Przejdź do treści
  • U bram raju - komentarze

    Komentarze
    21
    1 Głosy
    21 Posty
    235 Wyświetlenia
    Pan ElfP
    Wspaniale! To czas zacząć tę przygodę
  • [komty] Syreni Śpiew Neonów

    Przeniesiony Komentarze cyberpunk2077
    148
    3 Głosy
    148 Posty
    924 Wyświetlenia
    NanatarN
    Sfabularyzowałem Brazil. Jak Hartley chciałby pogadać to chętnie, jak woli nie, to zajmę się dokończeniem badania sektora sieci w pobliżu bazy magistratu. Może warto by ruszyć ten wątek. Wykonam cztery testy na kolejno cztery zaprzęgnięte do pracy programy. Oczy demona - to program, który wykrywa, rozpoznaje programy od userów. siła 8 Identyfikator viruali - siła 7 Dwókruk - program wykrywający z możliwością śledzenia. siła 5 Skryba - interaktywny program z namiastką inteligencji. siła 3
  • Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecię

    Rekrutacje
    48
    1 Głosy
    48 Posty
    395 Wyświetlenia
    StalowyS
    Zabawa w radykałów i pierwsze co mam przed oczami to: ![Papa]([image: 1771366570624-3eb5a48a-a623-4ff9-bb52-e769782b3c6a-image.jpeg] [image: bdyk7o8h0i2a1.jpg?auto=webp&s=e6a10bf83517f486087608e0f6673dfc15f75b5b] Ten perpetual: https://warhammer40k.fandom.com/wiki/Anval_Thawn
  • [CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]

    Przeniesiony Rozgrywka cyberpunk cyberpunk2077
    134
    1 Głosy
    134 Posty
    941 Wyświetlenia
    NanatarN
    Mieszkanie w H10, późny wieczór 14.07.77 Zejście Shivy do płaskiej wywołało u Brazil tyle ambiwalentne odczucia, że nie zdołała odpowiedzieć na kolejną wiadomość Shawna. Oglądać ciekawa, ale nie oglądać by wołała sprzętu i zapisu wypłaszczonej hakerki. Niełatwo jest spoglądać w chwilę śmierci mięsa mózgu, niełatwo tym bardziej, że to podróż poza czas. Przeszłość, która w cyfrowym świecie może się wydarzać w nieskończoność. Obrzydzał Brazil taki gwałt na ludzkim umyśle, nie chciałaby żeby ktoś obnażał ją w podobny sposób, ale ciekawa była zapisu decka, jak stronic magicznej księgi poznania. Tajemnic tam zapisanych, które mogły uchronić ją od podobnego losu. Zepchnęła rozterki w kąt, zaangażowana w angażowanie Hartleya i siebie samej, skupiła się na filmie od Raze'a. Wszystko pod krypto z pełną kontrolą zapisu elektronicznego z mieszkadła. Emocje udzieliły się obojgu widzów owocując konstruktywną wymianą spostrzeżeń. Goście ewidentnie oczekiwali poklasku, lub sprawdzali swą pozycję wobec fixera. -Jakby nie dbali o własne życie, a o wizerunek gangu... - zawahała się - ...albo sekty. Jedno było pewne Swich pakował się w kłopoty i wciągał w nie innych. -Może są śmiertelnie chorzy i wymieniają akolitów aktualizując ich wszczepami, albo to antki. - rzuciła jeszcze do Hartleya i przesłała mu dane - W poszukiwaniach pomoże ci asystent, nazywa się Murzyn i jest bardzo dumny ze swojego imienia. Podsyłam ci komendy i kody dostępu do jego funkcji. Wydaje się zajmować RAM, ale udostępnię ci zasoby całej chaty. Sama szukając głębiej skryła swój ślad za pięcioma serwerami i pięcioma bramami. Nie szarżowała na posterunek policji, czy nawet bramy gangów z Kabuki, śliznęła się przez spożywczaki, bibliotekę i udało się przez sklep z bronią. Wszystko w mięsie, tyle, że komendy wydawała szybciej główką niż paluszkami, a pazurki nie przeszkadzały. Nic nie znalazła, może była zbyt zachowawcza, ale zaraz pomyślała, że może Shiva nie była. Mack również nic nie znalazł i znów ta ambiwalencja, bo i dobrze i szkoda. Impulsywnie wysłała do Raze, trochę w złości, zaraz pożałowała, że go bardziej nie nastraszyła. Chciała go mieć przy sobie i podzielić się problemami, ale te bladły przy jego. Odrzuciła, bo główka racjonalna wygrała, chęć wysłania wiadomości do Swicha, żeby zaraz wracał, najpierw wolała rozmówić się z resztą, bo niepokoiła ją beztroska, lub może bezmyślność kolegów. Kolejny raz zepchnęła wszystko i z kolei przeniosła uwagę na Macka. -Dzięki, dobra robota. Fajnie, że ktoś czasem chce pomóc za puszkę piva. - zaśmiała się, - No wiem, że to ja zajebałam ci pivo i jeszcze zaciągnęłam do przeszukiwania baz, bo mnie facet poprosił, ale to wszystko jedno. Tyle dostajemy co dajemy. No i jak masz jakieś problemy z glinami, czy coś to zawsze mogę spróbować pomóc. Nie od razu, bo mam teraz zlecenie i nie ukrywam trudne. - znów ten uśmiech czarownicy - Nie musze w nic wierzyć, mogę sprawdzić. - zatrzymała się, żeby nie powiedzieć za dużo i nie chodziło jej o siebie, a o to co gryzło Macka. Położyła mu dłoń na ramieniu na wypadek jakby zamierzał wstać i wyjść. -Powinieneś wiedzieć jeszcze jedno. - wyświetliła holo - To trasa naszych kolegów, wygląda, że zmierzają do mieszkadła. Mam podstawy domyślać się, że mają przy sobie kradziony sprzęt powiązany z zgonem netrunnerki Shivy. No i wiesz, jak trafiły tu za nimi te łebki od Donga, to co się może jeszcze przywlec.
  • [WFRP 2ed] Bögenhafen

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen
    78
    1
    0 Głosy
    78 Posty
    852 Wyświetlenia
    MarrrtM
    Ergo [image: krull-ergo.jpg] /- Ooo! Mi też by się przydała panienka! - przytaknął zdyszany Ergo słowom cyrulika. Nie miał w zwyczaju rozpamiętywać poczynionych mu krzywd toteż bez żalu nijakiego do kompanów nie żywił. Tym bardziej, że i tak bardziej już im ufał niźli zatroskanym kapłanom Młotodzierżcy. A już ten typek Zygfryd... zmrużył oczy i przekrzywił głowę usiłując sobie przypomnieć skąd zna tę mordkę. - Jam jest Ergo. Prestidigitator. Bajarz. Podróżnik. A z resztą. Tam nasz kompan został! - Wskazał barykadę. - Może żyw jeszcze!
  • W co byście zagrali? Lista życzeń.

    Przypięty Sondy
    40
    4 Głosy
    40 Posty
    501 Wyświetlenia
    GladinG
    @Ketharian Oto moje... niestety, mapa gdzieś się zapodziała... ale może gdzieś jeszcze leży, zapomniana? [image: 7EcbYl6.jpeg]
  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen
    228
    0 Głosy
    228 Posty
    912 Wyświetlenia
    ZellZ
    A co do Modiego, to...: [image: Mystery-Box-416x354.png]
  • Pomysły ekscentrycznej żaby na sesję

    Sondy
    5
    0 Głosy
    5 Posty
    92 Wyświetlenia
    GurenG
    Stranger Things 20 lat potem, podoba mi się pomysł na 2 równowarte postaci
  • 5 Głosy
    86 Posty
    743 Wyświetlenia
    Pan ElfP
    Wrzucone i opatrzone na koniec całkiem fajnie zrobionym kadrem w AI, coby nadać trochę filmowości. I tak, wiem, że wtedy nie było takich tablic, a ławki są amerykańskie...
  • [Horror] Gruzy przeszłości

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie
    22
    9 Głosy
    22 Posty
    549 Wyświetlenia
    Pan ElfP
    [image: xtCeVz4.png] [image: 1771199099300-krzysiek-komeda-100.jpg] [image: maTGtRu.jpeg] Alicja Filipowicz, Krzysztof Komeda, Paulina Kwiatkowska Alicja poprawiła plecak i wyciągnęła przygniecione paskiem włosy, kiedy obok niej i Pauliny wyrósł Krzysiek z miną człowieka, który właśnie wpadł na pomysł genialny albo kompletnie głupi. Zwianie z wycieczki i odzyskanie ostatniego dnia wolności dla siebie? Brzmiało jak coś, o czym jeszcze chwilę temu tylko marzyła. Czasami wystarczyło wypowiedzieć swoje życzenia na głos, by los sam podsunął sposób ich szybkiego spełnienia. Serce zabiło jej odrobinę szybciej. - No jasne, że wchodzę. Jak nóż w masło, czy coś - odparła entuzjastycznie, ale konspiracyjnym szeptem, tak by nie usłyszał tego nikt poza Komedą i Kwiatkowską. A skoro już o tej ostatniej mowa, to Alicja od razu spojrzała na nią wymownie, gdy Krzysiek zasugerował, że będą potrzebowali kogoś, kto będzie ich krył “w razie W”. Uniesiona brew. Półuśmiech. Ciche: no dalej. - To co, zgodzisz się? - zapytała prosząco Paulinę, ale w jej oczach czaiło się wyzwanie. - Ktoś musi nas uratować, jakby się wydało. Czy właśnie w tej małej konspirze tworzyło się klasowe trio? Może. A może to tylko jednorazowy zryw głupoty pierwszego września. Odpowiedź wciąż nie była oczywista. Piłeczka była po stronie Kwiatkowskiej. Krzysiek spojrzał na Paulinę. Nie chciał narzucać na nikogo presji. Oglądał z matką co czwartek "997" i wiedział, że krycie sprawy to też przestępstwo. - Bez spiny. Nie musisz się zgadzać, jak nie chcesz - powiedział konspiracyjnym szeptem. Po chwili do głowy wpadła mu myśl, której na początku nie brał pod uwagę. - A może wolałabyś prysnąć z nami? Paulina przyglądała im się przez chwilę, jakby naprawdę rozważała wszystkie za i przeciw. W rzeczywistości decyzja zapadła już wcześniej, tylko lubiła moment, w którym inni zaczynali się niecierpliwić. Uniosła lekko brew. - Zwiać? - powtórzyła cicho. - Serio? Na jej ustach pojawił się krótki, rozbawiony uśmiech. - Macie rozmach. Spojrzała jeszcze raz na Alicję, potem na Krzyśka. - Dobra. - Wzruszyła lekko ramionami. - Kryję was. Powiedziała to spokojnie, jakby chodziło o pożyczenie długopisu. - Ale ja nigdzie nie idę. Ktoś musi tu zostać i ogarniać sytuację. Poza tym… - zawahała się na moment, jakby dopiero teraz przyszło jej to do głowy. - Lepiej najpierw poznać takie miejsce. - W głowie miała włam na zamek z Kaśką i kilkoma fajnymi osobami. - Nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać. - Na jej buzi wymalował się słodki półuśmiech. Wyglądała niewinnie, biorąc pod uwagę, jakie plany rysowały się w jej głowie. - Zwiedzanie to też inwestycja. Oparła się o szkolną ławkę i spojrzała na nich z lekką wyższością. - Jak coś pójdzie nie tak, mówicie, że byliście ze mną cały czas. I że odłączyliście się na chwilę, bo Krzysiek zbladł jeszcze bardziej, niż to możliwe. Alicja w milczeniu skinęła głową, ale błysk w jej oku zdradzał, że była zadowolona z ubitego targu. Spojrzała jeszcze tylko na Krzyśka, by mieć pewność, że i jemu ten plan pasował. - Mi to pasuje - odpowiedział krótko Komeda. – Dzięki Paulina. Mam u ciebie dług. [image: xjkuV65.png]
  • Dhratlach'owe sondowanie, czyli snucie realistycznych planów na sesję

    Sondy
    9
    2 Głosy
    9 Posty
    134 Wyświetlenia
    DhratlachD
    Nie jestem jakimś wielkim fanem 5e
  • [Monster of Week] Kraina zmierzchu

    Rozgrywka
    29
    0 Głosy
    29 Posty
    252 Wyświetlenia
    GurenG
    Człowiek który spadł z nieba Honorata obstawiała, że ma teraz na warzy uśmiech obronno- przerażony. Ten z którego zasłynęła w paru mugolskich pracach. Czyli pani Kania może być wiedźmą, czy jak? Lepiej nie zadzierać z innymi wiedźmami z okolicy. Tylko jak się tego dowiedzieć skoro już ją wkurzyła? -Parę lat nie widziałam cioci. Mogła piec rzeczy o jakich nie wiedziałam... Może pani mi o nich kiedyś opowiedzieć? Oczywiscie, że przyjdziemy na stypę. Po wyjściu Kani rozejrzała się po kawiarni. -Mam w planach mnóstwo dziergania na uspokojenie... Sebastianie, Adamie, lepiej złóżcie zamówienie teraz zanim zacznę dziergać różowy sweter z jednorożcem i tęczą w wersji XL.
  • W którą edycję młotka chcesz zagrać?

    Sondy warhammer gurps gurpshammer warhammer 1ed
    32
    0 Głosy
    32 Posty
    179 Wyświetlenia
    KaworuK
    Hej Zagłosowałem za 2e z opcją Gurpshammera
  • Warhammer 4ed - dyskusje o mechanice

    Dyskusje RPG warhammer warhammer 4ed whfr
    9
    0 Głosy
    9 Posty
    140 Wyświetlenia
    WiredW
    @gladin wydaje mi się, że skomplikowałeś rozkminę tych zasada przez trzymanie się samej Podstawki i to w dodatku w tłumaczeniu, dlatego moja propozycja jest na bazie nowych zasad z dodatku Pod Bronią Bierzemy zasady z Pod Bronią, co czyni jeźdźca i wierzchowca oddzielnymi jednostkami z własną iniciatywą i ruchem. Odnośnie uwag do moich spostrzeżeń z Twojego posta: @Gladin napisał w Warhammer 4ed - dyskusje o mechanice: Ale podręcznik główny podaje, że: Wierzchowiec, który nie ma Cechy Stworzenia Płochliwy, jest normalnym uczestnikiem walki i może wykonać własną Akcję... Sprawdziłem też wersję angielską: A Mount without the Skittish Trait (see page 342) is effectively another combatant, and may use its own Action to attack Engaged targets. która wydaje mi się mieć nieco mniej rygorystyczne sformułowanie. Dalsza część polskiego zapisu, że może ...zaatakować cele Związane Walką z nim lub jeźdźcem. sprawia pewne problemy. Ale rozumiem to tak. Kiedy mówimy o zwykłym koniu bojowym, to zakładamy, że on nie będzie sam z siebie wiedział, kogo ma atakować, a kogo nie. Natomiast jest wyszkolony by atakować w trzech sytuacjach: gdy jego jeździec z kimś walczy, gdy ktoś zaatakował jego, gdy jego jeździec użył swojej akcji, by wskazać mu cel ataku. I to ma moim zdaniem sens w przypadku konia. Natomiast traci sens w przypadku bardziej inteligentnych wierzchowców. Albo w sytuacjach innych. Np. gobliny na pająkach, wilkach, czy innych zębaczach walczące z krasnoludami. Tutaj mocno się zastanawiałem, czy często nie będzie tak, że to wierzchowiec przejmuje kontrolę nad swoim ruchem i decyuje co ma robić (nawet wbrew swojemu jeźdźcowi). Dlatego właśnie pisałem o zasadach z Pod Bronią, one jasno opisują kiedy wierzchowiec może robić sam atak, oraz przez to że wierzchowiec ma własną inicjatywę dużo lepiej pasują do rozgrywania inteligentnych wierzchowców co mogą podjąć własną decyzję. [image: 1771287441597-46acafa5-9f1f-452c-b52c-50325d9af880-image.png] Odnośnie zasady z podstawki, Engaged i Związany Walką to status zdefiniowany w podręczniku, tu się wersja PL i EN różnią tym że polska dadaje że chodzi o związanego walką z wierzchowcem lub jeźdźcem, czego nie ma w wersji EN i co tworzy pewne nieporozumienie wyjaśnione poniżej (bo ja korzystam głównie z EN). Ogólnie polecam zasady z Pod Bronią w tym wypadku, są jedne i dużo klarowniejsze. @Gladin napisał w Warhammer 4ed - dyskusje o mechanice: Dodatkowo uważam, że wykorzystując określenia normalny uczestnik walki (effectively another combatant) zastosowałbym tutaj pierwszeństwo tego zapisu nad dalszą częścią tego fragmentu. I pozwolił atakować dowolnego wroga w zasięgu wedle własnego uznania chyba, że dostali inne polecenia. Nie ma tego w zasadach w Pod Bronią, nie ma problemu w interpretacji. Jest tabelka wklejona powyżej. @Gladin napisał w Warhammer 4ed - dyskusje o mechanice: Zatem podręcznikowo, dawizord jako wierzchowiec by nie miał w podstawce żadnych ataków Moim zdaniem sam sobie przeczysz pisząc dalej: gdzie wierzchowiec (...) może jedynie atakować przeciwnika związanego walką A odnosząc się akurat do tego fragmentu: Wydaje mi się że gdyby iść zasadą z podstawki to z +40 spada na +0, a dokładniej zamiast bonusu +20 za 2na1 masz bonus +20 za atak z wierzchowca. Znowu, j.w. W momencie, gdy wierzchowiec atakuje ten sam cel, co jeździec, zachodzi przewaga 2v1. Nie przeczę sobie, jak wierzchowiec w podstawce nie jest związany walką to nie może atakować, więc sam z siebie nie ma ataków do wykorzystania dopóki nie nastąpi związanie walką. Nie może podejść i zaatakować dowolnej osoby, dlatego napisałem że by nie miał własnych ataków (jak zwykły uczestnik walki) a uzyskiwał by je dopiero gdyby ktoś go atakował (szczególnie w wersji EN gdzie jest samo "engaged" a nie "engaged with mount or rider" jak w polskiej, co sugeruje czytającemu że chodzi o sytuację gdy sam wierzchowiec jest związany walką (i moim zdaniem to że w PL dopisują zdania których nie ma w EN jest strasznie słabe, to już druga sytuacja gdy tłumacz zmienia znaczenie zdania). I dlatego też (bo to bez sensu zarówno dla dawi jak i inteligentnego wierzchowca co rwie się do walki), proponowałem zasady z Pod Bronią. Zdanie odnośnie przewagi za otoczenie jest konsekwencją powyższego, pisałem post na podstawie wersji angielskiej gdzie wierzchowiec sam z siebie nie zaatakuje dopóki ktoś go nie weźmie na cel, a Ty odpowiadasz na podstawie polskiej która ma ma dopisaną końcówkę zdania nie istniejącą w oryginale ¯\(ツ)/¯. Tym bardziej lepiej patrzeć jedynie na zmienione zasady opisane w dodatku Pod Bronią, wydając je sami przyznali że wersja z Podstawki wymagała doszlifowania i poprawek. @Gladin napisał w Warhammer 4ed - dyskusje o mechanice: Mam nadzieję, że pojawi się w sesji możliwość przetestowania tego podejścia do problemu i że wrócę do was z moimi odczuciami. A co sądzisz o moim pomyśle na bazie zasad z Pod Bronią? Sporo się rozpisałem i zero komentarza do tej, głównej, części posta Fakt, jest to dużo bardziej rozbudowane niż to co proponujesz, ale oparte o zasady proponowane z podręcznika Up in Arms (z drobnymi zmianami jak testy Dowodzenia zamiast Jeździectwa, albo Atletyki by utrzymać się "w siodle" krasnoludzkiej platformy).
  • [VtDA] Stille Nacht

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers
    23
    1
    0 Głosy
    23 Posty
    58 Wyświetlenia
    Lord MelkorL
    "Pożyw się więc na nich". Skołowany Zygfryd nie mógł zrozumieć dlaczego przywódca Kawalerów Mieczowych, rycerzy służących Bożej sprawie, wydał taką plugawę komendę.... jak przez zalewającą go zewsząd czerwoną mgłę przypomniał sobie słowa Svajone: "Mogiły które chodzą nocami...." Czy Deotheri był jakimś demonem, który właśnie uczynił go podobnym sobie? Nie mógł jednak myśleć jasno, ten potworny głód uderzył go ponownie niczym rozrywający na strzępy huragan. Wciaż nie chcąc odebrać życia Svajone, skoczył ku jednemu ze swoich ciężko rannych braci, który chyba i tak dogorywał, tłumiąc uczucie palącego wstydu. Musiał zaspokoić głód żeby móc zrozumieć co się stało...nie spocznie póki Deotheri mu tego nie wyjaśni! Musiał mu odzielić odpowiedzi.
  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2

    Rozgrywka
    6
    3 Głosy
    6 Posty
    176 Wyświetlenia
    PaniczP
    1 października, 591 WR Jesień w Drusdygg, szczególnie w tej wczesnej, złotej odmianie, była naprawdę przyjemna. Nieznośne upały, które znęcały się nad i tak wiecznie wyschniętą ziemią Doliny, zelżały, a halny znad Pieców wziął spóźniony urlop. Suchość ciągle dawała się we znaki, trzeszcząc zeschniętymi gałązkami krzewów, które obumierały wokół Wrót, ale wrzesień upuścił im nieco z nieba, dając nadzieję. Te, które leżały dalej od rosnącej osady, czy właściwie już miasteczka, mogły skorzystać. Te bliżej, susza czy deszcz, i tak żegnały się już z Doliną, wyniszczone wylewanymi nieczystościami, obsikiwane i wydeptywane przez tych idących kawałek dalej za większą potrzebą. Zeschnięte, krzewiaste zakola wokół Wrót były do przeoczenia. Nikt nigdy nie poświęcił im więcej uwagi, niż ciekawscy spod oberży, wyglądający jak słabnące gałęzie krzewów bujają się w rytm miłości porwanych przez wieczór kochanków. Z kolejnymi tygodniami osłona dla kolejnych gnanych żądzami ciała była coraz skromniejsza, więc obserwatorzy wzrastali w liczbie. Ta skromna zmiana w krajobrazie nie była jedyna, ale wątła wobec ogromu zmian, które działy się na widoku i tam, gdzie spadały spojrzenia przybyszów, przepadała bez echa. Wiele zmieniało się niezauważenie, gdy uwagę skupiały rzeczy doniosłe i ważne. Istnienie Wrzosin, które jeszcze parę miesięcy temu były domem dla kilkunastu rodzin, kwestionował już sam krajobraz. Niektórzy pamiętali, że to mieszkańcy Wrzosin pierwsi przyjęli osadników we Wrotach i pomagali im w pierwszych pracach na Ścieżce. Wielu pamiętało też historię zniknięcia wieśniaków, ale większość traktowała już Wrzosiny tylko jako miejsce pod szaber, skąd zgarniano drewno i cegły dla nowych konstrukcji. Były za blisko by przetrwać i ślad po nich został tylko w wydeptanych ścieżkach, cieniach fundamentów i osamotnionej studni pośrodku – teraz już – niczego. Może coś jeszcze z nich zostało, albo mogło o nich przypomnieć, jeśli natrafić ręką na kozikowe rycie w drewnie czy donioślejsze zdobienie wyglądające czasem z drewnianych bali, które stanęły wokół Wrót palisadą. Palisada nie była jeszcze pełna, ale wzrosła od wschodu i południa, rzucając cień Wrzosin na piaski pod samą Ścieżką. Potrzeba bezpieczeństwa szybko znalazła w miasteczku wielu głosicieli i władza nie miała wyboru, trzeba było działać i stawiać ostrokół. Duży, jeśli nie powiedzieć, że główny udział w tym przedsięwzięciu miał Marius Utopiec, rzucony z dala od oceanu kapłan bogini Osprem. Chłopak nie przypisywał sobie powstania miasteczkowej bariery za zasługę, bo i swego udziału nie był nawet świadomy. A przynajmniej nie tego, że był wśród podających sobie alarmujące plotki głosem, który rozbrzmiał największym echem. Jego sensacyjna opowieść o walce z ettinem, czarodziejskich goblinach, które naginały umysły, podziemnych krasnoludach, które ruszyły by zniewolić ludzi powierzchni i straszydłach z ciemności, które coś zjednoczyło, by polowały w Dolinie na ofiary dla mrocznych bogów... Późniejsze próby zmitygowania niektórych aspektów historii niewiele dały, bo rozpowiadane wieczorami pogłoski rosły od słowa do słowa, jak to cienie i historie potrafią rosnąć przy wieczornym ogniu. Niedługo później, gdy oddział wysłany na poszukiwanie chłopów z Pogorzeli wrócił z niczym (za to bez swego przywódcy), czarne, napompowane strachem i gorzałką wieści rozleciały się po okolicy mącąc w głowach nie gorzej od czarodziejskich goblinów. Górnicy nie chcieli zapuszczać się głębiej, drwale ruszać w las bez obstawy, a wszyscy coraz częściej przebąkiwali, że za marny grosz nie warto tu karku nadstawiać i albo ktoś coś z tym zrobi, albo ich przygoda tutaj dobiegnie końca. Palisada i zapewnienia o wzmocnieniu straży były tańsze niż podwyżki, więc miasteczko wkrótce zaczęło obrastać palami z resztek Wrzosin i rzednących szybciutko pobliskich lasków. Po solidniejsze drewno trzeba było zapuszczać się wyżej w góry, więc nie opłacało się go marnować na takie byle co i lepszy materiał szedł na kolejne budynki tej czy innej spółki i ich ekspozytur. W ramach jednak troski o losy społeczności Wrót, którego ostrokół był wybitnym wyrazem, zainwestowano też w zdrowie. Higiena miała się średnio na jeża, ale wykopanie kolejnych dwóch studni zapewniało przynajmniej wszystkim gwarant stałego dostępu do wody. Dobroczynność starosty Saliny wyraziła się też w inny sposób, z czego skorzystał Seweryn. Cyrulik, który przyjmował pracowników swej Kompanii Lazurowej nieodpłatnie, dbając by inwentarz pracodawcy był w dobrym stanie, miał dotąd za swe miejsce rezydowania sporawy namiot polowy. Decyzją Saliny, który tak chciał wyrazić Sewerynowi wdzięczność za zratowanie życia dwóch górników (którym, niech wiedzą potomni, pomagał też Randal i Lara), medyk dostał dla swej służby drewniany lazaret. Budynek nie był większy niż szpitalik Żelaznej Kompanii, ale był już stałą, porządną konstrukcją. Taki wrost w głąb ziemi i poczucie stałości cieszyło Seweryna bardziej niż jakikolwiek wzrost wszerz czy wzwyż. Miał swoje miejsce, gdzie mógł leczyć potrzebujących... I sprawdzać, jakie to nowe metody ars medicinae pomagają najskuteczniej. W głównej sali miał przestrzeń na osiem łóżek, skromny, zamykany na kłódkę magazynek na leki, salę operacyjną za drzwiami i skromniutki gabinecik za kotarą. Wszystko czego było trzeba ambitnej duszy, by rozwijać troskę o bliźniego wedle najnowszych metod. No, może ograniczonych budżetem i środkami, ale nieskrępowanych niczym więcej. Seweryn obił wełną wnętrze sali operacyjnej, by wygłuszyć dźwięki, które mogłyby niepokoić pacjentów i zadbał dla siebie o mentalny komfort niezbędny przy podejmowaniu się lekarskich wyzwań, jakich świat nie znał. Odkąd Nowalijka wspomagała go w bieżącej opiece nad prostszymi przypadkami, medyk mógł poświęcić się studiowaniu tych bardziej złożonych. To, czego doświadczył przez ostatnie dwa miesiące w Drusdygg jasno pokazało mu, że niewiele jeszcze widział i zaostrzyło apetyt na... Pomaganie. Kapliczka, którą postawił Pelorowi – również pod auspicjami wspierającego inicjatywę Saliny – dawała oparcie w porannych modłach, gdy Seweryn rozważał słuszność kolejnych planowanych kuracji. I którym pacjentom najlepiej posłużą. Inwestycja w zdrowie społeczności nie była tylko maskowaniem problemów, które zrodziła tragedia Pogorzeli, ale i realną koniecznością wobec rozrostu Wrót. Kolejni przybysze ściągali przez Kocioł, przynosząc wieści z wielkiego świata i budując w samotnym Drusdygg niezdrowe przeświadczenie, że oczy wszystkich skupiają się właśnie na nim. Jedni przybywali z wielkimi nadziejami i dziurami w kieszeniach, inni zjeżdżali dla realizacji planów ludzi większych od siebie. Wszystkich zżerała ambicja, która potrafiła trawić człowieka nie gorzej niż febra czy cholera. Karawana agentów z Żelaznej Kompanii dotarła tego samego dnia, co większa jeszcze grupa z dalekiego Aerdu, wiedziona przez bladego Edelberta Kesslera. Wylla van Coen nie traciła rezonu wobec wzmocnień konkurencji, każdego niemal dnia kombinując nad wzmocnieniem pozycji własnej Kompanii. Co jakiś czas ktoś zasilał szeregi keolandzkiej spółki, nie dając żadnemu z graczy wysunąć się na prowadzenie. Przybycia nowych zwykle przechodziły bez echa. Na prostych robotników czy nawet speców i majstrów nikt nie zwracał uwagi. Przyjeżdżali zrobić swoje i nie szukali tu draki. Na krzywo patrzących obdartusów gotowych dźgać skały kilofem, albo zadźgać kogo im się wskaże, też zwykle nie zwracano uwagi. Dla własnego zdrowia, albo samego znudzenia zabijacką manierą. Trafiali się jednak nowi, których miasteczko musiało skomentować. Eutelo Isebrand nie wywołał zalewu toastów w żadnej z (dwóch) lokalnych oberży, ale ci, którzy parali się biznesem wiedzieli kim jest. Wiedzieli, albo chcieli wiedzieć. Wylla nie kryła, że alians Kompanii z rodem Isebrandów jest dla spółki atutem i trzymanie obecności Eutela w tajemnicy nie miało sensu. Dla plebsu był jednym z wielu dobrze ubranych paniczyków, którzy dawali rozkazy brygadzistom i gwarantowali, że pieniądz spływa z góry na dół. Tak jak potrzeba. Dla tych, którzy się liczyli, był już konkretną postacią do rozgryzienia. Dla nich miał imię, nazwisko, rolę i profesję. Dla nich mógł być sojusznikiem, wrogiem i celem. Morwen zjawiła się w Dolinie sama, jakby wyszła wprost z lasu, omijając obóz przejściowy w Kotle i wszystkie utarte szlaki. Z początku nikt jej tu nie znał, ale zwracała na siebie uwagę. Miala coś w sposobie, w jaki się poruszała i mówiła, co elektryzowało słuchaczy. Szynkarz, kuchcik, stolarz, który postawił jej drinka czy sklepikarz, u którego kupowała szpargały – wszyscy, którzy wchodzili z nią w rozmowę musieli ją zapamiętać. Niejeden wracał pamięcią do spotkania i nie mógł sobie nawet przypomnieć, co mówił, ale dalej czuł, jakby jej oczy świeciły dla niego. Czarodziejka nie afiszowała się ze swą mocą, ale i bez tego mogła narobić sobie problemów. Samotna kobieta w takim miejscu... Samotny ktokolwiek, jeśli nie miał solidnych pleców, wiele tu ryzykował. Gryps, że dziewczyna jest pod opieką Kompanii i zainteresowanie Kaia oszczędziło jej paru niedobrych spotkań. We Wrotach można było mieć pecha nie tylko z konkurencją, czy podpitymi górnikami, którym przyszło na awantury. Straż, której przewodził Owain Graft, szukała tylko okazji, by dobrać się do tych poza opieką możnych. Sam Graft nie pochwalał prześladowania, ani męczenia nieboraków, których można było bezkarnie złupić, ale już na patrolach Kurta Curzego, zwanego Kudłaczem, zatrzymania podejrzanych miewały burzliwy przebieg. Wymuszenia od tych, którzy próbowali w Drusdygg szczęścia na własną rękę zdarzały się coraz częściej. Ballo Białe Serce również przybył do Wrót sam i nie mógł na początku liczyć na wpływowych protektorów. Mógłby się obawiać, czy ktoś nie ostrzy sobie na niego zębów, bo jego wjazd do miasteczka śledził niemal każdy, kto akurat był w pobliżu. Wjazd czy raczej wejście, bo przybysz wkroczył między zabudowania pieszo, idąc nie wiadomo skąd i jak długo. Mimo głębokiej uwagi, jaką sobie zgotował, nikt się jednak Balla nie uczepił. Ani na początku, ani nawet później, kiedy pod wieczór zasiadł w gospodzie, gdzie o tej porze emocje zwyczajowo buzowały już u szukających ostoi w kieliszku. Mówiono o nim i pokazywano go sobie nawet palcami, ale nikt nie zdecydował się na zaczepkę. Mnich wystawał głową o parę cali ponad najwyższych dryblasów na miejscu, a zbudowany był jak tur. Nie dziwota, że nie znalazł się koń, który mógłby go przewieźć, bo pewnie pod jego ładunkiem zastękałby i niejeden wóz. Ballo był ogromny i ten ogrom nie był zredukowany tylko do szerokich pleców, czy potężnych mięśni. Białe Serce po prostu stawiał na masę. Był wielki i gruby, sylwetką kojarząc się z dobrze wzdętym niedźwiedziem. Tkany, jedwabny pas opinał prostą szarą tunikę narzuconą na masywne cielsko, skrywając wydatny brzuch i niewątpliwie potężne mięśnie, które napinały rękawy przy najdrobniejszych ruchach. Konopny wór, który niósł na ramieniu ważył tyle, że gdy Ballo zrzucił go na stołek, aby przysiąść do posiłku, drewno trzasnęło pod ciężarem i uszczupliło siedziane zasoby "Górniczej Doli". Szeptacze po kątach spodziewali się, że ładunek olbrzyma to jakieś groźne żelastwo... I nie byli dalecy od prawdy, choć pierwotne przeznaczenie niespodzianki miało wyłącznie pokrzepiać serca. Ballo samym zewnętrzem budował sobie reputację trzymającą problemy na dystans i dotąd tylko nieliczni we Wrotach mieli okazję poznać go naprawdę. A naprawdę Ballo był człowiekiem gołębiego serca i całkowitego oddania wierze. Przybył do Drusdygg jako wysłannik kościołów Rao i Zodala, oferując w ich imieniu wsparcie, jakiego tylko na miejscu będzie potrzeba. Jakiego tylko będzie trzeba, bo Białe Serce nie był tylko potężnym wojownikiem gotowym sprać po pysku wszelkie orcze maszkarony, które zagroziłyby bezbronnym. Przede wszystkim był masażystą i zielarzem, który potrafił czynić cuda korzystając z tradycyjnej medycyny. Reprezentanci Kompanii Lazurowej uznali, że wpływowy w regionie Westburn kler Rao może stanowić istotne wsparcie ich interesów. Doinwestowali przytułek prowadzony przez zgromadzenie Ballo, a on miał przyjrzeć się ich działaniom na miejscu (dla samej tylko formalności) i rychło zaraportować, że operacja Wylli van Coen zasługuje na wsparcie kościelnych struktur. Mnich nie należał do takich, którzy obijali się, gdy trafiało się coś do zrobienia, więc jego rola fasadowego łącznika z kościołem szybko przeszła w faktyczne zaangażowanie w sprawy na miejscu – od służby bojowej przy ochronie na Ścieżce po zielarską w lazarecie cyrulika Drachenwulfa. Hazar Baraz-Felak także nie narzekał na niesnaski z lokalną łobuzerią. Dotąd mieszkał niedaleko od wioski, w zbudowanych dla górników prostych barakach koło uruchomionej na nowo sztolni i czasem zachodził do "Górniczej Doli". Zwykle przychodził sam, ale nie narobił sobie siatki znajomości. Wszyscy kojarzyli czarnego krasnoluda, jak go niekiedy nazywano za plecami. Puszczone w obieg plotki o szarych krasnoludach (które w miasteczkowej mowie szybko stały się czarne, nocne, mroczne, górskie i diabelskie – każde z mian było dla jednych tylko podkręceniem ich groźności, a dla innych właściwą nazwą i nikogo nie obchodziło, jak się to-to naprawdę zwało) nie zrobiły mu renomy. Mimo wszystko, Hazar uniknął konfrontacji z zakapiorami, którzy w zenicie paniki wokół zniknięcia Pogorzeli zaczęli szczuć na krasnoludy. Wielu odstraszyłby sam jego wygląd – potężna, zbita sylwetka gladiatora i paskudny, poznaczony bliznami i starymi poparzeniami ryjec do straszenia dzieci. W dobie grozy, która napędzała ludzi do złego, Hazar uniknął jednak kłopotów dzięki wstawiennictwu Owaina Grafta, który napomniał podpitych prowokatorów, że ten krasnolud jest pod jego opieką i pracuje jako specjalista na etacie Kompanii Lazurowej. Jeśli chcecie zachować swoje fuchy, to lepiej zostawcie go w spokoju, interweniował z chłodną głową. Poza tym jednym wieczorem, gdy strach rozpuścił w miasteczku rozsądek, Hazar nie miał już choćby śladu kłopotów. Pracował na Ścieżce jako nadzorca górników czyszczących boczne korytarze, czasem z samej nudy biorąc się za kilof, by pokazać im, co to porządna robota. Wylla van Coen, która była kluczową personą w jego organizacji, czasem zapraszała go do siebie, by wysłuchać eksperckiego sprawozdania z pierwszej ręki. Hazar nie należał do wylewnych, ale dobra płaca, szacunek jaki mu wreszcie przyznano i dostęp do Ścieżki, o którym sam marzył, motywowały by czasem ugryźć się w język i opowiedzieć, co trzeba. W tym podejściu do sprawy nie był tak daleko od sir Randala Bronsona, jak obaj mogliby sądzić. Randal, paladyn Karzącej Ręki Sprawiedliwości, aktualnie zatrudniony przez Kompanię jako śledczy i oficer do spraw bezpieczeństwa, także nie lubił gadać po próżnicy i preferował działanie ponad okrągłe zdania. Dał tego jasny dowód, kiedy wraz z Kaiem i doktor Larą Quatermain ruszył na odsiecz porwanym wieśniakom z Pogorzeli, gdy reszta drużyny wybrała powrót. Jego odwaga (czy by prawdziwie istniała czy nie) była w oczach plebsu gwarantowana przez noszoną profesję i rycerską manierę, ale plotki sprzed paru tygodni jeszcze roznieciły junacki wizerunek. Niejeden teraz chciał postawić kolejkę bohaterowi, choć Bronson spojrzeniem trzymał większość na dystans. Niejedna też (a może i niejeden) wodziła za nim wzrokiem pożądliwym i ponętnym, łaknąc by zalec u boku takiego męża. Randal, ma się rozumieć, trzymał paladyński rygor i nie pozwalał sobie na żywot niebieskiego ptaka. Rozumiał teraz, co mógł czuć sir Grimley, gdy mu słodzono i kadzono. Przypominał sobie słowa starego rycerza sprzed prawie miesiąca, gdy widzieli się po raz ostatni i hamował dumę, gdy nadto wzbierała, kusząc do sięgnięcia w świecie po to, co mu się należało. Grimleya nie widział od jego odesłania przez przełożonych do Kotła, ale brat zakonny dał o sobie jeszcze znać, gdy jakiś czas później do Bronsona dotarła opakowana w zwoje płótna przesyłka. Rycerz w środku znalazł szyszki i śmieci, więc w pierwszej chwili uznał to za szmonces ze strony jakiegoś wioskowego cwaniaczka... Dopiero dokładne wymłócenie zawiniątka ujawniło jego sekret. Algernon musiał zaszyć zgarnięte ze Ścieżki klejnoty gdzieś głęboko w zakamarkach szmaty, by nie wpadły w lepkie łapska kuriera, który – widać to było na pierwszy rzut oka – rozsupłał tobołek już wcześniej. Teraz wyniesione poza Ścieżkę kamienie – które przeszły długą drogę, w tym przez wewnętrzne ścieżki Grimleya – były w posiadaniu Randala. Paladyn patrzył jak światło igra na ściętych kształtnie rubinach i dumał. Znalezione bogactwo mogło zasilić kiesę Zakonu, wspomóc potrzebujących, albo sfinansować aktualne potrzeby samego Randala, który przecież działał w służbie spraw wyższych i nie mógł oszczędzać na skuteczności. Rozważał przede wszystkim, czy mały majątek, który do niego trafił mógłby przysłużyć się zaginionym wieśniakom z Pogorzeli. Do dziś, choć od ich porwania upłynął już ponad miesiąc, rycerz nie mógł uspokoić sumienia. Ich próba ratunkowa – okupiona śmiercią Migdała – doprowadziła ich na próg czegoś obcego, co głęboko pod ziemią skrywało wnętrze Piekielnych Pieców. W swym pierwszym wypadzie w głąb jaskiń, gdzie zniknęli chłopi, Randal, Lara i Kai zrobili, co mogli. Niewiele brakowało, a odwagę przypłaciliby życiem, zagubieni w ciemnościach, albo zagłodzeni w którejś z górskich kotlin, gdy wydostali się już na powierzchnię, ale brakowało im sił, by wspiąć się z powrotem i błądząc, schodzili po poszarpanych zboczach. Pościg za porywaczami, których tożsamość pozostawała tajemnicą, przywiódł ich nad podziemne jezioro, którego nie mogli przebyć. Odsiecz, która nadeszła też nie była przygotowana na takie próby. Varlund obiecywał posłać po łodzie, ale to zżerało czas. Najlepiej było skorzystać z mocy mistrza Wedryka, który przecież mógłby przetransportować oddział pościgowy nad powierzchnią jeziora… Taki macher jak on nie takich przecież cudów musiał dokonywać! Mistrz był jednak, wedle swych słów, fizycznie przybity do Czarnych Wrót. Pracował – rzekomo – nad magiczną matrycą bariery Ścieżki, która broniła dostępu na niższe poziomy i proces wymagał jego obecności. Tłumaczył, rozkładając ręce, że on sam służy w rytuale rozbrajania zabezpieczeń za pryzmat, ognisko mocy czy coś tam innego, czego nie można usunąć, bo inaczej wielomiesięczne wysiłki dobrania się do głębin wezmą w łeb. Paladyn powątpiewał w tłumaczenie maga, a brakło mu kompetencji, by ocenić rzecz samemu. Kai, który dał się poznać jako lepiej obeznany z wiedzą tajemną, potwierdzał, że to, co gada Wedryk to nie muszą być duby smalone i może być tak faktycznie, ale co to niby zmienia? Czarodziej przedkładał dostęp do Ścieżki Slerotina ponad życie porwanych (a właściwie to po prostu szybszy dostęp, bo przecież nawet jeśli jego włamywanie w struktury dawnej magii miało teraz zawieźć i wymagać powtarzania, to on miał tych kolejnych parę miesięcy, których Pogorzel nie miała). Doniosłość i konieczność dobrania się w głąb góry miała widać we Wrotach wiodącą wartość, bo Randal i kompani nie znaleźli w nikim wsparcia, które pomogłoby nakłonić Welda do zmiany decyzji. Starosta Salina chciałby bardzo pomóc i świetnie rozumiał tragedię sytuacji, ale i on rozkładał ręce. Wszyscy inwestowali w dostęp do Ścieżki i to był priorytet. On, nawet jeśli by chciał – a chciał, chciał przecież – niewiele mógł zrobić, by wpłynąć na Wedryka. Mag miał postanowione, co miał. Nie dawał się przekonać, a natarczywość kończyła się odcięciem dostępu. Randal myślał nawet, by wziąć po prostu magika za chabety i pociągnąć na miejsce, by rozwiązał problem za nich… Gdy myśl w czasie rozmowy z Weldem zaczęła nabierać kształtów, czarodziej spojrzał na rycerza tak zimno, że członki zmartwiały w nim, jakby wetknąć go w bryłę lodu. Paladyn nie wiedział, czy to umysł płatał mu figla, czy może dopadł go strach, z którym tak rzadko się widział, ale pomysł musiał odpuścić. Czarodziej nie powiedział nic wobec słów, które nie padły, ani czynów, do których nie doszło. Pokiwał tylko na Randala palcem i wojownik wiedział, że tu nic już nie wskóra. Opóźniona grupa ratunkowa z wystruganymi, lekkimi kanoe i magicznymi miksturami od Wedryka w końcu ruszyła na odsiecz, ale czas zrobił swoje. Poszukiwacze przebyli podziemne jezioro, ale po drugiej stronie nie znaleźli już śladu porwanych. Co więcej, nie znaleźli też żadnych łodzi, których się spodziewali, więc zagadka pozostawała nierozwikłana. Niedoszli wybawcy kręcili się trochę po jaskiniach po drugiej stronie wody, ale bezskutecznie. Porwani przepadli bez wieści, a ciemność i groza podziemia skróciły eksplorację do niezbędnego minimum. Varlund – choć sam chętny szukać i brnąć dalej – zadeklarował, że zrobili, co mogli i szkoda teraz narażać ratowników na pogubienie drogi. Randal klął na czym świat stoi, ale musiał przyznać mu rację. On, Kai i Lara wiedzieli, że gdyby pomoc przyszła szybciej, może odnaleźliby jeszcze ślady, po których można byłoby pójść. Teraz było już po wszystkim. Pogorzel zapadła w mroki gór i jedynym jej ludzkim śladem na powierzchni pozostał malutki Vuk. Sprawa Pogorzeli zeszła ze świecznika (niemożność zrobienia czegokolwiek dla wielu była tożsama z rozgrzeszeniem) i życie wróciło na swoje zwyczajne tory. Uwagę wszystkich szybko zebrały plotki o tym, że za parę dni szykowane jest zejście w nieeksplorowane dotąd zakątki Ścieżki. Ponoć mistrz Wedryk był bliski sforsowania jakiejś bariery… Słowo niebawem stało się ciałem i Wylla van Coen wraz ze starostą posłała po wybranych śmiałków, by oznajmić im, że nazajutrz schodzą na Ścieżkę. Większość zebranych znała się już przynajmniej z widzenia, a niektórzy nawet całkiem blisko, złączeni braterstwem broni, albo po prostu współpracą. W głównej sali rezydencji starosty, na wtajemniczeniu i odprawie przed jutrem, zebrało się egzotyczne, a doborowe grono. Naukowe ramię ekspedycji mieli stanowić doktor Emil Quolleb i doktor Lara Quatermain, specjaliści od archeologii i dawnych języków. Stara Suelia była też konikiem Eutelo Isebranda, ale przybysz z Aerdu występował w drużynie w roli uczestniczącego obserwatora, do czego prawo dawało mu zaangażowanie jego rodziny. Eutelo liczył, że będzie mógł wymienić się myślami z dwojgiem uznanych ekspertów, ale wiedział, że jego rolą tutaj jest pilnowanie interesu Kompanii Lazurowej i Isebrandów, a nie naukowe analizy Ścieżki. W podobnej roli co Eutelo, na miejscu był też Kai, ale tym razem bard odmówił uczestnictwa, wymigując się poważnymi sprawami, które wymagają jego obecności gdzie indziej. Wysłuchał briefu przed jutrem, ale na ten dzień potrzebny był już gdzie indziej. Wylla musiała widać znać powód, bo nie wchodziła w temat i nieobecność barda była usprawiedliwiona. Jako zbrojne ramię ekspedycji służyć miał sir Randal Bronson, Ballo Białe Serce, sierżant Varlund, otrzaskany już wcześniej w boju Grebo i wracający do siebie po kuracji Seweryna, Bolvar. Drużynę mieli zasilić jeszcze inni zbrojni, ale na odprawę wezwano tylko tych, których można było wtajemniczyć w sprawę przed resztą. Tak samo przed resztą, wtajemniczony został Haraz Baraz-Felak, który miał w misji odpowiadać za aspekt górniczo-inżynieryjny. Jego wezwano na spotkanie jako jedynego reprezentanta tej gałęzi ekspedycji, rekomendując by swojej drużynie dał tylko znać, że jutro mają stawić się w umówiony punkt i być gotowi na robotę. Nie było sensu mnożyć potencjalnych plotkarzy. Składu grupy dopełniali znany w miasteczku cyrulik Seweryn Drachenwulf oraz służący za magiczną pięść drużyny Marius Utopiec i świeża w Kompanii - Morwen. Medyk dał się już poznać jako człowiek, który nie boi się ubrudzić rąk, kiedy potrzeba, ale przede wszystkim jako świetny lekarz. Można było mieć nadzieję, że Seweryn będzie tym razem mieć na Ścieżce jak najmniej do roboty, ale lepiej przecież dmuchać na zimne. Marius i Morwen mieli wykazać się w sprawach Kompanii swymi czarodziejskimi talentami. Utopiec wyrobił sobie już opinię groźnego i nieco szalonego, szarżując wcześniej na olbrzyma i miotając czary za goblinami, ale Morwen była nowym nabytkiem w grupie. Ręczył za nią Kai i rzekomo miała pokazać niebawem, ile jest warta. Ostatnie starcia na Ścieżce wykazały, że bez magicznej osłony ofiary mogą być nie do uniknięcia… Po to zatem była Morwen i Marius. Drużyna miała dzień na przygotowanie i nazajutrz, na sygnał mistrza Wedryka, mieli zbliżyć się do wewnętrznej bramy na Ścieżce, stając u progu tajemnic, których nie widziały millenia.
  • 0 Głosy
    179 Posty
    883 Wyświetlenia
    RewikR
    Musiałbym jeszcze dać Wam jakoś prawo do edycji mojego posta w materiałach, by linki podmieniać. Trochę kłopotliwe. Ewentualnie może dałoby się przez dostęp do całego folderu z prawem edycji, albo z listą w googelexelu... chyba jednak pozostanę w takich warunkach przy edycji tylko z mojej strony. Najlepiej jedna byłoby kliknąć w link i tam móc zmienić jedną cyferkę, automatycznie zapisać i tyle. Edycja: o nawet się da. Na próbę dałem Ci wired mozliwość edycji tego tutaj posta. Sprawdzisz jak to działa?
  • Gniew Burzy

    Rozgrywka pathfinder spheres of power golarion
    35
    0 Głosy
    35 Posty
    114 Wyświetlenia
    ArveeA
    Zod dał Jinowi wyjaśnić wszystko, ze wszystkimi jego notatkami i mądrymi słowami. Lepiej się do tego nadawał. - Daruthek ma teraz dwie prawdopodobne drogi przed sobą. Albo pogodzi się z tym, że wytrącono mu z rąk wszystkie karty i pogodzi się z porażką, albo stanie się desperatem. Bardowie lubią drugą opcję. Jest bardziej dramatyczna… ale kij go tam wie… jednak to jest opcja która musimy brać pod uwagę. Ale Jin ma rację… znalezienie go jest praktycznie niemożliwe. Może Dzieci Bagien byłyby w stanie… na pewno nie my. A propos ich… masz rację. Niedawno chciały nas powybijać. Dokładnie tak samo jak mieszkańcy Pridons Heart chcieliby powybijać je, jakbyśmy ci tu nakłamali o tym jakimi potworami one są i, że nie ma innego wyjścia jak je wybić… to właśnie się z nimi stało. Dzieci Bagien zostały okłamane. I miały znacznie lepsze powodu mu ufać, niż ty masz by ufać nam. Dżungla jest wystarczająco duża dla nas wszystkich i wszyscy mamy potencjalnego wroga w postaci boggartów. Zod zdawał sobie sprawę, że powtórzył – innymi słowami – argumetny Jina, ale cóż poradzić? Miał, nekrochemik, rację. - Delegaci Dzieci Bagien też są upoważnieni do wstępnych rozmów o wymianie handlowej. Ona może bardzo pomóc obu plemionom.
  • [Smoczy Jeźdźcy] Magnum Opus

    Rozgrywka
    24
    0 Głosy
    24 Posty
    191 Wyświetlenia
    slann22S
    Farasz Uśmiechnęła się ponuro i powiedziała. - Czyli jesteśmy na właściwym szlaku… Jeśli to prawda, to bardzo mi pomogłaś i być Może uratowałaś królestwo nawet bez użycia twojego smoka… Chociaż właściwie to go użyłaś… - Przytuliła ją po przyjacielsku. Spotkanie jeszcze trwało dobrą godzinę, podczas których dzieci się bawiły aż w końcu Melisa zaczęła zasypiać, a jej bracia też ziewali ze zmęczenia. Pożegnali się z gospodarzami, którzy postanowili ich odprowadzić kawałek od swojego dworu. Gdy Melisę wzięto na ręce to powiedziała. - Tutaj są inne kolory niż w domu… Każdy kraj ma swoje kolory i chciałabym znaleźć Takie kraje Gdzie są kolory jakich nigdzie na świecie nie ma i je przywieźć do nas. - A potem zasnęła. Astio Tymczasem razem z Glorią i Rufusem, ale potem odeszło na bok na chwilę aby porozmawiać z Cynthią I powiedziało do rycerki. - Nos już mnie nie boli, dostałom Od Rufusa Taką maść, i trochę lepiej mi się oddycha, a Gloria sprawdziła czyli nic mi nie złamano… - Wkrótce dotarli do kamienicy w której się zatrzymali.
  • 4 Głosy
    44 Posty
    603 Wyświetlenia
    MarrrtM
    Prymula Brandybuck [image: 082EXNM.png] Lobelia jednak wciąż była Lobelią i Prymulka, której Fortuna oszczędziła ukąszeń przez szerszenie, siedziała teraz wygodnie w kolasce trzymając Droga pod ramię i z grzecznym uśmiechem na twarzy przysłuchiwała się miodowym rozważaniom panny Bracegirdle. - Rzeczywiście Lobelio - przytaknęła rozbawiona aneksją dzbanów - Zasłużyłaś na ten podarek bez wątpienia. A wiosna… Hmmm… Plastry miodu wydawały się pełne, a owady… pszczoły pracowite, a szerszenie… wściekłe. Wzdrygnęła się na wspomnienie atakujących ją insektów. Bardziej niż ona jednak ucierpiał Drogo, którego pod wpływem nagłej potrzeby ścisnęła mocniej za ramię. - Ale przyznać trzeba, że łąki kwieciem pokryte gęsto i nie dziwota, że pszczołom praca się w łapkach paliła. Szerszeni zaś tłumaczyć nie trzeba. Z resztą i rady na nie większej nie ma. Trzeba się pogodzić, że istnieją nieprzyjemne stworzenia co w swej naturze mają zgryźliwość i miodowe łakomstwo. Uśmiechnęła się uprzejmie, a Drogo zachichotał. *** Gwar był w Rozstajach niesłychany wręcz. Prymula być nie była nim jakoś bardzo zaskoczona, gdyż podobny widywano w Newbury przy Północnym Trakcie w Bucklandzie. Ale w Bucklebury, czy Crickhollow coś takiego zdarzało się co najwyżej podczas Festynów. - Ależ to nie wina tego chłopca Lobelio. Pecha mamy, ot co. Oby nie towarzyszył on też naszym żądnym rzecznych przygód przyjaciołom. Z resztą Rory jest z nimi. Nie pozwoli by dopuścili się jakiejś bzdury ani nie przyzwoli nieszczęściu ich spotkać. Jestem tego pewna. Obrzuciła wzrokiem tłum hobbitów przeplatany pojedynczymi krasnoludami. Lubiła pogawędzić niemniej niż inni hobbici, ale ostrzenie uszu nie było jej ulubionym zajęciem. Nawet jeśli rzeczywiście nie mieli niczego lepszego na oku aktualnie. Chyba żeby… Ilość pytań, powitań i pozdrowień była wprost proporcjonalna do tłumu, ale nie przesadnie nachalna. Radzili sobie z nią zupełnie dobrze. I być może można było to wykorzystać. Pozwoliła Lobelii czas jakiś na jej plotkarskie przyjemnostki, po czym wstała. - Poczekajcie proszę. Odo… potowarzysz mi. Ruszyli we dwoje z młodym Bolgerem w kierunku gospody i szynkwasu wymieniając zdawkowe pozdrowienia z postronnymi hobbitami, póki nie zwróciła na nich uwagi większa grupka hobbitów i hobbitek, w której prym wiódł kojarzony nieco przez Prymulę rosły Chubb. - Powitać pani dziedziczko Prymulo! - ozwał się - Jak się miewa Buckland? Prymula uśmiechnęła się i skinęła uprzejmie głową. - Dziękuję Panie Chubb - odparła słabym głosem - Miewa? Ach Buckland… tak… Po czym omdlewając osunęła się na ziemię.