszeństwa w sprawach, które zazwyczaj nie wykraczają poza standardowe czynności przewodników i najemników. To chyba nie brzmi najgorzej? - zapytał retorycznie.
Dopiero wtedy sięgnął do sakiewki. Przesunął palcem po monetach w środku, ale nawet ślepy zauważyłby, że ma ich sporo. Naprawdę sporo. Trzeba tu dodać, że sakiewkę należałoby raczej nazwać sakwą.
– Trzydzieści karlów od głowy – powiedział. – Za drogę do Dunkelwaldu i ochronę podczas wykonywania moich obowiązków.
Pozwolił, by suma wybrzmiała. W karczmie, po tygodniu bezczynności i wydawania srebra, trzydzieści karlów nie było małą sumką. Wystarczająco dużą, by człowiek zaczął ważyć z nią ryzyko, głód, mróz i własną niechęć do Łowców Czarownic.
– Jeśli sprawa zakończy się tak, jak zakończyć się powinna, zapłacę również za drogę powrotną. Piętnaście karlów od głowy. Bez targów po fakcie. Bez karczemnych sztuczek i dodatków za wszelkie niedogodności, jakie mogłyby nas spotkać.
Posłał im zimne spojrzenie lodowatych oczu. Nie dodał, że odmowa byłaby może rozsądna. Nie musiał. Wiedział to on i wiedzieli to oni. Mógł jeszcze popytać innych w karczmie i może nawet by kogoś znalazł, ale jedno było pewne. Sneider nie zamierzał odpuścić sobie tej wycieczki, a jeśli nie znajdzie chętnych za złoto, istniało niemałe prawdopodobieństwo, że będzie próbował innych metod werbunku. Takich, których nikt nie chciał w gruncie rzeczy poznawać.
Łowca Czarownic czekał na odpowiedź, stukając niespokojnie w blat stołu.
- Po pierwsze to huj z czarnymi. Po drugie kim jesteś? Odezwał się Fruwacz wyrywając się przed szereg jak to ostatnio miał w zwyczaju.
- Tak to sami na nich polujemy. Jak oddasz mi broń i powiesz gdzie są byłbym wdzięczny.
Szelest parsknęła krótko, bez rozbawienia. — „Oddaj mi broń”… Młody, ty nawet nie wiesz, gdzie jesteś — mruknęła chłodno. — Nawet nie znam Twojego imienia. Najpierw odpowiecie na pytania, potem zobaczymy. Odwróciła się bokiem, poprawiając pasek z nożem i wtedy Fruwacz to zauważył. Na jej zakrzywionym ostrzu była świeża, ciemna, krew. I druga rzecz: Szelest wcale nie patrzyła na nich jak na podejrzanych. Jej uwaga wędrowała co chwilę do strażnika przy drzwiach, jakby to jego reakcja ją interesowała. W głowie Fruwacza pojawiła się myśl: „Ona nie szuka szpiega w nas. Ona szuka go wśród swoich.”
- Ja jestem Fruwacz. Wół, Liora, Noa. - przedstawił po kolei ekipę. - Jesteśmy... byliśmy nomadami dopóki czarni nas nie rozjebali.
— Ja jestem Aga, zwana Szelest. Kobieta skinęła głową, jakby wreszcie usłyszała coś sensownego. — Ale… Nomadzi powiadasz. — powtórzyła cicho. — No to przynajmniej wiemy, dlaczego jeszcze żyjecie. Ruszyła wzdłuż ściany, niby bez celu, ale Fruwacz widział: kątem oka cały czas pilnowała strażnika przy drzwiach. — Czarni was rozjebali… — mruknęła, jakby rozważała tę informację. — To akurat nie nowość. Oni rozjebują wszystkich. Nagle zatrzymała się i spojrzała Fruwaczowi prosto w oczy. — Ale nomadów nie bierze się na szpiegów. — dodała ostrzej. — Wy nie działacie po cichu. Wy działacie z potrzeby zemsty. - jej spojrzenie jeszcze raz, szybkie jak błysk, prześlizgnęło się po strażniku przy drzwiach, po tym który wyglądał na najmniej pewnego. — I to właśnie mnie interesuje. Zemsta. — Szelest wyprostowała się. — Jeśli naprawdę ją macie w sercu, to może… Może jesteście tu z właściwego powodu.
Liora, która do tej pory stała pod ścianą jak cień: napięta, czujna, gotowa uciekać lub gryźć w końcu uniosła głowę. Jej spojrzenie nie było wyzywające. Było… zmęczone. Ale ostre jak drut kolczasty. — Szelest, tak? — zapytała cicho, nie kłócąc się o ton. — My nie jesteśmy szpiegami. Szpieg by nawet nie powiedział „Czarna Dywizja”. Szpieg by mówił „Ci”, „Oni”, „Oddział”, żeby nie przyciągać uwagi. - zrobiła krok do przodu, powoli, żeby nikt nie pomyślał, że zamierza skoczyć komuś do gardła. — A ja mam więcej powodów, żeby tych skurwysynów nienawidzić niż ktokolwiek tutaj. — dodała twardo. — Gdybyśmy byli ich ludźmi, to byśmy nie przyjechali rozwalonym volvo, tylko konwojem. I nie pozwoliliby mnie wywlec za włosy, jak jakiś worek ziemniaków. Na chwilę zerknęła na strażnika, tego, którego Fruwacz obserwował. Jej głos był już spokojny. — Pytaj, co chcesz. Ale nie zadawaj pytań, na które sama znasz odpowiedź. Nie mamy powodu tu kłamać. Jeśli chcieliśmy komuś zrobić krzywdę, to Dywizji, nie wam. Potem spojrzała na Fruwacza, tylko na sekundę, jakby dodawała mu otuchy, choć sama nie wyglądała na kogoś, kto ma jej wiele. Aga wskazała dłonią na Woła i Noa. — Wy. Mówcie. Co dokładnie Czarna Dywizja wam zrobiła?
Noa śmiał się w duchu z własnego szaleństwa. Przyłączył się do grypy szukając rodziny, a znalazł żądnych zemsty fruwaczów, furiatów. Słuchając Fruwaczai Liory zaczynał rozumieć ich miętę do siebie. Wydął usta zastanawiając się czy jest jeszcze szansa na ranczo i dzieci, czy tam wnuki. Byle było komu zbudować dom, zasiać zboże, doglądać dzieci, dzieci, którym można by to przekazać, wraz z całą mądrością o życiu w pokoju.
- Szpiegami? A co mielibyśmy szpiegować? Te wasze jaskinie? A jako relację o uzbrojeniu informacja o kolczatce i tym twoim koziku Szelest? Daj spokój. - odruchowo sięgnął po rewolwer, ale go tam nie było - jak widzisz młody i młoda nie są szpiegami bo tak twierdzą i ja im wierzę. Wół się na szpiega nie nadaje. Zostaję tylko ja i w sumie to st zastanawiam czy sobie mógłbym zaufać. No ale czegoś nie rozumiem, po nas ściągać do kryjówki, jak was nie zauważyliśmy? W sumie to możemy tobie, wam, ufać na tyle na ile wy nam.
Rozejrzał się po pomieszczeniu.
- Wiesz Aga, marzy mi się farma i rodzina i może ci dwoje - wskazalna Liorę i Fruwacza - zrobią sobie dzieci. Moglibyśmy pomóc je wychować. - uśmiechnął się - rozmarzyłem się. A ty pchasz te młode płodne pacholęta w paszczę lwa podsycając ich autodestrukcyjne ambicje. Nie wolałabyś farmy? - zaryzykował na koniec.
Aga patrzyła na Noa jeszcze chwilę, jakby próbowała znaleźć w jego słowach haczyk. Ale zamiast tego coś jej w twarzy drgnęło. Nie uśmiech. Raczej coś w rodzaju niemal niewidocznego rozluźnienia. — Dobra, Kowboju… — westchnęła. — Masz rację. Gdybyście byli szpiegami, to byś teraz nie pieprzył o farmie i wnukach.
Przesunęła ręką po włosach, jakby zrzucała z siebie napięcie.
— I powiem ci jedno — dodała ciszej. — Gdyby świat wyglądał inaczej, farma może by miała sens. Nawet mi by się przydało miejsce, gdzie nikt nie strzela po nocach. Na moment jej spojrzenie złagodniało, bez kpiny. — Więc dobra. Odkładam nóż. Nie jesteście szpiegami. — powiedziała stanowczo. — Jesteście potłuczonymi ludźmi, którzy wpakowali się w kłopoty… Tak jak wszyscy tutaj. Odwróciła się od Noa, wskazując głową na drzwi.
— Ale zanim będziecie sadzić zboże i robić dzieci… - zrobiła wymowną pauzę. - …musimy się dowiedzieć, kto z moich ludzi pracuje dla Dywizji. Jej głos stwardniał, wracając do chłodnego tonu zwiadowczyni. — No dobra. Wół. Twoja kolej. Powiedz, co Czarna Dywizja zrobiła tobie.
- Mnie? - zapytał wielkolud - Mnie nic. Znaczy nic… No dużo. Jest trochę zgraj na pustkowiach. Sami wiecie. Ale większość… albo posrańcy. Albo fanatycy. Albo kanibale. Ciężko na dobrych ludzi trafić. A mnie się udało. Znalazłem Grupę Grahama. Tę o której Fruwacz mówił. Także… co mi zrobili? Moc dobrych ludzi rozdupili jakby do jakiego drobiu walili. Tak o. Ino chłopak się ostał ze stu ludzi z okładem - wskazał na Fruwacz. O Elsie nie wspomniał. A po co to tej szeletstce było wiedzieć o niej. - Także no. Tak. Wkurwili mnie.
Aga zmrużyła oczy, nasłuchując słów Woła. — Sto osób… to nie jest ich zwykły styl. — powiedziała cicho. — Dywizja lubi straszyć, palić, zabierać ludzi jako niewolników. Rzadko kiedy marnują tyle energii na rozwałkę całej grupy nomadów. Przeszła dwa kroki w przód. — Ale w jednym twoja historia trzyma się kupy. — dodała, unosząc wzrok. — Jak Dywizja coś rozwali przez pomyłkę, to i tak zabierze, co się da i tyle ile się da. Nie odpuszcza. Nie zawraca. Dobija każdego, kto jeszcze oddycha. - zerknęła na Woła, tym razem spokojniej. - I tak, tego typu masakra… mogłaby się wydarzyć, jeśli wpadliście im pod lufy przypadkiem. Bo oni nie sprawdzają, kogo zabijają. Zabijają, a dopiero potem patrzą, co im wpadło w ręce. Znów spojrzała kątem oka na strażnika przy drzwiach. — Czyli wasza wersja ma sens. Może nie brzmi jak bohaterstwo, ale brzmi jak… Prawda.
Gdy Aga kończyła mówić, Fruwacz kątem oka zauważył, że strażnik przy drzwiach, ten nerwowy, sięga dyskretnie pod połę kurtki. Nie po broń, lecz wciska mały metalowy przycisk na czymś przypiętym na piersi, pod kurtką. Coś jak mały rejestrator głosu, polowy dyktafon albo urządzenie transmisyjne. Noa również to zauważył.
Drzwi otworzyły się nagle szerzej. Do środka wszedł mężczyzna, którego ciężko byłoby nie zauważyć, nawet gdyby próbował. Szerokie ramiona. Gruba blizna przecinająca kark i znikająca pod kołnierzem. Twarz poorana jak stary kamień. Oczy ciemne, zmęczone ale trzeźwe, ostre. Wojownik, który już dawno stracił złudzenia, ale nie siłę. Jeden rzut oka wystarczył. Najpierw spojrzał na was. Potem na Agę. Strażnika, tego nerwowego, który w tej chwili zastygł jak dziecko przyłapane na kradzieży, zignorował. Bran nie podniósł głosu.
Bran wszedł głębiej i przyciągnął sobie drewniany stołek. Postawił go tak, jakby miał zamiar zostać na chwilę albo na godzinę. Spojrzał po was jeszcze raz, dłużej. — Nazywają mnie Bran. — powiedział. — Wojownik Odbity. Jeden z tych, co tu rządzą, choć nie lubię tego słowa. Kątem oka zerknął na Agę, jakby domagał się krótkiego raportu, ale nie przerywał. — Słyszałem już kawałek waszej gadki. — odezwał się znowu, tym razem bez emocji. — Nomadzi. Skrzywdzeni przez Dywizję. I nie kłamiecie, o to co słyszę. Jego spojrzenie przesunęło się po was, oceniająco, profesjonalnie. — Dobrze. — mruknął. — To teraz ja mam tylko jedno pytanie. Podparł łokcie na kolanach, pochylił się lekko do przodu. — Chcecie przeżyć… czy chcecie ich zabić?
Aga uniosła brwi, jakby sama chciała usłyszeć odpowiedź. Bran czekał na odpowiedź.
- Zabić. - odpowiedział Fruwacz choć w sumie sam już nie wiedział czego chce.
- Dlaczego wybierać? - Wół uśmiechnął się szeroko błyskając swoim imponującym uzębieniem w dość nieprzyjemnie, drapieżny sposób.
Liora spojrzała na Woła, na ten jego szeroki, groźny uśmiech.
— Dla mnie nie ma sprzeczności. Najpierw przeżyć. Potem zabić. W takiej kolejności najlepiej się działa.
- Jak zabiłaś to znaczy, że przeżyłaś. Po za tym co to za filozofowanie ? Możemy przejść do rzeczy ? - wtrącił się ponownie krnąbrny mały gnojek. Początek dal jako swoją wstawkę do wypowiedzi towarzyszy. Szybko jednak starając się na harde spojrzenie zwrócił się do nowo przybyłego ważniaka.
- Dla mnie proszę wersję bez zgonu. Szczególnie mojego. - rozproszył Noa - Słuchamy w czym rzecz?
Aga odwróciła się powoli w stronę Fruwacza. Uśmiech, który pojawił się na jej twarzy, był krótki i nijaki – bez ciepła, bez kpiny. Taki, jaki człowiek zostawia na twarzy, kiedy widział już za wiele. — A ty właśnie powiedziałeś wszystko, co trzeba było usłyszeć. Chcesz działać. To dobrze. Bo tu nie ma terapii. Są decyzje.
Bran chrząknął cicho i wstał ze stołka. Jego ruch był ciężki, powolny… ale niezdrowo precyzyjny. Jak u kogoś, kto przez lata nauczył się oszczędzać każdy gest. — No to do rzeczy. — powiedział nisko. — Wolny Jar nie walczy z Czarną Dywizją otwarcie. Bo nie jesteśmy idiotami. A oni mają stare czołgi, wozy opancerzone. Czasami uda nam się jakiś załatwić, ale czołg to inna liga. - przeszedł kilka kroków i stanął przy stole. — Ale je obchodzimy. Polujemy na ich konwoje. Kradniemy paliwo. Znikamy, zanim się zorientują.
— I dlatego jeszcze żyjemy. — wtrąciła Szelest. Bran skinął głową. Spojrzał na Noę. — I mówisz, że wolisz wersję „bez twojego zgonu”? - kącik jego ust drgnął minimalnie. — To dobra wersja. Mi się też podoba. — Więc tak jest sprawa. — powiedziała Szelest. — Albo zostajecie tu tylko na noc i rano ruszacie w swoją piękną, samobójczą vendettę… Zapadła krótka pauza. — …albo gracie z nami. Po naszemu. Jej wzrok znów przeciął twarz Fruwacza. — My wam damy informacje. Trasy. Ludzi, którzy wiedzą gdzie iść, żeby nie zginąć. — A wy nam dacie coś, czego my mamy za mało. — dodał Bran. — Świeżą krew, świeżą wściekłość… i powód, żeby pójść dalej niż zwykle. Cisza. — Więc teraz pytanie jest inne. — powiedziała Aga. - Nie „czy chcecie zabić”, tylko „czy chcecie to zrobić mądrze”. Bran spojrzał kolejno na Fruwacza, Woła i Noę. — Bo jeśli nie… - urwał zdanie. — …to i tak zginiecie. Tylko szybciej.
- Może być wolniej. Byle ich dojebać- odpowiedział Fruwacz. Czuł, że tym razem mieli farta.
Aga prychnęła lekko, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że dla was to wszystko wygląda jak koszmarny sen wewnątrz jaskini.
— Dobra. Zanim zaczniemy mówić o zabijaniu Dywizji… — zaczęła, rozchmurzając się nieco. — …musiicie wiedzieć, gdzie, do cholery, jesteście.
— To jest Wolny Jar. – dodał Bran. Aga podjęła temat.
— Dawno temu było tu stare centrum wydobywcze. Kopalnia, skład, tunele techniczne. Miejsce, którego nikt nie chciał, bo teren zapadł się po uderzeniu jakiejś bomby. Reszta świata o tym zapomniała. — A my nie. — dodał Bran, po czym podszedł do okna, wskazał palcem na mroczne sklepienie nad wami. Gigantyczny łuk skalny, poprzecinany pomostami i linami.
— Jar ma wejście wielkości mysiej dziury. Nie dojedziesz do niego autem czy tym bardziej czołgiem, kilka ścieżek przez górski masyw jest pilnowane i naszpikowane pułapkami, i strażnikami. A wyjścia nie zna nikt poza nami. To dlatego żyjemy. Dywizja poluje na wszystko, wiemy o tym że nas też szuka, ale żaden jej oddział nie zaszedł za daleko. Teren jest trudny nawet jak się go zna. Aga uśmiechnęła się tym swoim cienkim, nieprzyjemnym uśmiechem.
- Tutaj trafiają ludzie, którzy mają dwa wspólne mianowniki. Pierwszy to Czarna Dywizja, Srebrne Włócznie albo inni popaprańcy którzy chcieli ich zabić. Drugi to fakt że Ci ludzie nie zamierzali dać się zabić. Bran kiwnął głową, jakby potwierdzał każdy punkt.
— Nie jesteśmy wioską. Nie jesteśmy armią. Nie jesteśmy sektą. Wolny Jar to… — uniósł dłoń, szukając słowa. — …schron. Nóż schowany w ciemności. Aga dodała: — Tu nie ma wodza. Jest nasza czwórka: ja, Bran, Hanka, Stary Ivan i Ojciec Ewald. My tylko pilnujemy, żeby nikt nie wbił noża w plecy całemu Jarowi. Bran oparł dłonie na stole.
— Dlatego chcemy wiedzieć, kogo tu wpuściliśmy i dlatego wy chcecie wiedzieć, czy warto z nami zostać. Cisza. Krople ze sklepienia kapały w ciemności jak odliczanie. Ciszę przerwała Aga.
- Póki nikt nas nie sprzeda.
Zdawał sobie sprawę Noa, że dostają propozycję nie do odrzucenia, gotowy był nawet się do niej przychylić, przychylić za odpowiednią cenę. I dobrze bo potrzebowali nie tylko ekwipunku, co i wiedzy na drogę. W końcu na drogę się pisał nie na vendettę. Co za tym szło przewracał oczami na słowa Fruwacza, bo co do tej pory było zabawne zaczynało brzmieć jak bredzenie. Nie zamierzał się Cohen dać zabić za gówniarskie fochy.
- To w czym rzecz? Mamy coś dla was sprawdzić? Chciałbym coś w zamian. Mapy. Może macie jakiś starszy zapis elektroniczny. Wiem, że nie wszystko działa, ale jakieś mapy digitalne sprzed lat można dalej czytać. Myślę, że po wzajemnych przysługach chcielibyśmy odjechać. Szukać domu nad jeziorem - uśmiechnął się.
Aga słuchała Noa bez przerywania. Bez uśmiechu. Bez przewracania oczami. Kiedy skończył, przez chwilę w jaskini było słychać tylko kapanie wody. — W końcu ktoś tu mówi jak człowiek. — powiedziała spokojnie. — I tak, chcecie coś w zamian, my też czegoś chcemy. Normalna wymiana.
Bran skrzyżował ramiona, ale nie zaprzeczył. — Mamy mapy — dodała Aga. — Częściowe. Stare wojskowe zapisy, skany terenu sprzed wojny, trasy, które nie istnieją na papierze. Nie wszystko działa, nie wszystko jest kompletne. Ale dla ludzi, którzy chcą jechać dalej, a nie zginąć po drodze, powinny wystarczyć. - zrobiła krok bliżej stołu. - Ale nie dostaje się ich za dobre chęci.
— Na południowym wylocie z masywu jest stary punkt obserwacyjny - Bran wszedł jej w słowo, niskim, rzeczowym tonem - Przedwojenny. Kiedyś nasz. Od tygodnia cisza. Za cicho. — Nie wiemy, czy Dywizja go znalazła, Srebrni, ludzie grubasa czy jacyś bandyci — dodała Aga. Spojrzała Noa prosto w oczy. — Idziecie. Sprawdzacie. Wracacie z informacją. Nic więcej, nie szturmujecie. Oczy i uszy. Bran skinął głową. — Jeśli wrócicie… dostaniecie mapy. Cyfrowe i papierowe. Trasy omijające Dywizję, Włócznie i kilka miejsc, które lepiej znać, zanim się na nie wpadnie. Pójdzie z wami przewodnik, Corley, zna okoliczne tereny lepiej niż ktokolwiek inny.
Aga dodała cicho: — Mamy tutaj mały problem z zaufaniem, mamy w swoich szeregach kreta albo kilku... Ale wy jesteście tutaj nowi, jeszcze nie przekupieni. Nie jesteście stąd. Dlatego jestem w stanie wam zaufać. A może się czegoś dowiecie przy okazji? Odpocznijcie, przespacerujcie się po Jarze, pogadajcie z ludźmi. Wasze rzeczy są w magazynie, na posterunku przy głównym wejściu, a auto bezpieczne, ukryte w starym blaszaku niedaleko miejsca, w którym was złapaliśmy. Nie jesteśmy złodziejami.
- Dooobra - odezwał się w końcu także Wół, który dotychczas był niemal niemym widzem całego spotkania. Widzem dość jednak uważnym, by ocenić jaskiniowców. Byli niegroźni. Mimo napaści widać po nich było, że nie mają w sobie dość… zepsucia. By zżerać, zabijać, czy porywać przypadkowych nieznajomych. Mieli propozycję. Zdecydowanie niewołową - Pogwarzyliśmy, postroszyliśmy piórka, ale chyba już pora zejść na ziemię. Mamy na pieńku z czarnuchami. To prawda. Nie będę żałował jak jakiś mi w łapy wpadnie i wycisnę z niego ostatni oddech aż mu oczka jak z tubki wypłyną. Taaa… To będzie frajda, bo to sucze syny są. Ale chyba Wam w główkach od tej jaskini pociemniało jeśli myślicie, że pójdziemy do bazy Czarnych. Młody jest odważny, ale ma ostatnio nasrane we łbie i prędzej sam mu kulasy połamię niż pozwolę mu tam iść. A Noa sprytny, ale nie Noa, za mapy też się tam nie będziemy pchać. Na chuj ci mapy kowboju? Także, życzymy wam dobrze bo znać, żeście w porządku ludki. Ale odpoczniemy i odjedziemy w swoją stronę.
Bran wysłuchał Woła do końca, nie przerywając ani słowem. Nie drgnął, gdy padły groźby, nie skrzywił się przy przekleństwach. Dopiero kiedy Wół skończył, Bran powoli skinął głową, jakby właśnie usłyszał coś, co wreszcie miało sens.
— I bardzo dobrze — powiedział nisko. — Bo nikt was nie wysyła do bazy Czarnych. Gdybyśmy chcieli tam kogoś pchać, nie pchalibyśmy czterech przybłęd z Pustkowi. Aga prychnęła cicho, tym razem bez kpiny.
— Spokojnie, wielki. — spojrzała na Woła uważnie. — Punkt obserwacyjny to nie baza. To samotna buda na skałach, stara wieża, kawał betonu i antena, która powinna nadawać. Jeśli ktoś tam jest… to mały oddział. Albo trupy. - zrobiła krok w bok, opierając się plecami o ścianę. — I nie sprzedajemy wam map, żebyście się pchali pod lufy. — dodała. — Sprzedajemy je, żebyście wiedzieli, gdzie nie jechać. Gdzie są trasy Dywizji. Gdzie Włócznie kręcą się za często. Gdzie pustkowie zjada ludzi szybciej niż kule.
Bran spojrzał na Fruwacza, potem na Noa, wreszcie znów na Woła. — Odpoczniecie. — powiedział spokojnie. — Rano możecie ruszyć w swoją stronę. Bez żalu. Bez pościgu. - zawiesił głos na chwilę. — Ale jeśli zmienicie zdanie… Punkt będzie tam, gdzie jest. I nadal będzie czekał. Zapadła cisza. Tym razem nie napięta. Raczej ciężka od wyboru. — Decyzja jest wasza — zakończył Bran. — I żadna z nich nie czyni z was tchórzy. I po raz pierwszy od początku rozmowy nikt na was nie patrzył jak na podejrzanych. Tylko jak na ludzi, którzy muszą zdecydować, w którą stronę pójdą dalej.
- Ba! - Wół ostentacyjnie złapał się pod boki - Pewnie, że nie czyni! Jesteśmy nomadami. - dumnie i dobitnie podkreślił to ostatnie słowo - Pustkowia nasz dom. Szlak naszą drogą. Nie wojenki jednych z drugimi. A tatko zawsze mówił co szlak przyniesie to przyniesie. Także pięknie dziękujemy ale nie skorzystamy.
- Jak nie chcesz to czemuś nic wcześniej nie gadał. - syknął cicho Fruwacz do towarzysza, ale nic więcej nie dodawał.
Aga uniosła brew i spojrzała na Woła z czymś na kształt… Rozbawienia. Suchego, ostrożnego, które pojawia się u ludzi, którzy widzieli już zbyt wielu. — Nomadzi… — powtórzyła cicho. — Zawsze dumni. Do momentu, aż droga zaczyna ich zjadać. Bran nie wyglądał na urażonego. Przeciwnie, wyglądał na kogoś, kto rozumie. Oparł się ciężarem o stół, skrzyżował ramiona. — I to jest uczciwa odpowiedź. — powiedział spokojnie. — Wolny Jar nie łapie ludzi w kajdany, żeby ich tu trzymać. Jak chcecie jechać, to pojedziecie. Aga zerknęła na Fruwacza, który syknął coś do Woła. Na krótką chwilę jej czoło się zmarszczyło, jakby próbowała wyłapać informacje. — Ale nie udawajmy, że to tylko „wojenki jednych z drugimi”. — dodała. — Dywizja nie pyta, czy jesteś nomadą, rolnikiem czy poetą. Pyta tylko, co z ciebie można wycisnąć. A jak nic, okazujesz się tylko niepotrzebnym konkurentem do surowców. Umierasz. Zrobiła krok w stronę drzwi i otworzyła je, dając znak strażnikowi. — Odpoczniecie dziś w Jarze. — powiedziała już rzeczowo. — Zjecie, prześpicie się. Rano ktoś odprowadzi was do auta. Dostaniecie wodę i tyle jedzenia, ile da się bezpiecznie dać obcym. Bran skinął głową na potwierdzenie. — I jeszcze jedno. — dodał, patrząc głównie na Woła. — Szlak zawsze coś przynosi. Czasem okazję. Czasem rachunek. Zawiesił głos. — Jak ten rachunek was dogoni… Wolny Jar raczej będzie jeszcze tu, gdzie jest. Aga zatrzymała się w drzwiach i rzuciła przez ramię, już ciszej: — A ty, młody — spojrzała na Fruwacza. — Złość to paliwo. Ale jak będziesz jechał tylko na nim, to daleko nie zajedziesz. Pomyśl o tym, zanim droga znowu coś „przyniesie”. Drzwi zamknęły się za nimi ciężko. Zostaliście sami w drewnianej chacie, z ciszą, która nie była już groźna… Tylko pełna niedopowiedzianych konsekwencji.
Wielkolud odwrócił się plecami do drzwi, za którymi zniknęła Rada Czwórki, czy Piątki i cicho, choć jeśli ktoś z ich gospodarzy podsłuchiwał, to z pewnością usłyszał, odpowiedział na słuszne pytanie Fruwacza. Zerkał też co i rusz na Noa i Liorę, by i oni zrozumieli o co mu chodzi:
- Abo widzisz młody. Inna rzecz jak my sami gdzie jakiego czarnucha, czy dwóch po drodze zdybiemy, zaciukamy i w drogę. A inna jak się nami inni wyręczają i nas posyłają. Ot dobre sobie, na mały oddział. Wół jest za stary, żeby na takie plewy się dać wciągać. Raz w to wleziesz i już nie wyleziesz. Tylko będziesz dzień w dzień, jako ci tutaj, smutnie klepał zemstę między sraczką a padaczką, zamiast spierdalać skąd cię nie chcą. Wół już to widział i wie. A ci tutaj… jak tam mały oddział w tym punkcie, to sobie sami spokojnie poradzą. Rączki mają, giwery też niczego se.
Noa tymczasem wyłożył się wygodnie rozciągając nogi. Źałował, że nie ściągnął od razu butów, bo nie chciało mu się już ruszać.
Każdy miał tam swoje racje i swoje emocje. Za najważniejsze uznał właśnie nie ulegać emocjom.
- Ummrrr! - chrząknąl - odpocznijmy. Nie musimy podejmować decyzji zaraz. Poda ktoś ten dzbanek z wodą - podniósł się na łokciach.
Miał Cohen swoje lata i nauczył się nie trwonić energii kiedy nie było to konieczne. Nasunął na twarz kapelusz, żeby spokojnie przemyśleć propozycję jaskiniowców.
Nieśpiesznie podchodząc do dzbanka, Wół złapał go, powąchał zawartość i uśmiechnął się stwierdziwszy, że nie zalatuje ani benzyną, ani stęchlizną, ani chlorem, po czym upił solidnie. - Mieszkanie w jaskini ma też jednak dobre strony! - Stwierdził po czym podał dzbanek Noa. - Choć mogliby też coś do żarcia dać... - Siadł po przeciwnej stronie pod ścianą. Przez chwilę rozważał wyciągnięcie harmonijki, ale zrezygnował. Położył się i po chwili zachrapał.
Jak sobie poszli Fruwacz podszedł do Liory.
- Kojarzysz tą bandę?
Dziewczyna odezwała się cicho, kiedy zostali sami. — W Zakonie mówili o tym miejscu. Nigdy głośno. Spojrzała przez okno na kamienne sklepienie. — Mówili, że są miejsca, których nie da się spalić. Że jeśli ktoś tam znika… to dlatego, że nigdy nie powinien był szukać. Zawahała się. — I że jeśli spotkasz Szelest… to już raczej kwestia czasu, aż przyjdzie po Ciebie kostucha.
Skonfudowany Fruwacz skwitował to krótkim.
- Aha. - po czym poszedł zwinąć się w kącie i trochę przespać.
- Osobiście uważam że to stek bzdur... - dodała po chwili. - Były plotki o podziemnym obozowisku, którego Dywizja nie potrafi znaleźć. Gdyby to co mówiono w Clearapple o Szelest, byłoby prawdą, już byśmy byli martwi. Zakon powie Ci wszystko, byś tylko był ich.
Osada Elmore znajdowała w zakolu niewielkiej rzeki zwanej Silver Arrow, której jasne wody błyszczały w letnim słońcu. Sama osada nie była duża, Miała mniej niż 1000 mieszkańców, jednakże była otoczona i z kim murem przyozdobionym wykonanymi z zimnego żelaza zdobieniami a droga była brukowana. Większość budynków wewnątrz była wykonana z cegły lub kamienia, i wiele posiadało więcej niż jedno piętro. Na zewnątrz rozciągały się pola i niewielki skupiska drewnianych domów, a nawet tutaj od czasu do czasu można było zobaczyć kamienną budowlę, jak na przykład niska wieża znajdująca się przy drodze prowadzącej z miasta ku pobliskim lasom… Osada przywodziła na myśl jednocześnie sielskość typową dla niewielkich, na poły, samowystarczalnych osad, ale jednocześnie było tutaj coś będącego pozostałością po bardziej wzniosłych czasach, gdy cała okolica była gęściej zaludniona, a drogi o wiele bardziej uczęszczane. Miasteczko wznosiło się wokół wysokiego wzgórza, na którym znajdowało się kilka największych budowli, wyglądających jak dawne rezydencje szlacheckie, a także duża świątynia Boga Justusa, pana prawa i cywilizacji, chociaż raczej nie najpopularniejszego w tego typu miejscach. W oddali, pośród wysokich wzgórz, widać było mury zamku, ale nawet Z tej odległości można było poznać że były one zmurszałe, i przypominał zubożałego arystokratę, któremu pozostało już tylko nazwisko, spoglądającego na kupca, któremu dobrze się powodz
Właśnie do tego miejsca zmierzała niewielka grupka poszukiwaczy przygód zwabiona wieściami o Żarłocznych Pieczarach. Jeden z nich był niewielką zieloną żabą w stroju typowym dla trubadurów i bardów przemierzających świat poszukiwaniu natchnienia i ku uciesze gawiedzi, a czasem też pięknych dam… Obok niego szedł przystojny faun w dostojnym stroju godnym arystokraty. Rogaty emanował pewnością siebie i przebiegłością, ale w jakiś sposób wzbudzał sympatię. Pierwszą osobą z całej drużyny którą można było zobaczyć nawet z wielkiej odległości była Błękitnoskóra gigantka o potężnej budowie ciała, która na oku nosiła opaskę. Ostatnią osobą była białowłosa elfka o wyglądzie uczonej lub bibliotekarki, przez to zapewne ze wszystkich najmniej wyglądała na poszukiwaczkę przygód.
Gdy drużyna zbliżyła się do miasta, grupa dzieciaków , która bawiła się przy na poły zmurszałym pniu drzewa, z radością pobiegła w ich stronę zaczepiając ich.
Jakaś dziewczynka wyciągnęła coś z pniaka a potem pobiegła do Rekotka z dużym tłustym białym robakiem, kilkuletnią larwą żuka zapewne, i podała mu go pytają.
- Czy mógłby pan zaśpiewać?!-
Jakiś chłopiec, Niziołek, zapytał z kolei Khari.
- Czy u was wszyscy są tacy duzi?-
Z kolei dziewczynka posiadająca kocie uszy zapytała Hircusa…
- Panu to pewnie wszyscy proponują ciągle kapustę? Bo mnie ciągle pytają czy nic zjadłabym myszy! Czasami nawet siostra mnie pyta, a ona też jest taka kotowata jak ja!-
Na końcu jak chłopiec o zamyślonym spojrzeniu zwrócił się do Eris:
- Pani to pewnie wszystkie książki na świecie przeczytała…!-
Jakiś czas potem stanęli przed bramą prowadzącą do miasta, przypominającą raczej szeroką furtkę, przy której stał jeden straży i przeglądając się zebranym zapytał.
- O kolejne łazęgi! A co was wprowadza do naszego miasta, hę? I Kim wy w ogóle jesteście? -
Cynthia
Slann
Farash Pokiwała głową znacząco, a potem się zamyśliła i powiedziała z wielką ostrożnością.
Cynthia
Cynthia również pokiwała głową:
Ja z kolei nie zamierzam, żeby z trudem osiągnięty sojusz zniweczył niewydarzona dziewucha, która uważa, że coś udowodni bawiąc się truciznami. Władzę jakiej nie miała jako bękart marionetkowego króla? Jak w Ashgaracie stoicie z prawami dzieci z nieprawego łoża?
Slann
Farasz uśmiechnęła się i powiedziała.
Cynthia
Cynthia machnęła ręką również się uśmiechając:
Nie ma co Szlachetna silić się na tłumaczenie- zarządzanie prowincją, terenami z potworami wymaga pewnych działań. Ariyanna leży przy Niezamylanym Wyłomie- po prostu raz na jakiś czas coś z nich wypełźnie, tylko nie zawsze da się przewidzieć jak silne. Nie mówiąc, że jak ma dojść do negocjacji z dobrymi kompromisami dla obu stron, jeśli obie strony nie postrzegają siebie nawzajem za równe w sile?
Oryginalny tytuł: Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Miejsce: Kislev; pn. Kislev; Północny Lynsk; bród na Krasicyno
Czas: 2521.03.01 Aubentagl; południe
Warunki: - na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, pogodnie, ciepło
Krzepka, szosrstka dłoń w pośpiechu dobiła wyciorem pocisk po raz ostatni. Pomimo pośpiechu ruchy obu dłoni nie wahały się co świadczyło o sporej wprawie w tej czynności. Następnie ramię okryte grubą, ochronną warstwą przeszywalnicy i płytkami solidnej, imperialnej stali uniosło się w górę. ~ To już ostatnia. Oby się udało! Sigmarze dopomóż! ~ w głowie mężczyzny przemknęła krótka prośba do boskiego patrona. Po czym palec pociągnął za spust i pistolet lekko szarpnął, huknął a w powietrze trysnął kłąb gryzącego dymu. Mężczyzna z uwagą obserwował pocisk ale ten był niewielki, szybki i w ogólnym dymie i kurzawie jaka tu panowała szybko mu zniknął w oczu. Poprzednia nie wypaliła ale wcześniej te kilka wyjątkowych strzałów zadziałało. Ivan mu wcisnął ten pistolet na początku walki i “prikazem” a trochę prośbą aby strzelał w niebo. To miał być sygnał dla innych, że tu toczy się walka i potrzebują pomocy. Wcześniej Friedrich von Keyserling, ostlandzki baron i imperialny poseł z misją dyplomatyczną w Kislevie wystrzelił pozostałe zmodyfikowane naboje. Iwan wiedział, że umie się posługiwać bronią palną to pewnie dlatego mu wręczył ten pistolet. Poza tym Friedrich jako imperialny gość, poseł i herold, był niejako poza kislevską hierarchią i jurysdykcją. Ani to mu nie wypadało ingerować w poczynania gospodarzy ani im nie wypadało wydawać poleceń. Ale teraz, dzisiaj, już któryś tak przeklęto długi dzwon wszystko się zmieniło gdy zostali zajadle zaatakowani, przez zaskakującą duże siły wroga.
- Jest! Dzięki ci Sigmarze! - nie mógł powstrzymać się od krótkiego uśmiechu radości gdy raca na niebie wybuchła czerwonym dymem i była widoczna nawet przez ten prochowy dym i kurzawę czynioną przez walczących na ziemi. To był kolejny kłopotliwy dylemat tej sytuacji. Wiedział, że Kislevici celowo trzymali go z tyłu nie chcąc dopuścić aby coś stało się ich gościowi a do tego posłowi. On też miał do dyspozycji tylko swoją skromną eskortę jaka w tej chwili coraz bardziej przypominała ostatnią garstkę obrońców. Zadarli głowy gdy dojrzeli czerwoną, dymną gwiazdę pod całkiem pogodnym dzisiaj niebem.
- Wytrwamy! Pomoc wkrótce nadejdzie! - krzyknął do nich w reikspiel a ci pokiwali głowami ale miny były dostosowane do sytuacji. Czyli poważne. Zaraz krzyknął to samo po kislevsku aby dodać otuchy swoim towarzyszom. On sam nie miał już więcej rac więc zaczął przeładowywać pistolet zwykłą kulą. I starał się wyglądać, że wszystko jest w porządku i pod kontrolą. I zastanawiać się jak do tego doszło?
Wracał właśnie z misji dyplomatycznej delikatnej natury więc potrzeba było wysłać kogoś doświadczonego. A któż by mógł być bardziej doświadczony niż Ostlandczyk o silnej domieszce kislevskiej krwi płynnie mówiący w tym języku? Więc wysłano właśnie jego, barona Friedricha von Keyserlinga.

https://i.imgur.com/cKonIeY.jpg
Jechał w górę Północnego Lynsku gdy spotkał tych właśnie Kislevitów. Co go zaskoczyło to na wyprawie wojennej. Postanowił do nich dołączyć bo i tak było mu po drodze. A z tak dużym oddziałem powinno być bezpieczniej. Dowiedział się od nich, że kierują się ku brodowi na rzecze jaki przekroczyła jakaś banda grabieżców z północy. Szli sprawdzić co się dzieje przy tym brodzie i go zablokować. Ale spodziewali się jeszcze przybycia kawalerii. Ta powinna odnaleźć i rozbić tych rabusiów o ile już przeszli na południe albo rozbić ich gdy przybędą nad bród. Większość oddziałów to była kozacka piechota i wozy jakie potrafili ustawić “w kosz” czyli tworzyć coś w rodzaju przenośnego fortu z jakich mogli skutecznie się bronić nawet przeciwko znacznie liczniejszemu przeciwnikowi. Humory nieco im psuła świadomość, że musieli ruszać gdy akurat trwał wiosenny festyn podczas równonocy gdy świętowano pożegnanie czasu Ulryka i oczekiwano początku tego lżejszego i łagodniejszego sezonu. A tu padł alarm i trzeba było ruszać do tego brodu. Wczoraj nie zdążyli tam dotrzeć. Więc dzisiaj zwinęli oboz w zimnym, prawie zimowym poranku i wznowili przerwany marsz. A niedługo potem czujki doniosły, że widać grupę jeźdźców. Jeszcze przez chwilę nie było wiadomo czy to ci rabusie czy to kawaleria jaka miała do nich dołączyć. Ale szybko przekonali się, że to ci pierwsi. I było ich dużo więcej niż się spodziewali! Co więcej tamci też ich dostrzegli i skierowali konie ku nim najwyraźniej nie mając zamiaru kryć się czy uciekać. Kislevici szybko rozbiegli się ustawiając w pośpiechu wozy, aby się zebrać do kupy w oddziały ale widać było, że jeśli przeciwnik uderzy od razu to będzie kiepsko. A w razie jak ten się zbliżał słychać było coraz wyraźniejszy, złowróżbny tętent koni i widać było coraz więcej szczegółów.

https://i.imgur.com/FSDA7Ai.jpg
Konni grabieżcy z północy zasypali ich strzałami ze swoich łuków. Padli pierwsi ranni i zabici ludzie oraz konie. Ale nie aż tak wielu. Wozy dawały przyzwoitą osłonę nawet jeśli nieco improwizowaną. Wąsaci żołnierze przypadli do wozów i odpowiedzieli ogniem ze swoich flint, arkebuzów i łuków. Teraz pierwsi jeźdźcy spadli z siodeł lub krzyknęli z bólu. Ale walka trwała dalej. Konni utworzyli ruchomy krąg z jakiego ostrzeliwali te dość przypadkowo pogrupowane oddziały. Kislevitom nie udało się zrobić to co zwykle robili podczas defensywy czyli wyprząc wszystkie konie, spiąć ze sobą wszystkie wozy linami i łańcuchami i obsadzić wozy piechotą jaka mogła się ostrzeliwać a na bliski dystans walczyć rohatynami, szablami i toporami. Taktyka najeźdźców też jednak miała swoje mocne strony. Zwłaszcza jak im się udało przyłapać piechotę na odkrytym terenie ledwo co kryjącą się za przypadkowo rozstawionymi wozami. Jeździli dookoła nich zasypując ich strzałami. Co więcej strzelali w przeciwną stronę, w plecy tych co się kryli po przeciwnej stronie wozów a nie tych co byli bliżej nich twarzami zwróceni do nich i częściowo skryci za wozami. Od początku na oko Friedricha nie wyglądało to dobrze bo przeciwników było zaskakująco wielu. To nie była jakaś przypadkowa banda rabusiów tylko całkiem spory najazd. A z każdym kolejnym pacierzem zdawali się zyskiwać coraz większą przewagę. Kislevitów od początku było mniej. A i ubywało ich prędzej niż konnych grabieżców. Co nie wróżyło zbyt dobrze imperialnym wysłannikom i ich wschodnim towarzyszom.
W końcu przeciwnik rozzuchwalił się albo uznał, że zmiękczył obrońców na tyle, że zaatakował bezpośrednio. Jeźdźcy na jedną komendę zrobili zwrot ku obrońcom i runęli na nich z wszystkich stron. Wyjąc jak zwierzęta, dmąc w wojenne rogi jakie nie były w stanie zagłuszyć tętentu tabuna koni jaki z impetem pędził na obrońców. Dowódca Kislevitów, Iwan Dirko, pokrzywkiwał na swoich aby w tym ostatnim momencie zewrzeć obronę i dodać otuchy.
- Wytrwajcie! To tchórze! Wyczują opór, twardej kislevskiej ręki to się cofnął! Wytrwajcie! - krzyczał do swoich po kislevicku. Ale wtedy jakby dostrzegł imperialnego posła jaki gotował swoje pistolety do boju bo zapowiadało się na to, że walka zaraz przeniesie się na bezpośredni dystans i będzie okazja ich użyć. Wtedy rzucił mu ten dziwny pistolet i kazał strzelać w niebo.
To strzelał. Tamten atak odparli. Z trudem, walka już trwała między wozami. Te rozproszyły piechurów i kawalerzystów na mniejsze grupki a nawet pojedynczych walczących. Obrońcy strzelali i dźgali a jak się dało to strzelali z bliska stojąc na wozach. Konni odpowiadali im tym samym tylko szyjąc z bliska z łuków. Ostatecznie jednak to Kislevici okazali te przysłowiowe parę chwil determinacji więcej i zostali na placu boju. Zaś jeźdźcy odjechali aby się pozbierać. Ale czuli w powietrzu krew i zwycięstwo. Obrońcy dostali wyraźne cięgi. Najeźdźców też sporo trupów i dogorywających leżało między wozami ale w skali do całości jeźdźców to było to nie tak dużo. Dysproporcja sił zrobiła się jeszcze bardziej niekorzystna niż na początku walki. A Friedrich co jakiś czas unosił pękaty pistolet i posyłał w niebo czerwoną racę. To miało być wezwanie do pomocy dla kawaleryjskiej odsieczy. Ta wiara oraz upór godny Ostlandczyków napędzał obrońców. Liczyli, że jeśli wytrwają dostatecznie długo to doczekają tej odsieczy. Ale być może mogli mieć kłopot z ich zlokalizowaniem lub nie zdawali sobie sprawy w jak poważnych są tarapatach. To miała im rozjaśnić ta czerwona raca na niebie. Friedrich więc strzelał gdy sam nie był zajęty użyciem własnych pistoletów do wroga. Jego chłopcy zaś jego dragoni dzielnie stali przy nim siejąc słuszny pogrom gdzie sięgnęły ich bandolety albo rapiery. Jednak w skali całej bitwy nie mogło to zmienić jej niekorzystnych dla nich proporcji. Potem nastąpił kolejna fala pierzastego gradu o stalowych ostrzach. I znów bezpośredni atak. A on wystrzelił swój ostatni kolorowy nabój. Obserwował z zadartą głową jak przez kurzawę i chmury prochowego dymu rozbłyska krwiście, czerwony obłok. Ostatni rozpaczliwy krzyk dogorywającego właśnie oddziału. Oddziału w jakim był i on. Jako gość i herold z zaprzyjaźnionego państwa i sojusznika. Ale nie sądził aby najeźdźcom robiło to jakąś różnicę. Opuścił głowę, wyjął własne pistolety, chwilę celował i strzelił.
- Dalej chłopcy! Niech nasi bracia Kislevici nie umierają dziś samotnie! Pokażmy im jak walczy Imperium! Jak walczy Ostland! Na koń! - poderwał swoich ludzi do ostatniego wysiłku. Stracił nadzieję, że wyjdą z tego żywi. Więc cisnął ją precz. Jak miał ginąć to z honorem! Z podniesionym czołem aby mógł stanąc dumnie przed swoimi przodkami w Ogrodzie Morra z których tak wielu też padło w bitwach. W walce, z podniesionym czołem. Widać dziś nadszedł jego dzień. Wsiadł na konia i spojrzał na garstkę swoich dragonów. Wszyscy mieli żółto - czerwone tuniki na pancerzach oznaczające, że są heroldami i posłami. Ale pod spodem mieli pancerze i ryngraf albo metalową pieczęć z dumną, upartą byczą głową, symbolem ich rodzinnego Ostlandu. Teraz zakrzyknęgli gromki licząc, że dowódca poprowadzi ich do ostatniej szarży na wroga.
- Panie baronie! Słyszy pan?! - krzyknął nagle jeden z nich i uniósł się w strzemionach. Niektórzy dragoni także. Z początku nic nie było słychać. Poza kotłowaniną bitwy oczywiście. Krzyki ludzi. Te wojenne i te rannych i właśnie trafianych. Rżenie koni. Takie bolesne od kopnięć w boki, ciężki oddech po długim wysiłku, i żałosne skomlenie gdy któryś z wierzchowców został właśnie ugodzony. Do tego świsty cięciw, szczęk broni, głuche uderzenia o drewniane tarcze czy burty wozów. Ale ponad tym wszystkim…
- Trąby! Trąby! To nasi! To nasi! Jesteśmy uratowani! - krzyknął któryś z dragonów. Friedrich musiał przyznać mu rację. Też wyłapał ten przenikliwy dźwięk piszczałek jakie były w stanie przebić się przez kotłowaninę bitwy w jakiej grzęzły ludzkie głosy czy rżenie koni zlewając się w jeden, wielki tumult. Odgłos instrumentów był jeszcze daleki ale nie ustawał. To musiała być ta kislevska kawaleria jaka miała do nich dołączyć przy brodzie! Zresztą i reszta bitwy też na to w końcu dostrzegła. Walki zaczęły się rwać ale gdy Kislevici zaczynali krzyczeć z radości i wiwatować to jeźdźcy stopniowo urywali się od nich wydając się zaniepokojeni. Wreszcie uszli zostawiając zdziesiątkowanych obrońców pośród przewróconych wozów, zabitych koni i ludzi. Odpłynęli poza zasięg skutecznego strzału z łuku i większość z nich zaczęła się formować w większe oddziały. Tyłem do obrońców. Teraz już wszyscy musieli słyszeć odgłosy wojennych trąb. Zbliżały się. Teraz sytuacja się odwróciła. To najeźdźcy ze wschodu nerwowo ustawiali swoje szyki przed przeciwnikiem jaki zbliżał się szybko a jakiego się tu nie spodziewali.
- Mówiłem wam! Mówiłem! Wystarczy wytrwać odpowiednio długo a kawaleria przybędzie! - krzyczał triumfalnie pułkownik Dirko do swoich ludzi. Krew mu się lała z rozciętego łba więc wyglądał dość makabrycznie. I nieco się chwiał ale próbował to zamaskować trzymając się burty wozu. Kislevici wznieśli okrzyki szczerej radości.
- Sztandar w górę! Sztandar w górę! Pokażcie naszym, że my tu wciąż trwamy i walczymy! Pokażcie im wszystkim! Sztandar w górę! - krzyknął kislevski pułkownik i któryś z jego ludzi podbiegł do zawieszonego przy jego wozie sztandaru, ujął go i zaczął nim wymachiwać.

https://i.imgur.com/VD51wic.png
W świetle chłodnego ale słonecznego dnia ten żółto - błękitny sztandar był dobrze widoczny. Friedrich nie widział zbyt wielu detali gdy ten przypadkowy chorąży tak nim energicznie machał ale wczoraj podczas jazdy miał okazję mu sie przyjrzeć w ciągu dnia wspólnej podróży. Przedstawiał Kislevitę w tym ich charakterystycznym kontuszu i szarawarach. Czerwonej czapce, szablą u boku i flintą na ramieniu. Z wolnym ramieniem dumnie wspartym na biodrze. I obramowanego licznymi sztandarami, armatami i buławami. Sztandar wojenny chorągwi Kozaków Leńskich. Teraz powiewał na przekór krytycznej sytuacji jaką tu przed chwilą mieli, czekając na odsiecz kawalerii. Tą jednak na razie nie widzieli bo co było dość nietypowe ale przesłaniała im wroga kawaleria jaka szykowała się do starcia dwóch konnych armii.
- Ruszyli! - rozeszło się przez kislevskie oddziały na i wokół wozów. Słychać było jak trąby grają krótki, przenikliwy sygnał. A potem tętent. Tenten wielu setek koni jakie ruszyły zgranym rytmem. Tenten ciężkiej kawalerii stworzonej do przełamujących uderzeń. Wschodni najeźdźcy też ruszyli. Friedrich widział ich plecy. Ruszyli na spotkanie tej szarży. Korzystając z tego, że był w siodle i chyba te wozy były na jakimś lekki wzniesieniu imperialny poseł uniósł sie w strzemionach to coś widział sponad tych rozpędzonych głów szarżujących grabieżców.
- Co? Nie, co oni… Co oni robią? Nie, to nie tak! Są za rzadko, nie będzie efektu… Są zbyt rozproszeni… - udało mu się dojrzeć tą linię rozpędzonej kawalerii jaka pędziła ku nim. Tylko z tą ławą kawalerii przeciwnika po drodze. Zdumiało go jednak to, że ładnie szli, równo, jako doświadczony kawalerzysta od razu rozpoznał zdyscyplinowanych jeźdźców jacy potrafią manewrować jak jeden oddział. Już pędzili swoje konie ale dopiero zbierając się do galopu. Ale pędzili bardzo rozproszeni. Przerwy między jeźdźcami były zbyt duże. Mógł się między nimi zmieścić ze dwa, może nawet trzy konie jeśli wziąć poprawkę na odległość z jakiej ich obserwował. A przecież kawaleria miała wtedy największy impet uderzenia gdy uderzała klinem, jak młot rozgniewanego Sigmara, wtedy najlepsze oddziały trafione takim uderzeniem szły w drzazgi. A ci… Jechali tak rozproszeni! Źle! Nie tak! Przecież nie będzie efektu uderzenia pancernej pięści!
W tym czasie oba wrogie oddziały skróciły do siebie dystans na tyle, że konni łucznicy unieśli swoje łuki i wypuścili swoje strzały. I od razu zaczęli napinać łuki do kolejnej porcji pierzastego deszczu jaki wznosił się pod niebo a potem zwalniał i znów przyspieszał spadając z coraz większym impetem na rozpędzonych lansjerów. Jednak ku pewnemu zaskoczeniu Friedricha mało która strzała trafiła któregoś Kislevitę. Przerwy między nimi były zbyt duże. Co więcej znów odezwały się zuchwałe trąby. I druga linia jeźdźców uniosła w odpowiedzi kusze. W niebo poszybowała teraz fala bełtów. Te miały o wiele bardziej płaską trajektorię lotu więc leciały niżej. Za to były szybsze i mocniejsze. Wschodni jeźdźcy nie jechali strzemię w strzemię ale i tak było ich na tyle wielu, że byli dość mocno zagęszczeni. Więc i bełty miały w czym wybierać. Przez najeźdźców uderzających pod znakiem ośmioramiennej gwiazdy Chaosu przeszedł jęk gdy co niektórzy krzyknęli z bólu albo zwalali się z siodła gdy trafienia były poważniejsze. Ta rozpędzona ława zachwiała się od tego zamieszania ale pędziła dalej. Zaś kislevscy trębacze znów dali jakiś sygnał. I wtedy Friedrich ujrzał coś co nie spodziewał się, że jest możliwe. Może gdzieś w cyrku, na występach jakiejś grupy woltyżerów. Ale nie na rozpędzonej, żołnierskiej masie w trakcie bitwy. A jednak. A jednak widział jak niespodziewanie, z każdym kolejnym końskim susem ta rozpędzona kawaleria zaczęła równać do chorągwi jaka była w centrum szyku. Z każdym krokiem te szerokie odstępy jakie tak zaskoczyły i zirytowały imperialnego obserwatora skracały się. Na jego oczach ta rozpędzona, pancerna masa zaciskała się w pancerną pięść. Tuż przed zderzeniem się obu kawaleryjskich armii to już był zwarty, kawaleryjski oddział prowadzony biało - czerwonymi proporcami na szczycie lanc.

https://i.imgur.com/mRkGlPr.jpeg
- Niemożliwe… To niemożliwe… Jak oni to robią? - Friedrich nie mógł wyjść z podziwu u zdumienia nad tym popisem wyszkolenia i dyscypliny o jakiej co prawda słyszał już nie raz ale pierwszy raz widział ją na własne oczy podczas prawdziwego starcia. A to właśnie nastąpiło. Ta pancerna pięść trzasnęła w rozpędzoną kawaleryjską masę wroga. I ta poszła w drzazgi. Tak jak oczekiwał ostlandzki baron niewiele rzeczy na polu bitwy potrafiło przetrwać impet rozpędzonej ciężkiej kawalerii. Ci najeźdźcy ze wschodu widocznie do nich nie należeli. Ale było ich sporo. A lansjerom po pierwszym uderzeniu pękły drzewka. Więc sięgnęli po pistolety, szable, nadziaki, koncerze. Oraz własny pęd, dumę, odwagę i niezachwianą pewność siebie. Tego też zabrakło ich przeciwnikowi któremu pierwsze, miażdżące uderzenie przetrąciło kark. I mało który śmiał przeciwstawić się kislevskiej zemście. Najeźdźcy szybko poszli w rozsypkę ratując się ucieczką. Zaś kisleviccy piechociarze Dirko zaczęli wiwatować na ich cześć. Rzucali czapki do góry, wyrzucali ręce do góry i krzyczeli. Friedrich starał się zapanować nad swoimi emocjami ale też się do nich w końcu przyłączył. Już się szykował, że jeszcze dziś spotka się w Ogrodach Morra ze swoimi przodkami a tu jednak jeszcze nie. Jeszcze nie dziś. Na razie to było po bitwie. Imperialny poseł nie mógł się powstrzymać aby nie spiąć konia ostrogami i nie ruszyć przywitać się na czele swojej skromnej eskorty dragonów z dowódcą kislevskich kawalerzystów jacy właśnie podjechali do piechociarzy i częściowo rozbitych wozów. Pułkownik Iwan Dirko już z nim się witał i rozmawiał nie kryjąc radości.
- A to panie bracie są nasi goście z Imperium. To właśnie pan baron tak umnie was tu wezwał tymi racami. - widocznie obaj kislevscy oficerowie mówili właśnie o nim bo spojrzeli w jego stronę gdy nadjeżdżał.
- To jest pan baron Friedrich von Keyserling z Ostlandu. Niby imperialny ale gada i walczy jak nasz. - Iwan musiał mieć świetny humor i dość rubasznie przedstawił imperialnego posła jakiego pierwszy raz spotkał wczoraj. Ostlandczyk skłonił się podzielając ten entuzjazm z powodu zwycięstwa ale czekał na dalszy ciąg prezentacji.
- A to jest pan pułkownik Piotr Wolski, chorągwi pskowskich lansjerów. To właśnie z nim mieliśmy się spotkać przy brodzie. Spotkalśmy się może nieco przed ale nie narzekam. - Iwan gładko kontynuował to przedstawianie sobie obu szlachciców, rycerzy i kawalerzystów. Teraz i kislevski pułkownik skłonił się swojemu imperialnemu koledze. Uśmiechał się spod wąsa przyjemnie ale dość oszczędnie.
- Wspaniała szarża panie pułkowniku! Wspaniała! Jak żyję czegoś takiego nie widziałem! I te kusze, i ta synchroniczność! Jak woltyżerka w najlepszym cyrku! I jeszcze ten manewr scalający tuż przed uderzeniem! Wspaniałe, po prostu wspaniałe! - imperialny baron podjechał bliżej aby złożyć gratulacje kislevskiemu oficerowi. Ten przyjął to spokojnie i pokiwał głową. Ale jakoś nie tryskał entuzjazmem tak jak on albo Dirko.
- Strzelanie nawiją. Tak na to mówimy. Takie strzelanie ponad głowami lansjerów. A to scalenie tak. Póki chorągiew jest rozproszona to wszelkie strzelanie mniej na nią działa. A my to sporo mamy zabaw z różnymi strzelcami. Tylko myk polega na tym aby się zebrać do kupy w odpowiednim momencie. To tak, długo to ćwiczymy aby działało to jak należy. - odparł pułkownik Wolski kiwając głową i uśmiechając się tym łagodnym spojrzeniem orzechowych oczu.
- Hej ale pułkowniku! Jak rozbiliśmy tych gamoni to może już nie trzeba iść nad ten bród? Przecież ich pobiliśmy! Niech psie syny wracają do suki i kobyły jakie ich wydały na świat! - zawołał wesoło Iwan zadzierając nieco swoją wygoloną głowę aby spojrzeć to na jednego to na drugiego kawalerzystę.
- Trzeba tam jechać. To tylko jedna z band. Jest ich więcej. Dużo więcej. Trzeba nam tam jechać i zablokować bród póki nie przybędą posiłki. - pułkownik Wolski pokiwał w zadumie głową patrząc gdzieś daleko w step albo potężną rzekę jaka przepływała w pobliżu. Ale zdradził w końcu te wieści jakie miał. I raczej nie należały do pozytywnych. Miny obu rozmówcom zrzedły.
- A więc to prawda? Pogłoski były prawdziwe? Tym razem to coś większego? - zapytał von Keyserling. To była właśnie ta delikatna misja z jaką go tu przysłano. Zwiadowcy, maruderzy, szpiedzy, uciekinierzy jacy przybywali z Krainy Trolli mówili, że na północy zbiera się armia. Wielka armia. Tak wielka jaką od dawna tam nie widziano. Z początku nie dawano temu wiary ale jak się powtarzały i powtarzały to w końcu wysłano kislevskich konnych zwiadowców a z Wolfenburga przysłano właśnie jego aby na miejscu zbadał sprawę czy to jakieś niedorzeczne plotki czy wręcz przeciwnie. Coś jednak może być na rzeczy. I okazało się jednak, że jednak jest. I na południe ruszyło coś większego niż zwykły najazd rabunkowej bandy jaką właśnie rozbili. Ale wszystko wskazywało, że ma być ich więcej. Dużo więcej cytując Wolskiego.
- Tak. Chyba tak. Iwan posprzątaj tu. Zbierz swoje wozy i ludzi i ruszaj za nami tak szybko jak dacie rady. My jedziemy na bród. - hetman pokiwał głową po raz ostatni i przygotował dyspozycje na drugą połowę dnia. Nie miał zamiaru tu zostawiać ze swoją chorągwią tylko ruszać w górę rzeki aby zablokować bród tak długo jak się da. Pułkownik Dirko widząc jak się sprawy mają splunął w świeżą, wiosenną trawę i spojrzał w zadumie na północ.
- A ja? - zapytał Keyserling. Z jednej strony miał ochotę dalej podążać za tymi dzielnymi Kislevitami. Z drugiej jednak jego misja ciążyła mu na sercu i wiedział, że powinien jak najszybciej wrócić do Wolfenburga i tam zdać raport z powagi sytuacji.
- A ty heroldzie? Ty jedź. Wracaj do domu. Wracaj do Imperium. I powiedz tam. Powiedz tam, że Kislev tu jest, trwa i walczy. Powiedz im, że przelewamy tu naszą krew za wolność waszą i naszą. Z odwiecznym wrogiem, z tyranią pełną strachu, cierpienia, z narodami niewolników co mają dla innych tylko niewolę bo nie znają wolności. Powiedz im, że czekamy na dopełnienie pradawnych sojuszy i przysiąg. Czekamy na imperialne złoto, ołów i stal. Na krew i wiarę. Aby tak jak za czasów. Magnusa Wspaniałego stanąć razem ramię w ramię. I dać odpór odwiecznemu wrogowi. Powiedzieć “Nie” niewoli, strachowi i tyrani! My, wolni ludzie Kisleva, będziemy walczyć o naszą wolność. Być może zginiemy, być może przetrwamy, to już wola bogów. Ale nie damy się zniewolić. Nie damy się ujarzmić. Będziemy walczyć o każdą piędź ziemi. I do naszego ostatniego tchu. Jedź heroldzie, wracaj do domu i powiedz tam wszystkim o tym wszystkim. Powiedz im a my tu będziemy trwać i walczyć czekając na pomoc naszych imperialnych sióstr i braci. - z początku pułkownik Wolski mówił głównie do imperialnego oficera oraz do stojącego obok regimentarza piechociarzy. Ale w miarę jak mówił to i konnych i pieszych gromadziło się wokół dowódców coraz więcej. W ich oczach na nowo rozpalał się ogień dumy i patriotyzmu. Kiwali głowami, wznosili okrzyki a gdy oficer lansjerów skończył wybuchła wielka wrzawa. Sam Friedrich też wyczuwał powagę chwili a nawet nutkę wzruszenia.
- Dobrze! Będę jechał tak szybko jak się da! I będę świadczył wasze czyny i słowa! Że najdzielniejszy i najszlachetniejszy z narodów wzywa swych braci i siostry do walki z odwiecznym wrogiem! - herold złożył tą obietnicę i też przemówił gromkim głosem aby nie tylko obaj oficerowie go mogli usłyszeć. Taka obietnica spotkała się z gromkim aplauzem ze strony konnych i pieszych żołnierzy.
Było już późne popołudnie, słońce zmierzało już ku horyzontowi gdy we Wielkiej i wspaniałej rezydencji rodu Newman, Gdzie rodzina właśnie zbierała się do zjedzenia obiadokolacji. U szczytu wielkiego stołu zasiadał dziadek Mathew Newman. Patriarcha rodu posiadał długie wąsy, i siwe włosy opadające na kart z łysiejącej głowy. Wąsy i nos dominowały na jego zazwyczaj zaciętym obliczu. Miał zgarrbioną sylwetkę od wielu lat pracy przy wydobyciu boksytu. Dłonie były wykrzywione przez reumatyzm, ale nadal tliło się w nim bardzo wiele dawnego wigoru. Nosił surdut zupełnie nie pasujący do niego, który wygląda jakby na nim wisiał. Pracowicie jadł królika w sosie śmietanowo marchewkowym, dzisiejszy posiłek.
Po jego prawej stronie zasiadał jego syn Sergius. Potężnie zbudowany człowiek, z dużymi jak u ojca wąsami, który który w młodości pracował w kopalni i na ranczu rodzinnym, a teraz zajmował się administrowaniem rodzinnego biznesu. Obok niego siedziała jego żona Kate, dobrze zbudowana kobieta o słomianych włosach, matka trójki żyjących dzieci.
Naprzeciw niej zasiadał wysoki żylasty mężczyzna czyli Jacob Newman, brat Sergiusza który niedawno wrócił ze swojej wyprawy do dziczy. Miał na plecach nadal skórę lwa, którego ustrzelił, Dalej siedziała Shan Dhar, dosyć wysoka kobieta w wieku dwudziestu pięciu lat o migdałowych oczach, oraz, co było Nietypowe u ludzi o takich rysach twarzy, Rudych włosach i błękitnych oczach. Mówiła z dziwnym akcentem i podobno pochodziła z Południowej dziczy. Wróciłaś się podobno ja ci pomniejszę i rodziny która osiadła poza kotliną, i została asystentką podziękowa ale też pomagała Zarządzaniu dworem. Niektórzy szeptali na jej temat, niezbyt pochlebnie, ale Kate bardzo ostro broniła honoru tej dziewczyny.
Dalej stała Stacy Newman, a obok tej jej siostra Stephanie, ubrana we wściekle różową sukienkę, co wywoływało podejrzenia całej jej rodziny bo wszyscy znali jej zdanie temat takich ubrań. Naprzeciw nich zasiadał Ich kuzyn Mark, Miły chłopak, syn Jacoba, Rok temu stracił matkę, chociaż jego rodzice nigdy nie darzyli się zbytnią sympatią, Co za nią bardzo tęsknią.
Na końcu się siedziało dwoje najmłodszych członków rodu czyli Thomas i Antonia Newman.
Antonia była żywiołową dziewczynką z warkoczykami, a Thomas jedenastoletnim chłopcem który bardzo lubił przypominać o tym, że jego zdaniem jest dziedzicem i przyszłości ogrodu. Był tutaj jeszcze kamerdyner Rashe, Terisianin którego wujek dokonał sławnego zamachu w domu Ladrianów, i który myślał, że Służąc z rodziny nowobogackich znajdzie pracę do czasu aż ludzi zapomną o tamtym wypadku, kompletnie nie przypuszczał jednak że trafi do takiej rodziny…
Stacy tuż przed obiadem otrzymała list nieznanej osoby mówiące że koło dziesiątej powinna znaleźć się na Polach Odrodzenia, w zagajniku Ostatniego Tańca…
- Wnusiu, Mam dla ciebie wspaniałą wiadomość! - powiedział Matthew Newman. * - Umówimy cię na wieczorek zapoznawczy z Landelem Hastingsem, ostatnio dziedzicem rodu! Powinniście się dogadać, bo jego matka też pochodziła… No sama wiesz, tak jak twoja!-
Jacob uniósł brew i zapytał.
*- Czy to nie ten chłopak, który podobno jest w tak złym stanie zdrowia, że od dziesięciu lat Umiera.-
Dziadek pokiwał głową zadowoloną miną i powiedział zachwyconym głosem.
*- No właśnie Chłopak szybko umrze, a potem Stacey odziedziczy tytuł i majątek! - **Zachichotał złośliwie a potem jeszcze dodał. - Jak się dziewczyna postara, to jeszcze w czasie w nocy poślubnej. -
Zapadło na chwilę bardzo głębokie milczenie, a potem Sergiusz powiedział.
- Moja córka wyjdzie za kogo chce! -
*- Ważne tylko, żeby tylko się o nią troszczył! - dodała Kate
- Przepraszam że się wtrącam, ale człowiek, o którym mówią że umiera od dziesięciu lat, zapewne osiągnął absolutne mistrzostwo w nie umieraniu! - Powiedziała Shan bardzo łagodnym i spokojnym głosem nie odrywając wzroku od talerza.
Kolacja trwała dalej, zakończyła się podaniem lodów na deser, które dziadek kazał podać rozpuszczone, bo nie po co wydaje pieniądze na ogrzewanie mieszkania aby potem chłodzić się jedzeniem zamarzniętego pożywienia!
Gdy zapadała Zmierzch, to zaczęła się po cichu szykować do drogi, zwłaszcza że i tak większość rodziny, a zwłaszcza jej tata Byli zajęci. Wtedy to przebieralni wszedł chłopiec, w kaszkiecie i stroju robotnika, i dopiero po chwili rozpoznała że to Stepanie.
- Widziałam jak dostałaś list… Idę z tobą! Potrzebna ci porządna nieprzyzwoitka! -
Nad Środkową Durą niebo nigdy nie było do końca błękitne – stanowiło raczej mozaikę rdzawych spodów mostów i cieni rzucanych przez Górne Miasto. Deszcz, który tu docierał, był już tylko drobną, wszechobecną mżawką, która osiadała na skórzanych płaszczach przechodniów niczym lśniąca patyna, większa jego część spływała raczej jako strugi wody z wyżej położonych dachów i krawędzi, trafiając co bardziej nieostrożnych przehodniów. Przez plusk wody przebijał się głuchy stukot wind towarowych, szum przelatujących niebostatków i odgłosy pracy warsztatów, często wrzących od aktywnoście przez całą dobę.
Uliczne wiecznolatarnie, ze szkłem przybrudzonym pylem i sadzą,, rzucały na mokry bruk długie, bursztynowe refleksy, znacznie liczniejsze niż sporadyczne promienie zachodzącego słońca. Tłum był tu gęsty i jego najbardziej wyróżniającą cechą był brak wyróżnających cech, emanował wręcz anonimowością – rzemieślnicy, drobni handlarze i najemnicy o czujnych spojrzeniach mijali się bez słowa, każdy pochłonięty własnym celem - wśród innych osób, a zarazem kompletnie samotny. To nie było miejsce beznadziei, jak jego niższa dzielnica, ale twardych realiów, gdzie zapach smaru do maszyn mieszał się z aromatem potraw serwowanych prosto z ulicznych wózków.
Gdy droga przeszła w labirynt Szaleństwa Haretha, surowa geometria Dury ustąpiła miejsca architektonicznemu, nomen omen, szaleństwu. Tutejszs budowle zdawały się przeczyć zdrowemu rozsądkowi, a czasem nawet regułom geometrii – wieże wyginały się ku sobie jak starzy przyjaciele, mosty prowadziły donikąd, a wąskie, chybotliwe przejścia zawieszone nad otchłanią drżały lekko pod wpływem magii lewitacyjnej, która wydawała się być jedyną siłą trzymającą tę dzielnicę w ryzach. To miejsce miało w sobie jednocześnie coś z wesołego jarmarku i gorączkowego snu szaleńca.

Między balkonami rozpięte były liny z praniem i kolorowe, choć nieco spłowiałe proporce, które łopotały na wietrze wiejącym z niższych poziomów. Szaleństwo Hareth oferowało rozrywkę tym, którzy szukali zapomnienia, ale nie stać ich było nawet na myśl o luksusach Podnieba. Z oddali dobiegały dźwięki przeróżnych, nierzadko rozstrojonych, instrumentów, a zapach deszczu ustępował miejsca woni palonego kadzidła, wina, piwa, tytoniu i innych używek, znanych tylko wtajemniczonym. Każdy krok po ażurowych mostach przypominał fokumentnie, że w Sharn grawitacja jest jedynie sugestią, a całe życie toczy się na krawędzi.
W samym sercu tego architektonicznego chaosu, wciśnięta między dwa pochylone bloki szarego granitu, znajdowała się tawerna Król Ognia. Jej szyld – ciężka, miedziana korona, wokół której wciąż tańczyły drobne, magiczne iskry – skrzypiał miarowo na wietrze, rzucając na wejście ciepły, pomarańczowy blask. Była to latarnia dla tych, którzy chcieli na chwilę uciec przed wilgocią i cieniem Środkowej Dury.
Po pchnięciu ciężkich, dębowych drzwi, w odwiedzających uderzała fala suchego, korzennego gorąca. W centralnym punkcie sali, wewnątrz wielkiego, żelaznego pierścienia, płonął ogień, który nie dymił i nie przygasał – jego płomienie miały barwę głębokiego złota, oświetlając salę znacznie lepiej niż jakiekolwiek lampy. Jego mniejsze wersje oświetlały każdy ze stolików wewnątrz, tworząc niesamowitą grę światła i cieni. Inspiracja ognistym piekłem Fernii w wystroju była oczywista nie tylko dla znawców sfer żywiołowych.

Wnętrze było pełne gości, co akurat nie było niczym zaskakującym, biorąc pod uwagę porę dnia i pogodę na zewnątrz. „Król Ognia” był oazą w takich warunkach – miejscem, gdzie blask paleniska zacierał różnice między profesjami, a przemoczone płaszcze mogły wreszcie wyschnąć w cieple magii, która od lat stanowiła serce tej tawerny. Ale jeśli ktoś odwiedzał go latem, w trakcie Wyścigu Ośmiu Wiatrów, to obecny tłok był dla niego niczym - w końcu dzisiaj dało się przejść przez główną salę, potrącając nie więcej niż trzy osoby..
Jako jasny dowód na ogromną wielokulturowość Dury, liczne stoliki obsadzone były przez przedstawicieli niemal każdej rasy zamieszkującej Sharn, wywodzących się z przeróżnych środowisk. Lokalni tragarze z Bazaru, narzekający przy piwie na siedzących po drugiej strony sali, raczących się winem kupców. Marynarze z Domu Lyrandar hałaśliwie opijający jakieś sukcesy, ku niezadowoleniu paru gnolli i goblinów próbujących grać w karty tuż obok. Grupa urzędników, relaksująca się po ciężkim dniu przekładania papierków z miejsca na miejsce, obserwowana przez dwójkę zbrojnokutych. Przynajmniej kilku poważnych typów w w większości mokrych kapturach zaciągniętych na głowy, siedzących samotnie w nielicznych co bardziej zacienionych miejscach. Meduza w zdobionej opasce na oczy, flirtująca z wyraźnie niepewnym tego co się właśnie dzieje człowiekiem. Kilku lykanów dyskutujących zawzięcie z bogato odzianym krasnoludem, ku rozbawieniu dowcipkującego nieopodal gnomiego tercetu. Temu wszystkiem przyglądało się stojące za barem z niemal idealnie czarnego drewna małżeństwo niziolków, będące właścicielami tego przybytku - nie usługiwali gościom, ograniczając się do wydawania krótkich poleceń obsłudze, która śmigała z kuflami, kielichami, szklanicami i talerzami przystawek.
Każdy stolik w głównej sali wydawał się prezentować inną historię, z których większość miała pozostać tajemnicą. Jedna z nich warta jednak była w tym momencie większej uwagi.
W oddzielnej alkowie, będącej jednocześnie tarasem wychodzącym na Centralny Płaskowyż, ustawiono większy stolik, mogący bez trudu pomieścić i do tuzina osób. Póki co widać było pojedynczą sylwetkę - na co dzień jednego z najlepszych (a swoim zdaniem najlepszy) śledczych w Sharn, postrach złoczyńców i źródło irytacji Domu Medani. A dziś? Nadawca wielu listów, postawiony pod ścianą, szukający wsparcia nawet u tych, którzy nim gardzą, pierwszy raz w życiu ...zagubiony? A może tylko takiego udający?
Alestair de Saint-Cyran rozsiadł się tak, by mieć kryte plecy i dobry widok zarówno na otwartą przestrzeń, jak i główną salę. Wokół jego twarzy kłębił się delikatny dym z jednego z jego samodzielnie skręcanych papierosów, wypełnianych mieszanką tytoniu i moce raczą wiedzieć czego jeszcze. Na blacie, obok na wpół opróżnionej szklanki, piętrzyło się kilka teczek na dokumenty. Khoravar spokojnie obserwował gości tawerny i tylko dobrze go znający wiedzieli, że za tym pozornie leniwym wzrokiem krył się umysł analizujący każdy szczegół w zastraszającym tempie - niewykluczone, że zdążył już poznać historię każdego ze stolików, każdej kłótni i dyskusji, a nawet rozwiązać problemy ich uczestników. Zamiast tego ograniczył się jedynie do wypatrzenia znajomych twarzy w tłumie i skinienia im głową w zapraszającym geście.
Cześć.
Gadałem ostatnio z ludźmi z Poltera (w zasadzie jestem w trakcie rozmowy, ale na razie wygląda ok) w materii realizacji pewnego pomysłu. Ale potrzebuję też Was. Najpierw powiem w czym rzecz.
Formą promocji Rolltelling, a także pewnym symbolicznym pożegnaniem Lastinn miałby być artykuł o historii Li, największego polskiego forum RPG, ponad 20 lat historii. Zastanawiałem się nad formątego, na pewno nie ma być to poczet królów czyli nie wchodziłbym w kwestie Obsługi. Tylko co, kiedy, w co się grało, jak się zmieniało, jak ekipy itd. Potrzebowałbym ludzi do pomocy w spisaniu tego, a także - wywiadów. Myślę, że gdybym ja sam lub z pomocą 1-2 osób spisał artykuł, to dużą jego część można zrealizować poprzez krótkie wywiady z Wami. Ot kwestionariusz i wasze odpowiedzi, wspominki, jak zaczynaliście, co skłoniło, jak to potem było...
Ktoś chętny? 
CYBERPUNK 2077
SYRENI ŚPIEW NEONÓW

Night City, czerwiec 2077
Konwój nadjechał od południa, międzystanową I-19 od strony przejścia granicznego San Bernardino. Składały się nań dwa ciężkie ciągniki siodłowe Kenwortha w popielatym kolorze, eskortowane przez cztery wozy opancerzone tej samej barwy. Skierowane przez strażników granicznych SoCalu na specjalny pas inspekcyjny, ruszyły w dalszą drogę zaraz po tym jak pierwszy wóz eskorty połączył się zdalnie z terminalem dowódcy zmiany posterunku wysyłając mu kody autoryzacyjne, o których człowiek ten co prawda kiedyś słyszał, ale które dopiero tego dnia ujrzał na własne oczy na wyświetlaczu swojego cybernetycznego implantu.
Autoryzacja tak wysokiego stopnia nie pozostawiała funkcjonariuszowi SoCalu zbyt wiele pola do manewru. Zwięzłe rozkazy kapitana dały temu wyraz pół minuty później. Nie zerwano żadnej plomby na przyczepach Kenworthów, nie uruchomiono stacjonarnych skanerów rentgenowskich ani detektorów chemicznych straży granicznej, a strzegące bramek automatyczne wieżyczki zostały natychmiast zdezaktywowane.
Żaden z widocznych w kabinach ludzi nie wysiadł ze swojego pojazdu, żaden nawet nie opuścił szyby. Wszyscy patrzyli przed siebie, na ledwie dostrzegalne studnie świetlne unoszące się ponad niewidocznym jeszcze miastem. Wyglądali niczym bliźniacy różniący się jedynie drobnymi szczegółami aparycji, krótko ostrzyżeni, noszący czarne ubrania i okulary przeciwsłoneczne. Podniesione wcześniej słupki zaporowe wsunęły się z powrotem w nawierzchnię jezdni i sześć pojazdów ruszyło przez bramki przejścia mijając długie rzędy innych wozów kontrolowanych z niezwykłą skrupulatnością przez uzbrojonych po zęby pograniczników SoCalu.
Załogi zaparkowanych po przeciwnej stronie muru patrolówek Militechu odprowadziły konwój spojrzeniami zrodzonymi po części ze znudzenia, po części z zawodowej ciekawości. Kilku korporacyjnych żołnierzy sięgnęło po cyfrowe lornetki, inni zaczęli filmować przejeżdżające obok parkingu wozy kamerami cyberoczu. Niektórzy z nich wykonali w ciągu następnych paru minut dyskretne połączenia telefoniczne informując o obecności konwoju nie tylko swoich przełożonych w siedzibie Militechu w NC.
Jednym z rozmówców był właściciel stacji benzynowej na wysokości podmiejskich farm Biotechniki, w rzeczywistości dobrze zakamuflowany informator Raffen Shiv. Wystarczyło kilka słów. Najbliższa czujka nomadycznego gangu przechwyciła konwój piętnaście kilometrów dalej próbując zidentyfikować jego ładunek za pomocą specjalistycznych dronów. Nomadzi rzadko kiedy porywali się na silnie uzbrojone konwoje, ale zwyczajna ciekawość nie pozwalała przejść im obok tajemniczego transportu obojętnie.
Tego dnia ciekawość ta miała pozostać niezaspokojona.
Żaden z czterech dronów nie zdołał się zbliżyć do śledzonych pojazdów na mniej niż sześćset metrów. Na dachach nieoznakowanych pancerek znajdowały się obsługiwane przez SI wieżyczki działek elektromagnetycznych, współpracujące ze zintegrowanymi miniaturowymi radarami obserwacji okrężnej. System ochronny konwoju wyemitował jedno cyfrowe ostrzeżenie. Jadący sąsiednimi pasami kierowcy - personel farm Biotechniki, turyści zmierzający do legendarnej metropolii na weekendowy wypad, nieliczni mieszkańcy wyludnionych miasteczek na Badlandsach dorabiający w Night City - stali się świadomi tego ostrzeżenia, jeśli włączyli wcześniej w swoich oczach aplikację Nadświatu i aktywowali podgląd na Lśnienie.
Na wyświetlaczach ich implantów pojawiła się czerwona poświata ostrzegawczych napisów pulsująca złowieszczo wokół pojazdów konwoju, dostrzegalna jedynie w świecie cyfrowym za pomocą kompatybilnych z Lśnieniem urządzeń.
Wieżyczki dwóch pierwszych wozów eskorty obróciły się błyskawicznie w kierunku nadlatujących bezzałogowców, wystrzeliły po dwie krótkie serie wielkokalibrowych pocisków. Spośród czterech strąconych w ciągu półtorej sekundy dronów tylko jeden zdążył zrobić czytelne zdjęcie niewielkiego logo umieszczonego na kabinie pierwszego Kenwortha, ciągu czarnych liter wpisanych w czarny okrąg.
Pentex United.
Zestrzelenie bezzałogowców wywołało panikę wśród innych użytkowników autostrady, próbujących za wszelką cenę oddalić się od konwoju. Jeden z pojazdów, czerwony SUV wiozący do Night City rodzinę turystów z San Diego, wypadł z pasa po staranowaniu przez ciężarówkę na północnokalifornijskich tablicach rejestracyjnych, uderzył w betonowe barierki i spłonął doszczętnie w ciągu kilkunastu minut. Karty ratunkowe Trauma Team pasażerów SUVa aktywowały się wskutek zaniku funkcji życiowych właścicieli wysyłając sygnał naprowadzający, dopóki nie uległy zwęgleniu.
Kiedy aerodyna TT lądowała obok płonącego samochodu, konwój Pentex United znajdował się już trzydzieści kilometrów dalej przejeżdżając przez Czerwone Wzgórza na obwodnicę Santo Domingo. Większość kierowców założyła z góry, że ciężkie pojazdy zjadą z drogi szybkiego ruchu na zachód na wysokości Rancho Coronado, w pełne strzeżonych magazynów ulice Arroyo, gdzie zwykli składować wartościowe ładunki kontrahenci biznesowi Arasaki. Lecz błyskający pomarańczowymi migaczami i emitujący poprzez Lśnienie informację o uprzywilejowanym statusie konwój pojechał dalej na północ, obwodnicą poprzez Charter Hill na wschodnie obrzeża Japantown. Poruszające się w zdyscyplinowany sposób i z minimalną wzajemną odległością pojazdy pokonały most na kanale Parsonsa, wjechały do południowego Northside w chwili, kiedy gorąca ciemność nocy opadła do końca na rozpalone neonową poświatą miasto.
Kierowcy sześciu pojazdów wyłączyli w jednym momencie pomarańczowe migacze i połączenie z Nadświatem przywracając swoim wozom pozory anonimowości.
Kilka minut później konwój zniknął bez śladu, rozmył się w ciemnych ulicach przemysłowego dystryktu pełnego nieużytkowanych od lat zakładów, zbankrutowanych fabryk i przetwórni, niszczejących spalarni śmieci, pustych magazynów i zdewastowanych stacji transformatorowych.
Jak gdyby ważące ponad sześćdziesiąt ton ciągniki siodłowe Kenwortha i ich eskorta przestały istnieć, wessane do czarnej dziury, jaką jawiło się niektórym ludziom rozległe Northside.
Nie pamiętacie dokładnie, za co was zamknięto. W Bögenhafen ostatnio nikt nie pytał o powody – wystarczyło być w złym miejscu i złym czasie. Cela była niska, wilgotna i przesiąknięta zapachem pleśni, starego potu oraz strachu. Tej nocy nikt was nie niepokoił. Tej nocy coś się urwało.

Z jakiegoś powodu budzicie się w nocy, w ciszy, ciężkiej i nienaturalnej jak na więzienie. Kraty są zamknięte, a korytarz za nimi pusty, pogrążony w półmroku. Z oddali dobiega głuche bicie dzwonów i przytłumione krzyki, jakby miasto wołało o pomoc, której nikt już nie udziela. Przez zakratowane okno wpada słabe, migotliwe światło, a w powietrzu unosi się zapach dymu zmieszany z czymś metalicznym.
Nie jesteście sami. W celi siedzi jeszcze czterech ludzi. Trzech z nich milczy – skuleni pod ścianami, z pustymi oczami, jakby przestali reagować na świat. Czwarty jest inny. Wychudzony, brudny, ale zbyt uważny. Siedział tu już wcześniej, przed Waszym przybyciem. Porusza ustami bezgłośnie, jakby powtarzał słowa, których nie wolno wypowiedzieć.
Gdy w końcu na was spogląda, nie pyta kim jesteście. Mówi tylko, że „to nie jest noc na czekanie” i że “cisza w takich miejscach zawsze coś oznacza”. Potem milknie i nasłuchuje, jak pies wyczuwający burzę. Gdzieś głęboko w więzieniu rozlega się nagły trzask, jakby coś ciężkiego spadło na podłogę. Po chwili znów zapada cisza – jeszcze gorsza niż wcześniej.
Zapach dymu staje się wyraźniejszy. Czas ciągnie się nienaturalnie wolno. Jeśli straż nie wróci, nikt was stąd nie wyciągnie. A jeśli wróci… być może lepiej, żeby tak się nie stało.
Wychudzony więzień kiwa się w miejscu, drapie paznokciami po kamieniu, aż spod nich sypie się biały pył. Uśmiecha się do czegoś, czego tu nie ma. Głos ma chropowaty, jakby dawno nie używał go do rozmów z ludźmi.
Nagle przestaje się kołysać i patrzy na was z lodowatą, nienaturalną jasnością.
Na tyle, na ile zdołaliście się zorientować, miasto wznosi się nad morzem, u wylotu rzeki, na jedynym w tej przeklętej okolicy fragmencie stabilnego gruntu – nagiej skale, wystającej z bagien niczym zęby trupa. Wszystko wokół, jak okiem sięgnąć, to cuchnące mokradła: mgły wiszące dniami i nocami, gnijące drzewa, topieliska bez dna. Bagna pochłonęły już niejedną armię, której dowódcy uwierzyli mapom, przewodnikom albo własnej pysze. Po dziś dzień mówi się, że w cichsze noce słychać tam szczęk zbroi i krzyki tonących.
Na wyspę prowadzą cztery drogi - przynajmniej według oficjalnych opisów.
Pierwsza to kamienna grobla, jedyna lądowa droga do miasta. Wąska, wyniesiona ponad bagno, popękana od lat i przesiąknięta krwią bardziej niż deszczem. Na jej końcu wznoszą się bramy, masywne i ponure, za którymi zawsze czeka straż - czujna i daleka od litości.
Druga droga prowadzi od strony morza. Port jest potężny,i obstawiony tak, że samo wpłynięcie do basenu portowego bez zaproszenia jest czystym szaleństwem. Nawet jeśli ktoś zdołałby ominąć łańcuchy, baterie balist i wieże obserwacyjne, pozostaje jeszcze wewnętrzny mur portowy - gruby, wysoki i stale patrolowany. Morze tu nie jest sprzymierzeńcem; zdradliwe prądy i nagłe sztormy zdają się sprzyjać obrońcom bardziej niż ludziom.
Trzeci sposób…próba dotarcia do miasta przez bagna i rzekę. Pieszo – bagno wciągnie cię po pas, po pierś, po szyję, zanim zdążysz zrozumieć, że grunt pod stopami nigdy nie był prawdziwy. Łodzią – ostre jak brzytwa skały przy ujściu rzeki rozrywają kadłuby, a zdradliwe wiry wciągają wszystko, co ośmieli się podpłynąć zbyt blisko murów. Ci, którym „się udało”, nie zostawili po sobie żadnych świadków.
Czwarty sposób natomiast nie istnieje.
I każdy, kto twierdzi inaczej, prędzej czy później znika.
W Bögenhafen stacjonuje armia - oficjalnie po to, by strzec porządku w regionie, nieoficjalnie, by nikt nie zapomniał, kto tu naprawdę rządzi. Kilka oddziałów straży miejskiej zajmuje się codziennymi problemami: bójkami, kontrabandą, ciałami wyłowionymi z kanałów. Nad wszystkim czuwa lokalna władza - niewidoczna, odległa i doskonale poinformowana.
Miasto tętni handlem. Gildie kupieckie rywalizują ze sobą otwarcie i po cichu, kompanie morskie werbują ludzi szybciej, niż morze ich zabiera, świątynie bóstw wszelkiej maści przyjmują wiernych. Kilku magusów działa tu legalnie - a reszta skrywa się w zaułkach, piwnicach i ruinach starszych niż samo miasto.
Pomiędzy tym wszystkim kłębi się pospólstwo: uchodźcy, awanturnicy, dłużnicy, marzyciele i desperaci. Każdy przybył tu po coś innego: złoto, władzę, zapomnienie, albo tylko po to, by zniknąć w tłumie.
W powszechnej opinii mieszkańców Bögenhafen jest miastem nie do zdobycia - miastem-państwem-twierdzą. Jedyną rzeczą, która naprawdę może mu zagrozić, jest zaraza. Dlatego miasto podzielono na strefy i dzielnice, oddzielone murami i bramami, które można zamknąć szybciej, niż ogień wypalający choróbstwo zdąży zgasnąć. A gdy choroba się rozprzestrzenia… cóż. Ogień jest skuteczny. Tak samo jak zapomnienie.
I właśnie dlatego nikt tu nie śpi spokojnie.
Temat do wstawiania wyjątkowo korzystnych ofert z serwisów takich jak Steam, Epic Games Store, Humble Bundle i inne.
Na rozpoczęcie:
Dominion - Podstawka gry planszowej na Steam - bazowo jako darmoszka - Polecam!
Chivarly 2 - Epic Games Store
Pathfinder 2ed. - Bundle - Zbiór podręczników RPG do Pathfindera 2ed. na Humble Bundle. Oferta gdzieś do 05.01.26 19:00
Rodryg
Gdy już się ogarnęły i zeszły na dół przedstawiły sytuację ojcu porwanej, jego reakcja była dość osobliwa. Zaczynała myśleć że całym porwaniem chyba najbardziej przejmowała się Karendis, sama chciała poznać tego całego porywacza i mu coś powiedzieć.
Slann
Pan Koniecświacki powiedział.
Rodryg
Elphira też pozwoliła sobie na odkaszlnięcie słysząc stwierdzenie o Nys i komentarze reszty.
Slann
Pan Koniecświack zastanowił się przez chwilę, a potem powiedział.
Rodryg
Slann
Ramiel Wzruszyła ramionami i powiedziała.
Rodryg
Loża… najpotężniejsza Fundacja w Nowym Jorku, nie miała zbyt wielu agentów na zachód od Mississippi. A teraz takich potrzebowała, by złapać interesującą ich osobę. Paco “Intocable” Pacheco,meksykański bandyta działający na pograniczu obu krajów. Tajemnicą był powód dla którego się loża nim interesowała. Sekretem dla czwórki magów których loża zatrudniła. Ich przywódcą został mianowany Elias "Duke" Crowley. Pod swoją pieczą miał mnicha o imieniu David Storm a przydomku Stalowy Smok, Milenę Hagendahl z Europy, oraz lekarza Matthew Rylanda. Cała ta czwórka została wysłana na Zachód w celu złapania mężczyzny żywcem. Ich pierwszym przystankiem miał być Forth Worth w Teksasie w którym mogli uzyskać najświeższe informacje na temat ich celu.
Dotrzeć tam mieli tradycyjnie. Loża opłaciła dla nich podróż koleją. Pociągiem wyruszyli wieczorem, przy okazji na stacji napotykając wilkołaka z którym Milena nawiązała kontakt.
Dalsza podróż okazała się być… przyziemna i nudna. Nic więc dziwnego, że dopiero po pewnym czasie zorientowali się, że ich środkiem podróży było coś nie tak. Z jakiegoś powodu pociąg przyciągał do siebie duchy i zmory. Ich rosnąca liczba powoli zaczęła zagrażać śpiącym, mimo że nawet zmory tłoczące się wokół wagonów nie przejawiały agresji i nie próbowały przebić Rękawicy.
Coś należało więc z tym zrobić. A czas tykał… bowiem powoli zbliżali się do momentu, który Milena wywróżyła jeszcze w Nowym Jorku.
Powódź roku 1997 przelała i zalała Wrocław, Opole i wiele innych miejscowości. Cała Polska żyła relacjami z telewizji, gdzie całe centra, całe śródmieścia, całe "morza" wieżowców były zalane przez brudną rzeczną wodę. Sceny wysadzania wałów, kajakarze pływający po ulicach i zatrzymujący się przed znakami stopu. Krótkofalarze - amatorzy utrzymują łączność. I wiele innych.
Są zabici.
Powódź na rzece Bóbr miała o wiele mniejsze skutki. Zapora pilchowicka zrzucała wodę przelewającą się ponad koroną konstrukcji. Sokołów Śląski wyszedł z tego w sumie obronną ręką. Wzburzone wody niosące wymyte nadbrzeżne drzewa uszkodziły jeden z przyczółków kładki dla pieszych. Krytycznym momentem było spiętrzanie się wody i drzew przy moście drogowym, na szczęście udało się usunąć zator i most nie poniósł żadnych uszkodzeń. Zalanych zostało jedynie kilkanaście piwnic. Zalało ogródki działkowe nad rzeką, kilka altanek zostało kompletnie zniszczonych. Stare miasto nie zostało zalane (jest położone na niewielkim, naturalnym wzgórzu), podobnie nie zostały zalane inne części miasteczka. Wzburzona woda wymyła i powaliła drzewa rosnące wzdłuż brzegów, łąki na południe miasteczka zamieniły się w mokradła, które na początku września nadal były... mokre.
W sumie to najbardziej budynków ucierpiał Miejski Dom Kultury który, położony najniżej, miał kompletne zalane piwnice. Rezultatem było zamknięcie go (a także mieszczącego się tam kina "Piast") do końca sierpnia.
***
Wrocław, tydzień wcześniej.
Padało. Nie był to orzeźwiający letni deszczyk, tylko niemalże ulewa. Wyboista trylinka tonęła w strugach wody Było już ciemno. Krzywy chodnik, szare budynki, krzywe latarnie dające żółtawą poświatę dopełniały wygląd śródmiejskiego kwartału. Ludzie już dawno pochowali się w domach lub znaleźli schronienie w innych miejscach.
Obaj byli młodzi i z ambicjami, i byli złodziejami. Mercedes stojący na tyłach wrocławskiego hotelu był duży, ciemny, na niemieckich blachach. Żaden używany samochód taryfiarza. Ten był nowy. I na pewno na wypasie. Mieli plan. I zaczęli go realizować.
Plan spalił na panewce, gdy tylko bez alarmu sforsowali zamek i wpakowali się do środka. W tym samochodzie nie byli sami, a to co zobaczyli sprawiło, że cała odwaga z nich wyparowała. Było tylko czyste paraliżujące przerażenie. To była ostatnia rzecz, jaką zobaczyli w swoim życiu.
Potem nie było już nic.
Dla nich.
W pewnym sensie.
***
Sokołów Śląski
Zamek Falkenstein był przed 1945 rokiem rodową siedzibą rodu Hochtalbergów. Leżące u podnóża zamku miasteczko Falkenberg/Bober po wyzwoleniu i przyłączeniu Ziem Wyzwolonych do Polski stało się piastowskim Sokołowem Śląskim. Przejście frontu zimą 1944/1945 było krótkie, miasto i zamek były praktycznie niebronione, przez co wojenna zawierucha oszczędziła zabudowę miasta. Sam zamek Falkenstein niszczał. Po dziewiętnastowiecznej przebudowie był to pałac o fasadzie w stylu neogotyku angielskiego. W latach trzydziestych dobudowano do niego parterowe skrzydło mające bardziej nowoczesną formę.
Na początku lat siedemdziesiątych była to już ruina. Praktycznie bez dachu, z uszkodzonymi stropami, piwnicami pełnymi gruzu. Wszystko, co dało się zrabować, wyzwolono tuż po wojnie. Ale komitet wojewódzki miał wizję, miał plan. Siermiężne czasy Gomułki były przeszłością, teraz pierwszym sekretarzem był towarzysz Gierek - aby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej. Zaczęto remont zamku i rozbudowę na ośrodek wypoczynkowy dla dużego zakładu pracy gdzieś z Polski centralnej. Naprawiono dach, niemalże na nowo założono położony na zboczu zdziczały park. Ciężkim sprzętem wykopano i wylano fundamenty pod nowe skrzydło. Przed nadejściem kryzysu zdołano wybrukować betonowymi płytami alejki w parku (który to w sumie był miejski) oraz zaizolować piwnice nowego skrzydła. Potem inwestycja stanęła, niby coś tam robiono, ale prace nie posuwały się naprzód. Ze zgromadzonych materiałów budowlanych powstało w okolicy kilka domów jednorodzinnych.
Wprowadzenie stanu wojennego w grudniu 1981 zakończyło tę farsę. Zamek ponownie niszczał, plac budowy zarósł samosiejkami, miejsce stało się niezłą meliną dla miejscowych pijaczków, a i okoliczna młodzież zaadaptowała teren jako miejscówkę na wagary, swobodne palenie papierosów i picie alkoholu.
Do czasu.
Krążące od dłuższego czasu pogłoski o odbudowie pałacu zaczęły się potwierdzać w ostatnim tygodniu sierpnia, kiedy teren został ponownie ogrodzony, wysprzątano śmieci i zaczęły się powolne prace. Przy czym działali tam dopiero archeolodzy lub ktoś do nich podobny. Podobno przyjechał jakiś stary Niemiec i wyłożył na to kasę. Podobno zwrócono mu ten zamek, albo sprzedano. Nikt w sumie nic nie wiedział. W prasie lokalnej nie było żadnych szczegółów.
***
Sokołów Śląski, 1 września 1997, rano
Początek roku szkolnego w tym roku wypadł w poniedziałek. Oznaczało to jeszcze cztery pełne dni lekcji w tym tygodniu. Na ulice miasteczka wyszli uczniowie i uczennice ubrani na galowo, albo przynajmniej w białą koszulę do białych dżinsów w drodze na rozpoczęcie roku. Niektórzy wysiadali z autobusów PKS-u, pewna grupa dojechała pociągiem. Ale większość mieszkała w Sokołowie i po prostu poszli do szkół na piechotę. Nawet przejście obok problematycznego bloku socjalnego zamieszkałego przez mniejszość romską był tym razem bezproblemowy, ponieważ przed budynkiem stał policyjny polonez, a para policjantów próbowała coś wyjaśnić. Z mieszkańcami albo mieszkańcom.
Uszkodzona kładka nadal była uszkodzona i zamknięta.
I Liceum ogólnokształcące w Sokołowie Śląskim, imienia II Armii Wojska Polskiego, miało trochę nietypową architekturę. Od strony frontu, od ulicy Dworcowej, był to poniemiecki, ceglany, piętrowy budynek, połączony z lewej strony z równie starą salą gimnastyczną (nie była zbyt duża). Od tyłu tego ceglanego budynku szkoły dobudowana była duża, dwupiętrowa (podpiwniczenie, parter, I piętro i II piętro) otynkowana, szara "tysiąclatka", budynek jakich wiele w kraju od lat sześćdziesiątych.
Główne wejście od strony ulicy było zakazane. Uczniowie wchodzili z boku, w łącznik między starym, a nowym budynkiem, potem wychodzili ponownie na zewnątrz i szli do sali gimnastycznej. Ci co przybyli wcześniej stali na dziedzińcu w mniejszych lub większych grupkach (na samym końcu ktoś pewnie palił).
W samej sali gimnastycznej na czas rozpoczęcia roku szkolnego ustawiono przy dłuższej ścianie stoły za którymi siedzieli nauczyciele. Uczniowie zostali ustawieni szerokim półkolem na całej długości sali. Dwóch nauczycieli "kierowało ruchem", ponaglając i ustawiając uczniów mniej więcej klasami.
- Na koniec sali! Nowi uczniowie ustawiają się na na końcu po lewej! Na koniec! - łysiejący nauczyciel w swetrze stojący przy wejściu co jak mantrę powtarzał te zdania, gdy kolejny stojący na końcu ustawiał ich tak, aby przynajmniej pierwszy rząd stał równo.
Patrząc od strony uczniów nauczyciele siedzący za stołem albo ze spokojem obserwowali uczniów, rozmawiali ze sobą, jedna nauczycielka szybko pisała w zeszycie. Dwie kobiety, jedna w farbowanych na blond włosach i kwiecistej sukience i druga, starsza w ciemnoszarej garsonce, stały pośrodku. Jedna z nich była dyrektorką. Paulina Kwiatkowska wiedziała to od brata, że dyrektorka, Dorota Rusicka, jest tą w kwiecistej sukience (ze względu na ilość materiału można było mówić bardziej o sukni, bo pani Rusicka do szczupłych nie należała).
Niektórzy zerkali na zegarki, gdy w końcu nauczyciel zamknął drzwi do sali, a pani dyrektor poprosiła o ciszę. Musiała mówić głośno, szkoła nie była wyposażona w żaden mikrofon i głośniki.
- Drodzy uczniowie (...) - rozpoczął się apel, podniesiony głos pani dyrektor brzmiał miejscami nieco piskliwie.
Przemówienie było... typowe. Każdy z was słyszał ich wiele. Pani dyrektor wspominała o wakacjach, tragedii tegorocznej powodzi, nowym roku szkolnym, nadziejach, oczekiwaniach. Nie wiadomo, ile to jeszcze potrwa.
Kto stoi wśród pierwszoklasistów?