Przejdź do treści
  • [komty] Syreni Śpiew Neonów

    Przeniesiony Komentarze cyberpunk2077
    600
    3 Głosy
    600 Posty
    19k Wyświetlenia
    KetharianK
    Dong najwyraźniej zaczyna podejrzewać, że BraIl może mieć sieciowe umiejętności, bo nie jest aż tak ślepy, aby nie zauważyć, że przez cały czas pracuje na smartgoglach, gdzie na wyświetlaczach co rusz pojawiają się i znikają jakieś wyświetlane szybko dane (zwłaszcza w trakcie operacji), a do tego dużo czasu spędza na pracy z tabletem. Gość nie może mieć pewności, ale coś mu tam chyba styka w łepetynie, dlatego najwyraźniej sonduje temat pytaniami.
  • 5 Głosy
    573 Posty
    17k Wyświetlenia
    JohnyTRSJ
    Post poszedł, wyrobicie się / wyrobimy się do poniedziałku? W tej turze będzie dużo dialogów w docu. Właśnie trwa przerwa między dwoma niemieckimi.
  • [Horror] Gruzy przeszłości

    Rozgrywka horror własny stranger things nastolatkowie
    145
    9 Głosy
    145 Posty
    5k Wyświetlenia
    JohnyTRSJ
    [image: MG-Awatar100.jpg] Szarzyzna 3 września, szkoła Krzysztof – szkolna biblioteka Parkiet na podłodze, brązowawa lamperia na ścianach, rzędy regałów, obdrapana metalowe konstrukcje z wiórowymi półkami, a przed nim równie paździerzowe biurko bibliotekarki z równie paździerzową kobietą siedzącą po drugiej stronie. Okulary, ciasno upięte włosy, na blacie w połowie pusta szklanka z kawą w metalowym koszyczku. I ta bezinteresowna wrogość w spojrzeniu. Brakowało, żeby rozmowę zaczęła rozmowę od „Czego?!”. - Masz tam po swojej lewej katalog – wskazała na dwie duże szafy z masą małych szufladek – w prawej masz katalog tematyczny, wyszukaj to co chcesz pod hasłem „Liryka”, potem wróć i powiedz co mam podać. - A nie mógłbym iść do półek i… - Wstęp dla uczniów między regały jest s u r o w o z a b r o n i o n y. Miał dwa wyjścia: odpuścić albo poszukać w katalogu. Każda szufladka była opisana inaczej, były różne, jak ta nieszczęsna „Liryka”, ale też „Powieść przygodowa”, „Podręczniki szkolne”, „Historia” oraz wiele innych. W szafie po lewej spis był alfabetyczny po autorach. Sala lekcyjna Nauczycielka, pani Aldona, była punktualna. Pierwsza godzina lekcyjna była lajtowa, nauczycielka opowiedziała co będą robić w tym roku oraz sprawdziła jak jest ze znajomością języka niemieckiego w klasie. Nie wszyscy go mieli w podstawówce. Ten, kto się go już uczył, co najwyżej sobie utrwali poznany materiał, bo zaczną ponownie od podstaw. Zadzwonił dzwonek na przerwę, po przerwie będzie druga godzina niemieckiego. Nauczycielka została w klasie, ale nie wymagała dyscypliny. Wokół niej zaraz powstał wianuszek tych pilniejszych oraz kujonów. Krzysztof Wpadł do sali jako ostatni, tuż przed nauczycielką. Czuł się rozpalony i pewnie jest czerwony na twarzy jak burak. O dziwo Piotrek nie przywitał go ciętym komentarzem. Siedział jak na rozżarzonych węglach, co chwila łapiąc się na tym, że więcej patrzy się na Paulę i Alę niż na nauczycielkę. I miał wrażenie, że Paulina patrzy się też na niego. Ofiaruję mojej dziewczynie Wszystkie kwiaty Holandii Jeśli będzie trzeba ukradnę W nocy przy księżycowej pełni Jedwab Zadzwonił dzwonek; - No Poganin, pokaż zdjęcia z imprezy – Piotrek nie próżnował. Paulina Jak na złość gdy przyszła do Mikołaja jeszcze nie było. Wraz z Kaśką zajęły więc miejsca. Adam kilka ławek dalej rozmawiał z Arkiem. Czyli go nie porwali. Jak na złość Mikołaj wszedł do klasy na tyle późno że nie zdążyła do niego podlecieć. Podlecieć? Wspomnienia snu nadal nie odpuszczały. Niecierpliwie wyczekiwała dzwonka. Gdy tylko zadzwonił dzwonek i nauczycielka pozwoliła wstać ze swoich miejsc błyskawicznie doskoczyła do Mikołaja. Żeby jej nie uciekł. Ma tyle do powiedzenia! Mikołaj Przez całą lekcję przeprowadzał wzrokiem nalot dywanowy na Daniela, ale nawet głupi granat nie spadł mu z nieba do rąk. Gdy zadzwonił dzwonek dopadła go Paulina. Alicja Ze swojego miejsca widziała uliczkę i stojący wóz telewizji. Drugi już odjechał. Nie wiedziała czy powinna odczuwać ulgę. Przecież porywacze nie zaatakują w dzień, nie wedrą się do szkoły podczas lekcji, prawda? Ale wozy transmisyjne ją niepokoiły. Tak samo jak policja. Była pewna, że komendant Chlebowski sobie z tym nie poradzi. Zadzwonił dzwonek. Nawet jak klasa była jej nowa, to gwar był w niej taki sam jak w ósmej klasie w podstawówce. Nawet jak martwili się porwaną koleżanką to nie było to po nich widać. Przygryzła wargę, gdy Paulina wystartowała do Mikołaja. Mikołaj, był wczoraj u niej w domu z jej tatą gdy przyjechała tam policja.
  • [CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]

    Przeniesiony Rozgrywka cyberpunk cyberpunk2077
    393
    2 Głosy
    393 Posty
    15k Wyświetlenia
    KetharianK
    [image: IMG-3751.jpg] Parking West -1 w H10 Dong wyrósł przy weterynarzu niczym lodowa góra u burty jakiegoś pasażerskiego liniowca w czasach, kiedy międzynarodowy transport morski nie był jeszcze całkowicie sparaliżowany samoreplikującymi się inteligentnymi minami. Czarnoskóry olbrzym spojrzał na niewielką słuchawkę wyciągniętą przez Hartleya z kratki odpływu, czystą i wciąż migoczącą diodami zasilania i aktywnego linka. - Mogła wypaść jednej z dziewczyn jak przyszło do szarpaniny - powiedział z ożywieniem przeskakując spojrzeniem z Macka na Brazil i z powrotem - Lala, potrafisz hakować takie bajery? Nie spierdolisz czegoś? Bo jak się boisz, weźmiemy taryfę i pojedziemy do centrum, Bobbie dostanie podwójną dawkę stimma i od razu wytrzeźwieje, ale to będzie kosztowało czas. Ale jak to ogarniesz i nic nie popsujesz, to dla ciebie też znajdzie się u mnie jakaś robota, masz to jak w banku. My Chakkasi trzęsiemy tym blokiem, z nami nie zginiesz. Dong przeniósł wzrok na wciąż skupionego na nożu HiFi, potem obejrzał się w stronę śmiejących się pod nosami Froga i Switcha. - A tak w ogóle to wyglądacie na zgraną paczkę zakapiorków - dodał ponaglając Brazil niecierpliwymi ruchami dłoni - Aż dziwne, żeśmy się nie poznali wcześniej, ja generalnie znam wszystkich ciekawych ludzi w tym bloku, a was dotąd nie znałem. Ciekawe.
  • [WFRP 2ed] Bögenhafen - komentarze

    Komentarze wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen
    719
    0 Głosy
    719 Posty
    15k Wyświetlenia
    MortarelM
    to też dobre xD
  • Rozdział I - Jak zostać trepem?

    Rozgrywka
    27
    4
    2 Głosy
    27 Posty
    529 Wyświetlenia
    MortarelM
    Spacer ze służbowym obciążeniem Helmut nie rozumiał, dlaczego do lasu należało zabierać własne kamienie. Sądząc po tym, na co raz po raz trafiały jego podeszwy, miejscowe zasoby wystarczyłyby do obciążenia całego regimentu. Najwyraźniej jednak wojsko nie ufało przyrodzie w kwestiach zaopatrzenia. Poprawił szelki plecaka, osiągając tyle, że ucisk przeniósł się w nieco mniej znajome miejsce. Jeden z kamieni od dłuższego czasu napierał mu pod żebro z przesadną poufałością. Przez całą drogę Helmut usiłował mieć Fineasza na oku, dzieląc uwagę między sylwetkę panicza a zdradliwe nierówności ścieżki. Kilka potknięć przekonało go jednak, że podobna troskliwość może się skończyć utratą przednich zębów, a wraz z nimi znacznej części uroku osobistego. Trudno przecież godnie reprezentować dom Hohenwartów, sepleniąc uprzejmości przez świeżo powstałe braki w uzębieniu. Z większą pokorą spuścił więc wzrok ku ziemi, powierzając opiekę nad Fineaszem swemu czułemu słuchowi. Pośród skrzypienia rzemieni, szelestu gałęzi i ciężkich oddechów nasłuchiwał każdego wezwania, które mogłoby wymagać jego interwencji. Z tym większą wdzięcznością przyjmował krótkie ostrzeżenia Klary. W tych okolicznościach jej skromne „korzeń” miało dla niego większą wartość niż wszystkie zapewnienia i pouczenia, którymi uraczono ich przed wymarszem. Nie umknęło mu również krótkie zatrzymanie Meesa. Ruch dłoni ku drzewu, strzęp materiału, ciemna plama przypominająca krew. Przelotne spojrzenie wystarczyło, by Helmut pomyślał o ostlandzkim mundurze, choć nie pozwoliło nabrać pewności. Przez ostatni miesiąc oglądał takie tkaniny z bliska, przeważnie z igłą w dłoni i rosnącym powątpiewaniem w trwałość wojskowego szycia. Zacisnął usta. Kwatermistrz stanowczo przestrzegał przed niszczeniem własności Elektora. Pozostawało mieć nadzieję, że poprzedni właściciel tego kawałka materiału miał coś na swoje usprawiedliwienie. Najlepiej także głowę na karku, żeby móc je przedstawić. Dalszym rozważaniom przeszkodziła gałąź. Helmut uchylił się przed nią z opóźnieniem, które kosztowało go smagnięcie po ramieniu, po którym ponownie skupił się na drodze. Niepokojący porządek rzeczy Postój przyjął z ulgą tak głęboką, że przez kilka chwil nie próbował nawet nadać jej przyzwoitej formy. Stał z rozchylonymi ustami, łapiąc oddech i czując, jak pot stygnie mu pod kołnierzem. Dopiero gdy odzyskał nieco panowania nad własnym ciałem, zabrał się za poprawianie szelek plecaka. Wówczas z przyciszonej rozmowy przełożonych wyłowił jedno słowo: "Pojmani". Palce znieruchomiały na sprzączce. Helmut nie podniósł od razu głowy. Przez lata służby nauczył się, że człowiek zajęty garderobą może usłyszeć znacznie więcej niż człowiek ostentacyjnie zainteresowany cudzą rozmową. Przesunął więc rzemień, wygładził zagnieciony materiał i nadstawił ucha, lecz nie zdołał ułożyć zasłyszanych odgłosów w nic, na czym mógłby polegać. Gest Klary dostrzegł z wdzięcznością. Podszedł bliżej, korzystając z okazji, by rozprostować zdrętwiałe palce i wysłuchał jej bez przerywania. Dopiero gdy wspomniała o egzekucji, dłoń Helmuta opadła nieruchomo wzdłuż ciała. Helmut miał dotychczas zastrzeżenia głównie odnośnie pory wycieczki. Pozwolił Meesowi dokończyć wypowiedź. Kiedy ten pokazał zakrwawiony strzęp, Helmut pochylił nieznacznie głowę, starając się przyjrzeć tkaninie w świetle pochodni. Nie sięgał po nią, wystarczająco często zdarzało mu się pracować z kimś zaglądającym przez ramię, żeby nie dokładać teraz własnych palców do cudzych oględzin. -„Pojmani”... również to słyszałem - potwierdził ściszonym głosem. - Pozostałe słowa mi umknęły - szepnął do towarzyszy. Ostrożnie zerknął w stronę Otiksohna i Hausera. -Co do drogi, podzielam pani spostrzeżenie. Na lesie się nie znam, ale potrafię rozpoznać człowieka wykonującego dobrze sobie znaną pracę. Żaden z naszych przewodników nie sprawia wrażenia, jakby potrzebował namysłu przed następnym krokiem. Wywodzę stąd, że dobrze znają drogę, którą idziemy. Zawiesił głos, przyglądając się przez moment spokojnym sylwetkom przełożonych. Następnie ponownie zwrócił uwagę ku materiałowi trzymanemu przez Maxima. - Widziałem, jak pan to znalazł. Przez chwilę wydało mi się, że poznaję tkaninę naszego munduru, lecz w marszu nie sposób było dobrze się przyjrzeć. Jeśli pan pozwoli, chętnie obejrzę splot i szew, o ile jakiś się zachował. Ostatnimi czasy miałem sporo sposobności, żeby zapoznać się z wojskową garderobą od jej mniej reprezentacyjnej strony. - Wskazał strzęp krótkim ruchem dłoni, pozostawiając Meesowi decyzję, czy udostępnić znalezisko. Kwestia stosownych przygotowań Helmut odszukał wzrokiem Fineasza. Odruchowo spojrzał na kołnierz panicza. Palce drgnęły, gotowe poprawić jego ułożenie, lecz Helmut powściągnął chwilowo ten zamiar i przysunął się do panicza, przybierając tę samą dyskretną postawę, z jaką zwykł informować go o przybyciu gości lub opóźnieniu posiłku. Odruchowo wygładził fałdę własnego rękawa. - Panicz zapewne słyszał, o czym mówiła panna Kessler. Mogę potwierdzić słowo „pojmani”. Dostrzegłem również, jak Pan Mees znalazł ten materiał. Z daleka przypominał fragment naszego munduru, choć bez bliższych oględzin nie chciałbym tego przesądzać. Rzucił krótkie spojrzenie ku przełożonym. - Sierżant i starszy szeregowy poruszają się bardzo pewnie. Nie dostrzegłem po nich wahania, nawet kiedy zniknęła ścieżka. Odnoszę wrażenie, że przynajmniej oni wiedzą, jak ma się zakończyć dzisiejszy spacer. Przekazał to spokojnie, pozostawiając Fineaszowi wyciągnięcie właściwych wniosków z przekazanych informacji. Sam zajął należne sobie miejsce w pobliżu panicza, skąd mógł zarówno słyszeć dalszą rozmowę, jak i przyjść mu z pomocą. - Będę pod ręką - dodał ciszej. - Gdyby okoliczności stały się nieprzyjemne, pozwolę sobie prosić, aby panicz szczególnie zadbał o własne bezpieczeństwo. Ojciec panicza powierzył mi opiekę nad paniczem w jednym kawałku, a wiadomo, że pański ojciec bywa bardzo skrupulatny przy rozliczeniach ewentualnych braków.
  • [A masks a new generation game ]Maski: Czas dumy i uprzedzenia

    Rozgrywka
    136
    2 Głosy
    136 Posty
    4k Wyświetlenia
    KaworuK
    Drugie toższamości - Oj? Wybacz moja droga, chciałem tylko być miły – Nathaniel bardzo ładnie przeprosił. - I nie chodzi o to, że zależy mi jakoś bardzo na sekretności albo chcę okłamywać bliskich. Ja tylko… nie chcę, by ich postrzeganie mojej osoby się zmieniło, a nasze relacje skomplikowały. Nie chcę też pomagać ludziom, bo pragnę uwagi albo coś. Ja… staram się czynić dobro, bo dobro jest wartością samą w sobie? – wyjaśnił Deanowi. Psinka sąsiadki - Proszę państwa, proszę się wstrzymać – Nathaniel starał się wyjaśnić wszystko na spokojnie – Wiem, że jest niebezpiecznie zwierzątkom na zewnątrz, ale ten piesek mieszka z panią w domu, wychodzi na spacerki na smyczy, na pewno jest zaszczepiony i odrobaczony i jestem pewien, że nie jest agresywny. Proszę się wstrzymać i przemyśleć to wszystko przez parę sekund, dobrze? Pierce the Mask: (2+4) = 6 6 + 3 (Mundane) = 9 How could I get your character to stop?
  • Krzyk Pustki

    Rozgrywka
    260
    7 Głosy
    260 Posty
    11k Wyświetlenia
    ReRebirthR
    Każdy szczebel był dla Joshuy jak wyrok. Wspinał się powoli, niemal ślepo, opierając się wyłącznie na resztkach desperackiej woli. Kiedy w końcu przetoczył się przez krawędź szybu na górnym pokładzie, po prostu zwiotczał. Opadł ciężko pod ścianę korytarza, dławiąc się świszczącym oddechem, całkowicie zlany zimnym potem. Dopiero po chwili uderzył go ten gęsty, rzeźnicki odór. Przetarł piekące oczy i zatrzymał wzrok na zmasakrowanym marine z urwaną nogą. ​– Jak zwykle spóźnieni na obiad... – skwitował ironicznie, krzywiąc się z bólu. Przełknął z trudem ślinę – Od paru godzin widziałem więcej zwłok niż przez całe życie. Na pewno to był kontrakt górniczy? ​Wciąż w pół leżąc na podłodze, wyciągnął drżącą rękę w stronę krawędzi, chwytając Eliasa za oporządzenie i pomagając mu pokonać ostatnie metry szybu. Naiwne pytanie kapitana o ładowanie sprzętu wywołało u inżyniera jedynie krótki, suchy kaszel. ​– Pewnie, że się da. Za kilka godzin się naładuje i kolejna grupa idiotów po nas będzie mogła z niego skorzystać – odparł z trudem, łapiąc powietrze – Szybciej będzie wymienić baterię. Jeśli Elias nie ma zapasowych, te będą w zbrojowni. Więc proponuję nie marnować chwili dłużej i ruszyć w jej stronę. ​Oparł potylicę o zimną grodź i podźwignął lekko swój karabin. ​– A tak poza tym, tylko ja mam jeszcze pełny magazynek...
  • Krzyk Pustki

    Komentarze
    526
    0 Głosy
    526 Posty
    20k Wyświetlenia
    ReRebirthR
    Hipotetycznie czy wedle mechaniki Aliena, jakby Joshua teraz puścił ze stresu bengala, to osoba pod nim musiałaby zdać test wytrzymalości, a przy tej ilości kostek stresu mogłaby wpaść w panikę i spaść z drabinki, wobec czego byłby to zgodny z zasadami fart kill? Pytam z ciekawości.
  • XIII - Martwa godzina

    Komentarze
    174
    0 Głosy
    174 Posty
    2k Wyświetlenia
    BardielB
    Postaram się jutro wrzucić mój post. Stety / niestety wolumen tekstu jest duży (mamy sporo graczy i wszyscy zaangażowani) i ciężko mi nadążyć za akcją / czytaniem / odnoszeniem się do wszystkiego na raz.
  • The Haunting of Harrowstone

    Rozgrywka
    15
    3 Głosy
    15 Posty
    466 Wyświetlenia
    PaniczP
    Warczące na grobowy pochód stado rozpierzchło się, pogonione nadludzkim głosem kapłana. Przyjemnie było patrzeć, jak ci szubrawcy karleją, cofają się, jak uchodzi z nich gniew, a w ucieczce chcą osłonić się od zwierzecęgo lęku pozorami kultury. Wymówką, pomyłką, niedomówieniem. Przemyśleniem sprawy. Pokracznym ukłonem zapowiadającym zejście ze sceny. Vald chłonął to wszystko żarłocznie, przebiegając spojrzeniem po każdym, kto stanął barykadą na ostatniej drodze Profesora. Zapamiętywał twarze, ruchy i szczegóły, jakby miał odmalować każdy detal na obrazie. Gibsa praktycznie rozrysował sobie na planszy notując, jak prowadzi kończyny, jak odgina się w tył przy wzburzeniu, jak gestykuluje dłońmi i bardziej obciąża lewą nogę przy ruchu. Obserwował każdy z ruchomych punktów, dopóki nie zniknęły w cmentarnej szarości. W końcu uwolniony z napięcia, wypuścił cicho powietrze i z szacunkiem schylił głowę przed krasnoludem. Pochód mógł trwać i poniesiona na nowo trumna dopłynęła kresu drogi. Vald odstąpił od niej powoli, delikatny i należycie stonowany w ruchach. W środku czuł złość i wzbierającą żółć. Złość na bydlaków, którzy znieważyli jego przyjaciela i złość na siebie. Że nie mógł teraz skupić się na deszczowej kontemplacji śmierci, na słowach Kendry, na wspomnieniach i odpowiednio posępnym spojrzeniu przy sypaniu ziemi na trumnę. Że zamiast uspokoić myśli i wzrok, cały czas wypatrywał zagrożenia i szukał śladów Gibsowego stada. Że nie ma kontroli, jakiej od siebie wymaga. Że miota się pod emocją, zamiast dostojnie smutnieć i dać Kendrze pokrzepienie jakimś pięknym wspomnieniem o Profesorze. A nieboszczykowi, w zgodzie z tą nekromancją, którą prawdziwie się parał – historią – przedłużyć życie przez pamięć. Dobrą mową czy epitafium zapadając w głowy tych, którzy dzisiaj szli dalej. Zły na siebie, pokornie skłonił się nad trumną, sypiąc garść ziemi i odszedł w tłum. Ulżyło mu dopiero, kiedy grabarze ubili ziemię na mogile. Goście zaczęli znikać w deszczu, wzmagając ciszę i pewność, że historia Profesora dobiegła końca. – Tyle o ile, Profesorze. – Pomyślał, na krótkie mgnienie uśmiechając się pod nosem. Petros Lorrimor był człowiekiem nietuzinkowym. O ile nie lubił zadęcia i pompy, o tyle nie zwykł też traktować rzeczy, które dla innych były ważne czy święte lekko. Nawet, jeśli sam uznawał je za banialuki. Choć wielu dał się poznać jako poważny i oficjalny, nie stronił od groteski i miał poczucie humoru, które brało na rogi sprawy, jakie niektórzy obchodzili z nabożnym lękiem. Jakkolwiek Profesor współczułby każdemu znajomemu pogrążonemu w żałobie i składał wymowne kondolencje, zawsze dostojnie dojrzały w obliczu śmierci, tak Vald był przekonany, że w swoim odejściu na pewno widziałby przestrzeń na coś więcej niż lamenty. Pewnie zawczasu nie spodziewałby się, że może to być miejsce na tajemnicę i śledztwo, ale ucieszyłby się. Tak przynajmniej sądził jego dawny student, gdy znalazł się już w domu mentora, znów blisko jego pogodnego ducha, a dalej od tych, którzy chcieli go podeptać. Myśli uspokoiły się, a wspomnienia na widok tysiąca ksiąg, których znajome grzbiety Vald widział w szkolnej bibliotece chyba wieki temu zaczęły grzać. – Szanowne Panie. – Vald złożył lekki, dzielony na trzy ukłon, w stronę Kendry, niziołki i tajemniczej zakonnicy. – Szanowni Panowie. – Wielki to zaszczyt być pod jednym dachem z ludźmi, których Profesor nazywał przyjaciółmi. – Na bladą twarz wpłynął skromny uśmiech. – Jestem Vald Bendic. Przed wieloma laty byłem studentem Profesora. Jednym z wielu, pewnikiem nie wśród jego najwybitniejszych uczniów. Ale Profesor, tak oddany samemu nauczaniu, jak i nauce – co przy uczonym jego formatu mówi niemało – zawsze miał czas i serce dla studentów, których porwały jego pasje. – Zaszczepił we mnie zamiłowanie do historii i kultury tych ziem. Choć studiowałem prawo i przez parę lat to był mój zawód... – Vald niemal prychnął na odległość i dziwność wspomnienia, które przez lata stanowiło o jego osobie. – To od wielu lat żyję zupełnie inaczej. Na co dzień z dala od liter i ludzi. Jako myśliwy, można powiedzieć. – Profesor był przez te ostatnie dekady moim głosem ze świata i – powiem to z dumą, bo sam tak mnie nazywał – przyjacielem. Korespondowaliśmy, kiedy tylko się dało, co może nie było relacją tak bliską i częstą, jaka może była zaszczytem tu obecnych, ale dla mnie niezwykle cenną. – Jestem – Panie, Panowie – do waszych, jako przyjaciół Profesora, usług. Przede wszystkim zaś. – Vald symbolicznie podniósł się na ten fragment przemowy. – Pani, Pani Kendro. Ostatnie listy od Pani Ojca wzbudziły już mój niepokój, więc jeśli jest coś w jego śmierci, co można wyjaśnić, nie pozostawię tego nierozstrzygniętym. Dopytania pozostałych jasno stanowiły o tym, że oni też nie chcieli zostawiać sieroty wśród wątpliwości i nie opuszczą sprawy wypadku bez wyjaśnienia. Vald pociągnął łyk wina, pokrzepiony oddaniem przyjaciół Profesora. Tym, że wliczał się w ich grono i że nie stał sam wobec sprawy. To, że grono stanowili krasnolud, niziołka i zielonooki czarownik, a on tylko – dawny żak, którego życie rzuciło w dzicz – był zwykłym człowiekiem, nie odbierało śmiałości. Przeciwnie, pasowało do Profesora i jego historii, w której to co z ksiąg, splatało się z tym, co za miedzą.
  • XIII - Martwa godzina

    Rozgrywka
    52
    1
    1 Głosy
    52 Posty
    954 Wyświetlenia
    CavallinoC
    Vivienne spojrzała na Alejandro z wyraźnym zaskoczeniem, kiedy ścisnął jej ramię. Przez moment miała ochotę zaprotestować, że przecież nie ma pojęcia, czy FBI rzeczywiście podsłuchuje telefon Granta, ale widok jego skupionej twarzy powstrzymał ją przed komentarzem. Odprowadziła go wzrokiem, kiedy ruszył w stronę balkonu, przez chwilę ważąc jego słowa i zastanawiając się czy mężczyzna ma rację z tymi podsłuchami i czy powinna dzwonić do Becki. Nie była przecież agentem XIII – i tak była tutaj na doczepkę. Westchnęła, wyjęła telefon z kieszeni płaszcza i wybrała numer. – Hej, tu Viv. Coś dziwnego się właśnie wydarzyło… Wyszli z budynku na mroźne, zimowe powietrze, które bezlitośnie wdarło się w poły płaszcza Vivienne. Ciaśniej się nim owinęła i naciągnęła czapkę na głowę zanim skierowali się powoli do miejsca gdzie zostawili auto. Przez chwilę szli w milczeniu. W końcu Viv powtórzyła pytanie na które nie dostała odpowiedzi w atrium: – Uwierzyłeś w tę historię z Lionelem Grantem? Że to niebezpieczny ćpun i wariat? Trochę dziwne, że FBI podsłuchiwałoby telefon zwykłego wariata… Swoją drogą dlaczego się nie pojawił? Myślisz, że wiedział o FBI i ich pojawienie go spłoszyło?
  • Bastion 2521 - Walka o Ostland (Warhammer 2-ed)

    Komentarze
    122
    2 Głosy
    122 Posty
    4k Wyświetlenia
    DekaresD
    Czołem! Dałem potężny edyt do swojego posta. Przepraszam że tak zmieniam.
  • [Smoczy Jeźdźcy] Magnum Opus

    Rozgrywka
    121
    1 Głosy
    121 Posty
    3k Wyświetlenia
    GurenG
    O Alchemii rozmowa -Coś gorszego niż próba przedłużenia młodości i życia?- spytała Cynthia. Ostatecznie szepnęła swojemu mężowi do ucha- Takie, że wolisz opowiadać kiedy dzieci nie ma w pobliżu? Kwestia Smoków Ruggiero-Berenger westchnęła równie ciężko. -Rozumiem, że zbyt wiele razy próbowałeś uniknąć losu, aby go ignorowac. Jak i twoja matka nie zamierza zrezygnować. Nigdy nie wiadomo kto naprwdę wróci z Wyspy, może tobie akurat się uda.
  • Miasto, Mgła, Machina

    Rozgrywka
    86
    1 Głosy
    86 Posty
    2k Wyświetlenia
    slann22S
    Rozmowa z uroczą szwagierką Hitomi Uśmiechnęła się i powiedziała łagodnym głosem. - Dlatego powinnaś udać się do prasy. Ja tak zrobiłam z moją siostrą i wszyscy wiedzieli jakim ona jest potworem. Pamiętaj, kobieca Solidarność jest najważniejsza.- W ciemności - Szłam za naszą przyszłość szwagierką, gdzie zobaczyłam że gdzieś idzie za księciem i mam nadzieję ich Przyłapać! - Powiedziała jej siostra wyrywając się i i wskazałabym ciemny opustoszały boczny korytarz.
  • Horror/Slasher - Letni Obóz Wakacyjny

    Sondy
    30
    2 Głosy
    30 Posty
    279 Wyświetlenia
    NamiN
    Ponieważ Marika dokonała tutaj analizy systemu i zestawiła szansę i liczby, które przemawiały mocno za zbytnią łatwością, pochyliłam się lekko nad mechaniką. Bardzo mi zależy na zostawieniu własnej, wymyślonej mechaniki, nie na korzystaniu z gotowej i przerabianiu jej. Czemu? Szczerze powiem, że ja jestem bardzo kiepska w mechanice. Mam słabą pamięć do tego, zawsze coś mieszam. Tutaj, gdy mam coś własnego, no nie zapomnę, bom sama na to wpadła! Jakby ktoś pytał, jak bardzo jest źle - jak kiedyś prowadziłam Pathfindera, to potrzebowałam drugiego MG, który odpowiadał za mechanikę, a ja robiłam tylko storytelling Do rzeczy. Sugerując się zestawieniem, poprawiłam mechanikę i teraz szanse prezentują się tak: [image: HHXcyY7.jpeg] Dla mnie to spoko, bo ja chcę, aby te szanse istniały. A wiem, że czasami mając i 13 kostek, można zrobić bardzo fajną sumę na kości, ale nie wyrzucić ani jednej 6tki. A system będzie się opierał na tym, że 6 = sukces. Brak 6, porażka. Wg mnie nie jest to takie hop-siup. Ale. Jeśli jednak nie widzicie systemu, bo wolicie storytelling, to jest coś równie łatwego, a szansa jest zawsze 50/50. Turlacie kością i parzyste ro sukces, a nieparzyste porażka xD Co prawda odejmuje to trochę od głębi, ale teoretycznie wszystko da się odegrać. Wtedy i tak rzuty po mojej stronie, a wy się nie martwicie, tylko działacie. Mi się jednak system podoba. Podopisuję do niego jeszcze klimatyczne sprawy, jak dodanie więcej archetypów (przy zachowaniu aktualnego zestawu + i - ). I zamieniłabym dostawanie ran psychicznych na: Niezdany NORMALNY i TRUDNY test, powoduje ranę psychiczną. Niezdany łatwy test na opanowanie, po prostu byłby fabularny. Myślę, że to byłoby bardziej fair dla osób z Archetypem "popularsa". Czy mam jakieś pytania? Chyba nie. Może tylko dla podkreślenia swojego stanowiska, żeby ktoś się nie zdziwił "po slasherze spodziewałem się czegoś innego" <--- dopuszczam do myśli, że możecie przeżyć. Może genialny plan, może fart na kościach. Stawiać też chcę na atmosferę grozy, niepewności, zagrożenia; niekoniecznie na samym ciachaniu. Ale wiecie, ja to tak z grubsza kminię jeszcze w głowie. Dzięki za zainteresowanie. Nie śpię po nocach, bo myślę:P
  • [WFRP 2ed.] CIERNIE

    Rozgrywka
    10
    1
    0 Głosy
    10 Posty
    146 Wyświetlenia
    BartoshRPGB
    Danderbrock zapatrzył się w ogień, skubiąc w zamyśleniu koniuszek brody, po czym pstryknął palcem w pierścień zdobiący zarost. Srebrna biżuteria wydała przyjemny dla ucha dźwięk, którego aksamitne tony dłuższą chwilę utrzymywały się w powietrzu. - Jako młodzieniec, mocno wyróżniałem się pośród rówieśników. Nigdy nie byłem tak zwinny i silny jak inni, do tego moje uszy i zarost na brodzie były u naszego ludu czymś raczej niespotykanym. Nic dziwnego że nazywali mnie “Kudłaczem” lub “Kozimsynem”. Wszystko zmieniło się, gdy przez naszą wioskę przechodził oddział krasnoludów. Staliśmy tam, z rozdziawionymi buziami patrząc na ich pochód. Wojownicy byli wymęczeni i brudni, ale humor im dopisywał, gdy dorośli wynosili z chat jedzenie i napitki. Ledwo co zwolnili kroku by się posilić. Jeden z nich, szeroki jak tur, miał ogromny topór na którym można by było usmażyć z tuzin jaj Pamiętam że miał też na sobie płytową zbroję, której elementy składały się bezdźwięcznie jak harmonijka, a każdy fragment był wykonany z niezwykłą precyzją. Wypatrzył mnie z tłumu, pociągnął za bródkę i zarechotał, mówiąc że jako jedyny wyglądam tutaj jak prawdziwy mężczyzna. Zdjął ze swojej brody jeden z ozdobnych pierścieni i zatrzasnął go na moim zaroście, po czym klepnął w ramię tak, że poleciałem w błoto. Tego dnia zebrałem się w sobie i chociaż mimo starań mięśnie mi nie urosły, wyrobiłem w sobie całkiem sprawny umysł i ostry jak nóż język. No i mam tę błyskotkę. Zacna krasnoludzka robota. Poranek dnia następnego nie należał do najprzyjemniejszych, a to ze względu na dolegliwości po wieczornym opilstwie. Na szczęście gospodyni zachęcona brzęczącą monetą uwarzyła polewkę zgodnie z precyzyjnymi wytycznymi obu nieszczęśników. Ciepła strawa i zimna woda w miednicy wnet przywróciły im energię do życia. Danderbrock pożegnał towarzysza, poprawił na ramieniu płócienną torbę, w którą włożył słój z resztką leczniczej polewki, kamionkową butelkę równie leczniczego, mocno chmielonego piwa oraz solidną pajdę chleba przełożonego wędzonym serem. Szykował się na dłuższe posiedzenie. Podążając za wskazówkami dotarł na północno-wschodni skraj miasta. Stukot młotków i chrobot pił mieszały się z obwoływaniem się straży, bacznie przyglądającej się nieodległej ścianie mrocznego lasu. Niemal każdy w zasięgu wzroku, od cieśli po tragarzy, miał przy sobie broń lub narzędzie mogące ją zastąpić. Danderbrock bez problemu ulokował się na poddaszu jednej z prawie ukończonych chat, umościł się wygodnie, dbając o odpowiednie maskowanie, po czym zajął się obserwacją placu budowy. [image: 1793009011021-1000014866.jpg] Do konstrukcji budynków używano lokalnego drewna o paskudnej, chropowatej korze, pod którą kryło się jednak zaskakująco białe drewno, nieco za miękkie jak na gust niziołka. Budynki stawiano gęsto obok siebie. Od strony lasu pozbawione były okien, poza małym otworem na poddaszu, idealnym dla strzelca z kuszą lub muszkietem. Przestrzenie między nimi wypełniano wysokim, solidnym płotem, a samo przedpole obsadzone było kolczastą, niskopienną roślinnością. Pomysł co do struktury ewidentnie narodził się w głowie wojskowego. Niziołek skupił się na ludziach, krzątających się po placu budowy, skrzętnie analizując to co zauważył. Test Umysł: (2, 4) Mamy trop! Nietrudno było odnotować jak wielu było tu weteranów. Zdradzał ich chód, czujność oraz specyficzny język, jakim komunikowali się ze sobą. Trzymali się razem, wyraźnie izolując się od nielicznych w tym miejscu cywilów. Tworzyli zwartą i zamkniętą grupę w ramach większej społeczności miasta. Kilkakrotnie w żartach padała nazwa “Ostatniej Reduty” w kontekście popijaw, żołnierskich przyśpiewek a także służek uwielbiających bohaterskie opowieści. Tam też łączył się świat obecnych wojskowych z tymi, którzy nie chcą już podlegać pod sztywne rygory armii. Tam też z dużym prawdopodobieństwem powinniśmy wypatrywać naszego celu.
  • 21 dni Kwarantanny

    Rozgrywka
    75
    3
    4 Głosy
    75 Posty
    2k Wyświetlenia
    MilobM
    Maksymilian „Maks” Kruk [image: 1782306220432-token_1.png] Herbata Zielińskiego była za słodka i parzyła w palce, ale nic w ostatnich dniach nie smakowało lepiej. Maks słuchał, jak gospodarz wykłada im swój plan – sklep, zapasy, przeczekać najgorsze – i z każdym zdaniem zgadzał się bardziej. Proste, logiczne, bez fajerwerków. Wyglądało na to, że Zieliński też nie potrzebował trzeciego papierosa, żeby zacząć planować. Przed snem postawili z Wiktorią wieżę z garnków pod drzwiami. Wyszła krzywa, ale stała. Maks oparł obok łom, sprawdził jeszcze raz telefon – wiadomość do matki dalej wisiała na „wysyłaniu” – i poszedł pomóc przy materacu. Sebastianowi przypadł przedpokój, co skwitował tekstem o korynckiej ladacznicy, a Maks, ku własnemu zaskoczeniu, parsknął śmiechem. Robił się z niego jakiś wesołek. Zasnął, jak tylko przyłożył głowę do materaca. W wojsku uczą tego szybciej niż strzelania. Raz obudził go szelest – Owczarek zbierał poduszkę i wymykał się z kuchni. Maks uchylił jedno oko, zarejestrował, że nic się nie pali, i zasnął z powrotem. Obudził go dźwięk. Znał go. Mył szyby w Mordorze, przy samym Okęciu, a samoloty schodziły tam do lądowania tak nisko, że czasem czuł, jak drży lina. Tylko że ten dźwięk był nie w tej tonacji. Silniki nie szumiały – wyły. Za nisko. Za blisko. Za szybko. Usiadł na materacu, zanim zdążył pomyśleć. Szyby w kuchni zadrżały. Potem przez szpary w roletach wlało się światło – krwawopomarańczowe, jasne jak w południe. Ciało zareagowało samo. Przetoczył się z materaca pod parapet i zakrył głowę ramionami. — Od okien! — ryknął w stronę pokoju. Jego krzyk utonął w huku. Blok jęknął jak stary statek. Podłoga przez sekundę falowała, a szyby zabrzęczały w ramach – ale wytrzymały. Na szkoleniu powtarzali to do znudzenia: przy wybuchu najczęściej zabija szkło. Leżał jeszcze chwilę, licząc oddechy, aż na zewnątrz rozwyły się alarmy samochodowe. Najpierw jeden, potem dziesięć, potem chyba wszystkie na Służewcu. Dopiero wtedy wstał i podciągnął roletę na kilka centymetrów. Kawałek dalej, między blokami, płonął samolot. Duży, pasażerski, przełamany jak zapałka. Nad wrakiem iskrzyły zerwane linie wysokiego napięcia, a ogień lizał ściany najbliższych budynków. Maks patrzył na to i przez długą chwilę nie potrafił myśleć o niczym innym niż o tym, ilu ludzi było w środku. Potem odruchowo sięgnął po telefon. Naładowany do pełna. Wiadomość do matki: „Dostarczono”. Odpowiedzi brak. O czwartej rano to jeszcze nic nie znaczyło. Powtarzał to sobie, wciągając spodnie i sznurując buty. W progu dużego pokoju omal nie wpadł na Owczarka. Ratownik stał bez ruchu i patrzył. Maks podążył za jego wzrokiem – Wiktoria w pośpiechu się przebierała – i od razu odwrócił głowę. Owczarek nie odwrócił. Patrzył o sekundę za długo, zanim w końcu ruszył na balkon. Maks zanotował to sobie. Nic nie powiedział. Na balkonie zrobiło się tłoczno, więc został w drzwiach. Lornetki nie potrzebował, żeby zrozumieć, co widzi. Z bocznych uliczek wyłaniały się sylwetki – powolne, nieskładne, sunące w stronę ognia jak ćmy do lampy. Jedna rzuciła się na policjanta. Potem rozległy się strzały. Krótka broń, pojedyncze, nerwowe. Za mało. Z balkonu doleciało go słowo „szwendacze” – Zieliński najwyraźniej miał już na to nazwę. Sebastian się skrzywił, ale Maks uznał, że słowo pasuje. Wolałby, żeby nie pasowało. Wójcik stwierdziła, że jest gorzej, niż myślała, i Maks pomyślał, że to chyba najbardziej optymistyczne zdanie, jakie usłyszy dzisiaj. — Na to wygląda — odezwał się, kiedy Wiktoria zapytała, czy każdy zarażony reaguje na hałas. — Idą na dźwięk. Może i na światło. Czyli na ulicy żadnych latarek i żadnego gadania. Spojrzał na Sebastiana. — A z tą bezpieczną okolicą bym nie przesadzał. Alarmy wyją na całym Służewcu. Jeśli ich ciągnie hałas, to mają teraz z czego wybierać. — Zamyślił się na moment. — Ale jest i dobra strona. Przy tym jazgocie nikt nie usłyszy, jak otwieramy Żabkę. — Wiktoria ma rację — dodał, kiedy wspomniała o sklepie. — Za godzinę zrobi się jasno i pół Służewca wpadnie na ten sam pomysł. Teraz policja i… one są zajęte samolotem. Lepszej chwili nie będzie. — Na uwagę o filmach wzruszył ramionami. — Ja tam wiedzę mam z poligonu. Filmy najwyżej ją potwierdzają. Kątem oka zobaczył, jak Wiktoria odkłada adidasy Zielińskiego, bierze swoje eleganckie buty i bez ceregieli odłamuje w nich obcasy. — Pierwsza rozsądna rzecz, jaką ktoś tu dziś zrobił — mruknął z uznaniem. — Porządne buty i tak ci załatwię. Obiecałem. Poszedł do przedpokoju, podniósł łom spod drzwi i zważył go w dłoni. — Klucz uniwersalny — przyznał Sebastianowi. — Tylko że otwiera nie tylko drzwi. — Potem zwrócił się do wszystkich: — Idziemy w trzy, cztery osoby, nie więcej. Wchodzimy, bierzemy, wychodzimy. Dziesięć minut, nie dłużej. Najpierw woda, potem konserwy, baterie, plastry i coś przeciwbólowego. Zapalniczki. Papierosy. — Zerknął na Sebastiana. — Nie patrz tak, to inwestycja. I skarpety, jeśli będą. — Ostatnie zdanie skierował do Wiktorii. — A na ladzie zostawimy kasę. Póki pieniądze mają jakąś wartość, niech mają. Powiódł wzrokiem po pozostałych. — Ktoś musi zostać przy drzwiach i otworzyć nam bez pytań, jak wrócimy. Najlepiej ktoś z lornetką na balkonie, żeby widział, czy coś za nami nie idzie. Wiktoria zbierała już reklamówki i wypytywała Zielińskiego oraz Sebastiana tonem, jakim pewnie prowadziła rozmowy kwalifikacyjne. Nie musiał pytać, czy idzie. — Idziesz za mną — powiedział tylko. — Jak powiem „stój”, stoisz. Jak powiem „wracamy”, wracamy. Na dyskusje będzie czas potem. Ukląkł przy drzwiach i zaczął rozbierać wieżę z garnków, pokrywka po pokrywce, tak cicho, jak się dało. Jedna brzęknęła i wszyscy na moment zamarli, ale alarmy na zewnątrz zagłuszyły ją bez trudu. Za drzwiami wór ze smrodami, który wystawiła Wiktoria, wciąż trzymał wartę. — Wychodzimy za dwie minuty — rzucił przez ramię. — Kto idzie, niech zakłada buty.
  • Kantyna Strielfortu (komentarze do sesji)

    Komentarze
    72
    1
    1 Głosy
    72 Posty
    783 Wyświetlenia
    ElenorsarE
    Mój post wpadł, chociaż nie wykluczam kolejnych. To zależy co inni napiszą. Klara zachęca do rozmowy
  • [Sesja głosowo-diskordowa] Może tym razem Patfinder 2ed

    Sondy
    5
    1 Głosy
    5 Posty
    126 Wyświetlenia
    slann22S
    Szukam szukam na Fejsie