Przejdź do treści
  • U bram raju - komentarze

    Komentarze
    127
    1 Głosy
    127 Posty
    2k Wyświetlenia
    BrilchanB
    Trochę mi się pokomplikowało w życiu medycznie i urzędowo obie rzeczy które potrzebuje załatwić stąd nie było mnie na forum przepraszam za brak kontaktu.
  • 5 Głosy
    316 Posty
    3k Wyświetlenia
    BrilchanB
    Trochę mi się pokomplikowało w życiu i medycznie i urzędowo obie rzeczy które potrzebuje załatwić stąd nie było mnie na forum przepraszam za brak kontaktu post będzie bo nie chce blokować kolejki
  • [Kroniki Mroku]Działkowcy Reaktywacja

    Rekrutacje
    10
    1
    2 Głosy
    10 Posty
    273 Wyświetlenia
    BrilchanB
    Wiem że mieliśmy zaczynać w tym miesiącu... Trochę mi się pokomplikowało w życiu postaram się do was podzywać i podomykać ustalenia będzie trzeba przedłużyć termin rekrutacji jest więcej chętnych niż się spodziewałem co mnie cieszy więc potrzebuje dogadać szczegóły na co nie miałem czasu
  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen
    525
    0 Głosy
    525 Posty
    4k Wyświetlenia
    DeklineD
    No i super. Tak, można
  • [komty] Syreni Śpiew Neonów

    Przeniesiony Komentarze cyberpunk2077
    328
    3 Głosy
    328 Posty
    3k Wyświetlenia
    GreKG
    Na ile Switch jest świadomy?
  • Popiół i Śnieg

    Rozgrywka
    29
    4 Głosy
    29 Posty
    637 Wyświetlenia
    DhratlachD
    Karczma, poranek Heinz dostrzegł gest karczmarki i nawet uśmiechnął się krótko i nieznacznie. Nie do niej, do siebie. Do siebie... ponieważ wiedział dobrze, że to nie miało sensu. Żadnego. Nie miał czasu, ani chęci, na bliższe znajomości. Nie ważne jak cudowne by nie były. Nie ważne, że właśnie to mogło go uratować od jego myśli i uczuć, które towarzyszyły mu dzień i noc. Zanurzył pysk w cierpkiej herbacie mentalnie dokładając kolejną cegiełkę do muru który stworzył wokoło swojego serca. Nie wiedział nawet czy bije w ten sposób. Czy jeszcze potrafi. Skryte zza murem żałości, rozpaczy i złych wyborów... nie słyszał go. Tak wysoki i gruby ten mur był. Czy jeszcze tam było? Jego... serce? Była w tym piękna, życiowa prawda... Wiedział, że nigdy nie zabije, ale też już nigdy nie rozsypie się w pył... Krucze sprawy i Albrecht Heinrich patrzał na kruki. Zimno, obojętnie, bez zainteresowania tym swoim pustym wzrokiem, w którego oczach przejawiał się lekkie iskry życia. Serce biło mu szybciej i to nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie była to ekscytacja, bardziej instynkt każący sięgnąć po broń, choć nie czuł się zagrożony. przy najmniej nie teraz, jeszcze. Spojrzał na starca. Heinz był zmęczony i było to po nim widać. Znoszony. Jak stare buty, które widziały za dużo drogi, ale w swojej niewygodzie i wątpliwej użyteczności nad wyraz były wygodne by je zmienić, a wszystko dlatego, bo były łącznikiem-wspomnieniem dawnych czasów. - Musimy być ostrożni, Herr Albrecht. - powiedział ochryple tak jakby powtarzał te słowa w nieskończoność - Muszę zapytać, działy się jakieś niecodzienne rzeczy w ciągu ostatniego roku? Zaczynał mieć dość tej całej mieściny. Zdecydowanie już dawno wyczerpał swój limit socjalizacji i ogólnego gadania. Chciał usiąść. Chciał się napić. Chciał odpocząć i pójść spać snem, który jakby Morr dał zabrałby go... ale nie, Kruki pomarły... nie było komu zanieść jego duszę do Ogrodów... Było wiele rzeczy którymi Kraus szczerze i z całego serca gardził, a nawet i nienawidził. Jedną z nich były przesądy, ale nawet on nie był w stanie się uchronić przed niepokojem. Tam, w głębi. Masowa śmierć Strażników Ogrodów? Posłańców Pana Snów? To nie wróżyło, a i wróżbami też gardził, dobrze. Czuł to w kościach i nie było to dobre uczucie. Tym bardziej, że musiały pomrzeć lada chwila temu. nie było sił na tym świecie, by ich nie dostrzegł wcześniej... Seiler długo nie odpowiadał. Stał nad krukami z czapką naciągniętą nisko na uszy. Po jego minie można było wnosić, że żałował, iż wybrał się z Heinzem. Zdecydowanie wolałby raczej machać siekierką i pracować nad jego kurtą, od czasu do czasu pociągając z gąsiora z siwuchą. – Niecodzienne? – powtórzył cicho. – Po burzy, jaka przetoczyła się przez Imperium, wszystko jest niecodzienne, chłopcze. Ale jeśli pytasz, czy często znajdujemy stada martwych ptaków w polu, to nie. To coś nowego. Podsumował i przełknął ślinę. Rozejrzał się po sadzie, próbując obaczyć, czy nie czyha tam gdzieś, między drzewami, więcej dziwactw. – Może żerowały na czymś, co im zaszkodziło? – zaproponował przytomnie. Kraus uśmiechnął się w duchu. Jak nic, jego "głupie pytanie" podziałało zbawiennie na serce Seilera. Pamiętał o Burzy, choć w jego fachu, czy życiu, niewiele ona zmieniła. Zawsze była. Tak czy inaczej, byli tam i jak zwykle ryzykowali życiem, zdrowiem i przytomnością umysłu... Rzeczy które widział i przeżył. Może nie wierzył w przesądy i większość wierzeń miał gdzieś, to jednak... magia istniała. Istniała i była przesiąknięta złem do szpiku kości. Tak. Klątwy istniały... - Może. - powiedział i spojrzał na martwe ptaczyska okiem człowieka o wielu rzeczach nie mówił. Dlatego bo wiedział. Niewielkie coś, ale jednak i ta wiedza nie była zdrowa. Była niebezpieczna. Sprowadzała na człowieka problemy. O wieleurzeczach nie mówiło się głośno, o wielu więcej? Lepiej było być ich całkowicie nieświadomym... Tu nie widział nic naturalnego. Widział klątwę. Widział czarostwo. Widział plugawy palec jakiegoś Niszczycielskiego, plugawego czy zapomnianego Bóstwa. Widział coś co przybyło z nimi, albo ujawniło się po ich przybyciu. Nie ważne co było prawdą... Prawdę którą znał nie napawała optymizmem. Z doświadczenia jednak wiedział jedno i jednego był pewien. Jak już zło się zaczęło ujawniać... to było jak dziki piec co obnaża kły zaraz przed atakiem... - Być może... Seiler spojrzał na Heinricha spod krzaczastych brwi. Wiedział, że chłopak nie wykrztusił wszystkiego, co mu chodziło po głowie, ale nie miał zamiaru nic z niego wyciągać. Był stary i nie strzępił języka po próżnicy. Martwe ptaki to kłopoty, a od kłopotów najlepiej trzymać się z daleka. – No dobrze – mruknął. – Co by nie było, lepiej nie stać nad tym ptaszyskami jak dwa głupie capy. Nic tu po nas. Cofnął się o krok od najbliższego kruka, a później zrobił parę kroków w stronę wioski starannie omijając truchła ptaków. – Do karczmy. Niech Łowca sam sobie na to obaczy to znalezisko, skoro taki z niego tępiciel złego. Ja swoje lata przeżyłem i nie mam zamiaru dokładać sobie do listy kłopotów ptasiej zarazy. Poprawił kożuch, splunął w bok i ruszył szybciej niż wcześniej, choć dalej. Chęć oddalenia się od ptaków dodała chyżości starym gnatom. Nie minęła chwila, a ramię w ramię ze Starcem kroczył Tłumacz, który miał przegniłe przeczucie. Cokolwiek tu się działo... nie było dobrze.
  • [Autorski storytelling] Ropa i krew

    Przeniesiony Rozgrywka ropa i krew storytelling autorski
    37
    0 Głosy
    37 Posty
    549 Wyświetlenia
    MarrrtM
    Wół nie miał problemu ze słuchaniem prostych poleceń. “Nie reaguj na głosy” było prostym poleceniem. Toteż dziecięce śmiechy i stuki zza ściany pozostawiał bez odpowiedzi. Ale gdy Hanka zniknęła, a zza drzwi, z których był pewien, że przyszedł widać było światło dnia, uznał, że techniczka jednak nie przewidziała wszystkiego. Skoro po przeczytaniu wpisów w archaicznym segregatorze zaczęły się dziać dziwne rzeczy, spróbował przeczytać, (a raczej wydukać) je jeszcze raz jakby były zaklęciem. Niestety nie przyniosło to efektu. Nadal był sam w starym zniszczonym biurze, a zza drzwi zapraszająco świeciło słońce. - Nooo… tak to się z Wołem nie pogrywa. Hanka? - rzucił pytanie w spowitą kurzem przestrzeń. Cisza. Pomieszczenie było takie jakie Wół je zastał. Tam gdzie dosłownie przed chwilą stała Hanka była pustka. Do uszu wielkoluda zza drzwi doszedł szum wiatru buszujący pośród trawy. Wielki mężczyzna zmarszczył brwi po czym podniósł z podłogi jedno z krzeseł, sprawdził jego wytrzymałość, usiadł na tyle wygodnie na ile było to możliwe i… zaczął śpiewać. Na polanie usiadł biały mutek Idzie dróżką od kochanki Ziutek Skorpion polny przędzie złotą grzywą Wodnik topi żabę ledwie żywą Chodź tu miła będziesz ze mną bimber piła, będziesz bimber piła Chodź tu miła będziesz ze mną bimber piła, będziesz bimber piła Lecą sępy po błękitnym niebie Krowy ryczą świnki śmierdzą w chlewie Rosną jabłka, owies, oraz gryka Łapie Johnny kurę dla Włócznika Chodź tu miła będziesz ze mną bimber piła, będziesz bimber piła Chodź tu miła będziesz ze mną bimber piła, będziesz bimber piła Jeśli Hanka była w pobliżu nie mogła go nie usłyszeć. Ani pomylić. - Przestańże tak mordę drzeć. Uszu Woła dobiegł znajomy głos. - Spłoszysz nam wszystkie wiewiórki! Krótki śmiech zza drzwi. Męski. Wół z nikim nie mógł go pomylić. Ale to nie był tatuś. Ooooo nie… Tatusia szlag trafił zimą. I napewno nie w jakichś podziemiach. Jednak zaczynało Woła denerwować to całe przedstawienie i to, że Hanki nadal nie ma i się nie odezwała. A dłuższe siedzenie na dupie w tej kanciapie nie mogło przynieść niczego więcej poza kolejnymi żartami tego korytarza. Wstał i podszedł do drzwi, po czym je otworzył pamiętając by nic go nie zdziwiło. - Wychodzę na korytarz Hanka! Świecę trzy raz latarką. Jeśli mnie widzisz, może do mnie podejść! Tak jak nie było Hanki, tak samo nie było korytarza. Coś mocno ścisnęło wielkoluda za jego wielkie serce. Trawa sięgała prawie do kolan i falowała leniwie na wietrze. Gdzieś dalej szumiały drzewa. Prawdziwe drzewa, nie te rachityczne kikuty pustkowi. Pachniało ziemią po deszczu i dymem z ogniska. Kilka metrów dalej stał stary pickup. Ten sam. Obdrapany bok. Krzywo przywiązana plandeka. Jedno lusterko owinięte drutem. Ojczulek siedział na rozkładanym krześle obok ognia i dłubał coś nożem przy kawałku drewna. Nawet nie zaszczycił Cię spojrzeniem. - No, wreszcie żeś przestał wyć. Prychnął pod nosem. - Chodź tu. Mięso stygnie. Na prowizorycznym ruszcie skwierczały wiewiórki. Oczy można oszukać. Ale jak oszukać węch? A przecież Wół pamiętał ten zapach młodości i pieczonej wiewiórki. Żaden inny. Na szczęście słowa Hanki i gadanie jakiego nasłuchał się na zmywaku zrobiły swoje. To był kit. Ale jakoś nie umiał odwrócić się na pięcie. - Cześć papciu - powiedział do ojca - Taaa wiem… Czyste stopy. Ale wiesz… Ty nie żyjesz. A ja tu tylko na chwilę. Hanka powiedziała, że miałem się w ogóle nie odzywać. Ale… z papciem bym się nie przywitał??? Ojciec odłożył nóż. Spojrzał na niego tak, jak patrzył setki razy wcześniej. Bez zdziwienia i bez wielkich emocji. Jakby Wół za długo zabawił na polowaniu. - Co tak stoisz? Szlak ci już chyba nogi zjadł. Siadaj. Skinął głową na wolne miejsce przy ogniu. - Jakbyś przeszedł obok i nic nie powiedział, to dopiero bym się obraził. Ojczulek odwrócił wiewiórkę nad ogniem. - Powiedz lepiej, gdzie cię droga poniosła przez te wszystkie lata. - Nie mogę papciu. Hanka zabroniła. Sam mówiłeś. Jak nie wiesz to słuchaj tych co wiedzą. Ale fajnie Cię zobaczyć. Trzymaj się papciu. I uważaj, bo ta jedna już Ci się fajczy! Co rzekłszy odwrócił się i ruszył w kierunku przeciwnym niż tatuś. Za plecami Woła przez chwilę było słychać tylko trzask ognia. Potem głos papy: - No. - krótkie milczenie. - Ta Twoja Hanka to mądra dziewucha. I dobrze pamiętasz. A ta wiewiórka... Ojczulek parsknął śmiechem. - A niech się fajczy. Jeszcze... TRZASK. Świat eksplodował bólem głowy. Percepcja wraz z przytomnością umysłu wracała szybko, zbyt szybko. Wół poczuł jakby się topił, a w ostatniej chwili ktoś wyjął mu łeb z przerębla. Przez włosy ciekła stróżka krwi, z ust ciekła ślina, a Wół stał w tym samym miejscu, z segregatorem w dłoni, w którym odpłynął. Mężczyzna poczuł jak strasznie miał spięte mięśnie i moment w którym się rozluźnił. Hanka stała obok, tam gdzie powinna stać. Mięśnie miała spięte, z ust ciekła jej ślina jakby spała z otwartą buzią. Po drugiej stronie stał facet z podeszłym wieku, w ręku ściskał kawałek gazrurki. - Wróciłeś? - zapytał i nie czekając na odpowiedź, zdzielił przez łeb towarzyszkę Woła. Ona też odzyskała przytomność. Staruszek był przewiązany liną w pasie, w dłoń miał wbity gwóźdź lub jakiś metalowy odłamek którym co jakiś czas poruszał sprawiając sobie ból. - O w psi zad... - stęknął Wół masując się po czaszce po czym żywo zaprotestował gdy staruch ździelił Hankę - Ej! Oczadział?! Czego nas tłuczesz dziadku?? Inne pytania w głowie Woła formowały się znacznie wolniej. Co nie zmienia faktu, że próbował odtworzyć co się właściwie stało, a co mu się tylko zdawało, że się stało? Tylko z marnym póki co skutkiem. - Bo działa - staruch splunął pod nogi. - Jak znasz lepszy sposób, to słucham. Spojrzał na Hankę, która właśnie dochodziła do siebie. - Wy jeszcze mieliście szczęście. Staliście tu może z dziesięć minut. Poruszył odłamkiem w dłoni. - Widziałem takich, co stali dwa dni, i widziałem takich co umarli w czasie transu z pragnienia. Ivan wyciągnął z kieszeni dwa zaostrzone odłamki metalu i wyciągnął je w geście poczęstunku, jakby częstował papierosami. - Jeszcze trzeba dzieciaki znaleźć. - A pewnie, że znam - mruknął z przekąsem patrząc na Hankę - zamurować. A części Czarnym kraść. Z pożytkiem. I bez mieszania we łbie... oż by cię, dziadku, masz Ty parę w łapach... - spojrzał na wyciągnięty ku niemu gwóźdź, czy inny szpikulec i skrzywił się jeszcze bardziej, bo jasne było o co staremu chodziło - znałem kiedyś gościa, którego cięgiem całe dni ząb napieprzał. Ten to był drażliwy typ. Ale nadał by się Wam tu. Dooobra, daj to żelastwo i się śpieszmy. Hanka zamrugała kilka razy. Przez chwilę patrzyła przed siebie nieobecnym wzrokiem. Dłoń powędrowała do policzka, był mokry. Dopiero wtedy zorientowała się, że płacze. - Nie... - głos jej zadrżał. - Nie... Zamknęła oczy. - Michael... Imię wyrwało się samo, niczym odruch. Imię którego nie wypowiadała od wielu lat. Otarła twarz rękawem. Bez skutku, bo łzy dalej płynęły. - Kurwa... - wzięła gwałtowny oddech. - Kurwa mać... Przez moment wyglądała, jakby chciała gdzieś pobiec, wrócić, ale dokąd? Cokolwiek tam było. cokolwiek zobaczyła... Potem zacisnęła szczękę, jeszcze raz przetarła oczy. Spojrzała na Ivana, potem na Woła. I bardzo świadomie nie spojrzała za siebie. - Dzieciaki - głos nadal jej lekko drżał. - Mieliśmy znaleźć dzieciaki. Dzieciaki na ich szczęście (lub nieszczęście) były niedaleko. W bezruchu ze śliną kapiącą z gęby. Kilka tępych uderzeń później, mogli wracać na górę.
  • Daggerheart: Serce Wieczności

    Rozgrywka
    47
    1 Głosy
    47 Posty
    768 Wyświetlenia
    MarrrtM
    Baron z ulgą zauważył, że powitanie przeszli bezbłędnie i mieszkańcy Elmore nie należą do nadto obrażalskich. Nie dowierzał oczywiście tłumaczeniom, że przydomki hrabiego były przypadkowe zbieżne z ich aparycjami, ale co kraj to obyczaj. No i darowanej śliwowicy w antał zaglądać nie zamierzał. Choć niepokojące spływające sokiem nogi starego rycerza nakazywały uważać, co się zamierza spożywać, czy w ogóle w zasadzie tykać. Za niezwykle praktyczne uznał czapki kowala! Toż jeden arystokrata mógł tym sposobem jednym sługą zaopatrzeć całą rezydencję! Oszczędnie i zgodnie z nowopanującą elfią modą na ekologię, bo ileż mniej psuł powietrza jeden sługa od ich całej armii! A dzięki czapkom w trymiga zmieniał tenże sługa swoją przydatność. - Rechotku! - szturchnął kompana, który zamilkł jakoś od wizyty w karczmy i wyglądał jakby każda kolejna napotkana niewiasta nikczemnego wzrostu jawiła mu się soczystą muchą. Po czym wykonał przesadny i nader fikuśny gest pozdrowienia tym razem zupełnie serdecznie tupiąc racicami. - Ja-a-a-kże moglibyśmy Ci hilfen imć hrabio? - spytał odstawiając krzesła dla ich drużynowych pań przy stole i grzecznie czekając aż kowal-lokaj zacznie czynić honory. Dla olbrzymki złączył 2 krzesła, a dla wróżki szarmancko postawił na krześle zegar z kurantem przeniesiony z kredensu i ustawiwszy godzinę dwunastą, zatrzymał by z zegara wynurzyło się na sprężynie krzesełko z księciem. Książę powędrował na stół a fotel był wolny dla Aurelianny.
  • [Smoczy Jeźdźcy] Magnum Opus

    Rozgrywka
    64
    1 Głosy
    64 Posty
    792 Wyświetlenia
    slann22S
    Koresz Pokiwała głową i powiedziała w języku migowym. - Wielu ludzi myśli, że byłoby w stanie dużo zyskać na tej wojnie, ale dysponuje wiedzą, która sprawia, że mam świadomość że moi rodacy na niej stracą… Jednak nie jestem pewna, czy to jedyny powód kradzieży tych klejnotów. Musisz pamiętać, że smocze klejnoty są bardzo cenne, a mam wrażenie że coś się dzieje w świecie czarowników, tych, którzy działają w waszych krajach bez sankcji świątyni -
  • Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

    Rozgrywka import
    194
    0 Głosy
    194 Posty
    805 Wyświetlenia
    MirasM
    Tobias spoglądał na szykujących się kompanów kończąc cerować dziury w spodniach. Spojrzał z politowaniem na stan swoich butów ale wiedział że jeszcze mu jakiś czas posłużą. Kołczan miał uzupełniony a krótszy z łuków zabezpieczony i gotowy. Jeszcze kiedy mężczyźni głośno rozprawiali o krągłościach markietanek Tobias ostrzył długi nóż myśliwski. To było dobre odwrócenie uwagi od otaczającej ich śmierci. Śmierć dosięgła ich kolegów przyjaciół a nawet braci, i dobrze im robiło chwilowe chociaż zapomnienie o tym. Morale nie podupadło co dobrze rokowało na dalszą część wyprawy. Choć to mogło się zmienić jeśli prawdą okaże się pogłoski o regimencie Siege Stern. Strach może być silną bronią przeciwko siłom Imperialnym. Podstępną, roznoszącą się po cichu po sercach obrońców. Należało go zdusić i to jak najszybciej, ale trzeba było najpierw przedostać się tam. Unikając oddziałów wroga, i szpiegów buntowników.
  • Miasto, Mgła, Machina

    Rozgrywka
    29
    1 Głosy
    29 Posty
    285 Wyświetlenia
    slann22S
    Gilbrath Zrobił wielkie oczy Stacey się do niego zwróciła. - Ten tego Jasności, ja jestem tutaj nowy, i to… Konstabl Colms jest tutaj Starsza stopniem! - Powiedział zdezorientowanym tonem, i panna Newman mogła stwierdzić, że posiada bardzo dziwny Akcent. Gdyby nie to, że nie nosi maski, to uznałaby, że musi być jednym z Malwishów… - To znaczy ona jest Podobna do Vin… Wygląda tak jak postać na posągu w parku! - Powiedziała jej siostra skrzyżowawszy ramiona na piersi i przeglądając się wrogo złotowłosemu. Marasi popatrzyła na Stacey z pełną powagą, Nachyliła się nad nią a potem powiedziała ściszonym głosem. - Dziewczyno, nie możesz sobie wybierać z którym z stróżów prawa rozmawiasz, Bo to ja jestem zwierzchniczką Gilbratha, i jego partnerką, a poza tym, ty nawet nie wiesz co się wpakowałaś… Posłuchaj mnie, nie wiem czy to jest naprawdę osoba, o której mówisz, ale możesz ściągnąć na siebie uwagę osób, z którymi niezbyt mądrze byłoby się zadawać, Jeśli na głos powiesz, że znalazłaś Vin… Zrób teraz jak ci każe czyli zabierz ją w jakieś bezpieczne miejsce… Jak wyjdziesz z posterunku zaraz wyślę za tobą Gilbratha, aby was popilnował, a ja postaram się skontaktować z kimś kto będzie wystawił potwierdzić tożsamość dziewczyny. - A potem powiedziała na cały głos, także wszyscy obecni na posterunku byli w to w stanie usłyszeć. - To, że pokłóciłaś się ze swoją dziewczyną, to nie oznacza, że ją zaaresztujemy… - Poprawiła kaptur na twarzy białe włosy, tak, że ta oparła głowę na ramieniu Marasi pochrapując.- Widzisz, już przeprosiła!-*
  • Sharn - Mrocznymi Scieżkami

    Przeniesiony Rozgrywka
    12
    2
    4 Głosy
    12 Posty
    429 Wyświetlenia
    ArveeA
    W tym czasie - Pozdrowienia dla Paktu Znir! - zawołał, stawiając piwa przed gnollami i samemu rozsiadając się na wolnym krześle. Gobliny zignorował. - Wybaczcie, że tak bezceremonialnie wbijam się w wasze przednie towarzystwo, ale wierciliście nas wzrokiem niczym karczmarz beczkę dojrzałego już piwa, więc trudno mi uwierzyć, by był to czysty przypadek. Pomyślałem tedy, że nim zrobi się nieprzyjemnie, lepiej sytuację rozbroić… a nuż jeszcze wyjdą z tego nowi przyjaciele. Dwóch gnolli niemal zerwało się z krzeseł z wściekłym warkotem, ale potężne łapy ich towarzyszki momentalnie i krótkie szczeknięcie w ich języku osadziły obu na miejscu. Czwórka goblinów praktycznie się nie ruszała, spozierając na krasnoluda złowrogo i mamrocząc coś niewyraźnie. Jeden z nich wolnym, metodycznym ruchem tasował karty. - Jak nie chcesz, żeby się zrobiło nieprzyjemnie, to zostaw piwo, spierdalaj i się w nasze sprawy nie wtrącaj - warknęła gnollka. Borin skończył upijać pierwszy łyk swojego piwa nim groźba zdążyła przebrzmieć. W jego czasie przymrużył nieco oczy, z przyjemnością, ale ani na moment nie spuścił z nich wzroku. - Jakże niecywilizowanie... Takie przeciągłe spojrzenia mi posyłaliście, że prawiem się zarumienił jak ta siksa, na swoim pierwszym balu. Zostawić wam piwo? A zostawię! Są dla was. Dupę w troki wziąć? A wezmę! Za chwilę. Bo widzicie… Wierzę we wzajemne zapewnienie… uciążliwości. Mieszacie się w moje sprawy, to bądźcie pewni, że wmieszam się w wasze. Tylko waszego czasu mi szkoda… z Daaskami mam złą krew i niech im się Boromarowie do skóry dobiorą za naruszanie ich rewiru, ale Pakt \Znir mi nigdy nie zawadził niczym. Nie musimy być wrogami, Reilru. Gnollka ni to prychnęła, ni to warknęła. - Długie ucho się znalazło, co? Jak znasz moje imię, to już się wmieszałeś. Dużo gadasz, ale o Pakcie gówno wiesz. I to ty nam czas marnujesz, rozróby szukając - na te słowa jej towarzysze uśmiechnęli się wrednie - Spieprzaj i daj nam partię dokończyć - odwróciła się ostentacyjnie i sięgnęła po rozdawane karty. Borin upił powoli piwa, wciąż nie spuszczając ich z oczu. Obserwował. Analizował. Oceniał. - Wasze zdrowie - uśmiechnął się, wstając od stolika - Oby nasze następne spotkanie nie zrobiło z nas wrogów. [image: tc2n2wnr] Wracając do swojego stolika szedł powoli. Wciąż rozważając i analizując, a jeszcze siadając przy towarzyszach jego spojrzenie błądziło do gnolli. - Uhhh… widzę, że to zacne spotkanie chyli się już ku końcowi… Alestairze, jest jeszcze jedna sprawa, którą rozsądniej będzie omówić z dala od niededykowanych uszu. Na szczęście wolnych stolików tu nie brakuje. Pozwolisz? - Hm, oczywiście - detektyw odparł, podnosząc się - Panowie, powinniśmy szybko do was wrócić. Thal, już uciekasz? Chciałeś chyba zamówić jeszcze coś mocniejszego? Zamów nam po szklaneczce Kuryevy, przyda się na rozjaśnienie myśli. – Mam swe zadanie, czyż nie tak? – odparł Thal. – Czasu na popitek będzie aż zanadto, kiedy zapoznam się z panem Scrimshaw. Z takimi jak on chętnie by się wypiło jednego, dwa, a, ewentualnie dziewięć. Spotkamy się niedługo raz jeszcze. Skłonił się z niemalże teatralną pozą i skinął na Varoka. Mag i jego konstrukt, tudzież, konstrukt i jego mag poczęli przeciskać się w stronę wyjścia. [image: tc2n2wnr] Usiedli przy osobnym stoliku, kilka metrów dalej. Borin pociągnął jeszcze dłuższy, sączący łyk swojego piwa. Tym razem już pozwolił pzyjemności zamknąć swoje oczy. - W porządku więc… zacznij mówić. I nie omieszkaj wytłuścić dlaczego dopiero teraz… Jego ton był chłodny i kalkulujący… choć i tak dawał nieprzyjemne wrażenie w kontraście do tego sprzed chwili. Alestair zmierzył go wzrokiem i rozejrzał się lekko. - Odezwałbym się przeciągu tygodnia, gdyby nie ta sytuacja. Dlaczego zwlekałem? Bo ta sprawa to zbyt grząskie bagno, pełne wysoko postawionych pijawek. Gdyby sprawcy nie zostali odpowiednio szybko skazani, ktoś by ich zniknął. Dlaczego nie mówiłem o tym tobie? Przypomnij sobie swoje reakcje i emocje, utrzymałbyś odpowiednią maskę? - westchnął - Teraz minęło dość czasu, by zainteresowani zapomnieli o chłopcach, którzy oficjalnie gniją w pierdlu. A ja jestem bliski odkrycia, kim naprawdę są ci zainteresowani i co zamierzają. Po ich unieszkodliwieniu reszta będzie formalnością. Borin długo mierzył Alestaira spojrzeniem, stukając rytmicznie palcami w blat. Twarz miał skupioną i oceniającą. W końcu złamał kamienną maskę i wysyczał przekleństwo w bok. - Wierzę ci. Szlag by to. Jesteś jełop, bo bym – do stu kaczek niedogotowanych – dał radę, a jeszcze bym ci pomógł i szybciej by wyszli… Ehhh… - O to mi właśnie chodziło - odparował od razu detektyw - Sprawa musiała ostygnąć, wyglądać na kompletnie zamkniętą, żeby zainteresowanie przycichło. A gdybyś mi jeszcze pomagał, ściągnąłbyś dodatkowe zainteresowanie na siebie i Brzeg. W końcu dotychczas w podobnych sprawach niespecjalnie pomagałeś śledczym… Znów rytmiczny stukot palców o blat. Borin westchnął i gdy otworzył usta ton znów miał ciepły i przyjazny jak wcześniej, choć znacznie bardziej zmęczony. - Pojmuję tok twojego rozumowania. Jednak czuję pewien kwaśny żal, bo wtedy też bym zrozumiał. Aczkolwiek nie wiem czy ten smak bezczynność byłby mi bardziej czy mniej gorzki. Tsk… tak czy inaczej to temat na raczej długi wieczór – którego nie mamy – i na prywatną scenerię – której także braknie. Ale oczekuję, że znajdziemy sprzyjające okoliczności w najbliższej przyszłości i wprowadzisz mnie wtedy we wszystko co wiesz na ten temat… i mówiąc “wszystko” faktycznie mam na myśli WSZYSTKO. A może okaże się, że i moje śledztwo, które wtedy prowadziłem, da jakiś mały promyk świeżej wiedzy. Brzmi rozsądnie? - Taki był mój zamiar od początku - Alestair przytaknął - W biurze mam notatki z dotychczasowymi wynikami, będziesz mógł je przejrzeć, kiedy się tam wybierzemy. To nie jest tylko sprawa dotycząca chłopców i ciebie, Bekhesh i Thal też mogą chcieć się w nią zaangażować. Borin kiwnął głową kilkukrotnie. - W porządku. Wracajmy więc do reszty. Mamy kilku gnojków do złapania zanim więcej dzieci do mnie trafi…
  • Epitafium lastinn czyli atykuł o historii

    Forum
    38
    4 Głosy
    38 Posty
    407 Wyświetlenia
    NanatarN
    JhnW, kwestionariusz wysłany. Bez fajerwerków.
  • [CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]

    Przeniesiony Rozgrywka cyberpunk cyberpunk2077
    253
    1 Głosy
    253 Posty
    3k Wyświetlenia
    KetharianK
    Apartamentowiec na Vine, 23:15 Aigo ruszyło z miejsca na wysokich obrotach zdezelowanego silnika, zapiszczało ostrą nutą zużytego paska rozrządu skręcając w poprzek jezdni w stronę zaułka będącego drogą wjazdu na tylny plac budynku. Słysząc te dźwięki część mieszkańców obejrzała się natychmiast w kierunku czerwonego autka, a stygnące już emocje przeszły w podejrzliwe okrzyki, kiedy parę osób niewątpliwie zadało sobie w myślach to samo pytanie. Shawn nie poczuł się reakcją lokalsów zaskoczony, bo będąc na ich miejscu sam też byłby podejrzliwy wobec obcych kręcących się na terenie uważanym za własne terytorium, zwłaszcza przy okazji wyłączenia prądu późnym wieczorem w całym budynku. Opuszczając rękę w pobliże ukrytego pod ubraniem pistoletu, solo odprowadził wzrokiem znikający za rogiem apartamentowca samochodzik, zmienił nieznacznie pozycję na widok pierwszych ruszających jego śladem lokalsów. Szukał wzrokiem śladu broni, gotowy do siłowego odpędzenia najbardziej ciekawskich od zaułka w razie takiej potrzeby. I wtedy z miejsca ruszył ciemny van, który przez cały ten czas pozostawał w polu widzenia Shawna. Furgonetka wjechała po skosie na ulicę, by zahamować po kilkunastu metrach przed wejściem do budynku i grupą mieszkańców. Odciągane na prowadnicach boczne drzwi pojazdu stanęły otworem przed wyskakującymi z nich ludźmi. Od chwili pojawienia się furgonu na ulicy Frog miał niezbitą pewność, że obecność pojazdu nie ma w sobie niczego z przypadku i że za przyciemnionymi szybami pojazdu kryje się mnóstwo obserwujących ulicę oczu. I że w każdym momencie ich właściciele mogą się wysypać na zewnątrz furgonetki sprowokowani odpowiednim bodźcem. Ale kiedy ukryci dotąd w wozie ludzie znaleźli się na chodniku, Shawn Camara uświadomił sobie w jednej chwili jak bardzo się w jednej kwestii pomylił. Tyły apartamentowca Leif przeklinał z pasją pod nosem, podciągając się na kierownicy Aigo dla uzyskania lepszej widoczności za przednią szybą. Zderzak czerwonego autka uderzył w jakieś skrzynki, w plastikowe opakowania po jedzeniu i kartony, podskoczył na czymś, co wpadło pod samochodzik waląc metalicznie i zgrzytając o jego podwozie. - Co to kurwa było? - wyrzucił z siebie Hartley - Jakieś rury?! Leif nie odpowiedział zakręcając za tylnym narożnikiem apartamentowca i hamując raptownie. Mętne światło przednich reflektorów Aigo padło na odrapany metalowy kontener na śmieci i kształty znajdujących się na nim ludzi. - Kurwa - stęknął Gundarsson łapiąc za klamkę drzwi - Czy to Switch?! Vine Street przed budynkiem, 23:16 Było ich pięciu, może sześciu - Shawn nie miał w tym względzie pewności, bo zbyt wiele rzeczy zaczęło się dziać w tym samym czasie wystawiając na próbę podzielność uwagi solosa. Poruszali się w ewidentnie wcześniej przećwiczony sposób, ubezpieczając się wzajemnie, błyskawicznie identyfikując źródła zagrożenia. Sam ich widok już w pierwszych sekundach wywołał wybuch paniki na chodniku, nie tylko świadomością tego, że byli ciężko uzbrojeni, ale i barwami ich przynależności. Paramilitarne stroje, kuloodporne kamizelki z nadrukowanymi symbolami gangu, palące się intensywną czerwienią bojowego oprogramowania cyberoczy, pomruk serwomechanizmów wspomagających kończyny. 6th Street. Jeden mieszkaniec bloku okazał się człowiekiem szaleńczo odważnym w oczach sąsiadów, chociaż w opinii Shawna skończonym idiotą. Zamiast pójść w ślady pierzchających na wszystkie strony ziomków wrzasnął na całe gardło wyciągając spod kurtki jadowicie żółtego Streetmastera. Idący na szpicy napastników mężczyzna w nałożonej na kamizelkę uprzęży taktycznej zmiótł go w jednej sekundzie śrutowym pociskiem wystrzelonym z przyłożonego do ramienia Tactiirna, obryzgał krwią Latynosa fasadę apartamentowca. Nim jeszcze ciało człowieka upadło na płyty chodnika, Sixth Streeci już wbili się pomiędzy uciekających z krzykiem mieszkańców bloku zwalając ich z nóg uderzeniami pięści i kolb karabinów. Poruszali się w zawrotnym nadludzkim tempie, wspomagani najpewniej nie tylko podskórnymi generatorami adrenaliny, ale i Sandevistanami. Cofający się odruchowo Shawn z trudem potrafił uwierzyć w to, że wszystko rozegrało się dotąd dosłownie w kilka sekund, od momentu ruszenia furgonu z przeciwnej strony ulicy po szarżę napastników na główne wejście budynku. Solo nawet nie zdążył wyciągnąć swojej własnej broni, w kolejnej sekundzie uświadamiając sobie, że tylko dzięki temu nie zyskał jeszcze w oczach gangsterów statusu uzasadnionego celu. Sixth Streeci musieli korzystać z jakiegoś niewerbalnego systemu komunikacji, najpewniej na poziomie neuralnym, bo z płynnością przeczącą ludzkim ograniczeniu w ułamku chwili złamali szyk i dwóch z nich runęło poprzez tłumek lokalsów w stronę wjazdu do zaułka, w którym zniknęło Aigo tłukąc na wszystkie strony kolbami automatycznych Ajaksów. Najpierw pojawił się pomalowany w krzykliwe kolory dron, który nadleciał od strony Republica Ave, a zaraz za nim dwa pędzące na złamanie karku pod prąd samochody, osobówka i jadąca za nią odkryta półciężarówka. Staranowany przez ściskającą w ramionach dziecko kobietę Frog zachwiał się w połowie ruchu, oparł dłoń na rękojeści Pacifiera gotów w akcie desperacji rzucić wyzwanie napastnikom biegnącym do zaułka. Sixth Streeci ponownie zmienili szyk, dwaj mężczyźni na flance grupy zawrócili w jednej sekundzie w przeciwną stronę i zaczęli strzelać pomiędzy uciekającymi mieszkańcami w stronę nadjeżdżających pojazdów. Trzeci z gangsterów przyklęknął w progu wejścia, w którym zniknęła połowa jego grupy i zasypał pociskami ze swojego Copperheada pikującego w dół labiryntu ulicy drona. Pogrążona w półmroku sobotniej nocy Vine Street przemieniła się w ułamku chwili w piekło autentycznej strefy wojennej.
  • [WFRP 2ed] Bögenhafen

    Rozgrywka wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen
    171
    1
    0 Głosy
    171 Posty
    3k Wyświetlenia
    MortarelM
    Kurt szedł kilka kroków za Boschem, co jakiś czas poprawiając pas z mieczem. Broń była dobra, ale pas uwierał go w biodro przy każdym dłuższym kroku. Bosch zaczął rozmowę ze strażnikiem, który chyba nie poznał się na glejcie, gdyż zbluzgał srogo Hieronima. Kurt przystanął obok i ponownie poprawił pas z bronią, który znowu wbił mu się w biodro. Następnie wydarzyło się coś dziwnego, czego Kurt nie mógł wytłumaczyć. Bosch spojrzał na strażnika. Nie długo. Nie groźnie. Po prostu spojrzał. Kurt nie potrafił tego dobrze opisać, ale w tym spojrzeniu było coś takiego... świątynnego. Jak wtedy, gdy Zygfryd mówił o Sigmarze. Jak podczas modlitwy przy stosie. I nagle strażnik zmiękł. Nie od razu, ale jednak. Dał kuszę, dał włócznie, zaczął mówić rozsądniej. Kurt długo nad tym myślał. -Może właśnie tak działa Sigmar. - pomyślał, zastanawiając się, czy świątobliwy ojciec nie dostrzegł w Hieronimie czegoś, czego inni nie widzieli.
  • Gry PC i Inne - Przeceny, darmoszki

    Hydepark
    8
    0 Głosy
    8 Posty
    198 Wyświetlenia
    DhratlachD
    do 14.06 - Gravity Circuit - Steam
  • [Path 2ed] Runa cienie

    Rozgrywka pathfinder 2 golarion
    59
    1 Głosy
    59 Posty
    998 Wyświetlenia
    R
    -Dobre pytanie, a jak wolisz ? Nie jest to szczyt romantyzmu ale do kolejnego przystanku mamy ze dwie godziny i nie wiadomo jak będzie z zakwaterowanie. - Odparła jedną ręką rozpinając swoja koszulę a drugą muskając szyję Eleril schodząc do obojczyka i jeszcze niżej.
  • [WOD/MAG] Magowie na Dzikim Zachodzie

    Rozgrywka owod mag wstąpienie
    14
    0 Głosy
    14 Posty
    220 Wyświetlenia
    EleisharE
    Posiłek się skończył i Horace wstał by robić za przewodnika dla magów po swojej posiadłości. Bądź co bądź był zapracowanym człowiekiem i nie mógł niańczyć czwórki dorosłych ludzi przez cały dzień. Toteż po posiłku pokazał im najważniejsze lokacje. Oczywiście kuchnię i wychodek… ze spłuczką! Po pociągnięciu łańcuszka zamontowanego nad drewnianym kiblem woda spływała by spłukać odchody. Ani chybi magia nowoczesnych technologii. - Nie przyzwyczajajcie się do tego. To rzadki rarytas w tych stronach. Nawet najlepsze hotele w Teksasie tego nie mają.- rzekł z dumą. Ciekawszym miejscem było “biuro projektowe”… Duża sala ze stołem bilardowym, zawalonym mapami, planami, schematami i setkami karteczek z różnymi notatkami. Liczne mapy różnych obszarów Stanów Zjednoczonych i Teksasu wisiały na ścianach. Była tu też także olbrzymia szkolna tablica na której ktoś napisał dziesiątki równań. Ten totalny chaos połączony z wyjątkowo techniczną naturą ich badań sprawiały, że ciężko było ocenić co miejscowi magowie tu robili. Poza tym były cztery biura prywatne, po jednym na każdego miejscowego maga. Obecnie każde zamknięte. Horace wskazał położenie swojego acz nie pokazał jak biuro wygląda w środku. Takoż i nie rozwodził się na tym, kim są pozostali członkowie jego Fundacji. Następnie wszyscy udali się na piętro. Horace pokazał przeznaczone dla nich pokoje dodając. - Sami zdecydujcie kto gdzie śpi. Wszystkie są takie same. To pokoje gościnne.- Cóż… gościna to było za duże słowo. Każdy pokój zawierał proste łóżko, niewielką szafę na ubrania, pusty kufer na prywatne rzeczy, nieduży stolik z miską do obmycia twarzy krzesło i… w sumie nic więcej. Żadnych ozdób, żadnych detali, żadnych świec… nic. Smok rozpakował swój skromny dobytek w pokoju, który miał znacznie więcej udogodnień, niż to było potrzebne komuś takiemu jak on. Podejrzewał, że skończy śpiąc na podłodze, bo łóżko było znacznie bardziej miękkie niż futon. Wprawdzie to miasteczko miało być tylko punktem wypadowym, ale jego instynkty mówiły mu, że powinien rozeznać się w terenie. I może przy okazji wyłapać jakieś potencjalne informacje. Przebrał się w ciuchy podróżnicze, które były o niebo wygodniejsze niż garnitur, usiadł by wyregulować oddech, potem wyszedł z budynku. Przemierzał uliczki trzymając się cieni, poznawał rozkład otoczenia, nasłuchiwał, obserwował ludzi. Okazało się szybko, że jutrzejsza impreza związana z listami gończymi nie zajmuje szczególnej uwagi mieszkańców miasta. Ci bowiem ekscytowali się czymś innym… spędem bydła. Ta impreza miała nastąpić koło południa i miała przebiegać przez główną ulicę miasta. Potem miało się odbyć niewielkie rodeo z tej okazji na jednym z dużych pustych placów. Smok natknął się na mężczyzn sprawdzających właśnie ten obszar i naprawiających ewentualne usterki w ogrodzeniu. Tam też rozstawiło swe wozy się kilku cudotwórców sprzedających eliksiry i leki na wszelkie dolegliwości. Ani chybi szarlatanów bez jakichkolwiek zdolności magicznych. Oraz stanęły tam wozy z rozrywkami dla starych i młodych. Rzucaniem obręczy na paliki, strącaniem butelek celnie zaciśniętą piłką oraz nawet strzelaniem do tarcz z wiatrówki. Ba… była nawet kobieta z brodą (sądząc po plakacie na wozie), oraz tajemniczy Caligiostrio… wróżący przyszłość z kuli i kart. W każdym razie ich wozy były. Bo samego maga i kobiety z brodą David tam nie wypatrzył. Poza tym w mieście były dwa bary oferujące różne rozrywki… obecnie oba oblegane przez przyjezdnych oraz hotel z ofertą kabaretową dla bardziej zasobnej klienteli. Była też oczywiście siedziba szeryfa z całkiem sporym aresztem oraz niedostępne dla przypadkowych przechodniów koszary kawalerii, chronione zarówno przez wartowników jak i subtelnie umieszczone, ale dość silne magiczne bariery.
  • [Horror] Gruzy przeszłości

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie
    75
    9 Głosy
    75 Posty
    2k Wyświetlenia
    Arthur FleckA
    [image: MP100.png] [image: 1776761829032-krzysiek-komeda-100.jpg] Mikołaj Pogorzelski & Krzysztof Komeda Krzysiek odprowadził Paulinę i resztę dziewczyn wzrokiem a potem spojrzał na Mikołaja. — Ty naprawdę wierzysz, że ona… Urwał w połowie, widząc jak kolega ociera dłonią krew w nosa. Wyglądał jakby sam za chwilę miał zemdleć. — Ej, co ci jest? — spytał niepewnie — Tylko nie mów, że tobie też zaraz odetnie prąd. Pogorzelski się zawahał. Bał się odwrócić, bał się odsłonić włosy opadające na twarz. Dręczony uporczywą myślą, że powodem porwania mogło być przecież przejawienie tendencji. Byli w niebezpieczeństwie. Miejscem niezwykłych dzieci jest cela w laboratorium. Łoża z pasami, strzykawki i węże. Węże pod skórą. Wolał udawać, że nic się nie wydarzyło. Żałował wypowiedzianych słów. Miał nadzieję, że szybko ulecą z pełnych emocji głów. Chciałby wierzyć, że wszystko to nic ponad. — Halucynacje — przekonywał do kłamstwa również siebie. — Nic, nic, sorry, wszystko gra. Poruszał się jak samochód, któremu zblokowano kierownice. Cegłą przygnieciono pedał gazu. W kierunku przepaści. Na autopilocie, aż zniknął w budynku szkoły. Krzysiek został sam na szkolnym placu. Klapnął na ławce, gdzie jeszcze przed chwilą siedziała Paulina. Powiedzieć, że dzień zaczął się dziwnie to nic nie powiedzieć. Najpierw nieszczęsny rozpruty habit siostry Faustyny, potem apel dyrektorki, zaginiona Asia, mdlejąca Paulina i Mikołaj gadający od rzeczy. Ta puszczona krew z nosa to nie mógł być przypadek. Tak jak to, że Paulina lewitowała. Nie mógł temu zaprzeczyć, był świadkiem cudu. Albo opętania, nie potrafił rozstrzygnąć. Zresztą, czy to ważne? Jedna z jego koleżanek właśnie zaginęła. Jeszcze rok temu pewnie by poszedł na plebanię zamówić u księdza proboszcza intencję, ale z każdym dniem miał coraz mniej pewności czy Bóg faktycznie słucha modlitw. Nabierał za to przekonania, że wszystko co dobre i złe na tym świecie dzieje się w woli człowieka. Jeśli ktoś skrzywdził Asię, to z pewnością nie diabeł. I jeśli ktoś ją uratuje, to z pewnością nie Jezus. Wstał z ławki i z tą myślą ruszył w kierunku szkoły.
  • Krzyk Pustki

    Komentarze
    46
    0 Głosy
    46 Posty
    552 Wyświetlenia
    PiołunP
    Elias Crowe. Deklaracja 2. kolejki chilowanie i odczyt danych przy kawce i fajeczce przekazanie wyników kapitanowi