Mnich westchnął patrząc przez chwilę w swój sufit.
-Wiece… byłoby o wiele łatwiej, gdybyście dały bardziej jasny znak. -podniósł się z łóżka rozpoczynając poranną toaletę.
Wychodził właśnie z mieszkania kiedy sobie przypomniał, że jego sen oznaczał pewnie podobną sytuację wśród innych dotkniętych…
Biegiem ruszył w kierunku rezydencji von Mannlieb, miał nadzieję, że Anika nie uciekła znowu.
Bretońska hedonistka mieszkała w innej, znacznie lepszej dzielnicy. Tam gdzie lokowali się ci bogatsi i znaczniejsi. Ubogiego mnicha nie było stać na takie lokum. Więc miał spory kawałek do pokonania. Ale drogę znał bardzo dobrze. Więc po jakimś pacierzu znalazł się zdyszany przed żeliwną, solidną furtką. Była zamknięta tylko na klamkę. Ale do frontowych drzwi już musiał zapukać i poczekać aż ktoś mu otworzy. Wydawało mu się, że czekał strasznie długo. Jednak drzwi otwarły się i stanęła w nich Marissa.
-O, Otto. Witaj. Dobrze, że jesteś. Annika znów miała atak. Musieliśmy ją przywiązać do łóżka. Chodź. -Przywitała się z nim z zaskoczeniem ale i ulgą. Wyszeptała mu szybko te parę słów nim gestem nie wskazała mu aby poszedł za nią. Po drodze minęli tą srogą, starą majordom która ich oboje obrzuciła srogim i podejrzliwym spojrzeniem. Ale nic nie powiedziała. Służąca zaprowadziła gościa do już dość dobrze mu znanego salonu w jakim zwykle przyjmowała go główna gospodyni. Ale tu musiał na nią poczekać. Marissa wyszła i znów wydawało mu się, że strasznie długo jej nie ma. Aż drzwi nie otworzyły się i weszły obie z milady.
-Oh Otto, witaj przyjacielu. -Fabienne też chyba ulżyło, że go widzi. Ale mówiła trochę głośniej niż zwykle póki Marissa nie zamknęła za nimi drzwi na korytarz. -Oh miałam bardzo barwny sen. Ale to później ci opowiem. Annika chyba też. Znów się zrywała aby biec ale udało nam się ją powstrzymać. Przywiązaliśmy ją do łóżka. Ale znokautowała jedną pokojówkę i lokaja. -Wyszeptała zdenerwowanym głosem gdy już stali naprzeciwko siebie.
-Brzmi jak ona. -westchnął mnich -Też miałem sen, dlatego przybiegłem. Podejrzewałem, że Anika dostanie napadu. Mogę ją zobaczyć? -mnich delikatnie się rozejrzał, przy okazji spoglądając na obie kobiety czy nie uda mu się ujrzeć czegoś więcej. Pomimo wczorajszego chędożenia nie odmówiłby sobie podziwiania piękna tych bladolicych.
Milady przygryzła wargę jakby zastanawiała się nad tym chwilę. Ale dziś musiała wstać na tyle wcześnie, że miała już zrobiony makijaż i włosy. Chociaż nie aż tak wytwornie jak wczoraj wieczorem w teatrze. Suknie też miała skromniejszą chociaż i tak mieszczki raczej nie byłoby na taką stać. I ładnie uwypuklała jej dekolt i smukłą talię. A nawet jak patrzył na jej brzuch to w ogóle nie było po niej widać, że ma w sobie kłębiące się dziedzictwo Sióstr. Marissa wyglądała jak służka. Podobnie do Margo chociaż może suknię miała ciut lepszą i nawet ją było stać na ładne spinki we włosy. Teraz jednak wyglądała na zmartwioną całą nocno-poranną sytuacją.
-Dobrze. To chyba nawet lepiej jak mnich ją zobaczy. Już mi ta stara jędzia próbowała insynuować aby wezwać kapłana do Anniki. Chodź i zobacz co z nią ale tak aby wyglądało, że się modlisz za nią czy coś takiego. -Szlachcianka chociaż była panią tego domu musiała szeptać bo obawiała się, że wszyscy poza dwiema byłymi pacjentkami hospicjum będą donosić jej mężowi jak wróci. Po czym odwróciła się i oboje ruszyli do wnętrza domostwa a jej zaufana pokojówka za nimi. Przeszli do pokojów służby i gdy Bretonka otworzyła drzwi ukazała się dość zwykła izba. Pod każdą ze ścian było jedno, proste łóżko. Podobne miał u siebie w domu. I jedno było puste i sprawnie zasłane a na drugim leżała kobieta. Od razu rzucało się w oczy, że jest przywiązana pasami, liną i czym się jeszcze dało do łóżka. A na jej poduszce są rozrzucone czarne włosy. Milady podeszła pierwsza i popatrzyła na nią. Annika oddychała ciężko i miała spocone czoło. Dlatego wyglądała na chorą. Na ramionach i knykciach pięści widać było siniaki, otarcia i zadrapania jakie świadczyły o zmaganiach sprzed paru dzwonów.
-Nie wiedziałam czy można już ją rozwiązać czy znów będzie miała ten atak. -Fabienne przyznała się do pewnej niewiedzy i bezradności w tej sprawie. I popatrzyła na Otto czy może coś poradzić w tej sprawie.
Mnich podszedł do Aniki i westchnął.
-Ani..? Słyszysz mnie? Możemy porozmawiać? -przyklęknął obok czarnowłosej dziewczyny -Znowu wzywa cię głaz prawda?
-Tak, mamrotała coś o jakimś głazie. Chyba w lesie. Mówiła, że musi tam iść. -Fabienne widząc, że przez chwilę nic się nie dzieje wyszeptała cicho. Marissa została przy drzwiach i obserwowała ich z przejęciem. I gdy już wydawało się, że czarnowłosa nie zareaguje to jednak przemówiła.
-Tak, głaz… Muszę do tego głazu… I zabić strażnika… Ona mi każe, ona mnie wzywa… Puśćcie mnie! -Wymamrotała sennie i szarpnęła się. Ale dość słabo to wyglądało. Jakby jej ciało było zbyt osłabione aby się znów zerwać i pobiec.
Mnich rozwiązał jedną rękę Aniki i delikatnie ujął jej dłoń.
-Hej, hej… wiem, że cię wzywa. Do mnie też dziś w nocy mówiła. I widziałem cię. Jak odnajdujesz ten głaz i mierzysz się ze strażnikiem. -mnich się uśmiechnął -Nie jesteś jeszcze gotowa, nie zawsze wygrywasz w moim śnie, a ja chcę abyś wygrała. -nie puszczał dłoni swej byłej pacjentki, ale starał się skupić jej uwagę na sobie -Czy możesz mi cokolwiek powiedzieć o tym gdzie cię wzywa?
-Do lasu. Głaz jest w lesie. Biegłam do niego. I polana. On jest na polanie. I tam są czaszki. Różne. I broń. Też różna. I strażnik. Wyzywam go i walczymy. I rzeka. Albo strumień. Biegnę przez niego. Potem mam wszystko mokre. Ale to nic. Biegnę dalej. Aż do głazu. Ten głaz mnie wzywa. Ona mnie wzywa. -Mamrotała sennie dziewczyna. Dłoń miała wiglotną od potu. Fabienne podała kubek wina mnichowi aby mógł ją napoić. Wiedział, że pewnie chodzi o jakiś strumień a nie rzekę Salt. Ta była zbyt szeroka i głęboka aby dało się ją przejść w bród.
Mnich delikatnie napoił pacjentkę.
-Też go widziałem. -zapewnił Anikę -Głaz, polanę, kamień i czaszki i broń. -pogłaskał dłoń kobiety nie przejmując się jej wilgocią -Czy ciągle słyszysz zew moja droga? W tej chwili? Czy możesz jednak pójść spać? Odpocząć?
-Nie. Straciłam go. Straciłam… -Czarnowłosa nagle otworzyła oczy i popatrzyła na mnicha całkiem trzeźwo. Po tym wyznaniu się rozpłakała nad swoją stratą. Fabienne współczująco pogłaskała ją po policzku.
-Chyba możemy ją teraz rozwiązać? -Popatrzyła na mnicha pytająco.
-Tak. -mnich pomógł rozwiązać Anikę i ją delikatnie przytulił -Wiem, kochana. Wiem, że to nie łatwe. Co powiesz na to, przyjdę dziś wieczorem i dam ci pozamiatać mną podłogę. Co ty na to? Pewnie nie raz chciał mi spuścić łomot w hospicjum.
Była pacjentka nie odpowiedziała w jakiś zrozumiały sposób. Wtuliła się w habit i ramiona mnicha i płacz wstrząsał jej ciałem. Jej milady troskliwie pogłaskała ją po włosach i patrzyła współczującym głosem. I też próbowała ją rozweselić jak mnich tylko na swój sposób.
-Albo jeśli chcesz pójdziemy z Marissą do łazienki. I będę twoją łaziebną. Albo obie będziemy. -Wskazała na drugą pokojówkę a ta energicznie pokiwała głową, że jest chętna w ten sposób pomóc koleżance. Ta jednak wymruczała coś niezrozumiale i szloch zaczął cichnąć. -Może się prześpij moja droga. -Zaproponowała w końcu widząc, że chyba wreszcie czarnowłosa osłabiona tymi zmaganiami, zaczyna zwyczajnie zasypiać.
Mnich delikatnie ułożył dziewczynę na posłaniu i przykrył ją, po czym zerknął na Filię.
-Powinno już być dobrze, zew utrzymuje się na ogół tylko w pierwszych momentach. -Otto wstał z łóżka Aniki i zerknął na Fabienne -A was moje drogie wszystko w porządku?
Słysząca zew Norry przewróciła się na bok, nakryła kołdrą i wyglądało na to, że wreszcie zasnęła. Widząc to milady odetchnęła z ulgą. Gdy mnich ją zagaił uśmiechnęła się delikatnie.
-Tak, dziękuję Otto. Miałyśmy dość gwałtowną pobudkę rano -wskazała na łóżko z zasypiającą pokojówką -Ale poza tym w porządku. Nic nam nie jest. Przynajmniej miałam czas aby przygotować się na dzisiejszy wieczór. To znaczy najpierw z koleżankami jedziemy do domku de la Vegi. W plener, same szlachcianki, żadnych kawalerów aby nie było plotek oczywiście. No ale wieczorem zamierzamy dołączyć do was przy kamieniach. -Mówiła przyciszonym głosem ale z nutką ekscytacji jak na czekającą ją, emocjonującą przygodę.
-Nie wiem czy dam dziś radę. -przyznał ze smutkiem mnich -Trochę za bardzo oddałem się pokusom Węża ostatnimi czasy. Zaniedbałem swe powinności co do pozostałem trójki i pora to trochę poprawić. Udaję się dzisiaj z przewodnikiem znaleźć miejsce na piknik dla was i chłopaków Krwawego.
-Ależ Otto, co ty mówisz? -Bretonka zaskoczona spojrzała na niego i na Marissę, jakby sprawdzała czy ta też to słyszy. Obie wyglądały na zdziwione. -Ja chciałam zabrać Marissę. Nie wiem czy będzie chciała dołączyć do naszej zabawy ale niech przyjedzie i zobaczy czy by miała ochotę. Nawet rozmawałyśmy czy by jej nie zasiać. Bo z tego co ta stara wiedźma mówiła na zborze to może jak te czerwie są od Sióstr, to jakoś to pomoże w tych snach. -Szlachcianka spojrzała na służkę. A ta skinęła głową potwierdzając jej słowa. -No i sam wiesz, że nie co dzień jest taka szansa spotkać się w takim gronie jak dziś wieczór. -Wzięła go za rękę i położyła na swoim jędrnym dekolcie. Wyczuł jej gładką skórę i regularny rytm bicia serca. -Mógłbyś mnie zasiać znowu. Bardzo mi się to spodobało. Wczoraj było cudownie. Myślałam o ustach. Jeszcze nie próbowałam w usta. Jestem ciekawa jakby to było. Ale oczywiście tam na dole też chętnie przyjmę nowych gości. -Uśmiechnęła się ciepło wskazując palcem na swój dół. -No nie będę cię zmuszać Otto ale byłoby miło jakbyś tam dziś wieczorem był. No ale jeśli masz jakieś plany co nie możesz ich przełożyć to rozumiem. -Próbowała poprosić go aby jednak przybył na dzisiejsze, wieczorne spotkanie ze zwierzoludźmi. Jednak subtelnie aby nie czuł się zmuszany. I ostatecznie była skłonna przyjąć jego odmowę.
Mnich uśmiechnął się.
-Postaram się zjawić, ale tylko na zasilanie. Chciałem też spędzić trochę czasu z Aniką jak już odpocznie, jeżeli oczywiście nie masz nic przeciwko, moja pani.
-Ależ Otto, kogo ty chcesz oszukać? Mnie czy samego siebie? -Brwi czarnowłosej szlachcianki nieco uniosły się do góry a twarz okrasił ciepły, łagodny usmiech. -Przecież o zmroku zamykają bramy. Więc albo zostaniesz w mieście do rana albo zostaniesz z nami do rana. -Łagodnie mu przypomniała o tej codziennej, miejskiej rutynie. -Byłoby miło gdybyś do nas dołączył. Oddie wczoraj była zachwycona tym wieczorem z tobą, Laurą, czerwiem i zasiewaniem. Bardzo jej się to spodobało. Nawet się zastanawiałam czy dziś wieczór byś nie mógł przynieść tych czerwi i jaj jeszcze raz skoro tak jej to przypadło do gustu. A sam wiesz jak, że to nie jest jakaś podrzędna aktoreczka i dobrze jest zabiegać o jej względy. Już pomijam, że to przecież całkiem przyjemne a to bardzo ponętna kobieta jest. No i dziś ty pomożesz nam, może jutro my pomożemy tobie. Czy potrzebujesz jakiejś pomocy z tym piknikiem? Nie słyszałam o nim wcześniej. To jakaś nowa inicjatywa? -Bretonka starała się przekonać jednookiego aby się nie obwiniał i dziś wieczorem jednak dołączył do hulanek z Gnakiem i jego ungorami. Nawet była gotowa pomóc jakoś w planach mnicha co do wspólnego pikniku dla pogodzenia różnych frakcji chociaż na razie niewiele jej zdradził szczegółów na ten temat.
-A z Anniką możesz zostać oczywiście. Na razie jak widzisz zasnęła. Wreszcie. Ale możesz zostać teraz albo przyjść później. Jeśli chcesz mogę ją zabrać wieczorem do kamieni. Wtedy sobie porozmawiacie. I tak o tym myślałam. Marissa jest chętna nam towarzyszyć, Anniki nie byłam pewna czy by ją to interesowało. Na a po dzisiejszym poranku myślałam, że lepiej aby trochę odpoczęła. No i zwykle po takim ataku jest parę dni spokoju zanim ma następny więc liczę, że dziś wieczorem nie będzie miała kolejnego. -milady von Mannlieb zaproponowała także kilka rozwiązań jak mnich mógłby spotkać się dziś z jej narwaną służącą.
-Jeżeli nie będę musiał wybierać między wami a Anniką… to oczywiście się udam. Chociaż będę musiał przeprosić Gnaka, że tym razem nie zadowolę któregoś z jego stada. -mnich się uśmiechnął -Piknik to moja inicjatywa. Chłopaki od Krwawego czują się… zagrożeni waszym sukcesem, szczególnie, że nie mogą się w pełni oddać czczeniu swego patrona. Mam plan zabrać ich na polowanie, na niedźwiedzia, muszą pokazać swoją siłę. Chciałem was zabrać abyście im wiwatowały, no i po takim zwycięstwie, pewnie by chcieli świętować.
-Oni się czują zagrożeni? Przez nas? Przecież my jesteśmy słabe kobiety a każdy z nich to mocarz co mógłby każdą z nas złamać w pół. -Brwi Bretonki skoczyły do góry z zaskoczenia takimi rewelacjami. Fizycznie oczywiście miała rację. Mało która z kultystek Sorii była sprawną wojowniczką jaka mogłaby stanąć w szranki z Silnym czy Egonem. -No ale dobrze, jeśli jakoś mogę ci pomóc to spróbuję. Chociaż no rozumiesz, że mnie, jako szlachciance i małżonce niezbyt wypada się włóczyć po lasach. Może jakbym była jak Froya ale nie jestem. No ale mogę wam Marissę podesłać do pomocy. -Wskazała na stojącą obok pokojówkę a ta pokiwała głową na znak zgody. -Ja bardzo chętnie bym się wdzięczyła w lesie do waszych chłopców no ale musiałabym mieć jakiś rozsądny pretekst aby tam akurat tego dnia pojechać w las. -Podpowiedziała mu jak można by to zrobić chociaż sama na razie nie miała dokładnego pomysłu na taką zasłonę dymną. Natomiast zwykle była chętna na wszystko co było związane z hedonizmem i rozkoszami więc i pokładanie się z mężami niskiego stanu nie było jej niemiłe.
-A jak chcesz polowanie na niedźwiedzia to słyszałam, że Mroczny Zagajnik jest dobry. Ja tam nie byłam ale rozmawiałam z zacnymi kawalerami no i Froyą, to o nim mówili. -Podpowiedziała mu kolejny pomysł. Chociaż sama nazwa obiła się mnichowi to też tam nigdy nie był i nie miał pojęcia gdzie tego szukać. -A jak tak chcesz pobyć z Anniką to mogę ją dziś zabrać na spotkanie. Przecież nie musi się z nikim pokładać jeśli nie będzie chciała. Może zostać na wozie i popatrzeć. Pirora pewnie znów tak zrobi to by były przynajmniej we dwie. -Zgodziła się też wziąć ze sobą śpiącą obecnie służącą jeśli takie życzenie miałby kolega z kultu.
-Oh jestem pewny, że odpowiadałoby ci być zgiętą w pół przez Silnego. -uśmiechnął się mnich -Mroczny Zagajnik? Pogadam z przewodnikiem o tym. -Otto się zastanowił chwilę czy zostało mu jeszcze coś do ustalenia -Jeżeli mogłabyś ją zabrać, byłbym wdzięczny. Pora pomóc jej odnaleźć ten kamień, a do tego trzeba będzie przynajmniej porozmawiać dokładniej o jej śnie.
-No dobrze, to zabiorę je obie. -Bretonka uśmiechnęła się wskazując wzrokiem i na śpiącą Annikę i na stojącą przy drzwiach Marissę. Po czym ciesząc się, że mają tą sprawę załatwioną za porozumieniem stron uśmiechnęła się szerzej. -Silny to ten łysy mięśniak? -Uniosła brwi w pytającym grymasie ale widocznie była na tyle długo w zbratana ze zborem Starszego, że nie tylko koleżanki kojarzyła. -Pirora mi opowiadała, że raz miała z nim przyjemność. Podobno jest bardzo żywiołowy choć mało finezyjny. I wygląda mi na krzepkiego. -Odpowiedziała z wesołym uśmieszkiem jakby nie widziała nic zdrożnego w pokładaniu się z przedstawicielami plebsu. -I wiesz co mi wczoraj Hubert powiedział? -Nagle jakby przypomniała sobie o czymś co wydało jej się ciekawe. -Powiedział, że Egon lubi uległe kobiety. -Mówiła to jakby uważała to za zaletę gladiatora. -To jakby być tak zgiętą w pół pod nimi oboma… -Rozmarzyła się nad taka wizją. Wzięła głębszy oddech gdy się z niej otrząsnęła i pieszczotliwie przesunęła palcem po habicie na piersi mnicha. -No ale jakbyś do nas dołączył to byłoby mi bardzo przyjemnie. -Uniosła na niego zalotne spojrzenie spod swoich umalowanych żęs. -Zresztą jakbyś do mnie dołączył w każdym momencie to byłoby mi bardzo przyjemnie. -Jej palec przeszedł do góry aż pogłaskała dłonią po policzku jednookiego. -Ale jeśli dziś będziesz przy kameniach to mam nadzieję, że poświęcisz mi choć chwilę uwagi. Ja będę znów przywiązana do kamienia ofiarnego tylko Łasica mi obiecała małą niespodziankę. Ciekawe co wymyśliła. Ale pewnie nie będę tam cały czas. Tak jak ostatnio. To mam nadzieję, że się tam spotkamy. -Brzmiało jak zaproszenie na bal od szlachcianki dla szlachcica. Chociaż chodziło o bezpardonową orgię z istotami jakie większość obywateli Imperium uznałoby za plugawe.
-Nie wiem czy Gnak i jego sfora mnie dopuszczą, jeżeli jednak zdołam ich odgonić od ciebie to bardzo chętnie. -mnich się uśmiechnął się i ucałował dłoń kobiety następnie delikatnie oblizując jej palce -Ze wszystkich naszych piękności, jesteś najbardziej kusząca.
-Oj proszę cię Otto, nie mów tego przy naszej lady Sorii. Ona jest taka wspaniała i cudowna. -Szlachcianka zaśmiała się cicho i z wdziękiem. Pozwoliła mnichowi na tą małą pieszczotę jej dłoni. -Ale dziękuję ci Otto. Doceniam twój takt i komplement. -Rozpromieniła się na te czułe słówka. Po czym spojrzała w stronę drzwi na korytarz gdzie stała tak samo uśmiechnięta Marissa. -Eh… Odwdzięczyłabym ci się tu na miejscu. No ale niestety tu są cienkie ściany a służby mego męża pełno. -Westchnęła z pewnym rozżaleniem. I znów przeniosła spojrzenie na swojego gościa. -No ale jeśli dziś wieczorem przyjdziesz to myślę, że to nadrobimy. Tylko pamiętaj, że jeśli będę przywiązana do kamienia to raczej nie będe mogła cię szukać. -wydawała się być zadowolona na myśl, że spotkają się dziś wieczorem ale pozwoliła sobie na mały flirt.
-Ech… wczołgał bym się pod twoją suknię, aby móc zaznać twej przyjemności chociaż na chwilę. -przyznał mnich -Ale będzie na to czas. -uśmiechnął się -I przykro by mi było zostawić Marissę jako jedynie obserwującą.-Otto wykazał się większą jurnością i odwagą niż zwykle -Czy masz jakieś życzenia wobec mnie, moja pani? Zanim się rozstaniemy?
Milady zaśmiała się z wdzięczną elegancją jakiej można by się po niej spodziewać. Jednak patrzyła na mnicha życzliwie. Zastanawiała się chwilę nad jego pytaniami. Znów popatrzyła na drzwi jakby obliczała na co mogą sobie pozwolić bo widać było, że czarnowłosej chęci na figle nie brakuje. Po czym nachyliła się aby szepnąć mu do ucha. -Zabierz te czerwie na wieczór. Myślę, że Odette będzie bardzo nimi zachwycona. Spodobały jej się te “małe, śliskie ohydztwa”. -Nieźle sparodiowała styl mówienie śpiewaczki. -I przyznam, że też jestem ciekawa. Moje wciąż są w środku i właściwie to jeszcze żadnych nie widziałam. A wczoraj Oddie nieco mi opowiadała jak się podle zabawialiście zanim do nas przyszliście. -Wymruczała mu do ucha z tym swoim bretońskim akcentem. Po czym odsunęła się na przyzwoitą odległość. Ruszyła w stronę dzwi ale zamiast je otworzyć oparła się dłońmi wysoko o ścianę i prowokująco wypięła swoje tylne wdzięki. -Ale zanim wyjdziesz mogę cię prosić o pożegnanie w odpowiednim stylu? -Odwróciła do niego głowę aby przeszyć go kuszącym spojrzeniem. Marissa stała obok i obserwowała to z rozbawionym uśmiechem.
Mnich ochoczo podszedł do bretonki i odsunął jej spódnicę, jego dłoń wsuwając się między jej nogi.
-Oczywiście, moja pani. -rozpoczął wstępne pieszczoty swej kochanki -Byłoby bezpieczniej, pewnie bym przyłożył kilka klapsów w ten niegrzeczny kuperek. Tak się wystawiać do byle klechy… -zerknął na Marissę i przywołał ją do siebie skinieniem głowy.
-No na to liczyłam. Ale tak też jest ciekawie. -Szlachcianka nie opierała się. Pozwoliła działać swojemu kochankowi. Chociaż przygryzła palec jakby wolała mieć takie zabezpieczenie aby nie wywołać zbędnego hałasu. Pod czarną spódnicą miała drogą, jedwabną bieliznę, pończochy i pas do nich. Bardzo podobne jak te ze snu. Tylko teraz nie miała ciężarnego brzucha i wciąż zachowywała smukłą talię. Jej pokojówka zaś, zaciekawiona rozwojem sytuacji i jego gestem, chętnie podeszła do niego nie wiedząc jeszcze jaka będzie jej rola.
Mnich ucałował w usta swoją byłą pacjentkę.
-Słyszałaś swoją panią. Była niegrzeczna i oczekuje kary. -wziął dłoń służki i położył ją na pośladku szlachcianki -Powinnaś usłużyć jej chęcią. -mnich również wycofał odrobinę swoją dłoń przygotowując się, aby zadać Fabienne klapsa razem z Marissą.
Pokojówce twarz się rozjaśniła w psotnym uśmiechu gdy zorientowała się jakie zamiary ma jej były opiekun z hospicjum. Pokiwała głową na znak zgody i uniosła dłoń do uderzenia. Gdy dał znać oboje trzasnęli w każdy z jędrnych, bladych pośladków. Ich właścicielka sapnęła cicho ale dała radę zachować się w miarę cicho. Odwróciła do nich głowę na tyle ile mogła aby posłać im powłóczyste spojrzenie i uśmiech zachęcający do powtórki. Więc zrobili to jeszcze kilka raz a wrażliwa skóra błękitnokrwistej zaczerwieniła się od tych uderzeń. Ich milady odwróciła się do nich rozpromieniona, opuszczając na dół swoją długą, czarną spódnicę. Objęła za szyję ich oboje i przytuliła do siebie.
-Strasznie wam dziękuję moi drodzy. Mam nadzieję, że wieczorem pozwolicie mi na szansę aby się wam odwdzięczyć jak należy. -Nie odważyła się ich pocałować swoimi uszminkowanymi drogą pomadką ustami więc tylko otarła się policzkiem o policzek jak to często robiły między sobą damy z wyższych sfer gdy się witały albo żegnały. Dzięki czemu nie rozmazywały sobie makijażu i nie zostawiały kłopotliwych śladów.
Mnich objął bretonkę, trzymając ją blisko siebie przez kilka chwil, po czym wyszeptał jej do ucha.
-Zamordowałbym wszystkich mężczyzn w tym mieście, a twego męża po trzykroć, jeżeli mógłbym cię mieć tylko dla siebie… -słowa mnicha ociekały rządzą, ale też czymś jednocześnie słodkim i niebezpiecznym..
-To takie romantyczne Otto. -Też trzymała go blisko siebie co świadczyło o zażyłości jaka ich łączy. -Ale proszę cię nie rób tego. Bardzo bym się strasznie poczuła jakby coś ci się stało. Lepiej pomyślmy o miłości a nie śmierci. I spotkajmy się dzisiaj wieczorem przy kamieniach. -Szeptała namiętnie i prosząco. Jednocześnie zapraszała go na dziś wieczór jak i nie chciała aby ściągnął na siebie kłopoty, zwłaszcza z jej powodu.
-Zniosę stulecia bólu dla sekundy w twych ramionach. -mnich postanowił posłodzić trochę w uszko szlachcianki -Każdy moment bez twego dotyku, zapachu, ciepła jest jak szpila w mojej duszy. Twój mąż to głupiec, że nie zabiera cię ze sobą na statek. -spojrzał w oczy Fabienne -Nie wiem czy ja bym pozwoliłbym ci opuścić moją kajutę, czy dałbym cię całej załodze, aby wiedzieli jaki wielki skarb złapałem.
-Oh to takie romantyczne! -Bretonka wydawała się być jeszcze bardziej zachwycona takimi słodkimi opowieściami niż te przed chwilą. Wynagrodziła mnicha biorąc jego dłonie w swoje przez co przez chwilę wyglądali jak para kochanków z jakiegoś eposu rycerskiego jaka ma chwilę na wyznawanie sobie czułości. Von Mannlieb była jednak hedonistką i zachowała się inaczej niż idealne damy z takich romansów. Położyła sobie dłonie mnicha na swoim jędrnym dekolcie. Co prawda suknia zasłaniała większość z nich ale chociaż od góry była skóra, tak przyjemna w dotyku. Szlachcianka sama zacisnęła na nich jego dłonie jakby i jej to sprawiało przyjemność. -Oddałbyś mnie innym mężczyznom? Całej załodze? A wiesz, że tacy marynarze to nie są zbyt delikatni dla dam? -Wyglądało na to, że i ona zyskała ochoty aby się nieco podroczyć w tej słownej zabawie.
-Och, istota tak podła jak ty, pewnie złamałaby ich pierwsza. -odpowiedział jej wyzwaniu mnich -Po pierwszej nocy przejęłabyś kontrolę nad statkiem. A po miesiącu nazywaliby cię Ladaczniczą Admirał, która podbiła morza swym łonem.
Słysząc to Bretonka roześmiała się ze szczerego rozbawienia. Aż musiała przykryć usta dłonią aby nie być zbyt głośno. Marissa też się uśmiechała i czekała jaki będzie ciąg dalszy tej zabawy. -Myślisz, że zostałabym admirałem? A wiesz, że jeszcze w Brionne szkoliłam się na oficera nawigatora. Trochę jeszcze pamiętam z tego żeglowania. Ale podbijanie morza swoim łonem bardzo mi się podoba Otto. Tak samo jak bycie Admirałem Ladacznicą. Bardzo malownicza wizja. Chociaż myślę, że użyłabym nie tylko swojego łona. Ale nie czepiajmy się detali. Opowiadasz piękne historie Otto. I bardzo podniecające. Tak jak te o Norsmenach i zwierzoludziach u Pirory. Oddi też się bardzo spodobały. Jej takie zwykłe chędożenie to już nie bawi za bardzo. Ale takie przygody jakie miała u nas wczoraj i jakie szykują się dzisiaj to jest strasznie rozochocona. -Bretonka mówiła cicho ale wydawała się być w świetnym humorze. I podobała jej się ta sprośna wymiana zdań.
-Jestem jedynie sługą, a mym celem jest prowadzić was ku większym szczytom hedonizmu i deprawacji. -delikatnie przeniósł jedną swoją dłoń z dekoltu kobiety i delikatnie pogłaskał je policzek -Ale droga na nie, nie zaczyna się od tego. -delikatnie popukał skoń Fabienne -A od tego, wyobraźnia zaogni wasz głód, a on sprawi, że upodlicie się jak żadne inne.
-Świetnie powiedziane Otto. Jestem najnędzniejsza z nędznych i najpodlejsza z podłych. I dobrze mi z tym. Mam nadzieję, że dzisiaj uda mi się poćwiczyć tą wyobraźnię. No i, że mi pomożecie się odpowiednio upodlić. Dlatego tym razem nie zbieram tej starej krowy więc będę mogła zostać do końca zabawy. Bo i tak jutro wracam z dziewczętami “z pleneru” do miasta a w domku Rose będziemy tylko my. Chyba. Chyba, że w ostatniej chwili coś się zmieni. -Fabienne potraktowała słowa kochanka jak obietnicę i widać było, że postarała się aby razem z koleżankami mieć większe pole manewru na tą nocną orgię niż poprzednim razem.
-Jeżeli Gnak pozostawi cię w stanie zdolnym do chodzenia. -zauważył mnich -Mam wrażenie, że ma do ciebie słabość. I się mu nie dziwię, nawet taki dzikus potrafi docenić piękno.
-Odbieram to jako komplement, z jego i twojej strony. -Skłoniła mu się swoją starannie ufryzowaną głową i posłała mu ciepły uśmiech. -Ostatnio podobało mi się to wiązanie do kamienia. Ale dziś obiecałyśmy odstąpić to miejsce Oddi. Bo też chciała spróbować. Dlatego jestem ciekawa co dziewczyny wymyśliły z tym wiązaniem nas obu ale na pewno będzie to coś ciekawego jeśli Łasica bierze w tym udział. -Pogłaskała koniuszkami palców jego policzek i mówiła o wyuzdanej orgii planowanej na dzisiejszą noc jakby chodziło o jakiś bal dla śmietanki towarzyskiej miasta.
-Jestem pewny, że nasza łotrzyca ma w swojej główce takie scenariusze, o jakich nikt przy zdrowych zmysłach by nie pomyślał, a i tak nęcące. -mnich uśmiechnął się i nadstawił na dotyk kochanki -Lady Odette jest naprawdę fascynująca, kobieta, która zanurzyła się tak głęboko w szepty Węża bez pomocy jego sług. Saltzburg musi być wyjątkowym miastem.
-Oddie? -Brwi bretonskiej szlachcianki podskoczyły do góry gdy usłyszała wypowiedź kochanka. Po czym obdarzyła go czułym uśmiechem. -No nie wiem czy tak całkiem bez pomocy sług. Ona jest urodzoną hedonistką i od dawna korzysta z rozkoszy życia, łoża i ciała. Myślisz, że gdzie indziej nie bawiła się tak jak z nami w loszku Pirory? Albo wczoraj w teatrze? Ona ma takie atrakcje w każdym, większym mieście. A przecież daje koncerty od Kisleva, Praag, Erengardu aż po Marienburg i bretońskie porty. To co u nas u Pirory to raczej taki jej standard aby uznać jakieś miejsce za cywilizowane i kulturalne. Dlatego gdyby nie sny to pewnie nigdy by do takiej małej dziury jak nasza, nie przyjechała. Nawet ze zwierzoludźmi już miała przyjemność. Ale ledwo kilka razy i to były pojedyncze sztuki na uwięzi, w kontrolowanych warunkach. Teraz pierwszy raz będzie miała do czynienia z prawdziwym stadem na wolności, dlatego jest taka podekscytowana. No i z tymi czerwiami. To też dla niej coś nowego. I to jej zaimponowało. Jak ona tylu rzeczy próbowała to nie jest łatwo ją czymś zaskoczyć. Więc te przygody ze zwierzoludźmi, czerwiami czy to co opowiadałeś o tych Norsmenach i zwierzoludziach no to to byłoby dopiero warte wspomnień i tęsknoty. Bo ja nie sądzę aby ona u nas została na stałe. Jak się zabawi albo jakiś kontrakt ją wezwie to wyjedzie aby znów występować w teatrach i operach. Ale póki jest, mamy możliwość aby zdobyć jej przychylność i atencję. -Fabienne pozwoliła sobie na dłuższa wypowiedź o swojej miodowłosej koleżance. A wydawało się, że śpiewaczka ceniła sobie towarzystwo bretońskiej milady i traktowała ją jak najlepszą koleżankę jaką poznała tutaj.
-Kto wie, może zamieszanie które wywołamy kiedy dokończymy naszego dzieła tu, może przyzwie ją z powrotem. -mnich się uśmiechnął -Zabrałem chyba dostatecznie dużo czasu, droga pani. Widzimy się dziś wieczorem.
Opuszczając rezydencję von Mannlieb, mnich cieszył się, że jego instynkt go nie zawiódł.
Ruszył teraz w kierunku Kniei, czekał go wypad poza miasto.
Mnich miał do przejścia kawałek miasta aby dotrzeć do sklepu dla myśliwych. Poranek zdążył już przejść w przedpołudnie. Na mieście panował zwyczajny ruch. Jak zwykle mijał puste i zaniedbane kamienice, sąsiadujące z tymi zamieszkałymi, gdzie często na parterze był jakiś sklep, warsztat albo karczma. Gdy dotarł do “Kniei” to zapowiedział go dzwonek o jaki uderzyły otwierane drzwi. Za ladą wzrok na niego podniósł Gerhard. Pogładził swoje finezyjne wąsy i bujne bokobrody widząc kto przyszedł.
-Pochwalony ojcze. -Skinął głową widząc postać w habicie. Często tak zwracano się do mnichów i kapłanów. -Trochę późno się zrobiło. Ale jak nie zmieniłeś ojcze zdania to mój człowiek jest gotowy. Tylko musisz mu powiedzieć na co byś chciał polować. Bo to zwierzyna różna i w różnych miejscach można ją znaleźć. -Poinformował mnicha gdy ten przechodził przez sklep do jego lady. Wewnątrz był jeszcze jakiś mężczyzna. Oglądał cienkie linki. Gdy Otto wszedł to ten spojrzał ku niemu i też lekko skinął mu głową, widząc duchownego.
Mnich westchnął.
-Młodzi mówią, że niedźwiedzia chcą. Pewnie gadanina, ale nie chcę im stawać na drodze. Słyszałem, że Mroczny Zagajnik to dobre miejsce na coś takiego.
-Na niedźwiedzie? No tak, na niedźwiedzie to dobre miejsce. Egbert cię zaprowadzi ojcze gdzie to jest. -Bokobrody pokiwał głową gdy chwilę trawił w głowie usłyszaną nazwę. Po czym wstał ze swojego stołka i wyszedł na zaplecze. Nie było go chwilę po czym wrócił z drugim mężczyzną. Ten był ubrany w brązowy kubrak i wyglądał na obwiesia jakiego lepiej nie spotkać samemu po zmroku w ciemnym zaułku. Skinął głową mnichowi i słuchał co szef ma mu do powiedzenia. A ten właśnie mu tłumaczył, o Mrocznym Zagajniku.
-No to jak mamy iść to chodźmy ojczulku. Bo to wcale nie tak blisko. Ale jak nie będziemy się grzebać to powinniśmy wrócić przed zmrokiem. Jak nie to mi opłacisz nocleg w Bramnej. -Egbert podchodził do tej wyprawy czysto zawodowo.
-To będzie 5 monet dla mnie i 5 monet dla Egberta. Jak nie zdążycie wrócić przed zmrokiem no to niestety bramy będą zamknięte i wtedy będziesz musiał opłacić nocleg Egbertowi. -Jego szef też widział to podobnie.
Mnich położył monety na blacie lady i zerknął na Egberta.
-Ruszajmy więc. -uśmiechnął się do swojego przewodnika. Nie widziało mu się pozostawać z nim po drugie strony bramy, zważając co ma zaplanowane są wieczór.
-A ty ojczulku coś bierzesz? Bo tam w lesie to goblin, wilk czy kopytny to nie będzie zważał na twoją sukienkę. -Egbert pokazał mnichowi kącik gdzie stało parę włóczni. Sam zabrał ze sobą łuk i strzały oraz jedną, solidną włócznię. Mnich wziął jedną z włóczni.
-Wątpię abym był dobrym łucznikiem z jednym okiem.
Pożegnali się z Gerhardem i przy wtórze dzwonka uderzonego przez drzwi wyszli na ulice. Z początku towarzysz mnicha był milczący. Mijali kolejne narożniki, skrzyżowania, wozy z towarami i otwarte sklepy. Czasem musieli ustąpić przed jakimś powozem kogoś znaczniejszego albo konnymi. Tak było aż do południowej bramy. Gdy tylko przez nią przeszli spotkali grupkę obszarpańców. To byli sigmaryccy biczownicy. Niezbyt popularni w tej prowincji Imperium gdzie nad morską domeną panował Manann a nad leśną Tall. Bardziej popularni byli w sąsiednim Ostlandzie. Teraz z kilkunastu z nich wykrzykiwało hasła o wierności swojemu boskiemu patronowi i zalecali to przechodniom. Nie było wiadomo czy straże ich nie wpuściły do miasta czy sami woleli jeszcze do środka nie wchodzić.
-Oczyśćcie się grzesznicy! Oczyśćcie swoje plugawe miasto póki nie jest za późno! Póki młot gniewu Sigmara na was nie spadnie. Dość tego plugastwa i życia w grzechu! Otwórzcie swoje serca na dobrych bogów! -Wołał jeden z nich do przechodniów. Niektórzy przystawali aby posłuchać ale większość mijała ich podążając za swoimi sprawami. Egbert albo nie miał ochoty ich słuchać albo śpieszno mu było wykonać zadanie. Rozgadał się dopiero jak we dwóch znaleźli się na rozjeżdżonym kawałku błota zwanym traktem. A dookoła był tylko dziki las.

-Gerhard mówił, że chcesz do Mrocznego Zagajnika ojczulku. -Zagadnął go gdy szli już tylko we dwóch. -To dość daleko. Jeśli iść pieszo. I to pański las. A trochę ratuszowy. Szlachta tam poluje. Ale oni oczywiście jeżdżą tam konno. Jak ktoś ma pecha i tam go złapią bez żadnego z nich, to może beknąć za kłusownictwo. -Był z ćwierć głowy wyższy od Otto ale żylasty. Przez co wydawał się być długi i chudy jak patyk. -No ale to jak chcesz ojczulku, twoja głowa i twoje plecy, nie moje. Bo jeśli na niedźwiedzie to rzeczywiście tam jest dobre miejsce. Sama Froya van Hansen tam na nie poluje. -Mówił jakby chciał ostrzec mnicha czy wie na co się pisze. Faktycznie las tylko pozornie wydawał się dziki. Ale często dany fragment należał do kogoś. Tylko jak się w nim było to nie widać było żadnych granic ani tablic więc trudno było się w tym połapać bez takiego przewodnika z jakim jednooki właśnie szedł.
-Bo jeszcze po drodze jest dzikowisko. Dobre miejsce na dziki. Taki odyniec to też nie lada sztuka do upolowania. Pewnie, można i z łuku ustrzelić i z konia rohatyną skłuć. Ale prawdziwa sztuka to zasadzić się na niego jak pikinier na szarżującego rycerza. To jest prawdziwa odwaga. Słyszałem, że milady van Hansen tak na nie poluje. -Znał las na tyle, że potrafił zaproponować jakąś alternatywę. A Otto też znał obiegową opinię, że dorosłego odyńca to nie jest tak łatwo upolować i był uznawany za cenną zdobycz.
-A tam widzisz ojczulku tamto spalone drzewo? -Wskazał towarzyszowi gdzieś w dal. Ten się przekonał, że faktycznie widzi to drzewo. -Tam niegdyś grzeszne ladacznice spotykały się chędożyć z dzikami, wilkami, zwierzoludźmi i innym plugastwem. Ale Tall nie mógł znieść tej herezji i trzasnął ich wszystkich piorunem a resztę ziemię pochłonęła. Ale chodzą słuchy, że ci co mają nieczyste myśli i zamiary, zwłaszcza grzesznice, to nadal tam przychodzą. Źle się dzieje na świecie, źle. -Zdradził mu jaka historia jest związana z tym miejscem. Po paru krokach pociągnął temat nieco dalej. -Naprawdę źle ojczulku. Ostatnio goblinów i orków sporo w okolicy. Ale zwierzoludzi i tak więcej. Coraz bliżej traktów i miasta podchodzą. Mówię, władze albo szlachta powinni zrobić obławę i ich przetrzebić to by się uspokoiło. No ale nie bo żałoba po księżnej-matce. No niby tak ale ja prosty człek jestem, dla mnie to za dużo tego plugastwa. Jakby ich jakaś siła ciągnęła pod mury miasta. Coraz więcej, coraz ciaśniej je oplatają. -Pokręcił głową jakby ponuro patrzył w przyszłość miasta i spodziewał się kłopotów jakie spadną na nie wkrótce.
-O a tam jest strumyk i zatoka. Dziewki z pobliskiej wioski chodzą tam się pluskać i pranie robić. -W pewnym momencie uśmiechnął się wesoło gdy wskazał na pozornie zwykły kawałek lasu. Taki sam jaki mijali w tej chwili. Jeśli było tam jakieś jezioro czy strumień to w tej chwili dla Otto były one całkowicie niewidoczne. Nawet by o nich nie wiedział gdyby przewodnik mu o nich nie wspomniał.
-Ludzie dla których to robię uparli się na niedźwiedzia. Chcą pokazać jacy to silni i mężni. -mnich pokręcił głową -Podejrzewam, że jak tylko usłyszą pierwszy ryk to nogi im zmiękną, ale nie zabiorę do jakiejś pustej kniei. -Otto westchnął -Co do mutantów… ich nienawiść do cywilizacji jest mi dobrze znana. Dla nich nie ma różnicy, czy jesteś chłopem w ziemiance czy królem w zamku. Kto wie jakie plugawy myśli zsyłają na nich ich mroczne bóstwa… -jednooki się uśmiechnął -Pewnie i tak będę musiał ich zostawić po jakimś czasie. Młodzi, pełni wigoru i nie tylko, zabierają ze sobą kilka dziewczyn na "piknik w lesie". Wiadomo jak to się skończy.
-Ha! To jak jeszcze zabierają dziewoje na piknik w lesie no to tak, to wiadomo jak się skończy he he. Dobra ojczulku, zaprowadzę cię do Mrocznej Kniei. -Przewodnik zaśmiał się chrapliwie na myśl jak się zapowiada wypad grupy o jakiej mówił mnich. Wydawał się być tym szczerze rozbawiony. Ale skoro ten nie był zainteresowany niczym innym to zamilkł i większość drogi się już nie odzywał. Dość szybko zeszli z traktu w dziki las. Dla Otto słabo obeznanego z taką dziczą to trudno mu było połapać się gdzie właściwie idą. Każdy mijany kawałek lasu, wydawał się być podobny do tego jaki mijali przed chwilą. Jednak Egbert pokazywał mu a to jakiś pagórek, a to charakterystyczne drzewo czy kamień. Aż doszli do niewielkiej stróżki wodnej, szumnie nazywaną strumieniem. Idąc wzdłuż niej, dało się dojść do Mrocznej Kniei. Ta faktycznie okazała się mrocznym miejscem, zasługującym na tą nazwę. Przewodnik pokazał mu świeże zadrapania na drzewie. Były conajmniej jak szeroko rozcapierzone palce, solidnej, męskiej dłoni albo i szersze. Wedle przewodnika to właśnie były ślady pozostawione przez niedźwiedzia.
-To co? Zadowolony ojczulku? Wracamy czy chcesz jeszcze coś? -Zapytał patrząc na mnicha wyczekująco. Zanim tu doszli zrobiło się południe. A powrót, jeśli by zajął podobnie jak marsz tutaj, to jakieś trzy, cztery dzwony. Nic dziwnego, że szlachta przyjeżdżała tu na polowania konno.
-Jak najbardziej. Powinno wszystkich zadowolić. -wręczył mężczyźnie jeszcze jedną sztukę złota -Dziękuję za oprowadzenie. Wracajmy zanim zamkną bramy. -ruszyli z powrotem do miasta. Przed bramą mnich pożegnał się przewodnikiem, ale nie wrócił do miasta, zamiast tego zaczął zmierzać do kamieni gdzie Slaaneshytki zamierzają imprezować z Gnakiem i jego stadem.