Washington, D.C., Stany Zjednoczone Ameryki,
7 stycznia 1935 roku, godz. 12:03, 38°54′N, 77°02′W
Przez kilka chwil po serii pytań nikt się nie odzywał. Członkowie komisji patrzyli na zebranych ciężkim, oceniającym wzrokiem. Było widać, że część pytań przyjęli bez zastrzeżeń, inne jednak wyraźnie nie przypadły im do gustu albo dotykały kwestii, o których z różnych względów nie chcieli mówić zbyt otwarcie. Najbardziej ponury wyraz osiadł na twarzy pułkownika Hargrove’a. Wyglądał, jakby właśnie przełknął coś wyjątkowo niesmacznego. Mężczyźni wymienili między sobą kilka krótkich, porozumiewawczych spojrzeń, przewracając kolejne kartki i przesuwając dokumenty po blacie, jakby w milczeniu ustalali, co jeszcze mogą, a co powinni powiedzieć.
Caldwell przesunął ołówkiem po papierze z cichym, suchym szelestem, zostawiając kilka krótkich znaków na marginesie notatnika. Profesor Bell poprawił okulary i bezwiednie przysunął ku sobie fotografię odsłoniętej konstrukcji, najwyraźniej wracając myślami do jednego z zadanych pytań. Hargrove tymczasem sięgnął do kieszeni munduru po srebrną papierośnicę, nie odrywając chłodnego spojrzenia od profesor Benedict. Otworzył ją kciukiem, stuknął jednym z papierosów o metalowy brzeg i wsunął go między wargi. Zapałka zapłonęła krótkim, żółtawym światłem, na moment odznaczając ostre rysy jego twarzy w półmroku sali. Nad wszystkim trwało jednostajne tykanie zegara.
Whitmore odczekał jeszcze moment, po czym jako pierwszy przełamał ciężar ciszy, odnosząc się do pytań Jonathana.
– Tak. Dysponujemy informacjami późniejszymi niż ostatni telegram ekspedycji, choć nie powiedziałbym, żeby były szczególnie rozstrzygające. – Jego głos pozostał spokojny, choć mówił nieco ciszej niż wcześniej. – Wykorzystaliśmy pilotów wykonujących loty zaopatrzeniowe do Barrow, by przy okazji rozeznali się w sytuacji na miejscu. Ich działania miały uzupełnić raport tamtejszego U.S. Commissionera.
Na moment splótł dłonie na blacie.
– Po powrocie wspominali, że wśród części miejscowej ludności daje się zauważyć pewne... osobliwe zachowania. Narastającą nerwowość, niechęć do rozmów o ekspedycji, a także powtarzające się opowieści i przesądy, które mieszkańcy zdają się wzajemnie podsycać.
Hargrove skrzywił się lekko, jakby temat budził w nim jakiś rodzaj repulsji i pogardy. Najwyraźniej należał do ludzi, twardo stąpających po ziemi i miał własne, niepochlebne zdanie o ludziach krzewiących zabobony. W każdym razie on na chwilę przejął rozmowę.
– Mówiąc prościej, w małej, odizolowanej społeczności na końcu świata, gdzie przez większą część zimy niewiele się dzieje, katastrofa samolotu i odkrycie nieznanych ruin mogą być, delikatnie mówiąc, doskonałym podłożem dla niepokoju. – Zaciągnął się papierosem. – Na Boga, dopóki nie przeczytałem tych raportów, nie sądziłem, że ktokolwiek może mieć więcej przesądów niż marynarze. Proszę do tego dodać noc polarną, wielotygodniową izolację, a nietrudno o zbiorową nerwowość albo zwyczajną paranoję.
Wypuścił z ust cienką smugę dymu i przez chwilę przyglądał się żarowi papierosa. Potem przeniósł wzrok na Whitmore’a i oddał mu pole, choć w jego spojrzeniu było coś ostrzegawczego.
– Także... tak. – odchrząknął. – Sami państwo rozumieją, że podobne opowieści trudno traktować jako materiał do raportu. W relacjach przekazanych nam przez pilotów miejscowi wspominali o złym miejscu, niespokojnej ziemi, głosach niesionych przez zimowy wiatr i innych tego rodzaju relacjach. Jako przedstawiciele poważnych instytucji nie możemy opierać oficjalnych ustaleń na podobnych relacjach.
Zakończył Whitmore i przeniósł wzrok na kolegę, który wiedział więcej o członkach pierwszej ekspedycji, bowiem pozostała jeszcze ta kwestia poruszona przez Agenta Swansona. Caldwell odłożył ołówek i przesunął ku sobie teczkę z raportami. Przez chwilę wertował dokumenty, przesuwając opuszkiem po kolejnych stronach. W końcu zatrzymał się na jednej z nich, zwilżył palec i przewrócił kartkę.
– Jeśli chodzi o dwóch niedysponowanych członków zespołu... – zaczął, pochylając się nad maszynopisem. – Pierwszy przypadek opisano jako wyczerpanie połączone z powierzchownymi odmrożeniami i ogólnym osłabieniem. Nic, czego nie można by się spodziewać po pracy w takich warunkach, zwłaszcza przy niedostatecznym odpoczynku.
Przesunął wzrokiem niżej.
– Drugi członek ekspedycji miał gorączkę, dreszcze i okresowe zawroty głowy. W raporcie wspomniano też o problemach ze snem. Nie opisano jednak jego stanu jako krytycznego i nie wnioskowano o ewakuację medyczną.
Na moment uniósł wzrok znad papierów.
– Chodzi tutaj o technika Samuela Price’a oraz geolożkę Margaret Hale. To wszystko, co mamy w dokumentacji. Późniejsze meldunki nie wracają już do ich stanu zdrowia.
Nikt nie skomentował tej ostatniej uwagi. Hargrove strzepnął popiół do ciężkiej popielniczki stojącej przy rogu mapy. Bell, wciąż wpatrzony w fotografię konstrukcji, przesunął ją o kilka cali bliżej światła. Po chwili rozmowę przejął Caldwell, przechodząc do kwestii poruszonych przez Rodneya. Zanim jednak odpowiedział na wnioski mechanika, musiał najpierw odszukać właściwe informacje w dokumentach. Przesunął ku sobie jedną z teczek, odnalazł odpowiedni raport i przebiegł wzrokiem kilka pierwszych akapitów.
– Pańska ocena przynajmniej częściowo pokrywa się z tym, co zapisali ludzie, którzy jako pierwsi dotarli do samolotu. Maszyna była poważnie uszkodzona, ale nie w stopniu, który pozwalałby z góry zakładać śmierć wszystkich znajdujących się na pokładzie.
Przewrócił stronę.
– Zresztą, przy wraku nie znaleziono ani żywych pasażerów, ani ciał. Ani jednego.
Na chwilę przerwał, przetrawiając ten szczegół.
– Znaleziono natomiast ślady wskazujące, że pasażerowie opuścili samolot już po katastrofie. Początkowo zakładano więc, że ocaleni próbowali dotrzeć do Barrow albo znaleźć schronienie gdzieś w okolicy. Rozpoczęto poszukiwania i właśnie w ich trakcie natrafiono na wejście do zakopanej struktury. Samych zaginionych jednak nie odnaleziono.
Caldwell zamknął raport i pozostawił na nim dłoń.
– Przyczyna samej katastrofy również nie została jednoznacznie ustalona. Wraku nie przebadano w sposób, który pozwalałby sporządzić pełną ekspertyzę techniczną. W tamtym momencie priorytetem było odnalezienie ludzi, a kiedy kolejne poszukiwania nie przyniosły rezultatu, uwaga siłą rzeczy przesunęła się na odkrytą strukturę.
Przez moment spoglądał na zamkniętą teczkę, po czym wzruszył lekko ramionami.
– Nie jestem skłonny doszukiwać się w tej katastrofie czegoś niezwykłego. Maszyny używane w tamtejszych warunkach są narażone na mróz, oblodzenie, trudne lądowania i cały szereg usterek. Być może zawiodła technika, być może człowiek. Bez dokładnych oględzin wraku pozostaniemy przy przypuszczeniach.
Podniósł wzrok na Rodneya.
– Co do ludzi... chciałbym wierzyć, że znaleźli jakieś schronienie, ale po takim czasie trzeba patrzeć na sprawę realistycznie. Jeżeli nie dotarli do Barrow ani do żadnej z placówek w okolicy, śnieg już dawno zatarł wszelkie ich ślady. Bez nowych informacji obawiam się, że ich los może pozostać niewyjaśniony.
Po tym przyszła pora odpowiedzieć na pytania Alice. Kiedy przyszło do tego, Bell odsunął fotografię od lampy i zdjął okulary, przecierając szkła skrajem chusteczki. Nie wyglądał na urażonego jej uwagami. Przeciwnie, w jego twarzy pojawiło się coś na kształt zawodowego zainteresowania, jakby dopiero teraz rozmowa weszła na grunt, na którym rzeczywiście czuł się swobodnie.
– Ma pani rację co do jednego, profesor Benedict. Określenie „świątynia” jest na tym etapie zbyt daleko idące. – Założył okulary z powrotem i położył dwa palce na fotografii. – Zostało użyte w raporcie przez jednego z członków pierwszej grupy i, jak to często bywa, termin zaczął żyć własnym życiem. Nie odnaleziono żadnego przedmiotu, przynajmniej nie ma na razie wzmianki o tym w raportach, który moglibyśmy bez zastrzeżeń uznać za wyposażenie używane w obrzędach religijnych, podobnie jak nie dysponujemy inskrypcją ani przedstawieniem, które pozwalałoby określić przeznaczenie tego miejsca.
Przesunął fotografię nieco w stronę Alice.
– Mamy regularny układ przestrzeni, powtarzalność znaków i kilka elementów, które mogą sugerować, że przynajmniej część konstrukcji nie pełniła funkcji czysto użytkowej. To jednak nadal hipoteza. Być może mamy do czynienia z miejscem zgromadzeń, być może z budowlą o przeznaczeniu symbolicznym, a być może z czymś zupełnie innym. Nie widzę powodu, by przy obecnym stanie materiału bronić określenia użytego przez doktora Warrena jako ustalonego faktu. Jest doświadczonym archeologiem i możliwe, że miał ku temu przesłanki, których nie zdążył jeszcze zawrzeć w bardziej szczegółowym opracowaniu, ale o tym dowiecie się więcej na miejscu.
Hargrove skrzywił się i wypuścił z ust cienką smugę dymu.
– Fascynujące. Naprawdę istotne i ważkie dla naszej sprawy. Nie ma co. – rzucił sucho. – Kłócenie się o słówka. Typowe dla naukowców.
Przeniósł wzrok z Alice na fotografię konstrukcji.
– Na tę chwilę nie ma większego znaczenia, czy ktoś nazwał to świątynią, magazynem czy czymkolwiek innym. Ważne jest to, że nasi specjaliści nie potrafili dotąd przekonująco powiązać tej budowli z niczym, czego należałoby się spodziewać w tamtym rejonie.
Strzepnął popiół do popielniczki.
– Chcemy wiedzieć, co stało się z naszymi ludźmi i czy na Terytorium Alaski rzeczywiście odkryto coś, co, jak zapewniają mnie panowie po tej stronie stołu, może zmusić nas do poprawienia kilku linijek w podręcznikach historii.
Spojrzał na Alice twardo.
– Proszę więc nie marnować naszego czasu na spory o nazewnictwo.
Bell rzucił mu krótkie, niezadowolone spojrzenie, lecz nie podjął dyskusji. Whitmore natomiast przesunął dłonią po krawędzi stołu i przejął rozmowę.
– Co do mieszkańców Barrow, tutaj możemy odpowiedzieć pani znacznie konkretniej.
Otworzył teczkę i przez chwilę przeglądał spięte wewnątrz notatki.
– Informacje, które do nas dotarły, pochodzą przede wszystkim z raportów miejscowego U.S. Commissionera, Stanleya R. Morgana. To on pozostaje naszym najważniejszym oficjalnym kontaktem administracyjnym w Barrow i to przez jego ręce przeszła większość bardziej uporządkowanych informacji dotyczących nastrojów w osadzie.
Przesunął palcem wzdłuż jednej z kartek.
– Morgan rozmawiał z kilkoma mieszkańcami osobiście. W przypadkach, w których język mógł stanowić przeszkodę, korzystał z pomocy miejscowego tłumacza, Noaha Anguniaqa. Anguniaq jest Iñupiaq, pracuje przy miejscowej szkole i pomaga również przy misji prezbiteriańskiej. Zna zarówno angielski, jak i język miejscowych, a od lat pośredniczy w kontaktach pomiędzy nimi a ludźmi przybywającymi z zewnątrz.
Whitmore podniósł wzrok na Alice.
– Nie mamy powodów przypuszczać, żeby relacje zostały źle przetłumaczone. Problem leży raczej gdzie indziej.
Na moment zawiesił głos.
– Morgan zbierał informacje jako urzędnik, nie jako antropolog. Interesowało go przede wszystkim to, czy mieszkańcy widzieli członków ekspedycji, czy zauważyli coś w pobliżu stanowiska, czy ktoś próbował wrócić do Barrow i czy istnieje bezpośrednie zagrożenie dla ludzi znajdujących się w okolicy. To, co miało charakter wierzeniowy albo folklorystyczny, trafiało do raportów raczej w formie krótkich adnotacji.
Hargrove parsknął cicho.
– Czyli poświęcono temu i tak zbyt wiele uwagii.
Whitmore puścił uwagę mimo uszu i nawet na niego nie spojrzał.
– W każdym razie Morgan zanotował kilka powtarzających się motywów, na które sami zwróciliśmy uwagę. Niechęć do samego miejsca, powtarzające się ostrzeżenia przed zbliżaniem się do niego, a także szczególne znaczenie, jakie mieszkańcy przypisują silnemu wiatrowi i rzekomym odgłosom, które ma ze sobą nieść.
Whitmore pozwolił sobie na ledwie zauważalny uśmiech. Hargrove pokręcił głową.
– Czyli dokładnie to, o czym mówiłem. Miejscowe banialuki. Katastrofa, rozkopany lód i trochę gorszej pogody stały się pożywką dla kilku historii, które, powtarzane z ust do ust, szybko obrosły w kolejne szczegóły. W przesądnej społeczności niewiele trzeba, by zwykły niepokój przerodził się w zbiorową histerię.
Whitmore zamknął teczkę.
– Pułkownik przedstawia jedną z możliwych interpretacji. Pani, profesor Benedict, będzie mogła wyrobić sobie własną.
Przez chwilę spoglądał na nią ponad stołem.
– Morgan powinien nadal posiadać swoje notatki oraz wiedzieć, z kim dokładnie rozmawiał. Anguniaq z kolei będzie najwłaściwszą osobą, jeżeli zechce pani wrócić do tych relacji bezpośrednio, zwłaszcza tam, gdzie znaczenie wypowiedzi mogło zależeć od języka albo miejscowego kontekstu.
Hargrove uniósł lekko brew.
– Proszę jednak pamiętać, że miejscowe przesądy nie są dla nas istotne i nie należy wstrzymywać przez nie całej ekspedycji.
Whitmore westchnął cicho i odwrócił wzrok, choć przez krótką chwilę w jego spojrzeniu dało się dostrzec wyraźny błysk irytacji. Najwyraźniej nie wszystkie poglądy pułkownika były mu równie bliskie, lecz z jakiegoś powodu wolał nie okazywać tego otwarcie.
Po chwili ciszę przełamał Bell. Pozostały jeszcze pytania Milesa, a fotografie były materiałem, któremu sam poświęcił wcześniej sporo uwagi.
– Za większość dokumentacji fotograficznej odpowiadał Thomas Avery. Nie jest zawodowym fotoreporterem, ale ma doświadczenie w dokumentacji terenowej i właśnie dlatego powierzono mu ten obowiązek podczas pierwszej ekspedycji.
Wskazał palcem kilka odbitek rozłożonych na stole.
– Pierwsze zdjęcia wykonano jeszcze podczas rekonesansu po odnalezieniu wraku, przez kogoś innego, prawodpodobnie działającego z ramienia Commissionera Morgana. Późniejsze pochodzą już z właściwych prac przy stanowisku. Avery prowadził notatki do kolejnych ujęć, numerował materiał i pilnował, by dokumentacja powstawała na bieżąco.
Bell przesunął jedną z fotografii nieco bliżej Milesa.
– Nie wywoływano ich jednak przy samym stanowisku. Byłoby to zwyczajnie niepraktyczne. W Barrow przygotowano dla Avery’ego prowizoryczną ciemnię w jednym z pomieszczeń szkoły. Tam wywoływał negatywy i wykonywał robocze odbitki, które później dołączano do raportów. Z posiadanych przez nas informacji wynika, że pomiędzy stanowiskiem a Barrow najczęściej woził go Samuel Nageak, miejscowy musher.
Na moment zawahał się, jakby przypominając sobie układ materiałów.
– To, co widzą państwo tutaj, jest tylko wyborem. Do Waszyngtonu przesłano odbitki uznane za najważniejsze. Pełniejszy zestaw materiału, wraz z negatywami i notatkami Avery’ego, powinien nadal znajdować się w Barrow, w pomieszczeniu używanym przez ekspedycję. O ile oczywiście nikt od tamtej pory go nie przenosił.
Bell spojrzał na Milesa z cieniem zainteresowania.
– Jeżeli fotografia jest pańskim fachem, zapewne wyciągnie pan z tych materiałów więcej niż my tutaj.
Na sugestię Carsona dotyczącą możliwej wrogości miejscowych Hargrove zareagował znacznie mniej entuzjastycznie.
– Nie mamy żadnych dowodów na agresję mieszkańców wobec ekspedycji. – odpowiedział twardo. – Unikanie miejsca odkrycia to jedno. Groźby, sabotaż albo napaść to coś zupełnie innego. Niczego takiego nie odnotowano.
Przesunął wzrok po zebranych, a potem zatrzymał go na Milesie.
– Miejscowi mogą uważać stanowisko za przeklęte, nawiedzone czy jakkolwiek zechcą to nazwać. Dopóki ograniczają się do trzymania od niego z daleka, nie traktujemy ich jako zagrożenia.
Kiedy Miles wspomniał o możliwości, że ostatnia depesza mogła pochodzić od innego człowieka, Hargrove przez chwilę przyglądał się leżącemu na stole telegramowi.
– Tu musimy rozdzielić dwie rzeczy. Wiemy, kto technicznie przekazał wiadomość dalej. Obsługą łączności w Barrow zajmuje się kapral Walter J. Briggs z Army Signal Corps i to przez tamtejszą stację przechodziły wcześniejsze meldunki ekspedycji.
Wskazał końcem papierosa na depeszę.
– Nie oznacza to jednak, że Briggs znał autora każdego komunikatu. Jego zadaniem było przyjąć wiadomość przekazaną przez ekspedycję i nadać ją dalej, zachowując jej treść możliwie dokładnie. Często bywało, że przywoził mu ją musher, a nie członek ekipy ekspedycyjnej.
Zmrużył lekko oczy.
– Na miejscu będziecie mogli z nim porozmawiać. Powinien mieć dziennik stacji, godziny odbioru i nadania oraz informacje o tym, w jaki sposób poszczególne komunikaty do niego docierały. Jeżeli zaistniały jakieś dziwne okoliczności związane z wysłaniem ostatniego telegramu, Briggs będzie najlepszym człowiekiem, żeby go podpytać.
Strzepnął popiół do popielniczki i spojrzał po czwórce ekspertów.
– Poleci z państwem również nasz człowiek, choć nie będzie aktywnie uczestniczył w państwa śledztwie. Jeżeli na miejscu czegoś zabraknie albo napotkają państwo opór ze strony administracji czy personelu wojskowego, będzie można załatwić to przez niego.
Hargrove odsunął pustą szklankę.
– Porucznik Charles M. Reed, Army Signal Corps. Odpowiada za dokumenty, sprzęt, sprawy organizacyjne oraz kontakt z miejscową stacją. Dopilnuje, żeby po przybyciu do Barrow mieli państwo dostęp do ludzi i materiałów, do których dostęp mieć powinni.
Zawiesił głos.
– Nie jest przewodnikiem ani śledczym. Nie będzie państwu zaglądał przez ramię. Jego zadaniem jest usuwać przeszkody, nie podejmować za państwa decyzje. Właściwie to będzie odpowiadał oficjalnie przed Agentem Swansonem.
Whitmore skinął głową.
– Proszę zdać się na niego. To zaradny człowiek. Jeśli potrzebny będzie dodatkowy transport, dostęp do dokumentów albo formalne potwierdzenie państwa uprawnień, załatwi to.
[image: F8pDZYQ.png]
Caldwell zebrał leżące przed sobą dokumenty, po czym sięgnął pod stół po grubą, szarą teczkę spiętą parcianym paskiem. Położył ją na blacie i przesunął w stronę zebranych. Na okładce, poniżej kilku urzędowych pieczęci, widniał maszynopis:
AKTA EKSPEDYCJI BARROW
1934–1935
– To pozostanie z państwem przez cały czas trwania wyprawy – powiedział. – W środku znajdują się kopie dokumentów, które będą państwu potrzebne na miejscu: upoważnienia, lista członków pierwszej ekspedycji, dotychczasowa korespondencja, fotografie, skrócone raporty, dane kontaktowe oraz podstawowe informacje dotyczące transportu i zaopatrzenia.
Oparł dłoń na okładce.
– Proszę jednak traktować tę teczkę nie tylko jako zbiór materiałów. Od momentu wyjazdu staje się ona również bieżącą dokumentacją państwa działań. Raporty, nowe zeznania, kopie depesz, fotografie, notatki terenowe i wszystko, co uznają państwo za istotne, powinno trafiać właśnie tutaj.
Przesunął teczkę jeszcze kilka cali w ich stronę.
– Po zakończeniu sprawy wróci do Waszyngtonu razem z państwem.
Hargrove zerknął na nią znad dogasającego papierosa.
– Najlepiej w stanie grubszym niż obecnie.
[image: xawINvX.png]
Washington, D.C. → Fairbanks, Terytorium Alaski
8–13 stycznia 1935 roku, 38°54′N, 77°02′W → 64°50′N, 147°43′W
Waszyngton opuścili następnego ranka. Początkowo nic w tej podróży nie zapowiadało jeszcze owego osobliwego poczucia oddalenia, które miało z czasem ogarnąć ich wszystkich, choć zapewne żadne z nich nie potrafiłoby później wskazać chwili, w której zwyczajna podróż poczęła przeobrażać się w coś przypominającego powolne wycofywanie się poza granice uporządkowanego świata. Za pociągowymi szybami przesuwały się miasta i miasteczka, ceglane dworce, farmy skute zimowym chłodem, fabryczne kominy oraz szosy, które z wysokości niewielkich wzniesień można było śledzić aż po horyzont. Wszędzie widoczny był jeszcze ów znajomy ślad ludzkiego panowania. Linie telegraficzne biegnące wzdłuż torów, ogrodzenia przecinające pola, światła rozrzucone pomiędzy nagimi drzewami oraz dym unoszący się nad dachami, niskich domostw. Nawet śnieg, gdziekolwiek zalegał, wydawał się tutaj w pewien sposób ujarzmiony. Zalegał przy drogach i gospodarstwach, choć miejscowi poczciwcy próbowali na wszelaki sposób walczyć z wkradającą się wszermiar bielą. Z każdym dniem jednak znaki ludzkiej ingerencji zdawały się coraz mniej widoczne.
Nie dało się wyraźnie określić niczego, co mogłoby być okrzyknięte mianem ostatniej grnaicy. Nie było ostatniego miasta ani ostatniej drogi, za którą zaczynała się pustka. Cywilizacja rozpadała się stopniowo, jak światło gasnące o zmierzchu. Najpierw wielkie dworce ustępowały mniejszym, te zaś pojedynczym peronom otoczonym zimowym bezruchem. Miasta kurczyły się do osad, osady do kilku zabudowań, aż w końcu nawet one stawały się czymś dostrzeganym jedynie przelotnie. Tory, które przez znaczną część kontynentu zdawały się wieść zawsze ku jakiemuś następnym skupisku ludzkiego życia, zostały w końcu za nimi, a dalsza droga prowadziła już głównie przez powietrze, które na ogół pochłaniała mlecznobiała mgła.
Wszelkie rozkłady jazdy i godziny odlotów, tak precyzyjnie i z taką ufnością zapisane jeszcze na papierach sporządzonych w Waszyngtonie, traciły stopniowo swą pozorną władzę w miarę, jak podróż posuwała się na północny zachód. Niemal każdy kolejny etap przynosił nowe opóźnienie. Zmieniali maszyny, oczekiwali na poprawę pogody, przesiadywali po kilka godzin w drewnianych poczekalniach i przygodnych kwaterach, których nazw jeszcze kilka dni wcześniej żadne z nich nie miałoby powodu znać. Terminy przesuwano z powodów, które z perspektywy mieszkańca Wschodniego Wybrzeża mogły wydawać się niemal błahostkami. Silniejszy wiatr, zbyt niski pułap chmur, oblodzenie pasa, brak świeżych danych ze stacji meteorologicznej. Lecz tutaj podobne drobiazgi decydowały o wszystkim.
Podróżowali lekko. Każdy z członków ekspedycji miał przy sobie tylko prywatny bagaż, odzież wystarczającą na pierwsze dni, najbardziej potrzebne narzędzia oraz rzeczy, których z oczywistych względów nie chciano powierzać osobnemu transportowi. Właściwe wyposażenie wyprawy podróżowało osobno. Skrzynie z żywnością, paliwem, namiotami, zapasową odzieżą, narzędziami, instrumentami pomiarowymi, materiałami fotograficznymi, miały dotrzeć do Barrow innym transportem, który wyruszł przed nimi. Porucznik Reed wyjaśnił tę decyzję jeszcze przed wyjazdem ze stolicy z właściwą sobie rzeczowością. Na północnych trasach każdy dodatkowy funt miał znaczenie. Maszyny, którymi mieli podróżować w ostatnich etapach, nie pozwalały na luksusy. Później, kiedy pod skrzydłami zaczęły rozciągać się obszary pozbawione dróg i osiedli, myśl o tych skrzyniach zdążających osobnymi szlakami ku temu samemu odległemu punktowi, nabierała sensu.
Zmiana krajobrazu dokonywała się powoli, niemal niedostrzegalnie, a jednak z każdym kolejnym etapem podróży zmian tych nie dało się już ignorować. Po pewnym czasie pod nimi nie było już niczego noszącego ślady ludzkiej ingerencji. Zniknęły drogi, zabudowania, pola i tory. Pozostały jedynie rozległe, ciemne masy lasów, zamarznięte rzeki przecinające ziemię bladymi, nieregularnymi liniami oraz coraz szersze połacie śniegu, pozbawione jakiegokolwiek punktu, względem którego można byłoby oszacować odległość. Z wysokości przestrzeń traciła miarę. Dopiero widząc coś podobego człowiek mógł z niepokojącą jasnością pojąć, jak bardzo jego wyobrażenie o rozmiarze świata zależało od urbanistycznej geometrii miast. Równe odcinki ulic, domów i okalających ich płotów, organizowały przestrzeń podług ludzkiego umiłowania porządku. Tutaj nie było niczego podobnego. Nie istniała żadna miara prócz samej ziemi, a wobec niej wszystko, co ludzkie, wydawało się nagle niepokojąco małe.
[image: DA5zrdI.png]
Do Fairbanks dotarli po południu trzynastego stycznia. Przy lądowisku ciągnęły się hangary, magazyny i proste zabudowania gospodarcze, pomiędzy którymi krzątali się ludzie okutani w ciężkie kurtki. Przy jednej z ceglanych ścian ustawiono beczki z paliwem w równych, ciasnych rzędach. Piętrzyły się jedna na drugiej. Gdzieś dalej pracował silnik, którego głuchy pomruk niósł się po zamarzniętym placu. Po dniach spędzonych w drodze przez mniejsze lub większe pustkowia widok ten przyniósł niejaką ulgę. Nie dlatego, że Fairbanks mogło uchodzić za miejsce wygodne czy przyjazne. Przeciwnie, wszystko tutaj było przygaszone i niepomiernie surowe. Niemniej byli tu ludzie. Było to ostatnie miejsce, nieco bardziej ujażmione przez człowieka. Dalej leżało już tylko Barrow. Niegościne pustkowie należące do naprawdę wytrwałych i szukających zapomnienia. Samo brzmienie tej nazwy, tak często powtarzanej podczas odprawy w Waszyngtonie, nabierało teraz innej wagi. Na mapie był to jedynie punkt na krańcu kontynentu, kilka liter umieszczonych przy brzegu oceanu. Chyba nikt do końca nie rozumiał z czym wiąże się ta podróż. Aż do teraz.
Ostatni etap zaplanowano na następny poranek. Czternastego stycznia, zanim Fairbanks zdołało na dobre obudzić się do życia, czwórka członków ekspedycji wraz z porucznikiem Reedem ponownie znalazła się na lotnisku. Mróz przemienił wczorajszy śnieg w twardą i skrzypiącą skorupę. Ich oddechy natychmiast po opuszczeniu ust, zamieniały się w blade obłoki, które szybko porywał wiatr. Niewielka maszyna oczekująca przy pasie nie robiła wrażenia pojazdu zdolnego do przeciwstawienia się ogromowi ziemi rozciągającej się na północ. W jej wnętrzu znalazło się tylko to, co uznano za niezbędne. Nie czekało ich już żadne większe miasto. Było tylko kilkaset mil zimowej Alaski, a gdzieś u jej kresu leżała niewielka osada przy brzegu Oceanu Arktycznego, pogrążona w osobliwej północnej ciemności.
[image: xawINvX.png]
Nad doliną rzeki Colville, Terytorium Alaski
14 stycznia 1935 roku, około godz. 11:47, 69°10′N, 151°00′W
Wnętrze maszyny, do której przyszło im wsiąść na ostatnim etapie drogi ku północy, nie posiadało niczego z owego umiarkowanego komfortu i pozornej elegancji, do jakiego współczesny człowiek przywykł w podróży. Wszystko tutaj wydawało się podporządkowane surowej konieczności i rachunkowi ciężaru. Kabina była ciasna, niska i niemal ascetycznie prosta. Twarde, wąskie fotele ustawiono blisko siebie, metalowe wsporniki i okucia pozostawały lodowato chłodne pomimo pracującego ogrzewania, a niewielkie okna drżały nieustannie, jak gdyby sama konstrukcja maszyny z wysiłkiem znosiła nieprzerwany napór powietrza. Hałas silnika był przy tym tak wszechobecny, iż po krótkim czasie stawał się niemal jedynym doznaniem pasażera takiej maszyny. Głuchy, jednostajny łoskot przenikał przez kadłub, siedzenia i podłogę, aż można go było czuć w zębach i żebrach, a każda próba rozmowy wymagała podniesionego głosu i kończyła się często na kilku urwanych słowach pochłoniętych przez mechaniczny warkot. Na obrzeżach szyb zbierał się szron, z początku cienki i niemal przezroczysty, później gęstszy, rozrastający się ku środkowi w nieregularnych wzorach przypominających osobliwe, geometryczne arabeski, których przypadkowość nie przeszkadzała umysłowi doszukiwać się w nich jakiegoś bezcelowego, a jednak upartego porządku. Pod nogami i za oparciami spoczywały podręczne torby, zwinięte płaszcze, termosy oraz kilka niewielkich pakunków, które pasażerowie zdecydowali się zabrać ze sobą. Porucznik Reed trzymał przy sobie dokumenty i przez dłuższy czas usiłował je przeglądać, acz w końcu dał za wygraną, powierzając swoje skupienie przewijającej się za oknem przestrzeni. Początkowo można było jeszcze odnaleźć w niej znajome punkty odniesienia, lecz te znikały jeszcze szybciej niż na wcześniejszych etapach ich podróży. Ostatecznie byli już na dalekiej północy.
Dopiero po pewnym czasie można było w pełni pojąć osobliwość tej szerokości geograficznej, na której noc nie tyle zapadała, ile zdawała się trwać bez końca. Niebo nie było wprawdzie zupełnie czarne. Patrząc w stronę południa można było dostrzec utrzymującą się miejscami przygaszoną, granatowoszarą poświatę. Nikłą i odległą, jak gdyby dzień istniał jeszcze gdzieś poza granicą widzialnego świata, lecz nie potrafił już sięgnąć dalej na północ. Tarcza słońca nie wynurzała się ponad horyzont. Tylko jego łuna trwała zawieszona nad horyztonem sącząc osobliwą półciemność, silną na tyle, by odróżnić ziemię od nieba, a zarazem zbyt słabą, by wyłonić z mroku ich zwykłe kształty i proporcje.
Właśnie w owej niepewnej godzinie pogoda poczęła się zmieniać, choć zrazu nic nie zapowiadało gwałtowniejszego załamania. Pilot kilkakrotnie pochylał się nad przyrządami, zatrzymując na nich wzrok nieco dłużej niż przedtem, i dokonywał drobnych korekt kursu tak płynnie, że większość pasażerów ledwie mogła je odczuć. Mimo tych ostrożnych zabiegów na krawędziach przeszklonych wzierników, gdzie dotąd osiadał jedynie delikatny szron, zaczęła narastać twardsza, mleczna warstwa lodu, a cały kadłub od czasu do czasu przechodził lekkim drżeniem, wyraźnie odmiennym od jednostajnych wibracji silnika. Za oknami tymczasem obraz świata z wolna stawał się coraz mniej czytelny. Początkowo śnieg ukazywał się jedynie w pojedynczych, wąskich smugach. Z każdą minutą gęstniał jednak, aż rozproszone pasma zaczęły zlewać się w jedną niespokojną masę, która nie tyle opadała z nieba, ile szczelnie oplatała samolot. W krótkich prześwitach pomiędzy kolejnymi falami bieli można było jeszcze dostrzec ciemniejszy zarys ziemi, lecz i ten wkrótce rozpłynął się zupełnie, pochłonięty przez wirujący śnieg. W miarę jak pogoda pogarszała się wokół nich, maszyna poczęła coraz wyraźniej poddawać się prądom powietrza. Nie były to jeszcze owe gwałtowne turbulencje, po których człowiek instynktownie chwyta się najbliższego oparcia, lecz raczej uporczywe, nieregularne szarpnięcia, wskutek których kadłub raz po raz na chwilę odchylał się od kursu, by niemal natychmiast powrócić nań pod spokojną ręką pilota. Luźniejsze bagaże przesuwały się po podłodze, pasy napinały się na krótką chwilę, a gdzieś w cienkim poszyciu metal odpowiadał na napór wichru głuchym trzeszczeniem.
Warunki jednak wciąż się pogarszały. Śnieg zgęstniał do tego stopnia, iż wzrok bezwiednie tracił zdolność odróżniania tego, co znajdowało się blisko, od tego, co mogło leżeć setki jardów dalej. Co pewien czas w tej rozszalałej bieli otwierała się na mgnienie oka ciemniejsza przestrzeń, lecz znikała, nim można było nadać jej jakikolwiek kształt. I właśnie wtedy coś nagle rozbłysło, podświetlając połać śniegu jak białą skórę nocy. Nie poprzedził tego żaden grzmot ani nawet głuche pomrukiwanie odległego wyładowania, które mogłoby przygotować zmysły na to, co miało nastąpić. Co bardziej osobliwe, blask nie pojawił się również w żadnym określonym miejscu. Nie przeciął horyzontu ani nie spłynął ku ziemi na kształt pioruna. Przez jedno krótkie, trudne później do opisania, mgnienie, zdawał się być wszędzie naraz, jak gdyby nie rozświetliło się niebo, lecz sama ciemność została rozdarta na części i ukazała pod spodem jakąś bladą, lodowatą jasność. Świat poza szybami zastygł w owym świetle z przerażającą wyrazistością. Wszystko utraciło zwyczajną głębię i miękkość konturów. Śnieg, chmury i niewidoczna dotąd powierzchnia ziemi zostały nagle sprowadzone do ostrych, martwych płaszczyzn, jak na prześwietlonej kliszy, której światłoczuła emulsja uchwyciła świat nie takim, jakim zna go ludzkie oko, lecz jakiś obcy jego pozór, złożony wyłącznie z gwałtownych przeciwieństw bieli i czerni.
[image: H3W4rzQ.png]
Rodney Carter patrzył wówczas przez boczną szybę i właśnie jemu przypadło ujrzeć najwięcej z tego, co ów osobliwy blask wydobył na moment z zamieci. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą istniała jedynie bezładna kotłowanina śniegu i ciemności, stało coś, co w pierwszym odruchu wydało mu się gargantuiczne. Nie potrafiłby jednak powiedzieć, dlaczego. W tej martwej, pozbawionej perspektywy bieli nie było niczego, wobec czego wzrok mógłby rozsądzić prawidła perspektywy. Właściwie miał wrażenie, że w jakiś okrutny sposób percepcja płatała mu figla, bowiem uchwycona jego wzrokiem sylwetka mogła znajdować się niepokojąco blisko i należeć do człowieka niezwykłego wzrostu, lecz mogła też stać o całe mile dalej, wyniesiona ponad zamieć na wysokość, której sama możliwość zdawała się niedorzeczna. A jednak wrażenie ogromu przyszło natychmiast, zanim jeszcze rozum zdołał upomnieć się o jakiekolwiek dowody. Postać była także potwornie smukła. Nie wychudzona w sposób, jaki można by przypisać chorobie czy głodowi, lecz wydłużona według proporcji, które oko rozpoznawało jako podobne ludzkim, a zarazem od nich odległe. Dwie nogi, czarne na tle biało-niebieskiej jasności, zdawały się ciągnąć nazbyt długo pod wąskim tułowiem, który ginął wyżej w śnieżnym zamęcie. Nie sposób było rozpoznać twarzy ani nawet głowy z dostateczną pewnością. Błysk pozostawił Carterowi jedynie ogólny zarys czegoś pionowego, chudego i osobliwie przechylonego naprzód, jak gdyby cała ta wysoka figura uginała się pod naporem wichru. W uchwyconej na moment migawce nie grało jednak coś jeszcze. Z jakiegoś powodu wicher zdawał się zatrzymywać owej istoty. Ten sam napór powietrza, który targał maszyną jak dzieciącą zabawką, nie pozostawiał na owej figurze żadnego widocznego śladu walki. Nie chwiała się. Nie osłaniała. Jej upiorny przemarsz nie przypominał ruchu kogoś, kto usiłuje przedrzeć się przez burzę, lecz raczej czegoś, dla czego burza była środowiskiem naturalnym. I wówczas Carter pojął, choć nie potrafiłby później powiedzieć, na czym właściwie oparł tę pewność, że postać nie stała.
Kroczyła.
Chwilę później światło zgasło, a wraz z nim zniknęło wszystko prócz śniegu i ciemności. Rodney jeszcze przez moment wpatrywał się w szybę, usiłując odnaleźć choćby cień tego, co widział, lecz nie dostrzegł już niczego. Rozsądek niemal natychmiast podsunął najprostsze wyjaśnienie. Zmęczenie, migotanie światła, śnieg i wzrok od wielu godzin wystawiony na jednostajny ruch. Omam, chwila słabości, jeden z tych krótkich kaprysów zmysłów.
Miles Carson siedział pod innym kątem i ujrzał mniej. Jemu błysk odsłonił przede wszystkim dwie ciemne, nienaturalnie długie linie przecinające białą zawieję oraz górną część czegoś smukłego i pionowego, co przez moment mogło wydać się cieniem, słupem śniegu albo szczególnie dziwnym załamaniem światła. Dopiero później pojawiło się nieprzyjemne przeświadczenie, iż patrzył na część tej samej figury, którą dostrzegł Carter. Przeświadczenie, które połączyło ich w momencie, w którym mężczyźni odwrócili spojrzenie od okien, nawiązując kontakt wzrokowy i mieli w sobie ten sam ładunek niepewności.
Kolejny silniejszy podmuch uderzył w maszynę tak nagle, że Kapral Reed, dotąd siedzący względnie spokojnie, odruchowo wsparł dłoń o oparcie przed sobą. Samolot przechylił się, zawisł przez krótką, nieprzyjemną chwilę w pozycji, która mogła wydawać się stanowczo zbyt głęboka, po czym wrócił na kurs pod szybką korektą pilota.
Porucznik uniósł głowę ku kabinie.
– Na litość boską, powiedzcie mi tylko, że dolecimy do Barrow w jednym kawałku.
Pilot nie odpowiedział od razu. Zajęty sterami, pozwolił maszynie przejść przez jeszcze jedno szarpnięcie, po czym dopiero obejrzał się przez ramię.
– Dolecimy. Spokojna głowa, choć przysięgam, że nie wiem skąd to nagłe załamanie pogody.
Nie była to odpowiedź, która mogła kogokolwiek szczególnie uspokoić, lecz najwyraźniej Reed uznał, że starczy. Mruknął coś pod nosem, poprawił się w fotelu i już miał ponownie zwrócić uwagę na widok za oknem, kiedy jego wzrok natrafił na twarze Cartera i Carsona.
Zatrzymał się.
Przez moment nie przyglądał im się z osobliwym skupieniem, dostrzegając w ich wyrazach twarzy... no właśnie co? Nie tyle strach, ile ślad czegoś, co uznał za szok. Spojrzał najpierw na jednego, potem na drugiego.
– Co do diabła zobaczyliście? Coś wartego zaraportowania? – zapytał bacznie się im przyglądając.